Wspaniałe, cudowne życie - Emily Henry - ebook

Wspaniałe, cudowne życie ebook

Emily Henry

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Alice Scott dostaje szansę, o jakiej marzyła od lat: ma udać się na Little Crescent Island i napisać tam biografię Margaret Ives, kobiety, która przez lata była ulubienicą tabloidów, bohaterką plotek, skandali i nagłówków gazet, aż w końcu zapadła się pod ziemię.

Po latach milczenia Margaret zgadza się wreszcie opowiedzieć swoją historię. Sęk w tym, że nie tylko Alice chce ją spisać.

Na Little Crescent Island pojawia się także Hayden Anderson, uznany autor, zdobywca nagrody Pulitzera, który ma dokładnie ten sam cel. Margaret daje im obojgu miesiąc próbny, po którym wybierze osobę, która spisze jej biografię.

W miarę jak kolejne fragmenty wspomnień układają się w niejednoznaczną, pełną sprzeczności historię o miłości, ambicji i cenie sławy, między Alice i Haydenem rodzi się uczucie, którego nie mogą ignorować w nieskończoność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 472

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału Great Big Beau­ti­ful Life

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Maja Strze­żek Korekta: Ewa Gra­bow­ska, Gra­żyna Woź­niak

Copy­ri­ght © 2025 by Emily Henry Books, LLC All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Tom­czyk, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 00, www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. +48 22 733 50 31/32, www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-36-1

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla mojej mamy i moich trzech babć.Życie jest skom­pli­ko­wane.W prze­ci­wień­stwie do Waszej miło­ści.

Rozdział 1

1

Jest takie stare powie­dze­nie o histo­riach i o tym, że zawsze ist­nieją trzy wer­sje: twoja, moja i praw­dziwa. Gość, który powie­dział to po raz pierw­szy, pra­co­wał w prze­my­śle fil­mo­wym, ale jego słowa spraw­dzają się też w dzien­ni­kar­stwie.

Nie powin­ni­śmy opo­wia­dać się po żad­nej stro­nie. Mamy zaj­mo­wać się fak­tami. A z fak­tów buduje się prawdę.

Fakt: Robert Evans – pro­du­cent, kie­row­nik stu­dia fil­mo­wego i aktor, który ukuł tę chwy­tliwą man­trę na temat prawdy – sie­dem razy był żonaty.

Fakt: Ja, Alice Scott, dzien­ni­karka w „The Scratch”, aspi­ru­jąca bio­grafka, i w sumie to wszystko – nie jestem jesz­cze nawet ofi­cjal­nie dziew­czyną faceta, z któ­rym spo­ty­kam się od sied­miu mie­sięcy.

Fakt: Robert Evans miał metr sie­dem­dzie­siąt pięć, czyli był dokład­nie tego samego wzro­stu co ja.

Fakt: Całe moje życie praw­do­po­dob­nie wkrótce się zmieni, a zamiast biec chod­ni­kiem w stronę sta­ro­świec­kiego płotu ze szta­che­tami, który oddziela mnie od mojego naj­więk­szego życio­wego marze­nia, sie­dzę w wyna­ję­tym samo­cho­dzie, mam klimę włą­czoną na maksa i czy­tam na IMDb o czło­wieku, któ­rego nazwi­ska nie zna­łam jesz­cze przed trzema minu­tami, a robię to, ponie­waż przy­po­mniał mi się cytat z niego o histo­riach, a także dla­tego, że gram na czas.

Jestem raczej prze­jęta niż zde­ner­wo­wana, ale tak naprawdę pul­suje we mnie sporo emo­cji. Wzdy­cham po raz ostatni, gaszę sil­nik i otwie­ram drzwi.

Od razu ude­rza mnie upał w połu­dnie let­niego dnia w Geo­r­gii, to zna­jome i uko­chane uczu­cie, które staje się jesz­cze lep­sze dzięki sło­nej bry­zie wie­ją­cej znad oce­anu ota­cza­ją­cego wyspę Lit­tle Cre­scent.

Jesz­cze raz spraw­dzam, czy mam przy sobie notes, dyk­ta­fon i dłu­go­pis, a potem zatrza­skuję drzwi i schy­lam się, żeby w bocz­nym lusterku spraw­dzić, jak wygląda moja szybko łapiąca wil­goć grzywka.

Pró­buję zdu­sić uśmiech i zamie­nić go w neu­tralny wyraz twa­rzy. To ważne, żebym nie zdra­dzała się z emo­cjami.

Fakt: Jesz­cze ni­gdy w życiu nie udało mi się nie zdra­dzać z emo­cjami.

Otwie­ram bramę, stu­kam san­da­łami po kamien­nym chod­niku, gdy skrę­cam wzdłuż ściany zie­leni: sit roeme­ria­nus i palma kabacz­kowa, opun­cja i soli­ród oraz – mój ulu­biony – dąb wir­gi­nij­ski.

Od jede­na­stu lat miesz­kam w Los Ange­les, ale za każ­dym razem, kiedy widzę połu­dniowy dąb wir­gi­nij­ski, myślę: dom.

Przede mną wyła­nia się tur­ku­sowy dom na drew­nia­nych palach, wspi­nam się po paru pod­nisz­czo­nych drew­nia­nych stop­niach i staję przed jaskra­wo­ró­żo­wymi drzwiami, ręcz­nie wyma­lo­wa­nymi w białe zawi­jasy.

W nagrodę znaj­duję odpo­wied­nio eks­cen­tryczny dzwo­nek do drzwi. To zna­czy, wygląda jak nor­malny, ale kiedy go wci­skam, roz­lega się taki dźwięk, jakby wiatr poru­szał dzwon­kami.

Jesz­cze nabie­ram powie­trza, zbie­ra­jąc się na odwagę, kiedy drzwi się otwie­rają, a niska, siwo­włosa kobieta w wybla­kłej fla­ne­lo­wej koszuli patrzy na mnie z gniewną miną.

– Dzień dobry. – Wycią­gam do niej dłoń. – Jestem Alice. Scott.

Przy­gląda mi się jasno­nie­bie­skimi oczami, włosy ma krótko ostrzy­żone.

– Z „The Scratch” – dodaję na wypa­dek, gdyby to jej się z czymś sko­ja­rzyło.

Nawet nie mruga.

– To zna­czy, nie przy­szłam w imie­niu „The Scratch”. Pra­cuję tam, ale tutaj przy­szłam w spra­wie książki.

Jej twarz pozo­staje nie­wzru­szona. Przez sekundę roz­wa­żam ewen­tu­al­ność, że to wszystko jest tylko jakimś bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym pod­stę­pem, być może zaaran­żo­wa­nym przez syna tej kobiety, faceta w śred­nim wieku, pla­nu­ją­cego to na swoim kom­pu­te­rze w piw­nicy, gdzie spę­dza całe dnie, wysy­ła­jąc mejle i dzwo­niąc po takich łatwo­wier­nych dzien­ni­kar­kach jak ja – wtedy mówi wyso­kim gło­sem i dodaje mu lek­kie drże­nie, żeby ucho­dzić za kobietę po osiem­dzie­siątce.

To nawet nie byłby pierw­szy raz.

Odchrzą­kuję i uśmie­cham się.

– Bar­dzo prze­pra­szam. Czy pani Mar­ga­ret?

W ogóle jej nie przy­po­mina, ale ostat­nie zdję­cia kobiety, z którą mam się spo­tkać, muszą mieć spo­koj­nie ze trzy­dzie­ści lat. Więc z tego, co mi wia­domo, mogłaby to być ta daw­niej wytworna, nie­mal legen­darna (przy­naj­mniej dla pew­nej pod­grupki ludzi, do któ­rej należę) Mar­ga­ret Grace Ives.

Księż­niczka Tablo­idów. Tak ją nazy­wano zarówno dla­tego, że odzie­dzi­czyła impe­rium mediowe Ives, jak i ze względu na te lata, kiedy jej cele­brycki sta­tus budził nie­mal nie­ustanne zain­te­re­so­wa­nie papa­raz­zich i dzia­łów plot­kar­skich.

Kobieta wybu­cha gło­śnym, szcze­rym śmie­chem i otwiera drzwi sze­rzej.

– Jestem Jodi – odzywa się z cie­niem jakie­goś nie­okre­ślo­nego akcentu, może nie­miec­kiego. – Zapra­szam do środka.

Wcho­dzę do chłod­nego kory­ta­rza, w powie­trzu uno­szą się aro­maty mięty i cytryny. Jodi się nie zatrzy­muje ani nawet nie zwal­nia ze względu na mnie, tylko idzie pro­sto w głąb domu, pozo­sta­wia­jąc mnie w tyle, żebym zamknęła za sobą drzwi.

– Jaki piękny dom – świer­go­czę.

– Gorę­cej tu niż w pie­kle, a do tego komary są gor­sze od wam­pi­rów – odpo­wiada.

Myślę o Rober­cie Evan­sie i jego: twoja, moja i praw­dziwa.

Z wąskiego kory­ta­rza skręca do dru­giego; cały ten dom jest prze­stron­nym, jasnym labi­ryn­tem zbu­do­wa­nym z bie­lo­nych desek oraz dodat­ków w kolo­rze mor­skiego szkła; na jego końcu znaj­duje się ogromny salon, a w nim ściany w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach skła­da­jące się z okien.

– Pro­szę tu zacze­kać, a ja pójdę po panią – oznaj­mia Jodi z wyczu­wal­nym roz­ba­wie­niem w gło­sie.

Otwiera jedne ze szkla­nych drzwi na tyłach i wycho­dzi na podwó­rze, do więk­szego i bar­dziej dzi­kiego ogrodu niż ten z przodu, z małym base­nem po jed­nej stro­nie.

Korzy­stam z oka­zji, żeby przejść się powoli po pokoju. Wciąż jesz­cze we mnie buzuje i uśmie­cham się tak sze­roko, że zaczyna mnie boleć szczęka. Kładę swoje rze­czy na niskim rat­ta­no­wym sto­liku do kawy i krzy­żuję ręce na piersi, żeby powstrzy­mać się od doty­ka­nia rze­czy wokół mnie. Ściany obwie­szone są sztuką, rośliny wiszą całymi kępami naprze­ciwko okien, a jesz­cze wię­cej rośnie w gli­nia­nych doni­cach sto­ją­cych na pod­ło­dze. Ple­ciony wia­trak wiruje leni­wie pod sufi­tem, a książki – w więk­szo­ści o ogrod­nic­twie – leżą w nie­ła­dzie sto­sami, pootwie­rane, z popę­ka­nymi grzbie­tami, pokry­wa­jąc każdą dostępną powierzch­nię drew­nia­nych anty­ków.

Prze­pięk­nie tu. W myślach już ukła­dam sobie, jak bym to opi­sała. Jedyny pro­blem w tym, że nie jestem pewna, czy w ogóle będę miała jakiś powód, by to opi­sy­wać.

Jak do tej pory nie dostrze­głam jesz­cze niczego, co wska­zy­wa­łoby na to, że jestem w domu Mar­ga­ret Ives. Żad­nych zdjęć jej wspa­nia­łej rodziny. Żad­nych egzem­pla­rzy, sta­rych czy nowych, dzie­siąt­ków wyda­wa­nych przez nich maga­zy­nów i gazet. Żad­nych opra­wio­nych obra­zów wystaw­nego Domu Ive­sów, w któ­rym Mar­ga­ret wycho­wy­wała się na wybrzeżu Kali­for­nii. Na kominku nie ma sta­tu­etek Grammy jej zmar­łego męża. Nic kon­kret­nego, co łączy­łoby ją z upa­dłym już medial­nym molo­chem ani też z rado­ściami i tra­ge­diami rodziny Ive­sów opi­sy­wa­nymi przez kon­ku­ren­cyjne gazety, z któ­rych wycinki Mar­ga­ret tak lubiła zbie­rać, kiedy była u szczytu popu­lar­no­ści.

Drzwi znów się otwie­rają, odwra­cam się i widzę Jodi. Zbie­ram się, by się dowie­dzieć, kto wła­ści­wie zapro­sił mnie, bym odbyła tę jede­na­sto­go­dzinną podróż samo­lo­tem, a potem jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut wyna­jętą Kią Rio.

I wtedy dostrze­gam kobietę sto­jącą tuż za nią.

Skur­czyła się o kilka cen­ty­me­trów, przy­brała tro­chę na wadze – podej­rze­wam, że w więk­szo­ści są to mię­śnie – a jej kie­dyś kru­czo­czarne włosy są teraz mie­szanką mysiego brązu i siwi­zny.

Nie widać po niej daw­nej wytwor­no­ści ani aury dużych pie­nię­dzy i wła­dzy, ale w błę­kit­nych oczach ma ten sam prze­bie­gły błysk co na wszyst­kich zdję­ciach, na jakich ją widzia­łam – to nie­uchwytne, nie­na­zy­walne coś, co zmie­niło ją z dzie­dziczki pra­so­wej for­tuny w księż­niczkę z pierw­szych stron gazet.

– Dzień dobry. – Zaska­kuje mnie cie­pło głosu Mar­ga­ret, podob­nie jak wcze­śniej pod­czas naszych kilku krót­kich roz­mów tele­fo­nicz­nych w tygo­dniach poprze­dza­ją­cych tę wyprawę. – Pew­nie jesteś Alice.

Ściąga ręka­wice ogro­dowe i rzuca je na pod­ło­kiet­nik naj­bliż­szego bia­łego rat­ta­no­wego krze­sła, idąc boso w moją stronę. Wyciera ręce o far­tuch, a potem wyciąga do mnie dłoń.

– Pani jest Mar­ga­ret – odzy­wam się.

Wszel­kie elo­kwentne, czy choćby składne zda­nia, jakie kie­dy­kol­wiek skon­stru­owa­łam, pisane były powoli. Te, które padają z moich ust, zwy­kle brzmią raczej wła­śnie w ten spo­sób.

Ona się śmieje.

– Wyda­wało mi się, że tego pani ocze­ki­wała.

Lekko ści­ska moją dłoń, potem opusz­cza rękę i pro­po­nuje mi gestem, żebym usia­dła.

– Tak, tego. – Opa­dam na kanapę, ona zaj­muje fotel naprze­ciw mnie. – Sta­ra­łam się na nic nie nasta­wiać. Nie udało się. Ni­gdy się nie udaje. Ale nie prze­staję się sta­rać.

– Naprawdę? – Wydaje się roz­ba­wiona. – Ja raczej mam prze­ciwny pro­blem. Nie umiem nie spo­dzie­wać się po ludziach naj­gor­szego.

Uśmie­cha się. Wygląda jed­no­cze­śnie pro­mien­nie i smutno. Smu­ten­nie.

To na przy­kład nie tra­fi­łoby do ofi­cjal­nie spi­sa­nego i zre­da­go­wa­nego zda­nia. Ale cho­dzi o to, co widzę ukryte gdzieś w tych jej błysz­czą­cych oczach: prawdę. Taką, jakiej jesz­cze dotąd nie sły­sze­li­śmy.

Jak to było uro­dzić się w świe­cie srebr­nych łyże­czek i zło­tych tale­rzy, peł­nym akto­rów pły­wa­ją­cych po pijaku w base­nie w twoim domu i poli­ty­ków przy­pie­czę­to­wu­ją­cych uści­skiem ręki zaku­li­sowe poro­zu­mie­nia przy twoim zabyt­ko­wym stole.

Jak to było zako­chać się w królu rock and rolla, i to z dziką wza­jem­no­ścią.

I oczy­wi­ście o tych wszyst­kich innych rze­czach. O skan­dalu, o sek­cie, o pro­ce­sie, o wypadku.

I wresz­cie o znik­nię­ciu Mar­ga­ret przed dwu­dzie­stu laty.

O tym, co się stało, ale też dla­czego.

I dla­czego teraz, po tak dłu­gim cza­sie, wresz­cie jest gotowa opo­wie­dzieć swoją histo­rię.

Za Mar­ga­ret otwie­rają się ze skrzyp­nię­ciem drzwi i Jodi wraca do domu z koszem cytryn.

– Dzię­kuję, Jodi! – woła Mar­ga­ret, nie odwra­ca­jąc głowy.

Jodi chrząka. Nie mam poję­cia, czy te dwie kobiety są przy­ja­ciół­kami, part­ner­kami, pra­cow­nicą i pra­co­daw­czy­nią, czy może śmier­tel­nymi wro­gami, któ­rzy przy­pad­kiem miesz­kają razem.

Mar­ga­ret zakłada nogę na nogę.

– Uro­cze paznok­cie – zauważa, wska­zu­jąc brodą moją dłoń na kola­nie.

Ten moment poro­zu­mie­nia przy­pra­wia mnie nie­mal o zawrót głowy.

– Przy­kle­jane. – Pochy­lam się, żeby mogła się lepiej przyj­rzeć drob­nemu wzo­rowi w tru­skawki.

– Mogła­bym się zało­żyć – stwier­dza – że jesteś takim typem osoby, która stara się we wszyst­kim odnaj­do­wać piękno.

– A pani nie? – pytam zain­try­go­wana deli­kat­nym, smut­nym uśmie­chem, który drży na jej ustach.

Odpo­wiada mi nie­peł­nym wzru­sze­niem ramion, zna­czą­cym nie tyle „Nie wiem”, ile: „Nie podoba mi się to pyta­nie”.

A potem, jak przy­stało na panią Ives, zgrab­nie prze­kie­ro­wuje roz­mowę na inny temat.

– To jak mia­łoby to dzia­łać? Gdy­bym wyra­ziła zgodę.

Nie daję się znie­chę­cić. Wiem, że ona jesz­cze nie jest pewna na sto pro­cent, i wcale jej się nie dzi­wię.

– Jak tylko pani zechce – mówię.

Unosi jedną brew.

– A gdy­bym chciała, żeby dzia­łało to tak, jak zwy­kle się to robi?

– No, cóż – odpo­wia­dam. – Sama jesz­cze nie robi­łam dokład­nie cze­goś takiego. Zwy­kle zaj­muję się cha­rak­te­ry­sty­kami i syl­wet­kami. Spę­dzam z daną osobą kilka dni albo tygo­dni. Spi­suję moje obser­wa­cje, sypię dow­ci­pami. To jest zawsze per­spek­tywa z zewnątrz. W tym wypadku byłoby ina­czej. Cho­dzi­łoby o uchwy­ce­nie pani doświad­cze­nia. Z wewnętrz­nej per­spek­tywy. To zaję­łoby dużo wię­cej czasu, pew­nie kilka mie­sięcy, i to na pierw­szą turę zbie­ra­nia mate­ria­łów, żebym mogła napi­sać szkic i okre­ślić, czego mi bra­kuje. Wyna­ję­ła­bym sobie coś w pobliżu, usta­li­ły­by­śmy gra­fik, wydzie­li­ły­by­śmy czas na roz­mowy, ale też czas dla mnie, żebym mogła panią śle­dzić.

– Śle­dzić – powta­rza z roz­my­słem.

– Towa­rzy­szyć pani w zwy­czaj­nym życiu – wyja­śniam. – Spraw­dzić, co pani hoduje w ogro­dzie, z kim spę­dza pani czas. Pobyć z panią, z Jodi i innymi przy­ja­ciółmi, któ­rych ma pani w pobliżu.

Mar­ga­ret wysuwa brodę i zaci­ska oczy w reak­cji na swoje szyb­kie, szczere par­sk­nię­cie.

– Zrób mi, pro­szę, tę przy­jem­ność i powtórz to, kiedy tu wróci.

Led­wie parę sekund póź­niej Jodi wpada do pokoju, nio­sąc dwie szklanki lemo­niady. Sta­wia je gło­śno na sto­liku kawo­wym.

– Dzię­kuję, Jodi – odzy­wam się, chcąc zdo­być jej sym­pa­tię.

A ona masze­ruje z powro­tem tam, skąd przy­szła.

– Co ja bym bez cie­bie zro­biła! – woła za nią żar­to­bli­wie Mar­ga­ret.

– Nie mam poję­cia! – odkrzy­kuje Jodi, a potem znika za drzwiami.

Biorę mały łyk lemo­niady, który zmie­nia się w ogromny, bo jest prze­pyszna, świeża i orzeź­wia­jąca, liście mięty wirują w niej razem z kost­kami lodu.

Odsta­wiam szklankę i zmu­szam się, by wró­cić do sedna sprawy.

– Wie pani, jest wielu dużo bar­dziej doświad­czo­nych pisa­rzy, z któ­rymi mogłaby się pani spo­tkać. Setki ludzi byłyby zdolne wepchnąć mnie pod auto­bus, byle dostać tę pracę, i szcze­rze mówiąc, w pełni ich rozu­miem.

– Przy­kre – odpo­wiada Mar­ga­ret.

– Cho­dzi mi o to, że jeśli jest pani gotowa opo­wie­dzieć swoją histo­rię, to zasłu­guje pani na przed­sta­wie­nie jej w dokład­nie taki spo­sób, jak pani sobie wymy­śli. Ona musi nale­żeć do pani, do nikogo innego. A to się może udać tylko w takim wypadku, jeśli zrobi to pani z kimś, komu cał­ko­wi­cie pani ufa. Obie­cuję jed­nak, że jeśli będzie pani chciała napi­sać tę książkę ze mną, pani głos znaj­dzie się w samym cen­trum. To dla mnie naj­waż­niej­sze. Dopil­no­wać, żeby to była pani histo­ria.

Jej uśmiech bled­nie, twarz poważ­nieje. Zmarszczki w kąci­kach oczu i zagię­cia w kąci­kach ust pogłę­biają się – to ślady jej prze­ży­tego życia, całego, nie tylko tych trzy­dzie­stu trzech lat spę­dzo­nych na świecz­niku, ale też trzy­dzie­stu póź­niej­szych, spę­dzo­nych samot­nie, oraz dwu­dzie­stu od chwili, w któ­rej znik­nęła.

– A co jeśli… – zaczyna powoli – ja wcale tego nie chcę?

Kręcę głową.

– Nie jestem pewna, czy rozu­miem.

– Jeśli nie chcę, żeby to była moja wer­sja tej histo­rii? – pyta. – Jeśli nie chcę całej tej okrop­nej prawdy? Jeśli mam już dość życia z wła­sną wer­sją wyda­rzeń, w któ­rej to ja jestem boha­terką? Jeśli chcę usiąść i choć raz obej­rzeć to wszystko w czarno-bia­łych bar­wach?

Jej pyta­nie mnie zaska­kuje. Jestem raczej przy­zwy­cza­jona do zapew­nia­nia moich roz­mów­ców, że nie zamie­rzam prze­krę­cać wszyst­kiego, co powie­dzą, w jakąś bru­talną roz­kła­dówkę. Że chcę poznać pełny obraz, dowie­dzieć się, jakimi są ludźmi.

W reak­cji na moje waha­nie Mar­ga­ret unosi brwi.

– Czy to pro­blem?

Prze­su­wam się na skraj kanapy.

– Jeżeli pani chce, żeby zostało to tak opo­wie­dziane… – powta­rzam. – Jeżeli pani tego chce, to tak wła­śnie zro­bimy.

Zasta­na­wia się długą chwilę.

– Jesz­cze jedno pyta­nie.

– Oczy­wi­ście.

Mogłaby zapy­tać o moje naj­bar­dziej zawsty­dza­jące doświad­cze­nie sek­su­alne, a ja bym wszystko jej wyśpie­wała. Muszę dać jej do zro­zu­mie­nia, że jest przy mnie bez­pieczna.

Znów unosi szel­mow­sko szare brwi.

– Zawsze jesteś taka dziar­ska?

Wzdy­cham. To zbyt dłu­gie i poważne zle­ce­nie, żeby zała­twić to kłam­stwem.

– Tak – odpo­wia­dam. – Tak, taka wła­śnie jestem.

Jej chi­chot prze­rywa dźwięk wia­tru poru­sza­ją­cego szkla­nymi dzwo­necz­kami. Mar­ga­ret zerka na zegar ze sta­rego drewna, sto­jący na kominku bez sta­tu­etek Grammy.

– To będzie mój kolejny gość, z czter­na­stej. – Zrywa się na nogi. – Dałaś mi dużo do myśle­nia, Alice Scott.

Też się pod­ry­wam, biorę mój nie­wy­ko­rzy­stany notes i dyk­ta­fon.

– Mimo wszystko dzię­kuję. Naprawdę.

– Za cóż takiego? – pyta, szcze­rze zdu­miona, gdy pro­wa­dzi mnie przez labi­rynt kory­ta­rzy.

– Za dzi­siaj – odpo­wia­dam. – Za to, że dała mi pani szansę.

Szcze­rze mówiąc, naresz­cie mam jakiś temat zwią­zany z pracą, który mogę poru­szyć przy mamie i któ­rym jej od razu nie zanu­dzę.

– To tylko szansa – przy­po­mina mi Mar­ga­ret, kiedy docie­ramy do drzwi wej­ścio­wych. – Nie dzię­kuj mi za to. Każ­demu się tyle należy. A ja muszę jesz­cze potrzą­snąć kil­koma gałę­ziami, spraw­dzić, co z nich spad­nie.

– Abso­lut­nie rozu­miem, ale…

Ury­wam, bo ona otwiera jaskra­wo­ró­żowe drzwi, a ja zdaję sobie sprawę, jak bar­dzo się myli­łam.

Niczego nie rozu­mia­łam.

Gość Mar­ga­ret z czter­na­stej stoi na górze scho­dów w ciem­no­po­pie­la­tych chi­no­sach i bia­łym T-shir­cie.

Jed­nak to nie strój spra­wia, że tru­chleję i krew odpływa mi z twa­rzy – cho­ciaż sam pomysł wło­że­nia dłu­gich spodni w taką pogodę z pew­no­ścią daje mi do myśle­nia.

Cho­dzi o dobrze zbu­do­wa­nego, ciem­no­okiego męż­czy­znę z soko­lim nosem, który w nich przy­szedł.

Hay­den Ander­son.

Cztery lata temu można by powie­dzieć: „Hay­den Ander­son, ten dzien­ni­karz muzyczny” i byłoby to cał­kiem sto­sowne pod­su­mo­wa­nie. Ale gdyby on na­dal był dzien­ni­karzem muzycz­nym, nie zna­ła­bym jego nazwi­ska, a już na pewno nie wie­dzia­ła­bym, jak wygląda. Mam dobrą pamięć, ale nie zwy­kłam zapa­mię­ty­wać nagłów­ków doty­czą­cych Rol­ling Sto­ne­sów.

W każ­dym razie.

On nie jest już tylko „Hay­de­nem Ander­so­nem, dzien­ni­ka­rzem muzycz­nym”.

Jest „Hay­de­nem Ander­so­nem, lau­re­atem Nagrody Pulit­zera za bio­gra­fię”. Tym, który napi­sał tę opa­słą, wstrzą­sa­jącą opo­wieść o pio­sen­ka­rzu ame­ri­cany z demen­cją.

A teraz jest tym Hay­de­nem Ander­so­nem, któ­rego Mar­ga­ret wła­śnie okre­śliła jako kolejną gałąź do potrzą­śnię­cia. Gałąź z więk­szymi suk­ce­sami, bar­dziej znaną, bar­dziej wszystko.

Jego ciemne oczy zer­kają na mnie (cał­ko­wi­cie bez wyrazu, nie poznaje mnie; zresztą dla­czego by miał? Jestem naprawdę nie­cie­kawą gałę­zią), potem na Mar­ga­ret (wobec któ­rej oka­zuje tylko odro­binę mniej braku zain­te­re­so­wa­nia), po czym odzywa się niskim, dud­nią­cym gło­sem:

– Przy­sze­dłem za wcze­śnie?

– W samą porę – odpo­wiada ser­decz­nie Mar­ga­ret. – Alice wła­śnie wycho­dzi.

Wyraz twa­rzy Hay­dena opi­sa­ła­bym jako prze­lotne „kim do dia­bła jest Alice”, jakby już zapo­mniał, że tuż przed nim stoi jakiś inny czło­wiek albo może w ogóle mnie nie zauwa­żył za pierw­szym razem, kiedy spoj­rze­li­śmy sobie w oczy.

– Dzień dobry. – Otrzą­sam się na tyle, żeby moje organy wró­ciły do pracy, serce znów zaczęło pom­po­wać krew, płuca pobie­rają tlen, a moja dłoń wyciąga się w jego kie­runku.

On unosi powoli swoją, jakby ocze­ki­wał wię­cej infor­ma­cji, zanim zgo­dzi się na kon­takt fizyczny.

– Wła­śnie wycho­dzi­łam – mówię, i to na szczę­ście działa.

W końcu jego bar­dzo duża, bar­dzo cie­pła i bar­dzo sucha dłoń ota­cza moją, poru­sza się raz, a potem wraca do jego boku.

– Jesz­cze raz dzię­kuję – rzu­cam przez ramię do Mar­ga­ret i wybie­gam na chod­nik.

– Ode­zwę się – odpo­wiada, a ja zmu­szam się do uśmie­chu, jakby moje serce wcale nie pękało i jak­bym w ogóle nie miała się zaraz roz­pła­kać z powodu tej wyma­rzo­nej oferty pracy, co do któ­rej jestem na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent pewna, że ucie­kła mi sprzed nosa.

Rozdział 2

2

Pierw­szy wie­czór spę­dzam w hotelu Grande Lucia, jedząc Twiz­zlery i szu­ka­jąc w inter­ne­cie infor­ma­cji o Hay­de­nie Ander­so­nie, a jed­no­cze­śnie prze­ko­nu­jąc samą sie­bie, że jego poja­wie­nie się to nie koniec świata.

Naj­pierw czy­tam kil­ka­na­ście entu­zja­stycz­nych recen­zji jego książki. Potem naty­kam się na arty­kuł w „Publi­shers Weekly”, który sza­cuje, że w pierw­szym roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jego książka sprze­dała się w ponad milio­nie egzem­pla­rzy. Osta­tecz­nie, żeby sobie jesz­cze dowa­lić, oglą­dam wywiad z Hay­de­nem i z boha­te­rem jego książki, Lenem Stir­lin­giem, pod­czas któ­rego Len infor­muje pro­wa­dzą­cego wywiad, że roz­wa­żał powie­rze­nie swo­jej histo­rii dzie­wię­ciu pisa­rzom, zanim Hay­den poja­wił się na hory­zon­cie. Hay­den bez cie­nia żartu czy iro­nii pochy­lił się i dodał: „Lubię rywa­li­za­cję”.

Wydaję z sie­bie krótki jęk.

Na­dal ist­nieje jakaś szansa, że Mar­ga­ret będzie wolała pra­co­wać ze mną.

Może wola­łaby pra­co­wać z kobietą. Może zawsze kibi­cuje słab­szemu gra­czowi. Może po pro­stu z natury nie lubi wyso­kich, umię­śnio­nych, uta­len­to­wa­nych męż­czyzn piszą­cych takie bio­gra­fie, które nie tylko nikogo nie usy­piają przy czy­ta­niu, ale też potra­fią wie­lo­krot­nie dopro­wa­dzić czy­tel­nika do łez pod­czas samot­nego czy­ta­nia przy barze w naj­bliż­szej knaj­pie z taco­sami w High­land Park.

Ist­nieje wiele powo­dów, dla któ­rych Mar­ga­ret może nie chcieć współ­pra­co­wać z Hay­de­nem i na pewno jest też choćby kilka, dla któ­rych mogłaby chcieć pra­co­wać ze mną.

Powta­rzam to sobie, choć mój entu­zjazm nie jest taki szczery, kiedy wyglą­dam przez okno, głową w dół, w kie­runku plaży roz­cią­ga­ją­cej się za hote­lo­wym dzie­dziń­cem.

Powin­nam wie­dzieć, że taki sekret jak miej­sce zamiesz­ka­nia Mar­ga­ret nie będzie trwał wiecz­nie.

Wszystko zaczęło się cztery mie­siące temu, kiedy opu­bli­ko­wano moją syl­wetkę byłej dzie­cię­cej gwiazdy Belli Girardi. To arty­kuł, z któ­rego byłam abso­lut­nie naj­bar­dziej dumna w całej mojej dotych­cza­so­wej karie­rze. Mia­łam cały plik uro­czych mejli od daw­nych zna­jo­mych z pracy oraz piękne zrzuty z ekranu doku­men­tu­jące inter­ne­towe zachwyty nad tą histo­rią po jej publi­ka­cji.

I to wszystko samo w sobie było już wię­cej niż wystar­cza­ją­cym powo­dem, dla któ­rego dłu­gie tygo­dnie pisa­nia i popra­wia­nia tek­stu w tę i z powro­tem z moimi rese­ar­che­rami i redak­torką miały sens.

Jed­nak na końcu jed­nego krót­kiego mejla było coś jesz­cze.

LindaTakesBackHerLifeAt53 napi­sała: „Podoba mi się ten arty­kuł. PS Ta pio­senka Cosmo Sinc­la­ira o Mar­ga­ret Ives, o któ­rej roz­ma­wia­ły­ście z Bellą, jest jedną z moich ulu­bio­nych. Wie­dzia­łaś, że Mar­ga­ret mieszka teraz na wyspie w Geo­r­gii i sprze­daje sztukę pod fał­szy­wym nazwi­skiem?”.

I tyle. Żad­nych dodat­ko­wych infor­ma­cji. A kiedy odpi­sa­łam Lin­dzie, nie ode­zwała się już.

Dwa tygo­dnie spę­dzi­łam na poszu­ki­wa­niu związ­ków, jakie Mar­ga­ret może mieć z Geo­r­gią (żad­nych nie zna­la­złam), a także na wyszu­ki­wa­niu połą­czeń jej nazwi­ska ze „sztuką” i „wyspą”, bez­sku­tecz­nie. Mar­ga­ret Ives cał­ko­wi­cie zniknę-ła z życia publicz­nego we wcze­snych latach dwu­ty­sięcz­nych, a krą­żące na jej temat plotki dono­siły, że wyszła za jakie­goś wło­skiego plan­ta­tora oli­wek młod­szego od niej o połowę i zamiesz­kała po dru­giej stro­nie Atlan­tyku.

Począt­kowo byłam na dzie­więć­dzie­siąt pro­cent pewna, że Linda kła­mała lub miała fał­szywe infor­ma­cje.

Nie­moż­liwe, żeby Mar­ga­ret Ives miesz­kała w Geo­r­gii, na maleń­kiej wyspie utrzy­mu­ją­cej się z tury­styki, dzień jazdy samo­cho­dem od rodzin­nego domu swo­jego zmar­łego męża, Cosmo Sinc­la­ira, w zachod­nim Ten­nes­see.

Jed­nak ta sprawa nie dawała mi spo­koju. Taka plotka musiała mieć jakieś źró­dło, myśla­łam, mimo że jed­no­cze­śnie pró­bo­wa­łam uci­szyć w sobie wro­dzony opty­mizm.

Zaczę­łam prze­trzą­sać fora inter­ne­towe. Wszystko, co zwią­zane z muzyką Cosmo, ze zdję­ciami rodziny Ive­sów, ze znik­nię­ciem Mar­ga­ret.

Nic. Ni­gdzie.

A potem zna­la­złam teo­rie spi­skowe. Ludzi wrzu­ca­ją­cych zdję­cia „Elvisa” w cen­trum han­dlo­wym w Tusca­lo­osa. Albo Johna F. Ken­nedy’ego ubra­nego w węd­kar­ski kape­lu­sik i pra­wie cał­kiem roz­piętą koszulę, odsła­nia­jącą białe włosy na kla­cie i złoty łań­cuch na szyi, w Miami. Chwilę mi zajęło, zanim zna­la­złam wątek o Mar­ga­ret, tylko dla­tego, że zwią­zana z jej histo­rią tajem­nica zdą­żyła z cza­sem zbled­nąć.

Ludzie wie­dzieli o fir­mie Ives Media, wie­dzą też o rodzin­nej oka­za­łej rezy­den­cji (będą­cej teraz w posia­da­niu pań­stwa i otwar­tej dla tury­stów). Wie­dzieli też oczy­wi­ście o całym tym bała­ga­nie zwią­za­nym z sio­strą Mar­ga­ret i jej sektą, potra­fili pew­nie przy­wo­łać w pamięci słynne czarno-białe zdję­cie Mar­ga­ret i Cosmo bie­gną­cych za rękę po scho­dach urzędu w dniu, kiedy zde­cy­do­wali się na spon­ta­niczny, cichy ślub, jego blond włosy przy­li­zane do tyłu, a jej uło­żone w modne w tam­tych cza­sach upię­cie w stylu Bri­gitte Bar­dot.

Jed­nak po tra­gicz­nej śmierci Cosmo wdowa w dużej mie­rze wyco­fała się z bla­sków fle­szy. Dla­tego, kiedy zupeł­nie znik­nęła przed dwu­dzie­stu laty, nikt już nie był nią aż tak bar­dzo zain­te­re­so­wany.

Więk­szość po pro­stu zaak­cep­to­wała fakt, że ni­gdy się nie dowiemy, jak poto­czyły się jej losy. Niczym kolejna Ame­lia Ear­hart, kobieta, która znik­nęła.

Jed­nak wciąż ist­niały pewne aktywne inter­ne­towe spo­łecz­no­ści gro­ma­dzące się wokół Mar­ga­ret Ives, zaan­ga­żo­wane w plotki krą­żące wokół jej znik­nię­cia. Pró­bo­wali je oba­lać albo ich dowo­dzić, w zależ­no­ści od punktu widze­nia. Trak­to­wano ich podob­nie jak spo­łecz­no­ści świ­rów od true crime, któ­rzy w kółko powta­rzają frag­menty sta­rych wywia­dów, uży­wa­jąc ich jako dowo­dów popie­ra­ją­cych ich ulu­bione teo­rie lub im zaprze­cza­ją­cych.

Te kon­kretne fora do niczego mnie nie dopro­wa­dziły.

Jed­nak forum Nie-Takie-Umarłe-Gwiazdy zawio­dło mnie aż tutaj, na wysepkę Lit­tle Cre­scent.

A jeżeli mnie udało się ją odna­leźć dzięki temu wpi­sowi, nie wia­domo, ilu kolej­nych Hay­de­nów Ander­so­nów leci w tej chwili lotem kra­jo­wym na Lit­tle Cre­scent.

Komórka brzę­czy obok mnie na mate­racu i macam chwilę ręką wkoło, zanim ją znajdę. Ści­ska mnie w żołądku – może to Mar­ga­ret pod­jęła już decy­zję – ale potem patrzę na ekran.

Theo. Tym razem czuję w brzu­chu coś zupeł­nie innego, to nie­spo­kojne trze­po­ta­nie, które towa­rzy­szy mi za każ­dym razem, kiedy odzywa się mój to obecny, to dawny, to znów obecny nie-chło­pak. „Jak poszło z dzie­dziczką?” – pyta w ese­me­sie.

Jestem wzru­szona, że pamię­tał. Zapewne zbyt wzru­szona. Przez ostat­nich kilka tygo­dni nie mówi­łam o niczym innym. Ale mimo wszystko! Ode­zwał się, żeby zapy­tać – to już coś!

Waham się, jak to ująć, i osta­tecz­nie decy­duję się na: „Jest intry­gu­jąca, dom ma wspa­niały i tak bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo chcia­ła­bym to zle­ce­nie”.

Sama prawda. Na nic by się nie przy­dało, gdy­bym dodała: „I jestem prze­ra­żona, że go nie dostanę, bo do gry dołą­czył potężny facet wysoki na metr dzie­więć­dzie­siąt, z Nagrodą Pulit­zera i mro­żą­cym krew w żyłach wzro­kiem Gor­gony”.

Przez minutę wpa­truję się w tele­fon, potem jesz­cze dwie, trzy. Odkła­dam go na bok. Theo przy­cią­gnął mnie swoją swo­bodną pew­no­ścią sie­bie i wylu­zo­wa­nym, bez­tro­skim spo­so­bem poru­sza­nia się po świe­cie. Jest coś pocią­ga­ją­cego w czło­wieku, który niczego nie trak­tuje zbyt poważ­nie. Dopóki nie trzeba się z nim wymie­niać ese­me­sami. Theo jest w tym okropny. Szcze­rze mówiąc, sama nie jestem za dobra, ale on jest kró­lem wysy­ła­nia wia­do­mo­ści, na które odpo­wia­dam natych­miast, a potem cze­kam cały dzień, aż moja odpo­wiedź zosta­nie odczy­tana.

Moż­liwe, że do tej pory moż­liwe stracę już wyma­rzone zle­ce­nie, cał­ko­wi­cie wto­pię się w to łóżko i pozo­sta­nie ze mnie kałuża znana daw­niej jako pisarka Alice Scott.

– Ogar­nij się, Scott! – wołam, zry­wa­jąc się na równe nogi i zatrza­sku­jąc gło­śno lap­top. – Jesteś na pięk­nej wyspie, bur­czy ci w brzu­chu i nie masz nic do roboty – mówię, chwy­tam komórkę i wci­skam stopy w san­dały. – Rów­nie dobrze można to jakoś wyko­rzy­stać.

* * *

Lit­tle Cre­scent jest waka­cyjną wysepką, ale nie toczy się tu modne nocne życie. Przy­jeż­dżają tu głów­nie albo eme­ryci, albo rodziny z dziećmi, a że jest dwu­dzie­sta pierw­sza, wtor­kowy wie­czór, przy głów­nym dep­taku naprawdę nie­wiele się dzieje.

Pierw­sza otwarta restau­ra­cja, jaką napo­ty­kam, nazywa się Fish Bowl i wywie­szone przed drzwiami menu naj­wy­raź­niej składa się w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z alko­holu i w dzie­się­ciu z owo­ców morza.

W środku jest cia­sno i cudow­nie kiczo­wato, ściany wyło­żono bam­bu­sową boaze­rią, z sufitu zwi­sają sieci rybac­kie, w które wplą­tano wszel­kiego rodzaju kolo­rowe pla­sti­kowe ryby oraz świe­cące w ciem­no­ści wodo­ro­sty. Kel­nerka z kucy­kiem, w cia­snej bia­łej koszuli i krót­kich szor­tach, prze­cho­dzi ener­gicz­nie obok mnie z tacą w dłoni i zaga­duje pogod­nie:

– Sia­daj, gdzie chcesz, kochana. Nie mamy dzi­siaj ruchu.

Jest wiele wol­nych sto­li­ków, ale przy barze sie­dzi dwóch star­szych dżen­tel­me­nów w takich samych koszul­kach do gry w krę­gle, a ja jestem w roz­mow­nym nastroju, więc idę w ich stronę. Jed­nak kiedy sia­dam na stołku dwa miej­sca od nich, kładą pie­nią­dze na lśnią­cym, ciem­nym drew­nia­nym bla­cie i szy­kują się do wyj­ścia.

Jeden z nich zauważa moje spoj­rze­nie, uśmie­cham się do niego.

On też się uśmie­cha.

– Bar­dzo pole­cam Miskę Kapi­tań­ską!

– Wezmę to pod uwagę – obie­cuję, a on przy­kłada palce do nie­wi­dzial­nego kape­lu­sza, po czym rusza w ślad za swoim towa­rzy­szem. Przy wyj­ściu obaj się zatrzy­mują, żeby poroz­ma­wiać z kel­nerką z kucy­kiem, a ona daje miło­śni­kowi Miski Kapi­tań­skiej całusa w poli­czek, więc albo wszy­scy się tu znają, albo po pro­stu mają obsługę naj­wyż­szej klasy.

Wra­cam do prze­glą­da­nia menu, wzna­wia­jąc wła­ści­wie swój odwieczny dyle­mat: czy zamó­wić tacos z rybą, czy rybę z fryt­kami.

Wciąż jesz­cze się nad tym zasta­na­wiam, kiedy ktoś gło­śno sta­wia tuż przede mną ogromną miskę pełną zadzi­wia­jąco nie­bie­skiego płynu, lodu, i jakieś pięć owo­co­wych szasz­ły­ków. Zasko­czona pod­no­szę wzrok, zza baru uśmie­cha się do mnie kel­nerka z kucy­kiem.

– Miska Kapi­tań­ska – oznaj­mia. – Dzięki uprzej­mo­ści samych kapi­ta­nów.

– Och. – Zer­kam w stronę drzwi wej­ścio­wych, ale tam­tych panów już nie ma. – Czego są kapi­ta­nami?

– Wujek Ralph jest kapi­ta­nem dru­żyny krę­gla­rzy, a Cecil kapi­ta­nem tej restau­ra­cji – wyja­śnia. – Obaj cie­szą się dużym powa­ża­niem, cho­ciaż Cecil oczy­wi­ście jest tu, co zro­zu­miałe, na tro­chę wyż­szej pozy­cji.

– Jasne, to pro­szę mu podzię­ko­wać następ­nym razem, kiedy go pani zoba­czy – odpo­wia­dam.

Kiwa głową, raz.

– Tak zro­bię. A pani będzie dziś coś jadła czy tylko pły­wała? – Wska­zuje brodą na gar­gan­tu­iczną miskę wście­kle nie­na­tu­ral­nie nie­bie­skiej cie­czy, a ja wybu­cham śmie­chem.

– Co w tym w ogóle jest? – pytam.

– Wszystko – odpo­wiada. – I jesz­cze tro­chę coca-coli.

Biorę malutki łyk przez neo­nową, różową słomkę, i mam wra­że­nie, jak­bym wła­śnie wcią­gnęła cukier, a potem wlała sobie do gar­dła ben­zynę, ale w przy­jemny spo­sób.

– Coś do jedze­nia? – pyta ponow­nie dziew­czyna z pla­kietką z imie­niem Sheri.

Mówię jej o moim dyle­ma­cie: taco czy ryba z fryt­kami.

– Taco – odpo­wiada zde­cy­do­wa­nie. – Pro­szę zawsze wybie­rać taco.

– Dosko­nale.

Odkła­dam na bok menu, a ona znika w drzwiach za barem. Zer­kam na mojego drinka i znowu wybu­cham śmie­chem. Ni­gdy nie zna­łam się za bar­dzo na drin­kach, ale tę mik­sturę ocie­ni­ła­bym dzie­sięć na dzie­sięć, za sam spo­sób poda­nia. Robię zdję­cie i wysy­łam je Theo, po czym zaczy­nam sku­bać pierw­szy owo­cowy szasz­łyk. „To ty jako drink – odpo­wiada natych­miast. – Baw się dobrze!”.

„Dzięki!” – odpo­wia­dam mu, odkła­dam komórkę i jesz­cze raz roz­glą­dam się po restau­ra­cji. Poza mną jest tu nie­wiele osób: pię­cio­oso­bowa rodzina przy sto­liku koło witryny i jakiś facet sie­dzący nad wodą z lodem i jedzący sałatkę w maleń­kim bok­sie na tyłach, przy przej­ściu do łazienki.

Dokład­nie w tym momen­cie pod­nosi wzrok znad swo­jej wody.

Pra­wie czarne włosy, zakrzy­wiony nos, surowa brew.

Odwra­cam się przo­dem do baru, pra­wie przy tym wywra­cam sto­łek. Chwy­tam się kra­wę­dzi blatu, żeby zła­pać rów­no­wagę, serce wali mi jak osza­lałe. To pew­nie nawet nie jest on. Pew­nie moja głowa i świe­cący w ciem­no­ści sufit spła­tały mi figla, two­rząc z cieni postać Hay­dena Ander­sona.

Biorę kolejny mały łyk Miski Kapi­tań­skiej, żeby się uspo­koić, a potem powoli, nie­zo­bo­wią­zu­jąco zer­kam przez ramię w kie­runku tam­tego boksu.

On już tu nie patrzy. Wpa­truje się w coś przed sobą z mocno zmarsz­czo­nymi brwiami. Zgar­biony nad maleń­kim sto­li­kiem, spra­wia wra­że­nie niedź­wie­dzia na dzie­cię­cym przy­ję­ciu, wszystko wokół niego wydaje się tro­chę za małe i zbyt kru­che.

To na pewno on.

A teraz, kiedy go widzę, mam cał­kiem sporą ochotę uciec i się scho­wać. Co w ogóle nie ma sensu.

On nie jest niedź­wie­dziem griz­zly. Jest gościem, który przy­pad­kiem pra­cuje w tym samym zawo­dzie co ja. Auto­rem książki, którą się zachwy­ci­łam!

Absur­dem byłoby trak­to­wa­nie go jak jakie­goś wroga tylko dla­tego, że oboje chcemy spi­sać histo­rię Mar­ga­ret. I absur­dem jest sie­dze­nie tu i igno­ro­wa­nie go, skoro znaj­du­jemy się w odle­gło­ści trzech metrów od sie­bie.

Powin­nam się przy­wi­tać.

Jesz­cze jeden łyk Miski Kapi­tań­skiej na szczę­ście, a potem zeska­kuję ze stołka, prze­cho­dzę przez restau­ra­cję i staję przed sto­li­kiem Hay­dena.

On nie pod­nosi głowy. Daję mu sekundę na dokoń­cze­nie strony, ale nawet kiedy stuka w czyt­nik i prze­cho­dzi na następną, nie odrywa od niego oczu.

– Dzień dobry! – świer­go­czę.

On się wzdryga na dźwięk mojego głosu, a potem powoli, bar­dzo powoli pod­nosi wzrok i przy­gląda mi się spod zmarsz­czo­nych brwi.

– Spo­tka­li­śmy się wcze­śniej – przy­po­mi­nam mu. – Jestem Alice.

– Pamię­tam – odpo­wiada, a jego głos jest dud­niący i bez wyrazu.

– W sumie od razu wie­dzia­łam, kim pan jest – dodaję.

Jedna z jego ciem­nych brwi wygina się w łuk.

Wsu­wam się do boksu, sia­dam naprze­ciwko niego, stu­kamy o sie­bie kola­nami. Zawsze się zasta­na­wia­łam, dla­czego tak czę­sto wyjąt­kowo wysocy męż­czyźni uma­wiają się z uro­czymi, drob­nymi kobie­tami, i teraz już wiem – naj­wy­raź­niej osoba tak wysoka jak Hay­den Ander­son nie może wygod­nie sie­dzieć naprze­ciw kogoś o wzro­ście powy­żej metra sześć­dzie­się­ciu. Jestem o pięt­na­ście cen­ty­me­trów za wysoka.

Obra­cam się więc, żeby przy­cup­nąć bokiem. On wciąż się we mnie wpa­truje z tą unie­sioną brwią, która wygląda jak znak zapy­ta­nia.

– Ze względu na pań­ską książkę – wyja­śniam. – Nasz przy­ja­ciel Len. Byłam nią zachwy­cona. To zna­czy, oczy­wi­ście. Wszy­scy, któ­rzy ją czy­tają, są zachwy­ceni. Po Pulit­ze­rze taka infor­ma­cja od przy­pad­ko­wej kobiety w barze pew­nie wydaje się tro­chę roz­cza­ro­wu­jąca, ale mimo wszystko chcia­łam to panu powie­dzieć.

Jego ramiona się roz­luź­niają, tylko odro­binę.

– Należy pani do krew­nych czy rodziny?

– Słu­cham?

– Mar­ga­ret – wyja­śnia.

– Och, ani jedno, ani dru­gie. – Macham dło­nią. – Ja też jestem dzien­ni­karką.

Ponow­nie wbija we mnie wzrok, tym razem mi się przy­gląda, skoro już ma tę nową infor­ma­cję. Jego tęczówki są jaśniej­sze niż myśla­łam. Brą­zowe, ale w jasnym odcie­niu.

– Jakiego rodzaju rze­czy pani pisze? – pyta.

– Prze­różne – odpo­wia­dam. – Dużo o kwe­stiach oby­cza­jo­wych, ale o popkul­tu­rze też. Pra­cuję w „The Scratch”.

Jego twarz pozo­staje cał­ko­wi­cie nie­wzru­szona. Pró­buję z innej strony.

– Był pan wcze­śniej w Geo­r­gii?

– To mój pierw­szy raz.

– Naprawdę? – Zasko­czył mnie. – Skąd pan pocho­dzi?

– Z Nowego Jorku.

– Z mia­sta czy ze stanu?

– Z mia­sta.

– Uro­dził się pan tam i wycho­wał?

– Nie.

– To gdzie pan dora­stał?

– W India­nie.

– Podo­bało się tam panu?

Robi nachmu­rzoną minę, jego sze­ro­kie usta wciąż ukła­dają się w cał­ko­wi­cie pro­stą linię.

– Dla­czego?

Śmieję się.

– Może pan roz­wi­nąć to „dla­czego”?

– Dla­czego chce pani wie­dzieć, czy podo­bało mi się dora­sta­nie w India­nie? – odpo­wiada, a jego twarz i głos są w rów­nym stop­niu gbu­ro­wate.

Powstrzy­muję uśmiech.

– Bo zasta­na­wiam się nad zaku­pem.

Jego oczy się zwę­żają, tęczówki jakby ciem­nieją.

– Zaku­pem czego?

– Indiany.

Wpa­truje się we mnie.

Już nie mogę się dłu­żej powstrzy­my­wać. Roz­ba­wie­nie mnie poko­nuje i znowu się śmieję.

– Po pro­stu pró­buję pana poznać – wyja­śniam.

On kła­dzie przed­ra­miona na stole, wygląda tak, jakby rzu­cał mi wyzwa­nie. Jego głowa prze­chyla się w lewo, a potem mówi coś, czego chyba w ogóle się nie spo­dzie­wa­łam:

– To nie zadziała.

Odsu­wam się, zasko­czona i zakło­po­tana.

– Co nie zadziała?

– Te pani próby zbi­cia mnie z tropu – odwar­kuje.

– O jakim tro­pie mówimy? – pytam, roz­glą­da­jąc się po opu­sto­sza­łej już zupeł­nie Fish Bowl. – Chwi­leczkę, cho­dzi o Sheri? – Odwra­cam się znów przo­dem do niego, a nasze kolana raz jesz­cze się zde­rzają.

– Co za Sheri? – pyta z pew­nym nie­sma­kiem.

– Nasza kel­nerka. – Zni­żam głos na wypa­dek, gdyby wyszła z kuchni. – Jeśli pró­buje pan zaga­dać, wystar­czy­łoby, żeby mi pan powie­dział, a ja wró­ci­ła­bym pro­sto do mojej miski…

– Nie cho­dzi o kel­nerkę – prze­rywa mi. – Tylko o książkę.

– O książkę? – powta­rzam.

I wtedy do mnie dociera. Cho­dzi mu o tę książkę. O książkę Mar­ga­ret.

Hay­den mówi dalej.

– Nie wiem, co to… – Macha mię­dzy nami swoją wielką dło­nią. – Co to mia­łoby na celu, ale mówimy o Mar­ga­ret Ives. Chcę tę robotę i nie zamie­rzam się wyco­fy­wać, więc może pani prze­stać.

W pierw­szej chwili nie jest to przy­jemne, kiedy obcy czło­wiek mówi do mnie w ten spo­sób. Ktoś, czyją pracę podzi­wia­łam, oskar­żył mnie wła­śnie o to, że pró­buję jakoś pokrzy­żo­wać mu zawo­dowe plany, pod­czas gdy ja naprawdę po pro­stu pró­bo­wa­łam się z nim poznać.

Jed­nak pod tym ukłu­ciem nara­sta jesz­cze inne uczu­cie, prze­ni­ka­jące powoli wszyst­kie moje koń­czyny.

Nadzieja.

Życie nauczyło mnie, że pra­wie wszystko ma swoje dobre strony. I to jedna z nich.

Hay­den marsz­czy czoło, zsuwa ręce ze stołu.

– Dla­czego pani to robi?

– Co robię?

– Uśmie­cha się pani – odpo­wiada cierpko.

Par­skam śmie­chem i wysu­wam się z boksu, żeby wstać, po czym pra­wie uno­szę się w powie­trzu w dro­dze do baru, bo jego reak­cja zdra­dziła mi jedną ważną rzecz – to zna­czy poza tym, że on jest nie­uf­nym cyni­kiem.

– Ponie­waż – wołam do niego – teraz już wiem, że mam jesz­cze szansę!

On prze­wraca oczami, a ja sia­dam na moim stołku, pod­eks­cy­to­wana, dokład­nie w momen­cie, kiedy Sheri otwiera drzwi kuchenne jed­nym bio­drem i wycho­dzi z koszy­kiem sma­żo­nych taco z rybą.

– Widzę, że Miska Kapi­tań­ska zadbała o pani uśmiech – zaga­duje.

– Jest świetna – odpo­wia­dam, bio­rąc kolejny, pełen wdzięcz­no­ści łyk. Szcze­rze mówiąc, pew­nie jeden z ostat­nich, jakie jestem w sta­nie wypić, o ile nie pla­nuję dziś wizyty w szpi­talu albo aresz­cie.

– Miło mi to sły­szeć – odpo­wiada. – Nie przy­je­chała pani autem, mam nadzieję?

– Nie, nocuję w Grande Lucia, więc dziś idę pie­szo – odpo­wia­dam.

– Oooo, spę­dzi­łam tam mio­dowy mie­siąc z moim mężem Rob­biem.

Sheri nie wygląda na wiek, w któ­rym mogłaby być zamężna, ale oce­niam chyba po stan­dar­dach Los Ange­les. Więk­szość dziew­czyn, z któ­rymi cho­dzi­łam do liceum, ma już mężów, a moi rodzice pobrali się w wieku dwu­dzie­stu trzech lat, choć moja sio­stra i ja uro­dzi­ły­śmy się dużo póź­niej.

– Podać coś jesz­cze? – pyta z jedną ręką na bio­drze.

– W sumie – odpo­wia­dam. – Chcia­ła­bym posłać komuś drinka, jeśli mogę.

Coś drob­nego, żeby popra­wić mu humor, podob­nie jak on przed chwilą popra­wił mój.

Wzrok Sheri podąża za moim ramie­niem w róg i zatrzy­muje się na jedy­nym poza mną gościem w restau­ra­cji.

– Co możemy zapro­po­no­wać? Whi­skey? Piwo?

– A macie coś jesz­cze więk­szego albo bar­dziej nie­bie­skiego od tego? – pytam, wska­zu­jąc swoją miskę.

– Nie, to musia­łaby być już tylko świeżo umyta toa­leta – odpo­wiada. – Ale mogę jesz­cze dorzu­cić tro­chę kan­dy­zo­wa­nego hibi­skusa dla pod­krę­ce­nia, jeśli pani sobie życzy.

– Tak – odpo­wia­dam. – To będzie ide­alne.

Rozdział 3

3

Budzę się i pęka mi głowa. Nie ma mowy, żeby to był kac – może i mam słabą głowę, ale te pięć łyków alko­holu poprzed­niego wie­czoru nie mogło wywo­łać takiego efektu.

Nie, to jest taki ból głowy, z któ­rym znam się aż za dobrze – głód kofe­inowy.

Zanim wczo­raj wie­czo­rem padłam na moją świeżo wypraną hote­lową pościel, wyłą­czy­łam budzik, usta­wi­łam dźwięk dzwonka na maksa – na wypa­dek, gdyby Mar­ga­ret posta­no­wiła zadzwo­nić – i zasu­nę­łam zasłony.

Zegar na sto­liku przy łóżku wska­zuje dzie­wiątą trzy­dzie­ści dwie. To całą godzinę póź­niej, niż zazwy­czaj piję swoją pierw­szą fili­żankę espresso. Zwle­kam się z łóżka, roz­su­wam zasłony i wita mnie piękne słońce, czy­ste, nie­bie­skie niebo oraz tur­ku­sowe fale roz­bi­ja­jące się o brzeg w dole.

To cie­kawe, że posia­dłość Mar­ga­ret znaj­duje się na prze­ciw­le­głym brzegu wyspy, przy błot­ni­stym trak­cie wod­nym oddzie­la­ją­cym Lit­tle Cre­scent od reszty Geo­r­gii na kon­ty­nen­cie, a nie w tym miej­scu, które – wno­sząc po sze­regu hoteli wzdłuż głów­nego dep­taka i rezy­den­cjach dalej na wschód oraz zachód – ewi­dent­nie pre­fe­rują wszy­scy tury­ści i milio­ne­rzy.

Może to dla­tego, że chce uni­kać ludzi, a może cho­dzi o coś wię­cej. W każ­dym razie robię notatkę w komórce, żeby dopi­sać to do listy pytań, jakie zadam, kiedy i jeśli zgo­dzi się na książkę.

Moja ostat­nia notatka, którą zro­bi­łam jakoś późno w nocy, brzmi „baw się struk­turą???”. Po kilku sekun­dach grze­ba­nia w pamięci przy­po­mi­nam sobie, o co mi cho­dziło.

Ten pomysł poja­wił się w Naszym przy­ja­cielu Lenie, książce Hay­dena.

Len Stir­ling posta­no­wił wydać auto­ry­zo­waną bio­gra­fię nie­długo po tym, jak zdia­gno­zo­wano u niego demen­cję. Miał nadzieję, że to pomoże spo­wol­nić postęp cho­roby, ale przede wszyst­kim myślał, że będzie to pocie­sze­nie dla jego przy­ja­ciół i rodziny po jego odej­ściu. Nie­ko­niecz­nie po śmierci, ale gdy o nich zapo­mni.

Każda część książki sku­pia się na Lenie z innego okresu, jego histo­ria jest opo­wie­dziana od tyłu, od teraź­niej­szo­ści do prze­szło­ści, ponie­waż Len naj­pierw tra­cił pamięć krót­ko­trwałą, a potem, stop­niowo, także dawne wspo­mnie­nia.

Pod­czas jed­nej z ich ostat­nich roz­mów, kiedy Len jesz­cze pamię­tał Hay­dena, podzie­lił się z nim lękiem przed utratą sie­bie, przed tym, że docho­dzi do punktu, w któ­rym nie tylko nie roz­po­zna daw­nego zespołu, żony albo córek, ale nie będzie też wie­dział, kim jest.

Hay­den był cie­kaw, co powi­nien mu powie­dzieć, jeśli Len zapyta kie­dyś: „Kim ja jestem?”.

I na swój spo­sób to pyta­nie stało się rusz­to­wa­niem całej książki, któ­rej tema­tem jest legen­darny Len Stir­ling. Co osta­tecz­nie jest naj­waż­niej­sze w przy­padku toż­sa­mo­ści czło­wieka.

Po namy­śle Len udzie­lił Hay­de­nowi takiej odpo­wie­dzi: „Powiedz mi, że jestem twoim przy­ja­cie­lem, Lenem”.

Wtedy praca nad książką trwała już cztery lata i tylko mene­dżer Lena oraz jego naj­bliżsi zna­jomi wie­dzieli o dia­gno­zie, która się do niej przy­czy­niła.

W tej ostat­niej czę­ści, sku­pio­nej na dzie­ciń­stwie Lena w del­cie Mis­si­sippi, Hay­den pięk­nie odzie­rał go z legend i mitów, przed­sta­wia­jąc po pro­stu czuły por­tret przy­ja­ciela, chło­paka, który rato­wał tor­tu­ro­wane węże z rąk oko­licz­nych dzie­cia­ków, który zawsty­dzony zwie­sił głowę z powodu kra­dzieży cią­gu­tek ze sklepu w dniu uro­dzin młod­szego brata, bar­dziej ludz­kiego niż kie­dy­kol­wiek póź­niej.

Oczy­wi­ście nie naśla­do­wa­ła­bym tej struk­tury w książce Mar­ga­ret, ale zna­le­zie­nie jakie­goś innego narzę­dzia w tym stylu mogłoby mi pomóc w osią­gnię­ciu podob­nego celu, w zdra­pa­niu wszel­kich ety­kie­tek, plo­tek i histo­rii przy­gnia­ta­ją­cych tę osobę, by odkryć pod nimi praw­dzi­wego czło­wieka.

Ale zanim będę mogła się nad tym głę­biej zasta­no­wić, potrze­buję kawy.

Biorę szybki prysz­nic i ubie­ram się w różową spód­nicę, która w sumie jest odro­binę za krótka, i biały, szy­deł­kowy top, wkła­dam duże kol­czyki w kształ­cie arbu­zów. Wsu­wam san­dały, biorę torebkę, oku­lary prze­ciw­sło­neczne, klucz do pokoju i wycho­dzę w chłodny, wietrzny pora­nek, a moją skórę nie­mal natych­miast pokrywa war­stwa soli.

Zbie­gam po scho­dach, wsia­dam do auta. Wczo­raj przed spo­tka­niem z Mar­ga­ret kupi­łam kawę w Main Street Bean i pozo­sta­wiała wiele do życze­nia, ale zna­la­złam już w necie miej­sce z entu­zja­stycz­nymi recen­zjami, dużo bli­żej mostu pro­wa­dzą­cego na stały ląd.

Wpi­sa­łam jego nazwę do komórki – Lit­tle Cro­is­sant – i uru­cho­mi­łam auto. Auto­ma­tycz­nie włą­czyła się pio­senka The Cran­ber­ries, któ­rej słu­cha­łam wczo­raj w dro­dze z domu Mar­ga­ret; uchy­li­łam okna, wyjeż­dża­jąc z hote­lo­wego par­kingu.

Po paru minu­tach palmy rosnące przy dro­dze w regu­lar­nych odstę­pach zastę­puje bar­dziej dzika roślin­ność: cyprysy, dęby wir­gi­nij­skie i agawy ame­ry­kań­skie, a pod nimi krza­cza­sta trawa pokryta cęt­kami cieni rzu­ca­nych przez słońce.

Skrę­cam w lewo w dwu­pa­smową drogę pro­wa­dzącą do wyjazdu z mia­sta i z wyspy, zer­kam to na GPS, to na wąskie, poprzeczne uliczki, które mijam.

Przede mną poja­wia się odbi­ja­jąca od głów­nej ulicy sze­roka droga grun­towa, oto­czona kolej­nymi pal­mami, a przy niej zestaw cukier­ko­wych drew­nia­nych szyl­dów zawie­szo­nych pod więk­szą tablicą oznaj­mia­jącą, że znaj­duje się tu Enklawa Lit­tle Cre­scent.

Lit­tle Cro­is­sant Cof­fee Bar Two Dudes Pizza Turqu­oise Tur­tle Anti­ques Esme­ralda’s Fine Art & Jewelry Sisters o’ the Sea Booze Hound

Skrę­cam tam i nagle ota­czają mnie bliź­nia­cze rzędy niskich skle­pi­ków, każdy poma­lo­wany na jasny kolor, z wła­snym szyl­dem. Wszyst­kie zostały zbu­do­wane na posza­rza­łych drew­nia­nych pode­stach – to zabez­pie­cze­nie przed powo­dziami – i każdy ma sze­roko otwarte drzwi, a klienci wcho­dzą i wycho­dzą z kubecz­kami kawy w dło­niach.

Droga koń­czy się okrą­głym, wysy­pa­nym bia­łymi kamy­kami par­kin­giem, pośrodku któ­rego rośnie ogromne, sękate drzewo. Zaj­muję naj­bliż­sze miej­sce, jakie udaje mi się zna­leźć, i zosta­wiam uchy­lone okna, żeby auto mi się nie zago­to­wało. Wysia­dam, podzi­wia­jąc przez chwilę uro­czy zaką­tek oto­czony drze­wami, a potem ruszam w kie­runku Lit­tle Cro­is­sant.

Kolejka cią­gnie się aż na sam dół schod­ków pro­wa­dzą­cych na podest, ale mija tylko kilka minut i już skła­dam zamó­wie­nie, a ponie­waż wybra­łam kawę z eks­presu, cze­kam zale­d­wie chwilę koło sto­li­ków na wyżej poło­żo­nej weran­dzie osło­nię­tej żaglami prze­ciw­sło­necz­nymi (na niż­szej czę­ści pode­stu znaj­duje się też kamienny taras) i nasto­letni bari­sta zaraz woła moje imię przez okienko.

– Dzięki! – wołam do środka i biorę kubek.

Dwa­dzie­ścia lat popa­rzeń języka i na­dal jesz­cze się nie nauczy­łam ostroż­no­ści przy pierw­szym łyku – wła­śnie dla­tego teraz stoję z bar­dzo peł­nymi ustami cze­goś, co zde­cy­do­wa­nie nie jest kawą, a więc dość ohyd­nego.

Pra­wie to wyplu­wam, ale w ostat­nim przy­tom­nym odru­chu udaje mi się utrzy­mać to w ustach na tyle długo, by obró­cić kubek i odczy­tać imię oraz zamó­wie­nie naskro­bane na jego boku.

Zie­lona her­bata. (Od razu robi się mniej ohydna, kiedy już wiem, co to takiego).

Hay­den. (Od razu robi mi się bar­dziej wstyd).

– A więc to musi być pani – odzywa się za mną niski, dud­niący głos; odwra­cam się i widzę przed sobą wielką powierzch­nię klatki pier­sio­wej z przy­kle­jo­nym do niej od wil­goci T-shir­tem Pur­due.

Uno­szę głowę i widzę naj­pierw oboj­czyk, potem jabłko Adama, silną szczękę, kan­cia­sty nos i groźne, jasno­brą­zowe oczy.

To cud, że pamię­tam, by prze­łknąć ten łyk her­baty.

– Dla­czego jest pan taki mokry? – wyrywa mi się.

On spo­gląda na mnie jesz­cze groź­niej, wyciąga w moją stronę papie­rowy kubek z wyraź­nie wypi­sa­nym na boku moim imie­niem.

– To się nazywa pot. Zda­rza się czło­wie­kowi, kiedy biega.

Biorę od niego kubek i podaję mu ten, który sama trzy­mam.

– Przed czym pan ucie­kał? – pytam naiw­nie.

– Przed nudą – odpo­wiada cierpko. – I przed leni­stwem.

– Nie mia­łam poję­cia, że tu są leniwce!

Gapi się na mnie, pró­bu­jąc okre­ślić, czy mówię poważ­nie. Czuję, że się uśmie­cham.

Tak czy ina­czej, nie ma czasu na ocenę tego, co powie­dzia­łam, bo jego zega­rek zaczyna dzwo­nić. Zerka na ekran i widzę w jego oczach błysk jakby zado­wo­le­nia, zanim opusz­cza rękę i znów spo­gląda mi w oczy.

– Miłego poranka – rzuca uprzej­mie, a potem się odwraca i odbiera połą­cze­nie na słu­chaw­kach, scho­dząc po scho­dach w kie­runku par­kingu.

– Do zoba­cze­nia! – wołam za nim i sta­ram się nie oglą­dać za jego tył­kiem. Ani nogami. Ani ple­cami.

On ogląda się przez ramię, jakby czy­tał mi w myślach, a ja odwra­cam wzrok, kiedy sły­szę, jak się wita przez tele­fon:

– Dzień dobry, pani Ives.

* * *

Wma­wiam sobie, że to dobrze, że naj­pierw zadzwo­niła do niego.

Oczy­wi­ście chce naj­pierw poroz­ma­wiać z tym, kogo nie zwolni, ale też nie zatrudni, zanim prze­każe dobre wie­ści dru­giemu.

Jed­nak mimo wszystko całą drogę powrotną do hotelu czuję serce w gar­dle, a moje śpie­wa­nie na cały głos Lin­ger wydaje się raczej roz­pacz­liwe niż rado­sne. Jak robie­nie paja­cy­ków, żeby odgo­nić atak paniki.

„Będzie dobrze – powta­rzam sobie. – Tak czy ina­czej, będzie dobrze”.

Zda­rzały mi się już dużo gor­sze rze­czy niż utrata wyma­rzo­nej pracy. A ponie­waż pra­wie nikomu o tym nie powie­dzia­łam, poza moim agen­tem, paroma zna­jo­mymi z pracy i Theo, pra­wie nikogo nie zawiodę.

Dzięki Bogu, że nie powie­dzia­łam mamie. Pra­wie mi się wymsknęło, i to kilka razy. Ta pokusa, że wresz­cie pra­co­wa­ła­bym nad czymś, co mogłoby ją choć w nie­wiel­kim stop­niu zain­te­re­so­wać, pra­wie mnie prze­ro­sła.

Kocham moją mamę i zde­cy­do­wa­nie ją sza­nuję, ale lista rze­czy, które nas łączą, nie jest długa. Na wykre­sie zależ­no­ści mię­dzy zbio­rami spraw, które jej zda­niem są warte opi­sa­nia, oraz tymi, o któ­rych rze­czywiście mia­ła­bym szansę napi­sać, histo­ria naj­bar­dziej wpły­wo­wej ame­ry­kań­skiej rodziny mediów mogłaby zna­leźć się gdzieś pośrodku.

Jej zda­niem byłby to mój wkład w histo­rię, a moim – szansa na odna­le­zie­nie miło­snego wątku w samym środku rodzin­nych tra­ge­dii Mar­ga­ret.

Naprawdę żałuję, że nie mogłam powie­dzieć tacie. To od niego dowie­dzia­łam się, kim jest Mar­ga­ret, kiedy byłam mała. Pusz­czał pio­senki Cosmo, gdy goto­wali z mamą kola­cje, ale szcze­gól­nie uwiel­biał te, które naj­więksi fani nazy­wali „Kwar­te­tem Peggy”. Były to cztery pie­śni miło­sne, które Cosmo napi­sał dla Mar­ga­ret.

Mój ojciec, jedyny roman­tyk w tej rodzi­nie poza mną, podzi­wiał histo­rię ich potęż­nej miło­ści. Nazy­wał Cosmo „wiel­kim ame­ry­kań­skim gawę­dzia­rzem”. „On zosta­wia czło­wieka w takim sta­nie, że nie można się docze­kać, co będzie dalej”.

Pio­senkę pły­nącą z samo­cho­do­wych gło­śni­ków prze­rywa tele­fon, a ja krzy­czę, jakby ktoś mnie nagle zła­pał od tyłu, wrzu­cam kie­run­kow­skaz i wjeż­dżam na par­king pod nie­du­żym cen­trum han­dlo­wym, a przez otwarte okna wpada zapach roz­grza­nego asfaltu.

Spraw­dzam, kto dzwoni: Mar­ga­ret!

Czy to dobrze, że zadzwo­niła tak szybko po roz­mo­wie z Hay­de­nem?

Albo może jego roz­mowa nie wyma­gała sto­sow­nych prze­pro­sin wią­żą­cych się z odmową? A może to było tylko szyb­kie „do zoba­cze­nia w ponie­dzia­łek, współ­au­to­rze”?

„Pora­dzisz sobie” – mówię do sie­bie. Cokol­wiek to zna­czy. To tylko praca.

Biorę głę­boki wdech i odbie­ram połą­cze­nie na gło­śno­mó­wią­cym.

– Alice Scott, słu­cham.

– Dzień dobry, Alice – roz­lega się szorstki głos, w ogóle nie­przy­po­mi­na­jący głosu Mar­ga­ret. – Tu Jodi.

– Och! Dzień dobry! – Docho­dzę do sie­bie. – Co sły­chać?

Igno­ruje moje pyta­nie.

– Mar­ga­ret chcia­łaby wie­dzieć, czy mogłaby pani wpaść dziś na kolejne spo­tka­nie. Może w porze kola­cji?

– Tak! Oczy­wi­ście! – odpo­wia­dam. – Jakoś koło sie­dem­na­stej, osiem­na­stej?

Par­ska.

– Rany boskie, chcia­ła­bym. Ona jest po osiem­dzie­siątce i na­dal je kola­cje jak dwu­dzie­sto­pię­cio­latka w Rzy­mie. Na dwu­dzie­stą. Ale drinki poda­jemy o wpół. Pro­szę nie przy­cho­dzić wię­cej niż pięć minut wcze­śniej. Ani póź­niej.

Szcze­rze mówiąc, nie wyobra­żam sobie, żeby Mar­ga­ret zawra­cała sobie głowę, jak się usto­sun­kuję do tego pre­cy­zyj­nego, dzie­się­cio­mi­nu­to­wego okienka, ale podej­rze­wam, że Jodi musi na tym zale­żeć, a to wystar­cza­jący powód.

– Będę dokład­nie… – Tele­fon klika, zanim zdążę dokoń­czyć zda­nie. – Halo?

Zero odpo­wie­dzi. Już się roz­łą­czyła.

The Cran­ber­ries zaczyna z powro­tem ryczeć z gło­śni­ków, a tym razem, kiedy śpie­wam razem z nimi, prze­peł­nia mnie czy­sta radość.

Rozdział 4

4

O dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia dzie­więć prze­kła­dam butelkę wina i bukiet kwia­tów, które przy­nio­słam, do jed­nej ręki, a drugą naci­skam dzwo­nek przy drzwiach Mar­ga­ret.

Z daleka roz­brzmie­wają cięż­kie kroki, a potem wście­kle różowe drzwi otwie­rają się i uka­zują Jodi w innej, ale pra­wie iden­tycz­nej fla­ne­lo­wej koszuli, T-shir­cie i dżin­sach.

– Jest pani na czas – oznaj­mia.

– I nie przy­szłam z pustymi rękami! – Podaję jej wino i kwiaty.

Przy­gląda im się scep­tycz­nie.

– Mar­ga­ret nie cierpi cię­tych kwia­tów. Zasmu­cają ją.

– Och. – Przy­glą­dam im się ze zmarsz­czo­nymi brwiami, a potem patrzę jej w oczy. – A pani?

Jej kwa­dra­towa twarz tro­chę łagod­nieje.

– Ja nie mam nic prze­ciwko.

– W takim razie są dla pani – oznaj­miam. – A jeżeli powie mi pani, że ona nie cierpi też wina, to także będzie dla pani – dodaję, skoro wyświad­czyła mi taką przy­sługę.

Jej usta wykrzy­wiają się pra­wie w uśmie­chu.

– Nie­stety, nie umiem kła­mać. Uwiel­bia wino.

– No, to w takim razie pro­szę jej prze­ka­zać, że to wino jest do podziału – odpo­wia­dam i wrę­czam jej butelkę. – Ale muszę panią ostrzec, że ja za bar­dzo nie piję, więc może się oka­zać obrzy­dliwe.

Jodi prze­chyla głowę na bok.

– Pro­szę wejść – mówi znów rze­czo­wym tonem. – Są już z tyłu.

Są. Zało­ży­łam, że to będzie po pro­stu kola­cja zapo­znaw­cza. Jeśli Mar­ga­ret zapro­siła przy­ja­ciół, powin­nam była wziąć ze sobą dyk­ta­fon. Zawsze uży­wam i jego, i komórki, na wypa­dek, gdyby coś się zepsuło pod­czas nagry­wa­nia, i teraz żałuję, że przed wyj­ściem z hotelu nie wrzu­ci­łam dyk­ta­fonu do torby.

Na swoją obronę mam tylko to, że roz­pro­szyło mnie prze­glą­da­nie ume­blo­wa­nych miesz­kań na wyna­jem krót­ko­ter­mi­nowy na Lit­tle Cre­scent. Tak na wszelki wypa­dek.

W głębi domu Jodi wypro­wa­dza mnie przez podwójne szklane drzwi na kamienną ścieżkę wijącą się wzdłuż ściany krze­wów, przy dźwię­kach cykad, koni­ków polnych i świersz­czy, tęt­nią­cych w ciem­no­ści wie­czoru.

Przede mną roz­ciąga się sze­roki kamienny taras, pośrodku któ­rego stoi długi drew­niany stół. Nad sto­łem zwi­sają kule świetlne, a jesz­cze wię­cej zostało spi­ral­nie zawi­nię­tych wokół wiel­kiego drzewa, które czę­ściowo pochyla się nad prze­ciw­le­głym koń­cem stołu.

Mogłoby tu spo­koj­nie usiąść dwa­na­ście osób, ale teraz stoją tylko trzy krze­sła z wyso­kimi opar­ciami, dwa są zajęte.

– O, dobry wie­czór, Alice! – woła rado­śnie Mar­ga­ret i wstaje, a sztywny, ogromny męż­czy­zna sie­dzący obok niej idzie w jej ślady.

Hay­den nie wydaje się zasko­czony na mój widok, ale też się nie cie­szy.

Oczy­wi­ście rozu­miem tę reak­cję – sama nie jestem zachwy­cona jego obec­no­ścią – ale i tak budzi to we mnie dawny instynkt, potrzebę nie tylko spra­wie­nia, by mnie polu­bił, ale też kopa­nia tak długo, aż się prze­ko­nam, co kryje się pod tą jego chłodną maską.

Cho­wam głę­boko moje coraz więk­sze roz­cza­ro­wa­nie i idę za Jodi do stołu.

W końcu będę jadła kola­cję na świe­żym powie­trzu z jedy­nym żyją­cym człon­kiem ame­ry­kań­skiej rodziny, o któ­rej krąży chyba naj­wię­cej opo­wie­ści – z kimś, kto fascy­no­wał mnie od dziecka.

– Dobrze was widzieć! – rzu­cam i wycią­gam rękę do Mar­ga­ret.

Ona na chwilę ujmuje moją dłoń w dwie swoje, otula mnie jej cie­pły, cia­stecz­kowy zapach, a jej oczy błysz­czą jak zwy­kle. Czyli wyjąt­kowo.

– Cie­bie także, skar­bie – odpo­wiada. – Dzię­kuję, że zgo­dzi­łaś się przyjść tak na ostat­nią chwilę.

– Dzię­kuję za zapro­sze­nie.

Zerka w bok na Jodi i jej uśmiech przy­gasa.

Jodi ją uspo­kaja.

– Kwiaty są dla mnie, więc nawet sobie nie myśl.

– A wino dla wszyst­kich – wtrą­cam.

– O, to uro­cze z two­jej strony. – Mar­ga­ret deli­kat­nie ści­ska moje ramię. – Pamię­tasz Hay­dena, pozna­li­ście się wczo­raj.

– Oczy­wi­ście. Jestem wielką fanką. Jego prac – uści­ślam nie­po­trzeb­nie.

– Bar­dzo mi miło – odpo­wiada Hay­den, a potem opada sztywno na krze­sło.

– Sia­daj, sia­daj. – Mar­ga­ret macha w kie­runku wol­nego krze­sła naprze­ciw Hay­dena. – Czego się napi­jesz? Jodi jest świetną bar­manką – dodaje, kiedy już sie­dzę.

– Wystar­czy woda – odpo­wia­dam.

Wygląda na to, że ani Mar­ga­ret, ani Jodi nie są zado­wo­lone z takiej odpo­wie­dzi.

– Pozwól dziew­czy­nie się wyka­zać połu­dniową gościn­no­ścią – nama­wia Mar­ga­ret. – Poproś przy­naj­mniej o słodką her­batę albo coś takiego.

Spo­glą­dam na Jodi.

– Kawę? – pytam. – Jeśli jest, to bez­ko­fe­inową, a jeśli nie, zwy­kłą.

Jodi kiwa głową i odcho­dzi ścieżką, zosta­wia­jąc nas, żeby­śmy, zakło­po­tani, roz­go­ścili się przy stole.

– A więc! – Mar­ga­ret składa dło­nie i opiera łok­cie na stole. – Założę się, że zasta­na­wia­cie się, co tu się wła­ści­wie wypra­wia. A przy­naj­mniej ty, Alice. Mówi­łam wła­śnie mojemu Hay­de­nowi, co mi cho­dzi po gło­wie.

„Mój Hay­den” bie­rze bar­dzo krótki łyk wody ze szklanki, wystrze­ga­jąc się na razie ciem­nego drinka, któ­rzy także przed nim stoi.

– Jestem tro­chę zasko­czona – przy­znaję.

– Wiem, wiem. Wierz mi, pró­bo­wa­łam pod­jąć szybką decy­zję, Alice, ale cią­gle wra­ca­łam myślami do tego, co powie­dzia­łaś.

– Co ja powie­dzia­łam?

– Że to zadziała tylko wtedy, kiedy wybiorę kogoś, komu cał­ko­wi­cie ufam. – Wzru­sza ramio­nami. – A ponie­waż nie jestem zbyt ufnym czło­wie­kiem, może to chwilę zająć, zanim zde­cy­duję, kim będzie ta osoba.

Zer­kam na Hay­dena. On wpa­truje się w swoją wodę, jakby pró­bo­wał roz­bić szklankę siłą woli.

Odchrzą­kuję krótko i znów spo­glą­dam na Mar­ga­ret.

– Oczy­wi­ście, to jak naj­bar­dziej ma sens. Powin­ni­śmy poświę­cić jesz­cze kilka dni na pozna­nie się, zanim zde­cy­duje…

– Mie­siąc – prze­rywa mi.

– Mie­siąc – powta­rzamy jed­no­gło­śnie ja i Hay­den.

Ona uśmie­cha się pogod­nie, ale mina jej rzed­nie, kiedy wyczy­tuje coś z mojej twa­rzy.

– Nie, nie mar­tw­cie się! – woła. – Oczy­wi­ście zapłacę wam za ten czas. Jodi wła­śnie koń­czy przy­go­to­wy­wać doku­menty dla was to pod­pi­sa­nia.

Znów zer­kam na Hay­dena, widzę jego zmarsz­czone brwi i napięte czoło.

– Na­dal nie jestem pewna, czy rozu­miem – przy­znaję.

– Cho­dzi o to… – Mar­ga­ret bie­rze łyk z oszro­nio­nego kie­liszka mar­tini i dopiero potem wyja­śnia. – Zapłacę wam za ten mie­siąc i zapew­nię roz­sądne fun­du­sze na zakwa­te­ro­wa­nie. Jodi może wysłać oferty naj­pierw waszym agen­tom, jeśli tak woli­cie. Jestem skłonna do nego­cja­cji, w gra­ni­cach roz­sądku, a na koniec oboje dosta­nie­cie takie samo wyna­gro­dze­nie. Pod­pi­sze­cie klau­zulę pouf­no­ści, a ja w ciągu tego mie­siąca będę się spo­ty­kać z każ­dym z was. Na koniec poka­że­cie mi, co udało wam się przez ten czas napi­sać. Na tej pod­sta­wie wybiorę jedno z was, żeby napi­sać wspól­nie książkę, po czym pój­dziemy i sprze­damy ją temu, kto naj­wię­cej zapłaci.

– Pani Ives… – zaczyna Hay­den.

– Mów mi Mar­ga­ret – prze­rywa, macha­jąc ręką. – Wystar­czy Mar­ga­ret. Albo Irene. Pod takim imie­niem mnie tu wszy­scy znają. Zmie­ni­łam ini­cjały. Pew­nie powin­nam była pocze­kać do pod­pi­sa­nia klau­zuli pouf­no­ści, zanim to zdra­dzi­łam.

Mruga do mnie i jakby za sprawą jakie­goś magicz­nego zaklę­cia ula­tuje ze mnie nie­po­kój doty­czący tego układu.

– Nie myślisz, że łatwiej byłoby po pro­stu…

– Może – prze­rywa Hay­de­nowi Mar­ga­ret, cały czas się uśmie­cha­jąc. – Ale jeśli czło­wiek chce coś zro­bić porząd­nie, nie idzie na łatwi­znę. Prze­my­śla­łam sprawę i wła­śnie tak chcę to zro­bić.

– A co jeśli jedno z nas się wycofa? – pyta Hay­den.

Ona sztyw­nieje, z oczu znika blask roz­ba­wie­nia.

– No cóż, nie zamie­rzam wybie­rać nikogo z przy­padku. Chcę mieć wybór. Więc jeśli jedno z was się wycofa, do czego oczy­wi­ście macie prawo, to i tak zamie­rzam prze­pro­wa­dzić tę mie­sięczną próbę z drugą osobą, zanim do cze­go­kol­wiek się zobo­wiążę. Jeśli spodoba mi się to, co zro­bi­cie, zaczniemy współ­pracę.

– Czyli chcesz powie­dzieć – wypala Hay­den – że oboje wło­żymy w to mie­siąc pracy i osta­tecz­nie możesz nawet w ogóle nie zde­cy­do­wać się na napi­sa­nie tej książki?

Zasko­czył mnie tą bez­po­śred­nio­ścią, nie­mal bojową, ale do oczu Mar­ga­ret wraca blask, a kąciki jej natu­ral­nie różo­wych ust się uno­szą.

– Taka jest umowa.

Po raz pierw­szy, odkąd usia­dłam, Hay­den prze­nosi wzrok na mnie.

– W porządku – mówi tylko.

Ani słowa wię­cej, ale jego ton spra­wia jakoś, że ewi­dent­nie nie cho­dzi mu o „W porządku, rozu­miem” ani „W porządku, prze­my­ślę to”, tylko o „W porządku, wcho­dzę w to”.

Mar­ga­ret uśmie­cha się sze­roko i odwraca do mnie.

– A ty, Alice, co myślisz?

Zasta­na­wiam się, zadaję sobie pyta­nie, czy jest jaki­kol­wiek powód, dla któ­rego nie mia­ła­bym tu zostać na parę tygo­dni i spró­bo­wać.

Kogo ja chcę nabrać?

Zgo­dzi­ła­bym się, nawet gdyby mi nie zapła­ciła. Wycią­gnę­ła­bym oszczęd­no­ści, zary­zy­ko­wa­ła­bym pracę w „The Scratch” i sta­nę­ła­bym na gło­wie, jed­no­cze­śnie tań­cząc nogami YMCA, gdyby mnie popro­siła.

Dla takiej moż­li­wo­ści zro­bi­ła­bym wszystko.

– Wcho­dzę w to – odpo­wia­dam.

Mar­ga­ret klasz­cze w dło­nie.

– Cudow­nie! Trzeba wznieść za to toast!

Pod­nosi swój kie­li­szek mar­tini. Hay­den, wyraź­nie scep­tyczny, pod­nosi szklankę whi­skey, a ja wła­śnie mam zauwa­żyć, że nie dosta­łam jesz­cze drinka, kiedy z cie­nia wyła­nia się Jodi i sta­wia na stole tacę.

Srebrny czaj­ni­czek do kawy. Paru­jąca fili­żanka. Dzba­nu­szek śmie­tanki i maleńka biała miseczka z kost­kami cukru. A obok stos pozszy­wa­nych doku­men­tów.

Umowy.

Biorę fili­żankę i deli­kat­nie stu­kam się nią z Mar­ga­ret i Hay­de­nem.

Mar­ga­ret wzdy­cha, orzeź­wiona po swoim łyku.

– No, dobrze – oznaj­mia. – To kto jest głodny?

* * *

Po dese­rze – cytry­no­wej bezie – Mar­ga­ret odpro­wa­dza mnie i Hay­dena przez dom do drzwi. Pali się tylko kilka lamp, nie widać ni­gdzie Jodi, co tro­chę potwier­dza moją teo­rię, że ona pra­cuje u Mar­ga­ret.

– Dobrze, macie swoje doku­menty? – upew­nia się, otwie­ra­jąc nam drzwi.

– Tak.

Poka­zuję teczkę, którą mi dała, a Hay­den kiwa głową. Przy kola­cji też się nie odzy­wał, tylko patrzył ponuro w swoje jedze­nie. Nie wiem, czy to przez moją obec­ność, czy też zawsze taki jest, ale trudno sobie wyobra­zić, żeby taki czło­wiek wyci­snął z Lena Stir­linga jego zapie­ra­jącą dech w pier­siach, łapiącą za serce opo­wieść, a co dopiero dopra­co­wał tę jej piękną wer­sję, którą czy­ta­łam.

Ale jed­nak sama naj­le­piej wiem, że rzadko da się powie­dzieć, kim naprawdę jest dany czło­wiek albo przez co prze­cho­dzi, kiedy patrzy się na niego z zewnątrz.

Prze­cież Hay­den mógł przyjść na tę kola­cję zaraz po tym, jak dotarły do niego jakieś przy­kre oso­bi­ste wie­ści albo przy­je­chał na Lit­tle Cre­scent zaraz po roz­sta­niu. Doświad­cze­nie mówi mi, że lepiej dawać ludziom kre­dyt zaufa­nia.

– A cia­sto?

Teraz i ja, i Hay­den na potwier­dze­nie pod­no­simy małe pudełka Tup­per­ware z kawał­kami puszy­stej bezy.

– No to dobrze – stwier­dza Mar­ga­ret, mru­ga­jąc okiem. – Moi ludzie się z wami skon­tak­tują.

– Nie mogę się docze­kać! – odpo­wia­dam i bez zasta­no­wie­nia rzu­cam się na nią z uści­skiem.

Na szczę­ście odwza­jem­nia go, ści­ska­jąc mi mocno plecy.

– Wiele przed nami, wiele przed nami – mówi, a potem odwraca się z sze­roko roz­po­star­tymi ramio­nami, żeby przy­tu­lić Hay­dena.

Tylko że on zdą­żył już pod­nieść dłoń na poże­gna­nie.

Ona się śmieje, ale ser­decz­nie ujmuje jego rękę w obie swoje dło­nie.

– Wra­caj­cie bez­piecz­nie – dodaje. – Gdzie się zatrzy­ma­li­ście?

– W Grande Lucia – odpo­wia­dam.

Hay­den zerka na mnie z ukosa, jego usta wygi­nają się prze­lot­nie w dół, a potem odwraca się z powro­tem do Mar­ga­ret.

– Grande Lucia – rzuca przez zęby.

– Och, świet­nie! Cie­szę się, że w razie potrzeby będzie­cie mieli w pobliżu przy­ja­ciela.

Uśmie­cham się do Hay­dena. On na mnie nie patrzy.

– W każ­dym razie – rzu­cam pogod­nie – nie będziemy cię tu dłu­żej trzy­mać.

– I dostarcz­cie mi te doku­menty, żeby­śmy mogli zaczy­nać!

Wypro­wa­dza nas przez drzwi wej­ściowe i macha nam, kiedy scho­dzimy ścieżką w stronę drogi, więc co parę kro­ków macham jej przez ramię. To taka gra w połu­dniową ciu­ciu­babkę gościn­no­ści, obie wycze­ku­jemy, która pierw­sza się zła­mie.

Tym­cza­sem Hay­den wypruł naprzód, jest sku­piony na celu (a tym celem jest naj­wy­raź­niej ucieczka jak naj­da­lej ode mnie).

Macham przez ramię po raz ostatni i skrę­cam za zakręt pro­wa­dzący do bramy.

Hay­den zosta­wił mi ją otwartą, a ja pędzę za nim na cichą, oświe­tloną księ­ży­co­wym bla­skiem wiej­ską drogę w dole.

– To co – zaga­duję. – Może poroz­ma­wiamy o har­mo­no­gra­mie?

– Har­mo­no­gra­mie? – Nawet nie zwal­nia kroku.

Pod­bie­gam i doga­niam go przy naszych samo­cho­dach, zapar­ko­wał naprze­ciw mojego.

– Pomy­śla­łam, że mogli­by­śmy podzie­lić dni mię­dzy sobą, tak żebyś mógł z nią pra­co­wać od ponie­działku do środy, a ja wzię­ła­bym dni od czwartku do soboty.

Zatrzy­muje się i odwraca do mnie tak nagle, że pra­wie zde­rzam się z jego klatką pier­siową. Jed­nak gwał­tow­nie hamuję na tyle bli­sko, że muszę zadzie­rać głowę, by spoj­rzeć mu w oczy.

– Wtedy ty dosta­ła­byś week­end, a ja tylko dni pra­cu­jące.

– Okej. To ja w takim razie mogę wziąć od ponie­działku do piątku, a ty od czwartku do soboty.

– Wtedy ty mia­ła­byś tylko dni pra­cu­jące – zauważa.

Śmieję się.

– I to ci nie opo­wiada?

– Podej­rze­wam, że na­dal będziesz pisać dla „The Scratch”, a ja potrze­buję czasu na moje zle­ce­nia. Oboje potrze­bu­jemy jakichś wol­nych dni w tygo­dniu pracy. Poza tym, żeby mieć pełny obraz w tej kwe­stii, potrze­bo­wa­li­by­śmy wglądu do jej całego har­mo­no­gramu.

Czuję, że brwi uno­szą mi się tro­chę w stronę grzywki.

– Czyli co, mar­twisz się o mnie? Zamiast dać sobie fory?

To tylko kolejny dowód, że nie da się poznać czło­wieka na pod­sta­wie pierw­szego wra­że­nia.

On prze­wraca oczami, odwraca się ode mnie i idzie do swo­jego auta.

– Wierz mi! – woła, kiedy zatrzy­muje się, by otwo­rzyć auto, a ja widzę tylko jego ogromny cień na tle księ­życa. – Nie potrze­buję żad­nych forów.

Rozdział 5

5

Mimo że Hay­den sie­dzi już w aucie z zamknię­tymi drzwiami, włą­czo­nymi świa­tłami i z war­czą­cym sil­ni­kiem, nie odjeż­dża, dopóki ja nie wsiądę do swo­jego samo­chodu.

Może mar­twi się, żebym nie została zamor­do­wana na ciem­nej wiej­skiej dro­dze nad bagnami, a może to tylko przy­pa­dek, ale wolę myśleć pozy­tyw­nie.

Nie może być taki zły, na jakiego wygląda. A nawet jeśli jest, to prze­cież nie będziemy spę­dzać razem czasu.

Otwie­ram okna i odjeż­dżam spod domu Mar­ga­ret, słu­cha­jąc koją­cych pomru­ków wie­czoru w Geo­r­gii.

Przez chwilę roz­wa­żam, czy nie zadzwo­nić do mamy, żeby prze­ka­zać jej dobre wie­ści. Ale jest już po dwu­dzie­stej dru­giej, a ona zawsze była raczej skow­ron­kiem niż sową. Poza tym pew­nie lepiej zacze­kać, aż dowiem się, co z tego wynik­nie. Dam jej znać, że jestem w pobliżu z powodu pracy, umó­wię się z nią na odwie­dziny, ale pocze­kam ze zdra­dza­niem szcze­gó­łów, aż będę wie­działa, w którą stronę prze­chyli się szala.

Zjeż­dżam z powro­tem na pra­wie pustą dwu­pa­smówkę łączącą stały ląd z Lit­tle Cre­scent i zwal­niam, żeby zatrzy­mać się na czer­wo­nym świe­tle. Hay­den sie­dzi w aucie obok. Też mnie zauważa. Macham mu. On marsz­czy brwi.

Zapala się zie­lone i oboje ruszamy.

Mam wra­że­nie, że sta­ramy się nie jechać obok sie­bie, ale świa­tła nam to cią­gle unie­moż­li­wiają. Mijamy Lit­tle Cro­is­sant i inne skle­piki, pusz­czam go przo­dem, żeby­śmy przy­naj­mniej nie wyprze­dzali się co chwilę nawza­jem.

Na skrzy­żo­wa­niu z Main Street jadę za nim w prawo, w kie­runku tury­stycz­nej czę­ści wyspy i na par­king hotelu Grande Lucia.

On skręca w alejkę w lewo, więc ja skrę­cam w prawo. Osta­tecz­nie lądu­jemy odda­leni od sie­bie o trzy miej­sca.

On idzie w kie­runku tych samych scho­dów, któ­rymi ja cho­dzę do mojego pokoju.

Zwal­niam krok, ale ku mojemu zasko­cze­niu on zatrzy­muje się w poło­wie pierw­szego pię­tra, kiedy zauważa, że idę za nim.

Nie tylko się zatrzy­muje, ale nawet odwraca się w moją stronę i nawią­zuje kon­takt wzro­kowy. To ogromny postęp w naszej rela­cji. Pew­nie nie­długo wymie­nimy się bran­so­let­kami przy­jaźni.

– Ponie­dzia­łek, środa, pią­tek – bur­czy.

– Dobre dni – odpo­wia­dam.

– Albo – dodaje – wto­rek, czwar­tek, sobota. Możesz wybrać, które chcesz. W ten spo­sób będziesz mogła spę­dzać z nią piąt­kowe albo sobot­nie wie­czory, jeśli będziesz chciała, a do tego możemy wymie­niać się nie­dzie­lami lub zro­bić z nich dni wolne, w zależ­no­ści od tego, jak ona posta­nowi.

Zatrzy­muję się na tym samym stop­niu co on, zasta­na­wiam się nad tą pro­po­zy­cją.

– Kiedy mie­li­by­śmy zacząć?

– Zamie­rzam zała­twić to wszystko jutro. – Pod­nosi doku­menty, które dosta­li­śmy od Mar­ga­ret. – Pią­tek i sobota to mogą być nasze pierw­sze dni pracy.

– Jak ją zna­la­złeś? – pytam.

Marsz­czy brwi.

– Nie zamie­rzam ci tego mówić.

– Naprawdę? Dla­czego?

– Bo na nic ci się ta infor­ma­cja nie przyda.

– Powiem ci, jak ja ją zna­la­złam – obie­cuję, kusząc go tą pro­po­zy­cją jak mar­chewką.

– Nie jestem cie­kaw.

Rusza w górę, a ja za nim.

Docie­ramy na pierw­sze pię­tro i oboje idziemy dalej.

– Już tu prze­cież jesteś – zauwa­żam. – Wie­dza o tym, jak się tu dosta­łam, na nic ci się nie przyda. Tak samo jeśli ja będę wie­działa, jak ty się dowie­dzia­łeś o Mar­ga­ret, nie zyskam tym żad­nej prze­wagi.

– Naprawdę nie rozu­miem, dla­czego ci na tym zależy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki