Kalina w malinach. Tom 3. Nic dwa razy się nie zdarzy - Joanna Szarańska - ebook
Opis

To miał być najpiękniejszy dzień w życiu Kaliny... ups! To już chyba było? Nie szkodzi!

Kalina przygotowuje się do ślubu z Markiem i robi wszystko, aby tym razem odgonić weselnego pecha. Wszystko przebiega idealnie do momentu, kiedy pan młody nie stawia się przed ołtarzem! Dziewczyna wyrusza na poszukiwanie zaginionego narzeczonego i… trafia do domu pewnego gangstera. Na miejscu przekonuje się, że niedoszły mąż nie dość, że o ślubie wcale nie myśli, to jeszcze w ogóle jej nie poznaje!

 

Jak daleko posunie się zakochana kobieta, aby odzyskać mężczyznę swojego życia i… doprowadzić go przed ołtarz?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Joanna Szarańska, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadzący: Filip Karpow

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Barbara Adamczyk

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: www.depositphotos.com/Amvorsuf

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

eISBN 978-83-7976-603-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Tak się to zaczyna...

Sukienka jest skromna. Zbyt skromna, według matki, która najchętniej zapakowałaby mniew zwój tiulii koronek,a na koniec przewiązała sztywno wykrochmaloną atłasową wstęgą. Pozbawiona ozdóbek („Tutaji jeszcze tutaj przydałaby się malutka różyczka”), trenu („Mogłaby go nieść mała dziewczynkaw różowej sukieneczce, kapelusikui podkolanówkachz lamówką”), falbanek („Ani jednej? Naprawdę?”), kryształków Swarovskiego („A ostatnim razem tak ładnie ci było… ale masz rację, ludzie na pewno jeszcze nie zapomnieli”)i z dość głębokim dekoltem. („O zobacz, tutaj ci się rozdarło. Zepniemy agrafką? Jak to: się nie rozdarło? Jak to: tak ma być?!”). Sukienka ma cudowny kremowy kolor („Jesteś pewna? Wygląda jak niedoprana poszwa!”), jest obcisłai po prostu wspaniała.

Uwielbiam jąi od momentu, kiedy ją przywieziono, średnio co trzy minuty odsłaniam pokrowieci wzdycham przed niąz zachwytu. Towarzyszy mi przy tym malutkie, za to bardzo nieznośne uczucie déjà vu, ale staram się je ignorować. Za mąż wychodzi się tylko raz. Nawet jeśli ten raz troszkę się zdublował…

Wychodzę za mąż. Tym razem za porządnego faceta,z naturalną opalenizną, bez kolegóww przestępczym półświatkui ciągotekw kierunku moich przyjaciółek.I tym razem mam zamiar doprowadzić ślub do skutku, wypowiedzieć słowa przysięgi, wymienić obrączki, zebrać gratulacje, wiązanki kwiatóww celofaniei prezenty,a w późniejszym terminie dokonać zmiany nazwiska. Byćz Markiem na dobrei złe, wspólnie smażyć placki ziemniaczanei kłócić się, czy mają byćz gulaszem czy z sosem pieczarkowym. Wspólniez Mareczkiem wyprowadzać na spacery psai kopać go po kostkach, kiedy za głośno chrapie. Marka, nie psa, oczywiście. Być żoną, tak zwyczajniei po prostu.

– Znowu bujaszw obłokach? – Tuż obok mnie materializuje się matkai łypie groźnie okiem. Wzdycham głębokoi kręcę głową, kolejny raz wyrzucając sobie, że dałam się namówić na spędzenie ostatniej nocy przed ślubemw swoim panieńskim pokoju. Nie uchodzi, żebyście szykowali się do kościoław jednym mieszkaniu, stwierdziła matrona.W tej chwili to ja mam ochotę ujść. Jak najdalej od wojowniczo podpartej pod boki rodzicielki.

– Nie bujam – tłumaczę. – Podziwiam sukienkę…

– Jakby było co podziwiać… – pojękuje matka. – To wcale nie przypomina sukni ślubnej, już bardziej koszulę nocną. Może nie jest jeszcze za późno, co?Z rana podskoczę do cioci Irenkii pożyczę sukienkę,w której szła do ślubu jej synowa. Pamiętasz? Taka wyszywanaw bordowe różyczki.A to – matka wskazuje brodą piękną kreację, nad wyborem której spędziłam trzy bezsenne noce, chowając się przed Markiemw toalecie – możesz założyć na noc poślubną!

Zaciskam pięści, przy okazji łamiąc jedenz paznokci, tak starannie piłowanych przez pół popołudnia.

– Mamo, wybij to sobiez głowy! To moja suknia ślubna. Nie założę innej. Właśnie takie sukienki są teraz modnei właśniew takiej zamierzam pójść do ślubu!

– Jesteś pewna? Może chociaż doszyjemyz tyłu kokardę? Mam taką ładną różową wstążkę…

– Mamo!

– Już dobrze, dobrze. Nie musisz się tak pieklić. Ale wiedz, że jest mi bardzo przykro, że takw ogóle nie liczysz sięz moim zdaniem. Zobaczysz, że tego pożałujesz. Na zdjęciach ślubnych będziesz wyglądać jak oberwaniec!

Pospiesznie przymykam oczyi liczę do dziesięciu. Po hiszpańsku, bo irytacji związanejz mądrościami mojej matki tradycyjne liczenie już nie jestw stanie pokonać. Kiedy kończę, unoszę powiekii zaskoczona stwierdzam, że zostałamw pokoju sama. No, prawie sama, bow poprzek łóżka rozłożył się zadowolony Młynek. Opadam obok niego, splatam dłonie na piersii ponownie zaczynam bujaćw obłokach.W jednym matka ma rację: najwyższa pora zaplanować atrakcje związanez nocą poślubną…

Jestem szczęśliwa. Tak bardzo szczęśliwa, że czasami mam ochotę porządnie uszczypnąć sięw tyłek, aby sprawdzić, czy to na pewno nie jest tylko pięknym snem. Moja przyjaciółka Iwa mówi, że takie szczypanie przynosi same korzyści, bo nie dość, że człowiek zachowuje trzeźwe spojrzenie na życie, to jeszcze ma jędrne pośladki…

Był taki moment, kiedy poważnie się obawiałam, czy jestemw stanie po raz kolejny zaufać mężczyźnie – po tym, jak tuż przed odświętnie przystrojonym ołtarzem dowiedziałam się, że mój narzeczony, Patryk Cieplak pseudonim Cieplarnia, zostanie ojcem dziecka jednejz moich przyjaciółek. Od tamtego dramatycznego momentu upłynęły ponad dwa latai muszę obiektywnie przyznać, że to chyba najbarwniejsze dwa lataw moim życiu! Odkryłam spa urządzonew malowniczym dworkuw Kamionkach, poznałam najcudowniejszych ludzi pod słońcem, rozwiązałam dwie zagadki kryminalne,w tym jedną dotyczącą bardzo tajemniczego morderstwa, przygarnęłam najbardziej upierdliwego, najmocniej rozpychającego sięi najukochańszego psa pod słońcem.A co najważniejsze: poznałam Markai ponownie uwierzyłamw miłość.

Tak, tak, wiem, że to tak słodkie, że aż ocieka lukrem. Ozdobionym serduszkamiz różowego marcepanui posypkąz cukru. Dla równowagi dodam, że prawdopodobnie jesteśmy najbardziej kłótliwą parąw Krakowie.A być może nawetw całej Małopolsce…

Poprzednim razem mój ślub zakończył się katastrofą. Oczywiściew ostatecznym rozrachunku wyszło mi to na dobre, szczególnie że mój wybranek na późniejszym etapie historii okazał się pospolitym złodziejem, ale uwierzcie mi na słowo, że kiedy ciskałam starannie zaprojektowanym bukietemi mierzyłam pięściąw twarz zdrajcy, wcale nie było mi do śmiechu.

Tym razem będzie inaczej.

Żadnych tiuli, kryształkówi kokardek.

Żadnego rosołuz fantazyjnym łabądkiemz ciasta.

Żadnych zdradliwych przyjaciółeki dramatycznych przerww ceremonii.

Odpowiedni mężczyzna na odpowiednim miejscu.

Przysięga, obrączka, noc poślubnaw najpiękniejszym pokojuw kamionkowskim dworku.

Młynekw nogach łóżkai kawao poranku, pitaz czerwonego kubkaw białe groszki.

Stworzyłam szczegółowy plani zapisałam gow notesikuz fioletową okładką.

Wszystko przebiegnie zgodniez ustaleniami. Dopilnuję tego.

– Kalina, masz gości! –Z zamyślenia wyrywa mnie zirytowany głos matki. Zaskoczona, zrywam sięz posłania, przygładzam włosyi człapię do przedpokoju.W ramach ostatniej panieńskiej nocy wydobyłamz szafki na buty stare papuciez króliczymi uszami. Wyglądamw nich idiotycznie, ale nie mogłam się powstrzymać. Później wyprawię jew ostatnią podróż, do wiaderka na odpadki zlokalizowanego pod kuchennym zlewem.

W drzwiach wejściowych tłoczą się moje przyjaciółki. Przyjaciółki mam już tylko dwie,z racji iż tatrzeciazbyt mocno wczuła sięw swoją rolęi została kochanką mojego byłego niedoszłego,a po wszystkim jeszcze się na mnie śmiertelnie obraziła, że nie chcę sprawować opieki nad ich wspólną córką. To skomplikowana historiai nie zamierzam sięw nią teraz wikłać. Muszę się za to dowiedzieć, cow progu mieszkania moich rodziców porabiają pozostałe dwie.

– A co wy tutaj robicie? – Patrzę na nie podejrzliwie.

W odpowiedzi Iwa wsuwa dłoń do przepastnej torbyi wydobywa butelkę szampana. Mirka uśmiecha się szelmowskoi potrząsa paczką chipsówo smaku pieczonej kiełbaski.

– Pomyślałyśmy sobie, że przyda ci się dzisiaj towarzystwo. Na pewno się denerwujesz…

– Wcale – mówię zgodniez prawdą.

– Nie szkodzi, myi takz tobą chętnie posiedzimy. Tow końcu wieczór panieński, co nie?

– Cieszę się, żeo mnie myślicie. Ale nicz tego.

– Czego? – dziwi się Mirka.

– Tego. Już raz to przerabiałam. Były wieczory panieńskiei koleżeńskie, miała być ceremoniaz pompą.A skończyło się klapą. Dziękuję, jednak tym razem nie skorzystam.

– Ale… – zaczyna Mirka. Bezceremonialnie wypycham ją za drzwii pospiesznie cmokam obydwiew policzki, żeby się czasem nie obraziły.

– Nie ma żadnego ale! – Uśmiecham się. – Musimy się wyspać, prawda?W naszym wieku sen jest bardzo ważny, inaczej wychodzą podstępne zmarszczki. Widzimy się jutrow kościele, tak?

Iwai Mirka wyglądają na lekko przestraszone,w końcu jednak dociera do nich, że to bynajmniej nie jest przytykw ich stronę,a jedynie moje złe wspomnienia, które wolę pogrzebać. Że odprawiam jakiś rytuał, który ma zapewnić nam szczęśliwe zakończenie ceremonii. Zamykam za nimi drzwi;w ostatniej chwili coś sobie przypominam, wysuwam głowę na klatkę schodowąi wołam za oddalającymi się dziewczynami:

– Pewnie nie muszęo tym wspominać, ale… niech żadna nie waży się przerywać ceremonii!

Opieram się plecamio drzwii uśmiecham sama do siebie.

Tym razem wszystko przebiegnie idealnie! Mam wrażenie, że dopilnowałam wszystkiego. Terazz poczuciem należycie spełnionego obowiązku mogę się położyći wyspać przed czekającym mnie dniem. Nie pozwolę moim zmarszczkom na żadne podstępne wystąpienia. Będzie pięknie, będzie ślub, będzie, bo…

Nic dwa razy się nie zdarzy!

Ceremonia ślubna zaczyna się zgodniez planem, misternie ułożonym, modyfikowanym wielokrotniei starannie zanotowanymw notatnikuz fioletową okładką.

Na sobie mam wymarzoną suknię ślubną. Udało mi się uciec przed zapędami matki, która jeszczez rana próbowała do niej przyszyć sztuczne perełki kupionew pasmanterii na rogu, dzięki czemu nadal jest prosta, skromnai piękna. Powiodło mi się równieżw uniknięciu stroikaz białych pióreki gerber. Zwinęłam gow kulkę, wcisnęłam ukradkiem do rozdeptanego papuciaz króliczym uszkiemi całośćz dumną miną wrzuciłam do kontenera na śmieci. Następnie przez blisko godzinęz żałobną miną pomagałam matce przetrząsać mieszkaniew jego poszukiwaniu, powtarzając, że był taki pięknyi z pewnością ożywiłby moją kreację…

Uzupełnieniem mojego stroju są delikatne pantofelki na niewysokim obcasiei bukiecikz kremowych frezji. Ściskam kwiaty drżącą dłonią, równocześnie lustrując subtelną dekorację ołtarzai nielicznych gości zgromadzonychw kościelnych ławkach. Na samym przodzie siedzi pochlipująca matka. Zastanawiam się, czy płacze, ponieważw końcu wydaje mnie za mąż, czy po prostu nie może odżałować utraty stroika. Tuż za matką siedzą Iwai Mirka, obie mają nieco przestraszone minyi są wyraźnie zmięte. Najwyraźniej nie posłuchały mojej dobrej radyi nie położyły się wcześnie spać. Dyskretnie grożę im palcem,a one parskają tłumionym śmiechem.

Ławkę dalej dostrzegam gości przybyłychz Kamionek. Pani Elizaw eleganckiej etolcei kapeluszu przystrojonym kwiatami, obok Szparkai jej wąsaty adorator, Karol Broszko. Na brzegu ławki siedzi Nadzieja; rozanielona mina kucharki mówi mi, że najwyraźniej uwielbia śluby! Brakuje tylko Starego Janai Młynarczykowej, wtedy byłby już komplet.

W ławkach na lewo siedzą bliscy Marka. Jego rodzice już nie żyją, alew pierwszym rzędzie zasiada starsza siostraz mężemi ośmioletnim synem. Ten mały ma więcej piegów niż Carrie Bradshaw butów, choć wydaje się to mało prawdopodobne!

Ślub idealny. Wymarzona sukienka, piękna oprawa, delikatna muzykaw tle, najważniejsi goście zgromadzeni, aby świętowaćz nami ten piękny dzień. Wszystko przebiega zgodniez nakreślonym planem.

No, prawie wszystko.

W notesiez fioletową okładką znajdziecie informacjeo kremiez zielonego groszkui pieczeni jagnięcejz kluskami.O cytrynowej tarciei ślicznej satynowej koszulcez czekoladową koronką, kupioną specjalniez myśląo nocy poślubnej. Znajdziecie listę gościi imion naszych potencjalnych przyszłych dzieci. Ale nie znajdzieciew nim odpowiedzi na pytanie, dlaczego pół godziny po czasie planowej ceremonii ślubnej miejsceu mojego boku nadal pozostaje puste…

Rozdział 1

Sukienka została zdjęta,a jej ramiączka przewleczone przez owinięty miękkim tworzywem wieszak. Przyglądam się, jak zwisa wzdłuż szafy, delikatnie kołysząc się na uchwyciei wydymając od wpadającego do pokoju wietrzyku. Uchyliłam okno, żeby schłodził moje rozpalone policzki, ale przyniosło to mizerne skutki. Czuję, że za chwilę wybuchnę płaczem. Albo śmiechem. Jeszcze nie zdecydowałam.

Opadam na łóżkoi przyciągam do siebie Młynka. Pies wyczuwa targające mną emocje, bo przywiera całym sobą do mojego ciałai drży. Pewnie zadaje sobie to samo pytanie: co, do cholery, zaszłow parafialnym kościeleo godzinie piętnastejz minutami? Dlaczego Marek nie zjawił się przed ołtarzemi obrócił wniwecz wszystkie wcześniejsze ustaleniai plany? Jak do tego doszło, skoro wszystko starannie obmyśliłam,a do tego odprawiłam swoisty rytuał, który miał odpędzić ślubnego pecha? Jak mógł mi to zrobić, skoro tak bardzo mnie kocha?

Wracam myślami do momentu, kiedy wnętrze kościoła wypełniło się szeptami coraz mocniej zaniepokojonych gościi pochrząkiwaniem księdza proboszcza. Starałam się robić dobrą minę do złej gryi zdusićw sobie pierwsze ukłucia niepokoju. Na ulicachz pewnością są korki… nic to, że mieszkamy zaledwie kilka ulic stąd, przecież mógł jechać do kościoła przez sąsiednią dzielnicę. Mógł, prawda? Kto bogatemu zabroni? Może potrzebował paru chwil dla siebie, może nie potrafił zawiązać krawatai błądzi od jednych drzwi do drugich, prosząco pomoc kolejnych sąsiadów? Albo zatrzasnął sięw ubikacji; ostatnio drzwi wyraźnie się zacinały, kilka razy powtarzałam mu, że trzeba naoliwić zamek…

Wizja narzeczonego uwięzionegow ciasnym pomieszczeniui zdanego na lekturę starej „Gazety Wyborczej” sprawiła, że parsknęłam śmiechem,i tym samym przyciągnęłam uwagę księdza proboszcza. Pleban najpierw groźnie zmarszczył brwi,a potem przybrał łagodny wyraz twarzyi powiedział:

– Czekamy już ponad pół godziny, moje dziecko.

– Poczekajmy jeszcze troszkę…

– Przykro mi, za pół godziny ma się odbyć kolejny ślub… Hmmm, zabrzmi to nieco nie na miejscu, ale trzeba będzie zwolnić kościół dla następnych nowożeńców…

– Proszę księdza…

– Jeśli mogę cięo coś poprosić… – Ksiądz nachylił sięw moją stronęz zakłopotaną miną. – Następnym razem upewnij się, że ślub na pewno się odbędzie. Twoi niedoszli mężowie okropnie dezorganizują mi pracę…

Obserwowałam odchodzącegow kierunku zakrystii proboszcza, zadając sobiew duchu pytanie, czyw ramach opłaty za sakrament ślubu zgodzi się wyprawić Mareczkowi pogrzeb. Bo właśnie taka ceremonia pozostanie panu detektywowi, kiedy już go dostanęw swoje ręce.

Przetrząsam szafyw poszukiwaniu wygodnych ciuchów. Zza ściany dobiegają mnie przytłumione rozmowy.W mieszkaniu rodziców zgromadziła się część gości weselnych, przede wszystkim ci, którzy przyjechaliz daleka, jak moi przyjacielez Kamionek, oraz ci żądni sensacji, których przygnała tutaj ciekawość, jak dalej potoczy się historia niedoszłej panny młodej. Zdublowanej.

Matka wykonała jeden szybki telefon, dzięki czemu stółw dużym pokoju zapełnił się smakowitościami. Zupa kremz zielonego groszku, pieczeń jagnięcaz kluseczkami – to wszystko miało na nas czekaćw pobliskiej restauracjiw postaci uroczystego obiadu. Po ślubie,a nie zamiast niego. Na deser cytrynowa tartaz kremem. Stanowczo zapowiedziałam, że nie chcę tortu ślubnego, bo mam dość lukru. To miała być taka metafora –i co? Muszę bardziej uważać na słowa, bo najwyraźniej wykrakałam.W pakieciez cytrynową tartą otrzymałam skwaszoną minę. Nikt mi nie zarzuci nadmiaru słodyczy, co to, to nie!

W miejsce lukru – plaster cytryny.W miejsce wesela – atmosfera stypy.

Powinnam pójść do dużego pokoju, usiąść za stołemi porozmawiaćz tymi wszystkimi ludźmi, którzy zjawili się, aby świętowaćz nami ten najpiękniejszy dzień. Wziąć do ręki talerzykz tartąi widelczyk, tak starannie polerowany przez zaaferowaną matkę. Konwersować, dyskutować, odpowiadać na pytania. Dać się ponieść uczuciu déjà vu. Ale nie mam na to siły. Zamiast tego wciągam wygodne dżinsyi koszulkę, zmywam ślubny makijaż,a loki spinam gumką.

Do pokoju zagląda Szparka. Na jej piegowatej, drobnej twarzyczce odbija się niepokój.

– Jak się trzyma? – pyta.

– Nie mam pojęcia, ale jak go dorwęw swoje ręce…

– Och, jao nią pytam.

– No, tak. To zrozumiałe, żeo mnie. Jestem bohaterką dnia, tyle że niew sensie,o jakim marzyłam…

– Więc jak?

– Szczerze? Nie wiem. Nijak. Wychodzi na to, że małżeństwo nie jest mi pisane.

– Niech nie plecie trzy po trzy!

– Ale to się wszystko splataw logiczną całość. Najpierw aferaz Cieplakiem, który mnie zdradziłi zmajstrował dziecko Jolce!A teraz Marek nie zjawia się przed ołtarzemi znika bez słowa…

– Może potrącił go samochód? – pytaz nadzieją Szparka.

– Tak byłoby dla niego lepiej.

– Albo miał atak wyrostka.

– Teżo tym myślałam.

– Mareczek ją kocha!

– Którą?! – Patrzę na nią dziko.

– Jaką którą? – Przestraszona Szparka odsuwa się pod ścianę.

– Którą kocha?! Co to za jedna?I dopiero teraz mio tym mówisz?!

– Ja nic nie wiem!

– Ale przecież powiedziałaś, że ją kocha!

– Na pewno utknął na tronie. Zatrzasnął sięw kibelku.I siedzi tam,i złorzeczy, że nie może wziąćz nią ślubu.Z nią! – Wbija mi palec pod żebrai łypie złowrogo swoim na co dzień łagodnym spojrzeniem, dziś podkreślonym liliową kredką. – Bo przecież tylko ją kocha! – kończy, tuląc mnie do siebie mocnoi pozwalając popłynąć pierwszym tego dnia łzom.

Jednak nie pozwalam sobie na długotrwałe lamenty, niespodzianie nabieram nowych sił. Wysuwam sięz objęć przyjaciółki, uśmiecham się do niej dzielniei delikatnie gładzę ją po chłodnym policzku.A potem sięgam po spoczywające na dnie szafy balerinkii cmokam na psa.

– Gdzie idzie? – pyta zaskoczona dziewczyna. Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi, nieco przestraszonymi oczyma.

– Jak to: gdzie? Jeśli rzeczywiście siedziw ubikacji, muszę go uwolnić. Ale jeśli nie… No, ty lepiej potrzymaj za niego kciuki, żeby siedział!

Mieszkanie jest puste.

Spodziewałam się tego.

Już wspinając się po schodach, nasłuchiwałam, czyz zajmowanego przez nas lokum nie dobiegają krzyki mające świadczyćo tym, że mój niedoszły mąż został okrutnym zrządzeniem losu uwięziony za zatrzaśniętymi drzwiamii przez to nie byłw stanie dotrzeć do kościoła. Nadstawiałam ucha, ale równocześnie doskonale wiedziałam, że Marek nie jest facetem, którego byłbyw stanie powstrzymać złośliwy nienaoliwiony zamek. Gdyby naprawdę chciał zjawić się przed ołtarzem, staranowałby oporne wyjście własnym ciałem. Albo zsunąłby się po rynnie niczym rasowy James Bond.

Po wejściu do mieszkania rozpoczynam szaloną gonitwę po wszystkich dostępnych pomieszczeniach. Potem zziajana stoję pośrodku dużego pokojui spojrzeniem szukam śladu jakiejś wiadomości, która wyjaśniłaby mi, co się wydarzyło. To znaczy: ja doskonale wiem, co się wydarzyło. Właśnie zostałam porzucona przed ołtarzem.A nawet nie przed, bo niedoszły mąż okazał się wybitnie leniwyi do ołtarza się nie pofatygował. Na dodatek zdenerwował księdza proboszczai o ile kiedyś zdecyduję się zawrzeć związek małżeński, będę zmuszona spisaćz przyszłym mężem jakąś umowęi przedstawić ją duchownemu na dowód, że tym razem oblubieniec naprawdę się zjawi. Mogę też poszukać innej parafii, alew tej pewnie za niedługo przyznają mi kartę stałego klientai zniżkę.

– Ale na to się wcale nie zanosi! – mówię cicho do Młynka, pociągając nosem. – Małżeństwo jest przereklamowane, wiesz?

Pies wydajez siebie jedno krótkie szczeknięciei popycha łapą drzwi do sypialni. Obserwuję, jak wchodzi do środka, wskakuje na łóżkoi przysiada pośrodku posłania. Wprost na śnieżnobiałej koszuli, którą przed trzema tygodniami wybraliśmyz Mareczkiemz myśląo dzisiejszym dniu. Widok tej koszuli sprawia, że zanoszę się szlochem, za to Młynek wydaje się bawićw najlepsze. Macha radośnie ogonemi poszczekuje, wesoło podrzucając łbem. Znam ten gest, robi tak, kiedy chce mi coś pokazać.Z tym że ja nie mam ochoty na zabawęw pokazywanki. Nie tym razem…

– Noi coz tego? Coz tego, że przygotował koszulęi garnitur? – Wskazuję brodą ubranie zawieszone na metalowym wieszakui siadam obok psa. Bezceremonialnie wydobywam koszulę spod jego zadka, zwijamw nieforemny węzełi przyciskam do piersi. – To świadczy tylkoo tym, że rozmyślił sięw ostatniej chwili, nie uważasz?

Młynek najwyraźniej tak nie uważa, ponieważ zeskakujez łóżkai pędzi do łazienki. Idę za nimi patrzę, jak siada obok wyglansowanych butówi trąca je nosem. Kręcę głową, opadając na zamkniętą klapę od sedesu.

– To nadalo niczym nie świadczy. Nie wysilaj się. Nie usprawiedliwiaj go. Po prostu jesteś jedynym uczciwym samcemw moim życiu.A i tak nie jestem do końca przekonana, czy na pewno tak jest. Wydaje mi się, że matka podała mi dziś na śniadanie trzy parówki,a kiedy spadł mi wideleci na chwilę schyliłam się pod stół, jedna się tak jakby ulotniła…

Młynek niuchaw Markowych półbutach,a następnie zrywa sięi biegnie do kuchni. Bez entuzjazmu podnoszę sięz sedesui ruszam za nim. To na nic.W końcu pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wejściu do mieszkania, był przecież szalony rajd po wszystkich pomieszczeniach, połączonyz gorączkowym przetrząsaniem dostępnych kątów. Zajrzałam do wanny, pod łóżkoi za zasłony. Przystawiłam krzesłoi uchyliłam szafkiw przedpokoju. Zajrzałam nawet do zamrażarkii lodówki. Wszystko na nic.

Młynek nic sobiez tego nie robi, kręci się po kuchni, węsząc przy podłodzei wspinając się na krzesło. Zadowolonyz siebie zatrzymuje się przy kuchennym stole, gdzie na talerzyku spoczywa nieco nadgryziona kromkaz serem topionymi kubekw czerwone groszki. Spogląda na mnie triumfalnie. Podejrzewam, że zaraz trąci kubek nosem, więc muszę odstawić naczynie poza jego zasięg. Chwytam kubeki – zaskoczona – przez chwilę trzymam gow dłoni. Musiał nastąpić koniec świata, by Marek nie dopił herbaty!

– Too niczym nie świadczy – powtarzam, patrząc prostow mądre czekoladowe oczy. Czuję, jak moje serce zaczyna mocniej bić. –O niczym, rozumiesz, piesku? Ale na wszelki wypadek rozejrzyjmy się jeszcze raz.

Z mieszkania udaję się prosto do siedziby agencji detektywistycznej, którą ponad rok temu założył Marek. Lokal mieści się na al. Słowackiego, więc muszę wziąć taksówkęi tłumaczyć się przed jej właścicielem, że tak, pies naprawdę musi ze mną jechać, tak, jest szczepiony przeciwko wściekliźnie,i nie, nie jest groźny, tylko po prostu miał ciężkie popołudniei dlatego trochę źle muz oczu patrzy.I naprawdę nie chciał uchybić godności taksówkarzai jego wypielęgnowanego samochodu marki Volvo,a lewą tylną łapę podniósł tylko dlatego, że coś gow nią ukłuło…

Nie zamierzam w tym miejscu wspominaćo tym, że mój dzień również nie był specjalnie udanyi jeśli pan taksówkarz nie przestanie gadaći zerkać na nas podejrzliwiew lusterku, zamiast skupić się na zmianie biegówi dowiezieniu nas do celu, będę zmuszona pociągnąć go za jedyny kosmyk porastający jego błyszczącą czaszkę.A może nawet okażę całą swoją złośliwośći wyrwę ten kosmyk na amen.Z cebulką.

Rozsiadam się na tylnym siedzeniui przyciskam Młynka do lewego boku. Odkąd został porzucony przy drodze przez swojego poprzedniego właściciela, nie przepada jakoś specjalnie za jazdą samochodemi do pojazdów podchodziz wyjątkową ostrożnością, żeby nie powiedzieć: złośliwością. Podniesiona łapa, te rzeczy. Teraz jednak zdaje sobie sprawęz powagi sytuacjii jest bardzo dzielny. Troszkę drży, więc przytulam go jeszcze mocniej. Czerpiemy otuchęz siebie nawzajem. Przyciskam go jedną ręką,a drugą bawię się przedmiotami, które udało mi się znaleźć po kolejnym przeszukaniu mieszkania.

Telefon. Komórka Marka leżała sobiew najlepszew łazience, na półce nad wanną. Wiem, że mój ulubiony detektyw kładzie tam telefon, kiedy zażywa dłuższej kąpieli. Wiem również, że nigdy nie rozstaje się ze swoim ulubionym smartfonemi z pewnością nie pozostawiłby gow mieszkaniu, gdyby planował mnie porzucić. To, że nie ma przy sobie komórki, trochę mnie przeraża, bo albo coś mu się stało, albo naprawdę skutecznie stara się zacierać za sobą ślady.

Notes. Zupełnie pusty, za toz niezdarnie oddartą kartką, po której zostały niewielkie strzępki papieru. Coś mi mówi, że na tej oderwanej karteczce była jakaś ważna informacja, która przyczyniła się do tego, że Marekw pośpiechu opuścił mieszkaniei miejsceu mojego boku przy ołtarzu parafialnego kościoła na Ruczaju.

Nie myślcie, że nie oglądałam filmów detektywistycznychi że nie wiem, co się robiw takiej sytuacji. Odszukałam najostrzej zaostrzony ołówek, jaki tylko znajdował sięw mieszkaniu,i zrobiłam to, co robią detektywi, kiedy znajdują podobne karteczki. Delikatnie zamalowałam pierwszą stronęw notesie, aby poznać treść, która skłoniła mojego przyszłego męża do zupełnie irracjonalnego zachowania. Okazało się, że na kartce napisano tylko jedno słowo.I zupełnie nie rozumiem, dlaczego dla tego słowa Marek miałby zrujnować tak misternie planowaną ceremonięi opuścić mieszkanie. No, chyba że planował doprawić kremz zielonego groszku suszonymi ziołami.

Wśród ołówkowych smug wyraźnie odcinają się Markowe bazgroły układające sięw słowo „BAZYLIA”.

W dniu, kiedy Marek zdecydował, że rezygnujez pracyw policjii otwiera własną agencję detektywistyczną, przedstawił mi Szymona. Niski brunetz okularamiw grubych oprawkachi najbardziej zadartym nosem na świecie. Za każdym razem, kiedy spotykam Szymonai widzę jego nos, myślęo Wielkiej Krokwiw Zakopanemi mam ochotę zawołać: leć, Adam, leć!

Wspólnikiem Marka okazał się jego najlepszy kumpelz podwórka. Graw nogęz trzepakiem zamiast bramki, kradzież jabłekw starym sadzie na obrzeżach Bieżanowai pierwsza fascynacja Liroyem – takie sprawki ich łączą. Prawdopodobnie również pierwsze doświadczeniaz dziewczynami, choć na ten tematw mojej obecności dyplomatycznie milczą. Poza tym są chodzącymi przeciwieństwami, więcw strukturach agencji Marek odpowiada za pracęw terenie,a Szymon za sprawy administracyjnei research komputerowy. Podobno jestw tym całkiem niezły i,jak powiedział mi kiedyś zafascynowany Marek, wie wszystko.I na to właśnie liczę: że wie, gdzie też podziewa się mój niedoszły mąż oraz dlaczego zdecydował się narazić kondycję co poniektórych części swojego ciała, porzucając mnie przed ołtarzem.

Naturalnie zdaję sobie sprawęz tego, że jest już wieczór. Sobotni wieczór. Teoretycznie powinnam pocałować klamkęu drzwii ze zwieszoną głową wrócić do domu, by obdzwaniać miejscowe szpitale, ale łudzę się, że uzależniony od wyszukiwarki Googlei zupełnie pozbawiony życia osobistego Szymon spędza ten czas za swoim biurkiem. Poza tym każda minuta może byćw tym wypadku na wagę złotai nawet jeśli będę zmuszona ścigać Markowego wspólnika po całym Krakowie, muszęz nim porozmawiać! Dzisiaj, teraz, natychmiast.

Okazuje się, że dopisuje mi szczęście. Przez oszklone drzwiz wpół zasuniętą roletą dostrzegam skulonego za biurkiem mężczyznę. Stukam energicznie,a następnie naciskam klamkę. Przestraszony Szymon wzdryga się, podchodzi jednak do wejścia. Unosi okulary nad czołoi przez chwilę przygląda mi się zmrużonymi oczyma.W końcu wzdycha głęboko, przekręca kluczw zamkui wpuszcza mnie do środka. Nie jest zachwycony moim widokiem, ale too niczym nie świadczy. To ten typ człowieka, który do funkcjonowania potrzebuje kabla do zasilania laptopa, za to wcale nie potrzebuje innych ludzi. No, chyba że akurat pracująw sklepiez akcesoriami do laptopa.

Od razu przechodzę do rzeczy:

– Gdzie on jest?!

– K-kto? – Przestraszony Szymon ewakuuje się za biurko, gdzie najwyraźniej czuje się pewniej,i zapada sięw skrzypiący fotel, obity czymś skóropodobnym.

– Jak to: kto? Marek!

– A nie mieliście dzisiaj brać ślubu? – pyta, ponownie wsuwając na nos okulary.

– Dobrze powiedziane: mieliśmy. Ale twój kolega nie zjawił się przed ołtarzem.

– Znaczy stchórzył?

– Znaczy zniknął! Byłamw mieszkaniui został po nim tylko telefoni na wpół zużyty notesw kratkę!

– Może mu coś wypadło?

– Wypadło? Człowieku, przecież to ślub,a nie wycieczka do zoo, którą można sobie przełożyć ot tak!Z myśląo ślubie ustala się datę, kupuje piękne stroje, zaprasza rodzinęi przyjaciół… – Nagle uderza mnie okropna myśl. – Zaraz, zaraz!A właściwie to dlaczego ty nie przyszedłeś do kościoła?

Zapada cisza.Z mocno bijącym sercem wpatruję sięw skulonego za biurkiem mężczyznę.W końcu Szymon wzrusza ramionami.

– Nie lubię ślubów.

– A może ty wiedziałeś, że on się nie zjawii do kościoła iść się nie opłaca? Gdzie on jest?!

– Hmmm, nie mam pojęcia, gdzie się podziewa.

– Jak to: nie masz pojęcia? – Posyłam mu spojrzenie pełne rozpaczy. – Przecież ty wiesz wszystko!

– Przykro mi, ale tego akurat nie. Może wpadł pod samochód?

Bez słowa opadam na krzesło stojące naprzeciw jego biurkai wsuwam dłoniew kieszenie, szukając telefonu. Za moimi plecami Młynek spaceruje po pokoju, węsząc przy podłodze. Słyszę, jak niespokojnie popiskuje. Wydobywam smartfon Markai kładę go na blacie zagraconego biurka.

– Nie założył garnituru ślubnego.

– Może się rozmyślił?

– Nie zabrał komórki!

– Może zapomniał?

– Napisał na kartce „BAZYLIA”!

Szymon nie odpowiada. Skubie czubek swojego zadartego nosa, następnie tarmosi czuprynęi płatek ucha.W końcu wzdycha głębokoi pochyla sięw moją stronę.

– A byłaś na policji?

– Jeszcze nie. Myślisz, że powinnam?

– Nie mam pojęcia. – Wzrusza ramionami. – Ale jeśli naprawdę napisał na kartce „BAZYLIA”…

– To co? Mam sprawdzić miejscowe supermarkety pod kątem asortymentu przypraw kuchni włoskiej? Skupić się na suszonych czy poszerzyć zakres poszukiwańo doniczki ze świeżymi?

– Myślę, że trzeba trochę poczekać, bo jeśli on naprawdę napisał…

– Jak ci mówię, że napisał, to napisał! – Zirytowana macham mu przed nosem zamalowaną ołówkiem kartką.

– Jeśli napisał, to może oznaczać, że jego zniknięcie jest powiązane ze sprawą, którą ostatnio prowadził. Na twoim miejscu spokojnie bym poczekał. Może coś sprawdzai wróci?

– Jak to: sprawdza? Jak to: wróci? Wrócii co? Przecież ci mówię, że dziś mieliśmy wziąć ślub!

– Weźmiecie innym razem. – Mężczyzna wzrusza ramionamii wraca do stukaniaw klawiaturę.

– Co to za sprawa?

– Jaka sprawa?

Patrzy na mnie nieprzytomnie.

– Prowadzona przez Marka. Taz ziołami.

– A, ta… Nie wiem dokładnie. Nie powiedział mi,o co chodzi.

– W ogóle?

– No… – Waha się przez momenti zgaduję, że nie mówi mi całej prawdy. Błyskawicznie unoszę sięz krzesłai zatrzaskuję klapę jego laptopa.W ostatniej chwili odrywa dłoniei teraz patrzy na mnie chmurnie, dmuchając na końcówki palców. – Wiem tylko tyle, żew ostatnich tygodniach jeździł na przedmieściai oglądał jakiś dom. Chyba kogoś obserwował.

– Gdzie to było? Ten dom…?

Wymienia nazwę ulicy,a