Zapach goździków - Agnieszka Lis - ebook

74 osoby właśnie czytają

Opis



Święta rozgrzeją nawet najbardziej skute lodem serca

Gdy w pewien zimny, grudniowy dzień Arkadiusz odbiera telefon od dawnego znajomego, nie kryje zdziwienia. Nie rozmawiali przecież od czterdziestu lat… Zgadza się jednak na spotkanie. Wśród zapachu goździków i pomarańczy, w warszawskiej restauracji Prowansja rozmawiają o winnicy w Alzacji, którą odziedziczył przyjaciel Arkadiusza.

Tymczasem trwają przygotowania do wigilii. Jak co roku u Arkadiusza spotykają się najważniejsi dla niego ludzie – rodzina, była żona, dzieci i przyjaciele. Bo przecież te wyjątkowe dni zawsze chcemy dzielić z najbliższymi.

Nowa, wyjątkowa powieść Agnieszki Lis  w wyczekiwanej, świątecznej odsłonie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Copyright © Agnieszka Lis, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Agnieszka Czapczyk | panbook.pl

Korekta: Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcia na okładce: Victoria43, Nina Buday | Shutterstock

Zdjęcie autorki na skrzydełku: Anika Nojszewska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

eISBN 978-83-66431-56-0

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Osoby

 

 

 

Arkadiusz – właściciel sklepu audiofilskiego. Meloman oraz audiofil, słuchający muzyki wyłącznie z płyt winylowych. Jedynie klasyki i jazzu. Koneser dobrego jedzenia, nie gardzi także dobrym winem. Elegant. Ubiór wyjściowy ma zawsze wykończony muszką, za strój domowy służy bonżurka. Sześćdziesiąt cztery lata. Niewysoki, z niewielkim brzuszkiem. Właściciel ciemnych kręconych loków (bez śladu siwizny), które strzyże tak, by układały się miękko. Zwykle przypomina swojemu fryzjerowi, od lat temu samemu: „Panie Tomku, nie za krótko! Tylko nie za krótko!”. Ojciec dwójki rodzeństwa – Elizy i Cezarego.

Klemens – przyjaciel Arkadiusza. Koneser win z ambicjami sommeliera. Ma imponującą piwniczkę tego boskiego trunku i udziały we francuskiej winnicy. Wraz z żoną prowadzi elegancką restaurację na warszawskim Mokotowie. Wysoki i bardzo szczupły, równolatek Arkadiusza (sześćdziesiąt cztery lata). W odróżnieniu od tego ostatniego niemal całkowicie siwy, zwykle ostrzyżony krótko, zgodnie z najnowszą modą. Ma trójkę dzieci: Dominika, Grzegorza i Honoratę. Pod żoninym pantoflem jest mu całkiem dobrze, choć i bez niego radzi sobie nieźle, do czego woli się nie przyznawać.

Barbara – była żona Arkadiusza. Obecnie żyjąca z drugim mężem, Mieczysławem. Zawsze elegancka szatynka. Kobieta z klasą. Wielbicielka podróży, bliskich i dalekich. Kobieta gotująca z miłością, choć rzadko.

Mieczysław – drugi mąż Barbary. Wcześniej bezdzietny wdowiec, emerytowany lekarz, chirurg. Trochę pantoflarz, zakochany w żonie. Choruje na serce, ale dyskretnie, ukrywając dolegliwości.

Melania – żona Klemensa. Siwe włosy zwykle czesze w elegancki kok. Dystyngowana, chłodna w kontakcie, z ukrytym poczuciem humoru. Niewiele po sześćdziesiątce. Wysoka i szczupła, twarda babka. Wielbicielka luksusu w każdej postaci. Wraz z mężem prowadzi restaurację o nazwie Mokotowska Prowansja, w której ona zajmuje się z powodzeniem kuchnią, a on zarządza salą i winami. Z ciut mniejszym powodzeniem.

Cezary – syn Arkadiusza i Barbary. Właściciel dobrze prosperującej firmy poligraficznej. Trzydzieści osiem lat, żonaty, ma syna Norberta.

Justyna – żona Cezarego i matka Norberta. Nauczycielka języka angielskiego. Właścicielka burzy kręconych rudych włosów, które od zawsze starała się wyprostować i które również od zawsze były obiektem zazdrości wszystkich pań. Każdego lata jej twarz o bardzo jasnej karnacji wzbogaca się o niepoliczalną ilość piegów, które pojawiają się zaraz po pierwszym kontakcie ze słońcem, a potem tylko ich przybywa. Być może dlatego Justyna nie przepada za wiosną i latem. Wielbicielka Podhala i kultury góralskiej. Nauczona samodzielności i radzenia sobie w trudnym otoczeniu warszawskiego Brudna, zasobność rodziny męża czasami odbiera jako osobisty policzek, co bywa źródłem całkiem niepotrzebnych nieporozumień.

Norbert – dwunastoletni syn Cezarego i Justyny. Właśnie wkroczył w etap gwałtownego dojrzewania, co utrudnia życie i jemu, i otoczeniu.

Eliza – córka Arkadiusza i Barbary. Ciut młodsza od brata, trzydziestosześcioletnia. Wulkan energii, którą wykorzystuje głównie do pośpiechu. Szatynka, właścicielka prostych, długich do ramion włosów, które okazjonalnie układa na różne, dość niespodziewane sposoby. Na co dzień jednak po prostu je rozczesuje i już. Szczupła, drobnej budowy. Ma męża i dwie pięcioletnie córki bliźniaczki, Joasię i Helenkę, wprowadzające cudowne rozprężenie w każdej, nawet najbardziej kłopotliwej sytuacji.

Iwo – mąż Elizy. Spokojny i zrównoważony, całkowite przeciwieństwo Elizy. Boleje nad tym, że obie córki wdały się w matkę, co powoduje w ich domu nieustający emocjonalny huragan. Czeka na syna z nadzieją, że bardziej będzie przypominał jego samego.

Honorata – córka Klemensa i Melanii. Z zawodu kura domowa. Wysoka, wdała się w tym w matkę, szczupła, choć po dwójce dzieci uważa, że powinna schudnąć. Krótkie czarne włosy utrzymuje w ryzach farba do włosów i odwiedzany co dwa tygodnie fryzjer. Trzydzieści cztery lata, zamężna, dwójka dzieci: ośmioletni Paweł i sześcioletnia Olga.

Łukasz – mąż Honoraty. W duszy obieżyświat, w domu udający pantoflarza, w pracy karierowicz. Kariera jest dla niego sposobem realizacji siebie. Przede wszystkim kocha wyjeżdżać. Uwielbia wszelkie możliwe delegacje, w związku z czym głównie nie ma go w domu, co pozwala rodzinie funkcjonować kompletnie bezkolizyjnie. Jego bliscy nie do końca zdają sobie sprawę, że niektóre delegacje Łukasza są ciut… naciągane. Zamiast negocjować umowy przy konferencyjnym stole, Łukasz czasem bawi się w grotołaza, wspinacza, uprawia turystykę geologiczną. Szczupły i przystojny, co chętnie zauważa wiele kobiet.

Grzegorz – syn Klemensa i Melanii, trzydzieści dziewięć lat, żona, syn Wojtek. Grzegorz prowadzi własną firmę, znajduje jednak czas na częste wizyty w siłowni, co jest jego ulubionym sposobem spędzania czasu.

Dagmara – żona Grzegorza, mało zaangażowana w życie domu i rodziny, zajęta korporacyjną karierą. Jak to bywa w takich organizacjach, wyćwiczyła odruch bycia twardą babką. Jedynaczka z niezasobnej rodziny, z poczuciem, że wciąż musi coś od nowa udowadniać. Z wyglądu delikatna blondynka, zahartowana jednak w twardej codzienności. Przekornie lubi kreować na swojej głowie rozkoszne loki, uważając, że wygląd słodkiej i naiwnej pomaga w osiągnięciu celów, jakie by one nie były. Niepoprawna kawoszka.

Wojtek – dwunastoletni syn Grzegorza i Dagmary. Generalnie kujon. Chodzi do klasy z synem Cezarego i Justyny, Norbertem.

Dominik – drugi syn Klemensa i Melanii, trzydzieści sześć lat, kawaler, bezdzietny. Nie lubi zwierząt, zwłaszcza małych. Płazy, gady i ryby wyklucza w szczególności. Wyjątek – smażone żabie udka. W przeciwieństwie do starszego brata unika siłowni i innych form sportu, uważając je za zbyt męczące. Generalnie – życie dla niego jest nużące. W założeniach pomaga rodzicom, Klemensowi i Melanii, w prowadzeniu rodzinnego biznesu. Głównym jednak jego zajęciem jest lenistwo i radość życia. A! I dbanie o siebie. Zawsze wypielęgnowane paznokcie, dobra woda kolońska, markowe ubrania i kosmetyki. Dominik to dusza towarzystwa, trochę błazen, trochę niebieski ptak… Czy aby na pewno?

Michał – dawny znajomy Arkadiusza i Klemensa, chodzili razem do klasy. Zaraz po studiach wyjechał do Francji, stracili kontakt na wiele lat. Teraz wrócił… Czy czegoś chce?

Adrien – współwłaściciel winnicy należącej w części do Klemensa i jego rodziny. Postać nie tyle istotna, co wręcz niezbędna, choć fizycznie wcale się z nią nie spotykamy. Po prostu czarna owca…

Danusia – gospodyni Arkadiusza. Święta kobieta. Gadatliwy robot kuchenno-sprzątająco-prasujący z przyklejonym uśmiechem i sercem na dłoni. I z przeszłością, która w tej historii nie ma specjalnego znaczenia.

Renata – pierwsza żona Mieczysława. Postać poboczna, występująca wyłącznie z zaświatów. W gruncie rzeczy, po co nam takie postaci?

Dariusz – dawno niewidziany znajomy Arkadiusza. Inteligentny karierowicz z tendencją do niepohamowanej złośliwości. Kolega z klasy Arkadiusza i Klemensa, z którym nie utrzymują bliskich kontaktów. Poza szkołą z Arkadiuszem łączy go także uwielbienie muzyki, szczególnie na żywo. Stąd częste wizyty w filharmonii. Dla nas postać mało istotna.

 

 

 

 

 

 

 

19 grudnia 2019 roku, czwartek

 

Rozdział I

 

 

 

W pokoju panował półmrok, z głośników dobiegały ostatnie takty Wariacji Goldbergowskich w wykonaniu Goulda. To nagranie, z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku, Arkadiusz cenił najwyżej. Siedział teraz w swoim ulubionym uchatym fotelu. Mebel był wiekowy, dwukrotnie już naprawiany i trzykrotnie obijany pluszem. Tylko takie obicie akceptował właściciel. Miękkie, granatowe i puszyste. Kolor bordowy Arkadiusz uznawał za zbyt ostentacyjny. Pomimo renowacji materiał i tak był powycierany. Być może należałoby nawet powiedzieć – nadmiernie wyeksploatowany.

Blisko stuletni fotel, ocalały z wojennej pożogi, znakomicie wpasował się w wystrój wnętrza. Willa z międzywojnia, posadowiona na zielonym starym Mokotowie, przetrwała wszystkie historyczne burze. Nawet nie zmieniała właścicieli. Przechodziła dziedziczona z rąk do rąk, a każde pokolenie wnosiło coś od siebie. Dzięki temu zawsze była zadbana, a Arkadiusz dwadzieścia pięć lat temu przeprowadził gruntowny remont, nakładem wielkich starań i kosztów.

To nie był wielki dom, choć dla jednej osoby zbyt duży. Od czasu rozwodu Arkadiusz mieszkał sam. Dzieci już dawno wyprowadziły się na swoje, żona zaś do nowego męża. I Arkadiuszowi wcale nie było z tym źle. Ba! – Trzeba powiedzieć wprost: uchaty fotel, stylowy dom, bonżurka zakładana codziennie po przyjściu do domu – to było dla niego ważne. Prawie tak istotne, jak wypijana w fotelu lampka czerwonego wytrawnego wina. I muzyka.

Tej ostatniej Arkadiusz słuchał w pomieszczeniu, które znajdowało się na tyłach domu, od strony ogrodu. Wysokie krzewy na skraju posesji ograniczały hałas z ulicy. Miejsce to było dodatkowo wytłumione płytami akustycznymi, sprzęt z kolei stał na marmurowych płytach, które Arkadiusz umieścił na specjalistycznych kolcach, zabezpieczających delikatne mechanizmy przed drganiami. Bliżej nie wiadomo jakimi. Audiofile mawiali, że ziemia jest w nieustannym ruchu, więc drży… Pomieszczenie miało dokładnie zaprojektowane wymiary i zachowane tak zwane złote proporcje: podczas remontu Arkadiusz kazał przesunąć ścianę. Fotel stał w określonej odległości od głośników, kolumny w dokładnie wyliczonym odstępie od siebie. Nie było miejsca na przypadek. Jednym słowem, Arkadiusz był, powiedzmy to uczciwie, specyficzny.

Dokładnie w tym momencie, dziewiętnastego grudnia, w czwartek wieczorem, siedział w wygodnym fotelu z ogromnymi uchami, lekko pochylony, i słuchał Wariacji Goldbergowskich. Taki właśnie był Arkadiusz. Lubił ustalony porządek rzeczy. Zaskoczenia tolerował w opowieściach innych ludzi, najlepiej niezbyt bliskich. Przewidywalność była dla niego stanem pożądanym, wręcz oczekiwanym. I do tego jeszcze potrafił być bezwzględnie zasadniczy, co nie zawsze przysparzało mu przyjaciół.

W każdym razie, w jego świecie czwartkowy wieczór służył do uważnego wsłuchiwania się w wyrafinowaną muzykę przy lampce wytrawnego wina. Nic nie powinno zakłócić tego stanu.

Dlatego też na dźwięk dzwoniącego telefonu Arkadiusz drgnął. Z nieprzyjaznym wyrazem twarzy podniósł się i przeszedł cztery kroki do komody, na której leżał telefon. Prowadził biznes, własny sklep, nie mógł więc pozwolić sobie na nieposiadanie komórki, choć pragnął tego z całego serca. Zdecydował nawet, że numer jego telefonu umieszczony został na stronie internetowej sklepu. Nikt jednak nie dzwonił do niego wieczorami, nawet córka, z gruntu niepoddająca się różnorakim zasadom.

– Halo? – powiedział lekko zachrypniętym głosem. Chętnie powiedziałby to znacznie nieprzyjemniej. – Michał? – zdziwił się Arkadiusz po chwili, zapominając o pożądanym przykrym brzmieniu głosu. – Oczywiście, pamiętam… Tyle lat! Trudno tak przez telefon… Spotkanie? Chętnie – odpowiadał odruchowo. Od razu pożałował ostatniej odpowiedzi. Nie lubił spotykać się na pogawędkach o niczym. Załatwiać interesy – tak. Potrafił być wtedy czarujący. Ale pogadać? Po co? O czym? Ale już wypowiedział niefortunne zdanie, spotkanie zostało potwierdzone. Arkadiusz nalał sobie drugi kieliszek wina. Było świetne. Czerwone Cabernet Sauvignon z doliny Napa. Tryskające dojrzałą czarną jeżyną, ciut korzenne, gorące od kalifornijskiego słońca. Uwodzące i potężne. Arkadiusz lubił czerwone wina z dużą zawartością alkoholu i ze słodkim, dojrzałym owocem w tle.

Odłożył telefon zdegustowany. Umówił się na spotkanie po latach. Na dodatek z człowiekiem, którego nie widział od czasów studiów! Skoro przez czterdzieści lat nie odczuwałem braku Michała, nie zmieni tego jedno spotkanie – pomyślał. Co będziemy mieli sobie do powiedzenia?

Usiadł na fotelu, dopijając wino. Odstawił kieliszek na niewielki stolik. Podszedł do gramofonu, który wciąż odtwarzał Bacha. Podniósł ramię, ruszył do kuchni. Umył kieliszek, starannie wytarł, po czym napełnił ponownie. Przeszedł przez jadalnię i przez salon, nie korzystał z nich na co dzień. Zza wielkich tafli okien prześwitywał lekko ośnieżony ogród, co było widokiem niezwykłym w mieście. Na warszawskich ulicach śniegu zwykle nie było widać nawet na trawnikach. Na ogół było go tak mało, że nie wymagał odśnieżania. Jednak w otoczeniu osłoniętym od wiatru, niezadeptanym, szczególnie na gałęziach, cienka warstwa białego puchu zalegała nieniepokojona przez nikogo. W kwartale, w którym mieszkał Arkadiusz, między aleją Niepodległości a ulicą Kazimierzowską, takich ogrodów było wiele. Przeważały wypielęgnowane, choć niezbyt rozległe trawniki, wysokie stare drzewa, efektownie przycięte krzewy. To była okolica skromnego bogactwa, tak zwykła to nazywać Barbara, była żona Arkadiusza. By tu mieszkać, należało mieć zasobne konto. By być tu zaakceptowanym, nie wolno było tego okazywać.

Latem Arkadiusz czasami siadywał na tarasie. Częściej z ogrodu korzystały jego wnuki i córka. Kiedyś żona bywała tam często, pielęgnując i przycinając ukochane iglaki. Teraz ich dopieszczony pokrój był wynikiem pracy ogrodnika, który raz na tydzień strzygł trawę, doglądając przy okazji wszystkich innych roślin. Arkadiusz wolał się ogrodem chwalić niż spędzać w nim czas. Przebywanie w nim nie było dla niego przyjemnością. Ulubione miejsce Arkadiusza było tam, gdzie stał jego gramofon.

Zapatrzył się chwilę, intensywnie o czymś rozmyślając, po czym ruszył stanowczym krokiem do swojego salonu odsłuchowego, nazywanego bezceremonialnie przez córkę Arkadiusza „odsłuchownią”. Tam odstawił kieliszek i znów sięgnął po telefon. Wieczór, a ja dwukrotnie trzymam telefon w ręku! – sam się zdziwił.

– Klemens? – powiedział po zdawkowym przywitaniu.

Po zakończonej rozmowie Arkadiusz, uspokojony, odtworzył Wariacje od początku. Nic już nie zakłóciło jego spokoju, aż do wybrzmienia ostatnich dźwięków Arii. Aż do tego momentu, gdy koniec spotkał się z początkiem, niczym u mitycznego Uroborosa. Dopiero wtedy ruszył do kuchni, umył kieliszek, sprawdził wszystkie drzwi, chociaż nigdy nie zdarzyło się, by nie zamknął któregoś zamka. Powyłączał światła i powoli wszedł po schodach. Szczęśliwie nie sprawiało mu to problemu, chociaż słyszał, że jego rówieśnikom owszem. Zdarzało się. Gdyby mnie to dotknęło, na pewno uprawiałbym sport – pomyślał z przekonaniem. – Jakiś.

Wchodził po schodach powoli, bo zwyczajowo tak się poruszał. Dostojnie. „Wszystko ma swój czas i miejsce” – mawiał. „Zdążę dojść i zdążę zdążyć”. „Lub nie zdążyć” – denerwowała się czasami jego była żona, a on przytakiwał. „Zapewne są sprawy, na które nie warto zdążać” – odpowiadał wtedy ze stoickim spokojem. Teraz powoli wszedł na pierwsze piętro, skorzystał z łazienki, wybrał świeżą piżamę. Robił to co tydzień, w każdy czwartek wieczorem. Nikt nie wiedział, dlaczego we czwartek. Tak po prostu było, i już. Arkadiusz dysponował szeroką gamą nocnych strojów, wszystkie uszyte z flaneli w granatowy pasek. Różniły się stopniem sprania, czasami szerokością wzoru. Co roku z okazji mikołajek Arkadiusz sprawiał sobie nową piżamę. Jedną. O tej samej porze roku, zaraz po zakupie, wyrzucał jedną. Starą. Bilans się zgadzał.

Tak dla wyjaśnienia warto jeszcze dodać – nie, Arkadiusz nie używał szlafmycy. Czasami miewał na to ochotę, ale nigdzie nie mógł dostać satysfakcjonującej kolorystycznie. Zrezygnował więc z tego pomysłu, dbał jednak o to, by na noc zamykać drzwi do sypialni. W ten sposób chronił się przed przeciągiem, który przecież mógłby doprowadzić do przeziębienia. Skąd miałby się wziąć ów przeciąg, Arkadiusz się nie zastanawiał.

Przed snem zanotował jeszcze w kalendarzu godzinę jutrzejszego spotkania z Michałem. Miał zwyczaj zostawiać kalendarz na nocnej szafce obok łóżka. W ten sposób, budząc się rano, od razu był w stanie ocenić, bez obciążania pamięci, ilość spraw, które czekały na niego we właśnie rozpoczynającym się dniu. Ta świadomość nigdy nie powodowała, by się śpieszył, wręcz przeciwnie. Pozwalała mu z góry zaplanować dzień i nastawić się odpowiednio do załatwiania wszystkich kolejnych kwestii. Bardzo nie lubił zmian. Ustalony porządek miał zostać zrealizowany, nowe sprawy musiały poczekać na przydział terminu. Średni rozmiar kalendarza Paper Blank pozwalał nosić go wszędzie ze sobą. W każdej chwili mógł sprawdzić, co jeszcze czeka nań danego dnia. Mógł, ale tego nie robił. Wszystko pamiętał.

 

 

 

 

 

 

 

20 grudnia 2019 roku, piątek

 

Rozdział II

 

 

 

Umówili się w restauracji Klemensa. Tak naprawdę tylko zwykli tak ją nazywać. Restauracja należała do Melanii, żony Klemensa, wysokiej, chudej kobiety o władczym sposobie bycia. Miała trochę sardoniczne, inteligentne poczucie humoru, które skrzętnie ukrywała przed otoczeniem, sama nie wiedząc dlaczego. Z tego powodu Arkadiusz wysoce ją cenił, ale nie lubił przebywać w jej towarzystwie. Zawsze obawiał się, że Melania nie mówi tego, co naprawdę myśli, a przede wszystkim – że w głębi ducha naśmiewa się z niego tak samo, jak z reszty otoczenia.

Elegancki lokal nosił miano: Mokotowska Prowansja. Jej wystrój wpisywał się w modny nurt etno, trochę naturalistyczny, trochę ludyczny. Lniane obrusy w kratę, pola lawendy na rozwieszonych artystycznych fotografiach, przecierane nierówno ściany – wszystko to tworzyło przyjazny klimat, zachęcający do spędzania tu czasu. Melania uwielbiała Prowansję, wielokrotnie odwiedzała fabrykę perfum w Grasse i ślady tej fascynacji można było dostrzec na ścianach, w obrazach przywiezionych prosto z południa Francji. Pola lawendy były oczywistym akcentem, sporo jednak było także czarno-białych zdjęć flakonów perfum, fiolek z zapachowymi ekstraktami, tłoków do olejów roślinnych i innych perfumiarskich akcesoriów.

Klimat klimatem, Melania wraz z projektantem wnętrz nie zapomnieli także o komforcie klientów. Ba! Zadbali o luksus. A w temacie eleganckiego luksusu Melania była mistrzynią. Tak więc kraciaste obrusy wyglądały na lniane, ale materiał miał domieszkę jedwabiu. Sztućce były ze stali polerowanej, pokrytej specjalną warstwą utwardzającą, dzięki czemu przy nakryciach prezentowały się jak małe lustra. Krzesła obito materiałem sprowadzonym z Prowansji, kanapy zrobiono na zamówienie. Świeczniki, serwetki, stroje kelnerów – najmniejszy detal był dopracowany. Melania miała wyśmienity gust i nie liczyła się z groszem. Efekt był imponujący. Szczególnie o tej porze roku. Mokotowska Prowansja wpisała się w ogólnoświatowy trend bożonarodzeniowych ozdób. Chwilowo elegancja ustąpiła miejsca przytulności, którą w okresie świątecznym Melania uznawała za ważniejszą. Światełka, migotanie, odblaski, błyski. Czerwone i lawendowe kokardy. Nie było choinek, za to kilka efektownych, prowansalskich szopek porozstawianych na stołach przy ścianach. Klimat bardzo sprzyjał miłemu spędzaniu czasu. Z tym że wyłącznie przez tych, którzy po dwudziestym piątym nie wypatrywali tęsknie wypłaty.

Melania z Klemensem przywitali Arkadiusza niemal przy drzwiach. Wspólnie skomentowali rozmieszczenie największej szopki, która stała zaraz przy wejściu. Była ogromna, każda figurka nosiła ręcznie uszyty strój. Dopracowano najdrobniejsze detale: guziki, marszczenia, łaty i przydeptane buty. Oprócz centralnych postaci Jezusa, Maryi i Józefa, było także kilkunastu świętych oraz ogromny targ, na którym sześciocentymetrowe postaci wykonywały swoje codzienne zajęcia. Był rzeźnik, handlarz win, muzykanci, sprzedawca serów, stragan z warzywami i owocami. Połyskiwały sterty pomarańczy, kusiły różowe plastry salami, wino miało nawet napisy na butelkach. To było dzieło sztuki, które Melania co roku uzupełniała o nowe figurki.

Arkadiusz lubił tę szopkę. Z całego świątecznego wystroju uważał ją za najlepiej oddającą prowansalski klimat. Wszystkie inne zabiegi Melanii postrzegał jako komercyjne ukłony w stronę klientów, jedynie szopkę odbierał jako „prawdziwą”. Ucieszył się, że jest rozstawiona, choć właściwie nie powinno go to dziwić. Zgodnie z tradycją rozstawiana była każdego roku czwartego grudnia, i co roku kontynuowano dyskusję o tym, że nie mieści się już w całkiem przestronnym hallu przy wejściu do restauracji. Co roku się mieściła, pomimo nowych figurek.

Co kilka lat Melania decydowała się na zupełnie nową szopkę. Coraz rzadziej, ze względu na zajmowane przez nią miejsce. Szopka powinna być odpowiednio wyeksponowana, jednocześnie nie mogła przeszkadzać gościom. Dlatego ostatnie zamówienia zwykle ograniczały się tylko do figurek. Jednak w wyobraźni Melanii wciąż pojawiały się nowe obrazy. Pracowała nad nimi całymi miesiącami, latami nawet, rysowała rozkład, obmyślała postaci, kolory, całe rodzajowe sceny. Figurki i wszelkie inne elementy były drogie, bo gustowała wyłącznie w ręcznie robionych i pochodzących od renomowanych rzemieślników. Każdorazowo był to jej autorski projekt, przemyślany w najdrobniejszym szczególe. Aż do wyrazu twarzy sprzedawcy mięsa na targu i koloru spódnicy mieszczki prowadzącej za rękę kilkuletniego chłopca. Postaci wyglądały jak żywe, a każda szopka miała swój indywidualny rys. Opowiadała historię. A gdy już Melania ją wymyśliła – przed Bożym Narodzeniem pojawiała się nowa szopka, która zawsze sprawiała kłopot, choć Melania teoretycznie wiedziała, gdzie chce ją postawić. W tym roku też złożyła duże zamówienie, nie na kilka zwyczajowych figurek, ale na całą, dużą szopkę. Przewoźnik jednak się opóźniał, jeszcze nie można było zobaczyć nowego projektu Melanii.

Klemens poprowadził przyjaciela do przygotowanego stolika, Melania szybko znikła na zapleczu. Zanim panowie zdecydowali się na aperitif, dołączył Michał.

– Zimno – stwierdził, otrzepując głowę ze śniegu.

– Gdybym był twoją mamą, powiedziałbym, że zapomniałeś czapki – odezwał się Arkadiusz po przywitaniu.

– Pamiętasz to? – Michał się zaśmiał.

– Zawsze tak mówiła. Do każdego z nas – wtrącił Klemens. – I to już we wrześniu.

– Odpuszczała tylko w wakacje – uzupełnił Arkadiusz. – Trudno nie pamiętać.

– To chyba był jej sposób na miłość – odpowiedział Michał. – Nie nacieszyłem się nią.

Raczej na okazanie miłości – sprecyzował w duchu Arkadiusz, ale nie powiedział tego głośno.

– Doprowadziła cię aż do matury – dodał Klemens.

– Nawet do studiów – zgodził się Michał. – Ale i tak mi jej czasami brakuje.

– Zakładaj czapkę, będzie ci się wydawało, że jest z tobą – rzucił Arkadiusz.

– Może masz rację. Zamawiamy coś? – Michał odszedł kilka kroków, by odwiesić kurtkę przy drzwiach. Wieszak też był niezwykły, jak niemal wszystko w tej restauracji. Melania zobaczyła go w pewnej galerii podczas wakacji spędzanych niedaleko Grasse. Wieszak był ogromny. Jego ścianę zrobiono z polerowanego orzecha, a mosiężne haki wykuto w kształty roślinne, typowe dla tego regionu świata. Wymagał przytwierdzenia do ściany, miał dwa metry wysokości i trzy szerokości, a co gorsza – był już sprzedany. Właściciel galerii nie chciał nawet rozmawiać o odstąpieniu przedmiotu Melanii. Otrzymał już zadatek i handlowa godność nie pozwalała mu na żadne targi. „A wydawałoby się, że za pieniądze można wszystko” – powiedziała wtedy Melania, wychodząc niepocieszona ze sklepu.

Przeprowadziła śledztwo. Jak domorosły detektyw poczekała, aż do galerii wszedł klient, który dyskutował z właścicielem o wieszaku. Nikt inny nie kręcił się wokół tego mebla, to musiał być kupujący. Ten człowiek. Gdy niewysoki mężczyzna w letnim kapeluszu wyszedł ze sklepu, zaczepiła go, przedstawiła sprawę. Opisała swoją restaurację, miejsce, które właściwie czeka na ten mebel, i robiła mnóstwo proszących min. Wypili razem kawę, a mężczyzna zgodził się na odsprzedanie wieszaka bez specjalnych oporów. Mebel mu się nie podobał, zażyczyła go sobie jego żona. Chętnie go odstąpił, chociaż nie zrobiłby tego, gdyby wiedział, jakie piekło urządzi z tego powodu jego ślubna. Widocznie wieszak działał przyciągająco na kobiety.

Michał jednak o tym nie wiedział. Po prostu odwiesił kurtkę, nie przerywając konwersacji.

– Coś na rozgrzewkę – odpowiedział Arkadiusz.

– Specjalnie przyjechałem taksówką. – Michał się zaśmiał.

– Pastis? – zaproponował Klemens.

– Jasne – potwierdził Arkadiusz, a Michał kiwnął głową.

Kelner uwinął się z zamówieniem w kilka minut. Restauracja była jeszcze pusta, dopiero za dwie godziny spodziewano się natłoku gości.

– Polecam sałatkę nicejską, bouillabaisse, małże, a na deser calisson d’Aix. Lub smażone figi – powiedział młody chłopak zawinięty w fartuch z logo restauracji.

– Wolałbym coś mięsnego – odpowiedział Michał.

– Wołowina? – zasugerował kelner.

– Może stek? – bardziej zapytał, niż stwierdził Michał. Kelner kiwnął głową.

– Ja z zupy rezygnuję. A na deser crème brûlée – zażyczył sobie Arkadiusz. – Małże mogą być, za to migdały koniecznie.

– Z jakich ryb dzisiaj bouillabaisse? – dopytywał Klemens.

– Z dorsza, halibuta, łososia i owoców morza – odpowiedział młodzian. Klemens zadał pytanie przede wszystkim po to, by pochwalić się przygotowaniem obsługi.

– Dla mnie sałatka i zupa. I obydwa desery dla nas wszystkich, plus crème brûlée dla pana – powiedział Klemens. – Nie protestujcie, będziecie zadowoleni.

– W winach zdajemy się na ciebie – powiedział Michał, patrząc na Klemensa.

– Wolicie delikatniej czy mocniej?

– Wolimy tak, jak wybierzesz.

– Do zupy sugeruję kieliszek sherry Fino. Jest mocne, wzmacniane, jego słoność i wytrawność będzie się doskonale komponowała z rybami. Ma lekko wyczuwalną nutę prażonych migdałów, zapach morskości, niektórzy mówią nawet, że czuć w nim morską bryzę…

– Klemens, wyluzuj. Wypijemy, co zaproponujesz! – Michał mu przerwał.

– Poza tym uważam, że morska bryza nie bardzo kojarzy się z dobrą sherry, a prażone migdały mają smak, nie zapach – dodał Arkadiusz.

– Co wy wiecie – westchnął Klemens. – Wszystko ma zapach. A bakłażan w słońcu? Taki świeży, wprost z krzaka? Albo na porannym targu? Morska bryza o poranku, gdy mgła unosi się nad przypływem? Wszystko czuć w winach. Sherry Fino, najjaśniejsze i najbardziej wytrawne ze wszystkich rodzajów sherry, pochodzi z Andaluzji…

– Bierzemy! – zadecydował Michał.

– Ale masz także inne, z Francji? Nie tylko z Prowansji? Co z Alzacją? – powiedział Arkadiusz, mrużąc odrobinę oczy. Być może wpadł mu w źrenicę promień słońca, które akurat postanowiło upiększyć dość pochmurne grudniowe południe w Warszawie. A właściwie w Mokotowskiej Prowansji.

– Mam różne. – Klemens się zaśmiał. Dość nerwowo, co odnotował Arkadiusz, ale tego nie skomentował. – Do drugiego dania proponuję Bandol dla Michała, a dla ciebie różowe Côtes de Provence.

– Pozostanę przy sherry Fino. Piłem je już kiedyś u ciebie, mam całkiem romantyczne wspomnienia. – Arkadiusz przerwał Klemensowi.

– Romantyczne? – zdziwił się Michał.

– Jakbym się w puchową pierzynę zapadał.

– Cóż, to chyba najlepsza rekomendacja, jaką słyszałem. – Klemens się zaśmiał. – W takim razie Bandol dla Michała. Jest hodowane w okolicach Marsylii, dość wytrawne, o pięknym głębokim kolorze. Dominuje w nim aromat trufli i leśnego runa, ale wyczuć też można odrobinę pieprzu. Będzie idealne do steku. A na deser dla nas wszystkich Beaumes de Venise, prawie likierowe, idealne do deseru. Aromatyczne tak, że doprawdy warte grzechu, zobaczycie. Będzie idealne, choć niektórzy bardziej polecają je do serów z niebieską pleśnią.

W tym czasie kelner przyniósł im po kieliszku pastis.

– Dawno nie piłem anyżówki. – Arkadiusz się zamyślił.

– Właściwie to powinniśmy wstać – wtrącił Klemens.

– Bo? – zainteresował się Michał.

– Bo aperitif pije się na stojąco.

Arkadiusz odsunął krzesło.

– W takim razie na stojąco! – Uśmiechnął się.

– Pamiętacie anyżówkę mojego ojca? – zapytał Michał.

– Tego się nie da zapomnieć. – Arkadiusz się skrzywił. – Tak pijany nie byłem potem nigdy w życiu.

– Chyba zatruty – wtrącił Klemens.

– Na to samo wychodzi – odpowiedział Arkadiusz.

– To były czasy – westchnął Klemens. – Młodzi, przystojni i z przyszłością. Z tego wszystkiego tylko przyszłość się przeterminowała – powiedział Michał.

– Sugerujesz, że nie ma już dla nas przyszłości? – zareagował Klemens z dość zagadkowym wyrazem twarzy.

– Żartuję. – Michał się uśmiechnął. – Możemy ją sobie wciąż wyobrażać. A jaka będzie? – Wzruszył ramionami.

– Świetlana – wtrącił Arkadiusz.

– W opozycji do tego, co mówiła nasza polonistka. Jak ona się nazywała?

– Piątkowska – odpowiedział Michał.

– Chyba już nie żyje. – Arkadiusz znów się zamyślił.

– To było ponad czterdzieści lat temu! – powiedział Klemens.

– Nie lubiłem jej – wtrącił Michał. – Postawiła mi kiedyś dwóję, pierwszą w moim życiu. Nie zapomnę tego do końca moich dni.

– Przecież na nią zasłużyłeś – powiedział Arkadiusz zasadniczo. – Doskonale to pamiętam. Uprzedzała cię kilka razy.

– Za gadanie? Zasłużyłem na dwóję?

– Oczywiście. Odpytała cię wtedy z poprzedniego tematu, czego nigdy nie robiła.

– Odpytała, bo gadałem!

– Właśnie.

– Przestańcie. Arkadiusz, nie bądź taki zasadniczy.

– A poza tym to było pięćdziesiąt lat temu, mój drogi, pięćdziesiąt. Ale nie chodzi o wiek. Jeszcze niedawno widywałem ją na ulicy. Chodziła na spacery, najczęściej pod rękę z jakimś młodym człowiekiem. Ostatnio już jej nie widuję.

– Wszystkich nas to czeka – sentencjonalnie stwierdził Klemens, zadowolony, że wymiana zdań nie rozwinęła się w kłótnię.

– To była ostatnia osoba, która mówiła do mnie „Arku”.

– Faktycznie! Nigdy nie słyszałem, by ktoś mówił do ciebie inaczej niż „Arkadiuszu”.

– No właśnie. Stary już za młodu. – Arkadiusz się uśmiechnął. – Nawet w domu tak mówią.

– Słuchaj, a wiesz, w łóżku? Podczas bara bara? – zainteresował się Michał.

– A pamiętacie Francuzkę? – Klemens zmienił temat. – Ja od niej regularnie dostawałem dwóje.

– Przecież po francusku gadałeś jak Anzavour – zdziwił się Michał.

– Nie pamiętasz? Tępiła mnie, bo kiedyś wytknąłem jej jakiś błąd. Chyba.

– I tak miałeś piątki. – Arkadiusz wzruszył ramionami.

– Bo jakby mi postawiła czwórkę, to moja matka zażądałaby komisu. A ten zdałbym w podskokach, wolała się nie ośmieszać. A Aznavoura uwielbiała. Jakby mogła, to uczyłaby nas francuskiego na jego piosenkach.

– Co w sumie nie byłoby takie złe. Tego dawało się słuchać – powiedział Michał.

– Chyba dzisiaj daje się słuchać – skomentował Klemens. – Postarzeliśmy się, to i muzyka się wokół nas postarzała. Być może nasze dzieci też będą kiedyś słuchały The Beatles.

– Już słuchają.

– Jak ona się nazywała? – zastanowił się Michał. – Ta od francuskiego?

– Starkowska – powiedział Arkadiusz.

– Starecka – równocześnie powiedział Klemens.

Michał wzruszył jednak ramionami, gdyż w tym samym momencie pojawił się w drzwiach kelner z butelką.

– A te wina z twojej winnicy? – zainteresował się.

Klemens pokręcił głową.

– Ja mam winnicę na północy, w Alzacji. W najbardziej wysuniętym na wschód północnym zakątku Francji.

– Ale podajesz hiszpańskie i prowansalskie? – zdziwił się Michał.

– Melania tak sobie życzy. Prowansalska kuchnia, prowansalskie wino. Hiszpanię ledwie akceptuje, smak jej nie podchodzi.

– Klimat faktycznie jest tu fantastyczny. A co z twoimi winami?

– Jest w karcie kilka, a trochę sprzedaję w innych sklepach.

– Ja bym chętnie kupił – zadeklarował Michał, a i Arkadiusz skinął głową.

– Pomyślimy – wymijająco powiedział Klemens. – Polacy wolą wina ciut tęższe, głębokie burgundy na przykład. Świetnie się sprzedaje Châteauneuf-du-Pape, wytrawne czerwone króluje. U mnie głównie produkujemy rieslingi, pinot blanc i muscat, sylvaner, trochę pinot gris. W ogóle zrezygnowaliśmy z uprawy pinot noir, ten szczep nie lubi się z tamtymi glebami. Mamy więc wina białe, raczej krzepkie, chłodne w smaku. Mnie zachwycają delikatnością, rozlewają się po języku jak kropla aksamitu, ale Polacy doceniają trunki mocniejsze. Czasem myślę, że gdybym produkował wódki z mirabelek w sąsiedniej Lotaryngii, byłoby lepiej. Nasze wina są znakowane oczywiście jako Alsace Grand Cru, tylko pięćdziesiąt jeden winnic jest na tej liście, ale to w Polsce nie pomaga. Podwyższa cenę, a Polacy są bardzo czuli na pieniądze.

– Tutaj tego nie widać. – Michał rozejrzał się po wnętrzu restauracji.

– A widzisz tłum?

– Jest piątek przed świętami…

– Tak, ludzie dopiero przyjdą. Jest sporo rezerwacji, nie narzekamy. Interes się toczy, nie będę udawał. Ale w winach chciałbym więcej. Zresztą… – Klemens się zawahał. – Co tam będę narzekał. Nasze jedzenie nadchodzi. – Wskazał ręką drzwi od kuchni.

Sałatki zjedli w milczeniu, popijając winem. Pierwsza butelka znikła w okamgnieniu.

– Masz genialnego kucharza – pochwalił Michał przy drugim daniu.

– Melania dogląda kuchni.

– Widać jej perfekcjonizm.

– Taaak – powiedział Klemens, pochylając się nad jedzeniem.

– Dawno tak dobrze nie jadłem – pochwalił ponownie Michał, odsuwając pusty talerz.

– Wołowina z rekomendowanych hodowli. Małże dziś nad ranem przyleciały do Polski, a bouillabaiss bardziej traktuję jak duszoną rybę niż tylko zupę, jest tak intensywna, gęsta i dobrze przyprawiona. Bagietka do twoich małż też jest pieczona tutaj.

– Naprawdę Prowansja w Warszawie – skwitował Michał.

– Na Mokotowie – uściślił Klemens. – Lubię to miejsce.

– Zupełnie ci się nie dziwię – odparł Arkadiusz.

– Aczkolwiek chętnie bym sobie przypomniał, jak smakują cynaderki w twoim wykonaniu!

– Ty gotujesz? – zwrócił się Michał do Arkadiusza.

– Oj tam, bez przesady. Nauczyłem się od Barbary. Ona to umie gotować!

– A co u niej? – ostrożnie zapytał Michał.

– Dobrze. – Arkadiusz wzruszył ramionami. – Ułożyła swoje sprawy. Podróżuje. Dostaję od niej zawsze jakiś upominek i co najmniej dwie kartki pocztowe. Wiecie, która się zrobiła godzina?

– Wpół do trzeciej! – Michał aż podskoczył, zerkając na zegarek. – Umówiłem się z rodziną w centrum handlowym, ledwo zdążę! Dziękuję. Rachunek? – pytająco spojrzał na Klemensa.

– No chyba żartujecie – obruszył się ten ostatni. – Byliście moimi gośćmi!

Pożegnali się szybko, choć bardzo serdecznie. Michał i Arkadiusz wyszli razem. Szli wzdłuż Puławskiej spacerowym krokiem.

– Śpieszyłeś się? – mało taktowanie zapytał Arkadiusz.

– Centrum handlowego nie zamkną, a dziewczyny beze mnie znakomicie sobie poradzą. Nie ma znaczenia, czy będę kwadrans później.

Szli w milczeniu kilka minut.

– Nie zastanowiła cię opowieść Klemensa o winnicy?

– Nie. Dlaczego by miała? – zdziwił się Arkadiusz.

– Bo… mimo wszystko… jeśli miałbym winnicę, sprzedawałbym we własnej knajpie własne wina. Inne mogą być dostępne, ale polecałbym własne.

– To restauracja Melanii.

– Czyli jego żony! Winnica jest także jej, przecież to ich wspólne pieniądze!

Arkadiusz milczał. Nie zastanawiał się nad tym wcześniej.

– Wiesz, w sumie winnica nigdy nie była tematem naszych rozmów. Odziedziczył, to ma. Od zawsze kochał wina, i zresztą wszelkie alkohole, całe szczęście, że poszedł w winiarstwo, nie w degustację.

– Wszyscy mieliśmy ku temu tendencje w młodości. – Michał się zaśmiał. – Pewnie jak większość nastolatków.

– Pewnie tak – surowo odparł Arkadiusz. W jego tonie słychać jednak było, że nie widzi usprawiedliwienia dla nadmiernego spożywania alkoholu w żadnym wieku. Zresztą, nie przyznając się do tego, uważał, że współczesna młodzież powinna wysnuć wnioski z młodości wcześniejszych pokoleń i już wiedzieć, że pić nie należy. Zupełnie przy tym nie zwracał uwagi, że jego czas młodzieńczy powinien rządzić się tymi samymi prawami. – Klemens jednak pozostał wierny upodobaniom. Wina są jego specjalnością, zresztą odbył przecież kurs sommelierski.

– Pamiętam, to było jego marzenie.

Milczenie zaczynało im ciążyć.

– Złapię tutaj taksówkę – powiedział Michał.

Pożegnali się krótkim uściskiem dłoni.

– Trzeba to powtórzyć – dodał Michał na pożegnanie.

Nie widzieli się wiele lat. Teraz rozmawiało im się dobrze.

Miło było się zobaczyć – pomyślał Arkadiusz. – Nie jestem jednak pewien, czy chciałbym to szybko powtórzyć. Bo właściwie po co? Nie do końca rozumiał, po co było to spotkanie. Dlaczego Michał do niego dążył?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział III

 

 

 

Z restauracji Klemensa do swojego sklepu Arkadiusz przeszedł piechotą. Dziesięciominutowy spacer dobrze mu zrobił.

Uwielbiał to miejsce prawie tak, jak uchaty fotel w swoim domu. Sklep nie był wielki, dwa pomieszczenia dla klientów plus niewielkie biuro i mikromagazyn. Arkadiusz żywił jednak przekonanie, że nie warto otaczać się bylejakością. Było też dla niego oczywiste, że w tym miejscu będzie spędzał większość swojego czasu, urządził zatem sklep i jego zaplecze z dużą troską. Pod sufitem zawieszono wielkie płaty kremowego lnianego płótna, spośród których wychylały się podłużne szklane lampy w cieniowanych pomarańczowych oprawach. Dawały jasne, ciepłe światło, wyglądając przy tym elegancko i intrygująco. Podłogę kazał Arkadiusz wyłożyć praktycznymi ciemnymi płytami, łamiąc je jednak lazurowymi wstawkami, by uniknąć efektu posępnego, surowego wnętrza. Wszystkie sklepowe meble zrobiono na zamówienie – porozstawiane wzdłuż ścian regały, szpule na kable, stojaki na akcesoria, dwie wyspy. Jedna stała się sklepową ladą, z ukrytą kasą i sklepowymi szpargałami. Na drugiej porozkładane były w wielkich koszach winylowe płyty. Tak jak Klemens kochał wina, tak Arkadiusz czarne płyty. Wprawdzie jego sklep miał w ofercie głównie gramofony oraz inne urządzenia służące do odtwarzania muzyki i wielu żartowało, że ten sprzęt mniej waży w gramach niż kosztuje w złotówkach, to jednak miłością Arkadiusza pozostawały płyty.

Gramofony ustawiono na stolikach z granitowymi półkami, każda z nich oparta była na trzech pozłacanych lub srebrzonych kolcach. Na wystawie eksponowano sprzęty dizajnerskie. Akrylowe półprzeźroczyste talerze w dziwnych kształtach przypominały pojazdy kosmiczne i raczej deprymowały niezainteresowanych przechodniów. Przypadkowy klient tutaj nie trafiał. Wewnątrz sklepu można było znaleźć sprzęty bardziej tradycyjne, laik jednak nie orientował się w ofercie. Do tego potrzebna była specjalistyczna wiedza, za którą chętnie płacili klienci odwiedzający sklep. Wiedza, która czasem równała się z magią. Arkadiusz często mawiał, że sprzedaje dźwięk, a sprzęt dodaje gratis. Klientów zapraszał do specjalnego pomieszczenia, oddzielonego od głównej części sklepu dźwiękoszczelnymi drzwiami. Za nimi stała wielka kanapa obita skórą i królowały lampy przymocowane wysięgnikami do ścian. Poza tym były tam tylko stoły na sprzęt i… sprzęt. Tu klienci dowiadywali się, jak ustawić gramofon, jakim podłączyć kablem, ile tego kabla potrzeba. Konfekcjonował go na miejscu pracownik Arkadiusza. W sklepie odpowiadali także na pytania, jaki wzmacniacz podłączyć, z jakimi kolumnami, co z czym zagra. Oprócz purystycznego analogowego dźwięku sklep miał także w ofercie odtwarzacze płyt kompaktowych, które na początku lat osiemdziesiątych wyparły z rynku czarne płyty. Dzisiaj kompakty stały się już przeżytkiem.

Najważniejszą częścią sklepu, przynajmniej dla Arkadiusza, była wyspa z płytami. Co kilka tygodni zmieniał ich ustawienie, alfabetycznie, gatunkami, czasem według wykonawców, a czasem kompozytorami. To ostatnie bywało trudne szczególnie w jazzie, więc zdarzało mu się mieszać „system” ustawienia. W rezultacie klienci prosili o pomoc, a rada Arkadiusza zawsze skutkowała większymi zakupami. Po prostu Arkadiusz żarliwie opowiadał o płytach.

Sam także kolekcjonował czarne krążki z pasją, wyszukując rarytasy. Pierwsze wydania, tłoczenia próbne, tak zwane white labels i inne perełki, na które początkujący meloman nie zwróciłby uwagi. Co ciekawe, wiele z tych płyt pozostawało zafoliowanych. Arkadiusz słuchał dużo i regularnie bywał w filharmonii, ale niektóre krążki pozostawiał nieotwarte. „To będzie wasz spadek” – mawiał do dzieci, i tylko on zdawał sobie sprawę z tego, o jakich wartościach mówił.

Klienci Arkadiusza nie byli przypadkowi. Przychodzili głównie z polecenia, zachęcani szeptanym marketingiem. Sklep był niepozorny, w bocznej uliczce, ale blisko Puławskiej, z dobrym dojazdem. Kto raz tu przyszedł – wracał. Po prostu miejsce przesiąkło bezkompromisową miłością do muzyki.

Teraz Arkadiusz zamknął za sobą starannie drzwi. Wciąż, po wielu latach codziennego bytowania, lubił to miejsce. Było spełnieniem jego marzenia. Po kilku latach pracy na urzędniczej posadzie, do głębi znudzony, odważył się zaryzykować. Wokół kłębił się raczkujący polski kapitalizm, korporacje wchodziły na wyposzczony rynek jedna za drugą, drenowały ludzi i kieszenie klientów. Panował biznesowy zamęt, moda na duże i szybkie pieniądze, tak jak i samochody. Wszyscy chcieli wszystko, a Arkadiusz postanowił spełnić swoje marzenie. Jego żona i żyjąca jeszcze wtedy matka odwodziły go od pomysłu wszelkimi siłami, łącznie z pukaniem w głowy, jego i swoje – a on się uparł. „Czy ty musisz być taki bezkompromisowy?” – pytała wielokrotnie matka, a on nie odpowiadał.

Otoczenie wróżyło plajtę najwyżej po dwóch latach, minęło jednak tych lat prawie trzydzieści, a sklep Arkadiusza wciąż był miejscem magicznie przyciągającym klientów. Nie bez znaczenia było szczególne traktowanie, jakim Arkadiusz wyróżniał wybrańców. Tak jak teraz – umówił się z klientem wieczorem, licząc się z tym, że będzie musiał zostać po zakończeniu pracy sklepu. Bo tak wygodniej było klientowi. Bo tak było dyskretniej. Bo tak było swobodniej. Wreszcie – bo tak mu się, w ogólnym rozrachunku, opłacało. Do spotkania zostało jeszcze sporo czasu, już teraz jednak zaczął je przygotowywać. Ustawił sprzęt, wybrał płyty, sprawdził, czy w szafce stoi ulubiony gatunek kawy klienta.

Gdy gość pojawiał się w sklepie, zawsze zaczynali od kawy i nieśpiesznej rozmowy na kanapie. Bieżące sprawy, żona klienta, dzieci, Arkadiusz wszystkiego słuchał niczym spowiednik i kiwał głową. Bardzo chciałby przyznać, że go to interesowało. Co u kogo słychać. Jednak nie obchodziło go to wcale. „Sprawy prywatne powinny zostawać w domu” – mawiał i nie rozumiał, jak można opowiadać obcemu człowiekowi o problemach z żoną, dziećmi i teściami. Dlatego nigdy nie komentował, choć – z grzeczności – słuchał cierpliwie. Być może z tego powodu ludzie zwierzali mu się chętnie, ale tylko na tej kanapie. Niewykluczone, że to dopracowany wystrój, nastrój tego miejsca otwierał mu uszy, a rozmówcom – usta. Gdy przeszli do głównej sali, Arkadiusz wskazał klientowi przygotowany dla niego stos. Kilkanaście płyt, specjalnie dobranych, w tym jedna, o którą Arkadiusz długo się starał – i wiedział, że warto. Wszystkie pozostałe razem były warte mniej niż ta jedna, która z całą pewnością była już sprzedana.

Gdy pili drugą filiżankę, znów na kanapie, minęło półtorej godziny. Na zewnątrz panował grudniowy mrok. Winyle zapakowane w wielkie torby stały przy wejściu.

– Ech, święta, panie Arkadiuszu – westchnął klient.

– Święta – potwierdził Arkadiusz ostrożnie.

– Nie lubię.

– Ja też nie bardzo. Odkąd moja żona odeszła… – westchnął.

– Niech pan to doceni. Spokój. Święta to jakieś szaleństwo. Zakupy. Ozdoby. Choinka, więcej ozdób. Światełka. Dzieci. Jedzenie. Chciałbym po prostu w święta usiąść.

– Wie pan … – Arkadiusz się zamyślił. – Z całym szacunkiem, ale samotnie spędzane święta nie byłyby świętami. Także bez tego rozgardiaszu choinkowo-światełkowo-jedzeniowego.

– Oj, ma pan spokój, to może pan tak mówić. – Klient machnął ręką.

– Mam spokój, więc mogę porównać. Nie wie pan, o czym mówi – stanowczo odpowiedział Arkadiusz. Zabrzmiało to nie tyle chłodno, ile wręcz opryskliwie. Magia spowiedzi minęła.

Klient zamilkł, odstawił filiżankę z kawą i powiedział:

– Pójdę już. – Uścisnął dłoń Arkadiusza i wyszedł.

Co za człowiek – pomyślał Arkadiusz, zamykając drzwi na klucz. – Żadne pieniądze i żaden biznes nie jest wart takich kontaktów.

Co za buras! – myślał klient. – Tyle kasy u niego zostawiam, a ten mnie poucza! Zamierzał nie przyjść do niego nigdy więcej, wytrzymał w postanowieniu pół roku. Mogli się nie zgadzać w wielu kwestiach, ale płyty Arkadiusz sprowadzał najlepsze.