139 osób interesuje się tą książką

Opis

Pełna humoru historia o tym, że szukając zagubionego czworonoga, można wpaść na trop… miłości!
Pech od dawna prześladuje Piotra. Kiedy mężczyzna traci pracę i mieszkanie, decyduje się na desperacki krok – przeprowadzkę do ciotki. Na czas wyjazdu krewnej do sanatorium, zajmuje się jej ukochanym pieskiem, Terpentyną. Okazuje się to niemałym wyzwaniem, szczególnie że całą uwagę Piotra zaprząta płeć piękna. Gdy Terpentyna niespodziewanie znika, a ciotka zapowiada wcześniejszy powrót, mężczyzna musi szybko odnaleźć niesfornego czworonoga i sprowadzić go do domu. Wiele wskazuje, że za zniknięciem pieska stoi niedawno poznana artystka.
Czy Piotrowi uda się oprzeć fascynacji śliczną Alicją? I jak odzyskać Terpentynę, która najwyraźniej uparła się przyłożyć do tej miłości... łapę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Copyright © Joanna Szarańska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Wiśniowska

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Elementy graficzne layoutu: © Eva Daneva | shutterstock.com

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Zanna Pesnina | shutterstock.com

Fotografia autorki na skrzydełku: © Agnieszka Ożga-Woźnica 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN978-83-66553-31-6

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim cudownym czworonogom,

które przewinęły się przez nasz dom.

Pokazaliście mi, na czym

polega miłość na cztery łapy!

 

 

Rozdział 1

 

O tym, że nie dla psa kiełbasa, a Ciechocinek dla Pedra

 

 

 

– Kraków się rozpływa, Kraków się topi… – Głos spikera radiowego ociekał euforią, zupełnie jakby trzydziestopięciostopniowe sierpniowe upały były tym, na co populacja stolicy Małopolski czekała z wytęsknieniem i co przywitała entuzjastycznymi oklaskami. Nie ma to jak przykleić się do asfaltu w ten uroczy letni dzień, czyż nie?

Piotr Cielesz (dla przyjaciół, ciotki z Madrytu i kilku ślicznotek – Pedro) wstał z krzesła i z irytacją wcisnął przycisk na odbiorniku, skutecznie tamując paplaninę radiowca. Owszem, dobrze, gdy wakacje były słoneczne i ciepłe. Sam świetnie znosił wysokie temperatury, ale – na litość boską – na złocistej plaży! Na pokładzie żaglówki! Nad brzegiem basenu! A nie wtedy, kiedy tkwił w pozbawionym klimatyzacji sklepie, ze sztywno wyprasowanym kołnierzykiem wrzynającym się w szyję i ostatnią kropelką wody gazowanej w butelce ukrytej pod biurkiem! W butelce, z której już dawno uciekł ostatni bąbelek powietrza!

Pewnie uciekł tam, gdzie jest chłodniej – zakpił w myślach młody mężczyzna i z nadzieją zerknął na ścienny zegar zawieszony nad drzwiami. Odkąd spoglądał nań ostatni raz, upłynęły dokładnie dwie minuty! Dwie minuty! Pedro miał wrażenie, że były to dwie godziny i że w tym czasie wyciekły z niego co najmniej dwa litry potu. Zegar wskazywał piętnastą dwadzieścia siedem, co oznaczało, że musi spędzić w dusznym wnętrzu jeszcze trzydzieści trzy minuty. Trzydzieści jeden, jeśli wyjdzie na ulicę wcześniej i uda, że majstruje przy zaciętym zamku jak przedwczoraj.

Wskazówka w kształcie klamki niemrawo drgnęła. Śledzący ją wzrokiem Pedro mrugnął i parsknął śmiechem. Czego to ludzie nie wymyślą, dziwił się rozbawiony. Zegar, w którym funkcję wskazówek pełnią klamki! A z drugiej strony – co miało się znaleźć na zegarze wiszącym w sklepie z oknami? Ananas? Pomysł z klamkami był oryginalny, choć nie do końca dopracowany, bo kiedy wskazówki spotykały się na tej samej godzinie, ocierały się o siebie z paskudnym zgrzytem, od którego Pedrowi cierpły zęby!

Trzydzieści dwie minuty kieratu. Albo trzydzieści.

Za to potem...

Myśli młodego mężczyzny natychmiast poszybowały w kierunku ocienionego gęstym bluszczem stolika i stojącego na nim kufla wypełnionego po brzegi ulubionym piwem. Wizja lodowatej kropli spływającej po schłodzonej ściance naczynia sprawiła, że Pedro uśmiechnął się szeroko. Był piątek, rozpoczynał się ostatni weekend wakacji! Za parę godzin kluby w całym mieście wypełni tłum spragniony rozrywek i Kraków zacznie się bawić. Na samą myśl mężczyzna poczuł, jak krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć. Wprost nie mógł doczekać się chwili, gdy zamknie sklep i pobiegnie na umówione spotkanie z przyjaciółmi!

Nie widzieli się od kilku tygodni. Najwyższa pora usiąść przy jednym stoliku, zamówić piwo i podzielić się wrażeniami z mijającego lata. Koledzy z pewnością mają co opowiadać: jeden planował wakacje w Barcelonie, drugi rozpoczynał pracę w firmie ojca, co wiązało się z podróżami po całej Europie i negocjowaniem kontraktów dla rodzinnej fabryki mebli hotelowych, trzeci wakacyjne weekendy planował poświęcić na tatrzańskie wojaże.

Pedro pomyślał stropiony, że nie będzie w stanie dorównać kolegom. Owszem, jego lato obfitowało w przeróżne emocjonujące wydarzenia, rzecz w tym, że nie bardzo miał ochotę się nimi chwalić.

Problemy Pedra zaczęły się, gdy właściciel mieszkania, które wynajmował do spółki z dwoma znajomymi, zapowiedział, że nie jest zainteresowany przedłużeniem umowy, i zostawił najemcom miesiąc na znalezienie nowego lokum oraz wyprowadzkę. Wkrótce potem jeden ze współlokatorów postanowił wrócić do rodzinnego miasteczka, a drugi zaczął przebąkiwać, że zmiana mieszkania jest świetną okazją, by w końcu zamieszkać z narzeczoną. Pedro nie był głupi i dobrze wiedział, że w miłosnym gniazdku jest miejsce tylko dla jednego męskiego ptaszka. Wniosek nasuwał się jeden: lada moment zostanie na lodzie. Dlatego postanowił na własną rękę poszukać nowego kąta.

Początkowo nie przejął się tym specjalnie. Miał dobrze płatną pracę w agencji reklamowej, grono zaufanych kumpli, którzy od wielkiej biedy byliby skłonni poratować go skrawkiem koca i kanapy z IKEA, a w ostateczności także ciotkę z pięciopokojowym mieszkaniem w centrum miasta.

Ciotka – zwana w rodzinie Cioteczką z Kotem – była ciut zbzikowaną panią po sześćdziesiątce. Nosiła staromodne bluzki z żabotem, plisowane spódnice do kostek i śmieszne kapelusiki z piórkiem. Przy każdym spotkaniu łapała Pedra za policzki, krzycząc: „Piotruś Królik!”, a do tego zionęła mieszanką egzotycznych przypraw. Mimo wszystko naprawdę ją lubił. A lokum miała po prostu fantastyczne! Wysokie sufity, błyszczące parkiety, mnóstwo luster w ponurych, dębowych ramach. Typowe mieszkanie w starej, dobrej krakowskiej kamienicy, przynajmniej tak wyobrażał to sobie Pedro.

Naturalnie zamieszkanie pod dachem krewnej młody Cielesz traktował jak ostatnią deskę ratunku. Wcześniej zamierzał poszukać czegoś na własną rękę, jednak zajęty zobowiązaniami zawodowymi i towarzyskimi po prostu nie znalazł na to czasu. Później wyszło na jaw, że śliczna studentka, z którą rozstał się na początku lata z zapewnieniem, że zawsze i po wsze czasy pozostaną przyjaciółmi, jest córką najlepszego klienta agencji. Nagle zawodowe kompetencje oraz wrodzony urok Pedra okazały się niczym w porównaniu z firmowymi koligacjami i mężczyzna z hukiem wylądowałna bruku.

Jakby mało było kłopotów, tego samego wieczoru odkrył, że na jego konto bankowe włamali się hakerzy i zabrali mu wszystkie oszczędności! Całe pięć tysięcy złotych! No, może nie do końca całe, bo Pedrowi zdarzyło się raz, drugi czy siódmy uszczknąć stówkę na bieżące wydatki.

W końcu dotarło do niego, że znalazł się w nielichych tarapatach!

Desperacko poszukiwał nowej posady i pokoju do wynajęcia, ale trwał sezon ogórkowy. Nikt nie wykazał chęci zatrudnienia go choćby do parzenia kawy. Czas także nie był jego sprzymierzeńcem. Właściciel mieszkania znacząco postukiwał w tarczę wielkiego zegarka, a banknoty znikały z portfela w zatrważającym tempie. Nie widząc innego wyjścia, pewnego parnego lipcowego wieczoru zgnębiony Pedro stanął w progu mieszkania ciotki. Wstydliwie popychając przed sobą dwie wypełnione do granic możliwości sportowe torby, wymamrotał, że potrzebuje pomocy.

Na szczęście Cioteczka z Kotem okazała zrozumienie. Najpierw odstawiła swój stały numer z Piotrusiem Królikiem, potem chwyciła go w objęcia i mocno wyściskała, a na koniec złapała torby bratanka, zadyndała nimi w powietrzu, jakby ważyły tyle co piórko, zamachnęła się i wrzuciła je za drzwi jakiegoś pokoju. Wysłuchała opowieści o wymówionym mieszkaniu, utraconej posadzie (Pedro pominął część dotyczącą córki kontrahenta, bo coś mu podpowiedziało, że Cioteczce nie przypadłaby ona do gustu) i skradzionych oszczędnościach. Najpierw się zasępiła, potem rozpromieniła, a na koniec oświadczyła, że prawdopodobnie może mu pomóc.

Pozwoliła Pedrowi zająć jeden z niezamieszkanych pokoi. Nakarmiła go gęstą paćką, którą nazwała wegańskim gulaszem z bakłażana, napoiła jaśminową herbatą i łyżką tranu. Sama również siorbnęła porcję oleistej mazi, beknęła dyskretnie w obszytą koronką chusteczkę i oświadczyła:

– Rozwiązaniem twoich problemów, kochany Piotrusiu, jest Ciechocinek.

Pedro zbaraniał. Jaki Ciechocinek? Czy ta ciotka oszalała? Przecież on mieszkał w Krakowie, dlaczego miałby go interesować jakiś tam Ciechocinek? I gdzie to właściwie jest? Mężczyzna gorączkowo próbował sobie przypomnieć, co wie na temat uzdrowiska. Nagle go olśniło i z wrażenia zadławił się resztką herbaty. Przypomniał sobie opowieść jednego z kumpli, który zbulwersowany opowiadał, jak to jego sędziwa babcia przywiozła z Ciechocinka męża. O zgrozo, młodszego o trzydzieści lat! Lowelasa, który za pieniądze…

Pedrem wstrząsnął dreszcz. Ciotka najwyraźniej chciała, żeby on… żeby…

Zaśmiał się nerwowo.

– Nie, nie, ciocia mnie źle zrozumiała. Mnie takie zabawy nie interesują! – Zamachał nerwowo rękami.

Starsza pani zdawała się go nie słyszeć. Zamyślona skubała dolną wargę i mamrotała pod nosem:

– Dwa tygodnie. Dwa tygodnie. Tyle ci wystarczy, Piotrusiu, żebyś stanął na nogi!

– Ale czy ciocia mnie słyszy? – Pedro pochylił się i utkwił rozognione spojrzenie w twarzy krewnej. – Mnie interesuje tylko uczciwa praca! Tymi, o tu, rękami, chcę zarabiać na chleb! – Zademonstrował opalone ramiona. – Rękami, a nie tym, no… wie, ciocia.

– Wiem, wiem… – Ciotka machnęła dłonią. – Ja rozumiem, że nie jest to szczyt twoich marzeń, ale sam przyznasz, że nie masz innego wyjścia. Chyba że wrócisz do ojca… – znacząco zawiesiła głos.

– Nie, nie, za żadne skarby świata! – Pedro natychmiast się przeraził. – Przecież ciocia wie, jak ojciec lubi się chełpić, gdy wyjdzie na jego. I jak mi truł, że z tej reklamy to chleba nie będzie i żebym się przyzwoitej pracy trzymał. Nie mogę zwrócić się do ojca, nie ma mowy! Musi być inne wyjście!

Cioteczka rozłożyła dłonie w geście bezradności.

– No to, mój kochany, albo wóz, albo przewóz! Decyduj, czy przyjmujesz propozycję starej ciotki, czy wracasz na garnuszek tatusia!

– Też mi ciocia propozycję złożyła! – Pedro obruszył się. – Ciechocinek, niech to szlag!

– Wyrażaj się, Piotrusiu! – Cioteczka pogroziła palcem z cierpkim uśmiechem. – Nie lubię i nie akceptuję takiego słownictwa w moim domu. A do Ciechocinka jadę ja. Ty w tym czasie miałbyś zaopiekować się mieszkaniem...

Pedro zastrzygł uszami.

– Zaopiekować się mieszkaniem? – powtórzył podniecony.

– Tak. Podlewać kwiaty, wyjmować ze skrzynki pocztę, zmywać gołębie gówienka z parapetów. Takie rzeczy. – Krewna wyliczała na palcach obowiązki, które musiałby wykonywać. – I oczywiście…

Pedro bezceremonialnie wszedł jej w słowo.

– Zgadzam się! – wykrzyknął.

Starsza pani uśmiechnęła się promiennie, wygodniej rozsiadła w fotelu i z zadowoloną miną sięgnęła po powieść odłożoną na pobliski stolik. Otworzyła ją w miejscu zaznaczonym zakładką i poprawiła na nosie okulary w cienkich, srebrnych oprawkach.

– Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia – wymruczała, pochylając głowę nad książką.

Pedro również się ucieszył. Dzięki propozycji Cioteczki z Kotem zyskał cenny czas. Nie musiał się pałętać po kanapach i amerykankach w ciasnych mieszkankach przyjaciół. Przez okres dwóch tygodni bombowe mieszkanie krewnej miał wyłącznie do swojej dyspozycji, a podlewanie przerośniętych pelargonii, segregowanie poczty i skrobanie przyschniętych ptasich odchodów nie było wygórowaną ceną za ten luksus! Do tego Pedro liczył, że czternaście dni rzeczywiście wystarczy, by odbić się od dna, znaleźć źródło dochodu i na spokojnie rozejrzeć się za własnym lokum.

Jak się okazało, również w kwestii zdobycia posady Cioteczka zamierzała mu pomóc...

– Ty nie masz pracy, a mój znajomy nie ma pracownika. Idealnie! – zaszczebiotała następnego dnia przy śniadaniu.

– Co to za znajomy? – zapytał nieufnie.

– A czy to ważne? – Ciotka posłała mu karcące spojrzenie. – Już ci mówiłam, że w tej sytuacji nie możesz wybrzydzać! Powiedz mi lepiej, Piotrusiu, czym ty się tam w tej reklamie zajmowałeś?

– Byłem odpowiedzialny za obsługę klientów i…

Cioteczka z Kotem prawie podskoczyła w miejscu z radości.

– Świetnie! – Klasnęła w dłonie. – Sprzedawałeś reklamy, a teraz będziesz sprzedawał okna!

– Co?! – Oczy Pedra zrobiły się okrągłe jak guziki. Chciał zaprotestować, powiedzieć, że o oknach wie tylko tyle, że się je otwiera i zamyka, ale Cioteczka z Kotem nie pozwoliła mu dojść do słowa.

Zabrała mu sprzed nosa talerz z niedojedzoną kanapką, do ręki wcisnęła telefon z wybranym numerem, po czym poleciła zadzwonić do przyszłego pracodawcy i ustalić szczegóły związane z nowym etatem. Co w sumie okazało się zupełnie niepotrzebne, ponieważ wcześniej ustaliła je ze swoim znajomym sama...

Tym oto sposobem Pedro za jednym zamachem zyskał dach nad głową, posadę i długą listę nowych obowiązków. Zastanawiał się, co powiedzieć przyjaciołom, gdy zapytają, jak upłynęły mu wakacje. Pomyślał o białych kleksach znaczących kuchenny parapet Cioteczki z Kotem i parsknął śmiechem. Wyobraził sobie, jak upija łyk piwa i rzuca nonszalancko:

– Jak upłynęły wakacje? Cóż, stary, było trochę przesrane…

 

 

Rozdział 2

 

O tym, że rozmiar ma znaczenie, w sypialni to już to w ogóle!

 

 

 

Pedro zerknął na zegar po raz kolejny i przekonał się, że musi spędzić w sklepie jeszcze dwadzieścia trzy minuty.

Wszechobecne upały miały też swoje plusy. Krakowianom nie chciało się wychodzić na rozgrzane słońcem ulice. Nie myśleli o kupnie i wymianie okien, już raczej o zasłonięciu tych posiadanych dobrymi roletami lub postawieniu na parapecie wiatraka! Od dwóch godzin do sklepu nie zajrzał ani jeden klient i znudzony Pedro pomyślał, że prawdopodobnie żaden już się nie pojawi. Równie dobrze mógłby nie czekać do szesnastej, już teraz wyłączyć komputer i zamknąć interes.

Ledwie to pomyślał, gdy cicho brzdęknął dzwonek zawieszony nad drzwiami, a do sklepu wpadł gorący podmuch powietrza z ulicy.

Zirytowany Pedro podniósł głowę znad klawiatury, chcąc prosić niezdecydowanego klienta, by z łaski swojej zamknął drzwi. Już mniejsza o to, czy po tej, czy po tamtej stronie. Otworzył już usta, ale natychmiast zawarł je z cichym kłapnięciem, z osłupieniem wpatrując się w zjawisko stojące w progu.

Kobieta miała około trzydziestu lat, burzę włosów w kolorze piasku i nogi sięgające sufitu. I to nie sufitu w sklepie z oknami, ale właśnie sufituuuu w starej kamienicy albo mieszkania z wysoką antresolą. Pedro nieznacznie wychylił się zza biurka i z uznaniem zlustrował przybyłą od stóp (odzianych w klapeczki z futerkiem) do głów. Po drodze zarejestrował małą bliznę na lewym kolanie, lekką, kwiecistą sukienkę oraz głęboki dekolt wypełniony apetycznymi krągłościami.

Zajęty przeprowadzaniem obserwacji Pedro o mało nie przeoczyłby, że nieznajoma skierowała na niego oczy ocienione wachlarzem nienaturalnie gęstych i długich rzęs oraz całą swoją uwagę. Rozciągnęła usta w szerokim, pociągniętym jasnoróżową szminką uśmiechu.

– Przepraszam, czy to sklep z oknami?

Nie, specjalizujemy się w dezinstalacji zużytych rzepek kolanowych – miał ochotę palnąć. Jednak zamiast tego rozpłynął się w czarujących uśmiechach i zapewnił, że owszem. To właśnie taki sklep. Z oknami. O, piękna pani, sprzedajemy okna. Montujemy okna. Doradzamy przy wyborze okien. Robimy wszystko, co tylko przy oknach robić można. Poza myciem. Choć gdyby czasem… jestem do usług. Całkiem nieźle macham ściereczką… i mam długi drążek, sięgnę, gdzie trzeba.

Śmiech jasnowłosej brzmiał jak srebrny dzwoneczek. Pedro pomyślał, że mógłby go słuchać godzinami.

– Jest pan taki zabawny! Uwielbiam sprzedawców, którzy starają się wejść w interakcję z klientem! – zawołała, podchodząc do biurka. Pedro wcisnął dwa palce pod kołnierzyk koszuli i poluzował guzik. Już wcześniej było mu gorąco, ale teraz w sklepie zrobiło się wprost niemożliwie duszno!

– Interakcja to moja specjalność – zapewnił, a klientka ponownie zaniosła się śmiechem.

– Potrzebuję okna do sypialni. – Nieznacznie pochyliła się nad biurkiem, wykładając przed Pedrem sprawę, z którą przyszła, a przy okazji także zawartość głębokiego dekoltu. Sprzedawca głośno przełknął ślinę.

– Z przyjemnością poznam wymiary – rzucił zduszonym głosem, nie spuszczając wzroku z zagłębienia między piersiami blondynki.

– Słucham? – Zaćwierkało mu w uszach.

Pedro gwałtownie potrząsnął głową, aby się otrzeźwić. Tego dnia nie sprzedał żadnego okna, a przecież jego pensja w znacznym stopniu bazowała na prowizji. Pora skoncentrować się na pracy. Choć po prawdzie, będzie to bardzo trudne, bo owszem, myślał o obrotach, rzecz w tym, że nie o obrotachsklepu...

– Wymiary okna – uściślił z czarującym uśmiechem i sięgnął po blok karteczek samoprzylepnych.

Blondynka posmutniała.

– Z tym będzie problem. Nie znam wymiarów. Czy to takie ważne? Centymetr w tę – przesunęła palcem po blacie biurka w lewo, a Pedro śledził ten ruch z zapartym tchem – czy w tę?

– Tak – potwierdził skwapliwie. – Rozmiar ma duże znaczenie. Znaczy wymiar. Okna.

– No to klops! – Potencjalna klientka wyglądała na zmartwioną.

– Nie zmierzyła pani okna? – Zdziwił się.

– Nie. – Potrząsnęła głową, opadając na krzesło stojące przed biurkiem Pedra. – Tak naprawdę w ogóle nie myślałam o wymianie okna. Wyskoczyłam z domu tylko na chwilę, po makaron. Przechodziłam przypadkiem, zobaczyłam szyld nad wejściem do sklepu i… pana za biurkiem. I nagle mnie olśniło! – Wyrzuciła w powietrze dłoń zakończoną bardzo ładnym francuskim manikiurem. Pedro uwielbiał u kobiet długie, pomalowane paznokcie. O ile nie przyklejały do nich kamyczków, kawałków futerka i piórek! – Muszę wymienić okno w sypialni!

– Bardzo lubimy takie podejście klientów. – Pedro wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Starał się przy tym patrzeć blondynce w oczy, ewentualnie spoglądać na czubek jej zadartego nosa czy na wydatny podbródek. Wszystko, byle trzymać się z dala od niższych pięter! – Które to piętro? – wyrwało mu się. Blondynka zmarszczyła brwi, jakby nie zrozumiała pytania, a Pedro w duchu palnął się w głowę. – To znaczy, chciałem zapytać, jakie to okno?

– Musi być stylowe!

– Stylowe, tak? – Pedro z zakłopotaniem podrapał się po brodzie. – Otwierane do środka? Na zewnątrz? Ile kwater? Jaki kolor? – zarzucał klientkę pytaniami. – Ile szyb?

– Och, to chyba zbyt skomplikowane, by tak od razu zadecydować. Będę musiała skonsultować to z… – urwała gwałtownie i opromieniła sprzedawcę szerokim uśmiechem. – Macie chyba jakieś ulotki? Foldery z tymi wszystkimi modelami i szczegółami technicznymi?

– Chyba mamy. – Pedro tak gwałtownie szarpnął szufladę, że ta o mało nie wyskoczyła mu na kolana. Podał klientce plik katalogów. Przy okazji niechcący musnął palcami jej dłoń i poczuł kolejne uderzenie gorąca. Szybko odwrócił wzrok, przy okazji zahaczając nim o zegar wiszący na ścianie. Minęła szesnasta, a to oznaczało, że w końcu mógł zamknąć sklep i pobiec na spotkanie z kumplami. Spojrzał na siedzącą przed biurkiem blondynkę. Założyła nogę na nogę, eksponując ich długość i opaleniznę, i pobieżnie przeglądała podane katalogi. – Może ma pani jeszcze jakieś pytania?

– Na razie nie. – Potrząsnęła głową. Uderzyła stosem folderów o kolana, aby uformować je w równy stosik i podniosła się z krzesła. – Ale… mógłby mi pan dać wizytówkę… na wypadek gdybym jakieś miała.

– Hmmm, tak. – Stropiony Pedro omiótł spojrzeniem blat biurka. Naturalnie nie miał własnych wizytówek, bo i skąd? Rozpoczął pracę zaledwie siedem dni temu, a za kolejny tydzień pewnie zakończy karierę w sklepie z oknami. Niepewnym spojrzeniem obrzucił plik małych karteczek i pieczątkę, na której widniał telefon sklepu. – Obawiam się, że… – zaczął mówić, sięgając po bloczek, ale dziewczyna powstrzymała go gestem.

– Wolałabym prywatny numer. Na wypadek, gdybym dzwoniła po godzinach otwarcia sklepu albo… widzi pan, jeśli się zdecyduję kupić tutaj okno do sypialni i wybiorę konkretny model, trzeba będzie przyjechać i to wszystko pomierzyć, bo ja… – Beztrosko wzruszyła ramionami i zatrzepotała rzęsami. Kąciki ust Pedra uniosły się w triumfalnym uśmiechu. Na myśl o wymiarach blondynki, tfu, okna w sypialni blondynki, poczuł radosne podekscytowanie. Jego ręka sama powędrowała w kierunku bloczku, a następnie wypisała ciąg cyfr.

– Świetnie! – Blondynka wyraźnie się ucieszyła, zaciskając palce na podanym karteluszku. – Dziękuję!

– Nie ma za co. – Pedro błysnął zębami w uśmiechu. – Kompleksowa obsługa klienta jest wizytówką naszej firmy.

 

 

Rozdział 3

 

O tym, że nie każda praca popłaca, a randkowanie jest przereklamowane

 

 

 

W chwili, gdy rozanielony Pedro kreślił na żółtym bloczku 7 na 7 centymetrów swój numer telefonu i wręczał go równie rozanielonej klientce, zapewniając o kompleksowości swoich usług, w barze Kulawy Bocian pewna młoda, ognistowłosa piękność wraz ze słodkim cappuccino przełykała gorycz zawodowej porażki.

Alicja Miłoszewska (oczywiście niespokrewniona z tym pisarzem Miłoszewskim) ukończyła studia na Wydziale Form Przemysłowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, ale ponad pracę w pracowni projektowej przedłożyła to, o czym marzyła od dawna. Projektowanie biżuterii i modnych dodatków do stroju. Alicja uwielbiała siadać za stołem, rozkładać przed sobą szkatułki, pudełka i puzderka z półproduktami, a następnie łączyć pozornie niepasujące do siebie elementy w harmonijną całość. Chętnie czerpała inspirację z otoczenia i wykorzystywała przy tworzeniu swoich małych dzieł surowce wtórne. Zawleczki od puszki połączone z fiołkowym ametystem tworzyły oryginalną bransoletkę, znaleziony w szufladzie zmechacony kawałek filcu miał szansę stać się zjawiskowym naszyjnikiem, a koronka odpruta ze starej halki babci Trudzi przybierała postać fantazyjnej kokardy na opasce do włosów. Im więcej zaangażowania i energii kosztowało Alę stworzenie nowego projektu, tym była szczęśliwsza!

Od wczesnego dzieciństwa Alicja słyszała o swoich rozlicznych talentach. Jeśli tylko zechce, świat legnie u jej stóp – mawiali rodzice. Wydawać by się mogło, że przy takiej motywacji wyrośnie z niej kobieta pewna siebie, świadoma własnej wartości i ukierunkowana na sukces, jednak – nie wiedzieć czemu – w przypadku Alicji dało to efekt odwrotny od zamierzonego. W jej mniemaniu świat miał wobec niej wysokie oczekiwania, dlatego ciągle obawiała się, że nie podoła czyhającym na każdym kroku wyzwaniom. Dopiero dopingowana przez najbliższe przyjaciółki, Brendę i Nadię, zdecydowała się zaprezentować swoje cudeńka szerszemu gronuodbiorców.

Niestety nie wszystko poszło po jej myśli.

A raczej wszystko poszło zupełnie inaczej. Mężczyzna siedzący naprzeciwko niej za barowym stolikiem z grobową miną wpatrywał się w rozłożone na blacie torebki. W końcu uniósł wzrok i utkwił go w twarzy pobladłej Ali.

– Pani żartuje, prawda? – wycedził.

– Nie rozumiem…

– Chce pani, żebym sprzedawał w swoim butiku torebki wykonane ze… śmieci? – Skrzywił się z niesmakiem. – Z odpadków?

– To materiały z odzysku – próbowała sprostować Alicja, ale mężczyzna gwałtownie pokręcił głową i kontynuował tyradę.

– To śmieci! – Oburzony uderzył dłonią w blat stolika, aż stojąca na nim maleńka filiżanka z espresso podskoczyła. Potem podniósł torebkę do nosa i mocno nim pociągnął. Ala wstrzymała oddech. – Co następne? Korale z obierków po ziemniakach? Z pestek jabłek? I pani chce to sprzedawać w moim ekskluzywnym butiku? Obok tych wszystkich pięknych kreacji?

Ala zacisnęła zęby. Cisnęło jej się na usta, że ekskluzywny butik to w rzeczywistości marna klitka w pawilonie handlowym, a „te piękne kreacje” to nic innego jak zwykłe sukienki wieczorowe, odbite od jednej kalki w różnych kolorach i sprzedawane na wszystkich bazarach odzieżowych tego kraju! Nie było w nich nic wyjątkowego, oryginalnego. Przypłynęły w wielkim kontenerowcu zza siedmiu mórz, by na miejscu ktoś rozprasował ich metkę „Made in China” i powiesił na manekinie w oknie wystawy. Ona tymczasem tworzyła przedmioty unikatowe, jedyne w swoim rodzaju, po prostu… z duszą.

Ze smutkiem patrzyła, jak mężczyzna wstaje od stolika. Miała wielką ochotę posłać go do stu diabłów, ale… brakowało jej odwagi. I pieniędzy. Przede wszystkim pieniędzy. Dlatego westchnęła i szepnęła prosząco:

– Niech pan się jeszcze zastanowi! Ekoubrania i dodatki zyskują na popularności, to się będzie sprzedawać.

– Panienko. – Mężczyzna popatrzył na nią z góry i pokiwał głową z politowaniem. – Ja dwadzieścia sześć lat w handlu siedzę. Proszę mi nie mówić, co się sprzedaje, a co nie. Ludzie mogą się podniecać tą ekokulturą – wykrzywił się z ironią – ale jak przyjdzie co do czego, idą i kupują nowe! Pachnące świeżością, a nie… tym… workiem po marchewce czy innej zieleninie!

– Potrzebuję tych zleceń… – szepnęła Alicja, bardziej do siebie niż do niedoszłego kontrahenta.

Ten jednak pokiwał z zapałem głową i pochylił się nad stolikiem, opierając o blat potężne dłonie.

– Coś pani poradzę. – Westchnął. – Lepiej za uczciwą pracę się wziąć, a nie myśleć o takich fiubździułkach. Ma pani ładną buźkę, zapraszam do mnie. Znajdzie się miejsce w którymś butiku na Tomexie…

– Dziękuję, nie jestem zainteresowana – odparła sucho Alicja.

Reprezentant świata mody wyprostował się z głośnym westchnieniem.

– Cóż, proponowałem… żegnam. – I wyszedł, rzucając jeszcze przez ramię, że gdyby czasem zmieniła zdanie, wie, gdzie go szukać. Zniechęcona Alicja pomyślała, że prędzej zetrze zęby, obgryzając z głodu jabłonie rosnące w przydomowym ogrodzie, niż przyjmie ofertę pracy od tego zadufanego w sobie bubka. Czule pogładziła rozłożone na blacie torebki.

– Jak poszło? – Niziutka, ciemnowłosa dziewczyna niespodziewanie zmaterializowała się na miejscu naprzeciwko Alicji.

Brenda przypominała elfa, miała lekko odstające, szpiczaste uszy, ciemne oczy w kształcie migdałów i zabójcze kości policzkowe, których zazdrościły jej wszystkie koleżanki. Z tym delikatnym, eterycznym wyglądem silnie kontrastował jej mocny, niski głos. Klientela Kulawego Bociana dobrze wiedziała, że z maleńką barmanką nie ma przelewek! Jeśli jakiś bywalec przesadził z kuflami złocistego trunku albo pozwalał sobie na zbytnią swobodę towarzyską i usiłował połączyć swoją dłoń z pośladkami obsługującej go dziewczyny, potrafiła tak huknąć, aż promile ulatywały uszami! Alicja nie mogła się nadziwić, że tak czarująca i ciepła osoba jak Brenda potrafi przeobrazić się w ryczącą bestię!

– Jak zawsze. – Westchnęła smutno. – Święte oburzenie, jak mogę proponować ludziom śmieci i to za takie pieniądze. Według pana Gruszczaka powinnam dopłacać, aby klienci zechcieli choć rzucić okiem na moje wyroby. Plus odpalić mu coś ekstra za to, że jego piękne kreacje będą wisieć w sąsiedztwie odpadków! – Zdenerwowała się.

Spojrzenie Brendy ociekało współczuciem. Wiedziała, jak wiele znaczy dla Ali jej mała ekosztuka. Ile serca i zaangażowania wkłada w wykonanie każdego przedmiotu! Alicja zauważyła troskę w oczach przyjaciółki i zmusiła się do uśmiechu.

– Ten przynajmniej nie próbował się ze mną umawiać! – rzuciła żartobliwie i obie zaniosły się śmiechem na wspomnienie pewnego męża, który najpierw zamówił u Alicji komplet biżuterii dla żony, a potem próbował zaprosić ją na randkę. Brenda szybko spoważniała.

– A może to jest sposób?

– Co? Mam dorzucać gratis do torebki swoje towarzystwo? – prychnęła Ala.

– Nie, oczywiście, że nie! Ale może powinnaś troszeczkę wyluzować i się… zabawić? Umówić z kimś na piwo albo kawę?

– Umawiam się z tobą – przypomniała Alicja.

– Z kimś kto korzysta z męskiej ubikacji?

– Babcia Trudzia korzysta z męskiej ubikacji. Mówi, że męskie są czystsze i nie ma w nich kolejek.

– Nie obracaj mi tu kota ogonem, bo dobrze wiesz, że nie o tym mówię! Powinnaś chadzać na randki, a ty…

– Tkwię w wieży jak samotna księżniczka, obkładam się szpulkami sznurka i starymi workami? A wieczorami czytuję angielską klasykę odziana we flanelową koszulę do kostek i ogrzewam zgrabiałe dłonie ostatnim ogarkiem świeczki? – podrzuciła usłużnie Alicja.

– Jesteś niemożliwa! – Brenda wybuchła śmiechem. – Ja tu do ciebie serio…

– Ja też serio, moja ulubiona cynamonowa świeczka to już niemal wspomnienie...

– Kupię ci dziesięć cynamonowych świeczek, tylko błagam, odpuść sobie trochę.

– Nie mogę. – Alicja potrząsnęła głową. – Potrzebuję pieniędzy. Wiesz, jak rodzice skwitowali fakt, że zrezygnowałam z pracy w firmie projektowej na rzecz własnej działalności? Wiesz, jak określili to, co robię? Uwierz mi, fiubździułki tego faceta to przy tym superekstrafantastyczny komplement!

– Wiem… – mruknęła Brenda, która nieraz słyszała przykre komentarze rodziców przyjaciółki i w takich momentach marzyła, by złapać ich głowy, wcisnąć do beczki z deszczówką i przytrzymać minutę albo dziesięć. Ojciec Alicji prowadził własną firmę spedycyjną, a matka pracowała w urzędzie marszałkowskim. Oboje byli zgodni co do tego, że Alicja jest uzdolniona, odniesie w projektowaniu wielki sukces i kiedyś otworzy własną pracownię. Musiała jednak zdobyć niezbędne doświadczenie, szlifować umiejętności i poznawać rynek, a w tym miała pomóc jej praca w firmie projektowej. Dziewczyna powinna całować po rękach jej właściciela i dziękować za daną szansę, a tymczasem ona oświadczyła, że w sztywnych ramach godzin zatrudnienia i narzuconych projektów się dusi! Złożyła wypowiedzenie i wymyśliła sobie to całe projektowanie biżuterii i ozdóbekhandmade! No widział kto kiedy takie dziwy! Oliwy do ognia dolewała babcia Trudzia, która z rozkoszną nonszalancją radziła, by Alicja rzuciła wszystko w diabły i… znalazła sobie męża!

– Mam trochę zamówień – tłumaczyła Alicja – Ale liczyłam na to, że znajdę stałego odbiorcę. Wiesz, kogoś, kto ładnie mi te torebki wyeksponuje w sklepie, pokaże, jak fajnie można je połączyć z letnią sukienką albo ciepłym, jesiennym swetrem… – Westchnęła rozmarzona.

Obok stolika, przy którym siedziały dziewczyny, zatrzymał się właściciel lokalu. Bolesław Bocian był krępym brunetem z trzema podbródkami i charakterystycznym wąsikiem pod nosem. Wąsik wyglądał jak przyklejony i Alicja za każdym razem po prostu nie mogła od niego oderwać wzroku. Mężczyzna obrzucił przyjaciółki zatroskanym spojrzeniem i odchrząknął zakłopotany.

– Wszystko w porządku?

– Kontrahent Ali okazał się bucyfonem – rzuciła tonem wyjaśnienia Brenda.

Bocian pokiwał głową.

– Połowa moich kontrahentów okazuje się bucyfonami. Żeby gorzej nie powiedzieć. Co zrobił?

– Nie chciał jej torebek. Powiedział, że są zrobione z odpadków! – Barmanka najwyraźniej nie zamierzała dopuścić przyjaciółki do głosu. Ala zgromiła ją karcącym spojrzeniem. Właściciel lokalu z pewnością miał własne problemy i nie chciał wysłuchiwać cudzych żali. Regularnie co miesiąc zapowiadał, że zamyka bar, bo ten nie przynosi żadnych dochodów, przez co do niego dopłaca. Oczywiście nigdy nie spełniał swoich gróźb. Tajemnicą poliszynela było, że Kulawy Bocian jest oczkiem w głowie Bolesława. – A Alicja musi sprzedać wiele torebek! – tłumaczyła zaaferowana Brenda.

Bocian przeniósł spojrzenie niebieskich oczu na Alicję i skinął ze smutkiem głową.

– Przykro mi. Chętnie bym jedną kupił, ale nie noszę torebek.

– Możesz kupić dla żony – podsunęła usłużnie pracownica.

– Dla której? – Mężczyzna splótł grube ramiona nad wydatnym brzuchem i obrzucił Brendę kpiącym spojrzeniem. – Złotko. Mam cztery byłe żony. Na dodatek są psiapsiółeczkami. Jeśli jednej z nich kupię tę superdizajnerską torebeczkę, trzy pozostałe dowiedzą się o tym w trzy sekundy i gdy wrócę do domu, znajdę na wycieraczce psią kupę! Zapakowaną w celofan, opatrzoną karteczką z napisem: smacznego!

– Mogą nosić na zmianę. Tydzień jedna, potem… – deliberowała Brenda.

Alicja weszła jej w słowo:

– Dziękuję, nie trzeba. Jakoś sobie poradzę. – Uśmiechnęła się do Bociana przyjaźnie. Bardzo lubiła szefa Brendy. Nie kręcił nosem, gdy przesiadywała godzinami w Kulawym Bocianie i nigdy nie pozwalał jej płacić za kawę. Poza tym często dopytywał, co słychać, jak się ma i nad czym pracuje. W jego wzroku widziała, że naprawdę go interesuje, co usłyszy. – Na pewno wkrótce znajdę jakiegoś odbiorcę, a wtedy mój mały start-up złapie wiatr w żagle!

– Mógłbyś zaoferować Ali pracę! – palnęła Brenda, patrząc wyczekująco na Bociana.

Właściciel lokalu pokiwał głową z politowaniem.

– I co by tu robiła? Plotła warkocze z czosnku na zapleczu? – zapytał, po czym przeniósł spojrzenie na zawstydzoną Alicję i zacmokał. – Nie obraź się, złotko, ale ty się do takiej roboty nie nadajesz! Tu trzeba mieć, za przeproszeniem, mordę, żeby to całe towarzystwo w pionie utrzymać! Poza tym – mrugnął do Brendy porozumiewawczo – gdybym zatrudnił Alicję, musiałbym zwolnić ciebie… Dobra, wy tu sobie gadu-gadu, a ktoś musi stać za barem. Wychodzi na to, że padło na mnie – skwitował i odszedł.

Alicja odprowadziła mężczyznę wzrokiem i pokręciła głową z uśmiechem.

– Uwielbiam twojego szefa…

– Dobra, dobra, jest w porządku, ale ty mi tu szefami oczu nie mydl, tylko gadaj. – Brenda zniecierpliwiła się. – Co z tą randką, hmmm?

– Jaką randką? – Zdumiona Ala wybałuszyła oczy. – Ja na to nie mam czasu! Poza tym randki są przereklamowane…

– Przereklamowane? Ty chyba siebie nie słyszysz! Hello! Księżniczko Alicjo z samotnej wieży herbu flanelowa koszula po babci Trudzi! Nakazuję ci znaleźć sobie randkę!

– Tak? – Ala splotła ramiona na piersi. – Mam pójść pod kasztanowiec w Parku Jordana i pogrzebać stopą między liśćmi?

– Cóż, jeśli właśnie w ten sposób chcesz to załatwić, nie będę oponować, ale może łatwiej byłoby rozejrzeć się wśród znajomych, przyjaciół?

– Żartujesz sobie ze mnie? – Alicja zaniosła się śmiechem. – Może od razu wrzucę ogłoszenie na profilu facebookowym? Uprasza się o uwagę. Poszukuję randki. Zainteresowani proszeni są o kulturalne ustawienie się przed drzwiami. Wybranych wskażę palcem. Boże!!! – Ukryła twarz w dłoniach. – Nie uważasz, że gdyby ktoś spośród moich znajomych miał ochotę na wspólne randkowanie, już dawno by to zaproponował?

– Masz rację. – Brenda przygryzła wargę. – W takim razie JA rozejrzę się wśród moich znajomych i…

– O Boże! Nie…

– …zaaranżuję dla ciebie randkę w ciemno!

– Nie chcę!

– Ależ chcesz! – upierała się Brenda. – Tylko po prostu o tym jeszcze nie wiesz! A randkowanie wcale nie jest przereklamowane! Jest fantastyczne! Ale ty o tym zapomniałaś, bo twoja ostatnia randka pokryła się z czasem debiutu Justina Biebera. Albo nawet Timberlake’a!

– Bez przesady!

– Zapomniałaś, ale wkrótce sobie przypomnisz...

– Proszę cię…

– Nie, to ja cię proszę. Alutku! Wykrzyw buzię. Nie, nie tak. Kąciki ust mają pójść w górę! Uśmiechnij się, na litość boską! – Brenda ruchem brody wskazała wesołe towarzystwo przy stoliku w głębi. – Tylko spójrz. Świat jest pełen przystojniaków. Zabaw się od czasu do czasu…

Alicja obrzuciła niechętnym spojrzeniem grupę młodych mężczyzn przy wskazanym stoliku. Jak na jej gust byli zdecydowanie zbyt głośni, zbyt roześmiani, zbyt… właściwie wszystko zbyt! Jej myśli najwyraźniej znalazły odbicie w wyrazie twarzy, bo Brenda przewróciła oczami i westchnęła żałośnie.

– Rany boskie, Ala, to tylko randka! Nikt nie każe ci wychodzić za mąż! A może wolisz…? Mam zewrzeć szyki z babcią Trudzią?

– Nie. – Alicja westchnęła ze zrezygnowaniem. – Tylko nie z babcią Trudzią…

– A pójdziesz? – Brenda figlarnie zmrużyła migdałowe oczy.

– Niech ci będzie, pójdę. Tylko… – Zerknęła niespokojnie na przyjaciółkę.

– I daj mi tę torebkę, chcę ją komuś pokazać…

Ala posłusznie podała barmance torebkę uszytą z jutowego worka. Kiedy Brenda zacisnęła na niej palce, Alicja przytrzymała jej rękę.

– Z kim mnie umówisz? – zapytała.

Brenda zaśmiała się perliście.

– Och, wydaje mi się, że znam odpowiedniego kandydata! Zapewniam, że twoja randka będzie niezapomniana!

 

 

Rozdział 4

 

O tym, że rude kochają najmocniej i po grobową deskę

 

 

 

Kiedy w asyście „ochów”, „achów” i zapewnień o kompleksowym wymiarze świadczonych usług Pedro pożegnał blond piękność z długimi nogami, mógł w końcu zamienić sztywną koszulę na znacznie wygodniejszy T-shirt i pomyśleć o zamknięciu sklepu oraz spotkaniu z przyjaciółmi. Wyszedł na ciasne zaplecze i z westchnieniem ulgi zmienił ubranie. Odwieszając koszulę na wbity w ścianę wieszak, obrzucił ją niechętnym spojrzeniem. A potem uświadomił sobie, że w agencji reklamowej również czasami nosił eleganckie koszule, tam jednak nigdy mu to nie przeszkadzało. Może dlatego, że lubił swoją pracę,ta zaś…

Ech, szkoda gadać, rozdrażniony Pedro trzasnął drzwiami sklepu, aż wskazówki ściennego zegara brzdęknęły o siebie końcówkami klamek. Młody mężczyzna przeklinał w duchu własną nieroztropność. Nie po raz pierwszy zamiłowanie do ślicznych dziewczyn prowadziło go do zguby. Lubił damskie towarzystwo, a że był niestały w uczuciach? Rozbawiony tłumaczył to tym, że nadal nie spotkał tej jedynej. Jakże może być wierny aktualnej przyjaciółce, skoro musi szukać tamtej? Sama przecież do jego drzwi nie zapuka!

Teraz jednak wcale nie było mu do śmiechu. Powinien wykazać więcej rozsądku i skupić się na poprawie sytuacji materialnej. Nie może przecież żyć na garnuszku Cioteczki z Kotem. Starsza pani za tydzień miała wrócić z Ciechocinka, a on nadal nie przejrzał serwisów internetowych w poszukiwaniu pokoju do wynajęcia. Wciąż nie doszlifował i nie rozesłał CV. Powinien się tym zająć wieczorem, gdy wróci ze spotkania z kumplami.

Ta myśl przypomniała Pedrowi, że jest już spóźniony. Zerknął na wyświetlacz komórki, aby sprawdzić godzinę, i zauważył ikonę nowej wiadomości. Zdumiony przeczytał, że zniecierpliwione towarzystwo zmieniło lokal i z ulubionego pubu z ocienioną bluszczem werandą przeniosło się do pobliskiego baru.

„Kulawy Bocian” – przeczytał Pedro i skrzywił się odruchowo.

Brzmiało jak… pijacka mordownia. Pedro znał takie lokale, co nie znaczyło, że lubił w nich bywać (przynajmniej w ostatnim czasie). Ich ściany były obite drewnianą sklejką i obwieszone proporczykami piłkarskimi (najczęściej jednej z krakowskich drużyn, co wróżyło kłopoty), na chwiejnych półkach kufle do piwa pokrywały się kurzem, a z zawieszonego pod sufitem telewizora płynęły dźwięki aktualnych hitów, uniemożliwiając prowadzenie kulturalnej rozmowy.

Kiedy jednak dotarł na miejsce, zdumiony stwierdził, że wybrany przez przyjaciół lokal trzyma jako taki poziom. Co prawda nie powalał na kolana designerskim wystrojem ani wyborem gatunków piwa, odznaczał się za to przyjaznym klimatem i jakimś takim nietypowym dla piwiarni… ciepłem? Nad barem wisiało logo z bocianem stojącym na jednej nodze. Pedro zadarł głowę i usiłował dociec, czy bocian rzeczywiście jest kulawy, ale nie mógł tego stwierdzić ze stuprocentową pewnością. Potem rozejrzał się za kimś, kto mógłby go obsłużyć. Niestety, korpulentny mężczyzna, którego dostrzegł, wchodząc do lokalu, zniknął na zapleczu i nic nie wskazywało na to, by zamierzał wrócić. Pedro poszukał wzrokiem dzwonka albo innego ustrojstwa, którym mógłby kogoś wezwać, ale tego też brakowało. Zirytowany odwrócił się plecami do baru i zatoczył wzrokiem dookoła sali. Zarejestrował rozbawionych kolegów przy stoliku w głębi. Najwyraźniej nowa miejscówka przypadła chłopakom do gustu, bo bawili się w najlepsze. Pedro nie mógł powiedzieć tego samego o sobie.

Nagle przy jednym ze stolików dostrzegł przycupniętą niewielką osóbkę. Miała na sobie koszulkę polo z wyhaftowanym bocianem na piersi, co wskazywało, że pracuje w lokalu. Pedro chrząknął, chcąc przyciągnąć jej uwagę, ale osiągnął tylko tyle, że obrzuciła go karcącym spojrzeniem, po czym jak gdyby nigdy nic wróciła do rozmowy z siedzącym naprzeciwko szarookim rudzielcem.

Co to za cholerna knajpa? – sarknął Pedro i zrobił krok do przodu, chcąc wygarnąć nieuprzejmej barmance, co sądzi na temat tak profesjonalnej obsługi. W tej samej chwili jednak dobiegły go wesołe nawoływania. Koledzy unieśli kufle z piwem, dając znać, że również dla niego zamówili napitek, machnął więc ręką i ruszył w kierunku ich stolika, obiecując sobie w duchu, że pierwszy i ostatni raz odwiedza KulawegoBociana.

 

 

Parę chwil później nie pamiętał już o rozdrażnieniu spowodowanym nieuprzejmym zachowaniem barmanki i o niepowodzeniach ostatnich tygodni. Rozparty w obitej skórą loży popijał dobrze schłodzone piwo i zaśmiewał się z przygód przyjaciela, który podczas pobytu w Barcelonie zatrzasnął się na balkonie. Nikt nie słyszał jego nawoływania o pomoc, zdecydował się więc podjąć karkołomną akcję i zsunąć po pniu rosnącego pod oknem drzewa. A ponieważ owinięty był przy tym jedynie niewielkim, hotelowym ręcznikiem i jedną ręką wciąż musiał go podtrzymywać, stanowił niebywałą atrakcję dla spacerujących poniżejturystów…

Pedro, Radek, Damian i Wojtek dorastali na tym samym osiedlu. Ich drogi wielokrotnie się rozchodziły, wybierali inne szkoły średnie, uczelnie, sposoby na życie, lecz mimo to ich przyjaźń miała się świetnie.

Naturalnie spóźnienie Pedra nie mogło przejść bez echa… Koledzy natychmiast zaczęli typować, czym było ono spowodowane. Ciężki okres w pracy? Złośliwy motorniczy, który zamknął drzwi w chwili, gdy mężczyzna postawił jedną stopę na schodkach prowadzących do tramwaju? A może jakaś zabójcza piękność, która zjawiła się w agencji, poszukując angażu w reklamie?

– Na pewno chodziło o jakąś pannę! – Radek Śliwiński, który jako jedyny z całej czwórki trwał w stałym związku, na dodatek ze swoją pierwszą dziewczyną z liceum, rechotał wesoło. – Nie uwierzę, że Pedro odrabiał nadgodziny! Przy piątku? Niemożliwe! Z pewnością próbował złowić jakąś apetyczną rybcię...

Pedro zrobił obrażoną minę. Uważał słowa kumpla za wyjątkowo krzywdzące. Lubił pracę w agencji reklamowej i zawsze przykładał się do wypełnianych obowiązków. Swoich klientów otaczał dużą troską. Owszem, szczególną tych, którzy posiadali długie i zgrabne nogi, ale i męska część klienteli nigdy na Piotra Cielesza nie narzekała.

Radek, wesoły okularnik z cieniem zarostu na policzkach i lekką nadwagą, uwielbiał pokpiwać z życia erotycznego kolegi. Pedro i Damian, inny muszkieter z ich paczki, stwierdzili zgodnie, że jest to powodowane jakąś utajoną tęsknotą. Lubili żartować, że Radek już na pierwszej randce wpadł w sidła i przez to nawet nie wiedział, jak wygląda kobieta inna niż jego wieloletnia narzeczona. Nie przeszkadzało mu to w żadnym razie grać speca od uwodzenia.

– A co ty możesz o tym wiedzieć, Śliwa? – Pedro odbił piłeczkę. – Wracasz do domu, wsuwasz na stopy kapcie i połykasz podsuniętą pomidorową! W życiu nie złowiłeś żadnej rybci!

–