Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
40i4 Wojna i Uprzedzenie
Schyłek szczecińskiego postapokaliptycznego lata 2004 r. Właśnie zakończył się nabór do Szkółki Kadetów Ministerstwa Miłości. Dla buzujących hormonami 14-latków mury szkoły z internatem i własną stołówką to idealne schronienie przed głodem, wygórowanymi ambicjami rodziców i mroczną przeszłością. To szansa na zmianę swojego przeznaczenia. Jednak w świecie 40i4 wszystko ma swoją cenę…
Któż bowiem mógł przewidzieć, że właśnie tego roku heretycy spróbują przebudzić Przedwieczne Zło, a przeciążony obowiązkami dyktator Jawor i jego świta wyśmieją zagrożenie? Na barki uczniów spadnie ciężar wygospodarowania czasu między egzaminami i zadaniami domowymi, aby w porę zapieczętować coraz liczniej otwierające się Bramy do innych rzeczywistości. A to nie koniec zagrożeń – z Pustkowi nadciąga jeszcze jeden wróg. Na razie jest daleko, ale to kwestia czasu, kiedy przybędzie do Szczecina.
Czy cena wejścia w dorosłość nie okaże się zbyt wysoka?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 796
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wojna i uprzedzenie: Uprzedzenie cz. I
Copyright: Paweł Jakubowski
Redakcja: Edyta Sobótka
Korekta: Dominika Kamyszek | Studio Ale buk!
Skład: Mateusz Cichosz | Studio Ale buk!
Ilustracja na okładce i mapa: Tomasz Panek
ISBN: 978-83-947263-9-3
Wydawnictwo Paweł Jakubowski, Szczecin 2026
FB: facebook.com/interstrefa
IG: @pawel.jakubowski_autor
TikTok: @pawel.jakubowski_autor
Patronite: www.patronite.pl/pawjak
WWW: jakubowski.szczecin.pl
Nie jest wielką tajemnicą, że pomimo olbrzymiego oporu opinii publicznej mniejszości seksualne od wielu miesięcy próbowały uzyskać zgodę na przemarsz głównymi ulicami naszego pięknego miasta. Do tej pory kancelaria wodza konsekwentnie odrzucała te kontrowersyjne petycje. Wygląda jednak na to, że liderzy ugrupowań heteroseksualnych dopięli w końcu swego. Nasz wielki i wspaniałomyślny przywódca przychylił się do kolejnej prośby. Czym była podyktowana nagła zmiana stanowiska? Rzecznik kancelarii milczy, pojawiły się natomiast w tej sprawie oświadczenia ministerstw:
Ministerstwo Pokoju: „Nasz resort nie komentuje decyzji wodza Jawora, tylko się do nich stosuje. Jeśli taka jest wola naczelnika IV Rzeszy, zapewnimy mieszkańcom Szczecina ochronę i dopilnujemy, aby w trakcie pochodu nie doszło do żadnych niebezpiecznych incydentów”.
Ministerstwo Dobrobytu: „Zajmujemy się obecnie daleko ważniejszymi sprawami, związanymi z makrogospodarką naszego supermocarstwa i podniesieniem standardu życia WSZYSTKICH obywateli. Wydumane fanaberie mniejszościowej garstki, która nie rozumie, że funkcjonuje w większej całości, jaką jest społeczeństwo, leżą poza polem zainteresowania naszego resortu”.
Ministerstwo Miłości: „Jesteśmy wysoce może nie zszokowani, ale zadziwieni nagłą zmianą stanowiska wobec elementu heteroseksualnego. Nasz resort nie chciałby niczego pochopnie sugerować, ale należy zbadać, czy na Führera nie były wywierane jakieś naciski. Z jednej strony wydaje się to mało prawdopodobne, z drugiej strony wiemy, że lewacko-heteryckie lobby w naszym mieście jest wbrew pozorom bardzo silne i ma koneksje z obcymi mocarstwami. Pragniemy jednak jasno zaznaczyć: jeśli okaże się, że decyzja wodza Jawora była suwerenna, to resort Miłości tę decyzję uszanuje”.
A jakie stanowisko wobec decyzji wodza zajmujemy w Ministerstwie Prawdy? Otóż, szanowni czytelnicy, w Informatorze Ministerstwa Prawdy interesuje nas wyłącznie przekazywanie Państwu – mieszkańcom Szczecina – rzetelnych i prawdziwych faktów. Jakie by one nie były.
* * *
Porywisty wiatr hulał bezkarnie po spękanych Pustkowiach. Jak okiem sięgnąć – ani żywej duszy. W te okolice nie zapuszczały się nawet mutanty. Z gęstej jak kisiel mgły wyłoniły się dwie sylwetki. Mężczyzny i konia. Zarówno w człowieku, jak i w zwierzęciu było coś nie tak. Długo szli jednostajnym tempem, by w końcu zatrzymać się na niewielkim wzniesieniu. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. A potem stanął nienaturalnie nieruchomy. Podobnie nieruchomy pozostał jego wierzchowiec. Aż wreszcie rozległ się złowieszczy, zachrypnięty głos:
– Towarzysze-żołnierze! Osiemdziesiąt cztery lata temu wyruszyliśmy, aby zanieść Europie kaganek Rewolucji Ludowej! Galopowaliśmy dumnie na naszych wierzchowcach ku chwale najwspanialszej idei świata: Socjalizmu! Naszą wielką misję przerwali krnąbrni polscy obszarnicy. Ponieśliśmy klęskę.
Przerwał, aby jego słowa wybrzmiały.
– Długo, długo kości nasze i naszych koni czezły w ziemi – wznowił swoją przemowę mężczyzna – a żołnierski duch nie mógł zaznać spokoju z powodu niewypełnionego rozkazu. Lecz dzisiaj po reakcyjno-imperialistycznym kraju o nazwie Polska nie pozostał ani ślad, podczas gdy ogień rewolucji przetrwał i płonie nieprzerwanie! Teraz silniejszy niż kiedykolwiek przedtem! Dlatego wzywam was, abyście jeszcze raz dosiedli swych rumaków i ruszyli za mną, swoim generałem, wykonać wydany nam osiemdziesiąt cztery lata temu rozkaz!
Przez długą jak wieczność chwilę nic się nie działo. Wicher i pył wciąż wywijały ze sobą w szaleńczym tańcu.
A potem z ziemi wynurzyła się obszarpana ręka.
Za ręką pojawiły się najpierw głowa, później odziany w strzępki munduru tułów. Obok nieboszczyka wygrzebało się truchło konia Na piersi, boku i zadzie gniły resztki mięsa. Upiorne zwierzę wydało z siebie dźwięk – przerażającą parodię rżenia – i strząsnęło z siebie piach. Wszędzie wokół powstawali następni żołdacy i ich trupie rumaki. Setki, tysiące koni i jeźdźców. Niektórzy pochylali się po walające się tu i ówdzie kawały drewna, aby złożyć z nich furmanki. Inni wydobywali z ziemi oręż – ułamane lance, zardzewiałe szable, karabiny a nawet armaty i ckm-y. Armijny rozgardiasz. Bezładna zbieranina zaczęła formować się w szwadrony i chorągwie. Nieumarły wojak, na którego ramieniu ostał się pagon pułkownika, zbliżył się do przywódcy, skacząc groteskowo na jedynej ocalałej nodze. Trzasnął szablą w pochwie, po czym w geście salutu przyłożył kościane palce do wytarganej i dziurawej, oficerskiej czapki.
– Stawiamy się na wezwanie, generale Budionny!
Wydawało się, że kryzys na linii Ministerstwo Pokoju–Ministerstwo Miłości może znaleźć swoje pozytywne zakończenie, kiedy propozycję mediacji między skłóconymi resortami wysunęło Ministerstwo Dobrobytu.
Przypomnijmy – do ostrego konfliktu między służbami stojącymi na straży IV Rzeszy doszło ponad rok temu, kiedy funkcjonariusze bezpieczeństwa wewnętrznego zastrzelili grupę wojskowych, w tym dwóch generałów. Szefowa resortu Miłości wzięła w obronę swoich podkomendnych, tłumacząc, że zabici oficerowie sprzedawali informacje o strategicznym znaczeniu szpiegom RZSRR, ponadto podczas zatrzymania oskarżeni sięgnęli po broń, a agenci Ministerstwa Miłości działali w obronie własnej. Z taką oceną sytuacji nie zgodziło się Ministerstwo Pokoju, które w ramach odwetu wysłało na teren jednej z placówek Ministerstwa Miłości oddział piechoty i czołg. Pojazd oddał strzał w jeden z budynków. Na szczęście obiekt był pusty i nikt nie zginął. Żołnierze aresztowali natomiast kilkudziesięciu pracowników administracyjnych. Interweniować musiał osobiście sam Führer. Dzięki naszemu wspaniałemu wodzowi nie doszło do rozlewu krwi, ale konflikt nie został zażegnany. Ministerstwo Dobrobytu zaoferowało zorganizowanie rozmów i wystąpienie w nich w roli rozjemcy. Po wielu miesiącach strony zaczęły zbliżać się do kompromisu.
Teraz ten kompromis zawisł jednak na włosku. Wysoko postawiony urzędnik Ministerstwa Miłości ujawnił bowiem zdjęcia z mocno zakrapianej alkoholem imprezy z udziałem prominentów resortu Dobrobytu. W trakcie fety nie brakowało też incydentów heteroseksualnych. Kontrowersja jest tym większa, że kierownictwo Dobrobytu planuje zwiększyć dobowy wymiar czasu pracy dla przeciętnego obywatela i jednocześnie apeluje do mieszkańców Szczecina, aby oszczędzali prąd, żywność oraz wodę. Stawia to pod wielkim znakiem zapytania reputację mediatora. Ministerstwo Miłości zapowiada liczne i drobiazgowe kontrole oraz przesłuchania – w tym samej szefowej Dobrobytu.
Znamy jej oficjalne stanowisko w sprawie:
– Każde z ministerstw jest ciałem niezależnym. To nie jest mój wymysł, a prawo ustanowione przez naszego wspaniałego wodza Jawora. Ministerstwo Miłości jako służba wewnętrzna może zwrócić się do mnie z uprzejmą prośbą o możliwość przesłuchania moich pracowników, jeśli zachodzi taka potrzeba. Wzywanie mnie, szefowej resortu, na przesłuchanie to ewidentna polityczna pokazówka, w której nie zamierzam brać udziału. Co więcej, pokazówka bez żadnego umocowania prawnego. Ja, jako minister, odpowiadam tylko przed Führerem i przed nikim więcej. I jeszcze jedno. Pozostałe ministerstwa w ostatnim czasie bardzo krytykują moje poczynania, przy czym jest to krytyka absolutnie niekonstruktywna, oparta na jakichś wyrwanych z kontekstu zdjęciach. Dlatego moja decyzja nie powinna nikogo zdziwić: obcinam przydziały wszystkim urzędnikom Miłości i Pokoju. Panom kolegom i paniom koleżankom z tych ministerstw sugeruję mniej krytykanctwa, a więcej pracy. Kto atakuje Dobrobyt IV Rzeszy, ten piłuje gałąź, na której sam siedzi.
Wysoko postawiony urzędnik Ministerstwa Pokoju, pragnący zachować anonimowość, skomentował:
– To polityczna decyzja; Ministerstwo Dobrobytu przerzuca na innych odpowiedzialność za swoje błędy.
Philipa Love szła chodnikiem w kierunku, który wskazywał jej Wszechświat. Dziewczyna była nieprzesadnie urodziwa. Chuda i raczej blada, co podkreślały jeszcze kontrastujące z kolorem skóry ciemnobrązowe włosy. Całości dopełniały duże, lekko wytrzeszczone oczy oraz piegi. Aparycja typowej kujonki. W kieszeni szkolnego mundurka mięła karteczkę z adresem: „Aleja Alucarda 43/1”. Ale to nie tam dziewczyna kierowała teraz swoje kroki. Zmierzała gdzieś indziej, nie znała celu swojej wędrówki, mimo to była spokojna. Przyzwyczaiła się, że siła, która nią steruje, ujawnia swoje zamiary nie wcześniej, niż uzna to za stosowne. Zdarzało się, że nigdy. Ale przeważnie wszystkie pozornie pozbawione sensu działania ostatecznie składały się w wielką, logiczną całość. Niekiedy ruch skrzydełek motyla wywoływał ciąg zdarzeń skutkujących falą tsunami na drugiej półkuli. Dlatego Philipa, pomimo swoich czternastu lat, już dawno nauczyła się cierpliwości. I że trzeba słuchać Wszechświata. We wszystkim.
We wraku samochodu oprócz szkolnego mundurka Philipa znalazła kilka innych przydatnych rzeczy. Pistolet, plik banknotów, strzykawkę ze stymulantem i przede wszystkim legitymację szkolną na nazwisko Idgril. Sądząc po zdjęciu, Idgril musiała być bardzo ładną dziewczynką. Niestety kawałki rozbitej szyby poharatały i oszpeciły jej urodziwą buzię. Zginęła na miejscu. Podobnie jak jej szofer. Na to wspomnienie Philipie prawie zrobiło się żal rówieśniczki. W końcu, jeśli dobrze wszystko pojęła, miała teraz zastąpić martwą czternastolatkę – czuła się z denatką w jakiś sposób połączona. Cóż, Philipa zapewne poczułaby wyrzuty sumienia, gdyby nie fakt, że Wszechświat potrzebował tej śmierci. Dziewczyna tylko posłusznie rozlała w odpowiednim momencie i miejscu olej. To On sprawił, że pojazd wpadł w poślizg, i to On postawił na zmienionej trajektorii jazdy betonowy słup. Swoją drogą – pełna beczka oleju na postapokaliptycznych obrzeżach Szczecina? Pozostawienie jej na drodze Philipy to też Jego sprawka. A przedwojenny aparat fotograficzny, który dwa dni temu samoistnie pstryknął dziewczynie zdjęcie twarzy, aby mogła je teraz nakleić na legitymację szkolną? Nic, absolutnie nic nie było dziełem przypadku. Wszystkim kierował On – Wszechświat.
Czternastolatka drgnęła. Z zamyślenia wyrwał ją idący z naprzeciwka mężczyzna w wymiętoszonym prochowcu. A właściwie nie tyle on sam, co migocząca nad nim czerwona strzałka. Wszechświat potrzebował usunięcia kolejnej osoby. Złego człowieka, który psuł równowagę. Philipa zaczęła się gorączkowo rozglądać. Cel się zbliżał i nie było czasu do stracenia. Na trzecim piętrze kamienicy widniało otwarte okno, a na jego parapecie doniczka. Mieszkająca tam kobieta już poczuła duszności i wychyli się za chwilę, aby zaczerpnąć powietrza. Strąci doniczkę. Wystarczy nieco zmienić kierunek marszu mężczyzny i pocisk spadnie prosto na jego głowę. Nie czekając, dziewczyna zaszła drogę idącemu z przeciwka człowiekowi. Na jego pospolitej, niewyróżniającej się niczym twarzy odmalował się przepraszający uśmiech. Idealnie zszedł nieco w bok – prosto pod spadający kwia…
Naraz spojrzał w górę i wykonał półkole prawą ręką. Został trafiony, lecz nie w głowę, ale w lewy bark.
– AUA! – wykrzyknął i spojrzał w górę. – Czy pani jest normalna?!
Kobieta w oknie nic jednak nie odpowiedziała, wciąż łapczywie łapała powietrze. Nieszczęśnik postał jeszcze chwilę, trzymając się za uderzone miejsce. W wyniku braku jakiejkolwiek reakcji na jego słowa w końcu pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym ruszył z rezygnacją w dalszą drogę.
Philipa Love stała z szeroko otwartymi ustami.
„TO SIĘ NIE POWINNO BYŁO ZDARZYĆ! ON POWINIEN ZGINĄĆ NA MIEJSCU!”
Przez dobrą chwilę nie wiedziała, co ma robić. Wreszcie trzęsącą się ręką sięgnęła po pistolet. Wycelowała w plecy oddalającego się człowieka. Nacisnęła na spust.
Klik.
Nic się nie stało…
Dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom! Nigdy nic podobnego jej się nie przydarzyło! Nacisnęła jeszcze raz. Klik. Klik. Klik. Dopiero kiedy jej cel zniknął za rogiem, nieświadomy, że ktoś próbuje go zabić, zdała sobie sprawę, że nie odbezpieczyła broni… Dlaczego miałaby to zrobić? Nigdy nie potrzebowała odbezpieczać broni! Kiedy Wszechświat chciał, aby kogoś usunęła, pistolet zawsze był odbezpieczony. W głowie Philipy huczała teraz tylko jedna myśl.
„Wszechświat nie zadziałał prawidłowo! Wszechświat jest chory i potrzebuje pomocy!”
– Łalajka, ime irrik babirik. Gala, gala i’me, irrik babirik! – przemówił, a z jego oczu i ust zionęła Otchłań.
* * *
Nadszedł ten zjebany dzień. Pierwszy września – rozpoczęcie banicji. Peter pomyślał, że teraz już wie, jak czuli się Polacy te pięćdziesiąt czy ileś tam lat temu, kiedy zaczęła się wojna. Był urodziwym czternastolatkiem o modnej w IV Rzeszy fryzurze – włosy zaczesane na prawo i podgolone boki – i postawie sugerującej ogromne problemy natury egzystencjalnej. Dwie rzeczy stanowiły pewne pocieszenie: dorobione klucze do mieszkania rodziców i dwie zatankowane flaszki w plecaku.
„Ej, to w sumie trzy rzeczy! A może łyknąć sobie już teraz?”, pomyślał chłopak.
Z niejakim żalem porzucił ten pomysł, ponieważ właśnie nadjechał tramwaj. Chłopak wsiadł i się zorientował, że nie ma biletu. Uczniowie ministerstwa wśród wielu innych benefitów mieli zapewnione bezpłatne sieciówki, ale żeby otrzymać swoją, Peter musiał… dojechać tramwajem do szkoły. Takie właśnie były absurdy życia codziennego w IV Rzeszy.
– Cienka bzdura! – rzucił na głos.
W wagonie było tłoczono. Poza niewielką sekcją dla hetero – ta była prawie pusta. Nikt nie chciał zostać posądzony o przynależność do perwersyjnej mniejszości seksualnej. Ludzie woleli się kisić i wdychać nawzajem swój pot. Chłopak nie zamierzał się wyłamywać.
Zły i niewyspany zobaczył, że na następnym przystanku kilkudziesięciu ludzi leży twarzą do ziemi z rękami na głowach. Dwóch żołnierzy Pokoju trzymało ich pod bronią. Trzeci oficer – chyba z Ministerstwa Miłości – obmacywał zatrzymanych i sprawdzał każdemu po kolei dokumenty. Takie sceny w mieście Führera Jawora nie należały do rzadkości. Tylko w ten sposób można było zapewnić dyscyplinę niezbędną społeczeństwu do przetrwania po Nuklearnej Zagładzie. Tak przynajmniej twierdzili dziennikarze Ministerstwa Prawdy. Pytanie brzmiało, czy była to rutynowa kontrola, aresztowanie, czy też za chwilę dojdzie do publicznej egzekucji. Przyszły uczeń nie poznał odpowiedzi. Drzwi się zamknęły i tramwaj ruszył dalej, posuwając się wzdłuż Pasu Oriona, na który składały się trzy piękne ronda. Uwagę Petera przykuła dziewczyna. Mniej więcej w jego wieku. Siedziała samotnie w… sekcji dla hetero.
Była śliczna!
„Jak można mieć tak wielkie i tak bardzo zielone oczy?”
Czternastolatek gapił się na nią trochę, kiedy naraz to ona zerknęła na niego. Natychmiast się speszył i odwrócił głowę. W Rzeszy nie mieli nic przeciwko bi, ale atrakcyjna rówieśniczka jakby nigdy nic siedziała w sekcji dla heteryków! Patrzenie się na nią dłużej niż chwilę było wręcz proszeniem się o kłopoty. Tyle że Peter nie wytrzymał – znów skierował wzrok na współpasażerkę.
„Uśmiechnąć się do niej? Nie, bo będzie przypał…”
A jednak to zrobił.
W pierwszej chwili nie uwierzył, ale za drugim razem miał już pewność, że się nie pomylił. Ona też się do niego uśmiechnęła. Tak nieśmiało i tylko przez krótką chwilę, ale się uśmiechnęła! Chłopaka przeszły dreszcze i poczuł, jak palą go policzki. Odwrócił się, udając, że bardzo zajmuje go widok za oknem. Teraz to już na pewno lepiej było sobie łyknąć… Może nie tutaj, w tramwaju, ale przed samą szkołą.
W sumie to Peter planował wysiąść na Schinkelplatz, czyli na Placu Kościuszki. Po objęciu władzy Führer Jawor nakazał nadanie ulicom i placom w Szczecinie polskich nazw oraz stosowanie ich równolegle z niemieckimi. Miało to na celu scementowanie obu narodów IV Rzeszy i zamanifestowanie charakteru poatomowego supermocarstwa. Jak to dwujęzyczne nazewnictwo przyjęli mieszkańcy? Cóż, różnie.
Chłopak chciał wysiąść na wcześniejszym przystanku, żeby się chwilę przejść i może łyknąć sobie z jednej ze swoich flaszek, jednak piękna nieznajoma z sekcji hetero nie wyglądała, jakby miała zaraz wstawać. No a on z następnego przystanku miałby nawet bliżej do szkoły.
„A co, jeśli ona jedzie jeszcze dalej?”, rozważał w myślach wszystkie możliwości. „A co, jeśli ona wysiądzie na tym samym przystanku? Co wtedy? Zagadać do niej? Nie, to bez sensu…”
Poczuł, że jest zły na samego siebie. Co gorsza, nie rozumiał dlaczego. Nabrał jeszcze większej chęci, żeby się napić. Wysiadł na Schinkelplatz, tak jak chciał na początku. Zrobił dwa kroki w kierunku przejścia dla pieszych. Nagle, wiedziony impulsem, zawrócił.
„Pojadę i zobaczę, czy wysiądzie na następnym przystanku!”
Drzwi tramwaju zamknęły mu się przed samym nosem. Widoczna przez okno brązowa czupryna należąca do nieznajomej zaczęła się oddalać. Peter, zrezygnowany, sięgnął do plecaka po flaszkę.
Nicol był czternastolatkiem o bardzo androgenicznej urodzie i budowie ciała. Do tego zawsze kazał się strzyc w stylu uniseks, ponieważ bawiło go zakłopotanie rozmówcy, kiedy ten nie wiedział, jak powinien się do niego zwracać. Być może z tego samego powodu kadet zdecydował się na damski mundurek. Powód ten brzmiał: dla beki. I kiedy Nicol szedł ulicą na rozpoczęcie roku szkolnego w obcisłej, granatowej spódniczce, dopiero naprawdę wnikliwe oko mogłoby dostrzec, że nie jest dziewczyną. Idąc, młodzieniec przeglądał talię nietypowych kart, które dostał kiedyś w prezencie od…
„Ech, nieważne od kogo”.
Chłopak odgonił wspomnienie, o którym nie chciał teraz myśleć.
Pochłonięty, nie zauważył w porę postaci, która zaszła go od boku, chwyciła za rękę i… wciągnęła do bramy najbliższej kamienicy.
– Nicol, nie mam czasu na wyjaśnienia! Musisz coś dla nas zrobić! To sprawa życia i śmierci! Od tego, czy ci się uda, mogą zależeć losy Szczecina, a może nawet…
– Podaj małemu skróconą wersję, Literat – przerwał ktoś.
Gdy minął pierwszy szok, uczeń dostrzegł, że tamtych było trzech. Ostatnie zdanie wypowiedział szczupły, ubrany na czarno młodzieniec w klasycznej fryzurze emo. Z ułożeniem włosów korespondowała mina cierpiętnika. Uwagę zwracała też postać przyczajona w cieniu pod ścianą. Głównie przez założony na głowę bardzo dziwny, bzyczący hełm wyposażony w kilka antenek. Ktokolwiek to był, wyraźnie chciał pozostać jak najmniej widoczny, ale to, co nosił na głowie, bardzo utrudniało to zadanie. No i był gość, który wciągnął Nicola do bramy.
Literat.
Facet koło trzydziestki o niewyspanych oczach, potarganych włosach i czymś pomiędzy brodą a zarostem. Gość, który kiedyś dopadł Nicola i niczym z karabinu maszynowego władował w niego cały magazynek bzdur o rzekomej prawdziwej przeszłości dzieciaka. Swoją drogą Literat musiał wtedy długo się czaić, zanim znalazł jeden z tych rzadkich momentów, kiedy obaj ojcowie zostawili swojego ukochanego synka samego. Sprawy nie poprawiał fakt, że Literat należał do Opozycji.
– I jesteś stuprocentowo pewien, że mapa jest właśnie tam? – Emo zwrócił się do postaci w dziwnym hełmie.
– Jak tego, że reptilianie już dawno przejęli Vaticano – odpowiedział zapytany. – Szkoła Ministerstwa Miłości. Klasa sto trzy. Jak gdyby nigdy nic wisi sobie koło tablicy. Ci durnie nie mają pojęcia, jak potężny artefakt posiadają.
– Spóźnię się przez was do szkoły – stwierdził kadet spokojnie.
Czego jak czego, ale przemocy ze strony Literata się nie obawiał.
„Obciachu, totalnej schizy – tak – ale nie tego, że mnie uderzy”.
– Racja! – O dziwo tajemniczy „koleżka” z przeszłości Nicola przejął się słowami czternastolatka. – Nie możesz wzbudzić ich podejrzeń… Słyszałeś? Klasa sto trzy, mapa. Chodzi o mapę Szczecina, która wisi koło tablicy. Podmień ją na tę. Nie powinni zauważyć różnicy.
Literat wręczył chłopakowi złożony plan miasta.
– A nam przynieś oryginał. Nie ma ani dnia do stracenia, więc jutro o dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć będziemy czekali na ciebie dokładnie w tym samym miejscu… Słuchaj, wiem, że cię zaskoczyłem, wiem, że nie mogę od ciebie niczego wymagać. Ale, ale… Błagam cię! Musisz to zrobić! Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak wiele zależy od tego, czy zdobędziemy tę mapę!
– Nie nawal, mały – poparł kumpla emo. – Odwdzięczymy się.
Nicol popatrzył po całym towarzystwie z dezaprobatą. Tak naprawdę chciał tylko, żeby dali mu spokój, dlatego powiedział:
– No, okej. Zobaczę, co da się zrobić.
– Pamiętaj: jutro, dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć, tutaj! – rzucił Literat i niemal wypchnął młodego Hackenstoltza na zewnątrz.
* * *
Wybrzmiała ostatnia nuta hymnu szkoły. Trójka elegancko ubranych absolwentów wykonała synchronicznie „w lewo zwrot” i paradnym krokiem opuściła boisko szkolne – a wraz z nimi flaga IV Rzeszy Niemiecko-Polskiej z charakterystycznymi, skrzyżowanymi ze sobą literami „J”, wpisanymi w biały okrąg na czerwonym tle. Symbol ewidentnie odwoływał się do swastyki. Jednocześnie pokazywał, że spadkobierczyni III Rzeszy przeszła nieodwracalne przemiany i nic nie jest już takie jak przedtem.
Jak przed Atomowym Holokaustem.
Na podwyższenie, specjalnie zainstalowane na okazję rozpoczęcia roku szkolnego, z pewną trudnością weszła wysoka, elegancko ubrana nauczycielka.
– Gregora Odeleman, dyrektorka – przedstawiła się. – Chciałam powiedzieć, że jestem dumna, iż po dwóch latach przerwy Szkółka Kadetów Ministerstwa Miłości wznawia swoje działanie! Oddaję głos koleżance wicedyrektor, pani Lindzie von Witz.
Kobieta zakończyła nad wyraz krótkie przemówienie i ruszyła ku zejściu.
„Dyrka jest najebana…”, doszedł do wniosku Peter z niemałym zdziwieniem. A co jak co, trochę się na tym znał. „Swój swego zawsze pozna”.
Pani Gregora, schodząc, źle postawiła stopę, a miała buty na wysokich obcasach. Byłaby runęła na twarz, gdyby w ostatniej chwili nie pospieszył jej na pomoc stojący na dole niski, ale uczynny staruszek – zapewne jeden z nauczycieli. Wypadek tylko utwierdził Petera w jego przypuszczeniach.
„Może nie totalnie napierdolona, ale na lekkiej bombce na pewno… W mordę, jest ósma rano!”
– Witam wszystkich zebranych! – Mówić zaczęła teraz niewysoka kobieta w średnim wieku o surowej twarzy i staroświeckiej fryzurze; na jej swetrze (na pewno bardzo modnym na początku ubiegłego wieku) widniała wielka ozdoba, ni to broszka, ni to zapinka. – Drogie dzieci, chciałabym, żebyśmy traktowali się dorośle. Przyszedł ten wielki dzień, pierwszy września. Dzień, w którym rozpoczynacie swoje pierwsze kroki ku dorosłości. Wielu z was chciałoby może opóźnić nadejście tego dnia, ale prawda jest taka, że w waszym życiu rozpoczął się trudny i ciężki okres obowiązku, dojrzałości i przede wszystkim nauki. Tak już bywa, że czas zabawy, beztroski dobiega końca i każdy jeden z nas musi wziąć się do pracy. A zobaczycie, że szkolne obowiązki, które wydadzą wam się niezwykle trudne, będą ledwie ułamkiem tego, czego będzie się od was wymagać już w ministerstwie. Dlatego apeluję, abyście nie odkładali nauki na później w złudnej nadziei…
Niektórzy spośród zebranych na szkolnym boisku usłyszeli cichutkie, ale nabierające mocy buczenie. Dźwięk narastał i coraz więcej osób zaczynało się rozglądać, usiłując zlokalizować jego źródło.
– …że jakoś to będzie. Zacznijcie się uczyć już od jutra, a najlepiej od dzisiaj. Z własnego doświadczenia wiem, że w życiu najważniejsza jest systematyczność. Być może niektórzy z was w to powątpiewają, ale wkrótce się przekonacie… – Wicedyrektorka z początku kontynuowała niewzruszona, nie bacząc na hałas, ale w pewnym momencie i ona nie mogła udawać, że nic się nie dzieje. – Proszę, aby ci z was, którzy zaczęli się kręcić i nie uważać, natychmiast przestali! Ja rozumiem, że to wasz pierwszy dzień, ale musicie…
Buczenie stało się na tyle głośne, iż zagłuszało słowa.
– Co się dzieje?! – zawołał któryś z obecnych nauczycieli. – Co to jest?!
Wtedy niebo zaszło fioletem, a hałas przerodził się w ni to grzmot, ni to ryk o takim natężeniu, że obecni musieli zatkać sobie uszy. Zatrzęsła się ziemia. Jedna z kadetek zemdlała i upadła jak szmaciana lalka. Kilkoro jej kolegów i koleżanek zaczęło krzyczeć. Najbardziej przerażało, że nie wiadomo, co się właściwie działo. Jakie było źródło tego potwornego dźwięku? Cokolwiek to jednak było, przetaczało się przez całe miasto.
„Wszechświecie, jak ty cierpisz!”
Philipa również nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego.
„Czy to już?! To koniec…? Jak ci pomóc?!”
– Mów, jak ci pomóc! – zawołała czternastolatka z całej siły, ale On nie odpowiadał.
I naraz wszystko się skończyło. Niebo odzyskało swoją barwę. Ziemia przestała się trząść. Po hałasie pozostały tylko cichnące szybko echa. Na szkolnym boisku zapanowała konsternacja. Jakaś kobieta w białym kitlu podbiegła do leżącej uczennicy.
– Niech ktoś zawiadomi służby – palnął z głupia frant facecik z wąsem, w garniturze z łatami na łokciach. – Ministerstwo Miło…
Chciał powiedzieć „Miłości”, ale chyba zdał sobie sprawę, że jako nauczyciel w ministerialnej szkółce sam reprezentuje resort, który chciał zawezwać na pomoc. Zmienił więc zakończenie swojej wypowiedzi.
– Pokoju! Niech ktoś wezwie Ministerstwo Pokoju!
– Cisza! Wracać do szeregu! – Potrząsając dzwonkiem, inicjatywę przejął woźny, mężczyzna pod siedemdziesiątkę, ale dobrze się trzymający, być może dzięki nienawiści do młodzieży, którą miał wręcz wypisaną na twarzy. – Za grosz dyscypliny, bachory pieprzone… Pani dyrektor, zaraz zadzwonię, gdzie trzeba.
Linda von Witz skinęła z wdzięcznością. Odchrząknęła i się rozejrzała. Utwierdziwszy siebie samą, że wszystko się uspokoiło, z braku pomysłu, co lepszego mogłaby zrobić, znów zwróciła się do uczniów.
– Spokój! Proszę o zachowanie spokoju! Pan woźny już się wszystkim zajął, wszystko jest pod kontrolą. Nie pozwólmy, żeby ten… incydent – na ułamek sekundy kobieta się zająknęła, a samo słowo „incydent” wypowiedziała z wyraźnym obrzydzeniem, im dłużej jednak mówiła, tym szybciej wracała jej pewność siebie – zakłócił rozpoczęcie roku szkolnego! Drodzy kadeci i drogie kadetki. Za chwilę udacie się do gmachu szkoły. Na tablicy ogłoszeń sprawdzicie plan lekcji i to, do której z dwóch klas zostaliście przypisani. Na tablicy zauważycie też rozpiskę z liczbą punktów, jakie zdobyła każda z dwóch klas. Naturalnie teraz ta liczba to zero. Oprócz ocen indywidualnych nauczyciele będą przyznawać wam punkty za sprawowanie i szczególnie wybitne osiągnięcia. Lub je odejmować za zachowania niegodne kadeta. Punkty będą miały duże znaczenie, kiedy po ukończeniu przez was szkoły ministerialna komisja będzie decydować, do jakiego departamentu zostaniecie przydzieleni oraz jaka będzie wasza początkowa ministerialna pensja. Uczniowie z klasy, która uzyska więcej punktów, mogą spodziewać się lepszego uposażenia. Uczniowie, którzy uczęszczali do klasy z gorszym wynikiem, no cóż. Dokładny regulamin punktacji jest dostępny do wglądu w gabinecie pani dyrektor. Wystarczy przyjść i zapytać, aby się z nim zapoznać. Gorąco zachęcam do codziennego śledzenia aktualnej liczby punktów, które uzyskała wasza klasa. Będzie to wyraz zaangażowania, poważnego podejścia do obowiązków szkolnych i solidarności z waszymi kolegami oraz koleżankami. Odnośnie do planu lekcji, zauważycie, że zajęcia zostały podzielone na te obligatoryjne i te fakultatywne. Żeby pozytywnie zaliczyć oba semestry, należy zdać egzaminy z przynajmniej dwóch przedmiotów fakultatywnych. Liczę jednak, że nie pójdziecie po linii najmniejszego oporu, że jesteście bardziej ambitni i zapiszecie się na trzy, cztery czy nawet pięć fakultetów. Wiedza zdobyta na tych zajęciach przyda wam się potem w pracy. Ci z was, którzy nie nocują u rodziców albo na stancji, mogą się potem udać do dormitorium, które znajduje się na drugim piętrze. Obawiam się, że stołówka i biblioteka są dzisiaj zamknięte.
Wicedyrektor nabrała powietrza, a na jej surowej i bladej twarzy wypełzł rumieniec.
– Drogie dzieci… Rok szkolny dwa tysiące cztery dwa tysiące pięć uważam za rozpoczęty! – Potem, jakby się zmitygowała, zdusiła wzruszenie i dodała ostrym, suchym tonem: – I dzieci, naprawdę nie chciałabym, żeby któreś z was w wyniku nieodpowiedniego zachowania przyczyniło się do odjęcia punktów swojej klasie lub, co gorsza, trafiło do Kolonii Karnej na Wolinie! Dlatego pamiętajcie, co mówiłam wam dzisiaj o nauce i nieodkładaniu jej na później. Możecie teraz udać się do tablicy ogłoszeń, aby spisać plan lekcji.
Kadeci i kadetki zaczęli się z wolna rozchodzić. Nie wszyscy skierowali się od razu do wejścia. Kilkoro uczniów poszło na tyły szkoły (w jakimż to celu?), inni pozostali na boisku, szepcząc cicho w małych grupkach o tym, co przerwało ceremonię rozpoczęcia roku szkolnego.
Nicolowi nie chciało się pchać w tłumie. Postanowił więc, że plan lekcji spisze sobie za kilka chwil i dlatego był jednym z tych, którzy zostali na zewnątrz. Inna sprawa, że nie miał też zamiaru wdawać się w rozmowy z niedojrzałymi dzieciakami. A jednak.
– Ty! Musimy pomówić! Natychmiast!
– Eee…
Tylko tyle zdołał wyartykułować chłopak w damskim mundurku na widok świdrujących go brązowych, bystrych oczu.
– Wszechświat chce, żebym cię chroniła. Dlaczego?
– Może najpierw jakieś „Cześć!” albo „Jak się nazywasz?”? – zasugerował Nicol.
– Cześć! Jak się nazywasz? – powtórzyła Philipa tonem, jakby odpędzała muchę.
– Nicol…
– Philipa. A teraz mów! Dlaczego On chce, żebym cię chroniła? – Czternastolatka strzelała słowami jak z karabinu. – Zawsze każe mi zabijać ludzi, a nie ich chronić. Jestem dobra w zabijaniu, w ochranianiu nie bardzo. On przemawia do ciebie, tak jak do mnie?
– Wiesz co, Philipa, eee, miło cię było poznać. Wybacz, mam dużo, eee, nauki. Muszę iść, cześć!
To powiedziawszy, młodzieniec obrócił się na pięcie i mimo wcześniejszej niechęci ruszył pospiesznie w stronę drzwi szkoły, aby wśród kłębiących się przed planem lekcji uczniów zgubić dziwną koleżankę. Miał dość. Napastliwych rówieśniczek. Opozycjonistów wciągających go do bramy i żądających wykonania dziwnych questów. Nagle materializujących się w jego pokoju karłów… I wszystkich tego typu dziwnych rzeczy. Nicol nie wiedział, że dziwne rzeczy w jego życiu to się miały dopiero rozpocząć.
Tymczasem Peter stał jak wryty. Chodziła do jego szkoły! Dziewczyna z tramwaju.
„To niemożliwe! Co za fart…”
Stali właśnie naprzeciwko siebie po obu stronach wejścia, nie wiedząc, kto kogo ma przepuścić. Ich spojrzenia się spotkały. Drgnął. Odebrała to jako znak, że chciał wejść pierwszy. Pokręcił energicznie głową, że wcale nie. Lekkim wzruszeniem ramion zasugerowała, że przecież nie ma problemu. Otworzył usta, chciał powiedzieć, że absolutnie nie ma mowy i że to on ją przepuszcza, ale naraz pomyślał, nie wiedzieć czemu, że to zabrzmi kretyńsko. Nie powiedział więc nic i stał z rozdziawioną buzią. W ogóle poczuł się jak idiota. Drżały mu dłonie, a język wysechł i skołowaciał. Ona dla odmiany się uśmiechnęła. Tak czy inaczej, oboje stali, przepuszczając wszystkich innych. Sytuację wykorzystał Nicol – widząc, że dwójka kadetów czai się nie wiadomo na co, pewnym krokiem przeszedł między nimi. Nie miał czasu do stracenia. Nawiedzona wariatka nie odpuszczała i podążała za nim.
– Hej! Stój! To naprawdę bardzo ważne! A jeśli to, że On każe cię chronić, ma związek z tym okropnym hałasem na przemówieniu pani wicedyrektor? Dzisiaj stało się więcej dziwnych rzeczy. Spadająca doniczka nie zabiła takiego jednego gościa. A jestem pewna, że miał zginąć. To bardzo zmieni przyszłość. I to w zły sposób. Najgorsze, że nie wiem w jaki.
Dziewczyna z tramwaju roześmiała się serdecznie. Peter się domyślił, że jest jakieś milion razy mniej skrępowana od niego. Wreszcie nie wytrzymał i pierwszy wszedł do budynku szkoły, uciekając przed spojrzeniem intensywnie zielonych, wielkich oczu.
„Dlaczego jej nie przepuściłem?! Ale ze mnie debil! Na pewno to zapamięta!”
Przed tablicą ogłoszeń w głównym holu stało sporo osób.
– No nie! Okienko na okienku!
– Ty, pa! Normalnie nie wierzę! Wtorek, sport na szóstą dziesięć! MA-SA-KRA!
– Przynajmniej sobota jest lajtowa, ale wtorek to jakiś hardkor!
– Ej, na jakie fakultety się zapisujecie? Słyszałam, że warto wziąć administrację.
W końcu jednak paru uczniów odeszło na bok i zrobiło się trochę wolnego miejsca. Peter, Nicol i Philipa podeszli bliżej, żeby zapoznać się z planem lekcji. Nawet ta ostatnia zaprzestała na chwilę nagabywania, wyjęła zeszyt z tornistra i zaczęła spisywać harmonogram zajęć.
– Eee… Przygotowanie do życia w LGBT…? – Peter poczuł się bardzo nieswojo.
– Nie ma się czym przejmować. – Nicol machnął ręką. – Powiedzą nam, jak mamy się masturbować i że biseksualizm nie jest zły, a heteroseksualizm tak. Jakbyśmy sami tego nie wiedzieli.
– W której klasie jesteście? – włączyła się do rozmowy niby mimochodem dziewczyna z tramwaju.
– A – odparł od razu Nicol.
W tej chwili wolał wdać się w rozmowę z kimkolwiek, byle nie z koleżanką mówiącą o każącym jej zabijać ludzi Wszechświecie.
Miał szczęście, ponieważ Philipa zapatrzyła się na swoje nazwisko również widniejące w składzie klasy A. Nazwisko Love, nie Idgril.
„Ależ oczywiście! Wszechświat od dawna planował umieszczenie mnie w tej szkole”.
– Ja w B. – Zielonooka kadetka trochę posmutniała, ale uśmiech zaraz wrócił na jej oblicze. – A na jakie fakultety się zapisujecie?
Choć pytanie było zadane w liczbie mnogiej, ewidentnie spojrzała w stronę Petera. Mimo to z odpowiedzią pospieszył Nicol.
– Teoria literatury! I tobie też to radzę. To specjalność wodza Jawora. Tym się zajmował, zanim został przywódcą Rzeszy. Mogę się założyć, że ten przedmiot został wprowadzony z jego rozkazu. Każdy, kto się na niego zapisze, wyrobi sobie chody!
– Naprawdę? A skąd wiesz?
– No coś ty, każdy wie, że Führer przed Atomową Zagładą wykładał teorię literatury – odpowiedział chłopak z wyższością.
– Nie wiem jak wy – wtrąciła inna dziewczyna z lekką nutką przechwałki w głosie – ale ja wpisuję się na wszystkie fakultety! Zamierzam być najlepsza!
– Pewnie, bądź sobie najlepsza z nauk pomocniczych i administracji – mruknął Nicol ironicznie.
– A tak w ogóle to jak się nazywacie? – zapytała dziewczyna z tramwaju. – Ja mam na imię Bibi.
– Nazywam się Ellsbet Keffermüller! – przedstawiła się z dumą w głosie miłośniczka wszystkich fakultetów.
– Nicol – rzucił niedbale kadet.
– Peter, cześć! – Chłopak wyciągnął rękę i przywitał się z każdym po kolei.
– Phi… Philipa. – Dziewczyna nieśmiało oddała uścisk, kiedy przyszła na nią kolej.
W trakcie zapoznania wzrok Bibi utkwił nieco dłużej na Peterze, ale ten uciekł szybko spojrzeniem gdzieś w bok.
Plan klasy A
– A ja jestem Detlef! – Z tyłu odezwał się jeszcze jeden chłopiec. – Jestem w klasie B! Ale że stanowimy tak dobraną paczkę, wpiszę się na te same fakultety co wy; będziemy mogli sobie pożyczać notatki! Słyszałem, że tak się robi, kiedy ktoś zachoruje. Ale będzie fajnie!
– Świetnie. – Nicol przewrócił oczami. – Kolejny pacan.
Uczniowie skończyli przepisywać plan lekcji i udali się do obłożonego zielonym obrusem długiego stołu. Tam stali nauczyciele prowadzący fakultety. Niektórzy próbowali nawet zachwalać swoje dziedziny i odpowiadali na pytania kadetów. Przed każdym wykładowcą leżał zeszyt, do którego należało się wpisać, aby zgłosić swój udział w danych zajęciach. Brakowało tylko informatyka. Sam zeszyt leżał na miejscu – w środku ktoś nabazgrolił nazwę przedmiotu i adnotację: „max 10 osób”, przy czym dziesiątka była skreślona, a nad skreśleniem widniało „15”. Peter, Philipa i Nicol, za radą tego ostatniego, wpisali się na teorię literatury, poza tym na informatykę (Nicol, wzruszając ramionami, dopisał się jako szesnasty uczestnik zajęć) i egzorcyzmy – głównie ze względu na intrygującą nazwę. Philipa i Peter po chwili wahania zapisali się też na nauki pomocnicze. Administrację zignorowali z uwagi na wielu chętnych. Kolejka nie zniechęciła natomiast Bibi i ambitnej Ellsbet.
Po załatwieniu wszystkich formalności Nicol przystąpił do realizacji planu zgubienia wszystkich tych, z którymi nie miał ochoty rozmawiać.
– Peter, tak? – Złapał szkolnego kolegę za ramię i pociągnął bezceremonialnie, zmuszając go, żeby poszedł razem z nim. – Jesteśmy w tej samej klasie. Usiądziemy w jednej ławce? To super! W takim razie chodź, musimy obgadać parę rzeczy!
– Yyy… – Zagadnięty obejrzał się bezradnie na stojącą do nich tyłem Bibi.
– Poczekajcie! – rzucił za nimi Detlef. – Wpiszę się tylko na nauki pomocnicze i zaraz do was dołączę, to sobie pogawędzimy!
– Pewnie, czekamy! – Nicol uśmiechnął się fałszywie, po czym szepnął do ucha Peterowi: – Gazu!
Wypadli na zewnątrz. Skręcili w prawo i poszli na tyły szkoły. Wciąż stało tam kilkoro uczniów, którzy sądząc, że znaleźli świetną miejscówkę, popalali ukradkiem papierosy. Nicol jednak się nie zatrzymał i poprowadził kolegę dalej. Wyszli bramą wjazdową dla nauczycieli od strony Sternbergstraße (przez wodza nazwaną alternatywnie ulicą Mariana Langiewicza).
– Laska, zwolnij! – Peter ochłonął z pierwszego zaskoczenia i zaczął nieśmiało protestować.
– Nicol. – Zaakcentował pierwszą sylabę imienia. – Jestem chłopakiem. Nie peniaj, tylko się schowamy za rogiem. Nie chcę, żeby…
Czekała na nich. Nawiedzona koleżanka z klasy stała na chodniku ze skrzyżowanymi na piersi rękami.
– O nie.
– Nicol! Czemu to robisz? – Głos czternastolatki w pouczającym wydźwięku prawie dorównywał przemówieniu pani wicedyrektor. – Dlaczego uciekasz? Przecież dobrze wiesz, że jesteśmy sobie przeznaczone i Wszechświat nie pozwoli nam się rozdzielić.
Tego ostatniego mówiąca właściwie nie była na sto procent pewna. Wszechświat był chory i słaby. Istniała realna groźba, że nie wszystko potoczy się we właściwy sposób.
– Nicol – powtórzył Peter, akcentując pierwszą sylabę. – On jest chłopakiem. Chyba… Albo dziewczyną, która chce uchodzić za chłopaka…
Mówiąc to, młodzieniec zakręcił się w swoich domysłach i zamilkł.
– W porządku. – Dziewczyna skinęła głową, jakby odnotowała nieistotny dla zagadnienia fakt.
Nicol westchnął z trudem niczym dorosły, który musi wytłumaczyć dziecku coś niezwykle oczywistego.
– Moja droga Philipo. – Wypuścił powietrze. – Będziemy chodzić razem do jednej klasy, więc nie utrudniajmy sobie tego. Cokolwiek ode mnie chcesz, odpowiedź brzmi: „nie”. Cokolwiek ci się stało, nie obchodzi mnie to. Jeśli potrzebujesz pomocy, zapytaj dyrektorki albo, nie wiem, idź do higienistki? Mnie zostaw w spokoju, okej?
– Nicol! – obruszył się Peter. – Ale ty jesteś niemiły! W dupę cię coś ugryzło? Masz okres? Wiecie co? Chodźcie, mam pomysł, jak was pogodzić!
– Ale ja nie jestem pokłócony, żeby się z nią godzić – zaprotestował kadet, ale tym razem to on został pociągnięty za ramię.
Cała trójka błąkała się chwilę po okolicy, aż oczy Petera rozpromieniły się na widok obskurnej, ale otwartej bramy.
– Dawajcie, wbijamy do środka!
W ciemnym wnętrzu zdjął plecak i z namaszczeniem wyjął jedną z dwóch flaszek – tę, w której wódka była rozrobiona ze Stettin-colą w proporcjach jeden do trzech.
– Walnijmy sobie! – zaproponował, wyciągając butelkę w stronę nowych znajomych. – Na dobre rozpoczęcie roku szkolnego! Zwłaszcza tobie się przyda, Nicol, wyluzujesz się trochę.
Poczęstowany, myśląc, że ma do czynienia z samą Stettin-colą, pociągnął spory łyk.
– Uważaj! – Peter przytrzymał butelkę, której szkolny kolega o mało nie wypuścił z rąk.
– Co… co to jest?! – wykrztusił młodzieniec.
– Alkohol – wyjaśnił ostrożnie właściciel trunku. – A co, nie piłeś nigdy wcześniej?
– Yyykh… Jasne, że piłem! – Nicol odkaszlnął, ale po chwili odzyskał rezon. – Nie bądź śmieszny! Wiele… kilka razy. Nie jestem fanem alkoholu, osłabia myślenie i spowalnia ruchy.
– O to chyba właśnie chodzi w alkoholu. – Peter wzruszył ramionami. – Żeby osłabić myślenie i spowolnić ruchy.
– Czy alkohol nie jest dla dorosłych? – wtrąciła Philipa poważnym tonem.
– Kuuurde! Skąd wy się urwaliście, co? Zresztą słyszeliście wicedyrkę: mamy się traktować dorośle. Oddawajcie! Nie chcecie, to nie! Ja sobie jeszcze strzelę łynia. – Peter, jak powiedział, tak zrobił.
– Posłuchajcie. – Philipa postanowiła skierować rozmowę na interesujące ją tory. – Fajnie się gada, ale tracimy czas! Widzieliście chyba, co się wydarzyło w trakcie przemówienia wicedyrektorki. Wszechświat choruje. I to poważnie. To nie jedyny sygnał. Nie mówcie, że tego nie widzicie!
– Eee, nie? – odparł Nicol. – Świat był, jest i będzie taki sam, jak zawsze.
Drugi z chłopców zastanowił się nad słowami koleżanki, ale że był już trochę wstawiony, myśli odpłynęły gdzie indziej i zgubił wątek.
– Dlaczego mam cię chronić? – Nie dawała za wygraną kadetka.
– Nie jesteś czasem od Literata? Oboje wyglądacie na podobnych czubków. Ty też chcesz tej mapy? O to chodzi?
Philipa drgnęła.
– Nicol! – Peter skarcił kolegę wzrokiem. – To nasza kumpela z klasy! Przestań zachowywać się jak ostatni dupek!
– Jaka mapa?! – Philipa poczuła, że tryby w jej głowie zaskoczyły, i wiedziała, że za nic nie może już odpuścić. Ścisnęła kolegę mocno za ramię. – O jakiej mapie mówisz?!
– Puść mnie! – Młodzieniec podjął nieudaną próbę wyrwania się. – No mapa… Z klasy sto trzy.
– Czekajcie, czekajcie, nic z tego nie rozumiem… – Peter podrapał się po głowie.
– No dobra, po kolei. – Nicol poddał się w końcu. – Tylko mnie puść. Jest taki gość. Literat. To jego pseudonim. Znam go, bo… no znam go od dawna. Dzisiaj, kiedy szedłem do szkoły, ni stąd, ni zowąd wciągnął mnie do bramy. Takiej jak ta. No a tam razem z dwoma innymi kolesiami zaczęli coś bredzić o jakiejś mapie z klasy sto trzy. Chcą, żebym im ją przyniósł. Dali mi inną, żebym je zamienił. Czekajcie.
Wyjął z plecaka złożony na osiem plan Szczecina.
– To jest to! – zawołała Philipa. – Musimy mieć tę mapę!
– Zaraz, zaraz… – Peter potrząsnął głową. Spożyty dzisiaj alkohol zrobił swoje. – A kim właściwie jest ten cały Literat i ci goście od niego?
– Nie wiem, są chyba z Opozycji – odpowiedział Nicol.
– Z OPOZYCJI?! – Kadet przeraził się nie na żarty. – Z… z… Opozycji?! Jak to z Opozycji?!
– O co chodzi z tą Opozycją? – Philipa patrzyła to na jednego, to na drugiego z kolegów. – To ma coś wspólnego z tym przedmiotem „Dlaczego nienawidzić Opozycji”?
– Laska, skąd ty się urwałaś?! – Peter był w ciężkim szoku.
– Kadetka Ministerstwa Miłości, która nie wie, co to jest Opozycja? – mruknął Nicol. – Powinnaś szybko nadrobić braki.
– Nicol, a może przestaniesz wreszcie pieprzyć i mi to najzwyczajniej w świecie wytłumaczysz? – zasugerowała czternastolatka spokojnie, ale stanowczo.
– Opozycja, podziemie, ruch oporu. Chcą obalić wodza Jawora. Powinnaś to wiedzieć, bo kiedy skończysz naszą cudowną szkołę, jednym z twoich zadań będzie ściganie tych kolesi.
– Powiedział gość, który ma znajomka-opozycjonistę – odparował Peter – dla którego wykrada mapy ze szkoły Ministerstwa Miłości! Kurwa!
– Nic dla niego nie wykradam! – Nicol po raz pierwszy stracił nad sobą panowanie. – I nie jest żadnym moim znajomym! Przyczepił się do mnie! Nie zamierzam się z nim spotykać!
– Czy ty wiesz, co nam grozi, jeśli ktoś się dowie, że masz kontakty z Opozycją? Będziemy mogli uważać się za szczęściarzy, jeśli trafimy na Wolin!
– Uspokójcie się, obydwaj. – Philipa ostudziła podniecenie chłopaków. – Na pewno chodzi o tę mapę. Ale nie tylko. Musi być jeszcze inny powód, dla którego On chce, żebym cię chroniła. Jest też mężczyzna, którego nie zabiła spadająca doniczka. On też siedzi w tym wszystkim po uszy… Ech, to nigdy nie było takie trudne! Zawsze wystarczało, że zrobiłam jedną, góra kilka prostych rzeczy i wszystko się układało! A teraz? Teraz wszystko się wali! Nie wiem, za co mam się zabrać!
– Masz chronić Nicola? Jaki mężczyzna z doniczką? – Peterowi cisnęło się do głowy mnóstwo pytań.
– Właśnie! – Nicol poprawił ułożenie swojej damskiej marynarki, co było chyba znakiem, że odzyskuje nad sobą kontrolę. – Skoro wszystko sobie wyjaśniamy, to teraz ty powiedz, czemu się do mnie przyczepiłaś.
– On do ciebie nie mówi, prawda? Wszechświat. – Widząc zdziwione miny kolegów, Philipa westchnęła. – Wiem, że inni Go nie słyszą, ale myślałam, że skoro mam cię ochraniać, no to że akurat ty Go słyszysz.
– Niby kogo Nicol miał słyszeć? – Peter nie zrozumiał.
– Nie skleiłeś? Wszechświat – wymówił ironicznie główny zainteresowany. – Może tak od początku, droga Philipo.
– No dobrze… – Dziewczyna zaczerpnęła powietrza. – Jestem sierotą. Odkąd pamiętam, wokół mnie działy się… rzeczy. W sumie głównie to ginęli ludzie. Ale spokojnie, tylko źli ludzie. Psychopatyczni mordercy, szaleńcy, osoby mogące zdestabilizować świat lub sprowadzić katastrofę. Zawsze, zawsze… jak to powiedzieć? Zawsze odgrywam w tym jakąś rolę. Nie jest to główna rola. Czuję się raczej jak niewielki trybik w gigantycznej maszynie. Jednak bez mojego udziału pchnięcie rzeczywistości na właściwą drogę nie byłoby możliwe.
– Chcesz powiedzieć, że… mordujesz ludzi…? – Peter był przerażony.
– Tylko tych złych! – zapewniła czternastolatka. – Czy ich morduję? Wiesz, bardzo rzadko pociągam za spust czy dźgam nożem, jeśli to masz na myśli.
Koledzy wymienili między sobą znaczące spojrzenia. Rzadko nie znaczyło nigdy.
– Zazwyczaj mój udział jest dużo bardziej… delikatny. Tak, to właściwe słowo. Zawołam kogoś, żeby nie zauważył czającego się obok mutanta. Zajdę komuś drogę, żeby zmienić kierunek, w którym idzie. Rozleję olej na drodze. Reszta dzieje się już bez mojego udziału. Zawsze to On mówi mi, co mam robić.
– On? To znaczy kto? – Peter wciąż nie rozumiał.
– Wszechświat – odpowiedział zjadliwie Nicol za koleżankę.
– Tak, Wszechświat. Mogę tylko zgadywać, jak bardzo wydaje wam się to porąbane. Długo myślałam, że wszyscy Go słyszą. Że każdy, tak jak ja, rozpoznaje Jego znaki. Dopiero niedawno zrozumiałam, że nie mówi do innych ludzi. Ale ostatnio wszystko się zmieniło! Kiedy szłam na rozpoczęcie roku, z naprzeciwka szedł mężczyzna, który powinien zginąć. Ale przeżył! – Oczy Philipy rozszerzyły się wskutek mieszaniny strachu i niedowierzania. – Wszystkie wektory… wszystko, wszystko wskazywało, że ma umrzeć! Wiedziałam, że z góry, z okna, spadnie doniczka. Wystarczyło lekko zajść mu drogę… Jestem pewna, że wszystko zrobiłam tak, jak trzeba. On ustąpił i idealnie wszedł we właściwe miejsce… Kiedy teraz przypominam sobie ten moment… – Philipa faktycznie wyglądała, jakby miała całą scenę przed oczami – to on wykonał taki dziwny gest. Ręką. Takie półkole… Tak! To musi mieć znaczenie! Że też wcześniej o tym nie pomyślałam!
– Ekhem, do brzegu – zasugerował Nicol.
Dziewczyna się rozejrzała i z pewnym trudem wróciła do chwili obecnej.
– Doniczka trafiła tego człowieka, ale w bark, a nie w głowę. Przez to wydarzą się makabryczne rzeczy… Nie możecie sobie nawet wyobrazić, do czego to może doprowadzić!
– Ta, jeden więcej obywatel IV Rzeszy będzie pobierał swoją rację żywnościową – skomentował Nicol. – Rzeczywiście, straszne.
– Philipa, ale skąd wiesz, że ten gość od doniczki był zły? – Peter wyraził swoje wątpliwości. – Spotkałaś go wcześniej? Widziałaś, żeby popełniał jakieś zbrodnie?
– On jest zły! Uwierz mi! Przerabiałam to tysiące razy! Żaden ze wskazanych mi celów nie był dobry. Ale jest jeszcze coś. Nigdy wcześniej Wszechświat nie kazał mi nikogo chronić. A teraz to się zmieniło. Nie wiem dlaczego, ale fakt pozostaje faktem: jesteś istotny dla prawidłowego funkcjonowania Wszechświata. – Philipa Love wbiła spojrzenie swoich dociekliwych, brązowych oczu w Nicola.
– Hmm, a brałaś pod uwagę… tylko się nie obraź, pytam całkiem serio. Że no, to wszystko, jak by to powiedzieć, wymysł twojej głowy? – zapytał chłopak. – Że jesteś szalona?
– Nicol, ale ty jesteś! – Peter pokręcił głową.
– Mówię poważnie. Chyba przyznasz, że to wszystko brzmi… no, bardzo dziwnie. I naprawdę staram się mówić delikatnie.
– Uwierz mi – odpowiedziała Philipa, bynajmniej nieobrażona – że nieraz się zastanawiałam, czy jestem normalna. Czy nie mam kuku na muniu. Mam to za sobą. Poważnie. Zbyt wiele elementów składa się w całość, chociaż nie zawsze widać to na samym początku. Zresztą słyszałeś to, co się wydarzyło na przemówieniu wicedyrektorki. Każdy to słyszał. I widział fioletowe niebo. Temu nie zaprzeczysz.
– No tak, tu mnie masz. – Młodzieniec niechętnie przyznał rację koleżance. – To było dziwne i choć nauczyciele pewnie będą udawać, że nic się nie wydarzyło, to coś się wydarzyło.
– No właśnie!
– Dobra… – zaczął Peter niepewnie. – Nie wiem, dlaczego masz chronić Nicola, nie wiem, dlaczego doniczka nie spadła na głowę tego faceta… Nadal nie rozumiem, skąd pewność, że zasłużył na śmierć! Ale może wiem, dlaczego coś jest nie tak ze Wszechświatem.
– Więc ty też siedzisz w tym po uszy – rzekł z wyrzutem Nicol, który poczuł, że nie wywinie się z całej hecy.
– Czyli, Peter, ty też nie znalazłeś się tutaj przypadkowo! – Oczy Philipy się zaświeciły. – Mów!
– Jakiś czas temu mój wuj… Mniej więcej rok temu się obudziłem i… Niewiele pamiętam…
W tym momencie opowieść kadeta, opowieść, która nie zdążyła się nawet zacząć, została przerwana przez wtargnięcie Ellsbet. Dziewczyna zauważyła kolegów i koleżankę, po czym natychmiast gestami rozpaczliwie nakazała im zachować ciszę. Przejechała sobie nawet palcem po szyi, sugerując, co się stanie, jeśli jej nakaz nie zostanie spełniony.
– Ella! Ella! – dało się słyszeć od strony ulicy, a głos wydawał się znajomy. – No nie! Gdzie ona się podziała?
Nowo przybyła zaczęła pchać pozostałą trójkę ku prowadzącym w górę schodom.
– Ella! Gdzie ty jesteś?
Teraz poznali, głos należał do Detlefa…
– Może do bramy weszła… Ella! Jesteś tutaj? Chyba mi się nie schowałaś, co?
Rozległo się skrzypnięcie starych, nienaoliwionych zawiasów. Ellsbet stała na półpiętrze jak skamieniała, a na jej czoło wystąpił perlisty pot. Sekundy płynęły powoli. Zdawało się, że powietrze zgęstniało. Najlżejszy szelest mógł teraz zdradzić czwórkę kadetów.
– Nie ma jej, dziwne! – mruknął w końcu do siebie uczeń i drzwi bramy zaskrzypiały ponownie.
– Uff… Dzięki. Myślałam, że zagada mnie na śmierć. – Czternastolatka mówiła szeptem. – On jest niemożliwy. Przyczepił się do mnie i nie chciał odstąpić ani na krok. Musiałam mu zwiać.
– Ta, zauważyłem, że chłopak szuka uwagi – wtrącił swoje trzy grosze Nicol.
– Słuchajcie, nie mamy na to czasu – powiedziała Philipa stanowczo. – Peter, musisz koniecznie dokończyć, tylko… – Spojrzała na Ellsbet i się zawahała.
– Ella, wybacz, ale mamy ważne sprawy do omówienia. – Nicol nie miał problemu ze spławianiem kogokolwiek. – Zgubiłaś tego frajera, pomogliśmy ci, ale teraz…
– Co jest, kurwa?!
Na dole od strony podwórza weszło dwóch obszarpanych wyrostków. W przeciwieństwie do Detlefa spostrzegli lub też usłyszeli ukrywających się na półpiętrze uczniów.
– Wypierdalać z naszej kamienicy, cioty! – rozkazał jeden.
– Wołaj Siwego i chłopaków! – rzucił drugi. – Oklepiemy frajerom mordy!
– Spokojnie! – odparł Nicol. – Właśnie wychodziliśmy.
Niestety nowa koleżanka popsuła plan pokojowego wyjścia z tej konfrontacji.
– Na waszym miejscu uważałabym na słowa – zakomunikowała Ella z godnością. – Jesteśmy z Ministerstwa Miłości! Jeszcze jedno słowo i źle skończycie. A z wami wasze rodziny.
– Ella… – Peter złapał się za głowę.
– Kurwy z ministerstwa! Wołaj ekipę! – Miejscowy oprych wściekł się jeszcze bardziej.
Jego kompan wybiegł z powrotem na podwórko.
– Chodu! – Nicol nie zamierzał marnować okazji.
Chłopak zbiegł ze schodów, ciągnąc za rękaw buńczuczną koleżankę. Peter ruszył za nimi. Młodociany chuligan w pierwszej chwili usiłował zastawić uciekającym drogę, ale wtedy Philipa wycelowała w niego pistolet. To ostudziło zapał zbira. Cała czwórka wypadła na ulicę. W samą porę, bo z wnętrza bramy doleciał gwizd drugiego lokalsa, co było zapewne sygnałem zwołującym całą miejscową bandę.
– Na przystanek! – zawołała Philipa, chowając broń do tornistra. Wszechświat podpowiedział jej drogę ucieczki.
Za uczniami wyszła grupa kilku uliczników, niektórzy uzbrojeni w noże lub stłuczone butelki. Ruszyli za małoletnimi ofiarami niczym sfora wygłodniałych psów. Na szczęście dla czternastolatków kilkadziesiąt metrów dalej znajdowała się jedna z głównych ulic Szczecina – Barnimstraße, zwana także Aleją Piastów. A tam spacerował patrol Ministerstwa Pokoju. Czego by nie mówiła o dyktaturze Jawora Opozycja, żołnierze i funkcjonariusze pilnujący porządku w stolicy byli dobrze uzbrojeni i posiadali szerokie uprawnienia. Na przykład mieli prawo zastrzelić na miejscu osoby zakłócające porządek publiczny. Wszyscy mieszkańcy, w tym przedstawiciele półświatka, doskonale o tym wiedzieli. Chuligani wymienili się szybkimi spojrzeniami i bez słowa się rozeszli, każdy w innym kierunku. Zagrożenie zostało zażegnane. A jednak sam fakt, że tak szybko, solidarnie i z ostrymi przedmiotami w ręku ruszyli za kadetami, wzbudzał przerażenie.
– Wiem, gdzie możemy spokojnie porozmawiać – powiedziała Philipa już na przystanku, kiedy się trochę uspokoiła. – Tylko musicie mi powiedzieć, gdzie jest Aleja Alucarda czterdzieści trzy przez jeden.
– Wiem, gdzie jest Aleja Alucarda. Znajdziemy ten numer – odpowiedział Peter, po czym zwrócił się do Elli. – Idziesz z nami?
– Mogę iść. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
– A co jest na Alucarda czterdzieści trzy przez jeden? – zapytał Nicol.
– Nie wiem – odpowiedziała Philipa. – Przekonamy się.
– „Informator Ministerstwa Prawdy” konsekwentnie milczy na temat dziwnego zjawiska, które miało miejsce pierwszego września dwa tysiące czwartego roku około wpół do dziesiątej rano. A przecież potężny, trudny do zignorowania huk przetoczył się przez cały Szczecin. Każdy mieszkaniec, który był na ulicy lub akurat patrzył w okno, musiał widzieć zachodzące fioletem niebo. Do szpitali trafiło kilkanaście osób z, na szczęście, niegroźnymi zaburzeniami słuchu lub krwotokami z nosa. Popromienna anomalia? Masowa halucynacja? Wiadomość od pozaziemskich istot? Wygląda na to, że nieprędko poznamy odpowiedź. Dla Czynnika 40i4 mówił Daniel Akord.
Wczoraj nastąpiło uroczyste uruchomienie linii produkcyjnej w bydgoskiej fabryce. Na taśmociągu wyjechały pierwsze puszki z paprykarzem szczecińskim. Przecięcia wstęgi oraz degustacji produktu dokonała osobiście szefowa Ministerstwa Dobrobytu, magister Swobodna. Minister skomentowała go krótko, acz treściwie:
– Produkt prima sort pierwszej klasy!
Na razie paprykarz trafi wyłącznie do sił zbrojnych i wysoko postawionych urzędników Dobrobytu oraz kancelarii Führera, ale wkrótce planowane jest otworzenie kolejnych linii produkcyjnych. Wtedy klasycznym szczecińskim rarytasem będzie mógł się rozkoszować każdy mieszkaniec IV Rzeszy. W niedalekiej przyszłości zostanie także ustanowione połączenie kolejowe między fabryką a Szczecińską Hipermetropolią.
Dodajmy, że uruchomienie produkcji było możliwe dzięki oczyszczeniu Bydgoszczu i okolic z mutantów przez naszych dzielnych, niosących pokój postapokaliptycznym Pustkowiom żołnierzy. Oznacza to, że nasze supermocarstwo powiększa terytorium i wpływy. Przy rozsianych po pustyni garnizonach jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne faktorie. Rośniemy w siłę! Tę wojskową, ale i tę ekonomiczną.
Ministerstwo Prawdy żywi nadzieję, że te doskonałe wieści pozwolą mieszkańcom naszego pięknego miasta nieco odetchnąć od heteroseksualnej awantury. Pewne małostkowe grupki, pomimo wspaniałomyślnej zgody Wielkiego Wodza Jawora na tak zwany Marsz Równości, eskalują swoje absurdalne żądania. Próbują między innymi wymusić zablokowanie głównych ulic Szczecina na czas manifestacji. Dla większości ciężko pracujących obywateli jest to niepotrzebne utrudnienie w imię wydumanych i oderwanych od rzeczywistości postulatów.
* * *
– To ma być według ciebie dobrze spakowane zamówienie?! – ryczał wściekły brygadier. – Czy według ciebie w naszej szwalni tak wyglądają dobrze zapakowane mundury?! To idzie do armii, ty kretynie! To musi się dobrze prezentować! Jesteś pewien, że chcesz tutaj pracować?!
– Oczywiście, panie kierowniku. Przepraszam, panie kierowniku… – odpowiadał z pochyloną głową Krzysztof Abramski.
„Schowaj dumę do kieszeni”, rugany pracownik usiłował uspokoić samego siebie w myślach. „Wiesz, że to przejściowe. Wiesz, że warto wytrzymać”.
– Oczywiście, panie kierowniku! – przedrzeźnił przełożony. – Mam dość twoich nic niewartych zapewnień! Mam dosyć twojego kajania się, z którego nic nie wynika! Zostaniesz po swojej zmianie tak długo, aż wszystko spakujesz NA-LE-ŻY-CIE!
„O ty gnoju! Dobrze pamiętasz, że poprosiłem, aby dzisiaj wyjść godzinę wcześniej…”
Krzysztof był z natury człowiekiem cierpliwym i niezbyt mściwym, lecz nakaz pozostania dłużej w pracy akurat dzisiaj, kiedy miał ważne spotkanie, przy czym wcześniej złożył stosowne podanie oraz z góry odrobił dwie godziny w zeszłym tygodniu… – to przekroczyło jego próg wytrzymałości!
– Panie brygadierze, mundury zostaną złożone, tak jak trzeba – powiedział Abramski opanowanym tonem, w głowie już jednak otwierał mały mentalny zeszycik.
„Brygadier Mark Lubens – impotencja… A może to jednak za mocne?”
– Zapomnij o premii w tym miesiącu!
„Impotencja, uporczywe swędzenie żołędzi i kamień w woreczku żółciowym”, dopisał pracownik.
Tak naprawdę zamówienie było spakowane jak zawsze i Krzysztof wiedział, że brygadier drugiej zmiany zaakceptuje paczkę. Niestety pechowy pracownik musiał jak ostatni głupek udawać, że nad nią pracuje, przynajmniej aż czepialski Mark Lubens pójdzie do domu. A to oznaczało, że Krzysztof nie zdąży zjeść ciepłego posiłku i wyspać się przed czekającą go ceremonią.
„Trudno. Przynajmniej mam świadomość, że moje cierpienie nie jest bezcelowe. W gruncie rzeczy to luksus. Po Zagładzie większość ludzi nie ma nawet i tego. Muszę o tym pamiętać”.
Wychodząc późno z zakładu pracy, Krzysztof zobaczył, że na recepcji siedzi Basia – dziewczyna, która bardzo mu się podobała. Wiedział, że to zbyt heteroseksualne z jego strony, ale nic nie mógł poradzić na to, że zawsze w jej towarzystwie zapominał języka w gębie i trzęsły mu się ręce. Jednak dzisiaj po wydłużonej zmianie był już tak zmęczony, że nie miał siły się stresować.
– Cześć! – Wykrzesał z siebie uśmiech. – Chociaż taki plus z nieplanowanych nadgodzin, że mogliśmy się dzisiaj zobaczyć.
– Dzień… Cześć, Krzysztofie! – Czy mu się zdawało, czy zarumieniła się leciutko na jego komplement?
– I jak, rozważyłaś moją propozycję wspólnego spaceru w niedzielę? – Musiał zaraz wychodzić, więc od razu przeszedł do rzeczy.
– Oj, zupełnie nie miałam do tego głowy. Dam ci znać, dobrze?
„Tępa dzida!”, Abramski wściekł się nie na żarty. „Toż powiedziałaby «nie»! Dała spokój mnie i sobie! Ale, oczywiście, ona uwielbia te gierki! Lubi mieć śliniących się do niej wielbicieli. Może Führer ma rację i trzeba pójść na jakąś terapię konwersyjną? Bo z tymi babami to ciężka sprawa… Oj, Basiu, Basiu, przyjdzie czas, kiedy będziesz się płaszczyć i zabiegać o moją uwagę, ale wtedy będzie już za późno, bo wtedy to ja będę miał na pęczki adoratorek!”
– Dobrze, dobrze, będzie przecież jeszcze wiele niedziel.
Po tych słowach wybiegł czym prędzej, żeby złapać tramwaj numer trzy – najwyższa pora, jeśli nie chciał się spóźnić. Z pewnym wahaniem przeszedł do sekcji dla hetero. Tylko tam zauważył wolne miejsca siedzące, a chciał spróbować złapać chociaż kilka minut drzemki. Co naturalnie w trzęsącym się niemiłosiernie wagonie było z góry skazane na porażkę.
Krzysztof wysiadł na pętli przy Eckerberger Wald. Osobiście wolał polską nazwę – Lasek Arkoński. Szybkim krokiem poszedł w stronę ruin Wieży Quistorpa1. Na szczęście Abramski okazał się przewidujący – maskę i ceremonialny habit zabrał ze sobą do pracy. Gdyby musiał wracać do mieszkania, spóźniłby się, i to mocno. Przebrał się za drzewem jakieś pięćdziesiąt metrów od celu, rozglądając się przy tym, żeby nie zaszedł go jakiś mutant. Niby na skali Rittera były tylko dwa stopnie, ale w lesie na obrzeżach miasta zawsze mogło się coś przypałętać. Gdy wreszcie stanął przed pozostałymi ośmioma członkami założonego przez siebie zgromadzenia, ekscytacja sprawiła, że zapomniał o zmęczeniu.
– Witam was, bracia i siostry! – zaczął enigmatycznym głosem, tak innym od tego, który znali ludzie z jego pracy. – Wasza obecność i zaangażowanie niezwykle mnie cieszą. Niniejszym otwieram kolejne spotkanie naszej społeczności!
Jedynie tępy ból w lewym barku nie dawał o sobie zapomnieć. Przemawiający zrobił pauzę, żeby rozmasować obolałą część ciała. Po chwili podjął przemowę.
* * *
Po kilku minutach nadjechał właściwy tramwaj. Czwórka uczniów, kto wie, czy nie kierowana tajemną wolą (chorego) Wszechświata, wsiadła i pomknęła ku przeznaczeniu. Rozmawiali niewiele, bojąc się, że podsłucha ich ktoś niepowołany. Na kolejnych przystankach obserwowali legitymujące przechodniów liczne patrole – ministerialne służby zawsze były czujne, ale teraz, przed Marszem Równości, napięcie wydawało się jeszcze większe. Tym bardziej kadeci nie odważyli się zająć wolnych miejsc siedzących w sekcji dla hetero. Poranne niewyjaśnione zjawisko akustyczno-kolorystyczne również nie uspokajało nastrojów w mieście.
Peter powiedział, żeby wysiedli na Kaiser Wilhelm Platz – z wiadomych względów mało który mieszkaniec niemieckiego pochodzenia stosował nazwę nadaną przez Führera, czyli Plac Grunwaldzki. Za to polscy mieszkańcy używali jej z perwersyjną lubością. Chociaż Ministerstwo Prawdy uparcie informowało, że nie ma już Niemców i Polaków, tylko równoprawni obywatele IV Rzeszy Niemiecko-Polskiej, głębokie podziały wśród ludności były widoczne gołym okiem.
Neutralna dla wszystkich pozostała nazwa Alei Papieża Alucarda. Klatka numer czterdzieści trzy była pierwszą od strony placu. Philipa wyjęła znalezione we wraku limuzyny klucze i dostała się do środka. Przed drzwiami do samego mieszkania stanęła jak wryta.
– Coś się stało? – zapytała Ella.
W odpowiedzi czternastolatka podeszła do skrzynki na listy. Pod numerem jeden czekała zaadresowana do Irene Idgril koperta. Nie zastanawiając się wiele, Philipa rozerwała ją, rozłożyła znajdującą się w środku kartkę i zapoznała z jej treścią.
Droga Irene,
żywię nadzieję, że rozpoczęcie roku było udane. Stancję masz opłaconą na pierwszy miesiąc, w tym czasie powinnaś znaleźć sobie pracę, którą pogodzisz z nauką. Czynsz wynosi dwa tysiące dwieście jaworów miesięcznie plus opłaty. Pieniądze, które ode mnie otrzymałaś, powinny Ci z małą nawiązką wystarczyć na podręczniki i przybory szkolne. Szkółka zapewnia dzienne wyżywienie. Masz więc miesiąc, aby się wdrożyć. Jesteś zdolną dziewczynką i cała Rodzina wierzy, że nie zmarnujesz tego czasu.
Pora, abym wyjawił Ci Twoje drugie zadanie (pierwszym jest oczywiście nauka, zdanie egzaminów i dostanie się do struktur ministerstwa). Od pewnego czasu w polu zainteresowania Rodziny są ludzie określający siebie mianem druidów. Wiedza, którą dysponują, może okazać się bezcenna i zarazem bardzo pomocna w realizacji rodzinnych celów. Udało nam się ustalić, że to w Szczecinie znajduje się ich siedziba. Musimy poznać jej dokładną lokalizację. W szkółce i poza nią z pewnością poznasz wielu ludzi, nawiążesz nowe kontakty. Miej oczy i uszy szeroko otwarte. Aktywnie, ale dyskretnie poszukuj wszelkich informacji o druidach w stolicy IV Rzeszy. Nie podejmuj jednak wobec nich żadnych działań. Za jakiś czas skontaktuję się z Tobą i będę oczekiwał, że przekażesz mi wstępny raport. Liczę, że nie zawiedziesz mnie w tej sprawie.
Załączam pozdrowienia
Ojciec
PS: spal list po przeczytaniu.
– Co to? – zaciekawił się Nicol, ponieważ Philipa nie przeczytała wiadomości na głos.
– Wygląda na to, że mamy tutaj pokój opłacony na miesiąc – odparła wymijająco dziewczyna.
– Mamy? – Chłopak uniósł brew, ale zaraz przypomniał sobie, że nie ma ochoty nocować u ojców. Spanie w zatłoczonym dormitorium też nie było szczytem marzeń.
– Mam cię chronić, zapomniałeś? Trudno kogoś chronić, nie przebywając z nim w jednym pomieszczeniu.
– Ej, a myślisz, że ja też mógłbym u ciebie kimać? – zapytał Peter ze wstydem w głosie.
– Nicol jest najważniejszy, ale jeśli tylko jest miejsce, to pewka. Chodźmy zobaczyć do środka.
Mieszkanie było staroświeckie i cokolwiek zaniedbane. Dla Philipy przyzwyczajonej do życia na obrzeżach miasta czy nawet poza nim były to i tak wyżyny luksusu. Większość ze swoich czternastu lat spędziła znacznie bliżej panującej wokół miasta postapokaliptycznej rzeczywistości. Stolica IV Rzeszy, a przynajmniej jej centrum, była swoistą bańką, „zieloną wyspą” na oceanie wypalonej słońcem ziemi, z czego wielu mieszkańców nie zdawało sobie sprawy.
Na wnętrze składały się przedpokój (z obowiązkowym pawlaczem), łazienka, kuchnia i dwa pokoje. Zamknięte drzwi do jednego z nich i klapki w sieni świadczyły o tym, że mieszka tu jeszcze jeden lokator. Drzwi do drugiego pokoju były otwarte – tam też skierowali się kadeci. Stały tu łóżko, kanapa, szafa i dwa niedopasowane stoliki.
– W porządku, Peter, jeśli nie masz nic przeciwko spaniu na kanapie… Ej, zamierzasz tu palić?!
Ostatnie słowa Philipa niemal wykrzyknęła, widząc, że Peter wyjął z tornistra paczkę papierosów. Będąc „na bombce”, chłopak lubił puścić dymka.
– Taaak – oznajmił tonem, jakby to było naturalne, że każdy czternastolatek spożywa alkohol, a skoro spożywa alkohol, to wiadomo, że lubi do niego też zapalić. – Chyba nie masz nic przeciwko?
– Tak się składa, że mam! – zaprotestowała dziewczyna.
Młodzieniec się zasępił, ale tylko na chwilę.
– Mam pomysł! Siądę przy otwartym oknie! – Był z siebie dumny. – Dym wyleci na zewnątrz!
Jak powiedział, tak też zrobił, przy czym wiatr wwiał oczywiście dym do środka.
– Powiedziałeś, że możesz wiedzieć, dlaczego Wszechświat jest chory. – Kadetka skapitulowała i odpuściła temat papierosowego dymu, chociaż niewielkie wektory wskazywały, że jest dla niej szkodliwy. – Mów!
Peter zaciągnął się głęboko. I natychmiast się rozkaszlał. Philipa przewróciła oczami.
– No więc – zaczął Peter zduszonym głosem, kiedy odzyskał oddech – rodzice zmusili mnie, żebym poszedł do szkoły ministerstwa. I do zamieszkania w internacie. Powiedzieli, że mi to dobrze zrobi…
– Ja chciałam się dostać do Szkółki Kadetów, ale Ministerstwa Pokoju – wtrąciła się Ella, wykorzystując przerwę spowodowaną kolejnym atakiem kaszlu kolegi; pozostali milcząco zaakceptowali jej obecność. – No ale wylądowałam w Miłości. Tata nie był zbyt zadowolony… Ale to chwilowe! Dostanę się do Pokoju!
– Czekaj, Ella, po kolei. – Philipa była stanowcza. – Peter, co ma wysłanie cię do Szkółki Kadetów Ministerstwa Miłości przez twoich rodziców do choroby Wszechświata?
– Dajcie mi powiedzieć, to się dowiecie! – obruszył się chłopak, mimo że jego wypowiedź przerwał kaszel. – Wszystko zaczęło się… Mój wuj odprawił jakiś rytuał. To ostatnie, co pamiętam. A raczej najwcześniejsze. Nie pamiętam nic, co było wcześniej.
– O nie, zaczyna się. – Nicol zrobił znudzoną minę. – Kolejna pokręcona historia.
– Nicol, zamknij się! – Philipa potrafiła być władcza. – Nie rozumiem, co w tym jest bardziej pokręconego od tego, że ruch oporu zleca ci kradzież mapy z naszej szkoły. Szczerze mówiąc, to nie obchodzi mnie to. Ale obchodzi mnie, co Peter ma do powiedzenia!
– Dobra, już dobra – odpuścił kadet.
– Mów dalej! – zarządziła dziewczyna.
– Od tego czasu zaczęły się moje problemy. Wuj gdzieś przepadł. Rodzice zaczęli mnie unikać. Wtedy mój tata wpadł na ten „genialny” pomysł, że szkoła pomoże mi „wziąć się w garść”. Starzy pracują w kancelarii wodza, mają swoje kontakty. Wkręcili mnie do Ministerstwa Miłości. Ojciec powiedział, że Aleks, mój brat, jest już prawie dorosły i chciałby mieć więcej miejsca dla siebie. Mamy… to znaczy… mieliśmy wspólny pokój. Dlatego, zdaniem starego, skoro już idę do szkoły, powinienem zamieszkać w internacie. Oni… pozbyli się mnie!
„Pozbyli się problemu!”
Chłopakowi stanęły łzy w oczach. Poczuł, że jest wściekły.
– Hej, nie martw się! – powiedziała Ella niespodziewanie. – Teraz masz nas!
– Tak – potwierdziła niepewnie Philipa. – I nie musisz nocować w internacie. Możesz zostać u mnie na stancji, ile tylko chcesz… To znaczy, przynajmniej dopóki jest opłacona.
„Do diaska! Bycie dobrym w ludzi jest takie trudne… Czego Ty ode mnie wymagasz, co?”, skierowała myśli do Wszechświata.
– Musisz mi powiedzieć więcej o tym rytuale!
