Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
301 osób interesuje się tą książką
Kiedy Helena wyruszała do Comy na najważniejszą misję swojego życia, była gotowa poświęcić naprawdę wiele, by zakończyła się sukcesem. Miała plan – może niedoskonały – ale wierzyła, że to wystarczy. Nie przewidziała jednak, że wszystko wymknie się spod kontroli, a Bad Boysi poniosą druzgocącą porażkę.
Helena wróciła do rzeczywistości. Problem w tym, że ani ona, ani nieliczni ocalali niczego nie pamiętają.
Gdy wspomnienia zaczynają wracać, razem z nimi pojawia się prawda, na którą nikt nie był gotowy. Ci, których kochają, zostali po drugiej stronie i wszystko wskazuje na to, że mogą już nigdy się nie wybudzić. Dlatego Helena i pozostali decydują się na desperacki krok – ponownie pogrążają się w śpiączce w nadziei, że znajdą sposób, by ocalić tych, których zostawili.
Nowa misja okazuje się jednak znacznie niebezpieczniejsza. Świat snów zmienił się nie do poznania. Jest bardziej mroczny, brutalny i pełen potworów. Bad Boysi nie wiedzą, kto teraz rządzi, kto okaże się sojusznikiem, a kto wrogiem. W tym świecie może pożreć cię dosłownie wszystko.
Ale nawet to jest tylko drobiazgiem w porównaniu z tym, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Bo kiedy nadzieja umiera, nawet miłość może nie wystarczyć, by ocalić wszystkich.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 966
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kolejność czytania:
1. Słodkich snów, tom 1, część 12. Na dnie snu, tom 1, część 23. Zaśnij znów, tom 2, część 14. Wkrótce tom 2, część 2
Copyright © Mimi LisetteCopyright © Wydawnictwo Iskra
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Wydanie 1, Wrocław 2026
redakcja merytoryczna: Weronika AncerowiczProjekt iwykonanie okładki: Agnieszka Zawadka
Realizacja procesu wydawniczego: AT ONCEKoordynacja: Teresa NaumiukRedakcja językowa: Katarzyna MyszkorowskaKorekta: Katarzyna TwarduśSkład iłamanie: Wiaczesław KrysztalDruk ioprawa: Abedik S.A.
www.wydawnictwoiskra.plISBN: 978-83-978592-0-3ISBN (e-book): 978-83-978592-2-7
Spis treści
Notka autorska
Rozdział 1. Przebudzenie
Rozdział 2. Aniołki, szczęściarze i inni farciarze
Rozdział 3. Pan Idealny
Rozdział 4. Skazani na BB
Rozdział 5. Rekapitulacja
Rozdział 6. Powrót Bad Boysów
Rozdział 7. Goście, goście
Rozdział 8. Przepoczwarzenie
Rozdział 9. Dobranoc, pchły na noc
Rozdział 10. I że cię nie opuszczę aż do śmierci
Rozdział 11. Propozycja nie do odrzucenia
Rozdział 12. Kanał
Rozdział 13. Ciepłe powitanie4
Rozdział 14. Nowa rzeczywistość
Rozdział 15. Powrót do szkoły
Rozdział 16. Art. 279 KK – włam doskonały
Rozdział 17. Żłobek
Rozdział 18. Getto
Rozdział 19. Samowolka
Rozdział 20. Mucha
Rozdział 21. Istny zwierzyniec
Rozdział 22. Femme fatale
Rozdział 23. Czas na Drzem(k)ę
Rozdział 24. Robal
Rozdział 25. Akcja „Lolita”
Rozdział 26. Mają go
Rozdział 27. Gdzie jest szefuncio?
Rozdział 28. Wycieczka
Rozdział 29. Twarde negocjacje
Rozdział 30. Akcja „Działka”
Czasami trzeba zasnąć, żeby naprawdę się obudzić
Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jeśli trzymasz w rękach tę książkę, to znaczy tylko tyle, że pokochałaś(-eś) Bad Boysów i pragniesz wrócić do Comy, aby ponownie przeżyć wariackie przygody z chłopakami i Heleną. I obiecuję Ci, że w tej części nie zabraknie prawdziwych BB z krwi i kości. Ale… Musisz wiedzieć, że wchodząc do Comy, wkroczysz do zupełnie innego świata, niż znałaś(-eś) do tej pory, bardziej mrocznego, brutalnego i bezwzględnego, który pozbawi Cię złudzeń, a momentami nawet nadziei. Chcę, żebyś tak jak Bad Bosi nigdy nie tracił(a) wiary i kibicował(a) im do samego końca.
Minęły dwa dni od mojego wybudzenia, nim doktor Adam Krajewski pozwolił mi na spotkanie z Mychą.
To były dwa cholernie długie dni, podczas których leżałam w pokoju pełnym piszczących, doprowadzających do szału sprzętów, zastanawiając się, czy wszystko poszło zgodnie z planem doktorka oraz jego kumpla Roba, czy trafiłam tam, gdzie według nich miałam trafić, no i przede wszystkim, czy Mycha naprawdę się obudziła.
Ostatnim wspomnieniem, zanim zasnęłam i przeniosłam się do świata snów, był pochylony nade mną lekarz, jego wyciągnięta dłoń z maseczką i jasne, oślepiające światło. Dalej nic, pieprzona pustka, biała plama, zero obrazów. Następne, co pamiętam, to ból w piersi, krzyki i twarz młodego chłopaka, który mówił: „Zrobiłaś to! Boże, zrobiłaś więcej, niż musiałaś!”. Byłam jednak zbyt oszołomiona, by zrozumieć sedno jego entuzjastycznych okrzyków. Wokół panował totalny, gówniany chaos, kilka osób pochylało się nade mną, jakiś idiota bez wyobraźni świecił mi tą przeklętą latarką po oczach, ktoś wyciągał mi rurkę z buzi, a jeszcze ktoś inny podawał zastrzyk do umieszczonego w żyle wenflonu. Jezu, karuzela na wesoło. Czy coś się działo między zaśnięciem a pobudką? Jak dla mnie nic, totalnie nic.
Siedziałam na wózku inwalidzkim, popychanym przez tęgą pielęgniarkę, nie mając bladego pojęcia, co tak naprawdę się wydarzyło ani co oznaczały słowa Roba. Zresztą gówno mnie to obchodziło, liczyła się tylko Sara i to, że w końcu ją zobaczę. Zielona wykładzina, którą wyłożono szpitalny korytarz, pachniała jakimś drażniącym nozdrza środkiem odkażającym, od którego robiło mi się niedobrze, a nerwy dokładały swoje. Pomimo stosunkowo późnej pory minęło mnie kilkoro ludzi ubranych w białe szpitalne kitle. Jakaś kobieta z zaczerwienionymi od płaczu oczyma podpierała ścianę, tuląc do piersi swoją kurtkę. Nie chciałam nawet myśleć, co za tragedia wywołała u niej łzy. Jeszcze jakiś czas temu wyglądałam zapewne tak samo żałośnie, gdy odwiedzałam Mychę, tracąc pomału nadzieję, że kiedykolwiek ją odzyskam.
Wózek skręcił w wąski korytarz, już nie tak uczęszczany jak poprzedni, w ścianach brakowało okien, przez które można by zajrzeć do sal pacjentów, a metalowe srebrne drzwi miały pośrodku zakratowane okienko. Przeszedł mnie dreszcz. Całe to miejsce zdecydowanie nie oddziaływało dobrze na mój układ nerwowy.
– Co to za oddział? – spytałam słabym głosem, łapiąc się ręką za szyję, bowiem krtań nadal miałam opuchniętą od rurki intubacyjnej.
– Lekarz wszystko ci powie, kochanieńka – odparła pielęgniarka tubalnym głosem.
Bosko, spławiała mnie, co znaczyło tylko jedno: że coś jest nie tak. Tylko co, do cholery? Czułam, jak nadmiar wrażeń i emocji rozsadza mi głowę, patroszy żołądek, a szalejący puls kumuluje się w skroniach. Pięknie, atak migreny gwarantowany. Oddział jak wwięzieniu, przemknęło mi przez myśl, gdy rozglądałam się na boki, wodząc wzrokiem po białych ascetycznych ścianach. Na końcu długiego korytarza, który nagle wydał mi się dziwnie znajomy, zauważyłam sylwetkę doktorka. Klucze trzymane w ręce podzwaniały, gdy nerwowo przestępował z nogi na nogę. Kiedy mnie zauważył, pomachał radośnie na powitanie. Zdobyłam się na słaby uśmiech, którego i tak pewnie z tej odległości nie dostrzegł, ale w dupie to miałam, chciałam się wreszcie zobaczyć z Mychą, to był mój priorytet, nic więcej. Przecież to dla niej dałam sobie wpakować rurkę do buzi, założyć obciachową szpitalną koszulinkę i wyciąć z życiorysu kilka dni.
Koła wózka przestały skrzypieć i zatrzymałam się pod drzwiami oznaczonymi srebrnymi cyframi z numerem dwanaście, krzywo zwisającymi tuż nad zakratowanym oknem.
– Dziękuję, Jolu, poradzimy sobie już sami – powiedział doktorek, posyłając pielęgniarce uprzejmy uśmiech.
Na pierwszy rzut oka nie zauważyłam żadnej zmiany w jego wyglądzie od naszego ostatniego spotkania. Ta sama twarz – ani przystojna, ani brzydka. Jasne włosy, krótko przystrzyżone, z grzecznym przedziałkiem na prawo, opadającym nieco na zbyt wysokie czoło. Długi nos i szerokie, skore do uśmiechu usta, które w tej chwili rozciągały się od ucha do ucha. I niebieskie oczy świdrujące mnie intensywnie, nie jak zwykłego pacjenta, ale obiekt tajnych badań laboratoryjnych, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że rzeczywiście tkwię w gównie po uszy. Kilka dni snu, podczas których mogło się tu wydarzyć naprawdę wiele popieprzonych rzeczy.
– Jak pan woli, doktorze – odparła Jolka, przygładzając blond barana na swojej głowie i wykonując w tył zwrot.
Już po chwili odgłos uderzających o podłogę chodaków zupełnie ucichł.
– Okej, panie doktorze, co jest grane, tylko bez ściemniania. – Spojrzałam na niego, cholernie poważna. – Czy moja siostra na pewno się obudziła?
– Tak – odparł dość tajemniczo, po czym z metalicznym brzękiem umieścił klucz w zamku.
Skobelki przeskoczyły i drzwi bezgłośnie się uchyliły, wypuszczając na korytarz wąski pas światła. Lekarz obszedł wózek i pchnął go, równocześnie otwierając skrzydło drzwi.
Znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu z bardzo małym, również zakratowanym oknem, pozbawionym żaluzji czy zasłon, dzięki czemu światło księżyca sączyło się sennie do środka, oświetlając szarą podłogę i połyskując na metalowych częściach łóżka. W zasadzie to ono zajmowało centralne miejsce pod żółtą ścianą naprzeciw wejścia. Spała na nim Mycha, przykryta białą, sztywną, wykrochmaloną pościelą. Wyglądała dokładnie tak jak wtedy, gdy widziałam ją, zdawałoby się, chwilę temu, z tą tylko różnicą, że teraz oddychała samodzielnie, a wokół niej stało zdecydowanie mniej tych piekielnie przerażających sprzętów. Jakaś kroplówka, monitory wskazujące parametry życiowe i… Chryste Panie!
– Dlaczego ją przywiązaliście? – spytałam tonem pełnym oskarżenia, z trudem powstrzymując się, by nie zsiąść z wózka.
Moim wehikułem szarpnęło i doktorek podjechał nieco bliżej, tak że mogłam teraz pogłaskać siostrę po policzku.
– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać – rzekł, wykonując kilka kroków do przodu. Stanął w nogach łóżka i wziął w ręce kartę leczenia szpitalnego ze specjalnego schowka umieszczonego w żelaznej ramie. – Twoja siostra znalazła się tutaj, w ośrodku leczenia śpiączki, z jednego konkretnego powodu. Próbowała popełnić samobójstwo, w wyniku czego zapadła w śpiączkę i trafiła do Comy. – Spojrzał na mnie z troską, której, do cholery, wcale nie potrzebowałam. – Niektórzy ludzie po nieudanej próbie uznają, że życie, Bóg, los czy cokolwiek innego dało im drugą szansę, i zaczynają wszystko od nowa, uważając się za szczęśliwców. Ale – zamknął kartę z głuchym stuknięciem – jest też grono takich ludzi jak twoja siostra – utkwił w niej zmęczony wzrok – którzy spodziewali się zobaczyć coś innego, kiedy ponownie otworzą oczy, lub może nie chcieli widzieć już nic więcej.
– Rozumiem – szepnęłam, wpatrując się w spokojną twarz Mychy. – Ona nadal chce umrzeć. – Nawet nie przypuszczałam, że wypowiedzenie tego krótkiego, choć przesiąkniętego okrutną prawdą zdania sprawi mi tyle bólu.
– Właśnie – potwierdził. – Zagraża sobie samej i nie możemy nad nią zapanować, ale skoro przekonałaś ją do powrotu, wierzę, że musiałyście się tam w Comie dogadać. Odzyskała chęci do życia, zapragnęła wrócić, lecz tutaj o tym nie pamięta. Dlatego tak ważne jest, aby wasza pamięć wróciła. Tobie będzie dużo łatwiej, ponieważ masz tatuaż, a ona niestety nie. Tacy ludzie z reguły nigdy nie odzyskują choćby strzępów wspomnień, dlatego ten ciężar spoczywa na tobie. Możesz jej pomóc.
Szczerze mówiąc, cała ta sprawa z Comą, wojskiem i bramą pomagającą wrócić z zaświatów wydawała mi się grubymi nićmi szyta, a patrząc na przekonanie doktora Adama o słuszności tej teorii, wręcz śmieszna, i miałam olbrzymie wątpliwości co do tego wszystkiego. Że tam byłam, że wróciłam, że udało mi się sprowadzić Sarę. Może nasze wspólne wybudzenie to po prostu czysty przypadek, jakich na świecie pełno, a ludzie dorabiają do tego własne teorie. Niemniej od tego, czy sama uwierzę w jakieś czary-mary, inne światy i wielkanocnego zająca, miało zależeć zdrowie psychiczne mojej siostry. Noż cholera, to jakiś totalny absurd! Jednak zrobiłam już tak wiele, by ją z tego wydostać, że może powinnam zmusić się do kolejnego wysiłku i choć spróbować podążać tą bądź co bądź popieprzoną ścieżką, a nie od razu odrzucać nieznane. Jasne, przecież jesteśmy w psychiatryku, wszystko może się zdarzyć, nawet szalony lekarz.
– Jutro rano przyjdzie do ciebie Rob i zaczniecie zajęcia, które mają na celu przywrócić ci pamięć. To najskuteczniejszy sposób, by pomóc twojej siostrze. Całkiem możliwe, że powiedziała ci, dlaczego targnęła się na swoje życie. Dzięki temu będziemy mieli pełniejszy obraz sytuacji i umożliwi to nam postawienie właściwej diagnozy, by szybciej rozpocząć psychoterapię. Pomyśl o tym. – Odwiesił kartę pacjenta z powrotem na łóżko.
– Mogę jeszcze chwilkę tutaj z nią zostać? – spytałam, nie odrywając wzroku od jej spierzchniętych ust. Chwyciłam w palce końcówki jej włosów i bawiłam się nimi bezwiednie.
– Dostała bardzo silne leki uspokajające, będzie spała do jutra. Poza tym… – Zawiesił głos, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć mi prawdę, czy może mnie okłamać. – Jeszcze nie wróciła do pełnej sprawności. To trochę potrwa.
Co, do cholery, znaczyło, że nie wróciła do pełnej sprawności? Poczułam, jak ogarnia mnie panika. Co prawda czytałam, że ludzie potrzebują rehabilitacji po przebudzeniu i sporo czasu zajmuje im powrót do pełni sił fizycznych i psychicznych, ale jakoś nigdy nie myślałam w tych kategoriach, jeśli chodziło o Mychę. Zmrużyłam oczy i spojrzałam podejrzliwie na doktorka.
Przybrał przepraszającą minę i naprędce wyjaśnił:
– Ma problemy z mówieniem, ale wszystko się ustabilizuje. – Uniósł obie ręce w uspokajającym geście. – Potrzebuje tylko czasu i przede wszystkim motywacji. Chodźmy.
Siedziałam na łóżku unieruchomiona przez paskudną kroplówkę, która monotonnie, kropla po kropli, skapywała z przeźroczystego woreczka, a dalej wężykiem docierała do igły wbitej w moją żyłę w najgorszym z możliwych miejsc, bo w zgięciu ręki. Ani nią porządnie ruszyć, ani ułożyć się w wygodnej pozycji do spania.
Właśnie obmyślałam plan, jakby tu się tego cholerstwa pozbyć, już nawet zaciskałam palce na wenflonie, zadowolona niczym okrutne dziecko odrywające pająkowi nóżki, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Ożeż w mordę, aż podskoczyłam, jakby mnie kto na gorącym uczynku przyłapał, a monitor wskazujący rytmiczną pracę mojego serca nagle zaczął piszczeć. Zaniepokojony alarmem Rob wszedł, nie czekając na zwyczajowe „proszę”. Zatrzymał się w progu i otaksował mnie całą, szczególnie dużo uwagi poświęcając palcom trzymającym to cholerstwo. Na jego twarzy malowała się straszliwa podejrzliwość, ale mogłabym przysiąc, że szturmem przebijało się przez nią rozbawienie.
– Niegrzeczna dziewczynka z ciebie. Chyba nie chciałaś wyciągnąć sobie igły? – spytał niby na luzie, ale jego uważny wzrok śledził efekt moich poczynań. Detektyw się znalazł. – Mamy tu takiego jednego, który próbował tego samego, i sierota się w rurki zaplątał, o mało przy tym nie dusząc. No wiesz? – dodał, bo ewidentnie mnie to nie ruszało. – Obudził się ze śpiączki, a prawie by nam umarł od głupiej kroplówki.
– Taa – mruknęłam, naciągając na siebie kołdrę. – A jeszcze inni budzą się i wyobraź sobie, wcale nie chcą żyć. – Obserwowałam, jak Rob idzie w moją stronę.
– Mówisz o swojej siostrze? – Chwycił stojące obok krzesło, odwrócił je o sto osiemdziesiąt stopni i usiadł na nim okrakiem, kładąc splecione ręce na oparciu.
– Tak, mówię o mojej siostrze.
– Nie martw się, pomożemy jej – stwierdził uspokajająco, a szczery wyraz jego twarzy mówił, że naprawdę w to wierzy. – Wystarczy, że przypomnisz sobie to, co wydarzyło się w Comie. Te informacje są istotne nie tylko ze względu na Sarę, ale także na mnie.
Tylko ta Coma, Coma iComa. Westchnęłam i poprawiłam sobie poduszkę, bo zanosiło się na dłuższe wynurzenia. Z drugiej strony, co miałam do roboty? Z braku laku lepszy Rob niż oddziałowa ze strzykawką.
– Słucham cię w takim razie – powiedziałam, taksując chłopaka wzrokiem. Opalona skóra idealnie korelowała z soczystą zielenią koszulki, jego ciemne włosy były krótko ostrzyżone, a paznokcie obgryzione. Nerwy czy nałóg?
– Byłem, nie, w sumie nadal jestem uzależniony od adrenaliny – zaczął, zdobywając sto procent mojej uwagi. – No wiesz, sporty ekstremalne, pakowanie się w tarapaty, im groźniej, tym lepiej. I właśnie przez to uzależnienie, brawurę, głupotę, nazwij to, jak chcesz, trafiłem do Comy. – Bynajmniej nie wyglądał na zmartwionego tym faktem, raczej ucieszonego. – Wcześniej uprawiałem buggykiting, powerizer, speedriding, a nawet zorbing, a wysypałem się na zwykłym wyścigu samochodowym. Pamiętam, że postawiłem mnóstwo pieniędzy ojca. Nie dość, że je przegrałem, skasowałem samochód, to jeszcze ponoć uszkodziłem tamtego gościa i omal nie zabiłem siebie. Byłem nieodpowiedzialnym wariatem, przysparzającym rodzicom więcej zmartwień niż pociechy. W Comie zbyt wiele się nie zmieniło. Nadal świrowałem, ale zostałem żołnierzem, kapitanem oddziału, najlepszego z najlepszych, Bad Boysów, lecz przede wszystkim członkiem ekipy najbardziej zajebistych ludzi pod słońcem. – Po jego twarzy błąkał się coraz śmielszy uśmiech. – Wyławiałem śpiących, walczyłem dla Pierwszego i bawiłem się jak jeszcze nigdy w całym moim życiu. Wszystko się zmieniło, dodam, że na lepsze, jeśli to w ogóle możliwe, kiedy poznałem najcudowniejszą kobietę na świecie – powiedział rozmarzonym głosem. – Miała takiego samego świra jak ja na punkcie skoków na bungee i wszystkich sportów ekstremalnych, a przy tym była niesamowicie piękna. – Zamknął oczy, prawdopodobnie wyobrażając sobie tę swoją boginię. – Uwielbiałem wpatrywać się w jej piwne, wesołe oczy, jej długie, czarne włosy zawsze mnie łaskotały, a usta… – Zamruczał. – Boże, jak ona całowała. – Zaczerpnął głęboko powietrza, odpływając w krainę fantazji, z pewnością nie tej dla dzieci.
Fajnie, zaczynało robić się ciekawie, szykowała się melodramatyczna opowieść o utraconej miłości. Ale co to ma wspólnego z moją siostrą?
– Nancy była moją najlepszą przyjaciółką, najlepszą kochanką i zastanawiałem się nawet, jak by to było, gdybyśmy mogli spędzić ze sobą resztę życia. – Uśmiechnął się ponownie, ukazując rząd równych białych zębów, i jakby z niedowierzaniem pokręcił głową. – Ja, facet, któremu w głowie tylko zabawa, zapragnąłem się ustatkować. Nigdy jej o tym nie powiedziałem, nie powiedziałem nawet Ice’owi.
– Ice’owi? – powtórzyłam.
– Tak, pamiętasz go? – Otworzył oczy, przyszpilając mnie świdrującym spojrzeniem, pełnym mieszanki nadziei i oczekiwania.
– Nie, a powinnam? – Zmarszczyłam czoło.
– Nie wiem, być może. – Wzruszył ramionami i zapatrzył się w ciemne okno. – W każdym razie, myślałem o tym często, ale byliśmy żołnierzami i tkwiliśmy w Comie, nie było mowy o założeniu rodziny. No wiesz, takiej normalnej, z dziećmi, psem, domem z ogródkiem i wyjazdami na wakacje w upchanym po sam dach samochodzie.
Ihodowlą patyczaków, pomyślałam. Co? Ja pieprzę, skąd mi się nagle biologia przypomniała? Ściągnęłam brwi. Nieważne. Podobało mi się to, o czym mówił, bo sama nigdy nie miałam takiej rodziny i wakacji, które wspomina się po latach, oglądając blaknące fotografie.
Rob opuścił głowę i zaczął wpatrywać się w pościel.
– Tylko że w Comie nie można mieć dzieci, a żołnierze żyją w mylnym przeświadczeniu, że umarli na ziemi i nie mają szans na powrót.
– Ale przecież twierdzisz, że wróciłeś – zauważyłam.
– No właśnie. – Uniósł na mnie wzrok. – Na jednej z wielu tak zwanych mission impossible złapałem jeńca. Sam nie wiem, dlaczego sukinsyna nie wykończyłem od razu, jak zwykłem to robić. Może po prostu ktoś tam, no wiesz – wskazał oczyma na sufit – czuwał nade mną i nad nim. Może… – Westchnął. – Pamiętam, że facet darł się na mnie. „Dlaczego nas tak nienawidzicie? Dlatego, że chcemy wrócić do domu?!” Przykładając pistolet do jego skroni, odkrzyknąłem, że właśnie dlatego, że my nie możemy. Już prawie nacisnąłem spust, a on powiedział: „Jestem Adam Krajewski, lekarz, z Polski. Nie zabijaj mnie”. Był Polakiem, tak samo jak ja. Może właśnie to mnie powstrzymało, do dziś nie wiem, ale schowałem broń do kabury i pchnąłem go na ziemię, a on nie przestawał nadawać. O tym, że Coma zburzyła cały jego światopogląd jako lekarza, że musi się przekonać, czy to jest tylko jego sen, czy to prawda. Że studiował starożytne księgi w jakimś Opactwie. W każdym razie Adam znał ludzi, którzy twierdzili, że jest szansa na to, że żołnierze żyją, a co za tym idzie, mogą przekroczyć Bramę jak wszyscy inni śpiący. Tak mi wtedy powiedział. Nie tak od razu mu uwierzyłem. Musieliśmy razem ukryć się w jaskini przed stadem zmutowanych bestyjek. Spędziliśmy tam razem dwie, może trzy godziny. Jakoś się dogadaliśmy. Obiecał mi, że załatwi spotkanie z tymi ludźmi, którzy posiadają wiedzę niedostępną zwykłym śpiącym, a tym bardziej żołnierzom.
O cholera, dobry był, nawet bardzo, w tej swojej pokręconej opowieści, szczerości, zaangażowaniu i wierze w to, co mówi. Boże, doszło do tego, że naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy sama przekroczyłam tę przeklętą Bramę i czy przyszło mi o to walczyć, tak samo jak pozostałym. To wszystko wydawało się takie prawdziwe, realne.
– Od tego czasu nic nie było takie samo, bo to, co powiedział mi Adam, tkwiło we mnie niczym upierdliwa zadra, niedająca o sobie zapomnieć. Musiałem się zobaczyć z tymi ludźmi, dowiedzieć prawdy, choćby ze względu na Nancy i resztę chłopaków. Wszystko, co robiłem, było tajemnicą, ukrywałem przed nimi prawdę, ale Ice się domyślił. Skubany, chłopaki śmiali się, że Ice wie wszystko, wie nawet co…
– Gryzie Gilberta Grape’a – dokończyłam za niego.
– Właśnie. – Utkwił we mnie pytające spojrzenie. – Skąd wiedziałaś?
– Nie wiedziałam. Tak mi się jakoś powiedziało – zmieszałam się.
Rob odpuścił przekonywanie mnie, że moja odpowiedź nie mogła być zwykłym zbiegiem okoliczności, bo jakoś samej mi trudno było w to uwierzyć.
– Okej – mruknął. – Dzięki Adamowi, który jakimś cudem stał się moim kumplem, spotkałem w końcu tych ludzi, dokładniej dwójkę, a oni przekonali mnie do przejścia przez Bramę. Sam nie wiem, z jakiego powodu konkretnie się zgodziłem. Czy dlatego, że to było czyste szaleństwo, a adrenalina temu towarzysząca silniej kopała w żyły niż podczas balansowania nad krawędzią? A może, no wiesz, chodziło o Nancy i chłopaków. Chociaż jak tak teraz o tym myślę, to pewnie jedno i drugie. – Potarł ręką krótkie włosy, a ja, o dziwo, chciałam, żeby mówił dalej. – Nikogo nie wtajemniczyłem w swoją misję. Tylko tych dwoje obcych wiedziało, że się zdecydowałem, nie znało jednak wszystkich szczegółów, kiedy i z kim idę. Sam uznałem, że do Bramy mnie i Adama odprowadzi Ice.
– Ice – powtórzyłam po nim mimowolnie, marszcząc czoło.
– Coś sobie przypominasz? – zapalił się.
– Nie znam gościa. Serio.
Widziałam, jak ten płomyk w jego oczach, który właśnie je roziskrzył, momentalnie gaśnie.
– Szkoda, chociaż… – Uśmiechnął się jakby do swoich myśli, lustrując mnie dokładnie. Jego spojrzenie było na tyle intensywne, że na moich policzkach wykwitły zdradzieckie rumieńce. – No wiesz, myślę, że Ice nie przepuściłby takiej ładnej pannie – mruknął. – Ach, co to były za czasy. – Widocznie się rozmarzył, oddając wspomnieniom. – Kiedyś oddział Piłkarzy zorganizował doroczne walki w kisielu. Chłopaki naprawdę się postarały, bo namówiły do udziału najfajniejsze laseczki stacjonujące na wyspie, to tam zresztą poznałem Nancy, ale nie o tym teraz. Jedna z zawodniczek była totalnie koszmarna, kijem by takiej człowiek nie tknął. No wiesz, dziwne włosy, normalnie wąsik pod nosem, krzywe nogi. Kumple się śmiali, że idealna laska dla Big Boya. Okazało się po czasie, że to Kazah, jeden z Bad Boysów, przebrał się za panienkę, byle tylko sobie pomacać. Boże, co ten koleś miał za pomysły, nie uwierzyłabyś. Oczywiście wszystko się wydało, bo idiota peruki odpowiednio nie przyczepił. – Rob śmiał się teraz głośno, ocierając cieknące po policzku łzy. Swoją drogą, nieźli jajcarze z tych Bad Boysów. – Klatę sobie nawet chłopak wygolił i nogi, specjalnie na tę okazję.
Zanosił się takim śmiechem, że nie mogłam się powstrzymać i sama uśmiechnęłam się pod nosem. Odjechana ekipa, nie ma co.
– Oczywiście jak zwykle ukarano cały oddział. Fitz kazał nam się przebrać w damskie ciuchy i paradować tak przez cały dzień po wyspie. I tak wyszło na nasze, więc nie było tak źle. – Mrugnął wesoło. – No wiesz, skorzystaliśmy z okazji i wbiliśmy się do damskiej szatni. Jezu, ale mi wtedy Nancy przyłożyła. – Złapał się za policzek, jakby nagle go zapiekł. – Miała cios, ale było warto i nadstawiłbym drugi, byle tylko jeszcze raz popatrzeć sobie na jej… – Odchrząknął, w porę się powstrzymując. W końcu nie gadał ze swoim kumplem. – Ice oczywiście owinął sobie wszystkie wściekłe panny wokół palca i pewnie jeszcze połowę zaliczył, cwaniak.
Nie wiedzieć czemu, nagle się wkurzyłam i skoczyło mi ciśnienie. Pewnie to dlatego, uspokajałam się, że od zawsze działali mi na nerwy faceci tego pokroju, co to im się wydawało, że są bogami.
– To były czasy. – Zamknął oczy i nabrał głośno powietrza. – A ja to wszystko zostawiłem, żeby ich ratować. Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj.
Teraz uśmiech, który okraszał jego twarz, nie należał do wesołych, oczy błyszczały, jakby pełne łez, co w połączeniu z tą zgarbioną sylwetką sprawiło, że wydał mi się nagle człowiekiem zdruzgotanym, który na swoich barkach dźwiga olbrzymi ciężar poczucia winy.
– Okłamałem Nancy, że wyruszam na kolejną z moich ulubionych mission impossible, która potrwa nieco dłużej niż wszystkie dotychczasowe. Myślę, że pierwszy raz nie do końca mi uwierzyła. Żegnałem się z nią, choć w żaden sposób się nie zdradziłem, ale ona to chyba wyczuła. No wiesz, najlepszy w życiu seks i to ostatnie spojrzenie pełne strachu.
Miałam ochotę odpowiedzieć, że nie, nie wiem, ale zdecydowałam się taktownie milczeć, widząc, że Rob był w to naprawdę zaangażowany. Cierpiał, mimo upływu lat.
– Idiota ze mnie, mogłem nie robić całej tej szopki z kolacją. Cholera, co ja takiego wtedy ugotowałem? Aha, spaghetti à la Masao, przy którym pomagał mi Cola. Upieprzyliśmy całą kuchnię, wszystkie naczynia i nawet dywan w salonie. Zastrzel mnie, ale za diabła nie wiem, dlaczego do przyrządzenia tego sosu i makaronu zawsze potrzeba było tylu garnków. Wracając jednak do sedna. Normalnie zabierałem Nan na skoki na bungee albo inne mniej lub bardziej odjechane aktywności. No wiesz, kolacje przy świecach zawsze wydawały mi się takie nudne i oklepane, aż do tamtego wieczoru. Bo wtedy chciałem czegoś innego. Sam nie wiem. – Wpatrywał się w pustkę przed sobą, bo myślami był już w innym czasie i miejscu. – Chyba chciałem, żebyśmy skupili się na sobie i swoich uczuciach. Pragnąłem poświęcić całą swoją uwagę tylko jej. Cholernie za nią tęsknię, każdego pieprzonego dnia. Brakuje mi tamtego życia, chłopaków. – W jego głosie dźwięczała melancholia, która z jakiegoś powodu zaczęła dopadać też mnie, lecz słuchałam dalej. – Wtedy wydawało mi się, że jeśli przekroczę Bramę, to szybko uda mi się wrócić po Bad Boysów i Nan, więc umówiłem się z Ice’em, że poczeka, zanim opowie wszystkim, że umarłem, ale jak widać, nie wróciłem, a od tego czasu minęły niecałe dwa lata w realnym świecie. – Twarz miał opanowaną, ale rozemocjonowany głos coraz bardziej zdradzał ból za tym, co minęło. – Pewnie już o mnie zapomnieli, ale ja o nich nigdy. – Spojrzał mi głęboko w oczy. – Wiem, co teraz czujesz. Mętlik w głowie.
Mętlik? Dobre sobie. Miałam szambo zamiast mózgu.
– Sam przez to przechodziłem. Po przebudzeniu miałem problemy z mówieniem i poruszaniem się o własnych siłach, jednak rehabilitacja dawała niesamowite rezultaty. Dochodziłem do zdrowia dużo szybciej niż inni wybudzeni ze śpiączki. Lekarze nie mogli wyjść z podziwu i tłumaczyli wszystko młodym, silnym organizmem. Oboje z Adamem myślimy jednak, że to za sprawą tatuaży udało nam się w tak ekspresowym tempie powrócić do pełni sił. Mieliśmy szczęście, że za namową Opata przed misją zrobiłem Adamowi taki sam, żeby go przemycić, bo inaczej nie miałby szans na odzyskanie pamięci. Co prawda robiłem to zwykłym tuszem, ale zadziałało. Na szczęście pojawiłem się w szpitalu na kilka dni przed tym, jak chcieli go wypisać do domu. Wszedłem na jego salę, uśmiechając się szeroko i machając jak do starego, dobrego kumpla, ale on mnie nie pamiętał. Niby rozpoznawał, wydawałem mu się znajomy, ale za cholerę nie mógł dopasować mojej twarzy do miejsca. Dużo później opowiadałem mu o Comie, a on etapami przypominał sobie niektóre szczegóły, aż w końcu przypomniał sobie najważniejsze, najbardziej istotne rzeczy. To, dlaczego tutaj jesteśmy. Adam jako lekarz miał znajomości i dojścia. Prawie rok zajęło nam założenie tego centrum. – Powiódł ręką po czterech ścianach. – Moi rodzice są dziani, więc się dołożyli, a fundacja ciotki załatwiła budynek, najgorzej było ze zgromadzeniem sprzętu, personelu, uzyskaniem odpowiednich funduszy z Unii, ale się udało. Dalej musiałem tylko odnaleźć przyjaciół, ale znałem ich imiona i nazwiska oraz pochodzenie, więc skorzystałem z baz danych szpitali i kilkoro udało mi się tu sprowadzić. Koszt tego był ogromny. Jeszcze trudniejsze okazało się przekonanie rodzin, by zgodziły się sprowadzić swoich bliskich do Polski. Pamiętasz salę, na której wcześniej leżała twoja siostra?
Zaschło mi w gardle od tych rewelacji, a monitor pokazywał w tej chwili o wiele za szybki puls, więc tylko skinęłam głową.
– Te osiem osób to właśnie moi przyjaciele.
– Co ja mam z nimi wspólnego? – wymamrotałam, zaciskając palce na kołdrze, bo to wszystko brzmiało zbyt nieprawdopodobnie.
– Wszystko – odparł Rob. Zawahał się, ważąc następne słowa. – Wybacz nam, ale wykorzystaliśmy cię z Adamem.
– Że co proszę?! – wkurzyłam się i wystraszyłam zarazem, bo nie wiedziałam, co mi zrobili.
– Zaczekaj, to nie tak – starał się mnie uspokoić. – Po prostu nie mogłem ot tak wrócić do Comy po takim czasie, nie wiedząc, co mnie spotka. Może rozstrzelano by mnie za dezercję. Może czasy się zmieniły i żołnierzy ścigano teraz listem gończym. Zanim sam zdecydowałbym się na powrót, musiałem kogoś wysłać, żeby się przekonać i mieć kolejny dowód. No i napatoczyłaś się ty. Idealny cichy zwiadowca. Przychodziłaś codziennie i czytałaś siostrze wszystkie te dziwne książki o życiu po życiu, więc… – Jego wzrok był bardziej niż przepraszający, a ja aż kipiałam gniewem. – Uznaliśmy, że jesteś na tyle szalona i zdesperowana, że zgodzisz się na nasz równie szalony plan wprowadzenia cię w śpiączkę farmakologiczną. Szczerze mówiąc, żaden z nas nie wierzył, że uda ci się obudzić siostrę, ale byłem w stanie zrobić wszystko, nawet zaryzykować cudze, w tym przypadku twoje życie, żeby ocalić Nan i przyjaciół.
Byłam wściekła, nie, byłam wkurwiona, a łzy bezsilności rzęsiście ciekły po moich policzkach. Nie chciałam go już więcej słuchać. Znów mnie to spotkało! Kolejny raz byłam dla kogoś nikim. Widać taki już mój zakichany los, że trafiam w życiu na samych sukinsynów.
– Wyjdź! – wydarłam się na niego, wskazując ręką drzwi. – Wyjdź w tej chwili!!!
Aparatura wariowała, po sali niósł się dźwięk piszczącego alarmu.
– Zaczekaj. – Rob wstał, odsunął krzesło i zbliżył się do mnie z wyciągniętymi rękoma.
– Nie dotykaj mnie! Już więcej nie dam się wam wykorzystać!
– Nic nie rozumiesz! – krzyknął, siadając na łóżku i łapiąc mnie za ramiona. – Ty nie tylko przyprowadziłaś tutaj swoją siostrę, ale także piątkę moich przyjaciół.
– Co? – Serce stanęło mi na moment, co mógł potwierdzić nawet wyjący sprzęt.
– Obudziliście się wszyscy prawie równocześnie. Nie wiem, co tam się stało, jak ich przekonałaś i dlaczego, ale uratowałaś im życie. Jeśli twój tatuaż zadziałał tam, zadziała i tutaj. A skoro wróciłaś z siostrą, musiał zadziałać. Musisz sobie wszystko przypomnieć. – Potrząsał mną, zdesperowany, by jego słowa do mnie dotarły. – Po prostu musisz!
Nagle drzwi do sali otworzyły się i do środka z impetem wparowała pielęgniarka, na co Rob momentalnie mnie puścił. Jola zatrzymała się w pół kroku, nieco zszokowana zastaną sceną. Domyślałam się, że skoro rodzinka Roba ufundowała ten szpital, a on sam był jednym z pomysłodawców całego projektu, dla Jolki musiał być kimś w rodzaju wszystkomogącego pana prezesa.
Pielęgniarka odchrząknęła znacząco i ruszyła w moim kierunku.
– Pan wybaczy, panie Robercie, ale nawet panu nie wolno męczyć moich pacjentów. Ta panienka dopiero co wybudziła się ze śpiączki i potrzebuje spokoju. – Tu spojrzała na mnie i zapewne odczytała z mojej twarzy zbyt wiele, bo dodała: – Proponowałabym dać jej kilka dni odpoczynku. Myślę, że doktor Krajewski się ze mną zgodzi. – Słowa te, wypowiedziane tubalnym głosem, do tego poparte srogim wyrazem twarzy i sylwetką przywodzącą na myśl najeżonego psa, sprawiły, że Rob przygarbił ramiona i dał za wygraną.
– Dobrze – bąknął. – Wpadnę tutaj za kilka dni. No wiesz, sprawdzić, jak się masz.
Rob, tak jak obiecał, nie odwiedzał mnie dobrych kilka dni.
W tym czasie oczywiście codziennie zaglądał do mnie doktorek, któremu po tych wszystkich rewelacjach również okazywałam nieskrywaną niechęć. Co prawda Mycha wróciła ze świata Comy, ale jakoś nie mogłam przejść do porządku dziennego nad faktem, że nie tylko zostałam królikiem doświadczalnym tych palantów, ale bez skrupułów zaryzykowali moje życie. Co do pięciu wybudzonych razem z nami osób, to szczerze mówiąc, miałam je głęboko w dupie. Nie pamiętałam towarzystwa; może to i lepiej. Zasadniczo czułam się doskonale, dlatego coraz częściej rozważałam możliwość wypisania się ze szpitala na własne życzenie. Z drugiej strony Mycha nadal tutaj była pod opieką najlepszych psychiatrów, a przebywając w szpitalu, miałam jednak wszystko pod kontrolą albo przynajmniej tak mi się wydawało. Adam upierał się, abym pozostała na miejscu przynajmniej do czasu, aż odzyskam pamięć, jednak zdawałam sobie sprawę, że nie przemawiała przez niego troska o moje dobro – gość miał w tym spory interes. Nie pozostawało mi zatem nic innego, jak gnić w łóżku, zajadać szpitalną papkę i na przemian oglądać telewizję lub też czytać przyniesione przez Jolkę książki.
Jeśli chodzi o pielęgniarkę, to po tych trzech dniach stała się moją najlepszą psiapsiółą. To znaczy ona tak sądziła, niekoniecznie działało to w drugą stronę. Przychodziła zawsze na nocną zmianę zaczynającą się o osiemnastej i kiedy już skończyła swoje rutynowe obowiązki, siedziała ze mną do około trzeciej, czasem czwartej nad ranem, zasypując opowieściami o rodzinie. I po jaką cholerę ja spławiłam tego Roba? Jego historie o Comie przynajmniej były ciekawsze niż szczegółowe opisy Jolki dotyczące jej męża, ich pożycia seksualnego i tego, jak to za każdym razem jej luby obcina sobie paznokcie pod prysznicem, a później zostawia cały ten syf na półeczce pod lustrem razem z brudnymi patyczkami do czyszczenia uszu. Niektórzy to mają życie! Normalnie mniami! Chociaż nie powiem, anegdota o najmłodszej latorośli, która ugotowała zupę żółwiową z jej kochanego gada, wywołała u mnie banana na twarzy, ku rozpaczy Jolki, przerażonej sadystycznymi zapędami syna. Tak, nasza tak zwana przyjaźń ewoluowała z każdym dniem i w tej chwili byłyśmy na etapie, na którym śmiało mogłam jej wyznać, że nie powinna marnować czasu na nawijanie włosów na papiloty, bo ten baran na głowie dodaje jej lat i kilogramów, a ujmuje urody.
W piątek, kiedy korytarz się wyludnił, bo godziny odwiedzin dawno się skończyły, a na całym oddziale zaległa grobowa cisza, przerywana tylko cichymi pomrukami pracujących respiratorów, poprosiłam Jolkę, żeby zabrała mnie do Mychy. Widok śpiącej siostry działał na mnie kojąco, a tylko w środku nocy byłam w stanie przyglądać się jej w spokoju.
Niestety miałam zakaz zbliżania się do Mychy, bo za każdym razem reagowała na mój widok atakiem furii i jedyne, co rozumiałam z wyrywającego się z jej ust bełkotu, to „nienawidzę”. Lekarze, zarówno Krajewski, jak i psychiatra Borowski, jednogłośnie orzekli, że lepiej będzie, jeśli przynajmniej na razie odpuszczę sobie wizyty, by nie denerwować pacjentki. Krajewski dodatkowo zalecił mi, bym przyspieszyła prace nad powrotem moich wspomnień, bo mogą być kluczem do zdrowia psychicznego siostry. Genialnie.
Tak czy siak, w dupie miałam ich rady, jak zawsze zresztą. Postanowiłam złamać idiotyczne zakazy, bo przecież od tego one są, i co gorsza, nakłonić do ich nagięcia Jolkę. Jako moja nowa psiapsióła, w ramach zadośćuczynienia za wysłuchiwanie utyskiwań niezadowolonej z życia matki trojga diabłów wcielonych i żony jakiegoś popierdoleńca, mogła mnie chyba przemycić na oddział psychiatryczny? No jasne, że mogła, a nawet chciała, bo od dawna chyba nic (z wyjątkiem tego nieszczęsnego żółwia) nie wywołało u niej szybszego bicia serca, wspomaganego sporą dawką adrenaliny.
Punkt dwudziesta druga, gdy lekarz dyżurny drzemał (czytaj: zabawiał się z jedną z pielęgniarek w swoim pokoju), usadowiłam się na wózku inwalidzkim i wyjechałyśmy z Jolką na korytarz. Niepostrzeżenie przemknęłyśmy obok dyżurki, za zakrętem złapałyśmy windę na niższy poziom i nadal niedostrzeżone dotarłyśmy na oddział psychiatryczny. Tutaj zaczynały się już przysłowiowe schody, ale co to dla nas.
Tak się akurat złożyło, że na tej zmianie w psychiatryku dyżur pełniła niejaka Jadwiga, zwana przez Jolkę Jadźką, co jednoznacznie wskazywało na stopień zażyłości obu pań. Moja pielęgniarka zostawiła mnie pod drzwiami windy, które zasunęły się niemal bezgłośnie, i sama udała się do rzeczonej koleżanki raczyć ją historyjkami o paznokciach męża, żółwiu, różowych włosach córki i innych przyziemnych, acz jakże istotnych pierdołach. Obawiałam się, że w piętnaście minut, bo na tyle się umówiłyśmy, nie da rady ogarnąć wszystkich tematów naraz, ale nie moja w tym głowa. Przez jakiś czas wsłuchiwałam się w cichnący odgłos chodaków i kiedy zyskałam pewność, że obie panie wygodnie usadowiły się na kanapie w dyżurce pielęgniarek, zlazłam z wózka. Teraz albo nigdy, Helenko!, dopingowałam się.
Pognałam w koszulinie do szerokiej lady recepcji, dalej na lewo, niczym wiatr przemknęłam obok uchylonych drzwi, zza których dobiegał stłumiony chichot, i znalazłam się w tym beznadziejnym korytarzu, długim i pustym jak przewód myślowy… Kogo ja, do cholery, miałam na myśli? Nieważne. Zdyszana dobiegłam do drzwi z numerem dwanaście i wetknęłam nos między kraty.
Mycha spała spokojnie, jej puls był równy, a parametry życiowe w normie, na co wskazywał monitor zawieszony nad łóżkiem. Już sam ten widok działał na mnie kojąco, zważywszy na fakt, że ostatnim razem wydzierała się, jakby ktoś jej krzywdę robił. Zapewne całą winę za wylądowanie w pokoju bez klamek zrzuciła na mnie, przez co znienawidziła mnie jeszcze bardziej. Może to minie samo, powtarzałam sobie w duchu, niemniej gdzieś tam zapalała się czerwona lampka mówiąca o tym, że Coma jest rozwiązaniem wszelkich moich problemów. To tam udało mi się z nią dogadać i przekonać ją, że warto żyć, ruszyć dalej, nie oglądając się na przeszłość. Z tych oczywistych powodów powinnam sobie wszystko przypomnieć.
Przez chwilę wpatrywałam się jeszcze, jak kołdra spokojnie unosi się i opada, i z ciężkim sercem zaczęłam się wycofywać na palcach. Gdzieś musiało być nieszczelne okno, bo podmuch powietrza powstały w wyniku przeciągu zabawił się moją koszulą, podwiewając ją do góry.
Mniej więcej w połowie korytarza z jednego z zamkniętych na klucz pokoi dobył się głośny krzyk. Cholera! Wiedziałam, że za chwilkę zjawi się tutaj pielęgniarka, już nawet słyszałam stukot drewniaków. Oho, biegła. Zastanowiłam się, co by się stało, gdyby mnie tu zobaczyła. Mnie pewnie nic, ale szybko domyślono by się, kto pomógł mi się tutaj dostać i zagadał pielęgniarkę. Jolka miałaby przerypane. Wyciągnięto by jakieś konsekwencje: nagana, może dyscyplinarne zwolnienie, cholera wie, albo tylko… Kto wie wszystko? Kogo miałam na myśli? Nieważne. Kroki było słychać coraz bliżej. Rozejrzałam się nerwowo po korytarzu. Żadnego kosza na śmieci, za którym mogłabym przykucnąć, czy choćby krzesła. Zerknęłam w stronę szerokiego parapetu. Helenko, ty się jak zawsze wpakujesz wjakąś gównianą sprawę, skarciłam się w duchu i zaczęłam się wspinać na parapet. Zdążyłam w ostatniej chwili. Ledwie zdołałam się przykleić do szyby, gdy zadzwoniły klucze. Jadźka minęła mnie na pełnym gazie i ostro wyhamowała przy drzwiach, skąd ponownie rozległ się głośny krzyk. Kiedy weszła do środka, już mnie nie było.
Przy windzie czekała Jolka. Na mój widok wypuściła głośno powietrze i dramatycznie położyła ręce na sercu.
– Ktoś cię widział, kochanieńka? – spytała, chwytając w zapraszającym geście za rączki wózka.
– Na szczęście nie – odpowiedziałam tonem pełnym opanowania, który miał ją uspokoić.
– Dobrze, siadaj i wracamy na oddział.
– W zasadzie – umościłam się na wypasionym wózku inwalidzkim – to chciałam cię o coś prosić.
– Zaczynam się ciebie bać, kochanieńka – stwierdziła, wciskając przycisk przywołujący windę.
– Wiesz coś o tej piątce ludzi, która obudziła się tego samego dnia, co ja i Sara?
– Chodzi ci o resztę szczęściarzy z dwieście dwa? – Winda zatrzymała się z cichym stęknięciem i drzwi rozsunęły się, zalewając nas i korytarz jasnym światłem.
Ach, więc tak nas nazywano. Jak nie jacyś Bad Boysi, to Szczęściarze, może i na innych Farciarzy byś tu trafił. Jezu, te powiedzonka doprowadzą mnie do szału.
– To w zasadzie tajemnica – powiedziała niepewnie, pchając wózek. – Sama rozumiesz, kochanieńka. Siedem osób leżących na jednej sali nagle wychodzi ze śpiączki. To mocno trąci cudem bożym, a my nie chcemy tu tabunów wiernych, reporterów i kościoła.
– Ale czy mogłabym ich zobaczyć? – spytałam z lekko błagalną nutką w głosie, wpatrując się w twarz pielęgniarki odbijającą się w lustrach windy.
– Wszyscy szczęściarze spod dwieście dwa są na tym samym oddziale co ty, kochanieńka, więc chyba nie powinno być problemu. – Szarpnęło i ruszyłyśmy do góry. – To zadziwiające, jak oni szybko dochodzą do zdrowia, biorąc pod uwagę okres, który spędzili przykuci do łóżek.
Nie wiem, dlaczego poczułam się jednocześnie tak bardzo zdenerwowana i podekscytowana wizją spotkania z nimi. Czego się obawiałam albo spodziewałam po ujrzeniu grupy obcych mi ludzi?
Winda zwolniła, by w końcu zatrzymać się na właściwym piętrze. Tutaj już nawet pachniało inaczej, nie mówiąc o tym, że wyglądało o wiele przytulniej. Żółte ściany i zielone linoleum przypominały łąkę oświetloną promieniami słońca. Jolka pchała żwawo wózek wzdłuż korytarza, przygaszone światło sennie sączyło się z co czwartej żarówki, a z sal pacjentów śpiących mocnym i niezdrowym snem gapiły się na mnie ciemne okna. Ale nie wszystkie takie były. W oddali, kawałek za wejściem do mojego pokoju, paliło się jeszcze kilka świateł, rzucając na przeciwległą ścianę jasne kwadraty. Wiedziałam, że to tam.
Moja czterokołowa bryka zatrzymała się przed pierwszym pokojem. Nie chciałam wyjść na bezczelną podglądaczkę, dlatego najpierw nieśmiało zerknęłam do środka, kiedy jednak spostrzegłam, że dziewczyna ma zamknięte oczy, przywarłam do szyby czołem.
– Jest zakonnicą – rzekła Jolka, stając obok mnie.
Faktycznie, dopiero teraz spostrzegłam, co takiego przyciska rękoma do piersi. Był to drewniany krzyż. Prześlizgnęłam się wzrokiem od splecionych na kawałku drewna drobnych, bladych dłoni do równie bladej twarzy okolonej rudymi, długimi włosami. Twarz niby była znajoma, ale jednak zupełnie obca, i nie wiem nawet, dlaczego odetchnęłam z ulgą.
– Kto leży tam? – spytałam, patrząc w kierunku kolejnego okna w ścianie.
– To zły człowiek, kochanieńka – szepnęła konspiracyjnie Jolka, pochylając się nad moim ramieniem, jakby bała się, że ją usłyszy i może jeszcze targnie się na jej życie. – Ponoć wcześniej siedział za morderstwo, ale ktoś go dopadł w więzieniu. Najgorsze, że do tego tu – pchnęła wózek, abym mogła się lepiej przyjrzeć temu złu wcielonemu – trzeba mówić po angielsku, tak jak do zakonnicy, a ja, kochanieńka, umiem tylko powiedzieć „Iam twenty years old”.
Dżizas, ktoś ją uczył kłamać, i to po angielsku?
– Wiesz, Jolka, może daruj sobie ten tekst – poradziłam jej. – Naucz się: „How are you?”. To znaczy: „Jak się masz?”.
– How are you? – powtórzyła kilka razy, chcąc sobie do łba wbić, a ja w tym czasie lustrowałam potężną łysą głowę, w której odbijało się światło nocnej lampki zawieszonej powyżej łóżka.
O w dupę, mamusia mu chyba worek na ziemniaki zakładała zamiast czapeczki. Łóżko miał złożone do pozycji siedzącej. Z zamkniętymi oczyma i skrzyżowanymi na piersi rękoma wyglądał, jakby drzemał albo obmyślał plan ucieczki. Potężne cielsko odznaczało się pod białą kołdrą.
– Kiedy tu do nas trafił, miał włosy do pasa. Trzeba mu było je ogolić, bo obawialiśmy się, że nam się coś w nich zalęgnie, kochanieńka, a żadna nie odważyłaby się ich myć – poinformowała Jolka.
Patrząc na tego wielkoluda, zyskałam pewność, że nawet jeśli przeszliśmy razem przez tę Bramę, to bynajmniej nie jako przyjaciele. Może kumplował się z Mychą, bo typ maniakalnego mordercy zdecydowanie bardziej wpasowywał się w jej wariant najlepszego ziomala.
– Pokaż mi, proszę, następnego – poprosiłam.
Jolka obeszła wózek i usłyszałam, jak jej obrączka ślubna uderza o metalowe rączki.
– Ten dzieciak to Rusek. Trzeba było dla niego specjalnego tłumacza sprowadzić, bo po polsku rozumie, ale marnie. Jak mu doktor Krajewski wytłumaczył, że ma nie wstawać, bo pozrywa kable i kroplówki, to nam się biedaczyna tak zaplątał w te kable, że o mało się nie udusił. Mówię ci, kochanieńka, pościel już trzy razy miał zmienianą, ponieważ ciągle coś rozlewa.
Uśmiechnęłam się w duchu, bo chciałam powiedzieć, że znałam kiedyś kogoś takiego, ale po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że ni cholery nie mogę sobie przypomnieć, kogo miałam na myśli.
Przylgnęłam do szyby. Na sali Rosjanina panował półmrok, a jego twarz ginęła w cieniu, więc nawet nie byłam w stanie przyjrzeć się jej dokładniej.
– Dlaczego chciałaś ich zobaczyć, kochanieńka? – Jolka odwróciła się tyłem do szyby i oparła o nią plecami.
– Sama nie wiem, chyba z czystej ciekawości. – Wzruszyłam ramionami.
Jolka nie była głupia, o nie, dlatego tym bardziej nie mogłam jej za dużo powiedzieć.
– Wierzę w anioły – wypaliła nagle niczym filip z konopi.
– Fajnie – mruknęłam i sama złapałam za koła wózka. Oby tylko, cholera, nie pomyślała, że jestem jednym z nich, i nie zaprzyjaźniła się ze mną z myślą o jakichś profitach, bo jedyne, co jej mogłam zafundować, to magiczny ból głowy. – Ja nie wierzę w nic.
Wprawiłam koła w ruch, podjechałam pod następną salę i w tym momencie zamarłam.
W środku na krześle siedział Rob, poklepując młodego chłopaka po ramieniu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie przemożne uczucie, że skądś znam tego gościa. Wstałam z wózka, żeby lepiej mu się przyjrzeć, i zupełnie tego nie kontrolując, krok po kroku, weszłam do jego sali. Obaj panowie ucichli i wyraźnie spięli mięśnie, gdy zorientowali się, że ktoś im przeszkodził. Jak zwykle dobre maniery i w tym przypadku nie okazały się moją mocną stroną, bo bez zaproszenia podeszłam do krzesła, na którym siedział Rob, by móc się znaleźć z jego rozmówcą twarzą w twarz.
Ja pierdolę, te czarne oczy, te wystające kości policzkowe i pełne usta. Nieświadomie przyłożyłam obie ręce do piersi. Gdzie ja go widziałam? Zmieszanie i konsternacja musiały być widoczne na mojej twarzy, pocieszało mnie jednak, że chłopak patrzył na mnie z niemniejszym zaciekawieniem, taksując od góry do dołu. W końcu nasze spojrzenia się skrzyżowały.
– Niezła koszulina, mała – powiedział i uśmiechnął się szeroko.
Momentalnie spojrzałam w dół na zgrzebną, szpitalną szmatkę, zdając sobie nagle sprawę, że paradowanie bez choćby szlafroka po oddziałowych korytarzach nie było najmądrzejszym posunięciem. Zanim rumieniec wstąpiłby na moje oblicze, zganiłam się w duchu. Za późno teraz na fałszywą skromność, głowa do góry, kobieto.
– Dzięki – odpowiedziałam, z powrotem wlepiając w niego oczy.
Był blady i raczej szczupły, zagłębienie w jego szyi szpeciła blizna po rurce tracheostomijnej, a policzki pokrywał kilkudniowy, czarny zarost. Ciemne lśniące loki miał zaczesane do tyłu, przez co wyglądał jak David Gandy w reklamie Light Blue. Mam na myśli włosy, oczywiście, nie resztę.
– Heleno. – Poczułam dziwny ucisk w klatce piersiowej na dźwięk mojego imienia wypowiadanego właśnie w ten sposób przez Roberta. – To jest Pasha Dragojevic. Jeden z pięciu ostatnio wybudzonych.
– Wiem – mruknęłam.
– Pamiętasz go?
– Gdzieś cię już widziałam – powiedziałam do Pashy, ignorując Roba na wszystkie możliwe sposoby.
– Ja też mam wrażenie, że się znamy – powiedział. – Czy my przypadkiem… – zawiesił wymownie głos.
Jedna z moich brwi podjechała wysoko. Najpierw koszula, teraz to. Podrywał mnie? Ma chłopak zdrowie.
– Nie sądzę – odparłam z mocą, nie pozostawiając nikomu żadnych wątpliwości.
– Usiądź. – Rob wstał i zrobił mi miejsce. Przynajmniej on, jak na dzieciaka z bogatego domu przystało, odebrał dobre wychowanie.
– Nie, już idę. – Zakołysałam się na piętach. – To cześć – powiedziałam do Pashy.
– Cześć – odparł i uniósł rękę do góry, próbując zgiąć palce, ale wyraźnie nie mógł tego zrobić. – Jeszcze nie wszystko dobrze działa, ale to, co powinno, na pewno – powiedział aluzyjnie.
Mężczyźni!!! Wykonałam obrót na pięcie i wyszłam na korytarz, na którym przy wózku czekała już na mnie Jolka.
– Siadaj, aniołku – nakazała.
Aha, czyli jednak chodziło o te pieprzone anioły. Na Boga, czy ja wyglądałam na świętą? Nie mogła sobie obrać za cel zakonnicy? Ta już prędzej mogłaby jej wymodlić jakieś łaski.
– Pozwolisz, że teraz ja się zajmę pacjentką? – odezwał się za moimi plecami Rob.
Jolka spojrzała mi w oczy, czekając na aprobatę, więc skinęłam głową. W obliczu tego popieprzonego spotkania, a także choroby siostry, musiałam jakoś się dogadać z Robem.
– Dobrze – powiedziała Jolka, ale minę miała groźniejszą niż wściekły pitbull.
– Zaczynasz sobie przypominać – stwierdził Robert, gdy kroki pielęgniarki ucichły na dobre. – To wspaniale. Pasha jest ciekawym przypadkiem.
Pchnął wózek, a ja odwróciłam głowę w kierunku szyby, za którą dziwnie znajomy chłopak siłował się ze swoimi palcami, próbując nimi poruszać. Patrzyłam na niego, dopóki nie zniknął mi z oczu.
– Zauważyłaś, że mówi biegle po polsku? No wiesz, to niemożliwe, przynajmniej nie pamiętam, aby w Comie wspominał, że zna polski. Wychował się na granicy bułgarsko-greckiej, ale studiował i pracuje w Niemczech.
– Jak to możliwe? – spytałam, spoglądając przed siebie. – Cud? Jesteśmy pieprzonymi aniołkami? – zakpiłam.
– Na świecie odnotowuje się wiele takich przypadków, gdzie ludzie po wybudzeniu ze śpiączki zaczynają biegle posługiwać się językiem, którego nigdy wcześniej nie słyszeli, a kompletnie nie rozumieją rodziny i lekarzy. Być może to dlatego, że w Comie mówimy jednym językiem i nie mamy problemów z komunikacją, chociaż pochodzimy z różnych stron świata. No wiesz, może przy przebudzeniu nie zawsze człowiek trafia z powrotem na swój język ojczysty.
Musiałam przyznać, że brzmiało to niesamowicie, ale równocześnie na tyle rozsądnie, że byłam w stanie w to uwierzyć. Sama natknęłam się na historie opisujące podobne przypadki, gdy studiowałam fora dotyczące śpiączki. Boże, Coma naprawdę mogła istnieć, a tego chłopaka znałam właśnie stamtąd. Poczułam, jak serce zaczyna mi mocniej bić i wkrada się do niego jakiś nieznany chłód.
– Poznam cię z piątym szczęściarzem z dwieście dwa – oznajmił Rob, skręcając tak, jak prowadził nas łuk korytarza.
– Kiedy sobie przypomnę? – spytałam.
– Nie mam pojęcia, ale zamierzam zrobić wszystko, by stało się to jak najszybciej. Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz.
– Wszystko?
– No wiesz, w granicach rozsądku. O, tam jest sala Melona. Taką ksywkę miał w Comie. Jego prawdziwe nazwisko to Lars Markusson, ściągnąłem go tu ze Szwecji.
Facet musiał być naprawdę zdesperowany i cholernie zdeterminowany, skoro szukał ludzi po całym świecie tylko po to, by mieć ich pod ręką, kiedy się obudzą, i móc im nawciskać do głowy historyjki o Comie. Przecież to nie było normalne. Chyba powinnam się bać takiego człowieka, prawda? Jednak najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że jakaś część mnie go rozumiała, ten jego comowy fanatyzm. Mogłam zrozumieć, że znaczyli dla niego tak wiele. Tyle, ile Mycha dla mnie. Tylko jaką rolę w sprowadzeniu ich z powrotem odegrałam ja?
Wózek zatrzymał się pod szpitalną salą, zajrzałam do środka przez okno, lecz nikogo nie dostrzegłam. Łóżko stało puste, pościel była rozgrzebana, telewizor grał głośno, wyświetlając właśnie jakiś mecz, ale Melona, czy jak mu tam, ani widu, ani słychu.
– Ty, Rob, facet chyba nawiał – zauważyłam.
Pierwsze, co zrobił Rob, człowiek – zdawałoby się – w miarę rozsądny, to podszedł do parapetu i wyjrzał na zewnątrz z tekstem:
– Cholera, chyba nie oknem?
– To, że ty masz pierdolca na punkcie ekstremalnych zabaw, nie znaczy, że każdy, kto chce opuścić pokój, musi od razu rzucać się z okna, jak ty byś to zrobił – odparłam.
– Może i nie, ale licho wie. Wiele już widziałem w wykonaniu Bad Boysów, więc nigdy niczego nie biorę za pewnik. Nie masz pojęcia, do czego są zdolni.
– Hmm… – Dlaczego miałam wrażenie, że wiem, o czym mówił? – Wyluzuj, myślę, że gość się w toalecie zasiedział.
Rob przemierzył pokój czterema wielkimi krokami i ostentacyjnie otworzył drzwi od klopa.
– Nie ma – stwierdził, nurkując do środka, i całe szczęście. Gorzej, gdyby przyłapał pacjenta na rzeźbieniu. – Musimy go znaleźć. Znaczy, no wiesz, ja muszę, a ty się stąd nie ruszaj.
Naiwny czy jak? Rzuciłam mu pobłażliwe spojrzenie i uśmiechnęłam się dyskretnie pod nosem. Czas na wycieczkę po szpitalu, Heleno. Rob wystartował niczym wystrzelony z armaty i tyle go widziałam. Dla zachowania pozorów chwilę udawałam, że przyglądam się tym kilku mięśniakom ganiającym za piłką po boisku, i kiedy spiker w telewizorze oznajmił, że Real Madryt jest świetnie przygotowany do meczu, postanowiłam odjąć sobie nieco inteligencji. Myśl jak samiec, Heleno… jak upośledzony samiec, rozwinęłam. Myśl jak Kazah, dobiegło gdzieś z głębi mojej czaszki. Co? Znów? Nieważne, skup się. Oglądasz mecz wszpitalnym łóżku, czego brakuje ci do pełni szczęścia, rzecz jasna oprócz kumpli lub panienki robiącej ci właśnie laskę? Ha, browara isłonych zakąsek. No tak!
Kiosk z wszelkimi pierdołami, zaczynając od skarpetek, szlafroków, poprzez gorące bułki z mikrofali, a kończąc na słonych zakąskach, znajdował się na parterze w holu głównym szpitala, ale o tej godzinie z pewnością był zamknięty. Przypomniałam sobie jednak, że gdzieś tam mieścił się również automat z batonami i chipsami. No to jesteśmy w domu. Zanim opuściłam salę Melona, wyjrzałam zza drzwi, rozejrzałam się w prawo, w lewo i nie zauważywszy żadnego niebezpieczeństwa w postaci kręcących się pracowników szpitala, ruszyłam w kierunku schodów ewakuacyjnych, które w odróżnieniu od wind znajdowały się daleko od dyżurki pielęgniarek. Przytrzymując krótką koszulkę, zbiegłam na sam dół. Nabawiłam się przy tym poważnej zadyszki, więc musiałam przystanąć przy portierni, bo zipałam jak bajkowa lokomotywa. Z niewielkiego kantorka po mojej lewej poniósł się zachrypnięty wrzask: „GOL!”. Ciekawe, kto komu władował piłkę do siatki? Jako że ciekawość zawsze miała decydujące znaczenie, jeśli chodzi o moje postępowanie, i tym razem to ona skłoniła mnie do zajrzenia do portierni.
Delikatnie nacisnęłam na klamkę, pchnęłam nieznacznie drzwi do środka i co? Jak się można było spodziewać, w małym przesiąkniętym Old Spice’em i tytoniem pomieszczeniu trzech pomarszczonych emerytów i jeden gość w koszuli nocnej gapili się w telewizor, pałaszowali chipsy i zapijali to wszystko piwem. No i mamy Melona. Siedział na rozklekotanym krześle pamiętającym jeszcze czasy PRL-u i liczył głośno kasę. Nie chciałam psuć kibicom przedniej zabawy, ale zdaje się, że właśnie odnalazłam zbiega. Pozwoliłam sobie na znaczące chrząknięcie, czym wywołałam ogólne poruszenie i popłoch, jak to z reguły bywa, gdy człowieka przyłapie się na gorącym uczynku. Z rosnącym rozbawieniem obserwowałam, jak trzech starszych panów odzianych w granatowe uniformy na szybko zgarnia szmal, chowa piwo pod biurkiem zastawionym monitorami, a miska z chipsami, potrącona przez łamagę w koszuli, szybuje w powietrze i upada z hukiem na podłogę, rozpadając się wpół. W całym tym harmidrze usłyszałam głos jednego z nich, tego łysego:
– I teraz rozumiecie, szanowni koledzy, co miałem na myśli, mówiąc, że kobieta na pokładzie przynosi pecha.
Pecha, a to dobre. Wparowałam do środka, głośno trzaskając drzwiami i rozgniatając podeszwami kapci kilka chipsów.
– Zdaje się, że towarzystwo uprawia nielegalny hazard, libację alkoholową i to w godzinach pracy. Może powinnam to zgłosić?
W dupie mieli moją groźbę, bo komentator właśnie się wydarł: „Di Maria podaje do Benzemy! Benzema wbiega w pole karne, strzela i…”. Cała czwórka kibiców aż podniosła się z miejsc, w pełnym napięciu oczekując na celny strzał.
– Właśnie dwoje uzbrojonych oprychów opierdala wam kiosk pod nosem – powiedziałam. Zero reakcji.
„Nie trafia. Co za pech!”, dokończył spiker. Panowie ponownie zajęli swoje miejsca, posłali pod adresem Benzemy kilka ostrych epitetów i dopiero spojrzeli w moją stronę. Jak milusio. Melon zlustrował mnie od góry do dołu wzrokiem bacznym, acz niepozbawionym pierwiastka seksualnego. Czyżby rozbierał mnie spojrzeniem? Palant.
– Wracamy na salę, kolego – oznajmiłam.
Wstał, zaskakując mnie swoim pokaźnym wzrostem. Jego blond włosy wyglądały, jakby tornado się przez nie przetoczyło, pod szarymi oczyma widniały fioletowe sińce, a w zagłębieniu szyi znajdowała się taka sama blizna po rurce jak u Pashy. Odnotowałam również, że ma kilka uroczych piegów na nosie i w zasadzie delikatny, widoczny tylko pod światło zarost. Mocna szczęka, mocne bary i mocne nogi. Oto, jakbym go opisała w skrócie. No i niestety nie kojarzyłam faceta zupełnie.
– Ja… ja… ja… ja… – zaczął.
Coś było nie tak z jego jajami? Zawiało go pod tą krótką koszulą? Ostentacyjnie, wręcz bezbożnie, utkwiłam ciekawski wzrok w jego kroczu.
– Ja… jak ob… obstawiasz wy… wy… wynik? – wydukał wreszcie. Facet budzi się ze śpiączki i pierwsze co, to obstawia zakłady? Wow, trzeba go jeszcze leczyć z uzależnienia.
– No było tak od razu mówić. – Klepnęłam go w ramię. – Jestem porządna, nie uprawiam hazardu, a już na pewno nie pozbawię tych kilku emerytów marnych groszy, które tu zarabiają, i ty też nie. Idziemy na górę – rozkazałam, wsuwając mu rękę pod ramię. – Dobranoc reszcie.
Niechętnie skierował swoje kroki za mną w stronę schodów ewakuacyjnych. Szpital w godzinach nocnych świecił pustkami, więc dotarliśmy do klatki schodowej bez wzbudzania niczyich spojrzeń ani komentarzy.
– He… He… He… –Tylko spokojnie, Heleno, nakazałam sobie, bo brakło mi cierpliwości. – He… Hele… Heleno… czy… czy… czy…
– Chwila, jak mnie nazwałeś? – Przystanęłam pod ścianą zaintrygowana, wpatrując się w niego ze zdziwieniem, bo nie przypominałam sobie, żebym się przedstawiała.
– He… He… He…
– Dobra, bo się spocisz. – Machnęłam ręką. – Ale skąd wiesz, jak mam na imię?
Teraz to on spojrzał na mnie skonfundowany, marszcząc czoło i mrużąc te swoje szare oczy. Staliśmy na schodach przeciwpożarowych, w szpitalnych koszulach, gapiąc się na siebie jak para uciekinierów z psychiatryka. Światło rażącej jarzeniówki oblewało nas z góry i wiedziałam, że jeśli Melon zacznie odpowiadać na moje pytanie, to biedak nie skończy do rana.
– Wszędzie was szukam!
Uniosłam głowę, próbując odnaleźć wzrokiem krzyczącego Roba. Wychylał się poza barierkę dwa piętra wyżej, niemalże całym ciałem znajdując się już po drugiej stronie.
– Aleście mi sporą dawkę adrenaliny zafundowali! Nie ruszać się, już do was idę!
Obawiałam się przez chwilę, że skoczy. Na szczęście migiem zbiegł na dół, sadząc po kilka stopni naraz, aż głuche dudnienie jego butów niosło się po całej klatce schodowej.
– Co jest? – Spojrzał na nas podejrzliwie, drapiąc się po nosie.
– On zna moje imię – powiedziałam. – Chociaż się nie przedstawiałam.
Melon potwierdził skinieniem głowy.
– Zajebiście – ucieszył się wyraźnie Rob. – Już niebawem przypomnicie sobie wszystko, a ja będę mógł wrócić do Comy po resztę.
Ktoś tu musiał koniecznie odwiedzić oddział psychiatryczny.
– Od jutra zaczniemy rehabilitację i zajęcia w grupie mające na celu usprawnić pracę waszych ciał i umysłów. Jak tak dalej pójdzie, najpóźniej za dwa tygodnie przypomnicie sobie wszystko. – Bijący od niego entuzjazm jakoś nie był zaraźliwy, bo oboje z Melonem spojrzeliśmy na Roba z powątpiewaniem.
To powinien być czysty błękit, pomyślałam, wodząc oczyma za sunącymi po niebie białymi obłokami. Siedziałam przy stoliku, podpierałam rękoma brodę i wpatrywałam się w okno, szukając za nim nie wiadomo czego. Po stołówce unosił się apetyczny zapach pieczonego mięsa, który drażnił moje zmysły, wywołując niekontrolowany ślinotok. Po kilku dniach jechania na papce bez smaku człowiek zdolny byłby nawet zabić za zwykłego cheeseburgera, nie mówiąc o takich rarytasach. Poza tym jeśli zjem coś porządnego, to może mózg mi się nie zlasuje do reszty, do czego niechybnie się zbliżałam, bo wszystko tutaj zdawało się bardziej popieprzone niż cyrk Monty Pythona. Pół nocy oswajałam się z myślą, że Coma istnieje, a szczęściarze z dwieście dwa mają ze mną najprawdopodobniej więcej wspólnego niż listonosz, który systematycznie dostarczał mi pocztę. Przerażające. Byłam skłonna nie tylko uwierzyć w całe to gówno, ale także podjąć działania, które pomogłyby mi sobie o tym szambie przypomnieć. Wszystko to, rzecz jasna, dla leżącej piętro niżej Mychy, której stan po przebudzeniu daleki był od zadowalającego.
I tym oto sposobem tkwiłam na stołówce, gdyż zgodziłam się na wspólne obiady ze szczęściarzami z dwieście dwa. Jakby tego było mało, Rob dowalił nam rehabilitację, zajęcia twórcze (brzmiało podejrzanie) i wspólne spędzanie wolnego czasu. Jak przypuszczałam, to nasze usilne zacieśnianie więzi mogło się skończyć tylko jednym – psychiatrykiem. Już sam jąkała działał na mnie niczym czerwona płachta na byka, a cierpliwości w genach nie odziedziczyłam. Owdupę, owilku mowa.
Kątem oka dostrzegłam, że do mojego stolika, nakrytego kremowym obrusem z ceraty, podjeżdża wózek inwalidzki. Z premedytacją udałam, że tak bardzo jestem zaabsorbowana widokiem za oknem, że nie zauważyłam towarzystwa.
– Cze… cze… cze… – Kółka zaskrzypiały i wózek zatrzymał się obok.
– Cześć – prawie wywarczałam, odwracając się niechętnie w jego stronę. To na tyle, jeśli chodzi o ignorowanie typa. Modliłam się do kogokolwiek tam na górze, żeby gość nie był skory do rozmowy, bo melisy jeszcze nie piłam, a stalowe nerwy nie były moją najmocniejszą stroną.
– Je… je… jeste… te…
– Jesteś co? – Zacisnęłam palce na brzegu stołu.
– Gło… gło…
– Głodny – pomogłam. – Ja też. Oby szybko przynieśli ten obiad. – Ta, im szybciej, tym lepiej, przynajmniej będziemy mieli tę całą gównianą błazenadę za sobą.
Marzenia ściętej głowy. Okazało się bowiem, że musieliśmy poczekać na wszystkich wybudzonych, aż łaskawie dokulają się do stołówki. Ta, chyba z racji tego, że znajdowała się na takim, a nie innym oddziale, najprawdopodobniej niezbyt często stanowiła miejsce odwiedzane przez pacjentów, co najwyżej personel. Jeszcze pachniała świeżością. Równe ściany pokrywała błękitna farba, idealnie korespondująca z obrazami w białych ramach, przedstawiającymi nadmorskie krajobrazy. W rogu pod oknem, w olbrzymiej drewnianej donicy, stała dorodna palma, rzucająca cień na metalowy kosz na śmieci i zestaw szybkiego reagowania, na który składało się wiadro z wodą i szczota. Na środku stosunkowo jasnego pomieszczenia znajdowały się tylko cztery stoły, a Melon musiał się dosiąść akurat do mnie. Za nim, po niespełna trzech minutach pojawił się Pasha, pachnący jak paryska perfumeria, zbyt intensywnie i cholernie dusząco. Może chciał nam oddać przysługę i wszystkich wykończyć? Zakonnica przyszła o własnych siłach, ale zajęła miejsce pod oknem, z dala od natarczywych spojrzeń facetów. Nawet mnie nie zdziwiło, że się gapili. W końcu to tylko mężczyźni, a zakonnica wyglądała po prostu cudnie z tymi długimi, rozwianymi włosami mieniącymi się w promieniach popołudniowego słońca. Jej szerokie, czerwone usta wręcz krzyczały, aby je całować, a w zielonych oczach można było zatonąć. Kusa koszula szpitalna również nie pomagała i tylko podkreślała długie, zgrabne nogi. Nie ma co, w tym przypadku Bóg dobrze wiedział, w które drzwi zapukać, by zdobyć wierną służebnicę, w dodatku nieprzyzwoicie seksowną.
– Fa… fa… faj… na…
– No, miałem kiedyś rudą lasencję – oznajmił Pasha, wodząc rozmarzonym wzrokiem po zakonnicy. – Wiesz, co się mówi o rudych? – zagadnął do jąkały, jakby takie pogaduchy urządzali sobie codziennie.
– Wie… wie… wiem. – Melon uśmiechnął się szeroko.
– Ale ja nie! Może mnie łaskawie oświecicie. – Nie dość, że to oni się dosiedli, to jeszcze wykluczyli mnie z rozmowy. Pieprzony testosteron.
– Że są ogniste w łóżku – odpowiedział Pasha, niezdarnie podwijając rękawy koszulki z logiem uniwersyteckim na piersi.
– A wiecie, co mówią o mężczyznach? – zagadnęłam niewinnie. Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem, kręcąc przecząco głowami. – Że to układ podtrzymania życia dla penisa, a wy tylko to potwierdzacie.
– Zabawna jesteś – mruknął Pasha, posyłając mi mało życzliwy uśmiech.
Genialnie, Rob chyba chciał, żebyśmy pomarli z głodu, bo przynajmniej mnie ta dwójka skutecznie odbierała apetyt.
Nagle coś huknęło po naszej prawej, dalej rozległo się kilka obco brzmiących przekleństw i wreszcie „Aj okej, aj okej”.
Wychodziło na to, że zaraz poznam Ruska, ale musiał się najpierw chłopaczyna pozbierać z podłogi. Koła przewróconego na bok wózka jeszcze się kręciły, a pacjent leżał kawałek dalej, z twarzą przyklejoną do zielonego, nakrapianego linoleum. Jak on to zrobił? Trzeba mieć bowiem niebywały talent, żeby wyrżnąć się na prostej drodze, gdzie nie ma żadnych przeszkód w postaci wysokich progów, krzeseł i tym podobnych potykaczy.
Może i siostrą miłosierdzia nie byłam, ale na ludzką krzywdę patrzeć nie mogłam, bo, o dziwo, próg politowania miałam dość niski, a ten tam gamoń ewidentnie sprawiał, że człowieka żałość łapała za serce. Odsunęłam krzesło, głośno nim szurając, i podeszłam do poszkodowanego, niezdarnie starającego się podnieść z podłogi.
– Pomogę ci – powiedziałam, kucając przy rozciągniętych na podłodze zwłokach.
