Do zakochania jeden rok - Joanna Szarańska - ebook
Opis

Zojka nareszcie znalazła wymarzoną pracę w redakcji i liczy na odrobinę spokoju. Ale wszystko, co dobre, szybko się kończy…

Gdy początkująca dziennikarka goni za newsami, do których jeszcze nie dotarł konkurencyjny tygodnik, gorący temat trafia się bardzo blisko. Za blisko! Zaginięcie ukochanej babci sprawi, że Zojka nie cofnie się przed niczym. Zostanie klientką biura matrymonialnego, napadnie mrugającego donżuana, a nawet spróbuje… karpackiej kuchni! W poszukiwania zaangażuje się również aspirant Chochołek, który po cichu liczy na to, że przy okazji znajdzie swoją drugą połówkę. Zojkę czekają randki w ciemno z całą galerią osobliwych podrywaczy z Wadowic, bo jej babcia przed zaginięciem podobno kogoś poznała…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Joanna Szarańska, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografie na okładce: © vlad_star | Depositphotos

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-996-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dla Grzesia

Ja też wierzę w istnienie drugiej połowy,

z drugą połową meczu na czele ;)

• ROZDZIAŁ PIERWSZY•

– Pół kilo parówek bez osłonek. Dwadzieścia deko łopatki mielonej. I dwa kotlety bez kości. Świeże?

Brwi młodej kobiety powędrowały w górę i zastygły w oczekiwaniu na odpowiedź. Korpulentna ekspedientka w białym fartuchu, z natapirowaną grzywą przykrytą sztywnym czepkiem, pośliniła palec wskazujący, wyłuskała z paczki foliowy woreczek i przechyliła się przez ladę, by sięgnąć do stalowej misy po zmielone mięso. Posłała przy tym w kierunku młodej klientki mordercze spojrzenie, od którego ta powinna pokryć się lodowatym potem, porzucić zamiar konsumowania jakiegokolwiek mięsa i w try miga przejść na wszelkie odmiany „-anizmu”.

– U nas zawsze jest świeże! – huknęło zza szklanej szyby.

Klientka skrzywiła się lekko.

– Ja wiem, ale babunia każe pytać. Nie chciałaby pani znaleźć się w mojej skórze, gdyby nie było.

– Babunia! – sapnęła ekspedientka, packając woreczkiem z mięsem na wagę. – Niech się szanowna babunia nie martwi! Zjecie obiadek, że palce lizać! – Cmoknęła.

Kupująca poczuła, że od odgłosów cmokania, widoku sprzedawanych specjałów i zapachu sklepu mięsnego robi jej się niedobrze, ale na szczęście właścicielka natapirowanej grzywki już wołała o należność. Pospiesznie zaczęła przetrząsać kieszeń w poszukiwaniu pieniędzy.

– Gdyby chodziło o nasz obiadek, toby się babunia tak nie przejmowała. To dla kota – wyjaśniła, podając sprzedającej odliczoną kwotę.

Kobieta zmierzyła pełnym dezaprobaty wzrokiem najpierw podawane pieniądze, następnie wyciągniętą rękę, a na końcu klientkę, która wyraźnie pobladła i z zaciśniętymi w wąską kreseczkę ustami niecierpliwie potrząsała banknotem. Takie są te młode teraz, sarknęła w myśli. Siedzą przed komputerami, na słońce nie wyjdą, blade to i mizerne! A jakie przy tym nerwowe! Nie postoją w spokoju minuty! Pokręciła głową zniesmaczona, równocześnie poprawiając czepek zsuwający się na lewe ucho, podrapała wilgotne od potu czoło i wyciągnęła rękę po pieniądze. Młoda kobieta jakby tylko na to czekała. Złapała uchwyty niebieskiej jednorazówki, obróciła się na pięcie i już jej nie było. Przystanęła jeszcze na chodniku, by wsunąć zakupy do dużej materiałowej torby, i po chwili zniknęła, pochłonięta przez tłum ludzi sunących ulicą Zatorską.

Ekspedientka spojrzała na kolejną osobę w kolejce.

– Ja te babunie znam. Kotlecik dla kota, renta dla proboszcza, a na obiad ziemniaki z kefirem. Co podać szanownej pani? Łopateczkę mamy w promocji i skrzydełko z kurczaka. Świeżutkie, świeżutkie…

Zojka Tuszyńska odetchnęła głęboko parnym, popołudniowym powietrzem, powtarzając sobie w myśli, że dla jej zmysłu powonienia to najprawdziwsza ambrozja. Po smrodku jakby rodem ze starej masarni zapachy wadowickiej ulicy urzekały rześkością niczym mroźny grudniowy poranek.

Młoda kobieta sięgnęła do niedużej listonoszki przewieszonej przez prawe ramię, wydobywając z niej materiałową torbę często określaną mianem ekologicznej. Zojka nie czuła się zbytnio związaną z ideą ekologii, a jej wkład w ratowanie planety ograniczał się do segregowania domowych odpadów do kolorowych worków i psioczenia na smród unoszący się z kominów spalających śmieci sąsiadów, niemniej ze swoją materiałową torbą nigdy się nie rozstawała. Wydarzenia z przeszłości sprawiły, że ona – niegdyś miłośniczka wielgachnych torebek, dziś unikała ich jak ognia, a niezbędny dobytek, czyli pieniądze, smartfona i klucze, najchętniej nosiła w kieszeni. Czasami jednak zdarzało się, że musiała zrobić większe zakupy i wtedy materiałowa torba była jak znalazł. A że nie mieściła się w kieszeni spodni, a przynajmniej nie w estetyczny i dyskretny sposób, Zojka musiała pogodzić się z koniecznością noszenia niewielkiej torebki na pasku.

Zapakowawszy sprawunki ze sklepu mięsnego do torby, Zojka przerzuciła ją przez drugie ramię i wolnym krokiem ruszyła w kierunku rynku. Wtorkowe popołudnie było pogodne i ciepłe. Zastępy dzieciarni obległy szumiącą na kamiennej płycie fontannę, a zadowoleni z siebie turyści obsiedli kawiarniane ogródki, korzystając z ostatnich dni wakacji i zajadając słynne papieskie kremówki.

Na widok obficie posypanych cukrem pudrem ciastek Zojka poczuła nawracające mdłości, więc szybko wyminęła rozstawione stoliki i ustawiła się w kolejce po lody sprzedawane na gałki. Ze słodkim przysmakiem w dłoni ruszyła w kierunku stacji kolejowej. Pracowity dzień dobiegł końca i nareszcie mogła wrócić do domu. Na samą myśl uśmiechnęła się pod nosem.

Domek babuni Łyczakowej stał się dla niej najprawdziwszym azylem. I pomyśleć, że kiedy przed kilkoma miesiącami zjawiła się w Lipówce, zamierzała jedynie spełnić prośbę rodziców i skontrolować, co wyprawia dziarska staruszka. To miała być również krótka chwila oddechu od niepowodzeń zawodowych, po której planowała powrócić do dawnego życia w Krakowie. O tym, że chcieć nie zawsze znaczy móc, przekonała się w chwili, gdy za sprawą podrzuconego zawiniątka została wplątana w aferę kryminalną, i to żadne tam przemyty czy inne narkotyki, ale w najprawdziwsze makabryczne morderstwo! Dla dobra śledztwa musiała pozostać w rodzinnej miejscowości na dłużej i podjąć pracę – udawaną, bo udawaną, ale jednak – w „Kronice Wadowickiej”. Po zakończeniu dochodzenia właściwie mogła powrócić do niewielkiej kawalerki i codziennego przetrząsania rubryki z ofertami pracy w lokalnych dziennikach, ale jakoś straciła do tego zapał. Towarzystwo babuni Łyczakowej gwarantowało moc wrażeń, atmosfera domku na wzgórzu wprawiała ją w błogi nastrój, a w dodatku nareszcie znalazła zatrudnienie. I to wcale nie u tego bubka Kordeckiego, redaktora – niech go szlag! – „Kroniki Wadowickiej”. No i jak miała wyjechać z Lipówki, skoro przygarnęła kota?

Choć zważywszy na okoliczności, w jakich rudy kocurek pojawił się w domku na wzgórzu, należałoby raczej stwierdzić, że to ona została przygarnięta. Nie było dnia, by Filip nie przypomniał, jak wielką łaskę okazał, zajmując miejsce na jej łóżku. Na dodatek babunia czyniła wszystko, by utwierdzić uparte kocisko w przekonaniu o jego wyjątkowości, podsuwając pod rudo-różowy nosek to filecik z kurczaczka, to szynkę wieprzową. Zmieloną, oczywiście. Dwukrotnie.

Na myśl o babuni Łyczakowej Zojka przyspieszyła kroku. Oj, źle by było, gdyby spóźniła się na pociąg i musiała łapać busa do Lipówki! Zbliżając się do przejścia podziemnego pod ulicą Piłsudskiego, przypomniała sobie, że redaktor Markowska prosiła, by napisała kilka słów na temat muralu, który z inicjatywy burmistrza powstał w tym ponurym miejscu.

– „Wadowicka” jeszcze o tym nie pisała, będziemy pierwsi! – Szefowa gorączkowała się, a Zojka entuzjastycznie kiwała głową. – Napiszesz tekst, zrobisz zdjęcia i poprosisz burmistrza o komentarz. W internecie pojawiły się pierwsze niepochlebne opinie i zarzuty, że za dużo to kosztowało. Niech się wypowie.

„Głos Wadowic” był nowym tytułem prasowym, który zadebiutował przed dwoma miesiącami i od razu podjął zaciętą rywalizację z „Kroniką Wadowicką”. Gdy Zojka zanosiła swoje CV do redakcji przy ulicy Zatorskiej, nie liczyła na cud. Jednak ku swemu zdziwieniu natychmiast została przyjęta. Szybko odkryła dlaczego. Marta Markowska, redaktor naczelna „Głosu”, była doskonale poinformowana o okolicznościach jej chwilowej pracy w „Kronice Wadowickiej” i napiętej relacji z redaktorem Kordeckim. Nie tracąc czasu i energii, zażądała szczegółowych informacji na temat konkurencji, począwszy od składu zespołu, na modelu czajnika elektrycznego w pokoju socjalnym skończywszy.

Pomijając ten niezbyt fortunny start, Zojka musiała przyznać, że współpraca z Markowską układa się pomyślnie. Szefowa była kreatywną osobą, z głową pełną świeżych pomysłów i wizją nowoczesnej gazety, która staje się numerem jeden na lokalnym rynku. Nie bała się odważnych tematów i zachęcała Zojkę do rozmów z mieszkańcami i poszukiwania ciekawych informacji. Nakład z tygodnia na tydzień rósł, a Tuszyńska coraz rzadziej wspominała o powrocie do Krakowa… Na dodatek na samą myśl, że stoją z Kordeckim po dwóch różnych stronach dziennikarskiej barykady, czuła w całym ciele przyjemne mrowienie, którego nie umiała i nie chciała wyjaśniać.

– Mural – mruknęła pod nosem, przekładając wafelek z lodami do drugiej ręki i sięgając do torebki po smartfona. – Zrobię kilka zdjęć, póki jest dobre światło, i napiszę o nim jeszcze wieczorem. A jutro wezmę lepszy aparat i strzelę fotkę do gazety. I umówię się z burmistrzem…

Nie patrząc przed siebie, grzebała w listonoszce w poszukiwaniu telefonu. Złośliwe urządzenie znowu się schowało. Wydawać by się mogło, że w niewielkiej torebce łatwiej wszystko znaleźć, ale jej torebka oczywiście musiała złośliwie temu przeczyć. W końcu Zojka odkryła, że w podszewce zrobiła się dziura i smartfon dostał się do środka. Z trudem wsunęła w otwór dwa palce i wymacała urządzenie. Teraz pozostało tylko je wyciągnąć i…

Skupiona na niełatwej misji, nie patrzyła, gdzie idzie, i z impetem weszła wprost w stojącą w przejściu osobę. Siła uderzenia sprawiła, że odbiła się jak piłka i opadła na pupę ze zduszonym okrzykiem. Torba z zakupami potoczyła się po chodniku z kostki brukowej, a parówki bez osłonek obklejone folią spożywczą poturlały się w kierunku dworca PKS. Oszołomiona Zojka oswobodziła palce z podszewki listonoszki i zaczęła zbierać kocie przysmaki. Zaraz, zaraz, czegoś mi jeszcze brakuje, myślała, pocierając czoło lepkimi palcami. Przecież miałam…

Spojrzała w górę na osobę, która poprzez zatarasowanie przejścia przyczyniła się do nieprzyjemnego upadku. Zamierzała uraczyć delikwenta kilkoma uszczypliwymi komentarzami, jednak na widok stojącego nad nią mężczyzny zamarła z uchylonymi ustami.

Twarz redaktora Marcina Kordeckiego wykrzywiła wściekłość. W zaciśniętej gniewnie pięści ściskał pasek wielkiego aparatu fotograficznego, którym z pewnością dokumentował nowy wadowicki mural. Przecież nic takiego się nie stało, chciała wykrzyknąć. A potem spuściła wzrok nieco niżej i zaklęła pod nosem.

W tej samej chwili wafelek z resztką lodów waniliowych, sterczący groteskowo na wysokości rozporka redaktora, oderwał się i opadł na chodnik z cichym plaśnięciem.

– Nudno jakoś u nas – marudziła babunia Łyczakowa, wachlując się złożoną gazetą. Zojka wsunęła do ust ostatniego ziemniaka, odsunęła talerz i odkaszlnęła lekko. Na wspomnienie incydentu w przejściu podziemnym i późniejszej jazdy pociągiem z ponurym jak chmura gradowa Kordeckim, osłaniającym futerałem na aparat zaplamione krocze, poczuła, że robi się jej gorąco. Ona nie mogła narzekać na nudę, co to to nie!

Zerknęła pod stół, gdzie właśnie toczyła się niema wojna. Rude kocisko zataczało ósemki wokół nóg mebla, omiatając wszystko dumnie wyprężonym ogonem. Przy okazji ocierało się także o nogi siedzących za stołem kobiet, pragnąc zwrócić ich uwagę na fakt, że miseczka stojąca w bliskim sąsiedztwie lodówki od paru minut pozostaje pusta. Bo przecież tych trzech samotnych chrupek i zeschniętej skórki od chleba nie sposób uznać za wystarczającą kocią rację żywieniową!

Przechadzkom Filipa z groźnie opuszczonym łbem przyglądał się Burek. Wieloletni towarzysz babuni Łyczakowej opracował swój własny sposób pozyskiwania przysmaków ze stołu, polegający głównie na cierpliwym oczekiwaniu, aż biesiadujący zapomni się na tyle, by opuścić pod obrus rękę z trzymaną kanapką lub innym rarytasem. W takiej sytuacji następowało delikatne przejęcie jedzenia. Pies zlizywał lub ostrożnie zdejmował z chleba to, co akurat mu się spodobało. I tym właśnie sposobem konsument mógł ze zdumieniem odkryć, że na kanapce z szynką po szynce ani śladu, a chleb z dżemem truskawkowym jest najzwyklejszą – tyle że mocno obślinioną – kromką. Niestety, pojawienie się w domku na wzgórzu nowego lokatora całkowicie niweczyło Burkowe zakusy. Filip tak usilnie przypominał o swoim istnieniu i obecności pod stołem, że nawet gapowata Zojka trzymała ręce przy sobie.

– Nic się nie dzieje! Zupełnie nic! – biadoliła dalej staruszka. – Dawniej, gdy pracowałaś w „Kronice”, to przynajmniej opowiadałaś o różnych takich banialukach, a teraz? Tajemnica zawodowa cię trzyma czy ki diabeł?

– Niee… – Zojka potrząsnęła głową z lekkim uśmiechem.

– I Chochołek wpadał na ciasto drożdżowe. Dlaczego już nie wpada?

– Może dlatego, że już nie podejrzewa mnie o ćwiartowanie zwłok.

– Mógłby – oznajmiła z westchnięciem babunia. – Tak przyjemnie było posłuchać głupot. Przebywając sam na sam w swoim towarzystwie, człowiek idiocieje od tej mądrości!

– Jeśli chcesz posłuchać głupot, włącz telewizor – poradziła życzliwie wnuczka.

– A ty to od razu człowiekowi tak źle życzysz! Zosia też nie zajrzy…

– Jest zajęta przygotowaniami do wesela. Poza tym może jej trochę łyso, że była kochanka jej narzeczonego próbowała mnie ukatrupić?

– Nawet twoja matka się nie pokazuje.

– Bo wie, że pilnuję, by siekierka była dobrze schowana.

– Generalnie jest do du… – urwała raptownie i zamachała niecierpliwie trzymaną w ręce gazetą. – Już wiem!

Zojka poczuła nagły niepokój. Kiedy na policzkach babuni Łyczakowej pojawiały się tak intensywne rumieńce, oddech przyspieszał, a ona sama niemal podskakiwała na poduszce wyściełającej drewniane krzesełko, należało zwietrzyć kolejny szatański plan i mieć się na baczności. Nie bez powodu do staruszki przylgnęła opinia nieobliczalnej, a o jej wyczynach z siekierką krążyły po powiecie wadowickim coraz wymyślniejsze legendy!

– O co chodzi? – zapytała nieufnie.

– Odwiedzę notariusza!

– Nie rozumiem. – Zdezorientowana wnuczka potrząsnęła głową.

– No jak możesz nie rozumieć? Przecież to oczywiste! Czym zajmuje się ta hiena, notariusz?

Dla babuni Łyczakowej wszyscy urzędnicy, politycy i inni kończący się na „-cy”, poza elektrykami i hydraulikami, byli hienami. Zojka ponownie potrząsnęła głową, tym razem nad zaczepno-obronnym tonem staruszki. Znała go aż za dobrze!

– No przecież, że testamentami! Odwiedzę takiego krwiopijcę od spadków i od razu rozniesie się po rodzinie, że chałupę na ciebie przepisuję. Przylecą tu, jakby się paliło, i będę mogła wydobyć moją siekierę… – kontynuowała z rozmarzeniem.

– Siekiera jest dobrze ukryta! – wtrąciła szybko Zojka.

Babunia posłała jej kose spojrzenie.

– Żeby na stare lata człowiek nie mógł zdecydować, kiedy rozszczypać drewna na rozpałkę…

– Na rozpałkę to ja ci chrustu nazbieram – zaoferowała się wnuczka. – Poza tym sierpień jest! A ty masz kuchenkę gazową i nie musisz w ogóle w piecu palić!

– Tak czy siak znajdę tego notariusza – stwierdziła staruszka, wertując gazetę w poszukiwaniu działu ogłoszeń. – Tak na przyszłość. Nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi przyda na stare lata – tłumaczyła ze znaczącym uśmiechem, który powiedział Zojce, że babunia Łyczakowa i tak wprowadzi swój plan w życie i nie ma sensu stawać jej na drodze. Spracowany palec w zawrotnym tempie przesuwał się po kolejnych rubrykach z anonsami. Nagle znieruchomiał.

– Ooo, a to ciekawe…

– Co? – Zojka, która właśnie rozważała w myślach, czy lody waniliowe pozostawiają po sobie trwałe plamy, wróciła do rzeczywistości i spojrzała z zaciekawieniem na zaaferowaną staruszkę. Babunia gwizdnęła przeciągle, a Burek natychmiast zmaterializował się u jej stóp, po drodze taranując oburzonego takim traktowaniem Filipa. Sękaty palec wskazał odpowiednie miejsce w gazecie.

– Tylko spójrz!

Zojka zerknęła i również zagwizdała, jednak tak nieudolnie, że pies posłał jej tylko pobłażliwe spojrzenie. Kobiety pochyliły się nad informacją. Burek spojrzał na opiekunki, a przekonawszy się, że ich uwagę całkowicie pochłonęła czytana gazeta, wspiął się na tylne łapy, przednie oparł o blat stołu i ostrożnie uchwycił zębami wystające z półmiska udko z kurczaka. Niezauważony przez ludzi i odprowadzony żałosnym kocim miauknięciem, dał susa do ogrodu.

– Biuro matrymonialne „Do Zakochania Jeden Rok”? A cóż to znowu za cholerstwo? – zdumiała się Zojka. Nie miała pojęcia, że w Wadowicach działa biuro matrymonialne, i to jeszcze pod tak szumną nazwą. Babunia Łyczakowa wpatrywała się w zajmujące pół strony ogłoszenie jak urzeczona. – I dlaczego jeden rok, powinno być krok, prawda?

– Może się im omsknął palec. Tak jak mnie, gdy dzwoniłam po pogotowie, a dodzwoniłam się do straży i piętnaście jednostek do Guzikowej ściągnęłam!

Zojka pokiwała głową z politowaniem. Anegdota o straży pożarnej, która przybyła do kontuzjowanej sąsiadki nawet z Andrychowa, weszła już w zbiór ulubionych opowiastek dziarskiej staruszki. Była też jedną z najbarwniejszych historii przytaczanych przez babunię, rzecz w tym, że za każdym razem była coraz mocniej koloryzowana. Zojka podejrzewała, iż w okolicach Bożego Narodzenia do niedużego domku Leokadii Guzik zawita cały oddział BOR-u, zawezwany – oczywiście przypadkowo – przez babunię Łyczakową.

– Może to literówka.

– A może się zabezpieczają? Że niby mają aż rok, aby znaleźć dla ciebie tego jednego wymarzonego? Żeby potem nie było, że minął tydzień, a ty nadal bez obrączki na palcu? Albo chociaż pierścionka?

– No, też możliwe – zgodziła się Zojka. Nagle potrząsnęła głową zdumiona. – Zaraz, zaraz, dlaczego ja?

– A co, ja? – zapytała z oburzeniem staruszka. – Kto wie, co ciekawego by ci tam znaleźli. Jesteś młoda i ładna. A przynajmniej młoda. Znaczy ładna – plątała się babunia. Nagle bezceremonialnie zwinęła gazetę w rulon i cisnęła do paczki na węgiel. – Dość tych głupot, na rozpałkę będzie jak znalazł. Głodna jeszcze jestem, zjadłabym udko. Gdzie jest udko?!

Zojka wzruszyła ramionami. Babunia rozejrzała się nerwowo po kuchni, ale poza pomiaukującym kotem, okupującym okolice lodówki, nie zlokalizowała nic interesującego. Policzyła w myśli i natychmiast zdemaskowała winowajcę. Z groźną miną pogroziła pięścią nieobecnemu Burkowi i zajęła się sprzątaniem ze stołu. Zojka pomogła pozbierać naczynia, a nawet próbowała zacząć zmywać, ale została przepędzona. Staruszka w stylonowym fartuszku i z „O mój rozmarynie” na ustach raźno chwyciła butlę ludwika i ostrą myjkę. Młodej – a przynajmniej ładnej – dziennikarce nie pozostało nic innego, tylko sięgnąć po laptopa i poszukać spokojnego miejsca, w którym mogłaby napisać artykuł o kolorowym muralu zdobiącym ściany podziemnego przejścia.

Podczas tworzenia tekstu jej myśli szybowały jednak nie wokół farb i kolorowych projektów, ale lodów waniliowych i elementów męskiej garderoby.

Aspirant Paweł Chochołek przechadzał się po wadowickim rynku, niemrawo skubiąc obwarzanka z makiem. Każdemu skubnięciu towarzyszyło żałosne westchnięcie i równie żałosne spojrzenie rzucane przechodzącym ludziom. Tak naprawdę to aspirant nie lubił obwarzanków z makiem, ale sprzedawca stojący na rogu nie miał już jego ulubionych precli z dodatkiem soli. Policjant przyjął to z ponurą rezygnacją i zadowolił się innym wariantem chrupkiej przekąski. Powoli przyzwyczajał się do faktu, że ostatnio nic nie przebiegało tak, jak by sobie tego życzył.

Otóż aspirant Chochołek wracał właśnie do pracy po zasłużonym dwutygodniowym urlopie. Urlop ów naturalnie również nie wyglądał tak, jak wyobrażał sobie spragniony chwili wytchnienia policjant.

Część odpoczynku stróż prawa zdecydował się poświęcić na najprawdziwsze wczasy, jednak biuro turystyczne zbankrutowało, zanim zdołał rozgryźć różnicę pomiędzy first a last minute. Bankructwa biur podróży były w kraju na porządku dziennym, ale żeby mieć takiego pecha? Inne biura to przynajmniej bankrutowały, kiedy ich klienci byli na wczasach i mogli chociaż dużym palcem pomacać złociste piaski i turkusowe fale. A biuro wybrane przez Chochołka musiało naturalnie zbankrutować, gdy on był jeszcze w domu! Piasku i fal mógł dotknąć jedynie wtedy, gdy rozkładał kolorowe foldery na parkiecie…

…żeby ochronić je przed zachlapaniem farbą. Bo po tym całym niepowodzeniu z biurem podróży stwierdził, że w takim razie poświęci urlop na odświeżenie mieszkania. Kupił więc farby, pędzle, wałki i folie. Rozłożył na parkietach barwne foldery z biura podróży, a futryny obkleił specjalną żółtą taśmą i czekał na zatrudnionego fachowca. A nawet trzech. Pierwszy nie przyszedł, bo wyjechał do Anglii. Drugi miał przyjść, ale ostatecznie wziął inną robotę, a trzeci nawet przyszedł, ale w czasie roboty zasnął i spadł z drabiny. W wyniku upadku skręcił nogę w kostce. Zdesperowany aspirant sam złapał za pędzel i wałek. Tak się zdenerwował, że w dwie godziny machnął duży pokój i pół kuchni. I właśnie wtedy zauważył, że chyba coś jest nie tak, bo zamiast kanarkowożółtych ścian wyszło mu coś między seledynem a limonką i bynajmniej żółknąć to nie chciało. Zdenerwowany dopadł do puszki z farbą, by przekonać się, że jakiś patałach źle oznaczył jej zawartość. W efekcie mieszkanie Chochołka, a przynajmniej jego lwia część, świeciło bardziej niż neonowe kamizelki służb porządkowych.

Wytrzymać w takich ścianach nie sposób, więc biedny aspirant starał się jak najwięcej czasu spędzać poza domem. Najlepszym pomysłem wydał mu się choćby krótki wyjazd na ryby, więc zadowolony udał się do piwnicy, by skontrolować stan techniczny sprzętu wędkarskiego. Na miejscu przekonał się, że tak naprawdę sprawdzać już nie ma czego. Piwnica należąca do Chochołka została splądrowana, sprzęt wędkarski skradziony, a jakby tego było mało, ktoś wielkimi kulfonami nagryzmolił mu na ścianie słowa: „ZŁAP MNIE JERZELI POTRAFIRZ”, a na koniec jeszcze się podpisał: „CHWDP”. Zdenerwowany aspirant ponownie złapał za wałek i farbę, a po chwili z przerażeniem uświadomił sobie, że właśnie przemalował piwnicę na znienawidzony zielonkawy kolor. Wyglądała jak jednorazowa chusteczka przy szczególnie uciążliwym katarze.

Jedyna nadzieja tkwiła w starym wędkarskim druhu, Staszku Jarzynie, z którym to nie raz i nie dwa wzajemnie pożyczali sobie różne akcesoria. Kiedy jednak Paweł Chochołek zapukał do drzwi przyjaciela, zaskoczony dowiedział się, że ten właśnie porzucił stan kawalerski i w dowód miłości dla świeżo zaobrączkowanej żony cały wędkarski dobytek wyniósł na śmietnik.

Rozżalony aspirant wymamrotał gratulacje i wrócił do domu, by oglądać powtórki Ojca Mateusza, marzyć o wielkim śledztwie i walczyć z migreną powodowaną jaskrawym otoczeniem. Nagle poczuł się stary i samotny, a do tego beznadziejny do kwadratu. Bo skoro nawet taki Staszek Jarzyna, który praktycznie nie miał włosów, nosił okulary jak denka od butelek i każde wypowiedziane zdanie poprzedzał chrumkaniem, znalazł swoją drugą połowę, a on, Chochołek, dzielił życie z kanarkiem, to chyba nie świadczyło zbyt dobrze o nim samym.

Zdecydował więc, że zacznie więcej spacerować, ograniczy słodycze, kupi porządną marynarkę i spędzi trochę czasu na świeżym powietrzu, by móc pochwalić się karnacją, jakiej pozazdrościłby mu nawet Orest Możejko. Stąd też codzienne spacery po wadowickim rynku, precelek na śniadanie i nowa sztruksowa marynarka, która tak piła go pod pachami, że chodził ze skwaszoną miną i wzdychał żałośnie. Gdybym choć żonę miał… pomyślał, gryząc obwarzanka i wpatrując się ponuro w ławkę, na której samotny emeryt rozkładał właśnie woreczek z okruchami dla koczujących na placu gołębi. Bo skoro istnieje pani Jarzynowa, to dlaczego miałoby nie być pani Chochołkowej? On przynajmniej nie chrumkał i wzrok miał niezgorszy, o bujnej czuprynie już nawet nie wspominając.

Zniechęcony aspirant okręcił się na pięcie i ruszył w kierunku Galicjanki. Już niemal dwa tygodnie nie miał w ustach nic słodkiego, należała mu się jakaś rekompensata. Poza tym, jeśli chciał być jak Orest Możejko, musiał od czasu do czasu usiąść w eleganckiej kawiarni na rynku i wypić kawę z malutkiej filiżaneczki, której zawartością pragnienia nie zaspokoiłby nawet kanarek Kleofas. Prawda?

Zmierzał w stronę kawiarni, ale nim zdołał dojść choć do ulicy, zatrzymał się jak wryty. Z wrażenia uchylił usta i kawałek obwarzanka potoczył się po chodniku wprost pod chude nóżki podskakującego ptaka. Oszołomiony Chochołek wpatrywał się w wielkie kolorowe zdjęcie na wystawie. „Znajdziemy dla ciebie drugą połowę” głosił podpis wprost pod krągłym biustem atrakcyjnej blondynki. Policjant podniósł wzrok i uśmiechnął się pod nosem.

Biuro matrymonialne „Do Zakochania Jeden Rok”.

Rok?

Idealnie.

Może na następne wczasy nie pojedzie już sam?

• ROZDZIAŁ DRUGI •

Pierwszy tydzień września minął, zanim Zojka zdążyła się spostrzec. Krążąc po Wadowicach, zauważyła pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni. Przy szkole, którą mijała codziennie w drodze do redakcji, znowu zapanował harmider. Kasztany porastające skwer przy placu Solidarności zaczęły gubić pierwsze kolczaste kule, a na placu targowym pojawiły się pękate dynie i wiązanki wrzosu w różnych wariantach kolorystycznych. Słońce zalewało miasto lekko przytłumionym, ciepłym światłem, jakby chciało powiedzieć: nacieszcie się mną, bo już niedługo zostanę przegonione przez chmury i deszcze. Zojka korzystała z tych złocistych promieni z wielką przyjemnością i starała się jak najwięcej czasu spędzać na świeżym powietrzu. Kupiła też doniczkę liliowego wrzosu i osłonkę z pomalowanej na biało wikliny, myśląc, jak pięknie będzie prezentować się nowa ozdoba na kuchennym stole w towarzystwie zapachowej świecy w białym lampionie.

Babunia przyglądała się zabiegom dekoracyjnym podejrzliwie.

– Dziwna moda, żeby płacić za coś, co można mieć za darmo. Za moich czasów po wrzos chodziło się do lasu!

– Za moich też! – Wnuczka zaśmiała się w odpowiedzi. – Ale wszystko pozarastane i nie jestem pewna, czy bym trafiła. A przecież przyjemnie tak powitać jesień z pięknym bukietem wrzosu na stole, prawda? – ćwierkała rozmarzona.

Babunia parsknęła gniewnie.

– Guzik prawda. Nie ma żadnej jesieni, lato jest!

– Ale…

– Ale to gatunek piwa.

– Bardzo śmieszne.

– Raczej mocne. Twój kuzyn przywiózł mi w prezencie z jakiegoś zagranicznego wyjazdu i połowę wyplułam. Oczywiście mu tego nie mów, był strasznie dumny z siebie, że sprawił babci taki szpanerski napitek.

Zojka machnęła ręką i zabrała wrzos do swojego pokoju, gdzie spoczął na toaletce i witał ją każdego dnia zaraz po przebudzeniu. Na babunię Łyczakową nie było mocnych. Musiała mieć ostatnie słowo i basta! Przynajmniej porzuciła temat biura matrymonialnego. Zojka odetchnęła z ulgą.

W przeciwieństwie do Zojki aspirant Paweł Chochołek nie potrafił cieszyć się urokami pierwszych wrześniowych dni. Chociaż od jego powrotu z urlopu minęło już trochę czasu, jakoś nie mógł wdrożyć się w codzienne obowiązki. W poniedziałek, 11 września, zniechęcony zajął miejsce za swoim biurkiem i zatopił się w aktach, które nie wiedzieć kiedy i po co, utworzyły całkiem pokaźny stosik. Kręcił się przy tym nerwowo, zupełnie jakby siedzisko jego krzesła nie zostało wyściełane sztucznym tworzywem, a wyjątkowo kłującym igliwiem.

Godziny przedpołudniowe upłynęły policjantowi na przeglądaniu akt bieżących spraw prowadzonych przez komendę powiatową. Nie było tego wiele. Rozbój pod sklepem monopolowym, jedna głowa roztrzaskana podczas awantury małżeńskiej i kradzież samochodu dostawczego spod dyskontu na obrzeżach miasta. Chochołek poczuł ogarniające go zwątpienie. Jak miał zostać wadowickim Orestem Możejko, skoro trafiały mu się same beznadziejne przestępstwa?

Rozmarzony aspirant cofnął się w myślach kilka miesięcy wstecz i przywołał wspomnienie sprawy Klaudii Szczypczyk. Takie śledztwo to rozumiał! Prawdziwa morderczyni, tajna operacja i dramatyczny wyścig z czasem, by zapobiec kolejnej makabrycznej śmierci. Jednak na tej jednej wyjątkowej sprawie również kładł się cień. Jej finał nie należał bowiem do wadowickich policjantów, ale do redaktora lokalnej gazety i Zojki Tuszyńskiej, która zdzieliła sprawczynię łopatą przez łeb.

Przydałaby się kolejna taka sprawa, dumał Paweł Chochołek, wpatrując się w przykurzone okno. Mógłbym się wykazać. Już nikt by nie powiedział, że ścigając przestępców, wadowicka komenda wysługuje się czwartą władzą!

Rozmyślania aspiranta przerwało stukanie. W uchylonych drzwiach pojawił się jeden z funkcjonariuszy. Za nim nerwowo dreptała niziutka kobieta o chudej twarzy, wsparta na ramieniu wysokiego mężczyzny.

– Pawełku, porozmawiałbyś z państwem. Bo problem mają – poprosił przybyły policjant.

– Ich problem – mruknął pod nosem aspirant Chochołek, który w poniedziałek nie miał ochoty użerać się z ludźmi. Na dodatek problematycznymi. – Może Wasiak się zajmie, bo ja niestety jestem zawalony papierami. – Na dowód zapracowania trzasnął ręką w dokumenty leżące na biurku. Stos zachwiał się niebezpiecznie.

– Ale nam zależy na rozmowie z panem Chochołkiem. – Chuda kobieta wychyliła się zza ramienia policjanta i posłała aspirantowi blady uśmiech. – To pan? Pan schwytał tamtą, co mordowała i ćwiartowała? Bo my właśnie w sprawie morderstwa z mężem przychodzimy. – Wskazała palcem na siebie i mężczyznę. Ten pokiwał energicznie głową.

Aspirant ożywił się nieznacznie.

– Morderstwa? A kto, przepraszam, został zamordowany?

– Moja matka. – Kobieta wyminęła stojącego w progu funkcjonariusza i wtargnęła do pomieszczenia. Wsparła się na krześle stojącym przed biurkiem, za którym siedział Chochołek, i spojrzała na niego wyczekująco. – I nie dość, że zamordowana, to jeszcze wcześniej okradziona. Brutalnie!

Policjant przygładził snopkowatą grzywkę i wskazał kobiecie, aby usiadła. Ta, nie dając się prosić, wskoczyła na krzesło, równocześnie uderzając o biurko kościstymi kolanami i wprawiając stos papierów w ruch. Dokumenty spadły na podłogę z głośnym plaśnięciem, a pojedyncze kartki przez moment wirowały w powietrzu. Poirytowany aspirant zbierał je na kolanach, a potem niedbale rzucił na stolik pod oknem.

– Proszę mówić! – nakazał.

– Bo chodzi o moją matkę, Matyldę Gronkowską z domu Poręba… – Kobieta zawahała się, obejrzała przez ramię na stojącego tuż za oparciem męża i na powrót utkwiła nerwowe spojrzenie w aspirancie. – …która zmarła 15 lipca o godzinie ósmej trzydzieści.

Chochołek uniósł brwi.

– To zmarła czy została zamordowana?

– Początkowo uważaliśmy, że zmarła – wtrącił ponuro mężczyzna. – Teściowa miała 82 lata.

– Piękny wiek. – Chochołek pokiwał głową z uznaniem.

– Piękny – zgodziło się małżeństwo, a kobieta szybko zaznaczyła: – I do samego końca mamusia była sprawna na ciele i umyśle. Sama oporządzała gospodarstwo. I nie klepała bezmyślnie zdrowasiek, tylko sudoku rozwiązywała.

– No dobrze. Czyli okazało się, że została zamordowana. A kiedy się okazało? – Ta kwestia najbardziej ciekawiła spragnionego krwawego śledztwa stróża prawa.

– Przy podziale majątku.

– Przy po… – zaniemówił Chochołek. Wybałuszył oczy, równocześnie nerwowo skubiąc grzywkę.

– Ustalenie praw do spadku trochę trwało – rzuciła przepraszającym tonem kobieta. – Bo mam brata w Ameryce, pazernego jak mało kto! Sam się dolarów dorobił, a jak przyszło do podziału majątku, pierwszy w kolejce się ustawił. I nie ustąpił ani o jotę!

– Sprawy spadkowe to państwa prywatna sprawa. – Policjant zgrzytnął zębami. – Ja chciałbym wiedzieć, skąd przekonanie, że pani Matylda Gronostaj…

– Gronkowska – poprawił go mężczyzna.

– Z domu Poręba – dodała jego żona.

– …skąd przekonanie, że została zamordowana. Domyślam się, że jest po pochówku, skoro minęły niemal dwa miesiące… – Chochołek zerknął na ścienny kalendarz, który jednak wskazywał datę sprzed jego urlopu. – Czy zauważono coś niepokojącego? Może ślady na ciele? W domu było coś podejrzanego?

– Ale to właśnie chodzi o to, czego tam nie było! – zniecierpliwiła się córka potencjalnej ofiary. – Tylko i wyłącznie!

– A czego nie było? – Chochołek westchnął z rezygnacją.

– Pieniędzy! – obwieściła triumfalnie.

Kiedy aspirant Paweł Chochołek usiłował wejść w poniedziałkowy kierat i walczył z pokusą wyskoczenia po apetyczne ciastko do kawiarni zlokalizowanej po drugiej stronie ulicy, Zojka Tuszyńska zapamiętale stukała w klawiaturę laptopa i mamrotała pod nosem:

– Babuni się nudzi, też mi coś…

– Co tam mamroczesz? – zainteresowała się Marta Markowska. Szefowa Zojki była niską osóbką o chłopięcej sylwetce i niespożytej wprost energii. W dzieciństwie przylgnęło do niej przezwisko Pchełka, bo nie potrafiła wysiedzieć dłużej w jednym miejscu i wszędzie było jej pełno. Z wiekiem zresztą to nie minęło, dlatego świetnie odnajdywała się w zawodzie dziennikarza i w nieustannej pogoni za tematem.

– A tak sobie głośno myślę – wyjaśniła Zojka. Rozparła się w krześle i z namysłem spojrzała w okno. Markowska cierpliwie czekała na dalszy ciąg wypowiedzi, ale był to spokój pozorny. Jej dłoń już zaczęła bawić się długopisem, wykręcając go na wszystkie strony. – Moja babcia – ciągnęła Tuszyńska – jest specyficzną osobą. Bardzo kochaną – zastrzegła szybko, a Markowska skinęła głową – ale trzeba mieć do niej anielską cierpliwość. Właśnie ubzdurała sobie, że jest za nudno.

– Za nudno? – Brwi szefowej uniosły się w geście zdumienia i znalazły schronienie pod idealnie prostą grzywką.

– Tak. Czuje się znużona, bo nic się nie dzieje. – Młoda kobieta położyła dłonie na klawiaturze i pokręciła głową z lekkim uśmieszkiem. – Rodzina nie zadręcza jej swoimi pretensjami. Policja nie przeszukuje domu. Wnuczki nie podejrzewa się o krwawe zbrodnie, a na progu nie staje żadne podejrzane indywiduum, które można by pogonić siekierką. Siekierki zresztą też nie ma, bo dobrze ją schowałam.

– Więc się nudzi – dopowiedziała Markowska.

– Więc się nudzi – zgodziła się Zojka. – Zrobiła się przy tym zgryźliwa i niech się ma na baczności ten, kto zajdzie jej za skórę w najbliższych dniach. Coś wisi w powietrzu – mruknęła na koniec.

Markowska pociągnęła nosem.

– Tak? Ja nic nie czuję. Ale na smog to jeszcze w sumie za wcześnie.

Zojka pokręciła głową rozbawiona.

– Nie chodzi mi o dym z kominów, tylko o babunię Łyczakową. Ona coś wymyśli.

– Mam nadzieję, że wymyśli coś zajmującego – prychnęła naczelna. – Ile można pisać o muralach, zamkniętych restauracjach, burmistrzu i kremówkowych turystach? Twojej babuni przyda się rozrywka, a nam dobry temat! Najlepiej na wyłączność!

We wtorkowy poranek Zojkę obudziły radosne promienie słońca wpychające się do pokoju przez ażurową firankę. Wstała w wyśmienitym humorze i układając sobie w głowie plan pracy na nadchodzące godziny, poczłapała do kuchni. Babunia siedziała już za stołem, oczywiście w asyście całej zwierzęcej menażerii, która sprawiała wrażenie zahipnotyzowanej. Filip okupował parapet i śledził każdy ruch ust staruszki. Wyglądał tak, jakby zaraz miał rzucić się na zawartość jej talerza i uprowadzić ją w tylko sobie znane rewiry. Burek z miną niewiniątka oblizywał kudłaty pysk za każdym razem, gdy babunia sięgała po kromkę z serem.

– Smacznego! – rzuciła dziewczyna i rozbawiona stwierdziła, że tylko babunia zerknęła w jej kierunku i odpowiedziała na pozdrowienie skinieniem głowy. Zwierzęta udawały, że nie istnieje, ale to za moment miało ulec zmianie. Zojka przygotowała sobie kubek kawy i ruszyła do lodówki po karton z mlekiem. Sięgnęła ku drzwiczkom i zamarła w pół kroku.

Wytrzeszczonymi oczyma wpatrywała się w równiutko wycięty kwadracik papieru, przytwierdzony do drzwi lodówki za pomocą magnesów w kształcie serduszek. Wskazała je babuni i wydukała:

– Co to jest?

– Jak to: co? Ogłoszenie. Przecież już je widziałaś!

Widziałam, pomyślała Zojka, i jestem zaskoczona, że widzę je kolejny raz!

– Miałaś je spalić! – Spojrzała z żalem w kierunku pieca, zupełnie jakby jego winą było, że babunia nie spaliła gazety, a wraz z nią niewydarzonego anonsu.

– Ciepło jest – odparła niewinnie staruszka.

Zojka potrząsnęła głową, szarpnęła drzwiczki i wydobyła kartonik z mlekiem skondensowanym. Zamykając lodówkę, raz jeszcze przyjrzała się ogłoszeniu. Obiektywnie musiała przyznać, że jest nawet ładne. W literce „R” ktoś umieścił zmyślne serduszko. Słodkie, zgrzytnęła zębami, doprawiając kawę mlekiem i siadając naprzeciwko babuni. Sięgnęła po bułkę. Oczy Burka przesunęły się po niej z wyrazem nadziei.

– Babuniu, po co ci to ogłoszenie?

– Cóż, nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi przyda.

– Ja rozumiem, że notariusz… ale na cholerę ci agencja matrymonialna? – Młoda kobieta uniosła bułkę do ust i ugryzła pierwszy kęs. Staruszka wzruszyła ramionami.

– No, wiesz… Ksiądz proboszcz ogłosił z ambony. Trzeba się rozmnażać.

Zojka zakrztusiła się bułką i zaczęła kaszleć. Przez moment walczyła z kęsem pieczywa, aż w końcu udało jej się go wypluć. Wstrząśnięta spojrzała na babunię załzawionymi oczyma.

– Babuniu, ty zamierzasz się rozmnażać? – zapytała niespokojnie.

– No coś ty, zdurniała? Myślisz, że ja do setki zliczyć nie umiem?

– Nie, tylko… – Zawstydzona Zojka ponownie nadgryzła bułkę.

– Ale mogę rozmnażać ciebie – dokończyła zadowolona z siebie staruszka. Tym razem musiała solidnie uderzyć wnuczkę po łopatce, by złośliwy kawałek bułki zechciał opuścić jej ściśnięte gardło. Zojka spojrzała na kanapkę z niesmakiem i odłożyła ją na talerzyk. Otarła usta wierzchem dłoni. Straciła apetyt. Siedzący nieopodal Burek poruszył się niespokojnie i nieznacznie przysunął w kierunku jej stopy, szurając kudłatym zadkiem po kuchennej podłodze.

– Rozmnażać mnie? A co to ja jestem? Sadzonka pomidora? – oburzyła się.

– No przecież, że tylko żartowałam! – Babunia wzruszyła niedbale ramionami. – Ale tak sobie pomyślałam: ty nic tylko praca i praca, a o życie osobiste też trzeba zadbać. Najwyraźniej masz tutaj jakieś deficyty. I trzeba ci pomóc…

– Deficyty? – Spłoszona Zojka zerknęła na siebie. Wydawało się jej, że wszystko ma na swoim miejscu. Pod niebieską bluzką z koronkowym kołnierzykiem rysował się całkiem zgrabny biust. Talia może nie należała do osy, ale to akurat dobrze, bo osy są strasznie złośliwymi owadami i lepiej nie mieć z nimi do czynienia. Nogi dość długie, blade co prawda, bo na co dzień najczęściej wskakiwała w długie spodnie i dopiero po powrocie z pracy wkładała ulubione szorty, a jak wiadomo, po siedemnastej już tak słonko nie grzeje…

– Tutaj masz deficyty. – Śmiała się babunia, klepiąc znacząco czoło. – Blokadę jakąś. Miałam nadzieję, że doczekam twoich dzieci, ale w ogóle się nie zanosi. Nie żebym dzieci lubiła, ale wszystkie sąsiadki już mają wnuki…

– Ty też masz – zauważyła trzeźwo Zojka. – Chciałam ci przypomnieć, że ja jestem twoją…

– I prawnuki też już mają.

– I przecież zawsze lubiłaś dzieci!

– A co to, na starość nie można zmienić poglądów?

Zdezorientowana Zojka patrzyła to na zadowoloną z siebie staruszkę, to na zawieszone na drzwiczkach lodówki ogłoszenie. Czuła, że od tych wszystkich rewelacji zaczyna boleć ją głowa. Do tego była straszliwie głodna, a bała się wziąć do ust kęsa bułki, żeby babunia nie wyskoczyła z kolejnymi rewelacjami. Upiła więc tylko łyczek kawy i…

– Myślałam, że coś zaiskrzy między tobą a redaktorem Kordeckim… – mruczała ni to do Zojki, ni to do siebie staruszka. Zojka pospiesznie przełknęła gorącą kawę, parząc sobie gardło. – Albo chociaż Chochołkiem…

Tego dla Zojki było już za wiele. Wstała zza stołu i sięgnęła po przewieszoną przez oparcie krzesła listonoszkę.

– Spóźnię się na pociąg!

– Masz jeszcze pół godziny! – powiedziała ze zdziwieniem babunia.

– O, z takim pociągiem to nigdy nic nie wiadomo. Tu masz, tam nie masz, a on sobie pojedzie w diabły i człowiek się do pracy spóźni – mamrotała, poprawiając przed lustrem w sieni zmierzwione włosy. Zajrzała do kuchni i posłała staruszce ostre spojrzenie. – I nie chcę słyszeć o żadnych agencjach, zrozumiano? O rozmnażaniu też nie! Jeśli aż tak ci nudno, umów się do tego notariusza i zrób ferment w rodzinie. Siekierka jest w dawnej psiej budzie. Miłego dnia!

Zojka pomachała babuni palcami i wybiegła z domu, jakby ją coś goniło. Starsza pani zaśmiała się serdecznie, rozpierając się na drewnianym krześle i wypijając resztkę zimnej inki z mlekiem. Życzliwym okiem zerknęła na otaczające ją zwierzęta, po czym sięgnęła po niedojedzoną przez wnuczkę bułkę i sprawiedliwie podzieliła ją na dwie części. Filip zeskoczył z parapetu i po chwili spod stołu rozległo się zgodne mlaskanie. Babunia Łyczakowa oparła łokcie o blat i z zamyśleniem spojrzała na jasny kwadrat papieru wyraźnie odcinający się na srebrzystych drzwiczkach lodówki. Zwróciła się do futerkowych towarzyszy z chytrym uśmieszkiem:

– Żadnych agencji powiedziała. Ale tu jak byk napisano: biuro matrymonialne. O biurze nic nie mówiła, co nie?

Zojka Tuszyńska i Marcin Kordecki spotkali się przed południem w korytarzu Urzędu Miasta. Spojrzeli na siebie i równocześnie kiwnęli głowami. Redaktor na widok dziewczyny zawahał się nieznacznie i zerknął przelotnie, czy ta trzyma coś w ręku. Na szczęście był to tylko notatnik w kolorowej okładce, więc odetchnął z ulgą i przysiadł na pobliskim krześle. Zojka, choć starała się tego nie robić, obrzuciła spojrzeniem miejsce, w zetknięciu z którym straciła ostatnio lody. Nieoczekiwanie została na tym przyłapana. Siwowłosa kobieta z burzą drobnych loków i twarzą pomarszczoną jak wyschnięte jabłuszko przybrała zgorszoną minę, po czym zasłoniła twarz trzymanym czasopismem i zachichotała.

– No, no, kochaniutka, za moich czasów walory przyszłego męża oceniało się subtelniej… Poza tym w takich sztywnych portkach to nic nie poznasz. Zagnie się pod nie takim kątem i pomyślisz o… orłach, sokołach, a jak przyjdzie co do czego, wyleci wróbelek.

Zojka zrobiła się purpurowa i chciała czym prędzej wyjaśnić rumianej sąsiadce prawdziwy powód kontemplowania okolic rozporka redaktora Kordeckiego, ale w tej samej chwili rzeczony mężczyzna podniósł się z krzesła i ruszył w ich stronę, więc zamilkła. Staruszka odchrząknęła znacząco i błyskawicznie przeniosła pośladki na odleglejsze miejsce. Dziennikarz podziękował jej uśmiechem, po czym zajął zwolnione krzesło.

– Na konferencję prasową u burmistrza? – zagadnął.

– Właśnie – potwierdziła Tuszyńska. – Ty też?

– Tak, oczywiście. Jak tam w nowej pracy?