Opis

WOJNY EKONOMICZNE I WOJNY MEMETYCZNE

NOWA ETYKIETA I NOWA INTYMNOŚĆ

INŻYNIERIA GENÓW, UMYSŁÓW I CYWILIZACJI

A NICHOLAS HUNT ZUPGRADE’OWAŁ SOBIE MÓZG

Rzecz dzieje się w Stanach w kręgach kompleksu wojskowo-przemysłowego. Trzonem armii są wojska ekonomiczne, chroniące gospodarkę przed wrogimi wpływami. Establishment oddzielił się biologicznie i społecznie od nieprzekształconego genetycznie plebsu. Większość funkcji państwa podległa prywatyzacji.

W tym świecie jak ryba w wodzie czuje się Nicholas Hunt, polityk i lobbysta.

Jacek Dukaj pokazuje - z sukcesem - świat nieliniowy, świat gdzie ważna nie jest zmiana, ale ma-tematyczna pochodna zmiany: przyspieszenie zmian. Świat, w którym wpływają na siebie częstości pojawiania się morderczych millenarystycznych sekt i przemiany technologiczne w telekomunikacji.

Janusz A. Urbanowicz, „Esensja”

Świat Czarnych oceanów jest światem, w którym nikt z nas nie chciałby się chyba znaleźć, ale jednocześnie do niego szybko zdążamy.

Wojciech Orliński, „Gazeta Wyborcza”

Czarne oceany ukazują cywilizację w ślepym zaułku, miotającą się w spazmach boleści, które sama sobie sprokurowała.

Marek Oramus, „Nowa Fantastyka”

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 675

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2008

Wy­da­nie dru­gie, przej­rza­ne przez Au­to­ra, bez zna­czą­cych zmian w tre­ści. Tekst opar­to na wy­da­niu: Ja­cek Du­kaj, Czar­ne oce­any, War­sza­wa 2001.

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Ko­rek­ta

Anna Rud­nic­ka, Etel­ka Ka­moc­ki, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Syl­wia Fro­łow

Ilu­stra­cja na okład­ce

Mi­chał Dzie­kan

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków

bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­[email protected]­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax:(+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04716-3

I

1.ZKRAJU I ZE ŚWIATA

Nad wszyst­kim sta­ły Alpy, wiel­kie, zim­ne, mil­czą­ce. Cho­dzą­cy po te­re­nie po­sia­dło­ści po­li­cjan­ci co ja­kiś czas oglą­da­li się na nie, bo kon­trast był zbyt po­twor­ny. Pierw­sze cia­ła zna­leź­li nad stru­mie­niem. Pięć osób uklę­kło na brze­gu, w rów­nym sze­re­gu, po­chy­li­ło się ni­sko, jak­by pró­bu­jąc w ten spo­sób się­gnąć usta­mi wody, i wte­dy ktoś od­strze­lił im gło­wy. Strze­la­no z tyłu, w po­ty­li­ce, pra­wie pio­no­wo, z pump-gunu. Po­li­cję za­wia­do­mi­li wcza­so­wi­cze z dom­ku po­ni­żej, gdy spo­strze­gli pły­ną­ce stru­mie­niem strzę­py mó­zgu, pod­ska­ku­ją­cą na fa­lach gał­kę oczną. Po­sia­dłość fi­gu­ro­wa­ła w re­je­strze sekt i po­li­cja zja­wi­ła się od razu w wiel­kiej sile, ścią­ga­jąc z miej­sca dwie eki­py do ska­nu A-V. Ob­cho­dzi­li te­raz pa­stwi­ska, spraw­dza­li wnę­trze i oko­li­cę drew­nia­nej wil­li. Na we­ran­dzie sta­ło wiel­kie bla­sza­ne wia­dro peł­ne od­cię­tych pal­ców. Opróż­niw­szy je, zna­leź­li na dnie czy­jąś gło­wę. Do tej pory nie na­tra­fi­li na pa­su­ją­cą doń resz­tę cia­ła. W piw­ni­cy znaj­do­wa­ło się dwa­na­ście bez­pal­cych zwłok dzie­ci, w tym nie­mow­lę­ta. Ke­vor­kian­ki in­jek­cyj­ne, orzekł wstęp­nie ko­ro­ner. Na pię­trze mie­ści­ła się świą­ty­nia. Dłu­gie, żół­to­brą­zo­we węże je­lit zwie­sza­ły się cięż­ki­mi gir­lan­da­mi z ży­ran­do­la, stro­my­mi łu­ka­mi bie­gły pod su­fi­tem do me­bli, okien i fu­try­ny drzwi — ana­to­micz­ny go­tyk. Po­li­cjan­ci wcho­dzi­li tu pod pa­ra­so­la­mi, krew wciąż ka­pa­ła — nie­ustan­ne pak-pak-pak-pak-pak o mo­no­płót­no um­bre­li. Guru, a on był ostat­ni, sie­dział w po­zy­cji lo­to­su na ta­ta­mi pod sa­mym ży­ran­do­lem. Utrzy­my­wał go po­śmiert­nie w tej po­zy­cji fi­diasz w koń­skiej daw­ce. Guru (któ­ry miał czter­dzie­ści sie­dem lat i, za­nim do­znał ob­ja­wie­nia, był pi­sa­rzem scien­ce fic­tion) sam so­bie wy­dłu­bał oczy i po­ob­ci­nał pal­ce no­żem wi­bra­cyj­nym umiesz­czo­nym w ima­dla­nej obej­mie. Gdy otwo­rzo­no drzwi do po­miesz­cze­nia, włą­czy­ły się gło­śni­ki i po­pły­nął z nich jego głę­bo­ki, cha­ry­zma­tycz­ny głos, re­cy­tu­ją­cy spi­sa­ną przez nie­go sa­me­go Księ­gę Nie-cia­ła: „Jako na du­cha, tak i na ma­te­rię. Cia­ło to wię­zie­nie, cia­ło to ka­mień for­my, ma­ska i biel­mo na oczach. Po nim, jak po scho­dach, we­sp­niesz się do nie­śmier­tel­no­ści”. Chwi­lę trwa­ło, za­nim zna­le­zio­no wszyst­kie gło­śni­ki i wy­łą­czo­no je. Tym­cza­sem guru mó­wił: „Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie, słu­chaj­cie: za­ra­żam was”. Po­li­cjan­ci po­ru­sza­li się po­śród owe­go hor­ro­ru po­wo­li, ostroż­nie, zwa­ża­jąc na każ­dy krok, za­wsze pusz­cza­jąc przo­dem wśle­pio­nych na za­pis ska­ne­rów. Wcho­dzi­ło się do wnę­trza tego domu jak do ke­so­nu o ni­skiej za­war­to­ści tle­nu — po kil­ku mi­nu­tach trze­ba było wyjść z po­wro­tem na ze­wnątrz, po­pa­trzeć na Alpy, za­pa­lić pa­pie­ro­sa, na­wet ni­ko­ty­now­ca (tu, w Szwaj­ca­rii, wciąż były one le­gal­ne). In­a­czej umysł za­pa­dał się w ba­gno dzi­kich sko­ja­rzeń, za­cią­ga­ły się nad nim chmu­ry de­pre­sji, dusz­ność i mdło­ści do­pa­da­ły czło­wie­ka. Sta­li więc pod we­ran­dą, od­dy­cha­li gór­skim po­wie­trzem i wy­mie­nia­li pół­gło­sem uwa­gi. — Jaty jak u Bar­ke­ra. — Po­pier­do­leń­ce cho­ler­ne. — Ja się pod­da­ję, w ogó­le już nie pró­bu­ję tego zro­zu­mieć. — Co za cho­ry umysł…? — A po­wy­strze­lać ich wszyst­kich. — Prze­cież wi­dzisz, sami się strze­la­ją.

Biel śnie­gu Alp pa­li­ła ich w oczy, mru­ga­li, gdy wzbie­ra­ły w nich pie­ką­ce łzy.

W nocy wy­glą­da to jak po­żar w lu­na­par­ku. Przez okno scho­dzą­ce­go do lą­do­wa­nia sa­mo­lo­tu (lot nr 4582 z Atlan­ty, dru­ga prze­siad­ka) Czar­ny pa­trzył na Nowy Jork pod fos­fo­ry­zu­ją­cą koł­drą mia­sta ste­row­ców, roz­ko­ły­sa­ne­go lek­ko od nada­tlan­tyc­kie­go wia­tru. Blask gi­gan­tycz­nych re­klam i świa­tła apar­ta­men­tów pod­wie­szo­nych pod za­ko­twi­czo­ne na szkla­nych li­nach wie­lo­ry­by go­rą­ce­go po­wie­trza — wy­zna­cza­ły w na­nieb­nym rzu­cie mapę do­bro­by­tu. Było to koło w okrę­gu: wy­so­kie luk­su­sy cen­trum oto­czo­ne stre­fą luk­su­sów ze­szło­wiecz­nych, oto­czo­ną nie­skoń­czo­ny­mi przed­mie­ścia­mi. Kie­dy nad nimi prze­la­ty­wa­li, wi­dział zim­ne re­flek­sy świa­tła w nie­zli­czo­nych przy­do­mo­wych ba­se­nach.

W od­da­li bły­ska­ły sze­ro­ko­pa­smo­we la­se­ry kla­sycz­nych ho­lo­gra­fii re­kla­mo­wych, z tej od­le­gło­ści, a zwłasz­cza pod tym ką­tem — zu­peł­nie nie­czy­tel­nych. Po ze­sta­wie­niach ko­lo­rów moż­na było jed­nak wnio­sko­wać o przy­na­leż­no­ści logo.

Sa­mo­lot scho­dził do La Gu­ar­dii po ja­kiejś prze­dziw­nej spi­ra­li, co­raz to inna część me­tro­po­lii pło­nę­ła ja­sny­mi ko­lo­ra­mi za ilu­mi­na­to­rem. Zim­na roz­pacz za­le­wa­ła umysł Czar­ne­go, choć od­wra­cał gło­wę od ekra­nów wi­do­ko­wych. Tam lu­dzie, mi­lio­ny lu­dzi. Uto­nę. Tsu­na­mi czer­ni. Kto ura­tu­je, gdym sa­mot­ny w ty­sięcz­nym tłu­mie. Jezu Chry­ste.

Pa­sa­żer­ka z żeń­skie­go prze­dzia­łu ona­ni­zo­wa­ła się w my­ślach, biz­nes­men z fo­te­la na przo­dzie upo­ka­rzał się wspo­mnie­niem po­gar­dy sze­fa, nie­mow­lę w ra­mio­nach mat­ki śni­ło o anal­nych roz­ko­szach, mat­ka zaś z zim­ną nie­na­wi­ścią do sa­mej sie­bie wy­rzu­ca­ła so­bie sła­bą wolę, któ­ra nie po­zwo­li­ła wów­czas jej dło­ni opaść na TER­MI­NA­TE in­ku­ba; a ste­ward ma­rzył o ata­ku ter­ro­ry­stów, krwi pa­sa­że­rów na su­fi­cie.

Czar­ny z tru­dem po­wstrzy­my­wał szloch. Ko­goś mu­siał tu bo­leć żo­łą­dek, bo Czar­ne­go aż skrę­ca­ło, ku­lił się mimo pa­sów. Pró­bo­wał się sku­pić na celu, na ko­niecz­no­ści — ale oni wszy­scy też mie­li oj­ców i ob­raz się roz­my­wał, mi­łość, nie­na­wiść i obo­jęt­ność od­kształ­ca­ły wspo­mnie­nia, rów­nież te nad­mia­ro­we. Ste­ward się za­nie­po­ko­ił, już chciał po­dejść, za­py­tać — więc Czar­ny się wy­pro­sto­wał, wy­gła­dził twarz.

Gdy wy­lą­do­wa­li, od­cze­kał, aż wszy­scy wyj­dą i wstał na koń­cu. Bia­ły rę­kaw był jak pę­po­wi­na łą­czą­ca ka­dłub ma­szy­ny z Tłu­mem-mat­ką. Szedł na­przód, śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny. Bu­cha­ło mu w twarz gę­stą czer­nią. Spoj­rzał na bi­let, by przy­po­mnieć so­bie swe na­zwi­sko; za­raz zgu­bił myśl o przy­czy­nie spoj­rze­nia. Kil­ka­krot­nie przy­sta­wał. Po­twor­nie bo­la­ły go nogi. Za bram­ką na­szła go urzęd­ni­cza fru­stra­cja, na­krzy­czał na cel­ni­ka w za­po­ży­czo­nym ję­zy­ku. W su­mie był tak zdez­o­rien­to­wa­ny i ogłu­szo­ny, że nie miał­by szans z naj­więk­szy­mi par­ta­cza­mi.

A oni — oni wy­pra­co­wa­li już prze­cież opty­mal­ną pod wzglę­dem bez­pie­czeń­stwa pro­ce­du­rę i po­de­szli z wiel­ką ostroż­no­ścią. Gdy Czar­ny ode­brał ba­gaż i ru­szył ku wyj­ściu, usa­do­wio­ny na ga­le­rii po dru­giej stro­nie sali snaj­per otrzy­mał przez te­le­fon ukry­ty w mał­żo­wi­nie usznej opis i po­ło­że­nie celu, do tej pory nie miał bo­wiem zie­lo­ne­go po­ję­cia, o kogo cho­dzi.

Po­in­stru­owa­no go, że ma od­dać strzał naj­póź­niej w pięć se­kund. Od­dał w czte­ry.

Za­tru­ta igła tra­fi­ła Czar­ne­go w kark. Od­ru­cho­wo po­ru­szył bar­ka­mi. Obej­rzał się zdzi­wio­ny.

Sied­miu in­nych męż­czyzn, wmie­sza­nych w tłum po­dróż­nych, ode­bra­ło te­raz swo­je roz­ka­zy — iden­tycz­ną dro­gą co snaj­per, tak samo zwię­złe. Zlo­ka­li­zo­waw­szy obiekt, ru­szy­li ku nie­mu bie­giem. Czar­ny już giął się w ko­la­nach. Zła­pa­li go pod ra­mio­na, oto­czy­li pier­ście­niem ciał. Siód­my pod­niósł upusz­czo­ny ba­gaż.

Na uli­cy cze­ka­ły li­mu­zy­ny. Nie­przy­tom­ny Czar­ny za­ła­do­wa­ny zo­stał do dru­giej.

Sie­dzą­cy obok kie­row­cy łysy fe­no­azja­ta po­dał swe­mu te­le­fo­no­wi ha­sło nu­me­ru.

— Po­wiedz­cie Hun­to­wi, że wszyst­ko okay — rzekł. — Niech szy­ku­ją wa­ha­dło­wiec.

Spa­da­ło tęt­no, ru­chy ga­łek ocznych su­ge­ro­wa­ły fazę REM — choć prze­cież Nu­mer nie spał. Dy­żur­ny le­karz nad­zo­ru­ją­cy po­le­cił kom­po­wi wstrzyk­nąć sty­mu­lu­ją­cą daw­kę hor­mo­nów. De­li­kwent po in­jek­cji za­dy­go­tał kil­ka­krot­nie, otwo­rzył usta, jęk­nął. Nie­świa­do­my­mi szarp­nię­cia­mi (a wy­glą­da­ło to, jak­by mar­twy po­łeć mię­sa mio­tał się pod ude­rze­nia­mi prą­du) usi­ło­wał się wy­rwać, lecz pasy trzy­ma­ły moc­no. Kro­pel­ki śli­ny od­ry­wa­ły się od jego dzią­seł i dry­fo­wa­ły w po­wie­trzu ku naj­bliż­sze­mu otwo­ro­wi wy­mien­ni­ka at­mos­fe­ry.

Na­raz za­czę­ła sza­leć alfa, pro­gram ana­li­zu­ją­cy pra­cę mó­zgu za­pisz­czał alar­mem, we­wnątrz i na ze­wnątrz za­śle­pu A dy­żur­ne­go me­dy­ka.

— Od­ciąć go! — krzyk­nął na fir­mo­wej li­nii Pre­slaw­ny.

Le­karz spoj­rzał na wir­tu­al­ne wy­kre­sy i wło­sy sta­nę­ły mu dęba.

— Mu­siał­bym go wy­płasz­czyć! Osfan po­szedł już po­trój­nie!

— Cze­kaj!

Męż­czy­zna w po­miesz­cze­niu wi­docz­nym na za­le­do­wa­nej ścia­nie prze­stał się już po­ru­szać na łóż­ku, do któ­re­go był przy­pię­ty. Wszyst­ko w nim ga­sło, ob­umie­ra­ło: mózg, płu­ca, ser­ce. Wi­dać to było na ekra­nie, tym bar­dziej wi­dział to me­dyk. Pa­cjent za­pa­dał w głę­bo­ką komę. Ru­szy­ła się na­wet tem­pe­ra­tu­ra, choć na ra­zie za­le­d­wie o kil­ka­na­ście set­nych.

Do dy­żur­ki wszedł Pre­slaw­ny, jesz­cze ście­rał so­bie ket­chup z ust.

— Za­pa­da się — mruk­nął, le­d­wo rzu­ciw­szy okiem. — Jak bar­dzo mo­żesz szarp­nąć?

— Trze­cie­go stra­ci­li­śmy na mi­go­ta­niu, de­fi­bry­la­cja — grób.

— Ale on się, kur­wa, za­pa­da. Peł­na szpry­ca!

Le­karz wy­dał w OVR po­le­ce­nie.

— O mój Boże… — jęk­nął ci­cho pa­cjent, tym bar­dziej przej­mu­ją­co, że zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie; za­zwy­czaj nie mó­wi­li nic. Gło­śni­ki prze­ka­za­ły ten jęk do sal­ki ob­ser­wa­cyj­nej zwie­lo­krot­nio­ny w de­cy­be­lach i pod­bi­ty ciem­nym ba­sem. Pre­slaw­ny aż się wzdry­gnął i za­raz wściekł na sie­bie za ów dreszcz, kom­pro­mi­tu­ją­cy sy­gnał od sła­be­uszo­wa­tej du­szy.

— Co, wi­dzi już świa­teł­ko w tu­ne­lu? — za­zgrzy­tał.

— Pan spoj­rzy na EEG.

Pre­slaw­ny spoj­rzał i zwa­lił się bez­wład­nie na krze­sło. Chciał się zła­pać za gło­wę, ale ręce zo­rien­to­wa­ły się w ba­na­le i opa­dły mu w pół ge­stu.

— Czwar­ty — wes­tchnął, i to było epi­ta­fium dla ka­ta­to­ni­ka z ekra­nu.

— Trze­ba by po­wia­do­mić pana Hun­ta — za­uwa­żył bez­na­mięt­nym gło­sem wy­cho­dzą­cy z pół­za­śle­pu dok­tor.

— Ano.

W Bo­sto­nie dok­tor Vas­so­ne (sta­ły kon­trakt pro­fe­sor­ski na Uni­wer­sy­te­cie Bo­stoń­skim) koń­czy­ła wła­śnie śnia­da­nie w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji. Dzien­ni­karz, z któ­rym umó­wi­ła się tu­taj na wy­wiad, od­szedł już od sto­li­ka, zby­ty stan­dar­do­wym pa­kie­tem kłamstw o prze­sa­dzo­nych plot­kach i ab­sur­dal­nych (tu pu­ścić po­ro­zu­mie­waw­czo oko) zo­bo­wią­za­niach pod­pi­sy­wa­nych przy oka­zji rzą­do­wych gran­tów: CNS i CAS, gdzie wy­kła­da­ła, były fi­nan­so­wa­ne ze źró­deł pry­wat­nych za­le­d­wie w kil­ku pro­cen­tach. Mo­gła te­raz całą uwa­gę po­świę­cić sty­gną­cym po­tra­wom.

Kel­ner oraz pi­szą­cy na led­pa­dzie dwa sto­li­ki da­lej biz­nes­men wi­dzie­li wszyst­ko bar­dzo do­kład­nie i zło­ży­li póź­niej wy­czer­pu­ją­ce ze­zna­nia.

Dok­tor Vas­so­ne upu­ści­ła fi­li­żan­kę, roz­legł się ostry grze­chot — i to wte­dy na nią spoj­rze­li.

Mru­ga­ła szyb­ko, z oczu pły­nę­ły jej łzy. Dol­ną war­gę przy­gry­zła tak moc­no, że po­ja­wi­ły się na niej drob­ne kro­ple krwi. Dłoń­mi za­czę­ła miąć ob­rus, ścią­ga­jąc go tym sa­mym ku so­bie; za­dzwo­ni­ła za­sta­wa. Vas­so­ne wes­tchnę­ła gło­śno. Szarp­nę­ła gło­wą, wi­sio­rek z logo ju­ry­dy­ka­to­ra ude­rzył ją w bro­dę. Wy­raz jej twa­rzy zmie­nił się od stra­chu, przez cier­pie­nie, do naj­głęb­szej roz­pa­czy. Za­łka­ła z głę­bi pier­si. Pra­wą rękę unio­sła i wy­cią­gnę­ła w przód, ale ru­cho­wi za­bra­kło zde­cy­do­wa­nia i pal­ce nie się­gnę­ły celu, ja­ki­kol­wiek on był. Za­raz za­wró­ci­ły i, zgię­te w szpo­ny, ude­rzy­ły w po­li­czek Vas­so­ne. Pa­znok­cie wbi­ły się w skó­rę. Ję­cząc, za­czę­ła roz­dra­py­wać so­bie twarz.

W tym mo­men­cie za­re­ago­wał kel­ner. Pod­biegł do Vas­so­ne i zła­pał ją za nad­garst­ki. Wy­ry­wa­ła się. Wo­ła­jąc o le­ka­rza, ru­szył z ko­lei po­móc kel­ne­ro­wi biz­nes­men. Wspól­ny­mi si­ła­mi w koń­cu obez­wład­ni­li ko­bie­tę — ale też tak to wła­śnie wy­glą­da­ło: bru­tal­ne obez­wład­nie­nie. Nie dało się unik­nąć gło­śnej sza­mo­ta­ni­ny, zrzu­ce­nia na pod­ło­gę ca­łej za­sta­wy, znisz­cze­nia ma­ry­na­rek męż­czyzn i ko­szu­li Vas­so­ne. Dra­pa­ła na oślep, po so­bie i po nich. Sze­ro­kie, krwa­we bruz­dy przy­da­wa­ły jej ob­li­czu upior­ne­go po­do­bień­stwa do in­diań­skich ma­lun­ków wo­jen­nych.

— Co, co, no co się dzie­je…? — szep­tał do niej biz­nes­men.

— Moje dzie­ci, moje dzie­ci — ję­cza­ła, drżąc w ich rę­kach. I taki żal, taka roz­pacz brzmia­ła w tym jęku, że obaj mi­mo­wol­nie ro­zej­rze­li się po sali za ja­ki­miś dzieć­mi, ale aku­rat nie było żad­nych.

— Co?

— Za­bi­łam je, za­bi­łam, mój Boże, za­bi­łam je obo­je…

Po­ja­wi­ło się wię­cej lu­dzi z ob­słu­gi, mię­dzy in­ny­mi ho­te­lo­wy le­karz — za­bra­li ją z głów­nej sali na za­ple­cze. Pła­ka­ła na głos, gdy ją wle­kli. Inni go­ście (choć o tej po­rze nie było ich tu wie­lu) pół­szep­tem wy­mie­nia­li mię­dzy sobą uwa­gi. Cały ho­tel ob­ję­ty był NEti i, ko­men­tu­jąc zda­rze­nie, od­ru­cho­wo roz­glą­da­li się za po­ukry­wa­ny­mi ka­me­ra­mi.

Przy­je­cha­ła ka­ret­ka i za­bra­no dok­tor Vas­so­ne do szpi­ta­la (nie zna­li kodu jej me­dy­ka­to­ra, nie mia­ła me­da­lar­mu na ca­sh­chi­pie). Sa­ni­ta­riu­sze wci­snę­li ją w ka­ftan bez­pie­czeń­stwa, cho­ciaż prze­sta­ła się już wy­ry­wać. Opa­trzy­li rany na jej twa­rzy. Mia­ła tak­że kil­ka zła­ma­nych pa­znok­ci i zdar­ty z przed­ra­mion na­skó­rek. Ob­ser­wo­wa­li ją czuj­nie.

Ma­ri­na Vas­so­ne, sta­ran­nie wy­rzeź­bio­na, po­mi­mo czter­dzie­stu sied­miu lat, za­cho­wa­ła syl­wet­kę mo­del­ki, cerę bez zmarsz­czek, oczy na­sto­lat­ki — bla­do­nie­bie­skie, bar­dzo zim­ne. Krót­kie bia­łe wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu. Zde­cy­do­wa­nie skan­dy­naw­ski typ uro­dy.

Naj­pierw szep­ta­ła coś do sie­bie w ob­cym ję­zy­ku. Po­tem się uspo­ko­iła, zro­bi­ła kil­ka głę­bo­kich wde­chów i prze­mó­wi­ła po an­giel­sku do sa­ni­ta­riu­sza. Po­wta­rza­ła w kół­ko je­den i ten sam nu­mer te­le­fo­nu, prze­ko­nu­jąc, gro­żąc i bła­ga­jąc, by na­tych­miast nań za­dzwo­nił. Pro­sić pana Hun­ta. To waż­ne. Niech ru­szy ty­łek. Ale sa­ni­ta­riusz sur­fo­wał na fa­lach mu­zy­ki pły­ną­cej z im­plan­to­wa­nych mu pod kość czasz­ki re­zo­na­to­rów, z po­błaż­li­wym uśmie­chem igno­ro­wał ko­bie­tę w ka­fta­nie.

W szpi­ta­lu ścią­gnę­li jej DNAM, skon­tak­to­wa­li się z miej­sco­wym biu­rem me­dy­ka­to­ra, zro­bi­li ba­da­nia, dali jej kil­ka za­strzy­ków i od­sta­wi­li na salę, przy­pię­tą do łóż­ka bar­dzo sze­ro­ki­mi pa­sa­mi. Tu znów ją do­pa­dło. Po­mi­mo che­micz­ne­go wy­tłu­mie­nia jęła wrzesz­czeć, że jest mor­der­czy­nią, że po­win­ni ją wy­słać na krze­sło elek­trycz­ne, że pa­lić się bę­dzie w pie­kle, i tym po­dob­ne rze­czy.

Po­dwo­jo­no daw­kę. Za­snę­ła.

Po­wia­do­mio­na naj­bliż­sza (geo­gra­ficz­nie) ro­dzi­na oka­za­ła się sie­dem­na­sto­let­nim sy­nem. Co praw­da nie był to już syn w sen­sie praw­nym, bo kon­trakt wy­cho­waw­czy Vas­so­ne wy­gasł sześć lat temu i w ro­zu­mie­niu Gid­den­so­no­we­go ko­dek­su ro­dzin­ne­go nic już ich nie łą­czy­ło; nie­mniej dane zo­sta­ły w re­je­strach.

Przy­był, cier­pli­wie czu­wał przy niej i był tam też, gdy się ock­nę­ła. Z miej­sca wy­re­cy­to­wa­ła mu nu­mer. Za­dzwoń, za­dzwoń, za­dzwoń.

Za­dzwo­nił.

— Mogę roz­ma­wiać z pa­nem Hun­tem?

Ode­zwa­ła się ko­bie­ta lub po­słu­gu­ją­cy się ko­bie­cym dia­lo­gan­tem pro­gram se­kre­ta­ryj­ny.

— Kto mówi?

— Jas Vas­so­ne, dzwo­nię w imie­niu mo­jej mat­ki, to pil­ne, pro­si­ła, że­bym…

— Skąd pan ma ten nu­mer?

— No prze­cież mó­wię, moja mat­ka, dok­tor Ma­ri­na S. Vas­so­ne, sły­szy pani czy prze­li­te­ro­wać, no więc ona leży w szpi­ta­lu i pro­si­ła, że­bym…

Zmia­na po tam­tej stro­nie.

— Tu Hunt. Co się sta­ło?

— Trzy­ma­ją ją w szpi­ta­lu, na od­dzia­le psy­chia­trycz­nym, pro­si­ła…

— Któ­ry to szpi­tal?

Pół go­dzi­ny po tej roz­mo­wie przy­je­cha­ło dwóch cy­wi­li wy­glą­da­ją­cych na prze­bra­nych w ostat­niej chwi­li żoł­nie­rzy. Z miej­sca wda­li się w kłót­nię z per­so­ne­lem. Ścią­gnię­to praw­ni­ków szpi­ta­la i me­dy­ka­to­ra. Straż­ni­cy z po­bli­skich po­ste­run­ków nie zdej­mo­wa­li dło­ni z ka­bur.

Jas przy­pa­try­wał się temu wszyst­kie­mu z pro­gu sali mat­ki, nie­pew­ny, czy nie le­piej ukryć się przed wzro­kiem tam­tych. Bra­ły w nim górę lęki dzie­cię­ce: może przyj­dą i za­bro­nią, może prze­go­nią.

Gdy spoj­rza­ła nie­co przy­tom­niej, pod­szedł i po­chy­lił się nad nią.

— Co się sta­ło, mamo? Ty rze­czy­wi­ście je­steś cho­ra?

— Do­pa­dła mnie — szep­nę­ła, zwil­żyw­szy war­gi. — Le­piej już stąd odejdź.

— Ale…

— Pro­szę. Nie, nie je­stem cho­ra. Idź już.

Nie po­szedł.

Tym­cza­sem dwaj po­nu­rzy cy­wi­le osią­gnę­li naj­wy­raź­niej ja­kieś po­ro­zu­mie­nie z wła­dza­mi szpi­ta­la.

Za­ję­li po­ste­ru­nek opusz­czo­ny przez Jasa: w drzwiach sali.

— Te­raz trze­ba cze­kać — oznaj­mił je­den z nich. — Oby się tyl­ko po­spie­szy­li.

— Kto? — spy­tał Jas. — Kim wy je­ste­ście?

Dru­gi męż­czy­zna uśmiech­nął się.

— Co, fil­mów nie oglą­dasz? My je­ste­śmy z tego spi­sku rzą­do­we­go, któ­ry stał za Ro­swell, za­bój­stwem Ken­ne­dy’ego i za­nie­czysz­cze­niem śro­do­wi­ska. Nie po­zna­jesz gar­ni­tu­rów?

— Ale mogę zo­stać?

— A co, wy­ga­nia cię ktoś?

Tam­ci za­pa­li­li bez­ni­ko­ty­now­ce. Sta­li pod ścia­ną i ob­ser­wo­wa­li. Dok­tor Vas­so­ne prze­po­wia­da­ła so­bie pół­gło­sem ta­blicz­kę mno­że­nia, w tę i z po­wro­tem, sie­dem razy osiem, sie­dem razy dzie­więć, sie­dem razy dzie­sięć. Nie­spo­dzie­wa­nie je­den z po­zo­sta­łych pa­cjen­tów za­czął wrzesz­czeć po hisz­pań­sku, że jest po­tę­pio­ny i że dia­beł już cze­ka na nie­go. Przy­szła pie­lę­gniar­ka, zmie­ni­ła pro­gram jego do­zow­ni­ka; wkrót­ce się uspo­ko­ił.

Dwóch w gar­ni­tu­rach ob­ser­wo­wa­ło to bez­na­mięt­nie.

Po po­nad trzech go­dzi­nach przy­by­li ci, na któ­rych cze­ka­li owi pseu­do­cy­wi­le. Ja­so­wi opa­dła szczę­ka. Było to sied­miu mni­chów bud­dyj­skich, z wy­go­lo­ny­mi czasz­ka­mi, w dłu­gich brą­zo­wych i po­ma­rań­czo­wych sza­tach, w san­da­łach i z ja­ki­miś mo­dli­tew­ny­mi przy­rzą­da­mi w dło­niach. Roz­sie­dli się do­oko­ła łóż­ka dok­tor Vas­so­ne, po czym za­mknę­li oczy, znie­ru­cho­mie­li, pra­wie prze­sta­li od­dy­chać.

— Do­bra jest — mruk­nął je­den z agen­tów, ga­sząc swe­go pa­pie­ro­sa. — Me­dy­tu­ją. Za­wia­dom Hun­ta — rzu­cił do part­ne­ra.

— Kim oni są? — żach­nął się Jas. — O co tu cho­dzi?

— Nic się nie przej­muj — po­kle­pał go po ra­mie­niu dru­gi, uno­sząc do warg dłoń z te­le­fo­nem. — To straż­ni­cy. Two­ja mama jest już bez­piecz­na.

McFly z eki­pą już trze­ci dzień ko­czo­wał w tym domu. Bu­dy­nek stał opusz­czo­ny od po­nad dzie­się­ciu lat i zmie­nił się przez ten czas w po­nu­rą ru­de­rę. Stał na sa­mym koń­cu mia­stecz­ka, da­lej już tyl­ko łąka, szo­sa i roz­le­głe zło­mo­wi­sko, od któ­re­go wie­czo­ra­mi wiatr przy­no­sił krwi­sty za­pach rdzy.

Eki­pa McFly’a skła­da­ła się z dwóch męż­czyzn i ko­bie­ty. Ko­bie­tę zwer­bo­wa­no dzię­ki ogło­sze­niom na okul­ty­stycz­nej stro­nie WWW. Ka­za­ła się na­zy­wać Ma­da­me Flo­ren­ce. W rze­czy­wi­sto­ści była nie­rzeź­bio­ną cór­ką al­ko­ho­licz­ki z Ala­ba­my, le­d­wo skoń­czy­ła szko­łę śred­nią i zna­ła góra dwa­dzie­ścia fran­cu­skich zwro­tów, któ­re zresz­tą nie­mi­ło­sier­nie ka­le­czy­ła swym drew­nia­nym ak­cen­tem. Za ple­ca­mi prze­zy­wa­li ją Klem­pą. Ona sy­pia­ła na pię­trze, oni na par­te­rze; to na pię­trze po­peł­nio­no wszyst­kie mor­der­stwa.

Har­cott, któ­ry w isto­cie był le­ka­rzem woj­sko­wym, od­po­wia­dał za sprzęt: elek­tro­nicz­ny cze­pek, któ­ry Ma­da­me Flo­ren­ce zo­bli­go­wa­na była no­sić dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, oraz dwie wa­liz­ki wy­peł­nio­ne sprzę­żo­ny­mi z nim kom­pu­te­ra­mi i ich pe­ry­fe­ria­mi. McFly, de fac­to kie­row­nik ze­spo­łu, „w cy­wi­lu” po­rucz­nik US Navy (kontr­wy­wiad ma­ry­nar­ki), utrzy­my­wał łącz­ność z Ze­spo­łem Hun­ta oraz zaj­mo­wał się tak zwa­nym za­bez­pie­cze­niem te­re­nu, i choć nie miał wie­le do ro­bo­ty, do po­mo­cy dano mu jesz­cze Vace’a. Vace jeź­dził do cen­trum mia­stecz­ka po za­ku­py. Wszy­scy trzej byli smu­kły­mi, do­brze zbu­do­wa­ny­mi, dwu­me­tro­wy­mi blon­dy­na­mi o si­wych oczach; ich po­czę­cie przy­pa­dło na okres naj­więk­szej po­pu­lar­no­ści Fran­ka di Moz­zy.

Pierw­szej nocy Ma­da­me Flo­ren­ce spa­ła jak za­bi­ta, czu­wa­ją­cy przy niej Har­cott mało sam nie za­snął: wszyst­kie wy­kre­sy re­gu­lar­ne, dane w środ­ku prze­dzia­łów, nic wy­jąt­ko­we­go. Dru­giej nocy po­ja­wi­ły się pierw­sze wy­chy­le­nia. Po­tem, ran­kiem, gdy Har­cott od­sy­piał swo­je, McFly na­grał re­la­cję ze snów Ma­da­me Flo­ren­ce: coś o mo­rzu, i o kształ­tach w ciem­no­ści, i stra­chu bez­oso­bo­wym, i po­miesz­cze­niu, z któ­re­go nie moż­na się wy­do­stać. Wte­dy, zgod­nie z in­struk­cją, dał jej do prze­czy­ta­nia przy­go­to­wa­ne przez je­den z wy­dzia­łów Ze­spo­łu Hun­ta stresz­cze­nie hi­sto­rii tego domu i jego miesz­kań­ców, i ich zbrod­ni. W gwa­rze Ze­spo­łu lek­tu­ra po­dob­nych dzieł — a zwłasz­cza stu­dio­wa­nie do­łą­czo­nych zdjęć — na­zy­wa­ła się „prze­cie­ra­niem łą­czy”.

I nocą po ich „prze­tar­ciu” na­stą­pił kon­takt.

McFly’a obu­dził pisk w uchu. Alarm. Vace też już się pod­no­sił. In­struk­cja za­ka­zy­wa­ła po­sia­da­nia pod­czas ope­ra­cji ja­kiej­kol­wiek bro­ni, nie mie­li na­wet noży.

— Har­cott, Har­cott! — szep­tał McFly do sy­gne­tal­ne­go mi­kro­fo­nu No­kii. — Zgłoś się, do cho­le­ry! Co tam się dzie­je?

Ale ci­sza. McFly mach­nął na Vace’a. Scho­dy. Wnę­trze bu­dyn­ku to­nę­ło w mro­ku. Za­ło­ży­li oku­la­ry nok­to­wi­zyj­ne. Za­pło­nął chro­po­wa­ty mo­no­chrom. Na pię­trze trzesz­cza­ła pod­ło­ga. Kro­ki? Czy­je? Wsłu­chi­wa­li się przez chwi­lę. Z ze­wnątrz bu­dyn­ku szedł ni­ski szum bu­dzą­cej się bu­rzy, grze­chot ci­ska­nych po po­dwó­rzu śmie­ci. Zno­wu trza­ski.

McFly mach­nął w kie­run­ku scho­dów. Ru­szy­li sko­ka­mi, wza­jem­nie się ubez­pie­cza­jąc — z bra­ku bro­ni pal­nej, w bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści. Ro­bac­two ucie­ka­ło im spod stóp. W holu ni­ko­go. Przez strza­ska­ny wi­traż nad­drzwio­wy wie­je desz­czem; za­pach nocy, za­pach bu­rzy, ozon na fa­lach zim­ne­go po­wie­trza. McFly po­ka­zał: ja pierw­szy.

Wspi­nał się tuż przy ba­lu­stra­dzie, nie opie­ra­jąc się o po­ręcz. Mimo wszyst­ko kil­ka stop­ni stęk­nę­ło pod nim i pod Vace’em. W ko­ry­ta­rzu na pię­trze też spo­kój. Drzwi sy­pial­ni Ma­da­me Flo­ren­ce uchy­lo­ne, ciem­ność zza nich. Za­czę­li na­słu­chi­wać od­de­chów, szme­rów po­ru­szeń — ale bu­rza wszyst­ko głu­szy­ła.

McFly zno­wu po­ka­zał: ja. Przy­sko­czył do drzwi, kuc­nął, zaj­rzał. Krew za­la­ła mu oczy, ude­rze­nie prze­wró­ci­ło go na ple­cy, spa­dły oku­la­ry. Cię­cie przez pół gło­wy pie­kło jak ja­sna cho­le­ra. Usi­ło­wał się od­tur­lać w bok, jed­no­cze­śnie ma­ca­jąc się po czasz­ce, ale w szo­ku po­my­lił stro­ny i wto­czył się Vace’owi pod nogi. Vace chciał go prze­sko­czyć — ude­rzył w pchnię­te przez Ma­da­me Flo­ren­ce drzwi. Wy­pa­dła z krzy­wym zę­bem uła­ma­nej szy­by w dło­ni, ze szkła ska­py­wa­ła krew McFly’a.

— Rzuć to! — krzyk­nął od­ska­ku­ją­cy w tył Vace.

— Co się dzie­je, co się dzie­je…?! — py­tał roz­pacz­li­wie McFly, prze­cie­ra­jąc rę­ka­wem za­la­ne czer­wie­nią oku­la­ry.

— Rzuć to!

Ale Ma­da­me Flo­ren­ce tyl­ko unio­sła szkla­ny nóż wy­żej. Cze­pek z elek­tro­da­mi prze­krzy­wił się jej na gło­wie, wło­sy wy­sta­wa­ły spodeń na wszyst­kie stro­ny. Na twa­rzy i na szla­fro­ku mia­ła pla­my, któ­re Vace po­strze­gał przez nok­to­wi­zor klek­sa­mi głę­bo­kiej czer­ni, lecz prze­cież wie­dział, czym są w rze­czy­wi­sto­ści.

— Har­cott…?! Har­cott, na mi­łość bo­ską…?!

Dok­tor nie od­po­wia­dał.

Klem­pa rzu­ci­ła się na Vace’a, po­rucz­nik usko­czył.

Tym­cza­sem McFly pod­niósł się na nogi. Lewą ręką ście­rał i strze­py­wał krew z czo­ła, pra­wą po­ka­zał Vace’owi zza ple­ców Ma­da­me Flo­ren­ce: zła­pię ją od tyłu. Raz, dwa, trzy.

Sko­czy­li rów­no­cze­śnie. W tym mo­men­cie rąb­nął gdzieś bar­dzo bli­sko pio­run, McFly’a ośle­pi­ło, wpadł na Vace’a. Klem­pa za­wy­ła, za­ma­cha­ła szkłem. Vace zła­pał się za brzuch. McFly z za­ci­śnię­ty­mi po­wie­ka­mi po­stą­pił kil­ka kro­ków wstecz. Od upły­wu krwi za­czy­na­ło mu się już krę­cić w gło­wie.

— Na dół, Vace, we­zwij po­moc!

— Je­eeeezuu, roz­pru­ła mnie…

— Vace!

McFly uniósł po­wie­ki. Ma­da­me Flo­ren­ce bie­gła na nie­go z wznie­sio­nym zę­bem brud­ne­go szkła, usta mia­ła wy­krzy­wio­ne w ja­kiś dzi­ki gry­mas, oczy wy­ba­łu­szo­ne. McFly trza­snął ją kan­tem sto­py w krtań, po­pra­wił w ko­la­no, zła­pał za pra­wą rękę, zła­mał, wy­trą­cił z dło­ni uła­mek szy­by. Nie­przy­tom­ną ko­bie­tę zło­żył na pod­ło­dze. Po­tem mu­siał się oprzeć o ścia­nę, ćmi­ło mu wzrok. Ktoś pła­kał. McFly ru­szył z po­wro­tem ku scho­dom. Tu, pod drzwia­mi sy­pial­ni, le­żał Vace z je­li­ta­mi na wierz­chu. Obej­mo­wał je trzę­są­cy­mi się strasz­li­wie rę­ka­mi, łzy pły­nę­ły mu z oczu. McFly spoj­rzał do wnę­trza sy­pial­ni. Na po­dusz­ce le­ża­ła od­cię­ta gło­wa Har­cot­ta. Nogi ugię­ły się pod Mac­Fly’em, klęk­nął obok Vace’a, któ­ry za­czy­nał już tra­cić dech. Ma­chi­nal­nie po­gła­skał go po twa­rzy.

— Mój Boże, co to jest, co tu się dzie­je, no hor­ror dla ubo­gich…

Oczy­wi­ście nie był to wa­ha­dło­wiec w ubie­gło­wiecz­nym ro­zu­mie­niu tego sło­wa — choć peł­nił tę samą funk­cję — lecz po pro­stu sa­mo­lot or­bi­tal­ny trwa­le przy­sto­so­wa­ny do wy­so­kich tras, gru­bo po­wy­żej pu­ła­pu ko­niecz­ne­go dla za­wi­śnię­cia po­nad ob­ra­ca­ją­cym się glo­bem pod­czas zwy­kłych trans­kon­ty­nen­tal­nych lo­tów pa­sa­żer­skich. Od go­dzi­ny go­to­wał się do star­tu na pa­sie są­sia­du­ją­cym z tym, na któ­rym stał te­raz bo­eing, któ­rym przy­le­ciał Czar­ny.

Pod­je­cha­li li­mu­zy­na­mi pod same schod­ki, za­ła­do­wa­li Czar­ne­go do tyl­nej ka­bi­ny, przy­pię­li do fo­te­la.

Wraz z nim le­ciał od­po­wied­nio prze­szko­lo­ny sa­ni­ta­riusz. Na­zy­wał się Ti­mo­thy Flo­wers. Po­sia­dał on już nie­ja­kie do­świad­cze­nie w tej pra­cy. W rze­czy sa­mej ob­słu­gi­wał tra­sę od sa­me­go po­cząt­ku.

Krę­cąc gło­wą, prze­czy­tał roz­kaz, jak zwy­kle mak­sy­mal­nie zwię­zły. W tym sa­mym lo­cie „JFK” za­bie­rze na dół Nu­mer 4. Wi­dać też nie wy­trzy­mał dłu­go.

Skon­tro­lo­waw­szy stan je­dy­ne­go poza nim pa­sa­że­ra (męż­czy­zna był nie­przy­tom­ny), Flo­wers usiadł z wes­tchnie­niem na swo­im miej­scu.

Czar­ny ock­nął się kil­ka mi­nut po star­cie. Nie było już te­raz po­trze­by fa­sze­ro­wa­nia go środ­ka­mi na­sen­ny­mi, a Flo­wers nie wy­czy­tał w roz­ka­zie ta­kie­go za­le­ce­nia. Znał pro­ce­du­rę i był przy­zwy­cza­jo­ny, więc tyl­ko spraw­dził puls Czar­ne­go i zaj­rzał mu w oczy. Wie­dział, że nie musi ni­cze­go tłu­ma­czyć.

— Co sta­ło się Czwar­te­mu? — spy­tał go Czar­ny.

— Nie wiem — od­parł Flo­wers. Nie było roz­ka­zu utrzy­my­wa­nia ta­jem­ni­cy przed wy­no­szo­ny­mi. — Śpiącz­ka ja­kaś. Za­wsze to samo. Ścią­ga­my ich z po­wro­tem do No­we­go Jor­ku.

— Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin, Tim.

— Dzię­ku­ję.

— Mo­żesz mi dać coś do prze­płu­ka­nia gar­dła?

— Oczy­wi­ście. Pro­szę.

Ręce miał Czar­ny przy­mo­co­wa­ne rze­pa­mi do po­rę­czy fo­te­la, lecz po­da­ny przez Flo­wer­sa po­jem­nik z so­kiem po­ma­rań­czo­wym za­wisł usłuż­nie przed jego twa­rzą. Byli już na or­bi­cie.

Flo­wers ob­ser­wo­wał pa­cjen­ta ką­tem oka (sie­dzie­li w fo­te­lach po dwóch stro­nach przej­ścia, za prze­pie­rze­niem od­dzie­la­ją­cym ka­bi­nę pi­lo­tów). Rzeź­bio­ny, nie­rzeź­bio­ny, Flo­wers nie po­tra­fił zde­cy­do­wać. Za­zwy­czaj byli to ewi­dent­ni nie­rzeź­bie­ni. I za­zwy­czaj ab­so­lut­nie spo­koj­ni. Jak ten: nic już nie mó­wił, nic nie ro­bił, aż do przy­cu­mo­wa­nia do Labu 13.

Bo inni mó­wi­li, ro­bi­li — i po czę­ści na­wet my­śle­li — za nie­go; jak za­wsze. Ti­mo­thy Flo­wers, któ­ry miał się nim opie­ko­wać, wy­peł­niał swe za­da­nie samą swą obec­no­ścią.

Nu­mer 5, Nu­mer 5 — tak wi­dział go Flo­wers, taką ety­kie­tą so­bie opo­wia­dał. I Czar­ny au­to­ma­tycz­nie też za­czął się tak po­strze­gać: pią­ty z ko­lei po­sy­ła­ny do or­bi­tal­ne­go ere­mu, na stra­ce­nie, na komę, na śmierć umy­słu. I wi­dział się rów­nież ano­ni­mo­wym pa­sa­że­rem, ludz­kim car­go — w oczach pary pi­lo­tów „JFK”. Ja­kieś małe za­mie­sza­nie w ich do­okol­nych aso­cja­cjach: pier­wot­nie mie­li go do­star­czyć do Labu 9, po­tem na­gle zmie­nio­no de­sty­na­cję. Czar­ny bez pro­ble­mu po­łą­czył dane z krą­żą­cych po gło­wach pi­lo­tów i sa­ni­ta­riu­sza sko­ja­rzeń: to z po­wo­du na­głej za­pa­ści Nu­me­ru 4. Zwal­nia się Lab 13 i tam mnie od razu za­in­sta­lu­ją. (Trzy­na­ście, fe­ral­na licz­ba).

Po­rwa­li go, wy­strze­li­li w ko­smos, zo­sta­wią sa­me­go w bla­sza­nej pusz­ce oto­czo­nej śmier­tel­ną próż­nią — czy się bał? Ależ to wszyst­ko były za­mie­rze­nia i dzia­ła­nia lu­dzi, żad­na tam klę­ska ży­wio­ło­wa, żad­na zło­śli­wość na­tu­ry. A jak­że bać się lu­dzi? Roz­pacz — owszem; czar­na de­pre­sja — jak naj­bar­dziej; ale — strach? W isto­cie nie opusz­cza­ło Czar­ne­go de­li­kat­ne za­dzi­wie­nie, ro­dzaj ma­łost­ko­wej cie­ka­wo­ści: spoj­rzy tu, spoj­rzy tam, po­cze­ka, za­sta­no­wi się… Lu­bił być za­ska­ki­wa­ny.

Po przy­cu­mo­wa­niu i wy­rów­na­niu ci­śnień Flo­wers od­piął się i po­pły­nął do wła­zu Labu 13. Czar­ny oglą­dał jego oczy­ma wnę­trze ha­bi­ta­tu, przy­pa­try­wał się po­grą­żo­ne­mu w śpiącz­ce Nu­me­ro­wi 4. Z wy­glą­du — prze­cięt­ny dzi­kus.

Flo­wers bar­dzo ostroż­nie od­pi­nał od śpią­ce­go całe me­dycz­ne oprzy­rzą­do­wa­nie, któ­rym był on ople­cio­ny, wy­cią­gał z żył igły, od­ry­wał pla­stry.

Nu­mer 4 — skon­sta­to­wał Czar­ny — sam mu­siał na sie­bie to wszyst­ko po­za­kła­dać, sa­me­mu opiąć so­bie cia­ło owym in­stru­men­ta­rium zdal­nej tor­tu­ry. Ni­ko­go in­ne­go wszak tu nie było.

Prze­cięt­ny męż­czy­zna. Śpi? Na­wet nie to. Bije odeń ci­sza spo­koj­ne­go mo­rza, szmer fal: drob­nych i po­wol­nych jak let­nia bry­za na je­zio­rze. Od­szedł, nie ma go tu.

Flo­wers prze­cią­gnął bez­wład­ne cia­ło do środ­ko­wej ka­bi­ny sa­mo­lo­tu. Nogi Czwór­ki były zwią­za­ne, ręce przy­mo­co­wa­ne do tu­ło­wia, sa­ni­ta­riusz ope­ro­wał cia­łem nie­przy­tom­ne­go ni­czym pla­stycz­ną ku­kłą. Usa­dził je, za­bez­pie­czył, pod­piął do czuj­ni­ków sa­mo­lo­tu.

Po­tem wró­cił do Czar­ne­go. Wy­jął i za­ła­do­wał in­jek­tor. Czar­ny wciąż był przy­twier­dzo­ny do fo­te­la ela­stycz­ny­mi pa­sa­mi.

— Taka pro­ce­du­ra — mruk­nął doń Flo­wers, ra­czej bez­myśl­nie, bo z pew­no­ścią nie była to pró­ba uspra­wie­dli­wie­nia się. — Mógł­byś się rzu­cać, a tu wszyst­ko de­li­kat­ne, le­piej nie ry­zy­ko­wać roz­ró­by w zero gie. Na chwi­lę za­śniesz, prze­nio­sę cię spo­koj­nie do labu.

— Wiem.

Flo­wers od­bez­pie­czył in­jek­tor, spoj­rzał prze­lot­nie Czar­ne­mu w oczy.

— Wiem, że wiesz. Wy za­wsze wie­cie.