Zatruta - Jennifer Donnelly - ebook

Zatruta ebook

Jennifer Donnelly

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Rozbij lustro. Rozprosz iluzję. Odzyskaj swoje serce.

Dawno, dawno temu dziewczyna o imieniu Sophie wyruszyła do lasu w towarzystwie łowczego. Jej wargi miały kolor dojrzałych wiśni, skóra była miękka jak świeżo spadły śnieg, a włosy czarne niczym bezgwiezdna noc. Kiedy zatrzymali się na odpoczynek, łowczy wyciągnął nóż… i odebrał jej serce.

Nie powinno to dziwić. Od dawna krążyły plotki i szepty: że jest zbyt dobra i naiwna, by rządzić, że jako przyszła królowa okaże się porażką. A Sophie w to wierzyła. Wierzyła we wszystko, co o sobie słyszała – w zatrute słowa, którymi próbowano ją przekonać, że dziewczęta takie jak ona nie powinny być zbyt silne.

Z pomocą siedmiu tajemniczych nieznajomych Sophie udaje się przetrwać. A gdy odkrywa, że zazdrosna królowa może nie ponosić winy, musi znaleźć w sobie odwagę, by stawić czoła jeszcze groźniejszemu wrogowi. I przekonuje się, że nawet najciemniejsza magia nie zdoła zgasić ognia płonącego w ludzkim sercu i że dobroć bywa najpotężniejszą siłą.

Jennifer Donnelly, autorka bestsellerowej powieści Przyrodnia siostra, na nowo opowiada znaną historię, sprawiając, że inaczej spojrzysz na siłę, władzę oraz prawdziwe znaczenie słów „żyli długo i szczęśliwie”.

To podróż ku samopoznaniu i odzyskaniu mocy, opowiedziana w formie porywającej fantastycznej przygody.

„The Guardian”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 414

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewa32111

Dobrze spędzony czas

👍
00



Jennifer Donnelly Zatruta Tytuł oryginału Poisoned ISBN Copyright © 2020 by Jennifer Donnelly Copyright © for the Polish translation by Anna Kłosiewicz, 2026 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 All rights reserved Redaktor Karolina Kaczorowska Jacket art © 2020 by John Dismukes Jacket design by Maeve Norton Opracowanie polskiej wersji okładki i stron tytułowych Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Mallory Kass, mojej wspaniałej redaktorki, z wyrazami wdzięczności i podziwu

PROLOG

Dawno, dawno temu, zawsze i na wieki, pewna dziewczyna ruszyła w głąb Mrocznego Lasu.

Jej wargi miały kolor dojrzałych wiśni, skóra przypominała miękkością świeżo spadły śnieg, a włosy były czarne niczym bezgwiezdna noc.

Wysokie drzewa szeptały i wzdychały, gdy przemykała na końskim grzbiecie pod ich koronami z królewskim łowcą u boku. Siedzące wysoko wśród koron wrony przypatrywały się temu lśniącymi paciorkami czarnych oczu.

Gdy niebo pojaśniało, łowca wskazał dziewczynie leśną sadzawkę przed nimi i powiedział, że będą musieli się zatrzymać, by napoić wierzchowce, a ona posłusznie zsiadła z konia i ruszyła w kierunku wody. Zadumana nie słyszała szeptu sztyletu wysuwanego z pochwy, nie zauważyła, jak łowca unosi twarz ku wschodzącemu słońcu, podczas gdy w jego oczach maluje się udręka.

Jęknęła ze zdumienia, gdy łowca przyciągnął ją do siebie, objąwszy potężnym ramieniem jej wąską kibić. Wbiła w niego pytające spojrzenie szeroko rozwartych oczu, choć nie czuła strachu… jeszcze nie. Właściwie nic nie poczuła, kiedy mężczyzna przycisnął ostrze sztyletu do jej piersi, zaledwie lekkie pchnięcie między żebra, a potem ciepło rozlewające się po całym ciele, zupełnie jakby oblała się gorącą herbatą.

Tyle że potem przyszedł ból, przeszywający, szczerzący kły, szarpiący wnętrzności czerwonymi od krwi szponami.

Dziewczyna odrzuciła głowę do tyłu i krzyknęła. Ten dźwięk spłoszył ukrytego w zaroślach jelenia, a wrony zerwały się z gałęzi, trzepocząc jak szalone skrzydłami.

Łowca miał wprawę i zręczne dłonie, wypatroszył już nimi tysiące zwierząt. Kilka ruchów noża tak ostrego, że mógłby odkroić kawał nieboskłonu, wystarczyło, by rozdzielić żebra, rozciąć delikatne ciało i naczynia krwionośne.

Głowa dziewczyny zawisła bezwładnie, nogi się ugięły. Łowca delikatnie ułożył jej ciało na ziemi, a potem przy nim przyklęknął.

— Wybacz mi, królewno, wybacz — szepnął błagalnie. — Ten niecny postępek nie był mym zamiarem, tylko życzeniem królowej.

— Ale dlaczego? — wyszeptała z trudem dziewczyna.

Jednak łowca, w którego oczach wzbierały łzy, nie był w stanie dobyć z gardła głosu, dokończył więc tylko swego okrutnego dzieła i wstał. A kiedy to uczynił, dziewczyna otrzymała wreszcie odpowiedź na swoje pytanie. Ponieważ ostatnią rzeczą, jaką ujrzały jej zasnuwające się mgłą oczy, było jej własne serce, niewielkie i kształtne, zamknięte w drżących dłoniach łowcy.

*

Ptaki w lesie umilkły, wszystkie stworzenia zamarły w bezruchu, a wśród drzew rozgościł się mrok. Na chłodnej ziemi leży umierająca dziewczyna, z krwawiącą raną w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą biło serce.

„Powiesić łowcę!”, wykrzykujecie. „Spalić złą królową!”. I któż mógłby mieć wam to za złe?

Przeoczyliście jednak prawdziwy czarny charakter.

Nic w tym zresztą dziwnego, jest przebiegły i podstępny, a pojawia się, gdy jesteście sami. Kryje się w cieniu, by sączyć wam do ucha jad, a jego słowa kap, kap spływają powoli do sekretnych komór waszych serc.

Wydaje się wam, że znacie tę historię, ale wiecie tylko to, co wam powiedziano.

„Kim jesteś, skąd to wszystko wiesz?”, pytacie pewnie teraz.

Całkiem zresztą słusznie.

To ja jestem tym łowcą. Oczywiście od dawna już nie żyję, ale to w tej chwili bez znaczenia. Martwi też przemawiają, choć ich języki wyschły z powodu upływu czasu i rozpaczy. Możecie nas jednak usłyszeć, jeśli tylko zechcecie nadstawić ucha.

Teraz powiecie pewnie, że plotę bzdury. Opowiadam jakieś bajdy. Że to wszystko wymysły. Ale w Mrocznym Lesie dzieje się więcej, niż potraficie sobie wyobrazić, a tylko głupiec nazwałby to wymysłami.

Nie zbaczaj z utartej ścieżki, powiadają mądre kobiety. Nie wchodź do lasu.

Któregoś dnia będziecie jednak musieli się zapuścić w te mroczne ostępy, by się przekonać, co tam na was czeka.

Bo jeśli tego nie uczynicie, to coś samo was znajdzie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Dzień wcześniej…

— Nagonka naprzód! — krzyknęła królowa, spinając potężnego wierzchowca.

Psy wypłoszyły zwierzynę, szary wilk wymknął się ze swojej kryjówki w gęstych krzewach kolcorośli i pomknął w głąb lasu, a złakniona krwi sfora z głośnym szczekaniem ruszyła w ślad za nim.

Najodważniejsi z myśliwych zmusili konie do galopu, by nadążyć za królową, jednak dosiadająca zwinnego rumaka królewna nie wahała się jej wyprzedzić. Pędziła za wilkiem niczym strzała przez leśne ostępy, podczas gdy spódnica jej amazonki powiewała na wietrze. Spięła wierzchowca, by przesadzić kamienny murek, a potem strumyk i wreszcie zarośla tak gęste, że nie sposób było odgadnąć, co się za nimi kryło. W pewnym momencie kapelusz zsunął się jej z głowy, odsłaniając pasma kruczoczarnych włosów przywodzące na myśl najciemniejszą z nocy.

Królowa nie była w stanie jej dogonić, podobnie zresztą jak książęta Haakon i Rodrigo. Widziałem ich, jak przemykają przez las, królowa w bieli, a następnie jej szlachetnie urodzona świta w rdzawobrązowych, zgniłozielonych czy czerwonawożółtych strojach. Jeden z baronów nachylał się nisko nad szyją wierzchowca, palce zacisnąwszy w grzywie zwierzęcia. Był coraz bliżej królowej, kiedy jednak już miał ją wyprzedzić, jego koń nagle się potknął, a on stracił równowagę. Rozległ się głośny okrzyk, a potem okropny łoskot, gdy jeździec uderzył o ziemię.

— Zostaw go, łowco! — krzyknęła królowa. — Zostawić każdego, kto spadnie!

Mężczyzna leżał skulony pod drzewem, oczy miał zamknięte, a głowę zakrwawioną. Przemknąłem obok niego, podobnie jak reszta jeźdźców. Jedynie królewna obejrzała się na chwilę.

Pędziliśmy przez las prowadzeni ujadaniem psów, co rusz zmieniając kierunek. Na moment straciłem z oczu królową, która zniknęła w oparach mgły, by chwilę później wyłonić się z niej ponownie tuż za sforą. Oraz królewną.

Psy osaczyły wilka, potężną waderę, która zdążyła już zabić dwa z nich. Nieruchome ciała stygły nieopodal.

A on? O, tak, on też tam był.

Jak zawsze blisko. Obserwował. I czekał.

Słyszałem go w głuchym warkocie wilczycy. Wyczuwałem w nerwowym drobieniu koni. Dostrzegałem w oczach królewny; wyłaniał się na powierzchnię niczym martwe truchło unoszące się na rzece.

A potem zupełnie nieoczekiwanie wilczyca rzuciła się z obnażonymi kłami w kierunku koni. Stępak królewny zarżał i stanął dęba, lecz dziewczyna zdołała jakimś cudem utrzymać się w siodle. Chrapy wierzchowca królowej zafalowały nerwowo, gdy zwierzę stuliło uszy, jednak trzymane pewną dłonią nie ruszyło się z miejsca, dopóki królowa nie zeskoczyła na ziemię.

Królowa okrążyła zebrane wokół dzikiego zwierza psy i głośnymi okrzykami zachęcała je do zaatakowania osaczonej ofiary, a one co rusz dopadały zębami zadu oszołomionej wilczycy, ujadając tak, że piana aż pryskała im z pysków. Wilczyca usiłowała się przed nimi bronić, jednak psów było zbyt wiele. One zresztą o tym wiedziały, bo atakowały coraz zajadlej, i tylko jeden z nich, mniejszy i drobniejszy, trzymał się z dala od reszty sfory.

Nie umknęło to uwadze królowej.

— Walcz, ty tchórzliwa pokrako! — krzyknęła na niego, a oczy jej pociemniały.

Pies podkulił tylko ogon i cofnął się jeszcze bardziej. Wówczas rozwścieczona władczyni wyrwała któremuś ze służących pejcz z ręki i ruszyła w stronę zwierzęcia.

— Wasza Królewska Mość! Wilk się wymyka! — rozległ się głos księcia Haakona, który właśnie do nich dołączył.

Królowa cisnęła pejcz na ziemię i dopadła swojego wierzchowca, zanim jednak wskoczyła z powrotem na siod­ło, sfora psów — a z nią również królewna — zdążyła już ruszyć w dalszą pogoń i zniknąć wśród drzew.

Królewna ścigała tak zwierzę jeszcze przez dobrą milę w zdradliwym terenie, zanim głęboki jar nie położył kresu pogoni. W samą porę wstrzymała wierzchowca, jednak wilczyca dotarła aż na sam skraj rozpadliny. Ta okazała się zbyt głęboka, by dało się ją pokonać, zwierzę usiłowało się więc cofnąć. Niestety, sfora psów już napierała od lewej strony. Po prawej rozciągał się gąszcz ciernistych krzewów kolcorośli, wysoki na dobrych kilka metrów i tworzący mur nie do przebycia. Oszalałe ze strachu zwierzę krążyło przez chwilę wzdłuż skraju rozpadliny, jakby szykowało się do skoku, zanim się zorientowało, że nie zdoła pokonać przepaści. Wówczas z pochyloną głową i najeżoną na karku sierścią odwróciło się w stronę zgrai psów gotowe do starcia na śmierć i życie.

Królewna zdążyła się już do niego zbliżyć tak bardzo, że widziała plamę jaśniejszej sierści na jego podgardlu i wystrzępiony koniec ucha. Wilczyca popatrzyła na nią, a ona dostrzegła w tych srebrzystych ślepiach strach. Błyskawicznie zeskoczyła na ziemię i przedzierając się przez stado rozgorączkowanych psów, zdołała je nieco rozpędzić pokrzykiwaniem i tupaniem nogami, dopóki nie odsunęły się od osaczonego zwierzęcia.

— Uciekaj! — krzyknęła do wilczycy. — No dalej, uciekaj stąd!

Wilczyca najwyraźniej dostrzegła jakąś wyrwę wśród zarośli, bo nie zważając na bezlitosne, zakrzywione kolce roślin, które raniły jej pysk i wczepiały się w skórę uszu, jakoś zdołała się pod nimi przecisnąć i zniknąć. Psy usiłowały ruszyć w dalszy pościg, ale pyski miały delikatne, a skórę cienką, więc nie udało im się przedrzeć przez ten gąszcz.

Królewna sądziła, że jest zupełnie sama, że nikt nie zauważył jej postępku, ale ja widziałem wszystko. Udało mi się ją dogonić, nadal jednak nie zdradzałem swojej obecności. Na rozkaz królowej tropiłem różnoraką zwierzynę i nie zawsze były to wilki.

Królewna tymczasem przytuliła głowę do pokrytej pianą szyi wierzchowca. Znużenie zdawało się okrywać teraz jej ramiona niczym żałobny kir. Widziałem, jak przycisnęła dłoń do piersi, zupełnie jakby usiłowała nieco złagodzić czający się tam ból.

Ileż kosztowała ją ta rozgrywka. Ileż będzie kosztować nas wszystkich.

Z oddali napłynął tętent końskich kopyt, jakieś okrzyki. Kiedy wreszcie pojawiła się królowa w towarzystwie księcia Haakona oraz paru innych konnych, królewna znów trzymała głowę wysoko uniesioną, zdoławszy ukryć przed światem swoje zmęczenie.

— Obawiam się, Wasza Królewska Mość, że polowanie właśnie dobiegło końca — powiedziała z udawanym żalem, ruchem głowy wskazując głęboką rozpadlinę. — Wilk wybrał szybszą śmierć.

Królowa podjechała aż na sam skraj przepaści i spojrzała w dół, marszcząc przy tym brwi.

— Szkoda — rzuciła — że straciliśmy tak wspaniałą zdobycz.

Przeniosła wzrok na psy, potem zaś popatrzyła bacznie na gęste zarośla. Królewna nie dostrzegła, co przyciągnęło uwagę jej macochy, bo właśnie wsiadała z powrotem na konia, ale ja widziałem. Na jednym z kolców powiewała kępka szarego futra. Wilczego futra.

Królowa ściągnęła brwi jeszcze mocniej.

— Odtrąb koniec polowania, łowco! — poleciła.

Zadąłem w sygnałówkę i psy zawróciły z nosami wciąż blisko ziemi. Ta najmniejsza, strachliwa suczka z nadal podkulonym ogonem ruszyła w pewnej odległości za resztą sfory. Myśliwi też zaczęli wracać wśród śmiechów i pogwarek.

Gdy tylko tętent kopyt ucichł w oddali, usłyszałem dziwny szelest, niczym szum jedwabnych spódnic, więc uniosłem głowę i zobaczyłem wronę o granatowoczarnych piórach i ostrym wejrzeniu. Zerwała się z gałęzi wysoko nade mną, a potem z głośnym krakaniem odleciała w głąb Mrocznego Lasu.

Nadal słyszę ten dźwięk, rozlegający się echem przez wieki.

Brzmiał niczym ostrzeżenie.

Albo podzwonne zapowiadające czyjąś śmierć.

Przede wszystkim jednak przypominał śmiech.

2

Wodze były ubrudzone krwią.

Sophie dostrzegła to, gdy oddawała je stajennemu.

Odwróciła dłonie wnętrzem do góry — każdą z nich znaczyły cztery wąskie, karmazynowe półksiężyce, pozostawione przez jej paznokcie. Kiedy galopowała przez las, serce zamierało jej w piersi z przerażenia. Wierzchowiec był tak szybki, tak nerwowy, że musiała używać całej swojej siły, by nad nim zapanować. Z każdym jego krokiem nabierała coraz większej pewności, że zaraz spadnie na ziemię i skręci kark. Spotkanie z wilkiem też ją wystraszyło. Stworzenie było ogromne, w mgnieniu oka rozszarpałoby ją na strzępy.

Jednak żadne z tych zwierząt — ani koń, ani wilk — nie ponosiło odpowiedzialności za zadrapania na jej dłoniach, dobrze o tym wiedziała. Zresztą nogi nadal lekko jej drżały, chociaż polowanie zakończyło się dawno temu.

— To było strasznie głupie, dziewczyno — mruknęła pod nosem.

A gdyby tak królowa zobaczyła, jak puszcza wilka wolno? Albo ktokolwiek inny? Macocha wszędzie ma przecież swoich szpiegów.

Czym prędzej wyjęła z kieszeni kurtki rękawiczki i naciąg­nęła je na dłonie. Ta zuchwała, nieustraszona dziewczyna, która potrafiła prześcignąć książąt, królewskiego łowcę, a nawet samą królową, ta bezlitosna panna, gotowa ścigać zwierzę dla samej przyjemności obserwowania, jak sfora psów je rozszarpuje — to była wyłącznie poza. Tylko te drobne ranki, broczące teraz krwią, zdradzały prawdę, której nie mogła nikomu wyjawić. Władcy są bezlitośni, nigdy nie okazują słabości ani strachu. Nie uronią też publicznie łzy, to inni przez nich płaczą. Przecież macocha powtarzała jej to tysiące razy.

Sophie wciąż stała na wielkim brukowanym dziedzińcu, otoczonym przez budynki stajni i psiarni. Rozejrzała się, wypatrując królowej i jej świty, ale jeszcze nie wrócili. „Dobrze”, przemknęło jej przez głowę. Już samo polowanie, pogawędka w drodze powrotnej, podczas której cały czas musiała się wspinać na wyżyny błyskotliwości i roztaczać swój czar — to wszystko zwyczajnie ją wyczerpało. Teraz marzyła jedynie o tym, by niepostrzeżenie wymknąć się do swoich komnat, a tam zdjąć wreszcie przepocony strój i zanurzyć się w gorącej kąpieli.

Służba rozstawiła już na dziedzińcu długi, przykryty obrusem stół, który uginał się teraz od zapiekanych w cieście mięs, pieczonego ptactwa, wędzonych wędlin, serów, orzechów i słodkich przekąsek. Sophie starała się przemknąć obok niego jak najszybciej z nadzieją, że jeśli pochyli głowę, nikt nie zwróci na nią uwagi.

— Witaj, o dzielna Artemido, bogini łowów! — dobiegło nagle z drugiego krańca dziedzińca.

Serce aż w niej zamarło. To by było tyle, jeśli chodzi o niepostrzeżoną ucieczkę.

Podniosła wzrok i popatrzyła na zmierzającego w jej stronę Haakona. Przystojnego księcia o złocistych puklach i muśniętej promieniami słońca skórze twarzy idealnej niczym u jakiegoś bóstwa z marmuru. Towarzyszył mu Rodrigo, którego pełne wargi wyginały się uwodzicielsko, a ciemne oczy zdawały się skrywać mnóstwo obietnic. Sophie posłała obu mężczyznom promienny uśmiech; po prostu nie miała innego wyboru. Jeden z nich może wkrótce zostać jej mężem.

Polowanie było pierwszą z całego szeregu rozrywek mających uświetnić w ciągu najbliższych kilku dni jej urodziny, na wieczór zaplanowano zaś uroczysty bal tu, w pałacu w Konigsburgu. Wystawną fetę, w której wezmą udział przedstawiciele świty jej macochy oraz władcy zagranicznych królestw. Jutro Sophie skończy siedemnaście lat i odziedziczy koronę po ojcu, a jako królowa będzie mogła również wstąpić w związek małżeński. Dlatego właśnie macocha z taką determinacją szukała dla niej utytułowanego i potężnego kandydata na męża, z którym zaślubiny okazałyby się najbardziej korzystne.

— Może młody książę ze Skandinay — zastanawiała się, gdy po raz pierwszy poruszyła tę kwestię. — Jest bratankiem cesarza. Albo syn sułtana?

— Ależ pani, przecież ja nawet ich nie znam. A jeśli w żadnym z nich się nie zakocham? — oponowała Sophie.

— Zakocham? — rzuciła królowa głosem ociekającym pogardą. — Miłość to jedynie mrzonka, na dodatek wyjątkowo niebezpieczna. Twoi zalotnicy powinni wywierać na tobie wrażenie wielkością swojej armii i potęgą swoich fortec, a nie recytowaniem głupiutkich wierszyków o kwiatkach i turkawkach.

Istniał powód poszukiwania przez macochę potężnego męża dla pasierbicy, a Sophie dobrze znała tę wstydliwą prawdę — królowa uważała ją za słabą. Podobnie zresztą jak cały dwór.

Sophie dorastała wśród ludzi szepczących za jej plecami, wyśmiewających jej nieśmiałość i wrażliwość. Wszystko zaczęło się zaraz po tym, jak królowa poślubiła ojca Sophie, a z czasem było coraz gorzej. Złośliwe słowa wbijały się w jej serce niczym ciernie kolczastych krzewów. Nadal rozbrzmiewały jej w uszach… „Królewna nigdy nie będzie dobrą królową…” „Nie dość mądra z niej panna…” „Ani wystarczająco twarda…”

Haakon, najstarszy syn króla Skandinay, wybrany przez macochę na kandydata do ręki Sophie, podszedł teraz do królewny z butną miną i wyciągnął w jej stronę kufel z piwem.

— Boska Artemida zdobyła już me serce, ale okrutna, samolubna z niej pani! Nie chce mi oddać swego!

— Dziwisz się jej? — prychnął drwiąco Rodrigo.

— Usycham z tęsknoty za miłością, marnieję i ginę — jęknął Haakon, przyciskając dłoń do piersi, po czym nachylił się nad stołem i oderwał udko pieczonego kurczęcia. — Cierpię niewyobrażalne męki, okrutna bogini, ofiaruj mi swoje serce i wreszcie połóż im kres.

— Ależ to niemożliwe, mości książę — odparła Sophie z błyskiem w oku i głosem tak lekkim i rozbawionym, że nikt by się nie domyślił, jak bardzo pragnęła się teraz znaleźć w zaciszu własnej sypialni.

— A czemuż to, u licha? — zdumiał się Haakon i wbił zęby w mięso. — Taki przystojny kawaler jak ja… Chyba sam muszę być jakimś bóstwem. Bez dwóch zdań. — Lekko ściąg­nął brwi, a potem skinął głową. — Właściwie to jestem tego wręcz pewny. Jestem bogiem… hmm, Apollem! Właśnie nim, zgadza się! — Przy tych słowach wskazał na Sophie kurzym udkiem. — Dobrana byłaby z nas para.

— Jeśli pamięta książę mitologię, w co zresztą nie wątpię… — odezwała się Sophie.

— Jak na równie wielkiego uczonego przystało — wtrącił Rodrigo.

— To z pewnością przypomina sobie książę, że Artemida ślubowała pozostać na zawsze dziewicą. A gdyby nawet miała złamać tę przysięgę, wątpię, by uczyniła to dla Apolla, skoro ten był jej bratem.

— Fuj. — Haakon zmarszczył nos.

— No właśnie — przytaknął Rodrigo.

Sophie roześmiała się wbrew samej sobie, ale naprawdę nie zdołała się powstrzymać. Haakon był niczym złociste, oślepiające słońce, które wciągało wszystkich na swoją orbitę. Wykazywał się co prawda irytującą arogancją, jednak dysponował również oszałamiającą urodą, a takim ludziom więcej się wybacza. Wszystkie mieszkanki pałacu się w nim durzyły i nawet Sophie, ku swej rozpaczy, miała do niego pewną słabość.

Tymczasem na dziedziniec wjechali już pozostali uczestnicy polowania, a tuż za nimi zjawili się służący z psami. Sophie się zdawało, że wśród tego tłumu słyszy też ostre rozkazy lorda dowódcy, stojącego na czele straży przybocznej królowej. Haakon oraz Rodrigo odwrócili się do nowo przybyłych i zaczęli przywoływać niektórych z nich ruchami dłoni. Sophie zwróciła jednak uwagę na odgłos znacznie cichszy niż stukot końskich kopyt czy tubalny głos Haakona. Usłyszała bowiem kroki, pospieszne, lecz trochę szurające, jakby ktoś powłóczył nogami.

— Tom? — rzuciła, obejrzawszy się za siebie.

W jej stronę biegł chłopiec, niezbyt wyrośnięty jak na swój wiek, niezdarny i wstydliwy.

— Ostrożnie, zwolnij trochę, zanim… — dodała jeszcze, lecz nie zdążyła dokończyć zdania, bo Tom właśnie zahaczył czubkiem buta o jeden z kamieni bruku i się przewrócił. Nachyliła się, by pomóc mu wstać.

— A to niezdara — rozległ się czyjś drwiący głos.

— Powinni go byli utopić od razu po urodzeniu. Tak się robi ze słabymi kociakami, prawda?

Tom aż się skrzywił na te okrutne słowa. Sophie dostrzeg­ła, jak bardzo go one zabolały. Bardziej niż upadek. Kobiety, które pozwoliły sobie na te uwagi, dwie dwórki królowej, roześmiały się jeszcze i pospieszyły do swoich spraw.

— Nie słuchaj ich — powiedziała Sophie, żeby podnieść go na duchu. — A gdybyś chciał zobaczyć prawdziwego niezgrabiasza, powinieneś popatrzeć, jak baronowa von Arnim — ruchem głowy wskazała niższą z kobiet — tańczy sarabandę. Wygląda zupełnie jak osioł na lodzie!

Tom wybuchnął śmiechem, więc Sophie uśmiechnęła się z ulgą, jednak jej uśmiech szybko zbladł na widok odrapanych kolan chłopca.

— Nie powinieneś tak biegać — upomniała go. — Dlaczego mnie nie słuchasz?

Tom przypominał szczenięta, którymi się zajmował — o wiecznie plączących się, zbyt dużych łapach.

— Ale to nie mogło czekać — odparł chłopiec, odgarniając grzywkę z oczu. — Musiałem to Waszej Książęcej Mości powiedzieć!

— Co się stało? — zapytała królewna.

— Księżna się oszczeniła!

Chodziło o ukochaną spanielkę Sophie.

— Niemożliwe! — Aż otworzyła szeroko oczy z podekscytowania.

— Możliwe! Siedem szczeniaków, zdrowe i grubiutkie jak parówki. Mają takie śmieszne noski i różowe łapki! Musi je Wasza Wysokość zobaczyć!

Podekscytowany Tom zapomniał się i wyciągnął do niej rękę, a zaaferowana Sophie ją ujęła.

— Co ty wyprawiasz, chłopaku? Rozum ci odjęło? — rozległ się w tym momencie czyjś tubalny głos. — Jak śmiesz dotykać królewny?

Głos należał do dowódcy królewskiej straży przybocznej, który pospiesznie zbliżył się do Toma i chwyciwszy go za ramię, z całej siły nim potrząsnął. Sophie gwałtownie wyszarpnęła dłoń, zupełnie jakby chłopiec rzeczywiście złapał ją za nią wbrew jej woli.

Natychmiast ogarnął ją wstyd, że zachowała się tak tchórzliwie. Wiedziała, że powinna stanąć w obronie Toma. Należało wyjaśnić lordowi dowódcy, że oboje z Tomem dali się ponieść podekscytowaniu. Jednak tego nie zrobiła. Trzymanie za rękę pomocników z psiarni, zabawa ze szczeniętami — takie rzeczy nie przystawały dobrze urodzonej pannie. Prawdziwi władcy są wyniośli i powściągliwi. Jeśli królowa dowie się o tym uchybieniu, na pewno wpadnie w złość. Tym razem było przecież inaczej niż podczas pogoni za wilkiem, gdzie nikt nie widział przejawów jej słabości. Tutaj, w pałacu, to wilki następowały jej na pięty.

— To się więcej nie powtórzy, Wasza Książęca Mość — zapewnił Sophie lord dowódca, a potem zwrócił się z powrotem do Toma: — Znaj swoje miejsce, chłopcze — warknął i potrząsnął Tomem po raz ostatni, zanim sobie poszedł.

Tom tymczasem popatrzył na Sophie. Malujące się w jego oczach pomieszanie i zawód przyprawiły królewnę o ból serca.

— P-przepraszam, Wasza Książęca Mość. Ja nie… nie chciałem…

Nie zdążył dokończyć, bo powietrze przeszył mrożący krew w żyłach dźwięk, głośne zawodzenie niosące się echem ponad dziedzińcem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

PROLOG

1

2