Malarka wiosennych łąk - Joanna Szarańska - ebook + książka

Malarka wiosennych łąk ebook

Joanna Szarańska

4,7

Opis

Nadzieja ma kolor wiosennej łąki

Maria jest malarką i od dawna marzy o własnej galerii. Gdy jednak zostaje zdradzona przez jedną z najbliższych osób, traci wiarę w ludzi i własne możliwości. Przestaje malować i zamyka się w sobie. Przełomem staje się rozmowa z dawno niesłyszaną przyjaciółką. Za jej namową Maria przyjeżdża do siedliska w Granicach. Czy stary dom, piękny ogród i niewielka winnica sprawią, że kobieta znów sięgnie po pędzel? Jak ułożą się jej stosunki z lokalną społecznością? I co najważniejsze, czy dowie się, kim jest tajemnicza Malarka wiosennych łąk poznana na kartach starego brulionu znalezionego na strychu?

Wsłuchaj się w szepty starego domu. Może zdradzi swoje sekrety?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (60 ocen)
44
15
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BOOKIETMARZEN
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Nostalgiczna i piękna opowieść, którą polecam każdemu. Przeniesie Was w malownicze tereny i otuli Wasze serca. Gorąco polecam i czekam na kolejną część!
00
paulakowalczyk

Dobrze spędzony czas

Stara chatka na uboczu, malownicze łąki, malarka, która próbuje odzyskać natchnienie. I ona, Krystynka, która jest tak bardzo nie przystosowana do współczesnego świata... A może to my jesteśmy do niego nieprzystosowani a ona rozumie więcej niż nam się wydaje? Ciepła, otulająca historia. Czekam na kolejną część.
00
ewcud2

Dobrze spędzony czas

bez klimatu czarów byłoby lepiej
00
Agne9

Nie oderwiesz się od lektury

Pięknie napisana opowieść sprawiła, że sama poczułam się malarką wiosennej łąk.
00
otka_a

Nie oderwiesz się od lektury

kolorowa
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Joanna Szarańska, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka prowadząca: Zuzanna Sołtysiak

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Katarzyna Dragan

Korekta: Magdalena Dejnak, Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Westend61 | Getty Images

Fotografia autorki na skrzydełku: © Adam Słowikowski

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN978-83-67727-13-6

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Grażynce, bo pokazuje mi najpiękniejsze kolory tego świata i zabrała mnie w podróż, dzięki której w sercu zakiełkowała opowieść o malarce wiosennych łąk.

Ani, w podziękowaniu za opowieść o zwalonej jabłoni, która nadal żyje, bo pragnie żyć wbrew wszystkiemu.

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

Kobieta podeszła do sztalugi. Dotknęła płótna. Delikatnie, pieszczotliwie, tak, jak dotyka się twarzy kogoś bliskiego. Niespiesznie przesunęła palcami po chropowatej powierzchni, z góry na dół, wzdłuż krawędzi. Odbijała niewidzialne stemple w każdym rogu. Jej dłonie powielały ruchy pędzla, tak znajome i bezpieczne. Każde dotknięcie płótna napełniało jej serce otuchą. Czuła, jak ze zdrętwiałych członków powoli schodzi napięcie.

Opuściła dłoń, musnęła palcami pędzle stłoczone w słoiku, dotknęła tub z farbami. Spojrzała na rozświetlony krajobraz roztaczający się za oknem. Gdy pracowała, lubiła odrywać wzrok od obrazu i zatapiać go w palecie barw za oknem. W zieleni wiosny. W błękicie bezkresnego nieba. Szarości deszczu. Czerni nocy. Czerwieni zachodzącego słońca płonącego w oknach domu po drugiej stronie ulicy. Dlatego karnisze w jej pracowni nie znały ciężaru firanek, nie dźwigały zasłon. Były samotne i bezużyteczne.

Spojrzenie kobiety zakotwiczyło w wierzchołku rozkołysanej brzozy. Ostatnia brzoza w starym ogrodzie otaczającym dom… Co czuje drzewo? – zastanawiała się kobieta. Bo że czuje, było dla niej oczywiste. Jakie uczucia drzemią w tych trzepoczących na wietrze liściach? Samotność? Tęsknota za utraconymi towarzyszkami, których pnie butwiały gdzieś pod płotem? A może radość z tego, że nadal żyje i wznosi srebrzyste ramiona ku chmurom?

Kobieta uśmiechnęła się.

Zapragnęła to namalować. Uchwycić na obrazie uczucia drzemiące w drzewie. Przebiegła wzrokiem po tubach z farbami, pospiesznie wybrała kolory, sięgnęła po pędzel, niecierpliwym ruchem mieszała barwy…

Seledyn, zieleń, a tam, gdzie pada cień, granat, tak, tak… I ta smuga światła ukosem padająca na pień, zupełnie jak szelmowski uśmiech…

Wzrok malarki biegał między paletą a drzewem za oknem, szybko, gorączkowo, tam i z powrotem.

Czubek pędzla dotknął nieskazitelnego płótna.

I wtedy pojęła, że nie może tego zrobić.

Kobieta poczuła lodowaty ucisk w piersi. Jej dłoń zadrżała. Kropla farby spłynęła z włosia, odbijając się pieczęcią na posadzce tuż obok lewego buta. Z piersi malarki dobył się jęk bezsilności. Usiłowała przesunąć pędzlem po płótnie, ale jedynie wodziła nim w powietrzu, czując, jak ogarnia ją coraz silniejsze uczucie frustracji. Bezcelowości. Beznadziei.

Po co miała to robić?

Malować, obrazować uczucia, dźwięki, smaki, otaczające ją piękno.

Po co zaczynać obraz, którego nie ukończy? Brudzić płótno, które wyląduje w kącie obok innych? Kobieta cisnęła pędzel na półkę pod sztalugą i ciężko oddychając, cofnęła się o krok. Przesunęła lodowatymi dłońmi po twarzy, zgarniając do tyłu włosy i zwijając je w niezgrabny kok na czubku głowy. Spojrzała na nagie płótno i poczuła, że ogarnia ją coraz głębsza rozpacz.

Tyle emocji!

Tyle uczuć, słów i gestów!

Tak wiele chciała przekazać za pośrednictwem tych obrazów. Sprawić, by wżarły się ludziom w serca, by ryły w ich duszach i umysłach…

A nie potrafiła tego zrobić. Gdy przyciskała pędzel do płótna, wydawało jej się, że palce chwytał nieokreślony paraliż. Zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła wykręcała je boleśnie, zmuszając, by wypuściły narzędzie pracy.

Ta blokada trwała od wielu tygodni i coraz bardziej ją przerażała. Skutkowało to tym, że już sama myśl o wejściu do pracowni przyprawiała kobietę o niepokój. Widok przygotowanej sztalugi, znajomych tub i pędzli, kraciastego koca, którym okrywała się, wypoczywając i wpatrując się w niedokończone obrazy, sprawiał, że napięcie mijało. Widok za oknem niósł natchnienie, serce wypełniała nadzieja.

Może to ten dzień. Może znów zacznie malować.

Dłoń sięgała po pędzel, ale nie była w stanie dotknąć nim płótna.

Kobieta pokręciła z rozpaczą głową.

Zdarzały się już trudne okresy. Po narodzinach Oli nie malowała przez pół roku. Aż pewnego dnia sięgnęła po blok i zaczęła szkicować pucołowate policzki pogrążonego we śnie bobasa. I z każdą kolejną kreską przepełniała ją pewność, że znajduje się na właściwym miejscu: siedzi przy łóżeczku córki, czuwa nad jej spokojnym snem i robi to, co najbardziej kocha. Następnego dnia, wykorzystując długą drzemkę dziecka, stanęła przy sztaludze i jak gdyby nigdy nic zaczęła pracę nad pierwszym obrazem z nowej serii. Zatytułowała ją później „Popołudnia”, bo rzeczywiście malowała jedynie popołudniami, gdy dom otulała przyjazna cisza, a pracownia tonęła w złocistoperłowym świetle. Seria dedykowana córeczce okazała się dla niej przełomowa, a szkic, który tamtego dnia powstał w dziecięcym pokoju, przejął rolę talizmanu. Złożoną kartkę wsunęła do jednej ze starych powieści ojca i wyjmowała w trudnych chwilach, by udowodnić samej sobie, że potrafi wygrzebać się z najgłębszego dołka. Także i tym razem usiłowała się ratować widokiem krągłych policzków ocienionych gęstymi, rdzawymi rzęskami, wypukłych usteczek, na których osiadła bańka śliny. Sięgnęła między stare pożółkłe strony, rozłożyła rysunek, wygładzając palcami niewidzialne zagięcia i… nic się nie zmieniło. Błąd: pojawiło się głębokie, gorzkie rozczarowanie. A później wstyd, że wierzyła w moc sprawczą szkicu sprzed kilkunastu lat…

Nie potrafiła malować.

Nie była w stanie. I nie miała pojęcia, co zrobić, by to zmienić.

Podeszła do okna, wsparła dłonie o szeroki parapet, przytknęła twarz do szyby, aż osiadła na niej lepka mgiełka oddechu. Kołysane podmuchami wiatru drzewo rozmyło się za szkłem w ruchomy cień.

I ja jestem takim cieniem, pomyślała, i moja sztuka. To, co wychodzi spod mojego pędzla. Co mam uczynić, by wszystko nabrało kształtu?

 

 

MARIA

 

 

 

 

– Nie wiesz, gdzie są moje snikersy? – Głos Oli zdawał się dochodzić z głębi studni. – Mamo! Nie widziałaś ich? Jezu! Spóźnię się na pociąg, a następny odjeżdża dopiero za godzinę z kawałkiem! Cholera, gdzie one się podziały? Przecież…

Maria przyklęknęła na jasnobrązowym jutowym dywanie i zajrzała pod łóżko. Zauważyła kilka siwych kłaczków kurzu przytulonych do listwy przyściennej i jakiś czarny kłębek. Skarpetka? Może jedna z pończoch? Bardzo je lubiła, ale one jakoś nie odwzajemniały tych uczuć i ciągle się przed nią chowały. W każdym razie sportowych butów jedynaczki nie było w jej sypialni. Nie tym razem, choć Ola często rozrzucała tu swoje rzeczy. Utarło się, że w drodze do swojego pokoju zaglądała do Marii. Plecak rzucała na jedno z tapicerowanych krzeseł ustawionych przy okrągłym stoliku, bluzę przewieszała przez ramę łóżka, zzuwała buty i rozciągała się na posłaniu, opowiadając matce, jak jej minął dzień. Czasami Maria unosiła znacząco brwi, a wtedy córka gramoliła się z łóżka z głośnym jękiem i zbierała bezładnie rozrzucone elementy garderoby. Ale zdarzało się, że odpuszczała, choć później ganiła się w duchu za niepedagogiczne wychowanie. Wspólne chwile były tak cenne! I niestety coraz rzadsze. Ola długie godziny ślęczała nad książkami, poza tym spędzała sporo czasu ze swoją paczką z liceum. Do tego dochodziły cotygodniowe wizyty u ojca… Czy można było winić Marię, że wolała przyjaźnie pogawędzić z córką niż suszyć jej głowę o rozrzucone buty?

„Gdybyś była konsekwentna, w ogóle nie byłoby potrzeby tego robić…” – często wypominał jej były mąż.

– Dobrze, że choć jedno z nas okazało się konsekwentne… – mruknęła teraz, podnosząc się z klęczek i wygładzając dłonią zmarszczoną narzutę. – Konsekwentnie podniesiona deska, talerz konsekwentnie odstawiony do zlewu, choć zmywarka znajduje się krok dalej. I konsekwentne późne powroty do domu, aż do dnia rozwodu. Konsekwencja w czysto męskiej postaci, niech go diabli!

– Mamo! – Jęki Oli przybrały na sile. – Naprawdę się spóźnię! Nie widziałaś moich butów?

– W sypialni ich nie ma! – odkrzyknęła Maria. – Sprawdzałaś pod kuchennym stołem?

– Skąd niby miałyby się wziąć w kuchni? Pamiętam, że zdjęłam je na górze… – Ola zbiegła na parter. Trzasnęły zbyt gwałtownie zamknięte drzwi.

– Masz nauczkę, tyle razy cię upominałam, żebyś zmieniała buty w przedpokoju! – odkrzyknęła Maria, zerkając za zasłonę. – Szafka nie stoi tam dla ozdoby!

– Nie? – Ola uśmiechnęła się figlarnie, zaglądając do sypialni. Miała przyspieszony oddech i zarumienioną z wysiłku twarz. Kilka niesfornych rudawych kosmyków wymknęło się spod szerokiej frotki i zakręciło wokół uszu w urocze kędziorki. – A mówiłaś, że to antyk, czy coś…

– Uroczy staroć, owszem. – Maria skinęła głową. – Piękna, stara szafka. Ręczna robota z finezyjną snycerką. Ale to wciąż szafka na obuwie! Dzięki zostawianiu tu butów, nie roznosimy po pokojach brudu i zawsze wiemy, gdzie są nasze ulubione snikersy, tak?

– Koniec pogadanki? – Ola uniosła brwi. Maria obrzuciła ją karcącym spojrzeniem.

– Chyba tak.

Dziewczyna skinęła głową i zniknęła za drzwiami.

– W takim razie odniosę do szafki w przedpokoju twoje szpilki – powiedziała, demonstrując parę lakierków na niebotycznych obcasach. Maria chrząknęła zakłopotana.

– Przy okazji wybierz inne buty na dzisiejsze wyjście. I zbieraj się szybciutko, podrzucę cię na dworzec.

– Serio? Mamo! Jesteś świetna! – Ola wydała z siebie pisk radości i pognała schodami na parter. Maria ruszyła za córką. U szczytu schodów zawahała się jednak i spojrzała przez ramię na zamknięte drzwi pracowni.

Nie korzystała z niej od wielu tygodni. Wchodziła na kilka sekund, by otworzyć lub zamknąć okna, ale nie sięgała po pędzel. Nie siadała w fotelu, nie okręcała nóg kraciastym kocem ani nie popijała kawy, przyglądając się ustawionej pośrodku pokoju sztaludze. To zbyt mocno wytrącało ją z równowagi, kosztowało zbyt wiele sił. Od tamtego popołudnia, gdy usiłowała namalować drzewo, nawet nie próbowała brać do ręki pędzla…

Każdego dnia zaraz po przebudzeniu obiecywała sobie, że tym razem się przełamie. I codziennie rezygnowała. Sam widok białych gładkich drzwi odgradzających ją od pracowni sprawiał, że wewnętrznie dygotała. Ze strachu? Gniewu? Z rozgoryczenia? Targało nią tyle uczuć…

– Założę glany. – Okrzyk Oli wyrwał ją z zamyślenia.

Podeszła do drzwi, pchnęła je i obrzuciła badawczym spojrzeniem pracownię. Już dawno usunęła stąd zbędne meble. Pod ścianą ostał się jedynie prosty regał, wypełniony różnorodnymi szpargałami. Parkiet osłaniał wydeptany chodnik. Centralną część pokoju zajmowała sztaluga. Obok niej, w zasięgu ręki, stał kelnerski stolik na kółkach, który z łatwością można było przesuwać wedle potrzeby. Fotel pod ścianą. I obrazy, mnóstwo płócien, napoczętych, niedokończonych, porzuconych. Czasem dopadała ją myśl, by wynieść je wszystkie na śmietnik, ale na to również brakowało jej energii…

Sztaluga, fotel, stolik, regał…

I prosty drewniany stołek, na którym czasami siadywała, malując. A pod nim snikersy Oli. Zgarnęła je szybkim ruchem i zatrzasnęła za sobą drzwi pracowni. Zbiegła na dół, gdzie siedząca na niskiej pufie córka właśnie sznurowała odrapane glany. Triumfalnie pomachała jedynaczce przed nosem sportowymi butami.

– Prosiłam wczoraj, żebyś zamknęła okno w pracowni – przypomniała. – Nie wiem, dlaczego zrzuciłaś przy tym buty, ale leżały pod krzesłem.

– Ja… – Ola zagryzła wargę, spoglądając na matkę przepraszająco spod przydługiej grzywki. – Chyba usiadłam tam na chwilę. Rozglądałam się. Przepraszam.

– Rozglądałaś się? – Maria zmarszczyła czoło. – Za czym?

– Nie wiem. Tak po prostu, siedziałam i patrzyłam. Przypominałam sobie różne rzeczy.

– Jakie rzeczy?

– Różne. Na przykład jak malowałaś całą noc. Rano przybiegłam do ciebie w piżamie, a ty dotknęłaś moich stóp i stwierdziłaś, że są zimne jak sople lodu. Potem otuliłaś mnie kocem, uwiłaś mi takie przytulne gniazdko na fotelu i powiedziałaś, że jestem wróbelkiem. Po chwili przyszedł tata, pamiętasz? Przyniósł ci jajecznicę i kawę. Nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się ten dzień. Siedziałam chwilę w pracowni i próbowałam przywołać ich więcej.

Ostatnie słowa brzmiały tak smutno, że Marii ścisnęło się serce. Ola bardzo przeżyła odejście ojca i chociaż od rozstania Marii i Marcina upłynęło już kilka lat, a ona regularnie spędzała czas z tatą, nadal rozpamiętywała dawne czasy. Dzieciństwo spędzone pod czułymi skrzydłami obojga rodziców jawiło jej się jako nieskończona sielanka. Nic dziwnego, pomyślała Maria. Nie pamięta ciągłych pretensji ani awantur. Nie ma pojęcia o kłamstwach ani zdradach. Uczyniliśmy wszystko, by ją przed tym ochronić, wszelkie utarczki rozwiązywaliśmy bez jej udziału. Ta jedna rzecz wyszła nam perfekcyjnie.

Nie, nie jedna. Z czułością zmierzwiła przydługą grzywkę córki. Ola syknęła z oburzeniem.

– To była najlepsza jajecznica w moim życiu – powiedziała Maria, pochylając się do szafki, by włożyć wygodne baleriny. Ola upchnęła glany na półce, odgarnęła włosy na bok i spojrzała na nią.

– Mamo… Czy ty… skończyłaś z malowaniem?

– Skończyłam z malowaniem? – powtórzyła wstrząśnięta. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– Nie wiem, po prostu… Kiedyś praktycznie nie wychodziłaś z pracowni. Musiałam ci przypominać, że już pora obiadu, bo traciłaś kontakt ze światem. A od pewnego czasu nie malujesz, nawet nie podchodzisz do sztalugi. Od dawna nie zaczęłaś nic nowego, prawda?

– Nie wiedziałam, że to zauważyłaś. – Maria poczuła na języku nieprzyjemną gorycz.

Ola przewróciła oczami, po czym sięgnęła po dżinsową kurtkę wiszącą przy lustrze. Nie odrywając wzroku od swego odbicia, ułożyła wytarty kołnierz i mocniej ścisnęła koński ogon. Jej policzki poróżowiały.

– Jak mogłabym nie zauważyć? Malowanie to twoje życie, mamo. Było dla ciebie jak… jak powietrze! – wykrzyknęła. – Nie byłaś w stanie bez niego funkcjonować. Myślę, że dlatego rozstaliście się z tatą. On po prostu nie potrafił zaakceptować, że nie jest dla ciebie najważniejszy.

Powiedzmy, pomyślała Maria. Na decyzję o rozstaniu z twoim ojcem wpłynęło wiele czynników. Między innymi to, że nigdy nie traktował poważnie mojej pracy. I że na widok każdej atrakcyjnej kobiety ślinił się jak wygłodniały pies.

Sięgnęła po kluczyki do samochodu.

– Masz wszystko? No to chodźmy, bo naprawdę spóźnisz się na pociąg. Jakie macie plany z tatą?

– Chcemy pójść do kina i zjeść coś na mieście. A ty? Jak spędzisz weekend?

– Pomyślałam, że mogłabym uporządkować ogródek od frontu. Pamiętasz? Jesienią posadziłyśmy tam jakieś cebulki. Ciekawe, czy coś wzeszło – powiedziała w zamyśleniu, zajmując miejsce za kierownicą i przyglądając się połaci trawnika przed domem. – A jeśli pogoda nie dopisze, poczytam albo obejrzę jakiś ciekawy film. – Wciąż czuła na sobie baczne spojrzenie Oli. Jej wargi zacisnęły się kurczowo, w oczach pojawiło się napięcie. Maria powoli wypuściła powietrze z płuc. – I… chciałabym też trochę pomalować – powiedziała, spuszczając wzrok na zapięcie pasa bezpieczeństwa. – Mam kilka ciekawych pomysłów, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

– Czyli nie rezygnujesz z malarstwa?

– Skądże! – żachnęła się oburzona, po czym odwróciła się do córki i delikatnie pogładziła ją po policzku. – Nie wiedziałam, że tak cię to niepokoi. Nie chciałam, by tak było, i żałuję, że od razu z tobą o tym nie porozmawiałam. Rzeczywiście, od pewnego czasu cierpię na coś w rodzaju… blokady. Ale wierzę, że to minie i malowanie ponownie wypełni mnie radością. Zobaczysz, wkrótce wszystko wróci do normy i znów będziesz pukać do drzwi, aby mi przypomnieć, że to czas obiadu.

– Tak myślisz?

– Tak – potaknęła Maria, choć niczego takiego nie czuła. Tak naprawdę chciała uspokoić Olę, bo dostrzegła w jej oczach strach. Nigdy nie stanowili szablonowej rodzinki, w której mama i tata znikają w pracy na osiem godzin. Marcin prowadził firmę handlową i wracał do domu właściwie tylko po to, by się przespać. Ona malowała, organizowała wystawy i załatwiała dziesiątki spraw związanych z promowaniem swojej twórczości. Po rozwodzie zdecydowała się zatrzymać rodzinny dom, który był dla nich zdecydowanie zbyt duży i zbyt drogi. Jakoś sobie radziły, ale Ola musiała być świadoma, że stan ich finansów jest uzależniony wyłącznie od tego, co jej matka namaluje i sprzeda.

A skoro od wielu tygodni nie stanęła przy sztaludze…

Miały trochę oszczędności i w tej chwili pieniądze nie stanowiły problemu. Ale co będzie za miesiąc, dwa, za pół roku? Co, jeśli nic się nie zmieni? Maria poczuła bolesny ucisk w piersi.

– Cieszę się, że mi o tym powiedziałaś, mamo – odezwała się Ola. Maria usłyszała w jej głosie wyraźną ulgę. – Ciągle powtarzasz, że jesteśmy nie tylko mamą i córką, ale również najlepszymi przyjaciółkami, i że mogę się do ciebie zwrócić z każdym problemem. Pamiętaj, że to działa w dwie strony.

– Nie chciałam cię martwić…

– Każdemu może się przydarzyć trudniejszy okres. – Dziewczyna wzruszyła ramionami, a uwolnione spod frotki kosmyki ponownie zwinęły się wokół uszu. – To pewnie zmęczenie. Musisz odpocząć, mamo! Wziąć głęboki oddech! Spójrz, jaką piękną mamy wiosnę! Nie waż się siedzieć nad książką albo przed telewizorem! Idź na długi spacer!

– Może i masz rację!

– Jasne, że mam! To na pewno chwilowe zmęczenie! No bo co innego, skoro kochasz malowanie nad życie?

Maria zerknęła na córkę przelotnie. Gołym okiem dało się poznać, że z jej ramion stoczył się stukilowy głaz: Ola rozluźniła napięte mięśnie, a zaciśnięte wcześniej wargi rozciągnęły się w promiennym uśmiechu. Jak niewiele trzeba, pomyślała ze smutkiem Maria. Zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Poczucia bezpieczeństwa. Znajomej domowej rutyny. Świadomości, że wszystko się ułoży…

– Tak, tylko zmęczenie – zapewniła.

Ucisk w piersi przybierał na sile.

Brzydziła się kłamstwem, a dziś częstowała nim ukochaną córkę niczym ulubionymi cukierkami, osładzając smutek spowijający duszę. To nie było zmęczenie, nie. Dobrze wiedziała, dlaczego nie maluje, jednak nie mogła podzielić się tym z Olą. Jak miała wyznać prawdę córce, skoro okłamywała samą siebie?

 

Do rozmowy z Olą wróciła myślami późnym popołudniem, kiedy gorącym strumieniem prysznica zmyła z siebie trudy pracy w przydomowym ogródku i z kubkiem mocnej herbaty usiadła w ulubionym fotelu ustawionym tuż obok drzwi tarasowych. Miała stąd rozległy widok na biegnącą w dole ulicę i rozciągające się za nią osiedle nowo wybudowanych domów jednorodzinnych. Budynki były do siebie bliźniaczo podobne: białe ściany, czerwone dachy z blachodachówki, strome podjazdy wyłożone kostką brukową. Nawet rodziny wysypujące się z parkujących na nich dużych samochodów wydawały się do siebie podobne. Lubiła im się przyglądać: radosnym dzieciom ścigającym się do trampolin i huśtawek, wysokim kobietom wyjmującym z bagażników torby z zakupami, mężczyznom przyciskającym do uszu telefony komórkowe i opędzającym się od niesfornych psów. Dziś jednak odwróciła się plecami do szyby, wlepiła wzrok w przeciwległą ścianę i zatopiła się w rozmyślaniach.

Przypomniała sobie, jak urządzali ten pokój. Godzinami wybierali komplet wypoczynkowy: siadali na kanapach i fotelach, gładzili dłońmi próbniki obić tapicerskich, dopasowywali odcienie do kolorów pozostałych sprzętów, ścian i stolarki. Marcin w skupieniu oglądał kolejne ekspozycje, wskazując jej mankamenty i tłumacząc, że przecież urządzają salon na lata. Potrzebują wygodnych i trwałych mebli, zaprojektowanych w klasycznym stylu, który oprze się wszelkim trendom i nowinkom. Na lata! – na wspomnienie wypowiedzianych poważnym tonem słów niemal roześmiała się w głos. Tak, ona również wierzyła, że będą się tym wszystkim cieszyć przez długie, długie lata! Stylowym salonem, dywanem z miękkim włosiem, domem, małżeństwem… Niestety, ludzie – tak jak kupione pochopnie meble – niekiedy zawodzą! Co okazuje się znacznie dotkliwsze niż ból wywołany zbyt twardym siedziskiem czy źle wyprofilowanym oparciem.

Tak, a o największy ból przyprawiają ci, którzy w naszym sercu zajmują szczególne miejsce… Ci, którzy zawodzą.

Maria nie rozpamiętywała już rozstania z mężem, łez wylanych na wieść o młodej kochance cichaczem odwiedzającej jego krakowskie biuro, widoku kosztownego upominku upchniętego w wewnętrznej kieszonce marynarki…

Nagle przed jej oczami pojawiła się inna twarz, równie znajoma, równie bliska. Może nawet bliższa, bo należąca do ukochanej kuzynki, a równocześnie najbliższej przyjaciółki. Ładna twarz, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi i ustami wygiętymi w łagodny, kształtny łuk. O oczach ciemnych, głębokich, inteligentnych, w których pod wpływem gniewu zapalała się płomienna iskra.

Tak wiele je łączyło! Dzieciństwo spędzone na tej samej ulicy, szkolna ława dzielona przez pierwsze osiem lat edukacji, wspólne sekrety, zwierzenia, pierwsze miłosne rozczarowania, zawodowe wzloty i upadki. W pewnym momencie ich drogi nieco się rozeszły, bo Maria wybrała liceum plastyczne, potem akademię sztuk pięknych, a Renata rozwijała swoje zdolności matematyczne i kształciła się w szkołach o profilu ekonomicznym. Wciąż jednak łączyła je szczególna więź i właśnie u siebie wzajemnie szukały otuchy, gdy coś szło nie tak. To do Renaty Maria zwróciła się z wątpliwościami dotyczącymi wierności męża. To Renata solidarnie wieszała psy na Marcinie, zapewniając przyjaciółkę, że jest piękną, mądrą oraz wartościową kobietą, a romans męża nie jest jej winą.

– Nie doceniał cię – orzekła. – Jako żony, kobiety, ale przede wszystkim artystki. Pamiętasz te jego uśmieszki, gdy opowiadałaś o swoich obrazach? I jak przewracał oczami? Zupełnie jakby chciał powiedzieć: Nie zwracajcie uwagi na moją żonę. Lubi sobie pomachać pędzlem i jest tym okropnie podekscytowana! Twojej sztuki nigdy nie traktował jak pracy, uważał, że to tylko hobby mające zabijać wolny czas!

Maria z przykrością zgadzała się z kuzynką: lekceważące podejście Marcina do jej umiejętności i pracy od lat stanowiło zarzewie małżeńskich konfliktów. Bolało ją, że mężczyzna, którego pokochała do szaleństwa, z którym założyła dom i rodzinę, którego przez długi czas darzyła bezwarunkowym zaufaniem, nie rozumiał i nie doceniał tego, co robiła. Cieszyło ją, że kuzynka to zauważyła, ale równocześnie wpędzało w głębokie zażenowanie. Nie wiadomo czemu przerażała ją świadomość, że inni także dostrzegali zachowanie jej męża.

– Boisz się, że ocenią cię przez pryzmat opinii Marcina – zawyrokowała Renata. – Że wysłuchają jego głupich uwag i powiedzą sobie w duchu: Boże, ta biedna kobieta wmówiła sobie, że tworzy arcydzieła! Przecież to tylko kawałek płótna i trochę koloru. Każdy może rozsmarować farby po desce, wcale nie trzeba do tego kończyć szkół!

W przeciwieństwie do męża kuzynka zawsze ją wspierała. Już w okresie nastoletnim, gdy żadna z nich nie potrafiła pewnie wskazać ścieżki zawodowej, którą chciałaby podążać, wróżyła Marii wielką karierę. Przez wszystkie te lata stała u jej boku. Pomagała organizować wystawy, angażowała się w planowanie wernisaży, polecała znajomym prace kuzynki, oferowała opiekę nad Olą, by Maria mogła znikać całymi godzinami za drzwiami pracowni. Przez te wszystkie lata bardzo poważnie traktowała malarską karierę kuzynki i nigdy nie pozwoliła jej myśleć, że jako artystka pracująca w domowych pieleszach jest wyłącznie kurą domową spełniającą się w ładnym i mało praktycznym hobby, które nie przynosi znaczących dochodów. Pewnie dlatego Maria nie miała najmniejszych wątpliwości, gdy kuzynka zaproponowała jej wspólny biznes.

– Muszę więcej zarabiać – zwierzyła się Renacie.

– Przecież zarabiasz. Malujesz, sprzedajesz obrazy.

– Ale nie tyle, ile bym chciała. Po rozwodzie Marcin naciskał na sprzedaż domu, tłumacząc, że nie podołam jego utrzymaniu. Nie zgodziłam się. Przyznaję, że trochę, by zrobić mu na przekór, ale przede wszystkim dlatego, że czuję się z tym miejscem związana. Do licha, jego ten dom nic nie obchodził, w ostatnich latach traktował go jak hotel! Ale ja się tutaj wychowałam, nasza małżeńska sypialnia była kiedyś moim pokojem! Ten dom, ulica, miasto… Dla mnie są ważne! Niestety utrzymanie takiego dużego budynku, media, ogrzewanie, podatki, to wszystko kosztuje! A Ola dorasta, chce się modnie ubrać, wyjeżdżać z przyjaciółmi na obozy, uczyć się języków! Mam trochę oszczędności, ale przeraża mnie tempo, w jakim topnieją! Może powinnam poszukać jakiejś pracy?

– Jakiej pracy? – Renata spojrzała z politowaniem. – Przecież pracujesz. Robisz to, w czym jesteś świetna i co uwielbiasz. Nie każdy ma to szczęście. I chcesz z tego zrezygnować? Na rzecz posady nauczycielki plastyki? Pracy w jakimś urzędzie?

– Nie, nie zrezygnuję z malowania, tylko…

– Tylko będziesz wracała do domu padnięta po ośmiu godzinach pracy i zastanawiała się, w co włożyć ręce. Pranie, prasowanie, obiad dla ciebie i Oli. Albo prędzej kolacja, bo wrócisz przed osiemnastą albo i później… Kiedy w końcu obrobisz się z tym wszystkim, będziesz myśleć tylko o tym, aby wyciągnąć nogi w pościeli. Nie w głowie ci będzie malowanie, zapewniam.

– No więc co mam zrobić? – zapytała z rozpaczą. – Ostatnio nic nie sprzedałam. Mam żyć z oszczędności?

– Zainwestuj je.

– Nie znam się na inwestowaniu.

– Ale masz kuzynkę, która się na tym zna. Porozmawiam ze Stefanem – wspomniała partnera, z którym od lat żyła w nieformalnym związku. – Wspólnie zastanowimy się, jak pomnożyć twój kapitał. Nie martw się, będzie dobrze!

Po paru dniach podekscytowana Renata przedstawiła kuzynce swój plan: otworzą własną galerię sztuki. Będą sprzedawać w niej dzieła Marii, a także innych artystów, naturalnie od tych ostatnich pobierając odpowiednią prowizję. Do tego zajmą się organizacją wystaw, spotkań autorskich i innych wydarzeń kulturalnych. Galeria stanie się wizytówką artystki oraz stałym źródłem dochodu dla całej trójki.

– Co sądzisz o tym pomyśle? – zapytała.

Maria pomyślała, że to równocześnie kompletne szaleństwo i najcudowniejsza rzecz, o jakiej ostatnio usłyszała. Niespiesznie analizowała projekt Renaty, tworząc listę argumentów za i przeciw. Stopniowo dopisywała do niej kolejne punkty. Stała ekspozycja obrazów. Kontakty z artystami i galeriami z całej Polski, a z czasem może i ze świata. Wydarzenia kulturalne zrzeszające miłośników literatury i sztuki, stanowiące okazję do zaprezentowania i sprzedaży obrazów. Wątpliwości, które początkowo jej towarzyszyły, powoli topniały, czuła coraz gorętszą ekscytację. Nie przerażało jej nawet to, że musiała zainwestować wszystkie oszczędności. Przecież drugie tyle wkładali w galerię Renata i Stefan. Maria wiedziała, że kuzynka i jej partner zjedli na inwestycjach zęby. Lokowali środki w nieruchomościach, inwestowali w kryptowaluty, kupowali dzieła sztuki i antyki. Nie zaangażowaliby się w galerię, gdyby nie prognozowali, że przyniesie ona znaczące zyski. Dlatego spokojnie przekazała im pieniądze.

– Nie bierzemy pod uwagę tej pipidówy – stwierdziła Renata, gdy Maria zapytała ją, gdzie powstanie galeria. – Tylko Kraków. Mamy już na oku piękny lokal. Duży, niezwykle klimatyczny, w rewitalizowanej fabryce w Podgórzu. Świetna lokalizacja, nieopodal biura, restauracje. Ten region Krakowa wciąż się rozwija, a przecież to tylko parę kroków od ścisłego centrum i Kazimierza…

Maria poczuła ukłucie rozczarowania. W swojej romantycznej wizji wyobraziła sobie, że nowo powstała galeria sztuki ożywiłaby nieco rodzinne miasteczko. Ale Renata i Stefan znali się na tym lepiej, galeria miała przyciągać ludzi i ich pieniądze, miała na nich zarabiać. Odpowiednia lokalizacja była ważniejsza od drzemiących na dnie serca sentymentów.

Chciała obejrzeć lokal w dawnej fabryce, ale kuzynka ciągle nie miała czasu, by się z nią tam spotkać. Pojechała więc któregoś dnia sama, ale zastała zamknięte na głucho drzwi. Parking przed budynkiem przypominał wielki plac budowy. Wszędzie walały się materiały, w głębokich wyrwach w asfalcie stała błotnista woda. Gdy uniosła wzrok, dostrzegła wybite okna, niektóre zabezpieczone płytą pilśniową lub deskami. Wokoło straszyły poszarpane ceglane mury niższych budyneczków i przybudówek. Żadnych restauracji czy biur, o których wspominała Renata.

– Inwestor ma jakieś trudności i ociąga się z remontem, ale to naprawdę świetna lokalizacja. Przycisnęłam go mocniej i wynegocjowałam niższy czynsz przez pierwszy rok. Jako rekompensatę za utrudnienia – tłumaczyła kuzynka.

– Może na razie powinniśmy poszukać czegoś mniejszego? – zasugerowała nieśmiało.

– Ale po co? Zmieniając lokalizację, zdezorientujemy klientów. Nie, lepiej poczekać. Niech przeprowadzi planowany remont i doprowadzi budynek i otoczenie do porządku. Widziałam wizualizacje. Zaufaj mi, będzie pięknie.

Maria zaufała i przestała dopytywać o koniec prac w starej fabryce. Skoncentrowała się na tym, na czym znała się najlepiej. Jej serce przepełniała nadzieja na piękniejsze jutro: straciła męża, jej rodzina nagle się skurczyła, ale wierzyła, że spotka ją jeszcze wiele cudownych rzeczy. To było widać w tym, co tworzyła, i w przypływie natchnienia. Najchętniej nie odstępowałaby od sztalugi, chciała przelać na płótno rozpierające ją uczucia. W głowie kiełkowały coraz to nowsze pomysły na obrazy, serie, inscenizacje… Pochłonięta pracą nie zauważyła, że Renata zamilkła.

A kiedy sama odezwała się do kuzynki, usłyszała szorstką odpowiedź.

– Remonty się przeciągają. Nie bądź taka w gorącej wodzie kąpana. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile

formalności wiąże się z rewitalizacją takiego budynku… Ile pozwoleń, problemów…

– A ty sobie zdajesz? – zapytała zdziwiona Renatę. Przyciśnięta do muru kuzynka przyznała, że stara fabryka należy do Stefana i jego wspólnika. Pojawiły się drobne kłopoty z płynnością finansową, ale to przejściowe. Czekają na odpowiedź z banku w sprawie dużego kredytu. Gdy tylko wszystko dopną, prace ruszą pełną parą…

Maria poczuła się nieprzyjemnie. Nie podobało jej się, że sprawa własności fabryki od początku nie była jasna. Przecież mogli jej powiedzieć, że chcą otworzyć galerię w należącym do nich budynku. Nie miałaby nic przeciwko temu. A teraz… teraz czuła się odstawiona na boczny tor. Pominięta. I oszukana. Renata i Stefan powinni ustalać z nią takie sprawy, skoro mieli być wspólnikami, a o wszystkim decydowali we dwójkę! A jakby tego było mało, wyraźnie jej unikali…

Marię ogarniały coraz większe wątpliwości. Zaczęła się zastanawiać, czy nie popełniła błędu. Renata była jej kuzynką i najlepszą przyjaciółką, nigdy by jej nie skrzywdziła. Ale Stefan? Maria niewiele o nim wiedziała. Lubił pieniądze, to pewne. I nie bał się inwestować. Ale czy jego interesy były czyste? A może bazowały na nieszczęśnikach, takich jak ona, którzy powierzali mu swoje oszczędności?

Rozpaczliwie usiłowała skontaktować się ze wspólnikami, ale Renata uporczywie odrzucała wszystkie połączenia. W końcu zdesperowana Maria zjawiła się pod drzwiami ich domu. W napięciu wciskała dzwonek. Na podjeździe stał samochód kuzynki, mimo to nikt nie podchodził do drzwi. W pewnej chwili odniosła wrażenie, że firanka w oknie na piętrze leciusieńko się poruszyła. Marię ogarnął strach. Zrozumiała, że dzieje się coś bardzo niedobrego.

Renata ciągle jej unikała, ale pewnego wieczoru Marii udało się dorwać wracającego z pracy Stefana. Mężczyzna zachowywał się, jakby nic się nie stało, a na pytanie o partnerkę udał wielkie zdziwienie. Renata? Wyjechała na parę dni w interesach. Nie kontaktowała się z Marią? To dziwne, pewnie miała dużo na głowie. Wkrótce się odezwie. Maria, zdenerwowana, oświadczyła, że przemyślała sprawę i chce się wycofać z inwestycji. Że czuje się pomijana przy podejmowaniu decyzji, niedoinformowana. To wzbudza jej niepokój. Stefan próbował ją uspokajać, ale kręciła głową i powtarzała, że nie zmieni zdania. Na koniec oświadczyła, że prosi o jak najszybszy zwrot przekazanych pieniędzy.

Stefan uśmiechnął się chłodno: Jakich pieniędzy? On o niczym nie wie, takie sprawy niech Maria załatwia z kuzynką. Dała jej pieniądze? Więc na pewno ma jakieś pokwitowanie albo dowód przelewu?

Maria poczuła na karku lodowaty dreszcz. Oczywiście, że nie miała żadnego pokwitowania. Wypłaciła pieniądze z banku i przekazała Renacie gotówkę, bo kuzynka wybierała się na spotkanie z inwestorem i właśnie tę formę preferowała. Teraz Maria z przerażeniem uświadomiła sobie, że wspomnianym inwestorem musiał być Stefan albo jego wspólnik. Dlatego Renata unikała pośrednictwa banku. Tylko dlaczego ona okazała się tak ślepa i łatwowierna, by w żaden sposób się nie zabezpieczyć?

Odpowiedź była prosta: bezgranicznie ufała kuzynce i przyjaciółce. Nawet nie przyszłoby jej na myśl, że zostanie oszukana!

Przepychanki z Renatą i jej partnerem trwały wiele tygodni. Maria chodziła za nimi i żebrała o zwrot powierzonych pieniędzy. Niedoszli wspólnicy już nie próbowali jej unikać, kuzynka wprost oświadczyła, że utopiła środki w starej fabryce. Inwestycja okazała się fiaskiem, tak bywa. Jeśli uda im się sprzedać budynek, odzyskają część zainwestowanych pieniędzy. Maria musi być cierpliwa. Ale Maria nie chciała taka być, nie umiała. Czuła się coraz gorzej. Bezsilna, wściekła, rozżalona. Źle sypiała, nie była w stanie malować. Martwiła się stratą oszczędności, ale największy ból sprawiała jej myśl, że została oszukana przez bliską osobę. A to nie był ostateczny cios…

Gdy pewnego dnia przeglądała internet, jej uwagę zwróciła relacja z otwarcia nowej galerii sztuki. Czytała tekst z zainteresowaniem, wyszukując w nim nazwisk znajomych artystów, gdy na jednym ze zdjęć dostrzegła uśmiechniętą kuzynkę. Serce Marii gwałtownie zakołatało w piersi. Dotarła do informacji na temat właścicieli galerii. Wśród nich widniała Renata Gruszecka. Zadzwoniła do kuzynki.

– To skomplikowane sprawy, złożone inwestycje. Nie da się tego wyjaśnić przez telefon. Gdy się spotkamy, wszystko ci wytłumaczę – usłyszała.

– Spotkamy się? – zapytała z ironią Maria. – Naprawdę?

– Oczywiście, i tak się do ciebie wybierałam, aby porozmawiać o ewentualnej wystawie.

Naturalnie Renata nigdy nie dotarła. Maria kilkukrotnie usiłowała skontaktować się z kuzynką, ale jej telefon milczał. Próbowała więc porozmawiać ze Stefanem, jednak wściekły mężczyzna zabronił jej kolejnych połączeń, oświadczając, że rozstał się z Renatą i nie ma nic wspólnego z jej interesami. To wasze rodzinne sprawy, skwitował, kończąc rozmowę.

Maria zrozumiała, że dotarła do ściany i jedyne, co może zrobić, to roztrzaskać o nią głowę.

Straciła wszystkie oszczędności, straciła najlepszą przyjaciółkę, a co najgorsze – również wiarę w człowieka. Nie potrafiła oswoić się z myślą, że kuzynka świadomie ją skrzywdziła. Właśnie ona: jedyna osoba, której bezgranicznie ufała, która zawsze dotąd ją wspierała, wierzyła w jej talent i sztukę.

I nagle Maria poczuła, że nie może malować. Zaczynała kolejne obrazy, by po kilku godzinach z odrazą odstawiać je pod ścianę. Nie potrafiła oddać tego, co chciała, z furią atakowała pędzlem płótno, by przeżyć kolejne rozczarowanie i z rozpaczą łapać się za głowę. Bez końca wprowadzała poprawki, jednak ciągle coś było nie tak. Ogarniał ją coraz głębszy żal, coraz silniejsze zwątpienie. Nie mogę, nie mogę, nie mogę! – powtarzała jak mantrę. Czuła się słaba i bezsilna, przejmował ją strach. I pewnego dnia zawładnął nią ostatecznie. Bała się kolejnych niepowodzeń, bała się rozczarowań sobą i swoimi obrazami. Bała się dotknąć pędzla…

Maria-artystka roztrzaskała się na milion kawałków. Maria-kobieta nie potrafiła posklejać ich w całość.

Kiedyś wykorzystałaby samotny weekend na wielogodzinną pracę. Chodziłaby po domu w poplamionej koszuli, popijając herbatę albo wino. Mieszałaby farby, słuchając ulubionych płyt. Malowałaby, nucąc pod nosem stare piosenki.

Dziś tkwiła skulona w fotelu przy oknie i tępo wpatrywała się w ścianę.

 

Tuż przed piętnastą zadzwonił telefon. Maria z ociąganiem podniosła się z fotela i podeszła do stolika, na który odłożyła smartfona. Nie prowadziła bujnego życia towarzyskiego. Po rozwodzie w jej życiu pojawiło się kilku mężczyzn, ale relacje okazały się przelotne i nietrwałe. Większość wolnego czasu spędzała z Renatą. Po zniknięciu kuzynki odczuwała bolesną pustkę.

Numer widoczny na wyświetlaczu nic jej nie mówił i przez chwilę walczyła z pokusą, by musnąć palcem ikonkę odrzucającą połączenie. Powstrzymała ją przed tym wyłącznie świadomość, że Ola przebywała poza domem. Może potrzebowała pomocy, a nie mogła skorzystać z własnego telefonu?

Ale głos rozbrzmiewający z głośnika nie należał do córki.

– Dzień dobry, czy dodzwoniłam się do najzdolniejszej artystki Małopolski? – zaświergotał.

Oszołomiona Maria zaniemówiła.

– Kto mówi? – wykrztusiła po krótkiej chwili. Rozmówczyni wybuchła śmiechem.

– Przepraszam, Marysiu! Gdzie moje maniery! Powinnam najpierw się przedstawić, a dopiero później przejść do podchwytliwych pytań! Co by na to powiedziała panna Jagodzińska?

Na wspomnienie surowej starej panny, która uczyła polskiego w jej liceum, a przy okazji za wszelką cenę usiłowała wpoić zbuntowanym nastolatkom zasady dobrego wychowania i moralności, Maria parsknęła śmiechem. Była więc na dobrym tropie, osoba, która zakłóciła jej sobotnie popołudnie, uczęszczała do tej samej szkoły. To jednak nadal okazało się za mało, by zdołała przypisać twarz do głosu. Na szczęście rozmówczyni nie zamierzała bawić się z nią w zgadywanki.

– Z tej strony Wiola Bracka.

– Wiola! – wykrzyknęła Maria. – Coś podobnego! Zupełnie się nie spodziewałam!

– Wiem! – zaśmiała się tamta. – Kto by tam pamiętał, że na zjeździe z okazji dwudziestolecia ukończenia szkoły obiecałam, że pójdziemy na kawę!

– To było chyba… czekaj… sto lat temu?

– Owszem, ale jak wiesz, na co dzień mieszkam w Szwecji i nie tak łatwo się ze mną umówić!

– Jesteś w Krakowie?

– Niezupełnie. Jestem w podróży poślubnej.

– Co? – Maria zamrugała zaskoczona. – Możesz powtórzyć?

– Nie muszę! – roześmiała się Wioletta. – Dobrze usłyszałaś. W podróży poślubnej. Boże… – westchnęła rozmarzona. – Poślubnej. Uwielbiam to słowo. Jak słyszysz, sporo się u mnie zmieniło. Zagorzała przeciwniczka instytucji małżeństwa odnalazła miłość swojego życia i stanęła na ślubnym kobiercu. Mój mąż, Tomek, pochodzi z Pomorza. Nigdy nie był na południu, więc postanowiliśmy tu spędzić kilka tygodni urlopu. Jeździmy, zwiedzamy, a ja przy okazji spotykam się z dawno niewidzianymi znajomymi. Pomyślałam, że może miałabyś ochotę…

– Zatrzymaliście się u twoich rodziców?

– Boże, nie! Rozważałam taką możliwość, ale uznałam, że skoro to nasza podróż poślubna, powinniśmy jak najwięcej czasu spędzać we dwoje. Znasz moją mamę… co pięć minut pukałaby do pokoju, pytając, czy zaparzyć nam kawki, ukroić serniczka, przynieść dodatkowy koc albo lampkę nocną. Pogodziła się już z myślą, że nigdy nie wyjdę za mąż, więc gdy wydarzył się cud i na jej progu stanął zięć z krwi i kości, dosłownie oszalała na jego punkcie.

– Właśnie poczułam na języku smak herbatników twojej mamy… – Maria uśmiechnęła się do wspomnienia popołudni spędzanych w domu Wioletty. Zamykały się w pokoju na piętrze, by uciec przed młodszymi braćmi koleżanki, obkładały zeszytami i podręcznikami, ale większość czasu i tak plotkowały o znajomych ze szkoły i chłopakach. Gdy pani Bracka zaglądała do pokoju, donosząc herbatę i łakocie, nurkowały nosami w książkach, udając pogrążone w intensywnej nauce. – Jeśli nie w domu rodziców, to gdzie się zatrzymaliście?

– Och, to cudowne miejsce! – zawołała podekscytowana Wioletta. – Wynajmujemy dom w Granicach. Z dala od centrum wsi i zabudowań, wśród łąk i pól, niemal pod samym lasem. Stary dom otoczony starym sadem… Spokój, cisza, zieleń, o świcie cudowne ptasie trele, wieczorem słońce malowniczo zachodzące nad winnicą, hamak kołyszący się między dwoma grubymi orzechami, owady cykające w wysokiej trawie… Piękne siedlisko! Będziesz zachwycona!

– Ja? Och… – Maria przygryzła wargę.

– Tak, ty! Wiem, że uwielbiasz takie miejsca, Marysiu! Domy z duszą, które każdym szelestem i trzaskiem opowiadają swoje historie! Może mi nie uwierzysz, ale kiedy się tam zjawiłam, kiedy ujrzałam ten budynek i okolice po raz pierwszy, od razu pomyślałam o tobie. I powiedziałam do Tomka: Muszę sprowadzić tu moją koleżankę, Marysię. Jest artystką, ma wrażliwą duszę i dostrzeże w tym miejscu to, czego my nie jesteśmy w stanie dostrzec, przekonasz się. Tomek, mój kochany Tomek, powiódł wzrokiem po podwórku, poklepał ławkę stojącą w cieniu werandy i powiedział: Dobrze, Wiolu! Ale zanim sprowadzisz tu przyjaciół, nacieszmy się sobą! I to właśnie robiliśmy przez ostatnie dwa tygodnie, Marysiu! – Wioletta roześmiała się szelmowsko. – Bardzo intensywnie cieszyliśmy się sobą. Teraz jednak zbliża się dzień naszego wyjazdu i pomyślałam, że to ostatnia okazja, by się spotkać, pokazać ci to niezwykłe miejsce i nagadać się z tobą do woli! Proszę, powiedz, że się zgadzasz!

– Muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś… – zaczęła Maria z wahaniem.

Wiola natychmiast weszła jej w słowo:

– Och, wiem! Tomek mówił, że powinnam cię wcześniej uprzedzić, że pewnie masz już plany na weekend. Pewnie spędzasz czas z mężem i córką.

– Szczerze mówiąc, nie. Rozwiedliśmy się z Marcinem.

– Naprawdę? Nie miałam pojęcia. Przepraszam.

– Nie musisz. Ola spędza weekend z ojcem, a ja planowałam wybrać z biblioteczki jakąś ciekawą książkę i zanurkować z nią pod kocem. Cieszę się, że zadzwoniłaś. Miło pogawędzić i usłyszeć, że jesteś szczęśliwa.

– Ale? – Wioletta wyczekująco zawiesiła głos.

– Chyba nie mam ochoty wychodzić z domu. Nawet nie wiem, gdzie są te…

– Granice. Bardzo łatwo tu trafić, Marysiu. Do wsi pokieruje cię nawigacja, a dalej wytłumaczę ci, jak dojechać. Nie daj się prosić! Spędzimy przyjemnie czas, zobaczysz! Poleniuchujemy na werandzie, pospacerujemy, nagadamy się za wszystkie czasy, a mój mąż przygotuje dla nas jedno ze swoich popisowych dań! Wspominałam ci, że jest szefem kuchni?

– Powinniście spędzić ten czas we dwoje…

– Spędziliśmy mnóstwo czasu we dwoje, a wkrótce wracamy do Szwecji i będziemy mieć go jeszcze więcej. Teraz chcę się spotkać z najmilszą i najzdolniejszą spośród moich szkolnych koleżanek. Pamiętam twoje obrazy, Marysiu! Zawsze było na nich tyle zieleni i światła! Jestem pewna, że to miejsce cię zachwyci. Kto wie, może stanie się inspiracją do kolejnych dzieł!

Wątpię, pomyślała Maria, mocno zaciskając powieki. Gdy je rozchyliła, przed jej oczami wirowały ciemne plamy.

– Powiedz, że się zgadzasz, Marysiu! – szeptała kusząco Wioletta. – Zaraz wyślę ci adres…

 

 

SAMOTNE DRZEWO

 

 

 

 

Droga wiła się wśród pofalowanych wzgórz pokrytych soczystą zielenią. To najpiękniejsza pora wiosny, pomyślała Maria. Świeżo rozwinięte liściane pąki uderzają nas po oczach głębią swych barw, jakby chciały wynagrodzić miesiące szarości i smutku. Albo to nasze spojrzenie, nawykłe do bladych tonów przedwiośnia, przyciąga najbardziej wyraziste kolory. Bez względu na to, z czym mamy do czynienia, uwielbiam patrzeć na wiosnę w tej rozkwitającej, budzącej się do życia postaci! Wioletta miała rację, na moich obrazach zawsze przeważają odcienie zieleni. Lubię ją, bo to kolor nadziei.

Maria cieszyła się malowniczą trasą i perspektywą spotkania z dawno niewidzianą przyjaciółką. Początkowo próbowała się wykręcić, na myśl o konieczności przygotowania się do wyjścia i opuszczeniu domu poczuła głęboką niechęć. Wioletta jednak nie odpuszczała, wysuwała kolejne argumenty, przekonywała, kusiła… I w końcu Maria się zgodziła, choć później do wieczora pluła sobie w brodę, że dała się podejść. Planowała nawet napisać, że wypadło jej coś ważnego, i szukała właśnie wiarygodnej wymówki, gdy zadzwoniła Ola. Córka radośnie świergotała do słuchawki, opowiadała o obejrzanym filmie i restauracji, w której właśnie czekała z ojcem na posiłek, jednak Maria nie dała się zwieść. Z głosu nastolatki przebijał niepokój. Jej rozchwianie przestraszyło dziewczynę do tego stopnia, że dzwoniła, aby sprawdzić, jak sobie radzi! Ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Rozpaczliwie szukała czegoś, co uspokoiłoby Olę na tyle, by czerpała radość z czasu spędzanego z ojcem, i w końcu uchwyciła się spotkania z Wiolettą.

– Baw się dobrze, skarbie – powiedziała pogodnie. – Możliwe, że po powrocie nie zastaniesz mnie w domu. Mam w planach krótką wycieczkę i spotkanie z przyjaciółką z liceum. Nie mam pojęcia, o której wrócę.

– Naprawdę? – zawołała z ulgą Ola. – To cudownie, mamuś! Udanej niedzieli!

Ku zdumieniu Marii ta niedziela rzeczywiście zapowiadała się pięknie. Poranek był słoneczny i świetlisty, na drogach panował nieduży ruch, więc jazda upływała spokojnie. Nie spieszyła się, bo nawigacja działała bez zarzutu, a Wioletta z mężem oczekiwała jej dopiero koło południa, więc jeśli miała ochotę rozprostować nogi albo nacieszyć oczy wyjątkowo malowniczym widokiem, zatrzymywała się w zatoczce pod lasem albo na przydrożnym parkingu i urządzała sobie kilkuminutową przechadzkę. Przez dłuższy czas droga wiodła wzdłuż migoczącej w słońcu rzeki. Znad wody unosiła się leciusieńka kremowa mgiełka, otulając porastającą brzegi wierzbinę. Maria przystanęła pod zamkniętą na głucho budką z małą gastronomią i przeszła na pobliski most. Patrzyła na kamienistą wysepkę w dole i popijające wodę sarny. Zwierzęta strzygły uszami, słysząc przejeżdżające po moście samochody, ale obecność obserwującej je kobiety zdawała się nie robić na nich najmniejszego wrażenia. Może było to ich stałe miejsce i przywykły do towarzystwa ludzi?

Po krótkim postoju Maria ruszyła dalej i nie zatrzymywała się już aż do Granic. Poprzedniego wieczoru wyszperała w internecie trochę informacji na temat miejscowości. Zdumiało ją, że wioska jest stosunkowo niewielka, zaledwie kilkadziesiąt domów skupionych głównie wokół kościoła i poczty. Parę posesji rozpełzło się po otaczających wieś wzgórzach, jednak żadna nie pasowała do opisu Wioletty. Nigdzie nie dostrzegła też charakterystycznych pól winnicy. Może zdjęcia satelitarne okolic były przestarzałe? Internet milczał także na temat letniska do wynajęcia i Maria czuła się coraz mocniej zaintrygowana. Niechciana podróż niespodziewanie przerodziła się w interesującą przygodę.

Nawigacja doprowadziła ją do skrzyżowania w centrum wsi. Zaparkowała pod niepozornie wyglądającym klockowatym budynkiem, którego jedną połowę zajmował sklep samoobsługowy o swojskiej nazwie „Wisienka”, a drugą punkt pocztowy. Dochodziła dziesiąta i z położonego po drugiej stronie ulicy kościoła dobiegał chór głosów. Kilka osób stało na schodkach prowadzących do świątyni i teraz z zaciekawieniem zerkało na obcy samochód. Maria zauważyła, że jej przyjazd wzbudził również zainteresowanie grupki mężczyzn stojących przed wejściem do sklepu i dyskretnie tulących do boków butelki z piwem. Odświętny strój smakoszy chmielowego napoju świadczył, że uczestniczą oni w mszy odprawianej po sąsiedzku albo… biesiadują tu od poprzedniej. Spoglądali na Marię zachęcająco, jakby liczyli, że zwróci się do nich z zapytaniem o drogę, ale ona spuściła wzrok na ekran smartfona, wczytując się we wskazówki podane przez Wiolettę.

Za kościołem skręć w lewo, pisała Wiola. Jedź, aż miniesz cmentarz i od tej pory wypatruj samotnego drzewa. Na pewno go nie przeoczysz, jest bardzo charakterystyczne. Drzewo wskaże ci drogę do domu, który wynajmujemy. Nie zrażaj się jej wyglądem, jest twardsza i solidniejsza, niż się zdaje. Nie ugrzęźniesz w wiosennym błocie.

Maria miała nadzieję, że koleżanka mówi prawdę. Jej auto miało dość niskie zawieszenie i już nie raz niszczyła podwozie na kiepskich drogach. Marcin wielokrotnie sarkał, że przez jej niefrasobliwość auto staje się skarbonką bez dna. Namawiał ją również na zmianę, ale nie chciała o tym słyszeć. Lubiła je.

Ostrożnie wyjechała na szosę i kierując się wskazówkami Wioli, skręciła w asfaltową nitkę za kościołem. Droga była wąska i pofałdowana, a do tego najwyraźniej służyła za przykościelny parking. Maria zaklęła pod nosem na widok krzywo zaparkowanego seata. Jego tył zajmował spory kawałek jezdni, przez co musiała zjechać na pobocze. Modliła się w duchu, by było sucho i by nie zaczepiła podwoziem o leżący w trawie kamień. W końcu wszystkie cztery koła ponownie znalazły się na asfalcie i mogła odetchnąć z ulgą. Przesunęła dłonią po wilgotnym od potu czole. Jej wzrok padł przy tym na kolejną grupkę przyglądających się jej mężczyzn. Ci nie mieli przy sobie butelek, ale spowijająca ich szarobłękitna mgiełka dymu papierosowego wskazywała, że oddają się innemu nałogowi.

Po lewej mignęła jej żelazna brama cmentarza, prosta i niepozorna, łatwo byłoby ją przeoczyć, gdyby nie strzeliste zielone tuje, tak charakterystyczne dla miejsc pochówku na południu kraju. Tuż przy alei prowadzącej do cmentarza stały kolorowe pojemniki do segregowania odpadów. Jakaś kobieta powoli zapełniała jeden z nich szkłem. Brzdęk niósł się po okolicznych polach, mocno już zielonych, ale dzikich, od lat nietkniętych ręką człowieka. Najwyraźniej rolnictwo w okolicach Granic zamierało, łąki i pola leżały odłogiem, powoli zagarniane przez naturę, której niegdyś je wydarto.

Maria zamyśliła się nad odcieniami farb, których użyłaby do namalowania ostrych źdźbeł traw, poprzetykanych złocistymi słońcami mniszków. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że droga stała się węższa i bardziej wyboista, a samotne drzewo, o którym wspominała Wioletta, nadal się nie pojawiło. Zatrzymała samochód i badawczo zlustrowała pola ciągnące się po dwóch stronach drogi. Czyżby je przeoczyła? A może to jeszcze nie to miejsce? Uruchomiła silnik i przejechała kolejnych kilkaset metrów, aż dotarła do jakiejś opuszczonej fabryczki. Sterty nadkruszonych, ciemnoszarych pustaków świadczyły, że produkowano tu kiedyś materiały budowlane. Obecnie miejsce to było głuche i trochę niepokojące. Maria zawróciła na dziurawym podjeździe i powoli potoczyła się w stronę wsi, tym razem bacznie rozglądając się na boki.

W końcu dostrzegła drzewo i niemal roześmiała się w głos.

Jak mogła je przeoczyć za pierwszym razem? Stary dąb, z potężnymi powykręcanymi konarami i nieco przerzedzoną wiekiem koroną. Liście nadal były drobne, dopiero co rozwinięte, za to po asfalcie tańczyły zeszłoroczne, uschnięte, rdzawobrązowe. Pod kołami chrzęściły miażdżone żołędzie. I rzeczywiście była tam droga. Na widok błotnistej kałuży Maria nerwowo przełknęła ślinę. Zatrzymała wóz pod dębem, wysiadła i powoli zbliżyła się do drogi. Podniesionym z pobocza patykiem zbadała głębokość wyrwy.

– Zahaczę, cholera – mruknęła ponuro i podniosła głowę na górujące nad drogą drzewo, jakby spodziewała się jakiejś wskazówki od majestatycznego olbrzyma.