49,99 zł
Nie wszyscy rodzą się zwycięzcami. Ale każdy może mieć marzenie, które nada sens nawet przegranej.
Dla grupy zagubionych nastolatków Wypożyczalnia Wideo Don Kichot była czymś znacznie więcej niż miejscem spotkań – stała się azylem, w którym mogli po prostu byćsobą. Prowadzący ją ekscentryczny pan Don uczył, że kino może stanowić klucz do zrozumienia świata,i uświadamiał im, że warto walczyć o marzenia – nawet jeśli to walka z wiatrakami.
Lata później Sol, zwolniona z dnia na dzień producentka telewizyjna, wraca do rodzinnego miasta i odkrywa, że wypożyczalnia została zamknięta, a jej właściciel zaginął bez śladu. Za namową dawnego przyjaciela bohaterka wyrusza na poszukiwanie człowieka, dzięki któremu pokochała kino. Kiedy poznaje kolejne fakty z jego życia, odkrywa, że to literacka fascynacja pana Dona może jej pomóc rozwiązać zagadkę…
Najnowsza książka Kim Ho-Yeona, autora „Nietuzinkowego sklepu całodobowego”,jest pełną nostalgii, czułości i pasji opowieścią o wielkich marzeniach, bolesnych upadkach oraz przyjaźniach, które rodzą się w najmniej oczywistych miejscach.
To historia dla wszystkich, którzy potrzebują odnaleźć w sobie Don Kichota – niepoprawnego marzyciela o wielkim sercu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 383
Data ważności licencji: 10/21/2030
Tytuł oryginału
나의 돈키호테
MY DON QUIXOTE by Kim Ho-Yeon
Copyright © 2024, Kim Ho-Yeon
All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by ZNAK 2026
Korean edition was originally published by Namu Bench, Korea.
This Polish language edition was published by Znak Literanova in 2026 by arrangement with Namu Bench through KL Management, Seoul Korea.
Copyright © for the translation by Łukasz Janik
Projekt okładki
Maria Regucka
Redaktorka nabywająca
Dominika Kardaś
Redaktorka prowadząca
Aleksandra Grząba
Adiustacja
Karolina Wąsowska
Korekta
Magdalena Wołoszyn-Cępa | Obłędnie Bezbłędnie
Karina Bednarska-Markot
Opieka promocyjna
Monika Frankiewicz
Koordynatorka produkcji
Helena Piecuch
ISBN 978-83-8427-247-3
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
plik przygotowała Katarzyna Rek
– Panie Don, o co chodzi z tym, że Seul jest Sewillą? – zapytałam, patrząc na mapę Korei tkwiącą pod szklanym blatem stołu. Mężczyzna opatrzył ją własnymi notatkami.
– Jest Sewillą, bo to Seul. Obie nazwy zaczynają się na S. W czasach Don Kichota Sewilla, tak jak nasz Seul, wprost tętniła życiem.
– W takim razie dlaczego Busan jest Barceloną?
– Jest Barceloną, bo to Busan. Tak samo jak ona zaczyna się na B. Oba miasta są w swoich krajach bardzo ważnymi portami.
– Czyli za tym, że Mokpo jest Malagą, stoi ta sama reguła?
– Dokładnie tak. W dodatku zarówno Mokpo, jak i Malaga mogą poszczycić się wieloma znakomitymi artystami. Kojarzysz Picassa, prawda? Urodził się właśnie w Maladze.
– Tak, znam go.
Nie rozumiałam w stu procentach logiki pana Dona, ale nie chciałam go dłużej wypytywać. Bałam się, że nadużyję tym samym jego cierpliwości. Ale co w takim razie z miastem Daejeon? Dlaczego obok niego zapisał „La Mancha”? Byłam w miejscu nazywanym „rajem dla ciekawskich”, nie mogłam więc oprzeć się pokusie zadawania kolejnych pytań.
– Proszę pana, a dlaczego Daejeon jest La Manchą? Daejeon zaczyna się na D, czy nie powinien pan porównać go do jakiegoś hiszpańskiego miasta na D?
– A, bo widzisz, nazwa Daejeon oznacza „wielkie pole”. La Mancha znana jest zaś z tego, że jest wielką równiną. Równina to właśnie takie wielkie pole, płaskie, ciągnące się po horyzont. Dlatego Daejeon jest La Manchą.
– Ale proszę pana, tak nie może być. W pozostałych miastach zgadza się pierwsza litera…
– Racja. W rzeczy samej. To może zrobimy tak?
Pan Don przesunął taflę szkła, otworzył szufladę i wyciągnął z niej długopis. Obok nazwy „La Mancha” dopisał znak równości, a następnie „Don Kichot”. Przypatrywałam się temu z przechyloną głową.
– Proszę, popatrz tylko na to, Sol. Kto przychodzi ci na myśl, kiedy słyszysz „La Mancha”? Don Kichot, prawda? On przecież stamtąd pochodził. Spójrz teraz na to. Czym jest Daejeon? Jest samym Don Kichotem przemierzającym La Manchę. Daejeon jest Don Kichotem, tak samo jak on zaczyna się na D. I co powiesz?
– No dobrze.
– I zobacz, jesteśmy właśnie w najsłynniejszym miejscu w Daejeonie, w Wypożyczalni Wideo Don Kichot. Widzisz? Ha, ha!
– Ale… czy Piekarnia Sungsimdang nie jest słynniejsza?
– No tak, ale umówmy się, że piekarnia to zupełnie inny gatunek.
– Gatunek?
– Sol, ty lubisz filmy, które podnoszą na duchu. Ja z kolei wolę te, które trzymają w napięciu. Te dwa typy to właśnie różne gatunki. Innymi słowy: ty wolisz filmy obyczajowe, a ja thrillery.
– Nie lubi pan wobec tego Don Kichota?
– Lubię, owszem.
– Jaki to w takim razie gatunek?
– Don Kichot ma w sobie coś z wielu gatunków. To historia niczym tygiel, w którym kipią wszystkie sprawy naszego świata.
– Nie bardzo rozumiem. Mogę zadać jeszcze parę pytań?
– Oj, ty nie rozumiesz, a ja się zrobiłem głodny. Może pójdziemy do Sungsimdang na patbingsu? Mają tam nie tylko najlepszy chleb, tarty lód ze słodką fasolą też im wychodzi znakomity.
– Dobrze!
Tego dnia może i nie zrozumiałam do końca powiązań pana Dona między koreańskimi i hiszpańskimi miastami, ale dowiedziałam się, że w Sungsimdang robią świetne patbingsu.
Dopiero po dłuższym czasie dotarło do mnie, co kryło się za tymi porównaniami. To wszystko wydarzyło się dlatego, że Don Kichot musiał być w Daejeonie. I teraz w to wierzę.
Z powodu mojego Don Kichota.
Być może będzie to opowieść o człowieku, który uwierzył w Don Kichota. A może o człowieku, który się nim stał.
Zaczynamy naszą przygodę.
Wypożyczalnia wideo
Big Field
2018
Odkąd rzuciłam pracę i wróciłam do mamy, minął tydzień. Dni upływały mi zupełnie bezproduktywnie. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz spędziłam cały tydzień, nie robiąc absolutnie nic. Przez trzydzieści lat mojego życia nikt nigdy nie pozwolił mi na taką przerwę, w przeciwnym razie nie mogłabym normalnie funkcjonować. Normalne funkcjonowanie, bycie sprawnie działającym trybikiem w machinie społeczeństwa wyczerpało mnie jednak i nie byłam w stanie dłużej tak żyć. Przez ten tydzień czas się dla mnie zatrzymał. To już nie był nawet przecinek, to z całą pewnością była kropka. Świat kręcił się dalej, ale beze mnie. Czułam się jak kamień leżący bez celu na poboczu.
– Coś dużo je ten kamień – powiedziała mama, kiedy wytłumaczyłam jej, jak się czuję.
Rzeczywiście, dużo przez ten tydzień jadłam. Pałaszowałam po dwie porcje tego, co mama akurat ugotowała. Chodząc po mieście, zatrzymywałam się wszędzie, gdzie podawano makaron kalguksu w każdej postaci. Zajadałam się smażonym tofu, wieprzowiną i kalmarami polanymi pikantnym sosem. Musiałam też oczywiście kupić chlebek soboro i bułki ze szczypiorkiem w najsłynniejszej piekarni w mieście. Zupełnie jakby fakt przyjazdu w rodzinne strony trzeba było potwierdzić za pomocą kubków smakowych.
Czy to jednak na pewno były moje rodzinne strony? Czy mogłam nazwać swoim rodzinnym miastem miejsce, do którego przyjechaliśmy, kiedy byłam w piątej klasie szkoły podstawowej, i gdzie spędziłam zaledwie pięć lat, aż do trzeciej klasy gimnazjum?
– Rodzinne strony są tam, gdzie mieszka matka. – Na to pytanie mama też miała prostą odpowiedź.
Daejeon. Jego nazwa znaczy tyle, co „wielkie pole”. Big Field. Miasto wystawy Expo w latach dziewięćdziesiątych i jej maskotki Kumdori – małego marzyciela. Miasto uczelni KAIST i centrum naukowego. Siedziba wielu urzędów. Węzeł transportowy, gdzie łączą się linie szybkiej kolei Gyeongbu i Honam. Ale przede wszystkim dziura zabita dechami, w której jedyną prawdziwą atrakcją jest słynna piekarnia.
Wiało tam nudą. Po kilku dniach bezcelowego włóczenia się po okolicy i zaglądania w miejsca, które zapisały się w moich wspomnieniach, nie miałam już nic do roboty. Byłam już za duża na Park Rozrywki O-World, za młoda z kolei na wędrówki po górach Bomun albo Jangtae z emerytami. Trudno było też kibicować miejscowej drużynie bejsbolowej, która radziła sobie dość słabo.
Poprzedniego dnia postanowiłam rozejrzeć się dalej i zapuściłam się na zachód, poza swoją dzielnicę. Poszłam do kina w Dusan, a potem do gorących źródeł w Yuseong. I tyle. Mama skwitowała moje wycieczki wyrzutem, że powinnam się wybrać aż do Gapcheon – przy okazji zrzuciłabym parę kilo. Odebrałam to jako nadużycie jej pozycji, w końcu byłam jej gościem, i postanowiłam, że nawet nie zbliżę się do Gapcheon.
Wcale nie miałam zamiaru wrócić do Daejeonu. Było to wprawdzie moje rodzinne miasto, pełne wspomnień z młodzieńczych lat, ale bez perspektyw na rozwój kariery ani jakichkolwiek rozrywek dla bezrobotnej trzydziestolatki.
Nie miałam jednak gdzie się podziać.
Kiedy wystartowaliśmy z programem Miejscy odkrywcy dla młodych widzów, czułam, że mogę zajść naprawdę daleko. Byłam pionierką. Urzekłam widzów, oprowadzając zespół odkrywców po nieznanych zakamarkach miast i opowiadając o nich. Byłam gwiazdą. Prowadziłam program o najwyższej oglądalności w swoim paśmie.
Szef często pytał, czy w Daejeonie na pewno nie ma nic ciekawego. Chciał wiedzieć, dlaczego producentka nie zrobi odcinka z miasta, z którego sama pochodzi. Odpowiadałam mu zawsze tym samym: „Nie, absolutnie, nie ma tam czego szukać”. Może właśnie dlatego duch miasta wezwał mnie do siebie, żeby dać mi nauczkę.
Jak do tego doszło? Czy to przez tatę, który zmarł dwa lata temu? Czy to przez byłego chłopaka, który rok temu zostawił mnie po tym, jak romansował z inną? Czy to dlatego że pół roku temu nie wytrzymałam i postawiłam się szefowi, który zachował się jak typowy boomer? Może problemem była audycja, którą miesiąc temu zmontowałam całkowicie po swojemu, sprzeciwiając się głównemu producentowi? A może to, że dwa tygodnie temu straciłam przytomność z powodu duszności, po czym nie byłam w stanie odzyskać dawnej formy i skończyłam z wypaleniem zawodowym?
Pamiętam dzień, w którym moja starsza siostra wyjechała do Ameryki i zostałam sama w naszym pokoju. Wydał mi się on wtedy tak duży, że skakałam po nim z radości. Teraz jednak przytłaczał mnie swoją ciasnotą. Wniosek, do którego doszłam, skulona w tym wąskim pomieszczeniu, był taki, że następujące po sobie drobne wydarzenia, na które pozwoliłam przez nieuwagę, zamieniły się ostatecznie w prawdziwe nieszczęście. Dopiero gdy moja galopująca kariera nagle się wywróciła, uświadomiłam sobie, że dawałam z siebie wszystko dla czegoś, co w ogóle nie należało do mnie. Programy, nad którymi pracowałam, nie były moje, sukcesów, które dzięki nim osiągnęłam, też nie mogłam przypisać sobie. Biegłam jak koń wyścigowy, nie zastanawiając się, co mi służy. Trzeba było zadbać o siebie, swoje interesy, nawet jeśli wymagałoby to ode mnie przebiegłości, a czasem nawet bycia złośliwą.
Tak znalazłam się z powrotem na prowincji. Leżałam na podłodze w swoim starym pokoju, wsypując sobie do ust okruszki smażonej bułki soboro, miejscowego specjału. Wspominałam z żalem swoje dotychczasowe życie. Z tego stanu wyrwała mnie dopiero mama, wołając na kolejny posiłek. W tej samej chwili przypomniałam sobie, że w gimnazjum byłam całkiem zaradna, sama szykowałam sobie jedzenie i raźno wychodziłam do szkoły, nawet gdy mamy nie było w domu.
Tak, to prawda, był taki okres w moim życiu. Pomyślałam, że nie mogę się tak po prostu poddać. Zerwałam się z podłogi i zaczęłam nucić:
I’d rather be a comma than a full stop[1].
[1]I’d rather be a comma than a full stop (ang.) – „Wolę być przecinkiem niż kropką”. Cytat z utworu zespołu Coldplay Every Teardrop is a Waterfall z albumu Mylo Xyloto (2011). Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.
Co zrobisz?
Wyszłam z domu i skierowałam się do Parku Yangji. Był pusty, nie widziałam nawet ludzi spacerujących z psami. Tłumaczyłam to sobie tym, że nadeszła już jesień i zrobiło się zimno. Weszłam do altany na wzgórzu, by popatrzeć na stare centrum miasta. Nieopodal widziałam budynek, w którym mieszkałam, a poniżej dzielnicę handlową i rzekę Daejeon. Między Parkiem Yangji a rzeką rozciągała się moja dzielnica, Seonhwa-dong, przestrzeń pełna wspomnień.
Usiadłam w altanie, wiał chłodny wiatr. Próbowałam uporządkować myśli.
Co dalej?
Miałam trzydzieści lat. Byłam jak aktorka, która dokumentnie położyła pierwszy akt, po czym zeszła ze sceny. W jaką rolę powinnam się wcielić w kolejnym, drugim akcie mojego życia? Co mam zrobić, by otrzymać zapłatę za następny numer, który zaprezentuję widzom? Utrzymywanie się na powierzchni polegało na zamienianiu cudzych pieniędzy we własne. Musiałam sprawić, by ludzie – czy to widzowie, czy pracodawca – chcieli mi za mój wysiłek zapłacić.
Czy miałam tyle pewności siebie, żeby konkurować ze świeżo upieczonymi absolwentami o pracę w korporacji? Absolutnie nie. Czy powinnam znowu zatrudnić się w firmie producenckiej, wykorzystując swoje dotychczasowe doświadczenie w telewizji? W życiu. Nie zamierzałam wracać do pracy, w której musiałabym się zaharowywać, a z której nie miałabym żadnej satysfakcji. W takim razie pozostało mi założenie własnej firmy. Pomysł można by znaleźć, ale co z kapitałem? Kto by zainwestował w mój plan? Szanse na to były zerowe.
Mama przekonywała mnie, żebym podeszła do egzaminu na urzędniczkę państwową albo wyszła za mąż i została pełnoetatową gospodynią domową. Czy ona sądzi, że taki egzamin, nawet na najniższym poziomie, jest łatwy? A małżeństwo i zajmowanie się domem, pomijając już staroświeckość tego pomysłu, były w mojej sytuacji zwykłą mrzonką.
Czy skończy się na tym, że będę smażyć kurczaki? Ten temat jeszcze się nie pojawił, ale jeśli będę dalej spędzać czas na nicnierobieniu, mama w końcu zacznie działać. Najpierw zwolni chłopaka, który pracuje u niej dorywczo, a następnie przekaże mi jego obowiązki. W ten sposób przejmę rodzinny biznes jako córka właścicielki i jednocześnie pracownica w upadającej, coraz mniej popularnej franczyzie z kurczakami. Poprzedniego wieczoru, chcąc nie chcąc, jadłam kurczaka i piłam piwo przyniesione z lokalu mamy, ale tak naprawdę wolałam wołowinę niż pospolitego kurczaka. Chciałam zarabiać prawdziwe pieniądze, żeby móc jeść te wszystkie drogie smakołyki: steki z przepony i łopatki, steki flat iron, antrykoty, mostki, żeberka, tatary z wołowiny i inne specjały, których jeszcze nie próbowałam…
Gdy tylko czułam w ustach smak wołowiny, przypominał mi się drugi akt życia mojego taty. Bank, w którym miał solidną posadę, nagle splajtował. Stało się to w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku, kiedy w kraju wybuchł kryzys związany z Międzynarodowym Funduszem Walutowym[2]. Tata, który myślał, że całe życie spędzi jako bankier, i nigdy nie przypuszczał, że będzie musiał zagrać drugi akt na scenie, stwierdził, że franczyza jest najlepsza, jeśli chce się prowadzić stabilny biznes, i za pieniądze z wcześniejszej emerytury kupił restaurację serwującą żeberka wołowe.
Ale kto przy zdrowych zmysłach sięga po wołowinę, gdy kraj chyli się ku upadkowi? Beztroska i nieprzemyślana inicjatywa taty w niecały rok doprowadziły do spektakularnej klęski.
Tata się nie poddał. Tym razem postawił na lokal z wieprzowiną. Wyciągnął wnioski z porażki, zorientował się, jaka jest sytuacja w kraju, i otworzył restaurację z samgyeopsal – grillowanym boczkiem. Nazwał ją Sen o Świni – było to odwołanie do popularnego w kulturze koreańskiej przekonania, że sen o świni to zapowiedź dobrych czasów. Kierowany wiarą, że naród koreański na nowo buduje swój kraj i potrzebuje pokrzepić się wieprzowiną i niedrogim alkoholem, tata doszedł do wniosku, że taki biznes sprawdzi się najlepiej w trudnych czasach. I tym razem strategia taty zadziałała. Interes szedł całkiem dobrze; wieczorami rodzice wracali do domu z uśmiechami na twarzach, jakby naprawdę nocami śniły im się świnie.
Jednakże w roku dwutysięcznym epidemia pryszczycy wyrządziła ogromne szkody w gospodarstwach hodujących świnie, a to spowodowało, że w restauracjach serwujących wieprzowinę brakowało mięsa. Tata nie mógł nic na to poradzić. Ponownie musiał zmierzyć się z bólem porażki.
Tego roku opuściliśmy Seul i przeprowadziliśmy się do Daejeonu. Naszym domem stała się dzielnica Seonhwa-dong. Tata przez jakiś czas przeżywał wszystko w milczeniu. Któregoś dnia mama zasugerowała, żeby poszukał pracy na budowie, na co tata wpadł w złość i wyszedł z domu. Kilka tygodni później nie wiadomo skąd znowu miał fundusze na własną działalność i oświadczył nam, że otwiera kolejną restaurację. To była właśnie ta mało popularna franczyza z kurczakami, którą do dziś prowadzi mama. Przypomniałam sobie, jak wówczas moja starsza siostra marudziła, że skoro spadliśmy już do poziomu restauracji z kurczakami, to lepiej nie myśleć, co przyjdzie nam robić, kiedy i ją trzeba będzie zamknąć.
Na szczęście nie musieliśmy szukać kolejnego mięsa do sprzedaży. Restauracja z kurczakami, choć ledwo sobie radziła, zapewniła utrzymanie naszej pięcioosobowej rodzinie. Tata, urodzony w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, czyli w roku Koguta, najwyraźniej powinien był od razu otworzyć lokal z kurczakami. Ale za to ja, począwszy od liceum, musiałam w każde wakacje nakładać marynowaną rzodkiew do miseczek i nalewać piwo z beczki. Tak to już jest w rodzinnym biznesie.
Z kurczakami koniec. Z firmami, które niosą na sztandarach szlachetne wartości, ale troszczą się tylko o własne interesy, też koniec. Rozpoczęcie nauki i zmiana ścieżki zawodowej w moim wieku wydawały mi się przesadą. Poleganie na pomocy mężczyzny też było wykluczone.
W takim razie jedyne, co mi pozostało, to moje doświadczenie na stanowisku producentki telewizyjnej. Mówi się, że tylko to, co się naprawdę lubi, można robić latami, a tylko poświęcając się czemuś przez dłuższy czas, można to opanować do perfekcji. Pamiętam, że nie traciłam zainteresowania pracą, nawet krążąc po odległych wyspach i słynnych festiwalach. Pamiętam też to podekscytowanie, gdy tworzyłam programy, które dzięki mojemu innowacyjnemu podejściu wyznaczały nowe trendy w branży. Musiałam zatem zająć się pracą w mediach. Ale jak?
Sama.
Tak naprawdę jeszcze chwilę temu leżałam w kącie pokoju zanurzona w oceanie YouTube’a. Pochłaniając treści tworzone przez innych tak długo, aż rozbolały mnie oczy, zrozumiałam, że właśnie to jest miejsce, w którym powinnam spróbować własnych sił.
Kiedy pracowałam w produkcji, byłam sceptyczna wobec YouTube’a. Nawet kiedy zainspirowany internetowymi produkcjami program My Little Television zdobył popularność w telewizji naziemnej, nie podobało mi się, że ludzie z branży telewizyjnej powielają formaty z internetu. Kiedy w zeszłym roku modny stał się mukbang[3] i w telewizji pojawili się gwiazdorzy z tego typu repertuarem, prychnęłam z dezaprobatą. Ale kiedy na poważnie zaczęłam oglądać YouTube’a, zrozumiałam, że zamieszczane tam filmy naprawdę są dobrą rozrywką i że nie każdy może zostać twórcą internetowych treści. Ktoś kiedyś powiedział, że YouTube to największy kantor wymiany walut na świecie. To miejsce, w którym można zamieścić cokolwiek, a jeśli zyska się uznanie, pójdą za tym pieniądze.
To było to! Zdecydowałam, że drugi akt mojego życia rozpocznę na YouTubie. Ale tak naprawdę w ogóle nie posunęłam się do przodu. Tworzenie treści, które zapewniłyby widzom rozrywkę, nie było łatwe. Do tego trzeba umieć zaprezentować się przed kamerą, tak jak to robią komicy czy piosenkarze. Albo trafić w popularny nurt, jak mukbang czy podróże.
Spojrzałam na siebie. Ze swoimi stu siedemdziesięcioma dwoma centymetrami wzrostu, długimi kończynami i lekko wystającym brzuchem przypominałam pająka. A moja zwykła, niczym niewyróżniająca się twarz sprawiała, że nawet ja nie chciałabym się oglądać w internecie. Owszem, miałam talent do wywoływania śmiechu politowania każdą próbą wykonania tańca, śpiewu czy jakiejkolwiek innej aktywności fizycznej, ale to nie przełożyłoby się na subskrypcje. Zrozumiałam, że mukbang nie jest dla każdego, a podróżowanie po świecie sprawdzi się u tych, którzy lubią wyzwania i z łatwością nawiązują kontakty. Ja byłam za granicą tylko raz, w delegacji.
Czy aby rozpocząć drugi akt życia, musiałam powtórzyć akt pierwszy? Ruszyłam w kierunku ulicy handlowej w Seonhwa-dong, którą świadomie wcześniej omijałam, bojąc się, że nie dam rady zmierzyć się ze wspomnieniami. Zupełnie jakby konfrontacja z nimi miała przypominać walkę z zombie.
[2] Azjatycki kryzys finansowy z lat 1997–1998. Korea Południowa przyjęła wtedy pakiet pomocowy od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, co wiązało się z obowiązkiem przeprowadzenia bolesnych reform i doprowadziło do masowych bankructw firm i zwolnień (w tym w bankach). Dla wielu Koreańczyków było to traumatyczne wydarzenie, które zdestabilizowało ich dotychczasowe życie.
[3] Nazwa mukbang powstała przez połączenie słów mokda (jeść) i bangsong (transmisja) na określenie programów lub treści, w których twórca spożywa spore ilości jedzenia na żywo i wchodzi w interakcje z widzami.
Piętnaście lat wcześniej
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
