Wodospad czasów. Baśń z Krainy Wygasłych Wulkanów - Rozalia Gołaszewska - ebook
NOWOŚĆ

Wodospad czasów. Baśń z Krainy Wygasłych Wulkanów ebook

Rozalia Gołaszewska

0,0

Opis

Wodospad czasów to baśniowa opowieść rozgrywająca się w Krainie Wygasłych Wulkanów, gdzie przeszłość splata się z teraźniejszością, a każdy krok bohaterów uruchamia ukryte od wieków historie.

Gisela, jej Mąż i tajemniczy Edenici wciągnięci zostają w wir wydarzeń, które odsłaniają dramat dawnych rodów, sekrety zamków Świny i Niesytna oraz siły, których nie da się zatrzymać.

To historia o miłości, zdradzie, pamięci i cudach – o świecie, w którym czas płynie jak wodospad, niosąc bohaterów ku własnemu przeznaczeniu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 383

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WODOSPAD CZASÓW

BAŚŃ Z KRAINY WYGASŁYCH WULKANÓW

Wodospad czasów. Baśń z Krainy Wygasłych Wulkanów

Text © Rozalia Dmochowska, 2026

Redakcja: Magdalena Zielonka

Korekta: Angelika Kotowska

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3/9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

Wydrukowano w Europie

ISBN: 978-83-68590-04-3

WODOSPAD CZASÓW

BAŚŃ Z KRAINY WYGASŁYCH WULKANÓW

Rozalia Dmochowska

Najdroższy Mężu... Mateuszu,

dedykuję tę książkę Tobie,

pozostając nieustannie wzruszona

potęgą Wielkiej Miłości,

oraz rodzicom – Barbarze, Tomaszowi, Ewie i Maciejowi,

dziękując za ogrom wsparcia.

Ja jestem Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, Który jest, Który był i Który Przychodzi.

Ap 1,8

Nim zaczniesz czytać, wiedz, drogi Czytelniku, że w baśni tej biorą udział osoby dramatu ściśle z tą baśnią połączone.

Rzecz dzieje się w malowniczej krainie, zwanej niegdyś Krainą Wygasłych Wulkanów. Przyjmij, iż jesteś jedną z tych postaci... Graj swoją rolę dobrze i uważnie. Przypatruj się didaskaliom... Jesteś ważnym elementem tej sztuki, jak każdy widz i każdy aktor... Zapisuj, co widzisz i słyszysz, przebywając pośród czterech śląskich zamków noszących takie oto nazwy: Bolków, Świny, Niesytno i Lipa.

Lecz póki nie rozsiądziesz się w fotelu, nie wyobrażaj sobie jedynie prostej sceny obudowanej czterema płachtami i kurtyny przebarwionej teatralnymi uśmiechami. Nie dla żądań reżysera co do miejsca, czasu akcji i scenografii tę baśń napisano. Nie dla widzów, którzy by i tak nie zrozumieli. Nim się rozsiądziesz, gotowy do drogi, wiedz, że jest to baśń o dramacie. A czytaj uważnie, ponieważ pośród tych aktorów będzie Ci trzeba spotkać widmo swojego istnienia.

Postacie dramatu

Gisela

Ernest – Wielki Orzeł

Mąż

Przewodnik chóru Weris

ksiądz Donazy

niewidoma Bronka

Ludwinia

Dziad /Gerwazy

Barbara

Margarete

Burgunda

Stefan

chór

widownia

Spis ten weź ze sobą jak legendę do mapy i korzystaj z niego za każdym razem, kiedy napotkasz fragmenty dramatu.

1.

– Sługa uniżony wielkiego Pana na Świnach... Gerwazy... do pielgrzyma... od spotkanego przypadkiem... bardzo podobnego... mnicha? Eh, przepraszam za śmiałość... Kiepsko to idzie... Sprawa jest poufna! Tak mi przekazano... Ja się na tym nie znam... Ja tylko przypadkiem dostałem...

Gerwazy stał nisko pochylony, wymachując zalakowanym pieczęcią zwojem, a las otaczający go ze wszystkich stron przerażał ogromem majestatycznych konarów. Drzewa pięły się wysoko ku niebu, a rosły tak gęsto i obficie, że tylko gdzieniegdzie przepuszczały słońce. Tam, gdzie udało mu się przebić przez zieleń, złociste promienie rozlewały się wąskimi pasmami, złocistym światłem kapiąc na szmaragdowe liście. Nim odnalazł poszukiwane miejsce, długo już kluczył pomiędzy drzewami, a mimo to wciąż nie mógł się przyzwyczaić do takiej potęgi piękna.

Czy to możliwe, że naprawdę udało mu się tu dotrzeć? Nie mógł uwierzyć...

– Tylko przypadkiem dostałeś... parę złotych monet?

Człowiek stojący naprzeciwko uśmiechnął się z przekąsem, szybko zabierając wiadomość z rąk Gerwazego.

– Nie przedstawi mi się...? – zapytał jeszcze, lecz nieznajomy rozwinął już zwój, nie zważając na nic więcej. Zaczął czytać, oczami przebiegając po koślawych literach, drżących pod wpływem jego oddechu.

Piszę do Ciebie, byś niezwłocznie zaprzęgał konia. Przybądź co prędzej tam, gdzie doliny ustępują wzniesieniu, gdzie przerzedzając się, drzewa swoje nachylają konary w poprzek horyzontu. Gdzie pierwszy wstaje świt, strojny w modre twarzyczki niewyrośniętych jeszcze strzech. Na szczycie skał tańczy tam figura murowana. Zamek to? Rozpoznasz loggię i taras... I ogród już wiosną pachnący, choć to dopiero zima. Mijając wieś tak ubogą, lecz zawczasu pogodną, poznasz, że sama Najświętsza Panienka tymi dróżkami chodzić by mogła z Panem Jezusem na rękach. Tu pierwsze mógłby stawiać kroki.Jeszcze widać, niby ślady baranka! Za tymi śladami idąc,dojdziesz do pałacu. Tu zamek górny, donżon, hojnie zdobiony wykuszem i hełmem wieżowym. Poznasz gzymsy okapów i parapet. Okna specjalnie wydłużane, żebyś mógł przez nie osądzić, czy bal tam jeszcze, czy już Ostatnia Wieczerza. Gdy naprzeciw staniesz schodów, pobłogosław tę ziemię, do której Cię posyłam. Uwielbij ją słowem i tańcem.Śpiewem malowanym krajobrazu. Obejrzyj się za siebie, czy nikt Cię nie śledzi! Ludzie poczciwi tutaj, lecz ciekawscy, co mogłoby być zgubne dla naszej sprawy... Nic tak dobrze nie robi sztuce jak cisza... Skupiona w dłoniach smukłych sosen. Gdy staniesz naprzeciw okien, poznasz w nich światło rumiane policzków. Zważ wtedy, jak hojnie Cię obdarzył Pan, że Ci pozwolił dotrzeć w to miejsce przedziwne, że wieś tak młoda i chłopy jeszcze czapki zrzucają z głów na widok kontusza. Żeś w kapeli rajskiej służył, wspomnij, klękając na trawę jak marmurem wysadzaną ziemięCałuj jej wargi yzne spulchnione.Wtedy będę wiedziałe już jeste

„Przybądź co prędzej...” – usta bezwiednie układały się w słowa, tworzyły zdania... Tak długo czekał na wiadomość! Dlatego gdy tylko zobaczył posłańca przedzierającego się przez gęstwinę, wyszedł mu naprzeciw. Zagubienie i niepewność gońca tylko potwierdziły przypuszczenia, że sługa ten, wprawdzie niezręczny trochę i niezdarny, przynosi wiadomość od przyjaciela. Na pewno to on przysłał tu tego Gerwazego... czy jak mu tam... bez znaczenia...

Gerwazy może nie wiedział kto ani do kogo go posłał, ale to tylko podsycało jego ciekawość. Jak się załapał na tę przygodę? Miał akurat dzień wolny w pałacu. Przechadzał się po lesie, a tu nagle jedno z drzew poruszyło się, zaśmiało... Złapało za rękę... Nim zdążył się zorientować, że to człowiek, nie drzewo, już wisiała przed nosem sakiewka ze złotem... Za co? Za małą przejażdżkę? W wolny dzień... Przy tak pięknej pogodzie? Zgodził się od razu, nie czekając na więcej wyjaśnień, bo też pewnie wcale by ich nie dostał, a człowiek drzewo uśmiechnął się, dobijając targu.

Dlaczego mu zaufał? Byłby bardziej podejrzliwy i wymagający, ale to złoto... Stało się oprocentowaniem wszelkich niedomówień i tajemnic. Zresztą Gerwazy się bał... Jeśli nieznajomy mógł przemieniać się w drzewa... Może to jakiś mag? Czarodziej...? Z nimi lepiej nie zadzierać! Zapłatę można wziąć, ot co! I przysłużyć się trochę obcemu światu... Ale, co tam! Nie będzie kraść! Tego go we dworze, choć Świny nie miały dobrej sławy, nie uczono.

Lecz teraz... gdy dotarł, całkiem przypadkowo... kolejne drzewo. Tylko troszkę starsze, sądząc z kory i obycia... Gdy adresat dziwnej depeszy, stał tak blisko... Pielgrzym, obcy? A może tutejszy? Mniejsza z tym! Kiedy on czytał, upewnił się Gerwazy, że pieniędzy nikt mu nie odbierze, a za wykonaną pracę raz się przecież tylko płaci...

Co mu szkodzi wychylić się lekko? Zajrzeć przez ramię? Co też jest tam napisane? Po co tak się spieszył? Miał przecież prawo wiedzieć!

Niby oparł głowę o siodło, lecz oczami polował w gąszczu koślawych liter. Zaglądał przez ramię adresata najdyskretniej, jak potrafił... Już, już, gdy prawie rozczytał początek, koń stanął na straży cudzej tajemnicy. Rozszerzył chrapy i przeżuwaną właśnie trawą splunął w coraz bardziej otwarte oczy Gerwazego.

– Cicho! – jeździec zawstydził się, jednak nie było już dla niego ratunku.

Nieznajomy usłyszał hałasy i szybko domyślając się, o co chodzi, nim się odezwał, najpierw samego siebie skarcił w myślach!

Co za nierozsądność! Od razu powinien odejść na bok... a nie wodzić tego już i tak widać słabego ducha na pokuszenie!

Wychylił oczy zza zwoju. Jak by go tu odwieść od wykradania cudzych sekretów...?

– Koń też dla mnie? Razem ze zwojem? – Postanowił całkiem poważnie udać i wskazać na rumaka. Źrenice błysnęły mu radosnymi ognikami.

Gerwazy omal nie zachłysnął się własną śliną... Przybliżył się do zwierzęcia...

– Nie... Nie... Tylko nie to! Już będę grzeczny... – Gerwazy przeraził się wizją powrotu na piechotę. Choć... bądź co bądź to i tak niewielka cena za kradzież słowa... I to jeszcze pisanego!

Rumak parsknął znowu i fuknął na niego, wyszczerzając wielkie zębiska.

– Dojdziemy do tego! – Nieznajomy, zadowolony z uzyskanego efektu, uspokajająco podniósł rękę i wrócił do lektury, tym razem oddalając się od Gerwazego tak, by tamten nie mógł odczytać listu.

– Moja wina... Powinienem był od razu odejść – powtórzył jeszcze na odchodnym, upominając bardziej siebie niż Gerwazego.

Przerażony wizją powrotu na piechotę Gerwazy stał już spokojnie, gryząc się tylko od czasu do czasu w język, a wraz z językiem gryząc kolejne słowa usprawiedliwienia.

– Listy się czyta w samotności! Sam sobie winien, jak nie odszedł od razu. Nie jestem odpowiedzialny za własną ciekawość! – mruczał do siebie biedny ten, prosty przecież, człowiek.

Cóż za osobliwa... manifestacja sił... Tak trudno zachować spokój... I tylko czekać!

– Nie moja sprawa... Nie moja sprawa... A jednak moja... zapłata – powtarzał, lecz na szczęście wszelkie zniewagi i niesprawiedliwości świata sług i panów rekompensował przyjemny ciężar sakiewki za pazuchą i miłe dla ucha pobrzękiwanie. Zacisnąwszy tylko dłoń na uździe, by nikt mu konia nie odebrał, starał się zająć w końcu swoje myśli czymś innym. Siano, słońce, dobra strawa... Cokolwiek! Byleby stłumić ciekawość.

Już przecież nawet nie o to chodziło, czy dowie się, czy nie, po co go posłano! Tam, skąd pochodził, powierzone zadanie wykonywał bez komentarzy... lecz... jakże odmienne one były od tego! Ograniczały się do obsługi pań i panów... zawiadowania dworem i salą balową... A tu nagle jakiś dziwak przypadkiem spotkany obdarza go takim zaufaniem! Jeden dziwak do drugiego dziwaka...

Podobni do siebie... – myślał Gerwazy, trzymając głowę posłusznie spuszczoną ku ziemi. Jestem tylko Gerwazy... Sługa mojego pana. Co mi tam wiadomości... tajemnice... układy...

Tyle było w tym prawdy, co pieprzu w konfiturze. Jako człowiek prosty, ale zaradny umiał nasz Gerwazy dobrze się okręcić na dworze... Tak, grając niewiniątko, prawie analfabetę, oczy miał zawsze dookoła głowy.

Że też tym razem się nie udało! Trzeba było mi być ostrożniejszym...

A pan jego na zamku Świny, mieszczącym się niedaleko Bolkowa, rad byłby z tych wiadomości! I kto wie? Może by jeszcze go jakimś dodatkiem obdarzył? A... mistyk Jakob?!Toż on to by go już swoim drugim oficerem ustanowił! Gdyby tylko mógł wiedzieć coś więcej o dziwnej tej korespondencji...

Tak marzył Gerwazy i już prawie medal odbierał z honorami... już balowi przewodniczył – nie tylko za drzwiami, jeno w pierwszej parze, w generalskich pantalonach i surducie! Lecz... gdy tylko otworzył oczy, zielono mu się zrobiło... Zniknęła sala balowa i galony. Tylko las zielony, zielony... Zbyt zielony! I z tych wszystkich emocji, zmęczenia, podniecenia... mało by pionu nie stracił, gdyby nie tamten, który widząc, jak się Gerwazy chwieje, krzyknął:

– Siadaj pan! Gdzie się będzie pan spieszył! Koń dwóch nie zabierze!

Znowu te aluzje do konia! Phi!

Gerwazy miał już dość! Wszelkiego złota, przygód, jeźdźców, tajemnic, a nade wszystko wolnego dnia!

Jeden jedyny! I na co to? By się umęczyć jak perski niewolnik? I co z tego? Nic więcej nad tę sztabkę złota!

Zabrzęczał skarb pod piersią, która na ten dźwięk od razu mocniej zabiła, dodając otuchy. A może jednak warto? Gerwazy bowiem był takim typem człowieka, który poświęciłby życie dla złota... Uspokoił się nieco i przekrzywiając głowę, zaczął przyglądać się dokładniej nieznajomemu.

Wielki to musiał być pan, choć dziwaczny. Ubrany w ciemnozieloną tunikę obwiązaną pasem. Na stopach nosił sandały, a w ręku laskę, niby pasterską. Choć kraina wokół nie sprzyjała wypasowi bydła, dziarsko ją trzymał i pewnie, jakby znał się na swoim fachu... czymkolwiek się zajmował. Twarz osłoniętą miał kapturem, a z jego cienia wypływał strumień gęstej brody, w którą wbijał co chwila szponiaste palce prawej dłoni. Zagłębiały się tak w gęstwinę włosów, jakby chciały zapleść przeczytaną myśl w kosmyki. Schować ją tam, by nikt nieproszony sam nie odgadł jego myśli. Gerwazy zmrużył oczy, chcąc odnaleźć „dziuplę” tej tajemnicy. Lecz zanim ją znalazł, już następne wędrowały myśli, słowa... Zakrzywione palce wyłaniały się z zarośli brody, to znowu chowały... bacznie się pilnując, by w lewej ręce trzymać zwój. Naraz zwrócił uwagę Gerwazy na rozmiar jego dłoni. Wielkie były i spracowane, jak u... pasterza? Nie sposób ocenić, bo i tereny niesprzyjające hodowli... Gryzł się z myślami Gerwazy, nie ośmielając się już więcej zbliżać do tajemniczego „człowieko-drzewa”.

Oprócz brody spod kaptura dziwne wychodziły pomruki. Jakby tamten uczył się na pamięć... Słowa przemieniał w dźwięki. Każde słowo miało inną częstotliwość, inną wibrację... Te mroczne szybko naświetlały się przedziwną jasnością... Jeśli w ogóle można tak mówić – o strukturze świetlnej brzmienia... Zdawały się przenikać przybysza promieniem... słowa... dźwięki?

Gerwazy zamrugał, bo od tego patrzenia białka oczu niemal mu się już ugotowały.

– Na nic te wszystkie obserwacje! Świetlistości, promienie, duperele... Bez sensu! Przecież to człek zwykły, nie jaki święty! – mruknął do siebie i poklepał lekko konia po pysku. – Widzisz, ty masz chociaż siano... – Teraz żałował, że nie poprosił o wodę na samym początku. Oblizał suche wargi.

Zwierzę przerwało posiłek, jakby naprawdę usłyszało, podniosło łeb i mieląc spokojnie ostatnią porcję siana, zmrużyło oczy, a na koniec parsknęło...

– Tak, tak... Wiem... Sam nie chciałem – przyznał strofowany tak przez konia Gerwazy.

W tym samym momencie czytający westchnął i przerywając lekturę, spojrzał w niebo.

– Jaki dziwny jest człowiek... – powiedział, niby do siebie.

– Dziwny człowiek... niesłychanie... – powtórzył po nim Gerwazy, mlaskając.

A może to mnich? Bardzo możliwe... Tak wyglądał... Zdecydowanie!

– Ktoś coś mówił? – Cichy, a jednocześnie głęboki, przeszywający na wskroś głos odezwał się z wnętrza kaptura.

Koń zarżał.

– Nic wielkiego! – spłoszył się Gerwazy, jakby tamten czytał w jego myślach.

– Dziwny jest człowiek, że o nim pamiętasz...* – Zakapturzony zaśpiewał, zwijając w końcu zwój.

– Psalmista... Wiadomo! Jeszcze mi się tu będzie popisywał...! – Gerwazy napuszył się lekko.

– Dostałem rolę...

Nie zważając na coraz bardziej widoczne zniecierpliwienie Gerwazego, nieznajomy powoli ściągnął kaptur. Na ten widok biedny goniec omal nie zemdlał z podziwu. Tak pięknej, spokojnej i smukłej twarzy dawno nie widział! Znowu zaczął mrugać i chrząkać, ale już nie narzekał. Oblicze tego człowieka miało w sobie coś... Coś innego, jakby źródło wydrążone w skale wysadzanej szmaragdami źrenic.

– Rolę... – mimo całego zachwytu, Gerwazy nadal nie za wiele rozumiał. – Rolę do wypasu...? – Wskazał na laskę.

– Moja hodowla jest tam, gdzie uprawa... roli – zamyślił się mnich.

Mnich? Czy to może być? A jakże! To na pewno jest mnich! Gerwazy spojrzał na zwierzę, które znów parsknęło.

– Hodowla, gdzie uprawa... Phi! Też mi filozofia – powiedział na głos, wyciągając rękę w kierunku kapturzastego.

– Mam ucałować czy może potrząsnąć? – Teraz tamten śmiał się z niego.

Gerwazy, coraz bardziej zbity z tropu, zaczerwienił się.

– Spodziewam się odpowiedzi, którą powinienem zabrać z powrotem. – Zesztywniał.

Najchętniej uciekłby już i zostawił tamtego w spokoju. Miał wrażenie, że starając się zachować wszelkie normy kultury i przyzwoitości przy tym człowieku drzewie, tylko się ośmiesza.

– Hmm... odpowiedzi jest wiele... – Tamten nawet jeśli wyczuwał kompromitację Gerwazego, nie dawał tego po sobie poznać.

– Co to za zagadki?

– Nie lubisz zagadek?

– Mnich czy filozof?

Czas w drogę. Niech tylko tamten się określi i będę mógł już jechać!

– Mnich.

Kaptur opadł całkowicie na szczupłe ramiona. Długa broda zakwitła w świetle niczym prawdziwy konar... Tyle tam było myśli, odblasków, spojrzeń...

– Nie mam w zwyczaju się przedstawiać... Wielu rozpoznaje nas po habitach – zaśmiał się mnich. Był tak bezpośredni!

– Też mi zwyczaj!

– Mmhm...

Gerwazy zacisnął palce na uździe, póki tamten wydawał się nie pamiętać o swoich planach odebrania mu konia.

– Dokąd ci tak spieszno? – Mnich nachylił się ku niemu.

Gerwazy ledwo co mógł patrzeć w te czyste oczy. Przeglądając się w nich, zdawał się być taki brudny, niedoskonały... Niepewny!

Co jest? Przecież jestem kamerdynerem!

– Nie przywykłem do marnotrawienia czasu... Może w twoim zakonie jest inaczej, ale służba czeka!

– Jestem Edenitą. – Tajemniczy człowiek lekko spuścił głowę i na potwierdzenie swojego pochodzenia prawą dłoń położył na piersiach.

Dopiero teraz Gerwazy zauważył, że po zewnętrznej stronie wskazującego palca, pod kosteczką łączącą ścięgna widniała dziwna rycina... Dwie przecinające się w poprzek blade linie w kształcie krzyża.

– Tatuaż? – przeraził się.

– Blizna... – Zakonnik zaśmiał się cicho z wyrozumiałością.

– Co to za zakon?

– Zdaję się, przyjacielu, że ci się spieszy... Zresztą, nie mam obowiązku dotrzymywać kroku twojej dociekliwości... Ufam, że nie mówisz sam od siebie... tylko coś mówi ci o mnie... w tobie... Może jesteś spragniony? Nie dam ci pić, ale odrobinę wody...

Gerwazy, coraz bardziej rozdarty, w końcu westchnął i oblizał znów wargi...

– No tak... Od razu słychać, że jesteś mnichem. „Nie dam ci pić”... – Jeszcze się droczył, lecz wiedział, że tamten wygrał.

– Zdaje się, przyjacielu, że byłeś spragniony! Nawet zwierzę się posiliło... A ty ani zwierzęciem nie jesteś, ani nie chcesz... choćby odrobiny? To i tak mniej niż...

– No dobrze, już dobrze! – Gerwazy poddał się, podnosząc ręce do góry. – Ale... muszę zaraz wracać!

– Zajmę tylko twoją wieczność... Ani minuty dłużej.

Zakonnik uśmiechał się cały czas, co było strasznie krępujące.

– Daj mi pić! Dość tych ceregieli! – zawołał przynaglająco Gerwazy.

Mnich odchylił poły płaszcza i podał jeźdźcowi bukłak. Gerwazy marszczył się jeszcze i droczył, póki nie dostał go do ręki.

Wystarczyło, że spróbował odrobinę... i okazało się, że tak wybornej wody nie pił jeszcze nigdy! Niby woda, a jednak czuł posmak wina...

Wyśmienite... a może... Nieufnie spojrzał na bukłak. Może to stara skóra naczynia przeszła winem?

– Woda czy wino? – zapytał.

– Według wiary waszej niech wam się stanie!** – Zakonnik wzruszył lekko ramionami i uniósł wzrok ku niebu. – Ani jednej chmurki. Ponad nami błękit... Tak troskliwy! – szepnął z zachwytem.

– Co to za zakon... ci Edenici? – Gerwazy przechylił bukłak, pragnąc więcej.

– Przydrożni grajkowie... Amatorzy... Aktorzy... Muzycy...

– To pan tak pięknie śpiewał? – Naraz wspomniał sługa na dźwięki jeszcze przed chwilą ulatujące spod kaptura.

– Tylko czytałem...

– Niech się pan nie martwi! Nic nie zrozumiałem... tylko słyszałem!

– Widzisz... Jest pewna kraina, z której przyjechałeś...

– Bolków? Tam zmierzasz? Do zamku w Świnach? Nie wiem, czy będzie ci dobrze, panie...

I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą nie ufał temu człowiekowi! Poczciwy mnich! Może troszkę dziwny, ale poczciwy! Lecz... nie nadaje się do Świn! Tam tylko kłopoty...

– W Świnach już jest mistyk... Nie potrzeba drugiego... – ostrzegł Gerwazy.

– To pewnie mój przyjaciel. – Mnich uśmiechnął się spokojnie.

– O... To na pewno nie! – Gerwazy niemal się zachłysnął. – Mistyk Jakob! On... jest... jedyny – W głosie Gerwazego wybrzmiała pewna nuta chorej fascynacji.

– Tylko Bóg jest jedyny! – Mnich szybko się zorientował, że coś jest na rzeczy... ale nie miał zamiaru spowiadać się przed obcym. O żadnym „innym” nie było wzmianki w liście.

Cóż... Trzeba będzie wszystko zbadać osobiście. W liście przyjaciel jego nalegał, żeby przybywał co prędzej... I ten tutaj sługa zdawał się również go ostrzegać... A teraz ciekawość przy prostej życzliwości wzrosła... co mogłoby być zgubne...

„Bacz, czy nikt Cię nie śledzi!” – czytał przecież w liście...

– Zdaje się, że służba nie drużba, przyjacielu! – zawołał zakonnik i zabrał bukłak Gerwazemu. – Pora zakończyć te pogawędki... – Potrząsnął bukłakiem. – Jeszcze kropelka dla mnie. – Mrugnął i zwilżył wargi resztką tego, co zostało.

Gerwazy aż wzdrygnął się... Co za wstyd! – pomyślał. Nawet nie wiedział, kiedy wypił zawartość prawie całego bukłaka.

– Czas... w drogę! Czas w drogę – mruknął, nie ukrywając zawodu, Gerwazy. A już prawie udało mu się wyciągnąć z tego zakonnika wszystkie potrzebne mu informacje!

– Jedź zatem! Z Bogiem! – Mnich zatrzymał go jeszcze, oddając mu pusty bukłak. – Przekaż ten bukłak temu, od którego przychodzisz. On będzie wiedział. Pozna, że to odpowiedź.

– A... koń?

– Jaki koń?!

– No... – Gerwazy stąpał z nogi na nogę, niezdarnie trzymając uzdę.

– Wskakuj i zmykaj, człowieku! – Nieznajomy już nasuwał kaptur i odwrócił się w swoją stronę. Nie czekał, aż Gerwazy się zastanowi.

– Dziękuję!

Jeszcze chwilę Gerwazy patrzył, jak tamten znika pomiędzy drzewami... Jeszcze chwilę... I już! Jego zielony habit niczym jedna z gałęzi zachwiał się, drżąc pod wpływem ruchu jego ciała, i zniknął w leśnej gęstwinie...

2.

– Hej, Giselo. Wysłałaś już list do agencji? Potrzebujemy tutaj naprawdę spektakularnego wydarzenia. Zamki coraz bardziej popadają w ruinę i turystów jest coraz mniej! – Podniósł wzrok znad pustej kartki.

Gisela właśnie weszła do biura. Swoją drobną, filigranową wręcz posturą uroczo kontrastowała z jego wysokością. Jasne włosy, związane w ciasną kitkę, opadały kaskadą za łopatki. Spojrzała na mężczyznę, a jej duże błękitne oczy uśmiechnęły się smutno. Oczywiście... Problem popadających w ruinę zamków ją również niepokoił. Gdyby jeszcze zwiedzający chcieli takie oglądać!

– Eh... Te nasze zamki! To się robi już niemodne powoli... – westchnęła, odwieszając na oparcie krzesła sportową nerkę. Poprawiła błękitną bluzę, która idealnie pasowała do kombinezonu, stuknęła białymi adidasami i podeszła do wspólnika. – Nikogo nie obchodzi zwiedzanie martwych murów! Ludzie chcą życia! – Zabrała mu kartkę z rąk i machnęła nią przed nosem. – Życia! Hotel, restauracja... spa... To by ich przyciągnęło! Generalny remont... Z ogródkiem i darmową jogą dla wypoczywających! – Usiadła na blacie biurka. – No... Może... może ktoś by chciał posłuchać o dawnych dziejach rodów.

– Romeo i Julia dawno już nie żyją... – Mężczyzna zaśmiał się i podszedł do niej, lekko obejmując jej udo. – Ale... cóż by zaszkodziło... zagrać to jeszcze raz?

Gisela zarumieniła się i poderwała z miejsca.

– Erneście... Przestań! Dość mamy kłopotów! Nie rób tego więcej... – Opuściła wzrok.

Nie improwizuj...

– Oho! Panna się obraziła! A może jednak, Julio? Razem... na balkonie... Któż będzie sprawdzał, co się wydarzyło naprawdę? Jeśli oni już nie żyją... – Ernest nie odpuszczał. Podszedł znów do niej i lekko objął ją w talii. – Jesteś taka piękna... Nasze zamki potrzebują życia! Sama to powiedziałaś. Ożywmy je zatem... – szepnął jej do ucha i delikatnie pocałował w kark.

Dreszcz przebiegł po jej szyi.

– Już raz to zrobiłeś – wyszeptała... Jej oczy zaszły łzami. Obróciła się w jego kierunku.

Nie improwizuj...

Zrobiło jej się gorąco i traciła oddech... Jeszcze chwila... Jeszcze chwila... I nie będzie dobrze! Resztką sił odepchnęła Ernesta od siebie.

– Gwałceniem siebie nawzajem nie przywrócimy świetności naszych rodów! Wiesz dobrze... – mówiła z zamkniętymi oczami. Stanowczo. – Wiesz przecież, że mam Męża! Skup się na pracy. Ważniejsze jest teraz...

– Oczywiście! – prychnął, jakby nic się nie stało.

Tylko ona wiedziała, że urażona męska duma... jest bardziej niebezpieczna niż ogień.

– Napisz do Agencji! – pozorował obojętność. – Lepiej ci będzie przebrać się za mnicha i dumać w krużgankach, ogłosić „dzień postu”, pływać „śledziem” w pobliskim stawie... a potem publicznie się ubiczować... Historia o pięknej panience i mrocznym panu!

– I walniętym zakonniku... – zaśmiała się łagodnie.

Hej... przecież... wiesz...

– Nie patrz tak na mnie!

Jej oczy... Pełne łez...

– Jak by to było dawniej?

– Właśnie tak – syknął. – Mnich, zakon, biczowanie, kot i pies. I kawa z żołędzi na śniadanie!

– Naczytałam się o tym... Eh...

Między nimi... tyle się działo... Tyle przestrzeni pomiędzy pustymi wyspami ich ciał. A jednak nie sposób było znaleźć drogi... Jakby nie było to możliwe... nigdy... nigdy, tak po ludzku, normalnie...

– Ale ty do roli pięknej panienki musiałabyś się przebrać... – skomentował, wskazując na błękitny komplet.

– Dlaczego? – Wzruszyła ramionami. – Nie mogłabym być taką „damą dworu”?

Tak, tak... Nic się nie stało...

– Nawet wieśniaczki się tak nie ubierały!

Gisela, nie zważając na ostrą ocenę jej kompletu, wyprostowała białą kartkę, którą przed chwilą pogniotła w dłoniach, i położyła ją na biurku, zamierzając napisać list.

– Jak nazywa się ta agencja? Może lepiej napisać maila? Mało kto teraz odczytuje listy.

– To, co masz dzisiaj na sobie... Mmmm... Mogłoby być... Jedynie jedną z tych halek do wielowarstwowej robe a l’anglaise***. Bielizna pod bielizną... – Ernest był wyraźnie rozbawiony. Nie zamierzał szybko odpuścić. Bezwstydnie obejrzał ją sobie od góry do dołu.

Oho! Ogier rusza do ataku...

– Ale do chlewu w niebieskich ciżemkach?! To też by nie pasowało – zaśmiał się. – Mogłabyś grać... kosmitę. Tak! Na anioła to zbyt kwadratowo! Tak bez tiulów i pierza... Za daleko byś nie uleciała w tym poliestrze! Czyli pozostaje rola kosmity z jakiejś dziwnej planety... Zjawiłabyś się w połowie zdania... na elektrycznej hulajnodze... z minibotem GPS-a zwisającym przed nosem!

– Jak nazywa się ta agencja?

– Tylko tutaj... nikt by cię nie chciał! Nikt... Nawet twój nędzny Mąż by cię nie chciał... Jak kiedyś... kiedy ty go nie chciałaś. Kiedy widziałaś, że to wszystko jest bez sensu... Nikt by cię nie chciał... Tylko ja... – szeptał coraz bardziej zawzięcie, lecz Gisela udawała, że tego nie słyszy.

– Czekaj... Zaraz sobie sama przypomnę... Edo... Ee... Edro... Edenici! Tak! Już mam... To byli Edenici! Myślisz, że nam odpiszą? – Nie odrywała wzroku od papieru.

Ernest sam prosił w końcu, żeby „nie patrzyła”.

– Edenici! – Splunął. – Artyści! Szaleni ekolodzy. Kiedyś może będą drzewami! Albo wierzą, że przez sztukę pozostaną w zgodzie z naturą, uratują świat i kiedyś, w innym przejawie, wyrosną młodą gałązką nad własnym grobem!

– To nieprawda! To zwykli... aktorzy!

– „Ekoludki”...

– A jednak... to dzięki nim... istnieje Święto Pokoju – powiedziała cicho i spoważniała.

– Faktycznie... Święto Pokoju... Jeden z wymysłów twojego Męża...! Wszyscy jesteście tacy sami. Niepoprawni artyści w kalesonach! Pomyśleć, że mnie to kiedyś wzruszało. – Ernest zesztywniał.

Nie chciał pamiętać... Nie mógł chcieć pamiętać tego wszystkiego, co się wydarzyło.

– Wielki Orzeł! – teraz ona szeptała.

– Nie...

– Wielki Orzeł... Co „nie”? Zagrałbyś go?

– Nie... Nie rób tego!

Ona powoli podniosła wzrok. Jej szerokie, błękitne oczy... Wzruszone i pełne napięcia. Choć nie była wcale od niego dużo młodsza, gdy tak patrzyła, wyglądała jak dziewczynka, kruszynka, bezbronna... A jednak podstępna! W tych oczach... Z tej pełni błękitu wysączyć się mógł jad, który gotowy był zabić...

Lecz... Ernest by się nią zaopiekował! On jej chciał... On zawsze! A ona? Nic sobie z tego nie robiła. Tylko ten jeden jedyny raz, kiedy błagała o litość. Wtedy miał ją u swoich stóp... Jej piękno. Całą jej wolność... i te oczy... mokre od łez...

– Hej! – Gisela krzyknęła i pstryknęła palcami.

Mrugnął parę razy. Siedziała naprzeciw niego. W niebieskim dresie i białych adidasach.

– Gdzieś ty był?!

Oczywiście, że wiem, kim są Edenici. Ale co to zmienia? Spektakle, wielkie role, przedstawienia, które zmieniają świat... A ludzi... chyba w drzewa!

– Zostaw to! – spoważniała. – Jesteśmy tylko biurem turystycznym. Bolków. Wiśniowa dwa! Witam na ziemi.

– Dlaczego? Przydaliby się nam teraz! Znów... – Mlasnął i uśmiechnął się zalotnie do dziewczyny. – Może zamiast pisać listy, maile, zapytasz twojego Męża? No! Giselo? Jak tam sprawa z twoim Mężem?

– Ma się dobrze...

– Wciąż leży i się nie rusza?

Spektakle... Ludzie... Drzewa...

– Z pewnością byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że chcemy znów wykonać tę sztukę! – Nie zważając na jej przerażenie, Ernest rozkręcał się coraz bardziej. – Tylko... przykro mi! Potrzebujemy zastępstwa dla jednego aktora! A... może... ja? Cóż mi szkodzi przebrać się parę razy? Tobie to nic nie grozi... W razie czego umiesz się opamiętać... Zresztą... to będzie tylko przedstawienie! Tylko gra... Ludzie... Drzewa... Ludzie zamieniający się w rośliny! Takie rośliny... nie lepiej posadzić do ziemi? Ładniej zakwitną! – Za późno ugryzł się w język. Ale nie umiał się opanować. Podszedł do niej szybko... Objął w pasie... Zaczął całować...

Zaskoczona nie mogła nabrać oddechu. Stłumiony jęk rozdarł trwającą pomiędzy nimi tyle lat ciszę...

– Puść mnie!

To się już raz stało. To nie mogło się powtórzyć! W końcu wyswobodziła się z jego ramion. Zawstydzona i ogłupiona. Czas przestał płynąć, gdy tak patrzyli na siebie, bezwstydnie się pożądając.

Nie, nie, nie! „Stop KLATKA! Koniec tego filmu. Idealnie zagrałaś, teraz możesz wracać do pracy” – chciała to usłyszeć, lecz nikt nie klaskał.

Ta scena już była. Tylko jedna. Nigdy więcej...

– Gdzie jest reżyser? – wysapała.

– To nie film, złotko.

– To kogo zagrasz? Też kosmitę?

– Tego złego, atakującego. W każdej przecież bajce są dwie siły przyciągające się nawzajem... Tak skrajne... jak magnesy... Dwa końce tego samego pożądania!

Nie słuchał, podszedł znowu. Jej gładkie włosy zdawały się jeżyć jak u kota. Odsunęła się, lecz on nalegał. Przyspieszył.

– Dość tego! – W ostatnim momencie resztką sił odsunęła się i uderzyła go w twarz. – Dość tego! Nie dam rady tak dłużej... Zwalniam się! Nie myśl sobie, że ci wolno. Wszyscy jesteście tacy sami! Bo co?! Bo jeśli człowiek miał wypadek, to już można go zabić?! Najlepiej od razu wsadzić do ziemi! Niech kwitnie! Czy ty się słyszysz?! – krzyczała nad jego pochyloną od ciosu głową. – Napiszę ten głupi list do tych Edenitów czy innych zwariowanych artystów, ale razem z tym dostaniesz wypowiedzenie! Znajdę inną pracę. Doskonale wiesz, że sama mogę oprowadzać turystów po zamku. Nie potrzebuję twojej opieki. Jestem tak samo dobrze wyszkolona i jak sam zauważyłeś... bardzo atrakcyjna! – Splunęła. Próbując się uspokoić, wzięła długopis do ręki. – Proszę bardzo! Edenici... Radzę sobie, poradzę sobie... Nie ma co! Już piszę... Jak zacząć? Aha... – Przygryzła wargę. – Drodzy państwo! Chcielibyśmy zaprosić do współpracy przy odbudowie i renowacji zamku w Niesytnie... A niech to!

– Świny...

– Świnia? Ja? Sam jesteś świnia i tyle!

– Zamek Świny... – Stłumiony przez rozgrzewającą się już opuchliznę głos Ernesta przebił się do jej świadomości.

Doprawdy... Ależ mu przywaliłam! Należało mu się... Wreszcie... Po tylu latach!

– Zamek Świny... No tak – musiała przyznać mu rację. – Ha! Idealnie... Drzewa do świń!

– Jeśli się zwalniasz, Niesytno należy do ciebie. To ty jesteś spadkobierczynią.

– O... jakiż uprzejmy! Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś. Jedyną...!

– Tak samo jak ja Świn.

– Nie ma co. Pasujecie do siebie.

– Ale nie poradzisz sobie beze mnie. Świny i Niesytno muszą działać wspólnie... Poczekam sobie spokojnie, aż wrócisz, żebrząc o litość... Zawsze tak było. Może i jesteśmy świnie, ale syte... A wy... Zawsze „nie”.

– Nie myśl sobie za dużo! Nasze rody... To oczywiste, że nigdy się nie lubiły... Dlatego... – Gisela wstała, podając mu kartkę. Pobazgroloną i pogniecioną, ale ze wszystkimi potrzebnymi informacjami. – Proszę... List dla pana, który nie umie pisać.

– Co za uprzejmość! – Cienka strużka krwi płynęła mu po policzku.

– Ale chyba lepiej wysłać maila.

Nie mogła tak bezlitośnie patrzeć na niego, skupiła więc myśli, by skończyć ten cyrk raz na zawsze.

– Spotkamy się jeszcze... Dzięki tobie! – Machnął jej listem przed twarzą. – Zapraszając Edenitów, właśnie zaaranżowałaś nasze spotkanie... Wiesz dobrze! Nie oni sami organizują Święto Pokoju! Bez nas to niemożliwe! – Ernest nie sądził, że mówienie angażuje tyle mięśni twarzy, szczególnie mocno odczuwalnych, kiedy są poobijane.

– Sama sobie jestem winna, co? – Nie śmiała się, bo wiedziała, że miał rację. Wyciągnęła tylko jeszcze jeden list – o dziwo, nie był tak pogięty i niezdarnie pokreślony.

– Co to jest...?

– Wystarczy wpisać datę.

Nie siliła się na dłuższe wyjaśnienia. To było wypowiedzenie. Przygotowane dużo, dużo wcześniej... Pożółkły papier...

– Troszkę śmierdzi stęchlizną, ale tylko na brzegach. Przyszedł czas, by się przewietrzyło... Od samej Zofii von Zedlitz. Chyba jedyna miała na tyle odwagi, by wierzyć... hmm... że pokój to tylko... przestrzeń przejściowa... Nie stan ducha! Może i dożyła czasów porozumienia... Święta Pokoju! Wielkie słowa... – Gisela machnęła ręką. – Mniejsza z tym. Nie jesteśmy Romeem i Julią. Zapamiętaj to sobie. Zagramy, co trzeba, bo taka jest nasza rola. Zadbać o nasze zamki... Choćbym musiała obściskiwać ciebie przy wszystkich, przysięgać na prawo, rodziców i świętych... Pamiętaj – to tylko scenariusz... Nie przez nas napisany!

Tak dawno już przygotowane „rozwiązanie umowy” Gisela znalazła zupełnie przez przypadek. W pakiecie z listem od Z. Staranną kaligrafią skreślone było tylko tych kilka słów: „Kiedyś Ci się przyda”. I co? Coś więcej? Nic? To wszystko? Skąd Zofia wiedziała, że pakt będzie musiał być nieważny, że się nie powiedzie? Skąd? Jeśli nawet... Z tego, co pamiętała Gisela, Zofia von Zedlitz nie dożyła pierwszego Święta Pokoju!

W tym momencie Gisela nie miała za bardzo ochoty przejmować się zawiłymi tajemnicami własnego rodu. Wolała skorzystać z tego biletu i uciec jak najdalej stąd... Tak przynajmniej jej się wydawało, gdy osłupiały Ernest wreszcie wziął kartkę w swoje ręce.

Chwilę przyglądał się staroświeckiemu pismu.

– Kto to napisał?

– Zofia von Zedlitz – powtórzyła jej imię.

– Niemożliwe... To się nie liczy.

Gisela już wychodziła.

– Mylisz się, niestety... Wszystkie dane są moje. Podpis i daty też się zgadzają. Zofia zostawiła szablon opieczętowany najwyższą rangą. Żebyś nie musiał się sądzić... – Przygryzła wargę, zawahała się... W końcu westchnęła.

Spojrzał na nią. Opuchnięty, czerwony i wściekły.

Co takiego ci zrobiłem? To ty zawsze improwizowałaś. Myślisz, że możesz wszystko, bo nie miałaś rodzeństwa, bo zawsze byłaś jedna jedyna na dworze. Panna!

Niedobrze jej się zrobiło... Dziwny żal ścisnął jej serce.

– Tak musi być? – zapytał tylko.

Skinęła niechętnie głową.

Przecież... Wiele lat się przyjaźnili... Mimo wszystko!

Nie, nie, nie! Nie może... Albo teraz to przerwie, albo zawsze będzie żyła w jakimś chorym układzie. Bez tożsamości, pomiędzy Mężem a...? No właśnie! Kim Ernest dla niej był? Przyjacielem? Wspólnikiem? Kochankiem? Prześladowcą?

Niechętnie podała mu chustkę.

– Wytrzyj się. – Łzy same cisnęły jej się do oczu. – Ja tylko... improwizuję... – wyszeptała, lecz on ją usłyszał.

Stała przed nim jak zwykle niewinna, przerażona... A on, jak zwykle, gdy tak na nią patrzył, nie mógł się wyzbyć przeświadczenia, że jest jej potrzebny, że może jej pomóc, że musi ją uratować!

Podziękował. Patrzyli na siebie chwilę.

Jak to się stało? Co właściwie się stało? Jeszcze przed chwilą się śmiali...

„Ja... tylko improwizuję...?” Co za żenada! A miałaś już nigdy tego nie robić! Nie improwizować!

Głupio to wszystko wyszło... – myślała. Choć wolałaby już o niczym nie myśleć, szybko opuszczając biuro.

* * *

„To za Męża...!” – skandowały jej oddalające się kroki. „Za Męża! I za Niesytno!” – szła coraz szybciej... Nawet nie wiedziała, kiedy przyspieszyła do biegu...

Gdy wokół zakwitały właśnie stare wiśnie posadzone przez jej przodków, ona biegła coraz szybciej... Była tak przerażona? Oby jak najdalej stąd! Jak najdalej od tych drzewek, wiśni subtelnie pochylających się ku słońcu. Zbyt naiwnych! Zbyt spokojnych, zbyt pięknych! To nie czas na kwitnące wiśnie! To nie czas... Lecz one rosły wzdłuż ulicy, którą biegła, ustawione w idealnym szpalerze prowadziły do drogi krajowej numer 323 – Republikańskiej. Tak zakątki serc przemieniały się w wielkie światy... uczuć, emocji, a wreszcie dróg, autostrad. Jakby to właśnie prędkość była jedynym antidotum na ból.

Gisela skręciła wzdłuż ulicy Republikańskiej. Szybkie samochody pędziły gdzieś do centrum Bolkowa... Świata? Gdziekolwiek!

Wszak... Gdzie było to centrum? Tam, na Wiśniowej? W biurze? Tam też centrum... Epicentrum... Kto by pomyślał...

Biegła wzdłuż szosy, ścigając się z maluchem. Z jego wnętrza jakiś starszy dziadek kiwał przyjaźnie.

Dziadku, uważaj, bo będzie wypadek!... Nie... Tobie to też zaszkodzi. Nieważne, jak bardzo stary jesteś... Niech każdy z nas idzie swoją drogą... Jedziesz do miasta, by się zabawić?

Niech ci popołudnie sprzyja... aż do rana...

Nawet maluch przyspieszył, a Gisela dobiegła do skrzyżowania i tym razem wybierając mniejszą ścieżkę, skręciła do lasu.

To gdzie jest to centrum...?

Wyżej... Tak! Im wyżej, tym bardziej w centrum...

Nie w głąb...

Im wyżej tym

dalej

od tego wszystkiego co

echem

dnia

– Miało już więcej nie być

niepoprawnych zdarzeń

a tu

dzień po dniu

ścigam czas jak pocałunki

pod gwiazdami błękitu

świat

i jego centrum

i tysiące małych światów

jak ty i ja

nie było nam pisane

gdyby zmienić ród

ale to już było przed nami

tak wiele...

dramatycznych postaci

a ty nie jesteś Romeem

ani ja Julią

obydwoje wolimy

jakoś żyć

tęskniąc

każdy sam

niż

umrzeć

razem

– Świny to Świny... – sapała, biegnąc pod górę.

Miasteczko zostawało coraz bardziej w dole. Bolków... ulica Wiśniowa... człowiek zgarbiony gdzieś pod dachem. Gdyby się teraz odwróciła, może ujrzałaby, jak Ernest wyszedł na drogę i wołał za nią. Może ujrzałaby, jak z góry wszystko widać inaczej... Lecz ona biegła... A on płakał...

To tak bardzo współczesne: emancypantka i płaczący kawaler.

3.

Pochylił się, klepiąc łeb konia. Zmierzwiona czupryna lśniła od potu. Wyruszył wcześnie, wierząc, że uda mu się zdążyć przed największym upałem, jednak droga się dłużyła, a żółta tarcza słońca wdrapywała się coraz wyżej na niebo.

– Potrzebujesz odpocząć? – szepnął i przyjaźnie poklepał zwierzę.

Odpowiedział mu cichy pomruk.

Rozejrzał się. Stanęli w tak wąskim przejściu, że nieobładowany piechur może by się przecisnął, ale jeździec z koniem i tobołkami? Mógłby być problem! Eh... I tak nie miał wiele! Ot tyle, co potrzebował wędrowny aktor... Kilka worków, zawierających głównie zwoje pism... I szczelnie owinięta w płótno dziesięciostrunna harfa. Wierna przyjaciółka... Słuchaczka... Towarzyszka wszystkich wypraw. Partnerka? Nie powinien tak mówić. Nie jej przecież ślubował, tylko Bogu. Lecz na samą myśl, że mógłby gdzieś pozostawić, zagubić instrument, ciężej oddychał i na zapas już smucił się nieznośnie.

Lekki powiew wiatru rozjaśnił zmarszczoną skroń. Niczego nie zapomniał! Nie dziś...

– Witajcie, przyjaciółki gałęzie!

Drobne zielone dłonie zakwitające pierwszymi listkami wiosny wyciągały ku niemu kruche palce, szturchając zielony habit. Ich matki drzewa stanęły wokół chórem... Milcząc, wyczekiwały znaku dyrygenta. I tylko słońce kapryśnie prześwitywało przez całun zieleni... „Jestem tu! Jestem!” – szeptało.

– Wiem, bracie... – westchnął i wreszcie zsiadł z wierzchowca.

Przytrzymał jeszcze przez chwilę lejce, po czym swobodnie je puścił. Na umówiony znak koń rozszerzył chrapy, przekręcił lekko łeb w stronę swojego pana, po czym upewniwszy się, że wszystko w porządku, uspokoił się i metodycznie zaczął skubać trawę.

* * *

[fragment dramatu]

Scena w lesie

Przewodnik chóru Weris staje pomiędzy ciasno rosnącymi drzewami. Nad nim zieleń i wokół niego. Gałęzie, czepiając się frędzli jego habitu, szemrają przyjaźnie.

Przewodnik chóru Weris

Witajcie! Struny bukowe

leniwie wyciągnięte

pomiędzy niebem

a ziemią

pośród was się zaczyna

moje przemienienie

człowieka w anioła

anioła w apostoła

kiedy rozmyślając nad

tym Który pierwszy powiedział

wstań

uśmiecham się

Podczas gdy on mówi, pojawia się kobieta. Niechlujnie ubrana. Brudna taka! Widać, że chłopka, że wraca właśnie z pola. Ale, o dziwo, kołysze się i chwieje. Ostrożnie stawia kroki, wyciągając przed siebie ręce. To niewidoma Bronka! Jej wnuczka jest służącą na dworze – Ludwinia, a ona sama polem gospodarzy.

Bronka

I tańcz!

Przewodnik chóru stoi naprzeciw samego siebie, słyszy głos, choć nikogo jeszcze nie widzi. Bronka jest za nim.

Przewodnik chóru Weris

Kto mówi? Jakby echo z mego ciała w ciele drugiego człowieka... Ale zaraz, zaraz... Jeszcze nie czas! Jeszcze niegotowa sztuka!

Niewidoma, wyczuwając nieznajomego, cofa się... A potem znów, ośmielona jego przyjemnym głosem, obraca się. Przewodnik ją dostrzega i zwraca się w jej stronę. Ona cofa się, ale za późno. Nie może przecież wiedzieć, że już ją dostrzegł.

Przewodnik chóru Weris

Hop! Hop! Nie bój się!

Bronka

Coś powiedział? Nie hop, hop, tylko wcześniej. Takie piękne...

Przewodnik chóru Weris

To o gałęziach? To była poezja.

Bronka

znów wyciąga przed siebie ręce, chcąc się czuć pewniej

Kochaj i tańcz...! Jak te gałęzie! Pięknie mówisz! Tylko szkoda, że to nie działa!

podchodzi, chwiejąc się, do wędrowca i chce dotknąć jego twarzy

Pozwól, że ci się przyjrzę.

Przewodnik chóru Weris

Kim jesteś?

Bronka

Ślepa spod Bolkowa! Matka wielu dzieci... Tego, o... tu! Niedaleko! Nędznego pola. Wnuczka moja, Ludwinia... Pracuje w pałacu! Jest służącą na Świnach.

jednocześnie obmacuje wprawnymi palcami twarz nieznajomego

Tyś nie nasz?

Przewodnik chóru Weris

Swój... Do zamku zmierzam!

Bronka

Byłam na polu, naraz słyszę, że się ktoś w zarośla wplątał. Koń to? Jakieś inne zwierzę? Nie widzę, więc postanowiłam podejść bliżej... A tu słowa słyszę piękne... Inne niż wszystkie!

Przewodnik chóru Weris

A ja sobie stoję w gałęzim impasie... Zieleń błogosławię... I myślę, jak dobrze tu ma się miejscowa ludność.

Bronka

Dobrze i niedobrze... Choć nie widzieć lepiej, czy dobrze!

Przewodnik chóru Weris

Niewidoma... Błogosławiona...

Bronka

zdziwiona, ale zawstydzona, że ją tak nieznajomy wita, padając na kolana... Cudotwórca jaki? Zakonnik?

Na Boga!

Przewodnik chóru Weris

Chcę... Bądź uzdrowiona!

Bronka

czepia się jego habitu, podnosi twarz, mruży oczy

Co to? Światło!? Czy ja widzę?

Przewodnik chóru Weris

Błogosławiona chwila! Bądź zdrowa, siostro miła! I tańcz! Jak powiedziałaś...

Bronka

Panie! Na Świnach żałoba... Gdybyś tam był... Może pojedź?! Może Barbara...

Przewodnik chóru Weris

Nic nie rozumiem... Nie moje to siły, tylko łaska Boga... Idź i nie rozpowiadaj nikomu.

Bronka

Ale wszyscy zobaczą, że widzę...

Przewodnik chóru Weris

Ufaj, córko! Idź...

Przewodnik znika. Bronka zostaje sama.

* * *

– Kto mówił we mnie? Kto to uczynił? – szeptał drżący cały Weris, chowając się w pobliskich zaroślach.

Z przejęciem obserwował, jak kobieta na przemian płacze się i śmieje, aż w końcu odeszła z pośpiechem w swoją stronę... Wtedy dopiero odetchnął i wyszedł ze swojej kryjówki.

– Kto mówił we mnie? Kto to uczynił? – powtarzał wciąż, czując jeszcze nie swoją siłę, która wstąpiła w niego. – Bronka. Tak jej było na imię?

Trwożliwie podniósł ręce do nosa i patrzył na nie chwilę. Potem oddalił, szukając w nich jakiegoś portalu, z którego mogłaby wystrzelić tak wielka miłość, zdolna do uzdrawiania. Lecz nic tam nie dostrzegł! Nic oprócz zwykłych starych dłoni... Spracowanych jak u pasterza. Wspomniał w duszy słowa Gerwazego.

– Te, Pasterz... – zaśmiał się, poznając wreszcie Tego, który się nim posłużył. – Panie...! Ja Twój sługa uniżony... – zawołał i łzy wielkie zaczęły spływać mu po policzku. – Obierasz sobie mnie nędznego? Na uzdrowiciela? Tylko ten jeden raz... O mój Boże! Nie pozwól na więcej, bym się za bardzo sam w sobie nie rozkochał. To wszystko przez wzgląd na Ciebie... I przez Ciebie! – Naraz dziwny spokój ogarnął jego ciało i już się nie bał. – Do zamku!

Jak dobrze, że spotkał tę dziwną kobietę. O tak! Musiał co prędzej udać się do zamku. Nieszczęsnej Barbary, jak zrozumiał, już nieżyjącej, pewnie nie wskrzesi z martwych, ale... może uda się dowiedzieć tam czegoś o Niesytnie?

Nim ruszył, jeszcze obróciwszy się parę razy, zaśmiał się sam do siebie, a echo odpowiadało na jego wołanie. Nieważne, czy szeptał, czy krzyczał na cały głos. Echo śpiewało z nim!

„I tańcz!” – tak powiedziała Bronka...! I naraz... przejrzała, bo wiara jej była ochocza! No... może odrobinkę tylko powątpiewająca... Jednak ochocza! Dlatego roztańczył się, wielbiąc swego Stwórcę...

– Och... Jak wielkie dobra... Niezasłużenie...

I buki, i klony zdawały się rozstępować tej pieśni, poruszane palcami wiatru, ostrymi brzegami koron rozkrawały na niebie pomarańczę słońca tak, że kapał słodki sok blasku do otwartych ust spragnionego wędrowca.

Daj mi pić!

kiedy zmęczony siadam

na brzegu źdźbła

to dar zbyt wielki

by móc

bezgłośnie

mlaskać

słodki czując smak

twojego uśmiechu

Daj mi pić!

Gdy przechadzając się

wpław nieba

okrągłą nabierkę spojrzenia

zanurzam głębiej

coraz głębiej

aż po krańce

istnienia

– Dziękuję za ten czas... Pomiędzy innymi, jak co dzień... A jednak... – płakał?

Kto tam?

Czy to ja?

Czy to ty?

Dalej Samuelu... Weź się w garść.

– Ze świecą szukać takiego aktora!

Mądre oczy konia patrzyły na swojego pana wyrozumiale, a on podszedł bliżej zwierzęcia i w silne, nabrzmiałe od pracy dłonie chwycił podłużny łeb. Wielkie, czekoladowe spojrzenie zagarnęło na chwilę jego myśli. Co wyczytał? Nie miał pojęcia... Nowy pomysł na sztukę? Rolę inną niż zwykle?

– Kto wie... Co nas czeka? – mówił znów do siebie...

Las, góry, słońce, nawet zwierzęta nie odpowiedziały na jego westchnienie. Tylko ta dziwna Bronka pomówiła z nim twarzą w twarz... Ale jej już nie było. Ukłonił się więc przed tą ciszą tabernakulum dnia, codzienność swoją chcąc rozdawać... Tak bardzo zwykłą... Najzwyklejszą... Dlatego tak wspaniałą?

– Jestem tylko aktorem... Nędznym pieśniarzem! Pośród niemych warg ktoś dał mi dar! – zanucił znaną sobie piosenkę.

Prosta przyśpiewka ludowa odbiła się od szmaragdu listków, by zaraz zniknąć w tajemniczej gęstwinie, tak ulotna!

4.

– Ludwik, wstawaj! Czemu ja cię w ogóle budzę? Czy powinno mnie to interesować? – Gisela uchyliła drzwi od pokoju swojego syna.

– Osiemnastolatka nie należy ruszać, póki się sam nie ruszy... – wymamrotał chłopak, nakładając poduszkę na głowę.

– Mhm...

– Daj mi chwilkę! – usłyszała jeszcze, nim zamknęła drzwi.

Kiedy ten czas zleciał? Kiedy to było? Jeszcze przedwczoraj, zdawałoby się, to on, zniecierpliwiony i mały, budził ją, chcąc jak najszybciej zacząć dzień.

Wróciła do swojego pokoju, a w uszach wciąż brzmiało dziecięce: „Mamo... Mamooo...”, i jej odpowiedź: „Daj mi chwilkę...”. Tak szybko minęło tych kilkanaście lat...

* * *

– Mamo! Maaamooooo! – Piskliwy głosik przebijał się do jej świadomości, najpierw powoli, a potem z coraz większą intensywnością.

– Daj mi chwilkę. – Odwróciła się na drugi bok, odtrącając kudłatą główkę nieszkodliwego natręta.

– Mamo...! – Głos zmienił się w szept.

Czuła, jak malutkie wargi muskają jej ucho. Oddech dziecka przyspieszył i już wiedziała, co to oznacza.

– Tylko nie...

– Mamo! – Kulminacją był wrzask, który rozsadził jej skronie.

Natychmiast otworzyła oczy. Wstała, dziarsko odrzucając kołdrę. Żarty się skończyły.

– Dość! Wiesz dobrze, że tego nie lubię... – Wzrok Giseli spoczął na wielkich oczach synka.

Chciała być stanowcza... zdenerwować się i zmrużyć powieki, tak by chłopak wiedział, że przegiął. Lecz gdy spojrzała na niego, jak stoi przed nią w całej swojej dziecięcej okazałości, z czupryną sterczącą na wszystkie strony, spod której wykwitały rumiane policzki, poklepała mały brzuszek wypięty pod koszulą od piżamy, w nieładzie wystającą ze spodenek.

Oho...! Idealny początek dnia.

Uśmiechnęła się z rozczuleniem.

– Lepiej daj buziaka, łobuzie. – Przytuliła go mocno, jeszcze bardziej czochrając loczki na jego głowie.

– Kiedy tak lezysz bez ruchu, muse wiedzec, cy zyjesz – wyseplenił całkiem z siebie zadowolony.

Znała to zdanie na pamięć. Odsunęła go lekko od siebie i spojrzała mu w oczy, kiwając głową.

– Tak... obiecałeś tacie?

Otwierał usta wraz z nią, naśladując każde słowo. To był ich rytuał. Obiecał...

– To nase meskie sprawy, mamo, nie wsystko musis wiedzieć. – Ludwik zarumienił się, choć mama i tak wiedziała...

– To jeszcze obiecaj tacie, że przestaniesz seplenić. Co z ciebie za mężczyzna, co?! – zaśmiała się, udając oburzenie, i pacnęła synka delikatnie w nos. – Kochanie... Mam nadzieję, że słyszałeś... – Szturchnęła nieruchomo leżącego mężczyznę obok niej.

Cały zapętlony był w rurki i kable... Dzięki nim pozostawał w stałym połączeniu z aparaturą podtrzymującą jego życie. Obok łóżka, po jego stronie, zamiast stoliczka nocnego stał wielki robot, który pikając cichutko, starał się nadążyć ze rytmem serca... Teraz lekko przyspieszyło, uradowane, że wreszcie skończyła się noc. Długa, bezsenna, nieruchoma noc. Z oczami zawsze tak samo szeroko zadziwionymi, że tak się da patrzeć, nieustannie patrzeć i nie widzieć już nic... tylko czuć ciepło ukochanej kobiety wtulonej w bezwładne ramię. Czuć jej zapach, sen tańczący wokół policzków wzruszeniem... Kolejna noc razem... Kolejny dzień... Jeszcze jeden, pełen dziękczynienia.

Tymczasem ona już wygrzebała się z pościeli, pozostawiając ślad – malutkie wgniecenie na powierzchni prześcieradła. Malutkie przejście pomiędzy kablami do jego wnętrza... Otwór, który się nigdy nie zrasta... Nigdy się nie zrośnie! Nie pozwoli na to! Nie ma mowy! Ta rana, choć bolała, była najsłodszą z ran... była przejściem do innego świata...

– Trzeba popracować nad tym językiem! – Gisela mówiła coraz szybciej, a dźwięk jej aksamitnego głosu łagodził wewnętrzny chłód. – Co się dokładnie dzieje, kiedy dziecko sepleni? Za mocno wyciąga język? Tak?

Chłopiec właśnie wywalił język jak najdalej potrafił. Zaśmiała się, nie pozostając mu dłużna. Wtedy nagle poczuła, że Mąż chciałby coś dodać, choć nie mógł nawet ruszyć ręką, by spojrzeli na niego. Mimo to odwróciła się, jakby instynktownie... jakby usłyszała wołanie ich anioła stróża stojącego na straży porozumienia... poza światem werbalnym.

– Nie pokazuj języka, bo ci krowa nasika! – I już wiedziała, że to właśnie powiedziałby niskim basem... Pięknym, czystym głosem, który pamiętała z czasów, jak się poznali... Zniżając głos, oznajmiła Ludwikowi ojcowską rację. W dwa palce chwyciła malutki języczek chłopca i delikatnie pociągnęła...

Chłopiec wywinął fikołka, chcąc uniknąć ataku, i szybko schował się pod kołdrę. Pod pierzyną swoimi malutki rączkami wymacał przejście pozostawione przez matkę... Wtulił się w ciało taty. O tak... Tutaj było bezpiecznie.