Wszystko jest dobrze. Jesteśmy szczęśliwi - Malina Prześluga - ebook

Wszystko jest dobrze. Jesteśmy szczęśliwi ebook

Malina Prześluga

0,0

Opis

Zbiór mocnych, bardzo współczesnych tekstów scenicznych, w których Malina Prześluga z charakterystyczną wrażliwością i językową precyzją podejmuje tematy samotności, wojny, rodzicielstwa, kobiecości i kryzysu tożsamości, a także siły i pułapek komunikacyjnych. Autorka łączy liryzm z groteską, intymność z uniwersalnym przesłaniem. Jej dramaty są wielogłosowe, odważne formalnie i głęboko zakorzenione w naszej codzienności – tej medialnej, rodzinnej, politycznej i emocjonalnej.

Dramaty Prześlugi można czytać lub oglądać jako przejmującą opowieść o żałobie; monolog ciała, buntu i dojrzewania. Utwory na głosy, które zapisała Prześluga, wyrastają z tradycji teatru absurdu. Autorka eksponuje perspektywę kobiecą, która staje się perspektywą ogólnoludzką. Dramaty te stanowią odważną próbę przełożenia języka współczesnego teatru na język literacki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 196

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki i stron tytułowych, opracowanie typograficzne

Joanna Skrzypiec-Żuchowska

Redaktor prowadząca

Paulina Subocz-Białek

Redakcja

Ireneusz Staroń

Korekta

Michał Kunik

Copyright © by Malina Prześluga

Copyright © for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026

Prawa zależne do wykonań publicznych, adaptacji RTV reprezentuje Agencja Dramatu i Teatru ADiT

Wydanie pierwsze w tej edycji, Warszawa 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy

ISBN 978-83-8196-969-7

Ślepa plamka

Plamka ślepa:

Miejsce na siatkówce oka, w którym nerw wzrokowy opuszcza gałkę oczną i biegnie do mózgu. Struktura anatomiczna bez fotoreceptorów, przez co nie jest rejestrowany żaden obraz. Chociaż plamka ślepa nie rejestruje obrazu, mózg kompensuje ten defekt, wypełniając lukę w polu widzenia, co sprawia, że nie jesteśmy świadomi jej obecności.

Także przedmiot lub obszar, w którym czyjaś zdolność rozumienia jest słaba lub niewystarczająca.

People just ain’t no good

We were married under cherry treesUnder blossom we made our vowsAll the blossoms come sailing downThrough the streets and through the playgrounds

Nick Cave, People Ain’t No Good

OLA

JA

Leżę na plaży.

Piętami rysuję półkola na piasku.

Chwytam piasek w dłonie, pozwalam mu przesypywać się między palcami.

Fale są silne, z białymi grzywami, morze szumi do rytmu, słucham go.

Krzyk mewy nad głową.

Na twarzy czuję słońce, pod zamkniętymi powiekami mam czerwień.

Piasek jest ciepły, ale nie gorący.

Krzyk mewy nad głową.

Zapach słonej wody, ryb i glonów.

Świeża wilgoć, wciągam ją do płuc.

Chwytam w palce ziarenka piasku, rozcieram.

Krzyk mewy z lewej strony.

Krzyk mewy bliżej, natarczywy.

Krzyk mewy do ucha.

To nie mewa.

EKSPEDIENTKA (NATALIA)

To niezważone jest!

JA

Tu nie ma pani wagi?

EKSPEDIENTKA

Trzeba na warzywach.

JA

To ja pójdę zważyć.

LUDZIE Z KOLEJKI

Dużo dźwięków niezadowolenia, wzdychamy, sapiemy, przewracamy oczami.

JA

Gdzie tu jest waga.

Aha, tu jest waga, co to jest, (?)

pomidory

malinowe, śliwkowe, koktajlowe, cherry, bawole serce, polskie, czerwone, zielone, pomarańczowe, żółte, czarne, afroamerykańskie.

Wracam.

LUDZIE Z KOLEJKI

Gapimy się bardzo.

EKSPEDIENTKA

Pik… pik… pik… pik…

JA

Ta kobieta tak szybko kasuje, nie zdążam chować do toreb…

EKSPEDIENTKA

Pik, pik, pik, pik, pik, pik!

JA

…i jajka dałam na dno.

EKSPEDIENTKA

pikpikpikpikpikpikpik!

LUDZIE Z KOLEJKI

Po tobie są inni ludzie,

długo czekają,

fujaro.

EKSPEDIENTKA

Czysta szejesiont osiem, dwaeścia sześ groszy.

JA

Kartą.

EKSPEDIENTKA

Tylko gotówka.

JA

Co? Jak to?

EKSPEDIENTKA

Terminal zepsuty.

JA

A gdzie to jest napisane?

EKSPEDIENTKA

Nie ma napisane.

LUDZIE Z KOLEJKI

Gapimy się, cykamy, wymieniamy między sobą spojrzenia.

JA

A czemu o tym nie informujecie wcześniej?

EKSPEDIENTKA

Musi pani odłożyć zakupy.

JA

Ale…

LUDZIE Z KOLEJKI

O Jezu, jak my się teraz gapimy. Wydłubujemy oczami dziury. Ale nic nie mówimy.

EKSPEDIENTKA

No nie pomogę pani.

JA

Dobrze, to…

EKSPEDIENTKA

Niech pani da te torby, z łaską jej mówię. Pójdzie pani wypłacić i wróci.

LUDZIE Z KOLEJKI

Dalej, szybciej, idiotko, myślimy, patrząc.

JA

Wychodzę spocona ze sklepu.

Idę do bankomatu.

Spieszę się, bo jak wrócę po te zakupy, to mi zostanie godzina na wszystko. Przyjdzie ten facet od pralki, muszę znaleźć te dokumenty ze szpitala, one były chyba w żółtej teczce w segregatorach, cholera, a w szufladzie jest ciągle ta tabletka na odrobaczanie, miałam Polsce podać miesiąc temu, coś mnie stopa prawa boli, a kiedy ona była szczepiona właściwie? Dopisuję „Polska szczepienie” i widzę na liście „pułapki na mole”, to muszę jeszcze o Rossmanna zahaczyć, w tych szafkach trzeba posprzątać, powywalać, te larwy pewnie wszędzie, a na grupie przedszkolnej pisali, że przypadek wszy, może warto szampon kupić też, dopisuję „szampon wszy”, boli mnie ta stopa, a, i zaświadczenie do poradni miałam donieść na Słowackiego, strój smoka! Dopisuję „strój smoka allegro”, a czy ja powinnam się jakoś przebrać też, tylko za co? Za trupa, za martwą, nieżywą od dawna osobę, przebiega mi przez głowę. Święto ziemniaka jutro, pisze pan Dawid, przynieść dwa ugotowane ziemniaki i dzieci mają być w strojach w kolorze ziemniaków, tylko tamta żółta koszulka jest w praniu, a może brązowe ziemniaki, to tamten brązowy sweter, ale za ciepło mu będzie, w skórce czy bez mają być dzieci? O cholera, zapomniałam wyjąć pranie z pralki! A, bo się zepsuła i jak przyjdzie ten facet od pralki, to spuści wodę i dopiero otworzy, zgnije do tego czasu wszystko, ale mówił, że o czwartej będzie, a która jest godzina, a cholera, wpół do czwartej, a po co ja idę tą ulicą, aha, do bankomatu, to teraz wejdę do tego Rossmanna…

KIEROWCA BMW (KRZYCHU)

jadę, jadę, jadę,

jadę, jadę, jadę,

jadę, jadę, jadę,

JA

No kretyn!

KIEROWCA BMW

A weź spierdalaj! Jak łazisz!

JA

Tu są światła!

KIEROWCA BMW

A weź spierdalaj!

JA

Co za kretyn, zielone miałam!

KIEROWCA BMW

Poedziaem: „Spierdalaj!”. I co się plujesz, mordo, tak?

JA

Rozjechałeś mnie! Mam zadzwonić na policję? Ludzie to widzieli!

LUDZIE W POBLIŻU

Idziemy sobie stąd i już nas nie ma.

KIEROWCA BMW

Mam wyjś?

Mam, kurwa, wyjś?

A idź w chuj!

Mówię lasce, czaskam dżwiami i se jadę, głupia cipa, jadę, jadę, jadę

jadę, jadę, jadę.

JA

Łzy mi lecą, cała się trzęsę.

Typ mnie rozjechał, na pasach, na zielonym, ale idę dalej.

Płakać mi się chce. Wieczorem odpocznę.

Przepraszam, szukam plastrów na mole spożywcze.

PRACOWNICZKA ROSSMANNA (DOROTA)

W tamtej tam po lewo.

JA

Idę, ale nie ma. Obok też nie ma. Może ona miała na myśli, że dalej? Albo jednak na prawo? Nigdzie nie widzę.

Przepraszam? Albo tam, kurczę, nie ma albo jestem ślepa, bo nie mogę znaleźć.

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

A czego pani szuka?

JA

Takich plastrów na mole spożywcze.

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

No ale to są tam, po drugiej stronie.

JA

Za tym regałem?

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

Tam dalej pani pójdzie, gąbki i worki i będzie.

JA

Dobrze, dziękuję.

Idę i szukam gąbek i worków, są tam dalej. Nie ma tu nigdzie tych plastrów. Jest sprej na prusaki i coś na komary w promocji.

Cholera.

Przepraszam…

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

Taaak…?

JA

Nie mogę znaleźć tych plastrów… Może nie ma?

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

Wzdycham na tą babę z taką pretensją, zmęczeniem, ja tu mam do skanowania, ona przecież to widzi i mnie odrywa od mojej pracy, wredna, złośliwa.

Są, odpowiadam i podnoszę się ciężko z kolan, żeby widziała, od siódmej rano tu jestem.

Pokażę pani.

JA

Drepczę za nią. Mijamy te gąbki i worki. A ona mi pokazuje palcem sprej na prusaki.

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

Tu.

JA

Ale ja szukałam takich plastrów do naklejania, na mole, do kuchni.

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

No to nie ma.

JA

Aha, dziękuję…

PRACOWNICZKA ROSSMANNA

Proszę.

JA

Wychodzę z Rossmanna i idę do bankomatu.

ŻUL (ROMAN)

Pani droga, parę groszy.

JA

Ten facet mnie spina, jest wielki, brudny, odpychający, boję się go. Próbuję go szybko wyminąć, udaję, że nie słyszę.

ŻUL

Paru złotych nie masz na chleb?

JA

Przepraszam, nie mam w ogóle gotówki.

ŻUL

Akurat, tak, tak! We włosach ćmy!

JA

Mijam go, ocierając się o ścianę kamienicy, prawie biegnę. Jestem przy bankomacie.

Wypłacam gotówkę. Pójdę drugą stroną, z dala od tego faceta.

ŻUL

(śpiewa bełkotliwie)

„Przez ile dróg musi przejść każdy z nas,

by mógł człowiekiem się stać…

Odpowie ci wiatr

wiejący przez świat,

odpowie ci, siostro, tylko wiatr…”

JA

Aha, jeszcze ten szampon na wszy, ale może to na jutro chyba przepiszę, w końcu on nie ma jeszcze tych wszy. Za piętnaście czwarta, cholera, biegnę już z gotówką do tego Lidla, bo zaraz będzie ten gość od pralki.

LUDZIE W KOLEJCE

Patrzymy, że się wpycha.

JA

Dzień dobry, ja po te zakupy odłożone.

LUDZIE W KOLEJCE

Niech się wypcha.

EKSPEDIENTKA

A widzi pani, no długo pani nie było, to ja dałam do rozpakowania.

JA

Jak to?

EKSPEDIENTKA

Rozłożone na sklepie. No tam mrożonki były.

JA

Nie było.

EKSPEDIENTKA

Pani nie wracała, ja nie mogę tak tu z tym siedzieć przecież.

Pik, pik, pik, pik, pik.

JA

A moje torby?

EKSPEDIENTKA

Pik, pik, pik, pik.

JA

Przepraszam, moje trzy torby materiałowe były, dwie czarne, jedna czerwona.

EKSPEDIENTKA

Oj, to pracownik musiał zabrać, nie wiedział.

JA

Jak nie widział?

LUDZIE Z KOLEJKI

Myślimy sobie o niej: „idź stąd”, wymieniamy spojrzenia na ten temat.

EKSPEDIENTKA

Pik, pik, pik, pik, pik, pik, pik, pik.

No przykro mi.

JA

Czyli muszę teraz znowu zrobić całe zakupy?

EKSPEDIENTKA

Pikpikpikpikpikpikpikpikpikpikpikpikpikpik.

Nic pani nie musi.

JA

Cholera jasna!

EKSPEDIENTKA

Aha, proszę pani!

JA

Tak?

EKSPEDIENTKA

Płatność tylko gotówką.

JA

Wychodzę.

Wchodzę do domu, Polska cieszy się, skacze na mnie, bije ogonem o ziemię. Biorę łyk wody, w butach wchodzę do kuchni i zostawiam ślady, więc przecieram je papierem kuchennym, zaraz przyjdzie ten koleś od pralki i chyba go zostawię na chwilę w łazience i myknę z Polską na kupę. Zakładam jej szelki, jest trzy po czwartej.

Dziesięć po czwartej. Czekaj, Polska, siad, zostaw.

No pójdę z tobą, zaraz.

Coś tu było rozlane?

Muszę pomalować tę ścianę.

Gdzie jest ten koleś od pralki?

Jestem głodna.

Zadzwonię do niego.

Nie odbiera.

Szesnasta trzydzieści.

Pewnie już nie przyjdzie.

TEN KOLEŚ OD PRALKI

No nie przyjdę, lepsze zlecenie mi się trafiło, to co będę dzwonił i informował, nie? Jak nie przyjdę, to nie przyjdę i sprawa jest jasna. Zresztą to z daleka widać, że tam się przetarło, zesrało i naprawa to będzie tyle, że lepiej nową pralkę kupić.

JA

No i rozłącza mnie!

TEN KOLEŚ OD PRALKI

Rozłączam, bo dupą z panią szanowną nie będę rozmawiał, a tylko mi aktualnie dupa wystaje z miejsca pracy, tak że ajmsory.

JA

Pranie mi zgnije.

TEN KOLEŚ OD PRALKI

Tylko niech pani nie otwiera tej pralki, bo zaleje wszystko i będzie popelina.

JA

Muszę to jakoś wyjąć.

Biorę miskę.

Otwieram.

Zalewa wszystko.

TEN KOLEŚ OD PRALKI

I popelina.

JA

Polska liże wodę z podłogi.

Idę z nią na kupę.

Pada deszcz, a Polska nie lubi moknąć, ociera się o ściany budynków, mokniemy.

No zrób kupę, proszę cię, siku zrób.

Nie rozumiesz, że po to z tobą wychodzę, a nie żeby sobie na deszczu postać?

Polska, błagam cię. Zrób kupę.

POLSKA

Nie mogę.

JA

Czemu nie możesz?

POLSKA

Bo ja lubię na kawałku trawy, a tu nie ma.

JA

No nie ma, ale przecież tu nigdy nie ma trawy i robisz.

POLSKA

Ale teraz nie idzie.

JA

Przez deszcz?

POLSKA

Po prostu czuję, że się gdzieś spieszysz.

JA

Polska obwąchuje jakąś zawieszoną nisko, poobdzieraną wlepkę z czyjąś twarzą, twarz ma naderwane prawe oko i polik. Sika na nią.

Po Gucia muszę iść. No zrób.

POLSKA

Jak długo będę trzymała w środku tę kupę, tak długo będziemy tu razem.

JA

Mam dosyć, Polsko.

POLSKA

Ale ja jeszcze nie zrobiłam!

JA

Chodź, idziemy.

POLSKA

Ale kupa!

JA

Idziesz.

POLSKA

Naprawdę!

JA

Dalej.

POLSKA

Ale ale ale!

JA

Idziesz, już!

POLSKA

Ale ale ale ale ale ale ale ale ale ale ale!!!

PRZECHODZIEŃ

Musi tak szczekać ten pies, co on tak szczeka, niech on tak nie szczeka, pani go szarpie, tak, biedny piesek.

POLSKA

Alealealealealealealealealealealealeale!!!

JA

Nie szarpię przecież.

No chodź już!

POLSKA

W pokoju zrobię.

JA

Wchodzimy do mieszkania.

Polska wskakuje na kanapę i się wyciera. Muszę biec po Gucia.

Spieszę się bardzo do przedszkola, za siedem minut zamykają i znowu będą dzwonić, gdzie ja jestem. Strasznie mnie ta stopa jednak boli, nie mogę stawać na pięcie. Przy wejściu do przedszkola stoi chłopak z deską do prasowania i się szczerzy, macha do mnie, dziwnie patrzy. Tak przy dzieciach? Lepiej zapamiętam jego twarz.

Cześć, synek! Idziemy? Dobry miałeś dzień? A z kim się bawiłeś dzisiaj? Był Jasiu? A co było na obiad? Jaka zupka? Na ogródku byliście? Zmoczyło was, bo deszcz padał? Guciu, powiesz mi coś? Jak się masz dzisiaj?

GUCIO

Dobrze.

JA

Co jadłeś na obiadek?

GUCIO

Nie pamiętam.

JA

A z kim się bawiłeś dziś?

GUCIO

Nie pamiętam.

JA

A w co?

GUCIO

Nie pamiętam.

WUJEK (DAWID)

Pani mamo! Tylko chciałem powiedzieć, że była taka sytuacja.

JA

Jaka sytuacja?

WUJEK

No taka po prostu sytuacja, że Gucio się nie odnalazł dzisiaj.

JA

Nie odnalazł się? Znaczy zgubił się?

WUJEK

Nie, ale to nie jest pierwszy raz niestety.

JA

Nie rozumiem. Guciu, ubierz buciki, ja porozmawiam z wujkiem.

Możemy wyjść z szatni?

WUJEK

Gustaw się nie odnajduje często.

JA

Dobrze, możemy porozmawiać troszkę dalej?

Guciu, zaraz przyjdę.

Coś się konkretnego stało? Wie pan, on mi strasznie mało opowiada.

WUJEK

No właśnie. Niektóre dzieci takie są. I to by się zgadzało, bo Gucio niechętnie uczestniczy.

JA

Ale w czym?

WUJEK

No tak w ogóle.

JA

W ogóle nie uczestniczy? Nie rozumiem. Chodzi panu o to, że nie umie się bawić z dziećmi? Nie akceptują go? Czy się wykłóca z kimś?

WUJEK

Pani mamo, spokojnie. Gucio jest grzecznym chłopcem.

JA

Tak, no wiem. Ale przepraszam, coś się dzisiaj konkretnego wydarzyło? Czy po prostu chodzi panu o to, że on się wolniej adaptuje? Jest zwykle nieśmiały na początku, ale jak już się otworzy… No ja jestem pewna, że za chwilkę…

WUJEK

Kompletnie się nie odnajduje w krosienku.

JA

W… czym?

WUJEK

Dezorganizuje grupę.

JA

Ale w czym?

WUJEK

W krosienku. Cała grupa robi krosienka, a on nie chce.

JA

Nie chce…

WUJEK

Mówi, że nie.

JA

A co to jest krosienko?

WUJEK

Guciu, co to jest krosienko?

GUCIO

Takie nitki.

JA

Nitki?

WUJEK

Krosno.

JA

Aaaaaa!

WUJEK

Gucio zupełnie tutaj nie współpracuje.

JA

Dobrze, porozmawiamy o tym, dziękuję. Chodź, Gutku. Do widzenia! Powiedz „do widzenia”, synku.

WUJEK

Do widzenia! Pa, pa, Guciu!

JA

Powiedz „pa, pa”.

Pa, pa!

Guciu, lubisz krosienko?

GUCIO

Nie.

JA

No i dobrze.

Idziemy na plac zabaw?

GUCIO

Tak.

JA

Idziemy na plac zabaw, choć tak cholernie mi się nie chce, ale mój syn to lubi. Musi spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu. Trzymam w dłoni jego miękką, ciepłą rączkę, patrzę, jak podskakuje mu czapka w rytm kroków. Nie gadamy, Gucio nie jest rozmowny po przedszkolu, a ja nauczyłam się go nie przepytywać. Stajemy na czerwonym i Gucio dmucha na światła, by magicznie zapalić zielone. Bez dmuchania nie przejdzie. Zapala się dopiero po kilkunastu dmuchnięciach.

Siadam na ławce. Biorę wdech.

Zamykam oczy i czuję wiatr od morza.

Siedzę na ciepłym piasku, wyciągam nogi przed siebie.

Fale dotykają stóp.

Raz po raz obejmują je, unoszą i delikatnie układają na piasku, wymywając go spod pięt.

Morze szumi jednostajnie.

GUCIO

Kieszeń ci świeci.

JA

Pani Helenka, cztery nieodebrane połączenia i esemes.

PANI HELENKA

(esemes)

Ola mama znowu sie przewrocila wolala to przyszlam ale sama jej nie dzwigne chodz prosze tadek nie odbiera

JA

O cholera, Gustaw, musimy iść do babci.

GUCIO

Plac zabaw!!!

JA

Teraz.

Biorę go za rękę i idziemy, na szczęście to blisko. Gucio marudzi, krzyczy, płacze, próbuję się dodzwonić do pani Helenki, ale nie odbiera. Znowu pada, daję Gutkowi jego parasol, a sama moknę.

Gucio, szybciej!

GUCIO

Jestem zmęczony.

JA

Babcia się przewróciła, musimy jej pomóc wstać.

Gucio nagle zaczyna bardzo głośno płakać, chce siadać na ziemi, ciągnę go za rękę tak, że prawie biegniemy.

Wbiegamy po schodach na trzecie piętro.

Stajemy pod drzwiami, Gustaw ryczy, szukam kluczy, chyba nie wzięłam, chcę zapukać, ale wychodzi sąsiadka, mówi, że otwarte, i faktycznie jest otwarte.

PANI HELENKA (HELENA)

No dobrze, że ja byłam!

Dobrze, że ja byłam!

JA

Dziękuję, pani Helenko, naprawdę.

Mówię do niej i chcę wejść, ale ona dalej w progu.

PANI HELENKA

Dzwoniłam do ciebie i nie odbierałaś.

Dobrze, że ja byłam!

JA

Przepraszam. A co się właściwie stało?

PANI HELENKA

Dobrze, że ja tu byłam.

Zawsze jestem obok, ale kiedyś mnie zabraknie i co zrobicie.

Ale poszłam już do siebie, bo mi koty miauczały.

Dobrze, że ja tu byłam.

JA

Dziękuję, pani Helenko.

Idź już, idź już!

Zanim zamknie swoje drzwi, patrzy ze ściągniętymi brwiami. Kręci głową.

PANI HELENKA

Ja wam mówię, mnie kiedyś zabraknie.

JA

Wbiegam, mama leży na podłodze, poduszkę ma pod głową, Helena jej musiała wsunąć, ale wszystko mokre, bluzka, spódnica, włosy, co tu się rozlało…

Gucio, idź do pokoju, dobra?

GUCIO

Telewizor?

JA

Możesz.

Próbuję mamę dźwignąć, robi się coraz cięższa, ledwo mi się udaje ją posadzić, opiera się o mnie, obie jesteśmy mokre.

Mamo, mówię.

Mamo, boli cię coś? Nic sobie nie złamałaś? Pokaż ręce. Nogi. Tu nie boli? Mamo, co tu jest rozlane? Co robiłaś?

Nie odpowiada, ale zauważam starą konewkę.

Mamo, podlewałaś kwiaty podwieszane?!

MAMA

Miały sucho…

JA

Przyszłabym jutro i bym podlała. Albo trzeba było poprosić panią Helenkę albo pana Tadzia, mamo! Dlaczego ty musisz wszystko sama?

Dźwigam ją, o Boże, ona waży coraz więcej, uwiesza się na mnie, prowadzę ją na fotel.

Mamo, gdzie wózek?

Gustaw! Przywieź wózek babci, powinien być w pokoju!

Poczekaj, mamuś, przyniosę ręcznik i szlafrok.

Gutek, wózek!

Zdejmij to. Daj, wytrzemy. Jadłaś coś? Ten rosół jeszcze masz?

Mamo, to trzeba do lodówki schować!

Zepsuło się.

MAMA

Dobre.

JA

Niedobre, bo zepsute, śmierdzi, zobacz.

MAMA

Dobre, nie wyrzucaj.

JA

Mamo, tu się pleśń robi.

MAMA

Nie wyrzucaj tego, powiedziałam!

JA

Dobrze, odstawiam. Ale nie jedz, wylej to potem, dobra?

Gustaw, do cholery, masz tu wózek przywieźć!

MAMA

Nie chcę.

JA

Czego nie chcesz? Wózka? Chodzika nie chciałaś, wózka nie chcesz, no mamo.

MAMA

Nie chcę.

JA

Jutro ci zrobię zakupy, dziś nie zdążyłam. I obiad ci przyniosę, chcesz? Ryż jakiś z rybą, myślałam, co ty na to?

MAMA

Dobrze.

JA

Mamo, ja wiem, co ty powiesz, ale ja muszę znowu zapytać. Może to już czas, żebyś zamieszkała z nami, co?

MAMA

Nie.

Nie jestem stara.

JA

Jasne, po prostu…

MAMA

Nie jestem chora!

JA

Jesteś.

MAMA

Sobie tu radzę.

JA

No właśnie widzę.

MAMA

Nie potrzebuję opieki. Wiesz, no bo ja…

JA

To nie chodzi o opiekę. Gucio miałby cię blisko, ja nie musiałabym tak z zakupami biegać…

MAMA

Olka, daj mi powiedzieć…

JA

Mamy przecież pokój wolny, ja zupełnie nie rozumiem, czemu ty się tak upierasz. W poniedziałek przyjdę i cię spakuję, chociaż tak na próbę, na kilka dni.

MAMA

Chcę być sama, idźcie już.

JA

Czekaj, pójdę po ten wózek.

A tego nie jedz, naprawdę, wylej.

MAMA

Idźcie już sobie!

JA

Gucio, wyłączaj telewizor i chodź.

Chodź, powiedziałam!

Cześć, mamo.

Jutro przyjdę.

Nie wywalaj się już, okej?

Gucio!!!

Wychodzę z jej mieszkania. W sąsiednich drzwiach staje pani Helenka.

PANI HELENKA

I co?

JA

I gówno, chcę jej odpowiedzieć.

Nic, pani Helenko, w porządku jest.

PANI HELENKA

Jak to dobrze, że ja byłam, że zareagowałam.

Powinnaś ją zabrać do siebie… To jest schorowany człowiek…

JA

Wiem, pani Helenko.

Dziękuję za pomoc, ty stary, suchy badylu, zwiędły, wścibski.

Wychodzimy z bloku, idziemy do domu.

I nie podlałam jej w końcu tych kwiatów.

GUCIO

A plac zabaw?

JA

Jutro pójdziemy, synku.

GUCIO

To ja płaczę i się drę!

JA

To ja zmieniam zdanie.

Dziesięć minut i do domu, zrozumiałeś?

Na szczęście nie pada. Przecieram huśtawkę chusteczkami. Gucio się buja. Jak za piętnaście minut stąd wyjdziemy, to za pół godziny będziemy w domu. Jest jeszcze chleb i twaróg, i dżem, frankfurterki jeszcze chyba dwie, ale może by po mleko wejść, w sumie głodna jestem, nie jadłam dzisiaj obiadu, a może niech on się nie kąpie dziś, bo ja muszę jeszcze te rzeczy do pracy na rano. Dobra, jak Gutek zaśnie po dziewiątej, to bym się do dziesiątej pewnie wyrobiła, to może True Detective nowy sezon sobie odpalę, cholera, musimy wracać, bo się Polska przecież nie wysrała…

POLSKA

Wysrałam się, spoko.

JA

Dobra, Gustaw, idziemy, bo zimno.

GUCIO

Spadam z huśtawki.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

JA

Gucio! Co ty robiłeś?! Gdzie boli? Uderzyłeś się w głowę? Pokaż!

GUCIO

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

JA

Co cię boli?! Nie krzycz tak! Co cię boli? Pokaż!

GUCIO

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

JA

Co boli?! Odpowiedz mi! Tu boli? Tu boli? Gucio!

GUCIO

AAAAAAAAAAAAAAAAA!

JA

Boże, ty chyba złamałeś rękę.

W tle słychać cały czas wrzaski Gucia.

JA

Chodź, Gucio, chodź, przepraszam!!!

PANI

Się gapię wystraszona.

JA

Może pani zadzwonić po karetkę?

PANI

A co się dzieje?

JA

Syn chyba złamał rękę.

PANI

Z tej huśtawki? Niemożliwe, przecież tu nie jest wysoko.

JA

Raczej tak!

PANI

Te podkłady gumowe są właśnie na to, pani patrzy, miękka ziemia, to nie jest beton przecież.

JA

Dzwoń, kurwa, po karetkę! Ja dziecko trzymam!

PANI

Dzwonię.

Baba niewychowana.

JA

Przyjeżdżają.

Mówię, jak się nazywam.

Jak się syn nazywa.

Że spadł z huśtawki.

Przecież widzicie, gdzie boli.

Czy ja mogę też jechać?

Nie mam tutaj samochodu.

Proszę! On ma sześć lat!

Nie pojedzie sam! Rozumiesz to?!

Dziękuję.

Gucio, będzie dobrze.

Pan da ci coś na ból.

Jedziemy, ale nie na sygnale.

Stoimy chwilę w korku.

Gucio cały czas się drze, dlaczego nie włączą sygnału?

Włączajcie ten jebany sygnał!

Dojeżdżamy, biegnę z Guciem na rękach, nie wiozą go, bo mówią, że może iść sam, ale on nie może iść sam, niosę go na rękach.

Już, synku, już, synku, już, synku.

Kobieta w okienku.

Nazywam się, syn się nazywa, dowód osobisty, tak, to nasz adres, numer telefonu, ubezpieczenie.

Każą mu przestać płakać, mówią, nie płacz, chłopczyku, płacz nie pomaga, płacz, kurwa, w niczym nie pomaga, ja to wiem dobrze, w końcu przychodzi obrażony lekarz i go zabierają gdzieś, każą mi czekać, jakaś kobieta mi mówi: „Syn jest operowany”. I wychodzi.

Siedzę, czekam, nie oddycham, nagle wjeżdżają nosze, wokół nich sześć osób, chyba gram w filmie, bo ktoś z nich woła: „Tracimy ją”, z noszy opada bezwładnie dłoń, jest we krwi, za noszami biegnie kobieta, krzyczy, krzyczy, krzyczy, krzyczy słowo: „Nadzieja!”.

Tak bardzo, bardzo chciałabym teraz być gdzie indziej i być kimś innym.

NATALIA

JA

Ścieżka w lesie.

Idę, nie spieszę się. Świergolą ptaki, nie ma ludzi, nigdzie nie ma ludzi.

Dużo zwierząt. Sarna. Zając. Zieleń taka majowa. Po deszczu. Idę boso po kałużach.

Pod stopami przesuwa się błotnista ścieżka, nie taśma z towarem.

To niezważone jest!

JAKAŚ KOBIETA (OLA)

Tu nie ma pani wagi?

JA

„Trzeba na warzywach”, mówię jej, to jest czterdziesta osoba dzisiaj z tym pytaniem, a na warzywach jak wół pisze: TU WAŻYĆ.

JAKAŚ KOBIETA

Wzdycham teatralnie i mówię obrażona: „To ja pójdę zważyć”.

JA

I poszła, i teraz wszyscy w kolejce się na mnie gapią z wściekłością, a co ja wam zrobiłam?!

LUDZIE Z KOLEJKI

No jak to co, przez ciebie czekamy.

JA

A co mnie obchodzą, ciągle się ktoś tu czepia o wszystko, patrzę sobie na paznokcie, o taka chwila przerwy. Wraca, królowa. To szybko teraz, bo długo czekali.

Pik… pik… pik…

LUDZIE Z KOLEJKI

Gapimy się bardzo.

JA

Pik, pik, pik, pik, pik, pik, pik.

Muszę dniówkę wyrobić, szybciej pakuj.

Pikpikpikpikpikpikpik!

LUDZIE Z KOLEJKI

Podsuwamy nasze towary bliżej do wyścigu oraz wzdychamy.

JA

Trzysta sześćdziesiąt osiem, dwadzieścia sześć groszy.

W życiu by mnie nie było stać na takie zakupy, choćbym dwadzieścia godzin, a nie dwanaście dniówki brała. A tego to nigdy nie jadłam, podobno dobre. Głodna jestem ogromnie, ale mam przerwę za trzy i pół godziny.

JAKAŚ KOBIETA

Kartą.

JA

Tylko gotówka.

JAKAŚ KOBIETA

Oburzona pytam: „Co? Jak to?”.

JA

Terminal zepsuty.

JAKAŚ KOBIETA

A gdzie to jest napisane?

JA

Cholera, miałam napisać, nie zdążyłam, a potem zapomniałam, a potem nie zdążyłam.

Nie ma napisane.

JAKAŚ KOBIETA

A czemu nie informujecie o tym wcześniej?

JA

Pójdzie z tym do kierownika. Znowu mi potrąci.

Musi pani odłożyć zakupy.

JAKAŚ KOBIETA

Jestem zszokowana i uważam, że to skandal, aż mi brakuje słów po prostu!

Ale…

LUDZIE Z KOLEJKI

O Jezu, jak my się teraz gapimy. Wydłubujemy oczami dziury. Ale nic nie mówimy.

JA

No nie pomogę pani. Żal mi jej nawet i mi głupio, że tej kartki nie dałam, ale ona zaraz poleci do kierownika, poleci jak nic.

JAKAŚ KOBIETA

Dobrze, to…

JA

Niech pani da te torby. Pójdzie pani wypłacić i wróci.

Idzie. Ciekawe, czy wróci. Kładę jej torby w nogach, nie mam tu prawie miejsca. Myślę o putinkach, może dziś zrobię parę nowych, jak mi siły starczy wieczorem.

Tylko gotówką.

CHŁOPAK

Eee, to blikiem.

JA

Gotówka tylko.

CHŁOPAK

No to mówię, że chcę blikiem.

JA

Gotówka to są papierowe pieniądze.

CHŁOPAK

Blikiem nie można?

JA

Nie można. Płacisz?

CHŁOPAK

No to nie mam.

JA

Odłożyć zakupy?

CHŁOPAK

Na krechę mi pani nie da?

JA

Nie mogę. Mam odłożyć? Inni klienci czekają.

Wystawiam torby tamtej klientki obok kasy, bo mi noga cierpnie.

CHŁOPAK

Ja się znam z pani córką ze szkoły.

JA

To fajnie, ale muszę to wycofać z kasy i odłożyć towar.

CHŁOPAK

Tania jest. Daje za błyszczyk.

Nara, stara!

LUDZIE W KOLEJCE

Nie udajemy, że tego nie słyszeliśmy.

JA

Biorę wdech i powietrze mi się trzęsie w środku, udaję, że nie słyszałam, że mnie nie dotyczy nic, co dotyczy Nadii. Nie teraz.

Pik, pik, pik, pik, pik, pik, pik.

STARSZY PAN (TADEUSZ)