Kraina Zeszłorocznych Choinek - Joanna Szarańska - ebook

Kraina Zeszłorocznych Choinek ebook

Joanna Szarańska

4,5

Opis

Autorka bestsellerowej serii „Cztery Płatki Śniegu” zaprasza w kolejną podróż do świata pełnego zimowej magii!

W pewien listopadowy poranek w urokliwym miasteczku swoje podwoje otwiera sklepik ze świątecznymi dekoracjami o intrygującej nazwie Kraina Zeszłorocznych Choinek. Sklep jest wyjątkowy; nie ma w nim dwóch takich samych ozdób, nie ma też cen. Jego wnętrze wypełnia atmosfera ciepła i miłości, a każdy z klientów znajduje w nim nie tylko idealną choinkową dekorację, bombkę czy aniołka, ale coś jeszcze… To właśnie tutaj splatają się drogi i losy mieszkańców miasteczka oraz przyjezdnych. Powracają wspomnienia dawnych uczuć i strat, nawiązują się nowe miłości i przyjaźnie.

Czy wszystkie relacje uda się naprawić przed wigilijnym wieczorem? Skąd wzięła się nazwa sklepu? I jak wiele wspólnego ma z miejscem, do którego odchodzą choinki, kiedy kończy się Gwiazdka?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (498 ocen)
296
155
36
10
1
Sortuj według:
Thallier

Nie oderwiesz się od lektury

Kraina Zeszłorocznych Choinek, miasteczko, święta, urok i dużo emocji… Wyobraź sobie drzewko choinkowe piękne ustrojone i zdobiące dom. Co się dzieje z nim po okresie świąt Bożego Narodzenia? Według Antka i dziadka Bońka te choinki trafiają do Krainy Zeszłorocznych Choinek, gdzie czeka je dostanie i szczęśliwe życie w otoczeniu innych drzewek. Brzmi pięknie, prawda? Sama książka o tym samym tytule, czyli „Kraina Zeszłorocznych Choinek” jest bez wątpienia książką wyjątkową – Pani Joanna Szarańska zrobiła tutaj prawdziwy majstersztyk. Były momenty wyciskające łzy, rozbawiające, a także momenty niepewnego oczekiwania. Książka ta jest szczególnie dla mnie bliska, ze względu na to, że jeden z tytułowych bohaterów, Antek, nie tak dawno stracił jedną z najważniejszych osób – dziadka. Mimo, iż od momentu kiedy pożegnałam dziadka Wernera mija już półtora roku strata ta boli nadal tak samo. Również inni bohaterowie sprawiają, że każdy znajdzie w którymś choć jedną cząstkę siebie. Wróćmy jedn...
20
emili22

Z braku laku…

No, niestety to nie to czytałam kilka innych ten autorki i były super... A ta.... No cóż ciężka niby cos w niej jest ale nie idzie jak już nie ma nic inneg to możecie próbować... Ale ja strasznie się męczyłam i nie dałam rady nie wiem czy to ja nie miałam nastroju na taka książkę czy poprostu cos tu nie zagralio🤔🤔Kazdy ma inny gust widzę dużo pozytwnych ocen... Ja niestety jestem na nie 😔😔😔
00
coolturka

Dobrze spędzony czas

Czy już wspominałam, że przepadam za książkami Asi Szarańskiej? 🤔 moja miłość zaczęła się od serii "Kalina w malinach" i niezmiennie trwa 🥰. Sklepik Pana Józefa o nazwie "Kraina Zeszłorocznych Choinek" to magiczne miejsce, gdzie splatają się losy wszystkich bohaterów. Tutaj odżywają dawne uczucia, problemy znajdują rozwiązania, a wszystkie spory mają swój szczęśliwy koniec. Nie znajdziesz tu cen, bowiem każda świąteczna ozdoba kosztuje właśnie tyle, ile jesteśmy w stanie za nią zapłacić. Jeśli miałabym wymienić jedną cechę, za którą cenię tę autorkę najbardziej, to byłby to poczucie humoru. Przebija tu ono niemal z każdej strony, wywołując szeroki uśmiech na mej twarzy. Czytałam wiele opinii na temat tej książki i już wiem, dlaczego wszyscy stawiają ją na piedestale i przyznają pierwsze miejsce wśród świątecznych opowieści. Książka, aż kipi od świątecznej atmosfery i zimowej aury, bohaterów chciałoby się poznać w świecie rzeczywistym, a do tego jest zabawnie, ale i wzruszająco, c...
00

Popularność



Podobne


Copyright © Joanna Szarańska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Wiśniowska, Agata Tondera

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Elementy graficzne layoutu: Izabella Lachowicz

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © EasyBuy4u | Getty Images

Fotografia autorki na skrzydełku: Agnieszka Ożga-Woźnica

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-97-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Prolog

grudzień 2017

Niebo nad miasteczkiem od rana zasnuwały ciemne, skłębione chmury. Przemierzający wąskie uliczki mieszkańcy unosili głowy, badając wzrokiem groźnie wyglądający nieboskłon i wymieniali zaniepokojone spojrzenia.

– Tak, tak! Dzisiaj w końcu posypie! – przekonywali.

– Tylko patrzeć, jak święty Piotr rozedrze poduszkę i zasypie świat niebiańskim pierzem!

– Co się dziwić! Zima przecież! Grudzień!

– Ha, ha, ha! A drogowcy zdziwieni! Zresztą jak co roku…

Ludzie przystawali na ułamek sekundy, aby pogawędzić o przedświątecznej krzątaninie, ponarzekać na opieszałość służb drogowych lub po prostu zerknąć na ciemniejące niebo. Potem ruszali dalej, spiesząc do szkół, zakładów pracy czy na zakupy, pospiesznie życząc sobie przez ramię wesołych świąt i powodzenia w nadchodzącym roku. Odchodząc, rzucali ostatnie niespokojne spojrzenie w niebo i nieświadomie przyspieszali kroku, chcąc znaleźć schronienie w przytulnych czterech ścianach, zanim rozpęta się śnieżyca.

A niebo nad miasteczkiem ciemniało i ciemniało… Wiatr przeganiał po nim niskie chmury, zbijał je w popielate kłębki, rozwiewał i na powrót zganiał w jedno miejsce jak pies pasterski strzegący niesfornych owiec. Nagle wąskie, brukowane uliczki zalało dziwne żółtawe światło, a z jednej z chmur spłynęły na ziemię miękkie, białe płatki. Pozostałe obłoki jakby czekały na umówiony sygnał, bo teraz rozdarły się gwałtownie. Duże, wilgotne śnieżynki pokrywały bielutkim całunem ulice, dachy stojących przy nich domów oraz konary drzew porastających wąski skwer przy Ryneczku. W ciągu niepełnego kwadransa ulice miasteczka wyludniły się, a w oknach domów i witrynach sklepów zapłonęły światła. Tu czy tam od czasu do czasu poruszała się firanka, gdy jakiś człowiek wyglądał na zewnątrz i podziwiał śnieżny taniec, ciesząc się, że przebywa w ciepłym, suchym i przytulnym miejscu.

W domu przy końcu ulicy Miłej nic sobie jednak ze śnieżycy nie robiono. W kominku płonął ogień, brzozowe polana trzaskały, sypiąc po palenisku wesołymi iskierkami, a na ścianach salonu radośnie pląsały cienie. W przepastnym fotelu przysuniętym do paleniska siedziały dwie osoby. Starszy, nieco zgarbiony pan błyszczącymi oczami wpatrywał się w płomienie, a po jego ustach błąkał się uśmieszek zadowolenia. Uczepiony podłokietnika mały chłopiec niecierpliwie wymachiwał nogami i wyczekująco popatrywał na starca.

– Dziadziu… – zaczął cicho, ale widząc, że jego słowa nie docierają do uszu starszego pana, niecierpliwie potrząsnął jego przedramieniem. – Dziadziu! No, dziadziu, spójrz na mnie!

Oczy mężczyzny oderwały się od paleniska i powoli skierowały na chłopca. Wąskie, blade wargi rozjaśnił uśmiech.

– Dziadku, a opowiesz mi jeszcze raz… – zaczął chłopiec, lecz przerwał mu stanowczy, kobiecy głos dobiegający z głębi pokoju.

– Tośku, nie męcz dziadka!

Chłopiec zwany Tośkiem z żalem obejrzał się za siebie, gdzie przy długiej ladzie oddzielającej salon z kominkiem od nowoczesnej, otwartej kuchni, krzątali się jego rodzice. Mama płukała liście sałaty i rozrywała je na mniejsze kawałki. Tata, opasany błękitnym fartuszkiem z fikuśną falbanką i napisem „Szefowa kuchni” wyhaftowanym na brzuchu, z poważną miną mieszał coś w srebrnym rondelku. Tosiek westchnął głęboko i spod długich, ciemnych rzęs rzucił dziadkowi przelotne spojrzenie. Starszy pan mrugnął konspiracyjnie.

– Wcale nie jestem zmęczony – zapewnił i mocniej przytulił wnuka. – O czym chcesz posłuchać, smyku?

– No, przecież wiesz… – zniżył głos do szeptu. Ciemna głowa zbliżyła się do srebrnej. – No wiesz… O Krainie Zeszłorocznych Choinek!

– O Krainie Zeszłorocznych Choinek? – Starszy pan uniósł krzaczaste brwi. W jego spojrzeniu zapaliła się figlarna iskra. Chłopiec z powagą pokiwał głową i nerwowo poruszył się w fotelu. Czekał na tę chwilę cały rok. Trzysta sześćdziesiąt pięć długich dni. Wieczorami, przed zaśnięciem, leżał w pachnącej pościeli, z ramionami splecionymi pod głową i patrząc w sufit, wspominał historię dziadka. Skracał sobie w ten sposób oczekiwanie na świąteczny czas. I wreszcie starszy pan ponownie mógł snuć piękną opowieść o magicznej krainie, w której…

Nagle poczuł na ramieniu dotyk delikatnej dłoni. Zaskoczony uniósł głowę i napotkał roześmiane oczy matki.

– Czy ty czasem nie jesteś na to za duży? – Zaśmiała się.

– Na co? – zapytał naburmuszony.

– Na bajki. Poproś lepiej dziadka, by przepytał cię z tabliczki mnożenia. – Podniosła wzrok i wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z mężem.

– Mam w nosie tabliczkę mnożenia! – Chłopiec obruszył się.

– Tosiek!!!

– No co? Tabliczka mnożenia jest nudna! Nie ma w sobie żadnej… – urwał zawstydzony i spuścił głowę. Dziadek przysłuchiwał się tej rozmowie z dobrotliwym uśmiechem. Kiedy mama chłopca z głośnym westchnięciem wróciła za kuchenną wyspę, pocieszająco musnął palcem czubek nosa wnuka.

– Nikt nie jest za duży na bajki – szepnął, pochylając się do ucha chłopca. – A już na pewno nie można być za dużym, by poczuć świąteczną magię! Ona znajduje się w nas, o tutaj! – Przyłożył dłoń do piersi chłopca i tkwił tak, nieruchomo, dłuższą chwilę. Tosiek spuścił wzrok na tę dłoń. Była duża, sękata i pomarszczona, z krótkimi paznokciami poznaczonymi bruzdami. Przez starcze plamy i zrogowacenia wydawała się szorstka, ale chłopiec dobrze wiedział, ile czułości znajduje się w jej delikatnym dotyku. Po chwili wahania nakrył dłoń dziadka kruchą, dziecięcą rączką. Starszy pan zmrużył oczy i powiódł spojrzeniem w kierunku trzaskającego ognia, a następnie dużej choinki ustawionej w kącie salonu.

– Opowiedz mi, dziadku! Proszę!

– Opowiem, Antosiu, opowiem! Chcę po prostu nacieszyć oczy.

– Czym, dziadku?

– Tobą! Patrzę tak na ciebie i puchnę z dumy, że rośniesz jak na drożdżach i stajesz się małym mężczyzną! I tym ogniem trzaskającym na kominku, i tą śnieżną zadymką za oknem…

Wzrok chłopca powędrował w kierunku wielkiego tarasowego okna. Firanka była odsunięta, więc mógł podziwiać zbocze łagodnie opadające w kierunku sadu i pędzące przed siebie śnieżnobiałe płatki.

– Śnieżną zadymką? – Zdziwił się.

– A tak. – Starszy pan skinął głową. – Uwielbiam patrzeć na wirujący śnieg, na wiatr niosący białe kłęby to tu, to tam… I choinką chcę się nacieszyć. Spójrz, jaka jest piękna, kolorowa. – Uśmiechnął się porozumiewawczo.

Antoś poruszył się niespokojnie na podłokietniku fotela. Podniecony oblizał spierzchnięte wargi, na których wciąż czuł słodycz czekoladki wydobytej z kieszeni dziadkowej marynarki. Wiedział, że słowa te stanowią wstęp do wyjątkowej opowieści.

– Jest śliczna. – Z nabożnym zachwytem wpatrywał się w kolorowy szpic na wierzchołku drzewka. Do salonu zakradł się mrok, rozjaśniały go jedynie choinkowe światełka, blask ognia bijący od kominka oraz światło lampy zawieszonej nad kuchennym blatem.

– Myślisz, że przypomina tę z zeszłego roku? – Dziadek spojrzał z ukosa na wnuka.

Chłopiec energicznie potrząsnął głową. Przy okazji zahaczył spojrzeniem o matkę i zauważył, jak zamarła w bezruchu, z listkiem sałaty w smukłych palcach. Wpatrywała się w nich bez słowa. I słuchała. Tak, słuchała dziadkowej opowieści. Antoś uśmiechnął się triumfalnie.

– Nie! – wykrzyknął. – Nie ma dwóch takich samych choinek! Można się starać – recytował poważnym tonem, przeskakując błyszczącym z podniecenia spojrzeniem po gałązkach drzewka – i wieszać te same bombki, łańcuchy i światełka, można zapamiętać, że czerwona bombka ma wisieć na górze, a zielona na dole, ale to na nic! Nie ma dwóch takich samych choinek.

– A wiesz dlaczego? – Dziadek uśmiechnął się zachęcająco.

– Dlaczego? Powiedz! – szepnął poruszony chłopiec.

– Bo kiedy kończy się gwiazdka, choinki odchodzą! – Starszy pan pochylił głowę w kierunku wnuka.

– Dokąd odchodzą choinki, dziadku?

– To chyba oczywiste? Odchodzą do Krainy Zeszłorocznych Choinek. – Starzec obrzucił zamyślonym spojrzeniem przystrojone drzewko, po czym uśmiechnął się blado do własnych myśli.

– Kraina Zeszłorocznych Choinek – powtórzył wolno Antoś, zupełnie jakby smakował każde słowo. Z jego twarzy bił blask, w oczach odbijały się złociste języki płomieni. Dziadek z powagą pokiwał głową.

– Tak. Właśnie tam odchodzą choinki, gdy mijają święta, a codzienna rutyna otrząsa z nas resztki świątecznej magii.

Choć Antoś znał odpowiedź na kolejne pytanie, nie mógł sobie odmówić przyjemności, by je zadać.

– Jak wygląda ta Kraina? Dziadku! – dopytywał.

Starszy pan wzruszył kościstymi ramionami.

– Tego nikt nie wie, mój smyku! Wiadomo jedynie, że jest to miejsce, do którego odchodzą wszystkie choinki. I te duże, i małe, żywe, pachnące żywicą i zaśnieżonym lasem, i sztuczne, przytargane z bazarku pod miastem i obwieszone plastikowymi banieczkami. Trafiają tam wszystkie choinki wtedy, gdy nie są nam już potrzebne. Dlatego miejsce to zwie się Krainą Zeszłorocznych Choinek.

– I nasza zeszłoroczna choinka też tam jest? Ta, którą mama obwiesiła fioletowymi bombeczkami? I o której tata powiedział, że przecież nikt nie umarł?

– Tak. – Dziadek zaśmiał się tubalnie, a zza kuchennego blatu dobiegło podirytowane prychnięcie. – Ta z fioletowymi bombkami również. Pamiętasz baśń Andersena? Tę o choince?

– Pamiętam – przyznał z powagą chłopiec i zerknął szybko na mamę. Baśnie były w porządku, w przeciwieństwie do tabliczki mnożenia i pozostałych działań matematycznych. W baśniach kryła się magia… – Choinka była szczęśliwa, bo pięknie ją przystrojono i czuła się wyjątkowo. Ale to smutna bajka, dziadku. Na końcu choinkę skrzywdzono.

– W Krainie Zeszłorocznych Choinek jest inaczej. Drzewka, które tam trafiają, na zawsze zachowują swoje kolorowe, błyszczące przybrania. Migoczą blaskiem światełek, szeleszczą papierowymi łańcuchami, stukają malowanymi orzechami. W gąszczu igieł zachowują wspomnienie zapachu lasu, pieczonego piernika i obieranych mandarynek. Pobrzękują bombkami, wygrywając zasłyszane kolędy i chrzęszczą przełamywanym opłatkiem… – mówił dziadek.

– Jaka piękna musi być ta kraina! Chciałbym choć raz zobaczyć to na własne oczy! Te wszystkie ślicznie przystrojone choinki! – W głos Antosia wkradła się nutka rozmarzenia. – Kto wie! Może wieczorami spotykają się na wielkim placu? Takim przypominającym nasz Ryneczek? Zapalają swoje światełka i tańczą wokół ogromnego ogniska, śpiewając wesołe świąteczne piosenki?

– Ho, ho, ho! – Dziadek spojrzał z uznaniem na wnuka. – Kto wie, mój mały smyku! Kto wie! Może właśnie tak jest?

– Jak tam trafić, dziadku? – zapytał chłopiec. Spodziewał się, że jak co roku starszy pan odpowie, że nikt tego nie wie, bo wejście do sekretnej Krainy Zeszłorocznych Choinek znały tylko same drzewka. Gdy mijały święta i przychodziła pora, by odejść, odnajdywały do niej drogę… Może szły po śladach gwiazdkowego brokatu? Lub sztucznego śniegu? Ale ku zdumieniu Antosia dziadek rozparł się w fotelu i wpatrując się zamyślonym wzrokiem w strzelające płomienie, potarł szorstki podbródek.

– Kto wie, Antosiu… Drogę do Krainy Zeszłorocznych Choinek znają jedynie same drzewka, a one skrzętnie strzegą swojej tajemnicy. Wierzę jednak całym sercem, że ktoś obdarzony niezwykłą wiarą, ktoś, kogo świąteczna magia nie tylko musnęła, ale dotarła głęboko do jego serca, wierzę, że ktoś taki mógłby odnaleźć drzwi wiodące do Krainy Zeszłorocznych Choinek.

– Na… naprawdę? – Oczy chłopca zrobiły się okrągłe jak guziki. – Myślisz… myślisz, dziadku, że to właśnie ja mógłbym być kimś takim?

– Czemu nie! – Starszy pan pieszczotliwie zmierzwił ciemną czuprynę wnuka. – Czemu nie…

Chłopiec potoczył roziskrzonym spojrzeniem od ciepłego paleniska do rozświetlonej choinki stojącej w kącie pokoju, po czym skierował je na siedzącego w fotelu starca. Po raz pierwszy zauważył, że na twarzy dziadka przybyło zmarszczek, skóra stała się obwisła i miała brunatny odcień. Pod oczami staruszka dostrzegał kręte nitki naczyń krwionośnych i żyłek. Ale spojrzenie tych oczu było żywe, radosne i kryło tyle mądrości! Chłopiec poczuł tak wszechogarniającą miłość, że mocno przywarł do starszego pana. Dziadek lekko otoczył plecy chłopca wątłym ramieniem.

– Bardzo cię kocham, dziadku! – wykrztusił Antoś. Zdumiony stwierdził, że coś mocno ściska go za gardło i teraz próbował odkaszlnąć. – I twoje historie uwielbiam. Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będziesz spędzał ze mną święta i opowiadał o Krainie Zeszłorocznych Choinek!

Dziadek mocno przytulił wnuka, wnuk z całych sił wtulił się w objęcia dziadka. I tkwili tak w przepastnym fotelu przysuniętym do paleniska, czując na ramionach ciepło płomieni. Natomiast mama i tata Antosia wymienili smutne, zrezygnowane spojrzenia. Wiatr unosił płatki śniegu i ciskał nimi w kierunku okna. A choinka stojąca w kącie salonu beztrosko migotała kolorowymi światełkami.

Rozdział 1

listopad 2019

W pewien pochmurny listopadowy poranek Józef Pawłowski otworzył oczy, utkwił wyblakłe niebieskie spojrzenie w szparze na suficie i pomyślał, że ten dzień nie będzie się różnił absolutnie niczym od pozostałych. Z piersi Józefa dobyło się głębokie westchnienie rozczarowania, lecz w tej samej jednak chwili uświadomił sobie, że się myli. Ten dzień będzie różnił się WSZYSTKIM!

Z podniecenia jego oczy rozwarły się szeroko, na ustach wykwitł uśmiech, a stopy wykonały energiczny wymach, zrzucając ciepłą kołdrę. Józef wstał z łóżka, bagatelizując lekkie strzyknięcie w kolanie, po czym sięgnął po przewieszony przez oparcie krzesła gruby szlafrok w żółto-brązową kratkę.

– Ładny dzień nam się zapowiada – mruknął pod nosem, spoglądając w okno. – Idealny, idealny…

Potem wciągnął w płuca unoszący się w powietrzu zapach świeżo zaparzonej kawy, a jego żołądek zareagował na ten apetyczny aromat głośnym burczeniem. Józef poczuł, jak bardzo jest głodny i sam się zdziwił, ponieważ ostatnimi czasy rzadko dopisywał mu apetyt. Z wahaniem obejrzał się na drzwi łazienki, w końcu jednak machnął ręką i ruszył za przyjemnym zapachem. Umyje i ubierze się po śniadaniu, nie ma pośpiechu. Jeśli miał czegoś w nadmiarze, to właśnie czasu. Choć może wkrótce się to zmieni…

Na samą myśl Józef zatarł dłonie w geście zadowolenia.

Zawiązując ciaśniej paski szlafroka, dotarł do niedużego pokoju jadalnego, który jego siostra bliźniaczka uparła się nazywać kredensowym. Owszem, w rogu, pod oknem, stał kredens, wyblakły ze starości, pełen skrytek, szufladek i półeczek zbierających kurz i kryjących rodzinne pamiątki. Józef uważał, że miejsce tego rupiecia jest na śmietniku, ale nie śmiał powiedzieć tego głośno. Siostra uwielbiała ten kredens. Każdej soboty nacierała na niego uzbrojona w miskę pełną mydlin, pastę do drewna oraz komplet miękkich ściereczek i z zawziętą miną polerowała najmniejszą wnękę czy wypustkę.

Dawniej to w piecu by wylądowało i dało chociaż trochę ciepła starym kościom, pomyślał Józef, obrzucając Bogu ducha winny kredens ponurym spojrzeniem. Ale nie! Teraz nie wolno! Zakazy, nakazy! Kominy sprawdzają! Że śmierdzi! Że truje! A to to stoi w kącie i tylko czyha na biedne piszczele…

Postanowił skupić się jednak na przyjemniejszych kwestiach. To będzie piękny dzień. Wyjątkowy.

– Dzień dobry – zawołał więc wesoło, podchodząc do stołu. Na dźwięk jego głosu Józefina podniosła wzrok znad rozpostartej gazety. Ciemne łuczki narysowanych kredką brwi uniosły się wysoko, dając wyraz zdumieniu, jakie ją ogarnęło.

– Co się stało? – zapytała. – Czy źle się czujesz?

– Wprost przeciwnie. Czuję się doskonale!

– Na litość boską! Dlaczego? – wykrzyknęła.

– Dlaczego czuję się doskonale?

– Tak. Właśnie tak. Dlaczego?

– Hmmm, sam nie wiem? A mam jakiś powód, by czuć się źle?

– A masz jakiś powód, by czuć się doskonale? – Józefina zmrużyła niebieskie oczy, podobne do oczu brata, ale mocno podkreślone czarną kredką. Niecierpliwym ruchem zamknęła gazetę, złożyła ją na pół, a następnie zaczęła zwijać w ciasny rulon. Na koniec wetknęła czasopismo do wiklinowego gazetnika stojącego w zasięgu ręki, tuż przy jej krześle.

– Cóż. – Józef uśmiechnął się blado, sięgając po dzbanek z kawą i pustą filiżankę. – Jest piękny, pogodny poranek…

– Nad wzgórzem zbierają się chmury! – burknęła.

– …rześki…

– Od tych z końca ulicy znowu zawiewa palonymi pampersami!

– …a ja przespałem spokojnie całą noc i ani razu nie musiałem wstawać do toalety, aby…

Józefina Pawłowska ze świstem wciągnęła powietrze i stanowczym gestem uniesionej dłoni nakazała bratu milczenie.

– Oszczędź mi, proszę, szczegółów związanych z męską fizjologią! – syknęła.

– Sama pytałaś! – Józef oburzył się.

– Wy, mężczyźni, zawsze robicie wokół swoich gatek więcej zamieszania, niż jest to potrzebne!

– Och, doprawdy? – Józef napełnił filiżankę kawą i sięgnął po cukierniczkę. Dosypał do mocnego, parującego naparu dwie łyżeczki słodkich kryształków. – Cóż, byłaś ciekawa, dlaczego czuję się doskonale, więc ci powiedziałem – dodał po chwili milczenia, unosząc kruchą, porcelanową filiżankę. Z lubością zaciągnął się aromatem kawy.

– Nigdy nie wstajesz przed siódmą – zauważyła Józefina.

– A dzisiaj wstałem.

– Bo czujesz się doskonale – dopowiedziała, przekrzywiając głowę.

– Właśnie.

– Nigdy nie jesz śniadania.

– Jak to nie?

– Nigdy nie jesz PORZĄDNEGO ŚNIADANIA! – uściśliła, celując w niego wyprostowanym palcem. – Tej skibki suchego chleba albo paskudnej maślanej bułki kupionej w piekarni i zapijanej mocną herbatą nie można nazwać śniadaniem!

– Nie można – zgodził się, wzruszając ramionami.

– A dzisiaj wstałeś przed siódmą, zachwyciłeś się smrodem spalonych pampersów i nabrałeś apetytu na śniadanie.

– Tak – przyznał, sięgając po kromkę razowego chleba oraz nóż.

– Dlaczego? Na litość boską, dlaczego?

– Bo to wyjątkowy dzień – wyjaśnił i z zadowoleniem natarł czubkiem noża na żółciutką kostkę masła. Józefina wpatrywała się w brata oniemiała. Oszalałeś, krzyczały jej oczy, dopadła cię starcza demencja!

– Co w nim jest takiego wyjątkowego? Zwykły, najzwyklejszy dzień tygodnia, w którym… – wycedziła powoli.

– Postanowiłem, że je sprzedam – przerwał jej bezceremonialnie Józef. Jego siostra zamarła z komicznie uchylonymi ustami, nagle – jakby spłynęło na nią zrozumienie – lekko podskoczyła na wyściełanym krześle. Jej oczy zrobiły się wielkie i okrągłe jak guziki.

– O mój Boże! – zapiszczała. – Nie zrobisz tego!

– Owszem! – Józef wbił zęby w kromkę chleba i zamlaskał ukontentowany.

– Nie! – wykrzyknęła Józefina, łapiąc się za okolice serca.

– Ależ tak!

– Nie zgadzam się! – zapiszczała.

– Nie MOŻESZ się nie zgadzać!

– O, przepraszam! – Jej twarz, pokryta jasnym pudrem, mocno poczerwieniała. – Mam chyba coś do powiedzenia!

– Raczej nie. – Józef uśmiechnął się szeroko. Równocześnie poczuł, że do brody przykleił mu się tłustawy okruch. Pospiesznie otarł twarz. Józefina tymczasem pochyliła się w jego stronę. Jej oczy błyszczały, a szczęki zaciskały się kurczowo.

– Jesteś moim bratem! Młodszym!

– O dwie minuty! – przypomniał, unosząc palec. Nagle skrzywił się zirytowany, spojrzał na kanapkę i z niesmakiem odłożył ją na talerzyk. Sięgnął po papierową serwetkę i wytarł o nią palce. Dopiero wtedy spojrzał w skurczoną gniewem twarz siostry.

– Skąd to zdumienie? Nie rozumiem – przemówił łagodnie. – Przecież od dziesięciu lat powtarzałem, że to zrobię!

– Owszem, powtarzałeś, powtarzałeś! – Józefina pokiwała głową ze złością. – I przez dziesięć lat na powtarzaniu się kończyło! Co roku, przed Bożym Narodzeniem, odgrażałeś się, że to zrobisz, ale ja zawsze wiedziałam, że to tylko takie gadanie! Nigdy nie potrafiłeś rozstać się z tymi skorupami, a na każdego, kto…

– To nie są żadne skorupy! – Józef uniósł się.

Józefina nie pozwoliła sobie przerwać, obrzuciła tylko brata pogardliwym spojrzeniem i kontynuowała niezrażona:

– …ośmielił się choćby musnąć palcem te twoje SKARBY, zionąłeś ogniem jak wściekły smok! – rzuciła i z satysfakcją stwierdziła, że w oczach brata pojawiły się gniewne błyski.

– A teraz sprzedam te, jak je określasz, SKORUPY! – huknął i dla lepszego efektu uderzył zaciśniętą pięścią w stół, aż podskoczyła stojąca przed nim filiżanka. Kawa chlusnęła na przód kraciastego szlafroka i spodnie od piżamy. – Sprzedam, co do sztuki!

– Znakomicie! – Józefina wydęła wargi. Splotła wątłe ramiona na piersi i spojrzała wyzywająco na brata. – W końcu! Na strychu wreszcie zapanuje względny porządek! A w tym pokoiku nad gankiem… – wyszczerzyła sztuczną szczękę w drapieżnym uśmiechu – …urządzę sobie pokój do szycia!

– Nie umiesz szyć! – wrzasnął Józef.

– No to się nauczę! – odwrzasnęła. – Ty możesz sprzedawać SKORUPY, a ja mogę nauczyć się szyć! Uszyję ci nowy szlafrok, ten jest kompletnie do niczego!

– Zostaw w spokoju mój szlafrok!

– A ty zostaw w spokoju swoje SKORUPY!

– Ile razy mam powtarzać, że to nie są żadne skorupy?! – Józef poczuł, że jeszcze chwila i chwyci dzbanek ze stygnącą kawą, po czym chluśnie nią swojej siostrze bliźniaczce w twarz! – To piękne i unikatowe ozdoby świąteczne! Kolekcjonuję je od wielu lat! A teraz zamierzam je sprzedać!

– Ale dlaczego, na litość boską, dlaczego?

– Bo taki mam kaprys! – zawył Józef. – Należą do mnie i mogę z nimi zrobić, co tylko zechcę! Sprzedać, wytłuc co do jednej, a nawet podarować na kiermasz charytatywny dla bezdomnych kotów!

– Nie lubisz kotów! – zauważyła z oburzeniem Józefina.

– Nie lubię TWOJEGO kota! Zwierzęta upodobniają się do swoich opiekunów, więc sama odpowiedz sobie na pytanie dlaczego…

– Ale szafę gdańską, w której trzymasz te swoje skorupy, mnie mamusia zapisała! – zawołała, celując w niego palcem i uśmiechając się triumfalnie. – Nie tkniesz jej!

– A to się dopiero okaże! – Zarechotał. Nagle spoważniał i spojrzał na siostrę zmęczonym wzrokiem. – Do cholery jasnej, Józefino. Co my wyprawiamy? Mamy po siedemdziesiąt pięć lat. Jak myślisz, ile jeszcze pożyjemy?

– No, nie wiem, jak ty… ale ja się nigdzie nie wybieram. – Józefina nerwowo poruszyła się na krześle.

– Jestem starym człowiekiem, który przez lata tłumił swoje marzenia. Nie założyłem rodziny. Całe życie mieszkałem w jednym miasteczku i uczyłem w tej samej szkole. – Józef pochylił się w kierunku siostry i pochwycił jej spojrzenie. – Jedyną ekstrawagancją, na jaką sobie pozwalałem, było skupowanie starych ozdób choinkowych – mówił cicho.

Józefina odchrząknęła cicho i umykając wzrokiem w bok, wymruczała:

– Przyznaję, że udało ci się zgromadzić całkiem niezłą kolekcję.

– Owszem! – Józef uśmiechnął się blado, słysząc z ust siostry ten szorstki komplement. – I wiesz? Pewnego dnia otworzyłem oczy i uświadomiłem sobie, że nie zabiorę jej ze sobą na drugi świat. Nie zapakuję do trumny.

– Cóż, z chwilą, gdy zesztywniejesz, byłoby ci trudno to uczynić. – Józefina wzruszyła ramionami. – Jeśli jednak bardzo ci zależy, chętnie udrapuję wokół twojej głowy kilka srebrzystych łańcuchów, a w miejsce sztucznej szczęki upchnę trochę anielskiego włosia. Do każdej ręki wsunę jedną zabytkową bombkę, musisz tylko wydać dyspozycje, czy zależy ci na którejś wyjątkowo…

– Nie o to chodzi, Józefino. – Józef spojrzał na swoją bliźniaczkę przepraszająco i westchnął głęboko. – Pomyślałem sobie, że trzymanie tych pięknych ozdób w zakurzonej szafie…

– Jakiej? – Pobladła Józefina zerwała się z krzesła. W jej oczach zamigotały gniewne ogniki. – Ja sobie wypra…

– Przepraszam, Józefino. Pardon, moja droga. Po prostu trzymanie tych pięknych ozdób w zamknięciu jest zwyczajnym marnotrawstwem, nie uważasz? Może gdy je sprzedam, trafią do osób, które docenią ich piękno i będą się cieszyć ich niezwykłością? A ja przy okazji zarobię trochę pieniędzy… – dodał na koniec nieco przytłumionym głosem.

Naturalnie ostatnia uwaga nie umknęła uszom Józefiny. Starsza pani zmrużyła podejrzliwie oczy.

– A na cóż ci te pieniądze, Józefie? Chyba nie zamierzasz nimi opłacić hebanowej trumny albo jakiegoś pośmiertnego dziwactwa? Kremacji? Albo kobziarza wygrywającego na pogrzebie „Szła dzieweczka do laseczka”, co?

– Nie, szczerze powiedziawszy, myślałem o czymś innym – przyznał Józef i podrapał się po głowie z miną zawstydzonego chłopca. A potem wymamrotał coś, co sprawiło, że Józefina Pawłowska ponownie podskoczyła na wyściełanym siedzisku.

– Co? – Starsza pani przyłożyła do ucha złożoną w trąbkę dłoń i pochyliła się w kierunku bliźniaka. – Mógłbyś powtórzyć?

– Powiedziałem, że chciałbym przed śmiercią zobaczyć kawałek świata…

– Zaręczam ci, że po śmierci zobaczysz nawet cały!

– Wiesz, chciałbym jednak… zobaczyć kawałek… tego.

– Józefie, ja ciebie nie poznaję! – Kobieta potrząsnęła głową. – Oszalałeś, kompletnie oszalałeś! Mierzyłeś dzisiaj ciśnienie? Może powinieneś zażyć jedną z tych tabletek przepisanych przez doktora Maczka? Wtedy te absurdalne pomysły raz-dwa wyparują ci z głowy. Przecież nie możesz otworzyć sklepiku ze starymi ozdobami choinkowymi!

– Nie mogę? – Józef zaśmiał się tubalnie. – Ależ oczywiście, że mogę, moja droga. Powiem ci więcej! Zamówiłem już szyld, który powieszę nad starym warsztatem tatusia…

– Nad warsztatem tatusia? – Józefina przeraziła się. – Po moim trupie! – Potrząsnęła zaciśniętą pięścią.

– Dom i warsztat należą w równym stopniu do nas obojga, droga siostro! – Pawłowski uśmiechnął się porozumiewawczo. – Jeśli tak przeszkadza ci mój pomysł, możemy podzielić budynek na pół. Siedząc w swojej części, nie będziesz zmuszona patrzeć, co dzieje się w mojej, prawda?

– Co? – Józefina z wrażenia straciła dech. Jej blade policzki pokryły ceglaste rumieńce. – O, nie! Nic z tego, bracie! Nie spuszczę cię z oka, dopóki nie zapomnisz o tym szaleństwie!

Józef Pawłowski podrapał się po szorstkim podbródku i zamyślony spojrzał na siostrę. Jej ingerencja była mu nie w smak, ale przecież nie spodziewał się niczego innego, prawda? Jeszcze się taki nie urodził, co by Józefinie przeszkodził! Lepiej, żebym i ja miał kochaną bliźniaczkę na oku! – pomyślał. Nagle zachichotał i sięgnął po stojący na stole dzbanek.

– W takim razie witam cię w drużynie, droga siostro! Może uczcimy nasz nowy rodzinny biznes filiżanką gorącej kawy?

Rozdział 2

2 grudnia 2019

Dorota Wróblewicz lubiła myśleć, że w życiu idzie pod prąd. Z dumą odrobinę zakrawającą o zarozumiałość podkreślała, jak to od najmłodszych lat nie bała się głośno manifestować swoich poglądów.

Jako kilkulatka pogardliwym spojrzeniem obrzuciła sfatygowany wózek dla lalek odziedziczony po starszej siostrze i pewną ręką sięgnęła po młotek pozostawiony na schodach przez gapowatego ojca. Tym samym młotkiem parę chwil później zmiażdżyła palec młodszego brata i skwitowała to beznamiętnym „Ojej”. Młotek czym prędzej zarekwirowano, ale niechęć do lalek, ich sukienek, wózeczków udających złote karoce i kubków po jogurcie pełniących rolę królewskiej zastawy towarzyszyła Dorocie już zawsze.

Parę lat później, gdy szkolne przyjaciółki mierzyły się z dylematem, czy gorętszą miłością darzą Angelo czy Paddy’ego z The Kelly Family, Dorota tkwiła przed biblioteczną półką i skubiąc wargę, zastanawiała się, z którym bohaterem Agathy Christie spędzić kolejny wieczór. Z Herkulesem Poirotem? A może z miss Marple?

Jeszcze później, stojąc przed wyborem drogi zawodowej, Dorota obojętnie zareagowała na sugestię, że powinna studiować. Gdy inne dziewczęta składały papiery na socjologie, resocjalizacje, pedagogiki i administracje, Dorota rozglądała się za szkołą, która zapewni jej zawód. Po przeanalizowaniu lokalnego rynku usługowego zdecydowała się na szkołę fryzjerską. I choć wielokrotnie słyszała, że jest zdolna i mądra, więc powinna się dalej uczyć, że przecież myjąc i wyczesując cudze głowy, po prostu się marnuje, z uporem dążyła do wyznaczonego celu. Jeszcze się nastudiuję! – odpowiadała ze śmiechem, gdy podczas praktyk w salonie fryzjerskim suszyła głowę swojej wychowawczyni z podstawówki. Skończyła dwa kierunki, oba przydatne w prowadzeniu biznesu. Być może salon fryzjerski, który uruchomiła z niemałą pomocą rodziców, prosperował dzięki temu jeszcze lepiej? A może prosperował świetnie, bo Dorota była uparta, zdecydowana i nie bała się wyzwań?

Do tego w przeciwieństwie do zdecydowanej części populacji Dorota uwielbiała poniedziałki.

Każdy witała szerokim uśmiechem, bez względu na to, czy był słoneczny, lekko przymglony, czy deszczowy i zimny. Poza niedzielą to jedyny dzień w tygodniu, kiedy jej salon fryzjerski pozostawał zamknięty, a ona sama mogła załatwić milion spraw lub po prostu odpocząć. Poza tym – choć sama Dorota nie przyznawała się do tego głośno – był to jedyny dzień, kiedy miała dom tylko dla siebie i mogła delektować się ciszą. Po pięciu dniach spędzonych wśród fryzjerek, praktykantek i gadatliwych klientek, które „och, koniecznie musiały podzielić się z panią Dorotką przypadkowo zasłyszaną ploteczką, tylko proszę absolutnie, w żadnym razie i niech ręka boska broni, nie powtarzać tego dalej”, łaknęła ciszy i potrzebowała odpocząć nawet od Antosia!

Naturalnie dzień ten służył głównie załatwianiu wszystkich ważnych spraw: sprawunków, wizyt w urzędach i u lekarzy, ale Dorota próbowała z każdego poniedziałku uszczknąć chwilę tylko dla siebie i spędzić ją leniwie na kanapie z kocem, filiżanką mocnej czarnej herbaty z grubym plastrem cytryny oraz dobrym kryminałem. Nazywała to godziną dobroci dla Doroty. Osobistym restartem organizmu.

Poniedziałek drugiego grudnia nie był wyjątkiem.

Przed ósmą odwiozła Antosia do szkoły. Wracając do domu, wstąpiła do pobliskiego supermarketu. Wróciła, pospiesznie obrała warzywa na zupę, zalała je w rondelku zimną wodą i pomknęła na górę. Zafundowała sobie długą kąpiel połączoną z masażem, peelingiem i depilacją. Łazienkę opuściła przyjemnie rozleniwiona i zrelaksowana.

Opatulona ciepłym szlafrokiem, na bosaka, krążyła, zbierając rozrzucone po całym domu ubrania. Męskie elementy garderoby mają osobliwą zdolność przemieszczania się między piętrami czy pokojami, a następnie materializowania się w najdziwniejszych miejscach – myślała, wydobywając zrolowaną skarpetkę Antosia zza cukierniczki i wrzucając ją do plastikowego kosza na brudne ciuchy. Choć musiała przyznać, że odkąd wyprowadził się Jeremi, polowanie na niesubordynowane slipki, dżinsy i T-shirty zabierało jej o wiele mniej czasu.

Wstawiła pranie i oparła się o parapet łazienkowego okna. Przeczesywała pamięć w poszukiwaniu obowiązku, który pominęła. Nic takiego nie znalazła, więc z uśmiechem zadowolenia ruszyła na parter. W kuchni wstawiła wodę, przygotowała porcelanową filiżankę i torebkę herbaty. Potem poczłapała do regału z książkami i przebierając z niecierpliwości palcami, odszukała na niej kryminał swojego ulubionego autora. Z filiżanką w dłoni i książką wetkniętą pod pachą, z błogością wsunęła się pod miękki pled. Pomrukiwała zadowolona, popijając smaczną herbatę i spoglądając w okno. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze ognia trzaskającego w kominku, ale Dorota nigdy nie nauczyła się go rozpalać. Robił to jej mąż.

Problem w tym, że Jeremiego już nie było.

Rozpalał w innym kominku. Dla kogoś innego.

Czy w luksusowych apartamentowcach są w ogóle kominki? – zastanawiała się Dorota. Przyłapała się, że jej myśli wędrują w kierunku byłego męża i poczuła irytację. Potrząsnęła głową i pociągnęła łyk herbaty. Potem spuściła wzrok na książkę. Próbowała czytać, ale za każdym razem, gdy docierała do końca strony, reflektowała się, że myśli o Jeremim i tym cholernym kominku. Z treści powieści nie pamiętała nic. Wściekła zatrzasnęła książkę i wsunęła ją pod ozdobną poduszkę. Skoro nie może skupić się na lekturze, po prostu poleży i odpocznie. Zrelaksuje się…

Ciekawe, gdzie miastowi kupują drewno do kominka?

Niech to szlag! Znowu!

Dorota niecierpliwie wierzgnęła nogami, aby pokryć kocem całe stopy. Nie powinna myśleć o Jeremim. Nie robiła tego od wielu miesięcy. No, dobrze, tygodni… albo dni. To ta pogoda. I ten cholerny kominek. Zaczął się grudzień, a zawsze pierwszego dnia tego miesiąca rozpoczynali sezon kominkowy.

Pokominkujmy dzisiaj, mawiał Jeremi z błyskiem w oku, a jej robiło się gorąco i to wcale nie od płonących w palenisku polan. Wieczory przy kominku należały do nich. Nalewała do kieliszków czerwonego wina i siedzieli przytuleni na kanapie, wpatrując się w migoczące płomienie. A czasami kochali się na podłodze przed paleniskiem, na ściągniętym z kanapy pledzie. Kładła wtedy na schodach tę głupią piszczącą kaczkę, licząc, że ostrzeże ich swoim skrzeczącym kwakaniem, jeśli Antoś się przebudzi i nastąpi na nią w drodze na dół. Pewnego dnia zwierzyła się przyjaciółce, a ta spojrzała na nią ze zgrozą w oczach i wydukała:

– Ryzykujesz, że twój syn skręci sobie w ciemnościach kark, bo masz ochotę na fiku-miku na obramowaniu kominka?!

Po tamtej rozmowie kaczka wylądowała w szufladzie ze szpargałami, a oni zrezygnowali z ekscesów przed kominkiem. Nadal kominkowali, ale najczęściej pogrążeni w rozmowie, planując wakacyjne wojaże, dyskutując o przeczytanych książkach albo dzieląc się urywkami minionego dnia. Nawet nie zauważyli, kiedy ich rozmowy zdominowały sprawy domowe, po prostu nagle kominkowanie zaczęło służyć omawianiu problemów z cieknącym kranem, przypominaniu o przeglądzie samochodu, rozterkom, czy wysłać Antosia na zimowisko organizowane przez miejscową scholę.

Ostatni raz kominkowaliśmy dwa lata temu, przypomniała sobie Dorota. Jej ręka drgnęła nerwowo, a herbata chlusnęła na ciepły koc o barwie musztardy. To było podczas wizyty ojca Jeremiego. Siedzieli z Antosiem, o tam, w tym fotelu, wtuleni w siebie jak dwie łyżeczki w szufladzie. Dziadek znów opowiadał tę śmieszną historię o Krainie Zeszłorocznych Choinek, a oni wiedzieli, że choroba pustoszy jego organizm i że to prawdopodobnie ostatnie wspólne święta. Wieczorem, gdy dziadek i wnuk poszli już spać, usiedli z Jeremim na kanapie przed płonącym kominkiem. Mąż spoglądał ze smutkiem na pusty fotel nieopodal paleniska, a ona ujęła go za rękę i mocno ścisnęła, aby wlać w niego trochę otuchy. Pomyślała, że mogliby to zrobić. Pokochać się przed kominkiem, nacieszyć ciepłem płomieni pieszczących skórę. Ale wzrok Jeremiego oderwał się od fotela i powędrował w kierunku ekranu smartfona. Nie zdołał powstrzymać uśmiechu rozciągającego usta, a Dorota poczuła lodowate zimno zalewające jej pierś i cofnęła rękę, mówiąc, że idzie spać. Nie zatrzymał jej.

Ona również go nie zatrzymywała, gdy kilka miesięcy później, już po śmierci swojego ojca, pakował walizki i wrzucał je do bagażnika.

Dorota odstawiła filiżankę na pobliski stolik i opatuliła się kocem. Ze złością spojrzała na puste, bezużyteczne palenisko.

– Nauczę się palić w tym cholernym kominku! – syknęła. – Choćby skały się… skichały! Nauczę się!

Nie zauważyła, kiedy zapadła w drzemkę.

Ze snu wyrwała ją melodyjka telefonu. Dorota usiadła na kanapie, potarła twarz dłońmi i nieprzytomnie rozejrzała się dookoła. Jak długo spała? I gdzie ta cholerna komórka? – zastanawiała się, przerzucając spiętrzone poduszki. Spod jednej z nich wysunęła się książka i z głuchym łoskotem upadła na podłogę. W tej samej chwili Dorota przypomniała sobie, że miała ze sobą telefon w kuchni, gdy obierała warzywa na zupę. Sprawdzała e-maile, potem sięgnęła po pudełko z herbatą, a telefon…

Kobieta zerwała się z kanapy i podbiegła do lady oddzielającej salon od otwartej kuchni. Plaśnięcia jej bosych stóp stykających się z panelami niosły się echem po domu. Komórka leżała obok płyty kuchennej. Na widok numeru sekretariatu szkoły, do której chodził Antek, żołądek Doroty fiknął koziołka.

– Słucham! – pisnęła, podnosząc aparat do ucha. Chciwie wsłuchiwała się w dźwięki dobiegające z głośnika, ale te przypominały dziwaczną mieszaninę stuków i trzasków, spomiędzy których od czasu do czasu udawało się wyłuskać przytłumione i pozbawione sensu słowo. – Proszę powtórzyć! – Dorota wcisnęła guzik zwiększający głośność, ale na niewiele się to zdało. – Nie słyszę! Jeszcze raz! Proszę powtórzyć!

– Pszpszpsz! – warknęło coś w odpowiedzi.

– Że co?! – odwarknęła Dorota. – Czy chodzi o Antosia? – I natychmiast zganiła się w duchu za tak idiotyczne pytanie. Skoro telefon wykonano z sekretariatu szkoły, jasną sprawą było, że dzwoniono w sprawie jej syna! Chyba że pani sekretarce zamarzyła się trwała ondulacja i próbowała umówić się na wizytę w jej salonie, korzystając ze służbowego aparatu! Dorotę dopadł nagły niepokój. – Co z moim synem? Proszę mi powiedzieć! Czy źle się poczuł?

– Pszpszpszszsz! – mruknęło coś tonem nagany. Z tym cholernym zasięgiem było coraz gorzej! Mieszkali co prawda na wzniesieniu, ale nie wiedzieć czemu, czasami sygnał sieci zanikał albo był bardzo słaby. Wtedy biegała po całym domu, rozpaczliwie szukając kreski albo dwóch. Może to wina pobliskiego lasu? Może grubych murów, z których wzniesiono dom?

Wzrok kobiety spoczął na kuchennym oknie. Na dworze wzmógł się wiatr. Silne podmuchy poruszały wiotkimi gałązkami wiśni rosnącej przed domem.

– Proszę poczekać, podejdę do okna! – zawołała.

Podbiegła do parapetu, oderwała telefon od ucha i spojrzała na wyświetlacz. U góry ekranu pojawiły się dwie cienkie kreseczki, po chwili jedna z nich zamigotała i znikła. Dorota zaklęła pod nosem i czym prędzej przyłożyła smartfona do ucha.

– Halo?! Halo! Czy teraz mnie słychać? – zawołała proszącym tonem.

– Pszpsz… słabo! – skwitowano tonem wyrzutu. Dorota rozpoznała Grażynę Paciorek, wieloletnią pracownicę szkolnego sekretariatu i prawą rękę dyrektora.

– Pani Grażyno, co się stało?!

– Chodzi o Antoniego. Pszpsz… musi pani… pszpszpsz!

– Ale co się stało? Proszę mi powiedzieć! Nic mu nie jest? – Z głośnika napłynęła kolejna porcja trzasków. Dorota zerknęła na wyświetlacz i przekonała się, że znika jedyna kreseczka zasięgu. – Uch! Niech to szlag!

Zacisnęła dłoń na smartfonie i ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych. W przedpokoju narzuciła na siebie płaszcz, stopy wsunęła w znoszone, ocieplane botki. Zaciągając poły okrycia, z pochyloną głową wyszła na próg i opierając się plecami o futrynę uchylonych drzwi, ponownie podniosła telefon do ucha.

– Halo! – wrzasnęła.

– Słyszę! Proszę przyjechać do szkoły!

– Ale co się…

– Jak najszyb…pszpszpsz!

– Niech to szlag! – Dorota zrobiła krok w kierunku podjazdu, na którym po powrocie ze sklepu zaparkowała samochód. – Halo? Słyszy mnie pani?

– Tak!

– Czy z Antkiem…

– Pszpsz!

Jeszcze jeden krok, jeszcze jedno zerknięcie na ekran smartfona, jeszcze jedna kreska zasięgu. Włosy targane silnymi podmuchami zasłaniały jej oczy. Zacisnęła powieki i mocniej chwyciła telefon. Wiatr gwizdał w koronach potężnych świerków porastających skarpę nad drogą.

Nagle ogłuszył ją przeraźliwy huk. Przez moment miała wrażenie, że jedno z mocarnych drzew leci prosto na jej głowę, pisnęła i nie wypuszczając telefonu, osłoniła ją rękami. Dopiero po sekundzie dotarło do niej, że zatrzasnęły się za nią drzwi wejściowe do domu. W tej samej chwili ponownie odezwała się Grażyna Paciorek. Tym razem głos kobiety brzmiał tak wyraźnie, jakby stała nad Dorotą.

– Słyszy mnie pani, pani Doroto? Halo?

– Słyszę!

– Proszę przyjechać do szkoły. Jak najszybciej.

– Ale co się stało?

– A tego to już się dowie pani na miejscu. U dyrektora. – Sekretarka zaśmiała się słodko. Ton jej głosu wyraźnie mówił, że matce Antoniego nie spodoba się to, co usłyszy w dyrektorskim gabinecie.

– Ale… – Dorota próbowała zaprotestować, jednak połączenie zostało przerwane. Kobieta pokręciła głową zdezorientowana, po czym wcisnęła smartfona do kieszeni i pobiegła do drzwi. Musi jak najszybciej dotrzeć do szkoły i dowiedzieć się, czy jej synkowi nic nie jest!

Złapała za klamkę i pociągnęła!

Drzwi ani drgnęły.

Pociągnęła drugi raz.

Z tym samym efektem.

Dorota zaczęła poklepywać kieszenie płaszcza. Kiedy wyczuła w nich brzęczące klucze, niemal wyrzuciła ręce w górę w geście triumfu. Niestety, były to tylko kluczyki od jej starego renaulta…

Podmuch wiatru zatrzasnął drzwi, a klucze zostały w środku. Mgliście pamiętała, że po powrocie do domu rzuciła je na kuchenny blat.

– Nie, nie, nie! – jęczała, uwieszając się na klamce. Potrząsnęła nią mocno, raz, potem drugi. Może coś zaskoczy? Albo wyskoczy?

Srebrny kształt ugiął się pod jej ciężarem, a następnie wydał z siebie ciche brzdęknięcie.

Klamka została w ręku zaskoczonej Doroty.

Kobieta cisnęła nią w rosnącą w pobliżu tuję.

Musiała jak najszybciej dostać się do szkoły Antosia, a miała na sobie tylko szlafrok, wytarte, rozdeptane botki i elegancki płaszcz. Na szczęście w kieszeni pobrzękiwały kluczyki od auta.

Dorota tupnęła gniewnie nogą, myśląc, że relaksacyjny poniedziałek właśnie trafił szlag. Potem ciasno zawiązała pasek płaszcza i poczłapała do samochodu.

Rozdział 3

Głos dyrektora wznosił się i opadał w pełnej nagany przemowie, a zafascynowany Antoś obserwował, jak w odbiciu przeszklonej gabloty stojącej w rogu gabinetu podskakuje jego głowa. Na półkach przechowywano puchary i medale zdobyte na przestrzeni lat przez uczniów szkoły, a poruszająca się na ich tle z dużą szybkością łysa i błyszcząca kula przypominała atrybut do gry w kręgle.

Rozbawiony tym osobliwym odkryciem chłopiec zachichotał w kułak, co nie umknęło uwadze Ludwika Poręby. Mężczyzna chrząknął z dezaprobatą i zmrużył ze złością oczy ukryte za szkłami okrągłych okularów.

– I sama pani widzi! – wykrzyknął z satysfakcją, wskazując na karnie stojącego pod ścianą Antka. – Tu się toczy poważna rozmowa, a młodzież żarty sobie urządza! Śmichy-chichy! Zero szacunku! – syknął, pochylając się przez biurko w kierunku Doroty Wróblewicz. – Po prostu zero!

Ostatnie słowo zostało wypowiedziane tak złowrogim i pełnym urazy tonem, że Antek nie potrafił stwierdzić, czy dotyczy ono rzeczonego szacunku, czy jego samego. Chłopiec obrzucił szybkim spojrzeniem matkę, pewien, że w jakiś sposób zareaguje na tak krzywdzącą i napastliwą uwagę, jednak kobieta milczała. Siedziała na brzegu krzesła jak na szpilkach, kręciła się nerwowo i tylko kurczowo zaciskała poły płaszcza. Może chce jej się siku? – przemknęło przez głowę chłopca.

Dziwne zachowanie matki ucznia zainteresowało również dyrektora. Ludwik Poręba opadł na oparcie poskrzypującego fotela i zza krystalicznie czystych szkieł okularów długo, a przy tym badawczo przyglądał się kobiecie. Antek przypomniał sobie opowieści matki, że przed laty dyrektor uczył ją chemii i biologii. „Nie był lubiany – opowiadała Dorota. – Jeśli ktoś nie przygotował się do lekcji, wywoływał na środek klasy i wrzeszczał, postukując wskaźnikiem o blat biurka. Nazywaliśmy go Kwiczkiem-Ludwiczkiem, bo w chwilach ekscytacji brzmiał jak zarzynany prosiak!”.

– Może jednak napije się pani herbaty? – zaproponował nagle, wodząc przenikliwym wzrokiem po zmierzwionych włosach, eleganckim okryciu i pobladłych dłoniach kobiety. Te ostatnie zaciskały się na połach płaszcza i kurczowo przytrzymywały je na piersiach.

– Nie, dziękuję.

– Wygląda pani, jakby przemarzła na kość. A przecież dzisiaj rano termometry wskazały zaledwie minus dwa stopnie! Może to początki przeziębienia?

– Nie, z pewnością nie.

– Więc może jednak zdejmie pani płaszcz? – W głosie dyrektora pojawiła się nuta irytacji. – Pani Grażyna odwiesi go do szafy, żeby się nie pogniótł! Pani Grażynko! – zapiał w kierunku obitych skórą drzwi.

Antek spostrzegł, że matka drgnęła nerwowo, a na jej twarzy pojawił się wyraz paniki. Kurczowo zaciągnęła poły płaszcza i jeszcze mocniej przycisnęła je do piersi, jakby się bała, że dyrektorska ręka zechce siłą zedrzeć z niej okrycie. Chłopiec przeniósł spojrzenie na Ludwika Porębę i z jego miny wyczytał, że ten rzeczywiście o tym myśli. Antoś znów zerknął na matkę. Dorota kręciła głową.

– Nie trzeba, naprawdę! – pisnęła cicho i zaniosła się dziwnym, histerycznym chichotem. – Przecież nie zabawimy tu AŻ TAK DŁUGO, prawda?

– No, nie wiem… – Kwiczek-Ludwiczek obrzucił kobietę posępnym spojrzeniem. – To poważna sprawa!

– Tak, ja wiem, ale…

– Ech, uparta jak dawniej! – Ręka dyrektora przez ułamek chwili zawisła nad biurkiem, jakby w poszukiwaniu drewnianego przyrządu, by ostatecznie opaść na wypolerowany blat z głośnym plaśnięciem. Nagle Poręba zerwał się z fotela z dziwnym uśmieszkiem i zaskakująco szybko okrążywszy biurko, zacisnął palce na rękawie płaszcza Doroty. Antek wybałuszył oczy, a przestraszona kobieta pisnęła i razem z krzesłem przesunęła się do tyłu. Dyrektor Poręba mruknął z dezaprobatą, sapnął i znów natarł na matkę swego ucznia. – Przecież… nikt… tutaj… nie… kradnie… płaszczy! – wysyczał, usiłując skłonić Dorotę do powstania z siedziska i zrzucenia okrycia. – A… szkoła… na… ogrzewaniu… nie… oszczędza! Mamy ekologiczne centralne! – obwieścił nagle.

– A to… się chwali! – wydukała Dorota. W następnej chwili zerwała się z krzesła i umykając przed dyrektorem, dopadła do Antka, zagarnęła syna w ramiona i mocno do siebie przycisnęła. – Więc… o co właściwie chodzi? – zapytała szybko.

– O co chodzi? – Ludwik Poręba spojrzał na swoją dawną uczennicę przekrwionymi oczami, po czym powolnym, dokładnym ruchem poprawił węzeł krawata. – Chodzi o to, droga pani, że Antoni to łobuz!

– Nieprawda! – wyrwało się chłopcu. Matka łypnęła na niego karcąco i ścisnęła jego dłoń ostrzegawczo.

– Nieprawda – powtórzyła.

– Nie? – Poręba uśmiechnął się z satysfakcją. – A kto zamknął w kantorku wuefistę i panią od angielskiego? – zapytał, na powrót opadając na swój dyrektorski fotel. Świdrował przy tym chłopca spojrzeniem. Antek poczuł, że jego twarz płonie. Poruszył się niespokojnie w objęciach matki. Tak mocno go do siebie przyciskała! Czuł zapach jej szamponu, a kiedy uniósł głowę, zauważył, że niektóre kosmyki nadal są wilgotne i skręcają się nad uszami w ciasne pierścionki.

– Nie wiem kto. – Dorota wypuściła Antka z ramion i powoli zbliżyła się do krzesła. Obserwowała przy tym dyrektora nieufnie. – Ale z pewnością nie mój syn!

– Który z nas przekaże to twojej mamie? – Mężczyzna przeniósł spojrzenie z matki na syna i uśmiechnął się półgębkiem. Nagle zatarł dłonie zadowolony. Antek głośno przełknął ślinę i posłał w stronę matki przepraszające spojrzenie. – A niech mnie! Ja to zrobię. Pani syn… – zawiesił głos i popatrzył na Dorotę z zimnym uśmieszkiem – ten… który nie jest łobuzem… przyznał się do wszystkiego!

– Co? – Dorota opadła na krzesło z pobladłą twarzą. – Nie, to niemożliwe!

– Tak, tak! Jedno trzeba przyznać! – Dyrektor Poręba uniósł sztywno wyprostowany palec. – Odwagi temu chłopcu nie brakuje! Niestety… nie chce wskazać współwinnych. A wiem, że z pewnością nie zrobił tego sam! – Płonące spojrzenie mężczyzny powędrowało w kierunku Antka, a chłopiec pod jego wpływem skulił się pod ścianą. – No, powiedzże mi, chłopcze! – syknął. – Czy to byli koledzy z twojej klasy? Którzy? Zawadzki? Mieszek? Może Kulczycki? Albo starsze chłopaki? Z czwartej klasy? Mów, kto zamknął pana Bielickiego i panią Pająk w kantorku przy sali gimnastycznej?

Dorota zmarszczyła brwi.

– Co nauczycielka angielskiego robiła z wuefistą w kantorku? – zainteresowała się.

Ludwik Poręba pobladł nieznacznie, potem poczerwieniał, a na koniec pokręcił głową ze złością.

– Skąd mam wiedzieć, co robiła? Może liczyła piłki? Po angielsku? – warknął. – To w tym momencie nieistotne, ale jeśli tak bardzo chce pani wiedzieć, zajmę się i tamtą sprawą! Najpierw jednak zamierzam ukarać winnych chaosu, który zapanował, gdy dwoje nauczycieli nie stawiło się na zaplanowanych zajęciach!

– W takim razie chyba powinien pan szukać gdzie indziej… – mruknęła pod nosem Dorota i przewróciła oczami. Antek uśmiechnął się z ulgą. Mama nie była na niego zła! Rozumiała, że z tym kantorkiem to takie tam, głupie zgrywy. Ale kiedy próbował pochwycić jej spojrzenie, rysy Doroty stężały, a usta zacisnęły się z dezaprobatą. Najgorszy jednak był smutek czający się na dnie jej oczu. Nagle zachciało mu się płakać.

– Kto zamknął nauczycieli w kantorku?! – Dyrektor grzmotnął pięścią w blat biurka.

– Sami się zamknęli! – odkrzyknął Antek. Dorota podskoczyła na swoim miejscu i z wrażenia puściła poły płaszcza. Te rozchyliły się tylko na chwilę, ale i tak chłopiec zauważył brzegi ulubionego szlafroka matki. Na moment stracił wątek, ale po chwili spojrzał w oczy oniemiałego dyrektora i wycedził ze złością: – Sami zamknęli się w tym głupim kantorku, a my… to znaczy ja… – plątał się, czując, że zdradliwy rumieniec znów powraca na jego policzki. – Chcieliśmy… chciałem zobaczyć, jak się całują!

– Że co?! – ryknął dyrektor.

– No, tak… – potwierdził niepewnie Antek i podrapał się po czubku głowy. – Albo chociaż usłyszeć…

– Dobrze, dobrze. – Dorota uniosła dłoń, próbując powstrzymać dalszą wypowiedź syna. – Sam pan słyszy, sami. Sami to zrobili!

– I sami przeciągnęli ciężką skrzynię z piłkami, barykadując nią drzwi z zewnątrz… – Ponad oprawkami okularów Poręba posłał Dorocie pogardliwe spojrzenie. – Potem magister Pająk niczym eteryczna wróżka przeleciała przez dziurkę od klucza, aby wrócić w ciasne objęcia… to znaczy w ciasnotę kantorka?

– Nie. – Dorota pokręciła głową, nie spuszczając wzroku z pryncypała. – Nie zmieściłaby się. Przecież w zamku tkwił klucz…

Dyrektorska pięść ponownie opadła na blat z ciężkim hukiem, aż pani Grażynka, która właśnie pojawiła się w progu, podskoczyła w miejscu i złapała się za lewą pierś. Poręba mamrotał pod nosem słowa, którym daleko było do pedagogicznych połajanek, Dorota walczyła ze sobą, by nie wybuchnąć śmiechem, a Antek nerwowo przestępował z nogi na nogę. W końcu odważnie spojrzał Ludwikowi w oczy.

– To ja przesunąłem skrzynię z piłkami.

– Sam? – Poręba uniósł krzaczaste brwi.

– Tak. – Chłopiec umknął spojrzeniem w bok. – Ale drzwi były już zamknięte od środka. Wiem, bo naciskałem klamkę. Chciałem poprosić o piłkę, ale pan odkrzyknął, żebym przyszedł za dziesięć minut.

– I co było dalej?

– Pani od angielskiego dodała, że lepiej za dwadzieścia.

Antek wodził wzrokiem po twarzach dyrektora i matki, nie rozumiejąc, dlaczego nagle pojawił się na nich wyraz zakłopotania. Chrząknął i dodał, że zrobił to, bo sądził, że jeśli nauczyciele dłużej posiedzą w kantorku, w końcu zaczną się całować. Choćby z nudów…

– To jest jakiś skandal! – wykrzyknął dyrektor, łapiąc się za głowę. Nie wiadomo, czy miał na myśli miejsce schadzek swoich pracowników, czy wybryk Antoniego Wróblewicza. Nagle popatrzył na chłopca dzikim wzrokiem. – Chcę wiedzieć, kto ci pomagał! Nie ruszyłbyś tej skrzyni, nie ma mowy! My z panią Grażynką – odchrząknął zakłopotany, zerkając w kierunku pobladłej sekretarki nadal tkwiącej w bezruchu w drzwiach gabinetu – też mieliśmy problem, aby ją przesunąć i… wypuścić nauczycieli.

– Byłem sam – powtarzał uparcie Antek.

– Kryjesz kolegów.

– Nieprawda!

– Powiedz, kto był z tobą.

– Nie!

– Proszę mu dać spokój – wtrąciła się nagle Dorota. – Skoro mówi, że nikt mu nie pomagał, pewnie tak było. Mój syn nie kłamie. Sam pan powiedział, że miał odwagę i od razu się przyznał.

– Nie kłamie? – Dyrektor uśmiechnął się ciut złośliwie. – Miał odwagę? A czy miał odwagę się przyznać własnej mamie, że zarobił w ostatnim czasie dwie jedynki z angielskiego? Zresztą… – parsknął gniewnie. – Mama pewnie już widziała w dzienniku elektronicznym, prawda?

Antek poruszył się niespokojnie i zerknął w kierunku matki. Dorota spuściła wzrok na splecione na kolanach dłonie, zacisnęła zęby. Po jej minie poznał, że nie zaglądała do dziennika. Na to zresztą liczył, a pani od angielskiego obiecała, że pozwoli mu poprawić oceny…

– A o tym, że razem z kolegą z klasy ukradli wiadro pani woźnej, napełnili je wodą i przed wyjściem do domu zalali placyk na tyłach szkoły, żeby im się przez noc lodowisko zrobiło? I zrobiło się! Takie, że ho ho! Woźna paskudnie się potłukła na tej ich ślizgawce! – wymieniał dyrektor.

– Nie wiedziałam… – wymamrotała Dorota. – Nikt mnie nie powiadomił…

– Tak, pani Turaczyk nadal lituje się nad Antosiem i składa jego psoty na karb państwa rozwodu! Biedny chłopiec, rodzice się rozstali, nie ma ojca, brakuje męskiego przykładu… – perorował dyrektor. Dorota gwałtownie poderwała głowę i popatrzyła mu prosto w oczy. Antek zagryzł wargi. Czy to tylko wrażenie, dziwne odbicie światła? Czy na rzęsach jego matki naprawdę zawisły łzy?

– Nie… – zaczęła Dorota.

– Ale tak się dłużej nie da. Dlatego panią wezwałem. Musi pani wiedzieć, że robi się nieciekawie, i zainterweniować. Antek to fajny chłopak. – Dyrektor Ludwik Poręba oderwał wzrok od twarzy Doroty i przekierował go na jej syna. W jego oczach zamigotało coś dziwnego, Antek nie potrafił określić, co to było. – Nie chciałbym, żeby się zmarnował.

Dorota powoli wstała. Skinieniem ręki przywołała do siebie syna. Antek, noga za nogą, powlókł się w jej stronę. Kiedy otoczyła go ramieniem, spuścił oczy i utkwił wzrok w wytartych czubkach trampków. Nie miał śmiałości spojrzeć w oczy dyrektora. A tym bardziej mamy.

– Porozmawiam z Antkiem – zapewniła głuchym głosem. – Pójdziemy już, jeśli to wszystko.

– Skoro Antek nie chce powiedzieć, kto z nim był… – Poręba spojrzał wyczekująco na chłopca, ale mały Wróblewicz nadal uparcie patrzył w podłogę. – W takim razie to wszystko. Do widzenia.

Dorota pożegnała się skinieniem głowy i pociągnęła syna do drzwi. Pani Grażynka odsunęła się, aby zrobić im przejście. Gdy jej wzrok napotkał spojrzenie Doroty, odruchowo poprawiła loczki zebrane nad czołem. Antek dygnął grzecznie i wyszedł za mamą na korytarz. Na ławce pod ścianą, jak para skarconych uczniaków czekających na dywanik u dyrektora, siedzieli nauczycielka angielskiego i pan od wuefu. Antek wyszczerzył do nich zęby w łobuzerskim uśmiechu i pognał za mamą. Dorota czekała przy wejściu do szatni.

– Jedno proste pytanie. Potem masz milczeć, dopóki nie zejdzie ze mnie wk… wnerw.

– No? – Antek w napięciu zajrzał w twarz matki. Przestraszył się, że zacznie dociekać, kto był z nim przy drzwiach do kantorka. Nie chciał jej okłamywać, ale nie zamierzał też donosić na kolegów. To była kwestia honoru, nie wiedział jednak, czy ona to zrozumie.

Takiego pytania się jednak nie spodziewał!

– Masz klucze do domu? – rzuciła na wydechu.

– Mam.

Na twarzy Doroty odmalowała się ulga. Kobieta zacisnęła poły płaszcza i skinęła głową.

– Poczekam w samochodzie – rzuciła przez ramię.

Do Antka powróciła uporczywa myśl, że mama zachowuje się wyjątkowo dziwnie. Dlaczego ciągle tak się kręci i zaciska płaszcz, jakby chowała pod nim coś niebezpiecznego albo wstydliwego? I czemu pyta o klucze? Przecież ma własne!

Chłopiec pokręcił głową i z głośnym westchnieniem zanurkował między wieszaki, aby odszukać swoją kurtkę i buty.

Rozdział 4