Wokulski - Bogumił Wójcik - ebook
NOWOŚĆ

Wokulski ebook

Bogumił Wójcik

0,0

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Co się stało ze Stanisławem Wokulskim po „Lalce”? Bogumił Wójcik podejmuje jedno z najbardziej fascynujących pytań polskiej literatury i prowadzi bohatera polskiej arcypowieści nowymi drogami.

Rok 1879. Stanisław Wokulski próbuje odnaleźć sens życia po utracie wielkiej miłości i rozpadzie dawnych złudzeń. Daleka podróż przez Rosję i Bliski Wschód aż do Japonii staje się dla niego nie tyle ucieczką, ile wyprawą w głąb siebie. Na jego drodze staną też niezwykłe kobiety, z których każda skrywa własną historię i moc tajemnic. Izabela Łęcka, Kazimiera Wąsowska i Anna Siergiejewna nie są jedynie świadkami jego przemiany – one także dokonują wyborów i podążają swoimi ścieżkami…

„Dynamiczna, wiarygodnie osadzona w realiach końca XIX wieku opowieść o odzyskiwaniu wolności, przyjmowaniu odpowiedzialności i prawie do wyboru własnej drogi”.
Aneta Korycińska, „Baba od polskiego”

„Bogumił Wójcik wykonał solenną oraz głęboką pracę. Był od początku do końca etyczny i erudycyjny, do czego dobrym przygotowaniem okazało się jego dotychczasowe powieściopisarstwo. Indywidualna wizja autora to opowieść o dorastaniu Wokulskiego do swojej pierwszej konstruktywnej samotności – narodziny Wokulskiego podróżnika, obieżyświata, nomady, a nawet transkontynentalnego Europejczyka. Gdybym chciał ująć więc treść całej tej opowieści jednym słowem, powiedziałbym: pożegnanie z romantyzmem i powitanie polskości już na nowych, dojrzalszych niżeli kiedykolwiek warunkach. To Wokulski w interpretacji Wójcika – Wokulski przezwyciężony, i dlatego zwyciężający. Zwyciężający, i dlatego przezwyciężony”.
dr hab. Karol Samsel, prof. UW

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 415

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Bogumił Wójcik, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Małgorzata Piotrowicz

Korekta: Renata Kufirska-Biegajło

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: © OpenClipart-Vectors / Pixabay

Zdjęcie autora: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68817-94-2 (EPUB); 978-83-68817-95-9 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 

Dla mojej Żony Kasi

Rozdział I
WIELKIE CUDZE PLANY
 
 

Każde rozczarowanie to obietnica wolności od złudzeń. Ze wszystkich ludzkich słabości rozstanie z nimi jest najboleśniejsze.

Myśl ta naszła Wokulskiego, kiedy pociąg wjechał w bezkresne lasy brzozowe, jakie zaścielały gubernię twerską w drodze z Petersburga do Moskwy.

„Czy wolność od wszelkiej ułudy, wolność absolutna, niosąca spokój i dająca ludzkiej woli niezmąconą niczym możliwość działania, jest możliwa? Właściwie trzeba być świętym albo wariatem, albo jednym i drugim, aby ją osiągnąć” – pomyślał. „Świętym nigdym zostać nie chciał, byłbym zatem szaleńcem? Niechby i tak było... a wtedy zniknie i osad wspomnienia...”

Przyszło mu jeszcze do głowy, że właściwość idealnego odcięcia się od przeszłości przypada czasem w darze neofitom wielkich religii lub idei. Niemal uśmiechnął się na tę myśl, gdyż pewien był, że i ta droga w jego wieku i przy właściwościach jego natury wydawała się wątpliwą.

„Cóż mi więc pozostaje?” – zastanawiał się, gdy pociąg wjeżdżał na dworzec w Twerze.

„Czas i ruch... i może jeszcze nauka” – odpowiedział samemu sobie.

W Twerze pociąg zatrzymał się na dobre pół godziny, głównie, aby wziąć wodę. Wokulski wyszedł na peron dla rozprostowania nóg. Do dwóch wagonów pierwszej klasy, oznaczonych barwą niebieską, niespiesznie zmierzali bogaci Rosjanie, szlachta i kupcy, za którymi postępowali obładowani kuframi, walizami i sakwojażami tragarze. Dalej zgodnie z ustalonym porządkiem rzeczy następowały wagony klasy drugiej i trzeciej. Wokół nich kłębiła się teraz rzesza podróżnych, a przekupnie nawoływali, zachwalając bliny, kwas i wrzątek. Pociąg szedł jako pospieszny, nie miał więc wagonów klasy czwartej, zarezerwowanych dla najpośledniejszych podróżnych. Wokulski spojrzał na zegarek. Dochodziła trzecia po południu, do Moskwy pozostały jeszcze dwie godziny jazdy. Wciągnął w płuca zimne powietrze, inne niż warszawskie czy petersburskie, bo znacznie suchsze, dające znak, że zbliżają się do centralnej części Rosji europejskiej.

Gdy wrócił do swojego przedziału, spostrzegł, że zmienili się pasażerowie. Miejsce od korytarza zajmował teraz gruby kupiec o czerwonej twarzy. Miał zegarek na złotej dewizce tak grubej, że wyglądała jak łańcuch. Kupiec ledwo mruknął na zdawkowe powitanie Wokulskiego i zaczął przeglądać grubą skórzaną tekę, pełną weksli.

Oprócz niego wsiadł jeszcze wyższy urzędnik w mundurze kolejowym, wysoki, chudy, z długą brodą zapuszczoną na wzór rosyjskich wojskowych. O ile ruski kupiec był Wokulskiemu całkowicie obojętny, o tyle urzędnik, który przywitał się głośno i wylewnie, wzbudził w nim natychmiastową awersję.

W tym momencie do drzwi przedziału zapukał główny konduktor, mocno czymś zalterowany.

– Poczta i depesza dla wielmożnego pana Wokulskiego!

To powiedziawszy, z największym uniżeniem wręczył Wokulskiemu przesyłkę. Pociąg zagwizdał, zasapał, szarpnął i ruszył.

Wokulski odłożył kopertę z czerpanego papieru, z cyfrą herbową, na stolik przy oknie i przebiegł oczami telegram. Ten był od Suzina.

 

Wyjeżdżam dziś do Tuły. Turow czeka Cię na dworcu. Bądź w Ermitażu jutro o czwartej po południu. Sprawa najwyższej wagi! Suzin.

 

„Oto cały Suzin. Pisze »sprawa najwyższej wagi«, a załatwiać ją chce w lokalu znanym w całej Moskwie”. Wokulski niewielką miał ochotę na wieczór w tej restauracji, bardzo głośnej i bardzo modnej, tym mocniej, że jej styl stanowił dziwną mieszaninę rosyjskiego przepychu i paryskiego szyku. „Nawet tu Paryż upomina się o mnie” – pomyślał. „Gdybym nie był winien Suzinowi tej wizyty... powinienem jechać w odwrotnym kierunku”.

– Przepraszam najuniżeniej – zapytał po rosyjsku wyższy urzędnik kolejowy, który zdążył już uważnie zlustrować i ocenić leżącą na stoliku ozdobną kopertę. – Szanowny pan z Królestwa?

Wokulski niechętnie uniósł wzrok znad depeszy.

– Tak, panie – powiedział po polsku.

Gruby kupiec zamknął tekę z wekslami, poruszył się niespokojnie i popatrzył na współpasażerów.

– Jestem Machnicki. Jerzy Machnicki – ukłonił się urzędnik, mówiąc dalej po rosyjsku – z Radomia, ale od lat już tutaj w twerskiej guberni. Jaśnie pan zdąża do Moskwy naszą wspaniałą koleją? Pierwszy raz? Prawda, że podróżuje się nią najwyborniej? Rzekłbym, że w niczem nie mają przed nią pierwszeństwa najprzedniejsze koleje niemieckie czy austriackie.

Mowa ruska w jej służalczej formie dziwnie rozdrażniła Wokulskiego.

– Zgadujesz pan tym trafniej, że Moskwa to stacja końcowa – rzekł, ponownie po polsku. – I jak widzę, tak długo byłeś pan w twerskiej guberni, żeś zapomniał ojczystego języka.

– Jaśnie pan raczy zauważyć, że jestem, jakby to powiedzieć, osobą urzędową – lekko żachnął się Machnicki. – Mnie obowiązują regulaminy, ja powinności mam...

– I na tym poprzestańmy.

Sięgnął po kopertę leżącą pod oknem, a urzędnik, którego obowiązywały regulaminy i powinności, wyciągnął z sakwojaża plik dokumentów, nasunął na nos binokle i począł przeglądać papiery, nie bez żalu, iż impertynencja rodaka uczyniła niemożliwym nawiązanie korzystnej znajomości.

Wokulski tymczasem rozerwał kopertę i czytał. Pismo było śmiałe i eleganckie, a list pachniał francuskimi perfumami.

 

Drogi Panie Stanisławie Piotrowiczu!

Od naszego wspólnego przyjaciela wiem, iż zamierza Pan na krótko zatrzymać się w Moskwie. Cieszę się niezmiernie, bo mam nadzieję, że nie zapomniał Pan całkiem o nas i że zechce nas odwiedzić. Wiele słyszałam o Pana poczynaniach w Warszawie i spółce do handlu z Rosją. Podobno miał Pan tam pojedynek, mon Dieu! Cóż to za szaleństwo... Proszę się więcej nie ważyć na podobne... Naturalnie musi mi Pan wszystko to opowiedzieć.

Wiem, że macie z Suzinem jakieś interesa do omówienia, zapraszam Was zatem do mnie na popołudniową herbatę na najbliższy czwartek, zapewniam, że nie będzie się Pan nudził.

Pozdrawiam Pana i oczekuję!

Anna Rożdiestwienska

P.S. Luboczka, która jest teraz przy mnie, również przesyła pozdrowienia.

 

„Po to wyjechałem z Warszawy, żeby teraz zdobić salon Anny Siergiejewny” – pomyślał. „Oczywiście, że nie pójdę. Suzin będzie nalegał, jak to on. Podobają mu się te trzy miliony rubli i dwa wielkie handlowe magazyny tu i w Petersburgu. Ale jak tak, to niech sam ją emabluje”.

Złożył list i schował do kieszeni.

Ciemności listopadowego zmierzchu skryły otaczający ich krajobraz, rozmazując kontury mijanych wsi i miasteczek. Dopiero przed samą Moskwą pola i lasy, i same miejscowości rozjaśniły się srebrzystą poświatą, odbijającą gwiaździste niebo i płonące gdzieniegdzie światełka z domostw i osad. Wytłumaczenie owej magii okazało się nader łatwe. Otóż wokół Moskwy spadł już śnieg.

Pociąg, sapiąc i rozdmuchując na boki tumany pary, wtoczył się na peron, zagwizdał, szarpnął i stanął. Wokulski, niemal bez bagażu, wysiadł jako jeden z pierwszych i zanim jeszcze zdążył rozejrzeć się po peronie, usłyszał znajomy głos:

– Wasza wielmożność! Stanisławie Piotrowiczu! Tutaj!

W jego kierunku biegł szczupły mężczyzna, wymachując wysoką czapką z karakułów. Wokulski poznał Turowa. Na przekór swemu nazwisku był to młodzieniec szczupły, średniego wzrostu, o przyjemnej fizjonomii, rozczochranych blond włosach i rozumnych oczach. Suzin wynalazł go przed kilku laty w czasie jednego z kupieckich wojażów po Rosji zauralskiej i uczynił swoim rękodajnym.

– A co tam, Turow? – rzucił na powitanie Wokulski. – Poznaliście mnie? Bo to już ze trzy lata jakeśmy się ostatnio widzieli.

– Och, jakbym waszej wielmożności miał nie poznać. Stanisławie Piotrowiczu, taka radość! To się mój pan ucieszy! Nie mógł się on już waszej wielmożności doczekać. Proszę za mną, powóz czeka. Gdzież to bagaże waszej wielmożności?

– Nie mam bagaży.

– Jakże to? Toż zamarznie pan w Moskwie w tym płaszczu! Już tydzień, jak spadł śnieg i mróz trzyma tęgo.

Tak rozmawiając, doszli za halą dworca do oczekujących powozów. Okazało się, że do Suzina należał jeden z najdroższych i największych, zaprzężony w dwie pary pysznych trakeńskich koni. Gdy Wokulski rzucił do Turowa uwagę na temat urody zaprzężonych do powozu karoszy, ten odpowiedział, że to ostatni kaprys jego pana, który konie te sprowadził z Prus i zamierza założyć pod Moskwą ich stadninę.

– Dokąd jedziemy? – spytał Wokulski Turowa, myśląc, że staną w domu gościnnym Suzina na Kostromskim Przedmieściu.

– Do Łoskutnego Hotelu – odparł zapytany, a widząc lekkie zdziwienie Wokulskiego, dodał: – W domu gościnnym mój pan ma teraz znajomą... wielką artystkę z zagranicy, rozumiecie...

Wokulski skinął głową na znak, że rozumie.

Do powozu wsiadł sam, bo Turow mimo zaproszenia ani śmiał mu towarzyszyć i gdy tylko zamknął za Wokulskim drzwi, umościł się koło woźnicy na koźle.

Powóz, dobrze resorowany, prawie nie trząsł mimo nierówności moskiewskiego bruku, a gazowe latarnie oświetlały ulice nadal jeszcze rojne, choć była siódma wieczór, pełne ludzi, powozów, szyldów i sklepów. Drugie miasto imperium rozciągniętego między Europą a Azją, pełnego sprzeczności, rozmachu i lenistwa, bogactwa i utracjuszostwa, geniuszu i głupoty, tętniło życiem i energią, może nawet bardziej niż stołeczny Petersburg. Tu zbiegały się nerwy wszystkich szlaków handlowych zasilających tego groźnego olbrzyma, świadomego swojej niezmiernej siły, częściej niszczycielskiej niż twórczej, i ciągle wahającego się w wyborze, do którego kontynentu, cywilizacji i świata on sam przynależy.

Wokulski nie rozmyślał jednak nad dylematami, które od dawna ciążyły nad rosyjską przyszłością. Rozbawiła go lekko myśl o Suzinie, chowającym w domu gościnnym tajemniczą damę z zagranicy.

„Ot ladaco” – pomyślał i uśmiechnął się do siebie. „Ciekaw jestem, od kiedy to trwa? Od Paryża, czy może wcześniej? Na ile go znam, z pewnością »nie bierze tej znajomości zbyt tragicznie«... A skoro druga strona jest wielką artystką, to pewnie pysznie się bawią... W końcu skądś musiały się wziąć te wszystkie przemyślenia o kobietach, którymi mnie karmił, zresztą z dobroci serca... Każdy przecież ma swoją dziedzinę, w której czyni doświadczenia i gromadzi ich rezultaty”.

W lepszym już nastroju niż ten, który towarzyszył mu przez całą drogę z Petersburga, dojechał Wokulski do hotelu Łoskutnego, jednego z najlepszych w Moskwie, znajdującego się na ulicy Twerskiej, tuż przy Placu Maneżowym.

W foyer hotelu zauważył, że dużo się w nim zmieniło od ostatniego razu, kiedy tu był; wszystkie boazerie, parkiety, a nawet schody zostały wymienione. Gdy spytał konsjerża o przyczynę tych nowości, ten odpowiedział, że nie dalej jak we wrześniu mieli tu pożar, który strawił przeszło dwadzieścia numerów i uszkodził sam hall.

Odprawił Turowa, zaleciwszy mu, aby jutro przed południem kupił mu porządny płaszcz podbity futrem i odpowiednią futrzaną czapkę. Turow skinął głową, nawet nie spytał o rozmiar, tylko zapewnił, że jutro przed południem stawi się w hotelu z umówionymi zakupami.

Wokulski zamówił do pokoju kolację z wędzonego jesiotra, ogórków i sałaty i butelkę koniaku. Kiedy znalazł się w swoim numerze, na który składał się duży salon, gabinet i sypialnia, przysiadł przy biurku i wyciągnął listy, które otrzymał jeszcze w Petersburgu. Pierwszy z nich był z Paryża od Geista i mimo że czytał go już wcześniej dwukrotnie, raz jeszcze przebiegł go wzrokiem. Treść jego nie zadowalała go do końca, choć wcześniej już uznał, że profesor coraz bardziej dziwaczeje.

„Jeśli ma być coś z tego, powinienem jechać do Paryża przed upływem roku, póki jesteśmy jeszcze w stanie się porozumieć. W przeciwnym razie wszystko to może okazać się płonne. Ochocki powinien pojechać do Geista nawet wcześniej niż ja” – pomyślał. „Mógłby wszystko wstępnie urządzić. A jednak Geist chce, abym to ja przyjechał pierwszy, nawet bez funduszy. Muszę jednak zakończyć sprawy tutejsze, tak jak zakończyłem warszawskie”.

Na wspomnienie Warszawy doznał przelotnego uczucia żalu, bo Rzecki z pewnością będzie się zastanawiał, skąd jego nagłe dyspozycje pieniędzmi pozostawionymi w banku i u Szlangbauma. „Trzeba będzie napisać do Starego co prędzej i choć trochę go objaśnić w tym, co zamierzam” – skonkludował. Błysnęła mu w głowie przez moment myśl o pannie Izabeli, ale zgniótł ją na podobieństwo wyblakłej ryciny wyrwanej z nieaktualnej gazety i wyrzucił w najdalsze zakamarki umysłu.

Potem układał sobie, co powie Suzinowi i jak uzasadni wycofanie swoich rosyjskich kapitałów. Przyniesioną kolację ledwie tknął, ale podobnie nienaruszona pozostała i butelka koniaku. Pracował do późna, zestawiając rachunki i podliczając aktywa i terminy. Wreszcie zmęczony, ale i uspokojony rzucił się na łóżko.

●●●

Dzień następny wstał słoneczny, suchy i mroźny, malując na szybach koronkowo-lodowe obrazki.

Wokulski po śniadaniu raz jeszcze przejrzał swoje obrachunki, szukając w nich jakiegoś błędu, którego jednak nie znalazł. Sprawiło mu to pewne zadowolenie. Liczby były stabilne, niewzruszone i nie miały w sobie nic z ludzkiej niestałości. Postanowił, że gdy tylko Turow przywiezie mu palto, wyjdzie na przechadzkę. Niechęć do ludzi nie opuściła go całkiem, jednak pośród obcych odczuwał ją w sposób jakby zamglony i stopniowo zanikający.

Turow pojawił się akuratnie za kwadrans dwunasta z dobrym paltem podbitym karakułem i wysoką futrzaną czapką. Przywiózł też bardzo porządny wizytowy surdut w tabaczkowym kolorze, z dobranym jedwabnym fularem, i zarazem wieść, że z Suzinem będzie w hotelu o czwartej, aby zabrać go na spotkanie.

– Do Ermitażu mogę doskonale dojść bez powozu – zauważył Wokulski, bo lokal znajdował się po drugiej stronie Placu Maneżowego, w odległości nie więcej jak kwadrans bardzo spokojnym krokiem.

– Wasza wielmożność, wiem tyle, że pan mój będzie po was powozem – odparł z niezmąconym spokojem Turow, po czym pożegnał się grzecznie i wyszedł.

Gdy został sam, Wokulski pomyślał, że pora się ostrzyc i ogolić, zadzwonił więc po konsjerża i za niecałe dwie godziny mógł obejrzeć w lustrze odmienioną postać siebie.

Z odbicia patrzył na niego człowiek o zmęczonych oczach i skroniach lekko przyprószonych srebrem, ale nadal jeszcze trzymający się prosto, silny i żywotny.

„Jednak nie zabiło mnie to wszystko” – pomyślał. „Nadwątliło, ale przetrwałem. Nie wyglądam też na szaleńca. Przynajmniej na razie”.

Czas, jaki mu pozostał, przepędził na czytaniu książek i przeglądaniu gazet, które prześcigały się w ostrzeżeniach przed rosnącymi w siłę Niemcami i szydziły z Anglików, którzy prowadzili wojny w Afganistanie i Południowej Afryce, a żadna z nich nie szła po myśli podstępnego Albionu. Nawoływały także do przyłączenia Turkmenii do Rosyjskiego Cesarstwa nawet za cenę wojennej wyprawy. „Dla rozszerzenia granic” – jak to elegancko nazwał jeden z dzienników.

Dziesięć minut przed czwartą zapukał konsjerż i uniżenie przekazał wiadomość, że wielmożny pan Suzin oczekuje go na dole w powozie.

Wokulski wziął palto i wyszedł przed budynek. Stał tam znany mu już, zaprzęgnięty w trakeny powóz, a przed nim w futrze, ale z gołą głową – Suzin.

Na widok Wokulskiego rozłożył ręce, podbiegł kilka dzielących ich kroków i chwycił przybysza w ramiona.

– No jesteś wreszcie! – rzekł, gdy się uściskali. – Siadajmy, bo mamy troszkę do przejechania, a spóźnić się nie wypada. Ot dobrze, żeś wreszcie przyjechał, pogadamy po drodze. – To powiedziawszy, niemal wskoczył do powozu.

– Gdzież to jedziemy, bo przecież nie do Ermitażu – spytał Wokulski, bo powóz zakręcił energicznie i ruszył w dokładnie przeciwnym kierunku.

– Prawda – odparł Suzin. – Ermitaż zostawimy sobie na jutro. A dziś, gołubczik, zmiana planu, pojedziemy do Anny Siergiejewny.

Widząc, że Wokulski lekko zmarszczył brew, Suzin klepnął go w ramię i kontynuował:

– Nie chmurz się, nie chmurz na Suzina, Stanisławie Piotrowiczu. Wiem, miałeś do dam pojechać jutro, ale uwierz, nie ma tu żadnego mego podstępu, no może taki malutki, czut’, czut’. – Tu pokazał kciukiem i wskazującym placem, jak niewielki to podstęp, i zaśmiał się rozgłośnie. Po chwili jednak spoważniał i dodał: – Będą dziś u Anny Siergiejewny ważne figury, rozumiesz, ważne dla mnie i dla naszych interesów... Jest okazja porozmawiać, a wierz mi, o spotkanie z niektórymi zabiegałem od dawna. Proszę cię też, żebyś jak zawsze słuchał uważnie i obserwował.

– Suzin, wiesz, że chcę się skwitować z naszych interesów, jak wcześniej mówiłem.

Kupiec pokręcił głową, popatrzył uważnie na Wokulskiego i rzekł:

– Bardzo zmizerniałeś od czasów paryskich, ale skoro mówisz o skwitowaniu z interesów, to znaczy, że ci ta panna wysokiego rodu wywietrzała z głowy i masz jakiś nowy pomysł. I to jest dobre i zdrowe, a reszta się ułoży. Odetchniesz tutaj, duszę odtrujesz, a jak zobaczysz, jakie mam zamierzenia, to ja wiem, że zmienisz zdanie.

Widząc, że Wokulski milczy i nie daje się wciągnąć w dyskusję, Suzin mówił dalej:

– Ty mi zrób tylko jedną uprzejmość i zmień tę wilczą minę, jak dojedziemy do Anny Siergiejewny. To taka dobra kobieta! I głowa, i serce, wszystko u niej na miejscu. O córce nie wspominam, bo mnie tu zaraz pokąsasz, ale sam wiesz, że jeszcze lepsza od matki. Tak że zachowaj to chmurne czoło na swoją Warszawę, a tu... tu bądź człowiekiem.

Suzin wyciągnął portcygar z tłoczonej skóry, poczęstował cygarem Wokulskiego i sam zapalił. Na chwilę obu ich przysłoniły kłęby dymu.

Wokulski raz jeszcze przebiegł w pamięci swoje obrachunki ze wspólnikiem. Ze słów Suzina widać było brak chęci do zakończenia ich wspólnych spraw, przeciwnie – wynikało z nich, że Rosjanin nosi się z jakimiś nowymi zamiarami. Wokulski czuł narastające rozdrażnienie, choć przewidywał przecież, że przeprawa z Suzinem nie będzie łatwa.

Kupiec musiał myśleć o tym samym, bo odezwał się pierwszy:

– Ty chcesz wycofać się całkowicie?

– Tak.

– Masz u mnie w obrocie ponad trzysta tysięcy, które dają ci co najmniej dwanaście procent rocznie, a może dadzą w przyszłym roku i piętnaście. Jestże teraz sens rezygnować?

– Chcę zacząć od początku.

– To i zacznij. Ale nie psuj sobie dobrych interesów i nie trać przyjaciół.

– Interesy doszczętnie mi obrzydły. A przyjaciele, jeśli są nimi istotnie, to zrozumieją.

– Ty chcesz wrócić do Paryża, czyż nie? Czyli zamienić jedno szaleństwo, to jest miłość, na jakąś drugą mrzonkę...

– A jeśli tego właśnie pragnę? – niemal wykrzyknął Wokulski. – Jeśli się przebudziłem z długiego, głębokiego snu, jeśli chcę zrobić coś, co będzie mieć znaczenie, co nada jakiś sens mojemu istnieniu, to źle?

– Ty zawsze, Stanisławie Piotrowiczu, musisz za czymś gonić, nie widząc tego, co pod ręką. Weźmy na ten przykład Irkuck. Po zesłaniu proponowali ci tam intratną posadę rządową, aleś wolał zajmować się przyrodnictwem i przymierając głodem, pisać uczone rzeczy dla różnych naukowych towarzystw. Potem mogłeś jeszcze tu, w Rosji, wejść ze mną w spółkę i miałbyś dzisiaj tyle co ja, ale nie, wtedy wróciłeś do Warszawy i już nie tylko przymierałeś głodem, ale prawie z niego pomarłeś... Do Turcji pojechałeś zrobić majątek. Znam ja cię jednak, to nie było dla samego dorobienia się, tylko żeby wejść w sfery tej waszej arystokracji – tu Suzin skrzywił się z widocznym wstrętem – tak samo próżniaczej i jałowej, jak i nasza rosyjska. Jak oni cię zawiedli i rozczarowali, to teraz tyś rozszastał wszystko, coś miał w Warszawie, nie zaprzeczaj. – Suzin uniósł palec gestem nauczyciela karcącego ulubionego, ale krnąbrnego ucznia. – Wiem, bo już mi o tym wasi usłużni donieśli, a wszystko, coś zrobił, to po to, żeby wielkim gestem odciąć się od przeszłości, wynagrodzić krzywdy i wypłacić zasługi. Odejść jak książę, wielki pan. Pięknie i bardzo kosztownie!

– Jeśli jestem taki, jak mówisz – rzekł Wokulski – to po cóż sobie mną głowę zaprzątasz? Wypłać mi kapitał, zrezygnuję z procentów za ten rok i możesz pomniejszyć go i o to, co byś stracił na tym, że go wycofam.

Suzin palił przez chwilę w milczeniu, a potem pokręcił głową i rzekł:

– Przy wszystkich niepodobieństwach i zakrętach twojej natury, ty masz wielki dar spotykania ludzi, którzy cię naprawdę kochają. I którzy stoją przy tobie, nieważne, jakie głupstwo byś zrobił. I wybaczają wszystko, nawet ślepotę i niewdzięczność. Ja ci powiadam, szanuj ty tych ludzi i kochaj choć trochę.

Wokulskiego ukłuła ta uwaga w samo serce, boleśnie, może dlatego, że tak po prostu i bez jakiegokolwiek wyjaśnienia rozstał się z Rzeckim. Ze Stawską, nawet i z Ochockim. A może i... z Izabelą? „Nie – pomyślał – z nią akurat obszedłem się stosownie”.

– Czyż ja się takim ludziom niczym nie odpłacam, jestem aż tak złym przyjacielem?

Na to Suzin nic nie odpowiedział.

– Co do nowego zamierzenia, jakie poczyniłem – rzekł, jakby po namyśle – wiesz dobrze, na czym w Rosji naprawdę się zarabia, bo nieraz o tym mówiliśmy.

– Na koncesjach rządowych.

Kupiec skinął głową.

– Tak dorobił się i wasz Kronenberg – rzekł. – A teraz i ja mam na to dobre widoki. I ty ze mną. Nie zapytasz nawet, o co chodzi?

Wokulski pomyślał, że Suzinowi należy się odrobina uwagi, przede wszystkim dlatego, że kupiec był mu przyjacielem od lat, a po wtóre, że wiedział, jak Suzin kocha każdy nowy pomysł, który obmyślił.

– Cóż to za zamiar? – spytał, mając nadzieję, że głos go nie zdradzi.

– Baku i nafta! – rzekł kupiec, z roziskrzonymi oczami pochylając się do Wokulskiego. – Oto przyszłość i fortuna! Oto sława prawdziwa. Teraz jest tam nie więcej niż kilkanaście szybów, ale ci, co znają się na rzeczy, od pewnego czasu węszą. Są tam już i ludzie od Nobla, i Rotszyldowie też swoich przysłali. Rekiny, Stanisławie, rekiny. Ale wszystkich ich prześcigniemy.

– Jak chcesz tego dokonać? – Wokulski przyznał w duchu, że ten pomysł Suzina miał wielki rozmach. Jak zawsze.

– Wiesz, jak jest w Rosji, nic za darmo. W tym przypadku będzie tak samo.

– Czyż nie za wysokie to progi? Musiałbyś...

– Musiałbym dotrzeć na samą górę, może i do samego cara, tak jest – rzekł Suzin spokojnie. – A w każdym razie do jego doradców. Już zadzierzgnąłem odpowiednie kontakty i alianse. I dostałem pewną propozycję, bardzo ryzykowną, nie zaprzeczam, ale jeśli się powiedzie, droga będzie otwarta.

Suzin uśmiechnął się, bardziej do samego siebie niż do Wokulskiego, i dalej palił w milczeniu.

Jechali wzdłuż rzeki i na jednej z rogatek opóźnił ich wywrócony powóz, w którym pękła oś, przez co dopiero o piątej, lekko już spóźnieni dotarli do domu Rożdiestwienskich, przy czym słowo „pałac” byłoby bardziej odpowiednie.

Rezydencja była niewiele tylko mniejsza od warszawskiego Hotelu Europejskiego, oddzielona od innych budynków wysokim parkanem i ogromną bramą z żelaza kutego w motywy roślinne w stylu francuskim. Brama była dziś otwarta na oścież i jasno oświetlona, również przez latarnie trzymane w ręku przez czterech służących w płaszczach z zielonego sukna. Wokulski wiedział, że za domem znajduje się duży park, z chińskimi domkami i pagodami, założony jeszcze przez matkę obecnej właścicielki.

Przypomniał sobie teraz, co Suzin wcześniej mówił mu o Rożdiestwienskiej.

Anna Siergiejewna Rożdiestwienska pochodziła z rodziny z dawien dawna kupieckiej, która jeszcze za panowania Aleksandra I opowiedziała się za postępem i odrzuciła dawne obyczaje i formy, przez co większość kupców tradycjonalistów, „brodatych” – jak ich nazywano wówczas w cesarstwie, serdecznie i szczerze Rożdiestwienskich nienawidziła. Ci jednak niewiele sobie z tego robili, rośli w siłę i zamożność, i było tak aż do wojny krymskiej. Konflikt ten przyniósł familii Rożdiestwienskich ogromne pieniądze, ale i nieszczęście, zabierając dwóch młodych dziedziców fortuny. W ten sposób zaledwie w rok cała fortuna przeszła na Annę Siergiejewnę, wówczas niespełna szesnastoletnią pannę, która stała się najbardziej pożądaną partią w Moskwie. W końcu młoda dziedziczka oddała swoją rękę pięknemu i szarmanckiemu oficerowi huzarów, hrabiemu Iwanowi Kałyginowi. Małżeństwo okazało się katastrofą, z której mógł wydźwignąć Annę Siergiejewnę dopiero cud. I ten się stał. Małżonek huzar, pragnąc wypróbować konia wielkiej krwi, jak wstał od karcianego stolika, tak dosiadł wierzchowca i postanowił przeskoczyć na nim parkan posiadłości. W chwilę później zakończył życie ze zgruchotanym karkiem, pozostawiając w żalu towarzyszy od kart, którzy tracili w nim hojnego gospodarza. Dla Anny Siergiejewny był to dzień wyzwolenia. Nie wyszła ponownie za mąż, wychowywała córkę, odrzuciła tytuł hrabiowski i wróciła do panieńskiego nazwiska. Za to z całą werwą zabrała się do ratowania firmy, tak że w całej kupieckiej Moskwie czyniono zakłady, czy jej się to uda. Po dekadzie okazało się, że Anna Siergiejewna nie tylko wyszła z tych zmagań zwycięsko, lecz uczyniła firmę świetniejszą niż dawniej. Z pomnożeniem majątku przyszły i kontakty z elitą władzy imperium, a salon Rożdiestwienskiej stał się jednym z najbardziej obleganych w starej stolicy.

Zajechali właśnie przed jej dom, poprzedzani dwoma powozami, nie mniej wspaniałymi niż ich własny. Gdy wysiedli, Wokulski zauważył grupę mężczyzn wchodzących po schodach pałacu, z których większość nosiła wojskowe płaszcze ze złotymi epoletami. Mimo lat przeżytych wśród Rosjan i nawet mimo ostatniej wojny, która przyniosła mu rozgłos i fortunę, nigdy nie oswoił się z rosyjskim mundurem. Jakaś część jego jaźni została w śniegach i leśnych echach roku sześćdziesiątego trzeciego.

– Moja zwierzyna na dzisiaj – szepnął do niego Suzin, wskazując głową wchodzących do pałacu, i uczynił gest, jakby składał się do strzału.

Gdy i oni weszli do pałacu, odebrano od nich palta, a starszy majordomus w bogatej liberii, dobrze widać zaznajomiony z Suzinem, przywitał ich z szacunkiem i rzekł, że pani jest w mniejszej sali balowej, w której dopiero co zaczął się koncert. Suzin poprowadził Wokulskiego z wyłożonego modrzewiowym parkietem hallu na lewo, do mniejszego korytarza, gdzie już rozbrzmiewały dźwięki muzyki.

Służący bezszelestnie otworzył przed nimi drzwi i znaleźli się w sali balowej, dziś wypełnionej zasiadającą na krzesłach widownią w liczbie około czterdziestu osób. Na podwyższonej scenie kwartet grał jakąś romantyczną, nieznaną Wokulskiemu kompozycję. Zajęli z Suzinem po cichu miejsce w ostatnim wolnym rzędzie, w samym narożniku sali, skąd dogodnie było się po niej rozejrzeć. Była tu imponująca kolekcja fraków, mundurów i damskich toalet, skrzących się od piór i drogich kamieni, których właściciele i właścicielki należeli do najbardziej wpływowych ludzi w imperium. Nie mogli dojrzeć nigdzie gospodyni, Wokulski założył jednak, że musi się ona znajdować w pierwszym rzędzie, ukryta przed ich oczami.

Gdy kwartet skończył i otrzymał brawa, do fortepianu podeszła młoda, wysoka i szczupła kobieta, w prostej sukni morelowej barwy. W jej wysoko upiętych czarnych, niemal granatowych włosach błyszczał diamentowy diadem. Wszystko w jej sylwetce, poruszeniach, sposobie, w jaki trzymała głowę, było samym wdziękiem. Wokulski poznał ją od razu, choć nie widział jej lat kilka. Była to Lubow Iwanowna Rożdiestwienska.

Dziewczyna ukłoniła się publiczności, która przywitała ją oklaskami, już to dla admiracji jej wyglądu, już to dla przypodobania się jej matce. Wokulski bił brawo z innymi, myśląc, że jeżeli Geist ma choć trochę racji, to niewątpliwie Lubow Iwanowna zalicza się do tych, których profesor nazywał prawdziwymi ludźmi.

Lubow usiadła za klawiaturą, lekko westchnęła i zaczęła grać. Po pierwszych tonach wśród publiczności ustały nawet najlżejsze szepty. Muzyka płynęła spod palców grającej, zrazu prosta, przyjemnie liryczna, aby później przejść w ton bardziej tajemniczy, uwodząc słuchających szeptem akordów, przykuwając uwagę, wreszcie zmuszając każdego z osobna do zatopienia się w sobie, we własnych myślach, uczuciach, refleksjach. Była w tym utworze jakaś wielka tkliwość i wzruszenie, przeplatające na przemian smutek z pocieszeniem i nadzieją.

– O, to Czajkowski – szepnął tonem znawcy ktoś z rzędu przed nimi. – Całkiem niedawna rzecz...

Wokulski od pierwszych zagranych nut poczuł w piersi dziwną wibrację, jakby tajała ciążąca mu i dławiąca go wielka lodowa gruda. Muzyka otaczała ten lód, wsączała się w niego, zastępowała stopniowo, ale uparcie chłód ciepłem. Na moment zapomniał o ostatnich przeżyciach, wspomnieniach i ułożonych planach. Cały świat jak w soczewce skupiającej światło zawęził się do tego miejsca i czasu, a potem już tylko do fortepianu, grającej na nim kobiety i aureoli diamentowych refleksów na jej włosach. Pomyślał, że tylko martwy mógłby pozostać obojętny na takie piękno.

„Jednak je odczuwam, a skoro tak...” – nie dokończył myśli. Dał się ponieść magii, którą tworzyła muzyka, pianistka i iluminacja wokół niej, i czuł teraz, że jakaś niewidzialna siła dźwiga go ze zmęczenia i zjadliwej niewiary we wszystko z mocą większą może, niż gdyby doświadczył sakralnego objawienia.

Pianistka muśnięciem palców stworzyła ostatni akord ostatniego taktu i posłała go w przestrzeń, a potem zamarła na chwilę z uniesioną nad klawiszami dłonią.

Widownia wybuchła brawami, teraz już szczerymi.

Wokulski siedział pogrążony w myślach, nieobecny. Poczuł, jak Suzin szturcha go łokciem w bok.

– Ty cóż, durak, nie klaszczesz? – szepnął kupiec.

Wokulski ocknął się i uderzył w dłonie. Przez moment wydawało mu się, że pianistka, kłaniając się, spotkała go spojrzeniem, ale mogło być to tylko złudzenie.

Występ Lubow był kulminacyjnym punktem koncertu i gdy umilkły wreszcie długie oklaski, służba otworzyła wysokie drzwi prowadzące z sali balowej do bankietowej.

Suzin, dobrze obeznany z tutejszymi obyczajami, pociągnął Wokulskiego za rękaw.

– Tak i chodźmy – rzekł.

Wokulski wstał nieco machinalnie, bo w głowie kłębiło mu się wiele na wpół sformułowanych myśli i przeczuć, i podążył za Rosjaninem. Suzin prowadził pewnie, lawirując wśród gości, kłaniając się lekko, jak przystało na posiadacza paromilionowej fortuny, a niekiedy uśmiechając promieniście, zwłaszcza do co piękniejszych dam z moskiewskiej socjety.

– Ot i nasz stolik – rzucił półgłosem do Wokulskiego. – Proszę cię, słuchaj jak zawsze i konotuj sobie w pamięci, kto i co będzie mówił, a przede wszystkim: jak mówił.

– I czego nie mówił? – dorzucił Wokulski.

– Tak jest. To bardzo ważny wieczór, zobaczysz zaraz...

Przy wskazanym stoliku siedziało już dwóch wysokich rangą wojskowych.

Wokulski spojrzał na nich i od razu poznał, że jednym jest Skobielew, „biały generał”, który przeszedł do rosyjskiej legendy dzięki bitwie pod Plewną. Drugiego wojskowego, także w generalskich szlifach, nie znał.

– Kłaniam się panom generałom – rzekł Suzin i skinął głową.

Skobielew podniósł się od stołu. Był to człowiek w czterdziestych latach życia, dość wysoki, o bujnych ciemnoblond włosach i – wbrew bałwochwalczym opisom rosyjskich gazet, widzących w nim współczesnego tytana – raczej smukły. Jego niezbyt szerokie barki powiększały wydatne epolety. Miał przy tym monumentalną, starannie ułożoną brodę, która dodawała mu wieku i dostojeństwa, a biały, gęsto szamerowany złotem i skrzący się gwiazdami orderów mundur przywodził na myśl generałów Napoleona, którym bez wątpienia dorównywał odwagą.

– Ach, to wy, Dymitrze Wasiliewiczu! – odezwał się przyjaźnie do Suzina. – Cieszę się, że znowu się spotykamy! I jak widzę – dodał, patrząc na Wokulskiego – przyprowadziliście tu więcej znajomych spod Plewny.

– Witam pana generała – rzekł Wokulski.

– Rad was widzę, Stanisławie Piotrowiczu. Nikołaju Grigoriewiczu – Skobielew zwrócił się do drugiego wojskowego – oto Dymitr Wasiliewicz Suzin i Stanisław Piotrowicz Wokulski. Dzięki tym dwóm ludziom nasi żołnierze dostawali w okopach na tureckim froncie porządny chleb i łyk gorzałki. Gdybyśmy mieli więcej tak odważnych dostawców, zajęlibyśmy Stambuł i dziś byłby znowu Konstantynopolem.

– Miło mi poznać tak zasłużonych ludzi – odezwał się, wstając, drugi generał. – Jestem Nikołaj Stolietow.

Wokulski teraz dopiero zauważył, że Stolietow, mimo iż barczysty, jest niskiego wzrostu, co przy piersi atlety, sumiastym wąsie i szerokim czole sprawiało nieco komiczne wrażenie – jakby stwórca złośliwie przyciął sylwetkę planowaną pierwotnie dla herosa.

Suzin i Wokulski ukłonili się formalnie Stolietowowi, po czym wszyscy usiedli, a Skobielew mówił dalej:

– Nikołaj Grigoriewicz dopiero co wrócił z Afganistanu. Wiele tam uczynił dla rozszerzenia wpływów naszego imperium i w końcu stał się do tego stopnia solą w oku Anglików, że ci rozpoczęli z Afganistanem wojnę.

– Przeceniasz mnie, Michaile Dmitriewiczu – odezwał się Stolietow, któremu słowa Skobielewa sprawiły jednak widoczną przyjemność. – Anglicy rozpoczęli wojnę z wielu powodów. Przede wszystkim pragną trwale usadowić się w Afganistanie i, jak sądzę, podzielić ten kraj na wiele mniejszych państewek, którymi łatwiej będzie manipulować.

– Tak już zrobili w Indiach – rzekł krótko Wokulski.

– Tak jest – zgodził się Stolietow. – Angielski radż opiera się na wygrywaniu jednych tubylczych władców przeciwko innym, muzułmanów przeciwko hinduistom, a hinduistów przeciwko sikhom i tak dalej, i tak dalej. Innymi słowy napuszczają wszystkich na wszystkich. Nawet wielkie powstanie Hindusów w roku pięćdziesiątym siódmym w dużej części stłumili rękami wiernych sobie indyjskich książąt. W takiej rozgrywce Anglicy są mistrzami.

– Anglików da się pobić – rzekł Skobielew. – Zawsze to powtarzałem. Unikajmy ich floty i doprowadźmy do konfliktu na lądzie. A gdzież byłoby uderzyć lepiej niż w ich miękkie podbrzusze, w same Indie? Bez nich Anglicy stracą imperium.

– Do Indii daleko, panie generale – spokojnie zauważył Suzin.

– Daleko, dlatego musimy się do nich przybliżyć – ciągnął dobitnie Skobielew, rozgrzany widomie myślą o przyszłości i wypitym przed chwilą szampanem. – A droga do nich wiedzie przez Turkiestan i Afganistan.

– Żadnego z nich jeszcze nie mamy – rzekł poważnie Stolietow. – A mieć powinniśmy.

– Tak jest! Oto słowa żołnierza! – Skobielew uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły starannie ułożone widelce i reszta zastawy. Podskoczyło też trzech moskiewskich kupców przy stoliku obok, kelnerzy zaś, bez wyjątku tatarskiego pochodzenia, rzucili się zbierać strącone sztućce z podłogi.

Wokulski, choć wiedział, w jakim towarzystwie się obraca, a lata spędzone wśród różnych typów Rosjan przyzwyczaiły go do takich zachowań, poczuł nieprzyjemne ukłucie.

„Czy w sześćdziesiątym trzecim roku też tak planowali? Czy jednak styczeń był dla nich zaskoczeniem?” – pomyślał i przeszła mu przez głowę myśl, że jeśli nawet Moskale zostali zaskoczeni, to nie mniej również on i jego ówcześni towarzysze.

Kelnerzy usłużnie ułożyli nową zastawę i przynieśli więcej zakąsek i szampana.

– Czy jego dostojność minister spraw zagranicznych przybył już do Moskwy? – zapytał Suzin, chcąc najwyraźniej powrócić do materii, która go interesowała.

– Tak, dzisiaj rano – rzekł Skobielew. – Jesteśmy jutro umówieni w naszej sprawie, Suzin, naszej ważnej sprawie. – Mrugnął do kupca porozumiewawczo. – Jak wszystko pójdzie dobrze, to w czwartek przedstawię was, a generał Stolietow wprowadzi ministra w szczegóły. Czy Stanisław Piotrowicz wie już, o co chodzi?

– Zna zarys planu – zełgał bez mrugnięcia okiem kupiec. – Najlepiej jednak sami mu powiedzcie, wasza dostojność. – Suzin odezwał się tonem niemal służalczym, którym czarował najważniejszych kontrahentów.

Skobielew skinął głową do Wokulskiego.

– Zbliżcie się, Stanisławie Piotrowiczu – rzekł ciszej i głosem całkiem trzeźwym. – Nie należy mówić o niektórych rzeczach za głośno. A mówię wam, bo wiem, na co stać was i Dymitra Wasiliewicza. – Uśmiechnął się lekko do wyraźnie zadowolonego Suzina.

Wokulski pochylił się nad stołem w kierunku generała.

– Planujemy uzbrojenie Afganistanu przeciwko Anglikom i doprowadzenie do wielkiej rebelii. Tak wielkiej, że Rosja będzie musiała interweniować dla zabezpieczenia swoich interesów. I to wy z Suzinem dostarczycie tę broń afgańskim buntownikom. Na tym etapie nic nie może nas wiązać z wybuchem w Afganistanie, skoro jednak do niego dojdzie, to albo będziemy mieli wielką lądową wojnę z Anglią...

– ...albo przynajmniej weźmiemy Turkiestan – dokończył Stolietow.

– A Suzin z wami dostanie swoje koncesje na skalny olej w Baku – dodał Skobielew. – Wszyscy wygramy, wy będziecie bogaci, my sławni...

– ...i bogaci – dodał Suzin, na co obaj generałowie skinęli z zadowoleniem głowami.

– A święta Rosja większa i potężniejsza – zakończył Skobielew.

– Tak cóż, wypijmy za to! – rzekł biały generał i wstał z kieliszkiem szampana w ręku.

Stolietow, Suzin i Wokulski powstali za nim.

– Za wielkie plany i ich powodzenie! – rzekł uroczyście Skobielew.

– Za ich powodzenie! – odpowiedział jak echo Suzin i spojrzał zaniepokojony na Wokulskiego, czy ten aby nie powie czegoś nieodpowiedniego.

Wokulski podniósł jednak kieliszek i wypił razem z pozostałymi.

W tym momencie poczuł, że coś dotknęło jego ramienia. Obrócił się i spotkał wzrokiem Annę Siergiejewnę, która z rozbawieniem uderzyła go tym razem w gors złożonym wachlarzem. Stała przed wianuszkiem mężczyzn pewna siebie, w fioletowej sukni z wysokim stanem, a jej starannie upięte, nadal czarne włosy przywodziły na myśl posąg Junony. Tyle że posąg taki nie miałby na sobie diamentów za kilkanaście tysięcy rubli.

– A ot i jest gość z dawna oczekiwany, a przecież niespodziewany – powiedziała z uśmiechem pani Rożdiestwienska. – Witajcie, panowie. – Skinęła głową wojskowym i Suzinowi.

Wokulski ukłonił się.

– Mam nadzieję, że nie jestem gościem niemiłym – rzekł.

– A to się okaże, zależy, jak się pan zachowasz, poznałam już waszą nieobliczalność. Widzę, że radzicie nad jakimiś wielkimi planami, moi panowie, a nawet już zdążyliście za nie wznieść toast, ale pozwólcie teraz, że zabiorę wam na chwilę Stanisława Piotrowicza. Dzisiaj będzie on moim jasyrem. – Roześmiała się, rada z żartu.

– Gdyby pan Wokulski narzekał na tę niewolę, chętnie zgłaszam się w jego miejsce – odezwał się Stolietow.

– Zapamiętam, zapamiętam, panie generale – odparła dama i dała znak Wokulskiemu, aby wziął ją pod rękę.

Szli tak przez salę, przyciągając uwagę zgromadzonych, z których ten i ów zadawał sobie pytanie, kim jest mężczyzna cieszący się tak oczywistą łaską pani pałacu.

– Byliście niedawno w Paryżu – odezwała się do niego. – Suzin mówił nam to i owo...

Wokulski drgnął nieznacznie, co jednak nie uszło uwagi jego towarzyszki.

– Suzin lubi dużo mówić – odparł.

– Wiem, nie we wszystko, co powie, wierzyć należy – powiedziała wyraźnie rozbawiona Anna Siergiejewna. – Choć patrząc na to, z jakim rozmachem prowadzi interesy, nie można brać jego słów za całkowitą mrzonkę. Bardzo obaj urośliście przez ostatnie lata, Stanisławie Piotrowiczu.

– Jeśli o mnie chodzi, Anno Siergiejewna, to czasem myślę, czy nie lepiej byłoby dla mnie, żebym właśnie tak nie urósł.

– Majątek to nic złego, złe jest, jak się z niego nie umie korzystać albo jeśli nie mamy komu go przekazać – orzekła pani pałacu i Wokulski poczuł, że bardziej niż o nim mówi ona o sobie.

Anna Siergiejewna skinęła głową grupie kilkunastu dam, otoczonych wianuszkiem mężczyzn, które mimo prowadzonych konwersacji uważnie podążały wzrokiem za Rożdiestwienską. Stanowiły pyszny przekrój kobiet z elity imperium, w wieku od podlotka do lat czterdziestu kilku, i jak kolorowe motyle przysiadły na sofach przy jednym z wielkich kominków sali balowej, przez którą teraz prowadziła Wokulskiego.

– Koniecznie muszę im pana przedstawić, tylko będę dobrze was pilnować, żeby pana nie zjadły. – Roześmiała się cicho. – Moje przyjaciółki nudzą się już po trosze w Moskwie, niektóre z nich wkrótce wrócą do Petersburga, a inne wybierają się na zachód, więc tym bardziej interesują je pańskie ostatnie doświadczenia z Paryża.

– Co pani rozkaże – odpowiedział Wokulski, lekko zaciekawiony, do czego zmierza gospodyni wieczoru.

– Przejdźmy do gabinetu.

Anna Siergiejewna pociągnęła Wokulskiego do drzwi na krótszym boku sali, które z pośpiechem otworzyli przed nimi służący w liberii, a potem przez krótki korytarz na lewo. Były tu kolejne drzwi, dużo mniejsze niż te, przez które dopiero co przeszli. Rosjanka sięgnęła za gors sukni. W jej dłoni błysnął niewielki kluczyk, którym otworzyła zamek, i nacisnęła klamkę. Weszła zdecydowanym krokiem do środka, a Wokulski podążył za nią.

Wnętrze zrobiło na nim dziwne wrażenie.

Było to połączenie gabinetu kupca z buduarem damy, a żaden z tych pozornie sprzecznych światów nie był w stanie znacząco przeważyć nad drugim. Na środku pokoju stał mahoniowy stół, drogi, lecz nie bardzo wielki, ledwie na cztery osoby, a na nim leżały otwarte księgi rachunkowe, sterta zamówień i katalogów, jak też porządnie ułożone pakiety weksli. Duże liczydło miało wyraźnie poprzesuwane kamienie z kości słoniowej i hebanu, jakby dopiero co odłożył je pracowity subiekt, a leżące obok karty papieru pełne były notatek i obliczeń. Widok ten przypomniał Wokulskiemu na moment Rzeckiego, bo wszystko to było porządne i praktyczne w ten szczególnie niewymuszony sposób, jaki w całym świecie jest właściwy kupcom kochającym swoją profesję. Tyle że, jak musiał przyznać w głębi ducha Wokulski, on tej miłości nigdy do końca podzielić nie zdołał.

O ile jednak stół z jego utensyliami był przynajmniej krajobrazem znajomym i zrozumiałym, o tyle reszta gabinetu stanowiła dla Wokulskiego ciąg zaskoczeń. Przede wszystkim znajdował się tu szezlong, z purpurowym obiciem, przy nim arabska fajka wodna z kutego srebra i dwa podobnie obite fotele, ustawione najwyraźniej tak, aby rozmawiać z tym, kto w danym momencie na szezlongu spoczywał. Na jednym z foteli niedbale rzucona ścieliła się aż na podłogę suknia z żółtej tafty, a na niej para długich, czarnych, koronkowych rękawiczek. Nieco za szezlongiem, na ścianie, stała toaletka z wielkim lustrem, flakonami perfum, pędzlami do makijażu i – jak się zdawało Wokulskiemu – niezliczoną liczbą puzderek i pudełeczek, szczotek, szpilek do włosów i innych drobiazgów. Za toaletką stał rzeźbiony parawan z ażurowanego drewna, także zarzucony barwnymi sukniami, przy czym widoczne spod nich rzeźby przedstawiały ewidentnie nagich hinduskich bogów i boginie w pozach dalekich od przyzwoitości. Wokulski ocenił, że każda z sukien była z czystego jedwabiu i musiała razem z uszyciem kosztować setki rubli. Zbyt krótko był mężem, poza tym kobiety niekochanej, aby nie poczuć pewnego niepokoju w tej przestrzeni bardzo świadomej i bardzo pewnej siebie kobiecości. Poczuł zarówno zakłopotanie, jak i pewną ekscytację egzotyką miejsca, w którym się właśnie znalazł, więc aby pokryć zmieszanie, przeniósł wzrok na pozostałe dwie ściany salonu.

Wypełniały je zamykane i przeszklone biblioteczki, a pomiędzy nimi znajdowały się małe tajemnicze drzwi, prowadzące gdzieś dalej w głąb budynku. Okna, duże, lecz umieszczone tylko na jednej ścianie, wychodziły na park, w którym zapalono teraz lśniące żółtym światłem latarnie.

– Oto, panie Wokulski, moja twierdza, kantor, świątynia i samotnia. – Rosjanka powiedziała to pogodnie, ale słowa zabrzmiały poważnie.

– Chyba nie bywasz tu, pani, zawsze sama – odparł Wokulski i zaraz niemal pożałował tego odezwania się, bo pomyślał, że słowa mogły zabrzmieć impertynencko.

– Czasem towarzyszą mi tu ci, których uznam za tego wartych lub wystarczająco zabawnych – odparowała Anna Siergiejewna, a on odetchnął z ulgą, bo najwyraźniej nie poczuła się dotknięta.

– Czasem myślę, że mogę być zabawny – rzekł. – Zwłaszcza gdyby ktoś trzeźwo myślący przyjrzał się temu, com robił przez ostatnie lata.

Dziedziczka roześmiała się lekko.

– Tak jest chyba lepiej, niż myśleć o sobie w sposób tragiczny. W każdym razie ja już od bardzo dawna staram się nie widzieć mojego życia w ten sposób. Uwierzcie mi – popatrzyła na niego uważnie – tak jest lepiej. A teraz siadajcie, Stanisławie Piotrowiczu. Będziemy robić to, co Słowianom wychodzi najlepiej, czyli radzić. To znaczy ja będę wam radzić, a wy będziecie uważali, żebym ja myślała, że bierzecie sobie moje rady do serca.

To powiedziawszy, usadziła Wokulskiego na jednym z foteli, a sama podeszła do biblioteczki, gdzie na niższej komodzie stało kilka butelek wina, wódki i koniaku.

– Co dziś pijecie, Stanisławie Piotrowiczu?

– Kieliszek wódki.

– Niech będzie – powiedziała gospodyni i pewną ręką nalała jeden kryształowy stakanczyk dla Wokulskiego i drugi dla siebie.

Podeszła, podała mu szkło i przysiadła blisko niego na szezlongu. Poczuł zapach francuskich perfum, podobnych do tych, a może takich samych, jakich używała w Paryżu tajemnicza baronowa, która potem szukała dla niego śladów Ludwika Stawskiego.

– Za przyszłość... – rzekła Anna Siergiejewna, patrząc na niego uważnie.

– Niech będzie – zgodził się Wokulski.

Wypili jednym haustem. Pomilczeli chwilę.

– Porozmawiajmy więc, Stanisławie Piotrowiczu, o nowych, wielkich zamierzeniach – odezwała się wreszcie gospodyni.

– Mogę zapewnić panią, że wszelkie moje dotychczasowe plany wzięły w łeb, a żadnych nowych jeszcze nie poczyniłem – odpowiedział prędko Wokulski.

– Słyszałam od Suzina, ale i od innych coś zupełnie przeciwstawnego. Zresztą wasza rozmowa z wojskowymi też coś już zwiastuje. – Dama zawahała się lekko, po chwili jednak mówiła dalej: – Wiem w przybliżeniu, o co chodzi. Suzin chce wejść w wielkie interesy na nafcie. O, niejeden już o tym mówi. Ale to ryzykowne przedsięwzięcie. Czuję, że wasz wspólnik potrzebuje do tego wsparcia naszych wojskowych i ludzi wysoko w Petersburgu.

– Wybaczcie, Anno Siergiejewna, ale nie zwykłem omawiać planów wspólników... Zresztą nie znam żadnych detali, dopiero co przyjechałem do Moskwy...

– Omawiać z osobami trzecimi, a zwłaszcza z kobietami...? – przerwała mu w pół słowa.

– Nawet z przyjaciółmi. Tym bardziej gdy nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji.

Anna Siergiejewna w zamyśleniu rozprostowała załamanie na rękawie sukni, jakby była myślami gdzieś poza gabinetem, a potem powiedziała:

– Suzin zrobił pieniądze na wojnie, a wy z nim. Naszym wojskowym po pobiciu Turcji marzą się nowe podboje. Nowe wojny. Zarówno tym, którzy nie otrzymali dość zaszczytów, jak i tym najbardziej wyróżnionym. Tym drugim nawet bardziej.

– Mówicie o Skobielewie?

– Jak najbardziej. O Skobielewie i jego otoczeniu. Powodzenie zawróciło im w głowach, a ponadto uważają, że pokój z Turcją był przedwczesny, że odebrał im prawdziwe owoce zwycięstwa. Jeśli potrzebują Suzina i was, znaczy to, że szykują jakąś bardzo ryzykowną sprawę. Zapewniam was, że w razie niepowodzenia zrzucą na was odpowiedzialność. O ile nie stracicie zdrowia i życia wcześniej. Życzę wam jak najlepiej i martwi mnie, że lecicie do niebezpieczeństwa jak ćma do ognia.

– Anno Siergiejewna, tak się właśnie zarabia na wojnie. Nic to dla mnie nowego. – Wokulski wzruszył ramionami.

„Czy to zwykła troska wynikająca z przyjaźni, czy też jest w tym jakiś ukryty zamysł?” – zastanowił się.

Rosjanka wstała z szezlongu i splótłszy ręce za sobą, zaczęła chodzić po gabinecie tam i z powrotem, mówiąc na poły do siebie, na poły do gościa.

– Suzin od dawna kręci się przy nafcie. Czyli to ma na względzie, rozmawiając z generałami i ministrami. Generałowie chcą przyłączenia do cesarstwa Turkiestanu, a może i samego Afganistanu. W Turkiestanie mamy już przyczółki, a armia z Taszkientu wyszła przecież zeszłego roku na Afganistan i tylko pokój san-stefański zawrócił ją do koszar. Coś Suzinowi obiecali, pewnie wsparcie przy koncesjach rządowych. Możliwe, że już teraz chcą zapewnić sobie jego dostawy na Turkiestan. A Suzin wie, że nikt lepiej nie zabezpieczy na wojnie obrotu jego kapitałem niż wy, Stanisławie Piotrowiczu. Innymi słowy, pośle was znowu pod kule.

Wokulski nie potwierdził ani nie zaprzeczył.

Anna Siergiejewna obróciła się ku niemu, przez moment ważyła coś w sobie.

– Zostawcie Suzina z jego mrzonkami i niebezpiecznymi planami. Wejdźcie w spółkę ze mną. Mam bardzo konkretne zamierzenia i do tego w pełni możliwe do wykonania.

Słowa damy zaskoczyły Wokulskiego. Skoro jednak padły, zaciekawiły go.

– O czym mówicie, Anno Siergiejewna? – spytał i zauważył, że po twarzy Rosjanki przemknął cień zadowolenia, jakby przeczucie triumfu.

– Mówię o kolei. Najpierw kolei do Baku, a potem... kto wie, może do samego Władywostoku. Wiem to na pewno – powiedziała z naciskiem – że Orenburska Droga Żelazna będzie przedłużana. Tam są realne pieniądze. I to bez potrzeby wystawiania się na śmierć.

– Jesteście bardzo pewni tej inwestycji, a przecież właśnie do takiego interesu trzeba mieć poparcie w otoczeniu cara – rzucił Wokulski, który jednak nie mógł się oprzeć podziwowi dla tej niezwykłej kobiety.

Anna Siergiejewna klasnęła w ręce, oczy jej się zaświeciły.

– Nie tylkom pewna, ja mam ją już w ręku. Spółka do tej budowy jest już założona, jestem w niej ja, dwóch moich wspólników z Petersburga i dwóch cichych udziałowców... bardzo wysoko postawionych, ale nie takich, którzy pchają nas do wojny z Anglią. Ustąpię wam część moich udziałów... Macie kapitał u Suzina, możecie go wycofać, nawet stopniowo, nie od razu, mogę na jakiś czas założyć za was wystarczającą kwotę.

Wokulski zmilczał chwilę, ważąc słowa. Propozycja była niezwykła i bardzo interesująca. Rosja, spóźniona w budowie dróg żelaznych, próbowała od pewnego czasu nadrobić dystans do reszty imperiów, stąd plany budowy kolei zauralskich były szeroko dyskutowane i wszyscy zdawali sobie sprawę, że są one właściwie koniecznością.

– Wasza propozycja Anno Siergiejewna – rzekł wreszcie – jest bardzo hojna. Nie wiem, dlaczego właśnie do mnie z nią występujecie... Z pewnością wielu kupców moskiewskich czy petersburskich byłoby nią zainteresowanych. Dlaczego ja?

Popatrzyła na niego, lekko rozbawiona.

– Lubię was – odpowiedziała – i szanuję. Jesteście dziwnym, ale dobrym człowiekiem, tylko nie możecie się jakoś uładzić sami ze sobą.

Wokulski poruszył się niespokojnie.

– Nie nazwałbym się dobrym człowiekiem – powiedział bardziej do siebie niż do niej.

– Czasem to, jak siebie widzimy, bardzo różni się od tego, jak widzą nas inni, zwłaszcza ci, na których nam zależy – odpowiedziała dama. – Napiłabym się z wami jeszcze, ale musimy wracać do gości. Moje znajome i tak pewnie już plotkują o nas. Ale odpowiadając do końca na wasze wcześniejsze pytanie, chodzi też o Lubow, ona ma do was bardzo miękkie serce, Stanisławie Piotrowiczu, może by i coś z was było...? Dzisiaj, jak dowiedziała się, że będziecie, niemal bała się wystąpić z tremy. Lubi was bardzo...

Wokulski żachnął się lekko.

– Moja pani, dobiegam pięćdziesiątki.

– Cóż stąd? – Znów usiadła przy nim na szezlongu. – Jesteście wyjątkowym typem człowieka, bardzo pociągającym dla tych, którzy potrafią się na tym poznać. Gdybym sama nie ceniła nade wszystko swojej wolności, to kto wie? – Zaśmiała się cicho, ale natychmiast spoważniała. – Lubow, jak wiecie, ma serce i rozum wykraczający daleko, daleko poza przeciętność. Myślę, żeby wysłać ją w przyszłym roku na studia muzyczne do Paryża. Niech się uczy, niech się cieszy swoim umysłem, a ja zapewnię jej środki i na naukę, i na przyszłość, będzie, kim zechce, niezależnie od konwenansów. Nauczyłam się, że to jedyna korzyść, jaką dają naprawdę duże pieniądze. I wam radzę to samo. Zróbmy razem naprawdę ogromne pieniądze, a potem bądź sobie, Stanisławie Piotrowiczu, kim ty zechcesz...

Wokulski nic nie odpowiedział. Pomyślał jednak, że warto byłoby wiedzieć, czego naprawdę się chce. Poczuł się w tym momencie jak statek bez steru, kapitana i wyznaczonego kursu.

„Dobrze, że przynajmniej ona wie, czego chce. Cóż to za kobieta. Przeszła przez ciężkie życie i to ją zahartowało, a ponadto ma dla kogo żyć. Ba, i ja pewnie bym miał, gdybym lepiej wybierał ludzi do obdarzania uczuciem” – pomyślał, patrząc na dziedziczkę pierwszej fortuny Moskwy, i poczuł lekką zazdrość.

– Pora nam wracać – odezwała się Anna Siergiejewna. – Nie spieszcie się z odpowiedzią, mogę poczekać. Ale nie za długo, miesiąc, najwyżej dwa, potem wezmę kogoś innego do spółki, którą wam dziś proponuję.

– Dziękuję za szczerość – odpowiedział Wokulski.

– Szczera jestem tylko z ludźmi, którzy na to zasługują.

Wyszli razem z gabinetu i Anna Siergiejewna ponownie zamknęła drzwi do niego srebrnym kluczem. Wokulski podał jej ramię i wrócili do sal gościnnych.

Tutaj Wokulski musiał poddać się typowej katordze towarzyskiej, został bowiem przedstawiony przyjaciółkom pani pałacu, w liczbie co najmniej tuzina i wieku przeważnie przekraczającym czterdziestkę, tak że po godzinie dokumentnie pomieszały mu się ich tytuły książęce i hrabiowskie, gubernie, w których miały one swoje posiadłości, i liczby dziesięcin ziemi, które posiadłości te liczyły. Musiał odpowiedzieć na parę tuzinów pytań tak po rosyjsku, jak i francusku o Paryż, wystawę światową oraz tamtejszą modę, przy czym przynajmniej połowa poznanych dziedziczek deklarowała, że w przyszłym roku także odwiedzi stolicę światowej kultury.

Poczuł ogromną ulgę, kiedy w końcu odszukał go Stolietow i wymówił go od wianuszka dam sprawami wagi państwowej.

– A co, w samą porę was wyratowałem – rzekł generał. – Tutejsze damy nudzą się po trosze. Moskwa robi pieniądze, ale to jednak nie Petersburg.

Wojskowy był w doskonałym humorze, przez co stał się niemal wylewny.

– Chodźmy do saloniku cygarowego – dodał. – Dokończymy naszą rozmowę o Afganistanie. To będzie wielka rzecz. – Zatarł mocne dłonie, czerwone i o grubych palcach.

Wokulski pomyślał, że są podobne do jego własnych. „Ja swoje odmroziłem na zesłaniu, ciekawe, czy on też był na Syberii? Może pilnował mnie podobnych...”

– Byliście kiedyś, panie generale, na Syberii? – spytał Wokulski.

– A muszę powiedzieć wam, że nigdy – odparł generał. – Zawsze jakoś los rzucał mnie na południe, Kaukaz, Dagestan, Turkiestan. Czemu pytacie?

– Macie odmrożone dłonie, tak jak i ja – rzekł Wokulski.

– Prawda, to zimą na Kaukazie, w sześćdziesiątych latach. – Oficer popatrzył na swoje ręce. – A wy gdzieście swoje odmrozili? – spytał.

– Też w sześćdziesiątych, tyle że koło Irkucka.

Stolietow pokiwał głową.

– Suzin mówił mi coś o tym. No, w każdym razie nam dwóm do siebie strzelać było nie dane. – Popatrzył na Wokulskiego bystro. – Powiem wam tak, Stanisławie Piotrowiczu. Ja z kupieckiej rodziny i wy kupiec. Mój brat sławny fizyk, a słyszałem że i wy naukę kochacie. Ja do Polaków nic nie mam, przeciwnie, wy ludzie odważni, widziałem i oficerów, i żołnierzy z waszego kraju, tak że lubię was, choć inni od nas jesteście i nawzajem się zrozumieć nam trudno. Ale ważcie słowa przy Skobielewie. On widzi te sprawy inaczej, według niego wszyscy obywatele imperium powinni stać się Rosjanami i im szybciej, tym lepiej. Mnie zależy, żeby Suzinowi i wam się powiodło, ale głos decydujący ma tu Skobielew.

Tak rozmawiając, dotarli do gabinetu cygarowego, urządzonego w duchu angielskiego klubu, gdzie ciężkie, obite brązową skórą fotele korespondowały z mahoniowymi stolikami i przeszklonymi szafami, pełnymi butelek koniaków i wódek.

Wbili się w kłęby tytoniu kubańskiego i wirginijskiego; Stolietow nieomylnie doprowadził go do stolika, przy którym siedział Skobielew, Suzin i jeszcze jeden nieznany Wokulskiemu mężczyzna w średnim wieku, szczupły, o szpakowatych włosach i wyglądzie dyplomaty.

– Poznajcie, Dymitrze Aleksandrowiczu, Stanisława Piotrowicza Wokulskiego – odezwał się Suzin. – Człowieka, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

– Miło mi to słyszeć – odpowiedział dyplomata. – Jestem Minin, sekretarz jego wysokości ministra Gorczakowa.

Wokulski skłonił się, usiadł obok Suzina i aby zająć czymś ręce, wziął w nie cygaro. Zapalił podaną przez Suzina zapałką.

– Rzecz całą trzeba przeprowadzić szybko i energicznie – mówił teraz Skobielew – póki Afgan wrze przeciwko Anglikom. Polegamy na naszej dyplomacji, że ułatwicie naszym ludziom – tu wskazał głową na Suzina i Wokulskiego – zakup w Japonii broni angielskiego pochodzenia dla wsparcia afgańskiego powstania. Oni przewiozą je do Kandaharu, wy zapewnicie nam wsparcie w rządzie jego cesarskiej mości, a kiedy Afganistan powstanie, nasze wojska ruszą z Taszkientu i udzielą pomocy rebeliantom. Afganistan stanie się naszym protektoratem. Wtedy tym łatwiej zajmiemy też Turkiestan.

Słowa te przeleciały przez umysł Wokulskiego jak błyskawica rozdzierająca mrok. Zrozumiał już, o co toczy się gra i jaką rolę w niej mu wyznaczono. Poczuł, że staje się zły, zły na Suzina, zły na pozostałych siedzących wokół niego, tak bardzo zadowolonych z siebie Rosjan, wreszcie zły na siebie, że w ogóle tu przyjechał. Pomyślał, że musi jak najszybciej wyjść, zanim zrobi coś, co trudno będzie odwrócić.

Nie było to jednak takie proste. Minin okazał się dociekliwym rozmówcą i zadał Suzinowi wiele pytań o zakupy poczynione w Paryżu, a przede wszystkim zakup statków, w których i sam Wokulski uczestniczył. Widać było, że sprawa nie jest mu obca, pytał o detale, terminy, stan techniczny.

– Kiedy te jednostki mogą wyjść w morze? – spytał w końcu Suzina.

– Jedna wyszła z Havru trzy dni temu – odpowiedział kupiec. – Dwie następne kompletują załogi.

– Oczywiście oficjalnie żadnych Rosjan na pokładzie? – bardziej stwierdził niż zapytał Minin.

– Od tego mamy naszych kurlandzkich Niemców – odpowiedział Suzin, przypalając cygaro. – Każda nacja naszej kochanej Matki Rosji ma jakiś dar, Kurlandczycy to doskonali żeglarze.

Dyplomata skinął głową.

– Widzieliście tego Anglika. – Skinął głową w kierunku kostycznego, wysokiego i żylastego mężczyzny koło czterdziestki, o białych jak śnieg włosach, który zabawiał rozmową jakichś wysokich urzędników dwa stoliki dalej. – To sir Trevor Whitemoor, przedstawiciel angielskiej misji do spraw poprawy losu więźniów w Europie i Azji. Niebawem wyruszy za Ural przyglądać się naszym hm... instytucjom penitencjarnym. A naprawdę to jeden z angielskich szpiegów, których nam teraz tuzinami nasyłają do Rosji.

– I my godzimy się na to? – Skobielew poruszył się gniewnie i zmarszczył brwi.

Wokulski pomyślał, że generał z pewnością wiele razy ćwiczył tę pozę przed lustrem. Musiał przyznać, że Skobielew wygląda imponująco.

– Cóż, zależy nam przynajmniej na pozorach normalizacji stosunków z Anglią – odparł Minin. – Zresztą sami rewanżujemy im się w dwójnasób. Coś mi mówi, że ten gentleman będzie bardzo zainteresowany naszymi azjatyckimi przygotowaniami. Dlatego przypominam – powiódł wzrokiem po obecnych – zachowanie czujności i tajemnicy musi być dla was, panowie, sprawą najwyższej wagi.

Anglik jakby wyczuł, że o nim rozmawiają, bo spojrzał na nich, skinął lekko głową, po czym wstał i zaczął zbliżać się do ich stolika.

Wokulski pomyślał, że to dobry moment, aby zniknąć.

– Darujcie, panowie, ale obiecałem damom, że do nich wrócę – rzekł. – I może lepiej będzie, jeśli ten człowiek mnie nie zapamięta.

Rosjanie przytaknęli, a Wokulski minął się z Anglikiem i wyszedł z gabinetu.

Szedł potem przez kolejne sale bankietowe, starając się nie patrzeć na twarze rozbawionych gości i zmuszając się, aby iść normalnym krokiem.

Nawet nie zapiął podanego mu przez służącego futra, nacisnął tylko czapkę na oczy i wybiegł przed pałac. Odszukał wśród oczekujących zaprzęgów powóz Suzina i kazał zaraz wieźć się do hotelu. Wokół rozszalała się zadymka, zacierając stopniowo kontury domów, ulic i całego miasta.

Rozdział II
TESTAMENT STAREGO SUBIEKTA
 
 

Pan rejent Zenon Miklaszewski mógł mieć wszelkie powody do zadowolenia. Właśnie skończył lat trzydzieści pięć, co w jego profesji oznaczało osiągnięcie wieku, gdy wypisane na twarzy doświadczenie zaczyna już wywierać dobry wpływ na klientów. Cieszył się zacnym zdrowiem, a w ciągu trzech ostatnich lat nieco przytył, maskując świeżej daty zażywnością dawną szczupłość, spowodowaną niedostatkami młodości. Wzrost miał średni, twarz przyjemną, a blond włosy zawsze starannie ostrzyżone i ułożone. Czując się przez lata intruzem w Warszawie, jako że pochodził z Radomia, pilnie podpatrywał i kopiował tak w ubiorze, jak i zachowaniu modny styl innych prawników, zwłaszcza adwokatów. Tym skrycie i mocno zazdrościł, ponieważ sam nie ukończył całości studiów prawniczych. To właśnie było przyczyną, dla której musiał się zająć notariatem, postrzeganym przez warszawską palestrę jako zawód pośledniejszy, a przede wszystkim urzędniczy. Z czasem jednak pan Zenon zaczął w swoim kantorze zarabiać coraz lepiej, tak że przeniósł się do nowego lokalu, zabiegając też pilnie o jak najlepsze stosunki w sądzie okręgowym, które – jak mniemał – wyniosą go kiedyś na funkcję starszego notariusza. Miał też dwa inne marzenia, mianowicie nabyć jakiś majątek ziemski oraz dobrze się ożenić, niekoniecznie w tej kolejności. Marzenie o ziemi było smutnym dziedzictwem szaleństwa roku 1863, w które wdał się jego ojciec, skutkującego konfiskatą, prawda że i tak mocno zadłużonego folwarku. Co do kobiet zaś – pan Zenon uważał, że w pewnym wieku stanowią one nieodzowny element życia każdego mężczyzny robiącego karierę, zarówno jako ozdobnik, jak i symbol prestiżu i powodzenia męża. Że jednak z takim podejściem nie szła w parze szczodrość, więcej – pan Zenon był w istocie niepospolitym skąpcem, który samego Harpagona mógłby wprawić w konsternację, więc wymarzone kandydatki na żonę i symbol prestiżu oraz powodzenia znikały z horyzontu pana notariusza niemal zaraz po tym, jak się na nim pojawiły. Fakt ten od pewnego czasu burzył spokój ducha pana Zenona i o tym właśnie myślał, gdy przeglądał listę czynności w pewien październikowy i deszczowy wtorek.

Dochodziła jedenasta i według listy miało się dokonać otwarcie i ogłoszenie testamentu niejakiego Ignacego Rzeckiego. Pan Zenon zapamiętał tego starszego, drobnego jegomościa, subiekta z branży galanteryjnej, ponieważ Rzecki swój osobliwy testament złożył u niego całkiem niedawno, zlecając sporządzenie wszelkich koniecznych dla jego wykonania dokumentów w języku urzędowym i płacąc (co było dziwne u kupca) honorarium pana Zenona bez jakichkolwiek targów.

Gdy zaś notariusz przygotowywał rosyjską wersję dokumentów do podpisu klienta, dobrze zapamiętał znaczne sumy pieniędzy, którymi rozporządził Rzecki. Pan Zenon nigdy nawet nie podejrzewałby go o zgromadzenie tak dużego majątku.

Notariusz sięgnął po stojący na biurku dzwonek, zadzwonił krótko i w drzwiach pojawił się jego sekretarz Józef, niewielki człowieczek o bystrych oczach, przyprószonych siwizną włosach i fizjognomii nieszczęśliwego gracza na wyścigach, rezydujący w ciasnym archiwum obok gabinetu pryncypała.

– Czy spadkobiercy na testament na jedenastą już są? – spytał pan Zenon, układając dokumenty na blacie.

– Tak jest, mamy ich całą poczekalnię, prawie się w niej nie mieszczą – odpowiedział sekretarz, wyczekując czujnie na dalsze słowa notariusza.

– I jak wyglądają? – spytał pan Zenon, który zawsze lubił wiedzieć wcześniej, jacy klienci się u niego pojawią. W tym celu właśnie posyłał do nich wcześniej Józefa, który obejrzawszy przybyłych, składał o nich relację i ocenę potencjalnych problemów.

– O, panie rejencie, kogóż tam nie ma. Mamy dwóch kupców, jakiegoś dawnego obywatela ziemskiego, pewnie bankruta, dwóch mężczyzn, całkiem młodych, lekarza wyglądającego jak Żyd albo też Żyda wyglądającego jak lekarz. Ale najlepsze zostawiłem panu rejentowi na koniec... – Sekretarz uśmiechnął się przymilnie.

– Nie błaznuj, tylko mów – rzucił pan Zenon, szukając binokli, bo w ostatnim czasie wzrok mu się pogorszył.

– Jest też pewna wielkiej urody młoda dama, zapewniam pana rejenta, Wenus nie kobieta, już ja się znam... Prawda, w towarzystwie jakiegoś elegancika, ale to zdaje się jakaś wczesna znajomość, bo nadal mówi mu na pan... Ona, zdaje się, jest młodą wdową...

Notariusz Zenon przestał szukać binokli i zamarł na chwilę nad na wpół otwartą szufladą.

– Piękna, powiadasz? – spytał, prawdziwie zaciekawiony.

– Sam pan rejent się przekona – powiedział skwapliwie sekretarz, któremu nieobce były miłosne niepowodzenia zwierzchnika. – Głowa, włosy, oczy, usta... cud! Pierś, figura... posągowa... wzrost słuszny, ale nienadmierny, gracja... gest... Bogini!

– To musi być ta Stawska – szepnął do siebie pan Zenon. – Bardzo ciekawe... Proś ich za pięć minut do gabinetu – dodał władczo i Józef zniknął za drzwiami.

Rejent raz jeszcze zajrzał do testamentu, odnalazł właściwy paragraf i aż poprawił binokle z wrażenia. Nie mylił się, kwota zapisu była solidna. Rozłożył raz jeszcze dokumenty, prywatny testament i urzędowe pisma, po czym wstał, podszedł szybko do okna i wygładzając poły surduta, w szybie sprawdził, czy wygląda należycie.

Usiadł za biurkiem i w tym momencie Józef otworzył drzwi do gabinetu.

– Panie rejencie, państwo na otwarcie testamentu świętej pamięci pana Ignacego Rzeckiego.

Rejent wstał na powitanie wchodzących.

Pierwsza pojawiła się pani Helena Stawska i widok jej poważnie zmieszał pana rejenta. Opowiadanie Józefa, jakkolwiek trafne, nie potrafiło bowiem oddać całego uroku tej młodej kobiety, klasycznych rysów twarzy, oczu wielkich, ciemnych i lekko wilgotnych, smukłości i gracji sylwetki. Jedynym, co lekko zaburzało panu notariuszowi magię jej widoku, była skromna, czarna suknia i takiegoż koloru kapelusz, również prosty i o rondzie mniejszym niż u większości warszawskich elegantek. Pan Zenon wspomniał jednak na to, że ma przed sobą młodą wdowę, dla której czerń musiała być przez pewien czas kolorem naturalnym. „Nie będzie przecie nosić jej wiecznie” – pomyślał.

Damie towarzyszył zabójczo przystojny młody mężczyzna, blondyn, ubrany elegancko i zgodnie z ostatnią modą – w doskonały surdut w kolorze jasnej tabaczki, takież spodnie i pasujące do całości buty, pewnie od Hiszpańskiego. Złota dewizka zegarka, schowanego w kamizelce, wskazywała na powodzenie w interesach i światowe ambicje. Blondyn ten okazywał damie wszelką atencję, obrzucił jednak czujnym i taksującym wzrokiem cały gabinet notariusza, przesunął spojrzeniem po samym panu Zenonie i rejent wyczuł w nim nutę pogardy. Poczuł, jak rośnie w nim fala niechęci do tego człowieka.

Za tą piękną młodą parą wtoczył się do gabinetu pan w średnim wieku i słusznej tuszy, o twarzy rumianej, znamionującej lata spędzone na świeżym powietrzu, tak różnej od cery mieszczan. Strój miał znoszony i dawno wypadły z mody, na tę okazję starannie jednak pocerowany i wyprasowany.

„Aha – to ten dawny obywatel ziemski” – pomyślał pan Zenon.

Za eksobywatelem postępowało dwóch rzeczonych kupców. Duży, niedźwiedziowaty i zadowolony z siebie siwy jegomość z wielkimi bokobrodami oraz mały, szybki w ruchach jak łasica blondyn o rzadkich włosach. Kupcy najwyraźniej jeszcze kończyli prowadzoną wcześniej rozmowę.

– Szkoda wielka pana Rzeckiego – mówił mały, łasicowaty.

– Phi, pewnie, że szkoda... Choć nie był już młody, mógł jeszcze pożyć – zgodził się większy jegomość. – Tak to się kończy, gdy człowiek się zada z wariatem... pogrzeb miał jednak ładny...

Za nimi nieśmiało wsunął się młody mężczyzna, o twarzy tak chudej, że prawie ginącej za szylkretowymi okularami. Jako ostatni z godnością wszedł Żyd o wyglądzie doktora (albo doktor o wyglądzie Żyda), cały w czerni, o twarzy orlej i zapadłych policzkach. Ten w ogóle nie rozglądał się po gabinecie, najwyraźniej przebywając w odległych krainach własnych myśli. Zajął bez słowa wskazane mu krzesło, po czym wydobył z kieszeni mały notatnik i zapisał w nim coś szybko ołówkiem.