Wschodni grom - Jakub Pawełek - ebook + książka

Wschodni grom ebook

Jakub Pawełek

4,4
34,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Maj 2015
Gigantyczna eksplozja niszczy polską magistralę przemysłową. Wszystkie tropy prowadzą do Moskwy, która gwałtownie zaprzecza. Na Bałtyku i przy naszych wschodnich granicach dochodzi do zbrojnych incydentów.

Tymczasem chiński koncern chce przejąć rosyjski Gazprom. Rosji to się nie podoba. Dochodzi do fali zamieszek. Moskwa zakręca Chinom kurek z gazem.
W odwecie ogromny czerwony smok uderza całą swoją potęgą. Zaczyna się od cybernetycznego ataku, który paraliżuje system obrony atomowej Rosji. Przez wschodnie granice na Syberię wkracza największa armia świata...

Nadchodzi czas generałów.
Po której stronie konfliktu stanie Polska? Uderzy na Rosję? A może stanie się jej sojusznikiem?

Wizja III Wojny Światowej.
Przerażająca, niszczycielska i co najgorsze bardzo realna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 898

Oceny
4,4 (104 oceny)
53
45
4
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jakub Pawełek

WSCHODNI GROM

© 2014 Jakub Pawełek

© 2014 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

Redakcja techniczna, typografia, ePub:

Dominik Trzebiński Du Châteaux, [email protected]

Ilustracja na okładce: Tomasz Tworek

ISBN 978-83-64523-03-8

Ustroń 2014

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Dedykuję Tobie.

Kuba

ROZDZIAŁ I

Kompleks Kasprzaka, Warszawa, Polska | 25 maja 2015, godzina 14:22

– Kie­dy otrzy­mał pan po raz pierw­szy wy­ni­ki po­mia­rów? – Ja­kub Ja­strzęb­ski, agent ABW w ran­dze po­rucz­ni­ka, spoj­rzał po­now­nie na zgrab­ny sto­sik kar­tek spo­czy­wa­ją­cy na szkla­nym bla­cie sto­łu.

– Trzy ty­go­dnie te­mu, tak jak mó­wi­łem. – Jan Szub­ski stał przy oknie, a wła­ści­wie kwar­co­wej ta­fli, któ­ra od­dzie­la­ła go od dzie­dziń­ca sie­dzi­by pol­skie­go kon­cer­nu wy­do­byw­cze­go. Kom­pleks, wznie­sio­ny czę­ścio­wo na osno­wie dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Ga­zow­ni War­szaw­skiej, był ty­po­wą dla za­chod­niej Eu­ro­py syn­te­zą prze­my­sło­wej spu­ści­zny i no­wo­cze­sne­go de­si­gnu. Ce­gla­ne bu­dyn­ki by­łej ga­zow­ni nie za­tra­ci­ły swo­jej świet­no­ści, re­mon­to­wa­ne i utrzy­my­wa­ne w do­brym sta­nie przez licz­nych kon­ser­wa­to­rów dba­ją­cych o god­ny wi­ze­ru­nek in­fra­struk­tu­ry cen­tra­li.

– I wy­słał je pan po­now­nie do spraw­dze­nia? – Ja­strzęb­ski prze­tarł dło­nią oczy i spoj­rzał na od­wró­co­ne­go ple­ca­mi pre­ze­sa. Spo­tka­nie prze­cią­ga­ło się. Po­łu­dnie mi­nę­ło już do­bre dwie go­dzi­ny te­mu.

– Już pa­nu mó­wi­łem, wró­ci­ły do mnie ty­dzień póź­niej. Ob­li­cze­nia nie kła­ma­ły, nie je­ste­śmy w sta­nie eks­plo­ato­wać ca­ło­ści złóż. Co się dzia­ło da­lej z ra­por­tem, do­brze pan wie, po­rucz­ni­ku. – Szub­ski od­wró­cił się. Je­go ciem­ne oczy nie wy­ra­ża­ły nic po­za wście­kło­ścią. Gdy­by mógł pa­lić wzro­kiem, w miej­scu, w któ­rym sie­dział Ja­strzęb­ski, znaj­do­wa­ła­by się kup­ka po­pio­łu.

– Na­tu­ral­nie… Ro­zu­miem, że zgod­nie z po­le­ce­nia­mi roz­po­czął pan wstęp­ne ne­go­cja­cje z Ame­ry­ka­na­mi? – Po­rucz­nik jesz­cze raz prze­wer­to­wał opa­słe to­mi­sko ra­por­tu. Mu­siał za­jąć czymś rę­ce. Czuł ogar­nia­ją­ce go znu­że­nie i nie chciał, by zdra­dzi­ło go wła­sne cia­ło.

– A jak pan my­śli? Mie­li­śmy ja­kieś wyj­ście? Dwa­dzie­ścia pro­cent… tyl­ko ty­le je­ste­śmy w sta­nie wy­do­być sa­mi, resz­ta jest za głę­bo­ko. Ewen­tu­al­nie w rę­kach za­gra­nicz­nych kon­cer­nów, któ­re nie ma­ją ta­kich pro­ble­mów. – Szub­ski prze­mie­rzył sa­lę kon­fe­ren­cyj­ną dłu­gi­mi kro­ka­mi w jed­ną i dru­gą stro­nę.

– Ki­lo­metr to cał­kiem spo­ro. Ja­kim cu­dem nie za­nie­po­ko­ił się pan aż ta­ki­mi roz­bież­no­ścia­mi mię­dzy sy­mu­la­cja­mi a rze­czy­wi­sty­mi wy­ni­ka­mi po­mia­rów?

– Mam być cał­kiem szcze­ry? – Szub­ski nie cze­kał, aż po­rucz­nik od­po­wie. – Kie­dy po­mył­ka wy­szła na jaw, my­śla­łem, że szlag mnie tra­fi. Nie chciał­bym przy­po­mi­nać, że po­za wspól­nym do­brem cho­dzi też o mo­ją ka­rie­rę, a zga­du­ję, że do­brze pan wie, co mnie cze­ka po za­koń­cze­niu roz­mów z Exxon­Mo­bil? – Szub­ski zro­bił kwa­śną mi­nę, po­rucz­nik wi­dział od­bi­cie je­go twa­rzy w szkla­nej ścia­nie.

– Nie­ste­ty, nie jest to przed­mio­tem…

– Gów­no praw­da. Do­brze pan wie, że z dniem, w któ­rym pod­pi­sze­my z Ame­ry­ka­na­mi no­wą umo­wę, je­stem zo­bo­wią­za­ny zło­żyć dy­mi­sję. Nie trze­ba być taj­nia­kiem, że­by dojść do ta­kich wnio­sków, a pan na idio­tę nie wy­glą­da.

– Ro­zu­miem, że tar­ga­ją pa­nem emo­cje, ale pro­szę pa­mię­tać, że… – Ja­strzęb­skie­mu prze­rwał na­stęp­ny wy­buch pre­ze­sa PGNiG.

– Pa­mię­tać, że co? Co ma mi pan jesz­cze do po­wie­dze­nia? W Mo­skwie za­no­szą się ze śmie­chu i ma­ją ra­cję! Ja­kie pań­stwo po­peł­nia ta­kie błę­dy? To jest moż­li­we tyl­ko u nas! Je­śli jest ja­kaś rzecz, któ­rą da się do­ku­ment­nie spie­przyć, moż­na być pew­nym, że nam się uda.

Tym ra­zem Szub­ski od­wró­cił się do Ja­strzęb­skie­go i pod­szedł do szkla­ne­go sto­łu. Oparł się o nie­go i po­chy­lił w stro­nę po­rucz­ni­ka.

– Ni­g­dy wcze­śniej nie przy­tra­fi­ła nam się po­dob­na wpad­ka, w ca­łej mo­jej ka­rie­rze nie by­ło po­dob­ne­go in­cy­den­tu. Pan nie ma po­ję­cia, w ja­kiej je­stem obec­nie sy­tu­acji.

Przez chwi­lę w po­miesz­cze­niu pa­no­wa­ła mar­twa ci­sza. Szub­ski nie od­ry­wał wzro­ku od Ja­strzęb­skie­go. Ten od­wza­jem­nił się tym sa­mym. Po­wie­trze gęst­nia­ło mię­dzy ni­mi, jak­by mia­ło za­raz eks­plo­do­wać. Któ­ryś mu­siał ustą­pić.

– My­śli pan, że tyl­ko na pa­nu cią­ży od­po­wie­dzial­ność? Od­de­le­go­wa­nie do ta­kiej spra­wy wy­sta­wia mnie i mój ze­spół na ostrzał nie tyl­ko re­sor­tu, ale i me­diów. Pro­szę pa­mię­tać, że od na­szej wspól­nej pra­cy za­le­ży to, jak szyb­ko i jak efek­tyw­nie wy­brnie­my z te­go szam­ba. Chcę te­go tak sa­mo jak pan. Pro­szę więc współ­pra­co­wać, ina­czej nic z te­go nie wyj­dzie. Po­le­ci i pa­na, i mo­ja gło­wa. – Ja­strzęb­ski od­chy­lił się w wy­god­nym fo­te­lu i po­pra­wił kra­wat. Brą­zo­we oczy zo­gni­sko­wa­ły się na twa­rzy Szub­skie­go. Usta ści­śnię­te w kre­skę roz­luź­ni­ły się, Szub­ski ode­rwał się od sto­łu, pod­parł pod bo­ki i ob­ró­cił wo­kół wła­snej osi.

– Prze­pra­szam, ja po pro­stu… To kosz­tu­je mnie ogrom­nie du­żo ner­wów. – Pre­zes po­pra­wił kra­wat i za­śmiał się sam do sie­bie.

– Wca­le mnie to nie dzi­wi. Pro­szę pa­mię­tać, że jest pan w do­brych rę­kach. Za­le­ży nam na wy­ja­śnie­niu spra­wy rów­nie moc­no jak pa­nu. Nie­ste­ty, bę­dzie pan mu­siał skła­dać wy­ja­śnie­nia jesz­cze kil­ku­krot­nie. Te­go wy­ma­ga pro­ce­du­ra. Nie mo­że­my po­mi­nąć ni­cze­go, co mo­gło spo­wo­do­wać błąd pod­czas ob­li­czeń. – Ja­strzęb­ski roz­luź­nił się. Nie chciał jesz­cze bar­dziej utrud­niać re­la­cji mię­dzy pre­ze­sem PGNiG a ABW. Pa­mię­tał swo­je pierw­sze spo­tka­nie z Szub­skim, krzy­ki, wza­jem­ne oskar­że­nia i ab­so­lut­ny brak za­ufa­nia. Nor­mal­ne, kie­dy do drzwi oso­by pu­blicz­nej pu­ka Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go. Mi­nę­ły dłu­gie dni, za­nim uda­ło im się wy­pra­co­wać efek­tyw­ną ko­mu­ni­ka­cję. Szli­fo­wa­nie jej by­ło w to­ku.

– Oczy­wi­ście, pa­nie po­rucz­ni­ku, ro­zu­miem.

– Kie­dy za­czy­na­ją się ne­go­cja­cje z Ame­ry­ka­na­mi? – Ja­strzęb­ski po­sta­no­wił od­biec na chwi­lę od głów­ne­go te­ma­tu.

– Za kil­ka dni. Jan­ke­si są pew­ni, że ugra­ją na nas na­stęp­ne kon­ce­sje, ale nie ma­ją szans. Ku­pi­my od nich ma­szy­ny i ca­łą in­fra­struk­tu­rę, któ­ra umoż­li­wi zej­ście na od­po­wied­nią głę­bo­kość i szcze­li­no­wa­nie. Zy­ski mu­szą być zbli­żo­ne do za­kła­da­nych. Je­śli od­pu­ści­my, ca­ły pro­jekt bę­dzie psu na bu­dę. – Szub­ski wró­cił do swo­je­go na­tu­ral­ne­go sty­lu by­cia. Spiął mię­śnie, jak­by szy­ko­wał się do sko­ku. Ja­strzęb­ski przy­znał w du­chu, że nie wi­dział jesz­cze do tej po­ry tak na­sta­wio­ne­go na suk­ces czło­wie­ka. Praw­dzi­wy re­kin biz­ne­su. I do­brze. W tej chwi­li ta­kich lu­dzi po­trze­bo­wa­li.

– Do­sko­na­le, bę­dzie­my w kon­tak­cie. Za­bie­ram ra­port, jesz­cze raz przej­rzę wszyst­ko ra­zem z na­szy­mi ana­li­ty­ka­mi. – Ja­strzęb­ski wstał z mięk­kie­go fo­te­la. Uświa­do­mił so­bie, że dla ta­kich wy­gód mógł­by za­sia­dać w za­rzą­dzie i ki­wać po­waż­nie gło­wą.

– Ja­sne… – uśmiech­nął się cierp­ko Szub­ski. – Do zo­ba­cze­nia.

Wy­mie­ni­li uści­ski dło­ni. Zbin­do­wa­ny ra­port po­wę­dro­wał do tor­by Ja­strzęb­skie­go. Peł­na ana­li­za mia­ła nie­mal trzy­sta stron wy­dru­ku z wy­kre­sa­mi, słup­ka­mi, nie­koń­czą­cy­mi się cią­ga­mi cyfr i ana­liz. Nad­zwy­czaj­ny opty­mizm wy­ni­ka­ją­cy z ra­por­tu wy­dał się aż nad wy­raz du­ży i przed przed­ło­że­niem go mi­ni­stro­wi go­spo­dar­ki po­sta­no­wio­no spraw­dzić wia­ry­god­ność ob­li­czeń. Do­pie­ro wów­czas za­uwa­żo­no, że przy ob­li­cza­niu głę­bo­ko­ści pe­ne­tra­cji grun­tu przez ma­szy­ny wiert­ni­cze bę­dą­ce na sta­nie kon­cer­nu PGNiG na stro­nie osiem­na­stej ktoś po­sta­wił prze­ci­nek o jed­no miej­sce za bli­sko, co skut­ko­wa­ło tym, że na stro­nie dwie­ście osiem­dzie­sią­tej szó­stej głę­bo­kość od­wier­tu ma­gicz­nie zmniej­szy­ła się o ki­lo­metr.

Na­stęp­ne­go dnia od­po­wie­dzial­ny za te ob­li­cze­nia ze­spół po­że­gnał się ze swo­im dy­rek­to­rem, a je­go pod­opiecz­ni z pre­mią za ukoń­cze­nie ana­li­zy przed koń­co­wym ter­mi­nem.

Ja­strzęb­ski po­cze­kał, aż se­kre­tar­ka otwo­rzy mu drzwi. Zręcz­nie la­wi­ru­jąc ko­ry­ta­rza­mi, wy­szedł przed bu­dy­nek i po­to­czył wzro­kiem po par­kin­gu. Je­go sta­ru­sień­kie Clio bla­dło przy Mer­ce­de­sach i Au­di więk­szo­ści ka­dry za­rzą­dza­ją­cej kon­cer­nu. Wła­śnie z te­go po­wo­du Ja­strzęb­ski po­sta­no­wił nie pod­jeż­dżać bli­żej głów­ne­go wej­ścia i zo­sta­wić sa­mo­chód w od­le­głym ką­cie. Mia­ło to swo­je plu­sy, moż­na by­ło w dro­dze za­pa­lić, a roz­ło­ży­ste to­po­le skry­wa­ły au­to w cie­niu gę­ste­go li­sto­wia. Po­rucz­nik po­mo­co­wał się chwi­lę z zam­kiem i ci­snął tor­bę na sie­dze­nie pa­sa­że­ra. Clio, wzo­rem swo­jej mi­tycz­nej imien­nicz­ki, wy­ma­ga­ło spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia. Ja­strzęb­ski uśmiech­nął się do sie­bie w my­ślach. To wła­śnie tym sa­mo­cho­dem po­je­chał z Mo­ni­ką na pierw­szą wy­ciecz­kę. Za­raz po­tem mi­na po­rucz­ni­ka zrze­dła. Tym sa­mym au­tem je­chał na ostat­nią roz­pra­wę roz­wo­do­wą. Kie­dy to by­ło? Rok, pół­to­ra ro­ku te­mu? Mach­nął rę­ką, szarp­nął za klam­kę i wsko­czył do środ­ka. Z ca­łej si­ły przy­du­sił sprzę­gło do pod­ło­gi. Za­pisz­cza­ło, za­fur­cza­ło, po czym wresz­cie sil­nik od­pa­lił. Ura­do­wa­ny z ko­lej­nej wy­gra­nej ba­ta­lii z ma­szy­ną wrzu­cił pierw­szy bieg i sa­mo­chód po­to­czył się, ter­ko­cząc, w kie­run­ku wy­jaz­du. Ja­strzęb­ski wbił się w sam śro­dek po­po­łu­dnio­wych kor­ków.

Cen­tra­la kon­cer­nu Gaz­prom, Mo­skwa, Ro­sja | 26 ma­ja 2015, go­dzi­na 10:41

– Więc jed­nak to by­ła praw­da! A my­śla­łem, że te plot­ki o po­mył­ce w sza­cun­kach to tyl­ko po­boż­ne ży­cze­nia. Kto by po­my­ślał! Dzię­ki te­mu mo­że­my mieć jesz­cze kil­ka mie­się­cy, że­by jak naj­le­piej ro­ze­grać sy­tu­ację. – Alek­siej Mil­ler, pre­zes za­rzą­du spół­ki Gaz­prom, nie krył zdzi­wie­nia i nie­mal roz­ba­wie­nia sy­tu­acją.

– To dla nas rze­czy­wi­ście do­bra wia­do­mość. Mo­że­my prze­dłu­żyć wie­le kon­trak­tów na eks­port na­sze­go ga­zu. Po­la­cy sa­mi po­sta­wi­li się na po­zy­cji nie­kom­pe­tent­ne­go part­ne­ra. Cięż­ko im bę­dzie od­bu­do­wać za­ufa­nie, a z wy­do­by­ciem też im tro­chę zej­dzie. Ma­my jesz­cze rok, jak nie le­piej. – Fio­dor Bal­szo­głow, oso­bi­sty do­rad­ca we wszel­kich moż­li­wych spra­wach za­gra­nicz­nych i jed­no­cze­śnie pra­wa rę­ka Mil­le­ra, do­sko­na­le wie­dział, jak wy­ko­rzy­stać ta­ki błąd.

– Ra­cja, nie mo­że­my po­zwo­lić, że­by ode­bra­li nam kon­tak­ty i źró­dła zby­tu dla su­row­ców. Kil­ka kra­jów pew­nie po­zo­sta­nie wier­nych i bę­dzie cze­ka­ło na wy­ga­śnię­cie umów z na­mi, że­by przejść na gaz z Pol­ski, ale na­szych sta­łych i bli­skich od­bior­ców mu­si­my utrzy­mać – stwier­dził Mil­ler, pa­trząc na ma­pę Eu­ro­py roz­wie­szo­ną nad rzeź­bio­nym biur­kiem, pa­mię­ta­ją­cym jesz­cze cza­sy ostat­nie­go ca­ra, Mi­ko­ła­ja II.

– Kra­je nad­bał­tyc­kie na pew­no wy­bio­rą opcję pol­ską. Za wszel­ką ce­nę chcą stać się w mia­rę nie­za­leż­ne od Ro­sji. No, mo­że oprócz Li­twy, któ­ra z Pol­ską nie ma naj­cie­plej­szych re­la­cji. My­ślę, że pod wpły­wem od­po­wied­nich na­ci­sków po­ja­wi się moż­li­wość na­kło­nie­nia Li­twi­nów do prze­dłu­że­nia umo­wy na im­port ro­syj­skie­go ga­zu… – szel­mow­sko uśmiech­nął się Bal­szo­głow.

– Za wy­so­ko za­sze­dłeś i prze­sta­jesz lo­gicz­nie my­śleć. Chcesz, by­śmy po­ka­za­li, że za wszel­ką ce­nę się sprze­da­my, że tyl­ko ty­le jest w Ro­sji, gaz i ro­pa, że bez niej bę­dzie­my żreć psy, jak w Le­nin­gra­dzie?! Nie wchodź tam, gdzie cię nie pro­szą. Je­śli bę­dę chciał, że­byś dla na­sze­go zy­sku przy­sta­wiał ko­muś pi­sto­let do skro­ni, to ci o tym po­wiem. Tym­cza­sem zaj­mij się ana­li­zą te­go, co mo­że­my ugrać na tym po­śli­zgu, bez wsz­czy­na­nia woj­ny, je­śli moż­na. – Mil­ler su­ge­styw­nie wska­zał drzwi.

– Oczy­wi­ście, pa­nie pre­ze­sie. – Bal­szo­głow szyb­ko skło­nił się, od­wró­cił i wy­szedł.

– Am­bit­ny du­reń… – po­wie­dział do sie­bie Mil­ler i wró­cił do biur­ka. Mo­cząc usta w ko­nia­ku, spo­glą­dał przez okno na Mo­skwę.

Nad mia­stem nie by­ło ani jed­nej chmu­ry, nie­bie­skie nie­bo roz­po­ście­ra­ło się nad sto­li­cą Ro­sji ską­pa­ne w zło­tych pro­mie­niach słoń­ca. Kon­tem­plo­wał jesz­cze przez chwi­lę wi­dok Trze­cie­go Rzy­mu, kie­dy od­po­czy­nek prze­rwa­ło ter­ko­ta­nie te­le­fo­nu. Le­ni­wie pod­niósł słu­chaw­kę.

– Cześć, Alek­siej, co byś po­wie­dział na spo­tka­nie? – Głos na­le­żał do puł­kow­ni­ka GRU, Bo­ry­sa Czer­ni­szy­na, jesz­cze w cza­sach so­wiec­kich bar­dzo bli­skie­go przy­ja­cie­la Mil­le­ra. Po prze­mia­nach Mil­ler stał się przed­się­bior­cą, a Czer­ni­szyn zo­stał w ar­mii.

– Do­wie­dzia­łeś się cze­goś cie­ka­we­go od swo­ich ko­le­gów czy po pro­stu na­szła cię ocho­ta na chla­nie? – spy­tał Mil­ler.

– Oj, ale się zro­bi­łeś dow­cip­ny! Mam dla cie­bie tro­chę in­for­ma­cji o tym, co za­mie­rza­ją Po­la­cy. Sły­sza­łeś za­pew­ne, że ja­kiś idio­ta po­my­lił się w ob­li­cze­niach i te­raz nie ma­ją czym wy­grze­by­wać ga­zu – ro­ze­śmiał się Czer­ni­szyn.

– Sły­sza­łem, sły­sza­łem. Mo­że być o siód­mej wie­czo­rem na Ar­ba­cie, w tej sa­mej ka­wiar­ni, co zwy­kle? – Tym ra­zem Mil­ler był rze­czo­wy. Wszel­kie in­for­ma­cje mo­gły być te­raz dla nie­go nie­zwy­kle istot­ne.

– Ja­sne. Do zo­ba­cze­nia o siód­mej. – Trzask od­kła­da­nej słu­chaw­ki i głu­chy dźwięk sy­gna­łu te­le­fo­nicz­ne­go za­koń­czy­ły po­łą­cze­nie. Alek­siej Mil­ler miał jesz­cze do spo­tka­nia pra­wie czte­ry go­dzi­ny. Za­brał się go­rącz­ko­wo za czy­ta­nie ra­por­tów z za­gra­nicz­nych od­dzia­łów kon­cer­nu.

Pa­łac Pre­zy­denc­ki, Wil­no, Li­twa | 26 ma­ja 2015, go­dzi­na 17:05

Li­tew­ska pre­zy­dent Da­lia Gry­bau­ska­itė ode­tchnę­ła głę­bo­ko i po­pra­wi­ła nie­na­gan­nie uło­żo­ne man­kie­ty ko­szu­li. Te wy­sta­wa­ły spod tur­ku­so­wej gar­son­ki na re­gu­la­mi­no­we dwa cen­ty­me­try. Jed­nak dla Gry­bau­ska­itė waż­ne by­ły na­wet na­no­me­try. Wy­słu­cha­ła dłu­gie­go mo­no­lo­gu pol­skie­go pre­zy­den­ta, po­to­czy­ła przez chwi­lę wzro­kiem po gu­stow­nie urzą­dzo­nym ga­bi­ne­cie w gma­chu w sa­mym cen­trum sta­re­go mia­sta. Do­pie­ro po kil­ku se­kun­dach ci­szy uśmiech­nę­ła się i po­chy­li­ła nie­znacz­nie nad usta­wio­nym na biur­ku te­le­fo­nem.

– Do­sko­na­le ro­zu­miem, pa­nie pre­zy­den­cie, pro­szę jed­nak pa­mię­tać, że nie je­stem de­spot­ką. Du­żą ro­lę w na­szym pro­ce­sie de­cy­zyj­nym od­gry­wa par­la­ment, a ten jest po­dzie­lo­ny jak ni­g­dy. – Da­lia Gry­bau­ska­itė do­sko­na­le zna­ła an­giel­ski, po­za tym uwa­ża­ła, że tłu­macz tyl­ko prze­dłu­ża i znie­kształ­ca pro­ces wza­jem­ne­go ko­mu­ni­ko­wa­nia się. Po­lak naj­wi­docz­niej wy­zna­wał po­dob­ne za­sa­dy, gdyż i on nie ko­rzy­stał z usług spe­ców od trans­la­cji.

– Da­lia… – Pre­zy­dent po­sta­no­wił przejść na mniej ofi­cjal­ny ton. – Prze­sła­li­śmy wam na­sze naj­now­sze, wie­lo­krot­nie spraw­dzo­ne sy­mu­la­cje. Nie mu­si­cie re­zy­gno­wać z na­szych do­staw. We­dług ra­por­tu eks­plo­ata­cja i trans­fer ga­zu prze­dłu­ży się naj­wy­żej o pół ro­ku.

– Czym bę­dzie­my grzać wo­dę przez te pół ro­ku? Gdy­by to ode mnie za­le­ża­ło, wy­ko­rzy­sta­li­by­śmy re­zer­wy i po­cze­ka­li. Nie mo­gę jed­nak po­dej­mo­wać ta­kiej de­cy­zji sa­mo­dziel­nie, do­brze o tym wiesz. To nie za­le­ży ode mnie… – Gry­bau­ska­itė wy­dę­ła po­ma­lo­wa­ne szmin­ką usta i wes­tchnę­ła, jak­by dla pod­kre­śla­nia wa­gi wy­po­wie­dzia­nych przed chwi­lą słów. Nie mu­sia­ła te­go zresz­tą ro­bić. Sy­tu­acja sa­ma w so­bie by­ła śmier­tel­nie po­waż­na. Li­tew­ski par­la­ment był w strzę­pach, stron­nic­twa za­wią­za­ły pro­wi­zo­rycz­ne ko­ali­cje, któ­re dzień w dzień ście­ra­ły się na ob­ra­dach. Na szczę­ście dla Po­la­ków prze­wa­ża­ła opcja opo­wia­da­ją­ca się za kon­ty­nu­acją współ­pra­cy z Rzecz­po­spo­li­tą. Na py­ta­nia o to, skąd Li­twa bę­dzie czer­pa­ła gaz przez pół ro­ku po wy­ga­śnię­ciu ro­syj­skiej umo­wy, jed­no­gło­śnie od­po­wia­da­no „ja­koś to bę­dzie”, „ma­my re­zer­wy”, „to tyl­ko kil­ka mie­się­cy”. Na­tu­ral­nie Li­twa mo­gła so­bie na to po­zwo­lić, przy mi­kro­sko­pij­nym prze­my­śle i zu­ży­ciu su­row­ców moż­na by­ło po­ku­sić się o po­dob­ną re­to­ry­kę. Nie­mniej by­ła to wo­da na młyn tych po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy. Za­raz po­ja­wi­ły się oskar­że­nia o ko­rup­cję i ule­ga­nie pol­skie­mu lob­by, któ­re hur­tem prze­ku­pi­ło po­ło­wę li­tew­skich par­la­men­ta­rzy­stów. Sło­wem, par­la­ment za­czął przy­po­mi­nać jar­mark.

– Prze­trzy­maj ich. Nie wie­rzę, że nie masz wpły­wu na po­słów. Pro­wa­dzi­my śledz­two. Znaj­dzie­my win­ne­go i w mię­dzy­cza­sie po­zy­ska­my od Ame­ry­ka­nów nie­zbęd­ne ma­szy­ny. Prze­cież ty to wszyst­ko wiesz, Da­lia. – Po­lak nie ustę­po­wał. Li­twa by­ła jed­nym z naj­waż­niej­szych po­ten­cjal­nych od­bior­ców pol­skie­go su­row­ca.

– Mi­nę­ły cza­sy, kie­dy opi­nia pu­blicz­na przyj­mo­wa­ła z po­ko­rą to, co po­wie­dzia­ła gó­ra. Te­raz ona ma wpływ na to, jak kształ­tu­je się po­li­ty­ka Li­twy. Je­śli lu­dzie bę­dą chcie­li, że­by­śmy prze­dłu­ży­li kon­trak­ty z Ro­sją, zro­bi­my to. Słu­żę mo­je­mu na­ro­do­wi, ni­ko­mu in­ne­mu. – Li­tew­ska pre­zy­dent pod­nio­sła nie­znacz­nie ton. Nie­sna­ski mię­dzy Po­la­ka­mi i Li­twi­na­mi by­ły co­dzien­no­ścią, a te­raz w koń­cu ma­lut­ki są­siad mógł dyk­to­wać Pol­sce wa­run­ki i ta mu­sia­ła je przy­jąć.

– Pa­mię­taj, że ja też słu­żę mo­je­mu na­ro­do­wi i zro­bię wszyst­ko, że­by wy­wią­zać się ze swo­ich obo­wiąz­ków. Dla­te­go pro­szę, jak przy­ja­ciel, po­móż za­rów­no nam, jak i Li­twie. Do­brze wiesz, że je­ste­śmy rze­tel­ni i na­szym ce­lem nie jest pro­wa­dze­nie po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej po­przez su­row­ce. Chce­my zbu­do­wać part­ner­stwo, a Li­twa bę­dzie w nim mia­ła sil­ną po­zy­cję. Kie­dyś by­li­śmy so­jusz­ni­ka­mi, mo­że­my być ni­mi po­now­nie. Nie bę­dzie już lep­szej oka­zji. – Po­lak ude­rzył w czu­ły punkt. Li­twa od lat uza­leż­nio­na od ro­syj­skie­go neo­im­pe­ria­li­zmu by­ła sys­te­ma­tycz­nie usa­dza­na na miej­scu za każ­dą pró­bę zwro­tu w kie­run­ku Za­cho­du. Włą­cze­nie w struk­tu­ry NA­TO i po­łą­czo­ne ope­ra­cje na Bał­ty­ku wca­le nie prze­szka­dza­ły Ro­sji w tym, że­by grać na Li­twie pierw­sze skrzyp­ce. Je­śli nie moż­na by­ło mi­li­tar­nie, to przy­naj­mniej go­spo­dar­czo. Ta­ki­mi kro­ka­mi kie­ro­wa­ła się krem­low­ska wier­chusz­ka i Da­lia Gry­bau­ska­itė do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła.

– Za­wsze za­le­ża­ło nam na przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach z Pol­ską, to chy­ba zro­zu­mia­łe. – Li­tew­ska pre­zy­dent mo­men­tal­nie zmie­ni­ła tembr gło­su. Za­du­fa­nie znik­nę­ło jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki. – Hi­sto­ria po­ka­zu­je nam, jak wie­le je­ste­śmy w sta­nie ra­zem osią­gnąć, je­śli jest to oczy­wi­ście part­ner­stwo, a nie he­ge­mo­nia sil­niej­sze­go nad słab­szym…

– To nie ule­ga wąt­pli­wo­ści.

– Pro­ces mu­si się jed­nak to­czyć sa­mo­dziel­nie, par­la­ment jest nie­za­wi­sły. Mo­gę jed­nak za­pew­nić, że wy­słu­cha­my obu stron i wy­bie­rze­my jak naj­le­piej. Dla wszyst­kich.

Wiadomości TVN24 | 29 maja 2015, godzina 19:00

…Na­dzie­je za­czę­ły szyb­ko się roz­wie­wać tuż po tym, jak pre­zes spół­ki PGNiG Jan Szub­ski ogło­sił in­for­ma­cję o błę­dzie ob­li­cze­nio­wym, któ­ry unie­moż­li­wia eks­plo­ata­cję znacz­nej czę­ści złóż ga­zu łup­ko­we­go na te­re­nie Pol­ski. Pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej pre­zes za­zna­czył jed­nak, że trwa­ją pro­ce­du­ry wy­ja­śnia­ją­ce po­wód tak wiel­kiej po­mył­ki. Mó­wi się rów­nież, że za­rząd spół­ki sta­ra się na szyb­ko pod­jąć roz­mo­wy z głów­nym ame­ry­kań­skim kon­cer­nem za­an­ga­żo­wa­nym w wy­do­by­cie łup­ków, fir­mą Exxon­Mo­bil. Roz­mo­wy mia­ły­by na ce­lu po­zy­ska­nie nie­zbęd­nej do od­wier­tów in­fra­struk­tu­ry i ma­szyn. Re­sort go­spo­dar­ki go­dzi się z wy­dat­ka­mi w na­dziei, że dzię­ki szyb­kie­mu wy­ja­śnie­niu spra­wy uda się utrzy­mać ter­mi­ny roz­po­czę­cia do­staw ga­zu łup­ko­we­go na Li­twę i Wę­gry. Z nie­ofi­cjal­nych źró­deł wia­do­mo, że Ame­ry­ka­nie za­miast do udo­stęp­nie­nia in­fra­struk­tu­ry bar­dziej skłon­ni są do za­ku­pu do­dat­ko­wych kon­ce­sji. Eks­per­ci uwa­ża­ją, że re­zul­ta­tem błę­du ob­li­cze­nio­we­go mo­że być na­wet pół­rocz­na zwło­ka w roz­po­czę­ciu pierw­szych od­wier­tów o cha­rak­te­rze eks­plo­ata­cyj­nym. Już te­raz na Li­twie i na Wę­grzech mó­wi się o moż­li­wo­ści prze­dłu­że­nia umów z Ro­sją i od­wró­ce­niu się od pol­skie­go ga­zo­we­go el­do­ra­do. War­to jed­nak za­zna­czyć, że pol­scy po­li­ty­cy wzię­li so­bie spra­wę do ser­ca i ro­bią wszyst­ko, by nie tra­cić za­ufa­nia po­ten­cjal­nych od­bior­ców. Naj­bliż­sze dni po­ka­żą, czy Pol­ska ad­mi­ni­stra­cja po­ra­dzi so­bie ze sto­ją­cym przed nią pro­ble­mem, czy jest to ko­lej­ne ro­bie­nie do­brej mi­ny do złej gry. Dla TVN24 – Lud­mi­ła Gaj­da.

Kreml, Mo­skwa, Ro­sja | 30 ma­ja 2015, go­dzi­na 15:24

Prze­stron­ny ga­bi­net pre­zy­den­ta Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej nie ude­rzał prze­sad­nym prze­py­chem, ale z pew­no­ścią nie moż­na go by­ło na­zwać skrom­nym.

Po­wrót Wła­di­mi­ra Wła­di­mi­ro­wi­cza Pu­ti­na na fo­tel pre­zy­denc­ki nie był dla ni­ko­go nie­spo­dzian­ką. Od po­cząt­ku ka­den­cji je­go po­przed­ni­ka krą­ży­ły po­gło­ski, że Pu­tin ro­bi so­bie je­dy­nie prze­rwę w pia­sto­wa­niu naj­wyż­sze­go sta­no­wi­ska w pań­stwie. Nie­któ­rzy mo­ty­wo­wa­li de­cy­zję pre­zy­den­ta chę­cią chwi­lo­we­go ustą­pie­nia miej­sca bar­dziej no­wo­cze­sne­mu, na­sta­wio­ne­mu na mo­der­ni­za­cję pań­stwa Dmi­tri­jo­wi Mie­dwie­die­wo­wi, in­ni twier­dzi­li, że to je­dy­nie obej­ście ro­syj­skiej kon­sty­tu­cji, w myśl któ­rej pre­zy­dent nie mógł pia­sto­wać swo­je­go urzę­du trzy ka­den­cje pod rząd. Nie­mniej nie­wie­lu Ro­sjan wie­rzy­ło w utrzy­ma­nie wła­dzy w rę­kach Mie­dwie­die­wa, obec­ne­go pre­mie­ra. Przy spo­rym biur­ku pre­zy­den­ta sie­dzia­ło po­za sa­mym go­spo­da­rzem czte­rech lu­dzi: dwóch woj­sko­wych oraz dwóch cy­wi­lów w nie­na­gan­nie skro­jo­nych gar­ni­tu­rach. Zaj­mu­ją­cy miej­sce na skra­ju puł­kow­nik GRU Bo­rys Czer­ni­szyn po­pra­wił się w fo­te­lu. Czer­ni­szyn, któ­ry naj­le­piej czuł się w te­re­nie, nie zno­sił po­dob­nych spo­tkań. Uwa­żał, że więk­szość z nich jest bez­sen­sow­na, a urzęd­ni­cy pań­stwo­wi po­tra­fią je­dy­nie jesz­cze bar­dziej za­gma­twać już i tak za­wi­łe do­nie­sie­nia wy­wia­dow­ców. Spo­tka­nie na Krem­lu, z dwo­ma naj­waż­niej­szy­mi oso­ba­mi w pań­stwie, na­peł­nia­ło jed­nak puł­kow­ni­ka nie ty­le stra­chem, ile po­czu­ciem osa­cze­nia. Nie bał się o bra­ki w in­for­ma­cjach, ja­kie mo­gą in­te­re­so­wać ze­bra­nych, nie­pew­ność bu­dzi­ła ran­ga po­sie­dze­nia. Spo­tka­nie, na któ­re za­pro­sił go pre­mier, mu­sia­ło na ty­le za­in­te­re­so­wać pre­zy­den­ta, że prze­ro­dzi­ło się w swo­isty szczyt.

– Mam na­dzie­ję, że wie pan, po co się tu­taj spo­tka­li­śmy… – nie ty­le za­py­tał, ile stwier­dził Wła­di­mir Pu­tin. – Sy­tu­acja w Pol­sce sta­ła się dla nas naj­lep­szym mo­men­tem do re­ak­cji. Po­la­cy sa­mi po­sta­wi­li się na po­zy­cji nie­kom­pe­tent­ne­go part­ne­ra. Te­raz mu­si­my za­dbać, że­by na­si od­bior­cy su­row­ców na­dal ni­mi po­zo­sta­li. Wa­szym za­da­niem jest po­sta­rać się o to, by pol­ski gaz po­pły­nął do jak naj­mniej­szej licz­by za­in­te­re­so­wa­nych. Li­twa i Ru­mu­nia są tu prio­ry­te­tem. Puł­kow­ni­ku Czer­ni­szyn, ja­kie są obec­nie na­stro­je w kra­jach nad­bał­tyc­kich i w Ru­mu­nii?

– Li­twa jest naj­bar­dziej po­dzie­lo­na. Tam­tej­szy rząd ży­wi ta­ką sa­mą nie­chęć do nas, jak i do Po­la­ków, za­tar­gi hi­sto­rycz­ne na­dal są w ży­ciu po­li­tycz­nym ak­tyw­nym czyn­ni­kiem unie­moż­li­wia­ją­cym pro­wa­dze­nie zdro­we­go dia­lo­gu mię­dzy ty­mi pań­stwa­mi. Nie­co ina­czej przed­sta­wia się sy­tu­acja na Ło­twie i w Es­to­nii. Na­sza bli­ska za­gra­ni­ca mo­że być cięż­kim orze­chem do zgry­zie­nia. Po­kła­da­ją wszel­kie na­dzie­je w Pol­sce, któ­ra mo­że unie­za­leż­nić je od Ro­sji. – Czer­ni­szyn wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu jak stru­na. Spo­dzie­wał się ta­kich py­tań. – Ru­mu­nia rów­nież jest po­dzie­lo­na po­li­tycz­nie. Część człon­ków rzą­du czu­je roz­cza­ro­wa­nie z po­wo­du błę­du Po­la­ków, ist­nie­je spo­ra gru­pa, któ­ra jest skłon­na prze­ko­nać swo­ich par­la­men­tar­nych ko­le­gów do prze­dłu­że­nia kon­tak­tów su­row­co­wych z Ro­sją. We­dług mel­dun­ków na­szych agen­tur w Bu­ka­resz­cie nie bę­dzie pro­ble­mu z, na­zwij­my to, „opo­zy­cją” pro­pol­ską.

– Czy­li jest du­ża szan­sa, że więk­szość na­szych obec­nych od­bior­ców na­dal po­zo­sta­nie przy sta­rych kon­trak­tach? Bar­dzo do­brze. Wa­szym za­da­niem, puł­kow­ni­ku, jest sta­łe mo­ni­to­ro­wa­nie sy­tu­acji w Pol­sce i kra­jach środ­ko­wej Eu­ro­py. Co dzie­je się u na­szych są­sia­dów na za­cho­dzie? – Pu­tin nie spusz­czał ry­bich oczu z nie­ru­cho­me­go Czer­ni­szy­na.

– We­dług naj­śwież­szych mel­dun­ków Pol­ska chce jak naj­szyb­ciej roz­wią­zać pro­blem. Nie ma w tym nic dziw­ne­go, po­mył­ka od­no­śnie do moż­li­wo­ści wy­do­by­cia zszo­ko­wa­ła Po­la­ków. Mo­gę być szcze­ry, pa­nie pre­zy­den­cie? – z lek­ką nie­pew­no­ścią w gło­sie za­py­tał Czer­ni­szyn.

– Od te­go pan tu­taj jest.

– Pra­cu­ję już ja­kiś czas nad spra­wa­mi pol­ski­mi. Moż­na po­wie­dzieć, że znam ten kraj le­piej niż więk­szość Ro­sjan… Są­dzę, że Po­la­cy nie od­da­dzą nam bez wal­ki swo­ich po­ten­cjal­nych klien­tów. Do­brze wie­dzą, że gaz łup­ko­wy to dla nich ogrom­na szan­sa na po­zy­cję… moż­na rzec, li­de­ra su­row­co­we­go w Eu­ro­pie.

– Uwa­ża pan, pa­nie puł­kow­ni­ku, że na­sze środ­ki mo­gą być nie­wy­star­cza­ją­ce do utrzy­ma­nia przy so­bie im­por­te­rów na­szych su­row­ców? – Pu­tin lo­do­wa­tym spoj­rze­niem zmie­rzył Czer­ni­szy­na.

Struż­ka po­tu po­pły­nę­ła puł­kow­ni­ko­wi GRU po ple­cach, wy­wo­łu­jąc mi­mo­wol­ny dreszcz.

– Oczy­wi­ście, że nie, pa­nie pre­zy­den­cie, stwier­dzam tyl­ko, że pol­ska ad­mi­ni­stra­cja zro­bi wszyst­ko, by roz­po­cząć współ­pra­cę z kra­ja­mi nad­bał­tyc­ki­mi, o Wę­grzech nie wspo­mi­na­jąc.

– Ro­zu­miem i na pew­no weź­mie­my pod uwa­gę pań­skie spo­strze­że­nia. Pa­nie pre­mie­rze, w obec­nej sy­tu­acji mu­si­my dzia­łać nie­zwy­kle szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie. Przy­go­tu­je pan ra­zem z mi­ni­strem go­spo­dar­ki wi­zy­ty ro­bo­cze w sto­li­cach dla nas naj­waż­niej­szych. Mu­si­my po­ka­zać, że w nie­pew­nej sy­tu­acji Ro­sja nie opusz­cza swo­ich part­ne­rów. Oni mu­szą w to uwie­rzyć.

– Oczy­wi­ście. Usta­le­nie ter­mi­na­rza i uzgod­nie­nie go z przed­sta­wi­cie­la­mi in­te­re­su­ją­cych nas kra­jów nie po­win­no po­trwać dłu­żej niż dwa ty­go­dnie – od­po­wie­dział Dmi­trij Mie­dwie­diew.

– Do­brze, spra­wą Pol­ski zaj­mie się jak do tej po­ry puł­kow­nik Czer­ni­szyn. Pro­szę na bie­żą­co in­for­mo­wać swo­je­go prze­ło­żo­ne­go o po­su­nię­ciach Po­la­ków. Mu­si­my wie­dzieć jak naj­wię­cej.

– Tak jest, pa­nie pre­zy­den­cie.

– Dzię­ku­ję. W naj­bliż­szym cza­sie cze­ka nas jesz­cze nie­jed­no po­dob­ne spo­tka­nie, tym­cza­sem że­gnam pa­nów.

Po ko­lei obec­ni na ze­bra­niu za­czę­li wsta­wać i opusz­czać ga­bi­net pre­zy­den­ta. Gwar­dzi­sta ze Stra­ży Krem­low­skiej z ka­mien­ną twa­rzą otwo­rzył po­tęż­ne dę­bo­we drzwi. Ostat­ni wy­szedł puł­kow­nik Czer­ni­szyn. Sły­sząc za­trza­sku­ją­ce się za nim po­dwo­je, ob­ró­cił się w ich stro­nę i przez kil­ka se­kund lu­stro­wał kunszt ich wy­ko­na­nia.

„Ale ka­ba­ła, za­no­si się na woj­nę wy­wia­dów” – po­my­ślał i ru­szył scho­da­mi w kie­run­ku wyj­ścia z Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go.

Cen­tra­la Exxon­Mo­bil, Irving, USA | 3 czerw­ca 2015, go­dzi­na 15:41

Czer­wiec w Tek­sa­sie był już wła­ści­wie po­cząt­kiem la­ta. Go­rą­ce po­wie­trze drga­ło nad as­fal­tem dro­gi pro­wa­dzą­cej do sie­dzi­by naj­więk­sze­go na świe­cie po­ten­ta­ta bran­ży naf­to­wej. Jan Szub­ski miał wy­raź­nie dość uciąż­li­we­go upa­łu, na szczę­ście kli­ma­ty­za­cja w wo­zach, któ­re prze­wo­zi­ły pol­ską de­le­ga­cję, dzia­ła­ła bez za­rzu­tu. Za szy­bą po­ja­wi­ły się ni­skie, przy­po­mi­na­ją­ce nie­mal wie­lo­ro­dzin­ne do­my o spłasz­czo­nych czte­ro­spa­do­wych da­chach, bu­dyn­ki kom­plek­su cen­tra­li Exxon­Mo­bil. Ko­lum­na czar­nych sa­mo­cho­dów za­je­cha­ła przed głów­ne wej­ście, gdzie cze­ka­ła już gru­pa pra­cow­ni­ków, któ­ra mia­ła przy­wi­tać Po­la­ków. Szub­ski wy­siadł z sa­mo­cho­du i wraz ze wszyst­ki­mi pod­szedł do śred­nie­go wzro­stu męż­czy­zny w gar­ni­tu­rze o de­li­kat­nym sta­lo­wym ko­lo­rze.

– Wi­ta­my w Tek­sa­sie, pa­nie Szub­ski. Je­stem Ja­son Lam­bert. Mam na­dzie­ję, że upał nie dał się pa­nu we zna­ki?

– Dzień do­bry. Oso­bi­ście wo­lę nie­co chłod­niej­sze miej­sca, ale li­czę na to, że tem­pe­ra­tu­ra roz­mów bę­dzie niż­sza niż na ze­wnątrz – kur­tu­azyj­nie od­po­wie­dział Szub­ski, kie­ru­jąc się ra­zem z Lam­ber­tem do głów­ne­go ho­lu, któ­ry ku­sił cie­niem i kli­ma­ty­zo­wa­nym wnę­trzem.

– Wy­do­by­cie w Pol­sce to nasz wspól­ny in­te­res, za­pew­niam więc, że roz­pa­trzy­my wszyst­kie opcje, aby jak naj­szyb­ciej roz­wią­zać pro­blem.

– Cie­szę się, że uda­ło nam się tak szyb­ko przejść do kon­kret­nych roz­mów. Za­czy­na­my od ra­zu?

– Tak, pre­zes Til­ler­son cze­ka już na pa­na w sa­li po­sie­dzeń, pro­szę za mną. – Lam­bert wska­zał pol­skiej de­le­ga­cji dro­gę do wind. Mi­mo że bu­dyn­ki kom­plek­su nie im­po­no­wa­ły wy­so­ko­ścią, win­dy znacz­nie uspraw­nia­ły po­ru­sza­nie się mię­dzy pię­tra­mi. Krót­ka po­dróż w gó­rę za­koń­czy­ła się za­le­d­wie po pa­ru se­kun­dach. Zna­leź­li się w iden­tycz­nym ko­ry­ta­rzu jak wcze­śniej, z tym że tu­taj by­ło zde­cy­do­wa­nie mniej lu­dzi. Prze­szli kil­ka­na­ście me­trów i za­trzy­ma­li się przed wej­ściem do sa­li po­sie­dzeń. Au­to­ma­tycz­nie otwie­ra­ne drzwi roz­su­nę­ły się i oczom Szub­skie­go uka­za­ła się prze­stron­na, ja­sna sa­la z ma­syw­nym sto­łem po­środ­ku. Ścia­ny po­dob­nie jak w sie­dzi­bie w War­sza­wie wy­ko­na­ne by­ły ze szkła i peł­ni­ły jed­no­cze­śnie funk­cję okien. W środ­ku ze­bra­ło się wie­le osób. Zde­cy­do­wa­nie naj­licz­niej­sza gru­pa ota­cza­ła opie­ra­ją­ce­go się o stół Re­xa Til­ler­so­na, pre­ze­sa Exxon­Mo­bil, któ­ry ży­wo re­ago­wał na wy­po­wie­dzi pra­cow­ni­ków. Kie­dy pol­ska de­le­ga­cja we­szła do po­miesz­cze­nia, Til­ler­son ski­nie­niem dło­ni od­pra­wił swo­ich do­tych­cza­so­wych roz­mów­ców i pew­nym jak na po­nad­sześć­dzie­się­cio­let­nie­go męż­czy­znę kro­kiem ru­szył ku go­ściom.

– Pan Szub­ski! Cie­szę się z na­sze­go po­now­ne­go spo­tka­nia. Mam na­dzie­ję, że po­dróż by­ła kom­for­to­wa. – Til­ler­son uści­snął dłoń Szub­skie­go i ge­stem za­pro­sił wszyst­kich do za­ję­cia miejsc przy sto­le.

– Po­dróż oczy­wi­ście by­ła przy­jem­na, a Tek­sas po­wi­tał nas nie­zwy­kle go­rą­co.

– Przy­ja­cie­lu, w ta­kie upa­ły po­win­ni­śmy wy­brać się do Mia­mi, sie­dzieć na pla­ży i cie­szyć się słoń­cem, a tym­cza­sem je­ste­śmy w pra­cy. Bar­dzo wam się mu­si spie­szyć z ty­mi roz­mo­wa­mi.

– Chce­my po pro­stu jak naj­szyb­ciej roz­wią­zać pro­blem. – Szub­ski roz­piął ma­ry­nar­kę i usiadł w wy­god­nym fo­te­lu obi­tym chłod­ną skó­rą, któ­ra przy­jem­nie ko­iła roz­pa­lo­ne cia­ło.

Dys­po­zy­cje, ja­kie otrzy­mał tuż przed wy­lo­tem do Sta­nów, by­ły jed­no­znacz­ne. Sta­no­wi­sko pol­skiej spół­ki ma być twar­de, ale nie nad­mier­nie. Ame­ry­ka­nie mie­li dać Po­la­kom to, po co ci przy­le­cie­li, ale Szub­ski nie po­wi­nien prze­sa­dzać z wa­lecz­no­ścią. W przy­pad­ku szcze­gól­ne­go opo­ru stro­ny ame­ry­kań­skiej miał wy­ło­żyć na stół swo­je­go asa. Ten ar­gu­ment był zna­ny pod każ­dą sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną – z po­dat­ka­mi się nie wal­czy.

– Do­brze, za­czy­naj­my więc. Przez kil­ka ostat­nich dni ana­li­zo­wa­li­śmy wa­sze ży­cze­nia co do za­ku­pu in­fra­struk­tu­ry nie­zbęd­nej do wy­do­by­cia ga­zu łup­ko­we­go w Pol­sce. Je­ste­śmy szczę­śli­wi, że to nas wy­bra­no ja­ko part­ne­ra do roz­mów. Nie ukry­wa­my, że nam to po­chle­bia… – Rex Til­ler­son za­czął wy­gła­szać go­to­wą for­muł­kę z lek­kim uśmie­chem na twa­rzy. Szub­ski do­brze wie­dział, że pod tą do­bro­dusz­ną ma­ską skry­wa się praw­dzi­wy dra­pież­nik. Wy­star­czy­ło przy­po­mnieć so­bie roz­mo­wy sprzed kil­ku lat – Ame­ry­ka­nie wal­czy­li o każ­dy metr kwa­dra­to­wy zie­mi pod wy­do­by­cie.

– Exxon­Mo­bil to świa­to­wy li­der w bran­ży su­row­co­wej, a wa­sze suk­ce­sy w wy­do­by­ciu łup­ków w sa­mych Sta­nach Zjed­no­czo­nych tyl­ko po­twier­dzi­ły, że pań­ski kon­cern jest naj­od­po­wied­niej­szym part­ne­rem dla Pol­ski. – Szub­ski, rów­nież wy­traw­ny gracz, cze­kał na ko­lej­ne kro­ki ame­ry­kań­skie­go pre­ze­sa.

– Cie­szy­my się, że na­sza współ­pra­ca w tej dzie­dzi­nie trwa już kil­ka lat, tym bar­dziej je­ste­śmy za­in­te­re­so­wa­ni pro­po­zy­cją za­ku­pu od nas ele­men­tów nie­zbęd­nych do wy­do­by­cia w Pol­sce ga­zu łup­ko­we­go. Mu­si­my przy­znać, że pań­ska ofer­ta jest na­szym zda­niem god­na naj­wyż­szej uwa­gi.

– Sza­nu­je­my swo­ich part­ne­rów, dla­te­go pro­po­nu­je­my pa­nu uczci­wą trans­ak­cję.

– Oczy­wi­ście… Nie­mniej na­si ana­li­ty­cy i eks­per­ci su­ge­ru­ją wy­ko­rzy­sta­nie już ist­nie­ją­cej w Pol­sce in­fra­struk­tu­ry wy­do­byw­czej w ce­lu za­że­ga­nia pro­ble­mu eks­plo­ata­cji złóż. – Til­ler­son przy­brał po­waż­ną mi­nę, co mia­ło pod­kre­ślić zna­cze­nie je­go wy­po­wie­dzi.

„Wie­dzia­łem” – po­my­ślał Szub­ski. „Bę­dą chcie­li wy­ssać nas do ostat­niej kro­pli, za­cznie się nie­mi­ła gra”.

Czy­li jed­nak by­ło tak, jak prze­wi­dy­wał mi­ni­ster. Ame­ry­ka­nie po­sta­no­wi­li pro­wa­dzić po­li­ty­kę czy­sto łu­pież­czą. Je­śli dzia­ło­by się to w in­nym miej­scu świa­ta, za­raz spo­tka­ło­by się z ostrą kry­ty­ką Bia­łe­go Do­mu i ogól­nie ro­zu­mia­ne­go świa­ta Za­cho­du. „Nie zła­mie­cie nas. Nie wy­ci­śnie­cie nas jak cy­try­ny. Pol­ska to nie sy­pią­cy się jak do­mi­no Bli­ski Wschód” – do­dał w my­ślach pre­zes PGNiG.

– Wspa­nia­ło­myśl­na pro­po­zy­cja, lecz w ja­ki spo­sób chce pan eks­plo­ato­wać resz­tę złóż? Obec­nie Exxon­Mo­bil wraz z pod­le­ga­ją­cy­mi spół­ka­mi ma pra­wa oraz moż­li­wo­ści tech­nicz­ne do wy­do­by­cia oko­ło trzy­dzie­stu pię­ciu pro­cent złóż ga­zu łup­ko­we­go w Pol­sce.

– Ra­cja, dla­te­go pro­po­nu­je­my roz­sze­rze­nie na­szych praw eks­plo­ata­cyj­nych. Je­śli w tej kwe­stii doj­dzie­my do po­ro­zu­mie­nia, pol­skie pro­ble­my się skoń­czą. Na­tych­miast prze­trans­por­tu­je­my po­trzeb­ną ma­szy­ne­rię oraz zor­ga­ni­zu­je­my in­fra­struk­tu­rę wy­do­byw­czą. Pra­ce opóź­nią się wte­dy je­dy­nie o kil­ka mie­się­cy. Zy­ski dla Pol­ski rów­nież bę­dą nie­po­mier­ne… – Til­ler­son nie re­zy­gno­wał z po­błaż­li­we­go to­nu, czym do­pro­wa­dzał lwią część pol­skiej de­le­ga­cji do pa­sji.

– Pa­nie pre­ze­sie, po­dzi­wiam pań­ską go­to­wość do po­mo­cy, ale oba­wiam się, że roz­sze­rze­nie praw eks­plo­ata­cyj­nych mo­że po­waż­nie za­szko­dzić in­te­re­som Pol­ski w re­gio­nie. Nie chce­my po­ka­zy­wać Ro­sji, że sa­mi nie po­tra­fi­my za­jąć się swo­im po­dwór­kiem, szcze­gól­nie w kwe­stii po­li­ty­ki ener­ge­tycz­nej.

– Nie chciał­bym być im­per­ty­nenc­ki, ale po­przez swój błąd już po­ka­za­li­ście, że nie je­ste­ście od­po­wie­dzial­nym part­ne­rem do in­te­re­sów. Na­sza ofer­ta mo­że szyb­ko zmie­nić tę sy­tu­ację. Pol­ska od­zy­ska utra­co­ną twarz, o ile oczy­wi­ście ze­chce­cie przy­jąć na­szą po­moc… – Til­ler­son wstał i za­czął prze­cha­dzać się po prze­stron­nych wnę­trzach sa­li kon­fe­ren­cyj­nej. – De­cy­zja na­le­ży do pa­na. Orien­tu­je się pan do­sko­na­le, że szu­ka­nie in­nych do­staw­ców in­fra­struk­tu­ry wy­do­byw­czej dla łup­ków mo­że znacz­nie opóź­nić wa­sze wy­do­by­cie.

Jan Szub­ski do­brze wie­dział, że pre­zes Exxon­Mo­bil ma ra­cję. Nie mo­gą so­bie po­zwo­lić na więk­szą zwło­kę w wy­do­by­ciu. Je­śli do te­go doj­dzie, po­le­cą gło­wy, w tym je­go. Świat już się śmie­je z Pol­ski i z jej am­bi­cji. Tym ra­zem nie mo­gą dać za wy­gra­ną. Szef pol­skiej de­le­ga­cji oparł się łok­cia­mi o stół, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z te­go, cze­go bę­dą chcieć Ame­ry­ka­nie, nie są­dził jed­nak, że Til­ler­son tak szyb­ko przy­prze go do mu­ru.

„Zo­ba­czy­my, ile uda nam się wy­wal­czyć w uczci­wych ne­go­cja­cjach” – po­my­ślał.

***

Ko­lej­ny dzień dy­plo­ma­tycz­nych zma­gań za­po­wia­dał się na rów­nie nud­ny jak po­przed­nie. Kil­ko­ro pra­cow­ni­ków ame­ry­kań­skie­go kon­cer­nu we­so­ło kon­wer­so­wa­ło przy au­to­ma­cie z wo­dą, po­pi­ja­jąc chłod­ną ciecz, nie­zbęd­ną pod­czas pa­nu­ją­cych od kil­ku dni upa­łów. Co ja­kiś czas spo­glą­da­li na znaj­du­ją­cą się nie­opo­dal sa­lę po­sie­dzeń, gdzie pre­ze­si Exxon­Mo­bil oraz pol­skie­go kon­cer­nu od kil­ku dni pro­wa­dzi­li roz­mo­wy. Raz na ja­kiś czas sły­sze­li czyjś pod­nie­sio­ny głos. W pew­nej chwi­li sa­lą za­trząsł huk przy­po­mi­na­ją­cy prze­jeż­dża­ją­cy po­ciąg to­wa­ro­wy. Za­in­try­go­wa­ni pra­cow­ni­cy ode­rwa­li się od ra­do­śnie bul­go­czą­ce­go ba­nia­ka i zbli­ży­li do drzwi sa­li kon­fe­ren­cyj­nej. Ha­łas do­bie­ga­ją­cy zza szkla­nych ta­fli z każ­dą se­kun­dą przy­bie­rał na si­le. Tym bar­dziej dzi­wi­ło wszyst­kich, że krzy­cza­ła tyl­ko jed­na oso­ba. W pew­nej chwi­li au­to­ma­tycz­ne drzwi roz­su­nę­ły się, po­na­gla­ne dłoń­mi pre­ze­sa Re­xa Til­ler­so­na, któ­ry z czer­wo­ną twa­rzą wy­strze­lił z sa­li i rzu­ca­jąc co­raz bar­dziej nie­wy­bred­ny­mi in­wek­ty­wa­mi, od­da­lił się w stro­nę swo­je­go ga­bi­ne­tu. Na­wet kie­dy znik­nął już z oczu onie­mia­łych pra­cow­ni­ków, je­go do­no­śny ba­ry­ton prze­ka­zy­wał do ich uszu ko­lej­ne por­cje prze­kleństw. Po chwi­li z opusz­czo­ny­mi gło­wa­mi z sa­li wy­szli Ame­ry­ka­nie, bez żad­nych ko­men­ta­rzy roz­cho­dząc się w stro­nę swo­ich co­dzien­nych miejsc pra­cy. Tyl­ko kil­ka osób przy­sta­nę­ło przy ze­bra­nych obok wej­ścia do sa­li, cięż­kim wzro­kiem mie­rząc opusz­cza­ją­cą miej­sce roz­mów pol­ską de­le­ga­cję, któ­ra z nie­kła­ma­ną sa­tys­fak­cją kie­ro­wa­ła się do wind. Szcze­gól­nie za­do­wo­lo­ny był Jan Szub­ski, któ­ry ogni­sko­wał na so­bie naj­wię­cej żąd­nych krwi spoj­rzeń.

„No to jed­nak wy­gra­li­śmy” – po­my­ślał. „Wie­dzia­łem, że pię­cio­krot­nie wyż­szy po­da­tek grun­to­wy za każ­dy ko­lej­ny hek­tar zie­mi bę­dzie dla Ame­ry­ka­nów cio­sem nie do od­par­cia. Nie są­dzi­łem tyl­ko, że Til­ler­son aż tak za­re­agu­je. Cóż, cel uświę­ca środ­ki. Przy­naj­mniej ma­my in­fra­struk­tu­rę”.

Wia­do­mo­ści TVN24 | 21 czerw­ca 2015, go­dzi­na 10:03

Z dniem dzi­siej­szym na mon­gol­skich pu­sty­niach roz­po­czę­ły się wspól­ne ma­new­ry wojsk mon­gol­skich i chiń­skich. Ćwi­cze­nia woj­sko­we ma­ją­ce na ce­lu po­zo­ro­wa­nie kon­flik­tu lą­do­we­go i po­wietrz­ne­go są pierw­szym te­go ty­pu wy­da­rze­niem we współ­cze­snej hi­sto­rii Chin oraz Mon­go­lii. Pod ko­niec 2011 ro­ku Chi­ny i Mon­go­lia pod­pi­sa­ły wie­lo­let­nie umo­wy go­spo­dar­cze, chcąc w ten spo­sób stwo­rzyć dy­na­micz­nie roz­wi­ja­ją­cy się re­gion w Azji. Jed­nym z ele­men­tów roz­wo­ju jest wza­jem­na współ­pra­ca mi­li­tar­na, co za­owo­co­wa­ło pierw­szy­mi wspól­ny­mi ma­new­ra­mi. War­to wspo­mnieć, że przez naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie w ćwi­cze­niach o kryp­to­ni­mie „Bez­piecz­na Przy­stań” weź­mie udział sto ty­się­cy żoł­nie­rzy, kil­ka­set czoł­gów oraz po­jaz­dów woj­sko­wych i sa­mo­lo­tów. Tak du­ża kon­cen­tra­cja wojsk chiń­skich oraz mon­gol­skich jest sze­ro­ko kry­ty­ko­wa­na przez Ro­sję, któ­ra oba­wia się o swo­je bez­pie­czeń­stwo na gra­ni­cach, a tak­że po­zy­cję po­li­tycz­ną w re­gio­nie Da­le­kie­go Wscho­du… Dla TVN24 – Lud­mi­ła Gaj­da.

Cen­tra­la GRU, Mo­skwa, Ro­sja | 22 czerw­ca 2015, go­dzi­na 21:33

Mło­dy męż­czy­zna w ran­dze ka­pi­ta­na wy­sko­czył z sa­mo­cho­du, rzu­cił kil­ka słów tak­sów­ka­rzo­wi i pew­nym kro­kiem ru­szył ku scho­dom. Po­ko­naw­szy stop­nie, z wy­stu­dio­wa­ną lek­ko­ścią wkro­czył do wy­so­kie­go, przy­jem­nie chłod­ne­go ho­lu. Uśmiech­nął się do znu­dzo­ne­go jak mops straż­ni­ka, któ­ry wzniósł nie­znacz­nie dłoń w ge­ście po­wi­ta­nia. Zdjął czap­kę z ron­dem jak pły­ta star­to­wa lot­ni­skow­ca i prze­cze­sał dło­nią krót­ko ostrzy­żo­ne, ja­sne jak sło­ma wło­sy. Po kil­ku chwi­lach zna­lazł się przed wła­ści­wy­mi drzwia­mi. Za­pu­kał i sły­sząc przy­zwa­la­ją­ce „pro­szę”, wszedł do środ­ka i sta­nął przed biur­kiem se­kre­tar­ki wbi­tej w oliw­ko­wy mun­dur. Dłu­gi i gru­by jak ma­ry­nar­ski sznur war­kocz swo­bod­nie opa­dał na wy­pro­sto­wa­ne ple­cy dziew­czy­ny.

– Ka­pi­tan An­driej Boł­koń­ski. Puł­kow­nik jest u sie­bie? – za­py­tał ofi­cer, oparł­szy się uprzed­nio o wy­so­ki blat.

– Je­ste­ście umó­wie­ni, ka­pi­ta­nie? – Ko­bie­ta zmro­zi­ła go lo­do­wa­tym, szma­rag­do­wym wzro­kiem. Do­pie­ro po chwi­li spoj­rzał na błysz­czą­ce no­wo­ścią dys­tynk­cje. By­ła ma­jo­rem.

– Oczy­wi­ście… – Boł­koń­ski zmie­szał się tyl­ko na se­kun­dę, w oka­mgnie­niu od­zy­skał re­zon. – Puł­kow­nik roz­ka­zał mi na­tych­miast sta­wić się w swo­im ga­bi­ne­cie. To­wa­rzysz­ka ma­jor ze­chce spraw­dzić w ka­je­ci­ku.

Ko­bie­ta ro­bi­ła wszyst­ko, że­by się nie uśmiech­nąć. Nie uda­ło się. Ką­ci­ki ust po­wę­dro­wa­ły lek­ko w gó­rę, zgrab­ne dło­nie prze­wer­to­wa­ły opra­wio­ny skó­rą ka­len­darz. Po chwi­li ma­jor kiw­nę­ła gło­wą i zwró­ci­ła się po­now­nie do ka­pi­ta­na.

– Puł­kow­nik Czer­ni­szyn ocze­ku­je was, ka­pi­ta­nie, mo­że­cie… wejść. – De­li­kat­nie pod­kre­ślo­ne szmin­ką usta roz­chy­li­ły się lek­ko. Boł­koń­ski prze­łknął śli­nę, uśmiech­nął się i na­ci­snął klam­kę bo­ga­to zdo­bio­nych drzwi.

Ga­bi­net był nie­wiel­ki. Ścia­ny za­bu­do­wa­ne re­ga­ła­mi peł­ny­mi opa­słych to­mów nada­wa­ły po­miesz­cze­niu przy­ja­zny cha­rak­ter. Puł­kow­nik Czer­ni­szyn po­na­glił Boł­koń­skie­go ge­stem rę­ki. Po­wie­dzieć, że go­spo­darz był do­brze zbu­do­wa­ny, to ma­ło. Przy­po­mi­nał sza­fę gdań­ską, le­d­wo mie­ścił się w gi­gan­tycz­nym fo­te­lu ob­ro­to­wym. Jak me­bel wy­trzy­my­wał po­nad­stu­ki­lo­gra­mo­wą tu­szę, by­ło dla Boł­koń­skie­go za­gad­ką.

– No, sia­daj­cie… Nie ma cza­su do stra­ce­nia.

Ka­pi­tan po­słusz­nie za­jął miej­sce w fo­te­lu i przy­jął wy­uczo­ną po­zę świad­czą­cą o naj­wyż­szym za­an­ga­żo­wa­niu w spo­tka­nie.

– Spóź­ni­li­ście się. – Czer­ni­szyn wy­dął war­gi i na­lał so­bie do szklan­ki pły­nu z ka­raf­ki. Na­czy­nie ze rżnię­te­go szkła ob­le­pi­ła mgieł­ka.

– Prze­pra­szam, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, kor­ki…

– Jest przed dzie­sią­tą, jesz­cze jed­na łeż i bę­dzie­cie li­czyć re­ni­fe­ry na Kam­czat­ce.

– Tak jest, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku. – Ka­pi­tan spo­waż­niał jesz­cze bar­dziej.

– No i tak ma być. Nie my­śl­cie so­bie, że sko­ro naj­szyb­ciej w hi­sto­rii do­słu­ży­li­ście się w GRU ran­gi ka­pi­ta­na, to bę­dzie­cie spe­cjal­nie trak­to­wa­ni. Wie­cie, po co zo­sta­li­ście we­zwa­ni? Wa­sza ope­ra­cja w Uz­be­ki­sta­nie nie uszła uwa­dze Krem­la, ow­szem. Ale chy­ba nie spo­dzie­wa­cie się te­raz wy­jąt­ko­wych wzglę­dów? – Czer­ni­szyn sap­nął, zmę­czo­ny tak dłu­gą wy­po­wie­dzią.

– Na­tu­ral­nie, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku. Po­la­cy? – strze­lił Boł­koń­ski. Tak na­praw­dę do­brze wie­dział, że obec­nie nic in­ne­go nie przy­ku­wa­ło tak uwa­gi GRU, a py­ta­nie Czer­ni­szy­na mo­gło rów­nie do­brze po­zo­stać bez od­po­wie­dzi.

– Przy­naj­mniej wasz umysł nie utknął w kor­kach – za­kpił Czer­ni­szyn. – Zna­cie spra­wę?

– Na­tu­ral­nie, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku. Po­la­cy do­ko­na­li ob­li­czeń moż­li­wo­ści wy­do­byw­czych swo­ich ro­dzi­mych kon­cer­nów. We­dług ana­liz są obec­nie w sta­nie wy­do­być trzy­dzie­ści pro­cent su­row­ca – wy­re­cy­to­wał z pa­mię­ci ka­pi­tan.

– Dwa­dzie­ścia, Boł­koń­ski, dwa­dzie­ścia, ale nie fra­suj­cie się. Bę­dzie­cie mie­li mnó­stwo cza­su, że­by za­po­znać się z ra­por­ta­mi na­szej agen­tu­ry. Zo­sta­je­cie z dniem dzi­siej­szym przy­dzie­le­ni do spra­wy łup­ków w Pol­sce. Śmier­dzi mi ten błąd jak kom­post w obo­rze. Wy znaj­dzie­cie mi tę obo­rę.

Boł­koń­ski wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu. Je­go bły­sko­tli­wa ka­rie­ra opie­ra­ła się co praw­da na roz­licz­nych ta­len­tach i wy­jąt­ko­wej umie­jęt­no­ści po­ja­wia­nia się we wła­ści­wym miej­scu o wła­ści­wym cza­sie, ale tym ra­zem tra­fił w sam śro­dek ba­gna. Go­ni­twa po uz­bec­kich gó­rach i wy­eli­mi­no­wa­nie z zim­ną krwią przy­wód­cy ter­ro­ry­stów od­po­wie­dzial­ne­go za za­bój­stwo do­wód­cy Po­łu­dnio­we­go Okrę­gu Woj­sko­we­go to jed­no, ale po­li­ty­ka to zu­peł­nie in­na baj­ka. Tu­taj ni­cze­go nie moż­na by­ło być pew­nym. Pol­ski­mi łup­ka­mi in­te­re­so­wa­li się nie tyl­ko wła­ści­cie­le grun­tów i Ro­sja­nie. GRU ra­por­to­wa­ło o wzmo­żo­nej ak­tyw­no­ści Ame­ry­ka­nów, Fran­cu­zów, a na­wet An­gli­ków. In­ny­mi sło­wy, wszyst­kie sza­nu­ją­ce się wy­wia­dy za­wi­ta­ły do kra­ju nad Wi­słą i szu­ka­ły, gdzie tyl­ko się da­ło.

– Co­ście tak po­ble­dli? Pierw­sze praw­dzi­we za­da­nie was prze­ra­ża? To na­wet do­brze, zna­czy, że po­trak­tu­je­cie je po­waż­nie, praw­da?

– Tak jest, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku! – Boł­koń­ski pra­wie po­de­rwał się z miej­sca, co wy­raź­nie ukon­ten­to­wa­ło Czer­ni­szy­na, któ­ry uśmiech­nął się jesz­cze bar­dziej zło­śli­wie niż przed chwi­lą.

– Do­sko­na­le. Chwi­lo­wo zo­sta­nie­cie tu­taj, w cen­tra­li. Przy­go­to­wa­li­śmy dla was ga­bi­net, ma­cie za­po­znać się ze wszyst­ki­mi da­ny­mi, ja­kie obec­nie ze­bra­li­śmy na te­mat od­wier­tów i sa­me­go błę­du. Po­zna­cie też do­ssier pol­skie­go ofi­ce­ra, któ­ry pro­wa­dzi śledz­two w tej spra­wie. – Czer­ni­szyn otwo­rzył szu­fla­dę i wy­łu­skał z niej tecz­kę. Rzu­co­na nie­dba­le, prze­śli­zgnę­ła się po la­kie­ro­wa­nym bla­cie i za­trzy­ma­ła tuż przed Boł­koń­skim.

– Pro­wa­dzą wła­sne śledz­two? – Ka­pi­tan się­gnął po tecz­kę, szyb­ko roz­wią­zał su­peł i wy­do­był ze środ­ka plik spię­tych kar­tek. Z pra­we­go gór­ne­go ro­gu pierw­sze­go ark­sza pa­pie­ru spo­glą­da­ła na nie­go po­do­bi­zna pol­skie­go ofi­ce­ra. Był mło­dy. Czar­ne, krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy i twarz nie­zdra­dza­ją­ca żad­nych emo­cji. Śnia­da ce­ra, lek­ki za­rost, zwy­kły, cał­kiem przy­stoj­ny fa­cet. Ide­al­ny na szpie­ga.

– My­śle­li­ście, że zo­sta­wią to tak, jak jest? Za du­ża spra­wa, Boł­koń­ski, nie trze­ba być ge­niu­szem, że­by się te­go do­my­ślić. Ma­cie ja­kieś py­ta­nia? – Czer­ni­szyn od­cze­kał chwi­lę, aż ofi­cer po dru­giej stro­nie biur­ka skoń­czy wer­to­wać do­ku­ment.

– Nie, to­wa­rzy­szu puł­kow­ni­ku – od­po­wie­dział zwięź­le ka­pi­tan i wsu­nął za­dru­ko­wa­ne ar­ku­sze pa­pie­ru z po­wro­tem do tecz­ki.

– Je­ste­ście wol­ni, Nad­ia za­pro­wa­dzi was do ga­bi­ne­tu. – Czer­ni­szyn sap­nął i od­wró­cił się w fo­te­lu ty­łem do Boł­koń­skie­go.

Ka­pi­tan wstał, za­brał czap­kę i ru­szył do drzwi. Ma­jor ro­syj­skie­go wy­wia­du cze­ka­ła już za drzwia­mi, spię­ta jak na musz­trze. Boł­koń­ski uśmiech­nął się lek­ko, że­by roz­ła­do­wać na­pię­cie, ale nic to nie da­ło. Ko­bie­ta wbi­ła w nie­go zim­ne, sar­nie oczy.

– Od­pro­wa­dzę was, ka­pi­ta­nie, do wa­sze­go ga­bi­ne­tu.

– Nie trze­ba, mo­że mi to­wa­rzysz­ka po pro­stu po­wie­dzieć, ja­ki to nu­mer, naj­wy­żej chwi­lę po­błą­dzę. – Boł­koń­ski wsu­nął czap­kę pod ra­mię i wska­zał otwar­tą dło­nią na pu­ste biur­ko. – Nie chcę was od­cią­gać od pra­cy, puł­kow­nik wy­glą­da na bez resz­ty po­chło­nię­te­go obo­wiąz­ka­mi.

– W tej chwi­li mo­ja pra­ca to wska­za­nie wam ga­bi­ne­tu. Pro­szę za mną. – Ma­jor od­wró­ci­ła się i znik­nę­ła za za­ło­mem ko­ry­ta­rza. Le­d­wie za nią na­dą­żał. Mi­mo wy­so­kich ob­ca­sów i cia­sno opi­na­ją­cej po­ślad­ki i uda spód­ni­cy po­ru­sza­ła się zwin­nie jak ko­ci­ca. Kie­dy do­szli do wła­ści­wych drzwi, Boł­koń­ski mu­siał gło­śno wy­pu­ścić po­wie­trze.

– Dzię­ku­ję, to­wa­rzysz­ko… Wie­czor­ny jog­ging mam już za so­bą – uśmiech­nął się ża­ło­śnie.

– Za­wsze do usług, ka­pi­ta­nie – od­po­wie­dzia­ła, nie zdo­ław­szy ukryć lek­kie­go roz­ba­wie­nia, po czym od­wró­ci­ła się na pię­cie i skrę­ci­ła w naj­bliż­szy ko­ry­tarz.

Boł­koń­ski wszedł do ga­bi­ne­tu. Rzu­cił ma­ry­nar­kę na opar­cie fo­te­la biu­ro­we­go, tecz­ka wy­lą­do­wa­ła na bla­cie nad­gry­zio­ne­go zę­bem cza­su biur­ka. Ka­pi­tan zdjął kra­wat i prze­wie­sił na ma­ry­nar­ce. Za­padł się w fo­te­lu i za­klął siar­czy­ście, sie­dzi­ska w ga­bi­ne­cie puł­kow­ni­ka by­ły zde­cy­do­wa­nie bar­dziej kom­for­to­we. Otwo­rzył tecz­kę.

– Wi­tam, po­rucz­ni­ku Ja­strzęb­ski. Co cie­ka­we­go mi pan po­wie…?

Cen­tra­la ABW, War­sza­wa, Pol­ska | 23 czerw­ca 2015, go­dzi­na 00:34

– Od cze­go za­cznie­my, Ku­ba? – Woj­tek był naj­lep­szym spe­cem od cy­ber­prze­strze­ni w Agen­cji. Kie­dy tyl­ko przy­dzie­lo­no Ja­strzęb­skie­mu spra­wę łup­ków, ten skie­ro­wał swo­je kro­ki wprost do le­gen­dar­ne­go dzia­łu IT. Je­śli gdzieś w sie­ci lub na urzą­dze­niach bę­dą­cych w dys­po­zy­cji po­dej­rza­nych znaj­do­wa­ło się coś in­te­re­su­ją­ce­go, Woj­tek z pew­no­ścią mógł to wy­ło­wić.

– Za­cznie­my od sa­mej gó­ry, na pierw­szy ogień pój­dzie gru­pa... – Ja­strzęb­ski prze­kart­ko­wał trzy­ma­ny w rę­kach plik do­ku­men­tów. Z tru­dem ukry­wał drże­nie rąk. Zu­peł­nie nie­wy­spa­ny, czuł jesz­cze szu­mią­cy w skro­niach al­ko­hol. Co­raz czę­ściej py­tał sam sie­bie, czy uciecz­ka w szkło nie jest pę­ta­niem so­bie strycz­ka. – …Ma­kle­wi­cza. Tak, Piotr Ma­kle­wicz, głów­ny geo­log. Je­go eki­pa mia­ła osza­co­wać ogól­ne moż­li­wo­ści wy­do­by­cia łup­ków. Błęd­ne ob­li­cze­nia mu­sia­ły przejść przez je­go biur­ko, on wszyst­ko apro­bo­wał.

– Mo­że po pro­stu prze­oczył błąd? To w koń­cu czło­wiek, mógł się po­my­lić – ode­zwa­ła się mło­da blon­dyn­ka, któ­ra sie­dzia­ła na biur­ku ze spusz­czo­ny­mi no­ga­mi, co ja­kiś czas prze­bie­ra­jąc ni­mi w po­wie­trzu.

– An­ka, pro­szę cię... My­ślisz, że naj­lep­szy geo­log w Pol­sce nie spraw­dza ob­li­czeń pod­sy­ła­nych mu przez pod­wład­nych?

– Zro­bił to ce­lo­wo? Po co? – Woj­tek po­pra­wił oku­la­ry na no­sie i prze­stał czy­tać ra­por­ty wy­świe­tla­ne na ma­try­cy kom­pu­te­ra.

Nie tyl­ko in­for­ma­ty­ko­wi ta­ka te­za wy­da­wa­ła się jed­ną z teo­rii spi­sko­wych. Ro­sja­nie, któ­rych Ja­strzęb­ski po­dej­rze­wał o dzia­ła­nia dy­wer­syj­ne nie­ja­ko „z urzę­du”, by­li zna­ni z nie­kon­wen­cjo­nal­nych me­tod na­ci­sku, ale ta­kie przy­pusz­cze­nia za­kra­wa­ły na ab­surd.

– Nie wiem, po co, nie wiem, czy w ogó­le zro­bił to ce­lo­wo, ale nie mo­że­my te­go wy­klu­czyć. To jest spe­cja­li­sta, oni się nie my­lą, na pew­no nie aż tak...

– Po­mył­ki mu się nie przy­tra­fia­ły, przy­naj­mniej z te­go, co tu o nim pi­szą, a pra­co­wał nie tyl­ko przy łup­kach, ga­niał wła­ści­wie po ca­łym glo­bie, wszę­dzie gdzie by­ła ro­pa i gaz. – An­na Ka­sprzak wer­to­wa­ła im­po­nu­ją­ce CV Ma­kle­wi­cza. Ja­strzęb­ski uśmiech­nął się do sie­bie. An­ka by­ła rów­nie do­brym współ­pra­cow­ni­kiem jak Woj­tek. Jej pra­ca w ABW za­czę­ła się kla­sycz­nie. Stu­dia na pre­sti­żo­wym uni­wer­sy­te­cie, za­gra­nicz­ne sta­że, nie­prze­cięt­na in­te­li­gen­cja i ob­se­syj­na lo­jal­ność. Wy­bór dziew­czy­ny do pra­cy w Agen­cji nie był jed­nak po­dyk­to­wa­ny wy­łącz­nie jej przy­mio­ta­mi du­cha. Kie­dy Ja­strzęb­ski pierw­szy raz zo­ba­czył no­wą adept­kę, nie miał wąt­pli­wo­ści, czym kie­ro­wa­ła się mę­ska część kadr pod­czas rek­tu­ta­cji.

– Za­py­ta­my pa­na Piotr­ka, ja­kim cu­dem po­my­lił się o ki­lo­metr. Jak dla mnie ta spra­wa śmier­dzi...

– Eee, Ku­ba, dla cie­bie wszyst­ko śmier­dzi. Gość się ewi­dent­nie mach­nął, aku­rat w naj­gor­szym do te­go cza­sie, nie rób­my z te­go teo­rii spi­sko­wej. – In­for­ma­tyk scep­tycz­nie pod­cho­dził do po­dej­rzeń Ja­strzęb­skie­go.

– Jest spe­cja­li­stą, oni nie my­lą się w tak waż­nych spra­wach, to na­praw­dę nie jest nor­mal­ne. – An­na Ka­sprzak ze­sko­czy­ła z biur­ka i ru­szy­ła w kie­run­ku swo­je­go sta­no­wi­ska.

– To co? Mo­że to ru­ski agent i ce­lo­wo sa­bo­tu­je pra­ce wy­do­byw­cze? – ro­ze­śmiał się per­li­ście Woj­tek. Spoj­rzał na sku­pio­ną twarz Ja­strzęb­skie­go i uśmiech mo­men­tal­nie spełzł z je­go twa­rzy. – No ty chy­ba żar­tu­jesz...

– Nie wiem, Woj­tek... Tak czy ina­czej, na dzi­siaj ko­niec. Po­ju­trze wy­bie­ra­my się na Ma­zu­ry do Ma­kle­wi­cza, ju­tro obo­je ma­cie być za­po­zna­ni z ży­cio­ry­sem go­ścia oraz z wy­ni­ka­mi prac je­go gru­py. Resz­tę zo­ba­czy­my na miej­scu. – Ja­strzęb­ski wstał od swo­je­go biur­ka i za­kła­da­jąc w dro­dze do drzwi ma­ry­nar­kę, spoj­rzał na swo­ich pod­wład­nych. – Zo­sta­je­cie, go­łąb­ki?

Ca­ła trój­ka wy­szła na tęt­nią­cą mi­mo póź­nej po­ry Ra­ko­wiec­ką. Przy­jem­ny chłód sma­gał twa­rze sto­ją­cych na chod­ni­ku pra­cow­ni­ków ABW. Chwi­lę jesz­cze po­roz­ma­wia­li, po czym każ­de z nich po­szło do swo­je­go po­jaz­du. Pięć mi­nut póź­niej Ja­strzęb­ski je­chał po­wo­li uli­ca­mi cen­trum War­sza­wy, za­głę­bio­ny w my­ślach na te­mat swo­je­go za­da­nia. Przy­po­mnia­ło mu się, że kie­dyś czy­tał po­wieść po­ru­sza­ją­cą te­ma­ty­kę ga­zu łup­ko­we­go w Pol­sce. Mi­mo po­dob­nej za­wi­ło­ści wąt­ków oraz po­szlak, po­cie­szył się w du­chu, je­go spra­wie przy­naj­mniej nie to­wa­rzy­szy epo­ka lo­dow­co­wa.

Od­wiert nu­mer 45, Ma­zu­ry, Pol­ska | 25 czerw­ca 2015, go­dzi­na 14:12

Po­lna dro­ga, peł­na ko­le­in po cię­ża­rów­kach oraz cięż­kim sprzę­cie kie­ro­wa­nym do prac przy bu­do­wie pla­ców­ki wy­do­byw­czej ga­zu łup­ko­we­go, znacz­nie utrud­nia­ła po­dró­żo­wa­nie. Ja­strzęb­ski czy­nił cu­da, że­by swo­im Clio o ni­skim spor­to­wym za­wie­sze­niu nie wy­paść z trak­tu i nie zo­sta­wić pod­wo­zia na więk­szej ko­le­inie. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zo­ba­czy­li ro­sną­ce z każ­dą se­kun­dą za­bu­do­wa­nia, bę­dą­ce na­miast­ką po­wsta­ją­cej tu­taj in­fra­struk­tu­ry eks­plo­ata­cyj­nej. Po obu stro­nach dro­gi zia­ły ogrom­ne dziu­ry roz­grze­by­wa­ne przez ko­par­ki. Srebr­ne Clio za­je­cha­ło na nie­wiel­ki szu­tro­wy par­king, gdzie cze­kał na nich je­den z pra­cow­ni­ków ad­mi­ni­stra­cji bu­do­wy. Po wy­mia­nie uści­sków dło­ni in­ży­nier za­pro­wa­dził agen­tów do ba­ra­ku Pio­tra Ma­kle­wi­cza, po czym po­że­gnał się i ru­szył w je­dy­nie so­bie wia­do­mym kie­run­ku. An­na Ka­sprzak po­pra­wi­ła koń­ski ogon, prze­glą­da­jąc się w ma­łym kie­szon­ko­wym lu­ster­ku, po czym ukon­ten­to­wa­na swo­im wy­glą­dem uśmiech­nę­ła się do Ja­strzęb­skie­go, któ­ry pa­trzył na nią, krę­cąc gło­wą. Po­rucz­nik za­pu­kał do drzwi ba­ra­ku. Po chwi­li uka­za­ła się w nich lek­ko zmierz­wio­na gło­wa Pio­tra Ma­kle­wi­cza.

– Słu­cham? – trąc oczy, za­spa­nym gło­sem za­py­tał geo­log.

– Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go, po­rucz­nik Ja­kub Ja­strzęb­ski. Są ze mną po­rucz­nik An­na Ka­sprzak i Woj­ciech Kle­pacz, chcie­li­by­śmy z pa­nem po­roz­ma­wiać – od­parł Ja­strzęb­ski.

– Za­pra­szam do środ­ka. Nie­ste­ty wa­run­ki nie po­zwo­lą mi na god­ne ugosz­cze­nie pań­stwa.

– Nie szko­dzi.

We­szli do cia­sne­go ba­ra­ku. Sia­da­jąc na stoł­ku, Ja­strzęb­ski za­uwa­żył, że me­bel nie grze­szył wy­bit­ną sta­bil­no­ścią.

– In­te­re­su­je nas spra­wa błę­du ob­li­cze­nio­we­go do­ty­czą­ce­go moż­li­wo­ści wy­do­by­cia łup­ków.

Ma­kle­wicz skrzy­żo­wał rę­ce na pier­si. Mu­siał ja­koś ukryć ich drże­nie. Spo­dzie­wał się wi­zy­ty śled­czych prę­dzej czy póź­niej, jed­nak nie był w sta­nie od­po­wied­nio się do niej przy­go­to­wać. Ni­by wszyst­ko by­ło za­ła­twio­ne, we­wnętrz­ne śledz­two wy­ka­za­ło wszyst­kie błę­dy i wska­za­ło win­nych. Kon­fron­ta­cja z ABW by­ła jed­nak no­wym ele­men­tem.

– Śledz­two w tej spra­wie zo­sta­ło za­koń­czo­ne. Z te­go po­wo­du sie­dzę tu­taj, a nie w cen­tra­li w War­sza­wie, chy­ba pań­stwo o tym wie­dzą.

– Pa­nie Ma­kle­wicz, zna­my wy­ni­ki śledz­twa, ale ja­ko służ­by bez­pie­czeń­stwa we­wnętrz­ne­go otrzy­ma­li­śmy roz­kaz po­now­ne­go spraw­dze­nia spra­wy. Chce­my wie­dzieć, dla­cze­go po­ja­wił się błąd.

– Pa­nie... Ja­strzęb­ski, po­rucz­ni­ku Ja­strzęb­ski, błąd po­ja­wił się pod­czas pro­wa­dze­nia ob­li­czeń i ty­le. Wiem, że da­li­śmy cia­ła, ale nie ma w tym żad­nej ta­jem­ni­cy – z lek­ką non­sza­lan­cją po­wie­dział Ma­kle­wicz, opie­ra­jąc się o ścia­nę.

– Ja­ko szef gru­py geo­lo­gów spra­wo­wał pan pie­czę nad po­praw­no­ścią da­nych. Ja­kim cu­dem nie za­uwa­żył pan na koń­cu ra­por­tu, że róż­ni­ca w moż­li­wo­ściach wy­do­byw­czych i głę­bo­ko­ści złóż wy­no­si ki­lo­metr? – Ja­strzęb­ski prze­szedł do ofen­sy­wy.

– Pra­co­wa­li­śmy pod wiel­ką pre­sją psy­chicz­ną oraz po­li­tycz­ną, to przed­się­wzię­cie by­ło jed­nym z naj­więk­szych w hi­sto­rii Pol­ski. Pro­wa­dze­nie ob­li­czeń w ta­kich wa­run­kach by­ło bar­dzo stre­so­gen­ne, a błę­dy zda­rza­ły się na­gmin­nie – od­parł Ma­kle­wicz, roz­pa­ko­wu­jąc no­wą pacz­kę Ca­me­li.

– Na­ci­ski po­li­tycz­ne na­pły­wa­ły tyl­ko z War­sza­wy? – za­py­tał Ja­strzęb­ski, pa­trząc geo­lo­go­wi pro­sto w oczy.

– Ma pan coś kon­kret­ne­go na my­śli? – rów­nie pew­nie od­parł Ma­kle­wicz.

– Pro­szę od­po­wie­dzieć na py­ta­nie. Chcę wie­dzieć, czy na­ci­ski po­li­tycz­ne na pań­ską eki­pę pły­nę­ły je­dy­nie z War­sza­wy?

– Tak, z War­sza­wy, a skąd mia­ły na­pły­wać? Pan mnie o coś oskar­ża? – Co­raz bar­dziej po­iry­to­wa­ny geo­log za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

Ja­strzęb­ski wie­dział, że tym, co chciał­by po­wie­dzieć, mo­że się skom­pro­mi­to­wać, ale emo­cje za­czy­na­ły brać w nim gó­rę. Prze­su­wa­jąc w za­my­śle­niu wzrok po wnę­trzu ba­ra­ku na­po­tkał spoj­rze­nie Wojt­ka, któ­re wy­raź­nie zda­wa­ło się mó­wić: „Na­wet nie pró­buj”.

– O nic pa­na nie oskar­ża­my, ale mu­si­my spraw­dzić wszel­kie moż­li­wo­ści wy­stą­pie­nia błę­du. Mo­że się pan spo­dzie­wać we­zwa­nia na na­stęp­ną roz­mo­wę. – Ja­strzęb­ski wstał i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

– Oczy­wi­ście, choć wo­lał­bym unik­nąć ko­lej­ne­go spo­tka­nia. Ma­my tu­taj od cho­le­ry pra­cy. Do wi­dze­nia pań­stwu. – Z uda­wa­nym uśmie­chem Ma­kle­wicz za­mknął drzwi za agen­ta­mi ABW, wy­raź­nie uży­wa­jąc do te­go zbyt du­żej si­ły.

Ca­ła trój­ka ru­szy­ła w stro­nę sa­mo­cho­du, omi­ja­jąc ka­łu­że i bło­to, nie­od­łącz­ny ele­ment każ­de­go pol­skie­go pla­cu bu­do­wy. Ja­strzęb­ski w koń­cu nie wy­trzy­mał.

– No nie wiem. Co my­śli­cie o tym go­ściu?

– Po tej roz­mo­wie to­śmy się wie­le nie do­wie­dzie­li. Ner­wo­wy fa­cet, a jak za­py­ta­łeś o te na­ci­ski z in­nej stro­ny niż War­sza­wa, to się coś z nim po­dzia­ło... – stwier­dzi­ła An­na, po­ty­ka­jąc się o ka­mień.

– Zmie­ni­ła­byś te bu­ty, na bu­do­wę nie cho­dzi się na ob­ca­sach – wtrą­cił się Woj­tek. – Na­praw­dę wy­da­je wam się, że on coś ukry­wa? Jak­by mi ktoś po­wie­dział, że na­ci­ska na mnie ja­kieś in­ne pań­stwo, to też bym się zdzi­wił.

– Do­wie­my się, czy coś ukry­wa, po to nas tu­taj przy­sła­li. Trze­ba mu za­ło­żyć pod­słuch, a ty, Woj­tek, je­steś spe­cem od ha­ker­stwa, po­szpe­raj mu zdal­nie w kom­pu­te­rze. Mu­si­my też przej­rzeć je­go bi­lin­gi i ar­chi­wum wia­do­mo­ści – stwier­dził Ja­strzęb­ski, otwie­ra­jąc sa­mo­chód pi­lo­tem.

– Tak jest, po­rucz­ni­ku Ku­bo! Ale spraw­dze­nie te­go, co ma na dys­kach, zaj­mie kil­ka dni, a je­śli coś rze­czy­wi­ście ma do ukry­cia, to na pew­no po­rząd­nie za­bez­pie­czył kom­pu­ter.

Po chwi­li zde­ze­lo­wa­ne Clio za­czę­ło prze­dzie­rać się przez ko­le­iny w stro­nę wy­jaz­du na as­fal­to­wą dro­gę. To­wa­rzy­szył mu wie­czor­ny kon­cert świersz­czy.

***

Ma­kle­wicz jesz­cze przez chwi­lę zza nie­wiel­kiej za­sło­ny ob­ser­wo­wał od­da­la­ją­cych się agen­tów ABW. Koń­cząc pa­lić ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, pa­trzył, jak od­jeż­dża­li z pla­cu bu­do­wy. Wy­rzu­cił pe­ta za okno i wró­cił do swo­je­go kom­pu­te­ra. Usiadł na roz­kle­ko­ta­nym fo­te­lu i za­lo­go­wał się na swo­ją skrzyn­kę ma­ilo­wą. Żad­nych no­wych wia­do­mo­ści. Się­gnął po te­le­fon i wy­brał nu­mer z li­sty. Po dwóch sy­gna­łach w słu­chaw­ce ode­zwał się ni­ski mę­ski głos.

– Co jest? – W to­nie męż­czy­zny po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki nie sły­chać by­ło naj­mniej­sze­go zde­ner­wo­wa­nia.

– Za­czę­li wę­szyć. Coś wie­dzą, co mam ro­bić? – Ma­kle­wicz sta­rał się mó­wić spo­koj­nie.

– Siedź na miej­scu, mo­że tyl­ko gra­ją. Je­śli za­czną grze­bać głę­biej, da­my ci znać i wy­je­dziesz z kra­ju.

– Kur­wa, jak za­czną grze­bać głę­biej, to na pew­no nie wy­ja­dę z kra­ju! – Tym ra­zem geo­log nie pró­bo­wał już kryć pa­ni­ki.

– Uspo­kój się, ju­tro otrzy­masz wia­do­mość. Je­śli bę­dziesz mu­siał wy­je­chać, do­sta­niesz po­trzeb­ne in­struk­cje. Wszyst­ko, co od nas mia­łeś, nisz­czy­łeś sys­te­ma­tycz­nie?

– Tak, tak, ale mo­gą dojść po bi­lin­gach czy czymś ta­kim, a na pew­no bę­dą spraw­dzać ma­ile.

– Cze­kaj do ju­tra.

– Ale... – Ma­kle­wi­czo­wi nie uda­ło się do­koń­czyć zda­nia. Męż­czy­zna roz­łą­czył się i je­dy­nym, co sły­szał geo­log, był cha­rak­te­ry­stycz­ny sy­gnał odło­żo­nej słu­chaw­ki.

ROZDZIAŁ II

Wiadomości TVN24 | 27 czerwca 2015, godzina 19:06

…Trud­no jed­no­znacz­nie stwier­dzić, co by­ło te­ma­tem spo­tka­nia głów państw tak zwa­nej Sta­rej Unii w let­niej re­zy­den­cji fran­cu­skie­go pre­zy­den­ta Fra­nço­is Hol­lan­de’a. Mo­że­my się je­dy­nie do­my­ślać, że zwo­ła­ne w nie­zwy­kle krót­kim cza­sie po­sie­dze­nie do­ty­czy­ło su­row­co­wej przy­szło­ści Sta­re­go Kon­ty­nen­tu. Ab­sen­cja sze­fów rzą­dów Pol­ski, Wę­gier oraz Li­twy mo­że prze­ma­wiać za tą teo­rią, tym bar­dziej że po­wszech­nie zna­na jest opi­nia unij­nych eks­per­tów od­no­śnie do eks­plo­ata­cji ga­zu łup­ko­we­go na te­re­nie Unii Eu­ro­pej­skiej. Na­le­ży jed­nak za­py­tać, czy po­mi­nię­cie głów­nych za­an­ga­żo­wa­nych w eks­plo­ata­cję su­row­ca kra­jów nie wpły­nie ne­ga­tyw­nie na już nie­zwy­kle na­pię­tą re­la­cję na li­nii War­sza­wa – Pa­ryż. Dla TVN24 – Lud­mi­ła Gaj­da.

Cen­tra­la GRU, Mo­skwa, Ro­sja | 28 czerw­ca 2015, go­dzi­na 01:09

Sa­la zaj­mo­wa­na przez ze­spół ana­li­ty­ków przy­dzie­lo­nych do gru­py An­drie­ja Boł­koń­skie­go świe­ci­ła o tej po­rze pust­ka­mi. Nie­mal wszy­scy pra­cow­ni­cy pla­ców­ki ro­syj­skie­go wy­wia­du spa­li już w swo­ich łóż­kach. Boł­koń­ski ob­ser­wo­wał ruch ulicz­ny za okna­mi. Mi­mo póź­nej po­ry na­dal nie­mal nie­prze­rwa­nie ar­te­ria­mi Mo­skwy pły­nę­ły stru­mie­nie sa­mo­cho­dów. Ko­lej­ny wy­pa­lo­ny pa­pie­ros po­fru­nął na wil­got­ny od desz­czu bruk chod­ni­ka. Ka­pi­tan wy­wia­du ode­rwał się od okna, po czym wró­cił do kom­pu­te­ra oraz do ko­lej­nych stron ra­por­tów. Sy­tu­acja na Wę­grzech ule­gła znacz­ne­mu po­gor­sze­niu. Po nie­for­mal­nym, nie­mal taj­nym spo­tka­niu pre­zy­den­tów i pre­mie­rów naj­więk­szych eu­ro­pej­skich państw więk­szość człon­ków eu­ro­pej­skiej wspól­no­ty ostro skry­ty­ko­wa­ła po­stę­po­wa­nie or­ga­ni­za­to­rów szczy­tu, Fran­cu­zów. Naj­więk­szym za­sko­cze­niem by­ło po­mi­nię­cie w ze­bra­niu Pol­ski, któ­ra w ostat­nich mie­sią­cach za­czę­ła pre­ten­do­wać do ro­li jed­ne­go z li­de­rów współ­cze­snej Eu­ro­py. Za­nie­po­ko­iło to na ty­le kra­je ta­kie jak Wę­gry, że nie­mal na­tych­miast wy­czu­ły an­ty­pol­ski cha­rak­ter szczy­tu fran­cu­skie­go i sta­nę­ły mu­rem za Pol­ską kry­ty­ku­ją­cą Fran­cu­zów i Niem­ców. W Unii Eu­ro­pej­skiej za­czął ry­so­wać się wy­raź­ny po­dział. Więk­szość państw Eu­ro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej obie­ra­ła w wie­lu spra­wach jed­no sta­no­wi­sko, naj­czę­ściej na­dep­tu­jąc tym sa­mym na od­cisk „we­te­ra­nom” unij­nych spo­rów z Za­cho­du. Tym ra­zem jed­nak wy­raź­ne sta­no­wi­sko wschod­niej czę­ści Unii Eu­ro­pej­skiej mar­twi­ło Ro­sjan. Jesz­cze bar­dziej wy­wiad ro­syj­ski nie­po­ko­iło na­głe znik­nię­cie geo­lo­ga, któ­rym in­te­re­so­wa­ły się pol­skie służ­by. Jak do tej po­ry ni­ko­mu nie uda­ło się usta­lić, gdzie obec­nie znaj­do­wał się zbieg. Boł­koń­ski znu­dzo­ny prze­su­wał li­nij­ki tek­stu, gdy z mo­no­to­nii wy­rwał go na­gły, iry­tu­ją­cy dzwo­nek. Wy­wia­dow­ca, zdzi­wio­ny te­le­fo­nem o tej po­rze, pod­niósł słu­chaw­kę.

– Ka­pi­tan An­driej Boł­koń­ski.

– Czer­ni­szyn z tej stro­ny. Po­dejdź­cie tu do mnie.

– Pan jesz­cze pra­cu­je? – Boł­koń­ski sam był zdzi­wio­ny swo­im wy­sko­kiem, szyb­ko skar­cił się w du­chu. – Oczy­wi­ście, już do pa­na idę.

Ka­pi­tan wy­wia­du szyb­kim spoj­rze­niem po­wiódł po tek­ście ra­por­tów, za­pa­mię­tu­jąc, gdzie mniej wię­cej skoń­czył czy­tać. Wstał z fo­te­la, za­rzu­cił na ra­mio­na swo­ją woj­sko­wą ma­ry­nar­kę i już w dro­dze na gó­rę do biu­ra puł­kow­ni­ka do­ko­ny­wał ostat­nich po­pra­wek w swo­im wy­glą­dzie, do­pro­wa­dza­jąc się do re­gu­la­mi­no­we­go sta­nu. Po trzech mi­nu­tach sta­nął przed drzwia­mi prze­ło­żo­ne­go. Za­pu­kał, na­ci­snął klam­kę i drzwi ustą­pi­ły. Puł­kow­nik Czer­ni­szyn sie­dział tra­dy­cyj­nie za swo­im ma­syw­nym drew­nia­nym biur­kiem, wer­tu­jąc sto­sy do­ku­men­tów. Brak ma­ry­nar­ki i roz­pię­ty ostat­ni gu­zik ko­szu­li wca­le nie dzi­wi­ły Boł­koń­skie­go. Sam od kil­ku dni spę­dzał nad­go­dzi­ny w cen­tra­li. Czer­ni­szyn ge­stem dło­ni wska­zał fo­tel przy biur­ku. Boł­koń­ski sztyw­nym kro­kiem pod­szedł do nie­go i rów­nie sztyw­no usiadł.

– Zmę­czo­ny, co, ka­pi­ta­nie? Ro­bo­ta w wy­wia­dzie to nie spo­koj­ny blok­post gdzieś na za­du­piu. Trze­ba cza­sa­mi sie­dzieć.

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku.

– Do­bra, do­bra, jest póź­no, nie mam ocho­ty ani cza­su na ofi­cjal­ne pier­do­ły. Po­je­dzie­cie, ka­pi­ta­nie, na Wę­gry, tam się dla nas źle dzie­je. Chcę wie­dzieć, czy ma­my na­dal ja­kieś szan­se na to, że­by od­zy­skać kon­tro­lę nad sy­tu­acją. Je­śli trze­ba bę­dzie, na­sze ko­mór­ki GRU zak­ty­wi­zu­ją pro­ro­syj­skie śro­do­wi­ska i si­łę po­li­tycz­ną. – Puł­kow­nik ze sku­pie­niem ob­ser­wo­wał Boł­koń­skie­go, jak­by upew­nia­jąc się, czy ten przy­swa­ja prze­ka­zy­wa­ne mu in­for­ma­cje.

– Oczy­wi­ście, kie­dy mam je­chać? – Boł­koń­ski za­cho­wy­wał trzeź­wość umy­słu na ty­le, na ile tyl­ko po­zwa­la­ły mu si­ły.

– Roz­ka­zy otrzy­ma­cie dzi­siaj, a wy­je­dzie­cie ju­tro. Ma­cie ca­ły dzień, że­by za­ła­twić swo­je spra­wy tu­taj i prze­ka­zać mo­ni­to­ro­wa­nie sy­tu­acji jed­ne­mu z człon­ków swo­jej gru­py.

– Z kim mam się skon­tak­to­wać na miej­scu? Jak ro­zu­miem, w Bu­da­pesz­cie?

– Tak, je­dzie­cie do Bu­da­pesz­tu. Po­tem bę­dzie­cie wy­ko­ny­wać po­le­ce­nia na bie­żą­co spły­wa­ją­ce z Mo­skwy. Ma­cie współ­pra­co­wać z na­szy­mi wy­wia­dow­ca­mi na Wę­grzech, a po­za tym chcę, że­by­ście na­dal zbie­ra­li in­for­ma­cje o tym pol­skim geo­lo­gu. Wy­wiad ma ca­ły czas kon­tro­lo­wać sy­tu­ację u Po­la­ków. Nie ma­my po­ję­cia, gdzie po­dzie­wa się ten czło­wiek, nie wie­my, czy ucie­ka, czy po pro­stu po­sta­no­wił w do­sad­ny spo­sób się zwol­nić. Chcę, że­by­ście do­wie­dzie­li się ty­le, ile bę­dzie moż­li­we. Da­cie so­bie ra­dę?

– Tak, pa­nie puł­kow­ni­ku.

– Do­brze, w ta­kim ra­zie to wszyst­ko. Roz­ka­zy znaj­dzie­cie ra­no w swo­im biu­rze. – Czer­ni­szyn ode­rwał wzrok od roz­mów­cy i prze­niósł ca­łą swo­ją uwa­gę na ekran te­le­wi­zo­ra, skąd do­cho­dzi­ły wie­ści ze świa­ta, przed­sta­wia­ne na ja­kimś ro­syj­sko­ję­zycz­nym ka­na­le te­le­wi­zyj­nym.

An­driej Boł­koń­ski już za drzwia­mi za­czął pla­no­wać, z któ­rą z ko­biet spę­dzi dzi­siaj wię­cej cza­su, choć i tak nie miał go za du­żo. Chciał cho­ciaż na chwi­lę wy­rwać się z przy­tła­cza­ją­ce­go gma­chu cen­tra­li GRU. Wszedł do swo­je­go ga­bi­ne­tu i z roz­pa­czą spoj­rzał na ilość cze­ka­ją­cych na nie­go ra­por­tów. Pchnię­ty im­pul­sem zer­k­nął na ze­ga­rek i stwier­dził, że klub, gdzie pra­cu­je Eli­za, na pew­no bę­dzie jesz­cze czyn­ny.

Kampus akademicki, Pekin, Chiny | 28 czerwca 2015, godzina 22:44

Mi­mo za­koń­cze­nia se­sji eg­za­mi­na­cyj­nej dwaj stu­den­ci Uni­wer­sy­te­tu Pe­kiń­skie­go sie­dzie­li przy kom­pu­te­rach. Oczy­wi­ście o na­uce już nie my­śle­li i te­raz obaj zaj­mo­wa­li się tym, co by­ło ich głów­ną pa­sją. Od chwi­li kie­dy w Chi­nach do­stęp do In­ter­ne­tu stał się moż­li­wy dla sze­ro­kiej rze­szy spo­łe­czeń­stwa, szcze­gól­nie na uczel­niach, wie­lu mło­dych lu­dzi za­czę­ło in­te­re­so­wać się hac­kin­giem.

Lee Zhang, stu­dent in­for­ma­ty­ki, nie­prze­rwa­nie od kil­ku go­dzin koń­czył pi­sa­nie swo­je­go naj­now­sze­go dzie­ła.

– Hej, Yun­di, chy­ba się uda­ło, dzia­ła po­praw­nie. Te­raz mu­si­my to spraw­dzić w ja­kimś więk­szym za­kre­sie. – Ode­rwał się od swo­je­go mo­ni­to­ra i z trium­fal­ną mi­ną spoj­rzał na ko­le­gę, rów­nie po­chło­nię­te­go pra­cą.

– Czy­li jak? Tu­taj, w sie­ci uni­wer­sy­tec­kiej? – Za­afe­ro­wa­ny Yun­di Li sku­pił wzrok na za­do­wo­lo­nej twa­rzy Zhan­ga.

– Eee tam, my­śla­łem o czymś bar­dziej od­po­wied­nim. To ma za­kłó­cać ra­da­ry, a nie sieć bez­prze­wo­do­wą. – Lee Zhang mach­nął rę­ką. – My­ślę, że lot­ni­sko Na­ny­uan bę­dzie w sam raz. Tyl­ko lo­ty to­wa­ro­we, ruch po­wietrz­ny mniej­szy niż na mię­dzy­na­ro­do­wym.

– Chcesz za­kłó­cić ra­da­ry na lot­ni­sku?! Mo­gą nas za to za­mknąć!

– Tyl­ko na kil­ka se­kund, że­by zo­ba­czyć, czy dzia­ła. Za­trze­my po so­bie śla­dy, nie doj­dą ani po IP, ani po żad­nym in­nym źró­dle na­sze­go sy­gna­łu, peł­ne bez­pie­czeń­stwo.

– No nie wiem, chciał­bym skoń­czyć te stu­dia... – Yun­di wy­raź­nie nie był za­chwy­co­ny po­my­słem współ­lo­ka­to­ra.

– Daj spo­kój, nic się nie sta­nie. Wejdź na czę­sto­tli­wość ra­dio­wą wie­ży, bę­dzie­my wie­dzieć, czy chło­pa­ki tam spa­ni­ku­ją. – Uśmiech­nię­ty ha­ker po­now­nie wró­cił do kla­wia­tu­ry i z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go wstu­ki­wał ko­lej­ne ko­men­dy.

Yun­di po kil­ku mi­nu­tach od­wró­cił się z wy­cią­gnię­tym do gó­ry kciu­kiem na znak, że zła­pał czę­sto­tli­wość lot­ni­ska, prze­krę­cił gał­kę z pod­pi­sem „vo­lu­me” i z gło­śni­ków po­pły­nął mo­no­ton­ny głos kon­tro­le­ra prze­ka­zu­ją­cy ko­men­dy pod­cho­dzą­cym do lą­do­wa­nia i star­tu­ją­cym z lot­ni­ska ma­szy­nom. Lee wy­stu­kał ostat­nie po­le­ce­nia na kla­wia­tu­rze i od­wró­cił gło­wę w kie­run­ku gło­śni­ków, ocze­ku­jąc re­ak­cji. Mi­nę­ło kil­ka se­kund i ko­mu­ni­ka­ty kon­tro­le­ra sta­ły się cha­otycz­ne i po­zba­wio­ne ja­kie­go­kol­wiek sen­su.

– Do­bra, wy­łącz, dzia­ła, go­ście na wie­ży osza­le­li! – W chwi­li gdy Yun­di wy­po­wia­dał te sło­wa, z gło­śni­ków do­bie­gał już tyl­ko nie­zro­zu­mia­ły beł­kot.

Lee od­cze­kał pa­rę se­kund, kil­ko­ma stuk­nię­cia­mi w kla­wi­sze wy­łą­czył dzia­ła­nie wi­ru­sa i za­tarł wszel­kie śla­dy swo­jej ostat­niej obec­no­ści w cy­ber­prze­strze­ni. Wstał od kom­pu­te­ra i pod­szedł do nie­wiel­kiej lo­dów­ki tu­ry­stycz­nej, w ja­ką wy­po­sa­ży­li się, kwa­te­ru­jąc się w aka­de­mi­ku. Otwo­rzył drzwicz­ki i po chwi­li w je­go dło­niach po­brzę­ki­wa­ły dwie ocie­ka­ją­ce wo­dą bu­tel­ki.

– Sta­ry, te­raz to już mu­si­my się na­pić.

Przedmieścia Warszawy, Polska | 29 czerwca 2015, godzina 03:15

Srebr­ne Clio zbli­ża­ło się do swo­ich mak­sy­mal­nych osią­gów, mknąc eu­ro­pej­ską tra­są E77 na po­łu­dnie kra­ju. Roz­mo­wa we­wnątrz po­jaz­du by­ła wła­ści­wie nie­moż­li­wa, za­głu­sza­na przez wy­ją­cy z roz­pa­czy sil­nik, miej­sca­mi roz­pę­dza­ją­cy sa­mo­chód do stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę.

Kil­ka go­dzin wcze­śniej, tuż przed dru­gą w no­cy Ja­strzęb­skie­go obu­dził dzwo­nek te­le­fo­nu. Funk­cjo­na­riusz po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki oznaj­mił, że pa­trol dro­gów­ki zna­lazł po­szu­ki­wa­ny przez nich sa­mo­chód na jed­nym z le­śnych trak­tów przy dro­dze wlo­to­wej do Kielc. Kie­dy dwu­dzie­ste­go szó­ste­go czerw­ca Piotr Ma­kle­wicz roz­pły­nął się w po­wie­trzu, gru­pa agen­tów ABW spa­ni­ko­wa­ła. Nikt nie spo­dzie­wał się, że geo­log bę­dzie pró­bo­wał uciecz­ki. Na­tych­miast pusz­czo­no w eter in­for­ma­cję o sa­mo­cho­dzie, ja­kim po­ru­szał się pra­cow­nik od­wier­tu, oraz roz­po­czę­to spo­rzą­dza­nie por­tre­tu pa­mię­cio­we­go. Le­d­wie czter­dzie­ści mi­nut po te­le­fo­nie po­li­cjan­ta do Ja­strzęb­skie­go ca­ła trój­ka agen­tów sie­dzia­ła w le­ci­wym fran­cu­zie i gna­ła w kie­run­ku Kielc.

– Co?! Nic nie sły­szę! Tak, je­dzie­my tam, niech wszyst­kie gli­ny w Kiel­cach do­sta­ną ry­so­pis Ma­kle­wi­cza! No kur­wa, te­go po­szu­ki­wa­ne­go, a ko­go! Do­bra, koń­czę, cześć! – Ja­strzęb­ski ci­snął te­le­fo­nem na pół­kę przy ra­diu i jesz­cze moc­niej na­dep­nął pe­dał ga­zu, da­jąc upust wście­kło­ści.

– Ku­ba, lu­zuj! Chcesz nas za­bić, za­nim tam do­je­dzie­my? To nie nie­miec­ka au­to­bah­na! – An­na Ka­sprzak sie­dzą­ca na miej­scu pa­sa­że­ra kur­czo­wo trzy­ma­ła się trzesz­czą­ce­go uchwy­tu tuż nad gło­wą. Lep­sze to niż nic, Ja­strzęb­ski pro­wa­dził jak praw­dzi­wy wa­riat. Pod­czas po­dró­ży mi­nę­li kil­ka fo­to­ra­da­rów, któ­re ja­snym bły­skiem oznaj­mia­ły o ko­lej­nym zdję­ciu. An­na by­ła pew­na, że zła­ma­li już wszyst­kie moż­li­we prze­pi­sy ko­dek­su ru­chu dro­go­we­go.

– Pro­szę cię... nie mam na­stro­ju na kłót­nie! Nie wie­my, gdzie ten gość spie­prza, chy­ba prze­siadł się do in­ne­go po­jaz­du, a to ozna­cza, że był przy­go­to­wa­ny do uciecz­ki, czy­li jed­nym sło­wem chuj­nia. – Ja­strzęb­ski dzie­lił się spo­strze­że­nia­mi, nie od­ry­wa­jąc na­wet na se­kun­dę wzro­ku od dro­gi i co chwi­lę wy­prze­dza­jąc, nie­raz na trze­cie­go, ko­lej­ne sa­mo­cho­dy.

– Co to ozna­cza?! Nic nie sły­szę! – Agent­ka ze zdez­o­rien­to­wa­nym wy­ra­zem twa­rzy pa­trzy­ła na Ja­strzęb­skie­go.

– Nic... po pro­stu tam jedź­my. – Ofi­cer ABW z re­zy­gna­cją po­my­ślał, że naj­wyż­szy czas za­in­we­sto­wać w no­wy sa­mo­chód, w któ­rym bę­dzie moż­na pro­wa­dzić roz­mo­wę, nie zdzie­ra­jąc so­bie gar­dła.

***

Mniej wię­cej dwie go­dzi­ny póź­niej Re­nault Clio po­to­czy­ło się w jed­ną z le­śnych od­nóg głów­nej dro­gi wlo­to­wej do Kielc. Już przy sa­mym zjeź­dzie z tra­sy stał ra­dio­wóz z opar­tym o ma­skę roz­le­ni­wio­nym funk­cjo­na­riu­szem, ocze­ku­ją­cym przy­jaz­du agen­tów ABW. Gdy zo­ba­czył mkną­ce srebr­ne Clio, po­ma­chał li­za­kiem i dał znak, że­by wje­cha­li w le­śną dro­gę, gdzie cze­ka­li na nich po­zo­sta­li po­li­cjan­ci. Prze­je­cha­li kil­ka­dzie­siąt me­trów i za­par­ko­wa­li na wy­zna­czo­nym przez funk­cjo­na­riu­sza miej­scu, na po­bo­czu ubi­tej grun­to­wej dro­gi. Wy­sie­dli z sa­mo­cho­du i po­de­szli do gru­py mun­du­ro­wych sto­ją­cych przy Fia­cie Du­ca­to w cha­rak­te­ry­stycz­nych po­li­cyj­nych bar­wach.

– Po­rucz­nik Ja­kub Ja­strzęb­ski, Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­ne­go. Co uda­ło wam się usta­lić? – za­py­tał z mar­szu Ja­strzęb­ski.

– Ma­my te­go wa­sze­go Opla, zga­dza się mar­ka, mo­del i ta­bli­ce, ale po­szu­ki­wa­ne­go ni wi­du, ni sły­chu. Nie ma żad­nych in­nych śla­dów opon, więc dru­gim sa­mo­cho­dem nie od­je­chał, ra­czej na pie­cho­tę... – od­parł je­den z funk­cjo­na­riu­szy.

– Na pie­cho­tę? To chy­ba da­le­ko wam nie uciekł. Są ja­kieś śla­dy bu­tów? W któ­rym kie­run­ku mógł się udać? – wtrą­ci­ła An­na.

– Sa­mo­chód stoi tu­taj przy­naj­mniej kil­ka go­dzin. Mógł spo­koj­nie dojść do mia­sta i do­pie­ro tam zna­leźć ja­kiś śro­dek trans­por­tu. Ro­ze­sła­li­śmy por­tre­ty pa­mię­cio­we do wszyst­kich ko­mi­sa­ria­tów w wo­je­wódz­twie, więk­szość agen­cji tak­sów­ko­wych też je do­sta­ła, po­dob­nie dwor­ce PKS i PKP, ale tro­chę zej­dzie, za­nim znaj­dą się wszę­dzie.

– Ja­sna cho­le­ra, gość mo­że zwiać. Tak­sów­ką ra­czej da­le­ko nie uciek­nie, ko­mu­ni­ka­cją pu­blicz­ną na je­go miej­scu też bym nie po­dró­żo­wał. Ob­sta­wiam, że gdzieś w mie­ście ktoś na nie­go cze­ka al­bo ma pod­sta­wio­ny sa­mo­chód. – Ja­strzęb­ski mo­co­wał się z kie­sze­nią, szu­ka­jąc te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go.

– Na­si już spraw­dza­ją ten sa­mo­chód. Za ja­kieś dwie, trzy go­dzi­ny bę­dzie­my wie­dzieć, kto był pierw­szym wła­ści­cie­lem, czy jest spro­wa­dza­ny z za­gra­ni­cy i kie­dy po­szu­ki­wa­ny wszedł w je­go po­sia­da­nie. – Po­li­cjant ra­to­wał swój ho­nor, jak tyl­ko mógł.

Ja­strzęb­ski już go nie słu­chał, od­szedł na bok i przy­glą­dał się, jak śled­czy po­bie­ra­ją prób­ki bież­ni­ka i pro­wa­dzą oglę­dzi­ny au­ta. Po chwi­li pod­szedł do nie­go Woj­tek.

– Słu­chaj, gość jest w Kiel­cach lub w oko­li­cy. Stąd mo­że je­chać w dwóch kie­run­kach, al­bo Sło­wa­cja, al­bo Ukra­ina. Je­stem tro­chę scep­tycz­ny co two­jej teo­rii o wiel­kim ro­syj­skim spi­sku, ale... no, ja bym na Sło­wa­cję nie ucie­kał, to jest na­dal Unia Eu­ro­pej­ska. Mo­że i nie ma kon­tro­li, ale służ­by gra­nicz­ne ma­ją je­go ry­so­pis i każ­da dro­ga wjaz­do­wa do kra­ju jest ob­sta­wio­na, na­wet prze­myt tam za bar­dzo nie ist­nie­je, szla­ki są w więk­szo­ści zli­kwi­do­wa­ne... – Kle­pacz zro­bił pau­zę i cze­kał na re­ak­cję Ja­strzęb­skie­go.

– Mó­wisz, że Ukra­ina... Za wschod­nią gra­ni­cą fa­cet się roz­pły­nie. Do­bra, za­wi­ja­my do Rze­szo­wa do de­le­ga­tu­ry. Za­dzwoń do nich i po­wiedz, że ma­ją ka­zać po­li­cji i Stra­ży Gra­nicz­nej wzmoc­nić kon­tro­le na gra­ni­cy i wy­słać ko­goś na szla­ki prze­myt­ni­cze.

– OK. An­ka, je­dzie­my! – krzyk­nął Woj­tek w kie­run­ku grup­ki po­li­cjan­tów, z któ­ry­mi ży­wo dys­ku­to­wa­ła agent­ka.

– Co jest? Gdzie się wy­bie­ra­my?

– Je­dzie­my do Rze­szo­wa do de­le­ga­tu­ry ABW. Moż­li­we, że gość zmie­rza w stro­nę Ukra­iny. – Woj­tek wsia­dał do sa­mo­cho­du, wy­bie­ra­jąc nu­mer na kla­wia­tu­rze swo­jej ko­mór­ki.

– Ko­mu w dro­gę, te­mu czas.

Kil­ka­na­ście se­kund póź­niej Clio ru­szy­ło gwał­tow­nie do przo­du, zo­sta­wia­jąc za so­bą kłę­by ku­rzu.

***

Ma­kle­wicz wy­siadł z au­to­bu­su i ro­zej­rzał się po oko­li­cy. Dwo­rzec sta­no­wi­ło jed­no sta­no­wi­sko za­da­szo­ne nie­wiel­ką wia­tą z bla­chy fa­li­stej. Geo­log po­sta­wił ple­cak na ław­ce i wy­jął bu­tel­kę wo­dy. W tym sa­mym cza­sie sto­ją­cy na sta­no­wi­sku au­to­bus za­rzę­ził sil­ni­kiem i spo­wi­ty w tu­ma­nach błę­kit­ne­go dy­mu ru­szył ospa­le w dal­szą dro­gę. Od­jeż­dża­jąc, od­sło­nił po­ro­śnię­te gę­stym la­sem zbo­cza. Ma­kle­wicz pa­trzył chwi­lę na ma­je­sta­tycz­nie gó­ru­ją­cy nad wio­ską ma­syw, po czym usły­szał dźwięk zbli­ża­ją­ce­go się po­jaz­du. Na te­ren dwor­ca wje­chał te­re­no­wy sa­mo­chód. Za­trzy­mał się przy sta­no­wi­sku, na któ­rym stał geo­log, a sie­dzą­cy we­wnątrz męż­czy­zna, nie wy­cho­dząc z sa­mo­cho­du, otwo­rzył drzwi pa­sa­że­ra.

– Wsia­daj. – Szorst­ki głos spra­wiał wra­że­nie nie­do­pusz­cza­ją­ce­go sprze­ci­wu.

Ma­kle­wicz szyb­ko wrzu­cił ple­cak na tyl­ne sie­dze­nie, po czym za­jął miej­sce obok kie­row­cy.

– Ty je­steś Prze­wod­ni­kiem? – za­py­tał za­nie­po­ko­jo­ny.

– Tak. Dzi­siaj w no­cy prze­kro­czy­my gra­ni­cę. Po­tem przej­mie cię ktoś in­ny, do­sta­niesz pie­nią­dze i za­szy­jesz się, gdzie bę­dziesz chciał. – Do­pie­ro te­raz Ma­kle­wicz za­uwa­żył, że kie­row­ca te­re­nów­ki mó­wi z wy­raź­nie sły­szal­nym ob­cym ak­cen­tem.

– Gdzie po­cze­ka­my do no­cy? Słoń­ce jesz­cze wi­si nad gó­ra­mi...

– Do miej­sca, gdzie zo­sta­wi­my sa­mo­chód, ma­my ja­kieś pół go­dzi­ny, po­tem bę­dzie już ciem­no. – Prze­wod­nik nie od­ry­wał wzro­ku od krę­tej as­fal­to­wej nit­ki, któ­rą się po­ru­sza­li. Po kil­ku mi­nu­tach zje­cha­li na gór­ski trakt, gdzie do­mi­no­wa­ły nie­wiel­kie ka­mie­nie i żwir.

Ma­kle­wicz przy­po­mi­nał so­bie ostat­nie go­dzi­ny swo­jej dro­gi z Kielc do tej za­bi­tej de­cha­mi dziu­ry w Biesz­cza­dach. Uda­ło mu się zo­sta­wić sa­mo­chód gdzieś przed mia­stem i we­dług ma­py dojść do dwor­ca PKS. Do od­jaz­du au­to­bu­su miał kil­ka­dzie­siąt mi­nut, któ­re spę­dził po­za te­re­nem dwor­ca w oba­wie, że mo­że być po­szu­ki­wa­ny. Tak zresz­tą po­le­co­no mu w in­struk­cjach, któ­re otrzy­mał. Wy­po­sa­żył się w pro­wiant na dro­gę oraz ja­kieś cza­so­pi­smo, że­by za­bić nu­dę dłu­giej jaz­dy. Gdy już sie­dział w au­to­bu­sie, za­uwa­żył kil­ku męż­czyzn, praw­do­po­dob­nie z ob­słu­gi dwor­ca, przy­kle­ja­ją­cych ja­kieś kart­ki do każ­de­go roz­kła­du jaz­dy. Nie przy­szło mu na­wet do gło­wy, że by­ły to je­go por­tre­ty pa­mię­cio­we. Po wy­jeź­dzie z mia­sta za­głę­bił się w lek­tu­rze uwa­ża­ne­go za naj­lep­szy w Pol­sce ma­ga­zy­nu o grach kom­pu­te­ro­wych. Ze wspo­mnień wy­rwa­ło go gwał­tow­ne ha­mo­wa­nie.

– Chodź, je­ste­śmy na miej­scu – rzu­cił męż­czy­zna kie­ru­ją­cy po­jaz­dem, po czym wy­siadł z sa­mo­cho­du, gło­śno trza­ska­jąc drzwia­mi.

Ma­kle­wicz opu­ścił wóz i po­szedł za Prze­wod­ni­kiem do nie­wiel­kiej chat­ki, któ­ra wy­glą­da­ła jak sta­ra za­pusz­czo­na ba­ców­ka. W środ­ku by­ło tyl­ko jed­no łóż­ko, drew­nia­ny stół i dwa krze­sła.

– Po­cze­kaj tu­taj, za ja­kieś pięt­na­ście mi­nut wy­ru­sza­my – po­wie­dział Prze­wod­nik, po czym znik­nął za drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Geo­log roz­siadł się przy sto­le, ple­cak oparł o jed­ną z ma­syw­nych nóg i wy­jął ostat­nią ka­nap­kę oraz bu­tel­kę z reszt­ką wo­dy. Kil­ka mi­nut póź­niej do dom­ku wró­cił je­go to­wa­rzysz, prze­bra­ny w woj­sko­wą kurt­kę i bo­jów­ki.

– Ru­sza­my, zbie­raj swo­je rze­czy. Na ze­wnątrz jest już ciem­no, mu­si­my prze­kro­czyć gra­ni­cę przed świ­tem.

Ma­kle­wicz ze­rwał się z krze­sła i w nie­speł­na mi­nu­tę był go­to­wy do dro­gi. Wy­szli na ze­wnątrz i geo­lo­ga ude­rzył lek­ki chłód. Ru­szy­li wi­ją­cą się w gó­rę wą­ską ka­mie­ni­stą ścież­ką, klu­cząc mię­dzy drze­wa­mi. Gdy po­ko­na­li oko­ło ki­lo­me­tra, zro­bi­ło się na ty­le ciem­no, że Prze­wod­nik za­pa­lił la­tar­kę ką­to­wą, cha­rak­te­ry­stycz­ny ga­dżet każ­de­go sym­pa­ty­ka mi­li­ta­riów. Dla więk­sze­go bez­pie­czeń­stwa wy­po­sa­żył ją w czer­wo­ny filtr, zmniej­sza­ją­cy wi­dzial­ność oświe­tla­ne­go te­re­nu, ale jed­no­cze­śnie ogra­ni­cza­ją­cy moż­li­wość wy­kry­cia jej użyt­kow­ni­ka. Dla Ma­kle­wi­cza, nie­przy­zwy­cza­jo­ne­go do wie­lo­go­dzin­nych gór­skich wę­dró­wek, dro­ga by­ła bar­dzo uciąż­li­wa. Sta­rał się nie oka­zy­wać po so­bie zmę­cze­nia, ale co­raz czę­ściej po­ty­kał się lub mu­siał opie­rać o drze­wa, po­ko­nu­jąc ja­kąś więk­szą prze­szko­dę. Co ja­kiś czas Prze­wod­nik oglą­dał się za sie­bie, oświe­tla­jąc geo­lo­go­wi dro­gę. W pew­nej chwi­li wy­szli na je­den ze szczy­tów i za­trzy­ma­li się. Pod­czas ca­łej pie­szej wę­drów­ki Prze­wod­nik ode­zwał się tyl­ko kil­ka ra­zy, ob­ja­śnia­jąc dal­szy kie­ru­nek mar­szu. Ma­kle­wicz za­uwa­żył, że nie­bo za­czy­na z czar­ne­go ro­bić się gra­na­to­we, co zwia­sto­wa­ło zbli­ża­ją­cy się wschód słoń­ca. Prze­wod­nik ru­chem gło­wy wska­zał kie­ru­nek, z któ­re­go przy­szli.

– Je­ste­śmy już na Ukra­inie. Za na­mi jest Pol­ska, wy­pa­da­ło­by spoj­rzeć tam na po­że­gna­nie – wy­ce­dził, ścią­ga­jąc ple­cak.

Geo­log po­pa­trzył we wska­za­nym kie­run­ku i uśmiech­nął się. Gdy od­wró­cił się po­now­nie w stro­nę Prze­wod­ni­ka, ten stał z wy­mie­rzo­nym w je­go kie­run­ku pi­sto­le­tem. Ma­kle­wicz za­marł z prze­ra­że­nia. Usły­szał dwa pyk­nię­cia i po­czuł sil­ne szarp­nię­cie w klat­ce pier­sio­wej. Ko­lej­ne­go na­wet już nie za­re­je­stro­wał, pa­da­jąc na mięk­ką tra­wę. Prze­wod­nik opu­ścił pi­sto­let, od­krę­cił tłu­mik i scho­wał Wal­the­ra P99 do ka­bu­ry przy­pię­tej przy pa­sku i ukry­tej wcze­śniej pod po­łą kurt­ki. Ze­brał le­żą­ce obok ple­ca­ka trzy łu­ski, po czym ru­szył da­lej w głąb te­ry­to­rium Ukra­iny.

***

Trzech ukra­iń­skich po­gra­nicz­ni­ków jak każ­de­go dnia pa­tro­lo­wa­ło swój sek­tor wzdłuż pol­sko-ukra­iń­skiej gra­ni­cy. Zna­jąc te­ren jak wła­sną kie­szeń, nie pa­trzy­li na­wet pod no­gi, po­chło­nię­ci my­śla­mi o zbli­ża­ją­cej się zmia­nie i za­słu­żo­nym wol­nym na resz­tę dnia. Wsta­wał świt i ich wę­drów­ka nie­mal się już koń­czy­ła. Przed ni­mi ma­ja­czył szczyt jed­ne­go z wyż­szych wznie­sień w tej par­tii Biesz­czad. Każ­dy z nich klął pod no­sem. Ile ra­zy mie­li wcho­dzić na tę gó­rę? Ża­den też nie ro­zu­miał, dla­cze­go ich stre­fa pa­tro­lo­wa koń­czy­ła się aku­rat stro­mym po­dej­ściem na wierz­cho­łek.

– Mo­że so­bie dzi­siaj da­ru­je­my, co? – stęk­nął je­den z nich, opie­ra­jąc się o wy­so­ką so­snę.

– Mak­sym, też mi się nie chce, ale obo­wią­zek to obo­wią­zek. – Sier­żant Ko­wa­len­ko za­wsze uwa­żał, że pa­tro­lo­wa­nie gra­nic to je­den z fun­da­men­tal­nych gwa­ran­tów bez­pie­czeń­stwa kra­ju.