Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 2049 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Lód - Jacek Dukaj

Książka XX-lecia rankingu "Polityki".

Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F.

Akcja najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie I wojna światowa nigdy nie wybuchła, jest rok 1924, a Królestwo Polskie wciąż zamrożone jest pod władzą cara i w Belle Epoque. Warszawę skuwa Lód – w środku lata burze śnieżne zasypują drogi. Lute, nieziemskie anioły Mrozu, spacerują ulicami miast, zamrażając prawdę i fałsz… Benedykt Gierosławski, zdolny matematyk, ale i niepoprawny hazardzista, na zlecenie carskiego Ministerstwa Zimy zostaje wysłany Ekspresem Transsyberyjskim do skutego lodem Irkucka, skąd ma wyruszyć na poszukiwanie swojego ojca, podobno potrafiącego porozumiewać się z aniołami mrozu – lutymi. Tysiąc rubli gotówką wydobyłby Benedykta z długów, ale czy misja nie jest przypadkiem zbyt niebezpieczna? Szybko okazuje się, że dla Benedykta będzie to podróż, która odmieni jego życie…

Fabuła Lodu wprost skrzy się od zapierających dech w piersiach zwrotów akcji, intryg politycznych, miłosnych, kryminalnych i gospodarczych, naukowych i metafizycznych; wypełniona fascynującymi postaciami, z akcją rozpiętą między brudnymi oficynami carskiej Warszawy, luksusami Ekspresu Transsyberyjskiego na tle lodowej Azji, irkuckimi salonami bogatego mieszczaństwa polskiego, a także podniebnym pałacem generała-gubernatora – jest powieścią, na jaką czekali wszyscy miłośnicy prawdziwej przygody, inteligentnej, pobudzającej intelekt i wyobraźnię, zmieniającej nasz pogląd na rzeczywistość.

To opowieść o Historji, czyli o tym, co nie istnieje. To kolejny literacki majstersztyk Jacka Dukaja, dzięki któremu czytelnicy będą mogli poznać nie tylko fascynującą, mrożącą krew w żyłach "inną możliwą" historię świata, ale również będą mieli okazję wraz z bohaterem powieści odbyć niezwykłą podróż ekspresem transsyberyjskim i stanąć oko w oko z Innym.

Jacek Dukaj znowu udowadnia, że w fantastyce wciąż nie powiedziano ostatniego słowa.

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Powieść wyróżniona Nagrodą Kościelskich 2008 i nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS.

Opinie o ebooku Lód - Jacek Dukaj

Fragment ebooka Lód - Jacek Dukaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kraków 2007

In­for­mację o źródłach cy­tatów za­wie­ra Ex li­bris

Wy­da­nie pierw­sze

Re­dak­tor pro­wadzący

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja

Paweł Ciem­niew­ski

Ko­rek­ta

Anna Rud­nic­ka, Małgo­rza­ta Wójcik, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk

Pro­jekt okładki

To­masz Bagiński i Ma­ciek Jac­kie­wicz

Pro­jekt stron tytułowych

To­masz Bagiński

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bożena Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2007

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40

księgar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łama­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­chał Na­ko­necz­ny

Vir­tu­alo sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04717-0

My nie mar­z­nie­my.

IWAR­SZA­WA

„Jeżeli żołnierz daje strzał z ka­ra­bi­nu, to w tej chwi­li za­czy­na ist­nieć rana, jaką kula w nie­przy­ja­cie­lu wy­wier­ci za jakiś czas; jeśli kto zażywa dawkę nie­ule­czal­nej tru­ci­zny, to w tej chwi­li za­czy­na ist­nieć osta­tecz­ny pro­ces śmier­tel­ny, choćby jego chwi­la na­deszła do­pie­ro za parę dni. Słusznie mówili sta­rożytni: umar­liśmy już z chwilą na­ro­dzin. Władzy nad dalszą drogą kuli i tru­ci­zny (i po części przeżywa­nia się) nie mamy”.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

O synu tysiącru­blo­wym

14 lip­ca 1924 roku, gdy przy­szli po mnie czy­now­ni­cy Mi­ni­ster­jum Zimy, wie­czo­rem tego dnia, w wi­gilję sy­ber­ja­dy, do­pie­ro wte­dy zacząłem po­dej­rze­wać, że nie ist­nieję.

Pod pie­rzyną, pod trze­ma ko­ca­mi i sta­rym płasz­czem ga­bar­dy­no­wym, w bar­cha­no­wych ka­le­so­nach i swe­trze włóczko­wym, w skar­pe­tach naciągniętych na skar­pe­ty — tyl­ko sto­py wy­sta­wały spod pie­rzyny i koców — po kil­ku­na­stu go­dzi­nach snu na­resz­cie roz­mrożony, zwi­nięty pra­wie w kulę, z głową wciśniętą pod po­duchę w gru­bej ob­szew­ce, że i dźwięki do­cie­rały już miękkie, ogrza­ne, ob­la­ne w wo­sku, jak mrówki ugrzęzłe w żywi­cy, tak one prze­dzie­rały się w głąb po­wo­li i z wiel­kim mozołem, przez sen i przez po­duszkę, mi­li­metr za mi­li­metrem, słowo za słowem:

— Ga­spa­din Wie­nie­dikt Je­rosław­ski.

— On.

— Spit?

— Spit, Iwan Iwa­no­wicz.

Głos i głos, a pierw­szy ni­ski i ochrypły, a dru­gi ni­ski i śpiew­ny; za­nim uniosłem koc i po­wiekę, już ich wi­działem, jak się nade mną po­chy­lają, ten ochrypły od głowy, ten zaśpiew­ny od stro­ny stóp, car­scy aniołowie moi.

— Obu­dzi­liśmy pa­ni­cza Wie­nie­dik­ta — stwier­dził Iwan, gdy podźwignąłem po­wiekę drugą. Skinął na Bier­na­tową; go­spo­dy­ni po­tul­nie opuściła izbę.

Iwan przy­sunął so­bie ta­bu­ret i usiadł; ko­la­na trzy­mał ra­zem, a na ko­la­nach czar­ny me­lo­nik o wąskiem ron­dzie. Wy­so­ki va­termörder, biały jak śnieg w południo­wem słońcu, raził mnie w oczy, biały va­termörder i białe biu­ro­we man­kie­ty, ośle­piające na tle jed­no­li­tej czer­ni ich ubiorów. Mru­gałem.

— Pozwólcie, Wie­nie­dikt Fi­li­po­wicz.

Po­zwo­li­li so­bie. Dru­gi przy­siadł w no­gach łóżka, swo­im ciężarem pie­rzynę ściągając, aż mu­siałem ją puścić; złapaw­szy z ko­le­ji za koce, uniosłem się na barłogu, i tak oto od­kryłem także ple­cy, po­wie­trze zim­ne wcisnęło się pod swe­ter i ka­le­so­ny, zadrżałem, roz­bu­dzo­ny.

Na­rzu­ciłem na ra­mio­na płaszcz, ko­la­na pod­sunąłem pod brodę.

Spoglądali na mnie z roz­ba­wie­niem.

— Jak zdro­wie?

Odchrząknąłem. W gar­dle ze­brała się fleg­ma noc­na, żrący kwas na wszyst­kich treściach żołądka, z kiełbasy czosn­ko­wej, kor­ni­szonów, cze­go tam jesz­cze wczo­raj zażywa­liśmy, z ciepłej de­re­niówki i pa­pie­rosów, mnóstwa pa­pie­rosów. Wy­chy­liłem się ku ścia­nie i charknąłem do kra­szar­ki. Aż mnie zgięło. Zgięty, przez długą chwilę kasz­lałem ciężko.

Otarłem usta roz­dar­tym ręka­wem płasz­cza.

— Końskie.

— A to do­brze, to do­brze, baliśmy się, że z łóżka nie wsta­nie­cie.

Wstałem. Pu­gi­la­res leżał na pa­ra­pe­cie, wciśnięty za do­niczkę z martwą pe­lar­go­nią. Wyjąłem bu­magę, pod nos Iwa­no­wi po­de­tknąłem.

Ani spoj­rzał.

— Ależ ga­spa­din Je­rosław­ski! Czy my stójko­wi jacy je­steśmy! — Wy­pro­sto­wał się na tym ta­bu­re­cie jesz­cze bar­dziej, myślałem, że to nie­możliwe, ale jesz­cze się wy­pro­sto­wał, te­raz to ścia­ny krzy­we­mi się zda­wały, sza­fa gar­batą, fu­try­na skol­jo­tyczną; obrażony, uno­sił czy­now­nik podbródek i pierś wy­pi­nał. — Bar­dzo grzecz­nie pro­si­my pana do nas na Mio­dową, na her­batkę i słodkości, ko­mi­sarz za­wsze spro­wa­dza so­bie sor­be­ty, ba­becz­ki, rożki śmie­tan­ko­we, pro­sto od Se­ma­de­nie­go, praw­dzi­wa roz­pu­sta pod­nie­bie­nia, jeśli mogę się tak wy­ra­zić, co, Kirył?

— Możecie, Iwan Iwa­no­wicz, jak naj­bar­dziej — zaśpie­wał Kirył.

Iwan Iwa­no­wicz miał su­mia­ste wąsy, wy­po­ma­do­wa­ne moc­no i ku górze pod­wi­nięte; Kirył na­to­miast cały był gładziut­ko wy­go­lo­ny. Iwan wyjął z kie­szon­ki ka­mi­zel­ki ce­bulę na de­wiz­ce spląta­nej i oznaj­mił, że jest pięć do piątej, ko­mi­sarz Pre­iss wiel­ce so­bie ceni punk­tu­al­ność, a o której wy­cho­dzi na ko­lację? Umówili się z gie­ne­rałem-ma­jo­rem we Fran­cu­skim.

Kirył poczęsto­wał Iwa­na ta­baką, Iwan poczęsto­wał Kiryła pa­pi­ro­sem, przyglądali mi się, jak się ubie­ram. Chlusnąłem w mied­nicę wody lo­do­wa­tej. Ka­fle pie­ca były zim­ne. Podkręciłem knot w lam­pie. Je­dy­ne okno po­ko­ju wy­cho­dziło na podwórko cia­sne, szy­by zaś tak bru­dem i szro­nem za­rosły, że na­wet w południe nie­wie­le bla­sku słonecz­ne­go przez nie prze­cie­ka. Kie­dy się goliłem — kie­dy jesz­cze się goliłem — mu­siałem byłem sta­wiać so­bie przed lu­strem lampę na pełny płomień odkręconą. Zyga roz­stał się z brzytwą za­raz po przy­by­ciu do War­sza­wy; wy­ho­do­wał brodę godną popa. Zerknąłem na jego posłanie po dru­giej stro­nie pie­ca. W po­nie­działki ma wykłady, wstał pew­nie o świ­cie. Na łóżku Zyg­mun­ta leżały czar­ne szu­by czy­now­ników, ich ręka­wi­ce, la­ska i szal. Stół bo­wiem za­sta­wio­ny był po brze­gi brud­ne­mi na­czy­nia­mi, flasz­ka­mi (pu­ste­mi), książkami, cza­so­pi­sma­mi, ze­szy­ta­mi, Zyga su­szył so­bie skar­pe­ty i bie­liznę, zwie­szając je z krawędzi bla­tu, przy­ciśnięte atla­sa­mi ana­tom­ji i łacińskie­mi dyk­cjo­na­rza­mi. A na środ­ku stołu, na roz­czy­ta­nym, zatłuszczo­nym Über die Hy­po­the­sen we­lche der Geo­me­trie zu Grun­de lie­gen Rie­man­na i na ster­cie pożółkłych „Ku­ry­erów War­szaw­skich”, trzy­ma­nych na pod­pałkę, do klaj­stro­wa­nia szcze­lin mro­zem roz­par­tych i od­wil­ga­ca­nia butów, a także na ob­wijkę bu­tersz­nytów — tam wzno­sił się podwójny rząd świec i ogarków, ru­iny ste­ary­no­we­go Par­te­no­nu. Pod ścianą na­prze­ciw­ko pie­ca piętrzyły się na­to­miast równe sto­sy wo­lu­minów w twar­dej ob­wo­lu­cie, poukłada­nych według for­ma­tu i gru­bości, i według częstości lek­tu­ry. Wiszący nad nimi na okop­co­nej ścia­nie ryn­graf z Matką Boską Ostro­bramską — je­dy­na po­zo­stałość po po­przed­nich lo­ka­to­rach, których Bier­na­to­wa wy­rzu­ciła na bruk z po­wo­du „nie­przy­stoj­ne­go pro­wa­dze­nia” — do resz­ty sczer­niał i te­raz wyglądał ra­czej jak ele­ment śre­dnio­wiecz­nej zbro­ji dla li­li­putów. Iwan przy­pa­try­wał mu się długo, w natężeniu wiel­kiem, sztyw­no usa­dzon na stołku, z lewą ręką z pa­pi­ro­sem od­su­niętą w bok pod kątem czter­dzie­stu pięciu stop­ni do ciała, prawą ułożoną na udzie obok me­lo­ni­ka, marszcząc brwi i nos, strosząc wąsa — wte­dym zro­zu­miał, że on jest pra­wie ślepy, że to kan­ce­la­ryj­ny krótko­widz, na no­sie i pod oczo­dołami miał ślady po bi­no­klach, bez bi­no­kli po­zo­stało mu zdać się na Kiryła. We­szli pro­sto z mro­zu i Iwan mu­siał był zdjąć oku­la­ry. Mnie sa­me­mu cza­sa­mi łzawią tu oczy. Po­wie­trze we wnętrzu ka­mie­ni­cy jest gęste, ciężkie, na­tar­te wszyst­kie­mi wo­nia­mi ludz­kich i zwierzęcych or­ga­nizmów, okien nie otwie­ra nikt, drzwi za­raz się za­trza­sku­je i za­ty­ka szma­ta­mi szcze­liny nad pro­ga­mi, iżby nie uciekło ciepło z bu­dyn­ku — za opał trze­ba prze­cie płacić, a kto by miał dosyć pie­niędzy na węgiel, w ogóle nie gnieździłby się w ta­kich ciem­nych ofi­cy­nach, gdzie po­wie­trze jest gęste, ciężkie, od­dy­chasz nim, jak­byś pił wodę wy­plutą przez sąsia­da i psa jego, każdy twój od­dech mil­jon razy wcześniej prze­szedł przez gruźli­cze płuca chłopów, Żydów, wo­zaków, rzeźników i dzi­wek, wy­krztu­szo­ny z czar­nych krta­ni po­wra­ca do cie­bie zno­wu i zno­wu, przesączo­ny przez ich ślinę i śluz, przepuszczo­ny przez za­grzy­bio­ne, za­wszo­ne i za­ro­piałe ciała, oni wy­kasz­le­li, wy­smar­ka­li, wy­rzy­ga­li go to­bie pro­sto w usta, mu­sisz połknąć, mu­sisz od­dy­chać, od­dy­chaj!

— Prze-prze­pra­szam.

Wy­cho­dek na końcu ko­ry­ta­rza szczęściem nie był aku­rat zajęty. Wy­mio­to­wałem w dziurę, z której wionęło mi w twarz smro­dem lo­do­wa­tym. Spod ob­sra­nej de­ski wyłaziły pru­sa­ki. Roz­gnia­tałem je kciu­kiem, gdy pod­cho­dziły mi pod brodę.

Wy­szedłszy z po­wro­tem na ko­ry­tarz, zo­ba­czyłem Kiryła stojącego w pro­gu po­ko­ju — miał na mnie oko, trzy­mał straż, czy nie ucieknę im na mróz w ka­le­so­nach i swe­trze. Uśmiechnąłem się po­ro­zu­mie­waw­czo. Podał mi chu­s­teczkę i wska­zał na po­li­czek lewy. Wy­tarłem. Gdy chciałem mu ją oddać, od­sunął się krok. Uśmiechnąłem się po raz dru­gi. Mam sze­ro­kie usta, bar­dzo łatwo się uśmie­chają.

Wdziałem je­dy­ny mój strój wyjścio­wy, czy­li czar­ny gar­ni­tur, w którym zda­wałem eg­za­mi­ny ostat­nie; gdy­by nie war­stwy bie­li­zny pod spodem, zwi­sałby te­raz na mnie jak na szkie­le­cie. Urzędni­cy pa­trzy­li, gdy sznu­ro­wałem buty, gdy za­pi­nałem ka­mi­zelkę, gdy wal­czyłem ze sztyw­nym kołnie­rzy­kiem ce­lu­lo­ido­wym do ostat­niej bawełnia­nej ko­szu­li przy­piętym. Za­brałem do­ku­men­ta i resztkę gotówki, trzy ru­ble i czter­dzieści dwie ko­piej­ki — łapówka z tego będzie le­d­wo sym­bo­licz­na, ale z pu­ste­mi kie­sze­nia­mi w urzędzie człowiek czu­je się na­gim. Na sta­ry kożuch ba­ra­ni nic na­to­miast nie mogłem po­ra­dzić, łaty, pla­my, krzy­we szwy, in­ne­go nie miałem. Przyglądali się w mil­cze­niu, jak wci­skam ra­mio­na w nie­sy­me­trycz­ne rękawy, lewy dłuższy. Uśmiechnąłem się prze­pra­szająco. Kirył poślinił ołówek i skru­pu­lat­nie za­no­to­wał coś na man­kie­cie.

Wy­szliśmy. Bier­na­to­wa widać podglądała przez uchy­lo­ne drzwi — na­tych­miast po­ja­wiła się przy czy­now­ni­kach, za­ru­mie­nio­na i roz­traj­ko­ta­na, by po­pro­wa­dzić ich z po­wro­tem scho­da­mi z dru­gie­go piętra i przez oba podwórka-stud­nie do bra­my głównej, gdzie stróż Wa­len­ty, po­pra­wiw­szy czapkę z mosiężną blaszką i scho­waw­szy fajkę do kie­sze­ni, zamiótł pośpiesz­nie śnieg z chod­ni­ka i pomógł czy­now­ni­kom wsiąść do sani, uj­mując panów pod łokcie, aby nie pośli­zgnęli się na tro­tu­arze za­lo­dzo­nym, Bier­na­to­wa zaś już siedzących, gdy ob­wi­ja­li so­bie nogi ple­da­mi, za­sy­pała po­to­ka­mi skarg na lo­ka­torów złośli­wych, na ban­dy powiślańskich złodzie­ji, co włamują się do domów na­wet za dnia, oraz na mro­zy okrut­ne, przez które okna zwewnątrz na­wil­got­niałe się paczą, a rury pękają w ścia­nach, i żadna hy­drau­li­ka ni ka­na­li­za­cja nie prze­trzy­ma długo w zie­mi; na ko­niec za­pew­niła gorąco, że daw­no po­dej­rze­wała mnie o roz­ma­ite występki i be­ze­ceństwa, i nie­chyb­nie do­niosłaby sto­sow­nej własti, gdy­by nie tysiąc i je­den in­nych fra­sunków na jej głowie spiętrzo­nych — aż woźnica ze swe­go kozła za ple­ca­mi Kiryła strze­lił ba­tem i ko­nie szarpnęły sa­nie w lewo, zmu­szając ko­bietę do odstąpie­nia, i tak ru­szy­liśmy w drogę do war­szaw­skiej de­le­ga­tu­ry Mi­ni­ster­jum Zimy, do daw­ne­go Pałacu Bi­skupów Kra­kow­skich, Mio­do­wa 5, róg Se­na­tor­skiej.

Za­nim skręciliśmy z Ko­szy­ko­wej na Mar­szałkowską, zaczął prószyć śnieg; naciągnąłem szapkę na uszy. Urzędni­cy w swych fu­trach ob­szer­nych i me­lo­ni­kach po­dob­nych łupi­nom orze­cha, usa­dze­ni na ni­skich ławach sań, Iwan obok mnie, Kirył tyłem do izwoz­czi­ka, przy­po­mi­na­li żuki, które wi­działem w Zyg­mun­to­wym uczieb­ni­ku: gru­be, owal­ne tułowia, krótkie łapki, mała głowa, wszyst­ko glanc-czar­ne, za­mknięte w gie­ome­trycz­nej sy­me­tr­ji elips i okręgów. Kształt tak bli­ski ideałowi kuli sam się ze świa­ta wy­ci­na. Pa­trzy­li przed się bez­na­miętnym wzro­kiem, z zaciśniętemi usta­mi i podbródka­mi wy­so­ko pod­nie­sio­ne­mi przez sztyw­ne kołnie­rzy­ki, bezwład­nie pod­dając się ru­cho­wi sań. Myślałem, że cze­goś się od nich do­wiem po dro­dze. Myślałem, że za­czną się do­po­mi­nać o dat­ki za przy­chyl­ność, za brak pośpie­chu i pil­ności. Mil­cze­li. Za­py­tam ich — jak? o co? Udadzą, że nie słyszą. Płatki lep­kie­go śnie­gu wi­ro­wały między nami. Scho­wałem dłonie zim­ne w ręka­wach kożucha.

W Cu­kier­ni Fran­cu­skiej paliły się światła, blask elek­trycz­ny bijący przez wiel­kie okna dzier­gał wokół syl­we­tek prze­chod­niów au­re­ole z wełny. Let­nie słońce po­win­no było stać jesz­cze hen na nie­bie, ale jak zwy­kle nad mia­stem wi­siały ciężkie chmu­ry, za­pa­lo­no na­wet la­tar­nie — bar­dzo wy­so­kie, o za­wi­niętym spi­ral­nie szczy­cie. Skręciliśmy na północ. Z cu­kier­ni Ostrow­skie­go, przy skrzyżowa­niu z Piękną, wy­bie­gały dziewczęta w czer­wo­nych płasz­czy­kach i białych pe­le­ry­nach z kap­tur­ka­mi, ich śmiech prze­bił się na mo­ment po­nad gwar ulicz­ny. Przy­po­mniał mi się nie­do­kończo­ny list do pan­ny Jul­ji i jej ostat­nie krzyk-py­ta­nie. Obok Ostrow­skie­go, u We­dla, uma­wia­liśmy się z Fred­kiem i Ki­waj­sem na wie­czo­ry kar­cia­ne. Tu za­raz, za ki­nem „Sokół”, u Kal­ki, Miły Książę wy­naj­mo­wał pokój na se­sje noc­ne. Gdy­bym uniósł głowę i spoj­rzał w lewo, po­nad me­lo­ni­kiem Iwa­na, doj­rzałbym okno na dru­gim piętrze ka­mie­ni­cy pod nu­me­rem 71, okno, przez które wy­padł Fre­dek.

Przy skrzyżowa­niu z No­wo­grodzką wi­siała przy­mar­z­nięta do la­tar­ni tłusta kro­wa, ścięgno ciem­ne­go lodu łączyło ją ze szczy­tem ele­wa­cji czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ne­go bu­dyn­ku. Kro­wa mu­siała po­cho­dzić z ostat­nie­go spędu bydła do rzeźni na Ocho­cie, zi­mow­ni­cy jesz­cze jej nie odrąbali. W per­spek­ty­wie uli­cy, nad da­chem ka­mie­ni­cy „Sfink­sa” ma­ja­czyło si­no­czar­ne gniaz­do lodu, skrzep wiel­ki twar­dej jak dja­ment zmar­z­li­ny, połączo­ny sie­cią lo­do­wych nici, so­pli, przęseł i ko­lumn z ka­mie­ni­ca­mi po obu stro­nach Mar­szałkow­skiej i Złotej — z ka­mie­ni­ca­mi, z lam­pa­mi, ki­ku­ta­mi za­mar­z­niętych drzew, ba­lu­stra­da­mi bal­konów, wy­ku­sza­mi, igli­ca­mi kopuł i wieżyczek, at­ty­ka­mi i ko­mi­na­mi. Kino „Sfinks” po­zo­sta­wało oczy­wiście od daw­na nie­czyn­ne; na naj­wyższych piętrach nie paliły się światła.

Sa­nie zwol­niły, gdy minęliśmy No­wo­grodzką. Woźnica wska­zał coś ba­tem. Wóz przed nami zjeżdżał na tro­tu­ar. Kirył obej­rzał się za sie­bie. Wy­chy­liłem się w pra­wo. Na skrzyżowa­niu z Ale­ja­mi Je­ro­zo­lim­ski­mi sta­li dwaj po­li­cjan­ci, za po­mocą gwizdków i krzy­ku spędzając ruch ze środ­ka jezd­ni — nad jezd­nią prze­ma­rzał właśnie luty.

Na kil­ka mi­nut utknęliśmy w spo­wo­do­wa­nym prze­zeń za­to­rze. Za­zwy­czaj lute prze­miesz­czają się po­nad da­cha­mi, w mia­stach rza­dziej do zie­mi schodząc. Na­wet z ta­kiej od­ległości zda­wało mi się, że czuję płynące od nie­go fale zim­na. Zadrżałem i od­ru­cho­wo wcisnąłem brodę w kołnierz kożucha. Czy­now­ni­cy Mi­ni­ster­jum Zimy wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Iwan zerknął na ze­ga­rek. Po dru­giej stro­nie uli­cy, za słupem ogłosze­nio­wym ob­le­pio­nym pla­ka­ta­mi re­kla­mującemi walkę zapaśniczą w cyr­ku na Okólni­ku, po an­giel­sku ubra­ny mężczy­zna roz­sta­wiał ar­cha­icz­ny apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, by zro­bić zdjęcie lu­te­go; zdjęcie naj­pew­niej i tak nie ukaże się w ga­ze­cie, skon­fi­sko­wa­ne przez lu­dzi z Mio­do­wej. Iwan i Kirył na­wet nie zwrócili na nie­go uwa­gi.

Luty był wyjątko­wo żwawy, przed zmro­kiem po­wi­nien zdążyć przejść na drugą stronę Mar­szałkow­skiej, przez noc we­sp­nie się nad da­chy, do piątku zdoła do­trzeć do gniaz­da nad ki­no­te­atrem. Kie­dy w zeszłym roku mroźnik prze­cho­dził z Pra­gi do Zam­ku Mo­stem Alek­san­dryj­skim, Most za­mknięto na bli­sko dwa mie­siące. Tym­cza­sem ten tu­taj gla­cjusz — po­cze­kać kwa­dran­sik i pew­nie mógłbym do­strzec jego ruch, jak prze­ma­rza z miej­sca na miej­sce, prze­su­wa się w lo­dzie, lo­dem, od lodu do lodu, jak pęka za nim jed­na, po­tem dru­ga nić kry­sta­licz­na i osy­pu­je się po­wo­li si­no­biały roz­krusz, mi­nu­ta, ksztr, dwie mi­nu­ty, ksztr, wiatr po­ry­wał wraz ze śnie­giem co lżej­sze dro­bi­ny, lecz większość wma­rzała w czarną taflę ści­nającą za lu­tym ulicz­ne błoto, lód lodu; i ta ścieżka chro­po­wa­tej zmar­z­li­ny jak ślad śli­ma­cze­go śluzu, ciągnęła się kil­ka­dzie­siąt metrów na wschód Je­ro­zo­lim­skich, i po tro­tu­arze, i po ele­wa­cji ho­te­lu. Resztę sku­li już zi­mow­ni­cy lub sama od­marzła; wczo­raj po południu ter­mo­metr u Sznic­ce­ra po­ka­zy­wał pięć stop­ni wyżej zera.

Luty nie po­ru­szał się po lin­ji pro­stej ani też nie utrzy­my­wał się na stałej wy­so­kości nad bru­kiem (wma­rzają także pod po­wierzch­nię zie­mi). Trzy-czte­ry go­dzi­ny temu, sza­cując podług skru­szo­nej ar­chi­tek­tu­ry lodu, luty jął zmie­niać tra­jek­torję: dotąd prze­miesz­czał się le­d­wie metr nad środ­kiem uli­cy, lecz wte­dy, przed trze­ma go­dzi­na­mi, ru­szył po ostrej pa­ra­bo­li wzwyż, po­nad szczy­ty lamp i wierz­chołki drzew za­mrożonych. Wi­działem po­zo­sta­wio­ny przez nie­go sze­reg smukłych sta­lag­mitów, lśniły od­bi­ja­nym bla­skiem la­tar­ni, re­flek­sa­mi neonów ko­lo­ro­wych, świa­teł bijących przez okna i wy­sta­wy. Sze­reg ury­wał się nad szy­na­mi tram­wa­jo­we­mi — luty za­wisł całym ciężarem na gwiaździ­stej sie­ci mro­zo­strun, roz­piętych w po­zio­mie oraz sięgających wzwyż, ku fa­sa­dom narożnych bu­dynków. Można było pod nie­go wejść, gdy­by zna­lazł się ktoś na tyle sza­lo­ny.

Iwan skinął na Kiryła i ten wy­gra­mo­lił się z sań z niechętnym gry­ma­sem na twa­rzy od szczy­piącego mro­zu ob­ru­mie­nio­nej. Może mi się poszczęści, pomyślałem, może się spóźnimy, ko­mi­sarz Pre­iss wyj­dzie już na ko­lację z gie­ne­rałem-ma­jo­rem umówioną, od­pra­wią mnie z Mio­do­wej z kwit­kiem. Dzięki Ci, Boże, za tę so­pel-po­krakę. Prze­sunąłem się na ławie, opie­rając bark o bok sań. Pod­biegł ga­ze­ciarz — „Hi­ro­hi­to po­bi­to!”, „Express spe­cy­jal­ny, Mie­rzow try­jum­fal­ny!” — pokręciłem głową. Przy za­to­rach w cen­trum za­raz tworzą się zbie­go­wi­ska, po­ja­wiają się han­dla­rze ulicz­ni, sprze­daw­cy pa­pie­rosów i wody święco­nej, święco­ne­go ognia. Po­li­cjan­ci prze­ga­nia­li prze­chod­niów od lu­te­go, prze­cież nie są w sta­nie upil­no­wać wszyst­kich. Ban­da urwisów pod­kradła się od stro­ny re­stau­ra­cji Brie­se­me­istra. Naj­od­ważniej­szy, z twarzą sza­li­kiem prze­wiązaną i w gru­bych, nie­fo­rem­nych ręka­wi­cach, pod­biegł na kil­ka­naście kroków do lu­te­go i rzu­cił w nie­go ko­tem. Ko­ci­sko le­ciało wy­so­kim łukiem, rozłożyw­szy łapy, drąc się wnie­bogłosy… za­raz urwał się wrzask prze­raźliwy. Spadło na lu­te­go już chy­ba mar­twe, by po­wo­li sto­czyć się zeń w śnieg, za­mar­z­nięte na kość: lo­do­wa rzeźba kota o kończy­nach roz­ca­pie­rzo­nych i ogo­nie w drut wy­pro­sto­wa­nym. Chłopcy od­bie­gli, z ucie­chy aż wyjąc. Pej­sa­ty Żyd wy­grażał za nimi z pro­gu skle­pu ju­bi­ler­skie­go Ep­ste­ina, klnąc siar­czyście w ji­dysz.

Kirył tym­cza­sem do­padł star­sze­go po­li­cjan­ta i, chwy­ciw­szy go pod łokieć, by nie od­da­lił się w pościgu za ulicz­ni­ka­mi, jął mu coś per­swa­do­wać głosem przy­ci­szo­nym, lecz z wy­datną po­mocą za­ma­szy­stych gestów dru­giej ręki. Stójko­wy od­wra­cał głowę, wzru­szał ra­mio­na­mi, w cie­mię się dra­pał. Młod­szy z po­li­cyj­nej pary po­krzy­ki­wał na to­wa­rzy­sza, rusz się, pomóż! Na Ale­jach scze­piło się płoza­mi dwo­je sań, jesz­cze większy har­mi­der po­wo­dując, wozy wjeżdżały na chod­ni­ki, pie­si, klnąc po pol­sku, ro­syj­sku, nie­miec­ku i żydow­sku, ucie­ka­li spod kół i ko­pyt, przed składem win przewróciła się na zmar­z­niętem błocie ma­tro­na o ga­ba­ry­tach sza­fy gdańskiej, trzech gen­tle­manów pod­nieść ją usiłowało, pośpie­szył z po­mocą ofi­cjer brzu­cha­ty, i tak dźwi­ga­li ją wczwórsił, na raz — upadła — na dwa — upadła — na trzy — już pół uli­cy pękało ze śmie­chu, a ko­bie­ci­na, na wiśnię skraśniała, pisz­czała prze­raźli­wie, maj­tając gru­be­mi nóżkami w trze­wi­kach drob­nych… Nic dziw­ne­go, że do­pie­ro na dźwięk dar­tej bla­chy i trzask pękającego drew­na spoj­rze­liśmy na­zad ku skrzyżowa­niu. Au­to­mo­bil zde­rzył się z wo­zem węgla­rza; je­den koń się przewrócił, jed­no koło od­padło. Po­li­cjant ode­pchnął Kiryła, rzu­cił się bie­giem ku krak­sie. Uwięzio­ny we wnętrzu kry­tej ma­szy­ny au­to­mo­bi­li­sta począł cisnąć trąbkę alar­mową; na do­da­tek coś strze­liło pod maską bo­li­du, jak­by z du­beltówy palnął. Tego było już za wie­le dla siw­ka zaprzęgnio­ne­go do sani obok. Spłoszo­ny, szarpnął w przód, wprost ku lu­te­mu. Woźnica złapał za lej­ce, ale sam koń też mu­siał po­czuć, w jaką ścianę mro­zu wpadł — jesz­cze ener­gicz­niej wierzgnął w bok, zakręcając sa­nia­mi w miej­scu. Czy płoza o krawężnik za­ha­czyła? Czy si­wek pośli­zgnął się na czar­nej ta­fli lodu? Już stałem w sa­niach mi­ni­ster­jal­nych, ra­zem z Iwa­nem przyglądając się wy­pad­ko­wi po­nad sze­re­giem po­jazdów przed nami, ale to wszyst­ko szło za szyb­ko, zbyt nie­spo­dzie­wa­nie, zbyt wie­le ru­chu, krzy­ku, świa­teł i cie­ni. Przewrócił się si­wek, przewróciły się ciągnio­ne prze­zeń sa­nie, spadł z nich ładu­nek, kil­ka­naście pęka­tych bu­tli w ko­szach z tro­ci­na­mi, ko­sze i bu­tle po­to­czyły się na śro­dek skrzyżowa­nia, część z nich mu­siała się roz­bić, po lo­dzie roz­lała się bo­wiem lśniąca se­le­dy­no­wo ciecz — naf­ta, pomyślałem — i już buchnął ogień, od cze­go, od iskry elek­trycz­nej z au­to­mo­bi­lu, upusz­czo­ne­go pa­pie­ro­sa, ude­rze­nia ko­pyta pod­ku­te­go o bruk, nie wiem. Błękit­ny płomień ska­kał po całej sze­ro­kości kałuży, wy­so­ko, co­raz wyżej, na metr, półtora wzwyż — pra­wie sięgając wmrożone­go w na­po­wietrzną sieć lu­te­go.

Fo­to­graf, zgar­bio­ny nad apa­ra­tem, po­wo­li, me­to­dycz­nie wy­pa­lał zdjęcie za zdjęciem. I co na nich po­tem uj­rzy, co się za­cho­wa na szkle i od­bi­je na pa­pie­rze: śnieg — śnieg — bla­de au­re­ole la­tar­ni — ciem­ne błoto, ciem­ny bruk, nie­bo ciem­ne — sza­re ele­wa­cje ka­mie­nic w per­spek­ty­wie sze­ro­kie­go wąwozu mia­sta — na pierw­szym pla­nie cha­os kan­cia­stych kształtów po­jazdów za­blo­ko­wa­nych w za­to­rze — spo­między nich i spo­między syl­we­tek ludz­kich bu­cha blask ognia czy­ste­go, tak ja­sny, że kar­ta wy­da­je się w tym miej­scu zupełnie nie­naświe­tlo­na — a nad nim, nad płomie­niem bie­li biel­szej od bie­li, w ser­cu wiszącej ara­be­ski lodu roz­poście­ra się luty, luty, ma­syw­ny pio­run mro­zu, roz­gwiaz­da szro­nu, żywe ogni­sko chłodu, luty, luty, luty nad fu­trza­ne­mi tocz­ka­mi nie­wiast, luty nad cza­pa­mi i me­lo­ni­ka­mi mężczyzn, luty nad łbami końskie­mi i bu­da­mi po­wozów, luty nad neo­na­mi ka­wiarń i sa­lonów, sklepów i ho­te­li, cu­kier­ni i owo­car­ni, luty nad Mar­szałkowską i Ale­ja­mi Je­ro­zo­lim­ski­mi, luty nad War­szawą, luty nad Ce­sar­stwem Ro­syj­skim.

Gdyśmy po­tem je­cha­li do Sa­skie­go, i Królewską, obok Ogro­du mar­twe­go pod wie­lo­let­nią zmar­z­liną i ko­lum­na­dy so­pla­mi ob­wie­szo­nej, obok przy­kry­tych na­wi­sa­mi śnieżnemi wieży i so­bo­ru na Pla­cu Sa­skim, ku Kra­kow­skie­mu Przed­mieściu, tam­ten ob­raz — po­wi­dok ob­razu i wy­obrażenia — na­wie­dzał mnie raz za ra­zem, natrętne wspo­mnie­nie o nie­ja­snem zna­cze­niu, wi­dok uj­rza­ny a nie­zro­zu­mia­ny.

Urzędni­cy wy­mie­nia­li półgłosem uwa­gi bur­kli­we, woźnica krzy­czał na nie­uważnych prze­chod­niów; śnieżyca zelżała, lecz robiło się co­raz zim­niej, od­dech na war­gach mi za­ma­rzał, białym obłokiem przed twarzą za­wi­sając, spo­co­ne ko­nie po­ru­szały się w chmu­rach lep­kiej wil­go­ci — Za­mek Królew­ski był co­raz bliżej. Przed skrętem w Mio­dową zo­ba­czyłem go po­nad ko­lumną Zyg­mun­ta: za­mknięty w bry­le cie­ni­ste­go lodu Za­mek — i wiel­kie gniaz­do lu­tych nad nim. Fio­le­to­wo-czar­na skrze­pli­ca sięgała połowy dachów Sta­re­go Mia­sta. W po­god­ne dni można zo­ba­czyć do­okoła Wiel­kiej Wieży stojące w po­wie­trzu fale mro­zu. Brak ska­li na ter­mo­me­trach dla po­mie­rze­nia tego zim­na. Przy ogni­skach na gra­ni­cy Pla­cu Zam­ko­we­go trzy­mają straż żan­dar­mi. Kie­dy z gniaz­da wy­mraża się luty, za­my­kają uli­ce. Gie­ne­rał-gu­ber­na­tor usta­no­wił był tu kor­don z dra­gonów z Czter­na­ste­go Pułku Małoro­syj­skie­go, ale pułk wy­eks­pe­djo­wa­no tym­cza­sem na front japoński.

Dach Pałacu Bi­skupów Kra­kow­skich po­zo­sta­wał wszakże wol­ny od lo­do­we­go na­ro­stu. W ofi­cy­nie od stro­ny uli­cy Se­na­tor­skiej nadal mieściły się wy­twor­ne skle­py — elek­trycz­ne re­flek­to­ry oświe­tlały re­kla­my Eks­klu­zyw­nych De­li­ka­tesów Mikołaja Sze­le­cho­wa i her­bat Mo­skiew­skie­go Domu Han­dlo­we­go Sier­gie­ja Ba­zy­lo­wi­cza Perłowa — lecz główne skrzydło od Mio­do­wej, pod ro­ko­ko­wem zwieńcze­niem i w pi­la­strach z ko­rync­kie­mi głowi­ca­mi, należało do Mi­ni­ster­jum Zimy. Nad obo­ma prze­jaz­da­mi bram­ne­mi wi­siały czar­ne, dwugłowe orły pod ko­ro­na­mi Ro­ma­nowów, in­kru­sto­wa­ne onyk­so­wym tun­ge­ty­tem.

Wje­cha­liśmy na wewnętrzny dzie­dzi­niec, płozy sań za­zgrzy­tały na bru­ku. Urzędni­cy wy­sie­dli pierw­si, Iwan od razu zniknął w drzwiach, na­sa­dzając na nos cwi­kier; Kirył stanął na scho­dach, przed pro­giem, i obej­rzał się na mnie. Otwo­rzyłem usta. Uniósł brew. Opuściłem wzrok. We­szliśmy.

Woźny za­brał mi kożuch i szapkę, a odźwier­ny pod­sunął księgę wielką, do której mu­siałem się wpi­sać w dwóch miej­scach, pióro wy­pa­dało ze zgra­białych palców, może wpi­sać za wiel­możnego pana, nie, ja, ja sam. Nie­piśmien­ne pospólstwo też od­wie­dza ko­ry­ta­rze na­czal­stwa Zimy.

Wszyst­ko lśniło tu czy­stością: mar­mur, par­kie­ty, szkła i krysz­tały i tęczo­we zim­na­zo. Kirył po­pro­wa­dził mnie główną klatką scho­dową, przez dwa se­kre­tar­ja­ty. Na ścia­nach, pod por­tre­ta­mi Mikołaja II Alek­san­dro­wi­cza i Pio­tra Rap­pac­kie­go, wi­siały słonecz­ne pej­zaże ste­pu i lasu, wio­sen­ne­go Sankt Pe­ter­bur­ga i let­niej Mo­skwy, z czasów, gdy wio­sna i lato miały jesz­cze do nich wstęp. Per­so­nel nie uno­sił głów znad biu­rek, ale wi­działem, jak rad­cy, re­fe­ren­ci, biu­ra­liści i pi­sa­rze ukrad­kiem od­pro­wa­dzają mnie wzro­kiem, a po­tem wy­mie­niają między sobą spoj­rze­nia krzy­we. Kie­dy kończy się czas urzędo­wa­nia? Mi­ni­ster­jum Zimy nig­dy nie za­sy­pia.

Ko­mi­sarz nad­zwy­czaj­ny Pre­iss W. W. zaj­mo­wał ob­szer­ny ga­bi­net z za­byt­ko­wym pie­cem i nie­czyn­nym ko­min­kiem, wy­so­kie okna wy­cho­dziły na Mio­dową i Plac Zam­ko­wy. Gdy wszedłem, mi­jając się w pro­gu z Iwa­nem, który naj­wy­raźniej już mnie za­po­wie­dział, pan ko­mi­sarz krzątał się przy sa­mo­wa­rze, odwrócony ple­ca­mi. Sam miał fi­gurę sa­mo­wa­ra, kor­pus pękaty, grusz­ko­wa­ty, i małą, łysą głowę. Po­ru­szał się z fre­ne­tyczną energją, dłonie trze­po­tały nad stołem, sto­py nie usta­wały w tańcu, kro­czek w lewo, kro­czek w pra­wo — byłem pe­wien, że nuci so­bie pod no­sem, że pod no­sem się uśmie­cha, z ru­mia­nej twa­rzy spoglądają na świat oczka wesołe, nie marsz­czy się gład­kie czoło ko­mi­sarza Zimy. Tym­cza­sem, po­nie­waż się nie od­wra­cał, stałem przy drzwiach z rękoma za ple­ca­mi założone­mi, i po­zwa­lałem ciepłemu po­wie­trzu wypełniać płuca, ob­my­wać skórę, roz­ta­piać krew w żyłach stężałą. W ga­bi­ne­cie było nie­mal gorąco, wiel­ki, ko­lo­ro­wo ma­lo­wa­ny piec ma­jo­li­ko­wy nie stygł ani na mo­ment, szy­by w końcu tak za­pa­ro­wały, że wi­działem przez nie głównie roz­my­te tęcze świa­teł ulicz­nych, dziw­nie roz­le­wających się i zle­wających na szkle. Jest kwe­stją wiel­kiej po­li­tycz­nej wagi, by w Mi­ni­ster­jum Zimy nig­dy nie pa­no­wało zim­no.

— No i cze­muż nie sia­da­cie, Wie­nie­dikt Fi­li­po­wicz? Usiądźcie, usiądźcie.

Ru­mia­na twarz, wesołe oczka.

Usiadłem.

Wes­tchnąwszy donośnie, opadł po swo­jej stro­nie biur­ka, tuląc w dłoniach filiżankę z cza­jem pa­rującym. (Mnie nie poczęsto­wał). Nie­zbyt długo tu urzędował, biur­ko nie było jego, wyglądał za nim jak dziec­ko w mi­ni­stry się bawiące, na pew­no by me­bel wy­mie­nił. Mu­sie­li go do­pie­ro co przysłać, przysłali go, car­skie­go ko­mi­sa­rza nad­zwy­czaj­ne­go — skąd? z Pe­ter­bur­ga, z Mo­skwy, z Je­ka­te­ryn­bur­ga, z Sy­ber­ji?

Wziąłem głębszy od­dech.

— Wa­sze Błaga­ro­dje po­zwo­li… Czy je­stem aresz­to­wa­ny?

— Aresz­to­wa­ny? Aresz­to­wa­ny? Jakżesz myśl taka mogła po­stać w wa­szej głowie?

— Wasi urzędni­cy —

— Moi urzędni­cy!

— Gdy­bym otrzy­mał we­zwa­nie, na pew­no bym sam —

— Czy nie za­pro­si­li pana uprzej­mie, pa­nie Gie­rosław­ski? — On wresz­cie wymówił na­zwi­sko po­praw­nie.

— Sądziłem —

— Boże mój! Aresz­to­wa­ny!

Za­sa­pał się.

Splotłem dłonie na ko­la­nie. Jest go­rzej, niż myślałem. Nie wsadzą mnie do ciur­my. Wy­so­ki urzędnik car­ski chce ze mną  p o r o z m a w i a ć.

Zaczął wyj­mo­wać z biur­ka pa­pie­ry. Wyjął gru­by plik ru­bli. Wyjął pieczęcie. Pot spływał po mnie pod bie­lizną.

— Taak. — Pre­iss siorbnął głośno her­batę. — Proszę przyjąć wy­ra­zy współczu­cia.

— Słucham?

— W zeszłym roku zmarła wam mat­ka, praw­da?

— Tak, w kwiet­niu.

— Zo­sta­liście sami. To przy­kre. Człowiek bez ro­dzi­ny jest jak… no, sam jest. To źle, oj, źle. — Przewrócił kartę, siorbnął, przewrócił następną.

— Mam bra­ta — mruknąłem.

— Tak, tak, bra­ta na dru­gim końcu świa­ta. Dokąd to wy­je­chał, do Bra­zyl­ji?

— Peru.

— Peru! Co on tam robi?

— Kościoły bu­du­je.

— Kościoły! Na pew­no często pi­sze.

— No, częściej ode mnie.

— To ład­nie. Tęskni.

— Ano.

— Wy nie tęskni­cie?

— Za nim?

— Za ro­dziną. Kie­dy ostat­ni raz słysze­liście od ojca? — Kart­ka, kart­ka, siorb­nięcie.

Oj­ciec. Wie­działem. O cóż in­ne­go mogło cho­dzić?

— Nie ko­re­spon­du­je­my, jeśli o to py­ta­cie.

— To fa­tal­nie, fa­tal­nie. Nie in­te­re­su­je was, czy w ogóle żyje?

— A żyje?

— A! Czy Fi­lip Fi­lipowicz Gie­rosław­ski żyje! Czy żyje! — Aż się po­de­rwał zza swo­je­go ope­ro­we­go biur­ka. Pod ścianą stał wiel­ki glo­bus na le­ciut­kim ste­lażu z mo­kre­go zim­na­za, na ścia­nie wi­siała mapa Azji i Eu­ro­py; zakręcił tym glo­busem, trzepnął grzbie­tem dłoni w mapę.

Gdy z po­wro­tem na mnie spoj­rzał, na pucołowa­tem ob­li­czu nie po­zo­stał naj­mniej­szy ślad nie­daw­nej wesołości, ciem­ne głaza spoglądały z kli­niczną uwagą.

— Czy żyje — szepnął.

Pod­niósł z biur­ka pa­pie­ry pożółkłe.

— Fi­lip Gie­rosław­ski, syn Fi­lipa, uro­dzo­ny w roku tysiąc osiem­set sie­dem­dzie­siątym ósmym w Wilkówce, w Króle­stwie Pru­skim, w Pru­siech Wschod­nich, po­wiat lidz­bar­ski, od roku tysiąc dzie­więćset piątego pod­da­ny ro­syj­ski, mąż Eu­la­gji, oj­ciec Bo­lesława, Be­ne­dyk­ta i Emil­ji, ska­za­ny w roku tysiąc dzie­więćset siódmym na śmierć za udział w spi­sku na życie Jewo Im­pie­ra­tor­ska­wo Wie­li­czie­stwa oraz w bun­cie zbroj­nym; nu, w dro­dze ułaska­wie­nia karę za­mie­nio­no na piętnaście lat ka­tor­gi z po­zba­wie­niem praw sta­nu i se­kwe­strem majątku. W roku tysiąc dzie­więćset sie­dem­na­stym da­ro­wa­no mu resztę kary, nakładając pri­kaz na żytiel­stwo w gra­ni­cach gie­ne­rał-gu­ber­na­tor­stwa amur­skie­go i ir­kuc­kie­go. Nie pisał? Nig­dy?

— Do mat­ki. Może. Z początku.

— Ale te­raz? Ostat­nio? Od sie­dem­na­ste­go. W ogóle?

Wzru­szyłem ra­mio­na­mi.

— Na pew­no sami do­brze wie­cie, kie­dy i do kogo on pi­sze.

— Nie bądź bez­czel­ny, młodzieńcze!

Uśmiechnąłem się słabo.

— Prze­pra­szam.

Przy­pa­try­wał mi się chwilę długą. Na pal­cu le­wej ręki miał pierścień z ja­kimś ciem­nym ka­mie­niem w obej­mie dro­go­cen­ne­go tun­ge­ty­tu, z wy­gra­we­ro­wa­nym em­ble­ma­tem Zimy; po­stu­ki­wał pierście­niem o blat biur­ka, truk, trukk, pa­rzy­ste ude­rze­nia były sil­niej­sze.

— Ukończy­liście Uni­wer­sy­tet Im­pe­ra­tor­ski. Czym się te­raz zaj­mu­je­cie?

— Szy­ko­wałem się do ry­go­ro­zum —

— Z cze­go się utrzy­mu­je­cie?

— Daję ko­re­pe­ty­cje z ma­te­ma­ty­ki.

— I wie­le za­ra­bia­cie na tych ko­re­pe­ty­cjach?

Jako że już się uśmie­chałem, po­zo­stało mi opuścić wzrok na zaciśnięte dłonie.

— Wie­le, nie­wie­le.

— Je­steście częstym gościem u li­chwia­rzy, wszy­scy Żydzi na Na­lew­kach was znają. Sa­me­mu Abie­ze­ro­wi Blum­ste­ino­wi win­niście po­nad trzy­sta ru­bli. Trzy­sta ru­bli! Praw­da to?

— Jak już mi Wa­sze Błaga­ro­dje po­wie, w ja­kiej spra­wie je­stem przesłuchi­wa­nym, łatwiej będzie mi się przy­znać.

Truk, trukk, truk, trukk.

— A może wy na­prawdę popełniliście ja­kieś przestępstwo, że się tu tak ze stra­chu po­ci­cie, a?

— Wa­sze Błaga­ro­dje ra­czy ro­ze­mknąć okna.

Stanął nade mną; na­wet nie mu­siał się spe­cjal­nie na­chy­lać, żeby mi wprost do ucha mówić, wpierw szept, po­tem war­ko­tli­wy ton żołnie­rski, na końcu krzyk nie­malże.

— Wy ha­zar­dzi­sta je­steście, mój Be­ne­dyk­cie, kar­tow­nik nałogo­wy. Co wy­gra­cie, prze­gry­wa­cie — co za­ro­bi­cie, prze­gry­wa­cie — co pożyczy­cie, prze­gry­wa­cie — co wyżebrze­cie od przy­ja­ciół, prze­gry­wa­cie — nie ma­cie już przy­ja­ciół — ni­cze­go już nie ma­cie, a i to prze­gry­wa­cie, prze­gry­wa­cie wszyst­ko. Oczko, ba­ka­rat, zi­mu­cha, po­ker, każdy sposób do­bry. Raz wy­gra­liście pół tar­ta­ku — prze­gra­liście je tej sa­mej nocy. Mu­si­cie prze­gry­wać, nie po­tra­fi­cie wstać od stołu, póki nie prze­gra­cie się tak doszczętnie, że nikt już z wami nie chce grać. Nikt już z wami nie chce grać, Wie­nie­dikt Fi­li­po­wicz. Nikt już nie chce pożyczać. Za­sta­wi­liście się na dwa lata w przód. Bo­lesław do was nie pi­su­je, to wy pi­sze­cie do nie­go, błaga­cie o pie­niądze, ale nie przy­syła ich więcej. Do ojca nie pi­sze­cie, bo oj­ciec nie ma pie­niędzy. Chcie­liście się żenić, ale nie­doszły teść was psa­mi po­szczuł, jak żeście za­sta­wi­li i prze­gra­li po­sag na­rze­czo­nej. Żebyście cho­ciaż w łeb so­bie palnęli, jak na szlach­ci­ca przy­stało, ale nie pal­nie­cie, tfu, i taki z was szlach­cic, szu­mo­wi­na!

Uśmie­chałem się prze­pra­szająco.

Ko­mi­sarz Pre­iss od­sapnął, po­czem po­kle­pał mnie przy­ja­ciel­sko po ra­mie­niu.

— No, nie bójcie się, my się zna­my i z szu­mo­wi­na­mi. Nic to, że oj­ciec ro­dzo­ny tyle was ob­cho­dzi, co po­da­gra ce­sa­rza Ja­pon­ji — za to ob­cho­dzi was tysiąc ru­bli! Praw­da? Tysiąc ru­bli was ob­cho­dzi jak… no, bar­dzo was ob­cho­dzi. My wam damy tysiąc, a po­tem może i dru­gi, jak się do­brze spra­wi­cie. Po­je­dzie­cie od­wie­dzić ojca.

Tu za­milkł, widać cze­kając mo­jej od­po­wie­dzi. Po­nie­waż się jej nie do­cze­kał, wrócił za biur­ko, do pa­rującej her­ba­ty (ostygła nie­co, te­raz więc dłużej i głośniej ją sior­bał), do pa­pierów i pieczęci. Ma­syw­nem piórem złożył pod­pis na do­ku­men­cie, ude­rzył pie­cza­tią, po­pra­wił drugą; usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, za­tarł rączki i roz­parł się w fo­te­lu skórą obi­tym.

— Tu ma­cie pasz­port i na­praw­lie­ni­je do na­szej de­le­ga­tu­ry w Ir­kuc­ku, oni się wami zajmą na miej­scu. Ku­pi­li wam od razu bi­let, ju­tro wyjeżdżacie do Mo­skwy, in­a­czej nie zdążycie na ten Eks­pres Sy­be­ryj­ski — dzi­siaj jest pierw­szy lip­ca, bi­let ma­cie na piątego, od­jazd o dzie­siątej wie­czo­rem z Dwor­ca Ja­rosław­skie­go, w Ir­kuc­ku będzie­cie je­de­na­ste­go, tam was wsadzą do Zim­nej na Kieżmę. Tu ma­cie tysiąc, po­kwi­tuj­cie. Kup­cie so­bie ja­kieś ubra­nie, cobyście wyglądali jak człowiek! A jak­by wam przyszło do głowy wziąć pie­niądze i prze­grać wszyst­ko — a zresztą, prze­gry­waj­cie, byleście do­je­cha­li nad Baj­kał. No, pod­pi­suj­cie!

Tysiąc ru­bli. Co oni chcą, żebym tam zro­bił? Wyciągnął od ojca na­zwi­ska, których nie zdra­dził na pro­ce­sie? Tyl­ko dla­cze­go zwra­ca się z tym do mnie Mi­ni­ster­jum Zimy, a nie Spraw Wewnętrznych?

— Po­jadę — po­wie­działem — od­wiedzę ojca. I co? I tyle?

— Po­roz­ma­wia­cie z nim.

— Po­roz­ma­wiam.

— Jak po­roz­ma­wia­cie, no, to już będzie do­brze.

— Nie ro­zu­miem, co Wa­sze Błaga­ro­dje —

— Nie słał listów, a was to oczy­wiście nie dzi­wiło. — Ko­mi­sarz Pre­iss otwo­rzył oprawną w suk­no i szyld­kret teczkę. — Ir­kuck nam pi­sze… Był gie­olo­giem, praw­da?

— Proszę?

— Fi­lip Fi­lipowicz stu­djo­wał gie­ologję. Nie prze­stał się nią in­te­re­so­wać i na Sy­ber­ji. Do­noszą mi tu… Od początku był bar­dzo bli­sko, jego rotę wzięli do dru­giej czy trze­ciej eks­pe­dy­cji, co poszła tam na wiosnę tysiąc dzie­więćset dzie­siątego. Większość zginęła od od­mrożeń. Albo za­marźli na miej­scu. On przeżył. Po­tem wrócił. Do nich. Ja w to nie wierzę, ale tak mi tu piszą. Dali roz­kaz, dali pie­niądze, no to wysyłam człowie­ka. Wasz oj­ciec roz­ma­wia z lu­ty­mi.

O tym, cze­go nie można wy­po­wie­dzieć

Moim życiem rządzi za­sa­da wsty­du.

Po­zna­je się świat, po­zna­je język opi­su świa­ta, ale nie po­zna­je się sie­bie. Większość lu­dzi — pra­wie wszy­scy, jak sądzę — do śmier­ci nie na­uczy się języka, w którym mo­gli­by sie­bie opi­sać.

Kie­dy mówię o kimś, że jest tchórzem, to zna­czy, że uważam, iż za­cho­wu­je się tchórzli­wie — nie zna­czy to nic więcej, po­nie­waż oczy­wiście nie zajrzę mu w głąb du­szy i nie do­wiem się, czy jest tchórzem. Tego języka nie mogę jed­nak użyć do opi­su sa­me­go sie­bie: w za­kre­sie mo­je­go doświad­cze­nia po­zo­staję je­dyną osobą, dla której jej słowa, czy­ny, za­nie­cha­nia sta­no­wią za­le­d­wie bla­de i w grun­cie rze­czy przy­pad­ko­wie od­bi­cie tego, co kry­je się pod nimi, co sta­no­wi ich przy­czynę i źródło. Ist­nie­nia owe­go źródła doświad­czam bez­pośred­nio, pod­czas gdy części mych za­cho­wań nie je­stem w ogóle świa­dom, a wszyst­kie od­bie­ram w sposób nie­pełny, skrzy­wio­ny. Sami za­wsze ostat­ni się do­wia­du­je­my, ja­kie­go idjotę zro­bi­liśmy z sie­bie w to­wa­rzy­stwie. Le­piej zna­my in­ten­cje na­szych czynów niż owe czy­ny. Le­piej wie­my, co chcie­liśmy po­wie­dzieć, niż co na­prawdę po­wie­dzieliśmy. Wie­my, kim chce­my być — nie wie­my, kim je­steśmy.

Język do opi­su na­szych za­cho­wań ist­nie­je, po­nie­waż tej rze­czy­wi­stości doświad­cza wie­lu lu­dzi i mogą między sobą omówić czyjąś osten­ta­cyjną uprzej­mość lub czy­jeś faux pas. Język do opi­su mnie sa­me­go nie ist­nie­je, po­nie­waż tej rze­czy­wi­stości nie doświad­cza nikt poza mną.

Byłby to język do jed­no­oso­bo­we­go użytku, język nie­wy­po­wia­dal­ny, nie­za­pi­sy­wal­ny. Każdy musi sam go stwo­rzyć. Większość lu­dzi — pra­wie wszy­scy, je­stem prze­ko­na­ny — do śmier­ci się na to nie zdo­by­wa. Co naj­wyżej po­wta­rzają w du­chu cu­dze opi­sy własnej oso­by, wyrażone w owym języku po­chod­nym — w języku dru­gie­go ro­dza­ju — albo wy­obrażają so­bie, co by w nim o so­bie po­wie­dzie­li, gdy­by dane im było spoj­rzeć na się z zewnątrz.

Żeby co­kol­wiek o so­bie rzec, muszą sami dla sie­bie uczy­nić się ob­cy­mi.

Moim życiem rządzi za­sa­da wsty­du. Nie mam lep­szych słów, by opo­wie­dzieć tę prawdę.

Żebrak wyciąga dłoń w błagal­nym geście, mam pie­niądze, mogę mu dać, choćby pięć, choćby dwie, choćby jedną ko­piejkę, nikt inny nie pa­trzy, je­steśmy tyl­ko my dwaj, ja i żebrak — nie daję nic, od­wra­cam się i od­chodzę szyb­ko, cho­wając głowę w ra­mio­nach.

Kto roz­bił słój z kon­fi­tu­ra­mi? Mat­ka pod­no­si głos. Kto roz­bił? Nie ja, i nie mam pojęcia, czy wi­nien jest Bo­lek, czy Emil­ka, ale mat­ka pyta raz jesz­cze, i jesz­cze, i wte­dy wska­zuję zde­cy­do­wa­nie na Bol­ka. On.

Śmiech w to­wa­rzy­stwie, wyśmie­wa­my wszy­scy wspólne­go zna­jo­me­go, którego te­raz tu z nami oczy­wiście nie ma, je­den po dru­gim, przy­wołuje­my wspo­mnie­nia jego kom­pro­mi­ta­cyj i słabości. Wstaję, nie śmieję się, zmarsz­czo­ne brwi i zaciśnięte war­gi, wstaję i — jak wam nie wstyd!

Kra­sa­wi­ca klei się do mnie, prze­le­wa przez ra­mio­na, osu­wa mi się na pierś, na podołek, gdy dorożka zwal­nia i sta­je przed bramą ka­mie­ni­cy, gdzie wy­naj­muję pokój z Ki­waj­sem, Ki­wajs jest u da­le­kiej ro­dzi­ny na pro­win­cji, pokój wol­ny, pi­ja­ne dziewczę chi­cho­cze, gryząc mi gu­zik sur­du­ta — dorożkarz ob­ra­ca się, pusz­cza do mnie oko, pomóc jaśnie panu? Spoglądam prze­rażony. Wci­skam mu w garść ru­bel zmięty. Od­wieź bladź, dokąd chce! Zrzu­cam z sie­bie die­wuszkę, wy­ska­kuję z dorożki i ucie­kam w głąb ciem­nej bra­my.

W le­sie, za wsią dziad­ka, w wy­kro­cie nad stru­mie­niem leży truchło sar­ny. Nad­je­dzo­ne przez dra­pieżniki i pa­dli­nożerców, pod czar­nym bal­da­chi­mem much. Ni­ko­mu nie mówię, przy­chodzę co rano i co wieczór, dźgam ki­jem, prze­wra­cam, przyglądam się, jak od nowa obłażą je owa­dy, jak mięso zmie­nia ko­lor, a z ciała wypływają ciem­ne cie­cze, wsiąkając po­wo­li w zie­mię. Gdzie spędzam tyle cza­su, pyta dzia­dek. Kłamię. Wi­dzi, że kłamię. Dokąd chodzę, pyta. Milczę. Łoi mnie pa­sem. Płaczę. Nie mówię praw­dy, nie mówię nic. Przez całe lato chodzę po le­sie, szu­kając mar­twych zwierząt. Noszę ze sobą gru­by kij, jak ma­czugę. Biję pa­dlinę tym ki­jem w tępem za­pa­mięta­niu, aż zgni­li­zna od­cho­dzi od kości. A masz! a masz! a masz!

Osiem­naście i sie­dem­dzie­siąt czte­ry! Osiem­naście i sie­dem­dzie­siąt czte­ry! Krzy­kacz jar­marcz­ny zdzie­ra gardło, ogłaszając zwy­cięskie nu­me­ry. Wszy­scy ku­pi­liśmy losy, wchodząc na jar­mark. Roześmia­ni, czer­wo­ni od mro­zu i śli­wo­wi­cy, szu­ka­my te­raz kar­to­ników po kie­sze­niach. Znaj­duję, wyj­muję. Osiem­naście i sie­dem­dzie­siąt czte­ry. Od­gry­wając wiel­ki zawód i wściekłość, ci­skają losy w błoto, prze­kli­nają pe­cha i na­bi­jają się z głupca, który nie przy­cho­dzi po wy­graną. Drę zwy­cięski los i robię to samo, co oni.

Nocą, gdy nikt nie wi­dzi, ćwiczę strasz­ne miny, wy­trzeszcz oczu i szczerz zębów, na­zbyt dzi­kie, by zna­czyły co­kol­wiek w mo­wie człowie­czej fi­zjo­gnom­ji; strasz­ne miny, a także ab­so­lutną mar­twotę ob­li­cza, bez­ruch naj­drob­niej­szych mięśni czasz­ki, którego w świe­tle dnia i między ludźmi nig­dy nie po­tra­fię osiągnąć, nie mam wówczas władzy nad gry­ma­sa­mi twa­rzy. Nocą, gdy śpię, widzę pod po­wie­ka­mi sche­mat, jak z pożółkłych ry­cin Zygi, ana­to­micz­ny sche­mat owej zdra­dy: dzie­siątki twar­dych nici szpa­ga­to­wych prze­wle­czo­nych pod skórą po­liczków, brwi, podbródka, warg; a dru­gie końce tych nici trzy­mają ota­czający mnie lu­dzie, w dłoniach, między zębami, zawiązane wokół de­wi­zek ze­garków i man­kie­to­wych spi­nek, na obrączkach, na główkach la­sek i cy­bu­chach fa­jek, niektórzy sami mają je wszy­te w mięśnie mi­micz­ne, albo i w ser­ca, wprost przez pierś i kość most­ka. Po­tem ry­cina ożywa — jest dzień — jest ruch — lu­dzie — ja —

Uśmie­cham się — uśmie­cham się — uśmie­cham się.

Wspo­mi­nam za­cho­wa­nia, posługuję się dru­gim języ­kiem…

Muszę sam dla sie­bie stać się ob­cym.

Be­ne­dykt Gie­rosław­ski był do­brem dziec­kiem. Kto nie chciałby mieć ta­kie­go dziec­ka? Był grzecz­ny — za­wsze słuchał się ro­dziców, słuchał się star­szych, nie od­zy­wał się nie­py­ta­ny, nie broił, nie bił się z in­ne­mi dziećmi, mówił przed snem pa­cierz, w szko­le miał naj­lep­sze stop­nie. Inni chłopcy włóczy­li się po mieście, spędza­li czas na uli­cach — on czy­tał książki. Inni chłopcy podglądali dziewczęta i droczy­li się z sio­stra­mi — on uczył sio­strzyczkę li­ter. Mył uszy. Kłaniał się sąsia­dom i zna­jo­mym. Nie dłubał w no­sie, nie po­ka­zy­wał pal­cem. Nie cho­ro­wał. Nie spra­wiał ro­dzicom kłopotów. Któż nie chciałby mieć ta­kie­go dziec­ka?

Kie­dy skończył sie­dem­naście lat i wstąpił na Uni­wer­sy­tet Ce­sar­ski, spo­tkał in­nych, którzy byli do­bre­mi dziećmi.

Roz­po­zna­li się po uśmie­chach.

Czy było już za późno? Czy mogłem się cofnąć — cofnąć do cze­go, do kogo, do ja­kie­go mnie? Nie ma żad­ne­go mo­men­tu w przeszłości, który, cu­dow­nie zmie­nio­ny, odwróciłby bieg mego życia, żad­nej ka­ta­stro­fy, która mi się  p r z y d a r z y ł a, wsku­tek cze­go je­stem inny, niż być po­wi­nie­nem; nicze­go ta­kie­go nie po­tra­fię wska­zać.

Jest wręcz dokład­nie na odwrót: do­kie­dy­kol­wiek sięgnąłbym wspo­mnie­niem, za­wsze od­najdę pod cien­kim naskórkiem mych słów i czynów tę samą za­sadę, mu­skuł nie­po­ko­ju, na­dzie­ji i wstrętu napięty w tym sa­mym kie­run­ku, gdy miałem lat trzy, trzy­naście i dwa­dzieścia trzy. Nie uczu­cie, coś in­ne­go, nie myśl — ucie­ka, wy­my­ka się, wyśli­zgu­je, nie­ma­ter­jal­ne, nie­opi­sy­wal­ne — stój! spójrz mi w oczy! — ty, ty — nazwę cię Wsty­dem, choć nim nie je­steś, nazwę cię Wsty­dem, bo nie ma lep­szych słów w języku między­ludz­kim.

O pra­wach lo­gi­ki i pra­wach po­li­ty­ki

Alfred Taj­tel­baum cze­kał na mnie w re­stau­ra­cji Hersz­fiel­da. Sie­dział sa­mot­nie przy wiel­kiem oknie wy­chodzącem na pasaż Si­mon­sa, po­czy­tując ga­zetę krzy­wo złożoną. Zamówił pej­sachówkę z gęsie­mi skwar­ka­mi i był już chy­ba przy dru­giej por­cji — z Mio­do­wej na Długą są trzy kro­ki, ale po tym, jak do nie­go prze­te­le­fo­no­wałem z sie­ni Pałacu, za­trzy­ma­li mnie zno­wu Iwan z Kiryłem: trze­ba było wypełnić for­mu­la­rze, wy­do­być świa­dec­two błago­na­diożno­sti, wy­pi­sać po­mniej­sze do­ku­men­ty podróżne… Gdy wcho­dziłem do Hersz­fiel­da, ze­ga­ry wska­zy­wały siódmą.

— Masz.

Al­fred spoj­rzał na rzu­co­ne na blat sto­li­ka bank­no­ty. Czy w ogóle jesz­cze pamiętał o długu? Czy też prze­stał już mieć na­dzieję, że kie­dy­kol­wiek go ure­gu­luję? Po­wie­siłem kożuch i czapkę. Li­czył ru­ble, po­wo­li przekładając je między pal­ca­mi.

Usiadłem.

— Wyjeżdżam.

Uniósł głowę.

— Na ile?

— Nie wiem.

— Dokąd?

— Na Sy­berję.

Odchrząknął.

— Co się stało?

Opo­wie­działem mu o ojcu, po­ka­załem pa­pie­ry.

— Bałeś się, że ci nie uwierzę — mruknął.

— Od mie­siąca stra­szysz, że prze­nie­siesz się do Lwo­wa.

Za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Zamówiłem wódkę dla roz­grza­nia. Za oknem na­prze­ciw­ko nas, przy drzwiach pod szyl­dem mo­dyst­ki, roz­ma­wiały dwie młode ko­bie­ty w szy­kow­nych eto­lach. Mówiliśmy wpółobróceni ku szy­bie, przez siny dym i przez szum głosów in­nych gości, o tej po­rze lo­kal Hersz­fiel­da był wypełnio­ny; mówiliśmy głośno i wyraźnie, jak­byśmy de­kla­mo­wa­li te­atral­ne kwe­stje, ze­zna­wa­li przed wy­so­kim try­bu­nałem. Ko­bie­ty pod szyl­dem mo­dyst­ki śmiały się, za­kry­wając czer­wo­ne usta dłońmi w czar­nych ręka­wicz­kach. Mróz czy­nił ich twa­rze jesz­cze piękniej­sze­mi, wy­iskrzał światło w oczach, różowił lica, rzeźbił noz­drza.

— Leśnie­wski i Sier­piński za­pra­szają mnie ofi­cjal­nie, w imie­niu Uni­wer­sy­te­tu Lwow­skie­go.

— Aku­rat się po­gnie­wa­li z Ko­tar­bińskim.

— Zro­bię tam dok­to­rat w rok, dwa.

— Za­czniesz od nowa?

— Ba! Myślałem, czy nie zmie­nić so­bie na­zwi­ska.

— Żarty.

Al­fred wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Bieżkow słyszał, że będę się sta­rał o do­cen­turę i po­sadę na uczel­ni. A sam do­brze wiesz, co on wy­ga­du­je o Żydach.

— Od je­sie­ni Łuka­sie­wicz ma wykładać na Ce­sar­skim. Może —

— Pol­ski język wykłado­wy to nie wszyst­ko. Ten boj­kot za długo się ciągnął. Uni­wer­sy­tet Ce­sar­ski ma po­nad pół wie­ku, trze­ba się li­czyć z tra­dycją.

— Więc za gra­nicę, do Lwo­wa? Zde­cy­do­wałeś się?

— Sam mówisz, że nie wiesz, kie­dy wrócisz. Zresztą przy­znaj, utknęliśmy z tą pracą. — Sięgnął do wsu­niętej pod krzesło tecz­ki, wyjął gru­by plik pa­pierów, do­bre pół ryzy. — Proszę, wszyst­ko, łącznie z mo­imi ostat­nie­mi wy­po­ci­na­mi.

Prze­kart­ko­wałem w roz­tar­gnie­niu. Rze­czy­wiście, był tam na­wet ar­ty­kuł Ko­tar­bińskie­go z „Przeglądu Fi­lo­zo­ficz­ne­go” sprzed je­de­na­stu lat i ostat­nia, od­rzu­co­na wer­sja na­szych Teo­ryi i za­sto­so­wań lo­gik po­nad­dwu­war­tościo­wych.

— I co, te­raz tyl­ko teo­r­ja mno­gości i Bo­ole? — burknąłem zgryźli­wie.

— Na Za­sadę sprzecz­ności to ja nie mogę już pa­trzeć. Pew­nie wgryzę się od nowa w wy­ra­zy pier­wot­ne dla lo­gik Prin­ci­pia ma­the­ma­ti­ca. Jeśli weźmiesz kwan­ty­fi­ka­to­ry zmien­nych zda­nio­wych i funk­to­ro­wych… Zresztą mówiłem ci — wes­tchnął.

Roz­mo­wa zdechła.

Miąłem w dłoniach Al­fre­dową ga­zetę.

Woj­na pra­wie wy­gra­na, Ro­sja bie­rze się za wrogów bliższych ser­cu Im­per­jum. W Pe­ter­bur­gu głośny pro­ces po­li­tycz­ny. Oskarżenie za­rzu­ca Wi­lin­ko­wi­czo­wi A. D. przy­na­leżność do stron­nic­twa dążącego do za­pro­wa­dze­nia w Ro­sji de­mo­kra­tycz­nej re­pu­bli­ki. W ogniu pytań pro­ku­ra­to­ra na ko­niec trze­cie­go dnia pro­ce­su oskarżony się przy­znał. Na szpal­tach go­spo­dar­czych kwe­stje ta­ryf cel­nych i wystąpień w par­la­men­cie bry­tyj­skim prze­ciw­ko wol­ne­mu han­dlo­wi, a także ban­kructw w prze­myśle ciężkim. Mil­jar­der ame­ry­kański, Mor­gan, per­trak­tu­je z ban­ka­mi nie­miec­kie­mi i fran­cu­skie­mi o założenie wiel­kie­go tru­stu an­ty­zim­na­zo­we­go i wspólnie z temi ban­ka­mi przedłożył już rządom krajów przez Lód nie­tkniętych ofertę na wyłączny han­del po ce­nach gwa­ran­to­wa­nych, do­ma­gając się wszakże prze­ciw­ro­syj­skich zapór cel­nych. Po­wia­da­my: niech so­bie mi­ster Mor­gan własne państwo ufun­du­je! Pff, trud­no o rzecz, która mniej by mnie ob­cho­dziła. Wy­chy­liłem kie­li­szek wódki. Ko­lumnę da­lej, pod re­klamą Szkoły Do­bre­go Za­cho­wa­nia J. Jo­ujou — ka­ry­ka­tu­ra nie­wiast na au­to­mo­bi­lach sza­lejących. Nowe wy­bry­ki su­frażystek. Su­frażyst­ki an­giel­skie posługują się w agi­ta­cji wy­bor­czej co­raz gwałtow­niej­sze­mi środ­ka­mi. Jed­na z nich wpadła oneg­daj do biu­ra wy­bor­cze­go mi­ni­stra Car­ra, w chwilę po wyjściu mi­ni­stra i oblała gorącą cieczą wszyst­kie do­ku­men­ty i ode­zwy leżące na sto­le. Kro­pla cie­czy prysnęła w oko se­kre­ta­rza mi­ni­stra i spa­rzyła go boleśnie. Mimo do­tkli­we­go bólu se­kre­tarz zaczął ścigać na­past­niczkę, ta jed­nak wy­biegłszy z lo­ka­lu, wsiadła na au­to­mo­bil i po­mknęła pod prąd ulicą ciasną. Dziel­ny se­kre­tarz kon­ty­nu­ował pościg na pożyczo­nym bi­cy­klu, lecz zwar­jo­wa­na nie­wia­sta rozpędziła ma­szynę bez re­spek­tu dla zdro­wia i życia lu­dzi i zwierząt, i tak uszła spod spra­wie­dli­wości. Dzięki Bogu obce są nam w Króle­stwie i Im­per­jum Ro­syj­skim po­dob­ne oby­cza­je wul­gar­ne.

Miąłem ga­zetę, z myśli własnych pu­sty.

Od mo­dyst­ki wy­cho­dziły ostat­nie kli­jent­ki; ko­bie­ty odstąpiły od wejścia do skle­pu, zni­kając nam z pola wi­dze­nia. Pa­sman­terję obok też za­my­ka­no, gasły światła wewnątrz.

Za­cisnąłem po­wie­ki, jak­by mi na­gle płatek śnie­gu wprost na źre­nicę opadł.

— Nie po­tra­fię za­po­mnieć tego wi­do­ku, gdy je­chałem na Mio­dową… Wiesz, że na skrzyżowa­niu Mar­szałkow­skiej i Je­ro­zo­lim­skich stoi te­raz luty.

— Aha.

— Był wy­pa­dek, roz­lała się naf­ta, ogień buchnął na do­bry metr, wyżej, dwa me­try. Tyl­ko że, uważasz, luty wi­siał po­nad tym, przy­mro­ził się już do bu­dynków, la­tar­ni, słupów. Wcześniej ciągnął po zie­mi — nad skrzyżowa­niem po­szedł w po­wie­trze. Mu­siał zacząć się pod­no­sić do­bre pół dnia wcześniej. Ale, Al­fred, ten wy­pa­dek był kom­plet­nie nie do prze­wi­dze­nia! Przy­pa­dek spiętrzo­ny na przy­pad­ku!

Przyglądał mi się z miną na pół roz­ba­wioną, na pół prze­stra­szoną.

— Co to ma być, po­lo­we te­sty lo­gi­ki?

— A-a, czy lo­gi­ka jest nauką zbu­do­waną na em­pir­ji? Z po­zo­ru cóż może być bar­dziej od em­pir­ji ode­rwa­ne­go? A jed­nak wszy­scy opie­ra­my się w tych roz­ważaniach na na­szem doświad­cze­niu, na ob­ser­wa­cji zda­rzeń za­chodzących w świe­cie — na­szym świe­cie i na­szej ob­ser­wa­cji. Praw­da i fałsz nie ist­nieją na zewnątrz na­szych głów. Bez języka, w którym je wy­po­wia­da­my, bez wrażeń zmysłowych, na których wszyst­kie­go się uczy­liśmy — nie byłoby ani praw­dy, ani fałszu.

Roz­gniótł nie­do­pałek w po­piel­nicz­ce.

— Bez języka… Właśnie w tym języku! W tym języku, którym mówimy, nie ma praw­dy ani fałszu.

— W języku, którym mówimy… — zacząłem i urwałem, po raz tysięczny doświad­czyw­szy tej jed­nej praw­dy niełam­li­wej: że w języku, w którym mówimy, nie wy­po­wie się wszyst­kich tych tra­gicz­nych ka­lectw i ogra­ni­czeń języka, którym mówimy. Nie da się na­wet opo­wie­dzieć, dla­cze­go pew­nych rze­czy nie da się opo­wie­dzieć.

— Nadal prześla­du­je cię an­ty­nom­ja kłamcy — cmoknąłem z des­gu­stu.

Sta­je przed wami człowiek i mówi, że kłamie. Po­wie­dział prawdę? Więc nie kłamie. Skłamał? Więc po­wie­dział prawdę.

Jaką war­tość przy­pi­sać ta­kim zda­niom? Sko­ro nie praw­dy i nie kłam­stwa.

— Pomóż mi! — Al­fred Taj­tel­baum za­stu­kał po­piel­niczką w blat. — Gdzie tu tkwi błąd?

— Zakłada­my, że język ludz­ki w ogóle wiążą pra­wa lo­gi­ki. Tym­cza­sem jest na odwrót: to język krępuje lo­gikę.

— Przy­kroić język do lo­gi­ki — ale to już nie będzie nasz język.

— Cóż z tego? Jeśli lo­gi­ka jest od­bi­ciem obiek­tyw­nej rze­czy­wi­stości, a nie je­dy­nie uświęco­nym przez tra­dycję przesądem żyjącym w na­szych głowach — to po­win­niśmy tu postępować tak samo jak fi­zy­cy, stop­nio­wo przy­kra­wający język ma­te­ma­tycz­ne­go opi­su świa­ta do tego świa­ta.

— Zna­leźć taki język, w którym da się wy­po­wie­dzieć prawdę… To zna­czy: w którym wszyst­ko, co da się wy­po­wie­dzieć, będzie albo fałszem, albo prawdą. Mhm. — Zno­wu za­pa­trzył się przez okno na pasaż śnieżny. — Po pierw­sze, w ta­kim języku lo­gicz­nym nie mógłbyś mówić o sa­mym so­bie. Ażeby ominąć an­ty­nomję kłamcy, mu­siałbyś wy­rzu­cić poza język wszyst­kie stwier­dze­nia praw­dy bądź fałszu o zda­niach tego języka.

Par­sknąłem.

— Więc zno­wu byłby to język nie­na­dający się do wysłowie­nia praw­dy.

— Nie! Po­wie­działbyś, że śnieg pada — machnął ku szy­bie — lecz nie po­wie­działbyś, iż rzekłeś prawdę, mówiąc, że śnieg pada. Nie w tym sa­mym języku. Poj­mu­jesz?

— Ale to z ko­le­ji nie bar­dzo przy­sta­je do na­sze­go świa­ta. Czy rze­czy­wiście mamy w nim tyl­ko prawdę lub fałsz?

— A-a, to inna para ka­lo­szy! Ko­tar­biński ma rację: pew­ne twier­dze­nia mogą nie być ani praw­dzi­we, ani fałszy­we, dopóki nie zaszły zda­rze­nia, o ja­kich mówią. Leśnie­wski jest or­to­doks La­pla­ce’a, tyl­ko dla­te­go ma całą przyszłość za już zisz­czoną. Ale zda­nie „Car Mikołaj Dru­gi nie dożył swo­ich sześćdzie­siątych uro­dzin” nie będzie ani praw­dzi­wem, ani fałszy­wem jesz­cze przez czte­ry lata. Lecz gdy już zda­rze­nia zajdą, i gdy owe twier­dze­nia staną się praw­dzi­wemi lub fałszy­wemi, nie mogą z cza­sem prze­stać ta­kie­mi być.

— Bo ty pa­trzysz jak na pro­ces, jak na jakąś lo­giczną ma­szynkę do mięsa, do której z jed­nej stro­ny — z przyszłości — wpy­chasz nie­fo­rem­ne kawały mięcha zda­rzeń, łup-cup, przekręcamy je przez Teraźniej­szość i z dru­giej stro­ny ma­szynki — w przeszłość — wy­cho­dzi mie­lon­ka lo­giczna w dwóch równo od­dzie­lo­nych wstęgach: praw­dy i fałszu.

— No, to się mniej więcej zga­dza…

— A te­raz zamróź to.

Żachnął się.

— Co?

— Zamróź, za­trzy­maj, za­sto­puj. Możesz być pe­wien tyl­ko two­je­go Te­raz. Cała resz­ta — wszyst­ko, co do Te­raz przy­le­ga, lecz nie mieści się w jego gra­ni­cach — jest wątpli­wa, ist­nie­je tyl­ko jako do­mysł zbu­do­wa­ny na Te­raz, i tyl­ko właśnie o tyle, o ile możesz się tego domyślić.

Taj­tel­baum pa­trzył na mnie już z po­li­to­wa­niem.

— Ty istot­nie uważasz, że sądy o przeszłości czy­ni­my praw­dzi­we­mi lub fałszy­we­mi — od­kry­wając ją? I że od­bie­ra­my im fałszy­wość i praw­dzi­wość — za­po­mi­nając, tracąc wiedzę? Be­nek!

— Tak prze­cież się dzie­je z sądami o przyszłości, co do tego się zga­dza­my, nie? Bóg nie posługu­je się lo­giką trójwar­tościową, bo On wie wszyst­ko; Jego język jest języ­kiem „tak-tak, nie-nie”. Jak po­wia­da Pi­smo i dok­tor Ein­ste­in. A że lu­dzie mogą po­znać tyl­ko te zda­rze­nia, które do­ty­kają ich Te­raz… Co mam w ta­kim ra­zie po­wie­dzieć o lu­tych? Ten na skrzyżowa­niu dzi­siaj… Po­wiedz mi: gdy­byśmy po­strze­ga­li rze­czy­wi­stość zupełnie in­a­czej, gdy­byśmy żyli w in­nej rze­czy­wi­stości, w in­nym nur­cie cza­su — czy posługi­wa­li­byśmy się tą samą lo­giką? Wiesz, że nie!

Al­fred zamówił kawę. Roz­piął kołnie­rzyk i na­wet od­chy­lił się na opar­cie krzesła.

— Czy­li bez kogoś, kto by tę prawdę wysłowił, nie można by stwier­dzić, że świat ist­nie­je, tak? Zda­nie „Świat ist­nie­je” nie będzie praw­dzi­we — ani fałszy­we — dopóki ktoś go nie wy­po­wie.

— Wcześniej w ogóle nie będzie ta­kie­go zda­nia, więc —

— Jak to się za­tem dzie­je, że we wszyst­kich kul­tu­rach, we wszyst­kich cza­sach wszyst­kie języki tworzą te same ka­te­gor­je praw­dy i fałszu, ba!, że wszyst­kie odwołują się do za­sa­dy nie­sprzecz­ności?

— Bo nadal są to kul­tu­ry ludz­kie, zbu­do­wa­ne na doświad­cze­niu wchodzącem przez dwo­je oczu, dwo­je uszu, w małpim mózgu ob­ra­ca­nem… Stu­djo­wałeś prze­cież bio­logję. Pomyśl: ile jest ga­tunków ziem­skich w inne apa­ra­ty czu­cio­we obrośniętych, w in­nych śro­do­wi­skach za­sa­dzo­nych.

— Jakże więc: masz jedną, obiek­tywną lo­gikę, za­ko­rze­nioną w sa­mej rze­czy­wi­stości — czy set­ki różnych lo­gik zależnych od apa­ra­tu myślo­we­go i czu­cio­we­go ga­tun­ku?

— A każda w in­nym stop­niu i od in­nej stro­ny zbliża się do lo­gicz­nych za­sad wszechświa­ta.

— Ach! I według cie­bie lute —

— Nie po­strze­gają świa­ta jak my. W in­nym świe­cie żyją.

— Masz na myśli świat w pełni de­ter­mi­ni­stycz­ny? Bez­wol­ne zwierzęta znające całą swoją przyszłość?

— Nie, nie, gdy­by znał przyszłość, w ogóle by tamtędy nie lazł!

— O co za­tem —

— Za­gad­ka: świat, który naj­le­piej opi­su­je lo­gi­ka Ko­tar­bińskie­go — i świat opi­sy­wa­ny przez moją lo­gikę, w której tyl­ko sądy o teraźniej­szości są za­mrożone: albo fałszy­we, albo praw­dzi­we. Po czym odróżniłbyś te świa­ty?

— Mhm, po płynności praw­dy o przeszłości?

— Co to zna­czy? Po­roz­ma­wiaj z kim­kol­wiek o tysiąc dzie­więćset dwu­na­stym albo o po­wsta­niu stycz­nio­wem.

— Co in­ne­go fakt, a co in­ne­go pamięć, opin­ja o nim.

— Pamięć! — par­sknąłem gniew­nie. — Taka pamięć to nie dar, lecz prze­kleństwo: po­nie­waż pamiętamy tyl­ko przeszłość, i pamiętamy jedną przeszłość, każdy swoją, ule­ga­my złudze­niu — także dok­tor Ko­tar­biński mu uległ — że zda­rze­nia mi­nio­ne po­zo­stają na wiecz­ność usta­lo­ne, za­mrożone w praw­dzie. I wszyst­kie lo­gi­ki bu­du­je­my opie­rając się na tym złudze­niu.

Al­fred w zamyśle­niu zwi­jał i rozwi­jał białą chu­s­teczkę.

— Po czym odróżniłbym te świa­ty… Czyżbyś sądził, że są nie do odróżnie­nia? Ależ w two­im świe­cie ist­niałoby jed­no­cześnie wie­le przeszłości równie praw­dzi­wych-niepraw­dzi­wych, po­dob­nie jak w tej chwi­li ist­nie­je wie­le przyszłości na­sze­go tu ren­dez-vous: w niektórych ty wy­cho­dzisz pierw­szy, w niektórych ja, w niektórych spo­ty­ka­my —

— Pan Taj­tel­baum! Pan Gie­rosław­ski! Kogo widzą piękne oczy moje!

Otóż i ob­ja­wił się nam Micz­ka Fi­del­berg ze Sto­wa­rzy­sze­nia Wza­jem­nej Po­mo­cy Su­biektów Han­dlo­wych Wy­zna­nia Mojżeszo­we­go War­sza­wy, se­kre­tarz Koła So­cja­listów War­szaw­skich i po­cio­tek Abie­ze­ra Blum­ste­ina. Do­brze już pod­pi­ty i ob­fi­cie spo­co­ny pod świeżo kroch­ma­loną ko­szulą, z twarzą al­ko­ho­lo­wym bla­skiem rozświe­tloną, aż mu się kin­kie­ty od­bi­jały na gład­kich ja­go­dach, ni­czym słońce na kopułach So­bo­ru Alek­san­dra New­skie­go — gdy się nade mną po­chy­lił, z chu­chem ogni­stym pro­sto w mój nos wy­mie­rzo­nym, to jak­by się re­flek­tor gorący za­pa­lił mi przed oczy­ma, jak­by roz­two­rzył się przede mną piec huczący. Micz­ka ważył bli­sko dwieście kilo, słuszne­go był również wzro­stu. Kie­dy się oparł o blat sto­li­ka, usłysze­liśmy trzesz­cze­nie i trzask drew­na, za­grze­cho­tało szkło; kie­dy się na powrót wypro­stował, zaćmiły się za jego ple­ca­mi neo­ny ulicz­ne.

— Usza­no­wa­nie, usza­no­wa­nie, niechże uści­skam je­niu­szy mo­ich, pa­nie Be­ne­dyk­cie, mor­da ty, nu —

— Micz­ka, co ci?

Zionął na mnie czosn­kiem i skon­den­so­waną eu­forją.

— No jakże! Nie słysze­liście? — Capnął ga­zetę zmięto­loną i załopo­tał nią nad głową ni­czym sztan­da­rem. — Mie­rzow pobił Japońców pod Yule!

— Być to bar­dzo może, ga­ze­cia­rze coś tam wy­krzy­ki­wa­li — ale cze­muż to aku­rat u cie­bie roz­kosz taką bu­dzi?

— Będzie ro­zejm zi­mo­wy! Amne­sty­ja wiel­ka! Pójdą nowe uka­zy o ziem­stwach! Po­dat­ki w dół, ot­tie­piel­ni­cy w górę! O! — Wy­garnął z kie­sze­ni ru­lon cien­kich bro­szur agi­ta­cyj­nych i wcisnął nam po kil­ka. — Ma­cie! Ma­cie!

— A do­bry ko­mu­ni­sta się cie­szy z trjum­fu Im­pe­ra­to­ra, po­nie­waż?

— Iii-tam, trjumf — trjumf czy klęska, co­kol­wiek, byle nie trzy­na­sty rok woj­ny bez końca, celu i sen­su. A te­raz się ru­szy! — Ucałował mnie za­ma­szyście z pra­wej i z le­wej i z pra­wej. — Te­raz się ru­szy! Od­wilż! Wio­sna!

Al­fred ode­pchnął od sie­bie pro­pa­gandę, otarł chu­s­teczką usta i czoło, wyjął dru­gie­go pa­pie­ro­sa.

— Re­wo­lucję najłatwiej za­pa­lić od ognia woj­ny, nie­praw­daż? Lud nie wyj­dzie na uli­ce umie­rać za słowa i ide­je, ale za chleb, pracę i parę ko­pie­jek dniówki więcej — owszem. Za­tem im le­piej stoi go­spo­dar­ka, tem wątlej­sze szan­se na po­wsta­nie ogólno­ro­syj­skie. Prze­wlekła woj­na dwóch mo­carstw za­wsze daje na­dzieję na krach eko­no­micz­ny. Ale kto po­wsta­nie prze­ciw­ko zwy­cięskie­mu Ga­su­da­riu Im­pie­ra­to­ru w czas po­ko­ju?

Micz­ka przy­sunął so­bie krzesło, po­czem usiadł z prze­ciągłem wes­tchnie­niem, jak­by z sa­mo­wa­ra parę spusz­czo­no, pff­fch! — i już pod­wi­ja rękawy ko­szu­li, lu­zu­je kołnie­rzyk, roz­sta­wia sze­rzej nogi słonio­we, krzesło trzesz­czy, Micz­ka Fi­del­berg na­chy­la się ku in­ter­lo­ku­to­ro­wi, na­dy­ma pierś, będzie własną tą pier­sią Re­wo­lu­cji bro­nił.

— Tysiąc dzie­więćset piąty! — ryknął. — Tysiąc dzie­więćset dwu­na­sty! Ile razy można, pa­no­wie! Ile razy te same błędy! Bol­sze­wi­cy i ese­row­cy nig­dy się nie na­uczą, przy­najm­niej Bund po­szedł już po ro­zum do głowy. Gdy­byśmy mie­li klasę ro­bot­niczą jak w An­gl­ji czy Niem­czech — ale kto tu ma robić re­wo­lucję, się za­py­to­wy­wuję, chłopi ciem­ni? Jak na­rod­ni­cy na tym wy­szli, wie­my; łatwiej im zwer­bo­wać dla ide­ji agientów ochra­ny niż chłopstwo, lud przy­wiązany do zie­mi sam jest klasą re­ak­cyjną. Co z tego, że na­wy­strze­lają car­skich mi­nistrów, zbom­bar­dują je­ne­rałów? Je­ne­rałów u cara mno­go!

— Zna­czit, szto? — przyłącza­cie się do stru­vowców i so­cja­listów dwor­skich?

— Plwam na nich! — Plunął. — Nie idzie o ta­kie i owa­kie ka­ma­ry­le, ale o Hi­storję! Bo cała rzecz w tym, że w obec­nym sta­nie kra­ju re­wo­lu­cja nie ma szans po­wo­dze­nia. Prze­ko­na­liśmy się na własnej skórze, dwa­kroć płacąc krwią ro­bot­niczą, w piątym i dwu­na­stym właśnie, a też sa­mo­dzierżca zda­wał się wten­czas osłabio­nym woj­na­mi japońskie­mi i wszyst­ko niby prze­ma­wiało na naszą ko­rzyść. Ale tak samo nie zro­bi­li­byście pa­no­wie re­wo­lu­cji so­cjal­nej w sta­rożyt­nym Rzy­mie! Marks to do­brze wie­dział: Hi­storja to­czy się podług żela­znych reguł lo­gi­ki dziejów i nie można po pro­stu prze­sko­czyć jed­ne­go czy dru­gie­go eta­pu — toż nie od razu ro­dzi się mo­tyl, trze­ba wpierw lar­wy, trze­ba ko­ko­nu.

— Le­nin —

— Le­nin już tyl­ko kąsa po łyd­kach szwaj­car­skie pielęgniar­ki.

— Micz­ka — na­chy­liłem się ku za­sa­pa­ne­mu Fi­del­ber­go­wi — czy ja cię do­brze ro­zu­miem? Będziesz po­pie­rał burżuazję i ka­pi­ta­listów, bo do­pie­ro po nich może przyjść praw­dzi­wa re­wo­lu­cja pro­le­tar­ja­tu?

— Mu­sisz mieć pro­le­tar­jat, żeby zro­bić re­wo­lucję pro­le­tar­jatu! Chy­ba że uwie­rzysz w ba­ga­stra­itiel­stwo albo mrzon­ki Bier­dia­je­wa et con­sor­tes albo tych so­cja­listów na­rod­nic­kich, co im Her­cen i Czer­ny­szew­ski na umie za­kwi­tli i do dziś pra­wią o dzie­jo­wem posłan­nic­twie Ro­sji i że nie trze­ba wca­le gonić Za­cho­du i po­wta­rzać jego błędów, jeno bez burżuazji i miesz­czaństwa, omi­jając me­an­dry ka­pi­ta­li­zmu, wy­ho­dują tam so­bie rdzen­nie ro­syj­ski so­cja­lizm z nie­skażone­go lu­do­we­go du­cha wspólno­ty, ech. Ru­ska mi­sty­ka! Co zaś mówi Troc­ki? Na­wet gdy ja­kimś spo­so­bem cu­dow­nym — spi­sek Czte­ry­stu, sza­leństwo władcy, ka­ta­stro­fa na­tu­ral­na, niena­tu­ral­na — na­wet gdy jed­no państwo wpad­nie pod rząd ludu pra­cującego, za­raz wszyst­kie bliższe i dal­sze państwa sta­re­go porządku rzucą się na nie i roz­biją w dre­bie­zgi, nie do­zwa­lając so­cja­lizmowi wyjść na doj­rzałość silną. Mu­siałaby Re­wo­lu­cja wraz objąć sobą państwa wszyst­kie, a przy­najm­niej ich większość, tę większość po mocy go­spo­dar­czej, mi­li­tar­nej mie­rzoną. Nie dość bo­wiem ob­li­czyć hi­storję jed­ne­go kra­ju; li­czyć sku­tecz­nie można tyl­ko Hi­storję, to zna­czy sys­tem dziejów wszech­obej­mujący, wszech­re­gu­lujący. Czy widzą to pa­no­wie ma­te­ma­ty­cy? Wi­dzi­cie prze­cie!

…Co więc należy zro­bić? Otwo­rzyć tę kon­serwę! Wciągnąć Rosję w dwu­dzie­sty wiek, choćby wbrew jej sa­mej! Tak, tak: prze­mocą roz­mro­zić Hi­storję! Roz­mro­zić Hi­storję, po­wia­dam! Naj­pierw Ot­tie­piel, po­tem Re­wo­lu­cja! Ale nie Ot­tie­piel z nada­nia bo­skie­go, z cyklów me­ta­fi­zycz­nych zesłana, lecz — za­cisnął piąchy ma­czu­go­wa­te — na­sze­mi, człowie­cze­mi rękami zro­biona! Z pra­cy, z ro­zu­mu, z na­uki, z pie­niądza! Ot — od­sapnął, dech na ko­niec łapiąc — taki ja ot­tie­piel­nik nowy…

— Prze­stałem już śle­dzić per­tur­ba­cje w Du­mie — czy troc­kiści nie są te­raz w ja­kimś so­ju­szu tak­tycz­nym ze stru­vow­ca­mi i tru­do­wi­ka­mi stołypi­now­skie­mi? Zresztą, na dobrą sprawę, co to wszyst­ko zmie­nia? Jaka różnica dla Po­la­ka? Taka władza ro­syj­ska, in­sza władza ro­syj­ska.

— Od­ro­dzo­na Pol­ska musi być Polską so­cja­li­styczną! Będzie!

— No, ale to i tak się nie kal­ku­lu­je. — Taj­tel­baum zaciągnął się dy­mem ty­tu­nio­wym. — Jeśli wej­dzie­cie w alian­se skut­kujące roz­miękcze­niem po­li­ty­ki re­ak­cyj­nej, to właśnie utrud­ni­cie ro­botę re­wo­lu­cyjną: o to prze­cież cho­dzi, żeby car­stwo i burżuazja uci­skały pro­le­tar­jat, nie?

Uniosłem pa­lec.

— Dja­lek­ty­ka, Al­fred, dja-le-kty-ka!

— Dla­cze­go za­tem nie możemy się do­cze­kać re­wo­lu­cji także w Niem­czech, w An­gl­ji, w Ame­ry­ce?

— Się nie znają na uci­sku, za­pad­ny­je ka­pi­ta­li­sty. Tyl­ko Ro­sja­nin umie tak uci­skać słabych i bied­nych, żeby im na­wet na życiu zależeć prze­stało.

— Co za bzdu­ry ga­da­cie! — Micz­ka aż walnął piąchą w blat. — Tam burżuazja trzy­ma się jesz­cze sil­niej, bo miała więcej cza­su, żeby się wko­rze­nić i oko­pać! Za to w Ro­sji — w Ro­sji, w Króle­stwie od początku je­steśmy go­to­wi! Niech tyl­ko Hi­stor­ja ru­szy z miej­sca, niech osiągnie­my ko­niecz­ne wa­run­ki — re­wo­lu­cja jest nie­unik­nio­na!

— Bo ja wiem… Z Pio­trem Stru­ve u ste­ru rządu i so­cja­li­sta­mi od dwu­dzie­stu lat za­sia­dającymi w Du­mie…

— Może jed­nak le­piej li­czyć na jakąś ma­sakrę na fron­cie i za­miesz­ki ulicz­ne… I głód na wsi. Cho­ciaż do tej pory umie­rają z głodu dosyć po­kor­nie, szlach­ty ani czy­now­ników nie rze­zają, Pu­ga­czo­wa nie pomną. — Al­fred skrzy­wił się scep­tycz­nie. — No i woj­sko, woj­sko przede wszyst­kiem — nie je­den czy dru­gi okręt zbun­to­wa­ny, ale pułki, arm­je.

— Które właśnie za­czną wra­cać do kra­ju.

— Go­spo­dar­ka po­win­na ru­szyć, to na pew­no — przy­znałem. — Cho­ciaż nie wiem, czy aku­rat dla li­chwia­rzy to taka do­bra wia­do­mość.

Fi­del­berg pacnął się w spo­co­ne czoło, co za­brzmiało jak so­czy­sty klaps.

— Ach, pa­nie Be­ne­dyk­cie, dzia­dek już —

— O, właśnie, Micz­ka! — roz­pro­mie­niłem się. — Będziesz tak do­bry i za­py­tasz sta­re­go, czy nie pożyczy mi w nagłej oko­licz­ności życio­wej choćby dzie­siątaka? Cze­ka mnie długa podróż, wy­dat­ki —

— Brońcie mnie, ar­cha­nioły! — Fi­del­berg pod­sko­czył i, co­fając się przez re­stau­rację, ma­chał przed czer­woną twarzą wiel­kie­mi dłońmi, czy­niąc zna­ki prze­ciw złemu. — Mało to już mnie kosz­to­wały ta­kie pośred­nic­twa! A idźże!

Al­fred od­pro­wa­dzał go wzro­kiem.

— Na­prawdę, Be­nek, nie mu­siałeś mi te­raz od­da­wać, jeśli —

— A-tam! Za­nim zdążą się upo­mnieć o zwrot, trze­ba po­pro­sić o następną pożyczkę — cieszą się, że uszli z port­fe­lem.

— No tak. — Zdu­sił peta, zapiął ma­ry­narkę, pod­niósł teczkę. — To kie­dy wyjeżdżasz?

Ob­ra­całem w dłoniach le­galną-niele­galną bibułę Micz­ki, dru­kiem drob­nym, nie­wy­raźnym zapełnioną, z tu­zi­nem ar­ty­kułów wątpli­wej or­to­gra­fji, wy­krzyk­ni­ka­mi gęsto upstrzo­nych, z jedną ka­ry­ka­turą bo­ho­ma­zo­watą i jed­nym wier­szem Je­sie­ni­na na dole ostat­niej stro­ny.

— Ju­tro.

— Na Sy­berję, po­wia­dasz. Przez Tiu­meń i Ir­kuck, tak?

— Co zno­wu?

— Nie, nic… — Za­wa­hał się, zamyślił. — Kie­dy do­stałem tę na­grodę z Kasy Mia­now­skie­go… Ich głównie fi­nan­sują wschod­nie for­tu­ny, Po­la­cy z Azji, z Kau­ka­zu, z Da­le­kie­go Wscho­du. Czy ty byłeś wte­dy na ban­kie­cie…? Nie, chy­ba nie. Po­znałem jed­ne­go z owych ma­gnatów fu­ter, złota, węgla i zim­na­za, fun­do­wał kil­ka sty­pendjów dla młodych ma­te­ma­tyków z Kon­gresówki, Bie­lec­ki czy Bie­law­ski…

— No więc?

— Roz­ser­decz­nił się przy wódce, aż myślałem, że drze­wo ro­do­we za­cznie mi re­cy­to­wać; le­d­wom się go po­zbył, taka na­tu­ra, nie­ba ci przy­chy­li i w gardło we­pchnie. Przy­syła mi na każde święta nie­wy­mow­nie brzyd­kie kart­ki z po­win­szo­wa­nia­mi i obie­cu­je, że jak zno­wu za­wi­ta do War­sza­wy… Taak, znajdę jego ad­res, na­piszę ci list po­le­cający. Może się na coś przy­da. Pociąg od­cho­dzi z Te­re­spol­skie­go?

— Mhm.

— Głowa do góry! Nie daj się lu­tym, Be­nek! Nie daj się Lo­do­wi!

Przy­gryzłszy język, składałem bro­szurę w gie­ome­trycz­ne fi­gu­ry, Je­sie­ni­nem do wierz­chu.

Śnieżysta równi­na, biały krąg Księżyca, Pod lo­dem za­mknięta cała oko­li­ca, I za­chodzą nas wkrąg mroźniki nie­ludz­kie. Zasnąć tu? Za­marznąć? Śnię o Re­wo­lu­cji.

O pal­cu pana Ta­de­usza Ko­rzyńskie­go

Nie wo­bec każdego wie­rzy­cie­la można so­bie po­zwo­lić na tak­tykę, która się spraw­dza wo­bec Abie­ze­ra Blum­ste­ina; nie wo­bec każdego war­to tak postępować. Pro­sto od Hersz­fiel­da po­szedłem na Bie­lańską, do domu Ko­rzyńskich. Za­stałem pana, po­pro­szo­no mnie do sa­lo­nu. Długo czyściłem buty ze śnie­gu i błota pod okiem po­ko­jo­we­go, za­nim wpuścił mnie na par­kie­ty i dy­wa­ny. Prze­szliśmy z ja­sno oświe­tlo­nej sie­ni po sze­ro­kich, drew­nia­nych scho­dach na pierw­sze piętro. Pach­niało cy­na­mo­nem i wa­nilją. Z głębi ko­ry­ta­rza słyszałem głosy ko­bie­ce i chy­ba głos Sta­sia. Tu paliły się lam­py ga­zo­we, ale w sa­lo­nie nie zaciągnięto jesz­cze na oknach ro­let dre­li­cho­wych ani stor z an­giel­skie­go kre­to­nu. Pod ciem­nem nie­bem za­snu­tem śnie­go­we­mi chmu­ra­mi łatwo za­po­mnieć, że w isto­cie mamy lato, że Słońce wscho­dzi i za­cho­dzi w po­rach let­nich. Przez aurę zi­mową nie prze­do­sta­je się do zie­mi tyle ciepła i światła, ile w lip­cu po­win­no, nie­mniej to nadal jest słońce lip­co­we — wy­star­czy spoj­rzeć, pod ja­kim kątem ude­rza przez chmu­ry, jak od­bi­ja się od śnie­gu, ja­kie­mi ko­lo­ra­mi szy­by ma­lu­je. Okna sa­lo­nu wy­cho­dziły na zachód i pa­no­wał tu prze­dziw­ny półmrok zi­mowo-let­nie­go wie­czo­ra, sza­ra ja­sność.

Ta­de­usz Ko­rzyński wyglądał na ulicę — stąpałem ci­cho po gru­bym dy­wa­nie, ale mu­siał mnie usłyszeć — odwrócił się, wska­zał wyściełane czer­wo­nym ryp­sem krzesła.

— Coś się stało, pa­nie Ben­ku?

Za­zwy­czaj przy­chodzę do Stasz­ka we wtor­ki, czwart­ki i so­bo­ty.

— Ja nie w spra­wie lek­cyj, proszę pana. — Wyjąłem plik ru­bli; wcześniej już od­li­czyłem dokładną sumę. — Muszę zwrócić za­liczkę. — Nie po­ru­szył się ani nie wyciągnął ręki, więc położyłem ru­ble na sto­le. — Bar­dzo prze­pra­szam, po­lecę panu in­ne­go tu­to­ra.

— Czy Staś —

— Nie, skądże, to nie ma nic do Stasz­ka.

Cze­kał, z rękoma założone­mi za ple­ca­mi, wy­pro­sto­wa­ny, w cia­sno skro­jo­nym sur­du­cie tout jour. Stał między dwo­ma wy­so­kie­mi okna­mi, na tle zwier­ciadła w złoco­nych ra­mach — syl­wet­ka mężczy­zny lub ciem­ne od­bi­cie syl­wet­ki w lu­strze, nie do odróżnie­nia. Światło zi­mo­we­go lip­ca ob­kreślało go z lewa i z pra­wa, jak fi­gurę świętego na wi­trażu. Cze­kał w mil­cze­niu, po­tra­fił tak cze­kać długie mi­nu­ty. Czułem, jak war­gi roz­ciągają mi się w przy­mil­nym uśmie­chu: kau­czuk, le­gu­mi­na, sma­lec roz­ta­pia­ny na gorącej bla­sze.

Opo­wie­działem mu o ojcu, piłsud­czy­kach, wy­ro­ku i Sy­ber­ji. Mil­czał da­lej. Opo­wie­działem mu o wi­zy­cie na Mio­do­wej i bi­le­cie do Ir­kuc­ka. Mil­czał. Opo­wie­działem mu o ojcu i lu­tych. Milcząc, wy­szedł z sa­lo­nu bocz­ne­mi drzwia­mi. Sie­działem z dłońmi sple­cio­ne­mi na ko­la­nach, przede mną na sto­le — czer­wo­ne dieńgi, nade mną na ścia­nie — hu­zar i pan­na z kwia­ta­mi, wkoło — pro­fu­zja bi­be­lotów de­li­kat­nych i ro­dzin­nych me­mo­ra­biljów państwa Ko­rzyńskich. Wiel­ki ze­gar stojący wybił ósmą.

Pan Ko­rzyński wrócił z księgą pod pachą i szka­tułką w dłoni. Zawołał na służącą, żeby za­pa­liła lampę. Usiadłszy przy sto­le, przy­pa­try­wał mi się chwilę spod gru­bych brwi; lewą, zdrową ręką, ozdo­bioną ma­syw­nym sy­gne­tem z okiem w trójkącie i Słońcu, gładził ma­chi­nal­nie wie­ko szka­tułki, po­kry­wały je zawiłe sym­bo­le roślin­ne.

Gdy służąca za­mknęła za sobą drzwi, otwo­rzył księgę. Był to al­bum z fo­to­gra­fja­mi.

— Nie znałem two­je­go ojca, młodzieńcze, ale wiedz, że nie przez przy­pa­dek zo­stałeś mi po­le­co­ny na na­uczy­cie­la Sta­sia. Sta­ra­my się po­ma­gać ro­dzi­nom sta­rych to­wa­rzy­szy. Na­pi­sał o to­bie zna­jo­my zna­jo­me­go; ja na­pi­sałem zna­jo­mym.

Prze­rwał.

Opuściłem wzrok.

— Chy­ba się już trochę domyślałem —

— W tysiąc dzie­więćset dwu­na­stym — podjął, wchodząc mi w słowo — brałem udział w ak­cji od­bi­cia to­wa­rzy­szy z ZWC trans­por­to­wa­nych na Je­ka­te­ry­nosław i Se­wa­sto­pol, na Pro­ce­sy Czar­no­mor­skie. Jak pan za­pew­ne wie, ak­cja się po­wiodła, ale z tym większym upo­rem nas po­tem ści­ga­no. Roz­dzie­li­liśmy się; mia­sta nie były bez­piecz­ne; większość z nas próbowała się prze­do­stać do Ga­li­cji, wie­lu wyłapa­no. Mój od­dział wy­brał kie­ru­nek na Ru­munję, w końcu zo­stał prze­gna­ny przez Kre­sy i odcięty nad Dnie­strem, ucie­ka­liśmy trze­ci ty­dzień, był już paździer­nik i wie­dzie­liśmy, że Piłsud­skie­go schwy­ta­no, re­wo­lu­cja w Ro­sji padła, a Japończy­cy co­fają się na całym fron­cie. Cho­dziło te­raz o to tyl­ko, żeby zgu­bić ko­zaków; na ko­niec sami pra­wie się zgu­biliśmy. Je­cha­liśmy w step, z dala od lu­dzi. Wio­ski widać było z da­le­ka po dy­mie na nie­bie. Na tamtą na­tknęliśmy się po zmierz­chu i z za­sko­cze­nia. Sądzi­liśmy, że i tak nas zo­ba­czy­li, a że po­trze­bo­wa­liśmy pro­wian­tu… Nędzny chu­tor, kil­ka chałup, po praw­dzie zie­mian­ki, le­pian­ki. Nig­dzie ognia, żad­ne­go dymu, żad­nych świa­teł, i ci­sza, taka ci­sza ste­po­wa, że ciar­ki po człeku prze­chodzą, ani pies za­wy­je, ani bydło za­ry­czy, ani wóz za­skrzy­pi. Nic. Wjeżdżamy, kur­ki od­wie­dzio­ne. Za­raz widać, że coś jest na rze­czy, bo ni jed­na chałupa nie stoi pro­sto: ścia­ny po­chyłe, drzwi z fu­tryn wy­pchnięte, ob­su­nięte da­chy. Ze sprzętami tak samo, jak­by je kto wy­pa­czył na ima­dle, de­ski krzy­we, koła koślawe, słupy rozpękłe. Je­dzie­my do stud­ni — stud­nia za­wa­lo­na. Pa­trzy­my do zagród. Bydlęta mar­twe, tyl­ko mu­chy się roją nad truchłami. Za­raza, ktoś szep­cze. Dowódca każe spraw­dzić, co z ludźmi. Pa­trzy­my do chałup. Z ludźmi to samo, tru­py. Od­ga­nia­my mu­chy. Twa­rze, jak­by się wszy­scy po­to­pi­li, roz­puchłe, roz­miękłe. A przy­tem czer­wo­ne i czar­ne ni­czym od opa­rzeń. Objeżdżamy wioskę, pa­trzy­my po zie­mi. Idzie ślad z północy na południe, sze­ro­ki na czte­ry wozy: zie­mia roz­ko­pa­na, wywrócona, roz­ry­ta, ale nie od orki, jeno jak­by się sama roz­sy­pała, roz­myła, ro­zu­mie­cie, nie ma śladu narzędzia. Na­wet ka­mie­nie na tym trak­cie są rozłupa­ne, żwir po­miażdżony. Pa­trzy­my po so­bie. Na południe, mówi dowódca. Je­dzie­my — ale noc, trze­ba stanąć. Rano za­raz ślad się ury­wa. Jest, a po­tem nie ma — pośrod­ku ste­pu, miej­sce jak miej­sce, ale tu zie­mia wywrócona, a kil­kanaście kroków da­lej już tra­wa się zie­le­ni. Północ, mówi dowódca, na­zad. Je­dzie­my. Mi­ja­my wioskę, ślad jest wyraźny, można iść kłusem. Po południu, ja­kieś trzy­dzieści mil da­lej, wi­dzi­my to na ho­ry­zon­cie. Za­raz robi się zim­no. Jesz­cze trochę i od­dech za­ma­rza na ustach. Luty, miar­ku­je­my. Pamięta­cie, w tysiąc dzie­więćset dwu­na­stym na zachód od Buga o lu­tych tyl­ko się słyszało. Luty, mówimy so­bie, i sznu­ru­je­my kur­ty, ob­wi­ja­my się płasz­cza­mi, popędza­my ko­nie. Po­tem do­pie­ro, jak wróciłem do Króle­stwa i po­czy­tałem ga­ze­ty z Ga­li­cji, zro­zu­miałem, co to było. Króle­wiec­ka esk­pe­dy­cja zna­lazła wte­dy po­dob­ne w Wiel­kim Księstwie Fin­landz­kim, w gu­ber­ni ny­landz­kiej. Pierw­sze so­pli­co­wo.

Obrócił al­bum ze zdjęcia­mi w moją stronę. Te­raz, gdy paliła się na sto­le lam­pa, wszyst­ko, co znaj­do­wało się poza kręgiem jej bla­sku, kryło się w podwójnych cie­niach; raz spoj­rzaw­szy w plamę światła, całe zewnętrze od­da­wało się we włada­nie nocy. Za to tu, w świe­tle, przed­mio­ty były bliższe, cie­plej­sze, przy­ja­zne człowie­ko­wi, same pod­su­wały się pod do­tyk, pod­no­siły ku oczom. Wyciągnąłem rękę po al­bum. Ręka Ta­de­usza Ko­rzyńskie­go, pra­wa, ta zde­for­mo­wa­na, wska­zy­wała fo­to­grafję na pierw­szej kar­cie.

Ośmiu mężczyzn po­zu­je do zdjęcia, stoją w polu z ka­ra­bi­na­mi w dłoniach lub opie­rając się o lufy, w sze­re­gu. Kurt­ki przy­po­mi­nają sza­re mun­du­ry Strzelców, ale resz­ta — resz­ta przy­po­mi­na łach­ma­ny. Zarośnięci, lecz o czy­stych twa­rzach. Nie uśmie­chają się. Jest dzień, nad nimi ja­sne nie­bo. Za nimi — ma­syw lśniącej bie­li.

Czar­ny ki­kut wska­zu­je ko­lej­ne fo­to­gra­fje. Tu już widać samo so­pli­co­wo. Roz­ciąga się na pięćdzie­siąt metrów, może więcej. Fo­to­gra­fja nie jest naj­wyższej jakości, kto­kol­wiek z nich za­brał ze sobą apa­rat, nie za­brał z pew­nością sprzętu naj­lep­sze­go. Nie mógł też ująć so­pli­co­wa w pa­no­ra­mie z góry, to równi­na bez większych wznie­sień. Są tyl­ko ujęcia z wy­so­kości człowie­ka, z siodła może, i tyl­ko ujęcia warstw zewnętrznych.

Nie jest to bu­dy­nek ani rzeźba ani żywy or­ga­nizm. Lute wchodzą w to i wy­chodzą, ale równie do­brze można po­wie­dzieć, że so­pli­co­wo ich połyka i wy­plu­wa. Tak samo nie sposób rzec, czy wiszące nad mia­sta­mi Azji i Eu­ro­py gniaz­da lu­tych to po pro­stu miej­sca, gdzie kil­ka, kil­kanaście lu­tych zmro­ziło się ra­zem — czy też coś więcej, coś zupełnie in­ne­go.

So­pli­co­wo jest tym w sto­sun­ku do gniaz­da, czym gniaz­do w sto­sun­ku do po­je­dyńcze­go lu­te­go. Lecz w przy­pad­ku so­pli­co­wa wie­my już z pew­nością, że sta­no­wi ono coś po­nad pro­ste złożenie lu­tych. Na zdjęciach uwiecz­nio­no uwięzio­ne w lo­dzie frag­men­ty rol­ni­czych sprzętów, przed­mio­ty do­mo­we­go użytku, pół stołu, gar­niec, ikonę, ułamek ko­wadła, i rze­czy mniej trwałe, pla­cek zbożowy, wiązkę ce­bu­li, pęto kiełbasy, i części ciał, zwierzęcych oraz ludz­kich, i ich or­ga­ny wewnętrzne, i obiek­ty, których zupełnie się nie da na tym czar­no-białym ob­ra­zie roz­po­znać. For­ma­cje lodu zdają się ko­re­spon­do­wać swym kształtem z za­mkniętemi w nich re­kwi­zy­ta­mi. Wy­ra­stający z zie­mi po­chyły so­pel, w którym wisi nad równiną ćwiart­ka otyłej ko­bie­ty, zwieńczo­ny jest dziwną ka­ry­ka­turą ludz­kiej sto­py.

Od­bi­jające się w lo­dzie ste­po­we słońce za­ma­zu­je jed­nak szczegóły so­pli­co­wa białemi re­flek­sa­mi.

— Bez szkła powiększającego nie zo­ba­czysz, ale ten tu frag­ment — szpon, który kie­dyś był kością pal­ca wska­zującego, do­ty­ka fo­to­gra­fji — to coś jak­by twarz, z dru­giej stro­ny ma na­wet war­kocz, tyl­ko że całe jest roz­ciągnięte w pio­nie, zo­bacz, nos, usta. Tu, tu. Sie­dem metrów, co naj­mniej.

Po­ka­zu­je następne zdjęcia. Na­chy­lam się, pra­wie do­ty­kając no­sem al­bu­mu. Światło lam­py ogrze­wa mi twarz i kark.

— Więcej fo­to­gra­fij nie mamy, ka­me­ra nie wy­trzy­mała mro­zu. To miała być kro­ni­ka wol­ności, nie pa­nop­ti­cum lodu.

Za­my­ka księgę.

Na powrót sia­dam pro­sto; dłonie po­zo­stają w kole drżącego bla­sku — co­fam je, gdy Ko­rzyński ob­ra­ca na nie oczy.

— Da­lej, za tym frag­men­tem — po­dej­mu­je, odchrząknąwszy — była za­to­ka, to zna­czy prze­rwa w lodu for­ma­cji zewnętrznej i wyłom pro­wadzący do jego wnętrza, niby ko­ry­tarz między białemi ścia­na­mi. Chciałem spróbować tam wje­chać, przy­najm­niej zo­ba­czyć, co się kry­je w so­pli­co­wie, jeśli kry­je się co­kol­wiek więcej niż to, co już wi­dzie­liśmy. Dowódca za­bro­nił.

…Wte­dy, za wlo­tem ko­ry­ta­rza, w dru­giej ścia­nie, ścia­nie wschod­niej, zo­ba­czy­liśmy tego młodzieńca uwięzio­ne­go w lo­dzie. Nie ma fo­to­gra­fij, mu­sisz za­wie­rzyć mo­jej pamięci. Był pogrążony w so­pli­co­wie aż do żeber. Ale nie uwiązł w po­zy­cji stojącej, ra­czej leżał — ja­kieś trzy me­try nad zie­mią. Nad nim jesz­cze zwie­szał się czub zmar­z­li­ny z za­mkniętą w nim połówką garn­car­skie­go koła; cały ten ma­syw był z grub­sza półko­li­sty. Na młodzieńca w lo­dzie od razu zwróciliśmy uwagę, ale do­pie­ro jak ktoś krzyknął: „Od­dech!”, zo­ba­czy­liśmy obłoczki pary przed si­nem ob­li­czem, pod zwie­szoną na pierś głową za­krytą włosa­mi w szro­nie. Żył. Od­dy­chał.

…Roz­kuć so­pli­co­wo! Le­d­wo mo­gliśmy się na tyle doń zbliżyć, by do­tknąć nieszczęśnika, mróz szedł ostre­mi fa­la­mi; głębszy wdech i du­sza w człowie­ku za­ma­rza. Ktoś strze­lił w ścianę, metr pod uwięzio­nym. Kula ugrzęzła w lo­dzie; na­wet rysa się nie po­ka­zała. Co robić? Dowódca kazał roz­pa­lić ogni­sko pod chłopcem. Zwieźliśmy drew­no i chrust. Dzięki temu można było stać tam przez dłuższą chwilę, pod­pro­wa­dzić do ścia­ny ko­nia. Miałem jesz­cze odro­binę sa­mo­go­nu, chciałem z siodła na­poić nieszczęśnika. Wciąż był nie­przy­tom­ny, zwi­sał tam bezwład­nie. Nie mogłem otwo­rzyć mu ust, a wlać do gardła trun­ku nie było jak, głowę miał opusz­czoną w dół, na ile było to możliwe w zgo­dzie z ana­tomją; leżał w tym lo­dzie ple­ca­mi do nie­ba, twarzą do zie­mi, jak przy­trzaśnięty przeźro­czy­ste­mi ta­fla­mi od dołu i od góry, za­nim zdążył się był spo­między nich wy­czołgać. Wówczas zmiar­ko­wałem, że w naj­lep­szym ra­zie po­da­ru­je­my mu kil­ka go­dzin życia więcej — albo skrócimy męki, czy to byłoby wyjście gor­sze? Jeśli istot­nie miałby od­zy­skać przy­tom­ność przed śmier­cią… Ginący od mro­zu za­zwy­czaj po pro­stu za­sy­piają, ponoć nie są świa­do­mi nad­chodzącej śmier­ci, tak mi mówio­no. Po cóż więc go bu­dzić? Połowę or­ganów wewnętrznych, je­li­ta, wątrobę, trzustkę, ner­ki, ma już naj­pew­niej zmie­nio­ne w twar­de gru­dy lodu. Co od­dy­cha — nie człowiek — tru­po­wi też jesz­cze rosną pa­znok­cie i włosy.

…Prze­sunąłem dłonią po jego pier­si (był w szorst­kiej ko­szu­li­nie ko­nop­nej), by spraw­dzić, dokąd sięga życie. Dłoń — tu Ta­de­usz Ko­rzyński uniósł prawą rękę ku um­brze lam­py i roz­ca­pie­rzył przed nią czar­ne ki­ku­ty — osunęła się ku lo­do­wi, może koń po­ru­szył się pode mną, może stra­ciłem or­jen­tację w ogłupiającem zim­nie… do­tknąłem lodu. Przy­marzłem. Mu­siałem strasz­nie krzy­czeć, mówili mi, że darłem się ni­czym ob­dzie­ra­ny ze skóry. Praw­da, skóra od­cho­dziła od ciała jak dar­ty pa­pier. Koń się spłoszył, sko­czył od lodu i od ogni­ska. Spadłem. Pal­ce — po­ru­szył przed lampą tym, co z nich po­zo­stało, jak­by igrając rzu­ca­ne­mi cie­nia­mi — po­zo­stały w lo­dzie. Spadłem na so­pel, wybiłem so­bie kil­ka zębów, roz­ciąłem skórę. Ot, i bli­zna.

Po­chy­lił się ku mnie, uśmiech­nięty. Bli­zna wy­krzy­wiała się na jego ob­li­czu sy­me­trycz­nie do po­zba­wio­ne­go radości uśmie­chu, gru­ba kre­cha jak ślad po po­je­dyn­ko­wej kuli.