Beach Read. Wakacyjny romans - Emily Henry - ebook

Beach Read. Wakacyjny romans ebook

Emily Henry

0,0
37,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ona pisze o miłości – on w nią nie wierzy.

Życie postanowiło dopisać im wspólne zakończenie.

January Andrews ma wszystko pod kontrolą — a przynajmniej tak jej się wydaje. Jest autorką bestsellerowych romansów, które zawsze kończą się happy endem. Ale kiedy jej ojciec umiera, zostawiając po sobie dom nad jeziorem i sekrety, których January nie potrafi zrozumieć, cały jej świat zaczyna się chwiać w posadach.

W domu, który miał być ucieczką, January odkrywa, że jej sąsiadem jest Gus Everett — kolega po piórze, a przy tym cyniczny realista i jej dawny rywal z czasu studiów.

On nie wierzy w miłość, ona nie wierzy w przypadki.

Pewnego wieczoru, po kilku kieliszkach wina zawierają nietypową umowę i postanawiają w trakcje tych wakacji zamienić się gatunkami, w których tworzą. January spróbuje napisać poważną, melancholijną powieść o ludzkich słabościach, a Gus — lekki, romantyczny bestseller o szczęśliwym zakończeniu.

Wspólne wieczory, plaża, rozmowy i powolne poznawanie siebie sprawiają, że granice między fikcją a rzeczywistością zaczynają się rozmywać.

Każde z nich pisze książkę, ale do ich życia wdziera się wątek, którego żadne z nich nie planowało.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla Joeya

bo jesteś moją abso­lut­nie ulu­bioną osobą

1. Dom

1

Dom

Mam jedną kata­stro­falną wadę.

Lubię sobie myśleć, że każdy taką ma. A przy­naj­mniej uła­twia mi to sprawę przy pisa­niu: buduję swoje boha­terki i boha­te­rów wokół tej jed­nej cechy, która szko­dzi im samym, uza­leż­niam wszystko, co im się przy­da­rza, od tego jed­nego szcze­gól­nego rysu – od cze­goś, co nauczyli się robić, żeby się chro­nić, i czego nie mogą się oduczyć, nawet kiedy prze­staje im to słu­żyć.

Może na przy­kład jako dziecko nie mia­łaś zbyt dużej kon­troli nad swoim życiem. Więc żeby unik­nąć roz­cza­ro­wań, nauczy­łaś się nie zada­wać sobie pyta­nia, czego tak naprawdę chcesz. I przez długi czas to się spraw­dzało. Tylko że teraz, kiedy dociera do cie­bie, że nie osią­gnę­łaś tego, czego pod­świa­do­mie chcia­łaś, zasu­wasz auto­stradą w samo­cho­dzie zdra­dza­ją­cym kry­zys wieku śred­niego, z walizką pełną pie­nię­dzy i z face­tem o imie­niu Stan w bagaż­niku.

Może twoją kata­stro­falną wadą jest to, że nie włą­czasz kie­run­kow­skazu.

A może, tak jak ja, jesteś nie­po­prawną roman­tyczką. Po pro­stu nie możesz prze­stać opo­wia­dać sobie tej histo­rii. Histo­rii o wła­snym życiu, z melan­cho­lijną muzyką w tle i sno­pami zło­tego świa­tła wpa­da­ją­cymi przez okna samo­chodu.

U mnie zaczęło się, gdy mia­łam dwa­na­ście lat. Rodzice usie­dli ze mną i prze­ka­zali mi wia­do­mość. Mama otrzy­mała swoją pierw­szą dia­gnozę – podej­rzane komórki w lewej piersi – i tyle razy mi powtó­rzyła, żebym się nie mar­twiła, że zaczę­łam podej­rze­wać, że dostanę szla­ban, jeśli mnie na tym przy­ła­pie. Moja mama była kobietą czynu, śmieszką, opty­mistką, a nie pani­karą, ale widać było, że jest prze­ra­żona, więc ja też się prze­stra­szy­łam. Zamar­łam na kana­pie, nie wie­dząc, co mogła­bym powie­dzieć, żeby nie pogar­szać sprawy.

Ale wtedy mój ojciec, książ­kowy przy­kład doma­tora, zro­bił coś nie­ocze­ki­wa­nego. Wstał, zła­pał nas za ręce – za jedną mamę, za jedną mnie – i powie­dział: „Wie­cie, co musimy zro­bić, żeby wyrzu­cić z sie­bie te złe emo­cje? Musimy potań­czyć!”.

Na naszym przed­mie­ściu nie było żad­nego klubu, tylko jeden kiep­ski bar ze ste­kami, gdzie w piąt­kowe wie­czory grali muzykę na żywo, ale mama się roz­pro­mie­niła, jakby zapro­po­no­wał, że pole­cimy pry­wat­nym odrzu­tow­cem na Copa­ca­banę.

Wło­żyła swoją paste­lo­wo­żółtą sukienkę i kol­czyki z młot­ko­wa­nego metalu, które poły­ski­wały przy każ­dym jej ruchu. Tata zamó­wił dla sie­bie i mamy dwu­dzie­sto­let­nią szkocką, a dla mnie bez­al­ko­ho­lową Shir­ley Tem­pie, a potem wszy­scy troje krę­ci­li­śmy się i buja­li­śmy, póki nie dosta­li­śmy zawro­tów głowy i nie zaczę­li­śmy poty­kać się o sie­bie ze śmie­chem. Śmia­li­śmy się tak, że ledwo mogli­śmy ustać na nogach, a mój ojciec, zazwy­czaj taki powścią­gliwy, śpie­wał gło­śno do Brown Eyed Girl, nie zwa­ża­jąc na to, że cała sala się na nas gapi.

Potem wsie­dli­śmy wyczer­pani do samo­chodu i w ciszy poje­cha­li­śmy do domu. Mama z tatą trzy­mali się mocno za ręce mię­dzy sie­dze­niami, a ja opar­łam głowę o okno i patrząc na prze­my­ka­jące po szy­bie świa­tełka latarni, pomy­śla­łam: Wszystko będzie dobrze. Nic złego ni­gdy nam się nie sta­nie.

Wła­śnie w tam­tej chwili sobie to uświa­do­mi­łam: kiedy świat wydaje się mroczny i straszny, miłość jest zdolna porwać do tańca, śmiech potrafi odjąć tro­chę bólu, a piękno może powy­bi­jać dziury w lęku. Posta­no­wi­łam wtedy, że moje życie będzie pełne ich trzech – miło­ści, śmie­chu i piękna. Nie tylko ze względu na mnie, ale też ze względu na mamę i na wszyst­kich ludzi wokół.

W moim życiu będzie cel. Będzie piękno. Będzie blask świec. I będą pio­senki Fle­etwood Mac, cicho pły­nące w tle.

No więc zaczę­łam opo­wia­dać sobie piękną histo­rię o wła­snym życiu, o losie i o tym, jak wszystko się układa, aż wresz­cie skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia osiem lat i moja opo­wieść była ide­alna.

Ide­alni (wolni od raka) rodzice, któ­rzy dzwo­nili po kilka razy w tygo­dniu, lekko oszo­ło­mieni winem albo swoim towa­rzy­stwem. Ide­alny (spon­ta­niczny, zna­jący języki, metr osiem­dzie­siąt wzro­stu) chło­pak, który pra­co­wał na pogo­to­wiu i potra­fił przy­rzą­dzić kur­czaka w winie. Ide­alne miesz­ka­nie w stylu shabby chic w dziel­nicy Queens w Nowym Jorku. Ide­alna praca pisarki powie­ści roman­tycz­nych – inspi­ro­wa­nych ide­al­nymi rodzi­cami i ide­al­nym chło­pa­kiem – dla wydaw­nic­twa Sandy Lowe Books.

Ide­alne życie.

Ale to była tylko opo­wieść, więc kiedy poja­wiła się jedna dziura w fabule, całość się zawa­liła. Tak to jest z opo­wie­ściami.

Teraz mia­łam dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, byłam przy­bita, spłu­kana, nie­mal bez­domna, bar­dzo samotna i wła­śnie pod­jeż­dża­łam pod śliczny dom nad jezio­rem, co przy­pra­wiało mnie o mdło­ści. Snu­cie wyide­ali­zo­wa­nej opo­wie­ści o wła­snym życiu prze­stało mi słu­żyć, ale moja kata­stro­falna wada na­dal jechała ze mną w poobi­ja­nej Kii Soul i rela­cjo­no­wała mi wszystko na bie­żąco:

Janu­ary Andrews patrzyła przez przed­nią szybę na wzbu­rzone jezioro, któ­rego fale roz­bi­jały się o pogrą­żony w mroku brzeg. Pró­bo­wała prze­ko­nać samą sie­bie, że przy­jazd tutaj nie był błę­dem.

Oczy­wi­ście, że był błę­dem, ale nie mia­łam innego wyboru. Nie odrzuca się dar­mo­wego zakwa­te­ro­wa­nia, kiedy jest się ban­krutką.

Zapar­ko­wa­łam na ulicy i spoj­rza­łam na fasadę prze­ro­śnię­tego domku let­ni­sko­wego, na jego lśniące okna i baj­kowy ganek, na kępy trawy pia­sko­wej tań­czą­cej w powie­wach cie­płego wia­tru.

Porów­na­łam adres, który wpi­sa­łam w GPS, z odręcz­nym napi­sem na bre­loku przy klu­czu. Zga­dza się, to tu.

Ocią­ga­łam się jesz­cze przez chwilę, jak­bym liczyła na ude­rze­nie aste­ro­idy, która przy­nie­sie koniec świata, zanim będę zmu­szona wejść do domu. Potem wzię­łam głę­boki oddech i wysia­dłam z samo­chodu. Wyszarp­nę­łam swoją prze­ła­do­waną walizkę z tyl­nego sie­dze­nia, a za nią wycią­gnę­łam kar­to­nowe pudełko z butel­kami dżinu.

Odgar­nę­łam kosmyk ciem­nych wło­sów z oczu i przyj­rza­łam się cha­bro­wej dachówce oraz śnież­no­bia­łemu wykoń­cze­niu. Po pro­stu uda­waj, że to Airbnb. Natych­miast prze­mknęło mi przez głowę zmy­ślone ogło­sze­nie: Uro­kliwy dom nad brze­giem jeziora, z trzema sypial­niami i trzema łazien­kami oraz mnó­stwem dowo­dów na to, że twój ojciec był dup­kiem, a całe twoje życie kłam­stwem.

Ruszy­łam po schod­kach wycio­sa­nych w tra­wia­stym zbo­czu, krew szu­miała mi w uszach jak woda w wężu stra­żac­kim, a kolana się trzę­sły w ocze­ki­wa­niu na moment, w któ­rym otwo­rzą się przede mną wrota pie­kieł, a zie­mia usu­nie mi się spod nóg.

To już się wyda­rzyło. W zeszłym roku. I nie zabiło cię, więc teraz też nie umrzesz.

Na ganku wszyst­kie odczu­cia w moim ciele się nasi­liły. Mro­wie­nie na twa­rzy, ucisk w żołądku, łasko­ta­nie kro­pel potu spły­wa­ją­cych po karku. Opar­łam kar­ton z dżi­nem na bio­drze i wsu­nę­łam klucz do zamka, tro­chę licząc na to, że się zakli­nuje. Ze to wszystko okaże się jakimś wymyśl­nym dow­ci­pem, który tata przy­go­to­wał dla nas, zanim umarł.

Albo jesz­cze lepiej – że tak naprawdę nie umarł. Zaraz wysko­czy zza krza­ków i krzyk­nie: „Mam cię! Chyba nie sądzi­łaś, że naprawdę mógł­bym pro­wa­dzić w tajem­nicy dru­gie życie, co? Jak mogłaś pomy­śleć, że mia­łem drugi dom z jakąś inną kobietą niż twoja matka?”.

Klucz prze­krę­cił się bez trudu. Drzwi otwo­rzyły się do wewnątrz.

W domu pano­wała cisza.

Prze­szył mnie ból. Ten sam, który odczu­wa­łam przy­naj­mniej raz dzien­nie, odkąd ode­bra­łam tele­fon od mamy z wia­do­mo­ścią o zawale i usły­sza­łam jej szloch: „Nie ma go już, Janie”.

Nie ma taty. Ani tu, ani ni­gdzie indziej. A potem kolejny cios, obrót noża: „Cho­ciaż ojciec, któ­rego zna­łaś, i tak ni­gdy nie ist­niał”.

Tak naprawdę ni­gdy go nie mia­łam. Tak samo jak ni­gdy nie mia­łam swo­jego byłego chło­paka Jacques’a ani jego kur­czaka w winie.

To była wyłącz­nie histo­ria, którą sobie opo­wia­da­łam. Ale odtąd będzie już tylko brzydka prawda albo nic. Zebra­łam się w sobie i weszłam do środka.

Pierw­sze, co przy­szło mi do głowy, to że brzydka prawda nie jest wcale taka brzydka. Miło­sne gniazdko mojego taty było urzą­dzone na otwar­tej prze­strzeni: salon prze­cho­dził w fiku­śną kuch­nię z nie­bie­skimi kafel­kami i przy­tul­nym kąci­kiem jadal­nia­nym, a tuż za nim znaj­do­wał się rząd okien wycho­dzą­cych na ciemno pola­kie­ro­wany taras.

Gdyby to mama była wła­ści­cielką tego miej­sca, wszystko byłoby utrzy­mane w sto­no­wa­nych odcie­niach beżu. Sta­łam jed­nak w pomiesz­cze­niu w stylu boho, bar­dziej pasu­ją­cym do miesz­ka­nia, które zaj­mo­wa­łam kie­dyś ze swoim chło­pa­kiem, niż do domu moich rodzi­ców. Zro­biło mi się tro­chę nie­do­brze, kiedy wyobra­zi­łam sobie tatę tutaj, wśród tych wszyst­kich rze­czy, któ­rych mama ni­gdy by nie wybrała: ręcz­nie malo­wany stół jadal­niany w stylu fol­ko­wym, ciemne drew­niane regały, zapad­nięta kanapa, pokryta róż­no­ko­lo­ro­wymi podusz­kami.

Nie było tu śladu po tacie, jakiego zna­łam.

W kie­szeni zadzwo­nił mi tele­fon, więc posta­wi­łam pudełko na gra­ni­to­wym bla­cie, żeby ode­brać.

– Halo? – Zabrzmiało słabo i ochry­ple.

– I jak? – ode­zwał się natych­miast głos po dru­giej stro­nie. – Jest jaski­nia seksu?

– Shadi? – domy­śli­łam się. Przy­trzy­ma­łam tele­fon ramie­niem i odkrę­ci­łam jedną z bute­lek dżinu, po czym pocią­gnę­łam łyk na wzmoc­nie­nie.

– To naprawdę nie­po­ko­jące, że jestem jedyną osobą, która mogłaby zadzwo­nić do cie­bie z takim pyta­niem – stwier­dziła Shadi.

– Jesteś jedyną osobą, która w ogóle wie o tym Zagłę­biu Miło­ści – zauwa­ży­łam.

– O nie, nie jedyną – zaprze­czyła Shadi.

Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, miała rację. Pod­czas gdy ja dowie­dzia­łam się o sekret­nym domu nad jezio­rem na pogrze­bie ojca w zeszłym roku, mama była świa­doma jego ist­nie­nia znacz­nie dłu­żej.

– Dobra – powie­dzia­łam. – Jesteś jedyną osobą, któ­rej ja o nim powie­dzia­łam. Tak czy ina­czej, musisz dać mi chwilę. Dopiero przy­je­cha­łam.

– Dosłow­nie? – Shadi oddy­chała ciężko, co ozna­czało, że wła­śnie idzie na swoją zmianę do restau­ra­cji. Ponie­waż nasze roz­kłady dnia tak bar­dzo się od sie­bie róż­niły, więk­szość roz­mów odby­wa­ły­śmy, kiedy ona była w dro­dze do pracy.

– Meta­fo­rycz­nie – odpar­łam. – Dosłow­nie jestem tu od dzie­się­ciu minut, ale ledwo do mnie dociera, że w ogóle przy­je­cha­łam.

– Jakie to mądre – stwier­dziła Shadi. – Jakie głę­bo­kie.

– Ćśś – powie­dzia­łam. – Chłonę oto­cze­nie.

– Sprawdź, czy jest jaski­nia seksu! – rzu­ciła Shadi pospiesz­nie, jak­bym chciała się roz­łą­czyć.

Nie chcia­łam. Po pro­stu trzy­ma­łam tele­fon przy uchu, oddech w piersi, a serce na uwięzi i roz­glą­da­łam się po dru­gim życiu mojego ojca.

I wła­śnie wtedy, kiedy już pra­wie zdo­ła­łam prze­ko­nać samą sie­bie, że to nie­moż­liwe, żeby tata spę­dzał tu czas, dostrze­głam na ścia­nie ramkę. A w ramce wyci­nek z gazety z listą best­sel­le­rów „New York Timesa” sprzed trzech lat, ten sam, który tata zawie­sił nad komin­kiem w naszym domu. Wła­śnie tam, na ostat­niej pozy­cji, pod nume­rem pięt­na­stym, wid­niało moje nazwi­sko. A trzy pozy­cje nade mną – okrut­nym zrzą­dze­niem losu – znaj­do­wał się mój rywal z cza­sów stu­denc­kich Gus (cho­ciaż teraz posłu­gi­wał się peł­nym imie­niem – Augu­stus, bo był Bar­dzo Poważ­nym Czło­wie­kiem) wraz ze swoim prze­sad­nie wyra­fi­no­wa­nym debiu­tem pro­za­tor­skim Obja­wie­nia. Utrzy­my­wał się na liście przez pięć tygo­dni (nie żebym liczyła… no dobra, liczy­łam).

– No i? – pona­gliła Shadi. – Jak ci się widzi?

Obró­ci­łam się, a mój wzrok zatrzy­mał się na chu­ście z man­dalą wiszą­cej nad kanapą.

– Zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy tata palił trawę. – Spoj­rza­łam w stronę okien na bocz­nej ścia­nie, które znaj­do­wały się nie­mal ide­al­nie na wprost okien sąsiada. Mama ni­gdy nie prze­oczy­łaby takiej wady archi­tek­to­nicz­nej przy kupo­wa­niu domu.

Ale to nie był dom mamy, więc z miej­sca, w któ­rym sta­łam, mogłam wyraź­nie zoba­czyć regały wzno­szące się od pod­łogi do sufitu w gabi­ne­cie sąsiada.

– O kur­czę, może to wcale nie zagłę­bie miło­ści, tylko plan­ta­cja mary­chy! – Shadi wyda­wała się zachwy­cona. – Trzeba było prze­czy­tać ten list, Janu­ary. To wszystko jedna wielka pomyłka. Ojciec zosta­wił ci rodzinny biz­nes. Ta Kobieta była jego part­nerką w inte­re­sach, a nie kochanką.

Czy to źle, że chcia­łam, żeby miała rację?

Tak czy ina­czej mia­łam zamiar prze­czy­tać ten list. Cze­ka­łam tylko na wła­ściwy moment w nadziei, że naj­gor­szy gniew prze­mi­nie, a wtedy ostat­nie słowa od taty przy­niosą mi uko­je­nie. Minął jed­nak cały rok, a lęk, jaki czu­łam na myśl o otwar­ciu koperty, rósł z każ­dym dniem. To takie nie­spra­wie­dliwe, że on dostał szansę na ostat­nie słowo, a ja nie mia­łam jak mu odpo­wie­dzieć. Ani jak na niego nakrzy­czeć, ani się roz­pła­kać, ani zażą­dać wię­cej wyja­śnień. Kiedy otwo­rzę ten list, nie będzie już odwrotu. To będzie koniec. Osta­teczne poże­gna­nie.

Tak więc na razie list wiódł szczę­śliwe, choć nieco samotne życie na dnie pudełka z dżi­nem, które przy­wio­złam ze sobą z Queens.

– To nie plan­ta­cja – oznaj­mi­łam Shadi i roz­su­nę­łam tylne drzwi, żeby wyjść na taras. – No, chyba że znajdę trawę w piw­nicy.

– Nie ma szans – orze­kła. – Tam jest jaski­nia seksu.

– Może prze­stańmy już roz­ma­wiać o moim sko­pa­nym życiu – zapro­po­no­wa­łam. – Co nowego u cie­bie?

– Cho­dzi ci o Nawie­dzo­nego Kape­lusz­nika? – Gdyby tylko Shadi nie miała czte­rech współ­lo­ka­to­rek w swoim maleń­kim miesz­ka­niu w Chi­cago, moż­liwe, że zamiesz­ka­ła­bym razem z nią. Cho­ciaż kiedy znaj­do­wała się w pobliżu, nie byłam w sta­nie nic zro­bić. A moja sytu­acja finan­sowa była zbyt opła­kana, żebym mogła sobie pozwo­lić na nie­ro­bie­nie niczego. Pod­czas pobytu w tym bez­czyn­szo­wym pie­kle musia­łam napi­sać kolejną książkę. Wtedy może będzie mnie stać na moje wła­sne bez-Jacques’owe miesz­ka­nie.

– Jeśli to wła­śnie o nim chcesz roz­ma­wiać – odpar­łam – to tak. Dawaj.

– Jesz­cze się do mnie nie ode­zwał. – Shadi wes­tchnęła melan­cho­lij­nie. – Ale wiesz, potra­fię tak jakby wyczuć, że na mnie patrzy, kiedy jeste­śmy oboje w kuchni. Bo naprawdę coś nas łączy.

– Nie zasta­na­wiasz się cza­sem, czy to coś łączy cię rze­czy­wi­ście z face­tem, który nosi ten sta­ro­świecki kape­lusz, czy raczej z duchem jego poprzed­niego wła­ści­ciela? Co jeśli uświa­do­misz sobie, że zako­cha­łaś się w duchu?

– Hmm – Shadi zasta­no­wiła się przez chwilę. – Chyba będę musiała zak­tu­ali­zo­wać swoją notkę na Tin­de­rze.

Znad jeziora u stóp wzgó­rza powiała lekka bryza, która poru­szyła moje brą­zowe pukle. Zacho­dzące słońce strze­lało na wszyst­kie strony sno­pami zło­tego świa­tła, tak jasnego i gorą­cego, że musia­łam zmru­żyć oczy, żeby popa­trzeć na poma­rań­czowo-czer­wone barwy zale­wa­jące plażę. Gdyby to był tylko jakiś zwy­kły wyna­jęty dom, byłby ide­al­nym miej­scem do napi­sa­nia cudow­nej histo­rii miło­snej, którą obie­cy­wa­łam Sandy Lowe Books od paru mie­sięcy.

Dotarło do mnie, że Shadi przez cały czas coś mówiła. Opo­wia­dała dalej o Nawie­dzo­nym Kape­lusz­niku. Miał na imię Ricky, ale my ni­gdy tak o nim nie mówi­ły­śmy. O życiu miło­snym Shadi roz­ma­wia­ły­śmy zawsze szy­frem. Naj­pierw był ten star­szy gość, który pro­wa­dził świetną knajpę z owo­cami morza (Rybi Król), potem facet, któ­rego nazy­wa­ły­śmy Mark, bo wyglą­dał jak jakiś sławny Mark, a teraz poja­wił się ten nowy współ­pra­cow­nik, bar­man, który codzien­nie nosił kape­lusz – Shadi nie zno­siła face­tów w kape­luszach, ale jemu nie mogła się oprzeć.

Sku­pi­łam się z powro­tem na roz­mo­wie w chwili, gdy mówiła:

– Czwarty lipca? Długi week­end ze Świę­tem Nie­pod­le­gło­ści? Mogę wtedy przy­je­chać?

– Prze­cież to dopiero za mie­siąc z kawał­kiem. – Chcia­łam jej powie­dzieć, że wtedy już mnie tu nie będzie, ale wie­dzia­łam, że to nie­prawda. Potrze­bo­wa­łam przy­naj­mniej całego lata, żeby napi­sać książkę i opróż­nić dom, a potem sprze­dać jedno i dru­gie, tak aby (miejmy nadzieję) odzy­skać względny kom­fort finan­sowy. Może nie w Nowym Jorku, ale w jakimś znacz­nie tań­szym miej­scu.

Na Duluth pew­nie byłoby mnie stać. Mama ni­gdy by mnie tam nie odwie­dzała, ale w zeszłym roku i tak pra­wie się nie widy­wa­ły­śmy, nie licząc mojej trzy­dnio­wej wycieczki do domu na Boże Naro­dze­nie. Zacią­gnęła mnie wtedy na cztery lek­cje jogi, do trzech zatło­czo­nych pijalni soków i na Dziadka do orze­chów, w któ­rym wystę­po­wała jakaś młoda, nie­znana mi gwiazda – tak jakby myślała, że jeśli zosta­niemy same choćby na chwilę, wypły­nie temat taty i obie wybuch­niemy.

Przez całe moje życie zna­jomi zazdro­ścili mi rela­cji z matką. Tego, jak czę­sto i swo­bod­nie (a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało) ze sobą roz­ma­wia­ły­śmy, jak dobrze się razem bawi­ły­śmy. Teraz nasza rela­cja spro­wa­dzała się do bar­dzo mało emo­cjo­nu­ją­cej gry w prze­rzu­ca­nie się wia­do­mo­ściami na poczcie gło­so­wej.

Kie­dyś mia­łam dwoje kocha­ją­cych rodzi­ców i chło­paka, z któ­rym miesz­ka­łam. Teraz mia­łam już w zasa­dzie tylko Shadi, swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę na (zde­cy­do­wa­nie zbyt dużą) odle­głość. Jedyną zaletą prze­pro­wadzki z Nowego Jorku do mia­steczka North Bear Sho­res w sta­nie Michi­gan było to, że zna­la­złam się bli­żej jej miesz­ka­nia w Chi­cago.

– Do czwar­tego lipca jest kawał czasu – poskar­ży­łam się. – A ty miesz­kasz tylko trzy godziny drogi stąd.

– No, ale nie umiem pro­wa­dzić.

– To może powin­naś oddać to prawo jazdy – zasu­ge­ro­wa­łam.

– Wierz mi, cze­kam tylko, aż minie ter­min waż­no­ści. Wtedy znowu poczuję się wolna. Nie zno­szę, kiedy ludziom się wydaje, że potra­fię pro­wa­dzić, tylko dla­tego że mam na to papier. – Shadi jeź­dziła fatal­nie. Przy każ­dym lewo­skrę­cie pisz­czała. – Poza tym wiesz, jak wygląda pla­no­wa­nie urlopu w tej branży. Mam szczę­ście, że mój szef zgo­dził się na tego czwar­tego lipca. Domy­ślam się, że teraz ocze­kuje, żebym mu obcią­gnęła.

– No co ty. Obcią­ga­nie tylko w przy­padku dłuż­szych urlo­pów. Taki kwa­li­fi­kuje się ledwo na to, żeby mu zro­bić dobrze sto­pami, jeśli już musisz się odwdzię­czyć.

Upi­łam kolejny łyk dżinu, a potem zawró­ci­łam na końcu tarasu i nie­mal krzyk­nę­łam. Na sąsied­nim tara­sie, poło­żo­nym trzy metry na prawo od mojego, zoba­czy­łam tył czy­jejś głowy, z ciem­nymi, krę­co­nymi wło­sami wysta­ją­cymi znad kra­wę­dzi leżaka. Modli­łam się w duchu, żeby ten męż­czy­zna spał – żebym nie musiała miesz­kać przez całe lato obok kogoś, kto sły­szał, jak dywa­go­wa­łam o robie­niu dobrze sto­pami.

Ale on, jakby czy­tał w moich myślach, pochy­lił się do przodu, wziął butelkę piwa ze sto­lika ogro­do­wego, upił łyk i roz­parł się z powro­tem na leżaku.

– Racja. Nie zdejmę nawet croc­sów – powie­działa tym­cza­sem Shadi. – Muszę koń­czyć, wła­śnie doszłam do pracy. Ale daj znać, czy w piw­nicy są pro­chy czy pej­cze.

Obró­ci­łam się ple­cami do tarasu sąsiada.

– Nie spraw­dzę, dopóki nie przy­je­dziesz.

– Jędza – orze­kła Shadi.

– Ja cię tylko zachę­cam – powie­dzia­łam słodko. – Kocham cię.

– Ja cie­bie bar­dziej – odparła z naci­skiem i roz­łą­czyła się.

Odwró­ci­łam się z powro­tem do kędzie­rza­wej głowy, po czę­ści ocze­ku­jąc, że przyj­mie do wia­do­mo­ści moją obec­ność, a po czę­ści zasta­na­wia­jąc się, czy powin­nam się przed­sta­wić.

W Nowym Jorku nie zna­łam za dobrze żad­nego ze swo­ich sąsia­dów, ale teraz byłam w Michi­gan, a z opo­wie­ści taty na temat dora­sta­nia w North Bear Sho­res domy­śla­łam się, że któ­re­goś dnia będę musiała poży­czyć temu czło­wie­kowi cukier (do zapa­mię­ta­nia: kupić cukier).

Odchrząk­nę­łam i przy­kle­iłam do twa­rzy próbną wer­sję sąsiedz­kiego uśmie­chu. Męż­czy­zna pochy­lił się i upił kolejny łyk piwa, a ja zawo­ła­łam w jego stronę:

– Prze­pra­szam, że panu prze­szko­dzi­łam!

Mach­nął nie­dbale ręką, po czym odwró­cił stronę książki, którą trzy­mał na kola­nach.

– Niby dla­czego robie­nie dobrze sto­pami jako forma zapłaty mia­łoby mi prze­szka­dzać? – odparł prze­cią­gle niskim, znu­dzo­nym gło­sem.

Skrzy­wi­łam się, szu­ka­jąc w gło­wie odpo­wie­dzi – jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzi. Dawna Janu­ary wie­dzia­łaby, jak się odciąć, ale w moim umy­śle była tylko pustka, jak za każ­dym razem, kiedy otwie­ra­łam Worda.

No dobra, może tro­chę zdzi­cza­łam przez ten ostatni rok. Może nie byłam nawet pewna, co wła­ści­wie robi­łam przez ten czas, skoro nie odwie­dza­łam mamy ani nie pisa­łam, ani nie owi­ja­łam sobie sąsia­dów wokół palca.

– W każ­dym razie – zawo­ła­łam – wła­śnie się tu wpro­wa­dzi­łam.

Mach­nął znowu od nie­chce­nia i mruk­nął, tak jakby czy­tał mi wcze­śniej w myślach:

– Daj znać, gdy­byś potrze­bo­wała cukru. – W jego ustach zabrzmiało to jed­nak bar­dziej jak: „Ni­gdy wię­cej się do mnie nie odzy­waj, chyba że zauwa­żysz pożar w moim domu, ale nawet wtedy sprawdź naj­pierw, czy nie sły­chać syren”.

Tyle by było z tutej­szej słyn­nej gościn­no­ści. W Nowym Jorku sąsie­dzi przy­naj­mniej przy­nie­śli nam ciastka, kiedy się wpro­wa­dzi­li­śmy (bez­glu­te­nowe i z dodat­kiem LSD, jed­nak liczą się inten­cje).

– Albo gdy­byś chciała, żebym wska­zał ci drogę do naj­bliż­szego sex shopu dla fety­szy­stów – dodał Gbur.

Policzki zapło­nęły mi ze wstydu i wście­kło­ści. Zanim zdą­ży­łam się zasta­no­wić, wypa­li­łam:

– Zacze­kam, aż wypro­wa­dzisz swój samo­chód, i po pro­stu pojadę za tobą. – Wybuch­nął zasko­czo­nym, gar­dło­wym śmie­chem, ale na­dal nie raczył na mnie spoj­rzeć. – Cudow­nie było cię poznać – doda­łam zgryź­li­wie, po czym odwró­ci­łam się i ruszy­łam w stronę roz­su­nię­tych szkla­nych drzwi pro­wa­dzą­cych do bez­piecz­nego wnę­trza, w któ­rym praw­do­po­dob­nie będę musiała cho­wać się przez całe lato.

– Obłud­nica – usły­sza­łam jesz­cze, zanim je zasu­nę­łam.

2. Pogrzeb

2

Pogrzeb

Nie czu­łam się gotowa na obej­rze­nie reszty domu, więc usia­dłam przy stole, żeby pisać. Pusty plik jak zwy­kle gapił się na mnie oskar­ży­ciel­sko i odma­wiał zapeł­nie­nia się sło­wami i posta­ciami, nie­za­leż­nie od tego, jak długo ja gapi­łam się na niego.

Z pisa­niem szczę­śli­wych zakoń­czeń sprawa ma się tak: łatwiej jest, jeśli się w nie wie­rzy.

Ze mną sprawa ma się tak: wie­rzy­łam do dnia pogrzebu ojca.

Moi rodzice (i cała nasza rodzina) już wcze­śniej bar­dzo wiele prze­szli, ale jakimś cudem zawsze uda­wało nam się wyjść z kło­po­tów sil­niej­szymi, bar­dziej kocha­ją­cymi i rado­śniej­szymi niż przed­tem. Kiedy byłam dziec­kiem, nastą­pił mię­dzy nimi krótki okres sepa­ra­cji, pod­czas któ­rego mama zaczęła się zacho­wy­wać, jakby stra­ciła toż­sa­mość – wyglą­dała przez okna, jakby mogła tam zoba­czyć sie­bie żyjącą wła­snym życiem i podej­rzeć, co powinna zro­bić. A kiedy tata wpro­wa­dził się z powro­tem, były tańce w kuchni, trzy­ma­nie się za ręce i cało­wa­nie w czoła. Potem przy­szła pierw­sza dia­gnoza raka u mamy i sza­le­nie kosz­towna kola­cja na uczcze­nie zwy­cię­stwa nad nim – jedli­śmy, jak­by­śmy byli milio­ne­rami, i śmia­li­śmy się tak, że prze­pła­cone wino rodzi­ców i moja woda sodowa zaczęły try­skać nam kolejno z nosów – jakby było nas stać na takie mar­no­traw­stwo, jakby dług medyczny nie ist­niał. Póź­niej nastą­pił nawrót raka i nowe życie po mastek­to­mii: zaję­cia z garn­car­stwa, z tańca towa­rzy­skiego, z jogi, z kuchni maro­kań­skiej – moi rodzice wypeł­niali sobie gra­fik, tak jakby bar­dzo chcieli upchnąć jak naj­wię­cej życia w jak naj­krót­szym cza­sie. Dłu­gie wycieczki week­en­dowe, żeby spo­tkać się ze mną i z moim chło­pa­kiem w Nowym Jorku, prze­jażdżki metrem, pod­czas któ­rych mama bła­gała, żebym prze­stała ją zaba­wiać opo­wie­ściami o naszych sąsiad­kach ćpun­kach Sha­ryn i Karyn (przy­pad­kowa zbież­ność imion; regu­lar­nie wsu­wały nam pod drzwi ulotki infor­ma­cyjne towa­rzy­stwa pła­sko­ziem­ców), bo bała się, że się posika, pod­czas gdy tata pół­gło­sem oba­lał teo­rię pła­skiej ziemi na uży­tek Jacques’a.

Próba. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie. Udręka. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie. Che­mia. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie.

I wła­śnie wtedy, w samym środku naj­szczę­śliw­szego jak dotąd zakoń­cze­nia, on odszedł.

Sta­łam tam, w sali obok kościoła epi­sko­pal­nego, do któ­rego cho­dzili z mamą, pośród mro­wia ludzi ubra­nych na czarno, szep­czą­cych bez­u­ży­teczne słowa, i czu­łam się, jak­bym przy­była tu we śnie, ledwo pamię­ta­łam lot, drogę na lot­ni­sko, pako­wa­nie. Przy­po­mnia­łam sobie, po raz tysięczny w ciągu ostat­nich trzech dni, że już go nie ma.

Mama wymknęła się do łazienki, więc byłam sama, kiedy ją zoba­czy­łam – jedyną kobietę, któ­rej nie roz­po­zna­łam. Miała na sobie szarą sukienkę i skó­rzane san­dały, ramiona owi­nęła sza­lem zro­bio­nym na szy­dełku, a białe włosy roz­pu­ściła. Patrzyła pro­sto na mnie.

Chwilę póź­niej ruszyła w moją stronę, a mnie – nie wie­dzieć czemu – żołą­dek pod­szedł do gar­dła. Tak jakby moje ciało dowie­działo się z wyprze­dze­niem, że zaraz wszystko się zmieni. Obec­ność tej nie­zna­jo­mej na pogrze­bie taty wywró­ciła moje życie do góry nogami na równi z jego śmier­cią.

Sta­nęła przede mną i uśmiech­nęła się nie­śmiało. Pach­niała wani­lią i cytru­sami.

– Witaj, Janu­ary. – Głos miała słaby, a pal­cami mięła ner­wowo frędzle szala. – Wiele o tobie sły­sza­łam.

Drzwi za jej ple­cami otwo­rzyły się i z łazienki wyszła mama. Sta­nęła jak wryta, a jej twarz przy­brała dziwny wyraz. Roz­po­zna­nia? Prze­ra­że­nia?

Nie chciała, żeby­śmy ze sobą roz­ma­wiały. Dla­czego?

– Jestem dawną przy­ja­ciółką two­jego ojca – powie­działa tym­cza­sem kobieta. – On bar­dzo wiele dla mnie zna­czy… zna­czył. Zna­łam go przez całe swoje życie, no, pra­wie. Przez długi czas byli­śmy bar­dzo bli­sko, a on… bez prze­rwy opo­wia­dał o tobie. – Pró­bo­wała roze­śmiać się swo­bod­nie, ale tak bar­dzo jej nie wyszło. – Prze­pra­szam – powie­działa ochry­ple. – Obie­ca­łam, że nie będę pła­kać, ale…

Poczu­łam się, jakby zepchnięto mnie z wyso­kiego budynku, jakby spa­da­nie miało trwać bez końca.

„Dawna przy­ja­ciółka”. Tak powie­działa. Nie „kochanka”. Ale domy­śli­łam się po spo­so­bie, w jaki pła­kała – jak mama pod­czas pogrzebu, tylko w krzy­wym zwier­cia­dle. Roz­po­zna­łam na jej twa­rzy ten sam wyraz, który zoba­czy­łam na swo­jej tego ranka, kiedy wkle­py­wa­łam korek­tor pod oczy. Śmierć taty znisz­czyła ją nie­od­wra­cal­nie.

Wyło­wiła coś z kie­szeni. Kopertę z naba­zgra­nym moim imie­niem i z klu­czem spo­czy­wa­ją­cym na wierz­chu. Do klu­cza docze­piony był bre­lok z adre­sem, nagry­zmo­lo­nym tym samym nie­pod­ra­bial­nym cha­rak­te­rem pisma co bazgroły na koper­cie. Pismem taty.

– Chciał, żebyś go dostała – powie­działa. – Jest twój.

Wci­snęła mi klucz do ręki i przy­trzy­mała przez chwilę.

– To piękny dom nad samym brze­giem jeziora Michi­gan – wyrzu­ciła z sie­bie. – Spodoba ci się. On zawsze mówił, że ci się spodoba. A list napi­sał na twoje uro­dziny. Możesz go otwo­rzyć wtedy albo… kiedy chcesz.

Moje uro­dziny. Do moich uro­dzin zostało jesz­cze sie­dem mie­sięcy. Na moich uro­dzinach nie będzie taty. Taty już nie ma.

Za ple­cami kobiety mama otrzą­snęła się i ruszyła w naszą stronę z mor­der­czym wyra­zem twa­rzy.

– Sonya – syk­nęła.

I wtedy wie­dzia­łam już wszystko.

Że pod­czas gdy ja błą­dzi­łam w ciem­no­ści, mama wcale nie.

Zamknę­łam Worda, tak jakby klik­nię­cie w ten mały „x” w rogu ekranu mogło zamknąć też moje wspo­mnie­nia. Dla odwró­ce­nia uwagi prze­wi­nę­łam skrzynkę mej­lową do ostat­niej wia­do­mo­ści, którą przy­słała mi moja agentka Anya.

Dosta­łam tego mejla dwa dni temu, zanim wyje­cha­łam z Nowego Jorku, i od tam­tej pory wynaj­dy­wa­łam coraz bar­dziej absur­dalne powody, żeby go jesz­cze nie otwie­rać. Pako­wa­nie. Prze­wo­że­nie rze­czy do prze­cho­walni. Jazda samo­cho­dem. Próba wypi­cia jak naj­więk­szej ilo­ści wody pod­czas sika­nia. „Pisa­nie”, z naci­skiem na cudzy­słów. Kac. Głód. Oddy­cha­nie.

Anya sły­nęła z tego, że w sto­sunku do wydaw­ców była twarda i potra­fiła poka­zać pazury, ale w kon­tak­cie z pisa­rzami sta­wała się kimś w rodzaju skrzy­żo­wa­nia pani Jen­ni­fer, uro­czej nauczy­cielki z Matyldy, z sek­sowną wiedźmą. Czło­wiek za wszelką cenę sta­rał się jej przy­po­do­bać, bo z jed­nej strony miał poczu­cie, że nikt ni­gdy nie darzył go więk­szą miło­ścią i uwiel­bie­niem niż ona, a z dru­giej podej­rze­wał, że gdyby tylko chciała, mogłaby napu­ścić na niego hordę pyto­nów.

Dopi­łam swój trzeci dżin z toni­kiem tego wie­czoru, otwo­rzy­łam wia­do­mość i prze­czy­ta­łam:

Heeeeej, rybeńko piękna, wspa­niała, artystko nie­biań­ska, żyło złota Ty moja,

wiem, że ostat­nio sprawy się u Cie­bie skom­pli­ko­wały, ale Sandy znowu do mnie napi­sała – bar­dzo by chciała wie­dzieć, jak Ci idzie z książką łamane na: czy na­dal pla­nu­jesz ją skoń­czyć przed jesie­nią. Ja jak zwy­kle w każ­dej chwili z rado­ścią zła­pię za tele­fon albo wsko­czę na czata (tudzież na grzbiet pegaza, jeśli zaj­dzie taka potrzeba), żeby zro­bić burzę mózgów / obga­dać fabułę / zro­bić COKOL­WIEK, co pomoże spro­wa­dzić na ten świat wię­cej Two­ich pięk­nych słów i nie­po­rów­na­nych wzru­szeń! Pięć ksią­żek w pięć lat to duże wyzwa­nie dla każ­dego (nawet dla kogoś tak niezwy­kle uta­len­to­wa­nego jak Ty), ale wydaje mi się, że dotar­ły­śmy do pew­nej gra­nicy w sto­sun­kach z SLB, więc czas przy­wo­łać uśmiech na twarz i wydać powieść na świat, jeśli to w ogóle moż­liwe.

Buziaki

Anya

„Przy­wo­łać uśmiech na twarz i wydać powieść na świat”. Podej­rze­wa­łam, że łatwiej by mi było uro­dzić pod koniec lata w pełni ukształ­to­wane ludz­kie dziecko, niż napi­sać i sprze­dać nową książkę.

Stwier­dzi­łam, że jeśli pójdę teraz spać, to rano mogła­bym wysko­czyć wcze­śniej z łóżka i wypro­du­ko­wać kilka tysięcy słów. Sta­nę­łam przed sypial­nią na par­te­rze i zawa­ha­łam się. Skąd mogłam wie­dzieć, które łóżka wyko­rzy­sty­wali tata z Tą Kobietą?

Znaj­do­wa­łam się w jaskini star­czego cudzo­łó­stwa. I byłoby to nawet zabawne, gdyby cokol­wiek potra­fiło mnie jesz­cze roz­ba­wić po roku wymy­śla­nia histo­rii miło­snych, które nie­odmien­nie ury­wały się na tym, że kie­rowca auto­busu zasy­piał, a wszy­scy boha­te­ro­wie koń­czyli w prze­pa­ści.

To SUPER­in­te­re­su­jące – powie­dzia­łaby z pew­no­ścią Anya, gdy­bym rze­czy­wi­ście wysłała jej jeden z tych szki­ców. – Wiesz, ja to bym prze­czy­tała nawet twoją LISTĘ ZAKU­PÓW i pła­ka­ła­bym przy niej ze wzru­sze­nia. Ale ta książka nie pasuje do Sandy Lowe. Spró­buj teraz wię­cej wzdy­cha­nia, mniej umie­ra­nia, kocha­nieńka.

Potrze­bo­wa­łam pomocy, jeśli mia­łam tu zasnąć. Zro­bi­łam sobie kolejny dżin z toni­kiem i zamknę­łam kom­pu­ter. W domu zro­biło się gorąco i duszno, więc roze­bra­łam się do bie­li­zny i prze­szłam się po całym par­te­rze, żeby pootwie­rać okna, po czym opróż­ni­łam szklankę i zwa­li­łam się na kanapę.

Była nawet wygod­niej­sza, niż się spo­dzie­wa­łam. Szlag by tra­fił Tę Kobietę z jej urze­ka­jąco eklek­tycz­nym gustem. Uzna­łam też, że kanapa jest za niska, żeby facet z bolą­cym krę­go­słu­pem miał się z niej codzien­nie zwle­kać, a to ozna­czało, że praw­do­po­dob­nie nie uży­wali jej do TEGO.

Cho­ciaż tata nie zawsze miał pro­blemy z krę­go­słu­pem. Kiedy byłam mała, w więk­szość week­en­dów, które spę­dzał w domu, zabie­rał mnie na łódkę, a z mojego doświad­cze­nia wyni­kało, że żeglo­wa­nie składa się w dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cen­tach z pochy­la­nia się, żeby zawią­zać albo roz­wią­zać linę, a tylko w dzie­się­ciu pro­cen­tach z pły­nię­cia pod słońce z ramio­nami roz­rzu­co­nymi na boki, z kurtką sze­lesz­czącą na wie­trze i…

W mojej piersi wez­brała mściwa fala bólu.

Te wcze­sne poranki na sztucz­nym jezio­rze odda­lo­nym o pół godziny drogi od naszego domu nale­żały zawsze tylko do nas dwojga i zda­rzały się zwy­kle tuż po powro­cie taty z wyjazdu. Cza­sem nawet nie wie­dzia­łam, że już wró­cił. Budzi­łam się w jesz­cze ciem­nym pokoju, a tata łasko­tał mnie w nos i nucił pio­senkę Deana Mar­tina, od któ­rej wzięło się moje imię: It’s June in Janu­ary, because I’m in love… Pod­ry­wa­łam się z biją­cym ser­cem, wie­dząc, że to ozna­cza wycieczkę na łódce, tylko we dwoje.

Teraz zasta­na­wia­łam się, czy wszyst­kie te cudowne, rześ­kie poranki nie były zadość­uczy­nie­niem za week­end spę­dzony z Tą Kobietą, cza­sem prze­zna­czo­nym na powtórne dopa­so­wa­nie się do życia z mamą.

Powin­nam oszczę­dzać swoje zdol­no­ści nar­ra­cyjne na potrzeby pisa­nia książki. Wypchnę­łam to wszystko z głowy, nacią­gnę­łam na twarz ozdobną poduszkę i zaczę­łam zapa­dać w sen jak w pasz­czę biblij­nego wie­lo­ryba.

Kiedy pode­rwa­łam się na kana­pie, w pokoju było ciemno, a zza okien pły­nęła ogłu­sza­jąca muzyka.

Wsta­łam i w dżi­no­wym zamro­cze­niu ruszy­łam do kuchni, kie­ru­jąc się w stronę bloku na noże. Ni­gdy nie sły­sza­łam o seryj­nym mor­dercy, który roz­po­czy­nałby zbrod­nię od obu­dze­nia ofiary pio­senką Eve­ry­body Hurts zespołu R.E.M., ale wła­ści­wie nie mogłam tego wyklu­czyć.

Kiedy prze­szłam do kuchni, muzyka nieco przy­ci­chła i uświa­do­mi­łam sobie, że docho­dzi z prze­ciw­nej strony budynku. Z domu Gbura.

Spoj­rza­łam na świe­cące cyfry na pie­kar­niku. Pół godziny po pół­nocy, a mój sąsiad pusz­cza na cały regu­la­tor pio­senkę, którą naj­czę­ściej można usły­szeć w sta­rych kome­dio­dra­ma­tach, w momen­cie gdy główny boha­ter wle­cze się samot­nie do domu w stru­gach desz­czu.

Pogna­łam do okna i wychy­li­łam się. Okna w domu Gbura też były otwarte i w roz­świe­tlo­nej kuchni zoba­czy­łam grupkę ludzi, trzy­ma­ją­cych kie­liszki, kubki i butelki, opie­ra­ją­cych sobie ospałe głowy na ramio­nach, obej­mu­ją­cych się za szyje i wyśpie­wu­ją­cych z dzi­kim zapa­łem słowa pio­senki.

Odby­wała się tam sza­lona impreza. Naj­wy­raź­niej Gbur żywił awer­sję tylko do mnie, a nie do wszyst­kich na świe­cie. Przy­sta­wi­łam dło­nie do ust i wydar­łam się:

Prze­pra­szam!

Gdy dwie kolejne próby nie przy­nio­sły skutku, zatrza­snę­łam okno i zro­bi­łam rundkę po par­te­rze, żeby poza­my­kać pozo­stałe. Kiedy skoń­czy­łam, na­dal mia­łam wra­że­nie, że R.E.M. gra kon­cert na sto­liku w moim salo­nie.

I wtedy na jedną piękną chwilę pio­senka uci­chła, a odgłosy imprezy – śmie­chy, roz­mowy i stu­ka­nie bute­lek – prze­szły w jed­no­stajny szmer.

A potem zaczęło się od nowa.

Ta sama pio­senka. Tylko jesz­cze gło­śniej. No nie! Wcią­ga­jąc z powro­tem spodnie od dresu, roz­wa­ża­łam wszyst­kie za i prze­ciw zadzwo­nie­nia ze skargą na poli­cję. Z jed­nej strony, zacho­wa­ła­bym moż­li­wość wia­ry­god­nego uchy­le­nia się od odpo­wie­dzial­no­ści przed sąsia­dem. (Toż to nie ja wezwa­łam mun­du­ro­wych! Jestem tylko młodą, nie­spełna trzy­dzie­sto­let­nią nie­wia­stą, a nie zrzę­dliwą starą panną, którą mierżą śmiech, zabawa, pie­śni i tańce!) Z dru­giej strony, odkąd stra­ci­łam tatę, coraz trud­niej przy­cho­dziło mi wyba­cza­nie nie­wiel­kich występ­ków.

Narzu­ci­łam bluzę z nadru­kiem w pizzę i wybie­głam z domu, a po chwili wpa­ra­do­wa­łam na schody sąsiada. Zanim zdą­ży­łam dwa razy pomy­śleć, się­gnę­łam do dzwonka. Roz­legł się dono­śnym bary­to­nem przy­po­mi­na­ją­cym bicie dużego sto­ją­cego zegara i poniósł się nad muzyką, ale śpiew nie ucichł. Poli­czy­łam do dzie­się­ciu i zadzwo­ni­łam jesz­cze raz. Głosy w środku ani się zająk­nęły. Nawet jeśli impre­zo­wi­cze usły­szeli dzwo­nek, celowo go igno­ro­wali.

Jesz­cze przez chwilę dobi­ja­łam się do drzwi, ale w końcu pogo­dzi­łam się z tym, że nikt mi nie otwo­rzy, i odma­sze­ro­wa­łam do domu. Do pierw­szej – posta­no­wi­łam. Dam im czas do pierw­szej, a potem wzy­wam poli­cję.

W domu było nawet gło­śniej, niż to zapa­mię­ta­łam, a w ciągu tych paru minut od zamknię­cia okien tem­pe­ra­tura pod­nio­sła się do poziomu lep­kiego skwaru. Nie mia­łam nic lep­szego do roboty, więc wzię­łam z torebki książkę i ruszy­łam na taras.

Wyma­ca­łam włącz­nik świa­tła koło prze­su­wa­nych drzwi. Pstryk­nę­łam go, ale nic się nie wyda­rzyło. Żarówki na zewnątrz były prze­pa­lone. Czyli o pierw­szej w nocy zabie­ram się za czy­ta­nie przy świe­tle z tele­fonu na tara­sie dru­giego domu mojego ojca! Wyszłam na zewnątrz, a skóra aż ścier­pła mi od rześ­kiego powiewu, który niósł się znad wody.

Na tara­sie Gbura też było ciemno, jeśli nie liczyć poje­dyn­czej świe­tlówki oto­czo­nej przez śla­ma­zarne ćmy, i wła­śnie dla­tego pra­wie krzyk­nę­łam, kiedy w mroku coś się poru­szyło.

A kiedy mówię, że pra­wie krzyk­nę­łam, oczy­wi­ście mam na myśli to, że defi­ni­tyw­nie krzyk­nę­łam.

– Jezu! – Cień zachły­snął się z prze­ra­że­nia i pode­rwał się z fotela, na któ­rym sie­dział. Cień, czyli rzecz jasna facet, który relak­so­wał się w ciem­no­ści, dopóki nie wystra­szy­łam go na śmierć. – No co, co? – zaczął pytać, jakby ocze­ki­wał ode mnie infor­ma­cji, że łażą po nim skor­piony.

Sytu­acja byłaby mniej nie­zręczna, gdyby fak­tycz­nie łaziły.

– Nic! – odkrzyk­nę­łam, na­dal dysząc z zasko­cze­nia. – Nie widzia­łam, że tam jesteś!

– Nie widzia­łaś, że tu jestem? – powtó­rzył, po czym wybuch­nął szorst­kim, nie­do­wie­rza­ją­cym śmie­chem. – Naprawdę? Nie widzia­łaś mnie na moim wła­snym tara­sie?

Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, na­dal go nie widzia­łam. Lampa tara­sowa paliła się kawa­łek za nim i nad nim, tak że wyglą­dał jak przy­długi cień w kształ­cie czło­wieka, ze świe­tli­stą aure­olą wokół ciem­nych, zmierz­wio­nych wło­sów. Ale po tym wszyst­kim i tak naj­le­piej bym zro­biła, gdy­bym przez całe lato zdo­łała uni­kać nawią­zy­wa­nia z nim kon­taktu wzro­ko­wego.

– Jak mijają cię samo­chody na auto­stra­dzie, to też krzy­czysz? Albo jak zauwa­żasz ludzi w oknach restau­ra­cji? Może na wszelki wypa­dek zasłoń sobie wszyst­kie okna, które wycho­dzą pro­sto na moje, żebyś nie zoba­czyła mnie przy­pad­kiem z nożem albo brzy­twą?

Groź­nie skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi. A przy­naj­mniej spró­bo­wa­łam. Na­dal byłam nieco oszo­ło­miona i ocię­żała od dżinu.

Mia­łam zamiar mu powie­dzieć – bo dawna Janu­ary wła­śnie tak by mu powie­działa: „Czy dałoby się ści­szyć tro­chę tę muzykę?”. Cho­ciaż tak naprawdę pew­nie obsy­pa­łaby się bro­ka­tem, wło­żyła swoje ulu­bione aksa­mitne pan­to­felki i sta­nęła w jego drzwiach z butelką szam­pana i z moc­nym posta­no­wie­niem zjed­na­nia sobie Gbura.

Ale jak na razie był to trzeci naj­gor­szy dzień w moim życiu, a tamta Janu­ary leżała praw­do­po­dob­nie tam, gdzie pocho­wano dawną Tay­lor Swift, więc w rze­czy­wi­sto­ści powie­dzia­łam:

– Czy mógł­byś wyłą­czyć ten pod­kład do uża­la­nia się nad swoim smut­nym losem?

Cień roze­śmiał się i oparł o barierkę tarasu. U jed­nej ręki zwi­sała mu butelka piwa.

– A wygląda ci na to, że sam pusz­czam tę muzykę?

– Nie, wygląda mi na to, że sie­dzisz sam w ciem­no­ści na wła­snej impre­zie – powie­dzia­łam. – Ale kiedy dzwo­ni­łam do drzwi, żeby popro­sić twoje towa­rzy­stwo o ści­sze­nie, nie było mnie sły­chać ponad liba­cją, więc teraz pro­szę cie­bie.

Przy­glą­dał mi się przez chwilę w ciem­no­ści – a przy­naj­mniej tak zakła­dam, bo żadne z nas wła­ści­wie nie widziało dru­giego. W końcu się ode­zwał:

– Słu­chaj, sam był­bym wprost zachwy­cony, gdyby ta impreza się skoń­czyła i wszy­scy poszli sobie z mojego domu, ale jed­nak mamy sobotni wie­czór. Lato, w dziel­nicy let­ni­sko­wej. Więc jeśli cała ta oko­lica nie prze­nio­sła się przy­pad­kiem do pury­tań­skiej mie­ściny z Footlo­ose, to nie wydaje mi się, żeby pusz­cza­nie muzyki o tej godzi­nie było zaka­zane. I może, tak sobie tylko myślę, może świeżo przy­była sąsiadka, która wykrzy­ki­wała na swoim tara­sie o robie­niu dobrze sto­pami tak gło­śno, że wszyst­kie ptaki poucie­kały, mogłaby sobie pozwo­lić na odro­binę wyro­zu­mia­ło­ści, kiedy jedna mała impreza tro­chę się prze­ciąga.

Teraz to ja wpa­trzy­łam się na moment w niego, a raczej w ciemną plamę.

Kur­czę, miał rację. Był gbu­rem, ale ja wcale nie oka­za­łam się lep­sza. Imprezy Karyn i Sha­ryn z pira­midą wita­min w proszku trwały znacz­nie dłu­żej niż ta, a odby­wały się w tygo­dniu, zwy­kle w wie­czór przed poran­nym dyżu­rem Jacques’a. Cza­sem nawet na nie cho­dzi­łam, a teraz nie mogłam znieść sobot­niego kara­oke?

A co naj­gor­sze, zanim zdą­ży­łam wymy­ślić jakąś odpo­wiedź, w domu Gbura jak za dotknię­ciem różdżki zapa­no­wała cisza. Przez roz­świe­tlone tylne drzwi zoba­czy­łam, jak impre­zo­wi­cze zaczy­nają się roz­cho­dzić: ści­skają się, żegnają, odsta­wiają szklanki i wkła­dają lek­kie okry­cia.

Pokłó­ci­łam się z tym face­tem o nic, a teraz musia­łam miesz­kać obok niego przez kolejne parę mie­sięcy. Będę miała okrop­nego pecha, jeśli kie­dyś zabrak­nie mi cukru.

Chcia­łam go prze­pro­sić za komen­tarz o „uża­la­niu się nad swoim smut­nym losem” albo przy­naj­mniej za te cho­lerne spodnie. Ostat­nio moje reak­cje zawsze wyda­wały się wyol­brzy­mione, a nie­ła­two było to wytłu­ma­czyć obcym, jeśli aku­rat nie­szczę­śli­wie się napa­to­czyli.

Prze­pra­szam – zaczę­łam swoją wyima­gi­no­waną prze­mowę. – Nie chcia­łam się zamie­niać w zrzę­dliwą starą babę. Ale mój tata umarł, a potem dowie­dzia­łam się, że miał kochankę i drugi dom, i że moja mama cały czas była tego świa­doma, ale ni­gdy mi nie powie­działa i na­dal nie chce ze mną o tym roz­ma­wiać, a kiedy się w końcu roz­sy­pa­łam, mój chło­pak stwier­dził, że już mnie nie kocha, moja kariera utknęła w miej­scu, a moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka mieszka za daleko. I jesz­cze P.S. to jest ten wspo­mniany Dom Scha­dzek, a ja kie­dyś lubi­łam imprezy, ale ostat­nio nic już nie lubię, więc pro­szę, wybacz mi moje zacho­wa­nie i baw się dobrze. Dzię­kuję, dobra­noc.

Jed­nak zamiast wypo­wie­dzieć te słowa, poczu­łam w brzu­chu gwał­towny, wykrę­ca­jący ból, do nosa napły­nęły mi pie­kące łzy, a głos zapisz­czał żało­śnie, kiedy rzu­ci­łam w prze­strzeń:

– Jestem strasz­nie zmę­czona.

Choć widzia­łam tylko zarys jego postaci, mogłam śmiało stwier­dzić, że zesztyw­niał. Jak zdą­ży­łam się zorien­to­wać, jest to dość powszechna reak­cja u ludzi, któ­rzy wyczu­wają, że kobieta znaj­duje się na skraju zała­ma­nia psy­chicz­nego. W ciągu ostat­nich kilku tygo­dni naszego związku Jacques zacho­wy­wał się jak jeden z tych węży, które potra­fią wyczuć nad­cho­dzące trzę­sie­nie ziemi – kiedy tylko rosły we mnie emo­cje, momen­tal­nie się napi­nał, po czym stwier­dzał, że potrze­bu­jemy cze­goś ze sklepu, i wybie­gał z domu.

Mój sąsiad nic nie powie­dział, ale też nie uciekł. Po pro­stu stał zakło­po­tany i wpa­try­wał się we mnie w ciem­no­ści. Mie­rzy­li­śmy się wzro­kiem przez dobre pięć sekund, zasta­na­wia­jąc się, co wyda­rzy się naj­pierw: czy ja zaleję się łzami, czy on zwieje.

Wtedy znowu gruch­nęła muzyka – jakiś kawa­łek Carly Rae Jep­sen, za któ­rym w innych oko­licz­no­ściach wprost prze­pa­da­łam – a Gbur aż pod­sko­czył.

Zer­k­nął za sie­bie, przez prze­suwne drzwi, a potem znowu na mnie. Odchrząk­nął.

Wyrzucę ich – powie­dział sztywno, po czym odwró­cił się i wszedł do środka. Na jego widok impre­zo­wi­cze zgro­ma­dzeni w kuchni zakrzyk­nęli chó­rem: „Eve­rett!”.

Wyda­wali się gotowi zła­pać go za nogi i pod­nieść nad beczkę z piwem, żeby się napił, ale on nachy­lił się do jakiejś blon­dynki i chwilę póź­niej muzyka umil­kła na dobre.

Ech. Następ­nym razem muszę zro­bić lep­sze wra­że­nie. Może pomógłby mi talerz cia­stek z LSD.

3. Na-Pat-oczenie

3

Na-Pat-ocze­nie

Obu­dzi­łam się z łupa­niem w gło­wie na dźwięk ese­mesa od Anyi:

Hej, złotko! Chcia­łam się tylko upew­nić, że dosta­łaś mojego mejla Re: twój wspa­niały umysł i letni dedlajn, o któ­rym gada­ły­śmy.

Koń­cowa kropka roz­brzmiała mi w czaszce jak dzwon pogrze­bowy.

Pierw­szego praw­dzi­wego kaca mia­łam w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat, w pora­nek po tym, jak Anya sprze­dała moją pierw­szą książkę, Całuj mnie, całuj, śnij o mnie, śnij, wydaw­nic­twu Sandy Lowe. (Jacques kupił swo­jego ulu­bio­nego fran­cu­skiego szam­pana i pili­śmy go pro­sto z butelki na moście Bro­okliń­skim, cze­ka­jąc na wschód słońca, bo wyda­wało nam się to sza­le­nie roman­tyczne). Póź­niej, kiedy leża­łam na pod­ło­dze w łazience, przy­się­ga­łam sobie, że prę­dzej rzucę się na nóż, niż pozwolę, żeby mój mózg znowu przy­po­mi­nał jajko skwier­czące na roz­grza­nej skale pod słoń­cem Can­cun.

A jed­nak! Oto leża­łam z twa­rzą wci­śniętą w poduszkę wyszy­waną kora­li­kami, a mój mózg sma­żył się na patelni czaszki. Pobie­głam do łazienki na par­te­rze. Nie chciało mi się wymio­to­wać, ale liczy­łam na to, że jeśli będę dobrze uda­wać, moje ciało da się nabrać i wyrzuci z sie­bie tru­ci­znę.

Upa­dłam na kolana przed sede­sem i pod­nio­słam wzrok na ramkę zawie­szoną na wstążce na ścia­nie za nim.

Tata i Ta Kobieta stali na plaży ubrani w sztor­miaki, on ota­czał ją ramie­niem, wiatr roz­wie­wał jej jasne, posi­wiałe włosy, a jemu roz­płasz­czał szpa­ko­wate loki na czole, oboje się uśmie­chali. I wtedy nieco bar­dziej sub­tel­nym, choć rów­nie dow­cip­nym zrzą­dze­niem losu spoj­rza­łam na sto­jak na gazety znaj­du­jący się obok sedesu i zawie­ra­jący dokład­nie trzy pozy­cje.

Numer „Oprah Maga­zine” sprzed dwóch lat. Egzem­plarz mojej trze­ciej książki Świa­tło pół­nocy. I te prze­klęte Obja­wie­nia – w twar­dej opra­wie i z błysz­czącą nalepką, gło­szącą ni mniej, ni wię­cej, że to książka z auto­gra­fem.

Otwo­rzy­łam usta i wyrzy­ga­łam się doszczęt­nie w muszlę klo­ze­tową. Potem wsta­łam, prze­płu­ka­łam usta i obró­ci­łam opra­wione zdję­cie twa­rzami do ściany.

Ni­gdy wię­cej – obie­ca­łam sobie gło­śno. Jaki jest pierw­szy krok do życia bez kaca? Praw­do­po­dob­nie nie­prze­pro­wa­dza­nie się do domu, który pobu­dza czło­wieka do picia. Muszę zna­leźć jakieś inne stra­te­gie radze­nia sobie. Na przy­kład… kon­takt z przy­rodą.

Wró­ci­łam do salonu, wyszpe­ra­łam z torby szczo­teczkę i umy­łam zęby nad zle­wem. Kolej­nym ele­men­tem nie­zbęd­nym do pod­trzy­ma­nia mojego ist­nie­nia była kro­plówka z kawy.

Zawsze kiedy two­rzy­łam pierw­szą wer­sję nowej książki, prak­tycz­nie nie wycho­dzi­łam ze swo­ich spek­ta­ku­lar­nie powy­cią­ga­nych gaci, więc poza kolek­cją rów­nie paskud­nych dre­sów nie spa­ko­wa­łam zbyt dużo ciu­chów. Obej­rza­łam nawet parę nagrań vlo­ge­rów na temat „gar­de­roby kap­su­ło­wej”, żeby spró­bo­wać zwięk­szyć liczbę „sty­li­za­cji”, które mogła­bym „skom­po­no­wać” z pary ucię­tych dżin­so­wych szor­tów, noszo­nych głów­nie, kiedy chcę się odstre­so­wać przy sprzą­ta­niu, i z kolek­cji wyświech­ta­nych tiszer­tów z wize­run­kami zna­nych ludzi – pozo­sta­ło­ści po mojej mło­dzień­czej fascy­na­cji.

Wcią­gnę­łam na sie­bie ciemną koszulkę z czarno-białą twa­rzą Joni Mit­chell, wci­snę­łam swoje opite ciało w dżin­sowe szorty i wło­ży­łam buty za kostkę z kwia­to­wym haftem.

Mia­łam sła­bość do butów, począw­szy od bar­dzo tanich i tan­det­nych po bar­dzo dro­gie i efek­towne. I wła­śnie ta moja sła­bość oka­zała się zasad­ni­czo nie­kom­pa­ty­bilna z kon­cep­cją gar­de­roby kap­su­ło­wej. Spa­ko­wa­łam tylko cztery pary i mia­łam wąt­pli­wo­ści, czy kto­kol­wiek uznałby moje bro­ka­towe teni­sówki albo musz­kie­terki od Stu­arta Weit­zmana, na które się kie­dyś szarp­nę­łam, za „kla­syki”.

Zła­pa­łam klu­czyki do samo­chodu i już mia­łam wyjść na ośle­pia­jące let­nie słońce, kiedy usły­sza­łam bzy­cze­nie tele­fonu spod podu­szek na kana­pie. To była wia­do­mość od Shadi: Poszłam do łóżka z Nawie­dzo­nym Kape­lusz­ni­kiem, a dalej rzą­dek cza­szek.

Ruszy­łam znowu do drzwi i poty­ka­jąc się, odpi­sa­łam: NATYCH­MIAST IDŹ DO SPO­WIE­DZI.

Kiedy zbie­ga­łam po stop­niach do swo­jej Kii, usil­nie sta­ra­łam się nie myśleć o upo­ka­rza­ją­cej kon­fron­ta­cji z sąsia­dem poprzed­niego wie­czoru, ale to tylko pozwo­liło moim myślom powę­dro­wać do naj­mniej lubia­nego przeze mnie tematu.

Do taty.

Ostat­nim razem, kiedy byli­śmy na łódce, zawiózł nas wła­śnie tą Kią nad sztuczne jezioro i oznaj­mił, że chce mi ją dać. Tego dnia powie­dział też, że powin­nam to zro­bić – prze­pro­wa­dzić się do Nowego Jorku. Jacques już tam miesz­kał ze względu na swoje stu­dia medyczne, więc utrzy­my­wa­li­śmy zwią­zek na odle­głość, żebym ja mogła zostać przy mamie. Tata musiał dużo podró­żo­wać w związku z „pracą”, a ja, nawet jeśli osta­tecz­nie uwie­rzy­ła­bym w swoją opo­wieść – że nasza histo­ria musi się mimo wszystko dobrze skoń­czyć – na­dal bar­dzo się bałam zosta­wić mamę samą. Tak jakby moja nie­obec­ność mogła zro­bić miej­sce dla raka, który zakradłby się po raz trzeci.

– Jest zdrowa – zapew­niał mnie tata, kiedy sie­dzie­li­śmy na wyzię­bio­nym, ciem­nym par­kingu.

– To może wró­cić – spie­ra­łam się. Nie chcia­łam stra­cić ani sekundy czasu, jaki mi z nią pozo­stał.

– Wszystko się może zda­rzyć, Janu­ary. – Tak powie­dział. – Wszystko się może zda­rzyć i z mamą, i ze mną, a nawet z tobą, w każ­dej chwili. Ale teraz nic się nie dzieje. Dziecko, zrób raz w życiu coś dla sie­bie.

Może wyda­wało mu się, że moja prze­pro­wadzka do Nowego Jorku i zamiesz­ka­nie z chło­pa­kiem to w grun­cie rze­czy to samo, co z jego strony kupno dru­giego domu i ukry­wa­nie się w nim z kochanką. Ja rzu­ci­łam stu­dia, żeby pomóc opie­ko­wać się mamą pod­czas dru­giego cyklu che­mio­te­ra­pii, odkła­da­łam każdy grosz na opła­ce­nie rachun­ków medycz­nych, a on gdzie wtedy był? Sie­dział w sztor­miaku na plaży i pił pinot noir z Tą Kobietą?

Ode­pchnę­łam od sie­bie tę myśl, wsia­dłam do samo­chodu i poczu­łam pod udami roz­grzaną skórę fotela. Zje­cha­łam z kra­węż­nika, otwie­ra­jąc po dro­dze okno.

Na końcu ulicy skrę­ci­łam w lewo i zaczę­łam odda­lać się od wody, w stronę mia­sta. Zatoczka, która roz­cią­gała się na prawo od drogi, bły­skała plam­kami migo­czą­cego świa­tła pro­sto w okno samo­chodu, a roz­grzany wiatr huczał mi w uszach. Poczu­łam się, jakby mój świat prze­stał na chwilę ist­nieć. Prze­pły­wa­łam a to obok stadka skąpo ubra­nych nasto­lat­ków, któ­rzy kłę­bili się pod budką z hot dogami po mojej lewej stro­nie, a to obok rodzi­ców z dziećmi, sto­ją­cych w kolejce do lodziarni po pra­wej, a to obok gru­pek rowe­rzy­stów, jadą­cych na plażę.

Kiedy wpły­nę­łam na główną ulicę, budynki zaczęły zbli­żać się do sie­bie, aż w końcu stło­czyły się ściana przy ścia­nie: maleńka wło­ska restau­ra­cja z tara­sami poro­śnię­tymi wino­ro­ślą kle­iła się do sklepu z desko­rol­kami, który przy­tu­lał się do irlandz­kiego pubu, a ten z kolei do sta­ro­świec­kiego sklepu ze sło­dy­czami, za któ­rym znaj­do­wała się wresz­cie kawiar­nia Pat’s Cof­fee – nie mylić z sie­ciówką Peet’s Cof­fee, cho­ciaż szyld wyglą­dał tak, jakby cho­dziło wła­śnie o to, żeby je mylić.

Wje­cha­łam na miej­sce par­kin­gowe i wsko­czy­łam do przy­jem­nie chłod­nych, kli­ma­ty­zo­wa­nych pomiesz­czeń kawiarni Pat nie Peet. Deski pod­łogi poma­lo­wano tu na biało, a ściany były gra­na­towe, upstrzone srebr­nymi gwiazd­kami, które wiro­wały mię­dzy sto­li­kami, prze­ty­kane tylko od czasu do czasu banal­nymi sen­ten­cjami w ram­kach, przy­pi­sy­wa­nymi „Ano­ni­mowi”. Sala kawiar­niana otwie­rała się bez­po­śred­nio na jasno oświe­tloną księ­gar­nię, a nad przej­ściem wid­niała wyma­lo­wana tą samą, dobrze wró­żącą srebrną farbą nazwa PAT’S BOOKS. Na zapad­nię­tych fote­lach w tyl­nym kącie sie­działa para sta­rusz­ków w blu­zach pola­ro­wych. Byli tu jedy­nymi gośćmi poza mną i kobietą w doj­rza­łym śred­nim wieku sto­jącą za ladą.

– Chyba za ład­nie dzi­siaj, żeby sie­dzieć w czte­rech ścia­nach – ode­zwała się baristka, jakby czy­tała mi w myślach. Miała szorstki głos i krót­kie blond włosy, a małe złote kółka w jej uszach zabły­sły w łagod­nym świe­tle, kiedy mach­nęła do mnie zapra­sza­jąco dło­nią o bla­do­ró­żo­wych paznok­ciach. – Nie wstydź się. Tutaj wszy­scy jeste­śmy rodziną.

Uśmiech­nę­łam się.

– Oby nie.

Pac­nęła w ladę i się roze­śmiała.

– Fakt, z rodziną bywa róż­nie – zgo­dziła się. – Co dla cie­bie?

– Podwójne espresso.

Poki­wała mądrze głową.

– A więc ten typ. A skąd cię tu w ogóle przy­wiało, złotko?

– Teraz aku­rat z Nowego Jorku. Wcze­śniej z Ohio.

– O, mam rodzinę w Nowym Jorku. W sta­nie, nie w mie­ście. Ale ty pew­nie mia­łaś na myśli mia­sto, co?

– Dziel­nicę Queens – potwier­dzi­łam.

– W życiu tam nie byłam – oświad­czyła. – Mleko? Albo jakiś syrop?

– Tro­chę mleka popro­szę.

– Pełne? Pół­tłu­ste? Pół­pro­cen­towe?

– Wszystko jedno. Nie jestem wybredna, jeśli cho­dzi o pro­centy.

Odchy­liła głowę do tyłu i znowu się roze­śmiała, a potem zaczęła powoli gme­rać przy eks­pre­sie.

– Kto by miał na to czas? Słowo daję, nawet tu, w North Bear Sho­res, świat bie­gnie za szybko. Może gdy­bym sama piła to twoje podwójne espresso, patrzy­ła­bym na to ina­czej.

Baristka, która nie pija espresso, nie jest może ide­ałem, ale i tak z miej­sca polu­bi­łam kobietę w zło­tych kol­czy­kach. Szcze­rze mówiąc, polu­bi­łam ją tak bar­dzo, że poczu­łam w sobie deli­katne ukłu­cie tęsk­noty.

Za dawną Janu­ary. Tą, która uwiel­biała urzą­dzać imprezy tema­tyczne i zała­twiać prze­bra­nia dla całej grupy, która nie mogła wybrać się na sta­cję ben­zy­nową albo sta­nąć w kolejce na pocztę, żeby nie umó­wić się na kawę albo na wer­ni­saż wystawy z kimś, kogo wła­śnie poznała. W komórce mia­łam poza­pi­sy­wane takie zagad­kowe kon­takty jak „Sarah, bar Anchor, śliczny pies” albo „Mike, wła­ści­ciel tego nowego sklepu ze sta­ro­ciami”. Nawet Shadi pozna­łam w toa­le­cie w piz­ze­rii, kiedy wyszła z kabiny w naj­pięk­niej­szych koza­kach, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Bra­ko­wało mi tego nie­od­par­tego zacie­ka­wie­nia ludźmi, tej iskry pod­eks­cy­to­wa­nia, kiedy różne osoby uświa­da­miają sobie, że coś je łączy, albo podziwu, kiedy odkry­wają ukryty talent lub cechę.

Cza­sem tęsk­ni­łam po pro­stu za lubie­niem ludzi.

Ale tej baristki nie dało się nie lubić. Nawet gdyby kawa była fatalna, wie­dzia­łam, że tu wrócę. Nało­żyła pla­sti­kową pokrywkę na kubek i posta­wiła go przede mną.

Pierw­szy raz na koszt firmy – powie­działa. – Obie­caj tylko, że wró­cisz.

Uśmiech­nę­łam się i przy­rze­kłam, że tak zro­bię, po czym wci­snę­łam swój ostatni bank­not jed­no­do­la­rowy do sło­iczka na napiwki, a kobieta wró­ciła do wycie­ra­nia bla­tów. Skie­ro­wa­łam się do wyj­ścia, ale zaraz przy­sta­nę­łam, bo w mojej gło­wie roz­legł się głos Anyi: Heeeeej, cukie­reczku! NAPRAWDĘ nie chcę się wtrą­cać, ale sama wiesz, że kluby książki to dla cie­bie WYMA­RZONY rynek. Jeśli już WESZŁAŚ do księ­garni w małym mia­steczku, to koniecz­nie powin­naś się przy­wi­tać!

Wie­dzia­łam, że moja Wyima­gi­no­wana Anya ma rację. W tej chwili liczył się dla mnie każdy sprze­dany egzem­plarz.

Przy­le­pi­łam do twa­rzy uśmiech i prze­szłam przez drzwi do księ­garni. Gdy­bym tylko mogła prze­nieść się w cza­sie i wło­żyć na sie­bie cokol­wiek, byle nie ten strój à la Jes­sica Simp­son z tele­dy­sków z dwa tysiące dru­giego roku.

Wzdłuż ścian księ­ga­renki stały niskie dębowe regały, a mię­dzy nimi wił się labi­rynt jesz­cze mniej­szych pó­łek. Przy kasie nikogo nie było, więc w ocze­ki­wa­niu zer­k­nę­łam na trio gim­na­zja­li­stek z apa­ra­tami na zębach, sto­ją­cych w dziale roman­sów, żeby się upew­nić, że to nie z moich ksią­żek mają taki ubaw. Cała nasza czwórka mia­łaby traumę do końca życia, gdy­bym popro­szona przez sprze­dawcę o pod­pi­sa­nie dostęp­nych egzem­pla­rzy odkryła Roz­ko­sze połu­dnia w rękach rudo­wło­sej. Dziew­czyny zachły­snęły się i zachi­cho­tały, a rudo­włosa przy­ci­snęła książkę do piersi, odsła­nia­jąc okładkę: pół­nagi męż­czy­zna cału­jący się z kobietą, a dookoła pło­mie­nie. Zde­cy­do­wa­nie nie moja.

Upi­łam łyk kawy i pospiesz­nie wyplu­łam ją z powro­tem do kubka. Sma­ko­wała jak błoto.

– Prze­pra­szam za zwłokę, złotko. – Szorstki głos dobiegł zza mojego ramie­nia, więc obró­ci­łam się, żeby spoj­rzeć na kobietę klu­czącą w moją stronę mię­dzy krę­tymi rzę­dami pó­łek. – Moje kolana nie ruszają się już tak jak kie­dyś.

Z początku myśla­łam, że to sio­stra bliź­niaczka baristki, że razem otwo­rzyły rodzinny biz­nes, ale potem się zorien­to­wa­łam, że kobieta po dro­dze do kasy zdej­muje z talii szary far­tuch z napi­sem „Pat’s Cof­fee”.

– Dasz wiarę, że kie­dyś byłam mistrzy­nią rol­ler derby? – zagad­nęła, rzu­ca­jąc zmięty far­tuch na ladę. – Możesz wie­rzyć albo nie, ale byłam.

– W tym momen­cie nie zdzi­wi­łoby mnie, gdy­byś się oka­zała bur­mi­strzy­nią North Bear Sho­res.

Wybuch­nęła rubasz­nym śmie­chem.

– O nie, to aku­rat nie! Cho­ciaż gdyby mnie wybrali, to może coś bym tu ruszyła! Ta mie­ścina jest cud­nym zagłę­biem pro­gre­sy­wi­zmu w naszym sta­nie, ale ci, co decy­dują o kasie, to na­dal banda ską­pi­ra­deł.

Stłu­mi­łam uśmiech. Te same słowa spo­koj­nie mogłyby paść z ust mojego taty. Prze­szył mnie gwał­towny ból, ostry i gorący jak pogrze­bacz.

– Nie zwra­caj uwagi na mnie i na moje o-pi-nie – wyar­ty­ku­ło­wała, uno­sząc gęste popie­late brwi. – Jestem jedy­nie skromną przed­się­bior­czy­nią. W czym mogę ci pomóc, sło­dziutka?

– Chcia­łam się tylko przed­sta­wić – przy­zna­łam. – Wła­ści­wie to jestem pisarką, wydaję w Sandy Lowe Books i przy­je­cha­łam tu na lato, więc pomy­śla­łam, że mogę się przy­wi­tać i pod­pi­sać swoje książki, jeśli masz coś u sie­bie.

– Oooch, kolejna pisząca osoba w mie­ście! – wykrzyk­nęła. – To cudow­nie! Wiesz, North Bear przy­ciąga wielu arty­stów. To chyba ten nasz styl życia. No i jesz­cze uni­wer­sy­tet. Mamy tu naj­róż­niej­szych wol­no­my­śli­cieli. Świetna, mała spo­łecz­ność. Spodoba ci się u nas… – Spo­sób, w jaki urwała tę wypo­wiedź, suge­ro­wał, że ocze­kuje, żebym uzu­peł­niła zda­nie swoim imie­niem.

– Janu­ary – pod­su­nę­łam skwa­pli­wie. – Andrews.

– Pat – przed­sta­wiła się i uści­snęła mi dłoń z werwą godną woj­sko­wego, który wła­śnie zakrzyk­nął: Daj grabę, synu!

– Pat? – zdzi­wi­łam się. – Ta słynna Pat od Pat’s Cof­fee?

– Wła­śnie ta. W dowo­dzie mam wpi­sane Petu­nia. Ale co to za imię? – Udała odruch wymiotny. – Poważ­nie, czy ja ci wyglą­dam na petu­nię? Czy kto­kol­wiek wygląda jak petu­nia?

Pokrę­ci­łam głową.

– No, chyba że nowo­ro­dek w kwie­ci­stych polie­stro­wych śpiosz­kach.

– Jak tylko nauczy­łam się mówić, napra­wi­łam ten błąd. Tak czy siak, Janu­ary Andrews. – Pat pode­szła do kom­pu­tera i wystu­kała moje nazwi­sko na kla­wia­tu­rze. – Zobaczmy, czy mam tu twoją książkę.

Ni­gdy nie popra­wia­łam ludzi, któ­rzy mówili „książka”, a nie „książki”, ale cza­sem to zało­że­nie potra­fiło dotknąć mnie do żywego. Czu­łam się, jakby uwa­żali, że zro­bi­łam karierę fuk­sem. Jak­bym kich­nęła i wyszła mi z tego powieść.

Zda­rzały się też osoby, które zacho­wy­wały się, jak­by­śmy były razem w jakiejś żar­to­bli­wej kon­spi­ra­cji, kiedy po roz­mo­wie o sztuce albo poli­tyce, dowia­dy­wały się, że piszę lekką prozę kobiecą: „Z cze­goś trzeba żyć, nie?” – stwier­dzały, nie­mal bła­ga­jąc mnie o przy­zna­nie, że tak naprawdę nie chcę pisać ksią­żek o kobie­tach albo o miło­ści.

– Wygląda na to, że nic nie mamy – ode­zwała się Pat, odry­wa­jąc wzrok od ekranu. – Ale wiesz co zro­bimy? Zaraz zamó­wię parę egzem­pla­rzy.

– Byłoby świet­nie! – odpar­łam. – Może mogły­by­śmy nawet zor­ga­ni­zo­wać jakieś warsz­taty tego lata.

Pat otwo­rzyła usta z zachwytu i chwy­ciła mnie za ramię.

– Mam pomysł, Janu­ary Andrews! Musisz przyjść na spo­tka­nie naszego klubu książki. Wpad­nij koniecz­nie! To świetny spo­sób na wej­ście w śro­do­wi­sko. Spo­ty­kamy się w ponie­działki. Dasz radę w ponie­dzia­łek? Jutro?

Anya w mojej gło­wie szep­nęła: Wiesz, skąd się wziął feno­men Dziew­czyny z pociągu? Z klu­bów książki.

To było wyzwa­nie. Ale polu­bi­łam Pat.

– Ponie­dzia­łek będzie okej.

– Fan­ta­stycz­nie. Pode­ślę ci adres. Siódma wie­czo­rem, dużo alko­holu i kupa śmie­chu. – Wycią­gnęła z biurka wizy­tówkę i podała mi ją przez blat. – Spraw­dzasz mejla, tak?

– Bez prze­rwy.

Pat uśmiech­nęła się sze­rzej.

– To napisz do mnie, a ja prze­ślę ci na jutro wszyst­kie szcze­góły.

Obie­ca­łam, że tak zro­bię, obró­ci­łam się w stronę wyj­ścia i pra­wie wpa­dłam na sto­lik z eks­po­zy­cją. Pira­mida ksią­żek się zachwiała i kiedy tak sta­łam i patrzy­łam, czy się prze­wróci, uświa­do­mi­łam sobie, że są to egzem­pla­rze jed­nej i tej samej książki, a na każ­dej wid­nieje nalepka obwiesz­cza­jąca, że w środku znaj­duje się auto­graf.

Po ple­cach prze­biegł mi nie­po­ko­jący dreszcz.

Na abs­trak­cyj­nej czarno-bia­łej okładce, pod tytu­łem Obja­wie­nia wid­niało wypi­sane kan­cia­stą czcionką jego nazwi­sko. Wszystko zaczęło mi się ukła­dać w gło­wie jak kostki domina pocią­ga­jące za sobą kolejne olśnie­nia. Nie zamie­rza­łam mówić tego na głos, cho­ciaż nie wiem, czy mi się nie wyrwało.

Bo w tym momen­cie zadzwo­nił dzwo­nek nad drzwiami księ­garni, a kiedy pod­nio­słam wzrok, zoba­czy­łam wła­śnie jego. Oliw­kowa cera. Kości policz­kowe, które mogłyby zra­nić. Wykrzy­wiony kącik ust i ochry­pły głos, któ­rego nie mogłam zapo­mnieć. Zmierz­wione ciemne włosy, które natych­miast wyobra­zi­łam sobie oto­czone aure­olą bla­sku jarze­niówki.

Augu­stus Eve­rett. Gus, jak mówi­li­śmy na niego na stu­diach.

– Eve­rett! – zawo­łała ser­decz­nie Pat.

Mój sąsiad, Gbur.

I wtedy zro­bi­łam to, co zro­bi­łaby na moim miej­scu każda roz­sądna, doro­sła kobieta, kiedy staje twa­rzą w twarz ze swoim rywa­lem z cza­sów stu­denc­kich, który nagle oka­zuje się jej sąsia­dem. Dałam nura za naj­bliż­szy regał.

4. Usta

4

Usta

Co było naj­gor­sze w rywa­li­zo­wa­niu z Gusem Eve­ret­tem na stu­diach? Pew­nie to, że nie byłam nawet pewna, czy on jest świa­domy tej rywa­li­za­cji. Był trzy lata star­szy ode mnie, rzu­cił liceum, a maturę zdał dopiero po kilku latach pracy przy kopa­niu gro­bów, dosłow­nie. Dowie­dzia­łam się o tym wszyst­kim, bo każde kolejne opo­wia­da­nie, które przed­sta­wiał pod­czas pierw­szego seme­stru stu­diów, nale­żało do zbioru skon­cen­tro­wa­nego wokół tematu cmen­ta­rza, na któ­rym pra­co­wał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki