Miłość szuka właściciela - Abby Jimenez - ebook + książka

Miłość szuka właściciela ebook

Abby Jimenez

4,6
31,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nowa powieść autorki bestsellera „To tylko przyjaciel”!

Historia skomplikowanej relacji Sloan i Jasona, których połączył niespodziewany splot wydarzeń. Ona mieszka w Los Angeles i od dwóch lat jest nieszczęśliwa. On jest wziętym muzykiem, dla którego międzynarodowa kariera jest priorytetem. Wydaje się, że tych dwoje nie może być razem…

Sloan, ma 26 lat. Dwa lata temu w wypadku motocyklowym straciła narzeczonego – miłość jej życia. Mimo intensywnych starań najbliższej przyjaciółki, Kristen, kobieta nie potrafi pogodzić się ze śmiercią Brandona i zacząć żyć na nowo, bez niego.

Niespodziewanie, w dniu rocznicy śmierci ukochanego, kobieta znajduje zbłąkanego psa. Na obroży zwierzęcia wygrawerowany jest numer telefonu. Sloan zostawia kilka wiadomości i czeka na odzew. Wreszcie zgłasza się do niej niejaki Jason – 29-letni muzyk przebywający właśnie w Australii. Połączona przez psa para zaczyna ze sobą flirtować. Wiadomości, które sobie wysyłają, z dnia na dzień stają się coraz bardziej pikantne, a rozmowy pełne erotycznych podtekstów. Co się stanie, kiedy w końcu spotkają się twarzą w twarz?

„Słodko-gorzka opowieść o miłości: naprawdę mocna rzecz”.

Beth O’Leary, autorka "Współlokatorów"

„Idealne połączenie inteligentnej zabawy i chwytającego za serce romansu”.

Recenzja z magazynu „Kirkus”

„Ostry humor i jeszcze ostrzejszy temperament”.

Casey McQuiston, autorka "Red, White & Royal Blue", bestselleru z listy „New York Timesa”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 486

Data ważności licencji: 10/2/2031

Oceny
4,6 (1439 ocen)
1001
323
94
18
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
malachowskala

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka, przeczytałam w jeden wieczór, takie historie rozgrzewają moje serce
30
Stupolid

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna książka, lepsza nawet niż 1 część, bardziej emocjonalna
30
mujere

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham
20
Tofikpies

Nie oderwiesz się od lektury

piękna, naprawdę polecam z całego serca.
10
wbudnik14

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacyjnie spędzony czas
10



Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Orzeszek-Szmytko, Lilianna Mieszczańska

Fotografia na okładce

© Jacob Lund/shutterstock.com

© 2020 by Abby Jimenez

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2021

© for the Polish translation by Paweł Wolak

ISBN 978-83-287-1732-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

Dedykuję tę książkę mojemu mężowi i dzieciom.

Dziękuję, że dzięki Wam moja miłość znalazła właściciela.

Rozdział 1

SLOAN

♪ IN THE MOURNING, PARAMORE

Chcesz, żebym spotkała się z tobą na cmentarzu?

Wiedziałam, że Kristen się o mnie martwi.

Pokręciłam głową, zerkając na telefon, który położyłam wcześniej na desce rozdzielczej, i włączyłam tryb głośnomówiący.

– Nic mi nie jest. Potem pojadę na targ – powiedziałam z nadzieją, że to ją uspokoi.

Stałam na czerwonym świetle, na ulicy z zaniedbanymi sklepami i zakładami rzemieślniczymi. Popatrzyłam na spragnione wody dęby, które, choć odporne na suszę, wyglądały, jakby nie mogąc doczekać się deszczu, dały za wygraną. Szyberdach popsuł się kilka tygodni temu w Wielkanoc i do tej pory nie udało mi się go naprawić. To było już coś w rodzaju tradycji: w tym samochodzie nigdy niczego nie reperowałam.

– Wybierasz się na targ? Będziesz gotowała? – Kristen była zaintrygowana.

– Nie, chcę tylko zrobić sałatkę. – Światło zmieniło się na zielone. Jakiś czas temu przestałam gotować. Wszyscy o tym wiedzieli.

Nie robiłam też wielu innych rzeczy.

– Okej. A może chcesz, żebym później do ciebie wpadła? Przyniosę coś mocniejszego i upieczemy razem ciasteczka.

– Nie, bo będę… O Boże! – Na jezdnię wbiegło nagle futrzane stworzenie w kolorze miedzi. Natychmiast dałam po hamulcach. Telefon wystrzelił w górę, po czym uderzył w deskę rozdzielczą, a torebka zsunęła się z fotela i na podłogę wypadły tampony oraz saszetki ze śmietanką w proszku do kawy.

– Sloan! Co się stało?

Trzymałam kurczowo kierownicę, a serce biło mi jak szalone.

– Muszę kończyć. Chyba… chyba przejechałam psa. – Nacisnęłam ikonę z czerwoną słuchawką i zakończyłam rozmowę, odpięłam pas, zmieniłam tryb na parkowanie i położyłam trzęsącą się rękę na klamce. Chciałam wysiąść, musiałam jednak poczekać, aż przestaną jechać samochody.

Oby to się stało szybko i bezboleśnie. Błagam.

Czułam, że ten wypadek przeleje czarę goryczy. Dłużej nie wytrzymam. Bałam się, że za chwilę zobaczę zwłoki czyjegoś pupila, który wpadł pod koła mojego gruchota. Kolejny koszmarny dzień. Chociaż wcześniej wszystko szło w miarę dobrze i zapaliła się we mnie wątła iskierka nadziei, że poczuję się lepiej, to przed chwilą zgasła i nie było po niej śladu.

Nienawidzę swojego życia.

Ścisnęło mnie w gardle. Obiecałam sobie, że dziś nie będę płakała. Obiecałam…

Nagle rozległo się szczekanie.

Nad zderzakiem pojawiła się psia głowa ze zwisającymi uszami. Zwierzak zaczął węszyć, po czym błyskawicznie wskoczył na maskę. Byłam w szoku i dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że jest żywy i nic mu się nie stało. Zaszczekał radośnie, złapał w zęby wycieraczkę i zaczął nią szarpać.

– Co za urwis… – Przekrzywiłam głowę, a na moich ustach pojawił się uśmiech. Od dawna nie miałam powodów do radości. Uśmiechanie się uznawałam za coś dziwnego. Poczułam się jednak lepiej i przez ułamek sekundy zapomniałam, jaki jest dzisiaj dzień.

I że właśnie jechałam na cmentarz.

Telefon zaczął pikać, co oznaczało, że dostałam kilka nowych wiadomości. Pewnie Kristen wpadła w panikę.

To właśnie dlatego nigdy tak wcześnie nie wstawałam. Zawsze kończyło się to chaosem. Czy to normalne, że w Canoga Park o dziewiątej rano w piątek po ulicach biegają psy bez żadnego nadzoru?

Usłyszałam ogłuszający klakson, a wymijający mnie kierowca kabrioletu pokazał mi środkowy palec. Miał trochę racji: zatrzymałam się na środku jezdni, a po masce mojego auta biegał pies.

Uznałam, że muszę coś zrobić, by uratować to biedne stworzenie. Nie chciałam, żeby psiak się spłoszył i wpadł pod koła nadjeżdżającego samochodu. Musiałam poczekać, aż znowu zrobi się pusto. Usiadł na tylnych łapach i szczekał na mnie przez szybę. Kręciłam głową, próbując dać mu do zrozumienia, że powinien się uspokoić. Nagle zrobił krok do tyłu, wyszczerzył zęby i zaczął wspinać się po szybie, a potem wskoczył do samochodu przez popsuty szyberdach.

Poczułam, jak ląduje na mnie futrzana kula. Napięłam mięśnie brzucha i jęknęłam przeciągle. W tym samym momencie pies zaczepił łapą o dekolt mojej bluzki. Próbując się uwolnić, podrapał mnie pazurami od obojczyka aż do pępka. Potem wskoczył mi na brzuch, oparł się przednimi łapami o moje ramiona i zaczął lizać mnie po twarzy, skomląc radośnie.

Wrzasnęłam z przerażenia. Bałam się, że zaraz pożre mnie żywcem.

Udało mi się zrzucić go na fotel pasażera. Byłam potargana i z trudem łapałam oddech. Czułam, że mam na twarzy psią ślinę. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Odebrałam bez zastanowienia.

– Sloan, wszystko w porządku? – spytała Kristen, zanim zdążyłam przyłożyć aparat do ucha.

– Właśnie jakiś pies wskoczył przez szyberdach do mojego samochodu!

– Co takiego?

– Dokładnie to, co powiedziałam. – Wytarłam policzek skrawkiem bluzki. – Siedzi teraz obok mnie.

Spojrzałam na niego, a wtedy on się do mnie… uśmiechnął. To nie przenośnia: futrzak naprawdę wyszczerzył zęby w uśmiechu i zaczął radośnie merdać ogonem, a potem pochylił łepek i głośno charknął. Z przerażeniem patrzyłam, jak z jego gardła wylatuje wilgotna kulka trawy i wpada do włożonego w uchwyt kubka z nietkniętą latte.

O Boże, tylko tego brakowało… We wstecznym lusterku zaczął migać policyjny kogut.

– Chyba sobie żartujesz – szepnęłam i spojrzałam ze złością na psa, po czym przeniosłam wzrok na kawę z pływającymi w niej wymiocinami i znowu zerknęłam w lusterko.

Zachichotałam nerwowo, właśnie w taki sposób reagowałam na stres. Na dodatek w podobnych sytuacjach drgała mi powieka i wyglądałam jak wariatka.

Gliniarz będzie miał niezły ubaw.

– Słuchaj, Kristen, później do ciebie oddzwonię. Zostałam zatrzymana i muszę zjechać na jakiś parking – wyjaśniłam, wciąż nie mogąc zapanować nad śmiechem.

– Poczekaj. Co ty wygadujesz?

– Stoję na środku ulicy i mam za plecami radiowóz.

Zakończyłam rozmowę i wtedy policjant na chwilę włączył syrenę, żeby mnie popędzić. Ruszyłam powoli przed siebie i zatrzymałam się przed niewielkim centrum handlowym. Naciągnęłam bluzkę i potrząsnęłam głową, żeby poprawić fryzurę. Mruczałam coś pod nosem na temat nieodpowiedzialnych właścicieli psów, co chwilę zanosząc się wariackim chichotem.

Zaczęłam się zastanawiać, czy wyglądam wystarczająco ładnie, żeby wymigać się od mandatu.

Niestety wszystko wskazywało na to, że tym razem się to nie uda.

Kiedyś, w zupełnie innym wszechświecie, wygrywałam konkursy piękności, teraz jednak wyglądałam tak, jakbym walczyła ze wściekłym szopem o kawałek pizzy i to on wyszedł z tej konfrontacji zwycięsko.

Miałam podrapane ramiona i oblepiały mnie kłębki pomarańczowej sierści. Było tego tyle, że dałoby się ulepić małego szczeniaczka. Blond włosy spięłam w niechlujny kok, który w trakcie szarpaniny prawie się rozleciał. Spodnie do jogi i pobrudzona farbą bluzka bez rękawów nie dodawały mi uroku. Nie umalowałam się i miałam bladą zmęczoną twarz.

Tak właśnie wyglądałam od dwóch lat.

– Będę musiała liczyć na swoją magiczną osobowość – mruknęłam do zwierzaka, a on znowu się do mnie uśmiechnął, wywalając język. Spojrzałam na niego z wyrzutem. – Twoi opiekunowie będą mi się gęsto tłumaczyć.

Otworzyłam okno i zanim policjant zdążył mnie o to poprosić, podałam mu prawo jazdy i dowód rejestracyjny.

– Widziałem, co się tutaj stało. Niezła akcja, panno… Monroe – powiedział, przeglądając dokumenty. – Utrudnianie ruchu na drodze publicznej to poważne wykroczenie – dodał znudzonym tonem.

– To nie była moja wina. Ten pies wtargnął na ulicę, a potem wskoczył mi do samochodu przez szyberdach.

Widziałam swoje odbicie w okularach przeciwsłonecznych, które nosił policjant. Drgała mi powieka, więc ją przymknęłam i patrzyłam na niego półotwartym okiem. O Boże, naprawdę wyglądałam jak wariatka.

– Nie pierwszy raz widzę coś takiego. W przyszłości, gdy będzie pani chciała nakręcić zabawny filmik, a potem wrzucić go na YouTube’a, proszę znaleźć jakieś lepsze miejsce. Nie wolno w ten sposób blokować drogi. Dostanie pani mandat za tamowanie ruchu. Mógłbym też panią ukarać za wypuszczenie psa na ulicę bez smyczy, ale tego nie zrobię.

– Chwileczkę. Uważa pan, że to mój pies? – Wyjęłam z ust kępkę sierści. – To prawda, że wpakował mi się do auta przez otwarty dach, ale proszę mi wierzyć, widzę go pierwszy raz w życiu.

Opuściłam głowę i znów zaczęłam chichotać. Psiak położył mi się na kolanach, odgrywając oscarową rolę z cyklu „jestem twoim ukochanym pupilkiem”, po czym podniósł wzrok, robiąc maślane oczy.

Prychnęłam z niezadowoleniem i zaczęłam się śmiać, przykładając palec do drgającej powieki.

Dlaczego to się dzieje właśnie dziś?

Gliniarz przyglądał mi się uważnie przez dobre pół minuty, zastanawiając się pewnie, jak bardzo jestem nienormalna. Pływające w kubku wymiociny raczej nie działały na moją korzyść, chociaż jednocześnie pasowały do ogólnego stanu, w jakim znajdował się mój zdezelowany samochód. Od dwóch lat go nie myłam. Mimo wszystko policjant uwierzył przynajmniej w część mojej opowieści i postanowił mi pomóc.

– No dobrze, w takim razie zadzwonię do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. – Schylił się do przymocowanego na ramieniu mikrofonu. – Zajmiemy się tym groźnym przybłędą.

Zareagowałam impulsywnie.

– Nie! Nie możecie zabrać go do schroniska.

Policjant spojrzał na mnie, unosząc brwi.

– Dlaczego? Bo to pani pies?

– Nie, dlatego że jest przerażony. Nie widział pan filmów kręconych przez obrońców praw zwierząt? Z tymi smutnymi psiakami zamkniętymi w ciasnych boksach? Nie słyszał pan, o czym śpiewa Sarah McLachlan?

Gliniarz wrócił, śmiejąc się, do radiowozu, żeby dokończyć robotę papierkową.

Po powrocie do domu przyczepiłam mandat na lodówce. Użyłam do tego magnesu, który kupiliśmy razem z Brandonem na Hawajach, na wyspie Maui. Myśl o tamtych wakacjach sprawiła, że ścisnęło mnie w gardle. Na szczęście psiak zaczął się do mnie łasić i podsunął łepek do głaskania. Jakimś cudem udało mi się powstrzymać łzy. Była dziesiąta rano, najgorszy dzień w roku i, jak do tej pory, jeszcze nie zaczęłam beczeć.

Brawo ja!

Miałam pięć nieodebranych połączeń od Kristen. Pewnie odchodziła od zmysłów i organizowała ekipę ratunkową. Wybrałam numer. Niemal od razu usłyszałam jej głos:

– Co się stało, do jasnej cholery? Nic ci nie jest?

– Spokojnie, wszystko w porządku. Wzięłam ze sobą psa i jestem już w domu. Dostałam też mandat za utrudnianie ruchu.

– Chyba żartujesz.

– Niestety nie – stwierdziłam zmęczonym głosem.

Kristen cmoknęła, wyraźnie zniesmaczona.

– Kiedy rozmawiałaś z gliniarzem, nie wypięłaś biustu, prawda? Następnym razem tak właśnie zrób.

Uniosłam bluzkę, żeby obejrzeć zadrapania. Nie wyglądało to najlepiej.

– Chyba wolę dostać mandat niż stracić resztki godności. Dziękuję za takie rady.

Wyjęłam z szafki niebieską plastikową miseczkę i napełniłam ją wodą, a potem patrzyłam, jak pies gasi pragnienie. Pił tak łapczywie, jakby od przynajmniej kilku dni nie widział żadnego płynu. Przesuwał naczynie po posadzce, chlapiąc na wszystkie strony. Rozbolała mnie głowa i złapałam się za skronie.

O Boże, co za okropny dzień…

Zbyt wiele wrażeń na raz. Zwykle w ogóle nie wychodziłam z domu i dobrze wiedziałam, dlaczego wolę siedzieć sama w czterech ścianach. Na zewnątrz ciągle coś się działo i było zbyt dużo ludzi. Miałam ochotę warczeć na słońce i jak najszybciej położyć się spać.

– Zadzwonię pod numer, który jest wypisany na obroży. Później się do ciebie odezwę.

Rozłączyłam się i obejrzałam przywieszkę. Dziwny numer kierunkowy. Tucker. Zuch chłopak.

– Zuch chłopak? Hm, nie byłabym tego taka pewna. No cóż, zobaczymy, co mają do powiedzenia twoi opiekunowie. Ciekawa jestem, dlaczego postanowili wypuścić cię na ruchliwą ulicę – mamrotałam pod nosem, wystukując numer.

Od razu włączyła się poczta głosowa i odezwał niski głos jakiegoś faceta:

– Tu Jason. Zostaw wiadomość.

Podałam swoje namiary i szybko się rozłączyłam. W tym czasie Tucker zalał wodą całą podłogę.

– Pewnie jesteś głodny – powiedziałam, kręcąc głową. – Nie mam żadnej karmy dla psów, więc trzeba się wybrać do sklepu.

W samochodzie zostawiłam niedojedzony kawałek ciasta cytrynowego ze Starbucksa, ale pewnie zdążył już wyschnąć na wiór.

Nie miałam smyczy, więc wykorzystałam pasek od czarnego szlafroka z Victoria’s Secret, który dostałam kiedyś od Brandona na Gwiazdkę. Tucker od razu zaczął miętolić go w zębach.

Idealnie.

W markecie zoologicznym PetSmart był gabinet weterynaryjny. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zaprowadziłam tam psa, żeby sprawdzili, czy jest zaczipowany. Okazało się, że tak, jednak w bazie danych widniał ten sam numer telefonu, który znalazłam na obroży. Żadnego adresu.

To oznaczało, że mam problem. Ustawiłam w telefonie maksymalną głośność i co jakiś czas zerkałam na ekran.

Zero kontaktu.

Zastanawiałam się, co mogę jeszcze zrobić w tej sytuacji, kiedy Tucker zsikał się na podłogę. Prawdziwa wisienka na torcie.

Na pani weterynarz nie zrobiło to jednak większego wrażenia. Nawet nie spojrzała znad notesu, tylko wyciągnęła z podajnika kilka papierowych ręczników. Tucker schował się pod krzesłem i wbił we mnie skruszone spojrzenie biednego szczeniaczka.

– Chyba ostatnio najadł się trawy. – Ukucnęłam i zaczęłam wycierać posadzkę. – Wydaje mi się, że boli go brzuch.

– Może mieć infekcję pęcherza. Powinniśmy zbadać mocz.

Spojrzałam na nią znad kałuży, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.

– Jak to? I ja mam za to zapłacić? Przecież to nie jest mój pies.

Wzruszyła ramionami.

– Proszę pamiętać, że jeśli rzeczywiście cierpi na infekcję, nie będzie w stanie trzymać moczu. Jutro zaczyna się weekend, a w dni wolne od pracy nasze ceny są wyższe. Boję się też, że Tucker odczuwa dokuczliwy ból. Jeśli nie ma pani pieniędzy, polecam schronisko prowadzone przez Humane Society. Jest szansa, że wyleczą go za darmo.

Schronisko nie wchodziło w grę. Zaniepokoiła mnie też informacja o bólu. Z moim szczęściem stan zdrowia Tuckera wcale się nie polepszy i jutro wylądujemy w tym samym miejscu, tylko będę musiała zapłacić podwójnie i błagać, żeby coś zrobili. Przyłożyłam palec do drgającej powieki.

– Dobrze, proszę zrobić badania. Może właściciel zwróci mi pieniądze.

O Boże, już byłam zmęczona, a ten dzień dopiero się zaczął.

Rozległo się piknięcie i zerknęłam na ekran telefonu.

Kristen: Czy gliniarz miał wąsy jak aktorzy z pornosów?

Kolejny sygnał.

Kristen: Dobra rada na przyszłość: powinnaś się rozpłakać. Kiedy ryczę jak bóbr, zawsze wymiguję się od mandatu.

Parsknęłam śmiechem. Przyjaciółka próbowała mnie rozbawić. W ten wyjątkowo trudny dzień chciała razem ze swoim mężem Joshem rozłożyć nade mną parasol ochronny. Alarm bojowy. Wszyscy w gotowości. Pilnowali mnie na wypadek, gdybym się załamała albo coś mi odbiło.

To był chyba dobry pomysł.

Po wydaniu dwustu dolarów i zdiagnozowaniu infekcji pęcherza wyszliśmy z gabinetu uzbrojeni w antybiotyk dla psów. Nie tylko zapłaciłam rachunek za weterynarza, lecz także kupiłam smycz i torbę suchej karmy. Potrzebowałam zapasów, bo wiele wskazywało na to, że Tucker zostanie u mnie na noc. Wrzuciłam jeszcze do koszyka kość do gryzienia i piłeczkę, żeby miał coś do zabawy. Nie chciałam, by ten potwór z piekła rodem zdemolował mi dom.

Nie miałam pojęcia, co to za rasa, a zapomniałam zapytać o to panią weterynarz. Wyglądał trochę jak miniaturka golden retrievera. Nie zdziwiłabym się, gdyby w jego żyłach płynęła krew jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Był raczej niesforny. Jaki pies wskakuje do samochodu przez szyberdach?

Niezależnie od wszystkiego dzisiaj powinnam zajmować się zupełnie czymś innym niż opieką nad bezpańskim psem.

Moim obowiązkiem było odwiedzić Brandona.

Miałam zamiar przynieść mu butelkę ulubionej whisky Woodford Reserve, a potem usiąść na kocu koło jego nagrobka i opowiedzieć, jak bardzo za nim tęsknię, jak straszny jest świat bez niego i jak pusta czuję się w środku. Wszyscy twierdzili, że z czasem będzie lepiej, lecz nie było.

Ósmy kwietnia, druga rocznica wypadku. To nie była data śmierci Brandona, bo jeszcze przez miesiąc zmagał się z ciężkimi obrażeniami, jednak właśnie tamtego dnia jego życie się skończyło. Moje zresztą też. Nigdy nie odzyskał przytomności.

Więc to nie był zwykły piątek.

Każdego roku wiele było takich niezwykłych dni: grudniowa rocznica oświadczyn, urodziny Brandona, moje urodziny, wakacje i data ślubu, do którego nie doszło. Właściwie cały kalendarz był niczym pole minowe. Nawet jeśli udało mi się przeżyć jeden dzień, zaraz nastawał kolejny, a potem następny. To było jak zmaganie się z nieustającymi przypływami i odpływami.

Drugi rok bez Brandona.

Dzisiaj zamierzałam się czymś zająć. Najpierw miałam pojechać na cmentarz, a potem zrobić coś produktywnego. Może trochę pomalować, zjeść zdrowy posiłek i nie drzemać w ciągu dnia tak, jak mi się to często zdarzało w ubiegłym roku. Chciałam zapomnieć o tym, że kwiecień kojarzy mi się z zapachem szpitala, nieruchomymi źrenicami mojego narzeczonego i pikającą aparaturą z ekranami, na których ciągle wyświetlają się te same wykresy.

Znowu zerknęłam na telefon.

Nic.

Rozdział 2

SLOAN

♪ AFFECTION, BETWEEN FRIENDS

Minęło dziesięć wspaniałych dni, które spędziłam w towarzystwie Tuckera. Merdający radośnie ogonem psiak nie odstępował mnie na krok, na pościeli było mnóstwo sierści, a każdego ranka dostawałam na powitanie mokre buziaki.

Stanęłam przed domem Kristen i zapukałam do drzwi, uśmiechając się od ucha do ucha.

– Zrobiłaś to, wariatko!

– Przecież ci mówiłam. – Uśmiech nie schodził mi z ust. Wślizgnęłam się do środka, nie czekając na zaproszenie. Kristen też miała psa, Kaskadera Mike’a. Zwierzaki zaczęły wokół siebie krążyć, machając ogonami i obwąchując się z różnych stron.

Kristen zamknęła drzwi.

– Przyszłaś na piechotę? Przecież to ponad jedenaście kilometrów. Zupełnie ci odbiło?

– Chyba tak – przyznałam. Wychyliłam wreszcie nos ze swojej nory, co zaszokowało zarówno rodzinę, jak i przyjaciół. – Muszę skorzystać z łazienki. Oliver już się obudził?

– Nie, jeszcze śpi. – Przyjaciółka stanęła obok mnie w korytarzu. – Kurczę, ten psiak rzeczywiście skradł ci serce. À propos, coś dla niego zrobiłam. – Zniknęła w jednym z pokojów, a po chwili wróciła z psią koszulką, na której widniał napis: Wskoczyłem na Sloan przez szyberdach i w nagrodę dostałem ten T-shirt.

Parsknęłam śmiechem. Kristen prowadziła internetowy sklep z rozmaitymi gadżetami dla psów.

Poszłam do łazienki, a ona wetknęła koszulkę pod pachę i oparła się o futrynę. Josha nie było, więc nie zamknęłam drzwi, instynktownie wracając do starych zwyczajów z czasów, kiedy mieszkałyśmy w jednym pokoju.

– Tucker jest niesamowity. Nigdy nie widziałam tak dobrze ułożonego zwierzaka – powiedziałam. – Ktoś musiał poświęcić mu mnóstwo czasu. – Umyłam ręce, spojrzałam w lustro na swoją zaczerwienioną twarz i założyłam za ucho kilka luźnych kosmyków.

– Właściciel jeszcze się nie odezwał?

Jason wciąż nie dawał znaku życia. Przez pierwsze dwa dni Tucker miał problem z trzymaniem moczu, mimo że dostawał drogi antybiotyk. Często wyprowadzałam go na dwór, żeby uchronić dywany przed całkowitą dewastacją.

Strach przed zasikaną podłogą potrafi być bardzo motywujący. To lepsze niż trener osobisty. Moja opaska Fitbit nigdy nie miała tyle roboty.

Niestety spacerowałam tak dużo, że w ogóle nie miałam czasu na malowanie. Pierwszy raz od dość dawna lekko się opaliłam i musiałam przyznać, że wysiłek fizyczny dobrze mi robi. Nawet kiedy infekcja ustąpiła, nadal często wychodziliśmy z domu.

Dzisiaj podjęłam ambitne wyzwanie i postanowiłam pójść na piechotę do Kristen, żeby spotkać się z nią i z jej synkiem. Uznałam, że jeśli się zmęczę, mogę przecież zamówić ubera. Na szczęście się udało. Byłam z siebie bardzo dumna.

– Jason milczy jak zaklęty – odrzekłam.

W okolicach skrzyżowania, na którym znalazłam psa, rozwiesiłam plakaty. Umieściłam też ogłoszenia na stronach internetowych, na których właściciele szukają zaginionych pupili, a nawet zarejestrowałam Tuckera w Humane Society, organizacji zajmującej się ochroną zwierząt. Codziennie zostawiałam też wiadomość na poczcie głosowej Jasona. Nie było żadnego odzewu i po jakimś czasie zaczęłam podejrzewać, że pies został po prostu porzucony.

„Cześć! Uratowałam twojego psa przed niechybną śmiercią, a on postanowił się odwdzięczyć i wskoczył mi przez dach do samochodu. Odezwij się, żebyśmy mogli się umówić. Mam mnóstwo pytań”.

„Hej, Jason! Tu znowu Sloan. Twój pies zasikał mi wszystkie pokoje, bo złapał infekcję pęcherza. To pewnie dlatego, że nie wychodziłeś z nim na spacery. Będę wdzięczna, jeśli go odbierzesz. Wtedy będzie mógł paskudzić u ciebie. Dzięki”.

„Z tej strony Sloan i Tucker. Twój pupil i ja chyba jesteśmy bliźniakami, które rozdzielono tuż po narodzinach, bo obydwoje bardzo lubimy wystawne żarcie. Nie stać mnie jednak na takie wydatki. Jak myślisz, czy w najbliższym czasie uda ci się do mnie odezwać?”

Poszłam za Kristen do kuchni i dałam Tuckerowi miskę wody z kostkami lodu, po czym usiadłam przy granitowym blacie ze szklanką mrożonej herbaty, którą zrobiła dla mnie przyjaciółka.

– Wiesz, jak bardzo się cieszę, że wreszcie zaczęłaś wychodzić z domu?

Kiedy usłyszałam te słowa, od razu pogorszył mi się nastrój. Kristen wpatrywała się we mnie brązowymi oczami.

– Tucker pojawił się w moim życiu dokładnie w drugą rocznicę wypadku. Nie sądzisz, że to dziwne? – Czekała na dalszy ciąg, mieszając lód w szklance. – Dosłownie spadł z nieba na moje kolana – ciągnęłam. – Wiesz, jaka to rasa? To retriever z Nowej Szkocji, zwany potocznie tollerem. – Wyrecytowałam tę nazwę, rytmicznie stukając palcem w blat. – Pies myśliwski polujący na kaczki.

Kristen od razu wiedziała, o co mi chodzi. Polowanie na kaczki było ulubionym sportem Brandona. Co roku specjalnie w tym celu latał razem z Joshem do Dakoty Południowej.

– A jeśli to Brandon mi go wysłał? – zapytałam, czując, że z emocji ściska mnie w gardle.

Kristen uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.

– No cóż, na pewno nie chciałby, żebyś była tak bardzo nieszczęśliwa – powiedziała ze współczuciem. – Dwa lata smutku to naprawdę cholerny szmat czasu.

Skinęłam głową, wytarłam twarz skrawkiem koszuli i spojrzałam zapuchniętymi oczami na przysunięte do stołu wysokie krzesło dla dziecka. Gdyby Brandon przeżył wypadek, wzięlibyśmy ślub i pewnie doczekali się potomka, który dokazywałby teraz z rocznym synkiem Kristen i Josha.

Kristen była moją najlepszą przyjaciółką od szóstej klasy podstawówki. Od tamtego czasu nasze losy biegły tym samym torem. Wszystko robiłyśmy razem, a nasze najważniejsze życiowe wydarzenia niemal się ze sobą pokrywały.

Brandon i Josh również byli przyjaciółmi. Wyobrażałam sobie, że będziemy wspólnie spędzać wakacje, kupimy sąsiadujące ze sobą domy i razem wychowamy dzieci. Doszło jednak do strasznej tragedii i od tamtej pory Kristen kontynuowała swoje życie beze mnie. Dobrze jej się układało, a mój świat wywrócił się, spłonął jak motocykl, na którym jechał Brandon. Utknęłam w martwym punkcie i każdy dzień był niczym pętla, z której nie potrafiłam się wyswobodzić.

Aż do teraz.

Ostatnio coś się zmieniło. Być może pomogły rutynowe obowiązki związane z opieką nad Tuckerem. Często chodziłam na spacery i spędzałam więcej czasu na słońcu. Być może pomagała myśl, że ten psiak to dar od faceta, którego straciłam. Albo przynajmniej znak, że powinnam chociaż spróbować żyć inaczej. Zawsze wierzyłam w takie rzeczy. Okoliczności spotkania z Tuckerem były zbyt niewiarygodne, żeby uznać to za zwykły zbieg okoliczności. Ze wszystkich samochodów na świecie wbiegł właśnie pod mój. To wyglądało tak, jakby mnie wybrał.

Wyjęłam z kieszeni telefon.

– Najwyższy czas jeszcze raz zadzwonić do Jasona.

Słuchanie nagranego przez niego powitania stało się częścią mojej codziennej listy zajęć. Tym razem jednak nie włączyła się poczta głosowa, tylko mechaniczny kobiecy głos poinformował mnie, że w skrzynce nie ma więcej miejsca.

Czy to znak?

Spojrzałam na Kristen, która przyglądała mi się w milczeniu.

W tym momencie podjęłam decyzję. Zaczęłam przesuwać palcem po ekranie telefonu, żeby znaleźć zrobione parę dni temu zdjęcie, do którego pozowałam razem z Tuckerem, a potem dołączyłam je do wiadomości i wysłałam Jasonowi.

– Masz rację, Brandon na pewno chciałby, żebym była szczęśliwa. A jeśli pojawi się ten cały Jason, to powiem mu, że ma spadać na drzewo.

Rozdział 3

JASON

♪ MIDDLE OF NOWHERE, HOT HOT HEAT

Samolot kołował na płycie lotniska i po kilku minutach zatrzymał się przy rękawie. Brzęknęły klamry odpinanych pasów, a w znajdujących się nad naszymi głowami nawiewach przestało gwizdać powietrze. Od razu zrobiło się gorąco. Zdjąłem bluzę i zacząłem się wachlować czarnym T-shirtem, który miałem na sobie.

Kathy przysunęła się bliżej i uniosła brwi.

– Ładnie pachniesz – powiedziała z wyraźnym australijskim akcentem, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Hm! Linea, dotknij jego muskułów. Jest naprawdę nieźle umięśniony.

Linea wyciągnęła rękę nad moimi kolanami i walnęła koleżankę zwiniętym czasopismem.

– Ten facet zrezygnował ze swojego miejsca w pierwszej klasie, żeby pomóc żołnierzowi, a ty tak mu się odwdzięczasz? Przestań go obmacywać! O kurczę, faktycznie imponujące mięśnie.

Zaśmiałem się. Lecieliśmy z Nowej Zelandii do Melbourne i przez ostatnie cztery godziny siedziałem na środkowym fotelu, wciśnięty między Kathy a Lineę. Nie było źle, bawiłem się doskonale w ich towarzystwie i w ogóle nie żałowałem, że ominęły mnie przywileje dla pasażerów pierwszej klasy, takie jak szklaneczka bourbona i podgrzewana ściereczka do rąk.

Kiedy zaczęliśmy przygotowywać się do wyjścia z samolotu, stanąłem w przejściu, żeby wyjąć ze schowków walizki moich nowo poznanych koleżanek.

– Jason – odezwała się Kathy, czekając na swój bagaż – mam córkę. Jest wolna i pracuje jako pielęgniarka. Na pewno spodobają jej się twoje błękitne oczy. Byłbyś zainteresowany?

– Jeśli jest chociaż w połowie tak urocza jak ty, to nie mam u niej żadnych szans. – Wyciągnąłem rączkę walizki i ją jej podałem, puszczając oko, a ona szeroko się uśmiechnęła.

– Masz gadane, przystojniaku. Życzę ci dużo szczęścia. – Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia, a po chwili rzuciła jeszcze przez ramię: – Dzięki za autograf. Założę sobie konto na Twitterze, żeby wiedzieć, co u ciebie słychać.

Odwzajemniłem uśmiech i po chwili obie kobiety zniknęły w tłumie. Wyjąłem plecak ze schowka i wróciłem do swojego fotela, żeby zabrać telefon. Kiedy wsiadałem do samolotu, bateria była całkowicie wyczerpana. Teraz, po paru godzinach ładowania, mogłem go wreszcie włączyć. Nie robiłem tego od dwóch tygodni. Od razu rozległa się symfonia rozmaitych dzwonków i piknięć.

Witamy z powrotem w prawdziwym świecie.

Przez piętnaście dni wędrowałem z plecakiem po górach i bałem się, co mnie czeka, kiedy znowu odezwę się do współpracowników i znajomych. Podejrzewałem, że tylko od mojego agenta Erniego dostałem przynajmniej sto SMS-ów.

Wstukałem kod PIN i zacząłem od odsłuchania wiadomości głosowych. Skrzynka była zapchana. Zarzuciłem plecak na ramię i czekałem na swoją kolej, żeby wysiąść z samolotu. Po czterech niezbyt interesujących nagraniach w słuchawce odezwał się nieznany kobiecy głos:

„Uhm… Cześć. Znalazłam Tuckera. Biegał luzem po Topanga Canyon Boulevard. Nazywam się Sloan. Mój numer to osiemset osiemnaście, pięćset pięćdziesiąt pięć, siedemdziesiąt sześć, dwadzieścia dziewięć. Daj znać, kiedy będziesz mógł go odebrać”.

Cholera.

Sięgnąłem do plecaka po długopis. Zapisałem numer na dłoni i od razu wstukałem go w telefon, obliczając w myślach, która jest teraz godzina w Kalifornii. W Melbourne była jedenasta rano, więc w Los Angeles szósta po południu.

Odbierz, błagam cię.

Po trzech sygnałach rozległ się ten sam kobiecy głos:

– Halo?

– Cześć. Czy rozmawiam ze Sloan? Nazywam się Jason. Wydaje mi się, że masz mojego psa. A może ktoś już go odebrał?

Na chwilę zapadła cisza i pomyślałem, że nas rozłączyło. Wygramoliłem się spomiędzy siedzeń i ruszyłem w stronę wyjścia, trochę się przepychając. Miałem nadzieję, że na zewnątrz złapię lepszy zasięg.

– Halo? – powtórzyłem.

– Tak, słyszałam, co powiedziałeś. – Była wyraźnie poirytowana. – Nadal go mam.

Zacisnąłem szczęki. Niech to szlag! Cholerna Monique.

Zatrzymałem się w dusznym rękawie i stanąłem pod ścianą, przytrzymując telefon ramieniem, żeby mieć wolną rękę i móc notować.

– Podaj mi swój adres. Kogoś do ciebie wyślę.

– Nie.

– Co takiego?

– Nie – powtórzyła.

– Jak to? O co ci chodzi? Nie chcesz, żebym go zabrał?

– Muszę przyznać, że masz niezły tupet. Minęły prawie dwa tygodnie i nagle przypomniałeś sobie, że masz psa.

Dwa tygodnie? Tucker zniknął na dwa pieprzone tygodnie?

– Wyjechałem z miasta i byłem poza zasięgiem. Nie miałem pojęcia, że coś mu się stało. Proszę, podaj mi swój adres…

– Nie. To już nie jest twój pies. Gdyby znalazł się w schronisku, na pewno nie trzymaliby go tak długo i albo trafiłby do adopcji, albo został uśpiony. Wywiesiłam ogłoszenia w okolicy, byłam u weterynarza, żeby sprawdzić informacje z chipa, szukałam z tobą kontaktu w internecie i zostawiłam ci na telefonie kilkanaście wiadomości. Zrobiłam wszystko, czego można było ode mnie wymagać. Dlatego uważam, że teraz to jest mój pies.

I się rozłączyła.

Gapiłem się w telefon, nie mogąc wyjść z szoku. Ponownie wybrałem jej numer, lecz od razu włączyła się poczta głosowa.

Przekląłem pod nosem i zadzwoniłem do Monique.

– Zgubiłaś Tuckera? – warknąłem, nawet nie starając się mówić cicho, chociaż obok przechodzili kolejni pasażerowie, którzy właśnie wysiedli z samolotu.

– Cześć, Jason, też się cieszę, że cię słyszę.

W słuchawce usłyszałem stukot obcasów i wyobraziłem sobie, że Monique idzie teraz chodnikiem, trzymając w wychudzonej dłoni kubek latte. Na nosie ma wielkie przeciwsłoneczne okulary, a przez ramię przewieszone torby z zakupami. Na pewno nie robi nic, żeby znaleźć mojego psa.

– Czy to prawda, że Tucker zniknął dwa tygodnie temu? Dlaczego go nie szukałaś? Mogłaś mnie przynajmniej poinformować. Co się z tobą dzieje, do jasnej cholery? Przecież sama zaproponowałaś, że się nim zaopiekujesz.

– Chyba zapominasz, że mam pracę i jestem bardzo zajęta. A poza tym trochę go szukałam.

Usłyszałem głośny świst, jakby na stację wjeżdżał pociąg metra.

– Poczekaj. – Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. – Gdzie teraz jesteś?

Zapadła wymowna cisza.

– W Nowym Jorku – wyszeptała.

– Od jak dawna?

Znowu cisza.

– Od dwóch tygodni.

Ścisnąłem telefon tak mocno, że aż zbielały mi kłykcie.

– To koniec! Mam cię serdecznie dosyć – syknąłem z wściekłością.

– Posłuchaj, Jason, jeśli dzwoni do ciebie Givenchy, nie powiesz im, że nie możesz wziąć udziału w sesji dla „Vogue’a”, bo opiekujesz się psem kumpla. Bardzo mi przykro, ale nie miałam wyjścia. Poza tym…

Rozłączyłem się. Tego już za wiele. Równie dobrze mogła zgubić moje dziecko i jak gdyby nigdy nic pojechać na sesję zdjęciową. Czegoś takiego nie można wybaczyć.

Próbowałem jeszcze raz skontaktować się ze Sloan, jednak bez skutku.

Nie miałem pojęcia, co dalej, więc zacząłem odsłuchiwać resztę wiadomości. Padał deszcz, a z mokrych okien sięgających od podłogi do sufitu rozciągał się widok na płytę lotniska.

Ta cała Sloan wcale nie żartowała. Naprawdę zrobiła wszystko, żeby poinformować mnie, co się stało. Przez ponad tydzień każdego dnia zostawiała mi wiadomość o Tuckerze. Im więcej się dowiadywałem, tym bardziej byłem wkurzony na Monique. W ogóle nie przejmowała się moim psem.

Sloan znalazła go na środku ruchliwej ulicy.

Miał infekcję pęcherza, bo nikt nie wyprowadzał go na spacer.

Rozwiesiła mnóstwo ogłoszeń i Monique na pewno wiedziałaby, co się stało, gdyby tylko wykazała choć odrobinę zainteresowania.

Najdziwniejsze było to, że Tucker wpadł do samochodu Sloan przez szyberdach. Jak do tego doszło?

Rozmasowałem skronie. Tucker nienawidzi hoteli dla psów, a Monique sprawiała wrażenie dobrej opiekunki, przynajmniej w mojej obecności. Nie zauważyłem w jej zachowaniu niczego niepokojącego. Twierdziła, że będą razem biegać.

Byłem taki głupi…

Powinienem polecieć z nim do Minnesoty i zostawić go u mojej rodziny. Spieprzyłem sprawę. Nadłożyłbym ponad trzy tysiące kilometrów, ale przynajmniej Tucker znalazłby się w dobrych rękach.

Przesunąłem dłonią po twarzy i podrapałem się po brodzie. Byłem zmęczony i nie miałem pojęcia, co dalej. Właśnie ukradli mi psa.

Kiedy odsłuchałem wszystkie wiadomości, zacząłem przeglądać SMS-y i zobaczyłem, że jeden przyszedł z numeru, który zapisałem wcześniej na dłoni. Otworzyłem go i na ekranie wyświetliło się zdjęcie Tuckera oraz podpis: „Super było cię nie poznać”.

Na fotografii była też młoda kobieta, która obejmowała psa ramieniem. Nie mogłem jednak dostrzec, jak wygląda, ponieważ głowa Tuckera zasłaniała jej usta, a reszta twarzy była schowana za ciemnymi okularami. W oczy rzucały się tatuaże pokrywające jej ramię od barku do łokcia. Przekrzywiłem głowę i uważnie im się przyjrzałem. Udało mi się odczytać imię Brandon. W tym momencie na ekranie wyskoczyło powiadomienie o przychodzącym połączeniu. Numer zaczynał się od osiemset osiemnaście. Szybko odebrałem.

– Halo?

– Udowodnij, że kochasz tego psa.

– Co takiego?

– Jeśli naprawdę go kochasz, będę miała wyrzuty sumienia, że go zatrzymałam. Masz więc szansę, by go odzyskać.

Zamrugałem nerwowo.

– Dobrze. A w jaki sposób miałbym to zrobić?

– To przecież twój pies, prawda? Na pewno masz pod ręką jakiś dowód, że bardzo ci na nim zależy.

Zacząłem gorączkowo szukać jakiegoś pomysłu.

– W porządku, poczekaj chwilę – powiedziałem, bo coś zaświtało mi w głowie. Przejrzałem zdjęcia w telefonie i wybrałem kilka, na których siedzę z Tuckerem na plaży albo jesteśmy na wycieczce rowerowej. Potem skopiowałem swoją tapetę, na której Tucker jest schowany za ikonkami różnych aplikacji, i wysłałem wszystko Sloan. – Gotowe, sprawdź skrzynkę.

W telefonie rozległ się szum, po czym zapadła cisza. Trwała dłużej, niż oczekiwałem.

– Tucker to mój najlepszy przyjaciel – zaznaczyłem w nadziei, że mnie słyszy. – Przyjechał ze mną, kiedy przeprowadziłem się z Minnesoty do Los Angeles. Zostawiłem go pod opieką osoby, o której sądziłem, że można jej zaufać. Bardzo kocham Tuckera i chciałbym go odzyskać.

– Dobrze – wyszeptała.

Odetchnąłem z ulgą.

– Super! Bardzo ci dziękuję. Oczywiście oddam ci pieniądze za stracony czas, weterynarza…

– I za mandat.

– Jaki mandat?

– Za tamowanie ruchu na Topanga Canyon Boulevard. Musiałam się zatrzymać, bo twój pies wbiegł mi pod koła.

Odsunąłem telefon od ust i jęknąłem sfrustrowany. Nie byłem zły na Sloan, tylko na Monique. Trudno uwierzyć, że można być aż tak nieodpowiedzialnym.

– Okej, nie ma sprawy. Jestem wdzięczny za wszystko, co do tej pory zrobiłaś. Daj mi jeszcze parę godzin na znalezienie odpowiedniego hotelu dla zwierząt, a potem…

– Hotelu? A po co?

– Przez najbliższe dwa tygodnie będę w Australii. Ten pobyt jest związany z moją pracą i nie mogę wcześniej wrócić.

– A kto się miał do tej pory zajmować Tuckerem?

– Ktoś, kto nigdy więcej tego nie zrobi – wyjaśniłem oschle, zarzuciłem plecak na ramię i ruszyłem w stronę stanowisk kontroli celnej.

– Dobrze, zaopiekuję się nim, dopóki nie wrócisz. Pracuję w domu, więc to nie problem.

Zastanawiałem się przez chwilę nad tą propozycją. Pomyślałem o jej zdjęciu z Tuckerem, które mi wysłała, i o wiadomościach głosowych z informacjami o tym, że była z nim u weterynarza i że często chodzą na długie spacery. Ona chyba naprawdę polubiła tego psiaka. Od razu przyjęła go pod swój dach i zajmuje się nim już od dwóch tygodni. Zdążyli się dobrze poznać i w tej sytuacji hotel nie wyglądał na dobre rozwiązanie. Nie było też nikogo innego, kto mógłby się nim zająć. Poza Monique i Erniem, który nie przepada za psami, nie miałem w Los Angeles innych znajomych.

– Naprawdę mógłby u ciebie zostać? – zapytałem, wskakując na ruchomy chodnik.

– Jasne, bardzo go polubiłam.

Usłyszałem w jej głosie smutek i lekko się uśmiechnąłem. Nie cieszyłem się z tego, że jest jej przykro. Nie miałem serca z kamienia. Jeszcze pół godziny temu była przekonana, że to jej pies, a teraz musiała się z nim pożegnać. Miło było jednak usłyszeć, że osoba, która opiekuje się Tuckerem, naprawdę się nim przejmuje.

– Byłoby wspaniale. Nie chciałbym oddawać go do hotelu.

– Na pewno byłby nieszczęśliwy – zgodziła się ze mną i odniosłem wrażenie, że sama jest trochę przygnębiona.

– Mogę do ciebie oddzwonić? Przez cztery godziny siedziałem w samolocie i muszę skorzystać z toalety.

Po wyjściu z łazienki poszedłem odebrać bagaż i znowu wybrałem numer Sloan. Przerwa w rozmowie dobrze nam zrobiła. W jej głosie pojawiła się nawet pewna nieśmiałość. Czyżby rozpoznała mnie na zdjęciach? A może po prostu żałowała swojej zbyt gwałtownej reakcji i zrobiło jej się głupio? Niezależnie od wszystkiego byłem zadowolony, że możemy spokojnie pogadać. Jeśli ma zajmować się Tuckerem, to nasze relacje powinny być przyjazne.

Przez kilka minut omawialiśmy szczegóły dotyczące opieki, a potem zajęliśmy się logistyką.

– Wyślij mi swój adres, żebym mógł zorganizować transport klatki – powiedziałem.

– Klatki? A po co?

– Tucker uwielbia spać w klatce. Bez niej potrafi być bardzo niesforny i niszczy różne rzeczy w całym domu. Zresztą na pewno już to zauważyłaś.

– Pogryzł tylko pasek od szlafroka. To było pierwszego dnia i od tamtej pory jest bardzo grzeczny. Nie potrzebuje klatki, bo śpimy razem w moim łóżku.

Wybuchnąłem śmiechem.

– Trudno mi uwierzyć, że nie obgryza ci mebli. To jego ulubiona rozrywka. Nogi od krzeseł, oparcie kanapy, futryny drzwi… wszystko zdewastowane przez Tuckera.

Znalazłem strefę odbioru bagażu i czekałem w tłumie pasażerów na moją walizkę. Pas transmisyjny zaczął się poruszać, jednak na razie był pusty.

– U mnie niczego nie zniszczył. Jest grzeczny jak aniołek.

– Naprawdę? – zapytałem z niedowierzaniem.

Parsknęła śmiechem.

– Przecież nie trzymałabym w domu wandala.

– Słuszna uwaga. Cieszę się, że Tucker zachowuje się jak dżentelmen.

Na pasie pojawiły się pierwsze walizki. Spojrzałem na zegarek. Za dwie godziny miałem próbę.

– Ciągle jestem jednak podrapana po tym, jak wskoczył mi do auta przez dach. Ty go tego nauczyłeś?

– Uhm… nie. Naprawdę to zrobił?

– Uważasz, że mam bujną wyobraźnię? Poczekaj. – Na chwilę zapadła cisza. – Właśnie wysłałam ci zdjęcie mandatu.

Rozległ się sygnał oznaczający, że dostałem MMS. Kliknąłem w ekran i zobaczyłem wypisany ręcznie dokument przytwierdzony do lodówki magnesem w kształcie klapek japonek. Policjant szczegółowo opisał całe zdarzenie, również skok przez szyberdach.

Pokręciłem głową.

– Niewiarygodne. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robił. – Podejrzewałem, że się nudził i chyba mu odbiło. – Czasami ma problemy z nadwyżką energii.

– Po prostu potrzebuje dużo ruchu.

Nie miałem wątpliwości, że nadmierne pobudzenie było zasługą Monique.

– Na pewno nie chcesz klatki?

– Nie jest mi do niczego potrzebna. Tucker nadal będzie spał w moim łóżku. Nie mam zamiaru tego zmieniać. I nie dostaniesz mojego adresu. Boję się, że jesteś jakimś psycholem.

– Nie jestem żadnym psycholem – prychnąłem oburzony.

– Zaprzeczanie jeszcze bardziej cię pogrąża – oznajmiła, wyraźnie się ze mną przekomarzając.

– Ile masz lat? – zapytałem kierowany nagłą ciekawością.

– Jakie to ma znaczenie? Nie musisz tego wiedzieć – odrzekła, udając oburzenie.

– Co takiego? Powinienem znać twój wiek. To pierwsze pytanie, jakie zadałbym kandydatce na opiekunkę dla mojego psa – wyjaśniłem, chociaż kierowały mną zupełnie inne pobudki. Spodobały mi się wiadomości, które Sloan nagrała na mojej poczcie głosowej. Były bardzo zabawne.

– W ten sposób złamałbyś prawo. Podczas rozmowy o pracę nie wolno pytać o wiek.

Uśmiechnąłem się.

– A co wolno?

– Możesz zadawać pytania dotyczące moich kwalifikacji.

– Pracujesz w dziale HR? Mam wrażenie, że dużo wiesz o rozmowach kwalifikacyjnych.

– Dobrze ci idzie, ale sądziłam, że już dostałam tę robotę.

Podobało mi się jej poczucie humoru.

– Owszem, ale chciałbym wiedzieć coś więcej o dziewczynie, z którą sypia mój najlepszy kumpel.

Zachichotała, a ja uśmiechnąłem się szeroko.

– Twój najlepszy kumpel sypia z pewną młodą damą, która nie podaje nieznajomym facetom swojego adresu i nie mówi im, ile ma lat. Zapytasz mnie teraz, czy mieszkam sama?

– A mieszkasz?

– O kurczę, naprawdę jesteś psycholem.

– Słyszałem już gorsze określenia.

– Wcale mnie to nie dziwi. – Zamilkła na chwilę. – Mieszkam sama.

– Okej. Masz jakieś inne zwierzaki?

– Nie. Jesteś bardzo dociekliwy. Odnoszę wrażenie, że poprzedni opiekun nie został przez ciebie tak gruntownie prześwietlony – powiedziała cierpko.

– Uczę się na swoich błędach – odrzekłem, wciąż się uśmiechając.

– Teraz nie mam żadnych zwierząt, ale wychowywałam się w towarzystwie owczarków niemieckich i wiem, że potrzebują dużo ruchu. Jeżeli ich nie zmęczysz, potrafią rozrabiać i przejawiać instynkty niszczycielskie. Tucker to pies myśliwski wyspecjalizowany w polowaniu na ptaki. Powinien prowadzić bardzo aktywny tryb życia.

Oczywiście doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, byłem jednak pod wrażeniem jej wiedzy.

– I starasz mu się to zapewnić?

W słuchawce rozległ się szum lecącej z kranu wody i brzęk naczyń, a potem Sloan zaczęła coś mówić do Tuckera. Znów się uśmiechnąłem, bo zapytała go, czy był grzeczny i czy chce dostać przysmak, a on głośno zaszczekał.

– Chodzę z nim na długie spacery. Osiem kilometrów dziennie. Przy okazji ładnie się opaliłam.

– Chciałbym to zobaczyć. Wyślesz mi zdjęcie?

To był żart, ale tylko do pewnego stopnia. Zżerała mnie ciekawość, jak ona wygląda.

– Teraz mogę cię oskarżyć o molestowanie seksualne – prychnęła, udając, że jest oburzona. – Okropny z ciebie gość. Twój dział HR musi mieć pełne ręce roboty.

– Nie mam działu HR. Jestem upierdliwy tylko w stosunku do samego siebie.

– Naprawdę? A czym się zajmujesz?

Nie rozpoznała mnie. Nie było w tym niczego niezwykłego. Musiałem przyznać, że ciężko pracowałem, żeby to zmienić. Na taśmociągu pojawił się mój bagaż: najpierw walizka, a trochę dalej futerał z gitarą.

– Jestem muzykiem.

– Aha, a więc zajmujesz się show-biznesem. Jeszcze jedna gwiazda Hollywoodu. Pewnie wyruszyłeś w trasę koncertową albo nagrywasz za granicą muzykę do jakiegoś niezależnego filmu.

Właściwie nie bardzo się pomyliła. Kurczę, czy naprawdę jestem taki przewidywalny?

– Coś w tym stylu. Niedługo zaczynam tournée z kolegami. Pracuję też przy ścieżce dźwiękowej do filmu, ale nie chodzi o kino niezależne.

Miałem pracować przy wielkiej produkcji, jednak nie chciałem się tym chwalić. Mieszkańcy Los Angeles bardzo lubią rzucać nazwiskami celebrytów, jednak ja starałem się tego unikać. Chwalenie się znajomościami sprawiało, że czułem się jak dupek.

Zdjąłem z taśmociągu walizkę i futerał. Miałem zajęte obie ręce, więc przyciskałem telefon ramieniem. Musiałem jeszcze przejść przez odprawę celną, a potem zamówić ubera do hotelu. Należało zakończyć rozmowę ze Sloan, lecz coś mnie przed tym powstrzymywało. Podszedłem do ławki stojącej tuż przy wejściu do strefy odbioru bagażu, oparłem o nią gitarę i usiadłem.

– Hmm… – mruknęła Sloan lekko znudzonym tonem – w tym mieście wszyscy pracują w przemyśle rozrywkowym.

Nie zadawała więcej pytań o film i sprawiała wrażenie, jakby nieszczególnie się tym interesowała. Byłem trochę zaskoczony. Kiedy spotkałem Monique, od samego początku chciała wiedzieć, kim jestem, i wypytywała mnie o znane nazwiska. Od tamtej pory właściwie nic się nie zmieniło. Fajnie było pogadać z kimś, kto nie traktuje cię jak trampoliny do własnej kariery. Szczerze mówiąc, miałem już dość rozmawiania o celebrytach i show-biznesie.

Postanowiłem zmienić temat.

– A ty czym się zajmujesz?

– Niczym ciekawym – odpowiedziała wymijająco.

– Skąd możesz to wiedzieć? Zakładam, że pracujesz w domu, bo masz czas zajmować się psem przybłędą i chodzić z nim na długie spacery. Jestem ciekaw, jakie zajęcie pozwala na tak elastyczny grafik. No wiesz, muszę wiedzieć, czy twój styl życia umożliwia opiekę nad Tuckerem.

Jęknęła i wyobraziłem sobie, że robi zdegustowaną minę.

– Jestem malarką.

– I uważasz, że to nie jest interesujące?

– To zależy, ale akurat moje obrazy są raczej banalne.

– Dlaczego? Nie możesz malować tego, co chcesz? – Założyłem nogę na nogę i rozsiadłem się wygodnie. W tle przestała szumieć woda i zrobiło się cicho. – Podasz mi adres twojej strony internetowej? – zapytałem, chociaż byłem prawie pewny, że nie będzie chciała tego zrobić. Uznałem jednak, że mogę spróbować. Nie miałem przecież nic do stracenia.

– Nie mam strony, a nawet gdybym miała, to i tak nie dałabym ci adresu.

Uśmiechnąłem się.

– Przynajmniej jesteś konsekwentna. To ważna cecha psiego opiekuna. – Spojrzałem na zegarek. – Niestety muszę się zbierać.

– Okej. Baw się dobrze podczas wyjazdu.

– Sloan, dziękuję. Nie wiem, jak mógłbym okazać wdzięczność za to, co dla mnie zrobiłaś. Naprawdę bardzo się cieszę, że zaopiekujesz się Tuckerem do mojego powrotu.

Milczała przez dłuższą chwilę.

– Dzięki za miłe słowa – powiedziała wreszcie.

– W takim razie będziemy w kontakcie – odrzekłem z uśmiechem.

Rozdział 4

SLOAN

♪ OCEAN EYES, BILLIE EILISH

Znowu zaczęłam przeglądać zdjęcia, na których był Tucker w towarzystwie Jasona.

Dostałam je wczoraj i nie mogłam przestać się na nie gapić. Wcześniej oskarżałam Jasona o molestowanie, wychodziło jednak na to, że to ja jestem psychiczna.

Nie dało się ukryć, było z niego niezłe ciacho. Broda, gęste brązowe włosy, seksowny uśmiech i niebieskie oczy. Na fotografiach z plaży widać było, że ma też ładnie umięśniony brzuch. Naprawę przystojny koleś.

Oglądałam wiele kryminałów i postanowiłam zabawić się w detektywa: uważnie przeanalizowałam zdjęcie tapety jego komórki i próbowałam dojść do jakichś wniosków.

Zegar pokazywał czas australijski, więc Jason nie kłamał i rzeczywiście był na Antypodach.

Musiał również interesować się muzyką: miał bardzo dużo aplikacji związanych z tym tematem. Żadnego Tindera ani stron randkowych. Zauważyłam ikonkę ubera, Twittera i YouTube’a. Standardowy zestaw mediów społecznościowych. Do tego bardzo dużo powiadomień, ale nie powinno mnie to dziwić. Przecież Jason właśnie wysiadł z samolotu, a wcześniej przez parę tygodni był poza zasięgiem, a przynajmniej tak twierdził. To zdjęcie dodawało mu jednak wiarygodności.

Analizując fotografię, nie zauważyłam niczego niepokojącego. Nic nie wskazywało na to, że mam do czynienia z patologicznym kłamcą albo seryjnym mordercą. Doszłam też do wniosku, że ustawienie na tapecie zdjęcia swojego psa jest wyjątkowo słodkie.

Podrapałam Tuckera między uszami i wytarmosiłam futro.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że twój tatuś to taki przystojniak?

Przysunął się bliżej i pozwolił, bym pocałowała go w głowę.

Świadomość, że będę musiała się z nim rozstać, była dla mnie niezwykle bolesna.

Przebywanie z Tuckerem bardzo mnie zmieniło. W jego towarzystwie czułam się o wiele lepiej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz było tak dobrze. Zrozumiałam również, że zmęczenie spowodowane wcześniej bólem i żałobą teraz było wywołane bezczynnością i gównianą dietą, której najważniejszymi składnikami były kawa i cukier.

Tucker mnie rozruszał i nadał mojemu życiu cel. Niestety właśnie okazało się, że za kilka tygodni już go ze mną nie będzie. Zdałam sobie sprawę, że znowu zostanę sama, i wpadłam w panikę. Nie miałam pojęcia, skąd wezmę energię i w jaki sposób powstrzymam się przed powrotem do starych nawyków, jeśli zabraknie tego wesołego psiaka.

Najpierw chciałam go zatrzymać, jednak kiedy skończyłam rozmawiać z Jasonem, zaczęłam zastanawiać się nad tym, co od niego usłyszałam. Wyjechał w daleką podróż i nie miał pojęcia, co się stało z jego psem. Nie byłam przecież złodziejką, choć gdybym miała jakiekolwiek podstawy podejrzewać, że Tucker jest zaniedbywany, na pewno bym go zatrzymała i nie czuła z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie mogę jednak odebrać psiaka komuś, kto szczerze go kocha.

Nagle zza garażu wyłonił się Josh. Wytarł dłonie w szmatę i oznajmił:

– Gotowe. Zamontowałem grzejnik na wodę.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Dzięki.

– Powinnaś pozwolić nam za niego zapłacić – powiedział, posyłając mi znaczące spojrzenie.

Josh był dla mnie jak starszy brat. Brandon na pewno byłby zadowolony, że jego najlepszy przyjaciel tak dobrze się mną opiekuje. Nie chciałam jednak tego wykorzystywać. Wystarczyło, że naprawiał za darmo połowę popsutych rzeczy w moim domu. Naprawdę nie musiał jeszcze za nie płacić. Zamówiłam więc nowy grzejnik razem z dostawą, nawet nie mówiąc Joshowi, że stary dokonał żywota. Inaczej na pewno pokryłby wszelkie koszty.

– Nie było takiej potrzeby. Nie brakuje mi pieniędzy – skłamałam. – W zeszłym tygodniu dostałam parę nowych zleceń.

Przez dłuższą chwilę uważnie mi się przyglądał, lecz nie dałam po sobie poznać, że coś jest nie tak.

– No dobrze. – Zerknął na telefon. – Muszę wracać do domu, żeby zwolnić opiekunkę. Kristen jest już w drodze z obiadem.

Lubili mnie dokarmiać. Chyba myśleli, że jeśli nie będą tego robili, umrę z głodu. Pół roku temu tupnęłam nogą i powiedziałam, że mogą przywozić mi jedzenie tylko raz w tygodniu. Wcześniej odwiedzali mnie codziennie, co uważałam za absurdalne. Mieli małe dziecko i swoje życie. Nie chciałam być dla nich ciężarem. Kristen nigdy by tego nie przyznała, lecz chyba poczuła wtedy ulgę. Doszła do wniosku, że jest już ze mną znacznie lepiej, a poza tym na pewno męczyły ją te codzienne podróże. Wypełniłam zamrażalnik gotowymi daniami Lean Cuisines i ku zaskoczeniu Josha i Kristen nie umarłam z niedożywienia.

– Na razie! – Josh mocno mnie przytulił, podrapał Tuckera za uszami i uśmiechnął się tak szeroko, że na jego policzkach pojawiły się słodkie dołeczki.

Kiedy zostaliśmy sami, pies położył mi głowę na kolanach. Spojrzałam na niego, a potem wzięłam do ręki telefon i zrobiłam nam zdjęcie.

– Założę się, że Jason chciałby zobaczyć twoje fotki z wakacji – powiedziałam i wysłałam MMS, dołączając do niego krótką wiadomość.

Sloan: Zmęczony po prawie dziesięciokilometrowym spacerze!

Odłożyłam aparat i oparłam głowę o sofę. Po chwili rozległo się piknięcie.

Jason: Zakład, że bardzo mu się podobało.

Kolejny sygnał.

Jason: A twoja fotka?

Wzniosłam oczy do nieba. Był seksownym facetem, ale przecież w ogóle go nie znałam i nie miałam zamiaru wysyłać mu swoich zdjęć.

Sloan: Czy uważasz, że mój wygląd może mieć jakikolwiek wpływ na to, jak będę zajmowała się twoim psem?

Ne ekranie zaczęły migać trzy kropki, co oznaczało, że Jason coś do mnie pisze. Uśmiechnęłam się. Musiałam przyznać, że dobrze mi się z nim wczoraj rozmawiało. Powinnam uzbroić się w cierpliwość. Wyprostowałam plecy i podwinęłam nogi.

– Twój tatuś to niezły flirciarz – rzuciłam do Tuckera. Podniósł głowę i wbił we mnie rozanielone spojrzenie, po czym znowu położył mi się na kolanach.

Jason: Widziałaś moje zdjęcie i ja również chciałbym wiedzieć, jak wyglądasz. Uważam, że to całkiem naturalne. Opiekujesz się moim najlepszym kumplem, a ja nie rozpoznałbym cię na ulicy.

Skrzywiłam się, lecz nie dało się ukryć, że miał trochę racji. Nie chciałam jednak tak łatwo ustąpić.

Sloan: Jesteś dla mnie obcą osobą. Skąd mam wiedzieć, czy nie jesteś piratem?

Na ekranie znowu zatańczyły kropki.

Jason: Niech to dunder świśnie! Rozgryzłaś mnie.

Zaśmiałam się.

Jason: Lubisz gry?

Dokąd to wszystko zmierza?

Sloan: Zależy.

Jason: Od czego?

Sloan: Od tego, czy na końcu ktoś musi się upić albo rozebrać do rosołu. Takich gier nie lubię. Zawsze jako jedyna zostaję trzeźwa i muszę rozwozić do domów wszystkich naprutych golasów.

Jason: Nie o taką grę mi chodzi :)

Sloan: W takim razie zamieniam się w słuch.

Jason: Każdego dnia mogę zadać Ci jedno pytanie, żeby lepiej Cię poznać. Możesz odmówić odpowiedzi, ale wtedy za karę wysyłasz mi zdjęcie.

Pokręciłam głową i odpisałam.

Sloan: O jakie pytania ci chodzi? Tak–nie? Zaznacz właściwą odpowiedź?

Jason: Nie, to byłoby za proste. Nie bawmy się w podstawówkę. Będę zadawał prawdziwe pytania, a ty musisz na nie szczerze odpowiedzieć.

Sloan: Czy mnie również przysługuje jedno pytanie dziennie?

Jason: Tak.

Sloan: A jeśli będziesz wykręcał się sianem?

Jason: Nie będę. Obiecuję.

Sloan: Mam propozycję: też możesz odmówić udzielenia odpowiedzi, ale wtedy Tucker zostaje u mnie jeden dzień dłużej.

Przez kilka sekund nic nie pisaliśmy. Zapadła cisza i tylko wentylator pod sufitem szumiał jednostajnie.

Jason: Zgoda.

Sloan: Super. Umowa stoi.

Byłam prawie pewna, że jego pytania będą lekko zboczone. Prosił mnie o zdjęcie, więc założyłam, że będzie chciał wiedzieć to, czego normalnie bym mu nie powiedziała. Mimo to gra wydawała się kusząca. Podobała mi się możliwość wypytywania tego tajemniczego przystojniaka, o co tylko zechcę. Mogło być całkiem zabawnie.

Jason: Gotowa?

Sloan: Tak.

Jason: Dlaczego nie malujesz tego, na co masz ochotę?

Wbiłam wzrok w ekran. Takiego pytania w ogóle się nie spodziewałam.

Czy zadał je, żeby wyprowadzić mnie z równowagi? A może chodziło o to, że podczas wczorajszej rozmowy, gdy mówiłam o sztuce, dziwnie się zachowywałam? Wypuściłam powietrze przez usta, żałując, że nie mogę odpowiedzieć po prostu „tak” lub „nie” albo zaznaczyć odpowiedniego okienka.

Uznałam, że spróbuję go zniechęcić.

Sloan: Naprawdę chcesz to wiedzieć? Nie szkoda ci pytania? Masz szansę się wycofać.

Jason: Nie ma mowy.

Po chwili dodał:

Jason: Ale zadowolę się również zdjęciem.

Zacisnęłam usta w cienką kreskę i mruknęłam pod nosem: „W porządku”.

Sloan: Nie namalowałam niczego dla siebie, od kiedy dwa lata temu umarł mój narzeczony.

Kropki zaczęły podskakiwać, a potem nagle przestały. Wreszcie na ekranie pojawiła się odpowiedź.

Jason: Bardzo mi przykro.

Po kilku sekundach Jason znowu napisał.

Jason: Bywa, że najgorszy czas to ten pomiędzy.

– Tak, to prawda… – wyszeptałam, mrugając z niedowierzaniem.

Kropki znowu zatańczyły.

Jason: Teraz twoja kolej. Zadaj mi pytanie.

Ucieszyłam się, że zmienił temat. Nie chciałam rozmawiać o przeszłości. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co chciałabym wiedzieć, i uznałam, że mogę się trochę zabawić.

Sloan: W jaki sposób przetrwałbyś apokalipsę zombie?

Nie odzywał się przez kilka minut, jednak skaczące kropki były dowodem, że coś pisze. Wreszcie na ekranie wyświetlił się krótki tekst, zaledwie trzy słowa.

Jason: Zadzwonię do ciebie.

Rozległ się sygnał mojego telefonu.

– Co się stało? – zapytałam, nawet się nie witając.

– Moja odpowiedź jest za długa, żeby pisać.

– Poświęciłeś wiele dni na rozgryzienie tego tematu, prawda?

– A ty nie? Apokalipsa zombie to poważna sprawa – stwierdził stanowczo.

– Moim zdaniem to tylko kwestia czasu.

Chyba go rozbawiłam, bo zaczął się śmiać.

– Przetrwanie zależy od tego, czy znajdziemy miejsce, w którym nie będzie nam grozić niebezpieczeństwo ze strony ludzi i żywych trupów. Musimy mieć jakąś odległą i odosobnioną kryjówkę.

– My, czyli kto?

– Ty i ja.

– Skąd wiesz, że nadaję się do twojej drużyny?

– A nadajesz się?

Prychnęłam z udawanym oburzeniem.

– Jasne, że tak, ale skąd możesz to wiedzieć? Czy zawsze powierzasz ludziom ważne zadania, nie sprawdziwszy ich kwalifikacji? Mam wrażenie, że nie pierwszy raz popełniłeś ten błąd. – Przykryłam kocem siebie i Tuckera, wzięłam do ręki szklankę z mrożoną kawą i rozsiadłam się wygodnie na kanapie.

– Masz rację. Przyjęcie do mojej drużyny survivalowej następuje dopiero po przejściu procedury kwalifikacyjnej: najpierw trudny egzamin ustny, potem sprawdzenie praktycznych umiejętności umożliwiających przetrwanie, a na końcu test sprawności fizycznej, który przeprowadzam osobiście.

Wybuchnęłam śmiechem.

– Dobrze, załóżmy, że zaliczę wszystkie części. Czy wtedy zamkniesz mnie w jakiejś stojącej na pustkowiu… chacie? – Włożyłam słomkę do ust i siorbnęłam łyk zimnej kawy.

– Tak, zawiozę cię na moją farmę w północnej Minnesocie. Ziemia nas wyżywi i jakoś przetrwamy.

Uniosłam brwi.

– Ziemia nas wyżywi? Czy ty w ogóle wiesz, jak to jest mieszkać na wsi?

– Myślisz, że Tucker to zwykły kanapowiec?

– Naprawdę chodzisz z nim na polowania? – Spojrzałam na psa. Brandon na pewno chciałby mieć u swojego boku takiego towarzysza.

W słuchawce rozległ się szum.

– Coś ci wysłałem – oznajmił Jason po dłuższej chwili milczenia.

To było zdjęcie: Tucker w kamizelce ratunkowej siedział na dziobie małej łódki rybackiej unoszącej się na lekko wzburzonym jeziorze. O ławeczkę oparta była śrutówka, a w tle rozpościerało się szare zachmurzone niebo.

Jasona nie było jednak widać. Poczułam ukłucie zawodu, a po chwili zrobiło mi się głupio. Zachowywałam się jak podglądaczka, która chciała zdobyć jak najwięcej informacji o tym przystojniaku.

To dziwne, że spodobał mi się facet, którego nigdy nie spotkałam. Od śmierci Brandona nie zwracałam uwagi na mężczyzn. Gdybym zwracała, byłoby to coś w rodzaju zdrady.

– Czy jeśli coś ustrzelisz, to potem to zjadasz? – chciałam wiedzieć.

– Dziczyzna ląduje na moim stole – odpowiedział wymijająco.

– A przyrządza ją twoja mama? – spytałam z udawaną powagą.

Wybuchnął śmiechem.

– Jest prawdziwą mistrzynią kuchni. To żaden wstyd, że to ona gotuje.

– A więc polujesz, potrafisz obchodzić się z bronią palną i masz bunkier na odludziu. Chyba jesteś dobrym kandydatem na szefa drużyny. Zastanowię się więc nad twoją propozycją. Nie przypadła mi tylko do gustu perspektywa spędzania zimy w północnej Minnesocie.

– Zdziwiłabyś się, jak ciepło jest w takiej chacie, kiedy rozpali się ogień. Poza tym zawsze można rozgrzać się przez przytulanie.

Uniosłam brwi.

– Ostro ze mną flirtujesz jak na faceta, który nigdy mnie nie widział. A jeśli jestem brzydka?

– Nie podoba ci się, że flirtuję, ponieważ zaintrygowała mnie twoja osobowość?

Celna uwaga.

– Nie wiesz też, czy mam chłopaka.

– A masz?

Fuknęłam, dając mu do zrozumienia, że niczego więcej się ode mnie nie dowie.

– To dobre pytanie na jutrzejszą rundę. Nie wiem jednak, czy usłyszysz odpowiedź. Może będę wolała wysłać ci zdjęcie.

– Hej, nie uchylisz nawet rąbka tajemnicy? Wystarczy, że powiesz „tak” lub „nie”. Chyba powinienem wiedzieć, czy Tucker spędza czas w towarzystwie obcego mężczyzny.

Zaśmiałam się sarkastycznie.

– Naprawdę musisz w to mieszać Tuckera?

– To przecież ważne. Twój facet może go traktować inaczej niż ja. Nie chcę, żeby mój pies był zdezorientowany – wyjaśnił przesadnie poważnym tonem.

Przewróciłam oczami i uznałam, że nie warto robić tajemnicy.

– Nie, nie mam chłopaka.

– Sama widzisz, że to nie było wcale trudne. Ja też jestem singlem. W tej sytuacji możemy iść dalej. Dlaczego uważasz, że masz odpowiednie kwalifikacje, żeby dołączyć do mojej drużyny survivalowej?

– A gdzie ty w ogóle jesteś? – zapytałam. – Nie masz pracy? Może odrywam cię od jakichś ważnych zajęć?

– Unikasz odpowiedzi? Podejrzewam, że twoje słowa to zwykłe przechwałki i nie potrafiłabyś stawić czoła apokalipsie zombie. Mam wrażenie, że właśnie próbujesz wykręcić się sianem. Odpowiedz, proszę, na moje pytanie.

Kurczę, naprawdę podoba mi się jego poczucie humoru.

– Uwierz mi, że doskonale się do tego nadaję. Zastanawiałam się tylko, skąd masz czas na prowadzenie tak długich rozmów. Przecież rzekomo pracujesz na planie filmowym.

– Tu jest dopiero ósma rano. Zaczynamy o wiele później, mniej więcej w południe. Nigdzie się nie spieszę i mogę wysłuchać twoich argumentów, dlaczego powinienem cię przyjąć do mojej ekipy. Tylko przestań kręcić.

– Mam dla ciebie propozycję – przełożyłam telefon do drugiej ręki – wyślę ci link do strony, z której wszystkiego się dowiesz. Jest jednak pewien warunek: Tucker zostanie u mnie jeden dzień dłużej.

Josh westchnął głośno.

– Sam nie wiem. Bardzo za nim tęsknię. Chyba nie wytrzymam dodatkowego dnia rozłąki.

– Wydaje mi się, że docenisz moje umiejętności – powiedziałam, starając się mówić jak rasowy sprzedawca. – Jest tam też moje zdjęcie, co prawda stare i kiepskiej jakości, ale jeśli je powiększysz, to będziesz miał jakieś pojęcie o tym, jak wyglądam.

– Zobaczę twoją rozmazaną twarz? Już nie mogę się doczekać. Mam pomysł: może w ten dodatkowy dzień podzielimy się opieką nad Tuckerem? Proponuję, żebyśmy poszli razem na spacer.

Razem? Nie byłam pewna, czy mi się to podoba.

– A dokąd chcesz iść?

– Nie wiem. Możesz coś zaproponować. Słabo znam Los Angeles, a ty pewnie byłaś w wielu ciekawych miejscach. Uwielbiam spędzać czas na świeżym powietrzu. Chętnie poznam jakieś fajne trasy spacerowe.

Zamyśliłam się. Zależało mi na dodatkowym dniu w towarzystwie Tuckera, jednak perspektywa spacerowania z jego właścicielem trochę mnie przerażała. Za bardzo przypominało to randkę. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że darzę Jasona sympatią. Lubiłam z nim rozmawiać, lecz gdy pomyślałam o wspólnym spacerze, poczułam się tak, jakbym zamierzała zdradzić Brandona. To było głupie i nieracjonalne, ale nic nie mogłam na to poradzić. Uznałam, że raz kozie śmierć. Jeśli dojdę do wniosku, że nie mam na to ochoty, mogę zrezygnować. W końcu to będzie mój dodatkowy dzień z Tuckerem.

– Dobra, umowa stoi. Daj mi sekundę, to wyślę ci link.

Znalazłam bloga i wysłałam Jasonowi adres strony. W tym momencie rozległo się pukanie. Tucker skoczył na równe nogi i pobiegł do drzwi, głośno szczekając. To była Kristen.

– Gotowe, ale niestety muszę kończyć – szepnęłam. – Właśnie przyszła do mnie przyjaciółka. Pogadamy później, dobra?

Rozdział 5

JASON

♪ GIVE ME A TRY, THE WOMBATS

Gdy tylko skończyłem rozmawiać ze Sloan, obsługa hotelowa przyniosła mi śniadanie.

Nalałem sobie filiżankę czarnej kawy, a potem usiadłem na łóżku z talerzem na kolanach i kliknąłem w link, który dostałem od Sloan. Wszedłem na bloga i przez dłuższą chwilę gapiłem się w ekran, trzymając widelec w połowie drogi do ust.

To jest, kurwa, NIEMOŻLIWE.

Moje palce błyskawicznie wystukały wiadomość.

Jason: Czy próbujesz mi powiedzieć, że to ty jesteś Żoną Myśliwego?

Czekałem na reakcję, jednak nie było widać ruszających się kropek, więc wróciłem na bloga, ciągle nie mogąc otrząsnąć się z szoku.

Żona Myśliwego to chyba najbardziej znana strona internetowa poświęcona dziczyźnie. W kręgach łowieckich uchodzi za najlepsze źródło przepisów na pyszne dania mięsne. Moja mama traktowała ją niemal jak biblię i kiedy ja, ojciec i mój brat David przynosiliśmy do domu naszą zdobycz, zawsze z niej korzystała. Wydaje mi się, że tak było w większości rodzin, w których mężczyźni chodzili na polowania.

Czyżby Tucker wybrał sobie na opiekunkę właśnie Żonę Myśliwego? Naprawdę trudno było w to uwierzyć.

Otworzyłem zakładkę „O autorce” i zacząłem czytać. Niestety nie znalazłem tam zbyt wielu informacji.

Jeśli tu jesteś, to znaczy, że masz w zamrażalniku mnóstwo dziczyzny i zastanawiasz się: Co ja z tym wszystkim, do cholery, zrobię?

Wybuchnąłem śmiechem, ponieważ wydawało mi się, że słyszę głos Sloan.