Popołudnia na Miodowej 2 - Joanna Szarańska - ebook + audiobook + książka

Popołudnia na Miodowej 2 ebook i audiobook

Joanna Szarańska

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Joanna Szarańska powraca na Miodową.

Urocza uliczka na przedmieściach i chwytająca za serce opowieść o poświęceniu oraz miłości do dziecka.

Klara zawsze obawiała się związków, gdyż nie chciała powtórzyć błędów swoich rodziców, których małżeństwo się rozpadło. Kiedy Tomek skradł jej serce i obiecał nigdy go nie złamać, uwierzyła, że ich miłość wytrzyma każdą próbę. Pięć lat później Tomek odchodzi, a Klara zostaje samotną matką. Wraz z córką Nelą przeprowadzają się na Miodową. W piekarni, której wnętrze wypełnia aromatyczny zapach ciasta i kawy, Klara próbuje pogodzić się ze stratą i zapewnić dziewczynce szczęście. Nela wymaga jednak wiele uwagi. Jest przecież dzieckiem wyjątkowym…

Jak niepowtarzalna atmosfera Miodowej wpłynie na Nelę?

Czy Klara odzyska spokój i rozpocznie nowe życie?

A może Tomek wcale nie odszedł na zawsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 23 min

Lektor: Paulina Raczyło

Oceny
4,5 (605 ocen)
390
153
55
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Terea

Nie oderwiesz się od lektury

akceptacja drugiego człowieka spojrzenie z perspektywy rodzica na atypowe dziecko
10
Zasia2515

Nie oderwiesz się od lektury

przeczytałam jednym tchem i czekam na więcej❤❤❤
10
cocomotion

Całkiem niezła

Pierwsza część była lepsza. Ten tom porusza ważne kwestie związane z chorobą, ale miałam wrażenie, że było za dużo zbędnych opisów (np jak pachnie ciasto, albo jak owoce puszczają soki), a za mało rozgrywało się różnych akcji między bohaterami.
10
Readinglover

Nie oderwiesz się od lektury

Nie spodziewałam się tego. Nie spodziewałam się tego, że ta książka tak bardzo we mnie uderzy. Pokruszy wrażliwe serce na miliony kawałeczków. Sprawi, że łzy będą toczyły się po moich policzkach, a ja będę je niecierpliwie ocierała wierzchem dłoni. Polecam bardzo, bardzo mocno!
10
magda_spodymek

Nie oderwiesz się od lektury

Poruszająca i pouczająca do głębi...
10

Popularność




Grzesiowi, który w żadnym stopniu nie jest „Tomkiem”.

Milence, która czasami bywa „Nelą”.

Copyright © Joanna Szarańska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Wiśniowska

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Maya Kruchancova | Adobe Stock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-85-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Mój mąż odchodzi w dniu, w którym Australia spala się na węgiel.

Gdy ja walczę ze skutkami katastrofy, on siedzi zgarbiony za stołem i obraca kubek to w tę, to w tamtą stronę, obojętny na wszelkie dramaty tego świata, obojętny na głęboką czerń dymiącej Australii i na ogłuszające wycie naszej córki, której właśnie wali się świat.

Jeszcze nie wiem, że spalona Australia to zaledwie wierzchołek góry lodowej, skromne preludium zwiastujące, że będzie tylko gorzej. Pewnie dlatego obrzucam męża pełnym wyrzutu spojrzeniem, równocześnie próbując zgarnąć w rozpostarte ramiona zapłakane dziecko. Nela wije się jak wąż, umyka przed moim dotykiem, kuli jak bity pies, jak ofiara przemocy, a ja uparcie nacieram na nią z roztrzęsionymi dłońmi i szaleńczo tłukącym się w piersi sercem. Nacieram mimo jej sprzeciwów i spazmatycznych szlochów, bo wiem, że jedynym sposobem na złagodzenie jej bólu jest zamknięcie w moich objęciach, delikatne kołysanie i zapewnienie, że nic się takiego nie stało. Świat się nie zawalił. Jeszcze nie.

– Australia! Australia! – wyje mi do ucha. Przytulam ją do siebie, czując, jak lepkie od dżemu truskawkowego paluszki zagłębiają się w moich włosach. Krzywię się odruchowo, gdy mocno się zaciskają i bezlitośnie ciągną pasmo nad skronią. Pochylam ku niej głowę, by złagodzić ból, nie przestając szeptać uspokajających słów, a za moimi plecami zwęglona Australia posykuje na patelni, wyrzucając z siebie strużki siwego dymu.

– Usmażymy inne placuszki…

– Nie! – sprzeciwia się Nela, a jej mała piąstka zachłannie zagarnia kolejne włosy. – Australia.

– A może serduszko? – próbuję wesołym tonem.

– Australia!

– Kwiatek?

– Nie!

Oddycham głęboko, równocześnie usiłując delikatnie wyswobodzić się ze zdecydowanego uścisku córki. Włosy, powoli, pasmo po paśmie, wysuwają się z dziecięcej rączki. Nela obrzuca mnie nieszczęśliwym, błękitnym spojrzeniem. Pociąga nosem. Jej szczupłe ramionka obciągnięte piżamką z wizerunkiem ulubionej księżniczki Disneya podskakują w spazmach, ale coraz rzadziej. Wiem, że zażegnaliśmy najgorsze. Teraz jeszcze…

Odsuwam się od małej z głośnym westchnieniem i wstaję, spoglądając z powątpiewaniem na dymiące resztki. Potem naciągam grubą rękawicę, sięgam po patelnię, niezgrabnym kopniakiem uchylam drzwiczki szafki pod zlewem i odsłaniam ukryty w niej kosz. Australia z cichym plaśnięciem ląduje wśród obierek od ziemniaków i skorupek jajek, a ja wstrzymuję oddech, bo pomimo regularnych porządków, cotygodniowego szorowania szorstką gąbką i płynem do mycia naczyń, szafka wydziela mdląco-zgniły zapaszek. Woń odpadków przeniknęła przez płytę wiórową, wbiła się ścianę i podłogę, osiadła na butelkach stojących w równym rządku detergentów. Zamykam szafkę z głośnym trzaśnięciem i myję patelnię.

Potem ujmuję chochelkę i delikatnie mieszam ciasto naleśnikowe, przy spodzie miski zrobiło się dziwnie kleiste, ciężkie. W końcu rozlewam na nagrzanej patelni bladożółty kleks i próbuję uformować z niego nowy kontynent. Australia jest jednak niesubordynowana. Rozlewa się na boki, tworząc kształt postaci z rozrzuconymi na boki ramionami. Trudno, myślę, powiem Neli, że to Australijczyk, może przejdzie. Jeśli nie, spróbuję kolejny raz. Będę tworzyć kontynenty jak Pan Bóg. Moje będą z ciasta naleśnikowego. Złociste. Lekko chrupiące po bokach.

Już nie pamiętam, kiedy rozpoczęliśmy tę zabawę. Jednego dnia toczyliśmy bitwę o każdy przełknięty kęs śniadania, obiadu czy kolacji, a następnego Nela pałaszowała naleśniki, aż jej się uszy trzęsły. Tajemnicą nagłego apetytu naszej córeczki okazała się stara zabawa z dzieciństwa. Jednak my nie spoglądaliśmy w niebo, wskazując, co przypomina dana chmurka, ale wbijaliśmy wzrok w powierzchnię patelni, w skwierczące na niej naleśniki, placki i racuchy, doszukując się znajomych kształtów. Im dziwniejsze one były, tym bardziej smakowały Neli.

Jak Australia. Wiem, że Australia byłaby hitem.

Ale Australii już nie ma.

Wystarczyła chwila poświęcona Neli, która zaczęła ciągnąć się za włosy, by Australia przepadła i wylądowała w koszu na odpadki, zwęglona, oblepiona obierkami z ziemniaków.

Teraz na patelni skwierczy Australijczyk. Przechylam głowę, by przyjrzeć mu się z innej perspektywy i rozbawiona stwierdzam, że w miejscu jego brzucha rośnie wielka bańka z ciasta. Wyobrażam sobie, jak pokażę ją Neli i zażartuję z wielkiego apetytu naleśnikowego człowieczka. I nagle słyszę za placami:

– Mam tego dość.

Zamieram w bezruchu, z dłonią kurczowo ściskającą drewnianą łopatkę. Nie reaguję. Całą uwagę koncentruję na brązowiejącym cieście. Liczy się tylko to, by wylądowało, apetycznie pachnące i chrupkie, na talerzu Neli. Reszta to iluzja. Niecierpliwie postukujący kubek na stole, szybki, urywany oddech Tomka, gwałtownie szamoczące się w mojej piersi serce. Resztą zajmę się później, gdy naleśnik zyska już nowy kształt, a Nela zaaprobuje śniadanie. Gdy odetchnę z ulgą, że znów się udało.

Jednak mój mąż nie ma zamiaru cierpliwie czekać, aż dopełnię śniadaniowego rytuału. Odsuwa kubek tak gwałtownie, że ten obija się z brzdękiem o miskę z konfiturami. Nela wyczuwa napięcie. Nie ma sobie w tym równych. Słyszę, że zaczyna kręcić się na swoim miejscu. Po chwili dobiega mnie ciche jęczenie przerywane cichym, skomlącym:

– Australia, Australia… – dopomina się.

– Zaraz, kochanie… – uspokajam.

– Słyszysz?! – Ostry głos mojego męża wpycha się pomiędzy nasze, mój łagodny, Neli cichy, proszący, na swój sposób niecierpliwy. Zagłusza nas. Zmusza, abyśmy zamilkły i wysłuchały, co ma do powiedzenia. A ja nie chcę. Nie chcę tego słuchać. Ani słyszeć. Jakaś cząstka mnie przeczuwa, że nie spodoba mi się, czego ma dość mój mąż. – Słyszysz, co mówię? Mam tego dosyć! To koniec!

W milczeniu przerzucam pana Australijczyka na drugą stronę i przyklepuję łopatką. Zupełnie jakbym chciała pokrzepiająco poklepać kogoś po ramieniu. Uspokój się. Będzie dobrze. Zaraz się upieczesz, a wtedy przełożę cię na porcelanowy talerzyk i udekoruję kleksem domowej konfitury z truskawek. A może wolisz śliwkowe powidła? Moja teściowa robi cudowne powidła z owoców węgierki rosnącej w ogrodzie za domem. Niebiańskie. Fantastyczne. Jeśli chcesz, posmaruję cię śliwkowymi powidłami. Rozsmaruję je ślicznie, pociągnę delikatnie łyżeczką, wyrównam przy bokach…

Moja rozmowa z naleśnikowym ludkiem rozwija się, a ja w efekcie parskam śmiechem. Tomek, który właśnie podchodzi z pustym kubkiem po kawie do zlewu, zamiera w bezruchu i spogląda na mnie z niedowierzaniem. Mierzy mnie spod nieładnie zmarszczonych brwi, a potem cedzi gniewnie:

– Dom wariatów!

Wychodzi do przedpokoju, a ja przerzucam naleśnik na przygotowany talerz i pytam Nelę, czy woli konfiturę, czy powidła. Potem smaruję placek słodką masą i kroję na dziesiątki małych kawałeczków, wsłuchując się w rumory dobiegające zza drzwi. Tomek miota się po przedpokoju, roztrącając na boki ustawione pod ścianą buty, wyszarpując szuflady, trzaskając drzwiczkami szafek.

– Tak się, kurwa, nie da żyć! Codziennie awantura! O byle co! O spalony naleśnik, o wizytę listonosza, o zgubioną lalkę. Że sukienka nie taka, że bajka sraka!

– Przestań! – podnoszę głos. Pobrzmiewają w nim histeryczne nuty i złoszczę się o to na siebie samą.

– Co: przestań? – Hałasy dobiegające z przedpokoju cichną. Tomek pojawia się w drzwiach. Jest czerwony na twarzy, ma szkliste, rozbiegane oczy. Nerwowo pociera podbródek. Zauważam, że przy porannym goleniu zaciął skórę i że pod dolną wargą utworzył się krwisty strup. – Może kłamię? Nie tak jest? Strach z domu wyjść, bo zaraz scena, że łeb puchnie! Kładzie się na chodniku, rzuca czapką, zdejmuje kalosze! Co to ma być?!

– Nieprawda! – Kręcę głową.

– A wczoraj? Co to było? Przy obcych? – krzyczy. – Rozpieściłaś ją jak dziadowski bicz!

– Dobrze wiesz, że to nie kwestia rozpieszczania! Nela nie jest niegrzeczna! Ma pewne trudności…

– Nazywaj rzeczy po imieniu – parska. – Zachowuje się jak niezrównoważona psychicznie! To rodzinne, co?

Przez krótki moment mam wrażenie, że ziemia osuwa mi się spod nóg i szybkim ruchem wczepiam się palcami w futrynę drzwi, aby nie upaść. W uszach tętni mi oszalała krew, przed oczami tańczą czerwone plamy, a do gardła podpełza strumień wypitej kawy. Boję się, że zwymiotuję na stojącego przede mną męża, desperacko przełykam ślinę, choć jakaś niewielka cząstka mnie ma ochotę to zrobić. Zasłużył sobie. Jak może być tak okrutny? Krzyczeć mi w twarz te wszystkie paskudne słowa? Za co mnie każe? Za co każe naszą córkę? Dlaczego nas opuszcza?

– Jak możesz… – zaczynam, ale Tomek gwałtownie wyrzuca przed siebie ramiona i milknę. Już sama nie wiem, czy jestem bardziej przerażona czy zdumiona. Powinnam coś powiedzieć, zaprotestować, wściec się, wyładować na nim złość i strach, ale w głowie mam kompletną pustkę. Chciałabym być odważniejsza. Jak moja teściowa. Jak Małgosia, którą Tomek tak podziwia. Jak matki z fundacji. Może wtedy podeszłabym i strzeliłabym go w gębę. Za te okrutne słowa. Za chęć odejścia, wycofania się rakiem z podkulonym ogonem. Za to, że nie potrafi zaakceptować własnej córki taką, jaką jest.

– Próbowałem – mówi, jakby czytając mi w myślach. – Do cholery, przecież próbowałem! Ale nie umiem tak!

Powoli kiwam głową. Jestem zbyt słaba na to, aby dać mu w pysk. Ale nie na to, by obrzucić go pogardliwym spojrzeniem. Zamierzam jeszcze dodać, że ja za to umiem. Matka zawsze potrafi. Ma siłę, ma cierpliwość, może mniej, niż by chciała, ale zawsze coś tam z siebie wykrzesze. Bo właśnie tego wymaga się od matki. Bo właśnie tego ona sama wymaga od siebie.

Tomek odwraca wzrok i ponownie skupia się na przetrząsaniu szafek. Przyglądam się temu pozornie obojętnie, choć wewnątrz mnie szaleje burza. Serce galopuje. Jeszcze chwila i wyskoczy z piersi. Zęby dzwonią o siebie, jakby dopadły mnie dreszcze. Równocześnie jest mi potwornie gorąco, mam ochotę zedrzeć z siebie bluzkę i cisnąć nią o podłogę.

Za moimi plecami Nela pobrzękuje talerzem, nucąc cichutko pod nosem. Jest w tej tylko jej znanej piosence jakiś głęboki smutek i nagle przed oczyma staje mi inna scena. Już nie jestem Klarą Kwiatkowską, żoną Tomka i mamą Anieli. Już nie mieszkam przy Klonowej 4. Staję się kilkuletnią, przestraszoną Klarcią, która kuca w kącie ciemnej sieni i rozbieganym wzrokiem wodzi między taszczącym walizkę ojcem i uczepiającą się jego kolan matką. Widzę, jak potężny mężczyzna z niesmakiem unosi nogę i próbuje strząsnąć z siebie desperacko przytrzymujące go dłonie. Tak jak strząsa się pająka. Albo przyklejone do obcasa gówno. Za tą przejmującą sceną podążają kolejne. Poszarzała na twarzy matka wychodząca każdego dnia o czwartej z minutami na zakładowy autobus. Chłód klucza przewieszonego przez szyję na kawałku tasiemki. Pierwsza komunia, pożyczona od sąsiadki przyciasna sukienka i samotność wśród dzieci otoczonych wianuszkami krewnych i przyjaciół. Matka w czarnej garsonce. Samotna wysepka na oceanie niewinnej bieli. Nela śpiewa coraz głośniej, a ja głośno przełykam ślinę. Nie chcę takiego życia dla mojej córeczki. Dlatego postępuję krok w kierunku Tomka i szepczę:

– Opamiętaj się. Pomyśl, co robisz. Jaką krzywdę wyrządzasz sobie i nam. Przede wszystkim Neli.

Nie patrzy na mnie. A wyraz jego twarzy staje się jeszcze bardziej zacięty. Podchodzę bliżej, delikatnie kładę dłoń w zgięciu łokcia, pieszczotliwie. Chcę w ten sposób zaznaczyć, że tu jestem. Pokazać, że czuję, że cierpię. I że go potrzebuję. Obie z Nelą bardzo go potrzebujemy.

Tomek odsuwa się z gniewnym syknięciem, a moja bezwładna ręka opada. Uświadamiam sobie, jak niewiele ta sytuacja różni się od sceny sprzed lat. Dzieli je czas, otaczają inne zapachy, padają inne słowa, ale schemat pozostaje ten sam. A ja dotarłam do ściany. Tak jak przed laty moja matka. Stałam się kawałkiem gówna, które ktoś strzepuje z siebie z irytacją i gniewem.

Odsuwam się.

– Porozmawiajmy – proszę jeszcze.

Tomek obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem.

– Nie. – Potrząsa głową, sięgając do klamki w drzwiach wyjściowych. – Nie mam ochoty.

Wychodzi, trzaskając drzwiami, a ja znużona opieram się plecami o ścianę i tkwię tak dłuższą chwilę, z wzrokiem wbitym w nieruchomą klamkę. W kuchni Nela dociera do końca swojej smutnej piosenki i rozpoczyna kolejną. Jej głos wydaje się lekko przytłumiony. To wzbudza we mnie niepokój, zbieram więc siły i idę do swojej wyjątkowej córeczki.

Pod sufitem wciąż unoszą się smużki siwego dymu. Nela nadal siedzi na swoim miejscu za stołem. Zjadła już Australijczyka i teraz wyjada śliwkowe powidła. Gdy staję w progu, na moment podnosi wzrok znad miseczki, ale szybko traci zainteresowanie moją osobą. Ponownie nurkuje rączką w naczyniu. Wybiera przetwory czubkami palców, jak niedźwiadek z kreskówki, wsuwa palce do buzi i oblizuje je z cichym cmoknięciem. Potem pozbywa się lepkości, przesuwając ręką po blacie stołu, przodzie piżamki, włosach, a nawet ścianie. Słodycz śliwek z ogrodu mojej teściowej rozpełzła się po stole i ścianach, spłynęła na podłogę, pnie się po zasłonach. Napływają mi do oczu łzy. Myślę o czasie i energii, które będę musiała poświęcić, aby doprowadzić do porządku dziecko i otoczenie. Uświadamiam sobie, że jestem zmęczona. Bardzo zmęczona.

A potem przypominam sobie zaciętą minę Tomka i to, w jaki sposób powiedział, że ma dosyć. Nie mogę dać się bezsilności. Nie teraz. Nie w tej chwili.

Patrzę na Nelkę z apetytem zajadającą powidła, a ona spogląda na mnie. Mam wrażenie, że się uśmiecha, ale może to tylko grymas wymalowany śliwkowymi przetworami? Wyciągam do niej ramiona, a ona natychmiast porzuca miseczkę i wtula się we mnie, przekazując swą lepkość i słodycz. Niosę ją do łazienki i napełniam wannę ciepłą wodą z ulubionym płynem do kąpieli. Gdy Nela się pluszcze, głośno podśpiewując, ja porządkuję kuchnię, łowiąc odgłosy napływające z łazienki. Pochylam się nad koszem, by wyrzucić okruchy.

Australia spaliła się na węgiel.

Rozpadła się na drobne, poczerniałe kawałki.

Jak moje małżeństwo.

Matka Tomka lubi przytaczać romantyczną historię naszej miłości. Opowiada, jak poznaliśmy się na podwójnej randce, na której towarzyszyliśmy parze naszych przyjaciół, i jak tamta dwójka się zmyła, a my zostaliśmy, zakochani od pierwszego wejrzenia. Nie chcę pozbawiać jej tej przyjemności, a tym bardziej złudzeń, ale nasza historia nigdy nie była słodka jak lukier na weselnym torcie, który zrobiła.

Prawdą było, że zjawiłam się na tym spotkaniu przez koleżankę, która nie miała śmiałości spotkać się sam na sam z przystojnym kolegą z politechniki. Chłopak okazał się tak chorobliwie nieśmiały, że do tej pory się zastanawiam, jakim cudem umówili to spotkanie. Przez cały czas wlepiał wzrok w czubki butów, pytany odpowiadał monosylabami i od czasu do czasu posyłał Tomkowi tak nieszczęśliwe spojrzenie, jakby chciał prosić, by ten w ramach koleżeńskiej przysługi obskakiwał nas obie. W końcu koleżanka skapitulowała. Rozłożyła ręce i stwierdziła, że wraca do domu. Nigdy nie zapomnę ulgi odmalowującej się na twarzy tamtego chłopaka. Najpierw wyszła ona, zaraz po niej on, w końcu zza stołu podniosłam się i ja. Tomek obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem.

– Może jeszcze zostaniesz…? – zaproponował.

Wahałam się. Zjawiłam się w tej kawiarni tylko przez wzgląd na koleżankę. W domu mama czekała na mnie z kolacją, miałam też zaczętą ciekawą powieść i szczerze mówiąc, wieczór spędzony na jej lekturze wydawał mi się bardziej kuszący niż w towarzystwie nieznajomego. Zerknęłam na zegarek. Autobus powrotny odjeżdżał dopiero za dwadzieścia minut, mogłam ten czas spędzić w przytulnym wnętrzu kawiarni. Uznałam to za lepszą perspektywę od wystawania pod wiatą przystankową i narażania się na zaczepki podchmielonych wyrostków.

– A porozmawiasz ze mną? – zakpiłam. – A może macie na politechnice samych milczków?

– Wiele można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem milczkiem – obruszył się mój towarzysz. – Usiądź, dopij kawę, przekonasz się.

Usiadłam więc, sięgnęłam po szklankę z niedopitą latte i bawiłam się łyżeczką, dyskretnie obserwując mężczyznę po drugiej stronie stolika. On również mi się przyglądał, z tym że nie bawił się w żadne niuanse i czynił to otwarcie, bez skrępowania. W pewnej chwili pochylił się nad blatem i nim zdążyłam zareagować, złapał w dwa palce skręcone pasmo moich włosów. Potarł je, jakby rozsypywał szczyptę soli i mruknął.

– Ładne. Są naturalne, prawda?

Przytaknęłam niepewnie, nie wiedząc, jak zareagować na ten nieoczekiwany i dość osobliwy komplement, a on jak gdyby nigdy nic, wypuścił pukiel z palców, rozparł się w krześle i spoglądając na mnie z zainteresowaniem, zapytał:

– Czym się zajmujesz?

Opowiedziałam mu. Zgodnie z prawdą przyznałam, że pracuję w osiedlowym supermarkecie, ale po chwili wahania dodałam, że pragnę czegoś więcej. Chciałam studiować. Może filologię polską. Może coś związanego z dziennikarstwem i naukami społecznymi. Nie wiem dlaczego, ale tamtego dnia w kawiarni zdobyłam się wobec kompletnie obcego faceta na szczerość, której odmawiałam samej sobie. I przyznałam, że po maturze nie podjęłam studiów, ponieważ moja matka uważała, że to strata czasu i pieniędzy. Że powinnam zdobyć konkretny zawód, który zapewni mi chleb. Nie sprzeciwiłam się jej. Miała przecież tylko mnie.

– Te matki… – Tomek pokręcił głową. – Twoja uważa studia za stratę czasu. Moja uparła się, że muszę zdobyć wyższe wykształcenie, choć nauka nigdy nie przychodziła mi łatwo. Zgodziłem się dla świętego spokoju, ale… – urwał i machnął ręką.

– Co chciałbyś robić? – zainteresowałam się.

– Chciałbym otworzyć coś własnego. To dobry moment. Specjaliści wyjeżdżają do pracy za granicę. Do Anglii, Szwecji, Francji. A u nas brakuje tego Kowalskiego z młotkiem, nie ma kto przybić gwoździa, wymienić rury pod zlewem, rozumiesz?

– Chcesz być Kowalskim z młotkiem? – Uśmiechnęłam się.

– Chcę mieć firmę, która zatrudnia Kowalskich i daje im młotki. Chcę zarabiać dobre pieniądze.

– A czym zajmuje się twoja mama?

– Moi staruszkowie prowadzą rodzinną piekarnię. Na Miodowej. Wiesz, gdzie to jest?

– Mniej więcej – przyznałam. – Na obrzeżach miasta, prawda? Ale skoro rodzice prowadzą swój biznes, powinni zrozumieć, że ty również chcesz otworzyć własny…

– Jestem jedynakiem – wyjaśnił. W jego głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna nuta goryczy. – Myślę, że tak naprawdę te studia to tylko przykrywka. W rzeczywistości już dawno zdecydowano, że przejmę piekarnię. Tylko że ja tego nie zrobię – zaznaczył i jego głos stwardniał.

Zamilkliśmy. Spojrzałam na zegarek i z przerażeniem odkryłam, że mój autobus odjechał. Tomek uniósł się zza stolika i sięgnął po kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła.

– Odwiozę cię – zaproponował. A potem, jakby po chwili wahania, dodał: – Dziękuję. Już dawno z nikim tak szczerze nie rozmawiałem. Właściwie od dobrych kilku lat.

– Nie ma sprawy – odparłam.

– No i chyba nie była to najgorsza randka na świecie, co? – Wybuchnął śmiechem. Pomyślałam o koleżance oraz jej nieśmiałym absztyfikancie i skrzywiłam się.

– Dla nas nie – stwierdziłam.

– A może… – zawahał się i zerknął na mnie nieśmiało, przeczesując palcami jasną czuprynę. – Masz ochotę na kręgle?

– Czemu nie? – Wzruszyłam ramionami.

Bawiliśmy się świetnie, a potem Tomek odwiózł mnie do domu, pożegnaliśmy się przyjaźnie i jeśli chodzi o mnie, to właśnie w tym miejscu nastąpiłby koniec tej historii. Moje życie – choć do bólu proste, momentami nawet jałowe – nie pozostawiało miejsca na mężczyzn, randki, związki. Owszem, zdarzyło się kilka nic nieznaczących epizodów, które przyniosły mi jedynie rozczarowanie i przykre poczucie, że mężczyzna nie tyle pochodzi z Marsa, co na Marsa powinien zostać wyekspediowany. Na więcej nie miałam ochoty.

Jednak Tomek był uparty.

Dzwonił, przyjeżdżał pod sklep, w którym pracowałam, czasami czatował w samochodzie pod blokiem, w którym mieszkałam z matką, i wyskakiwał zza kierownicy z bukiecikiem polnych kwiatów w garści jak pajacyk z pudełka. Początkowo wzbudzało to we mnie irytację, czułam, że mnie osacza, że żąda ode mnie czegoś, czego nie chcę i nie zamierzam mu dać. Potem nadeszła kolej na rozbawienie, a na koniec jego uparte zainteresowanie zaczęło mi schlebiać. I wbrew sobie szukałam oczami samochodu zaparkowanego przy krawężniku albo lustrowałam kolejkę przy kasie w poszukiwaniu znajomej sylwetki.

– To dobry chłopak – mówiła matka, uważnie sondując mnie wzrokiem.

W odpowiedzi wzdychałam.

– Wiem, mamo. Mówiłam ci jednak, że nie chcę…

– Chcesz, chcesz! – przerwała mi pewnego dnia. Na jej ustach wykwitł dziwny uśmieszek. – Chcesz, tylko boisz się do tego przyznać…

Owszem, bałam się, ale nie tego, o czym myślała moja matka. Nie obawiałam się stabilizacji, długotrwałego związku i jego kolejnych etapów, takich jak zaręczyny, ślub, dziecko, wspólna kuchnia i półka w łazience. Obawiałam się tego, że te wszystkie ładne elementy obrazka zatytułowanego „Małżeństwo” pewnego dnia znikną. Rozpłyną się w powietrzu, bo ktoś uzna, że nie są mu już potrzebne i strzepnie je z siebie jak podróżny kurz. Obraz ojca opuszczającego dom z jedną walizką nie był nawet w połowie tak przykry jak wspomnienie matki skulonej na zimnej posadzce sieni i szlochającej w podciągnięte pod brodę kolana. Nie chciałam skończyć w tej samej pozycji.

Powiedziałam to Tomkowi. Wysłuchał mnie, pokiwał głową ze zrozumieniem, a potem lekko ścisnął moją dłoń.

– Nie możesz zakładać, że z nami będzie podobnie jak z twoimi rodzicami.

– Nie zakładam. – Potrząsnęłam głową. – Po prostu…

Zabrakło mi słów. Jak miałam mu wytłumaczyć, że lęk, który mi towarzyszy, rodzi się gdzieś głęboko we mnie? Że kiedy się spotykamy, spędzamy razem czas, wymieniamy pocałunki w deszczu czy kochamy się na wąskim tapczanie w moim pokoju, jest cudownie, ale wystarczy, że wyobraźnia sięgnie dalej, podsunie obraz wspólnej przyszłości, za gardło natychmiast łapie mnie panika. I wizję szczęśliwej pary wypiera inna: samotna, zrozpaczona kobieta skulona na podłodze, porzucona wraz z córką, wymieniona na nowszy model, tak jak wymienia się kanapę w salonie albo zimowe buty.

– Po prostu cię kocham! – dopowiedział Tomek. – Chciałbym, żebyśmy się pobrali. I wiesz co? Po ślubie mogłabyś studiować.

– To oświadczyny? – Uniosłam brwi. – Jeśli tak, wybrałeś ciekawy pierścionek zaręczynowy!

– I co odpowiesz?

– Nie wiem. Jak ty sobie to wyobrażasz? Studenckie małżeństwo? Będą nas utrzymywać mamusie? – Śmiałam się.

Tomek z powagą pokręcił głową.

– Rozmawiałem z matką. Rzucam studia. W pierwszej chwili zaprotestowała, ale wyjaśniłem jej, że nie tędy droga, i zaakceptowała to. Uruchomię firmę. Ale zanim zajmę się własnym biznesem, zatrudnię się w firmie budowlanej. Chcę tę robotę poznać od podszewki. Już rozmawiałem z takim jednym gościem, nazywa się Muszyński. Inwestuje w deweloperkę.

– Mówisz poważnie? – Myślałam, że żartuje, ale podekscytowanie na jego twarzy świadczyło o czymś innym. W powieści jednej z moich ulubionych autorek wyczytałam, że marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Tomek właśnie zaczął to robić.

– To zależy. – Nagle porwał mnie w ramiona i okręcił dookoła siebie. Gdy ponownie stanęłam na nogach, poczułam zawroty głowy. – Zależy, co odpowiesz. Czy zostaniesz moją żoną?

– Tak, do diabła, tak! Zostanę!

Chwila, w której Tomek oświadczył, że porzuca studia, i poprosił mnie o rękę, była magiczna. Inna. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie prześladowała mnie wizja ojca porzucającego matkę. Oczyma wyobraźni widziałam tylko biel sukni ślubnej i jasne kolory wspólnego życia. Kiedy powiedziałam mamie, że planujemy małżeństwo, pokiwała głową z zadowoleniem.

– Będziesz szczęśliwa – zawyrokowała. Przytuliłam się do niej, kładąc głowę na kościstych kolanach. Spracowaną dłonią gładziła moją skroń.

– Będę – szepnęłam.

W poniedziałkowe popołudnia Nela ma zajęcia z psychologiem w poradni w centrum miasteczka. Idziemy tam pieszo, przez park. Mała z piskiem buszuje w złocistych liściach zaścielających alejki, a ja wystawiam twarz w kierunku promieni słońca przesączających się przez gęste korony drzew i cieszę oczy cudownymi kolorami jesieni. Ta tegoroczna nas rozpieszcza, jest ciepła, złocista, skłania do przechadzek i spędzania czasu na świeżym powietrzu. Wciągam w nozdrza zapach liści, upajam się nim. To na moment rozprasza mrok poranka, sprawia, że zapominam o okrutnych słowach Tomka, przegania niepokój ściskający za gardło.

Z naprzeciwka nadchodzi trzyosobowa rodzinka. Jasnowłosa mama ma na sobie błękitny trencz i szpilki, tata nasunął na nos ciemne okulary, między nimi podskakuje mała blondyneczka. Kiedy nas mijają, mała rozdziawia buzię w szerokim uśmiechu, demonstrując brak górnych jedynek i zaśmiewa się, odrzucając głowę do tyłu. Paluszki jej pulchnej rączki wtulają się w opiekuńcze dłonie dorosłych. Rodzice pochylają się ku niej z uśmiechem. Na ten widok moje serce przeszywa ból. Nerwowo skaczę wzrokiem po pniach, szukając między drzewami córki. Obraz tej obcej rodziny zakotwiczył w mojej głowie, wbił się pod powiekę jak ziarenko piasku, drażni. Prowokuje pierwszą łzę, potem kolejną. Dostrzegam nadbiegającą Nelę i szybko ocieram policzki wierzchem dłoni. Kąciki moich ust wędrują w górę, ale pierś pozostaje ciężka. Jakby przygniatał ją wielki głaz.

– Idziemy do poradni – zapowiadam. – Ciocia Iza czeka na ciebie na zajęciach, tak? Dzisiaj macie układać historyjki?

Nela uśmiecha się w odpowiedzi.

– Tak – potwierdza z entuzjazmem. Lubi spotkania z psychologiem i logopedą. Zajęcia wciąż są dla niej przygodą, nie przykrym obowiązkiem, drzwi gabinetu z kolei to wejście do magicznego sezamu pełnego nowych zabawek i różnych atrakcji. Wychodzi stamtąd uśmiechnięta, z roziskrzonym wzrokiem, a ja – czekająca na twardym, niewygodnym krześle za ścianą – cieszę się razem z nią. I odczuwam ulgę. Bo skoro terapia idzie zgodnie z planem, pojawią się efekty. Moja córka będzie się rozwijać, ścigać rówieśników w tych nierównych zawodach.

Ujmuję ją za łapkę i ruszamy ku drzwiom poradni. Wdrapujemy się na czwarte piętro kamienicy. Schody pod naszymi stopami skrzypią w głośnej skardze, korytarz, w którym mieszczą się gabinety poradni pedagogiczno-psychologicznej, jest mroczny i czuć w nim wilgoć. Początkowo wzdrygałam się za każdym razem, gdy wkraczałam w tę krainę chłodu, teraz już przywykłam, a nawet to lubię. Jawi mi się jako coś swojskiego, niemal słodkiego. To przecież miejsce, w którym mojej kochanej córeczce ofiarowano pomoc.

Na krzesłach ustawionych pod drzwiami do pokojów siedzą matki. Przed każdym gabinetem. Nieodłączne towarzyszki terapii. Z telefonem w ręku, książką na kolanach, szeleszczące stronami kolorowych miesięczników, czasem przeglądające siatki z zakupami, cieszące oczy upolowaną na wyprzedaży bluzką albo rajstopkami za parę złotych. Gdy wchodzimy, kierują na nas spojrzenia, te zmęczone wieloletnim tułaniem się między ośrodkami, szkołami i poradniami i te świeże, błyszczące nadzieją, że diagnoza to pomyłka, a jeśli nawet nie, to dobrze, że taka wczesna, bo można jeszcze coś zdziałać. Lustrują mnie, lustrują niezdarnie zrzucającą buciki Nelkę, wymieniamy blade uśmiechy, kiwamy głowami. Znamy się. Powtarzamy ten spektakl w regularnych odstępach czasu. W każdy poniedziałek o czternastej. Za moment nastąpi drugi akt. Drzwi gabinetu otworzą się i w progu staną dzieci, a za ich plecami terapeuci. Dziś umiem przetrwać tę chwilę z kamienną twarzą, jednak pierwszy raz był jak zimny prysznic. Bo dzieci wychodzące z gabinetów są różne. Mają zdeformowane twarze i kończyny, wykonują niekontrolowane ruchy i wyrzucają z siebie przedziwne piski. Czasem wpatrują się natarczywie w twoją twarz i nie wiesz, jak się zachować. Spuścić wzrok, by nikt nie zarzucił, że się gapisz? Uśmiechnąć się? Przemówić? Dzieci będą ściskać w spoconych łapkach rysunki, czasem jakieś drobne zabawki, z którymi nie chcą się rozstać, matki podniosą się z krzeseł, by przejąć swoje pociechy i zamienić kilka słów, dowiedzieć się, jak przebiegły zajęcia. W zależności od tego, co usłyszą, ich twarze rozjaśnią się w uśmiechu lub skurczą się w niepokoju i smutku. Później wyjdą. Miejsca na kolorowych dywanach w gabinetach zajmą kolejne dzieci, na korytarzu zasiądą inne matki, wpasują przygarbione plecy w oparcie krzesła, sięgną do torebki po smartfona, książkę, krzyżówkę w miękkiej okładce. Będą tak tkwić skulone, od czasu do czasu podnosząc wzrok na jasne drzwi, usiłując wyłowić uchem choć jeden dźwięk dobiegający z gabinetu.

Drzwi, przed którymi siedzę, otwierają się z cichym skrzypnięciem i w progu staje terapeutka. Nela gwałtownie podrywa się z posadzki i podbiega do niej w podskokach. Nie poświęca pani Izie więcej uwagi niż to konieczne, niecierpliwie zerka za to do gabinetu.

– Dzień dobry, Nelciu! – Psycholożka kuca przy mojej córeczce i usiłuje pochwycić jej wzrok. – Dzień dobry! Przywitasz się ze mną?

– Dzień dobry! – Nela obrzuca młodą kobietę podirytowanym spojrzeniem. Uprzejmości, konwenanse, komunikacja – nie mają dla niej znaczenia. Chce wejść do gabinetu i sięgnąć na regał po jedną z kolorowych zabawek. Może drewniany domek z maleńkimi mebelkami i rodziną laleczek? Może którąś z gier planszowych?

– Idziemy na zajęcia? – Pani Iza jest uparta. Czeka cierpliwie, aż Nela ją zauważy, wejdzie w interakcję.

– Tak – potwierdza sztywno moja córka.

– Wiesz, co będziemy dziś robić?

– Tak. Bawić.

– Dobrze. Możemy się razem pobawić? A pożegnasz się z mamą? Będzie tutaj na ciebie czekała.

Nela kieruje na mnie błękitne ślepka. Jest już zirytowana czekaniem, mały nosek upstrzony piegami marszczy się ze złością, a moje serce fika koziołka. Atak histerii z pewnością nie jest tym, czego teraz potrzebujemy. Po każdym trzeba chwili, żeby Nelę uspokoić, wyciszyć. A czas terapii jest cenny. Każda godzina, każdy kwadrans, każda minuta. Ułamek sekundy ma znaczenie dla rozwoju mojej córeczki.

Nela niemrawo kiwa łapką. Potem wchodzi z terapeutką do gabinetu, a ja rozsiadam się wygodniej na przeznaczonym dla mnie krześle i sięgam do torebki. Dzisiaj przyniosłam ze sobą książkę. Zerkam na okładkę i rozbawiona myślę, że nie każdy ma okazję pochwalić się znajomością z pisarką. A ja nie dalej jak wczoraj parzyłam dla jednej kawę.

Kładę książkę na kolanach i z kieszonki w torebce wyjmuję telefon. Siła przyzwyczajenia. Zazwyczaj po odprowadzeniu Neli na terapię i objęciu posterunku przy drzwiach, piszę do Tomka. Zdaję mu relację z drogi do poradni, czasem opowiadam coś zabawnego. Teraz uświadamiam sobie, że tego nie zrobię. Telefon w mojej dłoni wydaje się zbędny, bezużyteczny. Przez chwilę wyobrażam sobie, jak ciskam nim o posadzkę, roztrzaskuję na dziesiątki kawałeczków, wzbudzając przerażenie w otaczających mnie matkach.

A potem potrząsam głową. Nie. To niemożliwe. Oczywiście, że mogę napisać do Tomka. Mój mąż nie mówił poważnie. Nie mógłby. Nie mógłby tak po prostu oświadczyć, że ma dość. Mnie. Neli. Nas.

Wyszedł, żeby ochłonąć. Odetchnąć. Odpocząć. Ale wróci.

Odblokowuję telefon. Na widok kilku nieodebranych połączeń od teściowej głośno przełykam ślinę. Barbara nie należy do osób w gorącej wodzie kąpanych. Jeśli ma jakąś sprawę, a ja nie odbieram, cierpliwie czeka, aż oddzwonię. Tym razem jest inaczej, dlatego wiem, że musiało się wydarzyć coś ważnego. Czyżby Tomek pojechał do matki? Powiedział jej, że nas…?

W napięciu wpatruję się w wyświetlacz, palce kurczowo zaciskają się na aparacie, zostawiając wilgotne ślady. Biję się z myślami. Nie umiem zdecydować, czy oddzwonić i zmierzyć się z tym, co chce mi powiedzieć, czy wcisnąć smartfona do kieszeni w torebce i udawać, że wcale po niego nie sięgnęłam. Żołądek reaguje na moje rozterki bolesnym skurczem.

I nagle na wyświetlaczu telefonu pojawiają się imię i numer teściowej, zdejmując z moich barków obowiązek podjęcia pozornie prostej decyzji. Los zdecydował. Albo raczej Barbara. Odbieram.

– Klara? – w głosie Barbary rozbrzmiewa rozpacz. Gwałtownie podrywam się z siedziska. Odepchnięte krzesło uderza w ścianę, zaniepokojone matki podnoszą głowy, przypatrują mi się zaciekawione. – Stało się… coś… Musisz tu przyjechać!

– Co się stało? – pytam głucho.

Przed moimi oczami rozbłyskują jaskrawe obrazy podsuwane przez podsycaną strachem wyobraźnię. Roztrzaskany samochód. Bezwładne ciało na przejściu dla pieszych, nawet sznur, skręcony, przerzucony przez konar jabłoni, wrzynający się w opuchniętą szyję. Powiedział, że ma dość. – Tłucze mi się pod głowie. – Powiedział, że ma dosyć, że próbował. Ale czy powiedział, że nas zostawia? Że wyprowadza się z domu? Do matki? Do innej kobiety? Czy powiedział to? Może miał na myśli coś innego. Że ma dość takiego życia?

– Co się stało, Basiu?!

– Nie żyje. Ona umarła. We śnie, tak cichutko… – odpowiada i zaczyna płakać. Dociera do mnie, o kim mówi Barbara, i czuję, jak powoli schodzi ze mnie napięcie. Panika ustępuje. Zastępuje ją ulga. Brzydko, wiem, ale nic na to nie poradzę. Teściowa zadzwoniła, aby powiadomić mnie o śmierci swojej przyjaciółki. Tomkowi nic się nie stało. – Klarciu, wiem, że Nela ma dzisiaj te swoje zajęcia, ale potrzebuję cię w piekarni. Muszę pomóc Małgosi, ona jest kompletnie rozbita. Siedzi i się nie rusza. Nie prosiłabym o to, ale…

– Przyjadę – wtrącam szybko. – Oczywiście, że przyjadę. Musicie zająć się pogrzebem. Nela zaraz wychodzi. Wezmę taksówkę i przyjedziemy na Miodową jak najszybciej.

– Taksówkę? – Basia pociąga nosem. – Może Tomek was podrzuci?

– Nie… – zacinam się. – Tomek jest dzisiaj zajęty, nie będę mu zawracać głowy.

– Ale… – zaczyna Barbara.

Przerywam jej.

– Muszę kończyć. Nelcia wychodzi z gabinetu – kłamię. – Do zobaczenia. I… – waham się, głośno przełykam ślinę. – Bardzo mi przykro, Basiu!

– Och, córciu… – Teściowa wzdycha żałośnie. – Mnie również, nawet nie wiesz, jak bardzo.

Rozłączam się, przesuwam krzesło na właściwe miejsce i opadam na nie z cichym jękiem, opierając łokcie o kolana i kryjąc twarz w dłoniach. Wyczuwam, że inne matki przyglądają mi się z zainteresowaniem, może nawet ze współczuciem. Ponad moją głową wymieniają spojrzenia, zjednoczone faktem, że to nie one przyjęły telefon z niepomyślnymi wieściami.

Tkwię w bezruchu dłuższą chwilę. Pod gabinety nadciągają kolejne matki. Niektóre niosą, inne prowadzą swoje dzieci. Jakieś dziecko głośno protestuje, ktoś trzaska drzwiami łazienki, po chwili dobiega nas stłumione łkanie. Skrzypią drzwi gabinetu. W progu staje uśmiechnięta Nela, ponad jej ramieniem pani Iza unosi kciuk, przekazując, że terapia przebiegła bez zakłóceń. Normalnie zamieniam z nią kilka słów, rozmawiamy o postępach, o tym, co wydarzyło się w domu w ciągu minionego tygodnia. Dziś się spieszę, podaję Neli buciki, a potem kucam, aby je pomóc włożyć. Dziś nie ma czasu na lekcję samodzielności. Pani Iza pewnie się dziwi, ale nie komentuje. Ustalamy, że widzimy się za tydzień o stałej porze.

– Pożegnaj się, Nelciu! – przypominam.

Nela omiata obojętnym spojrzeniem terapeutkę i inne matki. Wykonuje niemrawy ruch palcami, jej wzrok już błądzi po ścianach upstrzonych plakatami i rysunkami dzieci, po kulistych lampach na suficie, liniach płytek na posadzce. Zatapia się we własnych myślach, we własnym świecie. Kciuk wędruje do buzi. Biorę ją za rękę i delikatnie popycham w kierunku wyjścia na schody. Podążając za nią, po raz tysięczny zastanawiam się, jak wygląda ten świat. Świat Neli. Wykreowany w jej głowie. Może jest radosny. Kolorowy. Beztroski.

Może nie ma w nim rodziców porzucających swoje dzieci.

Może nie ma w nim śmierci.

Miodowa tonie w popołudniowym słońcu. Prześlizguję się wzrokiem po skąpanych w złocistym blasku budynkach, drzewach i parkanach i przez myśl mi przemyka, że nazwa ulicy jeszcze nigdy nie była tak trafna. Idylliczna, sielska uliczka na obrzeżach miasta, gdzie w uroczych domkach i kamieniczkach mieszkają uroczy ludzie. Popołudniami spotykają się przy płotach, by wymienić niewinne ploteczki, a z rana biegną do ulubionej piekarni po chrupiące pieczywo. O tym, że w tym idealnym świecie zagnieździła się śmierć, świadczy tylko karawan zaparkowany przy krawężniku.

Prowadzę Nelę do piekarni, przekazuję ją pod opiekę dziadka, a sama ruszam na poszukiwanie Barbary. Gdy ponownie wychodzę na ulicę i skręcam w kierunku księgarni, karawan rusza i odjeżdża, sunąc ulicą powoli, dostojnie. Odprowadzam go wzrokiem, a kiedy znika za zakrętem, biegiem przemierzam ścieżkę i lekko stukając w odrapaną futrynę drzwi, zagłębiam się w mrok księgarni.

Rolety zostały opuszczone do połowy, w smugach światła wpadających do środka tańczą drobinki kurzu. Gdzieś z głębi domu dobiega mnie szmer głosów, podążam za nim i docieram do tylnych drzwi. Stoją otworem, a mnie ukazują się plecy siedzących na betonowym murku kobiet. Plecy obok pleców, głowa obok głowy, przytulone bokiem, szukające ciepła i pociechy. Ta z siwiejącym koczkiem niedbale spiętym grzebykiem należy do mojej teściowej. Wczepiona w nią kobieta to Małgosia Celińska, nasza sąsiadka, przyjaciółka Tomka i Basi, krewna zmarłej Wandy. Pisarka, której jeszcze wczoraj podawałam kawę z mlekiem. Której książkę wciąż mam w torebce kurczowo przyciskanej do boku.

Podchodzę i kładę dłonie na ramionach skulonych na murku kobiet. W oczy rzuca mi się samotny fotel z technorattanu stojący na kamienistym placyku. Czuję lodowaty dreszcz pełznący wzdłuż kręgosłupa. Myślę, że pewne rzeczy są nieodwracalne. Jak śmierć. Nie ma znaczenia, co o niej myślimy. Bez względu na to, czy to dobry Bóg powołuje do siebie człowieka, czy wyniszcza go podstępna choroba, tego odejścia nie da się cofnąć. Tak jak raz wypowiedzianych słów nie można wcisnąć na powrót w struny głosowe. Jedno i drugie pozostawia po sobie żal, pustkę, strach.

Barbara i Małgosia odwracają ku mnie głowy. Oczy teściowej uśmiechają się, ale na ich dnie czai się smutek. Gęsta siateczka zmarszczek porusza się jak muśnięta podmuchem wiatru pajęczyna. Twarz Małgosi jest chorobliwie blada, w tej zastygłej masce wyróżniają się wielkie, podkrążone oczy. Policzki znaczą ślady łez, jedna samotna kropla toczy się wzdłuż grzbietu nosa i wsiąka w kącik ust.

– Jesteś. – Z piersi Barbary wyrywa się westchnienie ulgi. – Dziękuję. Wiesz, ja chciałabym tu zostać…

Kiwam głową ze zrozumieniem. Wanda Celińska, właścicielka księgarni, była najlepszą, o ile nie jedyną, przyjaciółką Barbary. Wyławiam z pamięci jej obraz, sztywno wyprostowanej za ladą księgarni, przechadzającej się wolnym krokiem po ogrodzie za domem, eleganckiej, dumnej, zawsze grzecznej, ale zdystansowanej. Nie pamiętam, by kiedykolwiek wpadła na popołudniową kawę do przesiąkniętej apetycznymi zapachami kuchni Barbary. To moja teściowa odwiedzała jej dom lub zachęcała sąsiadkę, by na krótką chwilę przysiadły za stolikiem w piekarni. Przenoszę wzrok na zamyśloną Małgosię. O niej wiem jeszcze mniej. Ze strzępków zasłyszanych rozmów ułożyłam własną wersję jej historii. Wychowywała się pod dachem ciotki. Pewnego dnia zniknęła i na Miodowej nie widziano jej przez wiele lat. Pojawiła się zaledwie kilka tygodni temu, gdy Wanda Celińska wylądowała w szpitalu po ciężkim zawale serca. Została. Na powrót otworzyła księgarnię. Zaopiekowała się krewną. A teraz wyprawi jej pogrzeb.

Od rozbawionej Barbary usłyszałam kiedyś, że była pierwszą miłością mojego męża. Ale Tomek zaprzecza temu z wielką zajadłością, a ja nie zamierzam drążyć. Inna kobieta na moim miejscu mogłaby być zazdrosna, że w otoczeniu jej męża pojawiła się atrakcyjna przyjaciółka z przeszłości, ale ja polubiłam Małgosię już przy pierwszym spotkaniu.

– Zajmę się piekarnią – zapewniam. Potem zwracam się do sąsiadki: – Bardzo mi przykro z powodu twojej straty.

– Mnie też – ma zachrypnięty głos. – Nawet nie podejrzewałam, że tak mnie to zaboli.

Jej słowa brzmią tajemniczo, dwuznacznie. Kwituję je kiwnięciem głowy, w pocieszającym geście przesuwam dłońmi po barkach siedzących kobiet, a potem okręcam się na pięcie, aby wrócić do piekarni, narzucić służbowy fartuszek i stanąć za ladą. Do zamknięcia pozostała zaledwie godzina. Odkąd zadzwoniła do mnie teściowa, nie miałam czasu spojrzeć na ekran smartfona.

Może czekają tam wiadomości od Tomka? Boję się to sprawdzić, bo co jeśli ich tam nie ma? Albo są, ale wyglądają zupełnie inaczej, niż oczekuję? Pęcznieją gniewem i stanowią przedłużenie porannej awantury?

Mijając ladę z wyeksponowanymi powieściami, mimowolnie wzdycham. Gdyby miłość była taka cudowna i cukierkowa jak w tych wszystkich romansach historycznych! On wielbi, ona omdlewa, oni żyją długo i szczęśliwie po wsze czasy. A przynajmniej po brzeg kartki. W życiu jest inaczej. Ten brzeg przybliża się częściej, niżbyśmy chcieli, rwie się, kruszy, pochłania nas jak czarna dziura. Nie o takiej miłości marzymy w młodzieńczych snach.

Gdy staję na deskach werandy, za moimi plecami rozległa się przyspieszony tupot stóp. Barbara dogania mnie, przyciąga do siebie i całuje w skroń. Wraz z jej pocałunkiem pojawia się ulotne wspomnienie czułego dotyku matki.

– Dziękuję – szepce. – Co ja bym bez ciebie zrobiła, córciu?

Potem odsuwa mnie na długość ramienia i lustruje uważnie. Jej jasne brwi marszczą się nieznacznie, zmarszczki na czole falują.

– Stało się coś? Wyglądasz na przybitą…

Podnoszę wzrok na moją teściową, kobietę, którą już przy pierwszym spotkaniu pokochałam całym sercem, i pomimo ciepłego popołudnia przenika mnie chłód. Spoglądam w obwiedzione czerwonymi obwódkami oczy, z których wyziera ból straty. Jak miałabym rzucić w tę bladą, zmęczoną twarz, że Tomek odszedł, że opuszcza rodzinę? Jak mogłabym do reszty zgruchotać to obolałe serce, które właśnie opłakuje odejście jedynej przyjaciółki?

Potrząsam głową i silę się na blady uśmiech. Uspokajająco pocieram ramię Barbary.

– To nic, po prostu się zdenerwowałam. Wracaj do Małgosi, ona cię teraz potrzebuje.

– Uściskaj ode mnie Nelę – prosi Basia i znika za progiem księgarni. Wychodzę na ulicę. Po kilku krokach odwracam się i zerkam w stronę posesji Celińskich. Teściowa tkwi w przeszklonych drzwiach. Odprowadza mnie czujnym, zatroskanym spojrzeniem.

Podnoszę rękę i macham. Po kilku sekundach wahania odpowiada podobnym gestem.

Wzdycham głęboko. W żołądku ciąży mi stukilowy głaz.

Nie tak łatwo zwieść Barbarę Kwiatkowską.

Przed pierwszym spotkaniem z matką Tomka denerwowałam się bardziej niż przed egzaminem maturalnym. Bardziej niż przed pierwszą wizytą u ginekologa. Bardziej niż spowiedzią pierwszokomunijną, kiedy to z obawy, że zapomnę wyuczonych regułek, a ksiądz, usłyszawszy moje dziecinne grzechy, zagrzmi jak burza i wyrzuci mnie z konfesjonału, prawie posiusiałam się w majtki.

Z opowieści narzeczonego o matce naciskającej na zdobycie wyższego wykształcenie, matce zapatrzonej ślepo w potrzeby rodzinnego biznesu, depczącej aspiracje i marzenia własnego dziecka, wyłaniał się obraz groźnej hetery, która przyszpili mnie ostrym spojrzeniem i wycedzi przez zaciśnięte zęby, że nie jestem odpowiednią partią dla jej syna. Z nerwów w przeddzień planowanego spotkania dostałam gorączki i zaległam w łóżku. Wizyta została odwołana, a ja, cóż… Skłamałabym, mówiąc, że nie poczułam ulgi.

Tomek przekazał mi przez telefon pozdrowienia od matki oraz zapewnienia, że nic się nie stało. Spotkamy się w innym terminie, gdy będę zdrowa i w pełni sił. Do ślubu zostało mnóstwo czasu, zdążymy wszystko ustalić.

– Choć nie wiem, co ona chce ustalać. – Westchnął na koniec. – Wszystko jest jasne. Weźmiemy ślub i będziemy się kochać.

– Domyślam się, że mówiąc „kochać”, nie masz na myśli miłości duchowej? – zakpiłam. Tomek zaśmiał się chrapliwie, a ja wyobraziłam sobie, jak siedzi naprzeciwko mnie i śmieje się, odrzucając głowę do tyłu. Niemal widziałam żyłę pulsującą na jego szyi, moje usta powoli zbliżające się do tego falującego miejsca, znaczące skórę ciepłymi pocałunkami, sunące w dół…Obraz ten był niezwykle sugestywny, wręcz drażniący, słodko-gorzki. Zagryzłam wargi i spróbowałam skupić się na czymś innym, czymś bardziej prozaicznym. – Może twoja mama chce omówić praktyczne szczegóły.

– Czyli jakie? – W głosie Tomka pojawiła się drwina.

– Na przykład czy zaprosimy na ceremonię tę dawno niewidzianą ciotkę z Gdyni. Albo gdzie zamieszkamy po ślubie… – zawiesiłam znacząco głos.

Kwestia miejsca zamieszkania była dla mojego przyszłego męża dość drażliwa. Z mamą zajmowałyśmy dwa pokoiki z łazienką i ciasną kuchnią, w której poza kompletem szafek kuchennych i lodówką mieścił się jedynie składany stół z dwoma krzesłami. Szaleństwem byłoby gnieść się tutaj we trójkę, skoro do rodziców Tomka należała cała kamieniczka przy Miodowej. Jednak mój narzeczony nie chciał słyszeć, że po ślubie moglibyśmy zamieszkać pod dachem Kwiatkowskich. Stanowczo ucinał wszelkie dyskusje na ten temat.

– Nieważne, co na ten temat sądzi moja matka. Nie zamieszkamy na Miodowej – zastrzegł, jakby czytał mi w myślach. A potem dodał łagodniejszym tonem: – Kiedy wydobrzejesz, wspólnie poszukamy jakiegoś mieszkanka. Nie musi być duże. Byle zmieściło się tam łóżko – zażartował. I dodał ciepło: – Wypoczywaj. Zadzwonię wieczorem. Kocham cię.

– Ja też cię kocham. – Uśmiechnęłam się.

Odsuwając komórkę od ucha, popadłam w zadumę. Dziwiła mnie stanowczość Tomka w kwestii zamieszkania po ślubie z dala od Miodowej i jego rodziców. Owszem, pokutowało przekonanie, że młodzi powinni rozpoczynać życie na własnym garnuszku, powoli się docierać, bez ingerencji członków rodziny, powoli wznosić ściany swego domu. Jednak młode małżeństwa pod dachem rodziców lub teściów wciąż nie należały do rzadkości. Wspólne gospodarowanie pozwalało rozwiązać wiele problemów, ot, chociażby związanych z opieką nad dziećmi… Wiele moich koleżanek korzystało z życzliwości mamy lub teściowej, babcie odprowadzały dzieci do przedszkola czy szkoły, a po skończonych zajęciach odbierały je i otaczały opieką, dopóki zmęczeni rodzice nie wrócili z pracy. Tomek najwyraźniej wolał uwolnić się spod wpływu rodziców. Dali mu do wiwatu – myślałam.

Gdy wizja spotkania z przyszłą teściową oddaliła się, gorączka ustąpiła. Mimo to postanowiłam poleżeć pod ciepłym kocem i zrelaksować się przy lekturze książki.

Sięgnęłam po gruby tom „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell, wsunęłam palec między pożółkłe strony i odszukałam zakładkę. Zapach książki przyjemnie drażnił moje nozdrza, litery przeskakiwały przed oczyma, układając się w słowa, zdania i akapity. Historia Scarlett i Retta pochłonęła mnie do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie usłyszałam dzwonka do drzwi.

Zaskoczona odłożyłam książkę i zsunęłam stopy na podłogę. Nie spodziewałam się nikogo. Matka pracowała na popołudniową zmianę. Koleżanki nie miały w zwyczaju wpadać bez zapowiedzi. To musiał być jakiś domokrążca. Może członek rady parafialnej, ktoś z gazowni albo kominiarz. Bez względu na to, kto to był, zamierzałam się go pozbyć jak najszybciej i wrócić do lektury.

Za drzwiami stała zupełnie obca kobieta, która na moje zdumione spojrzenie odpowiedziała przepraszającym uśmiechem.

– Tomek wspominał, że źle się czujesz. Wybierałam się właśnie do urzędu i stwierdziłam, że wpadnę po drodze, żeby ci to przynieść. Pomyślałam, że kawałek placka z kruszonką poprawi ci nastrój.

Widząc moją konsternację, wyciągnęła przed siebie zgrabne zawiniątko. Jasnoróżowa bibułka namokła owocowym sokiem. Na samą myśl o smakołykach, które się pod nią kryły, głośno zaburczało mi w brzuchu. Barbara uśmiechnęła się zachęcająco, mrużąc oczy. Nie musiała się przedstawiać, nie musiała rzucać imienia swego syna ani podtykać pakunku owiniętego w firmowy papier piekarni. Te oczy, tak podobne do oczu mojego narzeczonego, wystarczyłyby, abym rozpoznała ją w najgęstszym tłumie. A uśmiech, który je rozświetlał, sprawił, że zapomniałam o wcześniejszych obawach.

Odsunęłam się, robiąc jej przejście.

– Może pani wejdzie? – zaproponowałam.

Wyglądała na spłoszoną.

– Ależ nie! Wypoczywaj, kochanie! Nie chciałam się narzucać. Ja po prostu… – zamilkła nagle i spłoniła się. – Wiesz, upiekłam to ciasto specjalnie z myślą o twojej wizycie. A ja wierzę, że wypiek przeznaczony dla konkretnej osoby smakuje wyjątkowo. – Znów uśmiechnęła się nieśmiało. – Dlatego chciałam, żeby trafił dziś właśnie do ciebie.

– To… – zabrakło mi słów. – Piękne!

– No widzisz… a mój mąż i Tomek śmieją się, że takie tam bajdurzenie… – Zachichotała.

Pokręciłam głową.

– Myślę, że coś w tym jest. Proszę, niech pani wejdzie. Akurat szłam zaparzyć herbatę – skłamałam gładko.

Barbara zawahała się.

– Dobrze, ale tylko na chwilkę. Jesteś osłabiona, a ja… naprawdę muszę dotrzeć przed piętnastą do urzędu.

– To coś pilnego?

– Papierologia – parsknęła z irytacją. – Postanowiliśmy zmienić nieco charakter działalności. Parzyć kawę, podawać na miejscu jakieś nieskomplikowane desery, przekąski… A to wymaga pozyskania niezbędnych pozwoleń i złożenia dziesiątek świstków, próśb, podpisów. Mój staruszek… to znaczy ojciec Tomka, już ma tego po dziurki w nosie i najchętniej by zrezygnował. Ale ja się nie poddam. Bez tego piekarnia upadnie. A ona musi funkcjonować. Dla dzieci, dla wnuków… – Barbara energicznie gestykulowała, odsuwając kuchenny stołek. Uczyniłam gest wskazujący, że możemy pójść do pokoju, usiąść wygodnie na wersalce, za ławą. Jednak matka Tomka machnęła ręką bagatelizująco, dając do zrozumienia, że jest dobrze, jak jest. Poczułam do niej sympatię.

– To chyba duża zmiana – powiedziałam ostrożnie, odwijając różową bibułkę z przyniesionej przez nią paczki. Woda w czajniku cicho posykiwała. Barbara bawiła się łyżeczką, którą położyłam na obleczonym kraciastą ceratą stole. Skinęła głową i powiedziała z cichym westchnieniem:

– Dla nas to prawdziwa rewolucja.

Odwróciłam się plecami do gościa, dobyłam z szuflady drewnianą deskę i sięgnęłam po nóż. Kroiłam ciasto na równe kwadraty, żółciutkie kawałki kruszonki rozsypywały się na blat, po ostrzu spływał słodki sok. Barbara rozglądała się po kuchni.

– Przytulne mieszkanko! – powiedziała z podziwem. – Tutaj zamieszkacie po ślubie?

– Nie. – Przełknęłam ślinę. – To mieszkanie mojej mamy, nie pomieścimy się tu we trójkę. Ale chcielibyśmy wynająć coś w pobliżu.

Barbara skinęła głową z aprobatą. Spojrzała w kierunku okna, zza którego dobiegały okrzyki dzieciarni dokazującej na zadrzewionym placu zabaw pod blokiem. Uwielbiałam ten plac zabaw, tak różny od wybetonowanych, wykarczowanych do najmniejszego krzaczka terenów z jedną huśtawką, zjeżdżalnią i piaskownicą odgrodzoną siatką. Podążyłam za wzrokiem przyszłej teściowej i pomyślałam, że być może za kilka lat usiądę z córeczką lub synkiem na drewnianej ławce pod drzewem, będę czytać bajkę albo patrzeć, jak berbeć siedzący u moich stóp bierze w pulchne łapki kolorową foremkę i stawia pierwsze babki z piasku. Nagle wizja ta wydała mi się tak rzeczywista, że uśmiechnęłam się szeroko do powiewającej w oknie firanki.

– Dobry wybór – stwierdziła Barbara. – To bardzo ładna, zielona okolica. Czuję, że będziecie tu szczęśliwi.

Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Od razu polubiłam matkę Tomka. Może zadziałała magia domowego ciasta? Może pozwoliłam się ogrzać ciepłem emanującym z tej wyjątkowej kobiety, promieniującym z każdej komórki jej skulonego za stołem ciała?

Tamtego popołudnia zrozumiałam, że z chwilą, gdy wsunę złoty krążek na serdeczny palec narzeczonego, zyskam nie tylko teściową, ale również przyjaciółkę. Kogoś bliskiego, kto będzie cieszył się razem ze mną w chwilach szczęścia i wspierał, gdy powinie się noga. Kogoś, do kogo będę mogła się zwrócić, gdy na głowę runie mi świat.

Nie podejrzewałam, że roztrzaska go na kawałki jej własny syn.

Wraz z nadejściem godziny zamknięcia piekarni dopada mnie dziwna nerwowość. Moje ruchy stają się niezgrabne, spojrzenie wciąż ucieka w kierunku drzwi. Dłonie nie są w stanie utrzymać ciężaru cukierniczki, naczynie wyślizguje się spomiędzy palców i roztrzaskuje o posadzkę z głośnym brzdękiem. Białe kryształki rozpryskują na wszystkie strony. Kiedy idę na zaplecze po zmiotkę i szufelkę, chrzęszczą pod stopami jak potłuczone szkło. Nela podnosi czujny wzrok znad książeczki z obrazkami. Marszczy nos. Uśmiecham się do niej uspokajająco, a ona wyczekująco spogląda na drzwi.

Tak, obie czekamy na to samo.

Godzina zamknięcia piekarni to pora, w której zjawia się Tomek. Wbiega raźnym krokiem do lokalu, obracając na palcu kółko z kluczykami do samochodu, całuje mnie w policzek, nawołuje córkę albo pochyla się nad rysunkiem, który właśnie wyczarowała. Dziś Tomka nie ma, a ja sztywnieję na myśl, co to oznacza. To, co niewyobrażalne, nabiera kształtu, realności. Nie wierzyłam, wciąż nie wierzę. Nela nie rozumie, co się dzieje. Czeka na ten rytuał. Nie zna pojęcia czasu, nie rozróżnia pełnych godzin, ale wie, że tak ma być. Ma być i kropka. Zaczyna nerwowo kręcić się na krześle. Od czasu do czasu posyła mi zagubione spojrzenie. Czuję ciężar rosnący na piersi. Łudzę się, że za moment mój mąż się zjawi, że przed wejściem zadudnią jego kroki.

I słyszę je.

Drzwi piekarni otwierają się z cichym skrzypnięciem. W progu staje Leon Brodzki, kierownik budowy pobliskiego osiedla. Przyglądam mu się ukradkiem. Jego ogorzała od słońca twarz dziś jest kredowobiała, oczy podkrążone. On również nie miał dobrego dnia, nic dziwnego, zważywszy, że tej nocy ktoś podpalił budynki i maszyny na placu budowy. Inżynier ociężałym krokiem podchodzi do lady, opiera o nią łokcie, przy okazji zerkając kątem oka na tarczę zegarka.

– Wiem, że jest późno, pani Klaro. Zaraz zamykacie. Ale muszę wypić kawę. Inaczej zasnę za kierownicą – mówi zmęczonym głosem.

– Mamy jeszcze chwilkę – uspokajam i odwracam się w kierunku ekspresu.

Brodzki powoli przechadza się po piekarni, krąży między stolikami, przystaje pod grafikami polnych kwiatów, które Barbara własnoręcznie oprawiła i powiesiła na ścianach, zerka na wpatrzoną w książkę Nelę.

Obserwuję go ukradkiem.

Ciekawi mnie.

Przed paroma dniami razem z Małgosią byli świadkami histerii Neli. To był dla małej okropny dzień. Zapomniałyśmy z domu jej ulubionej lalki, księżniczki Roszpunki. Kiedy się spostrzegłyśmy, byłyśmy już w piekarni, nie mogłam wrócić po ukochaną zabawkę córki. Tomek nie chciał nawet słyszeć o tym, by po nią pojechać. Machnął lekceważąco ręką i stwierdził, że ten jeden raz mała obejdzie się bez lalki. A ja widziałam, jak narasta frustracja Neli. Jak mała kurczowo zaciska paluszki na kredkach i wyładowuje złość na stronach kolorowanki. Jak nerwowo reaguje na każdą próbę kontaktu, jak jej błękitne oczka raz za razem wypełniają się łzami. Widziałam i spodziewałam się wybuchu. Erupcji dziecięcej rozpaczy, której świat został zburzony poprzez nieobecność towarzyszki codziennych zabaw.

W końcu tama pękła. Nela zaniosła się wrzaskiem, a kiedy próbowałam uspokoić ją tuleniem i szeptaniem czułych słów, skierowała swą wściekłość na mnie. Jej małe piąstki nie wyrządzały mi fizycznej krzywdy, ale każdy rozpaczliwy ruch, każdy skowyt zranionego zwierzęcia wbijał żelazny szpikulec w moje serce i rozrywał je na strzępy. W pewnej chwili straciłam kontrolę nad jej gibkim ciałkiem. Wysmyknęła się z moich objęć i na oślep pobiegła przed siebie, a ja oczyma wyobraźni, czarnej, najczarniejszej, ujrzałam, jak ląduje pod kołami rozpędzonego samochodu.

Wylądowała w ramionach Leona Brodzkiego. Inżynier złapał ją i przytulił, hamując niekontrolowane ruchy, tłumiąc histeryczne wrzaski. Dopadłam do nich, wybiórczo rejestrując przestraszoną minę Małgosi, główkę Neli uderzającą w podbródek mężczyzny, bańkę śliny przyklejoną do maleńkich usteczek. Przejęłam moje dziecko z objęć Brodzkiego i z ulgą wtuliłam twarz w gniazdko jasnych włosów.

Ekspres wydaje się z siebie przeciągłe syknięcie, a ja wracam do rzeczywistości i sięgam po filiżankę. Stawiam naczynie na ladzie, przysuwam saszetki cukru. Brodzki podchodzi i miesza kawę. Przyglądam się jego silnym dłoniom. Znaczą je otarcia i skaleczenia charakterystyczne dla osób pracujących fizycznie. Patrząc na te dłonie, myślę, że tamtego wieczoru inżynier wiedział, co robi. Jakimś cudem posiadł wiedzę, jak należy zareagować przy dziecku takim jak Nela.

– Nie ma pani Basi? – Brodzki przerywa milczenie, podnosząc filiżankę do ust. – Pewnie poszła do Małgosi?

Spoglądam na niego zdumiona.

– To pan nic nie wie?

– O czym? – Marszczy ciemne brwi.

– Dzisiaj w południe zmarła pani Wanda – tłumaczę. Biorę do ręki wilgotną ściereczkę i przecieram kontuar. – Małgosia jest załamana. Barbara dotrzymuje jej towarzystwa.

– To smutne – mówi po chwili milczenia.

Nie dopija kawy. Płaci, dziękuje i rusza do wyjścia. Drzwi zamykają się za nim z głośnym stukotem. Może pójdzie teraz do Małgosi, powie, jak mu przykro, i pozwoli, by oparła czoło o jego ramię. Może przystanie na ścieżce, zaciskając gniewnie pięści i przeklinając się za brak odwagi. Leon i Małgosia zbliżyli się do siebie w ostatnich dniach, jednak to wciąż świeża sprawa. Podobnie jak osiedle, które pośrednio przyczyniło się do pogorszenia stanu zdrowia właścicielki księgarni. Czy teraz, gdy Wanda zmarła, te nieregularne dziury pod przyszłe domy staną się przepaścią między tą dwójką?

Porządkuję piekarnię, czyszczę ekspres, wyparzam naczynia, zamiatam, zmywam podłogę i wynoszę śmieci. W końcu nie mam już nic do zrobienia. Biorę Nelę za łapkę i idziemy pożegnać się z Ignacym. Ojciec Tomka jest przygaszony, ale na widok wnuczki rozpływa się w radosnym uśmiechu, zagarnia małą w ramiona i sadza sobie na kolanach.

– Tomek po was nie przyjechał? – Teść ponad ramieniem Neli rzuca mi pytające spojrzenie. Dostrzegam w nim troskę. Przełykam głośno ślinę i potrząsam głową. Staram się, by mój głos brzmiał spokojnie.

– Pewnie miał dużo pracy. Wrócimy taksówką.

– Może odwiozę was furgonetką?

Kręcę głową i zapewniam, że damy sobie radę. Zaraz zadzwonię po samochód, dziesięć minut i będziemy na Klonowej. Nie chcę fatygować Ignacego. Nie mówi się o tym głośno, bo ojciec Tomka reaguje irytacją, ale w ostatnim roku stan jego zdrowia znacząco się pogorszył. Barbara wozi męża po różnych specjalistach, choć Kwiatkowski opędza się od opieki medycznej jak od natrętnej muchy. Twierdzi, że jeszcze się na drugi świat nie wybiera. Może i się nie wybiera, ale ma problemy z płucami, woreczkiem żółciowym, a ostatnio często dokucza mu kręgosłup. Powinien odpoczywać.

Wychodzimy na ulicę. Rozglądam się na boki, w nadziei, że jednak przy krawężniku dostrzegę znajomy samochód. Uczepiona mojej ręki Nela kręci się jak niesforny szczeniak nieprzywykły do chodzenia na smyczy. Proszę ją, by szła spokojnie. Na ułamek chwili zamiera w bezruchu, po czym znów wywija dziwne tańce. Chodnikowa primabalerina wczepiona w rękaw matki.

– Zaraz zadzwonię po taksówkę i pojedziemy do domu.

– Nie! – protestuje. Nie cierpi odstępstw od codziennej rutyny, a brak rodzinnego środka transportu ze znajomym zapachem, ze znajomą fakturą siedzeń, znajomym fotelikiem jest właśnie takim odstępstwem. Przede wszystkim jest nią jednak brak ojca.

– Tata nie mógł dzisiaj po nas przyjechać, dlatego wrócimy do domu innym autkiem – tłumaczę.

Dalej, szepce coś w mojej głowie, karm ją kłamstwami. A co powiesz jutro?

Aby stłumić ten głos, sięgam po smartfona i wybieram numer jedynej w mieście korporacji taksówkarskiej. Dyspozytorka beznamiętnym głosem informuje mnie, że wszystkie samochody są zadysponowane. O tej porze? – dziwię się. Niemal mogę sobie wyobrazić, jak z obojętną miną wzrusza ramionami. Jakaś impreza. Zamówili auta na osiemnastą. Nie ma wolnego samochodu, chyba że chcę poczekać. Jaki adres? Nie zamierzam czekać. Rozłączam się i spoglądam z góry na kręcącą się Nelę. Pod powiekami czuję palące łzy.

– Zrobimy sobie spacerek – zapowiadam. Nela podnosi głowę, spogląda na mnie zdziwiona. W końcu rusza, lekko powłócząc nogami. Uświadamiam sobie, że w połowie drogi będę musiała wziąć ją na ręce i łzy na rzęsach pęcznieją. Powinnam zadzwonić do Tomka i wywrzeszczeć swoją złość, swoje obawy. Przypomnieć, że ma rodzinę, przede wszystkim córkę z potrzebami. Specjalnymi potrzebami. Tak wyszło. Zakręciliśmy butelką. Kołem fortuny. A ono wskazało inność naszego dziecka.

Na Klonową docieramy po czterdziestu minutach. Podrzucam drzemiącą Nelę na ręku i ciężko oddychając, wspinam się schodami na nasze piętro. Z trudem wsuwam klucze w dziurki, otwieram drzwi. Po omacku zrzucam ze stóp buty i zanoszę Nelę do łóżka. W ciemnościach rozbieram ją, okrywam kołdrą i całuję w skroń. Przez chwilę klęczę przy łóżeczku. Przez okno wpada do pokoju światło ulicznych latarni, kładzie się złocistą smugą na kołderce, tapecie w stokrotki i miarce wzrostu, z której uśmiecha się do mnie płomiennowłosa Arielka. Gładzę włosy mojej córeczki, przesuwam palcem po delikatnych muszelkach uszu, chudych ramionkach i wystających kosteczkach drobnych dłoni. Potem wychodzę, cicho zamykając za sobą drzwi.

Włączam lampkę przy lustrze. W jej nikłym świetle przemykam przez mieszkanie, szukając wzrokiem śladów bytności Tomka. Wszystko wydaje się być tak jak przed wyjściem do poradni. W zlewie kubek Neli. Uchylone okno, zza którego dobiegają odgłosy ulicy. Cichy szmer lodówki. Mdlący zapaszek dobywający się z szafki pod zlewem. Pewnie Australia się zepsuła, teraz jest nie tylko spalona, ale i śmierdząca.

Docieram do drugiego pokoju i siadam na brzegu narożnika. Palcami skubię frędzelki przy kocu, którym go nakryłam, żeby chronić tapicerkę przed zabrudzeniem. Patrzę na szafę. Jest niedomknięta, szczerzy się do mnie złowrogo ciemnością przepastnej szczeliny. W dzieciństwie uznałabym, że w jej wnętrzu kryje się potwór. Dwugłowy smok. Zombie w kolorze smarków. Dziś wiem, że istnieją gorsze strachy. I że jeśli podejdę i otworzę szafę na oścież, mogę je odsłonić. Wypuścić na wolność.

W końcu podnoszę się z siedziska, przecinam pokój i gwałtownie rozwieram drzwi.

Właściwie spodziewałam się, co ujrzę, a mimo to mrugam zaskoczona, jakby oślepiło mnie mocne światło.

Półki Tomka są puste. W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj wisiały koszulki, swetry i kurtki, dyndają samotne wieszaki, obijając się o siebie z melodyjnym brzdękiem. Przesuwam po nich palcami, wprawiając w ruch, a one odpowiadają mi smutną melodią.

Wracam na narożnik i siadam, opierając łokcie o kolana. Nie zamknęłam drzwi szafy i wpatruję się w rozkołysane wieszaki. Tomek wrócił do domu po naszym wyjściu. Gdy jego córka walczyła o samodzielność, ucząc się zasad naprzemienności, spoglądania w oczy i innych rzeczy naturalnych dla dzieci neurotypowych, on zakradł się do mieszkania jak złodziej i zabrał swoje rzeczy. W tej chwili nie zastanawiam się, dokąd się udał, gdzie mieszka, co robi. Zastanawiam się jedynie, co do cholery sobie myśli.

Kiedyś, dawno dawno temu, pochylał się wzruszony nad łóżeczkiem swojej córki i deklarował zdławionym szeptem, że zrobi dla niej wszystko. Obejdzie naokoło świat. Podaruje gwiazdkę z nieba.

Nela nie potrzebuje jego heroicznych pielgrzymek.

Ma w nosie gwiazdkę z nieba.

Nela potrzebuje kochającego, troskliwego ojca.

Miała być dla niego całym światem.

A on właśnie ją opuszcza.

Nela urodziła się pewnego słonecznego grudniowego dnia. Do świąt pozostało kilka dobrych dni i w całym mieszkaniu pachniało piernikami przyniesionymi przez Barbarę, przez co ja – tocząca się po mieszkaniu jak ciężka kula do kręgli, kolebiąca się na boki jak kaczka – byłam ciągle głodna.

Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. W jednej chwili stałam przy suszarce na bieliznę, składając wyprane ubrania, a w następnej poczułam dziwne ćmienie w dole brzucha. Moje serce zabiło mocniej, ale nie przerwałam wykonywanej czynności. Dalej składałam pranie, metodycznie, w równiutką kosteczkę, równocześnie popatrując przez ażurową firankę w intensywnie niebieskie niebo. Jaki cudowny odcień błękitu! – zachwycałam się w myślach. Nie mogłam się napatrzeć, pożerałam to niebo wzrokiem, wchłaniałam całą sobą.

Ćmienie w dole brzucha