38,90 zł
Alice Scott dostaje szansę, o jakiej marzyła od lat: ma udać się na Little Crescent Island i napisać tam biografię Margaret Ives, kobiety, która przez lata była ulubienicą tabloidów, bohaterką plotek, skandali i nagłówków gazet, aż w końcu zapadła się pod ziemię.
Po latach milczenia Margaret zgadza się wreszcie opowiedzieć swoją historię. Sęk w tym, że nie tylko Alice chce ją spisać.
Na Little Crescent Island pojawia się także Hayden Anderson, uznany autor, zdobywca nagrody Pulitzera, który ma dokładnie ten sam cel. Margaret daje im obojgu miesiąc próbny, po którym wybierze osobę, która spisze jej biografię.
W miarę jak kolejne fragmenty wspomnień układają się w niejednoznaczną, pełną sprzeczności historię o miłości, ambicji i cenie sławy, między Alice i Haydenem rodzi się uczucie, którego nie mogą ignorować w nieskończoność.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 472
Tytuł oryginału Great Big Beautiful Life
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadzący: Iwona Denkiewicz Redakcja: Maja Strzeżek Korekta: Ewa Grabowska, Grażyna Woźniak
Copyright © 2025 by Emily Henry Books, LLC All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Anna Tomczyk, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 00, www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32, www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-36-1
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla mojej mamy i moich trzech babć.Życie jest skomplikowane.W przeciwieństwie do Waszej miłości.
1
Jest takie stare powiedzenie o historiach i o tym, że zawsze istnieją trzy wersje: twoja, moja i prawdziwa. Gość, który powiedział to po raz pierwszy, pracował w przemyśle filmowym, ale jego słowa sprawdzają się też w dziennikarstwie.
Nie powinniśmy opowiadać się po żadnej stronie. Mamy zajmować się faktami. A z faktów buduje się prawdę.
Fakt: Robert Evans – producent, kierownik studia filmowego i aktor, który ukuł tę chwytliwą mantrę na temat prawdy – siedem razy był żonaty.
Fakt: Ja, Alice Scott, dziennikarka w „The Scratch”, aspirująca biografka, i w sumie to wszystko – nie jestem jeszcze nawet oficjalnie dziewczyną faceta, z którym spotykam się od siedmiu miesięcy.
Fakt: Robert Evans miał metr siedemdziesiąt pięć, czyli był dokładnie tego samego wzrostu co ja.
Fakt: Całe moje życie prawdopodobnie wkrótce się zmieni, a zamiast biec chodnikiem w stronę staroświeckiego płotu ze sztachetami, który oddziela mnie od mojego największego życiowego marzenia, siedzę w wynajętym samochodzie, mam klimę włączoną na maksa i czytam na IMDb o człowieku, którego nazwiska nie znałam jeszcze przed trzema minutami, a robię to, ponieważ przypomniał mi się cytat z niego o historiach, a także dlatego, że gram na czas.
Jestem raczej przejęta niż zdenerwowana, ale tak naprawdę pulsuje we mnie sporo emocji. Wzdycham po raz ostatni, gaszę silnik i otwieram drzwi.
Od razu uderza mnie upał w południe letniego dnia w Georgii, to znajome i ukochane uczucie, które staje się jeszcze lepsze dzięki słonej bryzie wiejącej znad oceanu otaczającego wyspę Little Crescent.
Jeszcze raz sprawdzam, czy mam przy sobie notes, dyktafon i długopis, a potem zatrzaskuję drzwi i schylam się, żeby w bocznym lusterku sprawdzić, jak wygląda moja szybko łapiąca wilgoć grzywka.
Próbuję zdusić uśmiech i zamienić go w neutralny wyraz twarzy. To ważne, żebym nie zdradzała się z emocjami.
Fakt: Jeszcze nigdy w życiu nie udało mi się nie zdradzać z emocjami.
Otwieram bramę, stukam sandałami po kamiennym chodniku, gdy skręcam wzdłuż ściany zieleni: sit roemerianus i palma kabaczkowa, opuncja i soliród oraz – mój ulubiony – dąb wirginijski.
Od jedenastu lat mieszkam w Los Angeles, ale za każdym razem, kiedy widzę południowy dąb wirginijski, myślę: dom.
Przede mną wyłania się turkusowy dom na drewnianych palach, wspinam się po paru podniszczonych drewnianych stopniach i staję przed jaskraworóżowymi drzwiami, ręcznie wymalowanymi w białe zawijasy.
W nagrodę znajduję odpowiednio ekscentryczny dzwonek do drzwi. To znaczy, wygląda jak normalny, ale kiedy go wciskam, rozlega się taki dźwięk, jakby wiatr poruszał dzwonkami.
Jeszcze nabieram powietrza, zbierając się na odwagę, kiedy drzwi się otwierają, a niska, siwowłosa kobieta w wyblakłej flanelowej koszuli patrzy na mnie z gniewną miną.
– Dzień dobry. – Wyciągam do niej dłoń. – Jestem Alice. Scott.
Przygląda mi się jasnoniebieskimi oczami, włosy ma krótko ostrzyżone.
– Z „The Scratch” – dodaję na wypadek, gdyby to jej się z czymś skojarzyło.
Nawet nie mruga.
– To znaczy, nie przyszłam w imieniu „The Scratch”. Pracuję tam, ale tutaj przyszłam w sprawie książki.
Jej twarz pozostaje niewzruszona. Przez sekundę rozważam ewentualność, że to wszystko jest tylko jakimś bardzo skomplikowanym podstępem, być może zaaranżowanym przez syna tej kobiety, faceta w średnim wieku, planującego to na swoim komputerze w piwnicy, gdzie spędza całe dnie, wysyłając mejle i dzwoniąc po takich łatwowiernych dziennikarkach jak ja – wtedy mówi wysokim głosem i dodaje mu lekkie drżenie, żeby uchodzić za kobietę po osiemdziesiątce.
To nawet nie byłby pierwszy raz.
Odchrząkuję i uśmiecham się.
– Bardzo przepraszam. Czy pani Margaret?
W ogóle jej nie przypomina, ale ostatnie zdjęcia kobiety, z którą mam się spotkać, muszą mieć spokojnie ze trzydzieści lat. Więc z tego, co mi wiadomo, mogłaby to być ta dawniej wytworna, niemal legendarna (przynajmniej dla pewnej podgrupki ludzi, do której należę) Margaret Grace Ives.
Księżniczka Tabloidów. Tak ją nazywano zarówno dlatego, że odziedziczyła imperium mediowe Ives, jak i ze względu na te lata, kiedy jej celebrycki status budził niemal nieustanne zainteresowanie paparazzich i działów plotkarskich.
Kobieta wybucha głośnym, szczerym śmiechem i otwiera drzwi szerzej.
– Jestem Jodi – odzywa się z cieniem jakiegoś nieokreślonego akcentu, może niemieckiego. – Zapraszam do środka.
Wchodzę do chłodnego korytarza, w powietrzu unoszą się aromaty mięty i cytryny. Jodi się nie zatrzymuje ani nawet nie zwalnia ze względu na mnie, tylko idzie prosto w głąb domu, pozostawiając mnie w tyle, żebym zamknęła za sobą drzwi.
– Jaki piękny dom – świergoczę.
– Goręcej tu niż w piekle, a do tego komary są gorsze od wampirów – odpowiada.
Myślę o Robercie Evansie i jego: twoja, moja i prawdziwa.
Z wąskiego korytarza skręca do drugiego; cały ten dom jest przestronnym, jasnym labiryntem zbudowanym z bielonych desek oraz dodatków w kolorze morskiego szkła; na jego końcu znajduje się ogromny salon, a w nim ściany w siedemdziesięciu procentach składające się z okien.
– Proszę tu zaczekać, a ja pójdę po panią – oznajmia Jodi z wyczuwalnym rozbawieniem w głosie.
Otwiera jedne ze szklanych drzwi na tyłach i wychodzi na podwórze, do większego i bardziej dzikiego ogrodu niż ten z przodu, z małym basenem po jednej stronie.
Korzystam z okazji, żeby przejść się powoli po pokoju. Wciąż jeszcze we mnie buzuje i uśmiecham się tak szeroko, że zaczyna mnie boleć szczęka. Kładę swoje rzeczy na niskim rattanowym stoliku do kawy i krzyżuję ręce na piersi, żeby powstrzymać się od dotykania rzeczy wokół mnie. Ściany obwieszone są sztuką, rośliny wiszą całymi kępami naprzeciwko okien, a jeszcze więcej rośnie w glinianych donicach stojących na podłodze. Pleciony wiatrak wiruje leniwie pod sufitem, a książki – w większości o ogrodnictwie – leżą w nieładzie stosami, pootwierane, z popękanymi grzbietami, pokrywając każdą dostępną powierzchnię drewnianych antyków.
Przepięknie tu. W myślach już układam sobie, jak bym to opisała. Jedyny problem w tym, że nie jestem pewna, czy w ogóle będę miała jakiś powód, by to opisywać.
Jak do tej pory nie dostrzegłam jeszcze niczego, co wskazywałoby na to, że jestem w domu Margaret Ives. Żadnych zdjęć jej wspaniałej rodziny. Żadnych egzemplarzy, starych czy nowych, dziesiątków wydawanych przez nich magazynów i gazet. Żadnych oprawionych obrazów wystawnego Domu Ivesów, w którym Margaret wychowywała się na wybrzeżu Kalifornii. Na kominku nie ma statuetek Grammy jej zmarłego męża. Nic konkretnego, co łączyłoby ją z upadłym już medialnym molochem ani też z radościami i tragediami rodziny Ivesów opisywanymi przez konkurencyjne gazety, z których wycinki Margaret tak lubiła zbierać, kiedy była u szczytu popularności.
Drzwi znów się otwierają, odwracam się i widzę Jodi. Zbieram się, by się dowiedzieć, kto właściwie zaprosił mnie, bym odbyła tę jedenastogodzinną podróż samolotem, a potem jeszcze czterdzieści pięć minut wynajętą Kią Rio.
I wtedy dostrzegam kobietę stojącą tuż za nią.
Skurczyła się o kilka centymetrów, przybrała trochę na wadze – podejrzewam, że w większości są to mięśnie – a jej kiedyś kruczoczarne włosy są teraz mieszanką mysiego brązu i siwizny.
Nie widać po niej dawnej wytworności ani aury dużych pieniędzy i władzy, ale w błękitnych oczach ma ten sam przebiegły błysk co na wszystkich zdjęciach, na jakich ją widziałam – to nieuchwytne, nienazywalne coś, co zmieniło ją z dziedziczki prasowej fortuny w księżniczkę z pierwszych stron gazet.
– Dzień dobry. – Zaskakuje mnie ciepło głosu Margaret, podobnie jak wcześniej podczas naszych kilku krótkich rozmów telefonicznych w tygodniach poprzedzających tę wyprawę. – Pewnie jesteś Alice.
Ściąga rękawice ogrodowe i rzuca je na podłokietnik najbliższego białego rattanowego krzesła, idąc boso w moją stronę. Wyciera ręce o fartuch, a potem wyciąga do mnie dłoń.
– Pani jest Margaret – odzywam się.
Wszelkie elokwentne, czy choćby składne zdania, jakie kiedykolwiek skonstruowałam, pisane były powoli. Te, które padają z moich ust, zwykle brzmią raczej właśnie w ten sposób.
Ona się śmieje.
– Wydawało mi się, że tego pani oczekiwała.
Lekko ściska moją dłoń, potem opuszcza rękę i proponuje mi gestem, żebym usiadła.
– Tak, tego. – Opadam na kanapę, ona zajmuje fotel naprzeciw mnie. – Starałam się na nic nie nastawiać. Nie udało się. Nigdy się nie udaje. Ale nie przestaję się starać.
– Naprawdę? – Wydaje się rozbawiona. – Ja raczej mam przeciwny problem. Nie umiem nie spodziewać się po ludziach najgorszego.
Uśmiecha się. Wygląda jednocześnie promiennie i smutno. Smutennie.
To na przykład nie trafiłoby do oficjalnie spisanego i zredagowanego zdania. Ale chodzi o to, co widzę ukryte gdzieś w tych jej błyszczących oczach: prawdę. Taką, jakiej jeszcze dotąd nie słyszeliśmy.
Jak to było urodzić się w świecie srebrnych łyżeczek i złotych talerzy, pełnym aktorów pływających po pijaku w basenie w twoim domu i polityków przypieczętowujących uściskiem ręki zakulisowe porozumienia przy twoim zabytkowym stole.
Jak to było zakochać się w królu rock and rolla, i to z dziką wzajemnością.
I oczywiście o tych wszystkich innych rzeczach. O skandalu, o sekcie, o procesie, o wypadku.
I wreszcie o zniknięciu Margaret przed dwudziestu laty.
O tym, co się stało, ale też dlaczego.
I dlaczego teraz, po tak długim czasie, wreszcie jest gotowa opowiedzieć swoją historię.
Za Margaret otwierają się ze skrzypnięciem drzwi i Jodi wraca do domu z koszem cytryn.
– Dziękuję, Jodi! – woła Margaret, nie odwracając głowy.
Jodi chrząka. Nie mam pojęcia, czy te dwie kobiety są przyjaciółkami, partnerkami, pracownicą i pracodawczynią, czy może śmiertelnymi wrogami, którzy przypadkiem mieszkają razem.
Margaret zakłada nogę na nogę.
– Urocze paznokcie – zauważa, wskazując brodą moją dłoń na kolanie.
Ten moment porozumienia przyprawia mnie niemal o zawrót głowy.
– Przyklejane. – Pochylam się, żeby mogła się lepiej przyjrzeć drobnemu wzorowi w truskawki.
– Mogłabym się założyć – stwierdza – że jesteś takim typem osoby, która stara się we wszystkim odnajdować piękno.
– A pani nie? – pytam zaintrygowana delikatnym, smutnym uśmiechem, który drży na jej ustach.
Odpowiada mi niepełnym wzruszeniem ramion, znaczącym nie tyle „Nie wiem”, ile: „Nie podoba mi się to pytanie”.
A potem, jak przystało na panią Ives, zgrabnie przekierowuje rozmowę na inny temat.
– To jak miałoby to działać? Gdybym wyraziła zgodę.
Nie daję się zniechęcić. Wiem, że ona jeszcze nie jest pewna na sto procent, i wcale jej się nie dziwię.
– Jak tylko pani zechce – mówię.
Unosi jedną brew.
– A gdybym chciała, żeby działało to tak, jak zwykle się to robi?
– No, cóż – odpowiadam. – Sama jeszcze nie robiłam dokładnie czegoś takiego. Zwykle zajmuję się charakterystykami i sylwetkami. Spędzam z daną osobą kilka dni albo tygodni. Spisuję moje obserwacje, sypię dowcipami. To jest zawsze perspektywa z zewnątrz. W tym wypadku byłoby inaczej. Chodziłoby o uchwycenie pani doświadczenia. Z wewnętrznej perspektywy. To zajęłoby dużo więcej czasu, pewnie kilka miesięcy, i to na pierwszą turę zbierania materiałów, żebym mogła napisać szkic i określić, czego mi brakuje. Wynajęłabym sobie coś w pobliżu, ustaliłybyśmy grafik, wydzieliłybyśmy czas na rozmowy, ale też czas dla mnie, żebym mogła panią śledzić.
– Śledzić – powtarza z rozmysłem.
– Towarzyszyć pani w zwyczajnym życiu – wyjaśniam. – Sprawdzić, co pani hoduje w ogrodzie, z kim spędza pani czas. Pobyć z panią, z Jodi i innymi przyjaciółmi, których ma pani w pobliżu.
Margaret wysuwa brodę i zaciska oczy w reakcji na swoje szybkie, szczere parsknięcie.
– Zrób mi, proszę, tę przyjemność i powtórz to, kiedy tu wróci.
Ledwie parę sekund później Jodi wpada do pokoju, niosąc dwie szklanki lemoniady. Stawia je głośno na stoliku kawowym.
– Dziękuję, Jodi – odzywam się, chcąc zdobyć jej sympatię.
A ona maszeruje z powrotem tam, skąd przyszła.
– Co ja bym bez ciebie zrobiła! – woła za nią żartobliwie Margaret.
– Nie mam pojęcia! – odkrzykuje Jodi, a potem znika za drzwiami.
Biorę mały łyk lemoniady, który zmienia się w ogromny, bo jest przepyszna, świeża i orzeźwiająca, liście mięty wirują w niej razem z kostkami lodu.
Odstawiam szklankę i zmuszam się, by wrócić do sedna sprawy.
– Wie pani, jest wielu dużo bardziej doświadczonych pisarzy, z którymi mogłaby się pani spotkać. Setki ludzi byłyby zdolne wepchnąć mnie pod autobus, byle dostać tę pracę, i szczerze mówiąc, w pełni ich rozumiem.
– Przykre – odpowiada Margaret.
– Chodzi mi o to, że jeśli jest pani gotowa opowiedzieć swoją historię, to zasługuje pani na przedstawienie jej w dokładnie taki sposób, jak pani sobie wymyśli. Ona musi należeć do pani, do nikogo innego. A to się może udać tylko w takim wypadku, jeśli zrobi to pani z kimś, komu całkowicie pani ufa. Obiecuję jednak, że jeśli będzie pani chciała napisać tę książkę ze mną, pani głos znajdzie się w samym centrum. To dla mnie najważniejsze. Dopilnować, żeby to była pani historia.
Jej uśmiech blednie, twarz poważnieje. Zmarszczki w kącikach oczu i zagięcia w kącikach ust pogłębiają się – to ślady jej przeżytego życia, całego, nie tylko tych trzydziestu trzech lat spędzonych na świeczniku, ale też trzydziestu późniejszych, spędzonych samotnie, oraz dwudziestu od chwili, w której zniknęła.
– A co jeśli… – zaczyna powoli – ja wcale tego nie chcę?
Kręcę głową.
– Nie jestem pewna, czy rozumiem.
– Jeśli nie chcę, żeby to była moja wersja tej historii? – pyta. – Jeśli nie chcę całej tej okropnej prawdy? Jeśli mam już dość życia z własną wersją wydarzeń, w której to ja jestem bohaterką? Jeśli chcę usiąść i choć raz obejrzeć to wszystko w czarno-białych barwach?
Jej pytanie mnie zaskakuje. Jestem raczej przyzwyczajona do zapewniania moich rozmówców, że nie zamierzam przekręcać wszystkiego, co powiedzą, w jakąś brutalną rozkładówkę. Że chcę poznać pełny obraz, dowiedzieć się, jakimi są ludźmi.
W reakcji na moje wahanie Margaret unosi brwi.
– Czy to problem?
Przesuwam się na skraj kanapy.
– Jeżeli pani chce, żeby zostało to tak opowiedziane… – powtarzam. – Jeżeli pani tego chce, to tak właśnie zrobimy.
Zastanawia się długą chwilę.
– Jeszcze jedno pytanie.
– Oczywiście.
Mogłaby zapytać o moje najbardziej zawstydzające doświadczenie seksualne, a ja bym wszystko jej wyśpiewała. Muszę dać jej do zrozumienia, że jest przy mnie bezpieczna.
Znów unosi szelmowsko szare brwi.
– Zawsze jesteś taka dziarska?
Wzdycham. To zbyt długie i poważne zlecenie, żeby załatwić to kłamstwem.
– Tak – odpowiadam. – Tak, taka właśnie jestem.
Jej chichot przerywa dźwięk wiatru poruszającego szklanymi dzwoneczkami. Margaret zerka na zegar ze starego drewna, stojący na kominku bez statuetek Grammy.
– To będzie mój kolejny gość, z czternastej. – Zrywa się na nogi. – Dałaś mi dużo do myślenia, Alice Scott.
Też się podrywam, biorę mój niewykorzystany notes i dyktafon.
– Mimo wszystko dziękuję. Naprawdę.
– Za cóż takiego? – pyta, szczerze zdumiona, gdy prowadzi mnie przez labirynt korytarzy.
– Za dzisiaj – odpowiadam. – Za to, że dała mi pani szansę.
Szczerze mówiąc, nareszcie mam jakiś temat związany z pracą, który mogę poruszyć przy mamie i którym jej od razu nie zanudzę.
– To tylko szansa – przypomina mi Margaret, kiedy docieramy do drzwi wejściowych. – Nie dziękuj mi za to. Każdemu się tyle należy. A ja muszę jeszcze potrząsnąć kilkoma gałęziami, sprawdzić, co z nich spadnie.
– Absolutnie rozumiem, ale…
Urywam, bo ona otwiera jaskraworóżowe drzwi, a ja zdaję sobie sprawę, jak bardzo się myliłam.
Niczego nie rozumiałam.
Gość Margaret z czternastej stoi na górze schodów w ciemnopopielatych chinosach i białym T-shircie.
Jednak to nie strój sprawia, że truchleję i krew odpływa mi z twarzy – chociaż sam pomysł włożenia długich spodni w taką pogodę z pewnością daje mi do myślenia.
Chodzi o dobrze zbudowanego, ciemnookiego mężczyznę z sokolim nosem, który w nich przyszedł.
Hayden Anderson.
Cztery lata temu można by powiedzieć: „Hayden Anderson, ten dziennikarz muzyczny” i byłoby to całkiem stosowne podsumowanie. Ale gdyby on nadal był dziennikarzem muzycznym, nie znałabym jego nazwiska, a już na pewno nie wiedziałabym, jak wygląda. Mam dobrą pamięć, ale nie zwykłam zapamiętywać nagłówków dotyczących Rolling Stonesów.
W każdym razie.
On nie jest już tylko „Haydenem Andersonem, dziennikarzem muzycznym”.
Jest „Haydenem Andersonem, laureatem Nagrody Pulitzera za biografię”. Tym, który napisał tę opasłą, wstrząsającą opowieść o piosenkarzu americany z demencją.
A teraz jest tym Haydenem Andersonem, którego Margaret właśnie określiła jako kolejną gałąź do potrząśnięcia. Gałąź z większymi sukcesami, bardziej znaną, bardziej wszystko.
Jego ciemne oczy zerkają na mnie (całkowicie bez wyrazu, nie poznaje mnie; zresztą dlaczego by miał? Jestem naprawdę nieciekawą gałęzią), potem na Margaret (wobec której okazuje tylko odrobinę mniej braku zainteresowania), po czym odzywa się niskim, dudniącym głosem:
– Przyszedłem za wcześnie?
– W samą porę – odpowiada serdecznie Margaret. – Alice właśnie wychodzi.
Wyraz twarzy Haydena opisałabym jako przelotne „kim do diabła jest Alice”, jakby już zapomniał, że tuż przed nim stoi jakiś inny człowiek albo może w ogóle mnie nie zauważył za pierwszym razem, kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy.
– Dzień dobry. – Otrząsam się na tyle, żeby moje organy wróciły do pracy, serce znów zaczęło pompować krew, płuca pobierają tlen, a moja dłoń wyciąga się w jego kierunku.
On unosi powoli swoją, jakby oczekiwał więcej informacji, zanim zgodzi się na kontakt fizyczny.
– Właśnie wychodziłam – mówię, i to na szczęście działa.
W końcu jego bardzo duża, bardzo ciepła i bardzo sucha dłoń otacza moją, porusza się raz, a potem wraca do jego boku.
– Jeszcze raz dziękuję – rzucam przez ramię do Margaret i wybiegam na chodnik.
– Odezwę się – odpowiada, a ja zmuszam się do uśmiechu, jakby moje serce wcale nie pękało i jakbym w ogóle nie miała się zaraz rozpłakać z powodu tej wymarzonej oferty pracy, co do której jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna, że uciekła mi sprzed nosa.
2
Pierwszy wieczór spędzam w hotelu Grande Lucia, jedząc Twizzlery i szukając w internecie informacji o Haydenie Andersonie, a jednocześnie przekonując samą siebie, że jego pojawienie się to nie koniec świata.
Najpierw czytam kilkanaście entuzjastycznych recenzji jego książki. Potem natykam się na artykuł w „Publishers Weekly”, który szacuje, że w pierwszym roku w Stanach Zjednoczonych jego książka sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy. Ostatecznie, żeby sobie jeszcze dowalić, oglądam wywiad z Haydenem i z bohaterem jego książki, Lenem Stirlingiem, podczas którego Len informuje prowadzącego wywiad, że rozważał powierzenie swojej historii dziewięciu pisarzom, zanim Hayden pojawił się na horyzoncie. Hayden bez cienia żartu czy ironii pochylił się i dodał: „Lubię rywalizację”.
Wydaję z siebie krótki jęk.
Nadal istnieje jakaś szansa, że Margaret będzie wolała pracować ze mną.
Może wolałaby pracować z kobietą. Może zawsze kibicuje słabszemu graczowi. Może po prostu z natury nie lubi wysokich, umięśnionych, utalentowanych mężczyzn piszących takie biografie, które nie tylko nikogo nie usypiają przy czytaniu, ale też potrafią wielokrotnie doprowadzić czytelnika do łez podczas samotnego czytania przy barze w najbliższej knajpie z tacosami w Highland Park.
Istnieje wiele powodów, dla których Margaret może nie chcieć współpracować z Haydenem i na pewno jest też choćby kilka, dla których mogłaby chcieć pracować ze mną.
Powtarzam to sobie, choć mój entuzjazm nie jest taki szczery, kiedy wyglądam przez okno, głową w dół, w kierunku plaży rozciągającej się za hotelowym dziedzińcem.
Powinnam wiedzieć, że taki sekret jak miejsce zamieszkania Margaret nie będzie trwał wiecznie.
Wszystko zaczęło się cztery miesiące temu, kiedy opublikowano moją sylwetkę byłej dziecięcej gwiazdy Belli Girardi. To artykuł, z którego byłam absolutnie najbardziej dumna w całej mojej dotychczasowej karierze. Miałam cały plik uroczych mejli od dawnych znajomych z pracy oraz piękne zrzuty z ekranu dokumentujące internetowe zachwyty nad tą historią po jej publikacji.
I to wszystko samo w sobie było już więcej niż wystarczającym powodem, dla którego długie tygodnie pisania i poprawiania tekstu w tę i z powrotem z moimi researcherami i redaktorką miały sens.
Jednak na końcu jednego krótkiego mejla było coś jeszcze.
LindaTakesBackHerLifeAt53 napisała: „Podoba mi się ten artykuł. PS Ta piosenka Cosmo Sinclaira o Margaret Ives, o której rozmawiałyście z Bellą, jest jedną z moich ulubionych. Wiedziałaś, że Margaret mieszka teraz na wyspie w Georgii i sprzedaje sztukę pod fałszywym nazwiskiem?”.
I tyle. Żadnych dodatkowych informacji. A kiedy odpisałam Lindzie, nie odezwała się już.
Dwa tygodnie spędziłam na poszukiwaniu związków, jakie Margaret może mieć z Georgią (żadnych nie znalazłam), a także na wyszukiwaniu połączeń jej nazwiska ze „sztuką” i „wyspą”, bezskutecznie. Margaret Ives całkowicie zniknę-ła z życia publicznego we wczesnych latach dwutysięcznych, a krążące na jej temat plotki donosiły, że wyszła za jakiegoś włoskiego plantatora oliwek młodszego od niej o połowę i zamieszkała po drugiej stronie Atlantyku.
Początkowo byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że Linda kłamała lub miała fałszywe informacje.
Niemożliwe, żeby Margaret Ives mieszkała w Georgii, na maleńkiej wyspie utrzymującej się z turystyki, dzień jazdy samochodem od rodzinnego domu swojego zmarłego męża, Cosmo Sinclaira, w zachodnim Tennessee.
Jednak ta sprawa nie dawała mi spokoju. Taka plotka musiała mieć jakieś źródło, myślałam, mimo że jednocześnie próbowałam uciszyć w sobie wrodzony optymizm.
Zaczęłam przetrząsać fora internetowe. Wszystko, co związane z muzyką Cosmo, ze zdjęciami rodziny Ivesów, ze zniknięciem Margaret.
Nic. Nigdzie.
A potem znalazłam teorie spiskowe. Ludzi wrzucających zdjęcia „Elvisa” w centrum handlowym w Tuscaloosa. Albo Johna F. Kennedy’ego ubranego w wędkarski kapelusik i prawie całkiem rozpiętą koszulę, odsłaniającą białe włosy na klacie i złoty łańcuch na szyi, w Miami. Chwilę mi zajęło, zanim znalazłam wątek o Margaret, tylko dlatego, że związana z jej historią tajemnica zdążyła z czasem zblednąć.
Ludzie wiedzieli o firmie Ives Media, wiedzą też o rodzinnej okazałej rezydencji (będącej teraz w posiadaniu państwa i otwartej dla turystów). Wiedzieli też oczywiście o całym tym bałaganie związanym z siostrą Margaret i jej sektą, potrafili pewnie przywołać w pamięci słynne czarno-białe zdjęcie Margaret i Cosmo biegnących za rękę po schodach urzędu w dniu, kiedy zdecydowali się na spontaniczny, cichy ślub, jego blond włosy przylizane do tyłu, a jej ułożone w modne w tamtych czasach upięcie w stylu Brigitte Bardot.
Jednak po tragicznej śmierci Cosmo wdowa w dużej mierze wycofała się z blasków fleszy. Dlatego, kiedy zupełnie zniknęła przed dwudziestu laty, nikt już nie był nią aż tak bardzo zainteresowany.
Większość po prostu zaakceptowała fakt, że nigdy się nie dowiemy, jak potoczyły się jej losy. Niczym kolejna Amelia Earhart, kobieta, która zniknęła.
Jednak wciąż istniały pewne aktywne internetowe społeczności gromadzące się wokół Margaret Ives, zaangażowane w plotki krążące wokół jej zniknięcia. Próbowali je obalać albo ich dowodzić, w zależności od punktu widzenia. Traktowano ich podobnie jak społeczności świrów od true crime, którzy w kółko powtarzają fragmenty starych wywiadów, używając ich jako dowodów popierających ich ulubione teorie lub im zaprzeczających.
Te konkretne fora do niczego mnie nie doprowadziły.
Jednak forum Nie-Takie-Umarłe-Gwiazdy zawiodło mnie aż tutaj, na wysepkę Little Crescent.
A jeżeli mnie udało się ją odnaleźć dzięki temu wpisowi, nie wiadomo, ilu kolejnych Haydenów Andersonów leci w tej chwili lotem krajowym na Little Crescent.
Komórka brzęczy obok mnie na materacu i macam chwilę ręką wkoło, zanim ją znajdę. Ściska mnie w żołądku – może to Margaret podjęła już decyzję – ale potem patrzę na ekran.
Theo. Tym razem czuję w brzuchu coś zupełnie innego, to niespokojne trzepotanie, które towarzyszy mi za każdym razem, kiedy odzywa się mój to obecny, to dawny, to znów obecny nie-chłopak. „Jak poszło z dziedziczką?” – pyta w esemesie.
Jestem wzruszona, że pamiętał. Zapewne zbyt wzruszona. Przez ostatnich kilka tygodni nie mówiłam o niczym innym. Ale mimo wszystko! Odezwał się, żeby zapytać – to już coś!
Waham się, jak to ująć, i ostatecznie decyduję się na: „Jest intrygująca, dom ma wspaniały i tak bardzo, bardzo, bardzo chciałabym to zlecenie”.
Sama prawda. Na nic by się nie przydało, gdybym dodała: „I jestem przerażona, że go nie dostanę, bo do gry dołączył potężny facet wysoki na metr dziewięćdziesiąt, z Nagrodą Pulitzera i mrożącym krew w żyłach wzrokiem Gorgony”.
Przez minutę wpatruję się w telefon, potem jeszcze dwie, trzy. Odkładam go na bok. Theo przyciągnął mnie swoją swobodną pewnością siebie i wyluzowanym, beztroskim sposobem poruszania się po świecie. Jest coś pociągającego w człowieku, który niczego nie traktuje zbyt poważnie. Dopóki nie trzeba się z nim wymieniać esemesami. Theo jest w tym okropny. Szczerze mówiąc, sama nie jestem za dobra, ale on jest królem wysyłania wiadomości, na które odpowiadam natychmiast, a potem czekam cały dzień, aż moja odpowiedź zostanie odczytana.
Możliwe, że do tej pory możliwe stracę już wymarzone zlecenie, całkowicie wtopię się w to łóżko i pozostanie ze mnie kałuża znana dawniej jako pisarka Alice Scott.
– Ogarnij się, Scott! – wołam, zrywając się na równe nogi i zatrzaskując głośno laptop. – Jesteś na pięknej wyspie, burczy ci w brzuchu i nie masz nic do roboty – mówię, chwytam komórkę i wciskam stopy w sandały. – Równie dobrze można to jakoś wykorzystać.
* * *
Little Crescent jest wakacyjną wysepką, ale nie toczy się tu modne nocne życie. Przyjeżdżają tu głównie albo emeryci, albo rodziny z dziećmi, a że jest dwudziesta pierwsza, wtorkowy wieczór, przy głównym deptaku naprawdę niewiele się dzieje.
Pierwsza otwarta restauracja, jaką napotykam, nazywa się Fish Bowl i wywieszone przed drzwiami menu najwyraźniej składa się w dziewięćdziesięciu procentach z alkoholu i w dziesięciu z owoców morza.
W środku jest ciasno i cudownie kiczowato, ściany wyłożono bambusową boazerią, z sufitu zwisają sieci rybackie, w które wplątano wszelkiego rodzaju kolorowe plastikowe ryby oraz świecące w ciemności wodorosty. Kelnerka z kucykiem, w ciasnej białej koszuli i krótkich szortach, przechodzi energicznie obok mnie z tacą w dłoni i zagaduje pogodnie:
– Siadaj, gdzie chcesz, kochana. Nie mamy dzisiaj ruchu.
Jest wiele wolnych stolików, ale przy barze siedzi dwóch starszych dżentelmenów w takich samych koszulkach do gry w kręgle, a ja jestem w rozmownym nastroju, więc idę w ich stronę. Jednak kiedy siadam na stołku dwa miejsca od nich, kładą pieniądze na lśniącym, ciemnym drewnianym blacie i szykują się do wyjścia.
Jeden z nich zauważa moje spojrzenie, uśmiecham się do niego.
On też się uśmiecha.
– Bardzo polecam Miskę Kapitańską!
– Wezmę to pod uwagę – obiecuję, a on przykłada palce do niewidzialnego kapelusza, po czym rusza w ślad za swoim towarzyszem. Przy wyjściu obaj się zatrzymują, żeby porozmawiać z kelnerką z kucykiem, a ona daje miłośnikowi Miski Kapitańskiej całusa w policzek, więc albo wszyscy się tu znają, albo po prostu mają obsługę najwyższej klasy.
Wracam do przeglądania menu, wznawiając właściwie swój odwieczny dylemat: czy zamówić tacos z rybą, czy rybę z frytkami.
Wciąż jeszcze się nad tym zastanawiam, kiedy ktoś głośno stawia tuż przede mną ogromną miskę pełną zadziwiająco niebieskiego płynu, lodu, i jakieś pięć owocowych szaszłyków. Zaskoczona podnoszę wzrok, zza baru uśmiecha się do mnie kelnerka z kucykiem.
– Miska Kapitańska – oznajmia. – Dzięki uprzejmości samych kapitanów.
– Och. – Zerkam w stronę drzwi wejściowych, ale tamtych panów już nie ma. – Czego są kapitanami?
– Wujek Ralph jest kapitanem drużyny kręglarzy, a Cecil kapitanem tej restauracji – wyjaśnia. – Obaj cieszą się dużym poważaniem, chociaż Cecil oczywiście jest tu, co zrozumiałe, na trochę wyższej pozycji.
– Jasne, to proszę mu podziękować następnym razem, kiedy go pani zobaczy – odpowiadam.
Kiwa głową, raz.
– Tak zrobię. A pani będzie dziś coś jadła czy tylko pływała? – Wskazuje brodą na gargantuiczną miskę wściekle nienaturalnie niebieskiej cieczy, a ja wybucham śmiechem.
– Co w tym w ogóle jest? – pytam.
– Wszystko – odpowiada. – I jeszcze trochę coca-coli.
Biorę malutki łyk przez neonową, różową słomkę, i mam wrażenie, jakbym właśnie wciągnęła cukier, a potem wlała sobie do gardła benzynę, ale w przyjemny sposób.
– Coś do jedzenia? – pyta ponownie dziewczyna z plakietką z imieniem Sheri.
Mówię jej o moim dylemacie: taco czy ryba z frytkami.
– Taco – odpowiada zdecydowanie. – Proszę zawsze wybierać taco.
– Doskonale.
Odkładam na bok menu, a ona znika w drzwiach za barem. Zerkam na mojego drinka i znowu wybucham śmiechem. Nigdy nie znałam się za bardzo na drinkach, ale tę miksturę ocieniłabym dziesięć na dziesięć, za sam sposób podania. Robię zdjęcie i wysyłam je Theo, po czym zaczynam skubać pierwszy owocowy szaszłyk. „To ty jako drink – odpowiada natychmiast. – Baw się dobrze!”.
„Dzięki!” – odpowiadam mu, odkładam komórkę i jeszcze raz rozglądam się po restauracji. Poza mną jest tu niewiele osób: pięcioosobowa rodzina przy stoliku koło witryny i jakiś facet siedzący nad wodą z lodem i jedzący sałatkę w maleńkim boksie na tyłach, przy przejściu do łazienki.
Dokładnie w tym momencie podnosi wzrok znad swojej wody.
Prawie czarne włosy, zakrzywiony nos, surowa brew.
Odwracam się przodem do baru, prawie przy tym wywracam stołek. Chwytam się krawędzi blatu, żeby złapać równowagę, serce wali mi jak oszalałe. To pewnie nawet nie jest on. Pewnie moja głowa i świecący w ciemności sufit spłatały mi figla, tworząc z cieni postać Haydena Andersona.
Biorę kolejny mały łyk Miski Kapitańskiej, żeby się uspokoić, a potem powoli, niezobowiązująco zerkam przez ramię w kierunku tamtego boksu.
On już tu nie patrzy. Wpatruje się w coś przed sobą z mocno zmarszczonymi brwiami. Zgarbiony nad maleńkim stolikiem, sprawia wrażenie niedźwiedzia na dziecięcym przyjęciu, wszystko wokół niego wydaje się trochę za małe i zbyt kruche.
To na pewno on.
A teraz, kiedy go widzę, mam całkiem sporą ochotę uciec i się schować. Co w ogóle nie ma sensu.
On nie jest niedźwiedziem grizzly. Jest gościem, który przypadkiem pracuje w tym samym zawodzie co ja. Autorem książki, którą się zachwyciłam!
Absurdem byłoby traktowanie go jak jakiegoś wroga tylko dlatego, że oboje chcemy spisać historię Margaret. I absurdem jest siedzenie tu i ignorowanie go, skoro znajdujemy się w odległości trzech metrów od siebie.
Powinnam się przywitać.
Jeszcze jeden łyk Miski Kapitańskiej na szczęście, a potem zeskakuję ze stołka, przechodzę przez restaurację i staję przed stolikiem Haydena.
On nie podnosi głowy. Daję mu sekundę na dokończenie strony, ale nawet kiedy stuka w czytnik i przechodzi na następną, nie odrywa od niego oczu.
– Dzień dobry! – świergoczę.
On się wzdryga na dźwięk mojego głosu, a potem powoli, bardzo powoli podnosi wzrok i przygląda mi się spod zmarszczonych brwi.
– Spotkaliśmy się wcześniej – przypominam mu. – Jestem Alice.
– Pamiętam – odpowiada, a jego głos jest dudniący i bez wyrazu.
– W sumie od razu wiedziałam, kim pan jest – dodaję.
Jedna z jego ciemnych brwi wygina się w łuk.
Wsuwam się do boksu, siadam naprzeciwko niego, stukamy o siebie kolanami. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego tak często wyjątkowo wysocy mężczyźni umawiają się z uroczymi, drobnymi kobietami, i teraz już wiem – najwyraźniej osoba tak wysoka jak Hayden Anderson nie może wygodnie siedzieć naprzeciw kogoś o wzroście powyżej metra sześćdziesięciu. Jestem o piętnaście centymetrów za wysoka.
Obracam się więc, żeby przycupnąć bokiem. On wciąż się we mnie wpatruje z tą uniesioną brwią, która wygląda jak znak zapytania.
– Ze względu na pańską książkę – wyjaśniam. – Nasz przyjaciel Len. Byłam nią zachwycona. To znaczy, oczywiście. Wszyscy, którzy ją czytają, są zachwyceni. Po Pulitzerze taka informacja od przypadkowej kobiety w barze pewnie wydaje się trochę rozczarowująca, ale mimo wszystko chciałam to panu powiedzieć.
Jego ramiona się rozluźniają, tylko odrobinę.
– Należy pani do krewnych czy rodziny?
– Słucham?
– Margaret – wyjaśnia.
– Och, ani jedno, ani drugie. – Macham dłonią. – Ja też jestem dziennikarką.
Ponownie wbija we mnie wzrok, tym razem mi się przygląda, skoro już ma tę nową informację. Jego tęczówki są jaśniejsze niż myślałam. Brązowe, ale w jasnym odcieniu.
– Jakiego rodzaju rzeczy pani pisze? – pyta.
– Przeróżne – odpowiadam. – Dużo o kwestiach obyczajowych, ale o popkulturze też. Pracuję w „The Scratch”.
Jego twarz pozostaje całkowicie niewzruszona. Próbuję z innej strony.
– Był pan wcześniej w Georgii?
– To mój pierwszy raz.
– Naprawdę? – Zaskoczył mnie. – Skąd pan pochodzi?
– Z Nowego Jorku.
– Z miasta czy ze stanu?
– Z miasta.
– Urodził się pan tam i wychował?
– Nie.
– To gdzie pan dorastał?
– W Indianie.
– Podobało się tam panu?
Robi nachmurzoną minę, jego szerokie usta wciąż układają się w całkowicie prostą linię.
– Dlaczego?
Śmieję się.
– Może pan rozwinąć to „dlaczego”?
– Dlaczego chce pani wiedzieć, czy podobało mi się dorastanie w Indianie? – odpowiada, a jego twarz i głos są w równym stopniu gburowate.
Powstrzymuję uśmiech.
– Bo zastanawiam się nad zakupem.
Jego oczy się zwężają, tęczówki jakby ciemnieją.
– Zakupem czego?
– Indiany.
Wpatruje się we mnie.
Już nie mogę się dłużej powstrzymywać. Rozbawienie mnie pokonuje i znowu się śmieję.
– Po prostu próbuję pana poznać – wyjaśniam.
On kładzie przedramiona na stole, wygląda tak, jakby rzucał mi wyzwanie. Jego głowa przechyla się w lewo, a potem mówi coś, czego chyba w ogóle się nie spodziewałam:
– To nie zadziała.
Odsuwam się, zaskoczona i zakłopotana.
– Co nie zadziała?
– Te pani próby zbicia mnie z tropu – odwarkuje.
– O jakim tropie mówimy? – pytam, rozglądając się po opustoszałej już zupełnie Fish Bowl. – Chwileczkę, chodzi o Sheri? – Odwracam się znów przodem do niego, a nasze kolana raz jeszcze się zderzają.
– Co za Sheri? – pyta z pewnym niesmakiem.
– Nasza kelnerka. – Zniżam głos na wypadek, gdyby wyszła z kuchni. – Jeśli próbuje pan zagadać, wystarczyłoby, żeby mi pan powiedział, a ja wróciłabym prosto do mojej miski…
– Nie chodzi o kelnerkę – przerywa mi. – Tylko o książkę.
– O książkę? – powtarzam.
I wtedy do mnie dociera. Chodzi mu o tę książkę. O książkę Margaret.
Hayden mówi dalej.
– Nie wiem, co to… – Macha między nami swoją wielką dłonią. – Co to miałoby na celu, ale mówimy o Margaret Ives. Chcę tę robotę i nie zamierzam się wycofywać, więc może pani przestać.
W pierwszej chwili nie jest to przyjemne, kiedy obcy człowiek mówi do mnie w ten sposób. Ktoś, czyją pracę podziwiałam, oskarżył mnie właśnie o to, że próbuję jakoś pokrzyżować mu zawodowe plany, podczas gdy ja naprawdę po prostu próbowałam się z nim poznać.
Jednak pod tym ukłuciem narasta jeszcze inne uczucie, przenikające powoli wszystkie moje kończyny.
Nadzieja.
Życie nauczyło mnie, że prawie wszystko ma swoje dobre strony. I to jedna z nich.
Hayden marszczy czoło, zsuwa ręce ze stołu.
– Dlaczego pani to robi?
– Co robię?
– Uśmiecha się pani – odpowiada cierpko.
Parskam śmiechem i wysuwam się z boksu, żeby wstać, po czym prawie unoszę się w powietrzu w drodze do baru, bo jego reakcja zdradziła mi jedną ważną rzecz – to znaczy poza tym, że on jest nieufnym cynikiem.
– Ponieważ – wołam do niego – teraz już wiem, że mam jeszcze szansę!
On przewraca oczami, a ja siadam na moim stołku, podekscytowana, dokładnie w momencie, kiedy Sheri otwiera drzwi kuchenne jednym biodrem i wychodzi z koszykiem smażonych taco z rybą.
– Widzę, że Miska Kapitańska zadbała o pani uśmiech – zagaduje.
– Jest świetna – odpowiadam, biorąc kolejny, pełen wdzięczności łyk. Szczerze mówiąc, pewnie jeden z ostatnich, jakie jestem w stanie wypić, o ile nie planuję dziś wizyty w szpitalu albo areszcie.
– Miło mi to słyszeć – odpowiada. – Nie przyjechała pani autem, mam nadzieję?
– Nie, nocuję w Grande Lucia, więc dziś idę pieszo – odpowiadam.
– Oooo, spędziłam tam miodowy miesiąc z moim mężem Robbiem.
Sheri nie wygląda na wiek, w którym mogłaby być zamężna, ale oceniam chyba po standardach Los Angeles. Większość dziewczyn, z którymi chodziłam do liceum, ma już mężów, a moi rodzice pobrali się w wieku dwudziestu trzech lat, choć moja siostra i ja urodziłyśmy się dużo później.
– Podać coś jeszcze? – pyta z jedną ręką na biodrze.
– W sumie – odpowiadam. – Chciałabym posłać komuś drinka, jeśli mogę.
Coś drobnego, żeby poprawić mu humor, podobnie jak on przed chwilą poprawił mój.
Wzrok Sheri podąża za moim ramieniem w róg i zatrzymuje się na jedynym poza mną gościem w restauracji.
– Co możemy zaproponować? Whiskey? Piwo?
– A macie coś jeszcze większego albo bardziej niebieskiego od tego? – pytam, wskazując swoją miskę.
– Nie, to musiałaby być już tylko świeżo umyta toaleta – odpowiada. – Ale mogę jeszcze dorzucić trochę kandyzowanego hibiskusa dla podkręcenia, jeśli pani sobie życzy.
– Tak – odpowiadam. – To będzie idealne.
3
Budzę się i pęka mi głowa. Nie ma mowy, żeby to był kac – może i mam słabą głowę, ale te pięć łyków alkoholu poprzedniego wieczoru nie mogło wywołać takiego efektu.
Nie, to jest taki ból głowy, z którym znam się aż za dobrze – głód kofeinowy.
Zanim wczoraj wieczorem padłam na moją świeżo wypraną hotelową pościel, wyłączyłam budzik, ustawiłam dźwięk dzwonka na maksa – na wypadek, gdyby Margaret postanowiła zadzwonić – i zasunęłam zasłony.
Zegar na stoliku przy łóżku wskazuje dziewiątą trzydzieści dwie. To całą godzinę później, niż zazwyczaj piję swoją pierwszą filiżankę espresso. Zwlekam się z łóżka, rozsuwam zasłony i wita mnie piękne słońce, czyste, niebieskie niebo oraz turkusowe fale rozbijające się o brzeg w dole.
To ciekawe, że posiadłość Margaret znajduje się na przeciwległym brzegu wyspy, przy błotnistym trakcie wodnym oddzielającym Little Crescent od reszty Georgii na kontynencie, a nie w tym miejscu, które – wnosząc po szeregu hoteli wzdłuż głównego deptaka i rezydencjach dalej na wschód oraz zachód – ewidentnie preferują wszyscy turyści i milionerzy.
Może to dlatego, że chce unikać ludzi, a może chodzi o coś więcej. W każdym razie robię notatkę w komórce, żeby dopisać to do listy pytań, jakie zadam, kiedy i jeśli zgodzi się na książkę.
Moja ostatnia notatka, którą zrobiłam jakoś późno w nocy, brzmi „baw się strukturą???”. Po kilku sekundach grzebania w pamięci przypominam sobie, o co mi chodziło.
Ten pomysł pojawił się w Naszym przyjacielu Lenie, książce Haydena.
Len Stirling postanowił wydać autoryzowaną biografię niedługo po tym, jak zdiagnozowano u niego demencję. Miał nadzieję, że to pomoże spowolnić postęp choroby, ale przede wszystkim myślał, że będzie to pocieszenie dla jego przyjaciół i rodziny po jego odejściu. Niekoniecznie po śmierci, ale gdy o nich zapomni.
Każda część książki skupia się na Lenie z innego okresu, jego historia jest opowiedziana od tyłu, od teraźniejszości do przeszłości, ponieważ Len najpierw tracił pamięć krótkotrwałą, a potem, stopniowo, także dawne wspomnienia.
Podczas jednej z ich ostatnich rozmów, kiedy Len jeszcze pamiętał Haydena, podzielił się z nim lękiem przed utratą siebie, przed tym, że dochodzi do punktu, w którym nie tylko nie rozpozna dawnego zespołu, żony albo córek, ale nie będzie też wiedział, kim jest.
Hayden był ciekaw, co powinien mu powiedzieć, jeśli Len zapyta kiedyś: „Kim ja jestem?”.
I na swój sposób to pytanie stało się rusztowaniem całej książki, której tematem jest legendarny Len Stirling. Co ostatecznie jest najważniejsze w przypadku tożsamości człowieka.
Po namyśle Len udzielił Haydenowi takiej odpowiedzi: „Powiedz mi, że jestem twoim przyjacielem, Lenem”.
Wtedy praca nad książką trwała już cztery lata i tylko menedżer Lena oraz jego najbliżsi znajomi wiedzieli o diagnozie, która się do niej przyczyniła.
W tej ostatniej części, skupionej na dzieciństwie Lena w delcie Missisippi, Hayden pięknie odzierał go z legend i mitów, przedstawiając po prostu czuły portret przyjaciela, chłopaka, który ratował torturowane węże z rąk okolicznych dzieciaków, który zawstydzony zwiesił głowę z powodu kradzieży ciągutek ze sklepu w dniu urodzin młodszego brata, bardziej ludzkiego niż kiedykolwiek później.
Oczywiście nie naśladowałabym tej struktury w książce Margaret, ale znalezienie jakiegoś innego narzędzia w tym stylu mogłoby mi pomóc w osiągnięciu podobnego celu, w zdrapaniu wszelkich etykietek, plotek i historii przygniatających tę osobę, by odkryć pod nimi prawdziwego człowieka.
Ale zanim będę mogła się nad tym głębiej zastanowić, potrzebuję kawy.
Biorę szybki prysznic i ubieram się w różową spódnicę, która w sumie jest odrobinę za krótka, i biały, szydełkowy top, wkładam duże kolczyki w kształcie arbuzów. Wsuwam sandały, biorę torebkę, okulary przeciwsłoneczne, klucz do pokoju i wychodzę w chłodny, wietrzny poranek, a moją skórę niemal natychmiast pokrywa warstwa soli.
Zbiegam po schodach, wsiadam do auta. Wczoraj przed spotkaniem z Margaret kupiłam kawę w Main Street Bean i pozostawiała wiele do życzenia, ale znalazłam już w necie miejsce z entuzjastycznymi recenzjami, dużo bliżej mostu prowadzącego na stały ląd.
Wpisałam jego nazwę do komórki – Little Croissant – i uruchomiłam auto. Automatycznie włączyła się piosenka The Cranberries, której słuchałam wczoraj w drodze z domu Margaret; uchyliłam okna, wyjeżdżając z hotelowego parkingu.
Po paru minutach palmy rosnące przy drodze w regularnych odstępach zastępuje bardziej dzika roślinność: cyprysy, dęby wirginijskie i agawy amerykańskie, a pod nimi krzaczasta trawa pokryta cętkami cieni rzucanych przez słońce.
Skręcam w lewo w dwupasmową drogę prowadzącą do wyjazdu z miasta i z wyspy, zerkam to na GPS, to na wąskie, poprzeczne uliczki, które mijam.
Przede mną pojawia się odbijająca od głównej ulicy szeroka droga gruntowa, otoczona kolejnymi palmami, a przy niej zestaw cukierkowych drewnianych szyldów zawieszonych pod większą tablicą oznajmiającą, że znajduje się tu Enklawa Little Crescent.
Little Croissant Coffee Bar Two Dudes Pizza Turquoise Turtle Antiques Esmeralda’s Fine Art & Jewelry Sisters o’ the Sea Booze Hound
Skręcam tam i nagle otaczają mnie bliźniacze rzędy niskich sklepików, każdy pomalowany na jasny kolor, z własnym szyldem. Wszystkie zostały zbudowane na poszarzałych drewnianych podestach – to zabezpieczenie przed powodziami – i każdy ma szeroko otwarte drzwi, a klienci wchodzą i wychodzą z kubeczkami kawy w dłoniach.
Droga kończy się okrągłym, wysypanym białymi kamykami parkingiem, pośrodku którego rośnie ogromne, sękate drzewo. Zajmuję najbliższe miejsce, jakie udaje mi się znaleźć, i zostawiam uchylone okna, żeby auto mi się nie zagotowało. Wysiadam, podziwiając przez chwilę uroczy zakątek otoczony drzewami, a potem ruszam w kierunku Little Croissant.
Kolejka ciągnie się aż na sam dół schodków prowadzących na podest, ale mija tylko kilka minut i już składam zamówienie, a ponieważ wybrałam kawę z ekspresu, czekam zaledwie chwilę koło stolików na wyżej położonej werandzie osłoniętej żaglami przeciwsłonecznymi (na niższej części podestu znajduje się też kamienny taras) i nastoletni barista zaraz woła moje imię przez okienko.
– Dzięki! – wołam do środka i biorę kubek.
Dwadzieścia lat poparzeń języka i nadal jeszcze się nie nauczyłam ostrożności przy pierwszym łyku – właśnie dlatego teraz stoję z bardzo pełnymi ustami czegoś, co zdecydowanie nie jest kawą, a więc dość ohydnego.
Prawie to wypluwam, ale w ostatnim przytomnym odruchu udaje mi się utrzymać to w ustach na tyle długo, by obrócić kubek i odczytać imię oraz zamówienie naskrobane na jego boku.
Zielona herbata. (Od razu robi się mniej ohydna, kiedy już wiem, co to takiego).
Hayden. (Od razu robi mi się bardziej wstyd).
– A więc to musi być pani – odzywa się za mną niski, dudniący głos; odwracam się i widzę przed sobą wielką powierzchnię klatki piersiowej z przyklejonym do niej od wilgoci T-shirtem Purdue.
Unoszę głowę i widzę najpierw obojczyk, potem jabłko Adama, silną szczękę, kanciasty nos i groźne, jasnobrązowe oczy.
To cud, że pamiętam, by przełknąć ten łyk herbaty.
– Dlaczego jest pan taki mokry? – wyrywa mi się.
On spogląda na mnie jeszcze groźniej, wyciąga w moją stronę papierowy kubek z wyraźnie wypisanym na boku moim imieniem.
– To się nazywa pot. Zdarza się człowiekowi, kiedy biega.
Biorę od niego kubek i podaję mu ten, który sama trzymam.
– Przed czym pan uciekał? – pytam naiwnie.
– Przed nudą – odpowiada cierpko. – I przed lenistwem.
– Nie miałam pojęcia, że tu są leniwce!
Gapi się na mnie, próbując określić, czy mówię poważnie. Czuję, że się uśmiecham.
Tak czy inaczej, nie ma czasu na ocenę tego, co powiedziałam, bo jego zegarek zaczyna dzwonić. Zerka na ekran i widzę w jego oczach błysk jakby zadowolenia, zanim opuszcza rękę i znów spogląda mi w oczy.
– Miłego poranka – rzuca uprzejmie, a potem się odwraca i odbiera połączenie na słuchawkach, schodząc po schodach w kierunku parkingu.
– Do zobaczenia! – wołam za nim i staram się nie oglądać za jego tyłkiem. Ani nogami. Ani plecami.
On ogląda się przez ramię, jakby czytał mi w myślach, a ja odwracam wzrok, kiedy słyszę, jak się wita przez telefon:
– Dzień dobry, pani Ives.
* * *
Wmawiam sobie, że to dobrze, że najpierw zadzwoniła do niego.
Oczywiście chce najpierw porozmawiać z tym, kogo nie zwolni, ale też nie zatrudni, zanim przekaże dobre wieści drugiemu.
Jednak mimo wszystko całą drogę powrotną do hotelu czuję serce w gardle, a moje śpiewanie na cały głos Linger wydaje się raczej rozpaczliwe niż radosne. Jak robienie pajacyków, żeby odgonić atak paniki.
„Będzie dobrze – powtarzam sobie. – Tak czy inaczej, będzie dobrze”.
Zdarzały mi się już dużo gorsze rzeczy niż utrata wymarzonej pracy. A ponieważ prawie nikomu o tym nie powiedziałam, poza moim agentem, paroma znajomymi z pracy i Theo, prawie nikogo nie zawiodę.
Dzięki Bogu, że nie powiedziałam mamie. Prawie mi się wymsknęło, i to kilka razy. Ta pokusa, że wreszcie pracowałabym nad czymś, co mogłoby ją choć w niewielkim stopniu zainteresować, prawie mnie przerosła.
Kocham moją mamę i zdecydowanie ją szanuję, ale lista rzeczy, które nas łączą, nie jest długa. Na wykresie zależności między zbiorami spraw, które jej zdaniem są warte opisania, oraz tymi, o których rzeczywiście miałabym szansę napisać, historia najbardziej wpływowej amerykańskiej rodziny mediów mogłaby znaleźć się gdzieś pośrodku.
Jej zdaniem byłby to mój wkład w historię, a moim – szansa na odnalezienie miłosnego wątku w samym środku rodzinnych tragedii Margaret.
Naprawdę żałuję, że nie mogłam powiedzieć tacie. To od niego dowiedziałam się, kim jest Margaret, kiedy byłam mała. Puszczał piosenki Cosmo, gdy gotowali z mamą kolacje, ale szczególnie uwielbiał te, które najwięksi fani nazywali „Kwartetem Peggy”. Były to cztery pieśni miłosne, które Cosmo napisał dla Margaret.
Mój ojciec, jedyny romantyk w tej rodzinie poza mną, podziwiał historię ich potężnej miłości. Nazywał Cosmo „wielkim amerykańskim gawędziarzem”. „On zostawia człowieka w takim stanie, że nie można się doczekać, co będzie dalej”.
Piosenkę płynącą z samochodowych głośników przerywa telefon, a ja krzyczę, jakby ktoś mnie nagle złapał od tyłu, wrzucam kierunkowskaz i wjeżdżam na parking pod niedużym centrum handlowym, a przez otwarte okna wpada zapach rozgrzanego asfaltu.
Sprawdzam, kto dzwoni: Margaret!
Czy to dobrze, że zadzwoniła tak szybko po rozmowie z Haydenem?
Albo może jego rozmowa nie wymagała stosownych przeprosin wiążących się z odmową? A może to było tylko szybkie „do zobaczenia w poniedziałek, współautorze”?
„Poradzisz sobie” – mówię do siebie. Cokolwiek to znaczy. To tylko praca.
Biorę głęboki wdech i odbieram połączenie na głośnomówiącym.
– Alice Scott, słucham.
– Dzień dobry, Alice – rozlega się szorstki głos, w ogóle nieprzypominający głosu Margaret. – Tu Jodi.
– Och! Dzień dobry! – Dochodzę do siebie. – Co słychać?
Ignoruje moje pytanie.
– Margaret chciałaby wiedzieć, czy mogłaby pani wpaść dziś na kolejne spotkanie. Może w porze kolacji?
– Tak! Oczywiście! – odpowiadam. – Jakoś koło siedemnastej, osiemnastej?
Parska.
– Rany boskie, chciałabym. Ona jest po osiemdziesiątce i nadal je kolacje jak dwudziestopięciolatka w Rzymie. Na dwudziestą. Ale drinki podajemy o wpół. Proszę nie przychodzić więcej niż pięć minut wcześniej. Ani później.
Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby Margaret zawracała sobie głowę, jak się ustosunkuję do tego precyzyjnego, dziesięciominutowego okienka, ale podejrzewam, że Jodi musi na tym zależeć, a to wystarczający powód.
– Będę dokładnie… – Telefon klika, zanim zdążę dokończyć zdanie. – Halo?
Zero odpowiedzi. Już się rozłączyła.
The Cranberries zaczyna z powrotem ryczeć z głośników, a tym razem, kiedy śpiewam razem z nimi, przepełnia mnie czysta radość.
4
O dziewiętnastej dwadzieścia dziewięć przekładam butelkę wina i bukiet kwiatów, które przyniosłam, do jednej ręki, a drugą naciskam dzwonek przy drzwiach Margaret.
Z daleka rozbrzmiewają ciężkie kroki, a potem wściekle różowe drzwi otwierają się i ukazują Jodi w innej, ale prawie identycznej flanelowej koszuli, T-shircie i dżinsach.
– Jest pani na czas – oznajmia.
– I nie przyszłam z pustymi rękami! – Podaję jej wino i kwiaty.
Przygląda im się sceptycznie.
– Margaret nie cierpi ciętych kwiatów. Zasmucają ją.
– Och. – Przyglądam im się ze zmarszczonymi brwiami, a potem patrzę jej w oczy. – A pani?
Jej kwadratowa twarz trochę łagodnieje.
– Ja nie mam nic przeciwko.
– W takim razie są dla pani – oznajmiam. – A jeżeli powie mi pani, że ona nie cierpi też wina, to także będzie dla pani – dodaję, skoro wyświadczyła mi taką przysługę.
Jej usta wykrzywiają się prawie w uśmiechu.
– Niestety, nie umiem kłamać. Uwielbia wino.
– No, to w takim razie proszę jej przekazać, że to wino jest do podziału – odpowiadam i wręczam jej butelkę. – Ale muszę panią ostrzec, że ja za bardzo nie piję, więc może się okazać obrzydliwe.
Jodi przechyla głowę na bok.
– Proszę wejść – mówi znów rzeczowym tonem. – Są już z tyłu.
Są. Założyłam, że to będzie po prostu kolacja zapoznawcza. Jeśli Margaret zaprosiła przyjaciół, powinnam była wziąć ze sobą dyktafon. Zawsze używam i jego, i komórki, na wypadek, gdyby coś się zepsuło podczas nagrywania, i teraz żałuję, że przed wyjściem z hotelu nie wrzuciłam dyktafonu do torby.
Na swoją obronę mam tylko to, że rozproszyło mnie przeglądanie umeblowanych mieszkań na wynajem krótkoterminowy na Little Crescent. Tak na wszelki wypadek.
W głębi domu Jodi wyprowadza mnie przez podwójne szklane drzwi na kamienną ścieżkę wijącą się wzdłuż ściany krzewów, przy dźwiękach cykad, koników polnych i świerszczy, tętniących w ciemności wieczoru.
Przede mną rozciąga się szeroki kamienny taras, pośrodku którego stoi długi drewniany stół. Nad stołem zwisają kule świetlne, a jeszcze więcej zostało spiralnie zawiniętych wokół wielkiego drzewa, które częściowo pochyla się nad przeciwległym końcem stołu.
Mogłoby tu spokojnie usiąść dwanaście osób, ale teraz stoją tylko trzy krzesła z wysokimi oparciami, dwa są zajęte.
– O, dobry wieczór, Alice! – woła radośnie Margaret i wstaje, a sztywny, ogromny mężczyzna siedzący obok niej idzie w jej ślady.
Hayden nie wydaje się zaskoczony na mój widok, ale też się nie cieszy.
Oczywiście rozumiem tę reakcję – sama nie jestem zachwycona jego obecnością – ale i tak budzi to we mnie dawny instynkt, potrzebę nie tylko sprawienia, by mnie polubił, ale też kopania tak długo, aż się przekonam, co kryje się pod tą jego chłodną maską.
Chowam głęboko moje coraz większe rozczarowanie i idę za Jodi do stołu.
W końcu będę jadła kolację na świeżym powietrzu z jedynym żyjącym członkiem amerykańskiej rodziny, o której krąży chyba najwięcej opowieści – z kimś, kto fascynował mnie od dziecka.
– Dobrze was widzieć! – rzucam i wyciągam rękę do Margaret.
Ona na chwilę ujmuje moją dłoń w dwie swoje, otula mnie jej ciepły, ciasteczkowy zapach, a jej oczy błyszczą jak zwykle. Czyli wyjątkowo.
– Ciebie także, skarbie – odpowiada. – Dziękuję, że zgodziłaś się przyjść tak na ostatnią chwilę.
– Dziękuję za zaproszenie.
Zerka w bok na Jodi i jej uśmiech przygasa.
Jodi ją uspokaja.
– Kwiaty są dla mnie, więc nawet sobie nie myśl.
– A wino dla wszystkich – wtrącam.
– O, to urocze z twojej strony. – Margaret delikatnie ściska moje ramię. – Pamiętasz Haydena, poznaliście się wczoraj.
– Oczywiście. Jestem wielką fanką. Jego prac – uściślam niepotrzebnie.
– Bardzo mi miło – odpowiada Hayden, a potem opada sztywno na krzesło.
– Siadaj, siadaj. – Margaret macha w kierunku wolnego krzesła naprzeciw Haydena. – Czego się napijesz? Jodi jest świetną barmanką – dodaje, kiedy już siedzę.
– Wystarczy woda – odpowiadam.
Wygląda na to, że ani Margaret, ani Jodi nie są zadowolone z takiej odpowiedzi.
– Pozwól dziewczynie się wykazać południową gościnnością – namawia Margaret. – Poproś przynajmniej o słodką herbatę albo coś takiego.
Spoglądam na Jodi.
– Kawę? – pytam. – Jeśli jest, to bezkofeinową, a jeśli nie, zwykłą.
Jodi kiwa głową i odchodzi ścieżką, zostawiając nas, żebyśmy, zakłopotani, rozgościli się przy stole.
– A więc! – Margaret składa dłonie i opiera łokcie na stole. – Założę się, że zastanawiacie się, co tu się właściwie wyprawia. A przynajmniej ty, Alice. Mówiłam właśnie mojemu Haydenowi, co mi chodzi po głowie.
„Mój Hayden” bierze bardzo krótki łyk wody ze szklanki, wystrzegając się na razie ciemnego drinka, którzy także przed nim stoi.
– Jestem trochę zaskoczona – przyznaję.
– Wiem, wiem. Wierz mi, próbowałam podjąć szybką decyzję, Alice, ale ciągle wracałam myślami do tego, co powiedziałaś.
– Co ja powiedziałam?
– Że to zadziała tylko wtedy, kiedy wybiorę kogoś, komu całkowicie ufam. – Wzrusza ramionami. – A ponieważ nie jestem zbyt ufnym człowiekiem, może to chwilę zająć, zanim zdecyduję, kim będzie ta osoba.
Zerkam na Haydena. On wpatruje się w swoją wodę, jakby próbował rozbić szklankę siłą woli.
Odchrząkuję krótko i znów spoglądam na Margaret.
– Oczywiście, to jak najbardziej ma sens. Powinniśmy poświęcić jeszcze kilka dni na poznanie się, zanim zdecyduje…
– Miesiąc – przerywa mi.
– Miesiąc – powtarzamy jednogłośnie ja i Hayden.
Ona uśmiecha się pogodnie, ale mina jej rzednie, kiedy wyczytuje coś z mojej twarzy.
– Nie, nie martwcie się! – woła. – Oczywiście zapłacę wam za ten czas. Jodi właśnie kończy przygotowywać dokumenty dla was to podpisania.
Znów zerkam na Haydena, widzę jego zmarszczone brwi i napięte czoło.
– Nadal nie jestem pewna, czy rozumiem – przyznaję.
– Chodzi o to… – Margaret bierze łyk z oszronionego kieliszka martini i dopiero potem wyjaśnia. – Zapłacę wam za ten miesiąc i zapewnię rozsądne fundusze na zakwaterowanie. Jodi może wysłać oferty najpierw waszym agentom, jeśli tak wolicie. Jestem skłonna do negocjacji, w granicach rozsądku, a na koniec oboje dostaniecie takie samo wynagrodzenie. Podpiszecie klauzulę poufności, a ja w ciągu tego miesiąca będę się spotykać z każdym z was. Na koniec pokażecie mi, co udało wam się przez ten czas napisać. Na tej podstawie wybiorę jedno z was, żeby napisać wspólnie książkę, po czym pójdziemy i sprzedamy ją temu, kto najwięcej zapłaci.
– Pani Ives… – zaczyna Hayden.
– Mów mi Margaret – przerywa, machając ręką. – Wystarczy Margaret. Albo Irene. Pod takim imieniem mnie tu wszyscy znają. Zmieniłam inicjały. Pewnie powinnam była poczekać do podpisania klauzuli poufności, zanim to zdradziłam.
Mruga do mnie i jakby za sprawą jakiegoś magicznego zaklęcia ulatuje ze mnie niepokój dotyczący tego układu.
– Nie myślisz, że łatwiej byłoby po prostu…
– Może – przerywa Haydenowi Margaret, cały czas się uśmiechając. – Ale jeśli człowiek chce coś zrobić porządnie, nie idzie na łatwiznę. Przemyślałam sprawę i właśnie tak chcę to zrobić.
– A co jeśli jedno z nas się wycofa? – pyta Hayden.
Ona sztywnieje, z oczu znika blask rozbawienia.
– No cóż, nie zamierzam wybierać nikogo z przypadku. Chcę mieć wybór. Więc jeśli jedno z was się wycofa, do czego oczywiście macie prawo, to i tak zamierzam przeprowadzić tę miesięczną próbę z drugą osobą, zanim do czegokolwiek się zobowiążę. Jeśli spodoba mi się to, co zrobicie, zaczniemy współpracę.
– Czyli chcesz powiedzieć – wypala Hayden – że oboje włożymy w to miesiąc pracy i ostatecznie możesz nawet w ogóle nie zdecydować się na napisanie tej książki?
Zaskoczył mnie tą bezpośredniością, niemal bojową, ale do oczu Margaret wraca blask, a kąciki jej naturalnie różowych ust się unoszą.
– Taka jest umowa.
Po raz pierwszy, odkąd usiadłam, Hayden przenosi wzrok na mnie.
– W porządku – mówi tylko.
Ani słowa więcej, ale jego ton sprawia jakoś, że ewidentnie nie chodzi mu o „W porządku, rozumiem” ani „W porządku, przemyślę to”, tylko o „W porządku, wchodzę w to”.
Margaret uśmiecha się szeroko i odwraca do mnie.
– A ty, Alice, co myślisz?
Zastanawiam się, zadaję sobie pytanie, czy jest jakikolwiek powód, dla którego nie miałabym tu zostać na parę tygodni i spróbować.
Kogo ja chcę nabrać?
Zgodziłabym się, nawet gdyby mi nie zapłaciła. Wyciągnęłabym oszczędności, zaryzykowałabym pracę w „The Scratch” i stanęłabym na głowie, jednocześnie tańcząc nogami YMCA, gdyby mnie poprosiła.
Dla takiej możliwości zrobiłabym wszystko.
– Wchodzę w to – odpowiadam.
Margaret klaszcze w dłonie.
– Cudownie! Trzeba wznieść za to toast!
Podnosi swój kieliszek martini. Hayden, wyraźnie sceptyczny, podnosi szklankę whiskey, a ja właśnie mam zauważyć, że nie dostałam jeszcze drinka, kiedy z cienia wyłania się Jodi i stawia na stole tacę.
Srebrny czajniczek do kawy. Parująca filiżanka. Dzbanuszek śmietanki i maleńka biała miseczka z kostkami cukru. A obok stos pozszywanych dokumentów.
Umowy.
Biorę filiżankę i delikatnie stukam się nią z Margaret i Haydenem.
Margaret wzdycha, orzeźwiona po swoim łyku.
– No, dobrze – oznajmia. – To kto jest głodny?
* * *
Po deserze – cytrynowej bezie – Margaret odprowadza mnie i Haydena przez dom do drzwi. Pali się tylko kilka lamp, nie widać nigdzie Jodi, co trochę potwierdza moją teorię, że ona pracuje u Margaret.
– Dobrze, macie swoje dokumenty? – upewnia się, otwierając nam drzwi.
– Tak.
Pokazuję teczkę, którą mi dała, a Hayden kiwa głową. Przy kolacji też się nie odzywał, tylko patrzył ponuro w swoje jedzenie. Nie wiem, czy to przez moją obecność, czy też zawsze taki jest, ale trudno sobie wyobrazić, żeby taki człowiek wycisnął z Lena Stirlinga jego zapierającą dech w piersiach, łapiącą za serce opowieść, a co dopiero dopracował tę jej piękną wersję, którą czytałam.
Ale jednak sama najlepiej wiem, że rzadko da się powiedzieć, kim naprawdę jest dany człowiek albo przez co przechodzi, kiedy patrzy się na niego z zewnątrz.
Przecież Hayden mógł przyjść na tę kolację zaraz po tym, jak dotarły do niego jakieś przykre osobiste wieści albo przyjechał na Little Crescent zaraz po rozstaniu. Doświadczenie mówi mi, że lepiej dawać ludziom kredyt zaufania.
– A ciasto?
Teraz i ja, i Hayden na potwierdzenie podnosimy małe pudełka Tupperware z kawałkami puszystej bezy.
– No to dobrze – stwierdza Margaret, mrugając okiem. – Moi ludzie się z wami skontaktują.
– Nie mogę się doczekać! – odpowiadam i bez zastanowienia rzucam się na nią z uściskiem.
Na szczęście odwzajemnia go, ściskając mi mocno plecy.
– Wiele przed nami, wiele przed nami – mówi, a potem odwraca się z szeroko rozpostartymi ramionami, żeby przytulić Haydena.
Tylko że on zdążył już podnieść dłoń na pożegnanie.
Ona się śmieje, ale serdecznie ujmuje jego rękę w obie swoje dłonie.
– Wracajcie bezpiecznie – dodaje. – Gdzie się zatrzymaliście?
– W Grande Lucia – odpowiadam.
Hayden zerka na mnie z ukosa, jego usta wyginają się przelotnie w dół, a potem odwraca się z powrotem do Margaret.
– Grande Lucia – rzuca przez zęby.
– Och, świetnie! Cieszę się, że w razie potrzeby będziecie mieli w pobliżu przyjaciela.
Uśmiecham się do Haydena. On na mnie nie patrzy.
– W każdym razie – rzucam pogodnie – nie będziemy cię tu dłużej trzymać.
– I dostarczcie mi te dokumenty, żebyśmy mogli zaczynać!
Wyprowadza nas przez drzwi wejściowe i macha nam, kiedy schodzimy ścieżką w stronę drogi, więc co parę kroków macham jej przez ramię. To taka gra w południową ciuciubabkę gościnności, obie wyczekujemy, która pierwsza się złamie.
Tymczasem Hayden wypruł naprzód, jest skupiony na celu (a tym celem jest najwyraźniej ucieczka jak najdalej ode mnie).
Macham przez ramię po raz ostatni i skręcam za zakręt prowadzący do bramy.
Hayden zostawił mi ją otwartą, a ja pędzę za nim na cichą, oświetloną księżycowym blaskiem wiejską drogę w dole.
– To co – zagaduję. – Może porozmawiamy o harmonogramie?
– Harmonogramie? – Nawet nie zwalnia kroku.
Podbiegam i doganiam go przy naszych samochodach, zaparkował naprzeciw mojego.
– Pomyślałam, że moglibyśmy podzielić dni między sobą, tak żebyś mógł z nią pracować od poniedziałku do środy, a ja wzięłabym dni od czwartku do soboty.
Zatrzymuje się i odwraca do mnie tak nagle, że prawie zderzam się z jego klatką piersiową. Jednak gwałtownie hamuję na tyle blisko, że muszę zadzierać głowę, by spojrzeć mu w oczy.
– Wtedy ty dostałabyś weekend, a ja tylko dni pracujące.
– Okej. To ja w takim razie mogę wziąć od poniedziałku do piątku, a ty od czwartku do soboty.
– Wtedy ty miałabyś tylko dni pracujące – zauważa.
Śmieję się.
– I to ci nie opowiada?
– Podejrzewam, że nadal będziesz pisać dla „The Scratch”, a ja potrzebuję czasu na moje zlecenia. Oboje potrzebujemy jakichś wolnych dni w tygodniu pracy. Poza tym, żeby mieć pełny obraz w tej kwestii, potrzebowalibyśmy wglądu do jej całego harmonogramu.
Czuję, że brwi unoszą mi się trochę w stronę grzywki.
– Czyli co, martwisz się o mnie? Zamiast dać sobie fory?
To tylko kolejny dowód, że nie da się poznać człowieka na podstawie pierwszego wrażenia.
On przewraca oczami, odwraca się ode mnie i idzie do swojego auta.
– Wierz mi! – woła, kiedy zatrzymuje się, by otworzyć auto, a ja widzę tylko jego ogromny cień na tle księżyca. – Nie potrzebuję żadnych forów.
5
Mimo że Hayden siedzi już w aucie z zamkniętymi drzwiami, włączonymi światłami i z warczącym silnikiem, nie odjeżdża, dopóki ja nie wsiądę do swojego samochodu.
Może martwi się, żebym nie została zamordowana na ciemnej wiejskiej drodze nad bagnami, a może to tylko przypadek, ale wolę myśleć pozytywnie.
Nie może być taki zły, na jakiego wygląda. A nawet jeśli jest, to przecież nie będziemy spędzać razem czasu.
Otwieram okna i odjeżdżam spod domu Margaret, słuchając kojących pomruków wieczoru w Georgii.
Przez chwilę rozważam, czy nie zadzwonić do mamy, żeby przekazać jej dobre wieści. Ale jest już po dwudziestej drugiej, a ona zawsze była raczej skowronkiem niż sową. Poza tym pewnie lepiej zaczekać, aż dowiem się, co z tego wyniknie. Dam jej znać, że jestem w pobliżu z powodu pracy, umówię się z nią na odwiedziny, ale poczekam ze zdradzaniem szczegółów, aż będę wiedziała, w którą stronę przechyli się szala.
Zjeżdżam z powrotem na prawie pustą dwupasmówkę łączącą stały ląd z Little Crescent i zwalniam, żeby zatrzymać się na czerwonym świetle. Hayden siedzi w aucie obok. Też mnie zauważa. Macham mu. On marszczy brwi.
Zapala się zielone i oboje ruszamy.
Mam wrażenie, że staramy się nie jechać obok siebie, ale światła nam to ciągle uniemożliwiają. Mijamy Little Croissant i inne sklepiki, puszczam go przodem, żebyśmy przynajmniej nie wyprzedzali się co chwilę nawzajem.
Na skrzyżowaniu z Main Street jadę za nim w prawo, w kierunku turystycznej części wyspy i na parking hotelu Grande Lucia.
On skręca w alejkę w lewo, więc ja skręcam w prawo. Ostatecznie lądujemy oddaleni od siebie o trzy miejsca.
On idzie w kierunku tych samych schodów, którymi ja chodzę do mojego pokoju.
Zwalniam krok, ale ku mojemu zaskoczeniu on zatrzymuje się w połowie pierwszego piętra, kiedy zauważa, że idę za nim.
Nie tylko się zatrzymuje, ale nawet odwraca się w moją stronę i nawiązuje kontakt wzrokowy. To ogromny postęp w naszej relacji. Pewnie niedługo wymienimy się bransoletkami przyjaźni.
– Poniedziałek, środa, piątek – burczy.
– Dobre dni – odpowiadam.
– Albo – dodaje – wtorek, czwartek, sobota. Możesz wybrać, które chcesz. W ten sposób będziesz mogła spędzać z nią piątkowe albo sobotnie wieczory, jeśli będziesz chciała, a do tego możemy wymieniać się niedzielami lub zrobić z nich dni wolne, w zależności od tego, jak ona postanowi.
Zatrzymuję się na tym samym stopniu co on, zastanawiam się nad tą propozycją.
– Kiedy mielibyśmy zacząć?
– Zamierzam załatwić to wszystko jutro. – Podnosi dokumenty, które dostaliśmy od Margaret. – Piątek i sobota to mogą być nasze pierwsze dni pracy.
– Jak ją znalazłeś? – pytam.
Marszczy brwi.
– Nie zamierzam ci tego mówić.
– Naprawdę? Dlaczego?
– Bo na nic ci się ta informacja nie przyda.
– Powiem ci, jak ja ją znalazłam – obiecuję, kusząc go tą propozycją jak marchewką.
– Nie jestem ciekaw.
Rusza w górę, a ja za nim.
Docieramy na pierwsze piętro i oboje idziemy dalej.
– Już tu przecież jesteś – zauważam. – Wiedza o tym, jak się tu dostałam, na nic ci się nie przyda. Tak samo jeśli ja będę wiedziała, jak ty się dowiedziałeś o Margaret, nie zyskam tym żadnej przewagi.
– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ci na tym zależy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
