Choinka cała w śniegu - Joanna Szarańska - ebook

95 osób właśnie czyta

Opis

Chwytająca za serce opowieść o ludziach, których w święta połączy wyjątkowa więź.
W bloku przy ulicy Weissa prym wiedzie pani Michalska – dozorczyni zawsze gotowa służyć pomocą. Mieszkańcy przychodzą do niej po rady i wsparcie, a kiedy nadchodzi ten niezwykły czas, to jej najbardziej zależy na tym, by sąsiedzi byli sobie bliscy jak rodzina. Zanim jednak wszyscy zaczną świętować, muszą wyjaśnić sobie kilka spraw. Pomoc potrzebującym nie tylko ich zjednoczy, ale i sprawi, że odkryją w końcu, co jest naprawdę ważne. W codziennym zabieganiu warto na chwilę przystanąć i zachwycić się magią świątecznego drzewka.
Blask lampek choinkowych, iskrzący się biały puch za oknem, spotkania i rozmowy z najbliższymi… Niech te święta będą niezapomniane!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Joanna Szarańska, 2019

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © milla74/Depositphotos, © olrat, © S.Kat, © Mona Makela, © Ievgenii Meyer/Shutterstock

ISBN 978-83-66431-48-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Przed Wigilią

Był późny wieczór, gdy drzwi jednego z mieszkań w bloku przy ulicy Weissa cichutko skrzypnęły. Wysoka postać przemknęła przez klatkę schodową, dotarła do skrzynek pocztowych i wsparła się o nie, uważnie nasłuchując. Cisza panująca w budynku najwyraźniej usatysfakcjonowała nocnego wędrowca, ponieważ zatarł dłonie i z impetem otworzył drzwi prowadzące do piwnicy.

Choć piwniczne boksy tonęły w mroku, tajemniczy gość nie sięgnął do włącznika światła. Zamiast tego naciągnął na dłonie grube robocze rękawice i cicho pogwizdując, po omacku ruszył przed siebie. Tak, dobrze wiedział, dokąd i po co zmierza!

Pod ścianą zamajaczył niewysoki, ciemny kształt.

Człowiek przystanął nad nim, w zamyśleniu drapiąc się po brodzie. Potem przykucnął i objąwszy ramionami pękaty przedmiot, z głośnym stęknięciem wyprostował się. Powoli, noga za nogą, powlókł się w kierunku wyjścia. Sapał przy tym i prychał, a od czasu do czasu posykiwał przez zęby, czując ukłucia bólu. W końcu jednak pokonał schody i zataczając się pod wpływem ciężaru, dotarł do drzwi wyjściowych. Niezauważony przez nikogo opuścił blok i odśnieżonym chodnikiem ruszył w głąb osiedla.

Mieszkańcy piątki smacznie spali.

Tylko w oknie na parterze lekko poruszyła się firanka.

Wcześniej

Przyjaciółki

W sobotę ósmego grudnia cztery przyjaciółki z ulicy Weissa wybrały się na popołudniowe ploteczki do kawiarni Pysia. Oficjalnie spotykały się, by spróbować nowej specjalności lokalu: firmowej herbaty z dodatkiem pomarańczy, goździków i imbiru, która kilka dni wcześniej podbiła serce Anny. Nieoficjalnie: usiłowały odciągnąć Marzenę od ciągłej opieki nad synkiem, by trochę się zrelaksowała. Pomysł ten wyszedł, naturalnie, od Zuzanny.

– Uwielbiam spotykać się z Marzeną – tłumaczyła Annie i Monice, zabawnie przewracając oczami. – I naprawdę nie przeszkadza mi, że piję kawę wciśnięta między przewijak a nawilżacz powietrza, a obok mojej filiżanki stoi słoiczek na wpół wyschniętego kremu na odparzenia. W dodatku o dość podejrzanej barwie.

– Ale? – Anna nie kryła rozbawienia.

– Ale trudno rozmawia się z kimś, kto nie odrywa wzroku od wózka, a zapytany o cukierniczkę odpowiada nieprzytomnie: „Mamusia zaraz ci poda!”.

– Mówisz tak, jakbyś nigdy nie sfiksowała na punkcie macierzyństwa! – Monika próbowała tłumaczyć przyjaciółkę.

– I przecież w zeszłym tygodniu Marzena zostawiła Stasia pod opieką teściowej. Przyszła do ciebie na kawę! – dodała Anna.

– Owszem. – Zuza pokiwała głową. – A potem klęczała z uchem przy ścianie, nasłuchując płaczu dziecka! Ja dziękuję za takie spotkanie! Dziewczyny, naprawdę musimy wyciągnąć ją z domu. Spędza ze Stasiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, powinna odpocząć od pieluszek, zafajdanych kaftaników i rozpinania biustonosza na zawołanie!

– Może i powinna, ale czy zechce? – Anna miała wątpliwości. – Sama słyszałam, jak mówiła, że nikt tak dobrze nie zajmie się małym jak ona!

Misja wyciągnięcia Marzeny z domu wydawała się niemożliwa do zrealizowania, nieoczekiwanie jednak trzem przyjaciółkom przyszedł w sukurs Maciek. Oświadczył, że chętnie zaopiekuje się chłopcem, aby jego mama mogła zażyć popołudniowej przyjemności w gronie koleżanek. Jeśli mały zgłodnieje, nakarmi go butelką, jeśli się zmoczy, zmieni mu pieluszkę, jeśli pojawi się grubsza sprawa… Nie no, bądźmy dobrej myśli, z pewnością się nie pojawi. Opieka nad takim berbeciem to pestka, zapewniał Maciek, nieświadom morderczego spojrzenia, jakim właśnie obrzucała go żona.

Najważniejsze jednak, że udało się doprowadzić do babskiego spotkania w Pysi. Zuza, która wprost uwielbiała wszystko planować i niczego nie pozostawiała losowi, zaraz po otwarciu kawiarni zadzwoniła do właściciela i zarezerwowała wygodną lożę pod ścianą. W notesiku z błękitną okładką wypisała także propozycje gorących napojów i deserów, po które powinny sięgnąć. Nie ośmieliła się zaprezentować zapisków przyjaciółkom, choć miała wrażenie, że ukryty w torebce notes pali jej bok żywym ogniem. Pocieszała się za to, że kiedy przyjdzie do składania zamówienia, będzie mogła z czystym sumieniem polecić słodkie co nieco.

Kiedy zajęły już miejsca na obitych kremową skórą kanapach, Zuza potoczyła wzrokiem po zebranych i zawołała wesoło:

– Jak dobrze! W końcu możemy spokojnie pogadać!

– Zuza! – syknęła Anna.

– Co? – Pani Kropczyńska-Fijus zrobiła zdziwioną minę. – Przecież to prawda! Niby mieszkamy w jednym bloku, ale ostatnio coś nam nie po drodze, żeby się spotkać i wymienić ploteczkami. Nie wpadłyście nawet na karmelowy sernik, który upiekłam na andrzejki! – wytknęła. – Całe szczęście, że Karolina rozstała się akurat z tym swoim fircykiem, bo by się zmarnował!

– No wiesz co… – parsknęła Monika.

Zuza uśmiechnęła się półgębkiem i lekko wzruszyła ramionami.

– No co? Nie lubię wyrzucać ciasta! Przecież wiecie, że w każdy wypiek wkładam kawałek serca. – Poklepała się po piersi. – À propos, zaplanowałyście już, co upieczecie na święta?

Anna ukryła twarz w dłoniach.

– Zuza, zlituj się! Nie przyszłyśmy tu, aby rozprawiać o świątecznych przygotowaniach!

– Ale ja pytam tylko o placki…

– Jak cię znam, od piernika przejdziesz do piekarnika! A stąd już niedaleka droga do trzepania dywanów i szorowania parapetów! A ja naprawdę nie chcę o tym myśleć.

Zuza przygryzła dolną wargę i skinęła głową.

– W porządku, nie musimy rozmawiać o świątecznych wypiekach i sprzątaniu. Powinnyśmy jednak ustalić, co z tegoroczną Gwiazdką. Przyszykujemy coś dla mieszkańców bloku?

Pozostałe kobiety poruszyły się nerwowo. Anna zerknęła przelotnie na siedzącą pod ścianą Monikę. Ta spuściła wzrok na trzymaną na kolanach torebkę i zaczęła ją przetrząsać w poszukiwaniu portmonetki. Tylko Marzena nie unikała wzroku Zuzanny. Z tej prostej przyczyny, że odkąd zrzuciły okrycia i usadowiły się w loży, nie odrywała oczu od ekranu swojego smartfona. Zuzanna pokiwała głową.

– Pewnie nie macie czasu, co? – Westchnęła.

– Nie bardzo – przyznała Anna. – Mam na głowie tę przeprowadzkę, wiesz…

– Wiem – mruknęła Kropka i spojrzała pytająco na sąsiadkę spod ósemki. – A ty?

Monika potrząsnęła głową.

– Ja też nie znajdę czasu w tym roku. Uczestniczę w parafialnej akcji niesienia pomocy potrzebującym, a i w pracy przed świętami będzie urwanie głowy…

– Parafialna akcja niesienia pomocy potrzebującym? – Zuzanna obrzuciła koleżankę podejrzliwym spojrzeniem. – Pierwsze słyszę! A przecież na ogół słyszę o wszystkim jako pierwsza!

– A bo tę akcję organizuje sąsiednia parafia. Teściowa mnie wrobiła. Pracuje na tamtejszej plebanii i jak zwykle musiała wyrwać się przed szereg! – ze złością wyjaśniła młoda pani Kwiatek.

Zuza pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Przynajmniej zyskasz poczucie, że robisz coś dobrego – stwierdziła filozoficznie i przeniosła wzrok na pochyloną nad ekranem komórki Marzenę. Westchnęła teatralnie. – Ciebie nawet nie pytam…

– Co? – Świeżo upieczona matka powiodła nieprzytomnym spojrzeniem po koleżankach. – Pytałaś o coś?

– Nieważne. – Zuza potrząsnęła czupryną. – Może uda mi się zaangażować panią Michalską? Albo panią Malinowską? Ta sąsiadka spod trójki też wygląda na sensowną, choć kupuje surówki w słoikach i prawie nigdy nie wietrzy pościeli.

Anna wybałuszyła na przyjaciółkę oczy, a Monika parsknęła śmiechem.

– Prowadzisz rejestr wietrzenia pościeli?

– E tam. – Zuza machnęła ręką, rumieniąc się po cebulki włosów. – Czasem mi się rzuci w oczy… A może pogawędzimy o czymś innym? Na nudę przecież nie narzekamy, co? Anna się przeprowadza, by zamieszkać z Felicjanem, Marzena pretenduje do tytułu mamuśki roku, Monika spełnia się charytatywnie. Co jeszcze?

– Do mieszkania Anny wprowadzą się nowi lokatorzy – przypomniała Monika.

Oczy Zuzy rozbłysły.

– Rzeczywiście! – Klasnęła w dłonie. – To będzie arcyciekawe!

– No wiesz! – Anna zrobiła urażoną minę. – Bo pomyślę, że nie będziesz za mną tęsknić…

– Wyprowadzasz się do bloku naprzeciwko – przypomniała Zuza, zabawnie marszcząc nos. – Jeśli dobrze wytężę wzrok, będę w stanie policzyć nakrycia na twoim stole.

– Cóż, mam nadzieję, że sobie to podarujesz.

– A może naszą miłą pogawędkę będziemy kontynuować przy herbacie i czymś słodkim? – Zuza spojrzała pytająco na koleżanki, a kiedy te zgodnie pokiwały głowami, wyciągnęła szyję, by przyciągnąć uwagę właścicielki lokalu. – To co? Herbata firmowa, jak było mówione? A do tego sernik? Może szarlotka?

– Ja poproszę sernik. Lepszego nie jadłam… – Monika oblizała się łakomie. Widząc oburzone spojrzenie Zuzy, szybko dodała: – Poza twoim, oczywiście.

– No! – Kropka uśmiechnęła się z satysfakcją. – Anna?

– Babeczka z owocami. Przymila się do mnie, odkąd weszłyśmy.

– Świetnie. Codzienna porcja owoców i warzyw to podstawa. Marzenko? Ma-rzen-ko! Marzena! – wrzasnęła do pogrążonej w kontemplacji ekranu smartfona przyjaciółki. Siedzący przy pobliskich stolikach klienci spoglą­dali w kierunku loży pod ścianą z mieszaniną zaciekawienia i niepokoju. Marzena podniosła nieprzytomny wzrok znad ekranu i utkwiła go w twarzy podminowanej Zuzy. Ta przyoblekła blady uśmiech i zapytała słodkim głosem: – Co zamówisz? Szarlotkę? Sernik? Jeśli mogę ci coś do­radzić, to… – Zaczerpnęła tchu, szykując się do dłuższej przemowy.

Marzena przerwała jej bezceremonialnie. Zwinnym ruchem uniosła się z siedziska i zarzuciła na szyję miękki szal w miodowym kolorze.

– Właściwie to ja muszę już iść – oświadczyła, uśmiechając się przepraszająco.

Zuzanna zamarła z uchylonymi ustami, wpatrując się w twarz tamtej z konsternacją.

– Ale przecież… – wykrztusiła.

Monika i Anna wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

– Tak, tak, muszę wracać. – Marzena pokiwała głową i sięgnęła po leżącego na blacie smartfona. Potem pochyliła się w kierunku przyjaciółek i wycisnęła na ich policzkach po pożegnalnym całusie. Na koniec pomachała niemrawo przez ramię. – Zdzwonimy się, tak? – I nie oglądając się na koleżanki, niemal wybiegła z kawiarni.

Zuzanna dłuższą chwilę trwała w osłupieniu. Dopiero pojawienie się właścicielki lokalu, która podeszła do stolika, aby przyjąć zamówienie, wyrwało ją z odrętwienia. Wtedy uśmiechnęła się szeroko i bez najmniejszego zająknięcia wyrecytowała listę słodkich deserów i gorących napojów, na które miały ochotę. Kiedy kobieta zniknęła za wahadłowymi drzwiami, Zuza posłała przyjaciółkom wstrząśnięte spojrzenie.

– No to tyle, jeśli chodzi o ploteczki bez asysty przewijaka wbijającego się w bok – zauważyła wesoło Anna.

– I kawę bez posmaku Sudocremu – dorzuciła Monika.

Zuza przygryzła wargę i pokręciła głową. Nie rozumiała, jak przyjaciółki mogą z tego żartować. Jej zachowanie Marzeny nie bawiło ani trochę. Przed rokiem przyjaciółka odsunęła się od nich, ukrywając swój odmienny stan. Dziś pochłonięta opieką nad dzieckiem znów zamykała się w czterech ścianach mieszkania.

Gdyby choć promieniała tym niezwykłym blaskiem, prezentowanym na stronach miesięczników dla młodych mam i ulotkach porozrzucanych w poczekalniach gabinetów ginekologicznych!

Ale nie, Marzenie macierzyństwo wyraźnie nie służyło. Miała zmęczoną, poszarzałą twarz i sine podkowy pod oczami. A do tego była nieobecna duchem, spięta, nerwowa. Ewidentnie potrzebowała relaksu, przed którym tak się wzbraniała. Zuzanna obiecała sobie w duchu, że jej go zapewni!

Mama Kwiatek

Matka Jakuba Kwiatka uchyliła drzwiczki piekarnika i wciągnęła w nozdrza apetyczny zapach ciasta. W sobotnie popołudnia na plebanii odbywały się próby scholi, a przy takiej okazji zawsze starała się przed wyjściem do domu przygotować słodki poczęstunek. Dzieciaki wprost uwielbiały drożdżowe rogaliki z nadzieniem różanym, babkę piaskową i murzynka przekładanego konfiturą z wiśni, nic więc dziwnego, że tutejszy chórek był wyjątkowo liczny. I niesamowicie głośny, gdyby ktoś zapytał ją o zdanie.

Wkrótce miał minąć rok, odkąd mama Kwiatek znalazła zatrudnienie u księdza Piątka. I choć początkowo rękami, nogami i długim językiem broniła się przed posadą na plebanii, teraz była więcej niż zadowolona. Czuła się potrzebna oraz ważna. Sprzątała, gotowała i pilnowała, by nikt bez potrzeby nie zawracał proboszczowi głowy. Na szczęście parafianie nie byli głupi i szybko pojęli, że w tym przypadku droga do kancelarii parafialnej wiodła przez kuchnię probostwa. Jeśli chcieli załatwić jakąś sprawę, musieli po pierwsze natrafić na dobry humor gospodyni, a po drugie przekonać ją, że sprawa, z którą przychodzą, jest naprawdę pilna.

Mama Kwiatek rządziła twardą ręką plebanią i proboszczem, a według bardziej złośliwych komentatorów także i parafią.

Zainicjowała cykliczne sprzątanie kościoła, w które musieli angażować się kolejni wierni.

Skrzyknęła grupę ochotników, by uporządkowali opuszczone groby na parafialnym cmentarzu.

Skłoniła proboszcza do zorganizowania zbiórki funduszy na wymianę starych okien na plebanii, argumentując, że wiecznie pociągający nosem kapłan nie świadczy dobrze o parafii.

We własnym mniemaniu robiła wiele i zasługiwała na szacunek. Pewnego dnia przekonał się o tym wizytujący parafię biskup. Mama Kwiatek bez mrugnięcia okiem zawróciła go do drzwi i wskazała wycieraczkę, o którą powinien wytrzeć obuwie. Przerażoną minę księdza Piątka skwitowała wzruszeniem ramion i mruknięciem, że przecież nawet eminencja powinien wiedzieć, czemu służy mata rozciągnięta przed progiem.

Tak, mama Kwiatek czuła, że znalazła się na właściwym miejscu.

Praca nie kolidowała też, jak się tego obawiała, z kontaktami z wnukiem. Ku jej przerażeniu Monika i Jakub pod koniec sierpnia zrezygnowali z usług opiekunki i od września oddali Piotrusia do przedszkola. Mama Kwiatek uważała to za horrendalny pomysł i nie omieszkała przedłożyć synowi i synowej listy zagrożeń czyhających na chłopca w placówce wychowawczej. Dieta słoiczkowa. Choroba sieroca. Ciągnące się jak makaron spaghetti infekcje, przeziębienia i schorzenia. I żeby to chociaż było polskie przedszkole, jak to u sióstr na przykład! Ale nie, Monika musiała oczywiście wybrać tych Włochów! Mama Kwiatek kręciła głową nad niefrasobliwością młodych i nie przyjmowała do wiadomości, że przedszkole jest polskie, tylko metoda wychowawcza włoska. Uznana, zaufana, stawiająca na samodzielność i rozwijanie indywidualnych zdolności dziecka. Widząc zabawki zalecane przez tę „uznaną, zaufaną” metodę, starsza pani prychała jak spryskana wodą kotka i obrzucała synową krytycznym spojrzeniem. Podejrzewała, że ta w czeluściach mieszkania przy ulicy Weissa musiała ukryć co najmniej jeden poradnik, bo te nowomodne pomysły nie wzięły się znikąd. Mama Kwiatek chętnie pomyszkowałaby po szafach, szafkach i komodach, aby go odnaleźć. Niestety, nie miała ku temu sposobności.

Jak się jednak okazało, przedszkole Piotrusia i praca mamy Kwiatek pięknie ze sobą współgrały. Chłopiec wracał do domu w tym samym czasie, kiedy jego babcia kończyła pracę na plebanii, więc w drodze powrotnej codziennie zachodziła na Weissa, by zapytać, jak małemu minął dzień. Monika nie wyglądała na zachwyconą, ale teściowa chytrze obwieściła, że droga z plebanii do małego domku za miastem jest daleka, a nogi już u niej nie te i potrzebuje odpocząć. Odpoczywała więc w mieszkaniu syna i synowej godzinę, czasem dwie, a najczęściej do wieczora, aż w końcu Monika lub Jakub odwozili ją do domu.

Całkiem znośnie się to wszystko poukładało, dumała mama Kwiatek, przekładając ciepłe ciasto na podstawkę do studzenia. I kto by pomyślał, że pomysł tej starej wariatki pani Michalskiej tak się jej przysłuży? Matka Jakuba nie zapomniała pani Michalskiej, że ta wyprowadziła ją w pole. Na widok dozorczyni ostentacyjnie przechodziła na drugą stronę ulicy, a bywając w bloku przy ulicy Weissa, nigdy nie darowała sobie odciśnięcia palców na wypolerowanej szybie w drzwiach wejściowych i lekkiego kopnięcia wycieraczki. Na myśl, że zbliża się kolejna Gwiazdka i dozorczyni ponownie będzie próbowała zjednoczyć mieszkańców klatki, i że po raz kolejny zaangażuje w przygotowania Monikę i Jakuba, mamą Kwiatek aż trzęsło.

Kiedy więc panie z rady parafialnej wpadły na pomysł zorganizowania akcji charytatywnej, matka Jakuba przyklasnęła im z entuzjazmem, a następnie zaofiarowała pomoc swoją i synowej. Zdumionej Monice oświadczyła, że przecież trzeba pomagać! Skoro sama Monika zaznała serdeczności ze strony mieszkańców bloku, to czy nie naturalnym byłoby teraz posłać tę dobroć między ludzi? Stropiona synowa przyznała jej w końcu rację, a zadowolona mama Kwiatek zatarła dłonie.

Zajęta akcją charytatywną Monika z pewnością nie znajdzie czasu i siły, by zaangażować się w przygotowania do spotkania pod blokiem. I bardzo dobrze! Mama Kwiatek wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu i wbiła ostry czubek noża w ciasto. Żółciutkie okruszki posypały się na porcelanowy talerzyk.

Jak ty mamie Kwiatek, tak ona tobie! – mruknęła pod nosem.

Anna

Po spotkaniu w kawiarni Anna Jurczyk wybrała się z Felicjanem na przedstawienie w Centrum Kultury, dlatego do mieszkania wróciła dopiero późnym wieczorem. W przedpokoju zrzuciła kozaki i płaszcz, po czym na bosaka przeszła do kuchni i sięgnęła po puszkę z herbatą. Wsypała do zaparzacza porcję swojej ulubionej mieszanki z kandyzowaną pomarańczą, aronią, rodzynkami i słonecznikiem, a potem, czekając na gotującą się wodę, przystanęła przy kuchennym oknie i spojrzała na pogrążone w mroku podwórko.

Jak smutno wyglądało ono bez jodełki!

Drzewko, choć krzywe i liche, wypełniało pustkę nierównego trawnika przed oknami. Dopiero kiedy go zabrakło, mieszkańcy bloku przekonali się, jak wiele wnosiło do krajobrazu podwórka. Po zuchwałym zamachu, jakiego ofiarą padła jodełka przed ubiegłoroczną Gwiazdką, przekrzykiwano się o konieczności zasadzenia nowego drzewka. Minęły jednak kolejne miesiące i o nieszczęsnej choince zapominano. Wiosną rozgorzała krótka, aczkolwiek burzliwa dyskusja nad tym, czy lepiej zasadzić iglaka, czy może jakiś kwitnący krzew. Nie uzyskano konsensusu, kwestię sadzenia odłożono na bliżej nieokreśloną przyszłość, a wyliniały trawnik nadal świecił pustkami. Może kolejna wiosna przyniesie porozumienie i na podwórku zazieleni się zgrabna jodełka lub świerk?

Anna uświadomiła sobie, że tego nie zobaczy, a przynajmniej nie z kuchennego okna. Lada dzień opuści mieszkanie pod numerem dziewiątym i przeniesie się do lokum w sąsiednim bloku. Okna nowego mieszkania wychodziły na porośnięty drzewami skwer i budynek, w którym spędziła kilkanaście ostatnich lat życia.

Czajnik zagwizdał, więc zakręciła gaz i zalała herbatę. Po kuchni rozszedł się przyjemny, słodkawo-cytrusowy aromat. Kobieta zostawiła zaparzacz w filiżance, a sama ruszyła na obchód mieszkania. Idąc, dotykała znajomych sprzętów. Tyle wspomnień w sobie kryły!

O, chociażby ten fotel! Ileż popołudni w nim spędziła, obłożona drutami, szydełkiem, motkami włóczki lub kordonka. Czytając przyniesione z biblioteki powieści i obmyślając, jak wygrać z chorobliwym sknerstwem Waldemara!

A tamta lampa? Psuła się tak często, że pewnego popołudnia wyniosła ją na śmietnik! Niestety, wracający z pracy Waldemar dostrzegł znajomy kształt obok kontenera, na powrót przytaszczył lampę do domu i od razu włączył do prądu. Cóż, przemoczone przewody dały mu odczuć, co na ten temat sądzą, a czarny ślad powstały tamtego dnia na suficie długo przypominał im o tym zdarzeniu!

A komoda? Jej drzwiczki notorycznie odpadały, ale Waldemarowi żal było kupić nowe zawiasy, podparł je więc donicą z paprotką i natychmiast o tym zapomniał. Wstając w nocy do łazienki, uderzył w donicę prawą stopą, łamiąc dwa palce. Przestraszona Anna musiała prowadzić go na nocny dyżur do przychodni zdrowia, ponieważ zabronił jej wezwać taksówkę.

W tamtym wazonie chowała przed nim cytrynowe mleczko do czyszczenia, a ten ekspres do kawy kupiła za jedną z pierwszych pensji. Mieszkanie numer dziewięć kryło wiele wspomnień, i tych przyjemnych, i takich, do których nie lubiła wracać myślami. Mimo wszystko była do niego przywiązana, tak jak do sąsiadów i pani Michalskiej, samozwańczej dozorczyni klatki, której tak wiele zawdzięczała.

Najchętniej mieszkałaby w nim nadal, razem z Felicjanem, z którym jakiś czas temu rozpoczęła nowe życie.

Niestety nie mogła.

Kiedy w poprzednie święta Waldemar oświadczył, że daje jej wolność i wraca na Wyspy, by ciężko pracować na życie w dobrobycie, Anna odetchnęła z ulgą. Wydawało się, że w końcu odzyska spokój i znajdzie szczęście u boku mężczyzny, dla którego liczyła się ona, a nie zaoszczędzona w portfelu złotówka. Jurczykowie bez problemu przebrnęli przez procedurę rozwodową. Ona zgodziła się na rozwód bez orzekania o winie, on wspaniałomyślnie pozwolił jej zachować mieszkanie. Ona, widząc dobrą wolę mężczyzny, zaoferowała, że zwróci pieniądze, z których rok wcześniej ogołociła jego konto.

Na wzmiankę o pieniądzach w oku Waldemara pojawił się dziwny błysk, a Anna pożałowała, że była taka wyrywna. Jak się okazało, całkiem zasadnie. Po odzyskaniu długo gromadzonych oszczędności Waldemar Jurczyk dokonał szybkich obliczeń i doszedł do wniosku, że dobrobyt, którego tak pragnął, właśnie osiągnął. Nie potrzebuje Wysp, funtów, łamańców językowych i utarczek ze współpracownikami. Tak naprawdę nie potrzebuje wiele do szczęścia. Zrezygnował z wyjazdu i wrócił do pracy w swoim dawnym zakładzie meblarskim, gdzie przez kolejne miesiące utyskiwał na trudy zarobkowania na obczyźnie i brytyjskich krwiopijców.

Zajęta układaniem nowego życia Anna nie poświęcała większej uwagi planom byłego męża. Kiedy więc pewnego wiosennego dnia natknęła się na niego na schodach, z wrażenia potknęła się na stopniu i z hukiem upadła, o mało nie wybijając zębów. Waldemar pomógł jej wstać, po czym kręcąc głową z troską, zauważył, że powinna bardziej uważać. Podarła rajstopy, a przecież jedna para kosztuje co najmniej dwa złote!

Dwadzieścia, miała ochotę wykrzyczeć mu w twarz. Powściągnęła jednak targające nią emocje i próbowała wysondować, co to wszystko znaczy. Dlaczego Waldemar jak gdyby nigdy nic przechadza się po klatce, w której już nie mieszka?

A właśnie że mieszka, oświadczył wesoło, ponieważ nie dalej jak wczoraj wprowadził się do pokoju wynajmowanego od samotnego kawalera spod dwójki. Waldemar nie krył dumy, że znalazł tanie i wygodne lokum, na dodatek tak blisko byłej żony, która wciąż jest dla niego ważna. Anna oniemiała. A potem biegiem rzuciła się do mieszkania i zadzwoniła do Felicjana. Co teraz?

Nic, odparł jej szef i przyjaciel. Przecież nie są już małżeństwem. Waldemar nic Annie zrobić nie może.

Cóż, optymizm Felicjana tłumaczył fakt, że tak naprawdę nigdy nie poznał Waldemara i nie był świadom, do jakich dziwactw zdolny jest Jurczyk. Anna skrzętnie skrywała tajemnicę swojego małżeństwa i nigdy nie wyjawiła nowemu partnerowi, co spowodowało jego rozpad, zasłaniając się wyświechtaną formułką o niezgodności charakterów.

Anna poświęciła Jurczykowi kilkanaście lat swojego życia i nie potrafiła oprzeć się złym przeczuciom.

Słusznie.

Już następnego dnia Waldemar zapukał do jej drzwi, prosząc o kubek wrzątku. Jak tłumaczył, negocjując cenę czynszu, zrezygnował z korzystania z kuchni, skazany był więc na stołowanie się w mieście, a to z oczywistych względów (kalwaryjska drożyzna, wycharczał Waldemar, pochylając się w kierunku byłej żony) nie wchodziło w grę. Anna zgrzytnęła zębami, ale nalała do poobijanego kubka świeżo zagotowanej wody. Waldemar zapewnił, że się odwdzięczy, i zniknął.

Wrócił po kilku dniach, odziany wyłącznie w pasiasty szlafrok i plastikowe klapki. Roztaczał wokół siebie osobliwy, mało atrakcyjny zapaszek i spanikowana Anna pomyślała, że w ramach obniżenia czynszu Waldemar nie może korzystać również z łazienki i zaraz poprosi ją o możliwość zażycia kąpieli. Na szczęście okazało się, że Jurczyk pojawił się w zupełnie innym celu. Nie potrzebuje już gorącej wody, bo udało mu się połatać starą grzałkę, ale nie zapomniał, że ona wyciągnęła do niego pomocną dłoń, i chce się odwdzięczyć, oświadczył. Po czym wyciągnął w jej stronę reklamówkę nadgniłych pomidorów. To właśnie z nich dobywał się ten słodkawy, mdlący smrodek! Zdenerwowana Anna przyjęła nadpsute warzywa, a następnie cisnęła nimi w oszołomionego Waldemara i z całej siły trzasnęła drzwiami, o mało co nie przytrzaskując mu stopy.

Później żałowała ataku złości, ale równocześnie miała nadzieję, że tak stanowcza reakcja zahamuje zapędy byłego męża. Niestety, już po kilku dniach znalazła na progu przywiędłą sałatę, potem kilka sfatygowanych westernów w miękkich okładkach i parę firmowych długopisów, najpewniej podprowadzonych w oddziale jakiegoś banku.

Wszystkie te dary Anna znosiła pod trójkę i układała pod drzwiami, nie zamieniając z byłym mężem ani jednego słowa. Skończyła jej się jednak cierpliwość, kiedy w dniu swoich urodzin znalazła przewieszoną przez klamkę torebkę prezentową, a w niej próbki co najmniej piętnastu różnych perfum i kartkę z zeszytu z własnoręcznie wypisanymi życzeniami. Ktoś inny być może doceniłby starania Waldemara, ale ona poczuła się osaczona. Przyłapała się na tym, że wraca do domu z duszą na ramieniu, zastanawiając się, co tym razem znajdzie pod drzwiami. Do tego przy każdym spotkaniu Waldemar taksował ją wzrokiem i komentował. Zrobiła coś z włosami? Chyba nie była u fryzjera? Czy to nowa kurtka? Z wyprzedaży czy od Chińczyka? Wraca z zakupów? Czy wie, po ile obecnie stoją jajka? Sporo jabłek kupiła, zamierza robić marmoladę?

Anna miała dość.

Było tylko jedno rozwiązanie. Skoro Waldemar zamieszkał na Weissa 5, ona musiała się wyprowadzić. Z okazji chętnie skorzystał Felicjan, dla którego przeprowadzka Anny stała się okazją do zainicjowania kolejnego etapu w związku. Planują wspólną przyszłość, czy nie powinni w takim razie zamieszkać razem? Przecież ma dom, który potrzebuje troskliwej ręki gospodyni. Anna wahała się. Felicjan był dla niej ważny, kochała go, ale zamieszkać z nim? Utracić z trudem wywalczoną niezależność?

Póki co stanęło na tym, że Anna zamieniła się na mieszkania z parą z sąsiedniego bloku. Nowe mieszkanie było ciut mniejsze, ale jasne i przyjemne. Już w dniu, kiedy je oglądała, stwierdziła, że zabraknie w nim miejsca na rozklekotaną komodę i sfatygowaną kanapę. Nawet szafki kuchenne nie pasowały do rozkładu kuchni i Anna odetchnęła z ulgą. Chciała zacząć od nowa, bez cienia byłego męża i starych gratów. Felicjan zaoferował, że kupi wszystko, czego potrzeba do urządzenia lokum. Przecież to dobra inwestycja, gdy Anna zostanie już jego żoną, mieszkanie na Weissa 7 można będzie wynająć za ładną sumkę. Zasugerował też subtelnie, że chętnie w nim z ukochaną zamieszka. Anna obiecała, że się nad tym zastanowi. Mężczyzna przyjął jej odpowiedź bez mrugnięcia okiem, ale kobieta podejrzewała, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. I sama nie wiedziała, co o tym myśleć.

Zuzanna

Zuza wspięła się na palce i sięgnęła do pawlacza. Jej dłonie przez chwilę błądziły po pudełkach, kartonach i puzderkach wypełniających schowek, aż w końcu natrafiły na to, czego szukała. W mieszkaniach innych ludzi pawlacze służyły do upychania nikomu niepotrzebnych przedmiotów, ale nie u Fijusów. Zuzanna dbała, by wszystko leżało na swoim miejscu: walizka z przyciasnymi ubraniami, skrzyneczka z narzędziami, którą kilka lat temu kupiła Kajetanowi na Gwiazdkę, a której on prawie nigdy nie używał, pudełka po butach wypełnione zdjęciami nigdy niepoznanych ciotek i prababek. Nawet stosik listów miłosnych przewiązanych wyblakłą wstążką miał swoje miejsce na półce.

Zuza złapała niewielkie kartonowe pudełko i ruszyła z nim do kuchni, gdzie troskliwie ułożyła je na kuchennym stole. Potem jedną ręką przysunęła sobie taboret, a drugą kubek z gorącą herbatą. W kubku pływał dorodny plaster pomarańczy i kilka goździków. Zuza potrzebowała świątecznej atmosfery i zamierzała zrobić wszystko, by ją poczuć.

Stąd też kartonowe pudełko znalazło się na stole.

Ostrożnie zdjęła z niego wieczko i zajrzała do środka. Jej policzki zabarwił delikatny rumieniec, na wargach wykwitł uśmiech. Skinęła głową zadowolona, siorbnęła herbatę, łowiąc nosem aromatyczne zapachy, po czym zanurkowała w pudełku.

Dziurkacze wycinające śnieżynki, główki aniołków i bombki.

Rolki złotych, srebrnych, szafirowych, błękitnych i czerwonych wstążek.

Aerozole ze sztucznym śniegiem i czymś, co producent nazywał „Złocistą mgiełką wróżek”, a co według Zuzy wyglądało jak kocie rzygi rozsmarowane po linoleum.

Świeczki w najwymyślniejszych kolorach i kształtach.

Figurki mikołaja i elfa. Renifer, którego nos tak bił po oczach czerwienią, jakby przez ostatnie jedenaście miesięcy zalegał w słoiku z winem domowej produkcji, a nie w pudełku wyściełanym strzępkami waty.

Zuza zaczęła wyjmować swoje skarby. Każdy przedmiot obracała w dłoniach i troskliwie układała przed sobą. Po chwili stół w kuchni Fijusów przypominał stoisko ze starociami na Placu Żydowskim.

Popołudniowe spotkanie w Pysi wytrąciło ją z równowagi. Cóż, wiedziała, że koleżanki nie są tak entuzjastycznie nastawione do świątecznych przygotowań jak ona, ale miała nadzieję, że ponownie zaangażują się w organizację sąsiedzkiej wigilii.

Zwyczaj wspólnego celebrowania Gwiazdki zapoczątkowała przed dwoma laty pani Michalska. Co prawda strojąc rosnącą przed blokiem jodełkę, spadła z drabiny („Tak grzmotnęłam, że aż ziemia się rozstąpiła i zobaczyłam podeszwy stóp świętego Piotra”) i w efekcie Boże Narodzenie musiała spędzić w szpitalu, nie przeszkodziło to jednak mieszkańcom piątki spotkać się przy drzewku i spontanicznie odśpiewać kilka kolęd. Gdy rok później planowano kolejne spotkanie, doszło do nieprawdopodobnej zbrodni: ścięto i uprowadzono nieszczęsne drzewko. Mieszkańcy Weissa 5 nigdy nie dowiedzieli się, kto dopuścił się tego haniebnego czynu, choć Zuzanna miała swoją teorię i ilekroć mijała na schodach Waldemara Jurczyka, patrzyła mu na ręce, jakby spodziewała się dostrzec na nich lepkie ślady żywicy.

Wypadek, szpital, kradzież jodełki – według Zuzanny pula świątecznych nieszczęść przysługująca mieszkańcom bloku przy ulicy Weissa 5 została już wyczerpana i teraz pozostało cieszyć się niepowtarzalną atmosferą Gwiazdki. A temu z pewnością sprzyjałoby wspólne kolędowanie na podwórku. Niestety, wszystko wskazywało na to, że ani Anna, ani Monika, ani tym bardziej pochłonięta opieką nad dzieckiem Marzena nie zechcą wygospodarować czasu, aby je zorganizować. Zuzanna popadła w przygnębienie.

Aby poprawić sobie humor, postanowiła zadbać o klimat w mieszkaniu i przygotować świąteczne dekoracje. Włączyła składankę przebojów z nieśmiertelnym Last Christmas na czele i przysunęła sobie wiklinowy koszyk z igliwiem, jemiołą oraz posrebrzonymi witkami wierzby mandżurskiej. Wprawnymi ruchami łączyła gałązki z dodatkami z pudełka, wiązała wymyślne kokardki, mocowała świeczki i słodkie figurki, hojnie sypała srebrnym oraz złotym brokatem, aż drzemiąca w koszyku Nuda parsknęła gniewnie i ostentacyjnie opuściła kuchnię, by poszukać spokojniejszego miejsca do odpoczynku.

Zuza popatrzyła w ślad za suczką, a potem opuściła wzrok na kompozycję, którą zdobiła właśnie plastrami suszonej pomarańczy, i jęknęła. Nie, to nie to! Rozbebeszyła stroik na czynniki pierwsze i ponownie zaczęła je łączyć. Poddała się za czwartym razem, odepchnęła od siebie gałązki i ozdóbki, a następnie oparła brodę o zaciśniętą pięść i żałośnie pociągnęła nosem.

Nie była sobą.

Nie potrafiła sklecić najprostszej dekoracji. Cokolwiek zrobiła, wydawało jej się sztuczne, bezbarwne i nijakie. Krótko mówiąc: ble, ohyda!

I jak ma poczuć klimat nadchodzących świąt? Nawet herbata była lodowata i paskudna, a goździki zgrzytały między zębami jak ziarenka piasku na źle wypłukanej marchewce!

Zuzanna Fijus nie należała jednak do kobiet, które łatwo się poddają. Gdy jej pralka nie radziła sobie z plamą po czerwonym winie, Zuza z błyskiem w oku nacierała na nią ze szczoteczką i tajemną miksturą. Na plamę, oczywiście, nie na Bogu ducha winną pralkę. Jeśli sałatka według nowego przepisu okazywała się mdła, Zuzanna doskonaliła recepturę do skutku, zmuszając członków rodziny do ciągłego próbowania i notowania wrażeń smakowych.

Skoro przygotowane dekoracje nie spełniały pokładanych w nich oczekiwań, należało poszukać ciekawych inspiracji i skomponować inne. Wyjątkowe. Cudowne. Nastrojowe. Takie, żeby na ich widok serce mocniej zabiło, nos wyczuł zapach lukrowanego makowca, a usta same ułożyły się do słów piosenki Pada śnieg.

Zuzanna znała narzędzie, które pomoże jej stworzyć dekoracje idealne.

Wyciągnęła rękę i przysunęła sobie smartfona. Dostała go od Kajetana na ostatnie urodziny. Aparat był błyszczący i wielki, Zuza – przyzwyczajona do zgrabnej, ale dość przestarzałej nokii – długo nie mogła do niego przywyknąć i szczerze mówiąc, nadal zdarzało jej się mylić go z pilotem do telewizora.

Miał jednak jedną niekwestionowaną zaletę: dostęp do internetu, a co za tym szło, również do wielu ciekawych aplikacji. Dotychczas Zuzie brakowało czasu, by z nich regularnie korzystać, teraz jednak bez wahania zarejestrowała się na Instagramie i zaczęła przeglądać barwne fotografie.

Pochłonięta zdjęciami wspaniale przystrojonych choinek, misternie zdobionych pierniczków, kubeczków z bałwankami eksplodujących gejzerami słodkich pianek i przytulnie udrapowanych szaliczków, w które wbrew przepisom przeciwpożarowym powtykano ozdobne słoje ze świecami, cukrowe laski i gałązki świerka, straciła poczucie czasu i oderwała się od szarej rzeczywistości. Nie zauważyła nawet, że do kuchni przyszedł dziwnie zmięty Kajetan.

– Co robisz? – stęknął jej nad uchem.

– A takie tam… – wymamrotała, notując w pamięci, by przy okazji najbliższej wizyty w supermarkecie zaopatrzyć się w nową filiżankę, koniecznie ze złotym brzegiem. – A ty jak się masz?

– Niespecjalnie – przyznał, krzywiąc się boleśnie i łapiąc za okolice lędźwi. A ponieważ żona nie zareagowała tak, jak powinna, dorzucił tonem skargi: – Korzonki.

– To świetnie – mruknęła Zuzanna, nie zaszczycając oburzonego Kajetana ani jednym spojrzeniem. – Jesteś głodny?

– Nie – odparł urażony Fijus, rzucając okiem na pustą płytę kuchenną.

– I dobrze. – Zuza kiwnęła głową. Nagle zreflektowała się, że mąż wgapia się w nią z dość głupawym wyrazem twarzy. Oderwała wzrok od poręczy schodów udekorowanych jedliną z dodatkiem złotych i szkarłatnych kokardek i spojrzała na niego spod zmarszczonych brwi. – Chciałeś czegoś?

– Nie – powtórzył Fijus i wyczłapał z kuchni, dla efektu kładąc lewą rękę nad pośladkami. Zuza odprowadziła męża wzrokiem, wzruszyła ramionami, po czym podniosła się z taboretu i wstawiła wodę na świeżą herbatę. Potem wróciła na miejsce za stołem i zatonęła w instagramowym świecie.

Kajetan

Rozdrażniony Fijus doczłapał do dużego pokoju i z jękiem opadł na nakrytą pasiastą narzutą wersalkę. Wysłużony mebel również jęknął, ale pogrążony w niewesołych myślach mężczyzna nie poświęcił mu najmniejszej uwagi. Ostrożnie uniósł stopy i ułożył się w pozycji leżącej, składając dłonie na brzuchu i ponuro wpatrując się w sufit.

Nuda, która parę chwil wcześniej zdezerterowała przed brokatowym obłokiem Zuzanny i zaszyła się w przytulnym rogu wersalki, warknęła ostrzegawczo. Była właściwie pieskiem łagodnym i bezproblemowym, ale wyrwana z drzemki ociekała serdecznością jak Sahara wodą. Fijus uświadomił sobie, że tym zachowaniem suczka przypomina Zuzannę. Słyszał przecież, jak to psy upodobniają się do swoich właścicieli, i pomyślał, że coś w tym jest.

Na szczęście po kilku ponaglających syknięciach (Kajtek), ponurych warknięciach (Nuda) oraz niemrawych wierzgnięciach nogami i łapami (Kajtek i Nuda) udało się wypracować kompromis. Fijus ułożył się wygodnie i przygryzł dolną wargę. Przez chwilę rozważał, czy nie zawołać do żony, by zaparzyła mu herbaty, ale ostatecznie zrezygnował. Zuzanna była jakaś nieswoja: nieprzytomna, zamyślona, siedziała zgarbiona nad smartfonem. Kajetan nie miał pojęcia, co Zuza w nim znalazła, ale wyglądała na tak zaangażowaną, że było wysoce wątpliwe, by porzuciła to na rzecz męża. Nawet umierającego.

Kajtek prowadził typowo siedzący tryb życia (Zuzanna czasem zarzucała mu zgryźliwie, że siedząco-leżący). Przez osiem godzin garbił się za biurkiem, by po powrocie do domu zapaść się w oparcie wersalki lub ulubionego fotela i oddawać swojej ulubionej aktywności – stukaniu palcem w przyciski na pilocie do telewizora, ewentualnie przewracaniu stron gazety lub książki. Brakowało mu ruchu i organizm coraz częściej o tym przypominał. Kręgosłup celował w tym najbardziej.

Jednak ból pleców to była pestka.

Kajtek znacznie bardziej cierpiał z powodu innej dolegliwości.

Bolało go serce.

Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie wcześniej. Listopadowe popołudnie było wyjątkowo paskudne, a do Kajetana jak rzep do psiego ogona przyczepił się katar. Walczył z nim mężnie długie godziny, aż w końcu zdecydował się zrobić to, co każdy szanujący się mężczyzna robi w takim przypadku: zadzwonił do żony i poskarżył się na przykrą dolegliwość. Jak na troskliwą żonę przystało, Zuzanna poradziła, by Kajtek urwał się z pracy nieco wcześniej, po drodze kupił coś do psikania, płukania, ewentualnie wąchania i szybko wracał do domu. Na koniec dodała, że ma coś, co rozgrzeje Kajetana w trzy sekundy, zachichotała jak pensjonarka i zakończyła połączenie.

Oczyma wyobraźni mężczyzna ujrzał Zuzannę witającą go w drzwiach w zwiewnej, delikatnej jak mgiełka i baaardzo prześwitującej koszulce i prowadzącą go do ciepłego łóżka. Nic więc dziwnego, że natychmiast rzucił się do pokoju szefa, poprosił o możliwość wcześniejszego wyjścia z pracy, po czym pognał na Weissa, zupełnie zapominając o sprejach, olejkach i innych ustrojstwach mających wyzwolić go z okowów kataru. Kiedy dotarł pod drzwi oznaczone numerem piątym, drżącą ręką nacisnął przycisk dzwonka i oblizując się nerwowo, nasłuchiwał kroków żony.

Na widok Zuzy mina Kajetana zrzedła. Żona miała na sobie domową sukienkę i kapcie, do tego marszczyła gniewnie brwi.

– Myślałam, że to znowu ci akwizytorzy sprzedający bombki. Byli tu już trzy razy i naprawdę mogliby trzymać się jednej wersji. Za pierwszym razem zbierali pieniądze dla potrzebujących dzieci i kupiłam trzy pudełka, ale potem pojawili się po raz kolejny i tym razem… – urwała i spojrzała na Kajetana podejrzliwie. – Zapomniałeś kluczy?

Rozczarowany Kajtek tylko potrząsnął głową i bez słowa przecisnął się obok niej do przedpokoju. Nie zamierzał się przyznać, że w jego wizji dzwonił do drzwi, a ona w tej prześwitującej koszulce… Ech, nieważne. Przełknął ślinę, zdjął płaszcz i już chciał go odwiesić, gdy poczuł na ramieniu uścisk żony. Zuza przycisnęła się do niego i szepnęła do ucha:

– Mam dla ciebie niespodziankę. Przyjdź do kuchni. Będziesz zachwycony!

Kajtek skinął głową. Nie łudził się już, że zastanie żonę seksownie opartą o kuchenny stół, w fikuśnym fartuszku (posiadała taki i kiedy miała dobry humor, wkładała go czasami do łóżka). Może więc chociaż powita go rozgrzewającym rosołem? Albo drobiową galantyną? Kajtek uwielbiał galantynę, Zuzanna jednak czuła do niej wybitne obrzydzenie i przyrządzała jedynie przy wyjątkowych okazjach. Jak wtedy, gdy otwierała szufladę komody i przydzwoniła mu gałką w klejnoty, barwiąc je na wyjątkowo intensywny odcień fioletu.

Tak, przy galantynie Kajtek mógłby zapomnieć o zapchanym nosie i rozczarowaniu wynikającym z faktu, że Zuzanna ma na sobie zwyczajną sukienkę i najwyraźniej wcale nie myślała o położeniu go do łóżka.

Wstąpił do łazienki, by opłukać ręce, i uśmiechając się pod nosem, ruszył do kuchni. Po drodze starał się łowić kuchenne zapachy, co ze względu na kondycję narządu węchu nie było takie łatwe. Mimo wszystko udało mu się wywęszyć kilka apetycznych woni, więc do kuchni wkroczył, zacierając ręce z zadowolenia.

W progu stanął jak wryty. Wytrzeszczonymi oczyma wpatrywał się w stół, przy którym na co dzień spożywali posiłki, i czuł, jak jego twarz ogarnia jakaś płonąca chmura. Po kilku sekundach wyrwał się z letargu na tyle, by oderwać stopy od podłogi i zbliżyć się do krzesła, na którym zawsze siadał.

Tego dnia zajmował je pryszczaty młodzian z grzywą zafarbowanych na bordowo włosów opadających na oczy. Kajetan uczepił się tej grzywy jak rozbitek tratwy ratunkowej.

– Widzę, że do Agatki przyszła koleżanka… – zaćwierkał pozornie beztroskim tonem.

Pod wpływem gwałtownego rumieńca twarz właściciela grzywki upodobniła się kolorystycznie do włosów. Agata zaczęła unosić się zza stołu z wściekłą miną, ale siedząca obok Zuzanna w porę złapała ją za rękę i usadziła na miejscu.

– To Alan – dokonała prezentacji, a pryszczaty nastolatek błyskawicznie zerwał się na równe nogi, niemal zasalutował, po czym równie szybko opadł na siedzisko i złapał łyżkę. Stropiony Kajetan zarejestrował wymiętoloną bluzę z kapturem i wyjątkowo obcisłe jeansy opinające szczupłe biodra. – Chodzą z Agatką do jednej klasy.

Kajtek obrzucił ponurym spojrzeniem najpierw Alana, a potem talerz rosołu, który ten właśnie pochłaniał z wielkim apetytem, i to siedząc na miejscu Kajetana. Fijus zgrzytnął zębami i uśmiechnął się do młodziana nieszczerze. Zza zasłony bordowych kosmyków błysnęło jedno oko. Nad górną wargą przykleił się strzępek natki.

– No kto by się spodziewał gości tak w środku tygodnia…

– Przecież ci powiedziałam, że mam niespodziankę! – Zuza zachichotała.

– Tak, ale sądziłem, że to będzie coś przyjemnego – mruknął Kajtek tak cicho, że nikt go nie usłyszał.

Zuza zmarszczyła brwi.

– Dlaczego stoisz jak słup soli? – zapytała rozdrażniona, unosząc się zza stołu. – Siadaj, zaraz naleję ci rosołu!

Kajetan po raz ostatni obrzucił spojrzeniem swoje ulubione miejsce i bez dalszych protestów opadł na niewygodny taboret. Oparł łokcie o stół i bez słowa przyglądał się, jak córka i ten cały Alan pałaszują żółciutki rosół. On jakoś stracił apetyt. Czuł, jak dopada go podły nastrój i nie miał on nic wspólnego z zapchanym nosem czy brakiem zwiewnej koszulki u żony…

Dlaczego za stołem w ich kuchni siedział ten patykowaty nastolatek z włosami wytarzanymi w tartych buraczkach? Po co Agata go przyprowadziła? Jego mała córeczka powinna się bawić z koleżankami, przebierać lalki, pleść warkoczyki albo robić inne bzdury, które lubią dziewczęta w tym wieku! Na pewno nie powinna się zadawać z takim, takim…

Zgnębiony Kajetan westchnął głęboko. Nagle poczuł, jak kręci go w nosie. W ostatniej chwili dobył z kieszeni chusteczkę, ale córka i tak obrzuciła go oburzonym spojrzeniem. Kichający ojciec to obciach, wtopa, siara… Dziewczyna ostentacyjnie odsunęła talerz z resztką zupy, a młodzian z bordową grzywą podążył jej śladem. Kajtek uśmiechnął się z ulgą. Skoro już podkarmili tego bordo chudzielca, może pójdzie sobie w chol… to znaczy do domu? Zniknie, a on, Kajetan, na powrót będzie mógł się cieszyć smakiem rosołu i podjąć walkę z przeziębieniem. Ale Zuzanna rozwiała jego nadzieje.

– Zjedzone? – Uśmiechnęła się do córki. – W takim razie idźcie do ciebie.

– Do ciebie? – Pospiesznie przełknięty rosół sparzył Kajtkowi gardło. Oczy zaszły mu łzami. Młodzi nawet nie zwracali na niego uwagi. Agata cmoknęła matkę w policzek, ten z bordowymi kłakami kłaniał się w pas. Zbulwersowany Kajetan prawie poderwał się z taboretu.

Zuza położyła dłoń na jego ramieniu w uspokajającym geście.

– Przygotowują się do jasełek – szepnęła. – Agata ma być Maryją, a Alan…

– Pewnie Józefem. – Fijus zgrzytnął zębami. – Nawet pasuje. Jak zetnie grzywkę i przyklei ją do gumki, będzie miał brodę jak marzenie.

Słowa Zuzanny poprawiły mu jednak humor. A więc spotykali się po to, by przygotować przedstawienie jasełkowe. Świetnie! Przynajmniej nie będą mieć czasu na głupoty, myślał, chlipiąc rosół z makaronem.

Zuza przysiadła obok, podparła brodę ręką i pokręciła głową.

– Ech, ta pierwsza miłość… – Wzdychała rozbawiona.

Wstrząśnięty Kajetan podniósł wzrok znad talerza i utkwił oczy w podśmiechującej się żonie. Usiłował zaprotestować, powiedzieć, że wcale mu się to nie podoba, ale ona tylko poklepała go uspokajająco po ręce i powiedziała:

– Musisz się pogodzić, że nasza córka dorasta. To już nastolatka! Ja w jej wieku… – paplała dalej Zuza, a Kajetan czuł, jak jego serce przygniata jakiś wielki głaz. Od tamtej pory często towarzyszyło mu wrażenie, że coś go dusi, ściska albo piecze. Objawy te nasilały się najczęściej, gdy w mieszkaniu pod numerem piątym zjawiał się chuderlawy Alan (a zjawiał się dość często) albo gdy Agata wychodziła z domu, by spotkać się z przyjaciółmi.

Tak jak tego sobotniego popołudnia.

Kajetan Fijus nerwowo poruszył się na wersalce, narażając się na powarkiwanie przebudzonej Nudy. W dole jego pleców zapulsowało boleśnie. Kajtek pomyślał, że czuje się staro. Tak, to było najlepsze określenie. Ponownie rozważył możliwość poproszenia o herbatę. Tym razem stwierdził, że to dobry pomysł.

– Kochanie… – zawołał słabym głosem.

Odpowiedziało mu milczenie. Krzyknął więc głośniej, potem jeszcze głośniej. W końcu spuścił stopy na dywan, wzuł kapcie i poczłapał do kuchni. W drzwiach zatrzymał się i obrzucił zirytowanym spojrzeniem siedzącą za stołem żonę. Zuzanna pochylała się nad smartfonem, przygryzając końcówkę długopisu. Przy jej prawym łokciu spoczywały rozbebeszony piórnik i notatnik z zabazgraną stroną. Po podłodze walały się gałązki igliwia, rozdeptana szyszka i szpulka srebrnego druciku.

Kajtek na wszelki wypadek złapał się nad lewym półdupkiem i przyoblekł proszący uśmiech.

– Napiłbym się herbatki… – zaskamlał.

Zuza spojrzała na męża nieprzytomnie, ale zaraz ożywiła się i wyciągnęła w jego stronę pusty kubek.

– O, ja też! Tylko nie parz tej w torebkach, dobrze? Weź dzbanek z zaparzaczem…

– Ale jak to? – Wybałuszył oczy.

Zuzanna wzruszyła ramionami.

– Normalnie. Grudzień się zaczął. Przecież w grudniu specjalnie kupuję tę mieszankę z pomarańczą, kardamonem i suszonym jabłkiem! Nic mnie tak nie wprawia w świąteczny nastrój jak dobra herbata – powiedziała, po czym zachichotała i dodała: – No, może poza zapachem piernika. I pakowaniem prezentów. I przygotowywaniem stroików, i tymi cudownymi piosenkami…

Kajtek westchnął i obrzuciwszy Zuzę ponurym spojrzeniem, sięgnął po czajnik i nalał do niego wody. Przetrząsając kuchenną szafkę w poszukiwaniu dzbanka, usłyszał jeszcze:

– Trzeba zaparzyć cały dzbanek, bo dzieci zaraz wrócą ze spaceru. Muszą się rozgrzać. Ten Alan nigdy nie nosi czapki. Ech, ta młodość! Na siłę musi zaimponować, a uszy fioletowe!

Kajtek dostrzegł dzbanek na wyższej półce i wspiął się na palce, by po niego sięgnąć. W tej samej chwili poczuł przeszywający ból w dole pleców.

Młodość musi zaimponować, niech to szlag, a starość? Starość musi przypomnieć, gdzie miejsce człowieka, zapłakał w myśli. Kajtek nasypał do dzbanka porcję herbaty, zalał wrzątkiem i nie czekając na porcję smacznego naparu, pokuśtykał w kierunku wersalki. Odechciało mu się herbaty.