Opis

WSZYSTKO JUŻ BYŁO - TERAZ KRÓLOWĄ NAUK JEST ARCHEOLOGIA.

Zuzanna Klajn w swe osiemnaste urodziny otrzymuje klucz do tajemnic zmarłego ojca-archeologa - i znajduje Miasto: odbicie wszystkich miast kiedykolwiek zbudowanych, przez ludzi i nie ludzi, w tym wszechświecie i poprzednich, skarbnicę wiedzy wszelkiej i pole zmagań między Potęgami.

Jakie sekrety Miasta odkrył ojciec Zuzanny? Czy możemy zamieszkać w domach bogów i pozostać ludźmi? Do którego świata należy sama Zuzanna, dziecko Miasta?

Czarnobrody grubas z małą dziewczynką na ramionach - wędrowali tymi alejami, pokazywał jej, nierozumiejącej, posągi nieludzkie i domy hermetyczne, zakazane pisma, niewidzialne malunki, straszne krajobrazy wszechświata.

Zapraszamy na spacer ulicami nieskończoności - do przedwiecznego miasta tajemnic.

Z oczyma szeroko rozwartymi i ustami niedomkniętymi, naprzeciw trzem słońcom, pięciu księżycom, równinom purpurowym, lodowym cmentarzom, dymom wulkanów, zorzom czarnym - i tym bezimiennym metropoliom starożytnym, ku którym Miasto bezustannie lgnie.

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 189

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2009

Wy­da­nie pierw­sze w tej edy­cji

Tekst opar­to na wy­da­niu: J. Du­kaj, Cór­ka łu­pież­cy, w: Wi­zje al­ter­na­tyw­ne 4, Olsz­tyn 2002.

Opie­ka re­dak­cyj­na se­riiAni­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja i ko­rek­taPa­weł Ciem­niew­ski, Pau­li­na Ma­ło­chleb, Mał­go­rza­ta Wój­cik

Ilu­stra­cja na okład­ceMi­chał Dzie­kan

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wychTo­masz Ba­giń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­naBo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2009 ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40 księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04719-4

This city is an ogre squ­at­ting by the ri­ver It gi­ves life but it ta­kes it away, my youth The­re co­mes a time when you just can­not de­li­ver This is a fact. This is a sto­ne cold truth. (…) Amongst the cogs and the wi­res, my youth Va­nil­la bre­ath and hand­so­me apes with gir­lish eyes Dre­ams that roam be­twe­en truth and untruth Me­mo­ries that be­co­me mon­stro­us lies So on­ward! And On­ward! And On­ward I go! On­ward! And Upward!

Nick Cave Do You Love Me? Part II

Potem przy­po­mni so­bie, że zna­ła to mia­sto — ze snów. Jego świa­tła i cie­nie, nie do po­my­le­nia z żad­ny­mi in­ny­mi, kształ­ty jego bu­dyn­ków wznie­sio­nych przed po­cząt­kiem cza­su, chrzęst pyłu pod no­ga­mi, gdy stą­pa jego uli­cą; na­wet za­pach po­wie­trza. Nie­któ­re wi­do­ki wy­wo­ły­wa­ły szcze­gól­nie sil­ny re­zo­nans. Czy nie spo­glą­da­ła już kie­dyś z tego miej­sca, nie za­dzie­ra­ła tak gło­wy? Pod Kru­czą Basz­tą, na Mo­ście Za­wró­co­nych, mię­dzy Dwu­ścia­na­mi. Tu. Tam. Sto­jąc, sie­dząc, klę­cząc, le­żąc. Z oczy­ma sze­ro­ko roz­war­ty­mi i usta­mi nie­do­mknię­ty­mi, na­prze­ciw trzem słoń­com, pię­ciu księ­ży­com, rów­ni­nom pur­pu­ro­wym, lo­do­wym cmen­ta­rzom, dy­mom wul­ka­nów, zo­rzom czar­nym — i tym bez­i­mien­nym me­tro­po­liom sta­ro­żyt­nym, ku któ­rym Mia­sto bez­u­stan­nie lgnie. Lgnie, przy­pły­wa, wtu­la się tę­sk­nie, chy­li cia­ło — znie­do­łę­że­niec ku ob­ję­ciom dziec­ka. Za­po­mniał tak­że wła­sne­go imie­nia. Pa­mięć gi­nie pierw­sza i te szcząt­ki, ja­kie po­zo­sta­ją, in­ten­cjo­nal­ne kon­fi­gu­ra­cje ma­te­rii… któż roz­szy­fru­je? Na­zy­wa­ją ich ar­che­olo­ga­mi, lecz w rze­czy­wi­sto­ści są bu­dow­ni­czy­mi prze­szło­ści, ar­ty­sta­mi ta­jem­nic. Zu­zan­na sta­ran­nie skon­stru­owa­ła wła­sną: te sny — tak się od­bi­ja­ją wspo­mnie­nia z naj­głęb­sze­go dzie­ciń­stwa, gdy oj­ciec za­bie­rał ją w se­kre­cie na noc­ne wy­ciecz­ki do Mia­sta. Czar­no­bro­dy gru­bas z małą dziew­czyn­ką na ra­mio­nach — wę­dro­wa­li tymi ale­ja­mi, po­ka­zy­wał jej, nie­ro­zu­mie­ją­cej, po­są­gi nie­ludz­kie i domy her­me­tycz­ne, za­ka­za­ne pi­sma, nie­wi­dzial­ne ma­lun­ki, strasz­ne kra­jo­bra­zy wszech­świa­ta. Jest już pew­na, że tak było, być mu­sia­ło, sny osta­tecz­nym do­wo­dem. Naj­bar­dziej zdra­dziec­ka ze wszyst­kich — ar­che­olo­gia pa­mię­ci.

NIECZUŁOŚĆ.ZSEJFÓW GŁĘBOKICH.SPOJRZAŁA PONAD GROBEM

Zuzan­na Klajn skoń­czy­ła osiem­na­ście lat. W dzień swo­ich uro­dzin do­sta­ła od krew­nych i zna­jo­mych licz­ne pre­zen­ty, wszak­że te trzy, któ­re za­pa­mię­ta naj­le­piej, otrzy­ma­ła przed uro­dzi­na­mi i po­cho­dzi­ły one od osób, któ­re już lub jesz­cze nie żyły: ojca, pra­bab­ki i Ma­le­ny.

Ma­le­na zo­sta­ła po­czę­ta, lecz mia­ła przyjść na świat do­pie­ro w paź­dzier­ni­ku. Tym­cza­sem Zu­zan­na za­przy­jaź­ni­ła się z nią ser­decz­nie. Z ma­szy­ny chto­nicz­nej, w któ­rej się kry­sta­li­zo­wa­ła, lśni­ła się Ma­le­na Zu­zan­nie co wie­czór oraz nie­któ­ry­mi po­ran­ka­mi i w po­rze lun­chu. Za­zwy­czaj plot­ko­wa­ły bez­ce­lo­wo albo też opo­wia­da­ła Zu­zan­na nie­na­ro­dzo­nej ku­zyn­ce o swo­ich kło­po­tach; z ja­kie­goś po­wo­du ra­do­ści zda­wa­ły się jej bar­dziej in­tym­ne. Ma­le­na do­brze się czu­ła w świe­cie cie­ni i tro­chę się lę­ka­ła nie­uchron­ne­go ucie­le­śnie­nia.

— Coś ostre­go na pod­ło­dze. Albo jak się po­tknę; za­wsze mogę się po­tknąć, praw­da? Spaść skądś. Gdy­bym wy­chy­li­ła się przez tę ba­lu­stra­dę, przez wodę… Prze­cież nic by mnie nie ura­to­wa­ło.

— Ale dla­cze­go mia­ła­byś się tak wy­chy­lać? Mu­sia­ła­byś jesz­cze zejść po spa­dzie i do­pie­ro sko­czyć.

— Ale mo­gła­bym, praw­da? Mo­gła­bym. A wte­dy — cia­ło.

Na spół­kę z bliź­nia­ka­mi Ludo Zu­zan­na wy­naj­mo­wa­ła wą­ski apar­ta­ment na czter­dzie­stym czwar­tym pię­trze Wod­nej Wie­ży w el­fiej dziel­ni­cy Kra­ko­wa. Kra­kow­skie Wod­ne Wie­że wznie­sio­no przy sa­mej jej gra­ni­cy, za pa­sem buj­nej zie­le­ni. Wia­try były tu bar­dzo sil­ne, zwłasz­cza po re­kli­ma­ty­za­cji, nie­kie­dy cał­ko­wi­cie zry­wa­ły wod­ne ścia­ny, stoż­ko­we wy­so­ko­ściow­ce wy­glą­da­ły wów­czas ni­czym drzew­ce desz­czo­wych sztan­da­rów, rosa spa­da­ła na­wet ki­lo­metr da­lej. Wra­ca­jąc do domu na pie­cho­tę, rzad­ko do­cie­ra­ła Zu­zan­na do wo­do­spa­du bra­my cał­kiem su­cha — ale na tym mię­dzy in­ny­mi po­le­ga­ła kul­tu­ro­wa spe­cy­fi­ka Wież i ta­kie przy­zwy­cza­je­nia wy­mu­sza­ła el­fia dziel­ni­ca.

— Co — cia­ło? Te­raz to niby nie za­le­żysz od ma­te­rii?

Ma­le­na wy­dę­ła war­gi, z ob­ra­żo­ną miną prze­cho­dząc na dru­gi ko­niec ta­ra­su, gdzie wsko­czy­ła na kro­nicz­ny sto­lik i za­czę­ła na nim ste­po­wać do ryt­mu wo­do­spa­du.

Zu­zan­na lśni­ła ją już do­bre dwie go­dzi­ny, za­czy­na­ła bo­leć ją gło­wa.

— Każ­dy się ro­dzi — mruk­nę­ła, ga­sząc pa­pie­ro­sa. — Daj so­bie z tym spo­kój, jesz­cze wy­pra­cu­jesz całą ob­se­sję i bę­dzie trze­ba cię le­czyć z nie­mow­lę­cej so­ma­fo­bii.

— Ty to ser­ca nie masz! — krzyk­nę­ła Ma­le­na i wsko­czy­ła na ba­lu­stra­dę. Wod­na ścia­na spa­dła po przed­uro­dzo­nej ka­ska­da­mi, mo­men­tal­nie prze­ma­cza­jąc su­kien­kę i cią­gnąc w tył, nad spad i prze­paść. — Ego­ist­ka! Może i je­stem głu­pie dziec­ko, ale ty na­wet nie pró­bu­jesz się wczuć. Co z tego, że sama uro­dzi­łaś się na pu­sto? Odro­bi­nę em­pa­tii…! Ra­cja lo­gicz­na nie zwal­nia od współ­czu­cia. O!

— Czy ty wiesz, o któ­rej ja dzi­siaj wsta­łam? I kto tu mówi o współ­czu­ciu?

Ma­le­na ma­cha­ła rę­ko­ma, w za­pa­mię­ta­niu aż wy­sta­wia­jąc poza zęby wil­got­ny ję­zyk.

— W cie­le bym nig­dy… — mru­cza­ła, utrzy­mu­jąc rów­no­wa­gę na mo­krej po­rę­czy, gdy sto­py prze­su­wa­ły się cen­ty­metr za cen­ty­me­trem. — Po co mi cia­ło…

Z wnę­trza miesz­ka­nia do­bie­gły Zu­zan­nę gło­sy bliź­nia­ków, wo­ła­ły ją na ko­la­cję.

Ma­le­na ob­ró­ci­ła się i prze­ma­sze­ro­wa­ła po ba­lu­stra­dzie ku Zu­zan­nie.

— Mię­śnie by mi drża­ły — wy­li­cza­ła pod no­sem — błęd­nik oszu­ki­wał, po­ci­ła­bym się ze stra­chu…

— Przede wszyst­kim w ogó­le nie przy­szło­by ci do gło­wy tu wła­zić! — wark­nę­ła Zu­zan­na i ze­pchnę­ła Ma­le­nę poza wod­ną ścia­nę. Ki­cha­jąc gło­śno, za­koń­czy­ła lsen.

Przez kil­ka ko­lej­nych dni Ma­le­na dą­sa­ła się osten­ta­cyj­nie. Wresz­cie, po­nie­waż i tak zbli­ża­ły się uro­dzi­ny Zu­zan­ny, przy­lśni­ła się jej w nocy od­po­wied­nio gniew­na i ob­ra­żo­na i we­pchnę­ła w dło­nie owi­nię­ty czar­nym akry­lem pre­zent.

— Masz! Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go!

Zu­zan­na, w tym śnie-lśnie zu­peł­nie roz­ko­ja­rzo­na i bez świa­do­mo­ści snu, przy­ję­ła pre­zent w le­ni­wym zdu­mie­niu, na­wet nie po­dzię­ko­waw­szy. Po­trzą­snę­ła po­da­run­kiem: nic nie za­grze­cho­ta­ło. Miał kształt owal­ne­go pu­deł­ka. Za­czę­ła go roz­pa­ko­wy­wać, lecz tym­cza­sem sen wszedł w inną fazę i na resz­tę nocy za­po­mnia­ła o pre­zen­cie.

Kie­dy jed­nak rano lśni­ła pod prysz­ni­cem uak­tu­al­nio­ny har­mo­no­gram dnia przy­sła­ny z Licz sp. z o.o., za­uwa­ży­ła pu­deł­ko na pół­ce obok my­dła. Się­gnę­ła mo­krą dło­nią. Le­d­wo do­tknę­ła, wy­lśnił się cały pod­ręcz­nik użyt­kow­ni­ka. Słu­cha­ła, wy­cie­ra­jąc się i cze­sząc. Ten pre­zent to był sy­mu­la­tor pre­kon­cep­cyj­ny, już za­sa­dzo­ny w wy­ku­pio­nej przez Ma­le­nę od­po­wied­niej ma­szy­nie chto­nicz­nej. Zu­zan­na wie­dzia­ła, że ro­dzi­ce dają Ma­le­nie ja­kieś pie­nią­dze, to jed­nak nie był mały wy­da­tek — co praw­da nie­po­rów­na­nie mniej­szy od za­ku­pu fak­tycz­nej kry­sta­li­za­cji sie­ci lo­gicz­nej prze­kła­dal­nej na fi­zjo­lo­gię ludz­kie­go mó­zgu, ale jed­nak wie­lo­krot­nie więk­szy niż na­by­cie jed­nej z owych lsen­nych la­lek ad­ap­ta­tyw­nych: Bar­bie Ge­ne­ra­cji T. Taka sy­mu­la­cja, jak wy­ja­śnia­no w pod­ręcz­ni­ku, „z ze­wnątrz” była nie­odróż­nial­na od praw­dzi­we­go przed­uro­dzo­ne­go. Róż­ni­ce spro­wa­dza­ły się do uprosz­czeń tech­no­lo­gicz­nych: sy­mu­la­cji nie moż­na od­bić w mó­zgu pło­du, ale moż­na na niej te­sto­wać róż­ne wa­rian­ty oso­bo­wo­ścio­we, póki nie zde­cy­du­je­my, ja­kie wła­ści­wie dziec­ko chce­my skry­sta­li­zo­wać — po­tem do­ko­nu­je się kil­ku­eta­po­wej trans­la­cji, w trak­cie któ­rej zgi­nie mię­dzy in­ny­mi pa­mięć. Pod­czas gdy praw­dzi­wi przed­uro­dze­ni pa­mię­ta­ją wszyst­ko i cią­głość jest za­cho­wa­na na każ­dym po­zio­mie.

In­ten­cja, z jaką Ma­le­na ob­da­ro­wa­ła Zu­zan­nę sy­mu­la­cją pre­kon­cep­cyj­ną, była dość ła­twa do od­czy­ta­nia. Nie po raz pierw­szy spo­ty­ka­ły Klajn oskar­że­nia o nie­czu­łość. Sło­wa były róż­ne — „obo­jęt­na”, „zim­na”, „ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści”, „za­pa­trzo­na w sie­bie”, „mi­zan­trop­ka” — ale sens jed­na­ki. Uczci­wie mu­sia­ła przy­znać, że nig­dy nie na­le­ża­ła do osób naj­ła­twiej na­wią­zu­ją­cych zna­jo­mo­ści i za­wsze był mię­dzy nią a ludź­mi, mię­dzy nią a świa­tem ja­kiś do­dat­ko­wy dy­stans, któ­re­go nie do­strze­ga­ła u in­nych, coś ją od nich od­dzie­la­ło, mu­sia­ła się świa­do­mie zdo­by­wać na je­den wy­si­łek wię­cej. Być może u męż­czy­zny nie rzu­ca­ło­by się to tak w oczy; bo trud­no wska­zać ko­bie­tę, któ­ra nie mia­ła­by przy­najm­niej jed­nej „bli­skiej przy­ja­ciół­ki”. Na­to­miast Zu­zan­na nie czu­ła się do koń­ca człon­kiem żad­nej gru­py ani czę­ścią żad­ne­go związ­ku, na­wet w jej sto­sun­ku do Ka­mi­la było pew­ne chłod­ne wy­ra­cho­wa­nie: ta nie­ustę­pu­ją­ca świa­do­mość, iż nor­mal­ni lu­dzie tak wła­śnie się za­cho­wu­ją, nor­mal­ni lu­dzie się za­ko­chu­ją i żyją ra­zem — więc i ona po­win­na, praw­da?

Ubie­ra­jąc się do pra­cy, Klajn za­sta­na­wia­ła się, czy w ogó­le uru­cha­miać sy­mu­la­cję; czy po pro­stu nie od­sprze­dać pre­zen­tu, jak­kol­wiek nie­grzecz­ne by­ło­by to wo­bec ob­da­ro­wu­ją­cej. Bo ta­kich rze­czy nie da się po­tem po pro­stu „wy­łą­czyć”, chcąc nie chcąc, czło­wiek się przy­wią­zu­je, bu­du­je sie­ci emo­cjo­nal­ne, ży­cie jest ży­cie — do­brze wie­dzia­ła. Ob­ra­ca­jąc to wszyst­ko w gło­wie, zaj­rza­ła jesz­cze do sy­pial­ni bliź­nia­ków, by, jak co dzień, obu­dzić ich na czas do pra­cy. W nocy splą­ta­li się z błę­kit­ną po­ście­lą, tak że trud­no było rzec, do kogo na­le­ży któ­ra koń­czy­na. Zu­zan­na szarp­nę­ła za wszyst­kie nogi po ko­lei. Za­spa­ne dwu­na­sto­lat­ki wy­nu­rzy­ły się z błę­ki­tu, prze­kli­na­jąc Zu­zan­nę — jak co dzień.

W Licz pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra ob­lę­że­nia, po Pod­ziem­nym Świe­cie naj­wy­raź­niej prze­szła ko­lej­na fala pa­nicz­nych prze­czuć, po­śmiert­ni prze­rzu­ca­li ka­pi­tał w nie­spo­dzie­wa­ne in­we­sty­cje albo też do­ra­dza­li ta­kie ru­chy swo­im nie­umar­łym ory­gi­na­łom lub po­tom­kom, w każ­dym ra­zie od gę­stych lsnów oczy za­cho­dzi­ły ma­kle­rom ró­żo­wą krwią. Bó­stwa chto­nicz­ne za­wia­dy­wa­ły już po­śred­nio lub bez­po­śred­nio bli­sko jed­ną dwu­dzie­stą glo­bal­nej go­spo­dar­ki, a to sta­no­wi­ło wpływ bar­dzo zna­czą­cy, zwłasz­cza w Azji, gdzie od lat wszy­scy man­da­ry­ni par­tyj­ni i ge­ne­ra­ło­wie-mi­liar­de­rzy żyli w Cie­niu. Je­śli moż­na w ogó­le na­zy­wać to ży­ciem, bo Zu­zan­na nadal mia­ła wąt­pli­wo­ści. Pod­czas pierw­szej prze­rwy pa­pie­ro­so­wej ba­wi­ła się ma­chi­nal­nie lsen­nym pu­deł­kiem od Ma­le­ny, wciąż nie­zde­cy­do­wa­na. Za­czę­ło się po­wo­li roz­my­wać pod jej pal­ca­mi. Zbyt dużo lsnu, skon­sta­to­wa­ła, li­ba­ryt wy­płu­ku­je mi się już z krwi, trze­ba dać so­bie w żyłę.

Pre­zent od ojca przy­szedł pocz­tą elek­tro­nicz­ną. Nadaw­cą była bruk­sel­ska kan­ce­la­ria no­ta­rial­na. Że Zu­zan­na zo­sta­ła za­sko­czo­na, to mało po­wie­dzia­ne. Oj­ciec był mi­to­lo­gicz­ną be­stią jej dzie­ciń­stwa, nie my­śla­ła o nim in­a­czej, jak w ka­te­go­riach le­gen­dy, a i to je­dy­nie w sko­ja­rze­niu z ja­kąś ro­dzin­ną hi­sto­rią, nig­dy spon­ta­nicz­nie. A tu na­gle: wy­cho­dzi z ekra­nu, sia­da na biur­ku, dra­pie się po po­kry­tej czar­nym za­ro­stem bro­dzie.

— A więc nie żyję — rze­cze. — Je­śli nie je­stem mar­twy, to w każ­dym ra­zie nie je­stem też żywy; przy­najm­niej dla cie­bie. Taak. Nie wiem, czy mnie w ogó­le pa­mię­tasz, Zuz. To ja, tato. — Uśmie­cha się nie­pew­nie, mru­ga ło­bu­zer­sko. — Pa­mię­tasz? Na­gry­wam to na dzień przed two­imi trze­ci­mi uro­dzi­na­mi. Pew­ne wy­da­rze­nia… Two­ja mat­ka mia­ła ra­cję, ja nig­dy nie do­ro­snę. Masz te­raz osiem­na­ście lat, je­steś pew­nie bar­dziej od­po­wie­dzial­na ode mnie. A może nie? Mam na­dzie­ję, że… Wi­dzisz ten klucz? Od­bie­rzesz kar­tę z nim w Dru­gim Wło­skim w Rot­ter­da­mie na pod­sta­wie swo­je­go DNA. To mój pry­wat­ny klucz, prze­pi­sa­łem na nie­go wszyst­kie nie­oso­bo­we upraw­nie­nia. Zgłoś się po­tem do kra­kow­skiej fi­lii Abo­mi­na­do; kan­ce­la­ria Lip­szy­ca po­in­for­mu­je cię o pro­ce­du­rach spad­ko­wych i tym po­dob­nych… Boże, tak na­praw­dę to chciał­bym cię te­raz zo­ba­czyć. Jak wy­glą­dasz? Po­roz­ma­wiać z tobą. Jak się śmie­jesz? Uśmiech­nij się raz dla mnie, do­brze? By­łaś ta­kim ko­cha­nym dziec­kiem… No, już, wy­łą­czam się. Trzy­maj się, Zuz. Zbój is out.

Obej­rza­ła to chy­ba dzie­sięć razy. Na­wet Ma­te­usz ze sta­no­wi­ska obok zwró­cił uwa­gę.

— Kto to? — spy­tał.

— Mój oj­ciec.

— Skąd dzwo­nił?

— Nie żyje.

— O!

— Od lat.

— Ach.

— No wła­śnie.

Dwa pa­pie­ro­sy póź­niej nadal nie wie­dzia­ła, co o tym są­dzić. Spraw­dzi­ła szy­fry pocz­to­we nadaw­cy, ale wszyst­ko się zga­dza­ło, plik przy­szedł od bruk­sel­skie­go no­ta­riu­sza. Wie­rzy­ła, cho­ciaż nie wie­rzy­ła — ten męż­czy­zna, mru­ga­ją­cy do niej z pro­jek­cji… Więc  n a p r a w d ę  mia­ła ojca! Lecz trud­no po­wie­dzieć, żeby nią to prze­sła­nie zza gro­bu wstrzą­snę­ło, zde­ner­wo­wa­ło czy choć­by wzru­szy­ło — dzie­cin­nie zdu­mio­na, sie­dzia­ła i ro­bi­ła dziw­ne miny do swe­go od­bi­cia na wy­blan­ko­wa­nym ekra­nie. Czy on istot­nie mó­wił do niej „Zuz”? Czy w ogó­le za­cho­wa­ła ja­kie­kol­wiek wspo­mnie­nia o swo­im ojcu, czy też są to tyl­ko wspo­mnie­nia wy­obra­żeń o nim, zro­dzo­nych z opo­wie­ści mat­ki i krew­nych? Cóż, te­raz to już tak czy owak nie do roz­strzy­gnię­cia.

Spraw­dzi­ła roz­kład po­śli­zgó­wek do Rot­ter­da­mu. Dru­gi Bank Ita­lii był otwar­ty dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, czas nie sta­no­wił więc pro­ble­mu — zdą­ży­ła­by ob­ró­cić po pra­cy tam i z po­wro­tem. Je­śli już co­kol­wiek, to nie­po­ko­ił ją ra­czej fakt, że zgła­sza­jąc się tam po klucz, wy­peł­nia­ła­by śle­po plan owe­go czło­wie­ka — Jana Klajn — jej ojca — o któ­rym nie wie­dzia­ła nic.

Cóż niby mo­gło­by jej gro­zić w związ­ku z prze­ję­ciem pry­wat­ne­go klu­cza zmar­łe­go ro­dzi­ca? Daje się tu po­rwać fil­mo­wej pa­ra­noi; po­win­na się roz­czu­lać nad ro­dzin­ny­mi fo­to­gra­fia­mi, nie zaś do­cie­kać ukry­tych mo­ty­wów nie­bosz­czy­ka. A jed­nak — nie­po­kój.

W dro­dze do domu prze­lśni­ła się ciot­ce Ma­rian­nie. Na ostat­nich kro­plach li­ba­ry­tu po­łą­cze­nie było sła­be, pła­skie, nie czu­ła fak­tu­ry fo­te­li sa­mo­cho­du, któ­rym je­cha­ła ciot­ka, za­pach jej per­fum też był le­d­wo wy­czu­wal­ny; sły­sza­ła jed­nak wy­raź­nie.

— Te­sta­ment, na­praw­dę? W Bruk­se­li? A to by się zga­dza­ło, tam prze­cież wte­dy pra­co­wał.

— Ale dla­cze­go on w ogó­le coś ta­kie­go na­grał? Spo­dzie­wał się? Mu­siał się spo­dzie­wać. A prze­cież to był wy­pa­dek, praw­da?

— Mhm, no, nie­zu­peł­nie.

Ciot­ka Ma­rian­na ob­ró­ci­ła się ku Zu­zan­nie, pod­wi­ja­jąc pra­wą nogę i opie­ra­jąc się o drzwi sa­mo­cho­du. Wóz su­nął po ob­wod­ni­cy, ni­skie Słoń­ce roz­le­wa­ło się po spo­la­ry­zo­wa­nych szy­bach czer­wo­na­wy­mi akwa­re­la­mi. Ciot­ka pa­trzy­ła gdzieś po­nad ra­mie­niem Zu­zan­ny, pal­ca­mi o dłu­gich, se­le­dy­no­wych pa­znok­ciach roz­cze­su­jąc so­bie spły­wa­ją­ce na ra­mię wło­sy.

— Te­raz mi wy­ja­wisz strasz­ną ta­jem­ni­cę ro­dzin­ną — mruk­nę­ła Zu­zan­na.

— Och, nic ta­kie­go — za­śmia­ła się ciot­ka; nadal jed­nak nie pa­trzy­ła dziew­czy­nie w oczy. — Po pro­stu… No chy­ba cię okła­ma­ły­śmy. To zna­czy — nie świa­do­mie. Ro­zu­miesz, by­łaś mała, ile, czte­ry lat­ka? Daje się wów­czas od­po­wie­dzi naj­prost­sze, in­nych dzie­ci zwy­czaj­nie nie ro­zu­mie­ją.

— Ro­zu­mie­ją.

— Wiesz, o co mi cho­dzi! — zi­ry­to­wa­ła się ciot­ka i wresz­cie spoj­rza­ła na Zu­zan­nę. — Nor­mal­ne dzie­ci. W każ­dym ra­zie wte­dy nie ro­zu­mia­ły. No więc po­wie­dzie­li­śmy, że miał wy­pa­dek; a po­tem wi­dać nig­dy tego nie od­krę­ci­ła. A to jest praw­da. To zna­czy — tak jest w pa­pie­rach, ta­kie mu świa­dec­two zgo­nu wy­sta­wi­li: wy­pa­dek.

— A na­praw­dę?

— Na­praw­dę — nie wia­do­mo. Nie zna­le­zio­no cia­ła.

— Co wła­ści­wie się sta­ło?

Ma­rian­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Se­le­dy­no­we pa­znok­cie po­wę­dro­wa­ły ku wy­gię­tym gry­ma­śnie war­gom, gdy za­sta­na­wia­ła się nad sło­wa­mi.

— Nie wró­cił z ba­dań po­lo­wych. Czy ja­koś tak. Pew­nie wy­ko­pa­li­ska. Szu­ka­li go. Bez re­zul­ta­tu.

— Za­gi­nął więc. Gdzie?

Po­now­ne wzru­sze­nie ra­mion.

— Nie wiesz? — zdu­mia­ła się Zu­zan­na.

— Two­ja mat­ka pro­wa­dzi­ła przez lata praw­ną ba­ta­lię… Po­win­naś zna­leźć w jej pli­kach. Na­wet nie wiem, czy uzy­ska­ła ja­kieś kon­kret­ne od­po­wie­dzi. On zjeź­dził pół świa­ta, cza­sa­mi dzwo­nił z miejsc, któ­rych na­zwy na­wet wy­mó­wić się nie dało, co do­pie­ro za­pa­mię­tać i… Hej, gdzie ucie­kasz…?

Wbie­gła do Wod­nej Wie­ży z od­chy­lo­ną wstecz gło­wą, za­ci­ska­jąc pal­ca­mi noz­drza. Krwo­tok po­pla­mił bluz­kę. Po­win­na była być mą­drzej­sza, nie moż­na lśnić na su­cho. Przej­ście przez wod­ną kur­ty­nę nie­co ją otrzeź­wi­ło (wiał hal­ny i trój­kąt­ny spad głów­nej bra­my nie roz­dzie­lał ścia­ny sztucz­ne­go desz­czu).

Z bliź­nia­ków był w domu tyl­ko Bar­tek, sie­dział w sa­lo­nie nad ja­ki­miś pa­pie­ra­mi, na­wet nie uniósł gło­wy. Po­szła pro­sto do sie­bie.

Dwa po­ko­je: sy­pial­nia i bi­blio­te­ka, któ­ra była bi­blio­te­ką je­dy­nie z na­zwy, w isto­cie bar­dziej przy­po­mi­na­ła ma­ga­zyn, sta­ły tu kar­to­ny z rze­cza­mi ze sta­re­go miesz­ka­nia, do któ­rych roz­pa­ko­wa­nia nie mo­gła się Zu­zan­na zmu­sić od prze­pro­wadz­ki po śmier­ci mat­ki. Żad­na trau­ma, nic po­dob­ne­go; po pro­stu od­ru­cho­wo usta­wi­ła je w sto­sach pod ścia­ną, naj­pierw od­kła­da­jąc spra­wę do cza­su skoń­cze­nia stu­diów, po­tem — do zna­le­zie­nia pra­cy, a te­raz mó­wi­ła so­bie, że prze­pro­wa­dzi se­lek­cję, gdy bę­dzie się prze­no­sić do swo­je­go miesz­ka­nia, już wpła­ci­ła pierw­szą ratę. Była le­ni­wa, ot i całe po­wi­kła­nie psy­cho­lo­gicz­ne. Zmia­na za­zwy­czaj prze­gry­wa­ła u niej ze sta­tus quo — i stąd też, przy­pusz­cza­ła, bra­ło się jej za­nie­po­ko­je­nie li­stem ojca zza gro­bu. Po co re­wi­do­wać pa­mięć już ule­ża­ną, choć­by i fał­szy­wą? Te­raz i tak nie ma to prze­cież zna­cze­nia. A swę­dzi i pie­cze, i nie po­zwa­la prze­stać my­śleć.

Przy­siadł­szy na łóż­ku, wstrze­li­ła so­bie w żyłę na­bój wy­so­ko­trom­bo­cy­to­we­go li­ba­ry­tu. Po­trwa, za­nim od­po­wied­nio ro­zej­dzie się w or­ga­ni­zmie. ART do Rot­ter­da­mu mia­ła o dwu­dzie­stej dwa­na­ście, aku­rat czas, żeby coś prze­łknąć i prze­brać się sto­sow­nie. Może w elfi gar­ni­tur…? Kosz­to­wał ją całe dwie pierw­sze pen­sje, czę­sto go no­si­ła bez ofi­cjal­nej oka­zji, choć­by na spo­tka­nia z klien­ta­mi Licz; za­bie­ra­ła też ze sobą na wszyst­kie wy­jaz­dy, uspra­wie­dli­wio­na próż­ność to nie wada. Bar­dzo się so­bie w nim po­do­ba­ła: wy­glą­da­ła wów­czas pra­wie jak gwiaz­da biz­ne­su czy po­li­ty­ki, kro­nicz­ny ma­te­riał po­zo­sta­wał za­wsze nie­ska­zi­tel­nie bia­ły, za­wsze ide­al­nie się do­pa­so­wy­wał do fi­gu­ry, nie­omal wy­prze­dza­jąc ży­cze­nia i na­stro­je. No i ten do­tyk, bar­dziej mięk­ki od je­dwa­biu — el­fie ubra­nia wdzie­wa się na gołe cia­ło. Jak dziew­czyn­ka pierw­szy raz do­strze­ga­ją­ca w so­bie przed­miot po­żą­da­nia i eks­pe­ry­men­tu­ją­ca z for­ma­mi ko­bie­co­ści — prze­glą­da­ła się te­raz w na­drzwio­wym lu­strze: śnież­na biel ma­ry­nar­ki kon­tra­stu­ją­ca z trwa­le opa­lo­ną skó­rą, kształt de­kol­tu za­leż­ny od spo­so­bu za­pię­cia ha­ftek, czar­ne wło­sy spu­ścić na ple­cy czy upiąć wy­so­ko…? Od­wra­ca­jąc się od sza­fy, za­ha­czy­ła wzro­kiem o czar­ną pacz­kę od Ma­le­ny. Bez za­sta­no­wie­nia się­gnę­ła i szarp­nię­ciem otwo­rzy­ła pu­deł­ko. W środ­ku, oczy­wi­ście, nie było ni­cze­go. Mam­ro­cząc pod no­sem, wy­rzu­ci­ła je do śmie­ci.

Po­drep­ta­ła do kuch­ni na­sta­wić ro­bo­ta. Gdy sta­ła nad ekra­nem sie­men­so­we­go all-co­oka, nie­zde­cy­do­wa­na mię­dzy mię­sną piz­zą a Bar­dzo Zdro­wą Zie­le­ni­ną — w lek­kim mro­wie­niu pod­nie­bie­nia i opusz­ków pal­ców opadł ją lsen. Ocze­ki­wa­ła na nią roz­mo­wa z ad­re­su chto­nicz­ne­go. Ode­bra­ła na sztyw­nej lo­ka­cji. Ktoś za­pu­kał w uchy­lo­ne drzwi kuch­ni.

— Wejść! — krzyk­nę­ła przez ra­mię, za­twier­dza­jąc syn­te­zę piz­zy.

Ko­bie­ta ob­ję­ła ją od tyłu, ca­łu­jąc w po­li­czek.

— Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, ko­cha­nie.

Wy­ma­ni­cu­ro­wa­ne, dłu­gie pal­ce spo­czę­ły lek­ko na oboj­czy­ku — po­zna­ła ją po pier­ście­niach. Ob­rącz­ka, ru­bin, srebr­ny wę­zeł… bi­żu­te­ria dzie­więt­na­sto­wiecz­na. Iza­bel­la, bab­ka ojca, prze­pi­sa­ła się w Cień w wie­ku stu trzech lat — od­tąd nie opusz­cza­ła czter­dzie­ste­go roku ży­cia.

— Iza! Nie od­zy­wa­łaś się ostat­nio!

Uści­snę­ły się moc­no. Iza­bel­la od­su­nę­ła pra­wnucz­kę na od­le­głość wy­cią­gnię­tych ra­mion.

— Rze­czy­wi­ście, zbyt dłu­go chy­ba — pra­wie cię nie po­zna­łam.

— Co wła­ści­wie za­bie­ra ci tyle cza­su? My­ślał­by kto, że po śmier­ci czło­wiek może na­resz­cie od­po­cząć.

Iza­bel­la za­śmia­ła się gar­dło­wo.

— Wy­star­cza­ją­co na­od­po­czy­wa­łam się za ży­cia!

Przy ku­chen­nym sto­le wy­mie­nia­ły ostat­nie no­wi­ny. Zu­zan­na wrzu­ci­ła do pral­ki po­pla­mio­ną bluz­kę. Piz­zę ja­dła za po­mo­cą sztuć­ców, kro­jąc cia­sto na drob­niut­kie ka­wał­ki. Bab­ka opo­wia­da­ła, ge­sty­ku­lu­jąc dło­nią z pa­pie­ro­sem, pier­ście­nie tra­ci­ły blask za za­sło­ną si­ne­go dymu. Gdy usły­sza­ła o te­sta­men­cie swe­go wnu­ka, tyl­ko unio­sła brew.

Zu­zan­na co­raz czę­ściej po­pa­try­wa­ła na ze­ga­rek. W obec­no­ści Iza­bel­li za­dzwo­ni­ła po tak­sów­kę. Gdy pod­nio­sła się, by wło­żyć ta­lerz do zmy­war­ki, pra­bab­ka wsta­ła rów­nież.

— No, bo jesz­cze się prze­ze mnie spóź­nisz. Po­win­nam czę­ściej za­glą­dać… Nie­chże cię uca­łu­ję! Ach, za­po­mnia­ła­bym, a po­tem nie będę mieć cza­su — pro­szę, baw się do­brze.

— Co to jest?