Do zobaczenia za rok - Joanna Szarańska - ebook

Do zobaczenia za rok ebook

Joanna Szarańska

4,6

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Tatrzański szlak, mgła i dwoje ludzi, których łączy tylko jeden dzień w roku

Górski szlak, gęsta mgła, potknięcie i pomocna dłoń, która ratuje przed upadkiem. Daria i Dawid poznali się w Tatrach. Chwila rozmowy, wspólna wędrówka – tyle wystarczyło, aby zawiązała się między nimi nić sympatii. Oboje wiodą uporządkowane życie, ona wkrótce wychodzi za mąż, on również ma swoje zobowiązania, jednak rzucona mimochodem obietnica sprawia, że wracają w znajome progi schroniska, by spędzić ze sobą jeden dzień w roku.

Mijają kolejne lata.
On nie zdradza, że czuje do niej coś więcej. Przecież jej serce należy do innego.
Ona miota się między lojalnością wobec męża a poczuciem, że odnalazła swoją bratnią duszę.
Oboje z niecierpliwością wyczekują dnia, w którym znów spotkają się na szlaku.

Pewnego dnia Daria nie zjawia się w schronisku. Zaniepokojony Dawid postanawia ją odnaleźć.

Historia słodko-gorzkiej miłości dwojga ludzi na krętym szlaku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (138 ocen)
95
27
14
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gutkoool

Nie oderwiesz się od lektury

Asia zabiera nas w podróż, przez dziesięć lat życia bohaterów. Widzimy jakie zmiany zachodzą w ich życiu, jakie emocje im towarzyszą i z czym się mierzą na co dzień. Każdy rozdział sprowadza się do tego jednego miesiąca, kiedy się poznali. Czy ich ścieżki przetną się ponownie? Zostałam oczarowana tą historią. Klimatem gór i atmosferą w nich panującą. Tym, że całość pobudzała całą gamę emocji, a bohaterowie byli ludźmi z krwi i kości. Książka niesamowicie mnie wciągnęła i z każdym kolejnym rozdziałem - czyli kolejnym rokiem- kibicowałam bohaterom jeszcze mocniej. Ta historia jest gorzko życiowa i myślę ze wielu osobom przypadnie do gustu.
10
EmmaKra13

Dobrze spędzony czas

Przewidywalna, wyidealizowana. Spodziewałam się czegoś więcej.
11
Miroska561

Dobrze spędzony czas

true DC no
00
ania_pod

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia, jak bajka, pełna emocji. Może nieprawdopodobna, może czasem było za dużo opisów, ale da się na to przymknąć oko ;)
00
krysfil62

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka. Polecam❤️
00

Popularność




 

 

 

PRZED

 

 

 

On

 

Ścieżka opadała w głąb doliny szerokimi zakosami. Porastająca zbocze kosodrzewina ociekała wilgocią. Ostatnie promienie znikającego za kłębiastą chmurą słońca migotały w napęczniałych kroplach uczepionych kłujących gałązek. Wygładzone podeszwami turystów głazy układające się w zielony szlak lśniły zwodniczym złotem. Ginąca między nimi woda zdawała się nęcić: „Chodź, ruszaj, dalej!”. Dawid postawił stopę na skalnym odłamku i natychmiast poczuł, jak ta się ześlizguje. Asekuracyjnie rozłożył ramiona i pochylił się na prawo, wczepiając skostniałe palce w kępę trawy o krótkich, ostrych źdźbłach.

Zamarł w bezruchu. Z dłonią zatopioną w mokrej trawie, bokiem wtulony w skalne odłamki, czuł wilgoć przesączającą się przez kurtkę, dygot mięśni łydek i mocne uderzenia serca tłukącego się w piersi. Uniósł twarz. Na rozpalonych policzkach osiadła chłodna mgiełka.

Niebo na horyzoncie pociemniało, ze zdumieniem stwierdził, że słońce zniknęło, a chmury zawiesiły się nisko nad zboczem. Popychane podmuchem przejmującego wiatru to mknęły szlakiem jak stado zagubionych owiec, to kotłowały się w zagłębieniach tworzonych przez kamieniste występki i kępy zarośli. Gdzieś nad górami niósł się groźny pomruk.

Pół godziny wcześniej na szlaku wiodącym na Kopę Kondracką złapał go ulewny deszcz. Teraz zbierało się na burzę. Pogoda w górach bywała nieobliczalna. Dawid zlustrował spojrzeniem pociemniałe niebo i szczelniej zaciągnął kaptur kurtki. Potem ostrożnie postawił stopę na kolejnym głazie i ruszył w dół. Jeśli chce dotrzeć do schroniska przed piorunami, musi się pospieszyć.

Gdy spod jego stopy obsunęło się kilka ostrych odłamków, poczuł, że serce szamocze się w piersi jak uwięziony ptak.

Tylko spokojnie…

Spokojnie, przykazał sobie w duchu, bez szaleństw i raptownych ruchów. Najważniejsze to zejść ze szlaku w jednym kawałku. Siłą woli zmuszał się do wykonywania opanowanych ruchów. Gęstniejący mrok i pomrukująca burza potęgowały niepokój.

Skup się na szlaku.

Prawa noga. Lewa noga. Prawa. Lewa.

Próbował sobie przypomnieć, ile zajmuje droga z przełęczy do Doliny Kondratowej. Godzinę? Może czterdzieści pięć minut? Przy sprzyjających warunkach pokonywał tę trasę truchtem. Podbiegał paręnaście metrów, a potem siadał na rozgrzanych głazach i wystawiając twarz do słońca, taksował zasapanych turystów. Dziś nie w głowie mu były podskoki ani żarty. W napięciu wpatrywał się przed siebie, wyłuskując z mroku lśniącą wilgocią ścieżkę. Niebo rozwarło się i na ziemię spłynęła zaskakująco zimna mżawka. Kolejny zakos, kolejna kępa zarośli, rozkołysane wiatrem krzewy borówek.

Za plecami Dawida rozległ się głuchy grzmot. Znacznie bliżej niż wcześniej.

Deszcz przybierał na sile. Wielkie krople bębniły o sztywny materiał kurtki i klapę plecaka. Mężczyzna miał wrażenie, że jego głowę wypełnia rytmiczny stukot jakichś rytualnych bębnów. Było w tych dźwiękach coś dziwnie kojącego, wręcz usypiającego. Poczuł pokusę, by poszukać zacisznego schronienia za najbliższym głazem, skulić się w kłębek i przymknąć powieki. Zmusił się do szerokiego rozwarcia oczu.

Po kilku minutach opady straciły na sile. Ulewa zmieniła się w kapuśniaczek, później w mżawkę, na koniec o skały uderzały już tylko pojedyncze krople deszczu. Dawid maszerował dalej, powietrze wokół niego ochłodziło się, przez co wstrząsnął nim dreszcz. Zaciągnął pod samą brodę suwak kurtki. Po chwili dostrzegł pierwsze sine pasma snujące się nad szlakiem. Zawahał się. Jeśli w górach było coś, co wzbudzało w nim niepokój, to właśnie mglista otulina. Gdy rozwijała mleczny szal, nietrudno było stracić orientację w terenie, zboczyć ze szlaku, poddać się złudnym dźwiękom. Tak, mgły były piękne, widowiskowe, ale również bardzo niebezpieczne. Szczególnie tutaj, w górach, gdzie jeden pochopny krok mógł cię zaprowadzić w przepaść…

Dawid odetchnął głęboko i zrobił krok w gęstniejące opary. Idąc, miał wrażenie, że porusza się korytarzem, w którym wszystkie ściany zostały wyściełane watą. Nagle przez mleczną ścianę przebił się dźwięk. Obcy, a zarazem znajomy, bliski. Rozpoznał w nim szmer osuwających się kamieni.

Od dłuższego czasu nie napotkał nikogo na szlaku. Ostatni turysta minął go tuż przed przełęczą. Wymienili ostrożne uśmiechy, padło szybkie „cześć–cześć”. Tamten szedł z dołu, od polany, miał urywany oddech, na jego czole perliły się grube krople potu. Może zawrócił? Cofa się do schroniska przegnany wciąż pomrukującą w oddali burzą?

Dawid wytężył wzrok i wśród bieli ujrzał niewyraźną postać. Szła szybko, przytrzymując się głazów i pędów kosodrzewiny, spod jej stóp osuwały się odłamki kamieni. Młoda kobieta w krótkich szortach i butach nad kostkę. Pokonywała właśnie bardziej stromy odcinek ścieżki. Dawid obserwował, jak bez wahania osuwa się na pupę i forsuje przeszkody, ślizgając się na piętach. Obok niego głazy nieprzyjemnie się piętrzyły, lśniły od deszczu jak ostre zęby.

Nagle stopa nieznajomej zsunęła się po mokrym kamieniu. Kobieta straciła równowagę, z jej ust wyrwał się okrzyk strachu. Wyrzucone na boki ramiona przypominały skrzydła szybującego ptaka.

Odruchowo wyciągnął rękę. Zacisnął dłoń na jej nadgarstku jak stalową obręcz, silnym szarpnięciem przyciągnął kobietę do siebie, aż zatoczyła się i przylgnęła do jego piersi. Na moment szaleńcze uderzenia ich serc zlały się w jeden miarowy stukot, obłoki oddechu się wymieszały, ich złączonymi ciałami wstrząsały dreszcze zmęczenia. Potem kobieta uniosła głowę, przeszyła go uważnym spojrzeniem i bez słowa wysunęła się z jego objęć.

Podjęła pospieszną wędrówkę w dół i po chwili zniknęła za kurtyną mgły. Dawid stał na ścieżce, wpatrując się w gęstniejące ciemności, dopóki bezlitosny wiatr nie smagnął go w twarz lodowatą wilgocią. Zaciągnął mocniej sznurki kaptura i ruszył śladem nieznajomej.

Do hali dotarł po trzydziestu minutach. Wspiął się po drewnianych stopniach i przystanął przed wejściem do schroniska – z okien sączyła się ciepła, złocista poświata, a zza drzwi dobiegał przytłumiony szmer głosów. Powoli zsunął kaptur. Strużki wody spłynęły mu po karku, a ciałem wstrząsnął dreszcz.

Wszedł do środka i zatrzymał się zaraz za progiem, niezdarnie gmerając przy suwaku kurtki. Spojrzeniem przesunął po prostych, drewnianych ławach, tego deszczowego popołudnia ciasno obsadzonych szukającymi schronienia przed burzą turystami. Grupka mężczyzn w średnim wieku raczyła się piwem, obok emeryt w oliwkowym swetrze pałaszował apetycznie pachnącą zupę. Z lewej dobiegł go płaczliwy głos zmęczonego kilkulatka. Grupa młodzieży zaniosła się śmiechem. Prześlizgnął się wzrokiem po bufecie, a jego uwagę przykuła skulona w kącie postać. Kobieta trzymała kubek z herbatą i ogrzewała dłonie o jego ścianki. Nagle, zupełnie jakby wyczuła czyjeś spojrzenie, uniosła głowę i utkwiła oczy w jego twarzy. Kąciki jej kształtnych warg uniosły się w łagodnym uśmiechu.

Dawid poczuł uderzenie gorąca. Niespiesznie wodził wzrokiem po twarzy nieznajomej: łuku ust, zadartym nosie, bladych policzkach. Zauważył, że przy skroniach wilgotne kosmyki zwijały się w ciasne pierścionki.

Tam, w górze, zetknęli się na ułamek chwili, nie miał okazji dokładniej się jej przyjrzeć.

A jednak wiedział, że to ona.

 

 

Ona

 

dziesięć godzin wcześniej

 

Pociąg relacji Gdynia Główna–Zakopane zwolnił przed zakrętem. Daria poczuła, że traci równowagę, i odruchowo wyciągnęła przed siebie rękę. Palce zacisnęły się na uchwycie przy przesuwnych drzwiach prowadzących do przedziału, a te natychmiast ustąpiły pod jej ciężarem i rozwarły się z drażniącym uszy zgrzytem. Ze środka buchnęło zatęchłe powietrze: mieszanina potu, słodkich perfum, fermentujących owoców i czegoś jeszcze. Piwa, pomyślała, posyłając uspokajający uśmiech w stronę rozpartych na siedzeniach młodych kobiet. Piwa albo któregoś z tych dziwnych specyfików mających przytłumić gorycz alkoholu smakiem cytrusów, gruszek albo orzecha laskowego.

– Daria! Chodź do nas! – krzyknęła Agnieszka, a pozostałe dziewczyny zawtórowały jej piskliwymi zachętami. – Jeszcze dobra godzina jazdy! Mamy coś dobrego, a Renata opowiada świńskie kawały! Niektóre są naprawdę o-krop-ne!

– Odpieprz się! – Renata wychyliła się z fotela pod oknem i trzepnęła Agnieszkę w udo. – Sama prosiłaś, żebym je opowiadała, a teraz niby takie okropne?!

– Ałć! Weź te łapy! Nabijesz mi siniaka! – Agnieszka opędzała się przed dłońmi koleżanki. Z dyskretnie przytulonej do boku buteleczki wiśniówki chlusnął rubinowy płyn, pozostawiając na białych spodniach krwistą plamę. – Kurwa mać! I jak ja teraz wyglądam?! – Dziewczyna zerwała się na równe nogi i zaczęła pocierać nogawkę.

Uwaga zebranych w wagonie skoncentrowała się teraz na zabrudzeniu, więc Daria z ulgą zasunęła drzwi i stanęła przy oknie na korytarzu. Za upstrzoną rdzawymi plamkami szybą przesuwał się krajobraz Podhala. Pasy zielonych łąk i złocistych pól falowały aż po horyzont, gdzieniegdzie przecinała je ciemna kępa drzew, przeważnie iglastych. Łaciate krowy kręciły się wokół koryta z wodą. Polną drogą wędrowały dzieci; na widok pociągu przystanęły, a potem zaczęły machać rękoma jak szalone. Daria uśmiechnęła się pod nosem i nieśmiało uniosła dłoń. Wątpiła, by maluchy dostrzegły ją w oknie pędzącego pociągu, ale świadomość, że odpowiedziała na ich pozdrowienie, sprawiła jej przyjemność. Gdy była mała, każde wakacje spędzała u babci w podkrakowskiej wsi. Ganiała z okoliczną dzieciarnią po polach i lasach, napadała na sady, ogołacając drzewa z kremowych papierówek, budowała kamienne tamy nad strumieniem i pluskała się w jego głębinie, która po latach okazała się sięgać jej niewiele ponad kolano. W sąsiedztwie domku babci przebiegała linia kolejowa – właśnie ta, łącząca Kraków z Zakopanem – i kiedy rozlegał się charakterystyczny gwizd pociągu, całą chmarą zbiegali zboczem pagórka w stronę torowiska, wykrzykując pozdrowienia i machając jak oszalali. Czasami zdarzało się, że któryś z pasażerów odpowiedział uniesieniem ręki albo w oknie mignęła uśmiechnięta twarz, a wtedy wprost roznosiła ich energia, podskakiwali jak gumowe piłki, robiąc przy tym tyle hałasu, że zaniepokojona babcia wychodziła z domu i trzymając się pod przepasane fartuchem boki, obserwowała ich spod zmarszczonych brwi. Daria dobrze pamiętała tę beztroską radość, dlatego ilekroć potem jechała pociągiem albo tramwajem, wypatrywała machających dzieci i odpowiadała im podobnym gestem. Ryśka, jej narzeczonego, bardzo to drażniło. „Przecież i tak cię nie widzą”, mówił. „Jesteś dla nich tylko zamazaną plamą”. W odpowiedzi jedynie wzruszała ramionami, nawet nie próbując mu opowiadać o przyjemnych wspomnieniach związanych z wakacjami u babci. Rysiek nie był sentymentalny i raczej nie zrozumiałby jej przywiązania do tego, co było kiedyś.

Zza zasuniętych drzwi przedziału dobiegł kolejny ryk głośnego śmiechu. Daria obejrzała się i szybko odwróciła wzrok. Akcja czyszczenia garderoby Agnieszki została zakończona i teraz w oparach absurdalnej wesołości usiłowano powstrzymać potop spowodowany potrąceniem butelki z owocowym piwem. Daria ze współczuciem pomyślała o osobie, której przyjdzie sprzątać wagon. Podłoga w przedziale lepiła się od wylanych trunków, podobnie blat niedużego stolika, a pod stopami chrzęściły rozdeptane słone paluszki. Zupełnie jakby wpuszczono do środka stado świń, a nie dorosłe kobiety, na co dzień mizdrzące się przed lustrami z drogimi pomadkami i puderniczkami w dłoniach. Jej spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem kobiety stojącej przy sąsiednim oknie. Nieznajoma trzymała w dłoniach powieść, ale lektura zdawała się w ogóle jej nie zajmować, bo co jakiś czas ciekawie zerkała do przedziału. Zrazu uniosła wysoko brwi, jakby chciała powiedzieć: „Widzi pani ten burdel?”. Pewnie, że widzę, pomyślała Daria. Gorzej, należę do jego załogi. Choć wcale tego nie chciałam…

Pomysł wyjazdu do Zakopanego wyszedł od Agnieszki. Szwendać się po mieście, od klubu do klubu, to oklepane. Teraz podobno najlepiej imprezuje się w Zakopcu. Znajdzie się przytulną knajpkę z tym całym drewniano-futrzanym wystrojem i koniecznie z kominkiem, w którym wieczorem wesoło trzaska ogień. Zaszyje w niej z lokalnym jadłem i trunkiem, posłucha występu góralskiej kapeli, może nawet trochę pohula z tym czy tamtym góralem. A rano wyjdzie na werandę z kubkiem świeżo zaparzonej kawy i popatrzy na Tatry, przepędzając z głowy resztki snu i opary alkoholu rześkim powietrzem. No i sama podróż pociągiem, to ci dopiero przygoda! „No, Daria, powiedz, kiedy ostatnio jechałaś pociągiem? Jeszcze w podstawówce, na kolonie albo wczasy nad morze, co?”

Daria nieśmiało oponowała, nie chcąc urazić siostry narzeczonego. Ich stosunki nie były najlepsze. Agnieszka od początku traktowała ją protekcjonalnie. Początkowo jak kogoś, kto pojawił się tylko na chwilkę. Naciesz się, piesku, tą ładną zabawką, bo jutro wracasz do kojca, do dziurawej budy i miski ze starego rondla. Później, gdy stało się jasne, że nowa dziewczyna nie jest tylko przelotną miłostką i sprawa staje się poważniejsza, pojawiła się pyszałkowata rezerwa. Daria długo nie mogła rozgryźć, co zgrzyta w ich relacjach. Przecież Agnieszka zawsze była uśmiechnięta i grzeczna, patrząc na nią, nikt nie mógłby zarzucić, że żywi do przyszłej bratowej awersję. A jednak coś było na rzeczy, jak mikroskopijne ziarenko piasku wyczuwalne między zębami. Daria odkryła, co to takiego, gdy pewnego dnia stała się świadkiem rozmowy między siostrą Ryśka a ukraińską gosposią. Dziewczyna uprzejmie wydawała polecenia, nawet się przy tym uśmiechała, a jednak w jej tonie dało się wyczuć nutkę złośliwej wyższości. Tak, w teorii niby wszyscy jesteśmy tacy sami, mamy po dwie ręce i dwie nogi, dupę i głowę na karku, ale w praktyce okazuje się, że niektórzy z nas są jednak trochę lepsi. Wyszli z ładniejszych foremek. Droższych.

Do Darii Agnieszka zwracała się tym samym tonem, nawet uśmiechała się przy tym podobnie.

– Nie mam ochoty na wyjazd do Zakopanego – broniła się słabo w mającej miejsce parę dni wcześniej rozmowie z narzeczonym.

– Och, przestań! – Pocałował ją w czubek nosa i się roześmiał. – Niczym nie musisz się przejmować. Agnieszka powiedziała, że wszystko zorganizuje. Zarezerwuje miejscówki w pociągu, znajdzie hotel i jakąś przytulną knajpę. Nawet zaprosi twoje koleżanki. Ty masz tylko jechać i świetnie się bawić. No byle nie za dobrze! Nie przygruchaj sobie na Krupówkach jakiegoś przystojnego górala… – Żartobliwie pogroził jej palcem.

Daria westchnęła.

– Mam w nosie górali…

– Przestań… Ile razy świętuje się wieczór panieński?

– Jeśli się tak głębiej zastanowić, można wiele, wiele razy…

– Cóż, mam nadzieję, że to twoja pierwsza i ostatnia okazja. Nie daj się prosić, Dusiu. Agnieszka tak się stara…

– Właściwie nie rozumiem dlaczego. Przecież nawet mnie nie lubi.

– No wiesz! – oburzył się Rysiek. – Uwielbia cię! Jak mogłoby być inaczej, skoro wie, że jesteś kobietą mojego życia i zakochałem się w tobie do szaleństwa?

– I tak naprawdę wcale mnie nie zna…

– Tu również się mylisz. Jesteśmy sobie z Agą bardzo bliscy. Jak myślisz, komu jako pierwszemu zwierzyłem się z zamiaru poproszenia cię o rękę? Od samego początku, właściwie od dnia naszego spotkania, zasypywałem Agnieszkę opowieściami o uroczej dziewczynie z warkoczem. – Ponownie cmoknął ją w nos. – Aż dziw bierze, że nie miała tej paplaniny powyżej uszu i nie roztrzaskała mi łba. A ona jeszcze dopytywała, co robisz, jaka jesteś, co lubisz. Chciała jak najlepiej cię poznać i myślę, że chyba jej się to udało, ale jeśli… Jeśli ty czujesz inaczej, to czy może być lepsza okazja, aby to zmienić? Wyjeżdżacie w kobiecym gronie, nie będę wam wisiał nad głowami. Będzie swobodnie, fajnie…

Och, nawet za bardzo. Powiedziałaby, że swawolnie. Jak będzie wyglądał ten wyjazd, skoro większość dziewczyn spiła się już w pociągu? Daria wbiła udręczone spojrzenie w przyszłą bratową. Rozbawiona kolejnym świńskim dowcipem Agnieszka zakołysała się na siedzeniu, odrzucając głowę do tyłu i odsłaniając długą szyję i głęboki dekolt. Dłońmi uderzała się po udach, zostawiając na białym materiale lepkie ślady, zdawała się jednak w ogóle tym nie przejmować. Gdy przez przedział przelała się kolejna fala śmiechu, siostra Ryśka usiadła sztywno i uniosła wyprostowany palec, jakby właśnie przypomniała sobie coś niezwykle istotnego. Później rzuciła się ku skórzanej torebce zwisającej z haczyka przy drzwiach i gestem triumfu zaprezentowała kolejną wiśniówkę. Buteleczka została powitana wybuchem wiwatów i śmiechów, a Daria odwróciła się i zatopiła wzrok w krajobrazie migającym za oknem.

Za plecami dziewczyny zgrzytnęły drzwi. Wraz z kakofonią pisków i kwików dotarł do niej mdlący, owocowo-chmielowy zapaszek rozlanego trunku.

– Nie cieszy cię ten wyjazd, co?

Daria spojrzała na Izabelę, koleżankę, z którą pracowała w kawiarni w centrum miasta. Nie były bliskimi przyjaciółkami, ale lubiły się i dobrze dogadywały, więc kiedy Agnieszka uparcie domagała się od niej listy dziewczyn, które chce zaprosić na imprezę, podała namiary na Izę. Widok tego jednego nazwiska wprawił przyszłą bratową w konsternację. „Naprawdę nie chcesz zaprosić nikogo więcej?” – dopytywała stropiona, a Daria uparcie kręciła głową i tłumaczyła, że owszem, ma koleżanki, ale część mieszka za granicą, inne założyły rodziny i wieczorami co najwyżej śpiewają kołysanki, a nie szaleją na całonocnych imprezach w neonowo zielonych czapeczkach z napisem „TA NOC należy DO DARII!”.

– Dlaczego tak myślisz?

– Pomyślmy… Bo powinnaś być w centrum zabawy, siedzieć w przedziale, śmiać się ze świńskich dowcipów, które opowiada ta… Jak jej tam… Renata, i z promiennym uśmiechem przechylać wszystkie toasty wznoszone za wolność, którą rychło stracisz?

Daria zaniosła się śmiechem.

– Tu mnie masz. To nie w moim stylu – odparła, uśmiechając się z zakłopotaniem.

– Tak właśnie sobie pomyślałam. Szczerze mówiąc, kiedy zadzwoniła do mnie twoja przyszła bratowa i zaprosiła na szalony wieczór panieński, byłam zdumiona. Wiesz, jak teraz wyglądasz? Jak ktoś, kto desperacko szuka sposobu, żeby się ulotnić. Dlaczego się na to zgodziłaś? – Iza zacisnęła dłonie na ramie okna i wsparła o nie brodę.

– Nie wiem. – Daria wzruszyła ramionami. – Chyba inaczej to sobie wyobrażałam. Wiesz… Wspólna podróż pociągiem, kilkugodzinne rozmowy. No i Tatry. Byłaś tam kiedyś?

– Zdarzało mi się włóczyć po nich parę razy.

– A ja pamiętam góry jak przez mgłę. Musiałam być bardzo mała, kiedy je widziałam. Gdy Agnieszka wspomniała o wieczorze panieńskim w Zakopanem, nie myślałam o imprezie, ale o tym, że nadarzy się okazja, by ujrzeć Tatry.

– I widzisz. – Iza uniosła głowę. – Już są widoczne, tam, na horyzoncie…

– Naprawdę? – Daria stanęła na palcach i wytknęła głowę przez okno. Wiatr natychmiast porwał do zabawy jej włosy, niesforne kosmyki tańczyły wokół twarzy, uniemożliwiając podziwianie widoku, więc musiała je zgarnąć i przytrzymać ręką. – To naprawdę one. Wyglądają pięknie, choć są takie odległe…

– Och, myślę, że jak dojedziemy na miejsce, będą znacznie bliższe i jeszcze piękniejsze. Wiesz, gdzie się zatrzymamy?

– Znajomy Agnieszki zgodził się odstąpić nam na weekend swój apartament. Nie pamiętam nazwy ulicy, ale dziewczyny cieszyły się, że blisko do Krupówek i do…

– Knajp – dopowiedziała ze śmiechem Izabela. – Impreza dopiero wieczorem, ty w przeciwieństwie do reszty towarzystwa jesteś w całkiem dobrej formie. – Zerknęła znacząco na drzwi przedziału, za którymi jedna z przyjaciółek Agnieszki przechylała właśnie buteleczkę z wiśniówką. – Możesz się przejść po mieście, popatrzeć na góry…

– To dobra myśl.

– O ile uda ci się wymknąć – dopowiedziała z szelmowskim uśmieszkiem koleżanka.

Jakby w odpowiedzi na te słowa, otworzyły się drzwi przedziału, a obok zmaterializowała się Agnieszka. Oparła dłoń o ramię przyszłej bratowej i szeroko się uśmiechnęła.

– Dość tego! Wracamy do przedziału! – zakomenderowała. – No już, już! Nie przyjmuję odmowy! Przypominam, że to twoja impreza przedślubna! Nie możesz ukrywać się na korytarzu!

– Wcale się nie ukrywam. Przecież cały czas mnie widzicie!

– Oj, już ty wiesz, co mam na myśli! – Agnieszka lekko się zachwiała i aby utrzymać równowagę, boleśnie wbiła palce w ciało Darii. – I’m sorry! – zawołała, widząc, że dziewczyna zaciska zęby. – Ten pociąg strasznie trzęsie. Nie miałam pojęcia, że będzie… Jak na statku.

– A kiedy ostatnio jechałaś pociągiem? – Iza uniosła wymownie brwi.

Agnieszka rozmyślała gorączkowo. Cofnęła rękę, ale zamiast oprzeć ją o ścianę korytarza albo chwycić się ramy okna czy klamki drzwi do przedziału, chwiała się jak targana wiatrem kukiełka. Daria obserwowała to czujnie, gotowa w każdej chwili podtrzymać i ustrzec przyszłą szwagierkę przed rozbiciem gładkiego czoła.

– Chyba… jakieś… nigdy! – wyrzuciła z siebie w końcu i wybuchła perlistym śmiechem. Wysokie dźwięki odbiły się od sufitu wagonu. Stojąca przy sąsiednim oknie kobieta z książką podniosła wzrok znad kartek i zdegustowana pokręciła głową.

Daria złapała Agnieszkę za ramię.

– Lepiej usiądź – poradziła, odwracając ją w stronę drzwi przedziału.

– O, nie, nie, nie! – Agnieszka z zaskakującą zwinnością oswobodziła się z uścisku. – Nic z tego! Ty! – Wycelowała palec w pierś Darii. – Idziesz ze mną! To twój wieczór… No na razie jeszcze dzień! Wieczór dopiero przed nami! – Nagle uwiesiła się Darii na szyi, owiewając ją słodkim oddechem przesyconym wonią wiśniówki i piwa. – Chcę, żeby było pięknie! Obiecałam to mojemu braciszkowi, więc nie utrudniaj!

Daria obrzuciła ostatnim spojrzeniem rozmytą panoramę Tatr widoczną za oknem i z cichym westchnieniem wsunęła się do przedziału. Agnieszka wyciągnęła ramiona w górę z okrzykiem triumfu.

 

 

Dwie taksówki przewiozły rozbawione towarzystwo z dworca na ulicę Sabały, gdzie znajdowało się mieszkanie przyjaciela Agnieszki.

Pierwsze spojrzenie na luksusowy apartamentowiec nieomal pozbawiło Darię tchu. Zerknęła niepewnie na siostrę Ryśka.

Chyba pomyliły adres? Agnieszka wspominała przecież o mieszkaniu, a budynek, przed którym stały, przywodził na myśl jeden z tych ekskluzywnych ośrodków, w których pobyt nie kosztuje poniżej tysiąca za dobę, a gości na wejściu częstuje się dobrym szampanem. Fasada z kamienia i drewna, poprzetykana licznymi przeszkleniami, lśniła w przedpołudniowym słońcu. Wierzchołek stromego dachu kłuł usiane pierzastymi obłokami niebo. Na balkonie pierwszego piętra pogrążona w rozmowie para paliłapapierosy, leniwie opierając się o balustradę z hartowanego szkła. Oboje mieli na sobie śnieżnobiałe szlafroki, jakby dopiero wstali albo wrócili z odprężających zabiegów spa.

Och, Agnieszka i te jej niedomówienia!

Daria poczuła się onieśmielona. Nagle zapragnęła obrócić się na pięcie i na powrót wcisnąć do taksówki. Niestety, z samochodu gramoliła się Renata, napierając wprost na nią i odcinając jej drogę ucieczki. Zresztą i tak by się na to nie zdobyła, prawda? Rysiek byłby niepocieszony, że nie doceniła starań jego kochanej siostrzyczki, no i nie chciała psuć innym zabawy. To przecież tylko jeden weekend…

Kierowca ustawiał na chodniku wyjęte z bagażnika walizki. Daria przeszła na tył pojazdu, aby odebrać swoją, i usłyszała, jak Agnieszka umawia się z mężczyzną.

– Przyjechałby pan tak parę minut po dziesiątej…

– Po dziesiątej? – Mężczyzna uniósł posiwiałe brwi.

– Może trochę później. Po dwunastej? Możemy się tak umówić?

– To trochę późnawo. Ja tam nie odradzam, ale pani wie, są wakacje, tłumy tam walą… Na parkingach dantejskie sceny…

– Wiem, wiem…

– Ja po panie nawet po czwartej mogę przyjechać – zaoferował, pochylając się po kolejną walizkę.

Drugi kierowca zakończył już wyładowywanie bagażu i obserwował kolegę z założonymi na piersi rękoma.

Agnieszka roześmiała się dźwięcznie.

– Po czwartej to my pewnie z miasta wrócimy – wyjaśniła.

– Aaa, to panie poimprezować przyjechały, a nie w góry… – domyślił się taksówkarz. – Teraz rozumiem, skąd ta dwunasta. Niech będzie, przyjadę. Ale gdyby coś się zmieniło, nie czuły się panie na siłach albo coś… – zaśmiał się znacząco, a drugi mężczyzna mu zawtórował. – Wtedy proszę dzwonić, wezmę inny kurs. Trzeba pracować. Dobrej zabawy! – zawołał, wskakując za kierownicę.

Daria spojrzała na Agnieszkę pytająco.

– Dokąd się wybieramy? – zapytała podejrzliwie.

– Och! – Przyszła bratowa poufale ujęła ją pod ramię i ścisnęła. Dopiero teraz Daria zauważyła, że poplamione spodnie zastąpiła ciemnymi legginsami, do którychzałożyła jedwabną tunikę zalotnie odsłaniającą jedno ramię. Musiała się przebrać w toalecie. – To miała być kolejna niespodzianka, a ty wszystko podsłuchałaś!

– Ale i tak nic z tego nie rozumiem…

– Pomyślałam, że zaliczymy małą wycieczkę. Dobrze nam zrobi po nocnych szaleństwach!

– Dokąd ta wycieczka?

– Nad Morskie Oko. Czytałam w internecie, że to najprostsza trasa. W sam raz dla takich skacowanych amatorek jak my, prawda? Mam nadzieję, że zabrałaś adidasy! – wykrzyknęła i zerknąwszy na stopy Darii, wybuchła śmiechem, jakby widok stóp obutych w sportowe obuwie był czymś niesamowicie zabawnym. – Widzę, że jesteś przygotowana. Świetnie! A teraz chodźmy w końcu do środka! Głowa mi pęknie, jeśli zaraz nie wypiję kawy…

Mieszkanie składało się z przestronnego salonu z wielkim oknem wychodzącym na Tatry i górujący nad miastem Giewont, trzech sypialni wyposażonych w podwójne łóżka, mikrokuchni oraz łazienki. Na stoliku kawowym umiejscowionym między dwoma sofami czekała butelka szampana ozdobiona wielką czerwoną kokardą. Musiano postawić ją tam niedawno, ponieważ na szkle perliły się kropelki wilgoci. Agnieszka uniosła ją z triumfalnym śmiechem.

– Takie powitanie to ja rozumiem – zaszczebiotała i zapominając o pomyśle zaparzenia kawy, natychmiast zaczęła gmerać przy korku.

– O nie… – zaprotestowała słabo Daria, a siostra Ryśka obrzuciła ją w odpowiedzi szelmowskim spojrzeniem.

– O tak! – zawołała i sprawnym ruchem odblokowała druciki, kierując szyjkę butelki w stronę drzwi. Korek wystrzelił z głośnym paf, a na stolik, sofę i podłogę pociekła struga spienionego trunku. – Cholera! – Agnieszka usiłowała zatamować potop dłonią, a kiedy przekonała się, że jej starania spełzły na niczym, przytknęła butelkę do ust. – Juhu! Za bohaterkę dzisiejszego wieczoru! Za Darię! Moją nową siostrzyczkę!

– Za Darię! – rozległ się chóralny wrzask.

– Przestańcie… – Daria nerwowo rozejrzała się po salonie. – Za ścianą na pewno mieszkają jacyś ludzie…

– Mamy ich zaprosić? – Agnieszka przemaszerowała po jasnej kanapie, nie zaprzątając sobie głowy koniecznością zrzucenia sandałków, i podała szampana Izie. Ta upiła mały łyk i wzruszając lekko ramionami, wyciągnęła butelkę w stronę Darii. Siostra Ryśka uśmiechnęła się wyczekująco. – Nie przynudzaj, Daria, tylko łyknij sobie! To twój dzień! Ostatni powiew wolności! Myślisz, że nie znam mojego kochanego braciszka? Będzie cię pilnował jak najcenniejszego skarbu! Żegnajcie babskie wieczory przy winie! Korzystaj, póki możesz…

Natarczywe spojrzenie wwiercało się w Darię. Dziewczyna pomyślała, że jeśli nie napije się tego cholernego szampana, Agnieszka nie da jej spokoju. Mimo to próbowała się jeszcze bronić.

– Nie przepadam…

– Pij! – krzyknęła zniecierpliwiona Agnieszka. – Tylko po łyczku na powitanie Zakopca, bo trzeba się zregenerować po podróży. Nabrać sił przed wieczorem. Zaklepuję łazienkę! – Zeskoczyła z kanapy, zataczając się lekko na stolik. Daria wyciągnęła rękę, aby ją przytrzymać, ale dziewczyna opędziła się ze śmiechem. – Muszę zmyć z siebie zapach pociągu! Nie miałam pojęcia, że w wagonie tak śmierdzi, Jezu…

Daria wykorzystała zamieszanie i oddała butelkę Izabeli, a ta przekazała ją dalej. Dziewczyny częstowały się szampanem w asyście głośnych śmiechów. W tym czasie Agnieszka wciągnęła walizkę do jednej z sypialni. Daria przezornie wybrała inne drzwi.

Pokój był niewielki, całą jego powierzchnię zajmowały szerokie łóżko i dwa niewysokie stoliki nocne. We wnękę ścienną wmontowano drążek, kiedy dziewczyna przesunęła drzwi, przeciąg wygrał na umiejscowionych tam wieszakach dźwięczną melodię. Daria postawiła walizkę obok szafy i podeszła do drzwi prowadzących na balkon. Urządzono za nimi przytulny kącik z wiklinowym fotelem i konsolą, na której stały kwiaty i lampiony. A widok… Miał hipnotyzującą moc. Daria oparła dłonie o szklaną balustradę i utkwiła spojrzenie w sylwetce śpiącego rycerza. Wydawało jej się, że na szczycie dostrzega maleńki punkcik. Czy to krzyż? Wytężała wzrok, aż poczuła nieprzyjemne pieczenie.

Nagle za plecami usłyszała lekkie stukanie. W drzwiach balkonowych stała Izabela.

– Puk, puk, czy bohaterka wieczoru akceptuje mnie w roli sublokatorki? – zapytała.

– Tak! – wykrzyknęła Daria. – O Boże, tak! Zdecydowanie!

Iza uśmiechnęła się przelotnie.

– Twoje stosunki z siostrą Ryśka… Nie układają się chyba zbyt dobrze, co?

– Układają – westchnęła Daria. – Ale Agnieszka lubi… Jest…

– Jednostką dominującą.

– O tak.

– I urodzoną organizatorką.

– Z pewnością. I najwyraźniej sprawia jej to ogromną frajdę, bo…

– Jest głośna i męcząca. I trochę wstawiona. Powiedz to.

– Nie muszę, przecież ty to zrobiłaś.

– Ale jedno trzeba jej przyznać. – Iza wyszła na balkon i z uznaniem rozejrzała się dookoła. – Miejscówkę wybrała pierwsza klasa. Prawda?

– Tak… Tylko spójrz na ten widok! Nie trzeba się nawet ruszać z fotela, a góry jak na wyciągnięcie ręki.

– Niby tak, ale jeśli już się tu jest, chyba szkoda tracić czas na siedzenie na balkonie i podziwianie Tatr z odległości, co?

– Pewnie masz rację – westchnęła Daria. – Pozostaje mieć nadzieję, że nocne ekscesy nie wymęczą towarzystwa zbyt mocno i kolejna atrakcja zaplanowana przez Agnieszkę dojdzie do skutku…

– Kolejna atrakcja? Oho…

– Nie rób takiej miny. – Daria uśmiechnęła się. – Akurat perspektywa wycieczki mnie cieszy. Chętnie pominęłabym wszystkie wcześniejsze punkty imprezy i od razu wyruszyła nad Morskie Oko.

Iza przeciągnęła się błogo, mrużąc muśnięte szarym cieniem powieki.

– Cóż, obawiam się, że to nie przejdzie. Ale jak już mówiłam… Nic nie stoi na przeszkodzie, byś wymknęła się po angielsku i trochę pokręciła po mieście. Albo ujmę to inaczej: twoja największa przeszkoda właśnie zażywa kąpieli, testując nasze bębenki autorską interpretacją Maryśki, więc masz wolną rękę. Przypomnij mi, żebyśmy trzymały ją z dala od knajp z karaoke, okej?

– Może rzeczywiście wyjdę na chwilę i odetchnę świeżym powietrzem? – Daria spojrzała na położoną w dole ulicę. Po obu jej stronach spacerowali turyści. Część przechadzała się z wakacyjnymi przysmakami: lodami, goframi albo owiniętymi w serwetkę oscypkami, inni nieśli zakupy, ale byli i tacy, którzy w solidnych butach i z plecakami na ramionach maszerowali zdecydowanym krokiem ku górskim szlakom. Daria poczuła na karku przyjemne mrowienie. Spojrzała z ukosa na Izabelę. – Przyłączysz się, sublokatorko?

– Wybacz, ale nie tym razem. Chcę się na chwilę położyć. Bardzo lubię podróże pociągiem, ale zawsze przyprawiają mnie o ból głowy. Jeśli nie odpocznę, wieczorem nie będę się nadawała do niczego…

– W porządku. Może więc chociaż mi podpowiesz, dokąd mam pójść, aby uciec przed zgiełkiem?

Iza wydęła usta.

– Uciec przed zgiełkiem? W sierpniu w Zakopanem? Dlaczego od razu nie poprosisz o czarodziejski dywan? – zażartowała. Zaraz jednak utkwiła zamyślone spojrzenie w górskim paśmie i powiedziała powoli: – Może przejdź się kawałek Doliną Białego? W tym miejscu powinno być spokojniej niż w Dolinie Strążyskiej czy w Kuźnicach.

 

 

Później nie potrafiła powiedzieć, jak do tego doszło. Dlaczego zwyczajną przechadzkę po mieście zmieniła w wyprawę, do której nie była nawet przygotowana. Czy sprawił to widok skąpanego w słońcu Giewontu, który zdawał się nęcić swymi pierwotnymi szarościami i zieleniami, szeptać: „Chodź, chodź…?”. Spotkanie na szlaku? Czy zadecydowało spojrzenie na wystawę sklepu sportowego i ulotna myśl: A gdyby tak kupić porządne buty? Albo poręczny plecak? Kupiła i buty, i plecak, do którego zapakowała swoje adidasy. Nie zdecydowała się na powrót do mieszkania w obawie, że ktoś – Agnieszka, no bo kto inny? – zechce ją zatrzymać. Towarzyszyła jej ekstatyczna, niemal dziecięca radość. Stała u podnóża Tatr i planowała malowniczą wycieczkę. Przejęta zerkała na mapę, którą podarował jej sprzedawca ze sklepu sportowego. Roziskrzonymi oczami wodziła po kolorowych nitkach oznaczających poszczególne szlaki. Żółty, niebieski, czerwony, zielony, czarny… Jak drewniane patyczki do nauki liczenia. Darię również czekała nauka. Miała się uczyć gór, miłości i szacunku, respektu, strachu. Nawet czasu, bo ten w górach płynie innym rytmem.

Z mapą w ręku wędrowała ulicami Zakopanego, co rusz zerkając w stronę szczytu Giewontu. Gdziekolwiek skręciła, zawsze jej towarzyszył, widoczny jak na dłoni albo na wpół ukryty za wierzchołkami drzew lub strzelistymi dachami miejskich willi i pensjonatów. W pewnej chwili przysiadła na przystanku autobusowym, aby zapakować do plecaka kupioną wodę. Nagle obok zatrzymał się sfatygowany bus, automatyczne drzwi otworzyły się z głośnym klekotem, a siedzący za kierownicą mężczyzna spojrzał na nią z zainteresowaniem.

– Dokąd? Do Chochołowskiej? Kościeliskiej? – zarzucił ją nazwami, które brzmiały znajomo, ale mgliście. Otworzyła usta, aby zaprzeczyć, powiedzieć, że nigdzie się nie wybiera, w tej samej chwili jednak do busa podbiegła para młodych ludzi z plecakami.

– Do Doliny Małej Łąki z panem podjedziemy? – zapytał chłopak, opierając stopę o pierwszy schodek.

– Pewnie, wskakujcie. – Mężczyzna skinął przyjaźnie ręką. Daria obserwowała, jak turyści zdejmują plecaki, znacznie większe od tego, który sama trzymała na kolanach, i gramolą się dopojazdu. Dolina Małej Łąki, powtórzyła cicho. Małej Łąki. Wyobraziła sobie zielony tunel obwarowany z dwóch stron stromymi, porośniętymi lasem zboczami, biegnącą dnem doliny dróżkę… I pchnięta jakimś niewytłumaczalnym impulsem zerwała się z ławki i podbiegła do drzwi.

Kierowca uśmiechnął się znacząco, jakby plany pasażerki od samego początku nie stanowiły dla niego żadnej tajemnicy. Daria przylgnęła do drążka, aby utrzymać równowagę w czasie jazdy. Z emocji aż kręciło się jej w głowie. Co ona właściwie wyprawia? Przecież za parę godzin rozpocznie się impreza celebrująca zakończenie jej panieńskiego stanu, Agnieszka z pewnością dopina już ostatnie szczegóły. A ona? Siedzi w busie, który wiezie ją Bóg wie dokąd, z mapą niedbale wetkniętą w kieszeń szortów i lekkością wypełniającą kołaczące serce.

– Gdzie się wybierasz? Na Giewont? Czy na Kondracką? – zagadnął chłopak.

Zakłopotana wzruszyła ramionami.

– Ja… Nie wiem. Pomyślałam, że trochę pospaceruję doliną. Popatrzę na góry z innej perspektywy niż Zakopane.

– To jedna z moich ulubionych dolin. – Dziewczyna uśmiechnęła się przyjaźnie. – Jest przepiękna.

– A wy dokąd idziecie?

– Chcieliśmy przejść do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów, ale nasz pociąg przyjechał późno i zaliczyliśmy spory poślizg. Pójdziemy przez Kopę i Kasprowy Wierch do Murowańca. Może uda się kimnąć

w schronisku, mamy karimaty i śpiwory, więc nawet podłoga nam niestraszna. A jutro dalej…

– Szczerze mówiąc, jestem tu pierwszy raz od wielu, wielu lat i to, co mówicie, brzmi dla mnie trochę egzotycznie! – wyznała Daria. – Nigdy nie chodziłam po górach, do tej pory Tatry kojarzyły mi się z Zakopanem i kolejką na Gubałówkę. – Zaśmiała się i poklepała po kieszeni, w którą zatknęła mapę. – Dziś też wcale nie planowałam iść na szlak, ale wiedziona jakimś niezrozumiałym dla mnie impulsem najpierw kupiłam plecak i nowe buty, a później, słysząc o Dolinie Małej Łąki, wsiadłam do busa…

– Nowe buty? – Dziewczyna spuściła wzrok na stopy Darii i lekko przygryzła wargę. – To nie szalej z wędrówką, okej?

– Nie zamierzam. – Daria się roześmiała. – Nie mam ku temu warunków ani czasu. Trochę pospaceruję, porozdziawiam usta do pięknych widoków, powzdycham z tęsknoty… Ale w dolince taki mięczak jak ja chyba da radę, co?

– Jasne! Będzie pięknie, przekonasz się!

 

 

I było, Boże, jak było pięknie! Daria wędrowała Doliną Małej Łąki, początkowo niespiesznie, później nieco szybciej, a w końcu gorączkowo, czując na karku ciężar upływającego czasu. Szła, z trudem hamując się przed zatrzymywaniem co krok i uwiecznianiem na zdjęciach kolejnych krajobrazów. Uroczo zakręcająca ścieżka, świerk spuszczający ku ziemi gęste gałęzie, delikatnie falujące trawy w kolorach późnego lata, zrudziałe, złociste, słomkowe jak słaba herbata. Dotykała ich dłonią, kręciła się w kółko, szeroko rozrzucając ramiona, a zbocza i poszarpane szczyty wirowały wokół niej, zmieniając się w zamazany kalejdoskop kształtów i barw. Początkowo pilnowała godziny jak bezcennego skarbu, później umknęło jej to z myśli. I było tak, jakby znalazła się w cudownej przestrzeni, gdzie czas nie miał najmniejszego znaczenia. Liczyły się tylko dolina i zamykające ją w objęciach góry, i niebo, czysto błękitne, jak tylko w sierpniu błękitne być potrafi. Daria nigdy wcześniej nie widziała takiego, śmiała się do niego w głos, a mijający ją turyści przyglądali się jej z sympatią lub rozbawieniem, ale zawsze miło i przyjaźnie.

I wszystko było dla niej nowe: widoki, zapachy, muśnięcie wiatru na policzku, palący ból mięśni z każdym krokiem skłanianych do wysiłku, i ten śmiech, a także przejmujące poczucie wolności i szczęścia.

Kiedy trasa zaczęła się lekko wznosić, Daria natknęła się na grupę młodzieży pod opieką starszej zakonnicy. Widok habitu w połączeniu z butami wspinaczkowymi na grubej podeszwie dziwnie ją rozczulił. Przykucnęła na kamieniu nieopodal pogrążonej w rozmowie grupki i popijała wodę, a kiedy zakończyli postój, także się podniosła i ruszyła dalej. Nie wiadomo kiedy przyłączyła się do śpiewanej przez nich piosenki, a jej pierś tak napęczniała radością, że aż zabolało. W grupie wędrowało się raźniej i nie miało znaczenia, że ścieżka wznosi się coraz wyżej, a stopy lekko puchną. Gdy piosenka umilkła, Daria wdała się w rozmowę z zakonnicą. Dowiedziała się, że przyjechała ona z grupą wychowanków z Warszawy i to ich przedostatni dzień na Podhalu. Postanowili uświetnić go wejściem na Giewont.

Na Kondrackiej Przełęczy Daria rozstała się z nowymi znajomymi i przysiadła na ławce. Popijała wodę, upajając się widokiem usytuowanej poniżej doliny. Przecinającą ją ścieżką wędrowali turyści, niczym żwawe, kolorowe robaczki. Ale prawdziwe ludzkie mrowie dostrzegła na szlaku wiodącym pod krzyż. Choć trudno jej było w to uwierzyć, zdawało się, że do wejścia formuje się kolejka. Gdy rozbawiona sięgnęła po telefon, aby uwiecznić to na zdjęciu, przekonała się, że nie działał. Widok ciemnego ekranu był jak niespodziewane i bolesne ukłucie szpilką. Z pełną mocą powróciło do niej to, od czego na moment udało jej się odciąć grubą kreską, gdy przekroczyła bramkę Tatrzańskiego Parku Narodowego. Uświadomiła sobie, że znajduje się w górach, z dala od miasta i znajomych, którzy właśnie przygotowują dla niej wieczór panieński. Dzieliła ją od nich długa, może nawet parogodzinna wędrówka. Zerknęła na mapę, ale nagłe zdenerwowanie sprawiło, że nie potrafiła zlokalizować swojego położenia. W końcu odnalazła właściwą przełęcz. W napięciu wpatrywała się w kolorowe wężykiszlaków. Ile zajmie jej powrót do Zakopanego? Zupełnie straciła poczucie czasu, nie potrafiła powiedzieć, czy jest druga czy piąta po południu. A może jeszcze później? Niebo wyraźnie pociemniało, dlaczego wcześniej tego nie zauważyła?

Roztrzęsionymi rękami próbowała włączyć telefon.

Agnieszka, Iza…, myślała gorączkowo. Pewnie zastanawiają się, gdzie przepadłam. Iza… Powinnam była jej napisać, gdzie idę. Może uzna, że zamarudziłam zbyt długo i uspokoi resztę… Agnieszkę… Agnieszka, niech to szlag! Na pewno zadzwoni do Ryśka!

Nagle telefon ożył w jej dłoniach, a na ekranie pojawiły się znajome ikonki. Palec Darii zawisł nad tą oznaczoną kopertą, ale nagle z cichym pikaniem zaczęły nadchodzić kolejne SMS-y i powiadomienia o próbach połączeń. Za późno, pomyślała z rozpaczą. Machina ruszyła. Agnieszka uznała, że zdezerterowałam, i oczywiście zadzwoniła do Ryśka, a ten wszczął alarm!

Wybrała numer do narzeczonego. Oczekując na połączenie, podniosła się z ławki i nerwowo krążyła po ścieżce. Mijali ją turyści pospiesznie schodzący żółtym szlakiem. Ich nerwowość udzieliła się też Darii. Rysiek nie odbierał. Rozłączyła się i napisała mu szybką wiadomość. „Nic mi nie jest, wracam”.

Zaczepiła przechodzącą parę.

– Jak najszybciej wrócić do Zakopanego?

Otaksowali ją krytycznym spojrzeniem.

– Idź do Kuźnic niebieskim szlakiem. Tam najszybciej złapiesz jakiegoś busa. Poza tym po drodze są dwa schroniska, a burza wisi w powietrzu.

Jakby na potwierdzenie tych słów, ciemna chmura wisząca nad górami wydała z siebie gniewny pomruk. Daria pokręciła głową z niedowierzaniem. Przecież jeszcze przed momentem podziwiała rozjaśniony błękit nieba! Nagle dotarły do niej urywki zasłyszanych gdzieś rozmów. Nieobliczalna pogoda. W górach zmienia się tak szybko. Burza, grzmoty… Pierś, wcześniej wypełnioną lekką chmurą radości, ścisnęła bolesna obręcz strachu…

– Spokojnie, tędy… – Kobieta spojrzała na nią z życzliwą troską. – Weź oddech i powoli schodź tą ścieżką. Lepiej spokojnie i bezpiecznie dojść do schroniska, niż gnać jak na złamanie karku, poślizgnąć się i skończyć ze złamaną nogą.Albo gorzej… To nie jest trudny szlak. Tylko patrz, gdzie stawiasz nogi, zaczyna padać, będzie ślisko… – wyrzucała z siebie szybkie polecenia, a Daria przytakiwała oszołomiona.

Zaczęli schodzić. Turyści przodem, ona za nimi, zesztywniała ze zdenerwowania. Jej myśli krążyły wokół apartamentu na Sabały. Wyobrażała sobie zirytowaną Agnieszkę kursującą między salonem a sypialnią z balkonem, z rosnącym napięciem obserwującą ulicę, po której przemykają zmokli w deszczu turyści. Z początku pewnie była wściekła, z czasem gniew wyparł kiełkujący niepokój. Zadzwoniła do Ryśka, choć oddalony od nich o wiele kilometrów, nie mógłby pomóc. Na myśl o narzeczonym Darię ścisnęło w dołku. Rozmowa z siostrą pewnie go przeraziła, a potem jeszcze wyłączony telefon…

Pogrążona w rozmyślaniach, nie patrzyła, gdzie stawia stopy. Niespodziewanie podeszwa buta ześlizgnęła się po wytartym tysiącami stóp kamieniu i dziewczyna z trudem utrzymała równowagę. Znieruchomiała, z łomocącym sercem i dygocącymi z napięcia nogami. Odpoczęła chwilę, napominając się w duchu, że całą uwagę musi skoncentrować na szlaku, by bezpiecznie wrócić na dół. Do przyjaciół, do Ryśka…

Wsunęła dłoń do kieszeni kurtki po komórkę. Odpisał? Nie, żadnych nowych wiadomości ani połączeń. Deszcz się nasilał i urządzenie w ułamku sekundy pokryły drobne, srebrzyste punkciki. Daria wytarła ekran o przód koszulki i spróbowała połączyć się z Agnieszką. Cisza. Nic dziwnego, że nie wychodzą ani nie dochodzą połączenia!, tupnęła ze złości. Nie ma ani kreseczki zasięgu. Zresztą i tak grzmoty były coraz częstsze…

Jak dobrze, że tam na górze zdążyła napisać do Ryśka. Przynajmniej wie, że jest bezpieczna!

Ledwie to pomyślała, niebo przecięła igła błyskawicy. Daria, oślepiona błyskiem, skuliła się ze strachu, telefon wyślizgnął jej się z dłoni i wpadł w kępę roślinności obrastającą kamienny szlak. Bezpieczna? Dobre sobie! Opadła na kolana i po omacku szukała aparatu. W końcu wyczuła go między wilgotnymi gałązkami i z ulgą przytuliła do piersi. Kiedy się podniosła, stwierdziła, że turyści, za którymi szła, zmienili się w dwa ruchliwe punkty w oddali. Poczuła głębokie osamotnienie. Zapragnęła unieść się w powietrze i jak najszybciej wrócić do miasta. Wycieczka do Doliny Małej Łąki okazała się piękną, ale również budzącą grozę przygodą.

Nie panikuj, napomniała się w duchu. Podążaj za szlakiem. Dotrzesz do schroniska, odpoczniesz, rozgrzejesz się. Nic ci nie będzie.

Kontynuowała zejście, czujnie patrząc pod nogi. Każdy krok, każdy ułożony na ścieżce kamień przybliżał ją do bezpiecznych ścian schroniska. Bezwiednie poddała się rytmowi marszu, odcinając zewnętrzne bodźce. Oczywiście była świadoma przetaczającej się nad górami burzy, deszczu siekającego ją po twarzy i mokrego ubrania nieprzyjemnie oblepiającego ciało, kątem oka widziała targane mocnymi podmuchami wiatru kosodrzewiny i strumyki tryskające spomiędzy głazów, jednak całą uwagę skoncentrowała na prostej sekwencji. Stopa, kamień. Stopa, kamień. Stopa, kamień. I tak krok za krokiem posuwała się naprzód. Gdy zejście stawało się zbyt strome albo zbyt śliskie, przykucała na zboczu i zsuwała się po nim na pupie, kurczowo czepiając palcami gałązek i kęp traw.

Gdy burza ucichła, a deszcz zamienił się w chłodną mżawkę, o mało nie rozpłakała się z ulgi. Czekało ją jednak kolejne wyzwanie. Z doliny podniosła się gęsta mgła. Lepka i lodowata. Daria nie widziała nic ponad dwa–trzy metry…

Momentami pozwalała się porwać gorączkowemu pragnieniu, aby jak najszybciej znaleźć się na dole. Wtedy jej kroki stawały się szybsze, drżące niecierpliwością, mniej precyzyjne, potykała się o wystające ostre krawędzie kamieni albo traciła równowagę, boleśnie wykrzywiając stopę w kostce na nierównościach. Przystawała wtedy, uspokajała kołaczące serce i nakazywała sobie opanowanie. Później ruszała dalej.

Raz tylko o mało się nie rozsypała… Mijała jakiegoś turystę, ze wzrokiem wbitym w lśniącą wilgocią ścieżkę zauważyła go w ostatniej chwili i doprawdy trudno jej było stwierdzić, czy podążał w tym samym kierunku, czy przeciwnym. Poślizgnęła się i poczuła, że tym razem naprawdę spada. Wydała z siebie krótki okrzyk rozpaczy i rozłożyła szeroko ramiona, a wtedy on zamknął dłoń wokół jej nadgarstka i mocno pociągnął ją do siebie. Gdy się ocknęła, do jej uszu dobiegło stłumione dudnienie, zastanawiała się, czy to echo kropel deszczu bębniących o okrycia, czy też bicia ich serc. Wtulona w pierś nieznajomego, w półmroku ogarniającym falujące mgłą zbocza w końcu poczuła się bezpieczna, a równocześnie nieludzko strudzona. Zapragnęła oprzeć czoło o jego ramię i zapłakać. To głupie, napomniała się w duchu, to nie czas na słabość, i zagryzła wargi