Zawód: Wiedźma. Kroniki Belorskie. Tom 1 - Olga Gromyko - ebook
NOWOŚĆ

Zawód: Wiedźma. Kroniki Belorskie. Tom 1 ebook

Olga Gromyko

4,7

164 osoby interesują się tą książką

Opis

Zawód: Wiedźma to pierwsza powieść Olgi Gromyko, a zarazem otwarcie cyklu Kroniki Belorskie, na który składa się kilka tomów opowieści osadzonych w magicznym świecie Belorii.

 

Ta seria to znak firmowy tej autorki – połączenie niezwykle wartkiej, pełnej fantastycznych przygód akcji z dużą dozą humoru i iskrzących relacji między bohaterami.

 

Zapraszamy na pierwszą wyprawę tropem belorskich tajemnic.

 

 

Wolha Redna to jedyna kobieta na typowo męskim wydziale magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Rudowłosa, wścibska, ciekawska... Posiadaczka wyjątkowego talentu do praktyk magicznych, nieprzeciętnej intuicji i inteligencji. Zapewne właśnie dlatego została wybrana przez mistrza do rozwiązania zagadki, która do tej pory pochłonęła już życie 13 osób, o wiele bardziej od niej doświadczonych.

 

W Dogewie, krainie zamieszkiwanej przez wampiry i inne stwory źle się dzieje. Umiera coraz więcej istot, a magicy wysyłani na ratunek nie powracają. Czy młodej wiedźmie uda się odkryć co, lub kto zabija, jeśli starsi i bardziej doświadczeni magowie polegli na polu bitwy?

 

Czy tak naprawdę Wolha Redna okaże się królikiem doświadczalnym, ofiarą czy wybawicielką?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 606

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Starmińska Wyższa Szkoła Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa

Wydział Magii Teoretycznej i Praktycznej

Katedra Magii Praktycznej

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

Układ socjalny, życie codzienne

i stosunki w wampirzej społeczności

Praca zaliczeniowa adeptki VIII roku Wolhy Rednej

 

 

 

 

 

 

Promotor: Bakałarz I stopnia, arcymag Ksan Dejanir Perłow

rok 999 według kalendarza belorskiego

miasto Starmin

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wik: – A co? Macie coś do wampirów?

R. Asprin. Korporacja M. I. T.

WPROWADZENIE

Przyjemny był dzionek. Ciepły. Bezwietrzny.

Druga dekada sianostawa powoli sączyła się przez klepsydrę słonecznego lata, a w uszach dzwoniły mi głosy zięb, dolatujące z przydrożnych krzewów. Jechałam przez gniazdowisko jak wzdłuż pasa granicznego. Pasem była droga – nieuczęszczany, powoli zarastający trawą Krzywy Trakt. Zięby przekrzykiwały się, pomstując na bezczelnego człowieka na białym koniu, który ośmielił się wtargnąć na ich prywatne włości – nonszalanckie trele zmieniły się w ochrypłe ćwierkanie, a przejęte ptaki przefruwały z gałęzi na gałąź, roztrącając liście. Barwna otoczka czarnych wysychających kałuż wybuchała setkami zmęczonych upałem motyli i rozkręcała się w górę wirem trzepoczących skrzydeł. Zwinięte w pętlę wodze luźno zwisały z przedniego łęku, a ja kiwałam się w siodle jak worek kartofli, przytrzymując lewą ręką leżący na kolanach list i próbując odszyfrować skaczące przed oczami runy. Stokrotka na całego korzystała z mojej nieuwagi, stopniowo zwalniając kroku w nadziei, że zaczytana nie zauważę przebiegłego manewru, pozwolę jej zatrzymać się i w spokoju poszczypać trawkę.

– A ty co, kochana? Przebieraj no kopytami!

Chytra kobyłka parsknęła z rozczarowaniem.

– No już, już, artystko.

Usiadłam wygodniej, o ile oczywiście można mówić o jakiejkolwiek wygodzie po trzecim dniu spędzonym na narzędziu tortur, jakim było przydziałowe siodło. Grzywa Stokrotki cienkimi kędziorkami opadała do przedniego łęku, trafiając między kartki opasłego listu przeznaczonego dla władcy Dogewy, który to list przed chwilą samowolnie otworzyłam pewnym wyjątkowo przydatnym zaklęciem. Oczywiście, nie naruszając ciężkiej pieczęci na sznurku. Na karmazynowym wosku doskonale widoczny był odcisk sygnetu – trzynaście run otaczających smoka i jednorożca.

Wyrzuty sumienia? Jakie wyrzuty sumienia?! Po pierwsze, list napisał mój mistrz, czyli nie mógł on poinformować władcy Dogewy o niczym dla mnie zaskakującym. Po drugie, a nuż, widelec mistrz pisał ten list w przypływie nietypowego dla siebie dobrego nastroju? Ostatecznie powinnam pasować do swojej charakterystyki. A po trzecie, nie tylko koty na tym świecie są ciekawskie. O tym, że one w odróżnieniu ode mnie mają po dziewięć żyć, starałam się nie myśleć.

Przystąpiłam więc do lektury.

Jego Wysokość, Wielce Szanowny Władca Dogewy, Szlachetny Arr’akktur tor Ordwist Sz’eonell z klanu... Lanie wody, heraldyka, puste formułki. Opuszczam stronę. I jeszcze jedną. Runy są drobniutkie i pozakręcane – pismo mojego mistrza doskonale nadawałoby się do sporządzania tajnych dokumentów. Powinien robić ściągi na egzaminy. Kiedy się ten nieszczęsny wstęp skończy?! Znalazł się władca – na mapie tę całą Dogewę można nakryć miedziakiem, a tytułów – na złoty kładzień. Ciekawe, czy Arr’akktur będzie to czytał... Wątpię, chyba że ma postępującą manię wielkości. A w takim przypadku czy ja, praworządna obywatelka Starminu, stolicy Belorii, siedziby wielce dla niektórych szanownego króla Nauma, powinnam zawczasu poćwiczyć pełne szacunku uwielbienie? Ostatecznie jestem osobą nieznaczącą, niczym się niewyróżniającą, może oprócz rudozłocistych włosów i wrednego charakteru. Pierwsza z tych cech jest dziedziczna, druga – szczęśliwie nabyta. Moja szczegółowa autobiografia – trzy linijki z zakrętasem na myślniku: sierota, osiemnaście lat temu miała pecha przyjść na świat w rodzinie wieśniaków, w przerwach pomiędzy wiosennymi i jesiennymi pracami ledwo co nauczyła się czytać, osiem lat temu uciekła do Starminu i dostała się do Wyższej Szkoły...

W tym miejscu moje rozważania nad literaturą, dyplomacją i genealogią zostały brutalnie przerwane. Bardzo brutalnie. Ledwo zdążyłam pochwycić kartki, które rozsypały się na wszystkie strony. Stokrotka, niepoprawna sabotażystka, w zamyśleniu przeżuwała wędzidło, brzęcząc żelazem, podczas gdy nieznajomy, zarośnięty i dosyć podejrzanie wyglądający typ demonstracyjnie potrząsał przed końskim pyskiem kuszą własnej roboty z brudnym bełtem wielokrotnego użytku. Nie byłam do końca pewna, kogo chce ograbić – mnie czy kobyłkę. Uniosłam się w strzemionach i z zaciekawieniem obejrzałam zardzewiały grot.

– Osobiście nie wydaje mi się, żeby to było dobre miejsce do handlu antykami – poinformowałam nieznajomego przyjacielskim tonem. – W takim na przykład Starminie to by ją panu złamali razem z rękoma. Albo ucięli. Wie pan, tam bardzo nie lubią rozbójników...

Stokrotka powąchała kuszę, parsknęła pogardliwie i kompletnie ignorując rozbójnika, skierowała łeb ku apetycznej zieleni wysokiego maliniaka, z którego przed chwilą wyłoniło się to cudo w łapciach.

Element przestępczy wyraźnie stracił rezon. Bełt zatrzepotał jak ogonek szczeniaka. Niestety, do pełnej skruchy i zadośćuczynienia za grzechy było jeszcze daleko – zbłąkana owieczka trwała w grzechu miłości do złota.

– Już mi no, bezecnico, żywo złaź z konia! Sakiewka albo życie i zwijaj się, słyszysz?

Zademonstrowałam na twarzy wybitny wysiłek umysłowy.

– Dobra, przekonałeś mnie. Sakiewka.

Zapachniało ozonem.

Twarz rozbójnika skrzywiła się, źrenice rozszerzyły, oczy zmętniały. Powoli wypuścił kuszę, po czym odwiązał od pasa i bez słowa przekazał mi chudą sakiewkę, od której buchnął zapach kotów i tytoniu. Poluzowawszy ściągający wlot sznurek, przepuściłam przez palce parę drobnych monet.

– Malutko, kochany, malutko. Leniwie pracujesz, bez ikry. Ale w sumie niech ci będzie, wezmę jako zaliczkę – uszczęśliwiłam rozbójnika, rzucając mu pod nogi pusty mieszek. – Za parę dni będę jechała z powrotem, więc mógłbyś być tak miły i mnie nie rozczarować...

Pechowy rozbójnik, nie odrywając ode mnie zahipnotyzowanego wzroku, powoli schylił się, podniósł sakwę i zastygł jak słup, niezdolny do ruszenia się bez mojego zezwolenia. Gdy tylko zniknął mi z oczu, dezaktywowałam zaklęcie i pozwoliłam Stokrotce przejść z galopu w jej ukochany kłus. List, który podczas przeliczania pieniędzy ścisnęłam kolanami, trochę się pogniótł i stracił oficjalny wygląd. Ale uznałam, że najważniejsze nie są dekoracje, a treść. A ona z nawiązką rekompensowała opłakany stan, w jakim znalazł się dokument.

O, w końcu parę linijek o mnie. Przez te peany na cześć Arr’akktura można przeoczyć. Podczas nauki w Wyższej Szkole Czarodziejów, Pytii i Zielarek adeptka Wolha wykazała się... Wiem. Wszystkim co najgorsze. Niesystematyczna, niecierpliwa, porywcza... Znajoma piosenka. Ma skłonności do złośliwych dowcipów, których ofiarami prócz wychowanków padają także wykładowcy...

To o tym wiadrze czy jak? No, było sobie wiaderko, całkiem pojemne. Stało na framudze nad drzwiami mojego pokoju. Taka pułapka własnej roboty na sąsiadów ze szkolnej bursy, żeby nie pożyczali bez pytania notatek i garnka z przygotowanym na tydzień barszczem. Może mistrz by się mniej zdenerwował, gdyby ono jednak się przechyliło, a nie spadło mu na głowę, tak jak stało? Posiada rzadki talent do magii praktycznej i teoretycznej, bardzo rozwiniętą intuicję, szybko przystosowuje się do niestandardowych sytuacji... Ha, może jeszcze jest dla mnie nadzieja? Rekomenduję zastosować jej dar do rozwiązania wspomnianego przez Waszą Wysokość problemu. Następne strony napisane zostały sympatycznym atramentem w celu uchronienia ich zawartości przed nadmierną ciekawością wyżej wspomnianej adeptki, która z pewnością zapoznała się już z treścią listu. Komponenty, wchodzące w skład atramentu, są Waszej Wysokości znane, więc jego odczytanie... Nie, nie ma żadnej nadziei. Naprawi mnie tylko mogiła.

MATERIAŁY I TECHNIKI

ROZDZIAŁ 1

Jakąś bezsensowną granicę ma ta cała Dogewa. Elfy mają wysokie trawy. Krasnoludy – skały. Wałdacy – kopce wyrzuconej na powierzchnię ziemi. Driady – sięgające chmur dęby. Druidzi – kamienne kręgi. Ludzie – rozsypujące się mury, fosy z zatęchłą wodą i zwodzone mosty, a przy nich łysych strażników, którzy drzemią czujnie, opierając się o zardzewiałe halabardy.

A tu – osiki. Jakaś kpina, szczególnie że mieszkańcy Dogewy są wampirami. Ale naprawdę ładne osiki, srebrzyste i drżące. Za nimi rozciągają się spiczaste świerczki, jak dywan, z którego gdzieniegdzie wyglądają umęczone brzózki i sosny. Sama Dogewa leży w dolinie, niczym bułeczka z kruszonką na dnie zdobionej miski. Patrząc ze wzgórz, widzi się białą obwódkę z osik, drugą, trochę szerszą, ze świerków, a na środku – rozległą zieloną dolinę z plamkami: Dogewa wśród pól uprawnych i w oparach mgły.

– Jak dojedziesz do drzew, wyślij sygnał myślowy w głąb lasu – tłumaczył mi mistrz. – Dowolny. Możesz myśleć o czymkolwiek, byle tylko powstała silna fala telepatyczna.

– A do kogo mam ją kierować?

– Na ogólnej częstotliwości. Któryś ze strażników granicy usłyszy.

Odchrząknęłam speszona.

– Lepiej by było, jakby nie słyszał...

– Nie musisz rozmyślać nad kolejnym wrednym kawałem. Wiem, wiem, jesteś w tej materii nadprzeciętnie zdolna, ale postaraj się powstrzymać. O czym to ja...? A tak, o fali. Wampiry są bardzo wyczulone na telepatię, więc natychmiast zareagują na jej obecność, nawet jeśli nie będą potrafiły do końca odczytać przekazu. Skup się więc na ilości, a nie na jakości.

– O tak?

Z czołem zmarszczonym od wysiłku wbiłam spojrzenie w unoszący się nad łaźnią dym i na moją falę telepatyczną natychmiast zareagowało pięciu czy sześciu adeptów, którzy owiani parą wysypali się przez drzwi i okna, wzięci z zaskoczenia przez ożywione miotełki. Ręce mych kolegów po fachu były zajęte miednicami użytymi do osłonięcia przed atakującymi tego, co najcenniejsze. Mistrz przywołał miotełki do porządku jednym ruchem brwi, ale spojrzenia rzucane przez niedomytych młodzieńców nie wróżyły autorce żartu niczego dobrego.

– Powiedziałem „pomyśleć”, a nie przesyłać zaklęcia. Szkoda, że lata spędzone w tych murach jednak nie nauczyły cię myślenia.

Tak więc myślę. Stoję pod osiką ze zmarszczonym czołem, a Stokrotka już coś żuje – zielonkawa ślina sączy się z czarnych kącików jedwabistych warg, rozdzielonych pierścieniami wędzidła. Kontakt telepatyczny to świadome współdzielenie myśli z kimś innym. Tak więc dzielę się tymi okruszkami, które mam. Z lasu ciągnie chłodem, a siedząca na gałęzi wilga ze zdziwieniem macha ogonem w odpowiedzi na moje wysiłki umysłowe.

Albo zadanie okazało się dla mnie za trudne, albo zszokowani strażnicy upadli tam, gdzie stali, ścięci z nóg siłą mojej myśli. Moje starania zostały uwieńczone sukcesem dopiero po jakichś czterdziestu minutach, podczas których zdążyłam przemyśleć sobie więcej spraw niż w ciągu poprzednich osiemnastu lat.

Ale oto jest rezultat. Zadziałało. Czy może po prostu przechodził obok?

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam wampira. Może gdyby pojawił się znikąd, był blady jak śmierć i niedwuznacznie szczerzył zakrwawione kły, tobym się przestraszyła. Moja wiedza w dziedzinie wampirologii bazowała na ludzkich legendach i opowieściach, charakteryzujących się zadziwiającym pesymizmem. W dodatku wszystkie miedzioryty, obrazy, gobeliny i rysunki naskalne przedstawiają wampiry wyłącznie w nocy i w ciemnościach. Skrzydła, zęby, pazury – to wszystko wydaje się gigantyczne i koszmarne jedynie dlatego, że tak naprawdę nic nie widać.

Światło dzienne doszczętnie rozproszyło aurę przerażenia. W blasku słońca, na tle bezkresnych pól i wysokich drzew, wampir wydał mi się oburzająco wręcz kruchy i nieszkodliwy. Co prawda nadal nie zsiadłam z konia. Ale w końcu musiałam – po dżentelmeńsku zaofiarował mi bowiem rękę, której przyjęcia zresztą i tak nie zaryzykowałam.

Wampir uśmiechnął się, pokazując długie kły. Każdy by się uśmiechnął, widząc, jak spełzam po stromym boku Stokrotki. Przerzuciłam wodze przez głowę kobyły i zerknęłam wyczekująco na strażnika granicy. Okazał się wyższy ode mnie o pół głowy, szeroki w barach i całkiem niczego sobie. Długie ciemne włosy otaczały wąską opaloną twarz, a złożone za plecami skrzydła nadawały mu pewne podobieństwo do Moroja, demona – wysłannika śmierci, którego wielgachny posąg stał w auli szkoły. Czarne, lekko skośne oczy o przeszywającym spojrzeniu badały moją niezbyt interesującą powierzchowność, jednak nie potrafiły odgadnąć, co się za nią ukrywa.

– Kim pani jest i czego szuka w Dogewie? – zapytał stanowczo gardłowym i dość groźnym głosem.

– Ja? – Skupiona na wysyłaniu sygnału telepatycznego, zapomniałam przygotowanej zawczasu odpowiedzi.

– No przecież nie ja! – Wampir zniżył się do żartu.

A mnie jakby jakiś leszy podkusił.

– O, ja jestem po prostu młodą, piękną i niewinną panną, samotnie i smutno błąkającą się po ciemnym lesie w oczekiwaniu swego strasznego losu – wypaliłam, przypominając sobie pogłoski o gustach wampirów i uczciwie starając się nie roześmiać strażnikowi prosto w twarz. Czy muszę wspominać, że właściwa odpowiedź nie miała nic wspólnego z moją improwizacją?

Wampira zamurowało tak, że zaczął przypominać skrzywdzoną przez los pannę nawet bardziej ode mnie.

– Przepraszam...? – zapytał zdumiony.

Posłusznie powtórzyłam.

Po twarzy strażnika przemknął cień zrozumienia.

– Panna Wolha Redna, adeptka Szkoły Magii ze Starminu – powiedział wolno i poważnie. – Zgadza się?

Tym razem ja się zdziwiłam.

– Skąd pan...

– Proszę za mną. – Wampir odwrócił się i zniknął w otaczającym polankę osikowym gąszczu.

– A koń?

– Proszę przeprowadzić – usłyszałam spokojną odpowiedź. – Do drogi jest kilka kroków na przełaj, a obejście to co najmniej pół mili.

Stokrotka, delikatnie mówiąc, nie była zachwycona perspektywą pakowania się w krzaczory. Zawisłam na ogłowiu. Bez efektu. Kobyła zatańczyła w miejscu, stając dęba i próbując się odwrócić. Wysokie i gęste zarośla osiki z jej punktu widzenia nie były odpowiednią trasą spacerową dla szanujących się koni. Rozważyłam utworzenie iluzji drogi, ale w ferworze walki nieco zmaltretowałyśmy giętkie gałęzie i Stokrotka dostrzegła w głębi lasu prawdziwą drogę. Jeszcze parę razy dla formalności parsknęła, po czym uspokoiła się, więc zdecydowanie pociągnęłam ją za sobą.

Myśl o tym, czy dogewska dzicz nadaje się dla ludzi, nigdy wcześniej nie przyszła mi do głowy. Wysiłkiem woli odpędziłam ją również teraz. No, wampiry niechaj sobie będą. Koniec końców nie strzygi. Ostatecznie to rozumna rasa. Jakoś się dogadamy.

Strażnik granicy czekał cierpliwie oparty o pień osiki – wypisz wymaluj poglądowa rycina z księgi Ludzkie przesądy i ich przyczyny. Stokrotka zareagowała na niego właściwie, czyli wcale, chociaż powinna była chrapać, bić kopytami i przewracać oczami nabiegłymi krwią. Z drugiej strony, kobyłka trafiła mi się wyjątkowo flegmatyczna.

Przekonawszy się, że jesteśmy w komplecie, wampir z widoczną niechęcią oderwał plecy od gościnnego drzewa i poprowadził nas w głąb lasu. Teraz miałam okazję podziwiać jego plecy: skrzydła, wystające przez rozcięcia w ubraniu, przypominały czarny płaszcz włożony razem z wieszakiem – bo właśnie z nim kojarzyły mi się cienkie kości, podtrzymujące skórzaste nietoperzowate błony.

Trochę mroczny, ale majestatyczny bór, wyścielony kobiercem świerkowych igieł, niczym nie różnił się od dziesiątków i setek innych borów, przez które zdarzało mi się przejeżdżać, przechodzić, a nawet przepełzać na czworakach w poszukiwaniu jagód. W gałęziach cichutko ćwierkały zniczki, a wzdłuż skraju ledwo zauważalnej ścieżki obficie panoszył się delikatny jasnozielony szczawik.

Wampir milczał. Ja rozmyślałam. Tym razem wyłącznie na własny rachunek.

* * *

Jeszcze tydzień temu nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że kiedykolwiek znajdę się w Dogewie, w dodatku w interesach. Do końca szkoły pozostawał półtoraroczny zapas niezgryzionego granitu nauki, chociaż z niektórych przedmiotów zauważalnie wyprzedzałam nie tylko adeptów z mojego rocznika, ale i nauczycieli. Co tam ukrywać, nawet mistrz nie zawsze mógł rozeznać się w przytaczanych przeze mnie abstrakcjach. Mistrz wykładał magię praktyczną, zaczynając od drugiego roku studiów – wymagający, zrzędliwy i kapryśny jak stara panna. Bardzo trudno było go zadowolić. A trzeba nadmienić, że ja nienawidzę się dopasowywać. Przez jakiś czas całkiem poważnie rozważałam, czy nie rzucić całego tego kramu i nie przenieść się na Wydział Wróżbiarstwa albo Zielarstwa. Ale przyzwyczaiłam się, wciągnęłam, straciłam połowę kolców i zaczęłam zwracać na mistrza nie więcej uwagi niż na gałąź jeżyn, która co prawda kłuje i czepia się ubrania, ale przynosi pewien pożytek. „Magia praktyczna nie jest dla dziewczyn” – mawiali adepci płci męskiej, zazdroszcząc mi zdolności. Mieli rację. Byłam jedyna w całym roczniku, pozostałe pięć czy sześć odpadło po pierwszym semestrze. Fakt, dziewczynie wypada raczej opiekować się chorymi, przyjmować porody albo leczyć rany – czyli uzdrawiać albo chować błędy w sztuce pod ziemią. Na bakałarza magii praktycznej czekały uroczyska ze strzygami, zrzędliwe smoki, nieśmiałe bazyliszki i ogólnie naprawianie umiarkowanie przyjemnych sytuacji. Ale we mnie chyba było za mało współczucia, żeby leczyć ludzi. A strzygi raczej współczucia nie wymagają.

Osiem lat temu, gdy nieśmiało stuknęłam młotkiem w mosiężną blachę przy bramie szkoły, nikt nie wierzył, że wyjdzie ze mnie choćby zielarka. Byłam dzikim dziesięcioletnim niedorostkiem ze średniostatystyczną ilością pryszczy przemieszanych z piegami. I masą talentów schowanych tak głęboko, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej ich nie wychwycono. Zresztą nikt szczególnie nie próbował. Szkoła wolała przyjmować miejskie dzieciaki z majętnych rodzin, mniej więcej wykształcone, dobrze wychowane i gotowe w razie czego udzielić uczelni materialnego wsparcia. W czasie rozmowy długo próbowano mi wytłumaczyć, czym lewa ręka różni się od prawej, którą powinnam położyć na kartce papieru i wyobrazić sobie, jak ta zwęgla się pod paliczkami. Co to były te „paliczki”, również nie wiedziałam. Innymi słowy, szkoła stała i zamierzała stać dalej bez mojego udziału.

Pamiętam, że siedziałam na ziemi przy bramie i na poły łykałam, a na poły rozmazywałam po twarzy łzy złości, wbrew mej woli toczące się z oczu. Na moje szczęście (albo nieszczęście?) mistrz nie należał do komisji rekrutacyjnej i właśnie wracał z długiej podróży dyplomatycznej, a ja siedziałam na jego drodze.

– Czy magiczce wypada płakać? – zapytał surowo, zawisając nade mną jak brodata skała z laską.

Hałaśliwie wytarłam nos.

– Ja nie jestem magiczką! I mogę płakać gdzie chcę!

– O, masz ci los! – zdziwił się mistrz, sadowiąc się na brzeżku kamiennej donicy z kwiatami. – A wiesz, że kiedy małe dziewczynki gorzko płaczą, psuje się pogoda? Oj, zobacz, przywołasz jeszcze deszcz na moją siwą głowę.

– Nie przywołam.

– A to czemu?

– A bo pan jest czarodziejem i na pana nie kapie.

Mistrz ni to zaśmiał się, ni to zakasłał w brodę.

– I dlatego chciałaś zostać magiczką? A kim? Zielarką czy pytią?

– Nie! Prawdziwą magiczką! Żeby tak strasznie czarować i żeby się wszyscy mnie bali!

– Nekromantką? – uśmiechnął się mistrz.

– Nie kro... co?

– Złą wiedźmą – wyjaśnił.

– A dobre wiedźmy bywają? – spytałam po chwili namysłu.

– Czemu nie, bywają. Nazywa się je magami praktykami albo magami wojownikami.

– O to-to. To mi pasuje.

– A strzyg się nie boisz?

– Niee. Ja się tylko karaluchów boję. I trochę szczurów – przyznałam z westchnieniem.

– No właśnie. A mag nie powinien się bać niczego.

– I pan się niczego-niczego nie boi?

Mistrz chwilę pomyślał, a potem poskrobał się w czubek głowy.

– Widzisz, mimo wszystko istnieje ktoś, kogo mag powinien się bać. On sam. Magia to nie kuglarskie sztuczki z kulkami i kartami. Może być mroczna i jasna, dobra i zła, destrukcyjna i tworząca. To, jaka będzie w twoim ręku, zależy tylko od ciebie, a to ogromna odpowiedzialność. Patrz – powiedział, odwracając dłoń wnętrzem do góry, by zmaterializować nad nią zgęstek niebieskiego płomienia. – Ładna kulka, prawda? I jaka nieszkodliwa z wyglądu. Zobacz, jak spokojnie leży w mojej dłoni. Jak myślisz, czy będzie tak samo posłuszna w cudzym ręku?

Nie lubiłam odpowiadać na podchwytliwe pytania, więc bez wahania złapałam kulkę obiema rękoma.

– Uj, ale ona jest lodowata! – zakrzyknęłam z zachwytem, zapominając o łzach. – I się rusza!

Mistrz odpowiedział po chwili. Z trudem uniósł opadłą szczękę i słabym głosem poprosił, żebym „wyrzuciła to paskudztwo” gdzieś daleko. Zdziwiłam się, ale posłuchałam. Błysnęło i zagrzmiało, a gdy dym się rozwiał, zobaczyliśmy dach odległej stodoły. Przez chwilę wisiał w powietrzu, a potem z łomotem opadł na zgliszcza.

– Co tu się dzieje?! Ksander, znowu pańskie durne eksperymenty? – zagrzmiało za naszymi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam niziutkiego, pulchnego maga o wyłupiastych oczach, w nieokreślonym wieku, z haczykowatym nosem i szczotką rudych wąsów.

– A, Pitrim – powiedział mistrz niedbale, nawet się nie odwracając. – Jak ci się udało przegapić taką perłę? Niesamowity dar kierowania energią, zdolności telekinetyczne – urodzony praktyk. Biorę ją do swojej grupy.

Pitrim jest rektorem i kierownikiem ds. nauczania w jednej osobie. Wykłada nekromancję, ale to tak mimochodem, ponieważ bakalaureat zrobił z magii żywiołów. Imię ma długie i poskręcane jak zwinięta w kłębek żmija. Podał je na zajęciach wprowadzających, ale tak szybko i niewyraźnie, że nikt nie zdążył nawet zanotować. Adepci zwracali się do niego per „wielce szanowny profesor Pitrim”. Wykładowcy opuszczali „wielce szanownego”. A mistrz – również „profesora”. Natomiast za plecami używano przede wszystkim określenia „nekropiernik”. Przy czym mówili tak zarówno adepci, jak i wykładowcy.

Pitrim zmierzył mnie pogardliwym spojrzeniem.

– Brak miejsc – odburknął. – I tak mamy o siedmiu uczniów za dużo, a wszystko dzięki panu. Zbiera ich pan z ulicy jak zmokłe kociaki, a potem zaczyna się głupia kołomyja ze skreślaniem, która tworzy niebezpiecznych dla społeczeństwa niedouczonych magów.

Na chwilę powietrze między magami zgęstniało i zrobiło się ciemniejsze. Ale tylko na sekundę.

– Chodź, dziecko – powiedział mistrz, nie opuszczając oczu. – Dostałaś się. Od tej chwili jesteś adeptką Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa.

* * *

Po szkole już od dawna chodziły pogłoski, że w Dogewie źle się dzieje, ale co konkretnie – nie wiedział nikt. Wszyscy tylko snuli domysły z tak mądrymi minami, jak gdyby dyplom pytii I stopnia już mieli w kieszeniach. Wszystkie rozmowy z Dogewą prowadził mistrz. Profesor Pitrim się nie wtrącał, ale rozwinął aktywną działalność „w celu utrzymania sytuacji pod kontrolą”, czyli przeprowadzał dwie-trzy narady dziennie, po których rozwścieczony mistrz zaczynał wykład magii praktycznej huraganem pytań, bez litości posyłając na dno młode łódeczki rozumu pozbawione balastu wiedzy. Powietrze iskrzyło od magii. Posłania z Dogewy przekazywane były telepatycznie, po łańcuszku osiadłych w miastach magów. Bo niby gdzie można znaleźć gońca, który zgodzi się zostać posłańcem u wampirów? W promieniu dziesięciu mil od Dogewy nie ma ani jednej ludzkiej osady. Boją się. Co w tym dziwnego? Wampiry! Krwiopijcy! Strach i koszszszmar! Zamykać drzwi i jeść czosnek!

Na wykładach z „ras rozumnych” wampiry plasowały się pomiędzy elfami i krasnoludami, w dziale „sojusznicy”. Niestety, „rasy...” wykładał Pitrim – w sposób nudny, pokrętny i ze swojego punktu widzenia. Za elfami nie przepadał, krasnoludów się obawiał, o trollach powiedział parę niecenzuralnych słów, a już wampiry tak obsmarował, że nic, tylko strugać kołki i ruszać na wojnę. Z powodu jego uprzedzeń w zasadzie niczego tak naprawdę o wampirach nie wiedzieliśmy, a na egzaminie wystarczyło palnąć pod ich adresem coś obraźliwego, by mieć zagwarantowaną piątkę. Przeważająca część bakałarzy i adeptów podzielała poglądy Pitrima. O ile lesze, rusałki czy nawet gobliny znajdowały jakichś obrońców, o tyle chwalić wampirów nikt się nie odważał.

Tymczasem atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Wykładowcy chodzili, jakby im kto obuchem przyłożył, zajęcia były odwoływane. Adepci korzystali z chaosu i robili, co chcieli. Na lekcji zielarstwa do kotła w tajemniczy sposób trafiła zdechła mysz, która co prawda nie ożyła, ale od zapachu powstałego eliksiru dwie uczennice zemdlały, a resztę tak rozbolała głowa, że ćwiczenia zawieszono „do całkowitego wywietrzenia obcego elementu”. W ciemnych korytarzach piwnicy zalągł się szkielet, który klekotał kośćmi i tłukł retorty z cennymi odczynnikami, takimi jak: skondensowana krew smoka, żółć dziewicy (niesamowity rarytas, spowodowany wielkim deficytem dawczyń), piorunian rtęci i woda królewska. W celu odszukania i likwidacji szkodnika trzeba było utworzyć specjalną komisję kierowaną przez aspiranta Almita. W wyniku jej działalności stłuczono niedobitki retort oraz ustalono, że szkielet, w którego pustej czaszce czyjaś dowcipna ręka zaklęła ducha alchemika-samobójcy, jest pomocą naukową z gabinetu anatomii.

Ale to wszystko nie miało związku ze sprawą. Prawdziwy dramat rozegrał się, gdy zniknął jeden z wykładowców. Przed dniami wolnymi z okazji Święta Wody jak zwykle zadał nam masę zaklęć i ćwiczeń na utrwalenie gestów, stanowczym tonem odczytał oceny z kartkówki, pożegnał się i tyle go widzieliśmy. Adept Ważek widział, jak wziął karego konia, przytroczył do siodła sakwę podróżną i pogalopował gościńcem na Bogor. Nie wrócił. Bogor leżał na jednej linii z Dogewą. Po szkole rozeszła się nowa fala plotek, jeszcze bardziej mglistych i niesprawdzonych. Ceny czosnku wzleciały pod niebiosa, poza tym podrożały miecze i kolczugi. Starmin zalały niechlujne, ponure typki ze smętnymi obrośniętymi gębami. Zajmowały gospody i karczmy, łącząc się w bandy przypominające hordy szczurów.

– Tylko najemników nam tu brakowało – burczał Almit, bakałarz IV stopnia, który w zastępstwie Pitrima prowadził ćwiczenia z „ras rozumnych” i właśnie zamierzał rozdać nam tematy prac zaliczeniowych. – Zlecieli się jak kruki do padliny. Żeby tylko sami tą padliną nie zostali. Mało tym cholerom jednej wojny...?

Almit miał na myśli wojnę z wampirami, która skończyła się siedemdziesiąt lat temu podpisaniem traktatu pokojowego.

– Traktat nadal obowiązuje – zauważył Ważek.

– I właśnie dlatego mamy wątpliwą przyjemność obserwować najemnych morderców pod oknami szkoły. Oficjalnie król nie może wystąpić przeciw wampirom, ponieważ traktat podpisały wszystkie rasy rozumne, w tym te najliczniejsze, czyli elfy, trolle i krasnoludy – a ci ostatni, tak między nami, zagarnęli monopol na metalurgię i wyrób broni, więc konflikt z nimi nie jest wskazany. Natychmiast zjednoczą siły przeciwko agresorowi i dokładnie przetrzepią mu... khem... znaczy, podejmą stanowcze środki zaradcze. Natomiast najemnicy to zupełnie inna sprawa. Oni teoretycznie są poza prawem, wolni strzelcy. Jak to się mówi, wszystkich poddanych nie upilnujesz. Oficjalnie król ich potępi, a nieoficjalnie... Jak myślicie, za czyje pieniądze tamten brodaty kudłacz flirtuje z... hm... damą lekkich obyczajów?

Almit odszedł od okna, dając przykład adeptom, którzy przylgnęli do szyb w nadziei zobaczenia wspomnianej damy.

– Tak więc, Wolha, skończyliśmy na tobie. Zostało pięć tematów: „Życie i struktura społeczna krasnoludów”, „Metafizyczne poglądy duchów”, „Analiza porównawcza psychologii skrzatów domowych i stajennych”, „Rola rusałek w ekologii akwenów słodkowodnych” i... A nie, Pitrim znowu skreślił. Czyli cztery tematy. Czemu się krzywisz?

Jak zwykle zostały dla mnie kompletne bzdury. Duchy są nudnymi moralistami i po pięciu minutach w ich towarzystwie człowiek zaczyna przysypiać. Pluskanie się w jeziorku z rusałkami pociąga za sobą skutki uboczne – w zestawie „ekologicznym” mamy też pijawki, komary i katar. Krasnoludy są istotami skrytymi i podejrzliwymi, tak że materiału do pracy od nich nie wydrzesz nawet zębami i pazurami. A psychologię skrzatów domowych i stajennych można wyrazić dwoma słowami: „drobne szkodniki”.

– No dobra, ty się na razie zastanów, a ja wyjaśnię zasady. Pracę trzeba oddać do pierwszego wrzosolata, czyli dokładnie za trzy miesiące. Powinna zawierać przegląd literatury z ostatnich dwóch stuleci – najlepiej autorstwa tej rasy, którą wybraliście do badań. Ale nie ograniczajcie się do samych książek! Znam was – siądziecie w bibliotece na dobę, przepiszecie parę co bardziej zakurzonych foliałów i uznacie, że to wystarczy! O nie, kochani, bez bezpośredniego kontaktu z innymi rasami nic z tego. Na ustnym odpytywaniu szybko was złapię. A, specjalna prośba do tych, którzy wybrali trolle: na bogów, tylko ich nie cytujcie. Opowiedzcie własnymi słowami. No i jak, Wolha, już zdecydowałaś?

– Nie.

Do pokoju zajrzał laborant z Katedry Zielarstwa, skinął głową Almitowi, odkaszlnął i oficjalnym tonem zaprosił mnie do gabinetu rektora.

Chyba warto opisać to miejsce dokładniej. Adepci są ciekawskim gatunkiem, więc jeśli tylko pokażesz im jakiś zakazany owoc i odwrócisz się na sekundę, ze wspomnianego owocu zostanie jedynie mizerny ogryzek. Co tu ukrywać, sama kręciłam się wokół tego gabinetu jak lisica koło kurnika. Był opieczętowany magią tak samo szczelnie jak kurze jajo skorupką. Czego my nie próbowaliśmy! Dłubaliśmy w skorupce wytrychami i zaklęciami, lewitowaliśmy pod oknami, wysyłaliśmy na zwiady tresowane karaluchy – wszystko bez skutku. O gabinecie krążyły legendy. Że niby jest w nim mityczne wieszczące lustro, portal do nieskończoności, zwój z zaklęciem apokalipsy, prorokujący czerep z kamieniem filozoficznym w zębach – właściwie wszystkie cuda i zagadki przeszłości, przyszłości i teraźniejszości.

No więc oto stoję w najświętszym sanktuarium Pitrima. I co? I rozczarowałam się do głębi duszy.

Gra nie była warta świeczki. Na wystrój gabinetu składały się: niewielka kanapa, dwa fotele, biurko, krzesło i odrobina oficjalnego luksusu w postaci dwóch obrazów oraz puszystego dywanu.

Na krześle siedział mistrz, zmęczony i jak gdyby postarzały. W ręku trzymał zapieczętowany zwój, z którego zawartością miałam okazję się zapoznać jakiś czas później.

– Siadaj.

– Dziękuję, postoję.

Gdyby mistrz był sam, usiadłabym. Ale za jego plecami połyskiwały wściekłe oczy profesora Pitrima, przy którym siadanie oznaczało podpisanie na siebie wyroku śmierci. Kto jak kto, ale on nie ukrywał swojej pogardy dla adeptów, a już tym bardziej nie pochwalał fraternizacji z wykładowcami.

– Jedziesz do Dogewy – poinformował mnie Pitrim bez ogródek, wysuwając się do przodu.

– Dokąd? – wyrwało mi się.

– Do Dogewy – powtórzył mistrz cierpliwie, uprzedzając gniewny wybuch kolegi.

– Kiedy?

– Natychmiast. Z tego gabinetu pójdziesz prosto na dziedziniec, weźmiesz ze stajni przydzielonego ci konia, dostaniesz prowiant i pieniądze u kwatermistrza i z nikim nie rozmawiając, opuścisz szkołę.

– A moja kurtka? – spytałam głupio. Okrycie leżało na łóżku w moim pokoju i właśnie zamierzałam przyszyć urwaną kieszeń.

Mistrz pstryknął palcami i spadła na mnie kurtka, ciepła i zreperowana. Tak wirtuozerska teleportacja mnie dobiła. Przycisnęłam odzież do piersi, w milczeniu oczekując dalszych poleceń.

– Przekażesz ten zwój władcy Dogewy, Arr’akkturowi tor Ord... tfu, kiedyś na pewno język złamię. Do rąk własnych. Nikomu go nie pokazuj. Nie wyciągaj. Nawet nie mów o nim pozostałym wampirom.

Moje ręce zdradziecko zadrżały. Zwój wykonał piruet w powietrzu, spadł na podłogę i potoczył się pod szafę. Pospiesznie opadłam na kolana. Jak na złość, sprzątaczki omijały dyrektorską szafę z daleka i po stokroć przeklęty list natychmiast pokrył się grubą warstwą wiekowego kurzu. Szybko na niego dmuchnęłam, ale to tylko pogorszyło sprawę – cały kurz trafił w mój nos i oczy, a ogłuszające kichnięcie zabrzmiało jednocześnie z brzękiem spadającego z góry wazonu. Schowawszy zwój za pazuchę, podniosłam się z kolan i natychmiast tego pożałowałam – obaj bakałarze patrzyli na mnie bardziej przenikliwie niż bazyliszki. Od lewego bazyliszka promieniował śmiertelny chłód, od prawego – jeszcze bardziej przykry zawód. Zerknąwszy z poczuciem winy na rozsypane koło szafy skorupy, wyraziłam całą sobą szczerą skruchę i skupioną uwagę, czyli przybrałam wybitnie idiotyczny wyraz twarzy. Mistrz z westchnieniem zadowolił się tym i zaczął szczegółowo opowiadać o drodze do Dogewy, punktach energetycznych i najpospolitszych potworach w tamtej okolicy, ale słuchałam piąte przez dziesiąte. To wszystko nie miało znaczenia. Do Dogewy doprowadzą mnie jeśli nie wskazówki, to język. Ale co dalej, w samej Dogewie?

– Nie słuchasz mnie – zauważył mistrz gderliwie.

– Przepraszam. Proszę kontynuować.

– Jesteś zdziwiona, czyż nie?

Wyrwał mi się nerwowy chichot.

– Łagodnie powiedziane.

Mistrz spojrzał na kolegę.

– Profesorze, pańska kolej.

Mistrz publicznie nazwał Pitrima profesorem? Coś nowego. Czyżby wredny magik wygrał z nim jakiś zakład?

– Minął już miesiąc, odkąd odebraliśmy pierwszą wiadomość z Dogewy – zaczął profesor, odwracając się ode mnie i patrząc w okno. Koniuszki jego białych, zadbanych i obładowanych sygnetami palców stykały się na plecach. Zastanowiłam się i usiadłam. Nie lubił mnie. Od tego pierwszego dnia, gdy przeze mnie ściął się z mistrzem. W sumie Pitrim w ogóle nie przepadał za adeptkami, a szczególnie praktykami. Chodziły słuchy, że jakaś czarodziejka pokonała go w uczciwym pojedynku i wystawiła na pośmiewisko. – Ściślej mówiąc, nie z Dogewy, tylko z Kamieńca, miasta nad rzeką Wyp. To w najbliższym sąsiedztwie Dogewy. Burmistrz prosił o przysłanie maga. Ale rok temu do Kamieńca skierowany został jeden z adeptów, który właśnie zakończył edukację, i miasto nie mogło się go nachwalić. Burmistrz odparł, że wszystko się zgadza, ale dwa tygodnie temu mag zniknął, a krowy obżarły się lulka, więc natychmiast potrzebują zastępstwa. Sprawdziłem i okazało się, że mag skierował się do Dogewy, jakoby w sprawach zawodowych. Nie on jeden. W ciągu ostatniego miesiąca Dogewa, jak beczka bez dna, pochłonęła czterech doświadczonych, silnych i zaprawionych w bojach magów.

– W tym nauczyciela magii teoretycznej?

– Miał za zadanie nawiązać kontakt z mieszkańcami Dogewy i stwierdzić, co się tam dzieje.

– A nie można spytać wprost tego całego... Arr’akktura Jak-mu-tam?

Profesor obejrzał się tak gwałtownie, że pospiesznie zerwałam się i wyciągnęłam na baczność.

– Pytaliśmy – uprzedził wybuch mistrz. – Ale dostaliśmy bardzo mglistą odpowiedź.

– Jaką?

– Twierdził, że wszystkiemu winne są istoty nadprzyrodzone.

– Które dokładnie?

– Właśnie w tym problem. – Mistrz wzruszył ramionami. – Podobno wszystkie. Wszystkie istniejące. Strzygi, kudłaki, bazyliszki, mawki, zjawy morowe...

Innymi słowy, wyliczył całą Encyklopedię istot nadprzyrodzonych od deski do deski.

– I to w Dogewie – dodał Pitrim. – Tam w życiu nie było nic większego od leszego. Istoty nadprzyrodzone omijają Dogewę z daleka, jak zarazę. Nawet im się te bydlaki nie podobają.

Słowo „bydlaki” wymówił z niepomiernym wstrętem, aż policzek mu lekko zadrgał z nienawiści, a kostki zgiętych palców pobielały, imitując akt duszenia.

Mistrz miał do wampirów dużo spokojniejszy stosunek.

– Wszystko się zgadza. Zwykłe problemy Dogewy to choroby bydła, przypadkowe urazy, nieurodzaj. Przy okazji, Pitrimie, zapomniał pan nadmienić, że władca Dogewy oficjalnie ogłosił śmierć dziewięciu swoich poddanych.

– Nie wierzę w ani jedno jego słowo! – prychnął Pitrim. – Ten obmierzły wampir wije się jak piskorz!

– Łącznie z ludźmi: trzynaście osób w ciągu jednego miesiąca – kontynuował niewzruszenie mistrz.

– A ci... poddani... Też byli magami? – zaciekawiłam się.

– Wampiry nie mają magów. Tylko zielarzy. Nawet nie wiadomo, czy rodzą się wśród nich dzieci z magicznymi zdolnościami. Ogólnie rzecz biorąc, nie wiemy o wampirach prawie nic. Wśród tematów prac zaliczeniowych, proponowanych adeptom, jest i taki: „Układ socjalny, życie codzienne i stosunki w wampirzej społeczności”. Ale w ciągu stu pięćdziesięciu lat istnienia szkoły nikt nie odważył się go opracować, więc zwykle jest skreślany.

– Cóż, przy okazji popracuję nad tematem – spróbowałam zażartować.

– Ty jedziesz nie na praktykę! – nie wiadomo czemu wściekł się profesor, doskakując do mnie z taką furią, że opadłam na fotel, a on zawisł nade mną, bryzgając śliną. – Jedziesz z zadaniem! Poważnym zadaniem! Żadnych opóźnień! Żadnych głupstw! Przyjeżdżasz, rozmawiasz z władcą i z powrotem! Jeżeli ci się uda. Dziecko, jesteś jeszcze zbyt młoda i głupia, by trzeźwo ocenić, co się dzieje. Wampiry, które od tylu lat mieszkały tuż obok nas, rozbestwiły się pobłażliwym traktowaniem i otwarcie mordują ludzi!

– Pitrimie, to nie zostało udowodnione – wtrącił cicho mistrz. W głosie starego maga wyczułam niepewność, która bardzo mi się nie spodobała.

– Będzie dowód, kiedy ona wróci... albo i nie wróci. Wtedy przynajmniej poznamy twarz wroga. I będziemy wiedzieli, że jest wrogiem. Dotychczas kodeks magów nie pozwalał nam krzywdzić wampirów i nakazywał bronić ich przed ludzkimi fanatykami. Nie przywiązywaliśmy wagi do bajek tępych wieśniaków, chociaż całe ich tłumy koczują pod strażnicami, błagając o obronę przed przebiegłymi krwiopijcami. Ale teraz to się zmieni. Wampiry zostaną skreślone z listy sojuszników i zrównane z resztą istot nadprzyrodzonych! Tyle! Rozmowa skończona. Pytania?

– Czemu ja? Jestem tylko adeptką!

– Rekomendacja twojego mistrza! – ryknął Pitrim, znowu demonstrując mi swój korpulentny zadek. – Natychmiast w drogę!

Adepci czekali na mnie pod chronionymi przed podsłuchem drzwiami. Lekko zablokowałam podsłuchy telepatyczne, więc koledzy musieli zaspokoić swoją ciekawość, zadając pytania (tych było sporo) i słuchając odpowiedzi (tu ich rozczarowałam).

– I co?

– Czego chcieli?

– Nie dręcz! O czym rozmawialiście?!

Przybrałam zasmucony i zagadkowy wyraz twarzy. Zapadła podniosła cisza, jak przed wynoszeniem ciała. Gdy doszła do dzwonienia w uszach, z westchnieniem się przyznałam.

– Zaproponowano mi zastąpienie Pitrima na stanowisku rektora, ale niestety musiałam odmówić – sprawy tego świata nie są dla mnie. W związku z tym poprosiłam o pozwolenie na udanie się do oddalonego klasztoru, gdzie spędzę resztę mych dni na modlitwach i umartwieniach. Żegnajcie, pewnie już nigdy się nie zobaczymy...

Twarze kolegów wyciągnęły się jak onuce po praniu. Pękając ze śmiechu, w podskokach pokonałam schody, w biegu wkładając i zapinając kurtkę.

* * *

Kobyłka o nic mnie nie pytała. Za dwie kostki cukru pozwoliła założyć sobie siodło i po długich namowach ogłowie. Na drogę dostałam torbę z ubraniami, kawał chleba, bukłak z wodą (nieszczelny, czyli, można powiedzieć, praktycznie bez wody), woreczek z kaszą perłową i nie wiadomo po co tępy miecz z obluzowaną rękojeścią.

Droga lekko kładła się pod kopyta konika i bardzo ciężko pod moją wydelikaconą tylną część ciała. Szkoła została w oddali, nikt mnie nie żegnał – adeptów zawołano na kolejny wykład. Stokrotka wkroczyła do jasnego lasku brzozowego i drzewa za moimi plecami złączyły się, odcinając drogę powrotną. Przede mną na poboczu nieruchomo stał człowiek w luźnej granatowej szacie obszytej złotem. Na jego piersi, lekko chwiejąc się na srebrnym łańcuszku, blado połyskiwał duży szmaragd.

Ściągnęłam wodze. Mistrz podszedł i dotknął ręką mojego kolana. Suche ciepło przebiło się przez cienkie spodnie.

– Odpowiem na twoje ostatnie pytanie, Wolho. Widzisz, istnieją problemy, których nie da się rozwiązać brutalną siłą. Nie zaprzeczę, że byłbym dużo spokojniejszy, gdybyś była doskonałą wojowniczką i dyplomowaną magiczką. Ale w naszym przypadku nie ma to żadnego znaczenia, a zabitym wiedza i doświadczenie niewiele pomogły. Bo najstraszniejszy i najbardziej przebiegły potwór wszystkich czasów i narodów to... plotka. I właśnie z nią masz się zmierzyć. Wysyłam cię jako najmniej uprzedzoną adeptkę. Nigdy nie słuchasz starszych, nie wierzysz plotkom i pomówieniom; żeby cię przekonać, trzeba podsunąć ci prawdę pod nos, dać jej dotknąć i powąchać, ale potem już nikomu nie pozwolisz się sprowadzić z obranej drogi. Nie jesteś miękką gliną, którą można ukształtować na swój obraz i podobieństwo, ani woskiem, w którym odbijają się cudze słowa i myśli. Zawsze masz własne zdanie. Właśnie ono jest mi potrzebne. Chcę znać prawdę. Prawdę o tym, co dzieje się w Dogewie. I chcę usłyszeć ją od ciebie.

– Postaram się, mistrzu

– Nie przesadź. I zapamiętaj: jeśli nie wrócisz, zacznie się wojna.

Pomarzyć sobie może. Wrócę.

ROZDZIAŁ 2

Niedługo było mi dane delektować się chłodną ciszą świerkowego lasu. Drzewa przerzedziły się, wyraźniejsza już ścieżka doprowadziła nas do szerokiej drogi opasującej dno miseczki. Na łące za traktem pasł się spętany siwy rumak. Na ciche, melodyjne gwizdnięcie wampira ruszył w naszym kierunku, ciężko podrzucając związane przednie nogi. Stokrotka postawiła uszy. Wampir potargał końską grzywę, zdjął pęta i wskoczył na siodło. Uniosłam się w strzemionach. Dogewa prawie zlewała się z horyzontem, odległa o jakieś dwadzieścia minut lekkiego galopu. Otaczały nas łąki – bezkresne, żyzne – na niektórych zagonach trawa wyrosła powyżej pasa, ale inne dokładnie wykoszono. Widać też było ślady bydła. Trochę dalej wiła się czarno-biało-ruda wstęga – krowy wracały z wodopoju.

Wampir nie zostawił mi czasu na szpiegowanie. Potrząsnął wodzami i spiął konia do galopu. Musiałam pójść jego śladem, chociaż gorsze niż galop Stokrotki są tylko wyścigi na wozach o kwadratowych kołach.

Po przejechaniu około ćwierci wiorsty otaczającą dolinę drogą gwałtownie odbiliśmy w prawo. Teraz miasto leżało na wprost i wydawało się na wyciągnięcie ręki, ale odległość była myląca – minęło ponad pół godziny, Stokrotka była ciemna od potu i żółta od kurzu, a Dogewa zbliżyła się tylko troszeczkę. Wzdłuż drogi pojawiły się chatki. Położone daleko od siebie, nie tak jak w ludzkich miastach, gdzie pomiędzy niektórymi domami trudno się przecisnąć bokiem. Za chatkami – nadal łąki i pola, schludne stodoły, sady jabłoniowe i wiśniowe, barwne strzępki ogródków. I żadnych płotów. Pomiędzy sąsiadującymi gruntami nie było nawet widocznej miedzy. Miałam wiele pytań, ale mój przewodnik przez całą drogę nie obejrzał się ani razu. Mimo to gdy tylko Stokrotka traciła rytm i zaczynała zostawać z tyłu, również wstrzymywał swego wierzchowca. Gdzieniegdzie w polu migali zajęci pieleniem mieszkańcy, a z drogi schodziły duże, smukłe szaropiaskowe psy. Żaden nie gonił za kobyłą, nawet nie szczeknął, ale Stokrotka denerwowała się wyraźnie i podejrzliwie strzelała okiem w kierunku potworów o wielkich kłach, spokojnie czekających na poboczu.

* * *

Pylistą drogę zastąpiły kocie łby i Stokrotka ożywiła się, energicznie dzwoniąc podkowami po kamieniach. Wjechaliśmy do miasta.

Tu budynki stały trochę gęściej, ale nadal nie tak jak u ludzi. Zresztą, same domy były jakieś małe, jak gdyby tylko do nocowania, wzniesione z niepomalowanych bali i pokryte dachówkami. Ani trochę niepodobne do miasta. Wszystko czyściutkie, pachniało kwiatami i świerkowymi igłami. Na poboczach – trawa. Dookoła – nienaruszony las, w którym wycięto wyłącznie miejsca dla dróg i budynków. W koronach drzew, a nawet wprost na dachach domów, zapomniawszy o bożym świecie, śpiewały ptaki. Pod nogami nie pętały się kurczaki ani świnie i tylko te dziwne psy bez obroży odprowadzały podróżnego melancholijnymi spojrzeniami.

Napotkani mieszkańcy patrzyli na mnie z zaciekawieniem. Jako zaproszony gość odpowiadałam im tym samym.

Trakt doprowadził nas do okrągłej fontanny, otoczył ją, skrzyżował się z innym, również wyłożonym kamieniem, i uciekł dalej. Koło fontanny siwy koń stanął, opuścił długi wąsaty pysk za kamienne obrzeże i przyssał się do wody. Zrównałam się z nim i popuściłam wodze. Stokrotka ciężko westchnęła z wdzięcznością, po czym usłyszałam, jak w jej drżących bokach bulgocze przełykana woda.

– Hej, starczy! Najpierw ostygnij trochę! – Gwałtownie ściągnęłam wodze.

Kobyłka prychnęła z oburzeniem.

– Nie martw się, kolka jej nie grozi, nawet jeśli długo biegła. Ta woda nikomu nie zaszkodzi. – Wampir zsiadł z konia i przekazał wodze jakiemuś chłopcu.

Zeskoczyłam na ziemię, zaczerpnęłam garść wody i podniosłam do ust. Była świeża, czysta, z posmakiem krzemu. Znajome iskierki przebiegły mi od koniuszków palców do śledziony. Ile by mistrz nie powtarzał, że magia powinna pochodzić z samego serca, to u mnie zakwaterowała się ona w dole brzucha, tak samo jak reakcja na jej obecność. Wyglądało na to, że głęboko pod ziemią żyła wodna przecinała się z magiczną, nadając wodzie unikalne właściwości. Tak właśnie wygląda królowa legend, żywa woda. Nic dziwnego, że mieszkańcy Dogewy nie potrzebowali magów ani znachorów. Magia tryskała spod ziemi pod samym ich nosem.

Zamknęłam oczy i się skupiłam. Energia rozlała się po moim obolałym ciele, regenerując aurę i zasilając rezerwę. Mistrz tłumaczył, że człowiek ma dwie niewidoczne powłoki. Jedną stałą, której każde naruszenie odbija się na zdrowiu i nastroju, z czego korzystają czarodzieje zajmujący się rzucaniem i zdejmowaniem uroków. Czyli właśnie aura. Druga powłoka porównywalna jest do narzędzia, z którego człowiek może korzystać świadomie. Albo i nie – zwykli ludzie tego nie potrafią. To jak ruszanie uszami: wrodzony dar, który albo się posiada, albo nie. Jeżeli korzystać z niego właściwie i stale rozwijać, jak robią to w szkołach, zostanie na całe życie. Co prawda przy czarowaniu się zużywa, ale potem znowu regeneruje – albo sam z siebie, w ciągu dwóch-trzech dni, albo z pomocą naturalnych źródeł. W audytorium geomagii wisi gigantyczny, zajmujący całą ścianę schemat przebiegu żył magicznych Belorii i punktów ich wyjścia na powierzchnię. Nawet wykładowcy nie potrafią zapamiętać wszystkich, z czego bezczelnie korzystają niektórzy adepci, z kamienną twarzą wskazując na egzaminie losowe punkty – koniec końców gdzieś trafią. Ostatni raz udało mi się zregenerować rezerwę z żyły przebiegającej pod wychodkiem karczmy Złote Jabłko, czterdzieści wiorst od Starminu. Potem ktoś zaczął walić w drzwi z taką siłą, że musiałam przerwać. Co robić, żyły nie wybierają, gdzie przebiegać. Może właściciel karczmy doszedł do wniosku, że nigdzie nie duma mu się tak dobrze jak nad żyłą, i postawił na ukochanym miejscu wychodek?

Prawdę mówiąc, prawdziwi profesjonaliści, arcymagowie, nie potrzebują żadnych żył ani nie są ograniczeni rezerwą. Potrafią czerpać siły wprost z żywiołów. Ale adeptowi na ósmym roku daleko, oj daleko, do arcymaga – dwa lata nauki i jeszcze cztery stopnie bakalaureatu. Nie każdy to wytrzymuje.

Czasza fontanny wyłożona była jasnoszarym kamieniem, gładkim na ścięciach i przypominającym krzemień. Żadnych siusiających chłopców, ryb stojących na ogonach czy innych mutantów tryskających wodą z najmniej odpowiednich miejsc – tylko nieociosane kamienie i wysoki stożek na środku zbiornika. Ze szczelin wybijały setki cienkich rozpryskujących się strumyczków: od malutkich, wysokości palca, do gigantycznych, nieustępujących wysokością drzewom. Nad kocimi łbami trzepotała koronka przezroczystych tęcz, pył wodny połyskującymi kropelkami osiadał na włosach.

Mój przewodnik odszedł na chwilę i wrócił z trójką wampirów, którzy przedstawili się jako Rada Starszych, ale nie wydali mi się jakoś szczególnie starzy. Gdyby nie poważne, przenikliwe oczy i rzadkie nitki siwizny w czarnych włosach, dałabym im coś koło trzydziestu lat.

Stokrotka już się napiła i podejrzliwie strzygła uszami, z pyskiem zwróconym w kierunku zgranego tria.

Uprzejmie przywitałam się z młodymi Starszymi i spytałam, kiedy mogłabym uzyskać audiencję u władcy Dogewy, Arr’akktura tor Ordwista itede, itepe.

Starszyzna, po chwili pełnego zakłopotania milczenia, ze skruchą przyznała, że nie ma pojęcia, gdzie podział się rzeczony władca, bo od rana go nie widziała. Wyobrażacie sobie, co działoby się u nas, w Starminie, gdyby król zniknął z widoku na dłużej niż dwie i pół minuty?! Zaczęłaby się panika, ściągnięto by straż, zawołano tropicieli, zebrano do kupy magów i astrologów. Ludzie by na głowie stawali, aż by wykryli, gdzie łaskawie skierował swe kroki szanowny monarcha. I wzięliby to miejsce pod cichą obserwację. A tu – proszę bardzo, W. D. A. O. Sz. itede udał się w kierunku bliżej nieznanym, a mnie o tym informują tak spokojnie, jak gdyby szło o aktualne plony buraków.

Następna propozycja Starszych miała jeszcze większy posmak nowości i osobliwości. Nijak nie mogłam dostroić się do trajektorii lotu ich myśli.

– Ale proszę go poszukać. A nuż się znajdzie – powiedziano mi.

Coraz lepiej. Jestem w Dogewie niecałą godzinę, a już proponują mi przeczesanie jej w poszukiwaniu władcy, o którego miejscu pobytu sami tubylcy mają mgliste pojęcie!

Starsi i przewodnik zaczęli jeden przez drugiego przekonywać mnie, że władca się lada chwila znajdzie i mogę poczekać na niego tutaj, przy fontannie. Obejrzałam się na gapiów powoli ściągających w kierunku placyku, stłumiłam wewnętrzny dreszcz i ogłosiłam pełną gotowość rozpoczęcia poszukiwań.

Starszyzna obiecała najgorliwszą pomoc w osiągnięciu tego szczytnego celu i z ukłonami oddaliła się, zostawiając mnie sam na sam z przewodnikiem.

– A jak on chociaż wygląda? – spytałam tonem straceńca.

– Zobaczy pani, to pozna.

– Młody, stary?

– Jeszcze zupełny dzieciak. – Powiedział to całkiem poważnym tonem, jakim mówi się kłamstwa malutkiej dziewczynce, więc trochę się obraziłam. Co oni ukrywają? Przecież ten Arr’akktur mnie nie zje. Czy zje?!

– Gdzie mogłabym się wykąpać i umyć konia? – przypomniałam sobie. Stokrotka, jako strona jak najbardziej zainteresowana, położyła pysk na moim ramieniu.

– Trzeba przejechać kawałek południowym ramieniem krzyża i skręcić w czwartą ścieżkę po lewej.

Zacięłam się na chwilę, nie od razu pojmując, że „krzyżem” nazywa główne skrzyżowanie dróg, z których każda wskazuje jedną ze stron świata.

– A pan...

– Tak? – Odwrócił się. Długie ciemne włosy rozsypały mu się na ramionach.

– Nie odprowadzi mnie pan?

– Muszę wracać. Jestem strażnikiem, nie mogę na długo porzucać granicy.

– Proszę poczekać.... Ostatnie pytanie... – zająknęłam się, nie wiedząc, jak je zadać. – Czy wy... Czy wy się nie boicie?

– Czego?

– No, ja... Pan pewnie mi tego nie powie wprost.... Ale jestem tu obca. Nie boi się pan, że coś nabroję? Znaczy, ja tak w ogóle to za siebie ręczę, ale przecież wy mnie wcale nie znacie! Ktoś inny mógłby... no... coś zepsuć, znaczy, zrobić coś bardzo złego... Nie boicie się tego? Przecież zostaję tu całkiem sama!

– Wydawało mi się, że lubi pani samotność – odpowiedział strażnik spokojnie. – Pomyślałem, że samodzielna wycieczka po mieście sprawi pani więcej przyjemności niż obstawa za plecami. Ale jeżeli pani się czuje samotnie albo nieswojo, mogę znaleźć przewodnika.

– Nie, nie, ma pan rację – zgodziłam się szybko. – Nigdy nie zdarzyło mi się nudzić we własnym towarzystwie. No ale... Nie boi się pan puścić mnie samej?

– Jest pani w Dogewie – odpowiedział poważnym tonem, wskakując na siodło. – Tu nigdy nie będzie pani sama.

ROZDZIAŁ 3

Już od jakichś ośmiu minut wątpiłam w swoje zdolności matematyczne. Chyba powiedział: „czwarta ścieżka”. I chyba w czwartą skręciłam. Czy wampiry mają jakiś inny system liczenia?

Nagle jednak w mój policzek wpił się żarłoczny rudy komar. Żądza krwi do niczego dobrego nie prowadzi. Insekt przypłacił swój występek życiem, a ja strząsnęłam z dłoni jego smętne resztki i pogoniłam Stokrotkę obcasami. Drzewa rozsunęły się, ścieżka urwała gwałtownie, a ja i kobyłka znalazłyśmy się na niewielkiej polance koło malutkiego, ale czystego leśnego jeziorka. Ziomkowie niesprawiedliwie zabitego komara rzucili się na mnie w gorączkowym pragnieniu zemsty i krwi. Nagrodziłam ich wysiłki klaskaniem i zsiadłam z konia.

Jeziorko było zajęte. Szare spodnie konkurenta nonszalancko wisiały sobie na gałęzi olchy, obok poniewierała się podniszczona skórzana kurtka, rozsznurowane wysokie buty i koszula dziwnego kroju, z dwoma wąskimi rozcięciami na plecach.

Przyjrzawszy się dokładnie, zauważyłam tył rozczochranej i jeszcze suchej głowy – wampir powoli płynął w kierunku lilii wodnych. Nad zasnutą wieczorną mgiełką wodą chlupot niósł się daleko. Długie włosy nasiąkły na końcach i kleiły się do szyi, gdy pływak unosił się nad taflą w kolejnym silnym zamachu. Zachodzące słońce wyzłociło czubek jego głowy. Nie widziałam w Dogewie nikogo jasnowłosego – a tym bardziej o tak niezwykłym, bladozłocistym, lnianym odcieniu.

W tym momencie pływak zanurkował, pociemniałe pukle oblepiły jego głowę jak macki leżącej na potylicy ośmiornicy. Przecież nie będę czekać, aż on się tu wypluska i pójdzie do łóżka! Stokrotka ostro zalatywała potem, co nasuwało wniosek, że ja również. Ostatecznie wspólna kąpiel w jednym jeziorze jeszcze do niczego nie zobowiązuje. Zarzuciłam wodze na gałąź brzozy i drżącymi ze zmęczenia palcami spróbowałam rozsiodłać niecierpliwie tańczącą kobyłkę. Derka przykleiła się do przepoconego grzbietu, a siodło okazało się tak ciężkie, że wyleciało mi z rąk i spadło na trawę. Zlekceważyłam je i poprowadziłam konia do wody, po drodze niedbale pozbywając się fragmentów garderoby. Jako ostatnia opadła na wpół przezroczysta jedwabna koszula, cała w smugach potu. Zostałam w koronkowym komplecie, który z pewną poprawką na jego mikry rozmiar można było nazwać dwuczęściowym kostiumem kąpielowym.

Dopiero wtedy zauważyłam, że lnianowłosy delikwent, który ośmielił się zmącić moje jezioro, stoi przy brzegu po pas w wodzie i z rosnącym zadowoleniem podziwia darmowy striptiz, w celu uzyskania lepszej widoczności pochylając się do przodu.

– A teraz będzie najbardziej pikantny kawałek – poinformowałam z kuszącą obietnicą w głosie i wypuściłam wodze. Wymęczona kobyłka rozwinęła niesamowitą prędkość. Z rozpędem wbiła się w wodę szeroką piersią, a spieniona fala zwaliła uciekającego delikwenta z nóg.

Korzystając z jego dekoncentracji, ruszyłam śladem kobyłki. Stokrotka, zanurzona po szyję, zamarła w zachwycie, rozrzuciwszy na powierzchni wody białą grzywę. Spod jej kopyt atramentowymi smugami podnosił się gruby ziarnisty muł z kawałkami zgniłych liści i szyszek olchy. Pędy kłującej rogownicy oplatały mi nogi jak sieć zarzucona przez staruszka w oczekiwaniu na złotą rybkę. Stęskniwszy się za kąpielą (trudno za jej ekwiwalent uznać pomyje wylane na moją głowę z okna na jednej z wąskich uliczek Kamieńca), pluskałam się w wodzie przez bitą godzinę, wypłukując z włosów podróżny kurz i czyszcząc Stokrotkę pęczkiem wodorostów, dopóki nie zrobiła się lekko zielonkawa i nie nabrała przyjemnego zapachu szlamu.

Gdy uznałam, że starczy tego dobrego, poprowadziłam kobyłę do brzegu i dopiero wtedy zauważyłam, że świeżo umyty gość, o którym zdążyłam całkiem zapomnieć, bynajmniej sobie nie poszedł. W spodniach, ale z nagim torsem, siedział na trawie, rozłożywszy do wyschnięcia szare skrzydła. Czarne jak węgiel brwi i rzęsy ostro kontrastowały z mokrymi, ale nadal zbyt jasnymi włosami, niedbale odrzuconymi na plecy. Całkiem ładny chłopak, nieco zbyt chudy, ale zgrabny, czuć w nim było siłę. Na jego piersi na cienkim rzemyku wisiał amulet w kształcie pazura, z brązowego, mieniącego się złocistymi iskrami kamienia.

– Cześć – powiedział z uśmiechem ozdobionym kłami, lustrując mnie spokojnym spojrzeniem szarych oczu, w których błąkał się lekki uśmiech.

– Przyjemna kąpiel – prychnęłam, pochylając się, by wyciągnąć spod impertynenta mój lewy but.

– A i owszem – odpowiedział z ironią. – Len jestem.

Trafne imię, bardziej podobne do przezwiska z dzieciństwa, które przylgnęło na dobre. Gdy patrzyłam na jego schnące włosy, przed oczami stawało mi pole dojrzałego lnu, cicho i w zadumie szeleszczącego oleistymi nasionami w pękatych mieszkach.

– Berenika – zmyśliłam na poczekaniu.

– Kłamiesz. – Wampir nie zastanawiał się ani chwili.

– No dobra, Wolha – burknęłam z rozdrażnieniem. – Czy w całej Dogewie nie ma ani jednego wampira przebywającego w głębokiej nieświadomości odnośnie do faktu istnienia mojej skromnej osoby?

Wampir obserwował mnie z niesłabnącym i wyraźnie niezdrowym zainteresowaniem.

– Obawiam się, że nie. Dolina nie jest aż tak duża, nowiny rozchodzą się jak wiatr. Chcesz jeszcze o coś zapytać?

– A powinnam?

– Nie, ale mogę odpowiedzieć.

W milczeniu sięgnęłam do przytroczonej do siodła sakwy po czystą koszulę. Wampir czekał bez najmniejszych oznak zniecierpliwienia. Żeby nie było: pytania miałam. Ale wszystkie jakieś takie skomplikowane i nie do końca ukształtowane. Niech ktoś spróbuje wyciągnąć ze słoja jeden kiszony ogórek. Łatwe, prawda? A jeśli jest ich tam dziesięć i każdy próbuje trafić na talerz jako pierwszy? Tak właśnie było z moimi pytaniami. Zaczepiły się o siebie bokami jak ogórki i nijak nie potrafiły ze mnie wyjść pojedynczo.

– Robi się ciemno. Czas wracać – powiedział jasnowłosy, zerkając na dotykające horyzontu słońce. Komary pojękiwały coraz bardziej krwiożerczo, zmuszając nas do przyspieszenia ruchów. Za drugim razem udało mi się z wysiłkiem zarzucić na Stokrotkę siodło (po pierwszej próbie musiałam obejść kobyłę i podnieść je z ziemi). Nie zdążyłam się nawet ucieszyć, gdy zauważyłam derkę czającą się pod krzakiem. Zanim ją podniosłam, Stokrotka otrzepała się, a niezapięte siodło pacnęło na piasek. Zgrzytając zębami, wpakowałam je na miejsce, uprzednio narzuciwszy derkę. Prawie nie zostało mi sił i rzemienie popręgu dociągnęłam tylko do drugiej dziurki. Z pewną dozą wątpliwości obejrzałam czwartą, już solidnie wyrobioną, i zdecydowałam, że pójdę pieszo, żeby nie spełznąć pod koński brzuch razem z siodłem.

Wampir wstał, uprzejmie odsunął mnie na bok, po czym jednym ruchem bez wysiłku zaciągnął popręg i zaczepił klamrę jak należy.

– Odprowadzić cię?

Nieznacznie wzruszyłam ramionami. Ostatecznie co za różnica – ten wampir sobie zrobi ze mnie kolację czy inny? Szczególnie że miałam dość mętne pojęcie o tym, jak powinna wyglądać droga powrotna.

Tak więc szliśmy obok siebie, zielonkawa kobyłka truchtała z tyłu, co i rusz szarpiąc wodze, by skubnąć z pobocza kępkę trawy, a sensowne pytania nadal nie chciały przychodzić mi do głowy.

– Daleka droga? – zapytał w końcu Len, litując się nade mną.

Spojrzałam na wampira z ukosa, ale on beztrosko machał zarzuconą na ramię kurtką, nie wykazując oznak głodu.

– Trzy dni.

– Ze Starminu, czyż nie?

– Prawie. Z obrzeży.

– Jeździłaś kiedyś aż tak daleko?

– Nie, nigdy. Mam nadzieję, że przyczyna okaże się tego warta... Ty wredne bydlę! – Kobyłka, której gwałtowne szarpnięcie prawie zwichnęło mi rękę, z widocznym żalem zrezygnowała z samotnej czerwonej koniczyny, kusząco chwiejącej się nad niską trawą.

Ani Len, ani Stokrotka nie zwrócili na mój sprawiedliwy gniew najmniejszej uwagi.

– Aż za bardzo. Już trzynaście osób kosztowała życie.

– To sytuacja jest aż tak poważna?

– Poważniejsza niż myślisz. – Pewny głos wampira nie pozwalał na wątpliwości. Niestety, na mnie nie podziałał.

– Żeby myśleć, trzeba coś wiedzieć. Co się tu u was dzieje?

– Nie mam pojęcia – przyznał Len uczciwie, wzruszając ramionami.

– Przecież mówiłeś, że możesz odpowiedzieć na moje pytania! – obruszyłam się.

– Na twoje tak. Ale to konkretne zadaję sam sobie.

– To może chociaż w ogólnym zarysie? – Nie dałam się odwieść od tematu i wybiegłam do przodu, żeby widzieć jego twarz. – Czy w to jest zamieszany ktoś... z waszych?

– Nie – uciął krótko Len.

– Ale w takim razie jakieś hipotezy są?

– Mieszkam w Dogewie od urodzenia – odpowiedział cicho i poważnie. – Znam tu każde drzewo, każdy kamień, każdą żywą istotę... Zresztą, nieżywe również kojarzę całkiem nieźle. Ale z tym czymś stykam się po raz pierwszy. Nie jest ani żywe, ani martwe, jednak na tyle dziwne i niezrozumiałe, że samo jego istnienie przeczy wszystkim znanym prawom. Ale ono o tym nie wie i korzysta sobie z życia w najlepsze.

– To pomroka?

Wampir prychnął z ironią.

– Cóż, z niczym żywym nie pomylisz tego na pewno.

Trafiłam na znany grunt.

– A jak wygląda?

– Różnie. Czasem jak ogromny pies, czasem długaśne paskudztwo na pajęczych nóżkach, czasem ma rogi, czasem skrzydła... Ale nie o to chodzi. Mam wrażenie, że jest... jedno. Tylko pojawia się pod różnymi postaciami, żeby nas zmylić.

– Skąd taki pomysł?

– Zapamiętałem jego istotę. Trudno to opisać. My, wampiry, postrzegamy świat nieco inaczej, bardziej wierzymy sławetnemu szóstemu zmysłowi niż oczom i uszom. Kiedy obok przelatują dwa ptaki, czuję, że są dwa. Każdy ma swoją indywidualność. Tak samo jak ten potwór. Czuję jego przyjście identycznie, w jakiejkolwiek skórze by się nie zjawił.

– Bzdury. To nie jest jakiś ptak z krwi i kości. To pomroka. Ma jedno imię – śmierć.

Len beznamiętnie patrzył w dal. W oczywisty sposób mi nie wierzył, ale nie chciał się kłócić, więc po prostu machnął ręką.

– Oni też tak mówili.

– Kto?

– Ci, którzy byli tu przed tobą.

– Oni... Nie żyją?

– Zostali zabici – sprecyzował, narzucając kurtkę. Poszłam za jego przykładem. W lesie po zmroku szybko robiło się zimno.

– Wezwaliście maga z Kamieńca, żeby to zniszczył?

– Nie. Sam przyszedł. Potrzebował rady. Rano znaleźliśmy jego ciało na miejskiej drodze, a zakrzepnięta krew była na ścianach i dachach sąsiednich domów.

Nawet jeśli Len kłamał, nie sposób było tego wykryć.

– Ktoś widział, jak to się stało?

– Widzieli, jak to uciekało do lasu. A następnej nocy zginął chłopak.

– Wasz?

– Tak, miał dziesięć lat, wracał z kolegą z wędkowania. Ten, który został przy życiu, zaczął krzyczeć. Kiedy wyskoczyli sąsiedzi, stwór ryknął, rzucił trupa i uciekł.

– Znowu do lasu? – sprecyzowałam sceptycznie, opędzając się od kobyły, która próbowała uzyskać przebaczenie, gorąco parskając mi w lewe ucho.

– A ty byś pobiegła do kibla? – zapytał Len złośliwie.

– Ja bym nie uciekała – odparowałam. – Mojego drugiego kolegę zaprosiliście celowo?

– Hm... Można i tak powiedzieć – odparł wampir po chwili milczenia. – Jego śmierć również stwierdziliśmy po fakcie. Ale następny czarodziej zginął na moich oczach. Tym razem potwór przypominał włochatą bryłę na krótkich łapach, z malutkimi świecącymi oczkami i szeroką zębatą paszczą. Wyszczerzył się złośliwie z daleka, prysnął w krzaki i jakby się rozpłynął.

– Rozumiem. Kolejny?

– Starszy mężczyzna. Następnego dnia – dwie kobiety. Nie zdążyliśmy nawet na finał. Ale widok znowu był... porażający.

– Nie próbowaliście stawiać domów trochę gęściej? – spytałam złośliwie.

– Jak w waszych hodowlach szczurów? – Len miał na myśli ludzkie miasta, a ja musiałam bez słowa przełknąć przytyk.

– Fakt, zagadkowe. Pozostali biedacy, jak rozumiem, opuścili ten świat w nie mniej potworny sposób?

Skinął głową w milczeniu.

– A jakiej rady potrzebował bakałarz z Kamieńca?

Wampir nie zdążył odpowiedzieć. Wkroczyliśmy na drogę. Przechodząca obok kobieta szybko ukłoniła się Lenowi, ciężkim klapsem wymuszając to samo na małoletnim potomku czepiającym się jej spódnicy. W mojej duszy poruszyły się mgliste podejrzenia.

– Dobrze cię tu znają?

– Tu każdy każdego zna.

– Muszę coś przekazać pewnemu gościowi.

– Komu? – zapytał Len, z roztargnieniem kiwając kobiecie głową.

– Nie bardzo pamiętam. Podobno jest szefem.

– Władcy?

– Tak, jak mu tam było?

– Sam się czasem mylę. Daj, przekażę.

– Nie mogę. Dobrze go znasz?

– Lepiej niż bym chciał – westchnął Len.

W tym momencie zobaczyłam idących z naprzeciwka Starszych. Ramię w ramię, w tej samej formacji: niebieskooki po lewej, krótkowłosy w środku, jak gdyby spięli togi szpilkami. Wyglądali bardzo uroczyście. Mój towarzysz zatrzymał się, z niezadowoleniem zagryzając wargę. Ja również. Starsi zrobili jeszcze kilka kroków i równocześnie ukłonili się mojemu towarzyszowi.

Spojrzałam na Lena.

Poczułam się oszukana.

Wepchnęłam mu do ręki pomięty zwój i przeszłam do szeregu Starszych.

Wyglądało na to, że jednak udało mi się odnaleźć władcę Dogewy.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: [email protected]

www.papierowyksiezyc.pl