Zaraza - Laura Thalassa - ebook

25 osób właśnie czyta

Opis

Przybyli na Ziemię – Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć – czterej jeźdźcy pędzący na cztery strony świata na dzikich wierzchowcach. Zdolni zniszczyć całą ludzkość. Przybyli na Ziemię, by zakończyć nasz żywot.
Kiedy Zaraza pojawia się w mieście Sary Burns, pewne jest tylko jedno – wszystkich jej bliskich i znajomych czeka śmierć. No, chyba że ktoś powstrzyma przystojnego jeźdźca.
Szkoda tylko, że tym kimś okazała się Sara i nikt nie uprzedził jej, że Zarazy nie można zabić…
W tej chwili ciągle żywy i bardzo wkurzony jeździec więzi ją, pragnąc jej cierpienia. Jednak im dłużej przebywa w jej towarzystwie, tym dziwniejsze są jego uczucia do niej... a jej do niego.
Sara wciąż może uratować świat, ale żeby to zrobić, będzie musiała wiele poświęcić…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Teresie, za szczerą troskę,

niekończące się poświęcenie i absolutną miłość.

To właśnie takich ludzi najbardziej potrzeba światu

I ujrzałem: gdy Baranek otworzył pierwszą z siedmiu pieczęci,

usłyszałem pierwsze z czterech Zwierząt mówiące jakby głosem gromu:

„Przyjdź!”

I ujrzałem: oto biały koń, a siedzący na nim miał łuk. I dano mu wieniec,

i wyruszył jako zwycięzca, by zwyciężać.

Biblia Tysiąclecia, Nowy Testament, Apokalipsa św. Jana 6:1-2

PROLOG

Przybyli wraz z burzą.

Niebo zawrzało, wielkie pióropusze chmur zderzały się i kłębiły. Pustynne powietrze stężało, dało się wyczuć wilgoć i nienaturalną woń zgnilizny.

Rozbłysnął piorun.

Zabrzmiał grzmot.

Zapanowała jasność, jakby świat stanął w płomieniach, i pojawili się oni – cztery bestie w ludzkich postaciach, siedzące na przerażających rumakach.

Potworne wierzchowce stanęły dęba, wierzgając w powietrzu, a ich jeźdźcy spojrzeli na świat obcymi, upiornymi oczami.

Zaraza miał na głowie wieniec.

Wojna unosił wysoko stalowy miecz.

Głód trzymał kosę i wagę.

A Śmierć ze złożonymi za plecami czarnymi skrzydłami ściskał w dłoni dymiącą pochodnię.

Czterej jeźdźcy Apokalipsy przybyli na Ziemię, aby położyć kres życiu i zgładzić śmiertelników.

Niebo pociemniało, rumaki ruszyły cwałem, wzbijając kurz.

Na północ, wschód, południe i zachód.

Jeźdźcy rozpierzchli się na cztery strony świata, a wskutek ich przybycia popsuła się elektronika, wybuchły bezpieczniki. Internet przestał działać, padły komputery. Silniki odmówiły posłuszeństwa, z nieba pospadały samoloty.

Minuta po minucie, cała technologia przestawała istnieć, a świat spowiła ciemność.

Tak było, tak być powinno, bo epoka człowieka dobiegła końca, a nastała Era Jeźdźców.

Przybyli na Ziemię, aby nas zgładzić.

ROZDZIAŁ 1

Rok piąty Ery Jeźdźców

– Ciągniemy zapałki.

Spojrzenie piwnych oczu kieruję na wąskie, małe drewienka, które trzyma Luke. Pociera łebkiem jednego o nasz chropowaty stół. Na chwilę rozbłyska płomień, nim mój towarzysz go zdmuchuje.

Wokół nas, na posterunku straży pożarnej, lampy szumią w ten niepokojący sposób, jak większość urządzeń w dzisiejszych czasach, jakby w każdej chwili mogły się poddać.

Luke trzyma poczerniałą zapałkę.

– Przegrany zostaje, aby zrealizować nasz plan.

To był bardzo żmudny proces decyzyjny. Jedna osoba skazana na śmierć, by trzy pozostałe mogły przeżyć.

I żebyśmy mogli zabić tego bezbożnego sukinsyna.

Luke wkłada spaloną zapałkę pomiędzy trzy inne, po czym opuszcza rękę pod stolik i je miesza.

Na zewnątrz poza wycofanym z eksploatacji wozem strażackim znajdują się nasze spakowane rzeczy. Jesteśmy gotowi do ucieczki.

Jeśli, oczywiście, znajdziemy się w trójce szczęśliwców.

Luke w końcu unosi rękę, odwrócone zapałki wystają z jego zamkniętej dłoni.

Felix ciągnie jako pierwszy…

Czerwona główka.

Wypuszcza wstrzymywane powietrze. Widzę, że chciałby się odchylić do tyłu, jego ulga jest aż tak oczywista. Jest jednak zbyt męski i zbyt świadomy dyskomfortu reszty, by to zrobić.

Ciągnie Briggs…

Czerwony łepek.

Wymieniamy z Lukiem spojrzenia.

Jedno z nas umrze.

Widzę, że mężczyzna przygotowuje się, by zostać. Wcześniej tylko raz widziałam taki wyraz na jego twarzy, gdy gasiliśmy pożar, który nagle nas okrążył. Ogień poruszał się, jakby kierował nim sam diabeł, a Luke miał wtedy minę skazańca.

Oboje wtedy przeżyliśmy. Być może przeżyjemy i to.

Podsuwa mi pięść, wystają z niej dwie zapałki. Szanse pół na pół.

Nie zastanawiam się. Biorę jedną.

Potrzeba ułamka sekundy, aby zarejestrować jej barwę.

Czarna.

Czerń oznacza… śmierć.

Powietrze ulatuje mi z płuc.

Spoglądam na kolegów z brygady, którzy patrzą na mnie z litością i przerażeniem.

– Wszyscy kiedyś umrzemy, nie? – mówię.

– Sara… – zaczyna Briggs, który, jak mi się wydaje, lubi mnie bardziej niż koleżankę z pracy czy przyjaciółkę. – Pójdę za ciebie – mówi. Jakby jego odwaga miała jakieś znaczenie. Przecież nie będziemy mogli się spotykać, jeśli zginie.

Ściskam w dłoni spaloną zapałkę.

– Nie – odpowiadam z determinacją. – Już postanowiliśmy.

Mam zostać.

Oddycham głęboko.

– Kiedy będzie po wszystkim – mówię – proszę, niech ktoś opowie moim rodzicom, co się stało.

Próbuję nie myśleć o rodzinie, którą ewakuowano wcześniej w tym tygodniu z resztą mieszkańców miasta. Mama, która odcinała skórki z moich kanapek, gdy byłam mała, i tata, który tak bardzo się zdenerwował, kiedy oznajmiłam, że zgłosiłam się na ochotnika na ostatnią zmianę. Patrzył na mnie, jakbym już nie żyła.

Miałam spotkać się z nimi w domku myśliwskim mojego dziadka.

Ale do tego nie dojdzie.

Feliks kiwa głową.

– Dasz radę, Burns.

Wstaję. Reszta się nie rusza.

– Idźcie – rozkazuję w końcu. – Będzie tu za kilka dni. – Jeśli nie godzin.

Widzą, że żarty się skończyły, bo nie spierają się i nie ociągają. Ściskają mnie kolejno i mocno tulą.

– Powinno być inaczej – szepcze mi do ucha ostatni w kolejce Briggs.

Powinno, mogło, byłoby. Nie ma powodu, by to teraz roztrząsać. Cały świat powinien być inny. Jednak nie jest, i tylko to się liczy.

Przez duże okno obserwuję, jak odchodzą. Luke wyprowadza z garażu konia, a Briggs i Felix wsiadają na rowery, założywszy na ramiona plecaki.

Długo po ich odejściu zaczynam zbierać swoje rzeczy. Zerkam na plecak wypełniony sprzętem pozwalającym przetrwać oraz antologią dzieł Edgara Allana Poego, nim kieruję wzrok na strzelbę dziadka. Naoliwiony metal wygląda wyjątkowo zabójczo.

Nie ma czasu na strach. Nie, póki nie wezmę się do roboty.

Może zginę, ale przynajmniej zabiorę ze sobą tego skurwiela z piekła rodem.

ROZDZIAŁ 2

Nikt nie wie, skąd wzięli się czterej jeźdźcy. Wiadomo tylko, że pewnego dnia pojawili się na swoich rumakach, przemierzając miasta i wioski. A kiedy jechali, ludzka technologia załamywała się jak fale uderzające o skały.

Nikt nie wiedział, co to oznaczało, szczególnie gdy czterej jeźdźcy zniknęli równie nagle, jak się pojawili.

Nie odtworzyliśmy elektroniki, ale zaczęliśmy racjonalizować niewytłumaczalne zjawiska: to rozbłysk słoneczny. Terroryści. Zsynchronizowane impulsy elektromagnetyczne. Szkoda, że żadne z tych tłumaczeń nie miało sensu – ale były bardziej logiczne niż jakaś biblijna apokalipsa, więc z trudem przełknęliśmy te czerstwe historie.

Wtedy ponownie pojawił się Zaraza.

Przez długi czas po wyjeździe moich kolegów z brygady – byłej już ekipy – siedzę przy stole, wodząc palcami po wypolerowanej drewnianej kolbie strzelby dziadka, przyzwyczajając się do jej ciężaru.

Poza ćwiczebnym strzelaniem do puszek przez ostatnie dwa tygodnie od lat nie miałam broni w rękach.

W swoim życiu strzeliłam z tej strzelby do jednego stworzenia – bażanta, którego śmierć nawiedzała moje sny, gdy miałam dwanaście lat.

Ale teraz będę musiała użyć jej ponownie.

Wstaję, rzucając kolejne spojrzenie przez okno. Rower i przyczepka, którą przypięłam z tyłu, stoją na podjeździe. Przywiązałam do niej torbę z jedzeniem, apteczkę i inne niezbędne rzeczy. Dalej rozciąga się kanadyjska dzicz. To wzgórza otaczające nasze miasto o nazwie Whistler. Któż by pomyślał, że jeździec zawita akurat tu, do tego zapomnianego zakątka globu?

Podchodzę do lodówki i wyjmuję piwo – świat może się kończyć, ale pieprzyć to, jeśli jest ten bursztynowy napój.

Otwieram butelkę, przechodzę do pokoju dziennego i próbuję włączyć telewizor.

Nic.

– Na litość boską. – Mam umrzeć straszną, okropną śmiercią, a akurat dziś telewizor postanawia przestać działać.

Uderzam go otwartą dłonią.

Wciąż nic.

Mamrocząc przekleństwa, z których dziadek byłby dumny, kopię bezużyteczny sprzęt bardziej ze złości niż z czegokolwiek innego.

Ekran budzi się do życia, pojawia się ziarnisty wizerunek prezenterki, choć jej twarz wypaczona jest przez kolorowe paski i wykrzywiona z powodu marnej jakości sygnału.

– …najprawdopodobniej porusza się przez Kolumbię Brytyjską… kieruje w stronę Oceanu Spokojnego… – Trudno wychwycić słowa kobiety, bo z głośników dobiega również szum. – …po jego przybyciu mamy raporty o Gorączce Mesjanistycznej… – Wystarczy, by Zaraza przejechał przez miasto, a jego obywatele zostają zainfekowani.

Badacze – ci, którzy pozostali, poświęcając się pracy nawet po upadku technologii – wciąż nie wiedzą zbyt wiele o tej pladze, prócz tego, że jest wysoce zaraźliwa, a rozprzestrzenia się głównie przez jeźdźca. Nadano jej nazwę Gorączka Mesjanistyczna, ale potocznie mówi się po prostu o Gorączce. Nazwę tę wymyślili agenci, a świat podzielił się na nich, świętych i grzeszników.

Wyłączam telewizor, biorę plecak i broń, a następnie wychodzę, gwiżdżąc utwór przewodni z Indiany Jonesa. Może jeśli będę udawać, że to film przygodowy, a ja jestem bohaterką, nie będę tyle myśleć o tym, co muszę zrobić, aby ocalić swoje miasto i resztę świata.

Większość dnia i sporą część wieczoru spędzam na rozbijaniu obozu przy autostradzie numer 99, trasie, którą najprawdopodobniej obierze jeździec. I, dobry Boże, mam nadzieję, że zjawi się tu, gdy wciąż będzie jasno. I tak nawet za dnia nie potrafię za dobrze wycelować, więc nocą mogę zastrzelić siebie zamiast jego.

Wiedząc jednak, jakie mam dziś szczęście, dostrzegam spore ryzyko, że to spieprzę. Może Zaraza podąży inną drogą lub zda się na spryt i nadjedzie z innej strony. A może mnie minie, a ja nawet tego nie zauważę.

Może, może, może…

A może nawet tak dzikie, przerażające rzeczy mają w sobie odrobinę logiki.

Biorę strzelbę i dodatkową amunicję, i przysuwam się bliżej drogi. Układam się i czekam.

***

Przybywa wraz z pierwszym śniegiem.

Cały świat jest cichy, gdy następnego ranka miękki, biały koc płatków spowija krajobraz i zmienia kolor asfaltu na perłowy. Ciągle pada, i wygląda to niedorzecznie pięknie.

Nagle ptaki odlatują z drzew. Wzdrygam się, gdy widzę je wszystkie nad sobą, ich sylwetki ciemnieją na tle zachmurzonego nieba.

Następnie z kilku różnych kierunków dochodzi wycie wilków. Od tego dźwięku przeszywa mnie dreszcz. To jakby ostrzegawcze nawoływanie, pobudka, po której ożywa reszta lasu. Uciekają obok mnie i drapieżniki, i ofiary. Szopy, wiewiórki, zające, kojoty – wszystko oddala się pospiesznie. Pośród nich zauważam nawet pumę.

Zaraz wszystkie zwierzęta znikają.

Biorę drżący oddech.

Nadchodzi.

Kucam w ciemnym lesie, ściskając w dłoniach strzelbę. Sprawdzam komorę z nabojami. Wyjmuję wszystkie i ponownie ładuję, aby mieć pewność, że są na swoich miejscach. Wszystko ustawiam i poprawiam chwyt.

Kiedy sprawdzam dodatkową amunicję w kieszeniach, wszystkie włoski na karku stają mi dęba. Powoli unoszę głowę i patrzę na opuszczoną autostradę.

Najpierw go słyszę. W chłodnym powietrzu poranka roznosi się echo końskich kopyt. Z początku tak cicho, jakbym je sobie wyobraziła, ale zaraz dźwięk przybiera na sile, aż widzę jeźdźca.

Tracę cenne sekundy, gapiąc się na… to coś.

Siedzi na białym rumaku i chroni go złota zbroja. Na plecach ma łuk i kołczan. Blond włosy przyciska złota korona, a jego twarz jest anielska i dumna.

Niemal nie można na niego patrzeć. Jego widok zapiera dech w piersi. Ten mężczyzna jest zbyt imponujący, zbyt złowieszczy. Tego się nie spodziewałam. Nie oczekiwałam, że zapomnę o sobie i swoim zabójczym zadaniu. I że poczuję się… poruszona. Ale nie strachem czy nienawiścią.

Przytłacza mnie postać pierwszego z czterech jeźdźców Apokalipsy.

Zarazy Zwycięzcy.

ROZDZIAŁ 3

Nikt nie wie, dlaczego pięć lat temu jeźdźcy przybyli na Ziemię ani dlaczego zniknęli niedługo później. Nie wiadomo również, dlaczego tylko Zaraza powrócił, by siać spustoszenie pośród żyjących.

Oczywiście wszyscy mają na to odpowiedzi, jednak większość z nich jest tak prawdopodobna jak istnienie Wróżki Zębuszki. Nikt jednak nie miał szansy, by zapytać o to samych jeźdźców.

Możemy więc tylko się domyślać.

Wiemy natomiast, że pewnego dnia, siedem miesięcy temu, podano nowe informacje.

Jeździec widziany był w okolicach Parku Narodowego Everglades na Florydzie. Na pojawienie się kolejnych wiadomości musieliśmy poczekać około tygodnia. Mówiono, że dziwna choroba zbiera żniwo w Miami.

I wtedy obwieszczono pierwsze zgony. Nagłośniono historię kobiety, która przez kilka godzin była jedyną tragicznie zmarłą osobą. Liczba zgonów zaczęła jednak szybko wzrastać. Śmierć rozprzestrzeniała się gwałtownie, wyludniając Miami, potem Fort Lauderdale i Boca Raton. Przesuwała się po Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych wraz z trasą mrocznego jeźdźca.

Tym razem, gdy przemierzał miasto, nie padała technologia, lecz ludzie. Wtedy ludzkość zrozumiała, że powrócił Zaraza.

***

Wpatruję się w jeźdźca. Nie jest człowiekiem, tak samo jak jego wierzchowiec nie jest koniem.

Kiedy widziałam go po raz ostatni w telewizji, przemierzał Nowy Jork z łukiem w dłoni, strzelając do uciekających, rozwrzeszczanych ludzi.

Musiałam obejrzeć ten reportaż z pięć razy, zanim w to uwierzyłam. Potem już nie mogłam na to patrzeć.

Ale oto jest. Zaraza we własnej osobie.

Stuk, stuk, stuk. Koń porusza się wolno. Śnieg gromadzi się na ramionach i włosach jeźdźca. I w jakiś sposób te białe płatki dodają mu dziwnego, obcego piękna.

Nie ruszam się, pełna obaw, że para wydobywająca się z moich ust go zaalarmuje, ale on wydaje się zupełnie nie przejmować swoim otoczeniem. Nie musi tego robić. Nikt prócz mnie nie zgodziłby się dobrowolnie podejść tak blisko do ucieleśnienia śmiertelnej choroby.

Nie odrywając wzroku od Zarazy, unoszę strzelbę. Potrzebuję zaledwie kilku sekund, by wziąć go na muszkę. Ustawiam cel na jego pierś, bo tylko w nią mam szansę trafić. Żołądek zaczyna mi się kurczyć, gdy obserwuję go przez celownik broni.

Widziałam ludzką śmierć. Widziałam ciała spalone tak, że nie można było ich rozpoznać, i czułam obrzydliwy swąd palonego mięsa.

Mimo to… waham się z naciśnięciem spustu.

Nigdy nikogo nie zabiłam prócz tego nieszczęsnego bażanta. Ponieważ istota, którą mam przed sobą, wygląda jak żyjący i czujący człowiek, zapominam, że nim nie jest, że podróżuje po Ameryce Północnej, siejąc chorobę. To wystarczający powód do walki z samą sobą.

Mocniej chwytam broń i zamykam oczy. Jeśli to zrobię, przeżyją moi rodzice, Briggs i Felix, a także Luke. Moi koledzy z brygady i ich rodziny. Cały świat przeżyje, jeśli uwolnię go od Zarazy.

Muszę tylko przesunąć palec o centymetr.

Nigdy nie uważałam się za tchórza, ale przez tę jedną chwilę niemal się wycofuję.

Pieprzyć moralność, Burns. Niech twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Wciągam powietrze, wypuszczam je i naciskam spust.

BUM!

Odgłos wystrzału jest niemal tak szokujący jak odrzut, a echo niesie się po cichym lesie.

Jeździec przede mną stęka, a siła pocisku zrzuca go z konia. Rumak staje dęba, wierzgając w powietrzu i wydając z siebie przerażone rżenie, po czym puszcza się galopem.

Robi mi się niedobrze.

Zaraz się porzygam.

Wierzchowiec wciąż galopuje.

Może to on rozsiewa chorobę, a nie mężczyzna. A może obaj.

Nie mogę ryzykować.

– Przepraszam – szepczę, ponownie celując.

Tym razem łatwiej nacisnąć spust. Może dlatego, że już to raz zrobiłam i jestem gotowa na odrzut, huk wystrzału i zapach prochu. A może zabicie zwierzęcia jest łatwiejsze niż człowieka – bez względu na to, że żadna z tych istot nie jest tym, czym się wydaje.

Rumak porusza przednimi nogami, jego ciało wykrzywia się na chwilę, a z gardła wydobywa się agonalny jęk. Koń opada na bok jakieś trzydzieści metrów od swojego pana i przestaje się ruszać.

Przez dłuższą chwilę próbuję złapać dech.

Zrobione.

Dobry Boże, naprawdę to zrobiłam.

Odkładam broń i kieruję się w stronę drogi, nie spuszczając jeźdźca z oka. Jego zbroja została uszkodzona. Nie wiem, czy śrut przebił napierśnik, czy po prostu tak rozorał metal, ale widzę, że kilka odłamków dosięgnęło również pięknej twarzy.

Gorąca żółć pali mnie w gardło. Wokół jego głowy tworzy się kałuża krwi i mimo że jego oblicze jest poranione, udaje mu się jęknąć.

– O Boże – szepczę. To wciąż żyje.

Ledwo zdążam się obrócić, nim wymiotuję.

Jego oddech jest rzężący. Zaraza wyciąga do mnie rękę, dotyka palcami mojego buta.

Odskakuję, piszcząc, i niemal upadam na tyłek.

Nie wiedziałam nawet, że znalazłam się tak blisko.

Muszę to zakończyć.

Na niepewnych nogach biegnę z powrotem po broń.

Dlaczego ją tam zostawiłam?

Przez panikę nie pamiętam, pod którym drzewem ją położyłam, a jeździec wciąż żyje.

Przestaję szukać i idę do małego obozowiska, które sobie urządziłam. Pomiędzy moimi rzeczami znajdują się zapałki i benzyna do zapalniczek.

Ręce mi się trzęsą, gdy je biorę. Wracam do Zarazy, poruszając się mechanicznie.

Naprawdę zamierzam to zrobić? Wpatruję się tępo w trzymane w dłoni przedmioty. Jeździec wciąż żyje, a ja zamierzam spalić go żywcem. Kobieta, która pracuje w straży pożarnej.

Śmierć w ogniu nie jest przyjemna. Właściwie to jeden z najgorszych sposobów na rozstanie się z tym światem. Najwyraźniej nie nienawidzę Zarazy wystarczająco mocno, ponieważ ledwo mogę znieść myśl o tym, co zamierzam zrobić.

Podchodzę do jeźdźca i otwieram buteleczkę z benzyną. Przygryzam wargę, aż zaczyna krwawić, obracam naczynie i wylewam jego zawartość. Oblewam ciało od głowy do stóp. Muszę na chwilę przerwać, by ponownie zwymiotować.

Butelka jest pusta.

Ręce trzęsą mi się tak mocno, że nie potrafię utrzymać w palcach wyciągniętych zapałek i wciąż je upuszczam. W końcu uspokajam się na tyle, by przytrzymać jedną, ale problem powraca przy potarciu jej o pudełko.

Jeździec ponownie chwyta mnie za kostkę.

– …roooszeee… – jęczy przez zniszczone usta.

Łkam. Wydaje mi się, że błaga.

Nie patrz na niego.

Potrzebuję pięciu prób, ale w końcu udaje mi się odpalić zapałkę. Nie chcę jej jednak puścić. Gdybym mogła, wpatrywałabym się w ogień tak długo, aż poparzyłabym sobie palce. Niestety dłoń mi się trzęsie i zapałka wypada.

Ubranie Zarazy natychmiast staje w ogniu i słyszę, jak mężczyzna wydaje agonalny jęk.

Smród palonego ciała unosi się, gdy płomień się rozprzestrzenia.

Z opóźnieniem zdaję sobie sprawę, że zbroja blokuje wzrost ognia, spowalniając tę już i tak okropną śmierć. Ciało pali się jednak zbyt mocno, by go dotknąć. Inaczej mogłabym zdjąć napierśnik lub zdeptać płomienie.

Zaczynam mieć suche torsje. Nie jestem pewna, czy mogłabym zadać tej istocie okrutniejszą śmierć.

***

Krzyczy, aż już dłużej nie może.

Nikt nie zasługuje na taki los. Nawet zwiastun apokalipsy.

Cofam się, ale moje nogi się poddają.

Nie traktuję tego, co zrobiłam, jak szlachetnego czynu. Nie czuję się bohaterką, która ratuje świat.

Czuję się jak morderca.

Powinnam spakować sobie piwo albo nawet pięć. Tego nie da się oglądać na trzeźwo.

Nie mam jednak wyjścia. Przyglądam się, jak na jego ciele tworzą się pęcherze, jak jego skóra czarnieje i się spala. Obserwuję, jak Zaraza umiera powoli, z każdą chwilą coraz bardziej się męcząc. Zostaję w tym miejscu na kilka godzin, siedzę na poboczu opuszczonej drogi, którą już nikt nie podróżuje. Przez cały ten czas moimi świadkami są jedynie drzewa, stojące w bezruchu niczym wartownicy.

Śnieg zbiera się wokół jego ciała i po chwili topnieje przy tlących się resztkach.

W pewnym momencie odrywam od niego wzrok i orientuję się, że konia nie ma, a ślad krwi ciągnie się do lasu. Rozum podpowiada, bym wzięła strzelbę i poszła za śladem, aż znajdę zwierzę, aby je dobić.

Wiem, że to byłoby racjonalne, ale nie oznacza to, że tak zrobię.

Wystarczy śmierci na ten dzień. Jutro dokończę zadanie.

Niebo ciemnieje. Mimo to siedzę nieruchomo, aż zimno przenika mnie aż do kości.

W końcu żywioł zapędza mnie do namiotu. Rozkładam sztywne kończyny, wciąż jest mi niedobrze i jestem obolała. Nie wiem, czy choroba niesiona przez tego stwora już mnie dopadła, czy to po prostu objawy zaniedbania jedzenia i picia oraz braku schronienia i ciepła w ten chłodny dzień. Tak czy inaczej, czuję się okropnie chora. Jakbym była o krok od śmierci.

Opadam na śpiwór, nie trudząc się wchodzeniem do środka.

Wykonałam zadanie.

Zaraza nie żyje.

ROZDZIAŁ 4

Budzi mnie ręka zaciskająca się na moim gardle.

– Spośród wszystkich podłych ludzi, którzy stanęli na mojej drodze, ty jesteś najgorsza.

Natychmiast otwieram oczy.

Bestia w ludzkim ciele pochyla się nade mną, jej twarz znaczą krwawe dziury, a skóra jest zwęglona i powykręcana i w kilku miejscach jej brakuje.

Nie poznałabym go, gdyby nie oczy.

Anielskie, błękitne tęczówki. Takie, które zawsze widnieją na malunkach na sklepieniach kościołów.

To jeździec.

Zmartwychwstał.

– Niemożliwe – mówię cicho.

Czuję woń prochu i palonego ciała.

Jak mógł to przetrwać?

Mocniej zaciska dłoń na mojej szyi.

– Głupi człowiek. Naprawdę sądziłaś, że nikt nigdy nie próbował tego, co ci się nie powiodło? Próbowano zastrzelić mnie w Toronto, wypatroszyć w Winnipeg, wykrwawić w Buffalo i udusić w Montrealu. Próbowano jeszcze wielu rzeczy w innych miastach o nazwach, których zapewne nie znasz, bo was, ludzi, nie obchodzi nic prócz was samych.

Ktoś już tego… próbował?

I poniósł porażkę.

To jak kubeł zimnej wody wylanej na głowę. Oczywiście, że ktoś próbował go wykończyć. Powinnam była o tym wiedzieć, ale nie oglądałam nagrań, nie słyszałam raportów z tych prób. Ktokolwiek starał się go uśmiercić, nie zdołał ostrzec opinii publicznej, że tego stwora nie można zabić.

– Gdziekolwiek się udam – ciągnie – zawsze jest ktoś taki jak ty, komu się wydaje, że może mnie zabić, aby ocalić ten podły świat.

Trudno patrzeć w jego groteskową twarz, która mimo wszystko wygląda znacznie lepiej niż wtedy, kiedy zostawiałam za sobą zwęglone resztki jeźdźca.

Zaraza przyciąga mnie do siebie.

– A teraz zapłacisz za to, że ośmieliłaś się to zrobić.

Unosi mnie, szarpiąc za szyję.

Sen już dawno odszedł w niepamięć. Chwytam go za rękę, piszcząc, gdy czuję pod palcami kości i ścięgna.

Jakim cudem używa tej kończyny, skoro nie ma w niej żadnych mięśni? Mimo to jego uścisk jest nieustępliwy, jak z żelaza.

Zaraza wyciąga mnie z namiotu i rzuca na ziemię. Moje dłonie i kolana zanurzają się w płytkim śniegu.

Chwilę później czuję wbijające mi się w plecy kolano. Mężczyzna wodzi rękami po moim ciele, szukając dodatkowej broni. Drżę. Dotyka mnie nagą kością. Wkłada dłoń do moich kieszeni i wyciąga scyzoryk oraz zapałki.

W głębokim błękicie świtu las wydaje się złowieszczy. Panuje w nim grobowa cisza, jego mieszkańcy dawno odeszli.

Zaraza kończy inspekcję.

– Poddajesz się tak bez walki? – pyta szyderczo, kiedy wciąż leżę u jego stóp. – Wcześniej ci się do niej paliło. Dosłownie.

Nadal próbuję zrozumieć fakt, że kupka zwęglonego mięsa, od której wczoraj odeszłam, w jakiś sposób się zregenerowała. I mówi.

– Nie masz mi nic do powiedzenia? Hm? – Chwilę później chwyta mnie za nadgarstki i wiąże mi je nad głową szorstką liną, którą – jestem pewna – zabrał z moich rzeczy. – Pewnie tak jest lepiej. Przemowy śmiertelników zawsze pozostawiają wiele do życzenia.

Zmniejsza się nacisk na moje plecy.

– Wstawaj – rozkazuje.

Zrozumienie polecenia zajmuje mi zbyt wiele czasu, więc zostaję podciągnięta za pomocą liny. Znów mogę mu się przyjrzeć.

Jest jeszcze bardziej potworny, niż pierwotnie zakładałam. Nie ma włosów, nosa ani uszu, a jego skóra jest cała czarna. Ledwo przypomina człowieka i na pewno nie powinien żyć.

Złota zbroja pozostaje na swoim miejscu, wygląda na nienaruszoną, mimo że powinna być podziurawiona kulami i osmolona. Nie widzę zbyt dobrze jego ramion, ale muszą być w kiepskiej kondycji, wnioskując po metalu, który luźno na nich wisi. A jego dłonie… nie są niczym więcej jak białymi kośćmi ze zwisającymi z nich fragmentami skóry, podobnie jak kostki nóg i stopy.

W pasie przewiązany jest kocem, który musiał mi zwędzić, gdy spałam. Krzywię się na tę myśl.

Prowadzi mnie do drogi, ciągnąc za związane nadgarstki. Kulę się na widok białego rumaka czekającego cierpliwie na swojego pana. Bok zwierzęcia wciąż pokryty jest szkarłatną krwią. Kiedy wierzchowiec mnie dostrzega, prycha z niepokojem i się odsuwa.

Nie bacząc na zachowanie konia, Zaraza przywiązuje linę do tyłu swojego siodła.

Spoglądam na moje ręce i jego wierzchowca.

– Co robisz?

Ignoruje mnie, dosiadając rumaka.

– Nie zabijesz mnie? – pytam w końcu.

Obraca się, a jego pokiereszowana twarz wygląda na pełną goryczy.

– O nie, nie dam ci umrzeć. To za szybkie. Cierpienie jest dla żywych. I zadam ci go całkiem sporo.

ROZDZIAŁ 5

Przez cały dzień Zaraza jedzie autostradą, spinając konia w szybkim tempie, przez co muszę za nim biec, bo w przeciwnym razie ciągnie mnie za nadgarstki. Niewielką pociechę stanowi to, że pracowałam w straży pożarnej, a nie za biurkiem, więc jestem przyzwyczajona do wielogodzinnego wysiłku fizycznego. Mimo to, choć jestem w stanie nadążyć za jeźdźcem na koniu, jest mi cholernie niewygodnie, a niedługo później moje ciepłe ubranie przesiąknięte jest potem.

Przemierzamy Whistler, więc obserwuję znajome okolice. To moje miasto, tu się urodziłam, tu jeździłam na snowboardzie zimą, a latem pływałam w jeziorze Cheakamus. To tutaj nauczyłam się prowadzić samochód, po raz pierwszy się zakochałam i przeżyłam swój pierwszy pocałunek, a także każdą inną rzecz, która coś dla mnie znaczyła. Muszę się z tym wszystkim pożegnać, gdy opuszczamy miasto.

Biegnę kilka godzin, aż moje nadgarstki pokrywają się krwią i dopada mnie zmęczenie.

Nie mogę tak bez końca.

Nie pomaga fakt, że jeździec nie podpowiada, kiedy i czy w ogóle się zatrzyma. Każdy kilometr ciągnie się bez końca. Gdy Zaraza nareszcie zbacza z autostrady, chce mi się płakać ze szczęścia. Mam gdzieś, jakie przerażające rzeczy dla mnie szykuje. Może się na mnie wyżywać, jeśli tylko to dotychczasowe piekło się skończy.

Przemierzamy zaśnieżoną drogę, aż docieramy do jakiegoś domu. Następnie – dzięki Ci, Boże – zatrzymujemy się przed budynkiem.

Zaraza nie patrzył na mnie od rana. Nawet teraz zeskakuje z konia i przywiązuje lejce do najbliższej latarni, zupełnie nie poświęcając mi uwagi, jakbym była niewidzialna. Kiedy jednak obchodzi wierzchowca, staje się jasne, że o mnie nie zapomniał.

Wciągam gwałtownie powietrze na jego widok. Wrócił anielski wygląd, jak wtedy, gdy go widziałam po raz pierwszy. Znaczna część poranionej tkanki na jego twarzy się uleczyła. Wciąż są pewne czerwone i bardziej lśniące miejsca, gdzie ciało zasklepia się po śrucie, ale w tej chwili ludzka postać ma usta, nos, uszy i wszystkie inne ważniejsze elementy. Nawet włosy, choć złote pasma są na tyle krótkie, że ledwie można byłoby wsunąć w nie palce.

Nie potrafię przestać na niego patrzeć. Chciałabym, by wynikało to z osłupienia wywołanego przerażeniem, ale tak nie jest.

Jest boleśnie piękny, ma smutne niebieskie oczy i wysokie kości policzkowe, a także wspaniałą żuchwę. Drży mi ręka, gdy próbuję założyć przepocone włosy za ucho.

Co się ze mną dzieje?

– Podobała ci się przebieżka? – pyta.

– Wal się. – Nie mam siły, by dodać do tego jadu.

Krzywi się, odwiązując moją linę od siodła.

Podobnie jak twarz, jego ręce też znacznie wydobrzały. Nie widać już kości, ścięgien, żył czy innych wnętrzności, które wystawały jeszcze kilka godzin temu. Kończyny wyglądają jednak na zaczerwienione i pokrywają je strupy.

Odwraca się ode mnie, więc zerkam na złoty łuk i kołczan, które ma na plecach.

Strzelał z niego do ludzi, w przyszłości uśmierci jeszcze więcej osób. Świat ma przerąbane, bo ten stwór nie może umrzeć, a nie zaprzestanie swojego działania.

To tyle, jeśli chodzi o zniszczenie go.

Koc wciąż pozostaje owinięty wokół jego pasa, a nagie stopy i nogi – również niemal w całości uleczone – powinny wyglądać komicznie, ale jeździec to wspaniały mężczyzna.

Przyglądam mu się dłużej niż to konieczne i, Boże, wybacz, mimowolnie zauważam, że każdy fragment jego ciała jest równie przyjemny jak jego twarz. Ma szerokie ramiona i wąskie biodra, przez co mam ochotę wydłubać sobie w tej chwili oczy. Powinna istnieć jakaś zasada zabraniająca ślinienia się na widok faceta, którego próbowało się zamordować.

Zaraza szarpie linę. Klnę i potykam się, próbując za nim nadążyć, gdy idzie do domu.

To dwukondygnacyjny budynek. Ładny, ale dość nietypowy – obity deskami, z zielonymi drzwiami i pokrytymi śniegiem donicami pod oknami.

Dlaczego, u licha, jeździec przybył do takiego miejsca?

Zaraza zatrzymuje się przed wejściem i kopniakiem dostaje się do środka. Jeden ze sposobów na otwarcie drzwi. Innym byłoby naciśnięcie pieprzonej klamki, jak robi normalny człowiek.

Wciąga mnie do wnętrza, jakbym była jakimś agresywnym psem, którego musi trzymać na smyczy.

Wnioskując po panującej ciszy, jasne jest, że właścicieli tu nie ma. Wyjechali zapewne, usłyszawszy informacje o ewakuacji. Dzięki Bogu. W tej chwili każde inne miejsce pobytu jest lepsze niż to.

Zaraza przemierza salon, ciągnąc mnie za sobą. Teraz, gdy już nie biegnę, odzywa się ból w moim ciele. Nadgarstki pulsują, a przepocone ubranie ziębi skórę. I nawet nie chcę myśleć, jakie będę miała rano zakwasy w nogach.

Jeździec przywiązuje linę do poręczy schodów na jeden… dwa… trzy węzły.

– Wiesz, że w chwili, gdy spuścisz mnie z oka, będę próbowała uciec – oznajmiam.

– Wyglądam, jakbym się tym przejmował, człowieku? – pyta, mocniej zaciskając ostatni węzeł.

– Nie wiem, brakuje zbyt wielu kawałków twojej twarzy.

To nie jest prawda, ale nie przeglądał się jeszcze w lustrze, więc o tym nie wie.

Wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę, jego niechęć w stosunku do mnie jest niemal namacalna. Następnie idzie na górę, dźwięk jego kroków niesie się po domu.

Nie żartowałam o tej ucieczce. W chwili, gdy znika mi z oczu, rzucam się do węzłów, jakby zależało od tego moje życie. Bo przecież tak właśnie jest.

Desperacko szarpię za supły, które więżą mnie przy balustradzie (kiedy jeździec nauczył się robić takie dobre węzły?), gdy wraca, niosąc świeże ubranie. I taśmę klejącą.

Brakuje nam jeszcze tylko skórzanych ochraniaczy jeździeckich i łopatki do bicia, aby ruszyć z tą imprezą. Nie wątpię jednak, że Zaraza planuje zadać mi cierpienie. Zapewne tak jest lepiej. Nie sądzę, by należało pieprzyć faceta, którego próbowało się zabić. A przynajmniej nie pierwszej nocy.

Rzuca ubrania na kanapę, nie spuszczając przy tym ze mnie oka. Element po elemencie zdejmuje z siebie zbroję. Pod spodem ma resztki koszuli, która rozpadając się, ukazuje jego nagi tors.

Nawet będąc poranionym, jest wyjątkowym mężczyzną. Ma spore mięśnie, grube ramiona, ładnie wyrzeźbioną pierś i niedorzeczny kaloryfer na brzuchu.

Skóra wciąż jest zaczerwieniona w kilku miejscach. Musiał niewyobrażalnie cierpieć, jadąc na koniu w ten mroźny dzień, owinięty u dołu kocem, ubrany w metalową zbroję podrażniającą przypalone ciało.

Po chwili widzę, że nie tylko rany znaczą jego skórę. Na dekolcie ma wypisane jakieś połyskujące litery, niczym kołnierz. Drugi taki ciąg ma na kościach biodrowych, ale znika on pod krawędzią koca. W słabym świetle te napisy lśnią bursztynowo.

Wpatruję się w niego, zafascynowana. Widywałam już wcześniej tatuaże, ale nie takie, które świecą. Jeśli nieśmiertelność nie byłaby wystarczającym dowodem na jego pozaziemskie pochodzenie, one z pewnością by nimi były.

Napinają się jego bicepsy, gdy sięga do koca. Odwracam wzrok, by niczego nie zobaczyć.

Niedługo później Zaraza staje przy mnie, trzymając taśmę klejącą. Ma na sobie jeansy i flanelową koszulę. Ten ubiór jest zupełnie inny od stroju, w którym po raz pierwszy go zobaczyłam, ale zaskakująco dobrze na nim leży, biorąc pod uwagę, że większość mężczyzn nie jest tak wysoka czy dobrze zbudowana.

Patrzy na mnie przenikliwym spojrzeniem niebieskich oczu, rozwijając taśmę.

– Ponieważ byłaś tak uprzejma i wyjawiłaś swoje intencje… – Owija taśmą węzły na barierce, po czym i te przy moich nadgarstkach, pozbawiając mnie nadziei na ucieczkę. – Myślę, że to cię na chwilę unieruchomi.

Rozrywa taśmę i odrzuca rolkę na bok.

Piorunuję go wzrokiem, ale to na nic. Nie zwraca już na mnie uwagi.

Podchodzi do pieca i zajmuje się rozpaleniem w nim ognia.

– I co teraz? – pytam. – Będziesz mnie więził, aż padnę wycieńczona chorobą?

Plagą, której objawów jeszcze nie doświadczyłam – a może jednak? Trudno powiedzieć, bo pod względem kondycji przypominam w tej chwili zwierzaka rozjechanego trzy dni temu na autostradzie.

Zaraza nieznacznie obraca głowę w moją stronę, ale nie przerywa rozpalania ognia. Potrzeba kilku minut, by zaczęły trzaskać płomienie, i kolejnych, by poczuć ciepło.

Mężczyzna siada przed piecem, plecami do mnie, i ociera twarz dłonią.

– Błagałem – mówi w końcu. – Ranny i krwawiący, prosiłem o miłosierdzie, ale żadnego nie okazałaś.

Kurczy mi się żołądek.

– Nie wzbudzisz we mnie wyrzutów sumienia – kłamię, bo z pewnością może to zrobić. Już zrobił. Było mi przykro, jeszcze zanim nacisnęłam spust, i ponownie, gdy upuściłam zapałkę. Niczego to nie zmienia, ale czułam się winna. I dalej tak jest. Czuję w gardle gorzki, słonawy smak.

– Nie spodziewam się wiele po waszym gatunku – mówi, wciąż na mnie nie patrząc.

– To ty przybyłeś, by nas zniszczyć – przypominam, jakbym musiała się bronić. Nie wiem, po co się trudzę.

– Ludzie wykonali świetną robotę, by zniszczyć samych siebie, i to bez mojej pomocy. Jestem tu tylko, by dokończyć dzieło.

– I zastanawiasz się, dlaczego nie okazałam ci litości.

– Litość – rzuca tym słowem jak przekleństwem. – Gdybyś tylko wiedziała o ironii swojej sytuacji, człowieku…

Znów kieruje swoją uwagę na ogień, opierając podbródek o zaciśniętą dłoń. Najwyraźniej rozmowa dobiegła końca. Dłuższą chwilę wpatruje się w płomienie, w którymś momencie chyba naprawdę zapomina o moim istnieniu.

Odpływam myślami do mojej rodziny. Najbardziej na świecie pragnę, by byli na tyle daleko, aby nie dopadła ich choroba rozsiewana przez jeźdźca.

W przeciwieństwie do innych plag, Mesjanistyczna Gorączka nie podlega prawom nauki. Można przebywać kilometry od Zarazy, zamknąć się w domu, a i tak zostać jej ofiarą. Nie jest jasne, jak daleko od jeźdźca należy być, by jej uniknąć, wiadomo tylko, że umierają ludzie znajdujący się w miastach, które odwiedza. I tyle.

Jeszcze nie umarłaś, przypomina mi głosik w głowie.

Minął już cały dzień, odkąd stanęłam z nim twarzą w twarz. Pewnie powinnam się już gorzej poczuć.

A skoro już przy tym jesteśmy…

Przestępuję z nogi na nogę. Bolą mnie nie tylko nadgarstki, lecz także nogi. Burczy mi w brzuchu od Bóg wie jak dawna, no i pęcherz zaraz mi eksploduje.

Chrząkam.

– Muszę skorzystać z toalety.

– Rób, co musisz, tam, gdzie stoisz. – Zaraza nadal wpatruje się w płomienie, jakby potrafił wyczytać z nich przyszłość.

Jest mi coraz łatwiej nie odczuwać wyrzutów sumienia z powodu tego, że go postrzeliłam i podpaliłam.

– Jeśli zamierzasz utrzymać mnie przy życiu – mówię – muszę jeść, pić, spać, srać i sikać.

Już tego żałujesz, koleżko?

Wzdycha i wstaje. Podchodzi do mnie, jego postawa jest władcza. Zaraza nie jest potworem, który mnie rano obudził, co niepokoi mnie jak nic innego.

Ubrany w jeansy, flanelową koszulę i robocze buty wygląda boleśnie ludzko. Nawet jego oczy, które wydawały się nie z tej ziemi, gdy go po raz pierwszy zobaczyłam, teraz są pełne życia. Życia i agonii.

Wciska palce pod taśmę przy moich nadgarstkach i rozrywa ją jednym płynnym ruchem.

Zapamiętać: sukinsyn jest silny.

Zdejmuje całą taśmę i odwiązuje linę od barierki. Trzymając jej koniec, prowadzi mnie korytarzem i zatrzymuje się dopiero, gdy docieramy do łazienki.

Pierwszy problem pojawia się już w chwili, gdy Zaraza zamyka za nami drzwi.

Spoglądam na jego masywną, zastawiającą wejście sylwetkę.

– Chciałabym czegoś, co nazywa się „prywatność” – mówię.

– Znam to pojęcie, człowieku – odpowiada, krzyżując ręce na piersi. – Ale ważniejszym pytaniem pozostaje: dlaczego uważasz, że ci się ona należy?

Prycham i odwracam się od niego.

Drugi problem pojawia się, gdy próbuję rozpiąć spodnie. Już prawie nie mam czucia w palcach, nie mówiąc o zręczności potrzebnej do tego zadania.

Niech to szlag.

– Potrzebuję pomocy.

Zaraza opiera się o drzwi.

– Nie udzielę ci żadnej.

– Och, na miłość…

– Boską? – kończy za mnie, unosząc brwi. – Naprawdę uważasz, że On ci pomoże?

Porusza tym moją ciekawość, ale nie czas teraz na rozwiązywanie tajemnic wszechświata.

Wypuszczam powietrze.

– Słuchaj, jeśli żałujesz, że zatrzymałeś mnie przy życiu, to mnie zabij, ale jeśli nadal się przy tym upierasz, doceniłabym, gdybyś ściągnął mi te pieprzone spodnie.

– Cierpiałabyś, robiąc pod siebie? – pyta.

Waham się. Musi wiedzieć, że to trudne pytanie.

Która odpowiedź nie przysporzy mi kłopotów?

– Tak – mówię w końcu, stawiając na prawdę. – Przysporzyłoby mi to kłopotu.

Nadal opiera się o drzwi.

– Jak mówiłem, odmawiam udzielenia pomocy.

Nie wychodzi jednak, więc jestem po prostu wdzięczna, że mam toaletę, w której mogę się wysikać.

Zaciskam zęby, próbując rozpiąć spodnie. Lina wrzyna się w moje otarte nadgarstki, które w proteście odpowiadają bólem. Zajmuje to mnóstwo czasu, ale w końcu udaje mi się rozpiąć jeansy, następnie je obciągnąć i opuścić też bieliznę.

Zaraza patrzy na mnie beznamiętnie, mimo że widzi wszystkie moje intymne części ciała w pełnej krasie.

Niech mnie ktoś zabije.

Krzywi się.

– Przykro mi – mówię – ale jeśli cię to brzydzi, możesz wyjść. – I dać mi w spokoju skorzystać z toalety.

– Wypróżnij się, człowieku. Mam już dość tego stania.

Klnąc pod nosem, spełniam polecenie.

Jeździec Apokalipsy przygląda się, jak sikam.

Ze wszystkich zdań, jakie można stworzyć w naszym języku, tego akurat się nie spodziewałam w swojej głowie. Tłumię szaleńczy śmiech. Umrę, ale najpierw polegnie moja godność.

Wycieram się, spuszczam wodę, po czym podciągam spodnie – co trwa nawet dłużej niż ich opuszczanie – i myję ręce.

Przynajmniej mam wodę. W odróżnieniu od elektryczności, wodociągi nie ucierpiały. Nie rozumiem tego, ale nie zamierzam narzekać. Pomogło to przy wielu pożarach, które wybuchły po tym, jak nastał koniec świata.

Kiedy kończę, jeździec wyprowadza mnie z powrotem na korytarz, ciągnąc za linę tak mocno, że niemal mnie powala. Ponownie przywiązuje mnie do balustrady i wraca przed piec.

– Tym się właśnie zajmujesz? – pytam. – Jeździsz od miasta do miasta i włamujesz się do ludzkich domostw?

– Nie – rzuca przez ramię.

– Więc dlaczego się tu zatrzymaliśmy? – dociekam.

Wzdycha, jakbym go nużyła – i pewnie tak jest, ale, szczerze mówiąc, czeka go jeszcze wiele nauki, bo jak na razie nic nie widział – i mnie ignoruje.

Zaczynam zauważać, że to jego stały numer.

Spoglądam więc na swoje poranione nadgarstki.

– Co się stało z innymi? – pytam spokojniej.

– Jakimi innymi? – odpowiada szorstko.

Naprawdę się dziwię, że zareagował.

– Innymi, którzy próbowali cię zabić.

Jeździec odwraca się od ognia, a w jego lodowatych oczach odbija się blask płomieni.

– Wykończyłem ich.

Nie dostrzegam na jego twarzy żadnych wyrzutów sumienia.

– Zatem jestem pierwszą ofiarą porwania? – sonduję.

Prycha.

– Ledwie ofiarą – mówi. – Ale cię zatrzymam i zrobię z ciebie przykład. Być może wtedy wasza nikczemna rasa przemyśli swoje zachowanie, zanim zechce mnie zniszczyć.

Dopiero teraz rozumiem powagę sytuacji, w której się znalazłam.

Powiedział, że nie pozwoli mi zbyt szybko umrzeć i że będę cierpieć.

Przeszywa mnie dreszcz niepokoju. Zakrwawione nadgarstki i zakwasy w nogach mogą być najmniejszymi z moich zmartwień.

Jestem pewna, że najgorsze jeszcze przede mną.

ROZDZIAŁ 6

Wciąż nie jestem chora.

I nadal żyję – choć niezbyt się z tego cieszę.

Następnego dnia wszystko boli o wiele bardziej. Moje nadgarstki pulsują mocno, ramiona są sztywne od wielogodzinnego trwania w jednej pozycji, żołądek próbuje strawić sam siebie, a nogi pozostają nieużyteczne z powodu zakwasów.

O, i wciąż jestem przywiązana do tej barierki.

Udogodnieniem było tylko kilka szklanek wody, które przyniósł mi Zaraza. Jedną niechcący na siebie wylałam, przez to, że wciąż miałam związane ręce i Bóg mnie nienawidzi. Sytuację poprawiło też to, że jeździec był miły i ponownie zaprowadził mnie do łazienki, żeby nie musieć „wąchać mojego obrzydliwego smrodu”.

Nienawidzę tego pięknisia.

– „Słowem, rzetelnym bądź sam względem siebie” – mamroczę pod nosem. Ten wers z Hamleta nagle przyszedł mi na myśl. Chociaż te słowa straciły nieco na znaczeniu z powodu ich nadużywania, wciąż działają na mnie tak samo. – A jako po dniu noc z porządku idzie…[1] – Urywam na widok Zarazy.

Wczoraj miał na sobie jeansy i koszulę, ale dziś włożył czarny strój, który idealnie na nim leży. Zarówno materiał, jak i krój ubrania sprawiają, że wygląda jednocześnie archaicznie i futurystycznie, choć nie potrafię dokładnie określić dlaczego. Może to nawet nie ciuchy – może to ta korona lub łuk i kołczan, które zarzucił sobie na ramię. Cokolwiek to jest, wygląda dystyngowanie i nieziemsko.

– Odwiążę cię od barierki, człowieku – mówi na powitanie – ale wiedz, że jeśli spróbujesz uciec, postrzelę cię i ponownie tu przyciągnę.

Wpatruję się w dekolt rozpiętej ciemnej koszuli, zauważając fragment tego jaśniejącego tatuażu.

– Słyszałaś? – pyta.

Mrugam i unoszę wzrok do jego twarzy.

Ostatnie rany zagoiły się i nawet w pełni odrosły mu włosy. Pełna regeneracja trwała cały dzień. Jakież to zniechęcające.

– Jeśli zwieję, jestem trupem. Kumam.

Marszczy brwi, przyglądając mi się przez chwilę, nim chrząka. Ciągnie mnie do kuchni.

Kopie butem krzesło.

– Siadaj.

Krzywię się, ale wypełniam polecenie.

Zaraza odsuwa się, by pozaglądać do szafek. W końcu otwiera lodówkę i wyjmuje sos Worcester i bochenek chleba. Kto w dzisiejszych czasach mrozi pieczywo?

– Oto twoje pożywienie – mówi, rzucając mi je. Jakimś cudem udaje mi się złapać buteleczkę sosu. Chleb uderza mnie w głowę. – Będziesz musiała jeść podczas biegu – ciągnie. – Nie mam zamiaru marnować dziś czasu na ludzkie potrzeby.

Wpatruję się w sos. Czy jeździec naprawdę uważa, że mogłabym to wypić?

Ciągnie za linę, idąc do drzwi, więc muszę wstać i podnieść bochenek, który upadł na podłogę. Kiedy wiąże linę do siodła, udaje mi się wsadzić dwie grube kromki do ust i kilka do kieszeni. Ruszamy, więc jestem zmuszona wyrzucić resztę, aby skupić się na podążaniu za koniem.

Natychmiast orientuję się, że dziś nie będzie jak wczoraj. Bardzo bolą mnie nogi i nie mam siły. Każdy krok jest bolesny i żaden strach nie jest w stanie zmusić mnie do tak szybkiego i długiego biegu, jaki mnie czeka.

Udaje mi się przebiec z dwadzieścia, może dwadzieścia pięć kilometrów, nim upadam mocno na drogę.

Koń szarpie pod wpływem nagłego ciężaru i parska, niemal wyrywając mi ręce z barków. Lina wrzyna się w ciało, więc krzyczę, gdy pojawia się oślepiający ból.

Ale to nie koniec. Nacisk na nadgarstki i ramiona jest prawie nie do zniesienia. Sapię, przygotowując się na ponowny krzyk, ale upadek był tak gwałtowny i niespodziewany, że skradł mi dech.

Zaraza musi wiedzieć, że upadłam, musi czuć opór. Jestem pewna, że usłyszał mój krzyk, ale nawet nie obraca głowy.

Nienawidziłam go wcześniej, ale w jego okrucieństwie jest coś, co rani bardziej niż nóż.

Jest tu, by zniszczyć ludzkość, więc czego się spodziewałaś?

Muszę unieść głowę, gdy jestem ciągnięta za koniem, by uchronić ją przed urazami. Wczorajszy śnieg prawie cały już stopniał, więc goły asfalt jest jak papier ścierny dla moich pleców. Niemal czuję, jak warstwy mojej grubej garderoby ścierają się pod wpływem ruchu. Kiedy się przetrą… nie wiem, ile zdoła wytrzymać ludzkie ciało.

Wcześniej nie miałam okazji, by się o tym przekonać.

Jednak zanim mam szansę poczuć drogę na nagiej skórze, Zaraza zatrzymuje konia przed kolejnym domem.

Opieram głowę o ramię, całkowicie wyczerpana bólem. Jak przez mgłę widzę, że jeździec odwiązuje linę od siodła.

Podchodzi do mnie i złowrogo się zatrzymuje.

– Wstawaj.

Jęczę w odpowiedzi. Wszystko tak cholernie mnie boli.

Chwilę później pochyla się i mnie podnosi.

Wydaję z siebie jęk. Nawet jego dotyk boli. Zamykam oczy i kładę policzek na jego złotej zbroi, gdy niesie mnie do domu.

Nie widzę, gdy trafia pod drzwi – po prostu to słyszę, bo z wnętrza domu dobiegają krzyki.

– O Boże! – rozbrzmiewa kobiecy głos. – O Boże, Boże…

Unoszę powieki. Patrzy na nas kobieta w średnim wieku, na jej twarzy maluje się skrajne przerażenie.

Dlaczego się nie ewakuowała? Co sobie myślała?

– Zatrzymamy się tu – mówi jeździec, mijając ją.

Zaskoczona kobieta podrywa głowę, obserwując, jak Zaraza wchodzi do jej domu.

– Nie w moim domu! – krzyczy.

– Mój więzień potrzebuje pożywienia, snu i twoich udogodnień – ciągnie jeździec, jakby w ogóle się nie odezwała.

Za nami słyszę, jak gospodyni się krztusi, nim w końcu mówi:

– Musicie wyjść. Natychmiast.

Ale to nic nie daje. Zaraza wchodzi po schodach. Już na górze otwiera drzwi kopniakiem, a właścicielka domostwa nie może nic zrobić. Jeździec wnosi mnie do skromnie umeblowanej sypialni i nogą zamyka za nami drzwi.

Sadza mnie na łóżku, po czym się cofa i krzyżuje ręce na piersi.

– Spowalniasz mnie, człowieku.

Leżąc, piorunuję go wzrokiem.

– Więc mnie uwolnij. – Albo zabij. Szczerze mówiąc, śmierć byłaby w tej chwili łaskawsza.

– Już zapomniałaś o moich słowach? Nie zamierzam cię wypuścić, lecz zadać ci cierpienie.

– Dobrze ci idzie – mówię cicho.

Jego pełne dezaprobaty spojrzenie tylko potęguje się na moje słowa. Dziwne, powinien być po nich zadowolony.

Wskazuje na łóżko.

– Śpij – nakazuje.

Och, gdyby to było takie proste.

Nawet czując się, jakbym była bliska śmierci, nie potrafię zasnąć, zwłaszcza że promienie słoneczne wciąż wpadają przez okna, a zza drzwi dociera do mnie histeryczne zawodzenie właścicielki domu.

– Musisz najpierw rozwiązać mi ręce – mówię, unosząc je.

Nieufnie mruży oczy, ale podchodzi i rozwiązuje linę.

Nachyla się.

– Żadnych sztuczek, człowieku.

Ponieważ w tej chwili mogłabym być tak bardzo podstępna.

Po uwolnieniu nadgarstków krew napływa mi do dłoni i zaczyna się bolesne mrowienie. Jęczę cicho.

– Jeśli oczekujesz mojej litości, spotka cię rozczarowanie – mówi Zaraza, cofając się do drzwi.

Szczerze mówiąc, facet jest wkurzający – mimo że jest irytująco przystojny. Właściwie to może być jeszcze gorsze, jak najbardziej znienawidzony typ mężczyzny: piękny drań.

Patrzę na niego, gdy krzyżuje ręce na piersi, po prostu obserwując mnie z niewielką odrazą na twarzy.

Odwzajemniam to uczucie.

– Nie zasnę, gdy będziesz się tak na mnie gapił – mówię.

– Szkoda.

No i tak właśnie będzie.

Siadam i sztywnymi ruchami zdejmuję wierzchnie ubranie, które jest niemal całe zniszczone. Odrzucam je na bok, wchodzę pod kołdrę, próbując nie drżeć na myśl, że leżę w pokoju gościnnym kobiety, która niedługo umrze na chorobę roznoszoną przez Zarazę.

To strasznie pokręcone.

Pod okryciem pocieram nadgarstki. Przygryzam dolną wargę, gdy uświadamiam sobie, że są zbyt poranione, by ich dotykać. Nawet miękka pościel drażni otartą skórę.

Zaraza siada na podłodze, opierając się o drzwi, a jego niewypowiedziany komunikat jest dość jasny: nigdzie nie pójdę.

Obracam się na bok, aby choć przez pięć sekund móc udawać, że ten stwór nie istnieje, tak samo jak cała ta sytuacja.

Leżę przez jakiś czas, na tyle długi, że zaczynam się zastanawiać, czy któryś z moich kolegów ze straży pożarnej przetrwał Gorączkę. Znów obawiam się o rodziców. Zmuszam się, by wyobrażać ich sobie w starym domku myśliwskim dziadka, gdzie grają w pokera przy kominku, jak robili, gdy byłam mała.

Sądzą, że nie żyję.

Pamiętam łzy taty, które polały się na początku tego tygodnia. Jego szok. Był dumny, gdy wstąpiłam do straży pożarnej. Nie chciał, żebym szła na studia. Nie miało znaczenia to, że od małego miałam obsesję na punkcie literatury angielskiej, a pewnego razu w Halloween przebrałam się za Edgara Allana Poego (taka byłam genialna), czy to, że spędzałam weekendy na pisaniu wierszy. Po przybyciu jeźdźca studia były jedynie pięknym marzeniem.

Tata stwierdził, że to zbyt niepraktyczne. No i co miałabym zrobić ze zdobytym tytułem?

Zastanawiam się, co powiedziałby w tej chwili…

– Jeźdźcu? – wołam.

Cisza.

– Wiem, że mnie słyszysz.

Nie odpowiada.

Wzdycham.

– Serio? Będziesz mnie tak ignorował?

Wzdycha ciężko, co potwierdza moje przypuszczenia.

Bawię się luźną nitką z narzuty.

– Ciągnęliśmy zapałki – zaczynam – aby wybrać tego, kto cię zabije.

Zaraza wciąż milczy, ale czuję, że wbija we mnie wzrok.

– Zostało nas czworo – ciągnę. – Ja, Luke, Briggs i Felix. Pracowaliśmy razem na posterunku, przez kilka dni przed twoim przybyciem ostrzegaliśmy mieszkańców o konieczności ewakuacji. Oczywiście nie mieliśmy pewności, że przejedziesz przez nasze miasto. Whistler nie jest duże, ale leży przy drodze numer 99. W wiadomościach mówiono, że nią podróżowałeś. – Urywam na chwilę. – Zanim ciągnęliśmy te zapałki, inni strażacy wyjechali wraz z rodzinami. Zostali tylko ci, którzy nie mieli bliskich. – W moich myślach pojawia się twarz taty.

Masz rodzinę, tak samo jak Felix, Briggs i Luke. Nie masz po prostu męża i dzieci, a tylko dlatego wzięliście ostatnią zmianę.

Mniej osób cierpiałoby po naszej stracie.

– Zostaliśmy we czwórkę – ciągnę – i pomyśleliśmy, że może…

– Dlaczego mi o tym mówisz? – przerywa mi.

Zastanawiam się.

– Nie chcesz wiedzieć, dlaczego do ciebie strzelałam? – dociekam.

– Wiem, dlaczego do mnie strzelałaś, człowieku – mówi ostrym tonem. – Chciałaś powstrzymać mnie przed rozsiewaniem plagi. Wszystkie te usprawiedliwienia nic dla mnie nie znaczą, to tylko wymówki.

Milknę.

Próbowałam ocalić świat. Pragnę wyznać, że nie jestem tak zła, za jaką mnie uważa, jednak w jakiś sposób słowa te palą mnie w gardło niczym kwas.

W pomieszczeniu na dłuższą chwilę zalega cisza.

– Masz rację – mówię w końcu, obracając się do niego twarzą. – Tak.

Moje powody się dla niego nie liczą, nie zmienią faktu, że go postrzeliłam i podpaliłam. Że nie posłuchałam, gdy prosił o litość.

Jeździec opiera przedramiona o ugięte kolana i wpatruje się we mnie przenikliwie.

– Co chcesz zyskać, zgadzając się ze mną? – pyta.

– Jesteś tym, którego zwą Zaraza Zwycięzca – odpowiadam. – Wiesz w ogóle, kiedy wygrywasz kłótnię?

Marszczy brwi.

Ponownie zaczynam bawić się nitką.

– Wiem, że to nic dla ciebie nie znaczy, ale przepraszam.

– Za co?

– Za zabicie cię, a przynajmniej za usiłowanie. – Ściśle rzecz biorąc, dwukrotnie, bo zapewne przeżył postrzał tylko dlatego, że jest nieśmiertelny.

Parska cichym śmiechem.

– Kłamstwa. Mówisz mi to teraz tylko dlatego, że jesteś moim więźniem i obawiasz się tego, co z tobą zrobię.

Prawda, że boję się przerażającej zemsty, którą szykuje, ale…

– Nie – mówię. – Nie żałuję, że próbowałam cię zabić. Jednak absolutnie nie podoba mi się to, co ci zrobiłam, i wiedz, że odcisnęło to na mnie piętno, ale nie żałuję swoich decyzji. Mimo to przepraszam.

Jeździec milczy przez długą chwilę, obserwując mnie.

– Śpij – mówi w końcu.

Tak też robię.

[1] William Shakespeare, Hamlet, przeł. Józef Paszkowski.