Opis

Rajd atomowy na Moskwę, proces jednej dwunastej tyrana, eksperyment racjonalnego antysemity, kabalistyczny Spisek Koronacyjny – oto wydarzenia, jakich świadkiem jest czytelnik opowiadań Jacka Dukaja.

Xavras Wyżryn i Gotyk, a także teksty najnowsze Przyjaciel prawdy i Sprawa Rudryka Z. pokazują, jak zanika granica między wojną a terroryzmem, rozumem i wiarą, człowiekiem i narodem, bohaterem i potworem...

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 322

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 28 min

Lektor: Adam Ferency

Popularność


© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2004

Wy­da­nie dru­gie, do­druk

Re­dak­tor se­rii Ani­ta Ka­spe­rek

Ko­rek­ta Bar­ba­ra Gór­ska, Anna Rud­nic­ka, Ewa Ko­cha­no­wicz

Pro­jekt okład­ki i wy­kle­jek To­masz Ba­giń­ski Mi­chał Dzie­kan

Re­dak­cja tech­nicz­na Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010 ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40 księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­chał Na­ko­necz­ny

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04722-4

XAVRAS WYŻRYN

…za­iste nie w two­jej mocy prze­ba­czać w imie­niu tych, któ­rych zdra­dzo­no o świ­cie

PRUSY WSCHODNIE–BUKOWINA

Z pół­no­cy nad­le­ciał klucz sztur­mo­wych śmi­głow­ców. Wit­sch­ko uniósł rękę i Ame­ry­ka­nin za­marł w pół kro­ku. Ga­pi­li się w sza­re nie­bo przez bez­list­ne jesz­cze ga­łę­zie drzew, w tej czę­ści lasu ro­sną­cych bar­dzo gę­sto. Wą­skie, ciem­ne ma­szy­ny z em­ble­ma­ta­mi re­ich­swe­ry na bo­kach — czar­ny­mi krzy­ża­mi — prze­mknę­ły po­nad nimi w dźwię­ko­wej chmu­rze ro­ze­dr­ga­ne­go grzmo­tu. Je­den, dwa, trzy, pięć, sie­dem. Jak apo­ka­lip­tycz­na sza­rań­cza. Smith ża­ło­wał, że nie ma na gło­wie koł­pa­ka, by­ło­by świet­ne uję­cie. Gdy znik­nę­ły, spoj­rzał na ze­ga­rek. Szó­sta szes­na­ście.

— Czę­sto tak? — spy­tał Ślą­za­ka.

Prze­myt­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Ru­skie ich ostrze­li­wu­ją, ale bez prze­ko­na­nia. Od śmier­ci Sta­li­na nie było na Po­mo­rzu po­waż­ne­go in­cy­den­tu. Prze­cież pan wie. Pre­wen­cja. Prze­kra­cza­ją gra­ni­cę o trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów i wię­cej. Mo­skwa na­wet nie ma pre­ten­sji: strze­la­ją do tych, co trze­ba.

Roz­ma­wia­li po ro­syj­sku, bo Smith w nie­miec­kim był sła­by, a Wit­sch­ko bał się prze­ciw­pie­chot­nych min ję­zy­ko­wych.

Szli la­sem już pięć go­dzin. Gra­ni­cę i pas zmi­li­ta­ry­zo­wa­ny opu­ści­li jesz­cze przed pół­no­cą, lecz z uwa­gi na układ dróg i ukształ­to­wa­nie te­re­nu nie mo­gli kie­ro­wać się bez­po­śred­nio na po­łu­dnie i w efek­cie, za radą Ślą­za­ka, ma­sze­ro­wa­li ja­kimś prze­dziw­nym rów­no­leż­ni­ko­wym hal­sem. Bo tu­taj dro­gi bie­gły nie­mal wy­łącz­nie ze wscho­du na za­chód, Pru­sy nie ist­nia­ły dla ro­syj­skich pla­ni­stów. Smith miał w kom­pu­te­rze mapę, ale już kil­ka­krot­nie zdą­żył się prze­ko­nać, iż od­po­wia­da ona rze­czy­wi­sto­ści w stop­niu da­le­ce nie­za­do­wa­la­ją­cym. Mimo że — zgod­nie z in­for­ma­cją pro­du­cen­ta pro­gra­mu — ak­tu­ali­zo­wa­na była po­dług da­nych z sa­te­li­tów geo­de­zyj­nych za­le­d­wie sie­dem mie­się­cy temu. Czyż­by woj­na po­wo­do­wa­ła prze­miesz­cza­nie się au­to­strad? Wit­sch­ko śmiał się szy­der­czo w od­po­wie­dzi na na­rze­ka­nia Ame­ry­ka­ni­na. Nic nie jest nie­zmien­ne.

Znaj­do­wa­li­by się już znacz­nie da­lej, gdy­by nie noc­na eska­pa­da prze­myt­ni­ka po nowe — to zna­czy sta­re — ubra­nie dla Smi­tha. Zmu­sił Iana do zdję­cia i znisz­cze­nia pa­ra­mi­li­tar­ne­go stro­ju, jaki wy­szy­ko­wa­ła dlań spe­cjal­nie na tę oka­zję głów­na pru­ska eks­po­zy­tu­ra sie­ci w Al­len­ste­in; miast nie­go re­por­ter wdział gru­be, brud­ne i cuch­ną­ce ła­chy, któ­re Wit­sch­ko wy­cy­ga­nił od zna­jo­me­go. Na­wet nie­spe­cjal­nie pa­so­wa­ły na Smi­tha. Do­brze, że bu­tów nie ka­zał mi wy­rzu­cić, my­ślał Ian. Bo tem­po mar­szu oka­za­ło się wprost mor­der­cze. Ple­cak cią­żył Ame­ry­ka­ni­no­wi kan­cia­stym gła­zem. Szli i szli. Już na­wet nie miał siły się bać. Było mu wszyst­ko jed­no. Ga­pił się bez­myśl­nie na ple­cy idą­ce­go przed nim męż­czy­zny i pod­sy­cał w so­bie ir­ra­cjo­nal­ną nie­na­wiść do Ślą­za­ka. On mógł­by być moim oj­cem, dy­szał bez­sil­nie. Czter­dzie­ści, pięć­dzie­siąt lat; chu­dy, ko­ści­sty, czar­no­oki, czar­no­wło­sy, za­ro­śnię­ty, za­wsze z pa­pie­ro­sem w ustach, ustach o nie­rów­nej i szczer­ba­tej li­nii żół­tych zę­bów. Wór na ple­cach, czap­ka na gło­wie, szy­der­stwo na twa­rzy. Może to zdraj­ca, może wty­ka, może po pro­stu chci­wy mor­der­ca, któ­ry za­rżnie mnie pod­czas snu; cho­le­ra go tam wie.

Kwa­drans póź­niej prze­su­nę­ło się po­nad nimi te same sie­dem he­li­kop­te­rów; wra­ca­ły do bazy. Ostat­ni, siód­my, co­kol­wiek spóź­nio­ny wzglę­dem resz­ty, cią­gnął za sobą brud­ny war­kocz dymu. Le­ciał ni­sko, chy­bo­tli­wie. Wi­dzie­li go ze szczy­tu wzgó­rza po­mię­dzy drze­wa­mi. Pod­niósł się jesz­cze raz i dru­gi, za­ję­czał roz­pacz­li­wie wir­ni­ka­mi — i spadł w las. Huk­nę­ło. Go­rą­cy pió­ro­pusz ga­zów i po­pio­łu wy­rósł w bla­do­sza­re nie­bo. Z pół­no­cy za­wró­ci­ły dwie ma­szy­ny, po­ko­ło­wa­ły nad wra­kiem, lecz w koń­cu od­le­cia­ły: wi­docz­nie nie po­zo­sta­ło nic do ra­to­wa­nia. Wit­sch­ko i Smith scho­dzi­li ze wzgó­rza. Wiatr za­marł i czar­ny słup śmier­ci stał pio­no­wo, pro­sto na ich dro­dze. Ian nic nie wi­dzą­cym wzro­kiem spoj­rzał na ze­ga­rek, jak­by ów od­ruch zwy­czaj­no­ści był w sta­nie przy­wró­cić mu daw­no utra­co­ny spo­kój umy­słu. Szó­sta czter­dzie­ści dwa, trzy­dzie­sty mar­ca ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku. Mord o zim­nym po­ran­ku. Niech szlag tra­fi Pol­skę.

Wie­czo­rem, przy ogni­sku, Wit­sch­ko snuł swe prze­myt­ni­cze opo­wie­ści.

— W osiem­dzie­sią­tym dru­gim, w trze­cim mie­sią­cu po jego śmier­ci, tak na po­cząt­ku lu­te­go, za­padł tu gdzieś w oko­li­cy trans­port woj­sko­wych bu­tów. Cię­ża­rów­ka cała. Ka­ma­sze za­raz się po­ja­wi­ły na ryn­ku; wóz po­noć do je­zio­ra po­szedł. Szum taki so­bie, nic spe­cjal­ne­go. Po­tem to samo z mię­sem. A po­tem — uwa­żasz, jaki prze­skok — zwi­nę­li z esze­lo­nu ato­mów­kę. Dasz pan wia­rę? Po­cią­giem ją wieź­li, na bocz­ni­cy sta­ła. Toż do­pie­ro czer­wo­no­ar­miej­ców szlag tra­fił…! Paru lu­dzi pod mur, wię­cej na Sy­bir… ale bomb­ki niet. Cho­dzi­ły tu całe ba­ta­lio­ny z psa­mi, wę­szy­li jak wście­kli, psy i lu­dzie. Wy­kar­czo­wa­li na­wet ka­wał lasu, po­ję­cia nie mam, po jaką cho­le­rę. Ze trzy nie­dzie­le tak to trwa­ło; nie mo­głeś spoj­rzeć w nie­bo, żeby nie zo­ba­czyć he­li­kop­te­rów — jak mu­chy nad tru­pem. Niem­ce po­dob­no się rzu­ca­li, że niby wzmo­żo­na ak­tyw­ność woj­ska i tak da­lej. Na pew­no wie­dzie­li. Zna­jo­my, co sie­dzi w le­śni­czów­ce pod gra­ni­cą, no to on so­bie ła­pał tam ra­dio z Prus, bo tak bli­sko to jed­nak nie dało rady zgłu­szyć, i to ra­dio o wszyst­kim otwar­cie mó­wi­ło, więc stąd że­śmy wie­dzie­li. Już wte­dy za­czę­li lu­dzie coś po­dej­rze­wać, bo nikt nie znał tych gie­ro­jów od bu­tów i mię­sa, a na tru­pa była komu pie­przo­na ato­mó­wa? — ani jej użyć, ani spy­lić — więc po­szła gad­ka, że to nie­tu­tej­si i w ogó­le nie nasi, i że pew­nie po­li­tycz­na spra­wa. No bo jak ka­mień w wodę — a taka bom­ba to jed­nak ka­wał skur­wy­syń­stwa, po­dob­nież dźwi­giem ją wy­cią­ga­li z ja­kiejś ra­kie­ty; dźwi­giem, mi­ster Smith, dźwi­giem. No więc ja my­ślę, że te­raz z tą Mo­skwą — to wszyst­ko praw­da. Oni już wte­dy wie­dzie­li, już so­bie za­pla­no­wa­li. Jak tyl­ko on zdechł.

Śmierć Sta­li­na to wy­znacz­nik no­wej ery, jak na­ro­dzi­ny Chry­stu­sa — wy­star­czy za­imek: „on”, „jego”. Wia­do­mo, o kogo cho­dzi.

Już wcze­śniej to spo­strzegł: tu wszy­scy mó­wią ja­koś tak krzy­wo, w bok, po okrę­gu i pa­ra­bo­li; prze­strzeń ich słów wy­pa­czo­na jest przez wiel­kie, nie­wi­docz­ne masy czar­nych dziur oby­cza­ju, do któ­rych nie­bez­piecz­nie się zbli­żać, bo mogą wcią­gnąć, za­ssać. Wit­sch­ko na przy­kład — o czym on opo­wia­dał? o kra­dzie­ży bom­by? Nie, on mó­wił o Xa­vra­sie Wy­żry­nie. W koń­cu wszyst­ko spro­wa­dza się do nie­go.

Xa­vras Wy­żryn, Xa­vras Wy­żryn.

— Spo­tka­łeś go kie­dyś?

Ślą­zak strze­lił spoj­rze­niem po­nad ogniem, wsa­dził w pło­mie­nie pa­tyk.

— Bo co?

— Nic. Cie­ka­wy je­stem.

— Da Bóg, sami go spo­tka­cie, to się do­wie­cie. Wcze­śniej czy póź­niej.

Smith nic już nie rzekł. Prze­wró­cił się na dru­gi bok, ple­ca­mi do prze­myt­ni­ka, i za­su­nął śpi­wór. Przed sobą miał swój roz­tań­czo­ny cień od­pło­mien­ny i las, i noc, i nie­bo bez gwiazd i księ­ży­ca, bo cięż­ko za­chmu­rzo­ne. Aby za­snąć, mu­siał się uspo­ko­ić, ale my­śli wy­my­ka­ły mu się spod kon­tro­li. Znaj­du­ję się w stre­fie woj­ny, du­mał. Tu śmierć. Po­dą­żam ku śmier­ci. Xa­vras Wy­żryn, Xa­vras Wy­żryn. Prze­kleń­stwo na nie­go, prze­kleń­stwo na nich!

Wresz­cie za­snął nie­uspo­ko­jo­ny — zmo­gło go zmę­cze­nie.

Rano, za­nim wy­ru­szy­li w dal­szą dro­gę, wy­słał krót­ki mel­du­nek: parę słów ręcz­nie wkle­pa­nych. PRZEZ GRA­NI­CĘ BEZ PRO­BLE­MÓW. IDZIE­MY KU WI­ŚLE. MOŻLI­WE OPÓŹ­NIE­NIE. DLA­CZE­GO NIE PO­MY­ŚLE­LI­ŚCIE O UBRA­NIU? Szło to wą­skim stoż­kiem do sa­te­li­ty, z nie­go do ko­lej­ne­go i po­tem bez­po­śred­nio do cen­trum WCN w No­wym Jor­ku, więc ra­czej nie ist­nia­ło za­gro­że­nie pod­słu­chem. Zresz­tą gdy­by na­wet — ni­cze­go to nie zmie­nia­ło, Smith po pro­stu nie miał żad­nej in­nej moż­li­wo­ści ko­mu­ni­ka­cji z sie­cią.

Oko­ło po­łu­dnia Wit­sch­ko zde­cy­do­wał, że wyj­dą na dro­gę. Byli już do­syć da­le­ko od gra­ni­cy. Ian nic nie po­wie­dział, ale strach ści­snął mu żo­łą­dek. Te­raz do­pie­ro się za­cznie, po­my­ślał; przy­po­mniał so­bie Fra­ze­ra, McHut­scha, Var­dę; przy­po­mniał so­bie ich fil­my. Ale nic nie po­wie­dział. Jest strach sło­wo­to­ku i jest strach mil­cze­nia, a ten dru­gi nie­po­rów­na­nie głęb­szy, bo już bez­myśl­ny, zwie­rzę­cy, cał­ko­wi­cie ule­ga­ją­cy bez­na­dziei chwi­li.

Wy­szli z lasu na po­bo­cze i z po­bo­cza na szo­sę, wą­ską, sta­rą as­fal­tó­wę, z moc­no wy­bla­kłą bia­łą li­nią. Szo­sa skrę­ca­ła dość czę­sto i wi­dzie­li je­dy­nie jej stu­me­tro­wy od­ci­nek, z obu stron ucię­ty sza­ry­mi ścia­na­mi lasu. Było to miej­sce tak ano­ni­mo­we — żad­ne­go dro­go­wska­zu, na­wet drob­nych śmie­ci w ro­wie, ni­cze­go — że aż ja­koś sym­bo­licz­ne. Smith za­chłan­nie roz­glą­dał się do­oko­ła. Nie ta­kie prze­strze­nie wy­bie­ra­no do ko­lo­ro­wych pa­no­ram „Nie­uchwyt­ne­go Xa­vra­sa”.

Wit­sch­ko wska­zał kie­ru­nek i ru­szy­li. Już nie je­den za dru­gim, ale obok sie­bie, po cy­wil­ne­mu: Ślą­zak z pra­wej, Ame­ry­ka­nin z le­wej. Nie­bo było bla­do­po­pie­la­te i smęt­nie za­cią­ga­ło się po­tar­ga­ny­mi w strzę­py chmu­ra­mi, z któ­rych rzad­ko ska­pie coś wię­cej niż cho­ro­bli­wie ane­micz­ny ka­pu­śniak. Z owej strasz­li­wej nudy ob­ra­zu strach wy­krze­sał Smi­tho­wi okrut­ną za­po­wiedź ry­chłe­go nie­szczę­ścia, zgod­nie z ryt­mem sce­na­riu­szo­we­go prze­kła­dań­ca fil­mo­wych se­kwen­cji na­pię­cia i roz­prę­że­nia; bo ca­łość Smi­tho­wych do­świad­czeń i pa­mię­ci zda­rzeń i za­cho­wań tego świa­ta, w od­róż­nie­niu od świa­ta No­we­go Jor­ku, po­cho­dzi­ła z kina i te­le­wi­zji — a umysł tego prze­cież nie se­gre­gu­je. Sko­ro ci­sza, to przed bu­rzą. Sko­ro spo­kój, to przed bi­twą. Wit­sch­ko pró­bo­wał pod­jąć roz­mo­wę, ale Smith mil­czał.

Prze­je­chał sa­mo­chód i na­wet nie zwol­nił. Prze­myt­nik nie zwró­cił uwa­gi. Po­tem prze­je­chał fa­cet na ro­we­rze. Fa­cet na ro­we­rze był bar­dzo sta­ry, bar­dzo po­marsz­czo­ny; na no­sie tkwi­ły mu oku­la­ry w pęk­nię­tych ro­go­wych opraw­kach, ze szkła­mi, są­dząc po gru­bo­ści, pan­cer­ny­mi; a dło­nie miał — dło­nie i pal­ce to on miał ta­kie, ja­kich Smith w ży­ciu nie wi­dział. Pa­ty­ko­wa­te a gru­zło­wa­te, pla­mi­ście prze­bar­wio­ne, pta­sio szpo­nia­ste a za­ra­zem dzie­cin­nie sła­be; pal­ce o róż­nej dłu­go­ści, pal­ce bez pa­znok­ci, pal­ce bez sta­wów, pal­ce o ko­ści prze­zie­ra­ją­cej przez mię­so. Za­trzy­mał się i po­pro­sił Wit­sch­ke­go o pa­pie­ro­sa i ogień, bo za­uwa­żył, że tam­ten pali. Prze­myt­nik po­czę­sto­wał oku­lar­ni­ka. Za­ku­rzy­li z roz­ko­szą; przez dym wy­mie­nia­li po ro­syj­sku krót­kie, mru­kli­we uwa­gi bez zna­cze­nia, za­do­wo­le­ni z chwi­li. Ian pa­trzył na to z boku, z wła­snej woli od­su­nię­ty poza ich spoj­rze­nia. Pa­trzył, słu­chał. W koń­cu fa­cet wsiadł na ro­wer i od­je­chał. Pod­ję­li marsz. Smith, idąc, zbie­rał się w so­bie i zbie­rał, aż w koń­cu za­py­tał Wit­sch­ke­go, cho­ciaż mimo wszyst­ko nie o to, o co chciał. — Co mu się sta­ło w te pal­ce? — Wit­sch­ko zro­bił zdzi­wio­ną minę. — Skąd mam wie­dzieć? — prych­nął, nie wyj­mu­jąc pa­pie­ro­sa z ust.

Go­dzi­nę póź­niej, po ko­lej­nych dwóch sa­mo­cho­dach (rów­nież na­le­żą­cych do se­rii za­pro­jek­to­wa­nych oso­bi­ście przez Sta­li­na, po­nu­rych, kan­cia­stych mo­nu­men­tów szos, co żrą pa­li­wo ni­czym czoł­gi) mi­nę­ły ich: za­byt­ko­wy trak­tor cią­gnię­ty przez sta­re­go ko­nia oraz fur­man­ka. Wit­sch­ko w mar­szu zga­dał się z woź­ni­cą i ten zgo­dził się pod­wieźć wę­drow­ców. Wsko­czy­li od tyłu. Smith z ulgą wy­pro­sto­wał bo­lą­ce nogi. Woź­ni­ca, mło­dy chło­pak o krzy­wo za­mo­co­wa­nej żu­chwie, obej­rzał się na gło­śne wes­tchnie­nie Iana. — Z da­le­ka? — spy­tał. — Noo — od­mruk­nął Smith. — Może by­ście spu­ści­li ka­wa­łek tego, co tam tar­ga­cie — wska­zał ba­tem na ple­ca­ki. — Le­piej patrz przed sie­bie, synu — włą­czył się Wit­sch­ko — bo ci ko­by­ła zle­zie z dro­gi i w minę wdep­nie. — Iiii-tam, ona na­uczo­na. — Przy­najm­niej tyle, że nie gada. — He, w Wi­lię na krok nie pusz­cza­my ich z za­gro­dy! — za­śmiał się krzy­wosz­czę­ki. Smith nie zro­zu­miał dow­ci­pu. Spoj­rzał na Ślą­za­ka, któ­ry za­pa­lał już ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. — No i cze­mu tak kop­ci­cie bez ustan­ku? — wark­nął Ian, ir­ra­cjo­nal­nie ro­ze­źlo­ny. Wit­sch­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. — Bo mam raka — od­parł. Fur­man za­chi­cho­tał; po chwi­li przy­łą­czył się do nie­go sam prze­myt­nik. Smith od­wró­cił wzrok.

— Pan skąd? — spy­tał go po ja­kimś cza­sie chło­pak z ko­zła. — Z Prus?

Smith nie mógł tego zro­zu­mieć. Jego ro­syj­ski nie róż­nił się ni­czym od ro­syj­skie­go tam­tych, ubiór — je­śli to moż­li­we — był jesz­cze bar­dziej ze­szma­co­ny od Wit­sch­ko­we­go, nie ist­nia­ły też żad­ne iden­ty­fi­ku­ją­ce zna­ki szcze­gól­ne — a jed­nak ów wie­śniak już po kil­ku mi­nu­tach bez­błęd­nie roz­po­znał w nim cu­dzo­ziem­ca. Smith nie mógł tego po­jąć. Spoj­rzał bez­rad­nie na Ślą­za­ka.

— Taa, z Prus, z Ame­ry­ki, z Księ­ży­ca — za­mam­ro­tał ów, w od­po­wie­dzi na tę de­spe­rac­ką proś­bę o ra­tu­nek.