Zakochany - Hayes Alfred - ebook
NOWOŚĆ

Zakochany ebook

Hayes Alfred

3,9

Opis

Ta powieść to chłodna, dojmująca wiwisekcja utraconej miłości, która zaczyna się bez powodu i kończy bez przyczyny. Monolog narratora w barze nowojorskiego hotelu przypomina samotne sceny znane z obrazów Edwarda Hoppera. Krystaliczna proza, czuła i okrutna zarazem.

Alfred Hayes (1911-1985) urodził się w biednej żydowskiej rodzinie na londyńskim East Endzie. Z rodzicami wyjechał do Ameryki. Zarabiał jako kelner, przemytnik, chłopak na posyłki. Pisał zaangażowane wiersze choć lepiej czuł się na wyścigach niż w literackich kawiarniach Greenwich Village. Podczas II wojny światowej stacjonował w Rzymie, doskonale poznał Włochy. Hayes był współtwórcą scenariusza Paisy Rosselliniego (wspólnie z Klausem Mannem i Federico Fellinim). Pracował też przy scenariuszu Złodziei rowerów de Siki. Przez cztery dekady pisał dla Hollywood. Długo pozostawał w cieniu innych postaci, pracował z Langiem, Hustonem, nie wspominając już licznych odcinków Godziny z Alfredem Hitchcockiem. Na podstawie własnej powieści The Girl on the Via Flaminia (Dziewczyna z Via Flaminia, 1949) napisał scenariusz filmu Ich wielka miłość (1953), gdzie obok Kirka Douglasa wystąpiła, grając po raz pierwszy po angielsku, Brigitte Bardot. Zmarł w 1985 roku. Dziś jest na nowo odkrywany jako pisarz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (9 ocen)
2
4
3
0
0

Popularność




 

ALFRED

HAYES

Zakochany

 

Tłumaczyła

Anna Arno

 

 

 

 

Wydawnictwo Próby

 

 

 

In Love

Copyright © 1953, Alfred Hayes

All rights reserved

 

 

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Próby

Copyright © for the translation by Anna Arno

 

Warszawa 2021

 

ISBN 978-83-959036-7-0

Miłość drzwi mi otwarła; lecz dusza nieśmiała

            Cofa się, pełna winy.

Miłość więc, bystrooka, gdy tylko ujrzała,

           Że zwlekam bez przyczyny,

Podchodzi do mnie bliżej i pyta grzesznego,

           Czy mi brakuje czego.

 

George Herbert, Miłość (III)

TŁUM. STANISŁAW BARAŃCZAK

1

To właśnie ja, powiedział do ładnej dziewczyny w hotelowym barze mężczyzna pod czterdziestkę, z pewną pozycją, jakimś groszem na koncie, dobrym adresem, łatwym do wyszukania numerem telefonu. Typowy dla mnie wyraz twarzy. Moja dłoń na stole jest prawdziwa, cały jestem w miarę prawdziwy, póki nie przyjrzeć się bliżej.

Czy wyglądam na człowieka, powiedział mężczyzna w hotelowym barze o trzeciej po południu do ładnej dziewczyny, no czy wyglądam na człowieka, który nie wie, co ze sobą zrobić, co mu dolega, albo w głębi duszy uważa, że w jego życiu coś się skończyło?

Zakładam, że na takiego nie wyglądam.

Zakładam, że w lustrze czy w spojrzeniu, które spotka się z moim, powiedzmy, w takie popołudnie jak dziś, w tym hotelu, w tym barze, przy tym stoliku, wyglądam na faceta, który wie, co ze sobą zrobić, spokojny, pewny siebie i swego, wie, czego się spodziewać, chociaż nawet gdyby pani nalegała, nie potrafiłbym opisać, czego mianowicie.

Ale cel istnieje. Na pewno. Musimy udawać, utrzymywać pozory, że dokądś zmierzamy, jesteśmy przejęci umówionym spotkaniem, wyglądamy na kogoś, kto ma dokąd pójść. Nawet teraz, kiedy sobie siedzimy i pijemy daiquiri, grube dywany przyjemnie wyciszają kroki, a popołudnie chyli się ku zachodowi. Nawet teraz musimy udawać, że na mnie i na panią gdzieś ktoś czeka i że ten, kto tak niecierpliwie nas wygląda, to jakaś ważna osoba? Mimo że w gruncie rzeczy wszystkie nasze cele są trochę naciągane, na nic nie jesteśmy umówieni, nie ma żadnego miejsca, gdzie naprawdę mamy się stawić, gdzie ktoś oczekuje naszej obecności? Przecież nikt na nas nie czeka. Absolutnie nikt, i być może nigdy nie czekał, nawet na początku, dawno temu, kiedy żyliśmy jeszcze szybciej niż teraz i mieliśmy w sobie coś, co pozwalało choćby na chwilę zaufać losowi. Byliśmy młodsi, w każdym razie ja. Pani oczywiście jest jeszcze stosunkowo młoda; ile pani właściwie ma lat, dwadzieścia cztery, pięć? Musi istnieć cel, choćby ze względu na to, z jaką żarliwością zaczynamy w młodości.

A więc teraz, dobijając do czterdziestki, mówię sobie, że może nie ma i nigdy nie było dla nas miejsca. Może to nie jest rozczarowanie, tylko przeciwieństwo złudzeń, może należy uznać to za postęp, chociaż pewnie nie, więc żyjemy z tym trudnym do opisania poczuciem nieodwracalnej straty, poczuciem, że gdzieś się pomyliliśmy, popełniliśmy błąd nie do naprawienia, że zrobiliśmy jakiś gest, którego nie da się już wycofać.

Ale pani jest ładna. I dochodzi czwarta. Drinki na stole. I w tym lustrze to chyba odbijamy się my. Kelner przyjdzie, kiedy go zawołamy, zegar tyka, rachunek zostanie uregulowany, miasto będzie dalej istniało.

Czy w gruncie rzeczy nie na tym nam zależy? Wszystko na swoim miejscu, wrażenie ładu, naprawdę albo pozornie jest nam dobrze, popołudnie, w którym najwyraźniej coś się wydarza.

Żadnych wstrząsów, nic doniosłego, pewna przyjemność bez pewnego poczucia winy.

Poczucie winy przychodzi później, prawda? Wina jest niżej w karcie dań. Dopiero po opłaceniu rachunku, po napiwku coś jeszcze zostaje, niewliczone, i tu dochodzimy do winy, prawda?

Ale w sumie to dziwne, powiedział mężczyzna do ładnej dziewczyny, że dobrze sypiam, nie straciłem apetytu, a mimo to zawsze wyglądam, jakbym był zmęczony. Nie wiadomo, dlaczego bolą mnie plecy, w tym miejscu, gdzie mięśnie są jakby dziwnie zbite, bolą mnie oczy (chociaż rzadko teraz czytam i prawie nie chodzę do kina). W ustach osiadł szorstki, suchy smak.

Dlaczego?, powiedział mężczyzna, bo obiecał, że jej opowie. Powiedział to z dziwną powściągliwością, patrząc na ładną dziewczynę, która miała wszelkie zalety wynikające z tego, że nie ma się jeszcze czterdziestki, a także wszystkie wynikające z tego mankamenty. Dlaczego mam się tak czuć? Co takiego straciłem, co byłoby nie do odzyskania? Co zrobiłem, powiedział, żeby być tak nieszczęśliwym, a przy tym nie mieć przekonania, że to nieszczęście, które przenika mnie jak powietrze, jest rzeczywiste albo uzasadnione?

A może, powiedział mężczyzna do ładnej dziewczyny, marszcząc przy tym brwi, właśnie to jest ze mną nie w porządku, o ile coś jest; nie wiem już, co rzeczy znaczą; nie umiem ich rozpoznać. Jakbym zdrewniał. Oto one, przedmioty, które składają się na mój świat, i oto ja, niezdolny je nazwać – ornitolog, dla którego wszystkie ptaki mają jednakowe pióra, ogrodnik, któremu wszystkie kwiaty wydają się takie same. Niech pani powie szczerze, czy to jest moja ułomność, o ile to jest ułomność? Moja choroba, jeśli to jest choroba?

Tak, powiedział mężczyzna. Często się zastanawiałem, dlaczego wydaję się ludziom smutny, chociaż upieram się, że wcale nie, mylą się, a jednak kiedy spojrzę w lustro, okazuje się, że wcale się nie mylą, mam smutną minę, nie ulega kwestii, że moja twarz jest smutna. Doszedłem do wniosku (uśmiechnął się do niej, bo była czwarta, dzień dobiegał końca, a ona była bardzo ładną dziewczyną, dziwne, jak robiła się coraz ładniejsza), doszedłem do wniosku, że w sumie mają rację, jestem smutny, smutniejszy, niż mi się wydaje.

Zaczął opowieść.

2

Mieszkała w małym mieszkanku. Pamiętam, że jej sąsiadką była dosyć dziwna kobieta, wyglądała na gruźliczkę z Nowej Anglii. Na parterze mieszkała para eleganckich chłopaków, którzy występowali razem w telewizji, na kominku-atrapie mieli czarne świece, a na ścianach ryciny z muskularnymi strażnikami Pałacu Buckingham. I jeszcze pani O’Toole z pieskiem.

Malutkie i umieszczone wysoko, jej okna wychodziły na wielki biurowiec i ledwo poruszyły się u niej zasłony, jakaś para lubieżnych oczu z nadzieją odrywała się od biurka, maszyny do pisania czy stołu w magazynie. Na noc zamykała okna i zaciągała zasłony, bo wyobrażała sobie, że jakiś przybłęda (w jej wyobrażeniach zawsze był Murzynem) opuści się z dachu na dosyć szeroki parapet (ona oczywiście będzie wtedy spała, będzie sama i wszystko odbędzie się bezszelestnie) i włamie się do salonu, w którym sypiała. Próbowałem ją uspokoić, że takie dokonanie byłoby dla włóczęgi prawie niemożliwe i że dookoła są ludzie. Zaszczekałby pies pani O’Toole. To stare, bezzębne stworzenie?, pytała. W takim razie dziewczyna z sąsiedniego mieszkania usłyszałaby jej krzyk. Ale z tą dziewczyną jest coś nie tak, mówiła: w ogóle nie wychodzi z domu. Są jeszcze ci chłopcy z dołu: Boże, wzdychała, kogo oni by mogli wystraszyć? Wtedy ją przekonywałem, że nie mieszka na pustkowiu, tylko przy ruchliwej ulicy, w huku ciężarówek i autobusów. Jest bezpieczna, o ile obecność ludzi daje poczucie bezpieczeństwa. Jest otoczona, o ile otoczenie uspokaja. Jest pod ochroną, o ile zawiani sąsiedzi, stacja metra na rogu oraz postój, na którym zaspani taksówkarze czytają popołudniowe gazety, są jakąś ochroną.

Jej okropne przeżycia nie odbiegały od normy. Raz poszła do toalety w kinie i krzyknęła na widok twarzy, która groźnie wychyliła się znad krawędzi drzwi. I jeszcze kiedyś we własnym mieszkaniu. Usłyszała ciche i ostrożne kroki na korytarzu, uporczywie skrzypiące schody i niski świst oddechu. A potem pukanie. Drzwi miała zaryglowane i założony łańcuch (później, kiedy byliśmy pokłóceni, jej twarz, to pamiętam, też pojawiła się w ostrożnie uchylonych drzwiach). Stała tam, wyobrażałem sobie, w krótkim, białym, przybrudzonym frotowym szlafroczku, na dywaniku, zmuszała się, żeby zapytać głosem zapewne bliskim histerii: kto tam? I wtedy (dziwne, jak niezmienna była ta fraza, jakby wyryta w kamieniu) nieznany głos odpowiedział: mężczyzna, którego pani wezwała. I usłyszała, jak lekko naciska klamkę. Wówczas szybko wróciła do telefonu, który stał na stoliku obok wersalki, na której spała, i połączyła się z centralą. Poprosiła, żeby zadzwonili na policję, głos miała podniesiony i rozedrgany z przerażenia, mówiła na tyle głośno, że było słychać przez drzwi. Wtedy szarpanie klamki ustało i usłyszała kroki, teraz szybko zbiegające po schodach. Ale został jej obraz tego nieznajomego głosu, znikającego w tłumie zwyczajnie wyglądających ludzi, wchodzących albo wychodzących z metra, przystających po gazetę w kiosku na rogu. Może zmienił się w jedną z nabrzmiałych twarzy przy barze, w knajpie z grillem. Nieznany głos mocujący się z klamką pod jej drzwiami, które okazały się niezupełnie bezpieczne, nalegał: to ja, mężczyzna, którego pani wezwała.

Często myślała o przeprowadzce, o wstawieniu krat w oknach czy wzmocnieniu drzwi, ale w końcu postanowiła kupić, w sklepie poleconym jej przez lekarza, coś, co przypominało wieczne pióro, ale było pistoletem na gaz łzawiący; trzymała go też na nocnym stoliku, obok telefonu i psujących się w czarnej porcelanowej misie owoców, obok paczki papierosów i zapalniczki, którą dostała od pewnego mężczyzny. Pistolet na stoliku dawał jej zapewne poczucie bezpieczeństwa. Wyglądał dosyć nieszkodliwie, niewinne pióro. Na własny użytek opracowała instrukcję obsługi, gdyby kiedyś była zmuszona go użyć. Zgodnie z jej własną strategią obronną: oślepi gazem napastnika, bezimiennego i bez twarzy, a sama zasłoni usta i nos wilgotną szmatką, wyjaśniono jej bowiem, że mokra szmatka jest najskuteczniejsza. Potem chwyci za telefon i zadzwoni do równie anonimowej i pozbawionej twarzy policji. Tymczasem nie była zmuszona użyć groźnej broni: pióro po prostu leżało obok telefonu i miski nadpsutych owoców. Jeśli kto wiedział, czym jest, kryło w sobie coś złowróżbnego.

Wersalka, na której leżało za dużo poduszek, stała pod ścianą, pod japońskim drzeworytem. Obok kaloryfera było małe radio, pod oknem półki na książki, przed półkami fotel, przed fotelem podnóżek. Łazienka też była mała i zawsze zabałaganiona. Na drążku od zasłonki zwisały jej pończochy, oklapłe jak wisielcy, na białym drążku nad umywalką dyndał wyglądający skomplikowanie biustonosz. Ręczniki były niezbyt czyste i nigdy całkiem suche, chusteczki higieniczne sterczały z podartego pudełka, a tubka pasty niemal zawsze była odkręcona. W szafce stała nieskończona liczba małych, dla mnie tajemniczych, na wpół pustych buteleczek, słoiczków, dezodorantów, maści, fiolek z dziwnymi mazidłami. Wyglądało to jak rozgardiasz w bankrutującej aptece. W niewiele większej od komórki kuchence też panował bałagan: nieumyte kubki, wiecznie psująca się lodówka, prawie zawsze obecne dowody zjedzonego w pośpiechu śniadania albo kolacji złożonej z tego, co akurat było w domu. W kredensie butelka scotcha czy brandy (oczywiście od kogoś ją dostała). Ale zdarzały się przedpołudnia, kiedy podejmowała sporadyczne, intensywne wysiłki zaprowadzenia względnego ładu, a raz na miesiąc ciemnoskóra dziewczyna przychodziła przewietrzyć, umyć podłogi, przetrzepać, poodkurzać i poskładać. Ale kiedy o niej myślę, zawsze widzę ją otoczoną hałdami kapeluszy, biżuterii, fikuśnych butów, z dedykowaną jej książką, z wiadomościami nagranymi na sekretarce, z owocami cicho psującymi się w misie, wokół niej walają się poduszki z frędzlami, pliki przewiązanych wstążeczką miłosnych listów, chowanych i wyciąganych, czytanych na nowo i czasami wówczas wyrzucanych. Widzę przy niej pudełka po cukierkach i oczywiście portrety: jej dziecka, jej samej z okresu małżeństwa, wyglądającej jak zupełnie inna dziewczyna, jej wyjątkowo piękna antenatka. Jest też portret jej matki na wycieczce na Florydę, zdjęcie z imprezy łyżwiarskiej albo obozu harcerskiego, z roześmianymi dziewczynami w szortach i ogniskiem w tle, a z nimi jeden czy dwóch facetów. Wszystko to wrzucone tam, gdzie ostatnio leżało czy też zostało ukryte, tak jakby omiotła te przedmioty spojrzeniem, użyła, wzięła do ręki, przez chwilę o nich pomyślała, a że ich tajemnica okazała się za trudna do rozwikłania, z powrotem rzuciła je tam, gdzie akurat stała, do szuflady, na półkę czy na skraj stołu. Ale teraz wydaje mi się, że cały ten bałagan, tak widoczny i którym zupełnie się nie przejmowała, wynikał z tego, że swoje ówczesne życie uważała za tymczasowe. To mieszkanie i ten styl życia to była prowizorka, sklecona, aby załatać okres w jej życiu, którego nie uważała za istotny i dlatego nie widziała powodu, aby nadawać sprawom jakiś ostateczny porządek. Ostateczny porządek jeszcze nie nastał: czekała na niego.

Miała małą bliznę nad brwią, prawie niewidoczną. Od zabawy w strzelanie z łuku. I nie została zaszczepiona w ramię: matce zależało, żeby nie była naznaczona. Oczy miała, moim zdaniem, w pięknym ciemnym odcieniu błękitu, a kiedy była zła, jeszcze bardziej ciemniały. Włosy nosiła upięte: zwijała je wysoko i spinała grzebieniem. I nigdy nie miała dobrze zrobionych brwi: prawie zawsze podkreślone ołówkiem i moim zdaniem za długie. Twierdziła, że umie jeździć na rowerze. Raz poszliśmy pojeździć i wjechałem w tył ciężarówki, ale to było na początku, kiedy fajnie było wypożyczyć rower na niedzielę. Znała parę słów po francusku, nie prowadziła samochodu. Kiedyś zmierzyłem ją przy ścianie, całując ją za każde trzydzieści centymetrów. Miała metr sześćdziesiąt dwa i pół bez butów i, dla ścisłości, również bez pończoch. Urodziła się w Oak Park, w stanie Illinois, podczas zadymki. Była jedynym dzieckiem w rodzinie. Jej ojciec uczył matematyki w szkole podstawowej. Ojciec nie żyje, a matka wyszła drugi raz za mąż, za faceta z branży spożywczej. Dziecko było u nich, jeździła tam raz na miesiąc.

Boże, widzisz, jaka jestem pokręcona? Bo chciała mieć wszystko i uważała, że nie ma nic. Jej oczekiwania wcale nie były wygórowane, nawet w tym nieżyczliwym świecie: mieć dom, drugiego męża, drugie dziecko. Oczywiście, kiedy go sobie wyobrażała, ten dom był całkiem spory, gdzieś na przedmieściach albo nad oceanem. I oczywiście mąż, gdyby znów go miała, powinien mieć pieniądze, niekoniecznie wielkie, ale tyle, żeby jej dawały poczucie bezpieczeństwa. Bo w jej pierwszym małżeństwie właściwie nie mieli nic. A drugie dziecko, które miała przed oczami, kiedy leżała na wersalce w swoim mieszkaniu, co ostatnio zdarzało jej się częściej (czasami w zasadzie nie miała powodu, żeby z niej wstawać, tylko telefon łączył ją z nadzieją i toczącym się gdzieś na zewnątrz życiem), byłoby śliczne, zdolne, urocze, zdrowe; byłoby cudowną repliką jej samej. I oczywiście chciała być szczęśliwa; o tym marzyła najbardziej; nie wariacko szczęśliwa, mówiła sobie, na to za twardo stąpa po ziemi, ale chciała być, powiedzmy, bardzo szczęśliwa. Czy to za dużo? Nawet ten skąpy świat nie mógł jej tego odmówić. Sęk w tym, żeby zawsze nieśmiało wyciągać rękę do niewidzialnego dobrodzieja. Zresztą była piękna. Mężczyźni, którzy opowiadali jej prawie wszystko, a jeśli dłużej ich znała, to w końcu mówili prawdę, zawsze twierdzili, że jest piękna: taką ją zapamiętywali na zawsze, niezależnie od tego, co się między nimi skończyło. Dlaczego w takim razie wszystko było takie trudne? Dlaczego nieśmiało wyciągnięta dłoń wracała do niej pusta? Dlaczego odmawiano jej zwykłej jałmużny? Taka piękna, młoda, w miarę wierna, w miarę dobra i w miarę namiętna, dlaczego tak trudno było jej z wielkiej, opornej góry wydobyć małą grudkę własnego szczęścia?

Fascynowały ją wróżki, grafolodzy, dziwaczne starsze panie, które wróżyły z kart po kawiarniach. Patrzyła szeroko otwartymi oczami, kiedy na jej dłoni wykreślały znajome inicjały, oznajmiały poważnie, że pociągają ją bruneci, albo w próbce jej pisma wyczytywały napięcie pomiędzy jej impulsywnością i konwencjonalnością. Raz tajemnicza dama w sukience z cekinami oznajmiała, że w jej przyszłości widzi małżeństwo, rozczarowanie i dwójkę dzieci. Kiedy indziej z kart, jej pisma albo niewyraźnych linii życia wyczytywała, że po wielkim smutku czeka ją szczęście; wtedy jej śliczną buzię rozpromieniał błysk przyjemności. Uwielbiała wróżenie, jej własna osobowość nagle okazywała się dramatycznie interesująca. Nie mogła się oprzeć życzliwemu uchu Klarysy czy Księżniczki Srebrnej Gwiazdy, zwiędłej znawczyni duchowych głębin. Chętnie podsuwała dłoń ubranemu w smoking lub turban Egipcjaninowi Karghiemu.

Ciekawiło ją wszystko (nawet zabawna pseudowiedza, bo twierdziła, że chociaż w sumie w te wróżby nie wierzy, to jednak ciekawe, skąd Klarysa wiedziała, że jest rozwiedziona?), co potwierdzało wagę jej własnej egzystencji. W zasadzie nic nie interesowało jej bardziej od własnej przyszłości. Szczególnie chciała wiedzieć, jacy znajdą się w niej mężczyźni, jakie wypełnią ją dzieci i ile czeka ją szczęścia.

A jednak, chociaż się uśmiechałem, chociaż bawił mnie zapał, z jakim wyciągała dłoń nad obrusem w kratkę, czy miałem prawo się śmiać? W końcu ta pasja przewidywania przyszłości była dla niej czymś naturalnym: nade wszystko pragnęła zapewnienia, że jutro okaże się lepsze, że czeka ją jakaś nagroda; że możliwe jest spełnienie jej marzeń, które, jak sądziła, były tak skrzętnie ukryte. A może Klarysa naprawdę ma dostęp do tego, co nieznane? Jeśli się dobrze zastanowić, to przecież bez podpowiedzi odkryła jej pierwsze małżeństwo i z jej dłoni wyczytała, że ma dziecko… A jeśli Egipcjanin Karghi ma jakieś tajemne moce? Kosmos jest niepoznawalny, ona nie zna samej siebie, wszędzie tylko wątpliwości i dziwne przypadki, nie ma nic pewnego. Byłoby miło, gdyby było wiadomo, że Księżniczka Srebrna Gwiazda potrafi wyczytać, zobaczyć czy odgadnąć tajną przyszłość. To byłoby krzepiące.

Gdybym tylko była inteligentniejsza, mądrzejsza. (Bo inteligencja także polega na posiadaniu magicznego przedmiotu, dzięki któremu łatwiej zapanować nad światem, jak lampa Aladyna albo zaklęcie, które wszystko przemienia w złoto). Albo ubolewała, że ma tak mało przyjaciół: czy to jest jej cecha, jakiś chłód, brak dobrej woli? Albo może przyjaciele, prawdziwi, którzy cię nie krytykują, zdarzają się naprawdę rzadko? Była taka zmęczona swoim dotychczasowym życiem. Wszyscy wydawali jej się szczęśliwsi, lepiej im się powiodło, w każdym razie mieli coś, czego jej brakowało. Często mi tłumaczyła, że kiedy jest sama albo przygnębiona, albo przed okresem, wydaje jej się, że wszystkie więzy ze światem zostały zerwane; ma wtedy wrażenie, że nie istnieje, tylko tkwi w dziwnym zawieszeniu pomiędzy matowym blaskiem niebios a nieważkim ciężarem ziemi. Prawie tak, jakby wystarczyło, że na odpowiednio długo zamknie oczy, bez ruchu poleży w łóżku i odpłynie, w stanie lewitacji, tak jakby cała była wydrążona i przezroczysta. Potem miała wrażenie, jakby wszystkie myśli, jakie jej dotychczas towarzyszyły, cała pamięć, wspomnienia i opinie o ludziach i rzeczach na zawsze wyleciały jej z głowy; jakby ustało bicie jej serca, a krew przestała krążyć w jej żyłach.

W takich chwilach miała wrażenie, jakby była zrobiona ze szkła i całkiem przejrzysta albo utkana z muślinu i każdy podmuch, najlżejszy wiatr, może ją zmieść. A ja, z obawy, że podobne nastroje, bo uważałem je za nastroje, są związane z myślami o śmierci, kazałem jej znaleźć sobie zajęcie, bo wydawało mi się, że głównie bezczynność wpędza ją w to poczucie nicości. Ale nigdy nie chciała naprawdę umrzeć, tak w każdym razie mówiła: że to nawet dosyć dziwne, ale to odpływanie wcale nie kojarzy jej się ze śmiercią, tylko z czymś innym, z jakimś wyobrażeniem o radości, byciu nareszcie wolną, i że gdyby kiedykolwiek poczuła się wolna, byłoby to najbardziej podobne do uczucia, które miała wtedy, kiedy była najmniej związana ze światem. Miała kłopot z opisaniem tego uczucia, chociaż starała się przekazać mi stan, który zdarzał mi się rzadko, bo ja nie chciałem się od świata uwolnić, lecz nad nim zapanować. Nie miałem wtedy pojęcia, co jej poradzić, i mówiłem, żeby się zajęła czymś, co jest dla niej ważne; wtedy ona poważnie zadawała sobie pytanie, na czym jej tak naprawdę zależy.

Jako dziewczynka grała na pianinie. Dawno to zarzuciła i przyszło jej do głowy, że byłoby fajnie, naprawdę miło byłoby pograć w długie popołudnia. Ale wypożyczenie instrumentu było trudne (przynajmniej tak jej się wydawało) i ciężko byłoby to załatwić, zresztą miała za małe mieszkanie. W każdym razie jedną z rzeczy, którymi się martwiła, był brak pianina. Jako dziecko świetnie też pływała. Przynajmniej tak jej się teraz zdawało, kiedy przypominała sobie wakacje, które spędzała nad morzem albo w uzdrowiskach. O ile byłaby szczęśliwsza, myślała, mając coś, do czego mogłaby wrócić, jak pływanie czy chodzenie po górach, coś bardzo aktywnego. Ale baseny w ponurych czeluściach wielkich hoteli były małe, przesycone wilgocią, naprawdę mało zachęcające. I jeszcze trzeba się rozebrać, wypożyczyć ręcznik i potem cały dzień chodzić z mokrymi włosami, nie do wytrzymania. Tym niemniej jednym z jej powodów do smutku było to, że już nie pływa.

Na ulicy nie ustawał ruch: ciężarówki, nie przejmując się jej żalem, wtaczały się wielkimi kołami na parkingi przy magazynach, autobusy, nie mając pojęcia o jej melancholii, stawały na wyznaczonych przystankach, wagony metra przyjeżdżały i odjeżdżały. Wszystko to bez pojęcia o jej istnieniu.

Teraz