Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Kronika pechowych wypadków. Tom 1. Kłopoty mnie kochają ebook

Joanna Szarańska  

4.6 (10)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 280 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kronika pechowych wypadków. Tom 1. Kłopoty mnie kochają - Joanna Szarańska

Zosia, zwana przez przyjaciół Zojką, jest początkującą dziennikarką i marzy o tym, żeby wreszcie zainteresowała się nią redakcja jakiejś popularnej gazety.  Ale nie jako podejrzaną o zabójstwo!

Pędząc na pociąg, tylko na chwilę spuszcza z oka torebkę, a potem znajduje w niej osobliwy dowód zbrodni wciśnięty do ciasta z kremem. Zojka ląduje na pierwszym miejscu listy podejrzanych i musi czym prędzej wyplątać się z tej afery. Niestety, wyjątkowo irytujący redaktor lokalnej gazety już zwęszył sensację…

Jakby tego było mało, Zojka musi jeszcze zażegnać konflikt z przystojnym, choć gburowatym sołtysem i przekonać kuzynkę, że wcale nie zamierzała podrywać jej narzeczonego.

Autorka przezabawnego cyklu „Kalina w malinach” powraca z nową serią komedii romantyczno-kryminalnych „Kronika pechowych wypadków”. Zojka i jej niefart gwarantują błyskawiczną poprawę humoru!

Opinie o ebooku Kronika pechowych wypadków. Tom 1. Kłopoty mnie kochają - Joanna Szarańska

Fragment ebooka Kronika pechowych wypadków. Tom 1. Kłopoty mnie kochają - Joanna Szarańska

Copyright © by Joanna Szarańska, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Pro­jekt okład­ki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografia na okładce: Svitlana Sokolova / Shutterstock.com

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-830-1

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Świnia pozostanie świnią i żadna dyrektywa tego nie zmieni.

Nawet unijna.

W tym konkretnym przypadku świnia okazała się świnią w znaczeniu podwójnym. Nie dość, że zaliczała się w rząd parzystokopytnych rodziny świniowatych, to jeszcze ośmieliła się świnię podłożyć i tym samym sprowadziła na Bogu ducha winną młodą kobietę kabałę większą niż dziura budżetowa trzeciej RP.

Choć w

• Rozdział pierwszy •

Pomiędzy ostatnim pociągnięciem szczoteczki do zębów a pierwszym łykiem porannej kawy Zojka uświadomiła sobie, że poniedziałkowy poranek to idealny moment, aby przestać się nad sobą użalać i na poważnie zabrać się za poszukiwanie pracy. By nie stracić świeżo nabytego zapału, rozsiadła się przy kuchennym stole, obkładając się prasą z całego minionego tygodnia, paczką kolorowych flamastrów i ciastkami z kawałkami czekolady. Była gotowa do podjęcia misji pod tytułem: Jestem idealnym pracownikiem, tylko jeszcze o tym nie wiecie.

Na początek schrupała jedno (nieco zwietrzałe) ciasteczko, następnie popiła je łykiem szybko stygnącej kawy, a na koniec westchnęła głęboko, opierając brodę na zaciśniętej pięści.

Od chwili, kiedy opuściła mury wymarzonej uczelni z tytułem magistra dziennikarstwa i komunikacji w kieszeni oraz z milionem ambitnych planów w głowie, minęło już kilka miesięcy. Od tamtej pory usilnie poszukiwała zatrudnienia, stopniowo obniżając poprzeczkę. Po tak długim czasie sama przed sobą musiała przyznać, że poprzeczka znajduje się już na tyle nisko, że nie przeciśnie się pod nią nawet mrówka.

Na wspomnienie chwili, kiedy pewnym siebie krokiem wkroczyła do siedziby największego krakowskiego dziennika i zapowiedziała, że jest zainteresowana podjęciem kariery zawodowej, nadal skręcała się ze wstydu. Równie spektakularnym sukcesem zakończyły się wizyty w rozgłośni radiowej, osiedlowej telewizji i redakcji pisemka o hodowli świnek morskich. W tym ostatnim przypadku wszystko wskazywało na powodzenie, jednak siadając na wskazanej przez redaktora-hodowcę kanapie, poczuła pod pośladkami coś miękkiego. Co prawda świnka nie ucierpiała, ale widząc jej przerażone, rozbiegane spojrzenie, Zojka stwierdziła, że lepiej będzie się ewakuować.

Tak, Zojka marzyła o karierze dziennikarskiej, ale coraz częściej towarzyszyła jej myśl, że na marzeniach się skończy.

Kawa zrobiła się zimna. Na dnie pudełka po ciasteczkach pozostały dwa malutkie okruszki i jeden pieg z czekolady. Zojka złapała go opuszką palca i łakomie oblizała, tłumacząc samą siebie, że kiedy nie ma się perspektyw na znalezienie wymarzonej pracy, a półki lodówki lśnią nie tylko śnieżną bielą, ale także pustkami, nie można marnować jedzenia. Nawet jeśli jedzenie stanowią okropnie kaloryczne ciasteczka, których data przydatności do spożycia pamięta pierwsze podrygi kapitalizmu.

Teraz, kiedy jej uwagi nie rozpraszały już nawet pozostałości po słodyczach, mogła skoncentrować się na poszukiwaniu pracy. Dzielnie przebrnęła przez stertę gazet, a nie znalazłszy nic spełniającego choć odrobinę jej i tak już niewielkie oczekiwania, uruchomiła nieco sfatygowanego laptopa i zalogowała się do serwisu dla poszukujących zatrudnienia.

W pierwszej kolejności ustaliła kryteria wyszukiwania, skupiając się na ofertach pracy w mediach i social mediach. Przejrzenie wszystkich dostępnych ogłoszeń zajęło jej pięć sekund i prawdopodobnie zepsuło humor na resztę dnia. Podobnych ogłoszeń było jak na lekarstwo, a jeśli już szczęśliwym zbiegiem okoliczności jakieś się nawinęło, zazwyczaj poszukiwano młodej osoby, z wieloletnim doświadczeniem i idealną aparycją. Na początku swoich zmagań z poszukiwaniem posady Zojka sądziła, że tak naprawdę chodzi o trzech różnych pracowników, ale liczne rozmowy kwalifikacyjne pozbawiły ją złudzeń. Na osłodę pozostała jej świadomość, że spełnia co najmniej jedno z wymagań. Była młoda. Jeszcze.

Po przejrzeniu ogłoszeń w kategorii media Zojka odhaczyła w okienku ptaszka, który miał za zadanie wyśledzić dla niej pracę marzeń, i rozwinęła długą listę najnowszych ofert zatrudnienia w różnych branżach. AAA dziewczyny przyjmę, ulotki od sztuki, sprzątanie po godzinach, kurier z własnym samochodem, dyrektor handlowy z doświadczeniem, przedstawiciel handlowy, przedstawiciel medyczny, przedstawiciel ubezpieczeniowy… Do wyboru do koloru. Dziewczyna skrzywiła się boleśnie, uchyliła drzwiczki lodówki dla motywacji (i dla ochłodzenia, bo upał już jej doskwierał), po czym zajęła się przesiewaniem dostępnych ofert zatrudnienia i notowaniem niezbędnych namiarów.

Po półgodzinie trzymała w ręku wyszarpaną z notesu kartkę, na której zapisała numer firmy oferującej pracę przy redagowaniu publikacji kulinarnych i z zadowoloną miną sięgała po komórkę, by umówić się na spotkanie. Zanim zdążyła wykonać połączenie, telefon w jej ręku zawibrował, a do uszu Zojki dotarła znajoma melodyjka. Dziewczyna skrzywiła się, w duchu nakazując swojej komórce, aby natychmiast się rozłączyła. Widząc, że wcale się na to nie zanosi, dotknęła palcem zielonej słuchawki na wyświetlaczu i z lekkim wahaniem podniosła telefon do ucha.

– Pakuj się i wracaj do domu! – usłyszała.

– Nie ma mowy! Nigdzie się nie wybieram! – prychnęła. Przywykła do podobnych rozmów. Od kilku tygodni odbierała regularne telefony od rodziców, którzy zaniepokojeni sytuacją, usiłowali namówić ją na powrót do domu. Zojka nie zamierzała ich posłuchać. Choć wiedziała, że znalezienie w Krakowie wymarzonej pracy w zawodzie będzie graniczyło z cudem, miała świadomość, że wracając do rodzinnej miejscowości, o takim cudzie będzie mogła jedynie pomarzyć. Powoli nabierała doświadczenia w odpieraniu ataków matki.

– Ale ja się nie pytam, czy się wybierasz! – dobiegło ze słuchawki. – Ja się domyślam, że się nie wybierasz. Jednak tym razem nie masz wyboru! Zostaw wielkomiejską karierę, pakuj torbę i tyłek do pociągu z łaski swojej i jazda. Jesteś nam potrzebna!

– Co się dzieje? – zainteresowała się.

– Co się dzieje, co się dzieje… babuni się dzieje. Zwariowała na stare lata. Mówi, że bić będzie.

– Kogo?

– Tego nie powiedziała. A kiedy ojciec chciał ją odwiedzić i podpytać, wiesz, tak delikatnie, wyskoczyła z siekierą i go pogoniła.

– To rzeczywiście z nią niewesoło… – Zojka przełknęła ślinę.

– A żebyś wiedziała. Musisz przyjechać i się nią zająć.

– Ja?

– A ja? – obruszyła się matka. – Chciałam ci przypomnieć, że praktycznie to nie rozmawia ze mną od dwunastu lat. Tak naprawdę jedyną osobą z rodziny, którą chętnie wpuszcza do swojego domu, jesteś ty. Sama widzisz, że nie ma wyjścia, musisz przyjechać i zaopiekować się nią. Albo chociaż namówić na wizytę u psychiatry.

– Jeszcze mi życie miłe… – mruknęła Zojka, podchodząc do okna i skubiąc obeschnięte listki paprotki. – Mamo, ja nie kwestionuję tego, że babcia potrzebuje pomocy, ale nie mogę ot tak wyjechać i wszystko zostawić. – Jeden listek był wyjątkowo oporny. Zojka pociągnęła mocniej i z przerażeniem odkryła, że trzyma w powietrzu zbitkę wysuszonych korzeni. Doniczka uderzyła z trzaskiem o podłogę i potoczyła się pod kuchenny taboret. – Mam kwiaty do podlewania – dodała z wahaniem.

– Teraz można kupić takie specjalne dozowniki na wodę – odrzekła matka. Zojka skinęła głową. Odłożyła pozostałości paprotki na parapet i szarpnęła drzwiczki lodówki. – No, przyjedź, co ci szkodzi? – kusiła tymczasem matka. – Córcia, i tak nie masz pracy, a jak cię znam, to ty tam wegetujesz, a nie żyjesz, w tym Krakowie! Ile można?

– Daję sobie radę! – mruknęła Zojka, spoglądając smętnie na pęczek zwiędniętego koperku, dwa jajka i marchewkę z obgryzionym czubkiem. Sięgnęła po warzywo i schrupała kolejny kawałek. – Żyję oszczędnie, nie szastam pieniędzmi, a nawet trzymam dietę. Poza tym dzisiaj wybieram się na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy przy redakcji gazetki kulinarnej.

– Naprawdę? Bardzo mnie to cieszy, ale…

– Mamo, babcia da sobie radę. Przyjadę na weekend i porozmawiam z nią. Obiecuję. Nikogo nie ubije. Przynajmniej do soboty.

Na moment zapadła cisza przerywana jedynie odgłosem chrupania marchewki. Zojka oczekiwała kolejnych argumentów, ale matka najwyraźniej skapitulowała.

– Dobrze, córcia. Do zobaczenia. I powodzenia na rozmowie. Jestem pewna, że zrobisz furorę.

– Ja też – mruknęła Zojka, wypluwając do zlewu kawałek nadpsutej marchewki. – I lepiej żeby tak było, bo na kolację menu przewiduje kanapkę z koperkiem.

Kilka godzin później silnie zmotywowana Zojka jechała autobusem miejskim na ulicę Romanowicza, gdzie mieściła się siedziba firmy oferującej zajęcie przy redagowaniu gazetek kulinarnych. Wpatrując się w zakurzone okno pojazdu, dumała nad tym, jakim szczęśliwym zbiegiem okoliczności ta jedna oferta zapodziała się pomiędzy etatem ekspedientki na stoisku mięsnym i stażem dla fryzjerki. Może dzięki temu mało kto na nią trafi i konkurencja będzie niewielka?

Troszkę martwiło ją mizerne doświadczenie w kwestiach kulinarnych. Zojka nie przejawiała większych zainteresowań w tym kierunku. Zazwyczaj zjadała, co było pod ręką, rzadko gotowała i nigdy nie eksperymentowała z przyrządzaniem wykwintnych potraw jak trzustka cielęca z truflami czy chowder z przegrzebkami. Nie potrafiłaby nawet powiedzieć, czym jest chowder, czym przegrzebek i czy cielęcina ma trzustkę, choć nazwa wyrafinowanej potrawy zdawała się wskazywać, że owszem. Na pewnym etapie, oczywiście. Cóż, można śmiało rzec, że Zojka rzadko zaglądała do lodówki. Z tej prostej przyczyny, że ta przeważnie była pusta.

Kiedy dotarła na podany adres, poczuła się niewyraźnie. Kilka razy sprawdziła zapiski na poszarpanej kartce, a dla pewności odwróciła ją nawet do góry nogami. Wszystko wskazywało na to, że trafiła w dobre miejsce, choć zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że powinna raz-dwa wziąć nogi za pas i ewakuować się w kierunku przystanku autobusowego. Z ponurą miną wpatrywała się w zardzewiałe pręty szerokiej bramy i niskie baraki za nią. W końcu ruszyła w kierunku wejścia, równocześnie zaciskając palce na trzymanym w kieszeni dezodorancie do stóp. Lepszej broni nie miała, więc żywiła nadzieję, że w razie niebezpieczeństwa sprej o zapachu lawendy pozbawi napastnika wzroku. Albo chociaż powali go aromatem.

Zapukała energicznie do czerwonych, mocno podniszczonych drzwi. Te otworzyły się po kilku długich minutach, ukazując w progu młodą dziewczynę z wytatuowanymi ramionami i nastroszoną, krótką blond fryzurą. Zojka przełknęła ślinę i szybko przyoblekła swój zawodowy uśmiech, ten zatytułowany: Mam nadzieję, że jeszcze nie zakończyliście rekrutacji, bo właśnie przybyłam.

– Do pracy? – obojętnie zapytała blondynka, przesuwając gumę do żucia z jednego kącika ust w drugi. – Tędy, proszszszę…

Kultura, pomyślała z ironią Zojka, zamykając za sobą drzwi i podążając za blondynką w głąb ponurego i niekoniecznie pięknie pachnącego korytarza. W pewnej chwili zahaczyła czubkiem buta o plastikową skrzynkę. Przerażona zauważyła, że cały korytarz usiany jest podobnymi pakunkami, z których wysypują się dojrzałe pomidory, przywiędnięte pory, obklejone grudkami błota ziemniaki. Pomyślała, że wie, skąd bierze się ten słodkawy, nieco mdlący zapach, ale szybko wyparła to inna myśl i zaniepokoiła się nie na żarty. Czy oni naprawdę każą mi coś ugotować? Tutaj?

– Kiedy zacznie się rozmowa? – zagadnęła idącą przodem kobietę.

– Rozmowa? – Blondynka parsknęła śmiechem. – A po co?

– No, żeby wyłonić… – Zojka machnęła ręką, nie wierząc we własne szczęście. – Nieważne. Czyli nikt się nie zgłosił? – wolała się upewnić.

– To nie jest praca marzeń – skwitowała kobieta i wzruszyła ramionami.

Mów za siebie, ponuro pomyślała Zojka, nie ty masz w perspektywie chleb z koperkiem na kolację i opiekę nad sfiksowaną babunią!

Nawet urodzona optymistka, jaką niezaprzeczalnie była Zojka, musiała przyznać, że lokalizacja redakcji mogła odstraszać najbardziej zdesperowanych ludzi pióra. Kulinaria nie były szczytem jej marzeń, ale teraz musiała złapać cokolwiek, by nie paść z głodu i mieć szansę dalej prowadzić poszukiwania swojej wymarzonej posady. Będzie pisać o zabielaniu pomidorowej, smażeniu kotletów i uprawie ziół doniczkowych. Może przy okazji sama nauczy się co nieco i ocali kolejną kupioną paprotkę?

– Proszszszę… – Blondynka szarpnęła za klamkę drzwi u wylotu korytarza i zaprosiła Zojkę do środka. – Zapraszam na stanowisko pracy.

– Tak od razu? – Stropiła się świeżo mianowana redaktorka publikacji kulinarnych. – Dzisiaj? Po południu? Nie od ósmej do szesnastej jak przyzwoici ludzie?

– W godzinach popołudniowych biorą mniej za wynajem studio.

– Jakiego studio, przepraszam?

– Zdjęciowego. – Blondynka spojrzała na Zojkę spod zmarszczonych brwi, równocześnie sięgając do stojącego nieopodal koszyka i wpychając jej w objęcia długaśnego ogórka. Zojka chwyciła warzywo oburącz i ze zgrozą podniosła na wysokość oczu. Potem potoczyła spojrzeniem po wnętrzu, rejestrując rozstawiony sprzęt fotograficzny i… czy to naprawdę kamera? A tam w kącie, czy to łóżko?

– Rany boskie! – Ścisnęła ogórka desperacko i wykonała zwrot w tył, ale napotkała zamknięte drzwi.

Blondynka ruszyła w kierunku statywu z aparatem i zaczęła coś ustawiać. Spojrzała z wyczekiwaniem na Zojkę. Z sąsiedniego pomieszczenia wyłonił się brodaty mężczyzna w koszulce z napisem Lubię Dżem. Pogryzał korniszona i zaciekawiony zerkał na przytulającą ogórka młodą kobietę.

Blondynka wskazała miejsce przed obiektywem.

– Wyskocz z ciuchów i bierzemy się do roboty! Mamy półtorej godziny! Potem wjeżdża Hipokryta.

– Hipokryta? – Zojka poczuła, że zaschło jej w ustach.

– Raper taki. Nagrywa kawałek promujący Nową Hutę. Idziesz czy nie? Przez telefon mówiłaś, że żadna praca nie hańbi…

– No, ale nie sądziłam, że to taka praca – wydukała Zojka, zerkając niespokojnie to na aparat, to na nakryte koronkową narzutą łóżko. – Nie zrozum mnie źle, ja nawet lubię ogórki, ale sądziłam, że będę o nich pisać.

– Do pisania akurat nie potrzebujemy. To co? Reflektujesz na zdjęcia?

– Nie. – Zojka powoli pokręciła głową, zaciskając wilgotne dłonie na ogórku. – Ja się do tego nie nadaję. Nigdy czegoś takiego nie robiłam i szczerze mówiąc, to nie wyobrażam sobie siebie w takiej roli. To trochę takie, no takie dziwne trochę i wydaje mi się, że tutaj potrzeba osoby doświadczonej w takich ekscesach.

– Tak myślisz? – Stropiona blondynka odsunęła się od aparatu i zamyślona spojrzała na Zojkę. – Nigdy na to nie patrzyłam pod tym kątem. Do tej pory wydawało mi się, że nie trzeba wielkiej filozofii do ułożenia kilku ogórków na półmisku.

– Na półmisku? – zdziwiła się Zojka.

– No, a na czym? Przecież wyraźnie napisałam w ogłoszeniu: „Potrzebna pomoc przy robieniu gazetki. Artykuły spożywcze”.

– Chodzi o…? – Zojka wolała się upewnić.

– No, przecież, że o gazetkę promocyjną do supermarketu!

– A nie o…? – Zojka przewróciła oczami, wskazując stojące w kącie pomieszczenia łóżko. Blondynka zapowietrzyła się z wrażenia.

– No co też ci chodzi po głowie! – wykrzyknęła. – To łóżko nie ma nic wspólnego z naszymi zdjęciami! Stoi tutaj, bo… stoi. Różni artyści rezerwują studio, co myślisz.

– Ja już nic nie myślę – mruknęła pod nosem Zojka, przytulając ogórka do piersi. – Pytanie, po co kazałaś mi z ciuchów wyskakiwać…

– Żebyś sobie tej szykownej bluzeczki nie zaplamiła. Ogórek to pół biedy, ale w planach mamy też truskawki, czereśnie i rybę po grecku. Można się upaprać. – Blondynka powróciła do aparatu.

Amator korniszonów podszedł do Zojki i ruchem głowy wskazał niedużą szafkę kuchenną, na której stały kolorowe naczynia, skrzynka z zieloną sałatą, deski do krojenia i noże. Zojka westchnęła i podkasała rękawy. Obawiała się, że każą jej pisać o skomplikowanych potrawach i składnikach spożywczych, których nie tylko nigdy nie próbowała, ale nawet nie widziała na oczy, a tymczasem okazuje się, że z piórem będzie miała do czynienia tylko w sytuacji, kiedy w jej ręce trafi kiepsko obskubana kura…

Głośne burczenie dobywające się z brzucha przypomniało Zojce, że żadna praca nie hańbi. No, prawie żadna, pomyślała, zerkając niespokojnie w stronę ustawionego nieopodal łóżka. Sięgnęła po ostry nóż i sprawnie pociachała ogórka, zastanawiając się w duchu, kto potem zjada wykorzystane do robienia zdjęć produkty spożywcze.

• Rozdział drugi •

– Wiesz, mamo. Przyjadę do domu jednak ciut przed weekendem – mruknęła do telefonu, równocześnie sięgając do foliowego woreczka i pakując do ust kilka rodzynek sułtanek, które po sesji zdjęciowej miały wylądować w koszu.

– Naprawdę? Córcia! Bardzo się cieszę! A kiedy?

– We wtorek.

– Ale wtorek jest dzisiaj.

– Wiem, wiem. Od razu zajmę się sprawą babuni. Bardzo mnie zaniepokoiło to, co powiedziałaś.

Na krótką chwilę zapadło milczenie.

– A co z twoimi zobowiązaniami? Miałaś iść na rozmowę kwalifikacyjną? Nie udało się?

– Udało! Przyjęli mnie z marszu! – zapewniła Zojka, sięgając do drugiej kieszeni po orzechy nerkowca. A może brazylijskie? Trochę się jej myliły te wszystkie nazwy. – Z otwartymi ramionami wręcz. Ale muszę jeszcze przemyśleć, czy warunki mi odpowiadają…

– Słabo płacą? – domyślnie jęknęła matka.

– Nie o to chodzi. – Zojka wsunęła woreczek do kieszeni i wydobyła dwie pięciozłotowe monety, które otrzymała po sesji. Przynajmniej nie musiała uszczuplać resztki oszczędności w słoiku po kawie rozpuszczalnej, by kupić bilet do Lipówki. – Teraz ciężko o dobrze płatną pracę. Może zahaczę się na chwilkę, by zdobyć doświadczenie, ale będę cały czas szukać czegoś innego…

– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się upierasz przy Krakowie, zamiast wrócić do domu!

– Cóż, ta praca nie jest idealna, ale ma swoje plusy – broniła się Zojka. Ponownie sięgnęła do woreczka z rodzynkami. – Nieregulowane godziny pracy, dużo swobody i takie tam różne bonusy. Już wczoraj otrzymałam pierwszy…

– Poważnie? W gotówce czy w bonie?

– Hmmm, uznajmy że w naturze. – Zojka przygryzła orzeszka i z błogą miną opadła na pluszowe siedzenie. – Porozmawiamy w domu, dobrze? Właśnie wsiadłam do pociągu w Płaszowie, więc powinnam dotrzeć za jakieś półtorej godziny.

Zakończyła połączenie i rozluźniona oparła głowę o obitą drewnopodobną okładziną ścianę pociągu. Na przemian przeżuwała orzeszki i rodzynki, delektując się ich smakiem i wspominając dwie godziny spędzone w studio zdjęciowym. Chociaż początkowo poczuła rozczarowanie, że oferowana praca nie polega na redagowaniu pisemka kulinarnego i daje jedynie możliwość układania niezliczonych kompozycji z ogórków, pomidorów i plasterków żółtego sera, musiała przyznać, że zajęcie okazało się zadziwiająco przyjemne. Prawdziwe rozczarowanie przyszło, kiedy odebrała zarobione pieniądze i przykaz, by w drodze na przystanek wyrzucić worek z wykorzystanymi produktami spożywczymi.

– Spisałaś się na medal – zapewniła ją Jowita, blondynka z nastroszonymi włosami. – Odezwij się za tydzień, będziemy robić gazetkę dla marketu budowlanego!

Zojka przyoblekła dzielny uśmiech, choć na usta cisnęły się jej wszystkie przekleństwa poznane od czasów pierwszej klasy szkoły podstawowej. Wcisnęła dwie piątki do kieszonki torebki, zawiązała worek na porządny supeł i noga za nogą powlokła się na autobus. Wieczorem wyrzuciła resztkę koperku i przygotowała kanapki z gulaszem angielskim, a na deser spałaszowała herbatniki maślane i świeżo wyciskany sok. Popijając smaczny napój, pomyślała, że tak naprawdę ma dość szarpaniny z szukaniem pracy i przekonywaniem samej siebie, że kiedyś zrobi karierę niczym Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście. Zaraz z rana wysłała jeszcze kilka CV, wiedząc doskonale, że pozostaną bez odpowiedzi, potem podlała wysuszoną paprotkę i weszła na stronę internetową PKP, by sprawdzić, o której odchodzi pociąg relacji Kraków Płaszów – Bielsko-Biała. Zdecydowała, że spędzi kilka dni w rodzinnym domu i nabierze dystansu do pisania, pracy i swojego mieszkania w Krakowie. Przy okazji zorientuje się, co tym razem wymyśliła babunia i spróbuje przekonać matkę, że staruszka nie stanowi żadnego zagrożenia.

Choć znając babunię, co do tego ostatniego nie miała pewności.

Rozanielona Zojka wcisnęła w usta garść rodzynek i zaczęła je wolno przeżuwać. Słodka przekąska była tak pyszna, że zadowolona przymknęła oczy, oparła głowę o miękkie siedzenie i delektowała się smakiem, cichutko pomrukując. Nagle do jej uszu dobiegło lekkie chrząknięcie. Zaskoczona otworzyła oczy i spostrzegła, że w przejściu pomiędzy siedzeniami stoi wysoki, młody mężczyzna i przygląda jej się z wyrazem niesmaku na twarzy. Szybko przyjęła wyprostowaną pozycję i odwróciła się w stronę okna. Czuła, jak palą ją policzki. Kątem oka dostrzegła, że nieznajomy mija jej siedzenie, kręcąc głową. Zojka rozluźniła się dopiero, kiedy usłyszała trzask zasuwanych drzwi. Co za gbur, pomyślała zirytowana. Czy już naprawdę nie można sobie pomlaskać w spokoju? Albo pozwalać swojej mimice na pełną swobodę? Czy tak trudno zrozumieć, że nie jadła zdatnych do spożycia rodzynek sułtanek od czasu, kiedy dopadł ją ośli upór i obsesja zostania słynną dziennikarką?

Zdenerwowała się tak mocno, że apetyt na mieszankę rodzynkowo-orzechową minął jak ręką odjął. Wcisnęła woreczek do kieszeni i sięgnęła do torebki po powieść. Z korytarza dobiegło przeciągłe buczenie, po czym pociąg szarpnął i wolno potoczył się po torach. Zojka otworzyła książkę w miejscu zaznaczonym kolorową zakładką i rozsiadła się wygodnie. Przed sobą miała niemal dziewięćdziesięciominutową podróż, którą zamierzała poświęcić na lekturę. Niemal całą, bo jakiś ułamek czasu powinna też przeznaczyć na obmyślenie, jak wytłumaczy babuni najazd na jej dom.

– Wiedziałam, że cię przyślą – usłyszała na dzień dobry, gdy tylko wdrapała się po drewnianych schodkach ganku.

– Cześć, babuniu. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Ja również bardzo się cieszę, że cię widzę…

– Cieszyłabym się – prychnęła staruszka, wstając z ławki i ruszając w kierunku wejścia do sieni – gdybyś przyjechała z własnej woli. Ale nie. Ty bierzesz udział w spisku!

– W jakim znowu spisku – wymamrotała Zojka, pchając pomalowane na zielono, nieco odrapane drzwi i wchodząc do pogrążonego w mroku korytarza. Zatrzymała się na moment, by jej oczy przywykły do ciemności, postawiła sportową torbę na toaletce z dużym lustrem i ruszyła w kierunku kuchni. Ze środka dochodziły już odgłosy krzątaniny babuni.

Zojka rozejrzała się po kuchni i ze wzruszeniem pomyślała, że przez te wszystkie lata niewiele się tutaj zmieniło. Duże pomieszczenie było urządzone dość staroświecko. Jeden kąt zajmował wielki piec z blachą obłożony brązowymi, błyszczącymi kaflami. W mroźne dni Zojka uwielbiała ogrzewać nad nim zziębnięte dłonie i wpatrywać się w buzujący ogień. Pod oknem stał znajomy drewniany stół z czterema krzesełkami wyściełanymi miękkimi poduszkami, a na przeciwległej ścianie stary kredensik z wąskimi szufladkami, w których kryły się niezliczone szpargały. W kuchni nie brakowało też elementów nowoczesności: kuchenki gazowej i dużej, srebrzystej lodówki, ale babunia była tradycjonalistką. Chociaż mogła po prostu odkręcić kurek z wodą, codziennie biegała z wiaderkiem do studni na podwórzu. Woda z kranu smakuje jak siki, mawiała i za nic nie dawała sobie przetłumaczyć, że woda do rur jest pompowana z tej samej studni. Wiedziała swoje i basta. Teraz też z marsową miną grzebała pogrzebaczem pod blachą kaflowego pieca.

– Zrobię herbatę – burknęła.

– Ja zrobię – zaoferowała się Zojka, sięgając do kredensu po dwa kubki i dwie torebki malinowej herbaty.

– Jeszcze nie zniedołężniałam! – prychnęła babunia. – Choć twoja matka chciałaby, żeby było zupełnie inaczej! Cała rodzina położyła na mnie krzyżyk. Najchętniej zamówiliby dla mnie grobowiec na cmentarzu. Chodzi, oczywiście, o ziemię…

Zojka uniosła znacząco brwi, sięgając do szuflady po łyżeczki. Babunia była w dobrym humorze, o czym świadczyła jej stała śpiewka na temat rodziny czyhającej na gospodarstwo. Od wielu lat staruszka toczyła zażarte boje z rodziną Tuszyńskich, zarzucając jej członkom, że chcą odebrać jej dom, pole i kawałek lasu. Zaczęło się od dość niewinnej sugestii, że ponadsześćdziesięcioletnia kobieta nie powinna mieszkać sama i na dodatek hodować, uprawiać i wykonywać związanych z tym ciężkich prac fizycznych. Babunia uniosła się wpierw dumą, a następnie gniewem. Od tego czasu nie rozmawiała z córkami i zięciami. Jeśli chciała im coś przekazać, wykorzystywała w tym celu wnuczęta, które jako jedyne cieszyły się jej względami. Zojka, podobnie jak kuzyn i kuzynka, czuła się niezręcznie, stając pomiędzy rodzicami i babunią, szczególnie że ta ostatnia dość dosadnie dawała znać, co sądzi o pozostałych członkach rodziny.

Po prawdzie to zarzuty babuni nie były całkowicie bezzasadne i Zojka doskonale o tym wiedziała. Bądź co bądź dowodem na to było jej własne imię, które otrzymała właśnie na cześć babci Łyczakowej. Problem stanowił fakt, że to samo imię na tę samą cześć otrzymała jej urodzona kilka minut wcześniej kuzynka. Zojka do tej pory nie mogła uwierzyć, że chęć otrzymania atrakcyjnej działki pod budowę domu mogła stać się przyczyną wyścigu na porodówce, którego zwieńczeniem okazało się nadanie dwóm nowo narodzonym dziewczynkom tego samego imienia.

Zofia, po babci.

W rezultacie w rodzinie były trzy Zofie, a Zojka stała się Zojką, by łatwiej było ją odróżnić od starszej o kilka minut, mieszkającej po sąsiedzku Zosi.

Działkę babunia sprzedała. Uzyskane pieniądze podzieliła na cztery kupki, a następnie wpłaciła je na rachunki dwóch wnuczek, jednego wnuka i… pielgrzymkę do Lourdes. Powiedziała, że pojechała, by pomodlić się o zwiększenie liczby szarych komórek u włas­nych dzieci.

Pogwizdujący czajnik przywołał Zojkę do rzeczywistości. Zalała herbatę i postawiła kubki na przykrytym kraciastą ceratą stole. Babunia z ponurą miną przysunęła sobie cukiernicę i wsypała do gorącego naparu cztery kopiaste łyżeczki cukru. Zojka jęknęła.

– Babciu…

– No co? Co? Ty też będziesz mi wmawiać, że cukier i papierosy to zło wcielone? I że muszę się ograniczać, bo inaczej już zaraz wyciągnę kopyta?

– Eee, nie… ja patrzę na względy ekonomiczne. Cukier podrożał…

– Rentę mam – prychnęła babunia, pociągając herbatę z głośnym chlipnięciem. – Na cukier mnie jeszcze stać. Dość się ograniczałam za komunistów. Teraz mogę słodzić i słodzić będę. I nikomu nic do tego!

Zojka pokiwała głową, zastanawiając się nad tym, jak delikatnie nakierować rozmowę na temat potencjalnego bicia i wyciągnąć ze staruszki, kto ma zostać równie potencjalną ofiarą. Babunia pociągnęła kolejny łyk i z chytrym uśmieszkiem spojrzała na wnuczkę.

– Niech zgadnę, pewnie ojciec cię przysłał?

Zojka uśmiechnęła się pod nosem. Próby przechytrzenia babuni Łyczakowej nie miały sensu. Była szczwana, spostrzegawcza i szczera do bólu. Jeśli wnuczka chciała cokolwiek z niej wyciągnąć, musiała jak na spowiedzi wyśpiewać, po co zjawiła się w domku na wzgórzu. Przybrała teraz groźną minę i pogroziła staruszce palcem.

– Naprawdę pogoniłaś go siekierką?

– Ja? – Babunia zrobiła niewinną minę. – Nic z tych rzeczy. Był tu jakoś na dniach, to prawda. Może akurat ostrzyłam narzędzia albo goniłam kurczaka po podwórku… nie wiem.

– Uhm. – Zojka pokiwała głową ze znaczącą miną. Znała to „nie wiem” babuni jak kształt własnego paznokcia na małym palcu prawej ręki. To samo „nie wiem” usłyszała, kiedy ktoś poprzebijał opony Wojtkowi, zdradliwemu narzeczonemu jej kuzynki Zosi. I kiedy piękne wielkanocne pisanki „się potłukły”. Wcześniej matka Zojki wyraźnie zapowiedziała babuni, by trzymała się z dala od świątecznych przygotowań, bo przecież wszystko leci jej z rąk…

– Naprawdę. – Staruszka przyłożyła dłoń do serca, przy okazji obficie chlapiąc herbatą przód niebieskiej podomki w drobne kwiaty.

– A o co chodzi z tym całym biciem? – nieufnie zapytała dziewczyna.

– A, to! No przecież! – Rozpromieniona babunia poderwała się z krzesła. – Chodzi o sołtysa!

– Babuniu! – jęknęła. – Wiem, że nie lubisz polityków i każdego uważasz za złodzieja…

– I za farbowanego lisa – dodała zadowolona z siebie staruszka, unosząc sękaty palec.

– …ale nie możesz uciekać się do przemocy. Nie wolno ci bić!

– Nie? – zdziwiła się babunia. – A sołtys powiedział, że to ostatnia okazja, potem będzie karalne…

– Już jest karalne!

– Wcale nie, przecież ci tłumaczę, że sołtys powiedział! Ja może polityków nie lubię, ale słucham. Jak księdza na kazaniu – dodała z przebiegłą miną. – Sołtys powiedział, że trzeba teraz bić, to zamierzam wykorzystać. Póki można legalnie, bo jak będzie karalne, to spasuję. Za komunistów mnie nie zamknęli, to i za kapitalistów nie wsadzą.

– Za kogo? – zdębiała Zojka. – To się w głowie nie mieści! Ja sobie z tym całym sołtysem porozmawiam i wszystko mu wygarnę. Jak można tak namawiać do złego i to staruszkę jeszcze! Ja złożę jakieś zażalenie!

– Staruszkę? – obruszyła się babunia. – Mów za siebie, ja mam dopiero siedemdziesiąt dwa lata, a czuję się o dwadzieścia młodsza!

– Uhm. – Zojka przewróciła znacząco oczami. – I ojciec babcię chciał od tego bicia odwieść, a babcia go siekierką…?

– Przecież ja go nie pytałam, po co przyszedł – prychnęła babunia. – Jak zobaczyłam, to złapałam, co było pod ręką i… oj. – Spłoszona spojrzała na wstrząś­niętą wnuczkę.

– Babuniu! A co ksiądz proboszcz na to powie? – Chwyciła się ostatniej deski ratunku. Staruszka wzruszyła ramionami.

– A co ma powiedzieć? On też bije, póki można…

Zojka aż dostała zawrotów głowy od tych wszystkich rewelacji. Doszła do wniosku, że najlepiej zrobi jej przechadzka. Dotleni się, zażyje ruchu, a może przy okazji zajdzie także do domu rodziców i powie, że mieli całkowitą rację. Babunia zbzikowała i wymagała opieki. Stała się agresywna i ani myślała ograniczać się do łona własnej rodziny. Bóg wie, kogo zamierzała roztrzaskać za pomocą swojej dobrze naostrzonej siekiery!

– Zostanę na kilka dni – powiedziała, dopijając herbatę. – Zatrzymam się u ciebie. Cieszysz się?

– Jak cholera! – Babunia od razu rozpromieniła się. – Z tym biciem jest strasznie dużo zamieszania, to mi pomożesz!