Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
247 osób interesuje się tą książką
Człowiek się nie spodziewa, że jedna chwila, jeden dzień, może wywrócić cały jego świat do góry nogami.
Urszula Wójcik od lat zmaga się z otyłością i z innymi problemami zdrowotnymi. Każda próba walki kończy się porażką, a każde spojrzenie w lustro przypomina o tym, co jej się nie udało. Nie przeczuwa, że wizyta w nowo otwartej przychodni zainicjuje ciąg wydarzeń, które na zawsze zmienią jej życie.
Wojciech Biedrzycki – lekarz, który uciekł z Warszawy przed trudnymi wspomnieniami – próbuje odnaleźć spokój w małym Sielnie. Nie spodziewa się, że przypadkowe spotkanie z piegowatą fryzjerką obudzi w nim coś, co było uśpione od bardzo dawna. Na początku chce tylko pomóc nowej znajomej odzyskać zdrowie, ale z każdym dniem coraz trudniej mu udawać, że nie chodzi o coś więcej.
Poruszająca, ciepła i pełna nadziei opowieść o sile, która rodzi się z miłości – przede wszystkim z miłości do siebie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 488
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zanim pokochałam siebie
Zanim pokochałam siebie
Copyright © A.B. Obarska
Wydanie I, Kruszwica 2026
ISBN: 978-83-970001-4-8
Książka została wydrukowana w drukarni TOTEM.COM.PL
Redakcja: Beata Stefaniak-Maślanka
Korekta: Dominika Kamyszek
Skład i łamanie: Joanna Karyś, Piotr Mańturzyk
Ilustracja na okładce: Sandra Ewertowska
Opracowanie graficzne okładki: Sandra Ewertowska
Wektory: Sandra Ewertowska
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowana ani w jakikolwiek inny sposób repro-dukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycz-nie ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody autorki.
https://abobarska.pl/
Facebook: A.B. Obarska - strona autorska
Instagram: @a.b.obarska_autorka
TikTok: @a.b.obarska_autorka
Spis treści
Dedykacja
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Epilog
Od autorki
Podziękowania
Dla Ciebie, Mężu – za to, że pokochałeś mnie całym sercem, zanim ja pokochałam siebie.
Dla Ciebie, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku – jeśli kiedykolwiek prześladowały Cię myśli, że musisz się zmienić, by zasłużyć na miłość, to wiedz, że nie, nie musisz. Wszystko, czego potrzebujesz, jest w Tobie. Znajdź drogę do swojego serca i spróbuj pokochać siebie. Obiecuję, że to zmieni Twoje życie.
Ula
Pewnego razu, nie pamiętam już od kogo, usłyszałam, że kiedy wszystko się wali, oznacza to zmiany na lepsze. Nijak nie potrafiłam odnieść tego do swojego życia, zwłaszcza dzisiaj, kiedy prześladujący mnie od początku roku pech sięgnął zenitu. Chyba tylko szaleniec mógł coś takiego wymyślić, bo jak, do diaska, taki dzień jak dziś miałby stać się początkiem zmiany na lepsze? Odkąd się obudziłam, z każdą minutą było tylko gorzej.
Jak to bywa podczas pechowych dni, zaczęło się klasycznie – zaspałam. Może nie jakoś spektakularnie, ale fakt, że poprzedniego wieczoru postanowiłam umyć włosy rano przed pracą, sprawił, że byłam w niedoczasie… Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i nie mogłam tego tak zostawić. Jak miałam iść do pracy w nieświeżych włosach, skoro byłam fryzjerką? To po prostu nie przystoi. W biegu je umyłam, odpuściłam pielęgnację, którą zazwyczaj wykonywałam, i po chwili stałam już przy umywalce, trzymając w prawej ręce szczoteczkę do zębów, a w lewej suszarkę. Właściwie gdyby nie to, że obiecałam siostrze pójść w końcu na pobranie krwi, mogłabym się w spokoju przygotować. Niestety zwlekałam z tym od miesiąca i moje skierowanie jutro miało stracić ważność. Gdybym nie poszła dziś, musiałabym albo wybrać się do lekarza po nowe, na co nie miałam najmniejszej ochoty, albo iść na badania prywatnie, a tego nie przewidziałam w budżecie w najbliższym czasie. Jak na złość, nie mogłam znaleźć podkładu do twarzy, więc tylko na szybko przeciągnęłam kredką linię wodną oczu i mocno wytuszowałam rzęsy. Może to jakimś cudem odwróci uwagę od pryszcza na mojej brodzie? W kuchni szykowałam kawę do termosu, żeby wypić ją po badaniu. W momencie przelewania zadzwonił telefon. To Edyta, moja siostra.
– Halo?! – ryknęłam do słuchawki, próbując wytrzeć bluzkę i jeansy, które sekundę temu polałam wrzącą kawą.
– Nie musisz tak wrzeszczeć. Dzwonię, żeby spytać, czy stawiłaś się w przychodni.
– Jeszcze nie. Zaspałam. Ale spokojnie, zaraz tam jadę.
– To odezwij się później.
– Dobra, dam znać. Muszę kończyć. – Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź. Nie miałam już czasu się przebierać, więc schowałam bluzkę w spodnie. Na ciemnych jeansach prawie nie było widać śladu kawy.
W końcu wygramoliłam się z domu i co? Nawet pogoda była przeciwko mnie. Moje auto całe w szronie. W zeszłym tygodniu złamała mi się skrobaczka, więc na szybko wyjęłam z portfela kartę, padło na Ikea Family, i nią skrobałam szybę. Tak się przy tym zmachałam, że śmiało mogłabym to uznać za poranną gimnastykę. Gdy udało mi się ruszyć, zorientowałam się, że nie wzięłam kluczy od salonu! O rany, naprawdę dzisiaj ze wszystkim miałam pod górkę. Wróciłam biegiem na czwarte piętro, dysząc tak, że słyszało mnie pół osiedla. Edyta miała rację, należało w końcu coś ze sobą zrobić. Moja kondycja nie istniała.
Pojechałam do ośrodka zdrowia. Jak zwykle nie było gdzie zaparkować. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Oczywiście kiedy udało mi się doczłapać do przychodni, od progu przywitały mnie spojrzenia na oko dwudziestu osób. Podeszłam do okienka.
– Dzień dobry, do której można pobrać krew? – spytałam pielęgniarkę.
– U nas to się już pani dziś nie załapie. Najlepiej to przychodzić przed siódmą.
Zerknęłam na zegarek, była ósma dwadzieścia. Za czterdzieści minut miałam pierwszą klientkę.
– A wie pani, czy w tym prywatnym punkcie pobrań też można ze skierowaniem? – Przypomniałam sobie o nowo otwartym ambulatorium.
– Tak, można.
– Dziękuję, do widzenia.
Pędem wróciłam do samochodu, który zaparkowałam pod marketem. Byłam już wykończona tym zamieszaniem od rana. Podjechałam do punktu pobrań na Piłsudskiego. Standardowo, gdy się spieszyłam, musiałam złapać serię czerwonych świateł. Jeszcze jedno czerwone, a chyba się popłaczę. Zegarek wskazywał ósmą czterdzieści jeden, kiedy dojechałam na miejsce. Nie miałam pojęcia, co za imbecyle projektują parkingi, ale ten był tak wąski, że rozważałam, czy nie zostawić auta na przejeździe na światłach awaryjnych. Gdyby nie to, że obok znajdował się posterunek policji, na pewno bym tak zrobiła. Rozejrzałam się i znalazłam ostatnie wolne miejsce. Między starym Renault Clio a wielkim niczym czołg Audi Q7. Cudownie… Nienawidziłam parkować, zwłaszcza jak trzeba było zmienić pas, żeby dobrze wcelować w miejsce. Niestety w tej chwili nie miałam wyjścia. Wjechałam pewnie i, o dziwo, całkiem dobrze mi to poszło.
Ucieszyłam się, bo gdy weszłam do budynku, okazało się, że w korytarzu przychodni nikogo nie ma. Przemiła pani w recepcji przyjęła moje skierowanie i kazała poczekać. Przeczesałam ręką rozczochrane włosy, chusteczką otarłam pot z twarzy.
– Najmocniej panią przepraszam – usłyszałam głos pielęgniarki – mamy pilne spotkanie z dyrektorem. Czy może pani poczekać piętnaście minut?
Zerknęłam na zegarek. Ósma pięćdziesiąt. Tak czy siak, nie zdążę na dziewiątą otworzyć salonu.
– Poczekam, ale bardzo proszę się pospieszyć, bo muszę jechać do pracy.
– Dziękuję za wyrozumiałość – odpowiedziała i zniknęła za drzwiami gabinetu.
Postanowiłam zadzwonić do pani Marzenki, którą miałam zapisaną jako pierwszą. Była moją stałą klientką, więc liczyłam, że wybaczy mi zmianę godziny. Jak dobrze, że zamawiałam u niej wiejskie jajka, bo dzięki temu miałam jej numer w swojej komórce. Zgodziła się, żebym przeniosła ją na koniec dnia. Nim się obejrzałam, wezwano mnie na pobranie. Jak zwykle nie obeszło się bez małych komplikacji.
– Pani kochana, gdzie ja mam się wbić, jak tu żadnej żyły nie widać? – spytała pielęgniarka. – Mogę panią trochę poklepać? Inaczej nie dam rady.
– Śmiało, niech pani robi, co musi. To nie pierwszy raz, gdy żyły odmawiają posłuszeństwa.
– A dobrze się pani czuje? Może zmierzymy ciśnienie?
– Wszystko dobrze, nie ma takiej potrzeby.
– W takim razie proszę parę razy zacisnąć i rozluźnić pięść.
Pielęgniarka po kilku minutach dostała się wreszcie do żyły i pobrała krew. Lubiłam patrzeć, jak czerwona ciecz wlewa się do próbówki.
– Proszę mocno uciskać wacikiem, żeby nie zrobił się siniak – powiedziała na odchodne.
Podziękowałam i wyszłam z gabinetu. I tak będę miała siniaka, jak zawsze. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby się nie pojawił. Wyrzuciłam więc wacik do kosza, włożyłam płaszcz, czapkę i szal, po czym wyszłam. Zadowolona wsiadłam do swojej starej, ale niezastąpionej Škody Fabii. Skrzywiłam się, bo obok mnie nadal stało ogromne Audi, które blaskiem nowości aż oślepiało. Wyglądało, jakby przed chwilą wyjechało z salonu. Odpaliłam Škodę, radio zaszumiało, więc je wyciszyłam. Zawsze tak robiłam, gdy musiałam się bardzo skupić. Cholera wie, czy to dlatego, że w ciszy wyostrzał mi się wzrok, czy to była jakaś moja fanaberia. W każdym razie działało. Słońce świeciło mi w przednią szybę, dlatego najpierw wyciągnęłam ze schowka okulary przeciwsłoneczne. Gotowa do jazdy, wrzuciłam wsteczny i ruszyłam. Próbowałam wyjechać prosto, ale nie było miejsca. Wróciłam więc do pierwotnej pozycji. Powoli wycofywałam, skręcając przy tym. Spojrzałam w prawe lusterko i w ostatniej chwili się zatrzymałam. O mały włos, a zahaczyłabym Clio z prawej. Uff, niewiele brakowało.
Wrzuciłam jedynkę i chciałam ponownie zaparkować, ale dodałam zbyt dużo gazu i wjechałam w nowiuteńkie Audi. To się nie dzieje! Idiotka, zamiast się zatrzymać, wróciłam na to nieszczęsne miejsce, rysując jeszcze bardziej swoją Škodę i ten czołg. Podenerwowana wyskoczyłam z samochodu, by oszacować straty. Na szczęście nie było aż tak źle, jak myślałam, bo Audi miało zaledwie kilka rys. Obawiałam się, że blacha będzie wgnieciona, ale chyba przez to, że samochód był tak wielki, Škoda nie wyrządziła dużych szkód.
Mimo wszystko byłam w dupie. W czarnej dupie. Pal licho, że moje auto wyglądało gorzej. Mogłam jeździć porysowanym czy obitym samochodem. Tylko co miałam teraz zrobić? Dłonie mi się trzęsły, poczułam zawroty głowy. Byłam na czczo, więc do gardła podeszła mi tylko żółć. W panice wsiadłam do Škody. Przeszukałam dokładnie torebkę, schowek i wszelkie inne zakamarki, ale nie znalazłam żadnej kartki, na której mogłabym zostawić swój numer. Co gorsza, nie wzięłam też teczki z drukiem oświadczenia z OC. Całe życie to woziłam na wszelki wypadek, a gdy zaliczyłam pierwszą kolizję, to akurat nie miałam go przy sobie? Co za ironia losu! Zostało zaczekać na właściciela czołgu i jakoś polubownie to z nim załatwić.
Z każdą minutą, która upływała mi na oczekiwaniu, złość, którą czułam, zmieniała się w przytłoczenie. Ten dzień mnie przerósł, a była dopiero dziewiąta rano. Chryste, co ja mu powiem?! W głowie miałam gonitwę myśli. Pojedyncze łzy spłynęły mi po policzkach. Wszystkie emocje się skumulowały i znalazły ujście w płaczu. Minuty trwały wieczność. Wpatrywałam się w ten nieszczęsny samochód, aż jego światła mignęły. Obejrzałam się do tyłu i moim oczom ukazał się elegancko ubrany mężczyzna. Wysiadłam z auta na drżących nogach. Jeszcze tego mi dziś trzeba było, wrzeszczącego faceta.
– Przepraszam, ja pana tak przepraszam! Naprawdę nie chciałam!
Mężczyzna spojrzał na mnie z niepokojem. Zmarszczył brwi.
– Czy wszystko w porządku? Coś się pani stało? Źle się pani czuje? – Jego głos był spokojny, a oczy miał lekko wystraszone.
Przełknęłam ślinę.
– Mnie? Nie, mnie nic. Oprócz zaćmienia mózgu przy wyjeździe z parkingu.
Nieznajomy nadal lustrował mnie wzrokiem, nie mając pojęcia, o co chodzi. I właśnie teraz zamierzałam zburzyć ten jego spokój. Już słyszałam w głowie, jak się na mnie wydziera, jak wzywa policję czy robi coś podobnego.
– Ja przepraszam, naprawdę… Tak mi przykro…
– Ale za co pani mnie tak przeprasza? – spytał.
– Zarysowałam panu samochód. O, tutaj. – Podeszłam do miejsca, gdzie lakier został uszkodzony. Gdy zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, prezentowało się to jednak gorzej, niż na początku mi się wydawało. Spore rysy zarówno na przednich, jak i tylnych drzwiach… – Ojejku, to nie wygląda najlepiej – powiedziałam sama do siebie. Łzy znów cisnęły mi się do oczu, cała drżałam, więc odruchowo objęłam się ramionami. Zabrakło mi słów.
– Spokojnie, proszę się tak nie denerwować. – Podszedł do mnie bliżej. – Niech pani głęboko oddycha, jest pani strasznie blada. Nic pani nie dolega?
– Mnie?
Ten facet nadal miał w sobie stoicki spokój, co zaczynało budzić moje podejrzenia. Jak to możliwe, że nie pała wobec mnie żądzą mordu?
– Tak, pani. Przy tej stłuczce nie zrobiła pani sobie krzywdy?
Byłam coraz bardziej zdezorientowana. Zarysowałam facetowi nowiuśkie auto, a on pytał, czy nie zrobiłam sobie krzywdy?
– Nic mi nie jest, naprawdę. Po prostu się tak zdenerwowałam, myślałam, że będzie pan tu na mnie krzyczał… – wyznałam szczerze.
– Ja? Ja miałbym na panią krzyczeć za zarysowanie auta? – Zaśmiał się pod nosem. – To tylko auto, tylko rzecz. Nie ma dla mnie większego znaczenia. Proszę się już nie martwić.
– Słucham? – Stałam w kompletnym szoku. Teraz ja wpatrywałam się w niego. Spokój bijący z szarych oczu był zaraźliwy. Wzięłam kilka głębszych oddechów.
– A z pani autem wszystko w porządku? Może pani jechać? Czy panią odwieźć?
Teraz to już całkowicie oniemiałam. Przez chwilę nerwowo mrugałam, próbując się skupić. To się nie dzieje…
– Halo? Proszę pani – przemówił ponownie z całkowitym opanowaniem.
Czyżby tłumił emocje? A co, jeśli dla mnie jest miły, a wyżyje się później na Bogu ducha winnej żonie czy dzieciach?
– Moja Škoda ma się dobrze. Też się trochę porysowała, ale nic poza tym. To może spiszmy oświadczenie i nie będę pana zatrzymywać.
– Na pewno pani nie odwieźć?
– Nie, poradzę sobie. Niech pan zobaczy, już mi się ręce nie trzęsą. – Jak głupia wyciągnęłam przed siebie dłonie, żeby mu to udowodnić. – Tylko wie pan, spieszę się do pracy, więc czy możemy spisać to oświadczenie?
– Proszę o tym zapomnieć, to naprawdę nic ważnego. Jeśli wszystko z panią w porządku, to życzę pani miłego dnia. Niech pani na siebie uważa, do widzenia!
Mężczyzna jak gdyby nigdy nic wsiadł do swojego samochodu i po chwili odjechał. A ja nadal stałam jak słup soli i zastanawiałam się, czy to ukryta kamera. Czyżby to była ta zmiana na lepsze? Dobroć ze strony innej osoby? Wyrozumiałość? Spokój? Nie mogłam zapomnieć głosu nieznajomego. Był magnetyzujący. Otulił mnie w ten koszmarny poranek i naprawdę się uspokoiłam.
Nagle usłyszałam klakson. Kierowca Renault, który nie wiadomo kiedy się zmaterializował, zatrąbił dwa razy, czym mnie zmusił, bym w końcu odjechała.
– Witam, pani Wando, przepraszam za spóźnienie. Miałam incydent na parkingu.
– Nic nie szkodzi, pani Urszulko. Pięć minut mnie nie zbawi.
Przekręciłam klucz w zamku i wpuściłam kobietę do środka. Jako że to również była moja stała klientka, rozsiadła się wygodnie, a ja zniknęłam na zapleczu, by zdjąć płaszcz i przygotować się do pracy. Burczało mi w brzuchu, bo nie zdążyłam przez tę stłuczkę nic zjeść, ale musiałam wytrzymać. Wstawiłam tylko wodę w czajniku.
– Napije się pani kawy lub herbaty? – krzyknęłam z zaplecza.
– A kawki się chętnie napiję.
Po chwili szłam już z dwoma kubkami do części głównej salonu.
– Nic się pani nie stało w tym, jak to było… incydencie?
Pani Wanda była lokalną plotkarą, więc zawsze musiałam się dwa razy zastanowić, zanim coś jej powiedziałam.
– Na szczęście nic. – Nie przyznałam się, że jest drugą osobą, która mnie o to pyta, ani że o tej pierwszej trudno mi zapomnieć. – Co robimy z włosami?
– Jak zwykle, podcięcie i farba.
Z każdą godziną stawałam się coraz bardziej opanowana. Z całych sił próbowałam się skupić na pracy i wciągnąć w rozmowy z klientami. Robiłam wszystko, żeby nie zaprzątać myśli tym koszmarnym porankiem i tymi jakże spokojnymi szarymi oczami…
Wojtek
Kiedy wieczorem wróciłem do swojego nowego mieszkania, marzyłem jedynie o tym, by wziąć prysznic i się położyć. To był okropnie wyczerpujący dzień. Co chwilę jakieś nowe pożary do ugaszenia, jak nie w przychodni, to w laboratorium albo z innymi lekarzami… Niekończące się telefony, rozjazdy i stres. Zdecydowanie zbyt wiele stresu, co od razu zauważyłem w postaci spiętych mięśni pleców. Potrzebowałem świeżej piżamy, więc ruszyłem do sypialni. Widok kartonów poustawianych w każdym pomieszczeniu mnie dobijał. Kolejny dzień, w którym sobie obiecałem, że je w końcu rozpakuję, minął, a ja znów przełożyłem to na jutro.
Gdy przeczesywałem pudła, moje myśli ponownie zaczęły krążyć wokół poranka. Lekko piegowata, cudownie pucołowata twarz ze zgrabnym nosem i przerażonymi bursztynowymi oczami. Zjawisko, które uderzyło we mnie całkowicie niespodziewanie. Kobieta, która przejmowała się kilkoma rysami na moim samochodzie, jakby to był koniec świata. Kogo musiała spotkać na swojej drodze, że tak się wystraszyła? Myślała, że będę się na nią wydzierał… Dobre sobie. Mimo wielu spotkań, rozmów, skupienia na pracy nie mogła mi wyjść z głowy. Pamięć wracała w kółko do tego wydarzenia, jakby umysł domagał się ponownego oglądania tej sceny. Nieznajoma, która zarysowała mi auto, była zdecydowanie pozytywnym akcentem tego dnia. Poczucie ulgi, jakie na nią spłynęło po mojej spokojnej reakcji, sprawiło mi przyjemność. Zastanawiałem się, czy była na pobraniu krwi, czy coś jadła, czy dojechała bezpiecznie do domu… Taki byłem, troskliwy. Nie tylko wobec tak pięknych kobiet jak ona, chociaż musiałem przyznać sam przed sobą, że wyjątkowo mnie zaintrygowała. Czy mi zaimponowała? Tak. Mogła uciec, nic nie mówić. Mimo strachu poczekała na mnie, by wyjaśnić sprawę. W tych czasach trudno o tak uczciwą osobę. Żałowałem, że spieszyłem się na spotkanie, inaczej nalegałbym, żeby ją jednak odwieźć. Byłby to pretekst do dalszej rozmowy. W tamtym momencie nie pomyślałem, by wziąć jej numer telefonu, ale co miałem poradzić, że mnie tak oczarowała i zapomniałem…
Wreszcie znalazłem piżamę i po chwili brałem orzeźwiający prysznic. Po ciężkim dniu najlepszy był zimny, żeby ciało obniżyło temperaturę i przygotowało się do odpoczynku.
– Dobry wieczór, mamo – odebrałem telefon. – Dzwonisz w ostatniej chwili, już zasypiam.
– Och, przepraszam. Nie wiedziałam, że o dwudziestej pierwszej leżysz w łóżku.
– Miałem dziś męczący dzień. W sumie ostatnio same takie dni się trafiają, więc dbam o sen.
– Już niedługo, jak lekarze zaczną przyjmować w gabinetach, będziesz miał pewnie więcej luzu. Cieszę się, synku, że dbasz o zdrowie.
– W końcu to moja branża, muszę świecić przykładem. Jakim prawem miałbym pouczać pacjentów, gdybym sam się nie stosował do własnych zaleceń? – Zaśmiałem się.
– Racja. Chciałam spytać, czy możemy z tatą w końcu do ciebie wpaść. Już prawie trzy tygodnie mieszkasz w tym Sielnie, a dotąd nas nie zaprosiłeś.
– Jeśli mam być szczery, to jeszcze się nie urządziłem.
– Wojtek, przecież nie potrzebujemy z ojcem luksusów – odpowiedziała, a ja parsknąłem śmiechem.
– Mamo, czy ty siebie słyszysz? Luksus to twoje drugie imię. U mnie w mieszkaniu wszędzie stoją kartony. Nie mam nawet kanapy w salonie, żeby was przenocować. Na pewno nie jest to wnętrze w twoim guście.
– To może właśnie dobra okazja, żebym ci pomogła? Chętnie poszukam odpowiednich mebli dla ciebie.
– Obawiam się, że nie ma tutaj sklepów, o jakich myślisz. To nie Warszawa, tylko małe powiatowe miasteczko.
– Wiem! Poszukam czegoś, co by do ciebie pasowało, i podeślę ci zdjęcia. Jak już coś wybierzesz, poproszę swoją asystentkę, żeby to zamówiła i ci wysłała.
– Jeśli sprawi ci to radość, może tak być, ale jeżeli jesteś zajęta, naprawdę nie musisz, poradzę sobie z tym, tyle że nieco później.
– Przyda mi się odrobina relaksu, a sam wiesz, jak lubię urządzać wnętrza.
– W porządku. Coś jeszcze czy mogę iść spać?
Na chwilę zapadła cisza. Nie zwiastowało to niczego dobrego.
– Jest coś jeszcze, chociaż sama nie wiem, czy powinnam ci o tym mówić.
Poczułem ucisk w mostku. Byłem pewny, że…
– Chodzi o Honoratę? – Ledwie przeszło mi przez gardło jej imię.
– Tak. Znów do mnie przyszła, tym razem do domu.
– Czego chciała? – Po moim dobrym nastroju zostało jedynie wspomnienie.
– Tego, co zwykle, pieniędzy.
Jak długo jeszcze ta kobieta będzie się pojawiać w życiu moim i moich bliskich?
– Mam nadzieję, że ją pogoniłaś.
– Naturalnie, że tak. Myślę, że poszło jej w pięty.
– Następnym razem jej nie otwieraj – poradziłem.
Wściekałem się, że nie mogłem tam być.
– Taki miałam zamiar, ale nie odchodziła. Dzwoniła i dzwoniła… Zresztą wiesz, że jest zdolna do wszystkiego.
Tutaj musiałem przyznać mamie rację. Honorata była ostatnio nieprzewidywalna.
A może była taka od zawsze?
– To następnym razem, proszę, wezwij policję, dobrze?
– Wojtek…
– Mamo, obiecaj, że wezwiesz policję, jak ona znowu przyjdzie. Jeśli nie, to będę musiał wrócić do Warszawy, a wolałbym nie. Podoba mi się tu.
Nie wiedzieć czemu, znów przed oczami stanęła mi piegowata blondynka z burzą falowanych włosów.
– Obiecuję – odpowiedziała mama.
Nie brzmiało to przekonująco, ale postanowiłem jej zaufać.
– Zadzwonię do niej i powiem, żeby zostawiła ciebie i tatę w spokoju.
– Wiesz, że nie jestem zła… Po prostu się martwię.
– Załatwię to, masz moje słowo – zapewniłem ją. – A teraz już wybacz, ale chcę iść spać. Dobranoc.
Po zakończeniu rozmowy nie mogłem zasnąć. Honoracie znów udało się zatruć moje myśli. Wierzyłem w to, że gdy wyprowadzę się z Warszawy, to się od niej uwolnię, ale ona chyba nie zamierzała odpuścić.
Sen zmorzył mnie po godzinie i mimo kiepskiego zakończenia dnia śnił mi się jego początek.
Ula
Rano, lekko zestresowana, udałam się po wyniki badań. Postanowiłam się przejść, żeby nie narażać się na ponowne uszkodzenia samochodu i swojego honoru. Bardzo chciałam spotkać mężczyznę z wczoraj i jednocześnie tego nie chciałam. Strasznie dziwne uczucie, którego absolutnie się po sobie nie spodziewałam. Stres połączony z ekscytacją. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak się czułam. Zbliżając się do celu, rozejrzałam się dookoła, ale wśród aut na parkingu nie było znajomego Audi. Weszłam więc do budynku, gdzie przywitała mnie ta sama uprzejma recepcjonistka co poprzedniego dnia.
– Dzień dobry, ja po wyniki badań.
– Poproszę dowód osobisty lub inny dokument potwierdzający tożsamość.
Wyjęłam portfel z torebki, a z niego plastikową kartę z moim zdjęciem.
– Chwileczkę. – Kobieta posłała mi uśmiech.
Klikała coś w komputerze, a ja rozglądałam się wokoło. Skarciłam się w myślach, że podświadomie szukam mężczyzny, któremu zarysowałam samochód.
– Proszę, to pani wyniki. – Z rozmyślań o szarych oczach wyrwał mnie głos recepcjonistki. – Kogoś pani szuka? – zagaiła, a ja się tylko speszyłam.
– Nie, dziękuję bardzo. Do widzenia!
Od razu poszłam do pracy, bo moją pierwszą klientką była Edyta. Miałam zamiar jej pokazać, że z moim zdrowiem nie jest tak źle, jak myślała.
– Widzisz? Morfologia wyszła super! – powiedziałam zadowolona, gdy moja siostra siedziała na fotelu z nałożoną na włosy farbą.
– A ty to wiesz, bo jesteś lekarzem? – spytała. – Zapomniałaś, że wyniki omawia się indywidualnie? Że takie TSH ma inne normy dla młodszej i starszej kobiety? Te widełki, co oni tu zaznaczają, nie są wyznacznikiem. Zresztą zobacz! – Podsunęła mi pod nos następną kartkę. – Twój cukier to dziewięćdziesiąt pięć, insulina dwadzieścia pięć, co oznacza, że insulinooporność nadal ma się dobrze. Spójrz na cholesterol, jest podwyższony, tak samo ALAT i ASPAT.
– Alat i co? – Skrzywiłam się.
– Próby wątrobowe, czy jak to się tam nazywa. Zanim mi tu zaczniesz mydlić oczy, idź do lekarza.
Teraz ja prychnęłam. Łatwo powiedzieć.
– Niby do jakiego? Wiesz, że w naszej przychodni jest ostatnio problem. Odkąd odszedł na emeryturę doktor Janicki, zostali tylko Wasik i ta okropna baba Prądnicka.
– A co jest nie tak z Wasikiem?
– To, że zapisanie się do niego na wizytę graniczy z cudem. Ludzie od szóstej rano czekają w kolejce.
– A u kogo ostatnio byłaś? Kto ci wystawił skierowanie?
– Prądnicka…
– To idź do niej.
– Nie mam najmniejszej ochoty na kolejną wizytę u tej baby! –Na samo wspomnienie ostatniego spotkania przewróciłam oczami. – Jak mam po raz milionowy słuchać, że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać, to dziękuję bardzo.
– Ale czy to coś złego, że tak ci powiedziała?
– Edzia, ja cię proszę. Oczywiście, że to nic złego, ale ja to wiem. Gdyby to było takie łatwe, po tym świecie nie stąpałaby żadna otyła osoba. To bardziej złożony problem…
– Ulka, przecież już schudłaś wiele razy, dasz radę znów! Wierzę w ciebie!
– No właśnie! Schudłam, a później znów przytyłam. Nie wiem, czy mam siłę na kolejną próbę…
– Nie poddawaj się, pomogę ci. Spróbuj ten ostatni raz, proszę. – Siostra, mimo że nie rozumiała mojego problemu, bo nigdy nie miała nawet nadwagi, zawsze mnie wspierała. – Możemy zacząć od spacerów.
– Dziś już byłam. W przychodni, po wyniki. Mówisz, jakbym siedziała w domu i tylko jadła. Uwierz mi, wiem, co robić.
– Dobrze już, spokojnie. To była tylko propozycja. – Edyta znała mnie najlepiej. Nie było sensu drążyć drażliwego tematu. – A mogę chociaż kupić ci mały prezent?
– Wiesz, że nie lubię prezentów. Powiedz, co chcesz kupić, a ja odpowiem, czy tego potrzebuję.
– Ostatnio moja koleżanka z biura zaczęła kręcić takim dziwacznym hula-hop. Ono jest ciasne i ma na sznurku taki ciężarek. Bardzo szybko straciła kilka centymetrów w pasie. Może sobie spróbujesz pokręcić? Włączysz wieczorem jakiś serial i będziesz hulać?
Właściwie czemu nie? Jak byłam dzieckiem, umiałam kręcić hula-hop chyba wszystkimi częściami ciała.
– Okej, spróbuję. Zamów mi, a ja ci oddam pieniądze.
– To umówmy się tak, że ja ci kupię w prezencie, jak zamierzałam, a jeśli ci nie przypasuje, to mi oddasz i wtedy ja pokręcę.
– W porządku. – Przystałam na jej propozycję i zajęłam się zmywaniem farby.
Podczas cięcia zmieniłyśmy temat. O dziwo, nic nie mówiła o tacie. Gdy zaraz po Nowym Roku wylądował w szpitalu, nieźle nas wystraszył. To przez jego zły stan zdrowia Edyta przypomniała sobie o moim skierowaniu na badania i nagle zaczęła mi truć, wręcz zmuszała mnie, bym te badania zrobiła. Wcześniej o nich nie myślałam, bo poszłam do lekarki z chorym gardłem, a dostałam całą litanię zaleceń, bo „zdecydowanie za dużo pani waży”.
– Nie powiedziałaś mi, co z tym lekarzem. Pójdziesz z kimś skonsultować te wyniki? – zaatakowała mnie znów, gdy wkładała płaszcz.
Czyli jednak nie odpuściła, ech.
– Nie wiem. Jak mi się uda dostać do Wasika, to pójdę – odpowiedziałam na odczepnego.
– Będę trzymać kciuki, żeby się udało. Ile płacę?
– Idź już, bo się spóźnisz do pracy.
Nie chciałam od niej pieniędzy, ale i tak zostawiła stówkę na stoliku.
– Weź i nie marudź. Zamówię ci to hula-hop i będę czekać na recenzję.
– Okej. Pa!
Ledwie zamknęły się za nią drzwi, a już weszła następna klientka.
– Dzień dobry, pani Urszulko!
To była pani Maria, która jak zwykle opowie mi w ciągu następnych trzydziestu minut wszystkie newsy i ploteczki z całego osiedla. Nie zdziwiłabym się, gdyby już wiedziała, że wczoraj zarysowałam auto przystojnemu mężczyźnie… A niech to! Moje myśli znów uciekły ku niemu.
– Witam, zapraszam na fotel. – Czas się wziąć do pracy.
Szybkie cięcie i kolejny klient. A później następny i następny. Na koniec przyszedł mój kolega z dzieciństwa, Marcin.
– Cześć! Załapię się na szybkie strzyżenie?
– Oj, Marcin, Marcin. Powinnam ci odmówić, bo co miesiąc to samo. Nie umiesz się zapisać wcześniej jak inni ludzie?
– Nie odmówisz mi, bo już w piaskownicy oczarowałem cię swoim urokiem osobistym. A tak poza tym to masz dobre serce i na pewno byłoby ci żal, jakby Hanka nie zabrała mnie na bal karnawałowy przez nieogarniętą fryzurę.
Spojrzałam na niego rozbawiona.
– Tak ci zagroziła?
– Wyobrażasz to sobie? – Jego dobry humor był zaraźliwy.
– Siadaj. – Wskazałam na fotel i sięgnęłam po pelerynę. – Ale to naprawdę ostatni raz tak bez zapisu. Powinnam już iść do domu.
– Możemy potraktować to jako randkę.
– Twoja żona by mnie zabiła – przekomarzałam się.
– Nie musi się dowiedzieć.
Gdybym go nie znała od lat, pomyślałabym, że to flirt. Cały Marcin, zawsze czarował wszystkich dookoła. Był najpiękniejszym chłopakiem w szkole, uganiała się za nim większość uczennic. Mnie również się podobał, ale byłam na tyle mądra, by odpuścić. Szybko się polubiliśmy, bo już w tej piaskownicy, jednak nigdy nie spojrzał na mnie jak na dziewczynę. Trudno było mu się dziwić. Zawsze pulchna, w dodatku piegowata, wstydliwa względem takich chłopców jak on – to cała ja. Nie byłam z jego kręgów. Być może dlatego właśnie mnie wybrał na swoją dobrą koleżankę i bronił przed innymi chłopakami. Nie wstydził się powiedzieć, że mają mi dać spokój, bo jestem w porządku. Denerwował się, gdy ktoś mnie obrażał. Stał się moim obrońcą, a ja byłam powierniczką jego uczuć. Taka wymiana. Nie musiałam słuchać prześmiewczych komentarzy na swój temat, a w zamian za to pomagałam mu w podrywaniu innych dziewczyn.
– Widzę, że humor ci dopisuje. Tniemy tak, jak zwykle?
– Tak, poproszę.
Wymieniliśmy jeszcze kilka ogólnikowych zdań, zanim wyszedł. Obiecał, że następnym razem się umówi, i zaproponował wspólne wyjście we trójkę, ale chyba jedynie z grzeczności. Nie znałam jego żony, byłam z nią tylko na „cześć” i zawsze dziwnie na mnie patrzyła. Nie wyglądała na osobę, która mogłaby mnie polubić, skąd więc pomysł na spotkanie? Odpowiedziałam na jego propozycję klasycznym „zdzwonimy się”, co oznaczało kulturalną odmowę.
Spacerem wróciłam do domu, żeby przygotować sobie kolację. W głowie zrodziła mi się wizja super zdrowej sałatki, którą najpewniej się nie najem. Niestety lata zaburzeń odżywiania robiły swoje. Wystarczył impuls, by uruchomić znany „program”. Dziś zdenerwowałam się tym, że moje wyniki badań nie były takie, jak myślałam, że będą, i już żołądek ścisnął mi się w supeł. Męczyła mnie ta jedna ciążąca myśl, że MUSZĘ schudnąć. Zatruwała mnie ona od chwili, gdy zobaczyłam ten cholerny wydruk.
Nie pamiętałam, ile miałam lat, kiedy pierwszy raz ktoś mi to powiedział. Już w podstawówce dzieci stały się względem mnie bezlitosne i wyzywały od grubasów. I chociaż dzisiaj, w wieku trzydziestu trzech lat, wiedziałam, że wcale nie byłam wtedy gruba, nie umiałam inaczej o sobie myśleć. Z wiekiem przybywało mi kilogramów. Niezliczone diety, które w swoim życiu przeszłam, doprowadziły moje ciało do takiego stanu, w jakim teraz się znajdowało. Od kilku miesięcy bałam się wejść na wagę. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli na niej stanę, zobaczę to, o czym wolałam nie myśleć. Będę nieszczęśliwa. Do czego to prowadziło? Do pocieszania się jedzeniem. Czy mi to szkodziło? Owszem. Czy umiałam się powstrzymać? Czasem… Dlatego wolałam zjeść sałatkę z kurczakiem gotowanym na parze i iść spać. Może jutro będzie lepszy dzień?
Wojtek
Kolejne dni zleciały w okamgnieniu. Już dziś zatrudnieni przeze mnie lekarze mieli przyjąć pierwszych pacjentów. W końcu mój kilkumiesięczny wysiłek zbierze żniwo. Nareszcie będę mógł chwilę odpocząć.
– Panie dyrektorze! – zawołała za mną moja sekretarka, gdy szedłem korytarzem.
Spiąłem się na myśl, że coś może pójść nie tak. Ten dzień musiał być idealny!
– Tak, pani Moniko?
– Pana mama znów dzwoniła w sprawie tych mebli. Prosiła, żebym panu przypomniała o odpisaniu jej na e-maila.
Ach tak, zapomniałem, że jak moja mama sobie coś umyśli, to koniec. Wiedziała, że byłem zajęty sprawami zawodowymi, a mimo to spamowała mi pocztę zdjęciami wymyślnych sof i kredensów.
– Dziękuję, odezwę się do niej – odpowiedziałem.
Na pewno nie teraz, bo zaraz miałem udzielić krótkiego wywiadu do regionalnego portalu informacyjnego. Byłem nowy w tym miasteczku, dlatego musiałem pokazać się od jak najlepszej strony, żeby ludzie wiedzieli, że mogą mi zaufać. Przechodząc obok okna, znów zerknąłem na parking. Codziennie, od dnia, w którym nieznajoma blondynka zarysowała mi auto, wzrok sam mi tam uciekał. Liczyłem na to, że zobaczę jej Škodę i oczywiście ją samą.
– Pan Biedrzycki? – Niski męski głos wyrwał mnie z zadumy.
Przy recepcji stał mężczyzna z mikrofonem z czerwoną gąbką, a obok niego operator kamery.
– Tak, to ja. Witam. Wojciech Biedrzycki. – Wyciągnąłem na powitanie dłoń kolejno w stronę mężczyzn. – Nie uprzedzał mnie pan, że będziemy też nagrywać obraz! – Odruchowo poprawiłem marynarkę.
– Witam, Szymon Koprowski, Echo Sielna – przedstawił się ten, z którym rozmawiałem przez telefon.
Poznałem jego głos.
– A to myślał pan, że będziemy nagrywać jak w radiu? To już nie te czasy. Zresztą ludzie o panu plotkują, więc dobrze, żeby zobaczyli, o kim mówią.
– Plotkują?
Niby się spodziewałem, że tak właśnie będzie, skoro przybyłem do raczej hermetycznej społeczności, ale jednak czułem się z tym nieswojo. W stolicy nie miałem okazji, by znaleźć się na świeczniku, bo wśród prawie dwóch milionów mieszkańców byłem „jednym z wielu”.
– I to jak! Ale proszę się nie martwić, jak dotąd w samych superlatywach. Naprawdę taki punkt z dostępem do dobrych specjalistów był nam potrzebny. Szpitalna przychodnia ledwo przędzie, kolejki duże, a i tak nie jest w stanie przyjąć wszystkich, bo limity… Zresztą co ja będę panu opowiadał, jak sam pan zna realia NFZ o wiele lepiej niż ja.
Ulżyło mi, że jestem pozytywnie odbierany. Nie zależało mi jakoś szczególnie na zdaniu innych, ale dla dobra pracowników oraz pacjentów lepiej było mieć nieposzlakowaną opinię.
– To dobrze. Mam nadzieję, że pozwolą mi się tu zadomowić.
– Na pewno – odparł z uśmiechem. – To jak, zaczynamy?
– Jasne, pewnie. A gdzie to nagramy? Może w moim biurze?
– Dobry pomysł.
– To w takim razie proszę za mną.
Gdy dotarliśmy do mojego gabinetu, poprosiłem sekretarkę o coś do picia oraz o niełączenie telefonów. Operator rozłożył sprzęt, a ja z Koprowskim usiedliśmy naprzeciwko siebie na fotelach.
– Możemy zaczynać?
– Jasne.
– Dzień dobry! Szymon Koprowski dla państwa! Tak jak obiecałem, udało mi się złapać nowego dyrektora Przychodni „Na Zdrowie”, pana Wojciecha Biedrzyckiego.
– Dzień dobry – przywitałem się.
– Przygotowałem kilka pytań, by mieszkańcy Sielna mogli pana lepiej poznać. Chciałbym zacząć od tego, skąd pomysł na nazwę przychodni.
Trochę mnie zaskoczyło to pytanie, bo niby co ja miałem na nie odpowiedzieć?
– Z dobrego humoru. Jestem pozytywnie nastawiony do życia i lubię mieć dobry humor właśnie, a poza tym chciałem, żeby ludziom ta przychodnia kojarzyła się swojsko. Wie pan, żeby wzbudzała takie pozytywne odczucia.
– Jeden z internautów skojarzył tę nazwę ze wznoszeniem toastów alkoholem – rzucił, a mnie na chwilę zamurowało.
Szybko się zreflektowałem i posłałem mu subtelny uśmiech.
– Każdy może mieć takie skojarzenia, jakie chce. Na pewno nie propaguję nadużywania alkoholu, w końcu sam jestem lekarzem. Chodziło mi raczej o grzecznościowe „na zdrowie”, które mówi się, gdy ktoś kichnie – wytłumaczyłem.
– Co sprawiło, że przyjechał pan na Kujawy z samej stolicy? Z tego, co wyczytałem, ma pan dobre opinie w internecie.
– Nie rozumiem, do czego pan zmierza.
Jego pytania nie należały do komfortowych, całe to spotkanie wzbudzało we mnie mieszane uczucia, jednakże skoro powiedziałem A, musiałem powiedzieć też B.
– Przyjechał pan do nas ze stolicy, to taka trochę degradacja.
Byłem zdumiony jego tokiem myślenia.
– Ja na to tak nie patrzę. Jestem lekarzem, moją misją jest pomaganie ludziom w odzyskaniu zdrowia, gdy je utracą. Czy mieszkańcy Sielna są gorsi od mieszkańców Warszawy? Nie! Są tak samo ważni dla mnie jako lekarza. Nie kategoryzuję ludzi ze względu na miejsce zamieszkania ani inne rzeczy. Pomagam każdemu, kto potrzebuje mojej pomocy.
– Tutaj nie zrobi pan kariery takiej jak w stolicy, zdaje sobie pan z tego sprawę? – Ten cały Szymon pozwalał sobie na coraz więcej. Na początku zrobił na mnie dobre wrażenie, ale ono właśnie prysło niczym bańka mydlana.
– Nie dla wszystkich kariera jest najważniejsza. – Miałem na końcu języka słowa, żeby nie mierzył ludzi własną miarą, ale zdołałem się w niego ugryźć i tego nie dopowiedzieć.
– W takim razie co jest dla pana najważniejsze? Ma pan żonę?
Spojrzałem na niego jak na wariata.
– Proszę wyciąć ten fragment w montażu. Nie życzę sobie pytań o moje życie prywatne. – Musiałem zdusić to w zarodku, stąd stanowczość w moim głosie. Byłem o krok od przerwania tego wywiadu.
Nie skomentował, tylko zadał jeszcze raz pytanie, tym razem bez drugiej części:
– W takim razie co jest dla pana najważniejsze?
– Tak jak wspominałem, pomaganie ludziom.
– To dlaczego postanowił pan otworzyć gabinety, a nie po prostu leczyć?
– A kto powiedział, że nie będę leczyć?
Gościu próbował mi podnieść ciśnienie, jednak nie dawałem się sprowokować. Nie wiedział, że trafił na kogoś, kto jest odporny na takie zagrywki.
– Za odpowiednią opłatą – powiedział to bardziej do siebie niż do mnie.
– Na tym polega praca, za wykonywanie określonych działań dostajemy wynagrodzenie.
– Czyli nie planuje pan przyjmować na NFZ lub pracować w naszym powiatowym szpitalu?
– Na tę chwilę nie planuję, ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Nie wykluczam pracy w szpitalu.
Atmosfera trochę gęstniała. Widziałem po wyrazie twarzy dziennikarza, że nie podoba mu się spokój, z jakim odpowiadałem. Ewidentnie chciał mnie wybić z rytmu.
– Skąd pan miał pieniądze na otwarcie tej przychodni?
Nie mogłem uwierzyć, że o to spytał. Nim zdążyłem odpowiedzieć, dodał:
– Pana rodzice to bardzo majętni ludzie, pan też ma świetny samochód, ubiór i…
– Może jeszcze pokazać panu wyciąg z konta? – odpowiedziałem szczerze rozbawiony.
Koprowski się zmieszał. On naprawdę myślał, że odpowiem poważnie? Chyba że liczył na to, że będę grał w jego grę i wyprowadzi mnie z równowagi.
– Zamiast tego wolałbym…
– Cięcie – rzucił do operatora kamery, nie pozwalając mi dokończyć. Wstał.
– To już wszystko? Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie taki wywiad. Chciałem opowiedzieć o tym, do jakich specjalistów można się zapisać, i…
– A to sobie przeczytają pod wywiadem, wszystko napiszę.
– Dlaczego pan przed kamerą był taki, hmm… agresywny z tymi pytaniami, a teraz znów wydaje się pan całkiem normalnym facetem?
– Taka branża. Dziennikarze tak mają. Dla nas liczy się sensacja, klikalność artykułów.
– Jestem rozczarowany, jeśli mam być szczery.
– To były pytania sformułowane na podstawie tego, co internauci pisali w komentarzach pod postem z zapowiedzią tego wywiadu – powiedział, chcąc się chyba wytłumaczyć.
Moja mina musiała być wymowna, bo po chwili dodał:
– Witamy w Sielnie. Niech się pan przyzwyczaja.
– Proszę o wysłanie mi tego nagrania przed publikacją. Jeszcze się zastanowię, czy wyrażę zgodę na wrzucenie go.
– Skoro pan musi, dobrze. Wyślę panu.
– Dziękuję.
Po chwili się pożegnaliśmy i obaj mężczyźni zniknęli z mojego gabinetu, a ja zostałem z myślą, że praca w tym mieście może się okazać ciekawym doświadczeniem. Przyjechałem, żeby zacząć kolejny rozdział swojego życia, które dotąd było raczej uporządkowane, nie licząc rozwodu, a tu się zapowiadało, że nie będzie tak, jak oczekiwałem… Biorę to w ciemno!
Zaraz po nieszczęsnym wywiadzie ponownie udałem się na recepcję, by osobiście witać pacjentów. Na pierwszy dzień nie było umówionych zbyt wielu, rozumiałem to, że mieszkańcy muszą się sami przekonać do nowego miejsca. Mój personel, który odpowiednio przeszkoliłem, spisywał się świetnie. Pozyskanie pracowników stanowiło chyba najtrudniejszy etap. Znałem lekarzy, którzy polecali mi swoich znajomych, ale z pielęgniarkami było gorzej. Wiele z nich pracowało w kilku miejscach, miały napięty grafik, więc dogadanie się długo trwało. To właśnie przez to zaczynaliśmy w połowie stycznia, a nie od początku. Miałem tę przewagę, że mogłem zaoferować konkurencyjną umowę na naprawdę dobrych warunkach, co przyciągnęło do mnie odpowiednie osoby. Ostatecznie udało mi się zatrudnić specjalistów z różnych dziedzin, z którymi w dodatku znalazłem wspólny język, co uważałem za spory sukces.
Na koniec dnia zdołałem namówić Grzegorza, swojego dawnego przyjaciela ze studiów, na herbatę. To przez niego trafiłem właśnie tutaj. On mnie przekonał, że w tym miejscu brakuje gabinetów lekarskich i że można tu spokojnie żyć. Pracował w tutejszym szpitalu powiatowym, więc niejako pomógł mi ściągnąć pacjentów. Ludzie go cenili i mieli do niego zaufanie. Ja zresztą również.
– Powiedz mi, jak wrażenia po pierwszym dniu.
– Wszystko było w porządku. Weź już się tak nie stresuj, Wojtek. Pacjenci wyszli zadowoleni.
– Łatwo powiedzieć. Wiele energii mnie kosztowało, by ten dzień nastąpił. Mieszkam tutaj już kilka tygodni, a nawet nie miałem kiedy się rozpakować. Jeszcze ten wywiad…
– Jaki wywiad? – Grzegorz upił łyk herbaty i z zaciekawieniem się we mnie wpatrywał.
– Był tutaj dziennikarz z lokalnych mediów. Zadawał mi takie pytania, że nie wiem, co o tym sądzić i czy w ogóle wyrażę zgodę na publikację.
– Koprowski już cię złapał w swoje sidła?
– Tak.
– Niewesoło. – Przyjaciel pokręcił głową.
Jego reakcja mnie zmartwiła.
– Dobrze ci radzę, żebyś z nim nie zadzierał.
– Co masz na myśli?
– To wyjątkowo wredna szuja. Jak nie pozwolisz, by ten wywiad ujrzał światło dzienne, sam napisze artykuł i, po pierwsze, wytknie ci brak autoryzacji, po drugie, uzna, że skoro nie chciałeś opublikować, to na pewno kłamałeś lub masz coś do ukrycia. Niestety to jest małe miasteczko, ludzie wierzą w każde jego słowo. Opisuje wszystko i wszystkich. Jest źródłem wszelkich informacji.
Cholera jasna! To się wpakowałem. Nie spodobała mi się ta wiadomość.
– Czyli mam się zgodzić na puszczenie tego wywiadu do internetu?
– A o co cię pytał?
Streściłem mu mniej więcej przebieg naszej rozmowy. Grzegorz nie wyglądał na zaskoczonego.
– Nie było tak źle, uwierz mi. Nie możesz się dziwić, że ludzie chcą się o tobie jak najwięcej dowiedzieć. Jesteś sensacją w tym miasteczku.
– Każdy nowo przybyły tak ma?
– Nie aż tak jak ty.
– To dlaczego na mnie trafiło?
– Przez kasę i szanowany zawód. Wojtek, nie martw się. Kto jak kto, ale ty jesteś porządnym facetem, nie masz nic na sumieniu. Bądź sobą, to wystarczy.
– Uważaj, bo się zawstydzę – zażartowałem. – A tak poważnie to dziękuję. Nie jest łatwo się odnaleźć w kompletnie nowym miejscu. Poznaję ludzi, ale to nie to samo, co mieć bliskich przy sobie.
– Z czasem wkupisz się w łaski mieszkańców i już nie będziesz „tym nowym”, tylko częścią społeczności. I pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
– Dzięki, stary.
Rozmowa z przyjacielem bardzo mi pomogła. Wprawdzie z Grzegorzem nie widzieliśmy się przez kilka lat, nie licząc przypadkowych spotkań na konferencjach czy sympozjach, ale czuliśmy się tak, jakbyśmy jeszcze wczoraj razem zakuwali na egzamin z anatomii u Lewandowskiej.
– A byłeś już na lodowisku? – spytał, stojąc w drzwiach.
– A jest tu lodowisko? – Podekscytowałem się.
– Jest, całkiem niezłe. To może skoczymy poszaleć? Dobrze ci zrobi taka odskocznia.
Mój przyjaciel doskonale wiedział, że mnie na to skusi. W końcu ja nauczyłem go jeździć na łyżwach.
– Łyżew nigdy nie odmówię! Kiedy ci pasuje? – Byłem w stanie się dostosować. Teraz zapowiadało się, że w pracy będzie nieco spokojniej, więc liczyłem na więcej wolnych popołudni czy wieczorów.
– Jutro mam dyżur, to może w środę?
– O osiemnastej?
– Dobrze, pasuje mi.
– To jesteśmy umówieni!
Po powrocie do domu poczułem wreszcie motywację, żeby przejrzeć te nieszczęsne kartony. Miałem misję specjalną – znaleźć swoje łyżwy!
Ula
W wolny poniedziałek poszłam odwiedzić tatę. Nadal był słaby i wiedziałam od siostry, że średnio sobie radzi po ostatnim pobycie w szpitalu. Strasznie się o niego bałam, bo mieszkał sam. Nie chciał nawet słyszeć o tym, żeby któraś z nas, ja czy Edzia, wprowadziła się do niego na jakiś czas.
– Macie swoje życie, a ja świetnie sobie daję radę.
– Gdybym cię posłuchała i nie wezwała wtedy karetki, nie wiadomo, co by z tobą było.
– Miałem tylko stan przedzawałowy, a nie zawał.
– Przeraża mnie to, jak bagatelizujesz swoje problemy zdrowotne. – Denerwowała mnie jego ignorancja. Dobrze, że tamtego feralnego dnia wpadłam założyć mu profil zaufany, bo inaczej byłby sam podczas ataku i wtedy na pewno nie zadzwoniłby po pomoc.
– Przyganiał kocioł garnkowi. Sama też o siebie nie dbasz.
O nie, znowu się zaczyna…
– Przecież poszłam na te badania krwi, więc nie rozumiem, do czego pijesz.
– Ale w końcu nie byłaś u lekarza, żeby omówić wyniki. Wszystko wiem od Edyty.
Zirytowałam się, że siostra rozmawia o mnie z ojcem za moimi plecami. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że z Edzią też mówimy o zdrowiu taty, więc nie powinnam się dziwić. Tak to bywa w najbliższej rodzinie.
– Pójdę. Teraz mam nawał pracy, jest karnawał, są studniówki, więc sporo czeszę. – Starałam się znaleźć usprawiedliwienie dla faktu, że od tygodnia nie zrobiłam nic w tej sprawie.
– Całe życie ci mówię, że powinnaś schudnąć. Gdybyś była szczupła, to miałabyś dobre wyniki – zaczął swoją starą śpiewkę, a ja aż się spięłam.
Nie miałam najmniejszej ochoty na jego wywody odnośnie do mojego wyglądu.
– Ty jesteś szczupły całe życie i co? Wcale zdrowy nie jesteś.
– Ale ja palę papierosy – przyznał.
– Rzuć fajki, to ja schudnę. – To było moje zdanie obronne. Kilka lat temu je wymyśliłam i zawsze gdy rozmowa z ojcem schodziła na temat moich nadprogramowych kilogramów, wypowiadałam je niczym zaklęcie. Tata od razu przestawał się mnie czepiać.
– No już, dobrze. Co się tak najeżasz, zawsze cięta jesteś, jak tylko coś ci powiem.
Może to dlatego, że całe życie mnie pouczasz i krytykujesz?
– Dziękuję za troskę, tato, ale już jestem dorosła. Umiem o siebie zadbać, naprawdę. Ty wolisz sam zajmować się własnymi sprawami, ja również. Pozwól mi żyć swoim życiem.
– Jak sobie chcesz. Tylko potem nie przychodź z płaczem.
Jakbym kiedykolwiek przyszła…
Mój tata nie był typem ojca, który dawałby mi poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. Od zawsze wycofany, nie interesował się moim czy Edzi życiem, ale gdy przyszło co do czego, miał milion złotych rad, po których usłyszeniu człowiek nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Żałowałam, że nie byłam jego księżniczką. Nigdy mi nie powiedział, że jestem najpiękniejsza na świecie. Gdy zmarła mama, nasza relacja tylko się pogorszyła. Kochałam tatę z całego serca, ale czasem jak o tym myślałam i to analizowałam, było mi po ludzku przykro, że nie miałam w nim wsparcia. Wchodząca w dorosłe życie dziewczyna, której mama umiera przez tętniaka aorty z dnia na dzień, bez żadnego pożegnania czy przygotowania, potrzebuje poczucia, że jest otoczona opieką. A tata uciekał w pracę i gdyby nie Edyta, nie wiem, co by ze mną było. To jej zawsze mogłam się wypłakać w rękaw, a przy tacie przywdziewałam pancerz obronny, udając, że u mnie cudownie. Nawet wtedy, po tej całej sytuacji z Maciejem…
Posiedziałam u ojca jeszcze z pół godziny i widząc, że nie chce dać sobie pomóc, wróciłam do domu.
– Przeklęty kurier… – mruknęłam pod nosem, gdy zobaczyłam na wycieraczce paczkę.
Takie sytuacje zdarzały się notorycznie i z każdym kolejnym razem wkurzały mnie coraz bardziej. Próbowałam złapać tego gnojka na gorącym uczynku, ale zawsze mi umykał albo przychodził, jak mnie nie było. Co z tego, że mieszkałam na czwartym piętrze, sąsiedzi z naprzeciwka mogli mi buchnąć paczkę. Zresztą nigdy nie wiadomo, kto tu się kręcił i jakie miał pomysły. W domu rozpakowałam karton i okazało się, że to hula-hop od Edzi.
Podekscytowana szybko je złożyłam, chcąc od razu przetestować to cudo. Z początku nie szło mi najlepiej, ale wreszcie odkryłam odpowiednią technikę. Zaczęłam hulać. Specyficzne uczucie, gdy obręcz przylega do brzucha, a ten ciężarek kręci się wokół. Nawet mi się spodobało. Kręciłam i kręciłam, aż zleciało pół godziny. Jedynym minusem był natłok myśli, który nie dawał mi się zrelaksować. Postanowiłam następnym razem koniecznie włączyć audiobooka, żeby skupić się na książce. Edyta co rusz podrzucała mi nowe tytuły romansów, więc korzystałam i słuchałam w wolnym czasie.
Ula: Dzięki, siostra, świetne to hula-hop. Już się w to wkręciłam! :P
Edzia: Cieszę się. Wpadnę do ciebie spróbować!
Ula: Trochę się boję, że ten ciężarek odpadnie :D
Edzia: To nie kręć przy telewizorze
Zaśmiałam się pod nosem, wyobrażając sobie, jak ciężarek odrywa się od obręczy i rozbija mój telewizor.
Budzik na szafce nocnej się rozdzwonił, a ja z niechęcią go wyłączyłam. Nie dość, że nienawidziłam wstawać rano, to jeszcze dziś był TEN dzień. I nie chodziło wcale o miesiączkę, ale o zlot czarownic. Tak nazywałam dzień, na który raz w miesiącu umawiałam najmniej lubiane przeze mnie klientki. Te, który były wampirami energetycznymi. Te, które od momentu przekroczenia progu mojego salonu wzbudzały we mnie chęć wybiegnięcia z niego. Ich donośne głosy drażniły moje uszy i sprawiały, że przebodźcowywałam się w mgnieniu oka. Chciałam mieć je z głowy, przemęczyć się osiem godzin, żeby do końca miesiąca cieszyć się spokojem. Moja siostra, gdy się o tym dowiedziała, nie dowierzała, że jestem zdolna do czegoś takiego.
– Na pewno nie jest tak źle, myślę, że przesadzasz – skomentowała wtedy.
– Tak? To przyjdź kiedyś posłuchać ich przez dziesięć minut. Gwarantuję ci, że uciekniesz z bólem głowy.
– Nie wierzę.
– Najgorsze są te na dziewiątą, matka z dorosłą córką. Najlepsze przyjaciółki, które mają głosy zachrypnięte od papierosów i nigdy się nie zamykają. Rozmawiają właściwie bardziej ze sobą niż ze mną, obgadując przy tym wszystkich, których znają. Mówię ci, migrena murowana.
– Będę punktualnie!
Gdy przyszła, szybko zrozumiała, o co mi chodziło. Wytrzymała kwadrans i tyle ją widziałam. Od tamtej pory nie komentowała mojej decyzji.
Dziś dopisałam jeszcze nową klientkę, bo nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Tak na wszelki wypadek, gdyby okazała się taką, która będzie zapisywana na TEN dzień. Jako fryzjerka osiedlowa miałam ten komfort, że od lat odwiedzali mnie ci sami klienci. Wiedziałam, o czym z nimi rozmawiać, co się u nich dzieje, jakie mają poglądy polityczne, jakich tematów unikać oraz kto w ogóle nie lubi pogawędek. Dlatego wizyta każdej nowej osoby była dla mnie stresująca – a gdy się denerwowałam, niekiedy plotłam trzy po trzy, czasem bez zastanowienia. W końcu, po wyczerpujących godzinach z męczącymi klientkami, przyszedł czas na panią Sylwię.
– Dzień dobry. – Jej ciepły głos był cudowną odmianą po jazgocie poprzedniczek.
– Witam, pani Sylwio. Jestem Urszula Wójcik, bardzo mi miło.
– Mnie również. Muszę przyznać, że ma pani bardzo dobrą opinię na mieście – zaczęła od komplementu, więc poczułam nadzieję na w miarę przyjemną godzinę.
– Dziękuję, bardzo mnie to cieszy – odpowiedziałam jak zwykle nieco zakłopotana. Nigdy nie potrafiłam przyjmować pozytywnych komentarzy.
– Jestem tutaj nowa, więc przeprowadziłam miniśledztwo wśród współpracowniczek – mówiła dalej, ściągając piękny płaszcz w bordową pepitkę.
– To może najpierw ustalimy, co zrobimy z włosami, a później możemy kontynuować rozmowę. – Posłałam jej serdeczny uśmiech.
Już wiedziałam, że nie będzie z nią trudno. Biła od niej pozytywna energia, którą ceniłam w ludziach.
– Chciałabym na pewno nieco skrócić włosy i nałożyć farbę. Przez tę przeprowadzkę wyszły mi kolejne siwe włosy.
– Jasne. Już przynoszę paletę.
Po chwili stałam przed nią z próbkami kolorów i doradzałam, który według mnie wyglądałby najlepiej.
– Zdaję się na panią. Skoro wszyscy tak panią chwalą, to też pani ufam.
– Bardzo miło mi to słyszeć, zawstydza mnie pani tymi pochwałami.
– Przekazuję tylko dalej to, co sama słyszałam.
– Mimo wszystko wolałabym, żeby pani się określiła, bo ostatnie, czego bym chciała, to żeby się pani zawiodła na pierwszej wizycie. Czy ma to być kolor zbliżony do aktualnego?
– Nie, chciałabym brąz, ale z odcieniami burgundu.
– Dobrze, czy może być taki?
Jeszcze przez chwilę ustalałyśmy szczegóły i zabrałam się do pracy.
– A co pani słyszała na mój temat? – Ciekawość zwyciężyła. Chciałam wiedzieć. Ba! Musiałam wiedzieć, co jej o mnie powiedziano.
– A możemy przejść na ty? Sylwia jestem. – Wyciągnęła do mnie dłoń.
Ochoczo ją uścisnęłam, bo swobodniej było mówić sobie po imieniu, zwłaszcza że nowa klientka wydawała się na oko moją rówieśniczką.
– Ula.
– Piękne imię! – rzuciła kolejny komplement. Nie lubiłam ich i nie byłam do nich przyzwyczajona, ale z jej ust brzmiały szczerze.
– Ja go nie cierpię.
– Dlaczego?
– Bo w szkole wołali na mnie „brzydula”. Jak z tego serialu. – To niesamowite, że bez oporów powiedziałam o tym dopiero co poznanej osobie. To było moje piętno, którego strasznie się wstydziłam.
– Naprawdę?! Chyba nigdy nie widzieli prawdziwej brzyduli.
Znów się zawstydziłam. Czułam, że się rumienię.
– Moja mama była polonistką i uwielbiała Treny Jana Kochanowskiego, stąd ta Urszulka. – Przewróciłam oczami, bo to wytłumaczenie zawsze uważałam za żenujące.
– Och, jakie to urocze! – Nowa klientka miała, jak widać, inne zdanie.
– To powiesz mi, Sylwio, co słyszałaś o moim salonie?
– Koleżanki mówiły, że zawsze słuchasz, czego klient chce, i robisz według jego wizji, a nie swojej. Ale potrafisz doradzić i argumentować, dlaczego nie polecasz danego koloru czy zabiegu. I że masz przystępne ceny.
Moje serce rozpierała duma. To naprawdę wspaniałe, że tak o mnie mówili. Taką fryzjerką chciałam być i wyglądało na to, że mi się udało.
– Czyli prośba, żebym sama wybrała dla ciebie kolor, była egzaminem?
– Trochę tak, a trochę nie. Masz w sobie coś, co mnie przekonuje. Po prostu czuję, że wiesz, co robisz.
– To najmilsza rzecz, jaką usłyszałam od dawna – przyznałam szczerze.
– Zresztą sam fakt, że nie można się do ciebie dostać od ręki, tylko czeka się do dwóch tygodni, o czymś świadczy.
– Mam stałych klientów, więc cykl trwa. To prawda, niełatwo się wbić w mój grafik bez umówienia wizyty. A gdzie pracujesz, jeśli mogę spytać? Wiesz, jestem ciekawa, kto tak miło o mnie mówi. – Uśmiech nie schodził mi z twarzy.
– Żadna tajemnica, jestem pielęgniarką w tym niedawno otwartym ambulatorium przy gabinetach lekarskich.
– O! Byłam tam ostatnio na pobraniu, ale cię nie spotkałam.
– Nie zawsze pobieram krew. Mam też inne obowiązki, więc może akurat zajmowałam się czymś innym.
– Być może. Czyli przeprowadziłaś się do naszego miasteczka?
– Z początku chciałam dojeżdżać z Bydgoszczy, ale później się okazało, że bardziej mi się kalkuluje wynająć mieszkanie tutaj. Tak że oto jestem!
Podczas naszej rozmowy nie mogłam przestać się uśmiechać. Dawno nie nakładałam farby na włosy z taką radością.
– I jak ci się podoba w Sielnie?
– Na razie próbuję się zadomowić. Całkiem tutaj ładnie. Jezioro, urokliwy rynek, stary klasztor. Czysto i spokojnie.
– Też kiedyś mieszkałam w większym mieście, jednak po studiach chętnie wróciłam na stare śmieci.
– A gdzie studiowałaś?
– W Poznaniu. – Niepotrzebnie poruszyłam ten temat, bo mój dobry humor zaczął uchodzić niczym powietrze z balonu. – A powiedz mi, te gabinety lekarskie to są prywatne? Bo ostatnio miałam dużo na głowie i jakoś nie jestem zorientowana.
Pani Wandzia coś wspominała, ale byłam zbyt przejęta otarciem czołgu przystojniaka, więc słuchałam jednym uchem.
– Tak, prywatne. Niestety nasza ochrona zdrowia kuleje, niełatwo byłoby otworzyć na NFZ.
– To smutna prawda. Szkoda, bo myślałam, że będzie tam lekarz pierwszego kontaktu.
– A to w przychodni publicznej nie ma dobrego?
– Jest jeden, ale do niego bardzo trudno się dostać. Zbyt wielu chętnych.
– Powiedz, czego potrzebujesz, to może będę w stanie ci doradzić specjalistę u nas.
– Gdybym to ja wiedziała, czego potrzebuję. – Zaśmiałam się. Chwilę się wahałam, czy mogę jej zaufać, ale właściwie co mi szkodziło? – Mam słabe wyniki jakichś prób wątrobowych czy coś takiego. I od roku zdiagnozowaną insulinooporność, z którą nadal nie wiem, co zrobić, a na dokładkę zespół policystycznych jajników. Jeszcze kilka rzeczy wyszło mi chyba nie tak, ale ja to się nie znam, więc wolałabym to skonsultować z lekarzem.
– Wiesz co, najlepiej byłoby zrobić USG brzucha od razu. Nasz dyrektor to świetny lekarz od chorób wewnętrznych, między sobą mówimy na niego „doktor House”. – Zachichotała cicho. – I nie dość, że jest naprawdę genialny, to jeszcze zrobi ci USG w ramach wizyty. Świetne rozwiązanie, bo płacisz raz i masz już badanie w cenie. A nie tak jak inni, że idziesz na wizytę i płacisz, później każą iść na USG i znów płacisz, a potem trzeci raz, gdy wracasz z wynikami.
– Brzmi sensownie. I zaintrygowałaś mnie tym „doktorem House’em”. – Udzielił mi się jej chichot.
– Zadzwoń jutro i poproś mnie do telefonu, to cię zapiszę.
– Naprawdę? Dzięki wielkie, może mnie to w końcu zmotywuje do kolejnego kroku.
– Zdrowie najważniejsze, pamiętaj. Gwarantuję ci, że będziesz zadowolona.
Nim się obejrzałam, zmyłam Sylwii farbę, sprawnie podcięłam końcówki i już żegnałyśmy się niczym dobre znajome. Ta wizyta była tak odświeżająca. Nie wiedziałam, jak ona to zrobiła, ale miałam wrażenie, jakbyśmy znały się od zawsze.
Nazajutrz zadzwoniłam i tak, jak obiecała, zapisała mnie do tego „geniusza” na wtorek na osiemnastą.
Wojtek
W pierwszym tygodniu po otwarciu gabinetów miałem całe mnóstwo papierkowej roboty. Kiedy już myślałem, że wszystko dopiąłem na ostatni guzik, wychodziło, że jednak nie. Ciągle pojawiały się nowe kryzysy do zażegnania, dlatego decyzja o przyjęciu pierwszych pacjentów dopiero w drugim tygodniu działalności okazała się strzałem w dziesiątkę. Wieczorami chodziłem na lodowisko z Grzegorzem, bo łyżwy pozwalały mi zresetować mózg i przestać myśleć o pracy. Za sukces uważałem też częściowe rozpakowanie kartonów i wybranie paru mebli, o które mama codziennie dopytywała. Dzięki temu dziś, w pierwszy wtorek z pacjentami, moja głowa była otwarta na ich dolegliwości, wątpliwości i problemy. Jestem zwarty i gotowy, by poznać mieszkańców Sielna!
– Dzień dobry! – przywitałem się wesoło w recepcji. – To ilu pacjentów dziś na mnie czeka? – zagaiłem, bo trochę nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Dziesięcioro i jedenasty prosił o wiadomość, czy pan go przyjmie dziś, czy dopiero w przyszłym tygodniu.
– Jak to dziesięcioro? – Zmarszczyłem brwi. – Wczoraj było sześcioro. Nie to, żebym narzekał, tylko kiedy oni zadzwonili? –Wychodziłem ostatni z przychodni, więc nie rozumiałem tego fenomenu.
– Przyszli tu dziś, niektórzy nawet o szóstej. Nie wiem, dlaczego o tak nieludzkiej porze. Restaurację otwieramy przecież o siódmej.
– Powiedz temu jedenastemu, że go przyjmę. Wpisz go na czas mojej przerwy obiadowej – postanowiłem, bo skoro ludzie byli gotowi czekać na zapis od szóstej rano, musieli mieć ku temu ważne powody.
– Dobrze, ucieszy się. Zaraz uzupełnię kartę i doniosę panu później.
– Świetnie.
Ruszyłem do gabinetu numer dwa, zadowolony, że już pierwszego dnia mojej pracy lekarskiej zapisał się jeden nadprogramowy pacjent. Przy dużym zainteresowaniu zamierzałem przyjmować nawet codziennie, dopóki nie podejmę decyzji o pracy w szpitalu. Wtedy byłoby trudniej.
Mimowolnie stresowałem się przed pierwszym pacjentem. Zamiast kawy zaparzyłem sobie herbatę, żeby dodatkowo nie drażnić żołądka. Gdy starszy mężczyzna przekroczył próg, stres zaczął opadać. Miałem świadomość, że urodziłem się po to, by być lekarzem, i na pewno dam z siebie wszystko, by pomóc każdemu, kto tu dziś przyjdzie.
– Witam, panie Kaźmierski! Wojciech Biedrzycki, miło mi. Co pana do mnie sprowadza? – zacząłem standardowo.
Rozpoczynałem tak każdą pierwszą wizytę – pełnym ciepła przywitaniem. Zależało mi, żeby moi podopieczni od razu wiedzieli, że mogą mi zaufać, że jestem tutaj dla nich.
Pacjenci pojawiali się jeden po drugim, każdemu poświęcałem tyle samo uwagi i skupienia, co owocowało tym, że opuszczali mój gabinet z uśmiechem. Czułem ogromną satysfakcję. Niestety, tak jak się spodziewałem, przez dodatkowego pacjenta miałem lekkie opóźnienie i nie poszedłem na przerwę. Mój żołądek zaczął się domagać pożywienia, a dłonie lekko drżały. Pilnowałem regularności spożywania posiłków, więc gdy godzina lunchu minęła, trudniej było mi się skupić. Została mi wprawdzie tylko ostatnia pacjentka, ale czułem, że nie dam rady zebrać myśli, jeśli czegoś nie zjem. Miałem pięć minut, więc szybko umyłem ręce i dosłownie wgryzłem się w kanapkę, którą przygotowałem sobie rano. Niestety w tym momencie otworzyły się drzwi.
– Dzień dobry – usłyszałem głos, który już znałem, ale dopiero gdy zobaczyłem znajomą, lekko piegowatą buzię, dotarło do mnie skąd. Z wrażenia źle przełknąłem i kawałek chleba utknął mi w gardle.
Kobieta była chyba tak samo zaskoczona, bo otwierała i zamykała usta, ale nic nie mówiła.
Odkaszlnąłem mocno, zasłaniając się dłonią. Psiakrew, dlaczego akurat ona musiała tutaj teraz wejść?
– Przepraszam, nie wiedziałam, że pan doktor je. Ja… Ja… Ja wyjdę – odezwała się wreszcie i nie czekając na moją odpowiedź, opuściła gabinet.
Obawiałem się, że ucieknie, bo miała minę, jakby pomyślała coś w stylu: „Co ja tutaj robię?!” lub „O nie, to znowu on!”. Szybko schowałem połowę kanapki, umyłem ręce i gdy miałem wyjść, by ją zaprosić, drzwi ponownie się otworzyły. Wpadliśmy na siebie, na szczęście nie z impetem, ale delikatnie. Za kobietą stała pielęgniarka Sylwia.
– Panie doktorze, przyprowadziłam ostatnią pacjentkę. To pani Urszula – przedstawiła ją, a kobieta się zarumieniła i uciekła wzrokiem.
Była tak uroczo zakłopotana, że od razu przepadłem. Wiedziałem już, że sporo będzie mnie kosztować skupienie się na swojej pracy, a nie na tej okrąglutkiej ślicznej buzi.
– Zapraszam, pani Urszulo. – Cofnąłem się, żeby mogła swobodnie wejść do środka.
– Dziękuję. – Jej głos był cichy.
Obszedłem biurko i usiadłem na swoim fotelu, podczas gdy ona zajęła miejsce na krześle naprzeciwko. Nie wiedziałem, od czego zacząć, ona zaś chyba czekała na mój ruch. Ciszę w gabinecie zakłócało jedynie tykanie zegara na ścianie. Napięcie, jakie między nami zawisło, było wręcz namacalne. Zaśmiałem się w duchu, że to musiało się tak skończyć. Myślałem o niej dużo, więc w końcu ją do siebie przyciągnąłem.
– A więc, pani Urszulo, co panią do mnie sprowadza? – spytałem, by przerwać milczenie.
Kobieta przełknęła ślinę i wyciągnęła z torebki jakieś kartki.
– Chciałabym skonsultować z panem wyniki badań krwi, które zrobiłam.
Chwyciłem wydruk i zacząłem przeglądać parametry. Insulina zbyt wysoka, ale to teraz niemalże norma, zbyt dużo przetworzonego jedzenia i zbyt dużo stresu na dokładkę. Cholesterol lekko podwyższony, to też nic strasznego. Najbardziej zmartwiły mnie wyniki ALAT-u i ASPAT-u.
– Czy choruje pani przewlekle?
