Wybierz białego wilka - Zofia Regina Turzyńska - ebook

Wybierz białego wilka ebook

Zofia Regina Turzyńska

3,8

Opis

Zamiast nienawidzić, kochają. Czy zamiast umierać, będą mogli żyć?

Historia niby znana: dwa zwaśnione rody, pieniądze, władza i nienawiść, którą kolejne pokolenia wysysają z mlekiem swoich matek. A na tym tle zakazana miłość, doprowadzająca do tragedii…
Allenburg to nadmorskie miasto, które wciąż żyje dawną legendą. Życie toczy się tu w cieniu wielowiekowego konfliktu pomiędzy rodem Flisów, którzy sprawują w Allenburgu rządy, a niesamowicie bogatą i zadziorną familią Hallmanów. Sara i Cyprian poznają się przypadkowo w autobusie i od razu nawiązują nić porozumienia. Problemy zaczynają się, gdy odkrywają, że zamiast kochać, powinni się nienawidzić. Czy uda im się pokonać narastające przeciwności losu i intrygi najbliższych, które mają ich rozdzielić na dobre? Czy historia współczesnych Romea i Julii może zakończyć się szczęśliwie?


Wzruszająca, na wskroś mądra, inteligentnie zabawna i rozświetlająca mrok – taka jest historia Sary i Cypriana, których losy splatają się zupełnie niespodziewanie. „Wybierz białego wilka” to coś więcej niż książka, to piękna bajka Romea i Julii napisana na nowo, to opowieść o młodych ludziach stawiających czoła największym zagrożeniom – konwenansom, lękom, ograniczeniom. Wreszcie, to powieść, którą każdy powinien przeczytać, bez względu na wiek. Serdecznie polecam!
Magdalena Szponar

Zofia Turzyńska
Uczennica klasy humanistycznej X LO w Gdyni. Siostra trzech nietuzinkowych braci i mieszkanka małej kaszubskiej wioski położonej u podnóża Wieżycy. Dotąd pisała głównie do szuflady. Jest uzależniona od książek i czekolady, którą wielbi niczym rdzenni mieszkańcy Ameryki sprzed wieków. Miłośniczka twórczości Henryka Sienkiewicza. W czasie wakacji można ją spotkać na inscenizacjach średniowiecznych bitew i na polskich zamkach, których większość już widziała. Chciałaby złożyć wizytę we wszystkich zamkach Europy. Inspirację czerpie z drobnych szczegółów, pozornie zwyczajnych i nic nieznaczących. Do przypadkowo znalezionego zdjęcia jest w stanie napisać pięciusetstronicową powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 764

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (5 ocen)
1
2
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
centner

Dobrze spędzony czas

nietypowa, ale przyjemna:)
00
Anitka170

Oceń książkę

„No bo co będzie, jeżeli ta więź ich zniszczy? Co jeżeli najpierw będzie wydawała się idealna, a potem okaże się, że tak naprawdę to głupie zauroczenie, które przeminie, pozostawiając za sobą gruzy, odetnie ich od rodzin i od siebie nawzajem?” Dwie znienawidzone rodziny i dwoje młodych ludzi z uczuciami nad którymi nie da się zapanować. Sara Flis jako córka prezydenta Allenburga musi dawać przykład innym i oczywiście nienawidzić całej rodziny Hallmanów. Dziewczyna nie podziela jednak zachowania bliskich i nie interesują ją polityczne zagrywki ojca. Ma duszę artystki i pracuje w teatrze. Wyróżniają ją jeszcze niebieskozielone włosy. Spotkanie w autobusie Cypriana wywoła niemałe zamieszanie w jej życiu. Cyprian Hallman jest synem najbogatszego człowieka w mieście. Od małego wpajana mu była wrogość do rodziny Flisów. Zakochując się w córce prezydenta łamie wszystkie zasady. Jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić? I czy zakochani przetrwają próbę? Książka jest debiutem licealistki i byłam...
00



Dla Mamy – za wszystkie nasze spacery. Dla Klary – to ona zainspirowała Cypriana morzem. Dla Patrycji – fantastycznej projektantki i mistrzyni obiektywu. No i dla pani Dominiki – mojego spiritus movens :)

Miłość nie jest ślepa, ale cierpi na daltonizm.

Henryk Sienkiewicz

Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar.

Prolog

Miasto w sercu

Działo się to w Polsce, na północy. Tam, gdzie wieją morskie wiatry. Nikt nigdy nie widział piękniejszego brzegu niż ten w Allenbergu, mieście zapomnianym przez wszystkich – w mieście samotnym i podzielonym jak kartka papieru, którą ktoś złożył na pół, a potem rozprostował. Legenda mówi, że Allenberg został założony przez pewnego wikinga, który przepłynął morze i tak mu się spodobało w kraju pól malowanych i nieprzebytych lasów, że osiedlił się tutaj na stałe i założył osadę, która z biegiem lat rozrosła się do rozmiarów miasta. Jego rodzina – rodzina Hallbergów – sprawowała w mieście rządy przez wiele dziesięcioleci, dopóki na horyzoncie nie pojawił się waleczny Flis, który po wielu walkach został prawowitym panem i władcą Allenberga. Chciał w swoim niewielkim mieście-państwie wprowadzić szereg zmian, z których najważniejszą była zmiana nazwy, kojarzącej się wszystkim z najeźdźcą z północy. Jednak mieszkańcy tak się przyzwyczaili do nazywania miasta tak, a nie inaczej, że z Allenberga miejscowość stała się jedynie Allenburgiem. Ale to nieistotne. Ważniejsze jest tutaj to, że obie rodziny przetrwały – Flisowie u władzy, a Hallbergowie (których nazwisko ewoluowało z czasem na Hallmanów) zostali znaczącymi obywatelami, którzy mieli tyle pieniędzy, że mogliby spokojnie wykupić połowę osady.

Dlatego właśnie miasto było podzielone.

Nie martwcie się, że nigdy nie słyszeliście o Allenburgu – mało kto o nim wie. Właściwie to Allenburg nawet nie istnieje. Jest to bowiem miasto, które tak naprawdę nie znajduje się fizycznie na terenie kraju, ono istnieje w sercach ludzi. Każdy z nas ma w sobie kawałek Allenburga. I tylko od nas zależy, co z nim zrobimy.

Postacie i wydarzenia opisane w niniejszej książce są fikcyjne.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

Rozdział 1

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal

Sara Regina Flis jechała autobusem. Nie lubiła autobusów, podobnie jak większości środków komunikacji w Allenburgu. Wyjątkiem były pociągi z przedziałami, w których można było się bezpiecznie zamknąć przed tłumem gapiów, oraz prywatne samochody. Fobia ta nie wynikała jednak z choroby lokomocyjnej albo jakiegoś szczególnie dramatycznego urazu z dzieciństwa, jak to zwykle bywa. Powodem nie była nawet popularność nazwiska Flis (ojczulek był prezydentem miasta, do czego dziewczyna nigdy nie przywiązała większej wagi), ale… kolor włosów.

Większość ludzi ma zwyczajny kolor włosów, na przykład czarny (aż siedemdziesiąt pięć procent światowej populacji!), brązowy, blond lub nawet rudy, który chociaż spotykany jest rzadko, to jednak nie wzbudza sensacji. Czasami zdarzają się przypadki zbuntowanej młodzieży, której swoją drogą w Allenburgu było całkiem sporo, farbującej się na różne szalone barwy (dominują: fiolet, róż i zieleń), ubierającej się w czarne skóry i rozbijającej na motorach. Sara nie należała jednak do tej grupy, była całkiem zwyczajna. Lubiła nosić brązowe martensy, luźne dżinsy, kraciaste koszule i kwieciste bluzki w wesołych kolorach. Sama o sobie mówiła, że jest wielką fanką rękawiczek, które nosiła przez większą część roku. Rękawiczki były najbardziej fantazyjnym elementem jej garderoby – filcowe, wełniane, bez palców, pełne pomponików i filcowych kwiatków, haftowane i dziergane – na każdą okazję inne. Podobnie jak bluzki Sary rękawiczki były kolorowe niczym wiosenna łąka. Manifest kierowany do wszystkich ponuraków tego świata.

Sara była niewysoka, ale i nie niska, taka w sam raz. Nie należała też do chudzielców, lecz nie można było powiedzieć o niej, że była otyła. Odznaczała się więc raczej przeciętnością w tłumie nadzwyczajności. Jej oczy miały intensywną barwę cynamonu rozsypanego po kuchennym blacie, patrzyły przenikliwie, a czasami z rozmarzeniem wyglądały przez okno. Dziewczyna marzyła bowiem o miłości swojego życia. Przeczytała setki romantycznych książek, w skrytości ducha mając nadzieję, że opisane w powieściach uczucia nie są wymysłem spragnionych miłości autorek. Jednak z biegiem lat Sara przekonywała się, na czym stoi świat i popadała w coraz większe zniechęcenie. Bo świat stał na kłamstwach i namiastkach uczuć.

Taka właśnie była Sara Flis. Zwyczajna. Tylko włosy przycięte równo do ramienia miała niezwyczajne, w dziwnym odcieniu niebieskozielonym, który przysparzał jej kłopotów na niemal każdym kroku. Jedni ludzie określali tę barwę jako niebieski, inni jako zielony, jeszcze następni mówili, że to morski albo turkusowy. Wszystko zależało chyba od odpowiedniego oświetlenia. Trzeba tutaj zaznaczyć, że koloru włosów Sara nie zawdzięczała własnej ingerencji. Nie były farbowane. Dziewczyna po prostu się taka urodziła. Nikt nie wiedział, jaki był powód tej anomalii (mama była brunetką, a tata miał jasne włosy, podobnie jak dwaj bracia dziewczyny), ale Sara sądziła, że może mieć to związek z jakimś nieznanym promieniowaniem, urodziła się bowiem dziwnej nocy, gdy księżyc świecił niebieskawo, a w powietrzu czuć było coś dziwnego, tajemniczego…

Gdy Sara była jeszcze małą dziewczynką, była bardzo dumna ze swoich wspaniałych turkusowych włosów, uważała, że w ten sposób muszą się objawiać jakieś syrenie geny. Koleżanki z przedszkola zazdrościły jej tak oryginalnej ozdoby, ponieważ na każdy bal karnawałowy dziewczynka mogła przebierać się za syreny i wróżki bez używania peruki. („Też bym tak chciała! Mamo, pozwól mi zafarbować włosy!”). Sara od zawsze nie lubiła sztuczności w każdej odmianie, więc również była zachwycona, że jej włosy są same w swojej naturze tak niezwykłe, że nie trzeba upiększać ich farbami i plastikowymi ozdóbkami. Wtedy jeszcze nie dostrzegała dziwnych spojrzeń, jakie rzucali jej przechodnie, starsze panie i pasażerowie autobusów. („Nie, dziecko, to nie wypada, żeby dziewczynka w twoim wieku farbowała włosy na taki dziwny kolor. Jak to będzie wyglądało…?”). Z biegiem lat jednak zaczęła otwierać oczy na otaczający ją świat, nie porzucając oczywiście świata wyobraźni, bo tylko tam mogła czuć się do końca sobą. Widziała, jak nauczyciele unoszą brwi na widok jej fryzury, nic nie mówiąc (tatuś prezydent, wiadomo), a podróżni rzucają jej ukradkowe spojrzenia, szepcząc między sobą o „zwyczajach dzisiejszej młodzieży”, jej „fanaberiach” oraz „zepsuciu”. Sami byli zepsuci do szpiku, ale widocznie nie było to wówczas istotne. Dziewczyna bardzo wcześnie zauważyła, że zepsuci ludzie złe cechy zauważają tylko w innych, w tych, których darzą niechęcią lub nienawiścią. Sami w swoich oczach są krystalicznie czyści, jak świeżo wypucowana szyba lub kieliszki do szampana w narożnym kredensie.

Znano ją jako córeczkę prezydenta, a wyjątkowo niemiłe osoby twierdziły, że córeczce prezydenta przewróciło się w głowie od nadmiaru pieniędzy. Cóż mogła począć, zapewnianie na każdym kroku o swojej niewinności w sprawie barwy włosów do niczego nie prowadziło. Zaraz by powiedzieli, że w takim razie powinna je przefarbować na jakiś ludzki kolor, a jak już wspomniano, Sara nienawidziła sztuczności. Za nic nie dałaby się pofarbować. Jak by to wyglądało z odrostami? Ohyda. Poza tym była przekonana, że wtedy, postępując pod presją społeczeństwa, zgodziłaby się na nałożenie sobie kajdan. Nie chciała zostać niewolnicą ludzkich opinii, które jak piranie dobierają się do skóry i pożerają w całości, pozostawiając tylko dokładnie obgryzione kosteczki. Tata i mama byli najlepszym przykładem. Nie żeby Sara ich nie kochała. Nie! Kochała ich całym sercem, tylko że czasami po prostu rodzice za bardzo skupiali się na karierze i osądach mediów. To było frustrujące. Czasami miała wrażenie, że nie jest córką swoich rodziców – nie ze względu na wygląd, ale na charakter. Bywały chwile, że oboje mówili do rzeczy, ale i chwile, gdy przejawiali silne symptomy degradacji moralnej. Szanowny tatko wciąż utyskiwał na niekompetentnych pracowników, gnuśną ludność, bezdomnych, skąpców, kłamców, zgorzkniałych starców, mądrali, „co to wiedzą więcej od innych”, nieuważnych kierowców „dybiących na życie niewinnych”, niewdzięcznych wyborców, dzisiejszą młodzież (z wyłączeniem własnych dzieci, bo one były oczywiście absolutnie wyjątkowe), motocyklistów, terrorystów, idiotów i nieuków, a już w szczególności na tego grubianina i mąciwodę – Hallmana. Nie przedstawiało go to w najlepszym świetle, to znaczy taty, a nie Hallmana. Chociaż nawet Sara czuła do Hallmanów nieznaczną niechęć. Był to efekt uboczny rozmów toczonych przy rodzinnym stole na temat wyczynów „tego prostaka”, który był najbogatszym człowiekiem w mieście i uważał, że to jemu należy się stanowisko prezydenta. Rodzinie Flisów było to nie w smak, ponieważ prezydenturę obejmowali już od kilku pokoleń z powodu braku lepszych kandydatów. Nikt nie chciał narażać się wpływowemu rodowi Sary, który bezproblemowo mógł pozbyć się potencjalnych rywali dzięki znajomościom, pieniądzom i nieograniczonym możliwościom. Jedynym konkurentem zawsze był jeden z Hallmanów, ale ludzie wiedzieli o jego nieczystych interesach, które rzekomo prowadził. Pan prezydent Aleksander Flis dbał o to, by nagłaśniać sprawki mąciwody i całej jego rodziny, zręcznie tuszując własne drobne przewiny. Ojciec Sary nie mógł przełknąć tego, że w całym Allenburgu ktoś może mieć więcej pieniędzy od niego. Poza tym na każdym kroku podkreślał, że Hallman nie tylko jest podłym prymitywem, złodziejem i kłamcą, ale też ma wikińskie nazwisko, które mówi samo za siebie.

– Jeszcze tego brakowało, żeby jakiś obcokrajowiec został prezydentem w naszym mieście! Jest obcy, więc nie zna potrzeb mieszkańców. Poza tym spójrzcie tylko na to, co on wyczynia za plecami mediów! Toż to istny gangster! A jak jeździ, to tylko z obstawą. Próżniak i idiota, tyle powiem! – Po czym tata zaczynał długą przemowę na temat Hallmana.

Stało się to rutyną i Sara mogła sama z pamięci wyliczyć wszystkie przewiny gangstera. Jeżeli chociaż czwarta część opowieści o nim była prawdą, dziewczyna musiała przyznać rację tacie – Hallman był niezłym kryminalistą, a jego rodzina i przyjaciele podwójnie. Najbardziej jednak nienawidziła w nim tego, że tak często pojawiał się w rodzinnych rozmowach. Był największą obsesją dziadka i taty, największą zmorą rodziny Flisów.

– Młodzież od Hallmanów znowu grasuje po mieście – mówił dziadek. – Za mojej młodości było tak samo; jeżdżą motorami w niedozwolonych miejscach, wrzeszczą, tłuką butelki po bramach i mostach, jak wściekłe psy uganiają się po mieście… Mówię wam, istne prymitywy! Saro, mam nadzieję, że nie trzymasz się z żadnym z nich.

To właśnie „młodzież od Hallmana” reprezentowała większość zdemoralizowanych osobników farbujących się na psychodeliczne barwy.

– Co też dziadek mówi, przecież oni wszyscy chodzą do własnej szkoły na końcu miasta. Poza tym nie będę zadawała się z nimi tylko ze względu na mój kolor włosów! – prychnęła Sara, nie ucinając tym jednak dyskusji, toczącej się zawzięcie.

Jej dwaj bracia – młodszy czternastolatek Filip i starszy od niej o kilka lat Paweł – podzielali nienawiść do wrogiego bogacza na równi z dziadkiem i ojcem, nie ograniczając się do pogróżek. Nawiasem mówiąc, dość nagrabili sobie u Hallmanów, wprowadzając w życie zaplanowane w gronie przyjaciół akty dywersji. Po jakimś czasie tata zdecydował się również przydzielić synom obstawę ochroniarzy, gdziekolwiek się ruszali. Zdaniem Sary też zaczęli przypominać gang, ale co ona mogła o tym wiedzieć. Była przecież tylko skromnym molem książkowym i artystką udzielającą się w Teatrze Allenburskim. O mafiach wiedziała tyle co z powieści i filmów akcji, czyli w teorii wiele, ale w praktyce właściwie nic.

– Matko, Sara, zobaczyłabyś tych ciołków od Hallmana, mówię ci! Widzieliśmy ich dzisiaj z Filipem na moście przy Alei, cholera, chcieli odpalić fajerwerki w stronę portu! Aleśmy im dokopali z chłopakami, nie ma co. Tylko byś zobaczyła, jak Kuba się bił z tym ich mięśniakiem, nie pamiętam nawet imienia, bo kto by tam chciał ich spamiętać.

Kuba był najlepszym przyjacielem Pawła i synem najlepszego przyjaciela taty, pana Niwińskiego, jednej z nielicznych osób, która nie była ofiarą skarg Aleksandra Flisa. Sara miała nieprzeparte wrażenie, że bracia chcą ją zeswatać z tym całym Kubą, którego nawet za dobrze nie znała.

– Masz śliwę na oku, widzę, że się biłeś – zapewniła Pawła siostra, odrywając wzrok od książki dosłownie na sekundę. Naszła ją refleksja, że pewnie dziadek jest dumny ze swych wnuków, powracających w blasku chwały z placu boju. Tę myśl zaraz jednak stłumiała fabuła fascynującej powieści rozgrywającej się w szesnastym wieku.

– Nie obchodzi cię to, mam rację? – odgadł Filip za brata. – Jeny, Sara, powinnaś tylko zobaczyć Kubę w akcji! – powtórzył za Pawłem i ledwo uniknął lecącej poduszki. Sara miała dobrego cela.

Tak mniej więcej wyglądało właśnie życie naszej bohaterki. Nie można było powiedzieć o nim, że było nudne, należało do tych bardziej urozmaiconych, i chociaż to nie za nią chodzili ochroniarze, czasami czuła się jako ta zbyt rzucająca się w oczy. Chodziła do prywatnej szkoły. Mieszkała w drugim co do wielkości domu w całym Allenburgu. Miała dziadka i ojca toczących wojnę z najbogatszym człowiekiem w mieście, a jej włosy były turkusowe.

Ale poza tym była całkiem normalna.

I właśnie gapił się na nią kolejny kretyn. Ten to dopiero niczym nie wyróżniał się z tłumu; miał może z dziewiętnaście lat, ubrany w szarą bluzę, wyświechtane dżinsy i takież trampki. Miał jasnobrązowe włosy w odcieniu bardzo podobnym do odcienia oczu Sary i szare oczy o nieinteligentnym, wręcz przygłupawym spojrzeniu. Siedział kilka metrów dalej na miejscu przy przejściu. (Szczęśliwiec załapał się na ostatni wolny fotel!). Ona stała pośrodku autobusu, w tak zwanej harmonijce. Spojrzenie kretyna było ciężkie jak głaz i nieinteligentne jak beczka rybich flaków. Jego leniwa poza mówiła: „Patrzcie, jestem panem swojego życia! Mogę się gapić, na kogo mi się podoba! Nie mam zamiaru dobrowolnie odwracać wzroku od odmieńców, gdyż prowadzę badania naukowe na temat niebieskowłosych dziewczyn!”. Chociaż Sara podejrzewała, że ten tutaj, Pan Swojego Życia, zaliczał się do tych, którzy kolor jej fryzury określali jako zielony. W większości przypadków bowiem to właśnie ci „zieloni” okazywali się prostakami. Ciekawa rzecz, w jaki sposób można określić charakter człowieka.

Autobus zatrzymał się na przystanku, na którym wysiadła część ludzi, tłok się przerzedził. Nie na długo jednak, mniej więcej do czasu, aż przejście w drzwiach zwolniło się i zaczęli wsiadać kolejni pasażerowie. Sara syknęła, gdy jakiś facet z komórką przy uchu nastąpił jej na stopę.

– Przepraszam, przepraszam – rzucił spłoszony na widok jej włosów.

Pewnie wziął ją za przedstawicielkę tych cholernych awanturników, Hallmanów. Że też człowiek nie ma życia przez taki durny szczegół, jakim jest barwa włosów!

Trzeba tu wtrącić, że nasza bohaterka nie miała tego dnia zbyt dobrego humoru. Było sobotnie popołudnie, wracała z pracy w teatrze, gdzie wraz z przyjaciółką, Matyldą, pracowała nad scenografią do nowej sztuki, która miała być wystawiana już w przyszłym miesiącu. Praca wrzała, a podczas rozgardiaszu uszkodził się kostium dla najważniejszej postaci. Reżyser się wkurzył, aktorka grająca główną rolę zaczęła histeryzować, a Sara poślizgnęła się na rozlanej przez Matyldę farbie. Będzie miała siniaki…

A ten wciąż się gapi. Kretyn o cynamonowych włosach właśnie się uśmiechał, jak jej się zdawało, z wyższością, a jego wzrok był zamglony. Niewykluczone, że był pijany, bo zmącone spojrzenie i ta maślana mina musiały być skutkiem odurzenia jakąś działającą na postrzeganie świata substancją.

„Oby to był TYLKO alkohol”, pomyślała dziewczyna ze wstrętem, bo nie miała ochoty akurat dzisiaj stawiać czoła dilerom narkotyków. „Jutro, może jutro… Dzisiaj nie. Jestem zmęczona”.

Zdała sobie sprawę, że zmęczenie działa na jej niekorzyść w razie potencjalnej konfrontacji. Może należałoby od razu powiedzieć temu barbarzyńcy, żeby się odczepił. Spojrzała na zegarek. Już od Alei ten człowiek gapił się i gapił, a to dobre piętnaście minut. Może po prostu nabijał się z niej wewnątrz swojej pustej czaszki, może nie lubił turkusowego koloru. Albo uważał, że ona, Sara, wygląda śmiesznie! Tego już za wiele! A oto, jakby na potwierdzenie jej myśli, uśmieszek chłopaka stał się wręcz kpiarski.

„To nie diler, tylko pijany idiota, który zaraz zacznie się ze mnie naśmiewać przy wszystkich! Pewnie wraca z imprezy do domu i po drodze postanowił przyczepić się do jakiejś dziewczyny i gapić się na nią bezwstydnie. Co za tupet, co za demoralizacja! Co za cholerna niesprawiedliwość!”. Sara potarła zmęczone od reflektorów teatralnych oczy i rzuciła kretynowi niechętne spojrzenie. Kretyn uśmiechnął się, jakby postawiła mu drinka.

„Taki młody, a już się upija”, pomyślała z wzrastającą irytacją. „Taki młody, a już zepsuty jak stare próchno. Taki młody, a już głupi jak większość dorosłych… Na czym opiera się ten świat? Jeżeli podtrzymują go równie niestabilne (bo po alkoholu człowiek chwieje się jak trzcina na wietrze) jednostki, to przepraszam bardzo, ja wysiadam!”.

Ale nie wysiadła. Do przystanku Promenada Flisa (tak, tak, promenada została nazwana na cześć jakiegoś wybitnego przodka Sary, który „swoimi dobrymi uczynkami i bohaterską postawą przysłużył się miastu!”) pozostał jeszcze kawałek. Postanowiła więc skonfrontować się z właścicielem mętnego spojrzenia. Podeszła do niego, przytrzymując się uchwytów rozmieszczonych pod sufitem i co chwila kogoś potrącając, po czym zatrzymała się jakieś pół metra od przygłupa. Z bliska wyglądał trochę znośniej, ale nadal przerażająco niemądrze.

– Przepraszam, ale czy mógłbyś przestać się gapić? Jak nie podoba ci się kolor moich włosów, to po prostu odwróć wzrok – poradziła chłopakowi bez choćby cienia sympatii w głosie.

– Że co?… – zapytał, otrząsając się z zamyślenia, a jego spojrzenie momentalnie odzyskało ostrość. Okazało się wcale rozumne. – Przecież ty masz cudne włosy!

– Mówię, że według zasad dobrego wychowania nie gapimy się bezmyślnie na obcych ludzi, bo to nietaktowne i wprawia drugą osobę w zakłopotanie. Albo powoduje irytację. Nie wiem już, co gorsze… Zaraz, co ty powiedziałeś?!

Była pewna, że on sobie z niej kpi. Powiedział „cudne włosy”. Kto jeszcze dzisiaj tak mówi! Musiał się dobrze bawić, naigrawając się z niej.

Chłopak zamrugał, a z jego twarzy spłynęły resztki maślanego wyrazu, zupełnie jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody.

– Powiedziałem, że masz cudne włosy. Nie rozumiem, co nie pasuje ci w tym kolorze… – Miał ciekawy głos. Mógłby śpiewać solo podczas teatralnych występów.

Sara zastanawiała się przez chwilę, czy nie warto zaprosić kretyna na najbliższy casting teatralny, bo jak zauważyła, sztukę aktorską miał opanowaną do perfekcji. Umiał kłamać jak z nut, a twarz mu nawet przy tym nie drgnęła. Zupełnie jak maska, która wyraża zdziwienie i niewinność. I coś jeszcze, coś nieuchwytnego. Nadawałby się do teatru.

„Chyba rzuciło mi się na mózg!”, zganiła się w myślach i prychnęła z wyższością:

– Ten kolor, jakbyś nie zauważył, to niebieski. Albo zielony. Zależnie od światła. No właśnie, a jaki ty widzisz? – zapytała, mając na myśli na swoje psychologiczne spostrzeżenia.

„Zielony – drań, niebieski – osoba przyjacielska. Turkus – perfekcjonista albo po prostu znawca kolorów… Ene, due, rabe…”

– …ja widzę brązowy – powiedział chłopak, unosząc brwi w zdziwieniu i uśmiechając się niepewnie.

Sara zamarła na kilka sekund, rozważając, czy zastosować na nowym znajomym cios karate podpatrzony w jakimś filmie, czy machnąć z rezygnacją na te głupie żarty, gdy niespodziewanie chłopak wybuchnął śmiechem. Sara spojrzała na niego z uniesioną brwią, bo nic nie rozumiała. Ale odwaga – albo brawura – zaczęła ją powoli opuszczać i już nie była pewna, czy odzywanie się do tego chłopaka było dobrym pomysłem.

– Tak, świetny żart, pozwól, że już sobie pójdę – rzekła Sara złośliwie i odwróciła się z zamiarem przedostania się na drugą stronę autobusu, gdy poczuła, jak coś ciepłego zaciska się na jej nadgarstku. – Zabieraj swoje brudne łapy! – syknęła półgłosem, bo już i tak wzbudzali niezdrową sensację.

Jakaś starsza pani patrzyła się na nich rozszerzonymi oczami, a facet z komórką przy uchu zaciął się w połowie rozmowy.

–…eee, tak, jestem, jasne, że jestem, tylko wiesz co, może zadzwonię później – powiedział do aparatu, ale się nie rozłączył. Rozmówca trzymał go na krótkiej smyczy. – Nie, nie spieszy mi się, ale jestem w autobusie i…

– Zaczekaj, piękna, wszystko ci wyjaśnię – powiedział chłopak o cynamonowych włosach, do którego z każdą chwilą coraz mniej pasowało słowo „kretyn”.

– Nie nazywaj mnie tak, brzydalu.

– Auć. – Chłopak złapał się za serce, uśmiechając się jednocześnie szeroko. Wiedział, że ona tylko żartuje, nie był brzydalem. Gdyby mu się tak dokładniej przyjrzeć, nie był nawet w połowie tak obleśny, jak to się z początku wydawało. Pozory jednak mylą, a wie to ten, kto przeczytał tyle książek co Sara. – Jak mam się więc do ciebie zwracać?

– Sara – burknęła dziewczyna, bezskutecznie próbując wyswobodzić nadgarstek z uścisku chłopaka.

– Święta Anielko, ależ piękne imię – wyrwało mu się, zanim ugryzł się w język. Przygryzł wargę skonsternowany i po chwili kontynuował: – Tak więc, Saro, jestem daltonistą, to dlatego nie widzę właściwego koloru twoich cudnych włosów. Wybacz mi.

Dziewczyna poczuła, jakby ktoś wypompował jej z płuc powietrze. Wolną rękę przyłożyła do czoła, pozbawiając się tym samym oparcia w postaci uchwytów na suficie. W tej samej chwili autobus z piskiem kół zatrzymał się na kolejnym przystanku, a Sara straciła równowagę i o mało nie wylądowała daltoniście na kolanach. Co za kompromitacja!

– Przepraszam, wybacz, ach! – Chłopak złapał ją tuż przed tym, jak uderzyła głową o podłogę pojazdu. Był silniejszy, niż z początku sądziła. I w ogóle nie obleśny czy prostacki. Pachniał ciasteczkami z czekoladą i uśmiechał się całkiem miło. – Przepraszam – powtórzyła słabo, przytrzymując się kurczowo jego bluzy. – Nie chciałam…

– Nic się nie stało – powiedział łagodnie, wstając ze swojego miejsca z zamiarem odstąpienia go Sarze, ale uprzedziła ją jakaś starsza pani. Zajęła fotel, zanim zdążył się obejrzeć.

– Prawdziwy dżentelmen – skomentowała babinka, więc chłopak postanowił nie wyprowadzać jej z błędu. Posłał Sarze przepraszające spojrzenie i niemal niedostrzegalnie wzruszył ramionami. Nadal trzymał dziewczynę w objęciach, co powinno być niezręczne, okazało się jednak bardzo… przyjemne.

Rozluźniła kurczowo zaciśnięte na bluzie swojego wybawcy dłonie i wygładziła zmięty materiał. Już chciała powiedzieć „przepraszam”, ale zdała sobie sprawę, że by się powtórzyła.

– Ale mi teraz głupio, myślałam, że jesteś wstawiony – powiedziała po chwili dziwnie słodkiej ciszy. Może to przez te czekoladowe ciasteczka. Zupełnie, jakby weszła do piekarni…

– Myślałaś, że jestem pijany? – upewnił się z niedowierzaniem. – Dlaczego?

– Bo miałeś takie zamglone spojrzenie, jakbyś był… o matko, nie to chciałam powiedzieć!

Ale to właśnie chciała powiedzieć. Chciała powiedzieć… „zakochany”. Dopiero w ostatnim ułamku sekundy zorientowała się, jak by to zabrzmiało. Oblała się szkarłatnym rumieńcem i spuściła wzrok.

– Jesteś śliczna, więc się zagapiłem. Wybacz jeszcze raz. Nie miałem niczego złego na myśli!

Sara odchrząknęła zakłopotana. Nie była śliczna. W chwilach samokrytyki dochodziła do wniosku, że jest nieatrakcyjna, nijaka i brzydka. Po prostu brzydka. Nie miała urody jak płatek róży lub Wenus z morskiej piany. Znała wiele dziewczyn o wiele od siebie piękniejszych. Pocieszała się jednak tym, że prawdziwa miłość nie zważa na brzydotę. „Piękna i Bestia” najlepszym przykładem.

„Miłość, pomyślałam. Miłość! Znowu…”, zdała sobie sprawę i zrobiło jej się słabo. Po chwili dotarło do niej jednak, że chłopak od ciasteczek z czekoladą nie może przecież słyszeć jej myśli. Odetchnęła z ulgą i spojrzała mu w oczy.

Przypatrywał jej się z zainteresowaniem i jakby szacunkiem. Żaden ze znanych jej młodzieńców nie patrzył na nią z takim szacunkiem.

– Jestem dzisiaj ciut rozkojarzona. Przepraszam. Byłam w teatrze, to jest w pracy, i…

– To w pełni zrozumiałe – zapewnił życzliwie chłopak.

– Jak masz na imię?

– Czy wyjaśniłabyś mi…

Odezwali się równocześnie i równocześnie się zaśmiali.

Sara nie zwracała już uwagi na ciekawskie spojrzenia współpasażerów, chociaż ci oczywiście nie wyparowali.

– Cyprian.

– Co takiego miałabym ci…? Przepraszam, nie dosłyszałam.

– Na imię mam Cyprian – powtórzył.

– Ładnie. To od Cypru, prawda?

Zaśmiał się cicho i pokiwał głową z dziwnym błyskiem w oku. Sara przekrzywiła delikatnie głowę, żeby lepiej przyjrzeć się Cyprianowi. Dlaczego się tak uśmiechał? Czyżby powiedziała coś zabawnego?

„Przypomina mi kogoś… jest w nim coś znajomego, jakbym już kiedyś go znała, jakbym już kiedyś z nim rozmawiała… To dziwne. Przecież nigdy przedtem nie widziałam tego chłopaka na oczy. Jeszcze przed chwilą był dla mnie pijanym nieznajomym, a teraz stało się coś dziwnego. Co się właściwie stało…?”.

– Chciałeś chyba, żebym ci coś wyjaśniła.

– Tak, ale… nie obrazisz się, prawda?

– Nie wiem – odparła szczerze Sara. O co mogłaby się obrazić? Znali się od kilku minut.

– Dlaczego pofarbowałaś włosy na niebiesko, jeżeli tak nie lubisz tego koloru? Uhm, głupio to zabrzmiało. Czekaj, inaczej: dlaczego pomimo tego, że ludzie zwracają na ciebie przesadną uwagę i to ci się nie podoba (dobrze zrozumiałem?), ty pofarbowałaś włosy na niebiesko?…

Sara zmrużyła oczy, namyślając się przez chwilę nad tym, jakiej udzielić odpowiedzi. Zwykle nie zdradzała nieznajomym swojej tajemnicy, nie chciała wzbudzać jeszcze większej sensacji, jednak Cyprian nie był dla niej obcy. To było głupie, formalnie rzecz biorąc, dopiero się poznali i tak dalej, ale czuła, że może mu zaufać.

– Lubię niebieski. I nie są farbowane – rzuciła, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. W rzeczywistości jednak uważnie wpatrywała się w twarz chłopaka, pragnąc poznać jego reakcję.

– Jak to możliwe? – zapytał szeptem. Chyba nie do końca jej wierzył. – Wierzę ci. Uważasz, że nie wierzę, bo to nieprawdopodobne, zupełnie jak to, że ja zamiast niebieskiego widzę brązowy? – dodał zaraz, jakby czytając w myślach Sary.

– Raczej nieprawdopodobne jak to, że mój ojczulek pokocha Hallmanów braterską miłością – mruknęła pod nosem dziewczyna.

– Że co proszę?

– Nieważne. Myślę, że mi nie wierzysz, bo jest możliwość, że poznana przed pięcioma minutami dziewczyna zwyczajnie wpuszcza cię w maliny.

– Nie sądzę, żebyś wpuszczała mnie w maliny. Maliny są przecież czerwone. – Zaśmiała się w odpowiedzi na tę oczywistą uwagę. – Ale tak na serio – podjął chłopak – jaki jest powód? No wiesz… tego koloru? A może nie chcesz powiedzieć? Wiesz, czasami jestem po prostu za bardzo ciekawski i…

– Nie, spokojnie. Przypuszczam, że to skutek tej dziwnej nocy przed siedemnastu laty. No wiesz, może jakieś promieniowanie czy coś. Niebieski deszcz… Podobno była burza i pioruny były wtedy właśnie takie turkusowe jak moje włosy, a krople deszczu inaczej odbijały światło, jakby coś było… inaczej. Prawa fizyki zostały zakłócone… – Wywróciła oczami. Nie wiedziała, ile w tych opowieściach prawdy. Widziała wprawdzie jakieś filmiki i zdjęcia w Internecie, ale te były niewyraźne. Pogoda nie sprzyjała fotografowaniu, a załamane światło sprawiało, że fotografie wychodziły dziwnie rozmyte. – Wtedy się urodziłam. Niedługo minie osiemnaście lat.

Cyprian uniósł brwi. Bardzo zaciekawiła go ta historia; była równie nieprawdopodobna, co romantyczna. Nie wiedział, jak ją skomentować, no bo co mógłby powiedzieć. Nie był znawcą paranormalnych zjawisk.

– A więc niedługo kończysz osiemnaście lat – powiedział w końcu.

– Taaak – powiedziała Sara, śmiesznie przeciągając literkę „a”. – Będzie wielka feta, prezenty, masa gości, niewygodne stroje wizytowe i w ogóle. Nie lubię imprez. Są takie płytkie.

– Ach tak? Dlaczego? – chciał wiedzieć Cyprian.

Autobus szarpnął nagle, ale chłopak trzymał mocno ich oboje. Sara zdała sobie sprawę, że nadal przytula się do niego, jakby co najmniej miała takie prawo. Nie miała prawa, więc odsunęła się nieznacznie.

– Kiedyś wyprawiało się prawdziwe bale, na których wszyscy elegancko tańczyli do muzyki kwartetu smyczkowego czy czego tam jeszcze chcesz. Kobiety ubierały się w suknie do ziemi i miały jedwabne rękawiczki. Wszystko miało jakąś większą głębię i sens. Ważne były maniery, kwiaty ozdabiające salę balową były prawdziwe, a nie z plastiku… A teraz wszystko zostało spłycone do tandetnej muzyki, w której więcej jest dudnienia niż innych instrumentów, jaskrawych świateł i kuli disco na środku sali. Dlatego właśnie nie lubię imprez – wyjaśniła Sara, ciekawa opinii chłopaka. Może on wolał głośną dudniącą muzykę i lubił dyskoteki? Może źle go oceniła? Może w ogóle nie zrozumiał, o co jej chodziło?…

– Masz rację – odparł niespodziewanie. – Często myślę właśnie o tym samym. Za mało pozostało nam starych zwyczajów, bo ludzie uznali je za niemodne.

– Bardzo niewiele osób się ze mną zgadza co do tego. Skąd…? Naprawdę tak myślisz?

– No pewnie. Męczą mnie te wszystkie głośne potańcówki, na które bez przerwy ciągną mnie koledzy i mój genialny kuzyn. Ale myślę, że jeżeli to twoja impreza, masz prawo sama zadecydować o jej formie… – Przyglądał się Sarze spod przymrużonych powiek i w pewnym momencie założył jej za ucho niesforny kosmyk włosów. Uśmiechnął się.

– W sumie racja. Zawsze marzył mi się klasyczny bal maskowy… Ciekawe, co na to powie mój tata. Wiesz, nie jest przyzwyczajony do tego, że ktoś decyduje za niego. O czymkolwiek.

– Typ wielkiego wodza? – Cyprian zrozumiał błyskawicznie. Sara nie mogła wyjść z podziwu, jak szybko kojarzył to, co ona sama miała na myśli. Czy tak wygląda „rozumienie się bez słów”? Pokiwała głową w odpowiedzi na jego stwierdzenie. – Mój ojciec tak samo. Najchętniej wszystkimi by dyrygował. Nie zrozum mnie źle – zastrzegł – szanuję go i podziwiam, ale czasami to…

– …męczące – dokończyła za niego dziewczyna.

Zaśmiali się zgodnie. Bardzo dobrze im się rozmawiało. Chociaż nie tak, jak by znali się od zawsze. Raczej tak, jak by już kiedyś się poznali, a teraz spotkali się po naprawdę wielu latach i muszą nadrobić bardzo wiele zaległości.

– Pracujesz w teatrze? – zapytał nagle Cyprian. – Mówiłaś wcześniej, że stamtąd wracasz.

– Tak, razem z koleżanką zajmuję się scenografią.

– Odpowiedzialne zadanie.

– Trochę tak, ale za to duża frajda. Jak już wiesz, co robić.

– Artystyczna dusza z ciebie.

– Efekt uboczny niebieskich włosów. Artyści są zwykle bardzo ekscentryczni.

– A więc dopasowałaś swoje zainteresowania do włosów? – zapytał Cyprian, przekrzywiając głowę.

– Hm, nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Bardzo lubię zajmować się sztuką. To odprężające. I daje odpowiedzi na wiele pytań.

– A więc jesteś też filozofką.

– Nie mam pojęcia. Na pewno jestem idealistką i chcę wierzyć w dobro i… nieważne. – Znowu chciała powiedzieć „miłość”. Cyprian jeszcze pomyślałby, że ona coś mu sugeruje. Idiotka, idiotka! Poza tym mówienie o takich sprawach, o wartościach, zawsze było trudniejsze niż niezobowiązujące pogawędki. Poza tym ta rozmowa była dziwna, toczyła się tak szybko, jakby zbiór tematów do jej prowadzenia był nieskończony, a oni musieli wykorzystać je wszystkie jeden po drugim. – A oto mój przystanek, muszę wysiadać – oznajmiła z werwą, dostrzegając przez okno ozdobną tablicę z napisem „Promenada Flisa”. Sarze momentalnie powróciło poczucie rzeczywistości, które zatraciła w ciągu ostatnich kilku chwil. – Miło było cię poznać, Cyprianie.

– Ciebie również, Saro – odparł chłopak, nagle jakby z jakiegoś powodu zakłopotany. – Mieszkasz gdzieś tutaj?

– Tak, niedaleko.

Autobus zaczął zwalniać, nieuchronnie zbliżając się do przystanku. Przymus rozstania z Cyprianem stał się niespodziewanie przytłaczający. Chłopak stał się nagle kimś znajomym, kimś, bez kogo na zawsze puste pozostanie miejsce obok Sary. Nie będzie już miała do kogo się odezwać… Wszyscy inni ludzie wydawali się odlegli, odlegli jak… jak biegun południowy. Jak Afryka. Nierzeczywiści jak sen. Skąd to się wzięło? Dlaczego to się stało tak nagle? Nie miała już nic do powiedzenia, nie mogła zadecydować o własnych uczuciach. Czuła, jak ostry grot strzały zagłębia się powoli w jej serce. Bolało. Ale był to dziwny, nowy rodzaj bólu. Nie był nieprzyjemny, a raczej… zaskakujący.

– A ty dokąd jedziesz? – zapytała dziewczyna z nadzieją. Może on także wysiada przy Promenadzie Flisa? Co prawda jeszcze nigdy go tutaj nie widziała, ale przecież cuda się zdarzają. Może zna tu kogoś i jedzie w odwiedziny. Może ma tu babcię, ciocię, starszego brata…

– Na Stare Miasto. Spotykam się z kolegami w Czterech Grotach – odparł Cyprian, grzebiąc jej nadzieje w szarej, pylistej ziemi.

Spuściła wzrok, zawiedziona. No tak, za wiele cudów jak na jeden dzień… Powrócił niewesoły humor i smutek. Dlaczego myślała, że będzie inaczej? Nie będzie się przecież narzucała temu chłopakowi tylko dlatego, że przez chwilę rozmawiali.

– Och.

– Ale zobaczymy się jeszcze? – dodał szybko Cyprian z rozbrajającym uśmiechem.

Sara poderwała spojrzenie, a oczy rozbłysły jej na nowo.

– Tak! – zawołała z entuzjazmem, trochę za głośno. Kilku pasażerów idących do wyjścia się odwróciło. – Tak – poprawiła się o ton ciszej.

Cyprian przygryzł wargi, tłumiąc śmiech. Sara nie była jednak na niego zła, widziała, że to nie jest złośliwy śmiech. Chłopak był po prostu szczęśliwy.

– Dlaczego ja się tak stresuję?

– Nie wiem – odpowiedział Cyprian, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.

Dziewczyna zdała sobie sprawę, że ostatnią myśl powiedziała na głos i zrobiło jej się głupio. Nie mogła się ugryźć w język?

– Nieważne. – Machnęła ręką. Tłum pchał ją do wyjścia. – Muszę już… – Wskazała na wyjście kciukiem i wykonała dziwny taniec rękami – …iść. Do zobaczenia! – zawołała Sara, ale nie była pewna, czy Cyprian ją usłyszał, bo ciżba pochłonęła ją jak fala i uwolniła dopiero na zewnątrz. Pojazd odjechał tak szybko, że nie zdążyła dojrzeć swojego nowego znajomego przez okno.

Wracając do domu, była nieprzytomnie szczęśliwa, a wszystkie wpadki i nieprzyjemności dnia usunęły się w cień, a może raczej zaginęły w powodzi światła. Sara chciała tańczyć, więc zatańczyła. Na środku chodnika wykonała zwariowany taniec radości, podskoczyła wysoko i stuknęła obcasami z całej siły.

I już mogła w miarę spokojnie wracać do domu.

***

– Gdzieś ty się podziewała, dziewczyno?! – zawołał już od progu dziadek. Dom, w którym mieszkała Sara, był ogromny, więc nestor rodu prawdopodobnie dybał przy frontowym wejściu na swoją wnuczkę już od dłuższego czasu. Niemożliwe, że przechodził tędy przypadkiem, gdy ona otwierała drzwi.

– Byłam w teatrze oczywiście – odparła Sara na tyle trzeźwo, na ile była w stanie. Serce jeszcze jej się nie uspokoiło i fikało koziołki. Dłonie lekko się trzęsły, a oczy błyszczały jak dwie gwiazdy. Zdrowa osoba nie ma takich objawów.

– Tak długo?

– Korki były – wyjaśniła zwięźle dziewczyna. – I dekoracja nam się posypała. Reżyser był wkurzony jak nigdy… – Im więcej mówiła, tym jej głos stawał się bardziej rozanielony. Brzmiało to co najmniej dziwnie. Dziadek, który lubił mieć władzę, kontrolę i informacje o wszystkim, co się działo w Allenburgu, zauważył, że wnuczka ma bardzo głupi wyraz twarzy.

– Brałaś coś – stwierdził, zakładając ręce na piersi. Dziadek nie był złym człowiekiem, ale czasami odnosił się do innych zbyt szorstko. Nie rozumiał, że ktoś może mieć po prostu dobry humor, od razu zakładał, że Sara coś brała. (Dziewczynie umknęło, że jeszcze niedawno sama posądzała Cypriana o nietrzeźwość).

– Niczego nie brałam, niech się dziadek nie martwi. Chłopaki w domu?

– Wiedziałem, że wysyłanie cię do tego teatru to nie jest dobry pomysł – ciągnął dziadek, nie zważając na jej pytanie. – Ci wszyscy artyści mają na człowieka zły wpływ. Piją, palą, handlują narkotykami… Mówiłem! Mówiłem! Ale, na mą brodę, czy ktoś się mnie w tym domu słucha? Czy moje zdanie się już nie liczy, bo przeszedłem na emeryturę?!

Dziadek nie lubił, kiedy zostawał z czegoś wykluczony ze względu na emeryturę. Uważał to za pewnego rodzaju niepełnosprawność, która wprawdzie czeka wszystkich, ale jego poszkodowała najbardziej. Kiedy z własnej woli zaczynał mówić o swoim wieku lub emeryturze, było wiadomo, że najlepiej wycofać się z dyskusji.

– Dziadku, przecież to teatr taty. Nie ma tam nikogo nieodpowiedniego. Poza tym ja nigdy nie wzięłabym narkotyków od kogoś obcego.

Tak, Teatr Allenburski należał do ojca Sary. Tak jak większość przybytków kulturalnych w tej części miasta.

– A od znajomego już tak, hę? – wytknął jej dziadek i nastroszył swoje siwe wąsy. Czubek jego łysiny błyskał wesoło w świetle kryształowego żyrandola.

– Nie, od znajomego tym bardziej nie. Czy mogę już iść do siebie? Czy chłopaki są już w domu? Czy obiad gotowy?

– A ta znowu swoje.

Z opresji wybawiła Sarę stara gosposia, która pracowała w domu Flisów od zawsze. Zajmowała się wszystkimi najważniejszymi sprawunkami i dzierżyła niepodzielną władzę w kuchni. Nadzorowała całą służbę, miała posłuch nawet u szofera. Plotka głosiła, że pani Marysia przekupywała ewentualnych oponentów propozycją jednorazowego wypadu do piwniczki winem i szampanem płynącej. Jej wpływy były tylko odrobinę mniejsze od wpływów dziadka.

Sara bardzo lubiła gosposię; była to kobieta łagodna, dobra, porządna i w jakiś sposób przypominała babcię, której dziewczyna nigdy nie poznała. Jej pulchna sylwetka, budząca zaufanie twarz i zawsze lekko przekrzywiony kok nadawały jej domowej aury.

– Niech pan się nie czepia naszej Sary, przecież widać, że zakochana – powiedziała teraz pani Marysia i bezceremonialnie zaprowadziła nieszczęsną podopieczną do kuchni, gdzie nałożyła jej pełen talerz makaronu z sosem pomidorowym.

Kuchnia była bardzo duża i nowoczesna, z wydzieloną jadalnią dla służby. Sara też z niej korzystała. W bardziej tłoczne dni, kiedy do domu Flisów przychodzili goście, urzędowało tu co najmniej dwóch kucharzy, teraz jednak było zupełnie pusto.

– Mmm, spaghetti – ucieszyła się Sara, wdychając głęboko słodko-kwaśny zapach sosu i bazylii.

– Ostatnio narzekałaś na spaghetti – przypomniała jej gosposia, unosząc brew z uśmiechem osoby wszystkowiedzącej na ustach. – Jak to szło? „Znowu mamy na obiad makaron?! Jeszcze trochę, a spaghetti zacznie wychodzić mi uszami!”. Zabawna wizja. Pamiętam, jak Filip zaczął się śmiać z tych słów i nie dziwię mu się. Człowiek z makaronem w uszach musi wyglądać co najmniej interesująco.

– Och, ach, wybacz, Marysiu! To na pewno nie było umyślnie! Musiałam mieć pewnie gorszy dzień czy coś. No wiesz – mówiła dziewczyna z namysłem. – Przecież ja uwielbiam spaghetti z sosem pomidorowym. A ta bazylia! Ma taki romantyczny zapach… kwiaty powinny pachnieć bazylią. I czekoladowymi ciasteczkami.

– Ciekawe połączenie – zauważyła Marysia, nie drążąc tematu. W przeciwieństwie do dziadka umiała trzymać ciekawość na wodzy. Wścibska była tylko w wyjątkowych sytuacjach. Częściej jednak praktykowała zasadę, która mówiła, że jeżeli chcemy się czegoś koniecznie dowiedzieć, nie należy naciskać na potencjalnego „informatora” albo go przekupywać i schlebiać mu. Wystarczy czasami posłuchać, dać dobrą radę, a zaraz dowiesz się wszystkiego, czego pragniesz, bo ludzie zaczną mówić sami.

Jakiś czas później do domu wrócili z pieśnią na ustach Filip i Paweł. Młodszy z braci trzaskał wszystkimi drzwiami, przez które przechodzili, a starszy śpiewał mocnym głosem hymn Allenburga. Gosposia cmoknęła z dezaprobatą na to trzaskanie drzwiami, ale nie przerwała wykonywanej czynności, to jest ścierania kurzy.

– Widzieliśmy dziś synalka Hallmanów i całą jego hałastrę – rzekł Filip tonem żołnierza, który właśnie wykonał swoją misję, kończąc ją sukcesem. – To idioci.

– Odkryłeś Amerykę – mruknęła Sara nieuważnie, zebrała ze stołu swój talerz i włożyła go do zlewu. Spłukała starannie resztki jedzenia, wytarła naczynie gąbką, następnie ręcznikiem i w końcu postawiła je na suszarce. Wytarła ręce od wody, myślami będąc w niedalekiej przyszłości, jutro albo i pojutrze… ciekawe, kiedy ponownie spotka tego chłopaka z autobusu. Bo, do cholery, Sara nawet nie wiedziała, gdzie go szukać. On natomiast wiedział, że ona mieszka na Promenadzie – to już coś…

Ta rozmowa w autobusie… Taka była dziwna i zaskakująca, jakby ktoś zmienił nagle zasady rządzące wszechświatem.

Zdała sobie sprawę z tego, że Filip nadal coś mówi, ale nie przyłożyła do tego większej wagi. Niech sobie gada, braciszek kochany. Ona ma o wiele ciekawsze tematy do rozważania niż odwieczny spór z tymi podłymi Hallmanami. Według niej to się już robiło nudne. Niech Hallman będzie sobie skończonym draniem, ale ona nie musi w nieskończoność o tym słuchać.

– …a do tego ciągle wkraczają na nasze terytorium. Coraz bliżej – mówił Paweł do dziadka, który pojawił się w drzwiach znikąd. Jego siostra zastanowiła się, cóż może oznaczać zwrot „nasze terytorium”. Czyżby miasto pełne było plakietek z napisem „Rezerwacja. Własność Flisów”? Do tej pory jakoś żadnej takiej plakietki nie zauważyła.

– Pozwalają sobie na zbyt wiele – powiedział sam dziadek, podsycając płomień gorejący w sercach swych walecznych wnuków. – Trzeba ukrócić te harce, bo w końcu wejdą nam na głowę! Byliście ostatnio w ich części miasta?

– W zeszłym tygodniu. Nie zauważyli nas, chociaż Filip ubrał się jakoś idiotycznie i było blisko.

– To był strój szpiega, baranie! – zastrzegł młodszy z braci tonem osoby światowej. Bardzo lubił się popisywać, więc Sara mogła sobie tylko wyobrażać, jak malowniczo wyglądał w przebraniu.

– Nieważne.

***

Wieczorem przy kolacji Sara poruszyła temat swoich urodzin.

– Tato, mamo, co powiecie na bal maskowy? Ale taki stylizowany na starodawny.

– Co przez to rozumiesz? – zapytała mama, której ręka zamarła z widelcem w pół drogi do ust. – Masz na myśli coś przypominającego karnawał? Przypominam ci, że twoje urodziny wypadają zaraz po maturze. Będzie prawie lato.

– Oj, mamo, nie chodzi mi o karnawał. Karnawały są prawie tak samo kiczowate jak dyskoteki. – Sara wywróciła oczami z politowaniem. – Chodzi mi o bal. Jak w książkach. Jak kiedyś.

– Czyli długie suknie dla kobiet i fraki dla panów? – podchwycił tata.

– I maski. Nie zapominajmy o maskach – dorzuciła usłużnie dziewczyna. – Stroje stylizowane na, powiedzmy, dziewiętnasty wiek. Wyobrażacie sobie, jak byłoby cudownie?!

– Za nic nie dam się ubrać w jakiś frak – powiedział Filip zrzędzącym tonem. – To musi być strasznie niewygodne.

– Ciekawy pomysł – powiedziała mama. – Ale takie stroje będą na pewno kosztowne. Maski, suknie…

– Mało mamy pieniędzy? – zapytała chytrze Sara. – Poza tym, jak już wspomniałaś, to będzie zaraz po maturze! To będzie idealna nagroda za moje dobre wyniki.

– Nie bądź taka pewna, droga wnuczko – rzekł dziadek melancholijnie. – A co będzie, jeżeli nie zdasz?

– Przecież nie mogę nie zdać, wszystko umiem doskonale! Uczyłam się na bieżąco, nie tak jak niektórzy.

Nie wspomniała o matematyce, która była jej piętą achillesową. Z tego przedmiotu musiała się jeszcze pouczyć. Ale to przecież tylko jedna, nic nieznacząca matematyka! Na pewno coś się da zorganizować… Do matury pozostało jeszcze trochę czasu.

– Zaprosimy całą moją klasę, całą rodzinę, radę miasta i wszystkich waszych przyjaciół… – zaczęła wyliczać rozmarzona Sara.

– Wstrzymaj konie, dziewczyno! – przerwał jej tata. – Jak to wszystkich? Czy to nie za wiele osób? Czy ty masz zamiar wyprawiać wesele, czy osiemnaste urodziny?

– No wiesz, zawsze można to jakoś ze sobą połączyć – zażartowała Sara, na co bracia zarechotali, mama uniosła brew z rozbawieniem, dziadek się najeżył, a tata wyglądał na zdezorientowanego.

– Chcesz już brać ślub? Z kim?!

– Ona tylko żartuje, tato – wyjaśnił Paweł, który pomimo konfrontacji z „wrogami” był tego dnia w dobrym humorze. Często tak miał, kiedy nadarzyła się okazja do pokazania Hallmanom, gdzie ich miejsce. Natomiast gdyby to Hallmanowie zwyciężyli w jednej z codziennych potyczek z Flisami, starszy brat Sary chodziłby struty przez resztę dnia. Bardzo łatwo było zadrasnąć jego honor – i dumę, szczególnie dumę.

– A może my po prostu o czymś nie wiemy? – wtrącił Filip. – Sara, przyznaj, że ktoś ci się podoba. I my go dobrze znamy! – to ostatnie zdanie wręcz wyśpiewał. – Kuuuba!

A więc zaczęło się.

– Kuba Niwiński? – upewnił się tata. – Tak, to dobry chłopak. Jeżeli o niego chodzi, córko, to nie…

– Nie chodzi o niego, tato! Nie chodzi w ogóle o nikogo! My tylko sobie żartujemy! – Zamachała rękami nad głową, przywołując wszystkich do porządku.

– Moim zdaniem jesteś jednak nieco za młoda, by już wychodzić za mąż – burknął ze swojego miejsca dziadek, jak zwykle nie zwracając uwagi na to, że dyskusja została ucięta. – To nie szesnasty wiek, do cholery!

– Jestem tego samego zdania – poparła odruchowo mama, ale widać było, że powstrzymuje się od śmiechu. Filip i Paweł nie mieli oporów, Sara obawiała się, że drodzy bracia zaraz zakrztuszą się jedzeniem.

– Tak… Wracając do liczby osób, jaką chcesz zaprosić, obawiam się, że należałoby już zacząć wysyłać zaproszenia.

– Oczywiście tradycyjnie, w formie listów – powiedziała kategorycznie Sara i uśmiechnęła się słodko. – No, tato, zgódźcie się. Przecież nie mam zamiaru zapraszać na urodziny Hallmanów.

– Jeszcze tego by nam brakowało! – wykrzyknął dziadek z wystudiowanym przerażeniem, na które Sara nie dała się nabrać. Wyczuwała, że nestor rodu jest w rzeczywistości poirytowany jak zwykle. – Jeśli zaprosisz któregokolwiek z tych zwyrodnialców, osobiście cię wydziedziczę, dziecko drogie.

– Jasne, jasne – zaśmiała się dziewczyna. Nie miała zamiaru ściągać na dom jakiegoś nieszczęścia, przyprowadzając pod jego dach kogokolwiek ze złą sławą okrytej rodziny. – Na szczęście nie znam nikogo z nich osobiście, więc chyba się nie obrażą, jeżeli nie wyślę im zaproszeń.

– O to już my się postaramy, żeby się obrazili – powiedział Paweł ze złośliwym uśmieszkiem.

– Tylko nie dajcie się zabić.

– Wszędzie, gdzie chodzimy, towarzyszy nam ochrona albo tajniacy taty. Bez obaw – rzekł Filip poważnie.

– To raczej ty powinnaś na siebie uważać, siostra – dodał starszy z braci, przyglądając się Sarze uważnie. – Nigdy nie chciałaś osobistego ochroniarza?

– Nie. Nie potrzebuję go – warknęła Sara, która ceniła sobie niezależność i wolność.

– Ale – Paweł wykonał nieskoordynowany ruch dłonią w stronę jej włosów – jesteś rozpoznawalna. Mogą cię kiedyś dorwać.

– Wiesz, nie rozpowiadam, tak jak wy, na prawo i lewo, jak mam na nazwisko. No a poza tym wasi śmiertelni wrogowie mogą być skończonymi daltonistami. To się zdarza. – Uśmiechnęła się na samo wspomnienie swojej dzisiejszej przygody w autobusie. – Może nie rozpoznają barw i dlatego farbują się na takie szalone kolory. – Uniosła kosmyk własnych włosów. Wszyscy przy stole zaśmiali się i wtedy do jadalni ktoś zapukał. Na znak taty przez uchylone drzwi do pomieszczenia wślizgnął się barczysty mężczyzna w garniturze i ciemnych okularach. W dłoni trzymał szumiącą krótkofalówkę, a w jego uchu dało się zauważyć słuchawkę na czarnym kabelku.

– Co się dzieje, Janie?

– Przed chwilą dzwonił pan Niwiński…

– O wilku mowa. – Filip znacząco poruszył brwiami, dając Sarze do zrozumienia, że tu na pewno chodzi o jej wesele.

Dziewczyna zacisnęła zęby i zmarszczyła brwi, dość już miała tych durnych insynuacji.

– …jego syn ma podobno kłopoty. Zaczepili go ludzie Hallmana. Są na Starym Mieście w klubie… – Przyłożył dwa palce do wolnego ucha, żeby lepiej usłyszeć osobę po drugiej stronie. – Klub nazywa się Cztery Groty. Wysłaliśmy do niego naszych ludzi. Chcieliśmy, żeby pan wiedział.

– Bardzo ci dziękuję, Janie – odparł tata, podnosząc się z miejsca. – Obawiam się, że będę musiał zatelefonować. Pawle, czy będziesz tak miły i pojedziesz z Janem na miejsce zdarzenia, żeby zobaczyć, czy już wszystko gra?

– Oczywiście. – Paweł wytarł usta serwetką, wstał i szybko zniknął w hallu.

– A ja, tato? Mogę jechać z nimi? – zapytał Filip błagalnie.

– Nie ma mowy, Cztery Groty to klub dla osób pełnoletnich – powiedział pan Aleksander, podkreślając słowo „pełnoletnich”. – Poza tym mogłoby ci się coś stać.

– Brałem już udział w bójkach – mruknął pod nosem chłopak.

– Ale nie o tej godzinie, poza tym wszyscy są tam na pewno pijani.

– Oni zawsze są pijani.

– Nie dyskutuj, młody człowieku. Na pewno masz jeszcze lekcje do odrobienia – wtrącił się swoim zwyczajem dziadek i dał znak swojemu synowi, żeby szybko odszedł, bo w przeciwnym wypadku ta rozmowa może się ciągnąć jeszcze w nieskończoność.

– Ja też już pójdę – powiedziała Sara. Przestraszyła się tego nagłego wtargnięcia ochroniarza i jego wieści. Przecież gdzieś na Starym Mieście miał się spotkać z przyjaciółmi Cyprian! Od razu skojarzyła nazwę klubu, przecież chłopak wymienił ją w rozmowie…

„Boże, błagam, byle tylko nie zaczepili go Hallmanowie. Jeszcze stanie mu się krzywda! Przecież ta bójka może się przerodzić w coś o wiele poważniejszego!”.

Już teraz małe konfrontacje na linii Flis–Hallman zaczynały przypominać wojnę gangów. Brakowało tylko ofiar śmiertelnych. Sara nie wiedziała, kto był bardziej zaciekły w tej walce, i chyba nie chciała wiedzieć. Każda drużyna miała swoje powody do nienawiści, wzniecające ogień niczym iskry na suchej sawannie.

Dziewczyna poszła na górę, umyła zęby i wzięła prysznic, myśląc o dzisiejszym dniu i o tajemniczym daltoniście z autobusu. Każde jego słowo, każdą sekundę analizowała wielokrotnie, obracając w myślach trójwymiarowe obrazy niczym kadry filmu ujęte z różnych stron. Myślała i myślała, zachwycając się tym, że świat nie składa się jedynie z płytkich wielbicieli dyskotek (chociaż, nawiasem mówiąc, Cyprian jechał właśnie na dyskotekę. Jednak coś w jego głosie, w sposobie, w jaki o tym mówił, kazało się domyślać, że nie lubi potańcówek z głośną muzyką i alkoholem…). Nie mogła się go już doczekać kolejnego spotkania z tym tajemniczym chłopakiem. Nie mogła doczekać się, aż ujrzy całego i zdrowego Cypriana, który uśmiechnie się do niej tym swoim spokojnym, miłym uśmiechem, w którym nie było nic z flirtu, ale była jakaś stabilność i jakieś wrodzone dobro. Och, jaki to był wiele mówiący uśmiech! Kiedy Cyprian się uśmiechał, śmiała się cała jego twarz, oczy i policzki. Cynamonowe włosy miał dzisiaj w lekkim nieładzie, ciekawe, jakie będą następnym razem. Ciekawe, czy będzie miał na sobie tę samą szarą bluzę.

Umiała sobie wyobrazić to spotkanie.

Ona będzie szła sobie pieszo Aleją (lubiła spacery po mieście, mogła przyglądać się wtedy ludziom spieszącym do swoich spraw, zakochanym parom i sklepowym wystawom), a on będzie czekał na przystanku autobusowym. Ona wejdzie na Aleję od strony tego małego sklepiku z antykami, do którego tak lubiła wchodzić po szkole. Odwrócony do niej plecami i niczego nieświadomy, będzie czekał na wiecznie spóźniający się środek transportu, a wtedy ona podejdzie do niego od tyłu i powie:

„Dzień dobry panu, czeka pan na coś?”.

Na co on najpierw się zdziwi, a potem uśmiechnie i odpowie wesoło:

„Tak, ale to już nieważne. Może zechciałaby mi pani towarzyszyć?”.

„Hm, hm”, mruknie ona. „Mam ważną sprawę do załatwienia, ale co mi tam. Chodźmy!”.

I wtedy zaczną rozmawiać o wszystkim, o czym porozmawiać powinni. Teraz jakoś nie przychodził Sarze do głowy żaden odpowiedni temat, ale wiedziała, że gdy tylko ujrzy Cypriana, powrócą wszystkie pomysły. Wstąpią może razem do kawiarni, w której są serwowane niesamowicie słodkie pączki, albo do piekarni na muffinkę.

„A niech mnie! Przecież na końcu Alei jest moja ukochana pijalnia czekolady!”, przypomniała sobie Sara i zaczęła śpiewać na głos jakąś piosenkę Presleya.

Kiedy pół godziny później zdała sobie sprawę, że zużyła całą ciepłą wodę, niespiesznie wyszła spod prysznica i ubrała się w piżamę.

– Co prawda nie umówiłam się z nim na spotkanie w konkretnym miejscu i o konkretnej porze, ale jakoś się znajdziemy – mówiła sobie stanowczo. – Co z tego, że jeszcze wczoraj nie mieliśmy o sobie pojęcia, chociaż mieszkamy w tym samym mieście? Teraz on wie, gdzie mieszkam, więc jakoś mnie odnajdzie, prawda? Sam powiedział, że się jeszcze spotkamy. A co, jeżeli…nie, nie, niemożliwe, że powiedział to tylko przez grzeczność. W jego oczach było TO COŚ.

Ach, jego oczy. Oczy tego całego Cypriana były niesamowite, bo widziały ją taką, jaką była naprawdę. Nie dostrzegały turkusowego koloru fryzury, widziały jej normalność i umiały chyba patrzeć znacznie głębiej.

Skąd się właściwie bierze daltonizm?

Leżąc w łóżku, Sara jeszcze długo zastanawiała się, co też może robić Cyprian.

Rozdział 2

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci decyduje o zwycięstwie

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Prolog. Miasto w sercu
Rozdział 1. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal
Rozdział 2. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci decyduje o zwycięstwie
Rozdział 3. Różne drogi
Rozdział 4. Nieświadomość grzechu nie czyni
Rozdział 5. Kubeł zimnej wody
Rozdział 6. Kto nie zaznał goryczy ni razu
Rozdział 7. Co cię nie zabije, to cię wzmocni
Rozdział 8. Ktoś, kto nigdy cię nie opuści
Rozdział 9. Korzenie i łodygi
Rozdział 10. „Tuż przed maturą kwitną kasztany…”
Rozdział 11. Morze to potężna dusza
Rozdział 12. W paszczy lwa
Rozdział 13. Charakter pisma
Rozdział 14. Cisza przed burzą
Rozdział 15. „Możesz tańczyć wszędzie jeżeli tańczysz sercem”
Rozdział 16. Pierwsze gromy
Rozdział 17. Wybierz białego wilka
Rozdział 18. „Zdarto żagle, ster prysnął”
Rozdział 19. Ostatnie…
Rozdział 20. Przebudzenia
Rozdział 21. W poszukiwaniu
Rozdział 22. Śmierć pomiędzy stronami
Rozdział 23. Śmierć nadziei
Rozdział 24. Śmierć we śnie

Wybierz białego wilka

ISBN: 978-83-8313-012-5

© Zofia Regina Turzyńska i Wydawnictwo Novae Res 2022

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt

jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu

wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Redakcja: Magdalena Białek

Korekta: Kinga Dolczewska

Okładka: Izabela Surdykowska-Jurek

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Zaczytani sp. z o.o. sp. k.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek