Zakochanych Świąt - Abby Jimenez - ebook

Zakochanych Świąt ebook

Abby Jimenez

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Abby Jimenez w najbardziej świątecznym wydaniu: zabawna, romantyczna i rozczulająca. Bo czasem najlepszy prezent czeka tam, gdzie najmniej się go spodziewamy.

Anna była przekonana, że jedyną katastrofą podczas tegorocznej kolacji będzie przypalone danie, dopóki w drzwiach nie stanął jej były chłopak ze szkoły. Aby uniknąć dociekliwych pytań rodziny i uratować wieczór, oboje postanawiają udawać idealną parę.

Matty nie ma najmniejszej ochoty spędzić całego dnia w restauracji w stroju zombi-Mikołaja (co jest opłakaną konsekwencją przegranego zakładu). Jednak pewna urocza oraz dowcipna kelnerka może sprawić, że szybko zmieni zdanie.

Lauren próbuje za wszelką cenę wybić przyjaciółce z głowy pomysł ślubu po zaledwie trzydniowej znajomości. Czy zdoła zachować rozsądek w słynącym ze swojej bajkowej magii miasteczku Little Christmas, gdy na jej drodze stanie czarujący drużba?

Trzy historie, trzy nieoczekiwane spotkania i trzy miłości, które przypominają, że najpiękniejsze rzeczy przychodzą do nas zupełnie nieplanowane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 258

Data ważności licencji: 7/7/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: A Married Little Christmas

Projekt okładki i barwionych brzegów: Karolina Żelazińska-Sobiech

Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz, CHAT BLANC

Redaktor inicjujący: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktor prowadzący: Magdalena Zabrocka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Monika Simińska, Renata Kuk

Ilustracje: Maya Jimenez

Copyright © 2026 by Abby Jimenez

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-287-4271-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

– fragment –

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Dedykacja

Dla wszystkich, dla których święta są trochę zbyt głośne, zbyt tłoczne i zbyt długie. Niech te opowiadania przyniosą Wam trochę spokoju, śmiechu i wytchnienia.

Do zobaczenia na schodach, razem z psem.

Od autorki

Ten zbiór opowiadań, które – mam nadzieję – sprawią wam przyjemność, zrodził się z pomysłu na trzecie z nich – ponieważ wiem, jak bardzo nie lubicie spojlerów, nie będę się tutaj wdawać w szczegóły, ale punkt wyjścia był taki zabawny, że nie mogłam się oprzeć i musiałam zacząć pisać.

Skonsultowałam ten pomysł z moją wydawczynią, z myślą, że być może powstanie z tego cała powieść, po dłuższym zastanowieniu ostatecznie uznałam jednak, że to materiał na opowiadanie. Kiedy skończyłam pracować nad The Night We Met1, miałam trochę czasu, więc zabrałam się do pisania. Robiłam to właściwie dla przyjemności – nie miałam jeszcze umowy, nie wiedziałam, czy w ogóle dokończę ten projekt ani czy kiedykolwiek zostanie wydany. Traktowałam to jako ćwiczenie z kreatywnego pisania, inspirujące wyzwanie dla mojego umysłu. Siedziałam w garażu na tylnym siedzeniu swojego kabrioletu Dodge Dart z 1966 roku i pisałam. Uwielbiałam spędzać czas w moim samochodzie, traktować go jak prowizoryczny gabinet do pracy, no i zajmować się czymś, co dawało mi radość.

Kiedy skończyłam, byłam zakochana.

Przyszły mi do głowy dwie kolejne uroczo-zabawne sceny spotkania par bohaterów i postanowiłam je także rozwinąć w opowiadania. Nagle powstał cały zbiorek.

Ponieważ uwielbiam gotować i zdobywam nagrody cukiernicze (jestem właścicielką cukierni Nadia Cakes, a w roku 2011 wygrałam program Cupcake Wars), zdecydowałam się udostępnić kilka swoich ulubionych przepisów, z których możecie skorzystać w okresie świątecznym.

Od początku wiedziałam, że chcę odejść od typowych dla moich książek głębszych tematów i utrzymać te opowiadania w zabawnym i lekkim tonie. Uznałam, że w Boże Narodzenie nikt nie chciałby płakać. Na zewnątrz jest zimno i ciemno, a wy musicie się spotykać z rodziną dwukrotnie w ciągu czterech tygodni – co samo w sobie jest już wystarczającym wyzwaniem, lol. Co nie zmienia faktu, że zdarzają się wzmianki o rzeczywistych problemach, które nie dotyczą bezpośrednio głównych bohaterów, ale mogą zepsuć nastrój czytelnikom wrażliwym na tego typu sprawy, dlatego też poniżej zamieszczam krótką listę ostrzeżeń co do treści. Jeśli uważacie tego typu ostrzeżenia za spojlery, możecie śmiało pominąć poniższy fragment i od razu zanurzyć się w Pogodę na sweter.

Ostrzeżenia dotyczące treści

Pogoda na sweter: wzmianka o raku piersi i pełnym wyzdrowieniu postaci drugoplanowej.

Odzyskać Gwiazdkę: skradziona kotka (nic jej nie jest).

Zakochanych Świąt: utrata małżonka, wzmianka o postaci, która zmarła na mukowiscydozę.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Pogoda na sweter

1

Anna

– Zamówiłaś jedzenie z dostawą do domu – powtórzyła ze śmiertelną powagą moja najlepsza przyjaciółka. – W trakcie świątecznej rodzinnej kolacji.

Wyjrzałam zza rogu, żeby się upewnić, że na korytarzu nikogo nie ma.

– Celine, nie zamierzam jeść niczego, co ona przygotuje – wyszeptałam do telefonu.

Wszyscy rozmawiali głośno w maleńkiej staroświeckiej kuchni w drugiej części domu, gdzie moja starsza siostra Jody niewątpliwie podtruwała kolejne danie.

Osunęłam się po ścianie, żeby usiąść pod oprawionym w złotą ramkę zdjęciem zrobionym jakieś dwanaście lat temu, przedstawiającym mojego brata z Grinchem na świątecznym jarmarku. Brat wrzeszczał wniebogłosy. Jodie uwielbia tę fotkę.

– Przykro mi – szepnęłam. – Kocham swoją siostrę, ale nie mogę sobie pozwolić na zatrucie pokarmowe tuż przed Bożym Narodzeniem.

– Jest aż tak źle?

– Dwa razy włączał się alarm przeciwpożarowy. Widziałam, jak Jody kroi sałatę tym samym nożem, którego używała do surowego boczku, i jestem prawie pewna, że przez ostatnie dwa dni rozmrażała indyka na kuchennym blacie. A jak próbuję jej zwrócić uwagę, od razu się wścieka.

Celine wciągnęła powietrze przez zęby.

– No tak, to podobne do Jodie. Ale ostrzegłaś chociaż rodziców?

– Oczywiście. Dosłownie nikt mnie nie słucha. To będzie katastrofa. W całym domu jest tylko jedna czynna łazienka. Jody nie chce płacić weekendowej stawki, więc hydraulik przyjdzie dopiero w poniedziałek.

– Oj. To faktycznie gówniana sprawa.

– Ha.

Celine ziewnęła, a ja zajrzałam do aplikacji. Moje zamówienie już było w drodze.

– Zaraz przywiozą moje żarcie.

– Co zamówiłaś? – zaciekawiła się.

– Pancake Disco.

– Na kolację?

– Mogłabym jeść pankejki o każdej porze dnia i nocy – odparłam, znów wychylając się zza rogu. – Wzięłam też porcję śmieciowych ziemniaków.

– Zapiekanych? Uwielbiam je. – Usłyszałam, jak wciska guziki mikrofalówki. – To jak wygląda dom? Uroczo?

– Uroczo – przyznałam. Moja siostra miała zdolności manualne i uwielbiała święta. – Owinęła papierem do pakowania wszystkie ramki ze zdjęciami w salonie, żeby wyglądały jak prezenty. A Ivan zajął się dekoracjami na zewnątrz. Dom wygląda bardzo świątecznie.

– W przeciwieństwie do kulinarnych potworności w środku.

Musiałam zakryć usta, żeby stłumić śmiech.

– Anna! – zawołał tata. – Czekamy na ciebie!

Wydęłam policzki.

– Muszę kończyć – powiedziałam cicho. – Tata chce grać w Karty przeciwko ludzkości.

– Oj. Czy on wie, co to jest?

– Nie ma pojęcia.

Roześmiała się i rozłączyła.

Wróciłam do salonu. Moja starsza siostra, jej mąż Ivan, mój szesnastoletni brat Devon i nasi rodzice zebrali się wokół stolika do kawy.

– Wszystko w porządku? – zagadnęła mama, rozdając karty. – Długo cię nie było.

Położyłam rękę na brzuchu, przygotowując grunt pod swoją ewakuację za dziesięć minut.

– Mam jakieś problemy żołądkowe.

Mama przestała rozdawać karty.

– O nie.

– Tak – potwierdziłam, siadając ostrożnie, jakby faktycznie coś mi dolegało. – Nie wiem, czy dam radę cokolwiek zjeść.

– Zapakuję ci coś do domu – zaproponowała Jodie, układając swoje karty w wachlarz.

– Super. – Jak miło. Salmonella na wynos.

Otuliłam się jednym z czerwonych świątecznych pledów obszytych futerkiem, które moja siostra zawsze wykładała o tej porze roku, i wzięłam z miseczki na stoliku garść migdałów, które mama podała do pogryzania. Umierałam z głodu. Wcześniej odmówiłam już skosztowania przystawek, bo też wyglądały podejrzanie. Nie spróbowałam nawet faszerowanych jajek, chociaż jeuwielbiam. Kiedy dostarczą moje jedzenie, wymknę się do łazienki. Ukryję dowody pod umywalką, dopóki nie nadejdzie odpowiedni moment, żeby je wyrzucić – chociaż jeśli moje wizje co do szkodliwości kolacji się potwierdzą, łazienka może być przez cały czas zajęta. Może będę mogła upchnąć puste opakowania pod łóżkiem w pokoju gościnnym?

Tata przyjrzał się swoim kartom przez okulary.

– O rety. O rety. Co to za gra? – zapytał, popatrując na nas i mrugając nerwowo.

Mój młodszy brat parsknął śmiechem.

Mama spojrzała na swoje karty i zrobiła wielkie oczy.

– Czy tu są podteksty seksualne? – zapytała ze zgrozą.

– Nie do wiary, mamo, że kupiłaś te karty, nie czytając nawet opisu na pudełku – odezwała się Jodie.

– Chłopak przy kasie mówił, że to świetna zabawa!

– Dla mnie będzie na pewno – stwierdził Devon, układając swoje karty.

– W dzisiejszych czasach wy coś takiego uważacie za rozrywkę? – zdumiał się tata, czytając tekst z kolejnej karty i kręcąc głową.

– Och, jakbyście wy nie przywoływali demonów i Krwawej Mary – odparłam, oglądając swoje karty. – Widziałam na strychu tabliczkę ouija. My przynajmniej nie otwieramy portalu do piekła.

Mama przechyliła głowę.

– Coś w tym jest.

– Wczoraj widziałem wóz pogromców duchów – podchwycił Devon.

– Gdzie go widziałeś? – Mama zmierzyła go wzrokiem.

– Na paradzie.

– To był ten samochód z filmu? – upewniła się.

– Tak, tyle że z boku miał nazwę innej firmy – odparł Devon.

– Przedstawiciele jakiej firmy jeżdżą Cadillakiem, który jest połączeniem karetki z karawanem, z pięćdziesiątego dziewiątego roku? – zapytał tata, z krzywą miną przeglądając swoje karty.

– Takiej, która zajmuje się pogromem duchów? – zasugerował Devon.

– Oni wcale nie mają takich samochodów – zaprotestowała Jodie.

– Właśnie że mają. – Mój brat przewrócił oczami.

Mama pokręciła głową.

– Pewnie to był jakiś pokazowy samochód udekorowany dla zabawy.

– Nie-e, wygooglowałem go – upierał się Devon. – Jest prawdziwy.

– Gramy czy nie? – zniecierpliwiłam się.

Moja rodzina znów skupiła się na kartach.

Rozegraliśmy parę niezręcznych rund. Podczas jednej z nich mama była zbyt skrępowana, żeby czytać opisy ze swoich kart, i oddała je Devonowi, który był zachwycony, że może świntuszyć przy rodzicach. W drugiej rundzie wypadła kolej taty. Przez cały czas był czerwony jak burak.

– Nie mogę dalej w to grać. – Mama się poddała. – To zbyt wulgarne. – Zaczęła się wachlować bluzką, dając do zrozumienia, że cała się spociła od tej udręki.

Była sobota, szesnasty grudnia. Ponieważ Jodie pracowała jako pielęgniarka na oddziale ratunkowym i miała dyżur w święta, obchodziliśmy Boże Narodzenie wcześniej. Wręczyliśmy już sobie prezenty. Opłaciłam rodzicom comiesięczną dostawę serów. Devon dostał nową grę wideo. Ivanowi kupiłam burbona, którego lubił, a siostrze kilka uroczych drobiazgów z Lykke and Loom, sklepu w Minneapolis, który uwielbiałam, co wyszło zabawnie, bo ona kupiła mi dokładnie to samo.

To była udana impreza, jeśli nie liczyć tego, że umierałam z głodu.

Mój telefon zawibrował – przyszedł esemes od dostawcy z moim zamówieniem. Napisał, że już podjeżdża, co było dziwne, bo aplikacja nadal pokazywała, że znajduje się kilka przecznic dalej. Coś się widocznie zawiesiło.

– Oj. – Skrzywiłam się. – Chyba znowu muszę skoczyć do łazienki – powiedziałam, wstając. – Grajcie beze mnie.

– Nie możesz przerywać w trakcie – oburzyła się Jodie.

– Coś czuję, że masz wygrywającą kartę – zażartowałam.

Devon i Ivan parsknęli śmiechem.

Udawałam, że idę do łazienki, a potem przebiegłam przez kuchnię i wyszłam przesuwnymi drzwiami balkonowymi do lodowatego ogrodu za domem, wkładając ogromne śniegowce, które Ivan zostawił na tarasie.

Poleciłam dostawcy, żeby zaparkował w uliczce za domem i wszedł boczną furtką, za dopłatą dziesięciu dolarów. Czułam się, jakbym kupowała narkotyki, tyle że to były pankejki na maślance.

Dach domu był obwieszony kolorowymi świątecznymi lampkami. Czekałam pod nimi, rozcierając sobie ramiona na zimnie. Usłyszałam kroki dostawcy i zaczęłam chuchać na dłonie, żeby je rozgrzać.

I nagle furtka się otworzyła. Zobaczyłam swoje jedzenie i… swojego byłego chłopaka.

2

Jeremy

A myślałem, że ten dzień nie może już być bardziej popieprzony.

– Anna?

Stałem tam, trzymając w ręce torbę z pankejkami i patrząc na wstrząśniętą minę mojej dziewczyny z liceum.

– Jeremy? – Zamrugała. – Co ty tu, u diabła, robisz?

– W twoim ogrodzie czy w Minnesocie?

– Jedno i drugie. – Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem.

– To naprawdę długa historia…

Patrzyliśmy na siebie, nasze twarze oblewał rumieniec zażenowania, oboje byliśmy zbyt zszokowani, żeby cokolwiek powiedzieć.

Minęło prawie dziesięć lat, odkąd ostatnio ją widziałem. A wtedy to się nie skończyło najlepiej.

Wyglądała świetnie. Wręcz olśniewająco. Nadal miałem jej mamę w znajomych w mediach społecznościowych. Sam nigdy tam niczego nie wstawiałem. Założyłem konto, żeby być na bieżąco. Zdjęcia Anny pojawiały się rzadko i nie było ich wiele, ale, jak właśnie odkryłem, nie oddawały jej rzeczywistej urody.

Nagle przypomniałem sobie, po co tu przyjechałem, i otrząsnąłem się z osłupienia. Podałem jej torbę z jedzeniem.

– To chyba dla ciebie?

– Dzięki – mruknęła, biorąc ode mnie pakunek. – Dodam w aplikacji te dodatkowe dziesięć dolców.

– Och, to nie ja jestem dostawcą. To znaczy… poniekąd jestem. Właśnie dostarczyłem twoje zamówienie. Ale prawdziwy dostawca miał wypadek.

– Co? O Boże! Nic mu się nie stało?

– Chyba nie. Ktoś mu wjechał w bagażnik. Stałem obok niego na światłach. Zjechałem na pobocze i wysiadłem, żeby mu pomóc, ale niemal natychmiast przyjechały służby ratownicze, a on poprosił, żebym to doręczył, powiedział, że bardzo potrzebuje pieniędzy. Uznałem, że miał już wystarczająco zły dzień. To było zaledwie kilka przecznic stąd. Jechałem akurat do mamy.

Powoli kiwnęła głową.

– Dzięki. To miło z twojej strony.

– No tak.

A potem po prostu tam staliśmy.

Anna Bellthrope.

Boże, ta dziewczyna złamała mi, kurde, serce. Minęło tyle czasu. Wkroczyłem w nową dekadę. Byłem kompletnie innym człowiekiem niż w wieku osiemnastu lat. Ale kiedy teraz na nią patrzyłem, moje serce czuło dokładnie to samo co wtedy.

Zaczął padać śnieg. Zaledwie kilka drobnych płatków, ale wylądowały na jej brązowych włosach i skrzyły się w świetle lampek bożonarodzeniowych zawieszonych pod okapem. Spoglądała na mnie tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami. Gładka skóra, pełne usta, policzki zaróżowione od mrozu – wyglądała jak anioł.

Może umarłem i trafiłem do nieba. Może to ja miałem wypadek samochodowy, którego nie przeżyłem, i okazałem się wystarczająco dobrym człowiekiem, żebym teraz mógł spędzić wieczność u jej boku.

A może to było piekło i miałem właśnie zobaczyć, co straciłem.

Odchrząknąłem.

– Widzę sporo samochodów na podjeździe. Impreza świąteczna?

– Tak. Spotkanie rodzinne.

– Ale rozumiem, że zabrakło wam jedzenia, co? – zażartowałem, spoglądając znacząco na torbę z pankejkami.

Założyła kosmyk włosów za ucho.

– Jodie gotuje.

– Aaa. Jasne.

Zaśmiała się drwiąco.

– To co u ciebie słychać? – zapytałem.

Jej twarz nagle się zmieniła. Pojawił się na niej wyraz nieufności, jakby Anna właśnie sobie przypomniała, że mnie nie lubi.

– Naprawdę chcesz teraz prowadzić ze mną rozmowę towarzyską? – zapytała chłodnym tonem.

– Po prostu pomyślałem, że moglibyśmy… – Przerwał mi dźwięk otwierania przesuwnych drzwi za rogiem domu.

Anna odwróciła gwałtownie głowę w tamtą stronę. Ktoś ją zawołał.

– Cholera – syknęła. Rozglądała się gorączkowo. – Ruchy! Ruchy!

Chwyciła mnie za rękaw i dała nura za klimatyzator, ciągnąc mnie za sobą.

– Co się stało? – szepnąłem, przykucając w śniegu.

– Ciii. Oni nie wiedzą, że zamówiłam żarcie – wyjaśniła. – Moja siostra wypominałaby mi to do końca życia.

Nasłuchiwaliśmy w milczeniu. Ktoś szedł w naszą stronę.

– Wciśnij ją między klimatyzator a ścianę – szepnąłem.

– Że co?

– Torbę z żarciem. Ukryj ją – poleciłem.

Wepchnęła pankejki w szparę za klimatyzotorem.

Kuliliśmy się tam, słuchając nadchodzących kroków. Bliżej, bliżej… i nagle tata Anny, Mark, spojrzał na nas z góry, oświetlony od tyłu sznurem lampek. Chwilę trwało, zanim na jego twarzy pojawił się błysk rozpoznania.

– Jeremy? – Zmrużył oczy.

Zerknąłem na Annę, a ona kuksańcem dała mi znać, żebym się podniósł.

– Dobry wieczór, panie Bellthrope. – Wstałem i otrzepałem spodnie ze śniegu. – Miło mi pana znów zobaczyć.

Patrzył na mnie jak na ducha.

– Co wy tutaj… Terri! – zawołał przez ramię. – Zobacz, kto tu jest! – Ujął moją dłoń i potrząsał nią z entuzjazmem. Jego twarz cała się rozpromieniła. – Jeremy Todd, ja cię kręcę! Anno, dlaczego nie uprzedziłaś mnie, że on wpadnie? Nie mamy dość piwa. Muszę skoczyć do sklepu.

– Nie trzeba – wyjąkałem. – Ja tylko…

Pani Bellthrope wyłoniła się zza rogu, a na mój widok zamarła z dłońmi przyciśniętymi do policzków.

– Jeremy!

– Dzień dobry. – Pomachałem do niej.

Stąpając na paluszkach po brukowanej ścieżce, podeszła do mnie w samych kapciach i mnie przytuliła.

– Nie miałam pojęcia, że przyjedziesz. Co wy robicie w ogrodzie? – Wypuściła mnie z objęć i wodziła wzrokiem pomiędzy mną a Anną. – A więc to tutaj wyszłaś, Anno? Myślałam, że masz biegunkę.

– Mamo! – wykrzyknęła Anna z oburzoną miną.

Terri zbyła jej protesty machnięciem ręki.

– On jest teraz lekarzem, twoja biegunka mu niestraszna. – Znów spojrzała na mnie rozpromieniona. – Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś! Wejdź do środka, straszny ziąb.

Machnąłem kciukiem za siebie.

– Och, właśnie miałem…

– Wejść do środka – dokończyła za mnie Anna, przeszywając mnie wzrokiem. – Już właśnie szliśmy do domu. To miała być niespodzianka.

Teraz wszyscy na mnie patrzyli.

Wzrok Anny był niczym laser. Bez słów przekazywała mi sekretną wiadomość, prosto do mojego mózgu, żebym dostosował się do sytuacji. Swego czasu byliśmy świetni w takiej telepatycznej komunikacji.

– No tak – powiedziałem powoli, odwracając się z uśmiechem do jej rodziców. – Właśnie mieliśmy wejść do środka. Ale nie możemy zostać długo – dodałem. – Bo już zaraz Anna będzie niespodziewanym gościem w moim domu.

Anna spojrzała na mnie ze zdumieniem.

– Nie do wiary, że trzymaliście to w tajemnicy – wykrzyknęła Terri. – Nie wiedziałam nawet, że znów jesteś w Minnesocie. Tak się cieszę!

Mark gestem zaprosił nas do domu.

– Chodźcie, zanim tu zamarzniemy. Napijemy się czegoś i opowiesz nam wszystko o Kalifornii i studiach medycznych! – Ruszył w stronę domu, ale po paru krokach przystanął. – Czy mi się wydaje, czy ktoś z was też czuje zapach pankejków?

Anna zakasłała.

– Pewnie ktoś je smaży w domu obok – powiedziałem.

Kiwnął głową.

– Pewnie masz rację. No to chodźmy.

Mark wszedł do środka pierwszy, zaraz po nim Terri. Anna chwyciła mnie za łokieć i przytrzymała.

– Co to za historia z tym, że niby zaraz potem jadę twojego do domu? – wycedziła.

Spojrzałem na nią z rozbawieniem.

– Ja właśnie wchodzę dotwojego. A to też nie do końca było w moich planach na dziś.

Zerknęła na wchodzących do środka rodziców.

– A jak inaczej miałam wyjaśnić to, że się chowaliśmy za klimatyzatorem?

– Nie wiem. To nie ja wplątałem nas w tę skomplikowaną sieć kłamstw. Ja wiem tylko, że teraz spóźnię się namoją rodzinną imprezę świąteczną, więc możesz mi przynajmniej pomóc jakoś z tego wybrnąć. Już i tak straciłem dziesięć minut, przywożąc ci jedzenie, a teraz mam jeszcze wejść do środka?

Skrzyżowała ręce na piersi.

– Och, nie dramatyzuj. To ci zajmie góra pięć minut.

Posłałem jej drwiące spojrzenie.

– Pięć minut? Z twoimi rodzicami? Dobrze będzie, jeśli wyjdę stąd przed północą – szepnąłem. – Chyba że po prostu wymknę się już teraz…

– Nie! Jesteś mi to winien, Jeremy.

To prawda. Byłem jej to winien.

– Chętnie wezmę udział w tej imprezie, jeśli potem ty pojedziesz do mnie – powiedziałem. – Jedzenie w każdym razie będzie tam lepsze. Jadalne.

Parsknęła, ale nadal się nie zgodziła. Utknęliśmy w martwym punkcie.

Miałem ukryty powód, żeby ją ściągnąć do siebie. Chciałem z nią porozmawiać. Myślałem o tym od lat. Nie należałem do osób przesądnych, ale los sam nas dziś ze sobą zetknął i już może nigdy nie da mi kolejnej szansy.

– W porządku – powiedziała wreszcie. – Pojadę na tę twoją imprezę. Ale tylko dlatego, że dzięki temu uniknę jedzenia indyka Jodie. No i nie zostanę długo.

– Zgoda.

Wydawała się rozdrażniona.

– Nie jedz tu niczego, o ile nie chcesz zagrać w gastryczną ruletkę.

– Przyjąłem. – Odchrząknąłem. – A tak dla jasności, w tym szalonym scenariuszu, który wymyśliłaś na poczekaniu, mamy ze sobą chodzić?

Zbladła, jakby sama ta myśl budziła w niej wstręt.

Nie będę kłamać, zraniła tym nieco moje uczucia.

Odwróciła wzrok.

– No wiesz, chyba tak. Bo inaczej co by to była za niespodzianka? – burknęła. – Ale mnie nie dotykaj.

Obeszła mnie naokoło w tych swoich za dużych śniegowcach i weszła do domu w ślad za rodzicami.

Cóż, było miło, zanim się skończyło. Zanim otrząsnęła się z pierwszego szoku i przypomniała sobie, że mnie nienawidzi.

Koniec darmowego fragmentu książki.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

PRZYPISY

1.Książka będzie miała polską premierę wiosną 2027 roku.[wróć]