Włoskie komplikacje - Kulik Zuzanna - ebook
NOWOŚĆ

Włoskie komplikacje ebook

Kulik Zuzanna

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

101 osób interesuje się tą książką

Opis

Romantyczna komedia pomyłek w słonecznych klimatach Toskanii

Gdy zdolna, ale roztrzepana cukierniczka Lisa Carter dowiaduje się, że jej najlepsza przyjaciółka wychodzi za mąż, doznaje lekkiego szoku. Tak szybko? Emma ledwie poznała Leo Bianchiego i już się pobierają? Lisa mimo wszystko z radością decyduje się porzucić na jakiś czas deszczowy Londyn i powitać pełną uroku włoską prowincję, gdzie szykuje się wielkie wesele. Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, to najbliższe trzy tygodnie zapowiadają się bajkowo...

Dziewczyna szybko się orientuje, że niespodziewane wakacje mogą nie być aż tak przyjemne, jak myślała. Na lotnisku bowiem spotyka starszego brata przyjaciółki, Adama. Początkująca cukierniczka i poważny architekt, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Oboje mają nadzieję, że przez następne tygodnie uda im się skutecznie unikać swojego towarzystwa.

Tyle że Emma szykuje dla Lisy i Adama niespodziankę.

Chce, by brat i najlepsza przyjaciółka świadkowali na jej ślubie.

W tym celu będą musieli udawać parę narzeczonych...

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 383

Oceny
4,0 (4 oceny)
2
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Werty123

Z braku laku…

Rozczarowanie Po przeczytaniu mam wrażenie jakbym już któryś raz czytała tą samą historię. Tylko, że tutaj wykonanie jest bardzo słabe. Główni bohaterowie niedojrzali, ich relacja rodzi się z niczego i brak jakiejkolwiek chemii.
10



Zuzanna Kulik

Włoskie komplikacje

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Redaktor prowadzący: Justyna Wydra

Redakcja: Beata Stefaniak-Maślanka

Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

editio.pl/user/opinie/wlokom_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-289-3949-3

Copyright © Helion S.A. 2026

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Prolog. Początek komplikacji

Lisa

– Nie.

Mogłabym powtórzyć to jedno krótkie słowo nawet milion razy, a mimo to moja przyjaciółka i tak nadal uśmiechałaby się, zadowolona z faktu, że w końcu zamilknę i się zgodzę.

Ale zostaje jeszcze on.

Wysoki brunet o atletycznej budowie z małym tatuażem pszczoły za prawym uchem. Wkurza mnie to, jak nieruchomo stoi w idealnie wyprasowanym garniturze, a jego krawat wygląda, jakby był przyszyty do białej koszuli.

Dupek.

Adam dupek Blackford.

– Nie ma, kurwa, takiej opcji.

Parskam kpiąco śmiechem przez to, z jakim spokojem wypowiada przekleństwo. Zupełnie bez emocji. Ja klnę, pokazując światu, jak bardzo jestem wściekła, a on tak zwyczajnie porusza ustami. I tylko tyle. Powiedział jedno zdanie i nic więcej.

– Słuchajcie, to jest…

– To jest gówniana sytuacja, Em – mówię podniesionym głosem. – I ty – wskazuję palcem na rozbawioną dziewczynę – nas w to wpakowałaś. Z premedytacją, do cholery!

Słyszę westchnienie irytacji z mojej lewej strony, więc gwałtownie obracam głowę z powrotem w kierunku Adama. Coś mu nie pasuje? Może niech ruszy swoje cztery litery i wreszcie przemówi młodszej siostrze do rozumu, bo najwyraźniej mnie niezbyt dobrze idzie.

– Jesteśmy we Włoszech! – piszczy z ekscytacją Emma. – Rozejrzyjcie się! Otaczają nas winnice, powietrze jest ciepłe, na niebie nie ma jednej chmury. Żyć nie umierać.

– Ja chyba wolałbym umrzeć – mruczy pod nosem Adam.

Przykładam otwartą dłoń do czoła i staram się wyrównać oddech. Wciągam powietrze do płuc i wypuszczam je powoli, ale to nic nie daje. Moje serce nadal bije jak szalone z powodu stresu, którego nie potrafię się pozbyć.

– Emmo – zaczynam ze sztucznym uśmiechem – byłaś mi naprawdę bliska przez jakieś dwadzieścia lat naszego życia, ale chyba czas się pożegnać.

Chwytam za rączkę walizki i próbuję ją wysunąć, ale to cholerstwo nie działa. Dlatego mocno szarpię bagaż i koślawym krokiem ruszam w stronę polnej drogi. Kwadrans temu odjechała stąd taksówka, ale przecież ktoś musi jeszcze przejeżdżać przez to zadupie, prawda? Może jakiś Włoch się nade mną zlituje i cudem zawiezie mnie na dworzec do Sieny. Chociaż perspektywa powrotu autem, pociągiem i samolotem jest tak samo beznadziejna jak to, co mnie tu czeka.

– Lisa! – krzyczy za mną przyjaciółka. – No weź, nie żartuj! Obiecałaś mi coś!

Zatrzymuję się nagle i zaciskam usta w wąską linię. Cholera. Ona nie może za każdym razem grać kartą obietnicy. Od dziecka mi to robi. Namówiła mnie na sprzedawanie lemoniady na chodniku, co dla sąsiada skończyło się zatruciem pokarmowym, a dla mnie przeprosinami, których nie chciałam wypowiadać. Pięć lat później jako dwunastoletnia, zakompleksiona nastolatka zgodziłam się, by Emma zrobiła mi grzywkę. Tamtego lata nie wychodziłam z domu przez miesiąc.

Liceum nie wspominam za dobrze, bo wiele razy przystawałam na genialne pomysły przyjaciółki ekstrawertyczki, co zawsze kończyło się źle tylko dla mnie.

Tak jak teraz.

– No wróć – naciska Emma. – Moja przyszła teściowa chce was poznać.

Wzdycham głośno, po czym niechętnie obracam się do rodzeństwa Blackfordów.

Emma to farbowana brunetka z szerokim uśmiechem na ustach, dziś ubrana w sukienkę w groszki.

Adam to jej przeciwieństwo. Włożył sztywny garnitur, choć wcale nie musiał. Ten koleś nie posiada dresów, bo przecież noszenie ich zepsułoby jego wizerunek gbura z kijem w dupie.

Podążam powoli w ich kierunku z miną, jakbym chciała uciec pieszo do Anglii.

– Nie chcę, Em – oznajmiam żałośnie. – Dałam się namówić na wiele głupstw, ale teraz to już przesadziłaś.

– Będzie super, przysięgam.

– Nie wierzę ci.

Staję obok Adama, wbijając wzrok w jego mocno zaciśniętą szczękę. Ostatnie pół roku udawałam, że on nie istnieje, i było mi z tym dobrze. Jakoś wymazałam z pamięci ten żenujący pocałunek, którego żałowałam już po pięciu minutach.

A teraz jego siostra, a moja wieloletnia przyjaciółka, ustawia nas obok siebie i każe nam się uśmiechać do jej przyszłych teściów.

– Ciao, bambini miei![1] – odzywa się kobieta biegnąca z otwartymi ramionami prosto na mnie. – Och, muszę pamiętać, żeby przestać mówić italiano[2].

Wspaniale.

– Caterino – zaczyna łagodnie Emma, kładąc dłoń na barku kobiety – to jest właśnie mój brat i jego narzeczona. Sono molto innamorati[3].

Czuję, jak robi mi się słabo.

Mam udawać narzeczoną dupka, który pół roku temu powiedział mi po pijaku, że pocałunek z taką małolatą jak ja to największy błąd w jego życiu.

Błagam, chcę już wracać do domu.

Rozdział 1. Pożegnanie deszczowego Londynu

Lisa

Dwa dni wcześniej

Pakuję ciuchy od dwóch godzin i pierwszy raz nie cieszę się na wyjazd do słonecznej części Europy. Zawsze z ekscytacją wrzucałam do walizki kolorowe sukienki i stroje kąpielowe, a teraz mam ochotę położyć się na podłodze i udawać, że jestem chora, by nie musieć jechać na lotnisko.

– Jesteś tam? Halo!

Głos przyjaciółki sprawia, że tylko zagryzam zęby.

– Nie ma mnie! – krzyczę z pokoju.

Gdzieś na komodzie pod stertą ubrań leży mój telefon, ale nie idę po niego. Od pół godziny jesteśmy z Emmą połączone na FaceTimie, bo wymyśliła, że w taki sposób będzie mogła motywować mnie do pakowania.

Ale gdy setny raz usłyszałam, że to będzie wspaniała przygoda, rzuciłam ubrania na ekran.

– Kupiłam już Aperol i włożyłam do lodówki.

Obracam głowę w stronę komody i żwawo do niej podchodzę. Zsuwam sukienki i koszulki, po czym chwytam za telefon.

– Ale jest to jakiś porządny zapas? – pytam, spoglądając z ukosa na przyjaciółkę. – Bo na trzeźwo nie dam rady wytrzymać tam trzech tygodni.

– Dwie butelki – odpowiada. – Dokupię więcej.

– Najlepiej cały karton – mruczę posępnie.

Kiedy tydzień temu Emma zadzwoniła z radosną nowiną, że się zaręczyła, byłam wniebowzięta. Dobrze ją znam i wiem, jak bardzo pragnęła zdrowego i szczęśliwego związku. Należało jej się to po tych wszystkich frajerach. Jednak pięć minut później mina mi zrzedła, bo usłyszałam, że ślub ma się odbyć za miesiąc.

Nie za rok czy dwa lata.

Miesiąc.

Pieprzone cztery tygodnie.

Teraz to już trzy, co jeszcze bardziej mnie stresuje. Nadal nie potrafię pojąć, dlaczego ona i jej wybranek zdecydowali się na ceremonię tak szybko. Czemu nie chcą na spokojnie przygotować najważniejszego dnia w swoim życiu? Czy tego nie powinno się organizować miesiącami, by zadbać o każdy szczegół? Przecież wesele nie jest zwykłą imprezą.

To coś naprawdę ważnego i wielkiego.

– Fartuch już spakowałaś? – dopytuje Emma, gdy ja gapię się tępo w kolorowy dywan na podłodze. – Jeśli o nim zapomnisz i przez to nie będzie tortu i innych słodkości, to…

– Spakowałam – przerywam jej. – Resztki swojej radości też.

Moja przyjaciółka wychodzi za Włocha, a ja myślę tylko o tym, że nie będę mogła w pełni cieszyć się jej szczęściem.

Przez pieprzonego Adama Blackforda.

Brat Emmy to ostatni mężczyzna na świecie, którego chciałabym widzieć. Jestem pewna, że zepsuje mi ten przymusowy urlop w gorącej i pięknej Toskanii.

Wydaję z siebie głośny jęk zawodu, bo nadal nie znalazłam sposobu na unikanie go. Mogłabym udawać, że mam jakąś chorobę zakaźną, ale przecież ja tylko jego nie chcę widywać. To jest jedna z tych sytuacji, z których nie da się wyjść zwycięsko. Cokolwiek bym wymyśliła, i tak w końcu go spotkam. Nie mogę zrezygnować ze ślubu przyjaciółki, bo…

Marzyłyśmy o tym od dziecka. Przebierałyśmy się w stare suknie naszych mam i tworzyłyśmy w pamiętnikach listy z celami, które musimy w przyszłości zrealizować. Pierwszą myślą, którą każda z nas miała w głowie, było piękne wesele. Takie do zapamiętania przez wszystkich. Uzupełniałyśmy nawet planery ślubne!

A poza tym mam być druhną honorową.

Odpuszczenie sobie podróży do Włoch odpada.

Cholera.

Pozostaje mi tylko dopakowanie resztek swojej godności i cierpliwości. Dlatego zaciskam zęby i niechętnie zapinam ogromną walizkę. Nie wiem, co dokładnie powinnam zabrać na trzytygodniowy urlop, więc wzięłam połowę swojej szafy. Chwytam za rączkę i ustawiam bagaż tuż przy drzwiach. Moja współlokatorka niedawno wróciła z nocnego dyżuru, dlatego nie mogę jej obudzić. Ally zabiłaby mnie, gdybym teraz szurała walizką po starej drewnianej podłodze.

Zabieram z komody klucze oraz telefon, po czym cicho przemykam przez mieszkanie, które ma chyba dwieście lat i wszystko w nim skrzypi. Drzwi, podłogę, nawet te cholerne ściany nadgryzł ząb czasu. Gdy docieram do wyjścia, ostrożnie naciskam na klamkę, która… zostaje mi w dłoni.

To chyba żart.

Poirytowana wciskam ją z powrotem w otwór, ale kolejna próba otwarcia drzwi kończy się tak jak pierwsza. Zaciskam usta w wąską linię, by nie wypuścić z siebie głośnych przekleństw, które aż proszą się o wykrzyczenie. Wsuwam telefon do tylnej kieszeni spodni i ze stoickim spokojem ponownie przykładam klamkę do drzwi. Tym razem wpycham ją mocniej i od razu dociskam w dół, dzięki czemu udaje mi się w końcu wyjść z mieszkania. Popycham skrzypiące drzwi za sobą, a sekundę później słyszę głośny huk, gdy się zamykają.

Ally mnie udusi.

I po drzemce będzie musiała naprawić klamkę, bo inaczej nie wyjdzie do pracy.

Zbiegam szybko po schodach i szczęśliwa wypadam na wilgotne powietrze deszczowego Londynu. Chryste, jak ja nienawidzę tego miasta. Gdzie słońce i kiedy w końcu rozejdą się chmury? Pada już tak długo, że nie pamiętam, jaki kolor ma niebo. Otulam się cienką kurtką, po czym ruszam chodnikiem w stronę cukierni.

Moja praca jest… specyficzna.

Nie mam etatu i bywa, że leżę w mieszkaniu całymi dniami. Zastanawiam się, jak to jest normalnie pracować. Jedyne, co posiadam, to talent i często zapominam o tym, by wykorzystywać także rozsądek. Wykonuję słodkości tylko na zamówienie, bo mój pracodawca stracił do mnie zaufanie po tym, jak nie wzięłam zaliczki od klienta, który później nie zgłosił się po odbiór trzypiętrowego tortu. Cukiernia była stratna na ogromną sumę, szef prawie przeszedł zawał i ograniczono mój zakres obowiązków.

Mam wrażenie, że nie zostałam zwolniona tylko dlatego, że Jerry przyjaźnił się z moim ojcem.

Dzisiaj wreszcie, po tygodniu przerwy, mam przygotować dwie bezy. Zawsze coś, bo tak bardzo potrzebuję pieniędzy, że jestem skłonna nawet zmywać naczynia po godzinach.

Docieram do cukierni pięć minut przed czasem i od razu napotykam Jerry’ego z pochmurną miną. Jego żona stoi obok, ale jeszcze mnie nie widzi, więc chrząkam głośno. Kobieta podnosi głowę, by powitać mnie przyjaznym uśmiechem.

– Lisa, kochanie – mówi łagodnie. – Dawno się nie widziałyśmy.

Bo twój mąż nie chce mi zlecać obsługi przyjęć.

A ja od miesięcy obsesyjnie sprawdzam oferty pracy.

– Dzień dobry, Carrie – odpowiadam, odwzajemniając uśmiech, i zbliżam się do małżeństwa. – Gdybym dostawała więcej zamówień, to widywałybyśmy się częściej.

Słyszę, jak szef wzdycha głośno, ale ignoruję to i nadal szczerzę się jak idiotka do kobiety. Ona jest moją ostatnią nadzieją.

– Dwie bezy owocowe i tarta z gruszką – wtrąca ponuro Jerry. – Policzę ci to jako cały dzień pracy.

Moje oczy momentalnie rozbłyskują.

– Czy to oznacza, że przestajesz się gniewać? – pytam ostrożnie.

– To nie gniew, moje dziecko – odpiera ze wzrokiem utkwionym w dokumentach. – To troska o biznes, który ma nie upaść.

Nie daje mi szansy odpowiedzieć, bo odchodzi pospiesznie w stronę zaplecza. Zostaję sama z Carrie, która już nie jest taka uśmiechnięta. Przygląda mi się ze współczuciem, przez co mam ochotę wyjść i zwyczajnie rozpłynąć się w powietrzu.

Czuję, że z powodu tamtej sprawy i kilku drobnych problemów nie chcą mnie w swojej rodzinnej firmie. Ale trzymają mnie tu, bo przecież jestem nieporadną sierotą.

Chciałabym sama odejść, żeby oni mogli odetchnąć, tylko jak mam to zrobić, skoro nie mogę znaleźć innej pracy? Tutaj przynajmniej raz na jakiś czas dostaję cokolwiek, by opłacić rachunki.

– Nie zwracaj na niego uwagi – odzywa się Carrie. – On taki…

– Pójdę już na kuchnię – przerywam jej z powagą w głosie. – Przygotuję sobie stanowisko. Zacznę od bezy, bo ją się długo suszy. – Wykrzywiam usta w sztucznym uśmiechu. – Sprawdzę, jakie mamy owoce, i… no ogólnie zacznę pracę.

Gubię się we własnych słowach, bo czuję się niezręcznie. Nie chcę dłużeć widzieć jej współczującego spojrzenia. Obie dobrze wiemy, że jej mąż przestał mnie lubić trzy miesiące temu.

– Jesteś bardzo zdolna, skarbie.

– Tak, wiem.

– Ale też strasznie roztrzepana. – Kobieta chwyta mnie za rękę, gdy ja próbuję już odejść. – Nie możemy sobie pozwolić na straty, bo tego nie udźwigniemy. Mam nadzieję, że rozumiesz.

Po porażce z tortem byłam tak załamana, że pomyliłam zamówienia dwóch klientek. Jedna z nich otrzymała babeczki orzechowe, które ją uczuliły.

Jestem chodzącą porażką.

Odchodzę bez słowa do kuchni, gdzie wypuszczam z płuc wstrzymywane powietrze. Przykre jest to, jak bardzo państwo Harrisowie ucieszyli się z mojego trzytygodniowego urlopu. To był pierwszy raz od dawna, kiedy zobaczyłam uśmiech na twarzy szefa.

Och, ja na serio muszę ich uwolnić od swojej osoby.

Zaczynam przygotowywać składniki, rozkładając wszystko na metalowym blacie. Staram się nie zwracać uwagi na ciszę, jaka mnie otacza. Uwielbiam piec przy muzyce, ale tutaj to jest niemożliwe. Dlatego skupiam się na jajkach, które szybko rozbijam. Oddzielam białka i żółtka do osobnych misek.

Jeszcze tylko dzisiaj i jutro.

Muszę przestać się zadręczać negatywnymi myślami. To w końcu Włochy, do cholery! Moje pierwsze prawdziwe wakacje.

Już za dwa dni będę w słonecznej Toskanii.

Rozdział 2. Wspólny lot

Adam

Moja siostra zwariowała.

I przez to ja muszę teraz stać na lotnisku, bo przecież nie odmówię tej małej wariatce. Nawet gdybym chciał, jej pięciominutowe piszczenie do telefonu załatwiłoby sprawę.

Spoglądam poirytowany na tłum przeciskający się przez obrotowe drzwi. Jeszcze do mnie nie dotarł, a ja już czuję się przytłoczony. Zdecydowanie wolę pusty gabinet i ciszę.

Wyjmuję słuchawki bezprzewodowe z kieszeni marynarki, po czym wciskam je do uszu, by jak najszybciej odciąć się od irytujących rozmów obcych ludzi. Chwytam za rączkę walizki i ruszam do odprawy. Nie zwracam uwagi na to, że ktoś szturcha moje ramię, próbując się wepchnąć do kolejki. Zaciskam szczękę, bo nie mam ochoty na kłótnie, skoro wiem, że za kilka godzin spotkam Em, która powitanie zacznie zapewne od reprymendy za moje milczenie i nieodbieranie telefonów.

Moja młodsza siostra jest jedyną kobietą na świecie, która ma realny wpływ na moje plany. Nawet nasza matka niewiele jest w stanie ugrać. Emma zawsze była stanowcza i gdy ja znajduję kolejną wymówkę, ona mnie przekrzykuje. Robi to tak długo, aż wreszcie się uginam, zmęczony krzykami.

Właśnie dlatego przesunąłem swoje projekty, by wziąć trzy tygodnie urlopu i polecieć do Włoch na ślub.

Moja młodsza siostra bierze ślub.

Ja pierdolę.

Jeszcze nie do końca wiem, jak się z tym czuję. Super, że jest szczęśliwa, i mam nadzieję, że ten facet na nią zasługuje, ale czemu to wszystko dzieje się tak szybko? Dlaczego nie planują wesela miesiącami, tylko z dnia na dzień zrzucają tak cholernie wielką bombę na całą rodzinę?

Moi rodzice dotrą do Sieny za dwa tygodnie, a ja mam zjawić się już teraz, bo potrzebny jest architekt. Jeden z budynków należących do przyszłych teściów Emmy wymaga błyskawicznego remontu. W końcu to tam odbędzie się przyjęcie. Mam za zadanie zaprojektować wnętrze ogromnego salonu, którego państwo Bianchi nie używają od lat.

Wyciągam lewą słuchawkę z ucha, gdy zbliżam się do odprawy. Bez słowa podaję dokumenty i czekam cierpliwie, aż starsza kobieta za kontuarem je sprawdzi. Na koniec odwzajemniam ten przeraźliwie szeroki uśmiech, który do mnie kieruje. Nie chcę wyjść na dupka, więc zdobywam się na dwusekundową uprzejmość.

Już mam włożyć słuchawkę z powrotem do ucha, gdy dochodzi do mnie rozbawiony kobiecy głos.

– Jejku, niech pani chwileczkę poczeka. Ja na serio wzięłam ten paszport, tylko no… No gdzieś go zapodziałam.

Zamykam na moment oczy i klnę pod nosem.

No nie wierzę, kurwa.

– Jest! Mówiłam, że mam!

Obracam się niechętnie w kierunku dziewczyny, której osobowość od zawsze mnie irytowała. Jest tak bardzo ekspresyjna, że ta energia to dla mnie zbyt wiele. Za każdym razem, gdy znajduje się w pobliżu, moja głowa wybucha w reakcji na milion słów wypowiedzianych w sekundę.

– Dziękuję, pani Liso Carter – odpowiada jej pracownica lotniska. – Życzę miłego pobytu w Paryżu.

– Och, będzie miły – mówi podekscytowana Lisa. – Ale Paryż to tylko przesiadka. Lecę na ślub najlepszej przyjaciółki.

– W takim razie gratulacje dla przyjaciółki.

– Dziękuję! – Odwraca się od kontuaru i w końcu mnie zauważa, przez co uśmiech znika z jej twarzy. – Ty.

Patrzę oniemiały, jak mnie wymija i przyspiesza z ogromną walizką u boku. Ciągnie za sobą bagaż, ale nagle torba podręczna spada jej na podłogę, więc niechętnie się zatrzymuje. Podchodzę do niej powoli z dłońmi w kieszeniach i postanawiam dowiedzieć się tego, co jest już oczywiste.

Em, uduszę cię.

– Co tu robisz? – pytam ponuro.

Nawet na mnie nie patrzy. Bez słowa zabiera torbę, zawiesza ją na ramieniu i odwraca się, by iść dalej. Irytuje mnie to, ale bez słowa ruszam za nią. Po chwili znienacka obraca się gwałtownie, przez co na mnie wpada. Jest sporo niższa, więc jej twarz styka się z moim torsem. Powoli unosi spojrzenie i mruży oczy, jakby chciała mnie przestraszyć.

– Po prostu mnie unikaj, okej? – odzywa się nieco wkurzona, co nie jest do niej podobne. – Ja idę w prawo, a ty w lewo. Ja wchodzę pierwszym wejściem, a ty drugim. Jak najdalej ode mnie i wszystko będzie git. Im mniej będę na ciebie patrzyła, tym lepiej, Blackford.

Zwraca się do mnie po nazwisku.

I stawia warunki.

Pyskata gówniara.

– Idealnie – oznajmiam krótko.

– Idealnie byłoby, gdybyś leciał późniejszym lotem. Albo wcale.

To dla mnie lepiej, że woli trzymać się z daleka, przynajmniej nie dostanę migreny od wysokich tonów jej głosu. Mimo tego, co powiedziała, nadal stoi przyciśnięta do mojej klatki piersiowej. Czemu nie odchodzi, skoro tak bardzo ją wkurzam?

Uśmiecham się arogancko, co tylko pogłębia jej irytację.

– Cały Blackford – komentuje, po czym robi krok do tyłu. – W sumie niczego lepszego się nie spodziewałam.

– Potrafisz mnie ocenić w kilku słowach? – pytam, podnosząc nieco głos, bo dziewczyna się oddala. – Jeśli miałbym ocenić ciebie, to mój monolog trwałby cały dzień.

– Nikt by go nie słuchał, bo twój sposób mówienia przypomina zgrzytanie zębami.

Ten przymusowy urlop będzie naprawdę interesujący i koszmarny jednocześnie. Jak zwykle dałem się wrobić w coś, czego będę żałował.

Wyjmuję telefon z marynarki i szukam numeru siostry.

Adam: Nie mówiłaś, że twoja irytująca przyjaciółka też leci wcześniej

Miałem się pojawić dwa tygodnie przed ślubem ze względu na remont, a co ona tam będzie robić? Nie sądzę, żeby pieczenie ciast zajmowało kilka tygodni.

Emma: Bądź dla niej miły

Adam: Niech ona będzie dla mnie

Emma: Oboje się zachowujcie, bo was nie wpuszczą na pokład

Zabawne.

Zerkam z ukosa na tłum przed sobą i na szczęście nie widzę już roztrzepanej blondynki. Dlatego wsuwam komórkę z powrotem do kieszeni i przechodzę przez lotnisko. Dostrzegam Lisę dopiero przy bramkach. Jak to możliwe, że tak niewielka istota może wydawać z siebie tak wysokie dźwięki? Słyszę jej śmiech, więc wciskam słuchawkę do ucha i udaję, że jestem tutaj kompletnie sam.

Kiedy niedługo później wchodzę jako ostatni na pokład samolotu, myślę jedynie o tym, by zawrócić.

– Zabiję Em – mruczy pod nosem Lisa.

Patrzę na trzy miejsca w rzędzie, w którym pod oknem siedzi rozbawiona staruszka, a przy przejściu Lisa. Jeden fotel na środku jest wolny i niestety należy do mnie. Bez słowa przeciskam się przed dziewczyną i siadam obok.

– Jeszcze się nie zaczęło, a już mam dość – mówię sam do siebie.

– Pan też boi się latać?

Obracam powoli głowę do starszej kobiety.

– Nie – odpowiadam po chwili.

– Ja tak – oznajmia poważnie. – Jak będziemy startować, mogę krzyczeć.

– Słucham?

Dochodzi do mnie cichy śmiech Lisy, ale ignoruję to.

– Ostatni raz leciałam dwadzieścia lat temu, więc nie pamiętam, czy aż tak bardzo się boję – kontynuuje przejęta staruszka. – Wiem, że jak w młodości leciałam do Berlina, to krzyczałam tak głośno, że stewardessa zasłaniała mi usta dłonią.

– Pani żartuje, prawda?

– Ależ skąd! Wie pan, ilu ludzi ginie w katastrofach lotniczych?

Przysięgam, że zaraz wysiądę z tego jebanego samolotu.

– To dlaczego pani leci? – dopytuje zaciekawiona Lisa, wychylając się do przodu.

– Lecę do córki – odpiera z dumą w głosie kobieta. – Mieszka w Paryżu.

W tym momencie zaczynam żałować tego, jak bardzo jestem podatny na namowy siostry.

„Będzie super, obiecuję”.

„To urlop, którego potrzebujesz”.

„Odpoczniesz”.

Nie wiem, kiedy faktycznie zaznam spokoju, skoro właśnie siedzę pomiędzy dwiema kobietami rozmawiającymi o tym, jak niebezpieczne są loty. Jedna ostrzega, że będzie krzyczała przy starcie, a druga opowiada o filmie, w którym samolot się rozbił, przez co zginęli wszyscy pasażerowie.

– …no i tam jeszcze później się okazało, że oni…

– Możesz już przestać? – wtrącam głośno, by jakoś uciszyć Lisę.

– O co ci chodzi? Nie rozmawiam z tobą.

– Ale rozmawiasz przeze mnie. – Pokazuję dłonią przestrzeń pomiędzy siedzeniami. – Usiądź wreszcie normalnie, bo zaraz startujemy.

Blondynka milknie i opiera się na swoim fotelu, dzięki czemu mogę trochę odetchnąć.

– Długo jesteście zakochani?

Zdezorientowany wbijam wzrok w kobietę obok.

– Jesteśmy co?

– O nie, nie, nie.

Sekundę po tym, jak oboje z Lisą w tym samym momencie się odzywamy, staruszka parska śmiechem.

– Francja to kraj zakochanych – stwierdza pogodnie.

– Ja go nawet nie znam – mówi pospiesznie Lisa. – I Paryż jest jedynie przesiadką, bo wybieram się do Sieny. A właściwie w pobliże Sieny, na jakieś odludzie. Na ślub przyjaciółki.

Krzyżuję ręce na torsie i spoglądam z cwaniackim uśmiechem na dziewczynę.

– Nie zachowuj się jak dzieciak. Znasz mnie od lat.

– Właśnie tym dla ciebie jestem. Dzieciakiem.

Sprawia wrażenie obrażonej, co mnie dziwi. Nie sądziłem, że w ogóle ruszają ją moje słowa. Od dłuższego czasu unika mnie jak ognia.

– Och – wzdycha nieco zakłopotana staruszka.

Nastaje niezręczna cisza, którą przerywa stewardessa, przypominająca o zapięciu pasów. Odchylam głowę i opieram ją o zagłówek, po czym zamykam oczy. Latanie jest dla mnie odprężające, więc zamierzam wykorzystać ten czas maksymalnie.

– Mój Boże, miej mnie w swojej opiece – mamrocze kobieta obok. – Dolećmy szczęśliwie na miejsce.

Przysięgam, że zwariuję.

Niespodziewanie czuję, jak moja prawa dłoń zostaje ściśnięta. Unoszę szybko powieki i spoglądam w dół. Dlaczego ta kobieta zaciska palce na moich, jednocześnie modląc się pod nosem?

– Co pani robi? – cedzę przez zęby.

– Trzymaj mnie, synku, żebyśmy się nie rozbili – wydusza ciężko.

Nawet nie próbuję zabrać ręki, bo jej uścisk jest tak mocny, że ledwo czuję własne palce. Spinam się, czekając, aż samolot w końcu wzbije się do góry i staruszka odpuści.

Problem w tym, że jej panika nie mija. Może i nie krzyczy, tak jak zapowiadała, ale za to coraz mocniej wbija paznokcie w moją skórę.

Ja pierdolę.

Osiem godzin później wychodzę z taksówki na polną drogę, a wzrok kieruję na szeroko uśmiechniętą siostrę w cholernie kolorowej sukience. Trzyma ręce z tyłu i kiwa się na boki. Nie zbliża się jako pierwsza, bo doskonale wie, że jestem wściekły. Zmarnowałem cały dzień na podróż, po której mam ochotę zamknąć się w cichym pokoju i odespać stracone godziny.

– Em!

Zerkam z ukosa na Lisę biegnącą prosto w ramiona Emmy. Zostawiła walizkę przy samochodzie i tak po prostu pobiegła, nie myśląc o tym, co się z nią stanie. Porzuciła nawet torbę podręczną. A gdyby kierowca ją ukradł? Ta dziewczyna naprawdę mało myśli. Jest nadpobudliwa i w końcu oddycham z ulgą, że po tylu godzinach wspólnej podróży mogę od niej uciec.

Płacę taksówkarzowi za przejazd, po czym podchodzę do śmiejących się głośno dziewczyn.

– Cześć, braciszku. Nie wyglądasz najlepiej.

– Ciebie też miło widzieć – odpieram oschle.

Mimo irytacji jestem szczęśliwy, że ją widzę. Ostatnie miesiące spędziła głównie tutaj, więc musiałem się zadowolić rozmowami online, których mam już dość. Otaczam siostrę ramionami, ściskając ją trochę mocniej, niż to konieczne, przez co ona zaczyna wesoło piszczeć. Na koniec mierzwię dłonią jej krótkie włosy. Dopiero teraz pozwalam sobie na nieznaczny uśmiech.

– Skoro się uśmiechacie, to… muszę wam powiedzieć coś ważnego – zaczyna poważnym głosem Emma. – Zaraz przedstawię wam Leo i jego rodzinę. Zakochacie się w nich. Na serio to najlepsi ludzie na świecie.

– To w czym problem? – wtrącam zaciekawiony.

Siostra odsuwa się o krok do tyłu i łączy dłonie, jakby chciała się modlić.

– To rodzina z tradycjami. Są dla nich bardzo ważne, bo to dziedzictwo, i…

– Em, do sedna – ponaglam.

– Oboje zgodziliście się być świadkami na moim ślubie i jestem wam ogromnie wdzięczna.

Jak to oboje? Lisa jest druhną? Myślałem, że skoro Em bierze mnie na świadka, to druga osoba będzie od strony Leo.

– No i… – kontynuuje siostra, rozglądając się na boki, byle tylko uniknąć kontaktu wzrokowego ze mną. – Przez te tradycje właśnie musicie udawać narzeczeństwo. Bo tylko jako zakochana para możecie być świadkami na ślubie, by dać dobry przykład związku.

– Co?!

– Co, kurwa?!

Myślę, że moje i Lisy pytanie było słychać w Londynie. Zaciskam obie dłonie w pięści, a oddech staram się wyrównać. Widok zadowolonej z siebie Em tylko pogarsza sprawę. Mam ochotę pobiec za taksówką.

– Potrzymacie się za ręce, powiecie, że kochacie się do szaleństwa, i tyle – oznajmia niewzruszona Emma. – Naprawdę mi zależy, żebyście właśnie wy towarzyszyli mi przy ołtarzu.

– Czy ty siebie słyszysz? – pytam wściekły. – Jestem za stary na takie cyrki. Niczego nie będę udawał.

Wyraz twarzy Em nagle się zmienia i zamiast pogodnego uśmiechu zauważam na niej złość. Siostra mruży oczy, jakby chciała mnie wystraszyć tym spojrzeniem.

– Słuchaj. – Wskazuje na mnie palcem. – Jesteś moim jedynym bratem i gdy mówię, że masz zostać świadkiem na moim ślubie, to tak będzie. Nie możesz mi odmówić, Adam.

Zaciskam usta, bo nie wiem, co odpowiedzieć. Ona ma rację.

– Ale ja mogę – rzuca nagle Lisa. – Nie skłamię, że jestem w nim zakochana, bo to nie przejdzie mi przez gardło.

– Już i tak trochę naginamy zasady, bo powinniście być po ślubie. Jednak po wielu godzinach moich próśb Caterina zgodziła się na świadków, którzy są narzeczonymi. Wmówiłam jej, że jesteście cholernie w sobie zakochani i ślub jest jedynie formalnością.

– Świetnie – komentuje kpiąco blondynka. – Wchodzisz do nowej rodziny, zaczynając od kłamstwa. Gratulacje, Em.

– Zawsze marzyłaś o tym, by być świadkiem na moim ślubie. Nie możesz się teraz wycofać.

– Nie szantażuj mnie moim własnym marzeniem.

Słucham ich, choć nie do końca przetwarzam wszystkie słowa. Kiedy zaczynają wypominać sobie pamiętniki z dziecięcych lat, wyłączam się całkowicie i skupiam wzrok na posiadłości przed nami.

Przyleciałem na ślub młodszej siostry i zostałem wpakowany w udawanie narzeczonego dziewczyny, która mnie irytuje.

To pierdolona ukryta kamera?

Ściskam dłonie tak mocno, że w pewnym momencie czuję ból. Jeszcze chwila i sam uszkodzę sobie palce. Dlatego odpuszczam i staram się opanować gniew. Nie mogę wrócić nagle do Londynu ani pokłócić się z Emmą, bo to nic nie da. Jestem starszym bratem i od zawsze się nią opiekowałem. Chcę, żeby była szczęśliwa.

Nawet kosztem mojej godności.

– …no i zamieszkacie w takim dużym pokoju z ogromnymi oknami.

Wbijam wzrok w siostrę.

– Że co? – pytam aż nazbyt spokojnym tonem.

– Przecież jako para nie będziecie spać w osobnych sypialniach – odpowiada ściszonym głosem. – Co nie?

Nawet jej przekonujący uśmiech na mnie nie działa. Wpatruje się we mnie tymi dużymi oczami i myśli, że zgodzę się na wszystko.

Dosłownie wszystko.

– To niedorzeczne – kpi Lisa. – Skoro te tradycje są takie ważne, to czy nie powinniśmy spać osobno, skoro nie jesteśmy jeszcze… małżeństwem? – niemal wypluwa z pogardą ostatnie słowo.

– Z biegiem lat trochę wyluzowali z tymi wszystkimi zasadami – tłumaczy Em. – Zdają sobie sprawę, że w tych czasach nie czeka się do ślubu z…

– Nie kończ – wtrącam poirytowany.

– Caterina sama nalegała, a poza tym ciężko byłoby znaleźć osobne pokoje. Niedługo przylecą tu nasi rodzice, kuzynka Leo i jeszcze co najmniej kilka innych osób z rodziny. Nie dajcie się dłużej namawiać. Będzie super, prawda? – pyta z nadmiarem entuzjazmu w głosie.

– Nie – odpowiada Lisa.

– Nie ma, kurwa, takiej opcji – dodaję przez zaciśnięte zęby.

Rozdział 3. Wrogowie w jednej sypialni

Lisa

Jest pięknie.

Ogromny dom z rdzawoczerwonej cegły. Przytulne wnętrze, w którym na każdym kroku można zobaczyć rodzinne zdjęcia. Mnóstwo rodzinnych zdjęć.

Państwo Bianchi chyba bardzo kochają swoich krewnych, bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z tym, by niemal wszystkie ściany były obwieszone ramkami. Złote obramowania dumnie prezentują stare zdjęcia przodków, ale pomiędzy nimi da się zauważyć też nowe fotografie. Na jednej z nich rozpoznaję nastoletniego Leo.

– Chodźcie, chodźcie – ponagla Emma. – Za kwadrans jest kolacja, więc nie macie dużo czasu na rozpakowanie walizek.

Wspinamy się po drewnianych schodach, aż w końcu trafiamy na piętro. Wymijam Adama, po czym szybko doganiam przyjaciółkę, która stoi przy zielonych drzwiach na końcu korytarza. Przechodzę przez próg, ciągnąc za sobą tę cholernie ciężką walizkę.

Chryste, jaki ten pokój jest wspaniały.

Większy od całego mieszkania Ally, w którym wynajmuję pokój. Po lewej stoi podwójne łóżko, a na wprost stara szafa z toaletką obok. Wszystkie meble wyglądają jak dzieła sztuki robione ręcznie. Opuszczam wzrok na okrągły pomarańczowy dywan.

Idealne miejsce do spania dla Blackforda.

Uśmiecham się zuchwale pod nosem, kiedy mężczyzna staje przy mnie.

– Śpisz na kanapie – burczy, wskazując głową na małą sofę pod ścianą.

– Chyba śnisz.

– Na pewno nie o tobie.

Już mam otworzyć usta, by odpowiedzieć dupkowi, gdy nagle Emma staje przed nami z szerokim uśmiechem. To już zaczyna mnie trochę wkurzać, bo dobrze wiem, że robi to specjalnie. Zaraz pękną jej policzki.

– Dogadajcie się w kwestii spania, a ja pomogę przygotować jadalnię do kolacji – informuje, po czym głośno klaszcze w dłonie. – Ale będzie zabawa!

Kto niby będzie się bawił?

Zostajemy sami w sypialni, co jest trochę krępujące, bo nie wiem, jak się zachować. Nie chcę z nim rozmawiać, ale to chyba nieuniknione, skoro mamy spędzić tu aż trzy tygodnie.

Niespodziewanie Adam rusza w stronę okien, ale zamiast wyjrzeć na zewnątrz, dotyka kamiennej ściany. Ogląda ją jak obraz w galerii sztuki.

– Jest szafa i komoda, więc ja biorę szafę – oznajmiam i odchrząkuję. – Mam dużo sukienek, które muszą wisieć na wieszakach, i… A w sumie to nie wiem, po co ci się tłumaczę. Po prostu biorę szafę.

– Moje koszule i marynarki nie będą leżały w szufladach – odpiera mi tym swoim gburowatym tonem.

– A ja nie wrzucę sukienek do komody.

– W takim razie szafa jest wspólna.

Obraca się w moją stronę, chowając obie dłonie do kieszeni spodni. Podchodzi tak powoli, jakby robił to w zwolnionym tempie, albo po prostu mój mózg przestał działać po tych dzisiejszych atrakcjach. Kiedy staje naprzeciwko mnie, moje serce nieznacznie przyspiesza.

– Będę dużo pracował zdalnie, więc mam nadzieję, że większość czasu spędzisz poza tym pokojem.

Dupek.

– Dlaczego niby? Rozpraszam cię? – Uśmiecham się złośliwie.

– Irytujesz.

– Wow – wzdycham kpiąco. – Czyli jednak mamy ze sobą coś wspólnego.

– Nie sądzę. Jesteś moim całkowitym przeciwieństwem.

I wtedy do głowy wpada mi głupi pomysł. Bardzo głupi.

Robię krok w jego stronę, co go zaskakuje, po czym unoszę dłoń do krawata zawiązanego wokół jego szyi. Dotykam delikatnie materiału i wracam spojrzeniem do piwnych oczu mężczyzny.

– Przeciwieństwa się przyciągają, nieprawdaż? – szepczę.

Adam zaciska szczękę, a sekundę później słyszę, jak przełyka ciężko ślinę. Chwytam mocno za krawat i odsuwając się o krok w lewo, pociągam go w dół.

– Faceci są słabi – komentuję rozbawiona.

Odwracam się szybko i wychodzę z pokoju, zanim Adam coś odpowie. Tym razem to ja wygrałam i wolę, by tak pozostało. Niemal biegnę do schodów i dopiero, gdy staję na parterze, słyszę, że mój współlokator za mną idzie. Zerkam przelotnie za siebie i napotykam jego wkurzone spojrzenie.

Wspaniale. Będę dzieliła sypialnię z diabłem, którego łatwo sprowokować.

Ruszam naprzód, udając, że jego groźna mina nie robi na mnie wrażenia. Poprawiam dłońmi spódnicę, po czym nieśmiało wchodzę do przestronnej jadalni z długim drewnianym stołem.

Słyszę gwar rozmów, ale wszystkie są prowadzone po włosku, więc nic nie rozumiem. Staję w progu i bujam się w przód i w tył, nie wiedząc, czy mam wejść dalej, czy może jednak zaczekać tutaj. W końcu wyłapuję Em wśród co najmniej dziesięciu domowników i macham do niej jak idiotka. Po chwili czuję, jak ociera się o mnie męskie ramię.

– Chodźcie! – woła pogodnie Emma, po czym podbiega nieco zdyszana. – Musicie usiąść razem – szepcze, mrugając sugestywnie.

Nigdy nie planowałam być aktorką, a właśnie dostałam rolę do odegrania. I to taką, której nie życzyłabym najgorszemu wrogowi.

– Wspaniale, Em – kpi ściszonym głosem Adam. – Będziesz mi winna terapię u psychologa.

Zaciskam usta w wąską linię i grzecznie podążam do stołu. Zajmuję wskazane krzesło, a sekundę później Blackford siada obok. Obracam głowę w lewo w stronę starszego, niskiego mężczyzny oraz dwóch nastolatek. Cała trójka wpatruje się we mnie, jakby oczekiwali, że zacznę się przedstawiać po włosku.

– Cześć – odzywam się speszona.

– Masz piękne włosy – mówi jedna z dziewczynek płynnym angielskim.

– Och, dziękuję.

Bałam się, że nikt tutaj nie będzie znał mojego ojczystego języka, przez co te tygodnie staną się koszmarem. Jak mam żyć z ludźmi, których nie rozumiem? Na szczęście Caterina mówi po angielsku i najwyraźniej reszta rodziny też.

– Jesteś siostrą Emmy? – pyta druga nastolatka. – Ja mam na imię Gina, a to Dina.

– Jestem jej przyjaciółką – wyjaśniam pogodnie. – Em ma tylko brata i jest nim… – Milknę, czując, jak moje ciało spina się gwałtownie. Spoglądam niechętnie na faceta obok. – Mój narzeczony. Adam.

– To gdzie twój pierścionek? – rzuca beztrosko Dina.

Opuszczam wzrok na swoje dłonie. Nie mam żadnego pierścionka. Na lewym nadgarstku noszę jedynie złotą bransoletkę po mamie. I tylko tyle.

– Och, to… yyy…

– Zostawiła go w Londynie – wtrąca nagle głębokim głosem Adam. – Moi rodzice przywiozą pierścionek ze sobą. Mam roztrzepaną narzeczoną.

Co on pieprzy?

Nie jestem roztrzepana.

– To wspaniale! – krzyczy nagle Caterina, stawiając na stole misę z makaronem. – Buon appetito![4]

Reszta domowników zajmuje swoje miejsca przy stole, a ja patrzę jedynie na makaron pokryty czerwonym sosem. Rodzinne ciepło i ten hałas rozmów są dla mnie czymś wyjątkowym, bo bardzo za tym tęsknię. Przed wypadkiem rodziców często spotykaliśmy się z Blackfordami na wspólne obiady czy kolacje. Było tak… komfortowo. Czułam, że jestem prawdziwą szczęściarą, bo przecież oprócz mamy i taty, którzy mnie kochali, miałam najlepszą przyjaciółkę i jej rodziców, których traktowałam jak ciocię i wujka.

Po wypadku tradycja wspólnych posiłków umarła. Adam wyprowadził się do swojego apartamentu, jego ojciec rzucił się w wir pracy, bo nie mógł znieść faktu, że tamtego okropnego wieczoru nie zdążył odebrać telefonu. Ja przeprowadziłam się do siostry mojej babci. Zgodziła się zapewnić mi opiekę do czasu, gdy skończę osiemnaście lat, obecnie nie utrzymujemy kontaktu. Do domu Blackfordów wstydziłam się przychodzić, a Em nie nalegała.

Dopiero po jakichś trzech latach pierwszy raz spotkaliśmy się przy jednym stole. Ale to już nie było to samo co wcześniej. Czułam się niezręcznie i chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść.

Teraz znów jestem wśród członków szczęśliwej rodziny i nie do końca wiem, jak mam się z tym czuć. Zwykle dużo mówię i śmieję się z każdego żartu, bo uważam, że życie jest za krótkie na trwanie w smutku i żalu. Jednak w tym momencie boję się odezwać.

Co jeśli mnie nie polubią?

Nakładam makaron na talerz i powoli zjadam swoją porcję. Co jakiś czas uśmiecham się do ludzi, których jeszcze nie znam. Wychylam się trochę do przodu, by zobaczyć Em i Leo. Siedzą na samym początku stołu, obok Cateriny, ale nie zwracają na mnie uwagi. Dlatego w końcu wstaję z krzesła i podchodzę do nich, po czym nachylam się nad dziewczyną.

– Pójdę już – mówię cicho. – Jestem zmęczona.

Przyjaciółka spogląda na mnie czule i kiwa krótko głową.

– Jasne – odpowiada miękko. – Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to pisz. Przyniosę.

– Aperol też? – żartuję.

– Nawet w środku nocy.

Wyszczerzam się zadowolona z odpowiedzi, po czym opuszczam jadalnię. Już na korytarzu otula mnie relaksująca cisza. Ten gwar rozmów jest fajny, ale Włosi są bardzo… głośni. Oni niemal krzyczą. A nawet ja, niezwykle ekspresyjna osoba, czasami potrzebuję się wyciszyć. Zwłaszcza po całym dniu podróży.

Znikam szybko, zanim ktoś zdąży mnie zaczepić. Wchodzę do pustego pokoju i powoli podchodzę do okna. Widok jest wspaniały i nie mogę uwierzyć, że naprawdę tutaj jestem. Teraz każdego dnia przez trzy tygodnie będę podziwiała zachód słońca nad winnicą, co jest niesamowite. Londyn często przytłacza mnie okropną pogodą, a to miejsce przypomina raj, o którym zawsze marzyłam. Może powinnam zacząć się uczyć włoskiego? W Londynie już nic mnie nie trzyma. Kiedyś była jeszcze Emma, a gdy wiem, że ona zostanie tu na stałe, powrót do domu staje się trudny.

Nagle drzwi się otwierają, by sekundę później trzasnąć. Obracam się w stronę stojącego w progu Adama. Jego mina wyraża to samo, co zawsze.

Nic.

Dosłownie, bo ten koleś nie używa żadnych emocji. Jeśli zachodzi taka potrzeba, czasem się uśmiechnie, ale to tyle. Nawet wkurzenia nie potrafi dobrze pokazać.

Krzyżuję ręce na piersi.

– Mam nadzieję, że kanapa będzie dla ciebie wygodna. – Zerkam kpiąco na mebel pod ścianą. – Miłej nocy.

Ruszam do walizki, którą z trudem podnoszę i wpycham na łóżko.

– Nie mogę spać na kanapie. Mam problemy z kręgosłupem – oznajmia oschle mężczyzna.

– Tak to już jest na starość. Zawsze możesz wybrać dywan. Wygląda naprawdę przyjemnie.

Rozpakowuję się i niedbale odkładam rzeczy na komodę. Nie mam dziś czasu ani ochoty na rozkładanie ich do szuflad. Chciałabym wziąć szybki prysznic i zakopać się w pachnącej pościeli. Nie wiem dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że tutaj wszystko pachnie brzoskwiniami. Tak jakby Caterina chodziła z olejkiem brzoskwiniowym i pryskała każdy zakamarek domu.

– Jesteś niedojrzała – komentuje gorzko Adam, przez co spoglądam na niego wkurzona. – Zachowujesz się jak dziecko.

– Ja się zachowuję jak dziecko?! – niemal krzyczę.

– Moglibyśmy to rozwiązać w normalny sposób, ale ty wolisz się ze mną drażnić.

Rzucam piżamę na łóżko, po czym szybko zbliżam się do mężczyzny. Odchylam nieco głowę, by spojrzeć w jego chłodne oczy.

– Jak niby chcesz to rozwiązać? Zmieniać się? Spać na kanapie co drugi dzień? – kpię. – Brawo, architekcie.

– Łóżko ma co najmniej dwa metry szerokości – odpiera z powagą w głosie. – Spokojnie zmieścimy się oboje. Skoro nie chcesz spać na kanapie, to nie widzę innej opcji. Ja, choćbym odpuścił, nie zmieszczę się.

– To twój problem. Nie możesz mnie dyskryminować tylko dlatego, że jestem niższa.

Adam zaciska szczękę, jakby z całych sił powstrzymywał się przed powiedzeniem czegoś na głos. W końcu odchodzi na bok w stronę swojej walizki. W ciszy zaczyna wyjmować z niej rzeczy, a po chwili zamyka się w łazience. Słyszę odkręconą wodę i dopiero wtedy wypuszczam z płuc wstrzymywane powietrze. Siadam na brzegu łóżka, wpatrując się w zamknięte drzwi.

Na serio będziemy mieszkać razem w tym jednym pokoju.

To dopiero do mnie dochodzi.

Cholera.

On nie odpuści i dziś mam tylko dwie opcje. Albo prześpię się na niewygodnej sofie, albo położę się na tym samym materacu co on. Obracam głowę w bok, by ocenić rozmiar łóżka. Niby jest szerokie, ale czy wystarczająco, bym czuła się bezpiecznie? Jak mam spać obok faceta, którego nie cierpię?

Och, Em. Kiedyś cię uduszę za twoje pomysły.

Chwytam w dłonie skąpy różowy komplet do spania i w momencie, gdy Adam otwiera drzwi łazienki, wstaję. Wbijam wzrok w nagi tors mężczyzny.

O mój…

Nie, nie, nie.

To tylko zwykła męska klata. Nic nadzwyczajnego.

Kompletnie nic.

– Oszalałeś? – piszczę. – Chcesz tak spać?

– A co w tym dziwnego? Ciesz się, że włożyłem spodenki.

Wymijam go pospiesznie, a kilka sekund później zatrzaskuję za sobą drzwi.

Nie dożyję tego wesela.

Przykro mi, Em. To twoja wina.

Rozdział 4. Jedno łóżko

Adam

Nienawidzę brzoskwiń.

A tutaj są one wszędzie.

Dosłownie ktoś chyba łazi po mieszkaniu i rozrzuca owoce, żeby ten smród rozchodził się w każdym pokoju. Słodki i duszący odór.

Przechodzę przez sypialnię, by zasłonić okna, za którymi nadal jest widoczny zachód słońca. Nie będę mógł zasnąć przy tym świetle, więc mam nadzieję, że te pomarańczowe tkaniny coś…

Oczywiście, że nie zasłonią. Wzdycham poirytowany, gdy po zasunięciu zasłon wnętrze nadal jest rozświetlone. Może i trochę mniej, ale to jednak wciąż za jasno. Jeszcze nigdy nie zasnąłem wcześniej niż o północy, ale dzisiaj czuję, że odpadnę błyskawicznie. Jest zaledwie wpół do dziewiątej. Przeważnie o tej porze dopiero otwieram laptop.

Obracam się do łazienki, gdy niespodziewanie otwierają się drzwi. Przez próg przechodzi Lisa ubrana w… prawie nic.

– Do mnie miałaś problem, a sama jesteś goła – komentuję drwiąco.

– Spakowałam coś, w czym mogłabym poderwać jakiegoś przystojnego Włocha – odpowiada złośliwie. – Na moje nieszczęście trafiłeś się ty.

Dziewczyna pospiesznie przemyka przez pokój, jakby chciała się przede mną schować. Unoszę lekko kącik ust, czego nie widzi. Dopiero po chwili odwracam się w kierunku łóżka. Jedyne, co zauważam, to jasne włosy wystające spod kołdry po prawej stronie materaca.

Obchodzę powoli mebel, by w końcu położyć się po drugiej stronie. Niestety kołdra jest tylko jedna, więc pozostaje mi cienki koc, którym nakrywam się do połowy torsu. Zamykam oczy, a dłonie wsuwam pod głowę.

Nie wierzę, że moja własna siostra mnie w to wpakowała. Chciałbym wymyślić plan, który zakończyłby ten nieśmieszny cyrk, ale niestety nic, kurwa, nie przychodzi mi do głowy.

Nagle czuję ruch obok siebie, więc otwieram powieki i spoglądam na Lisę.

– Nie dam rady – skrzeczy pod nosem. – Ugotuję się.

– Słucham?

– Gorąco mi – odpowiada z westchnieniem. – Chciałam nakryć twarz, żeby na ciebie nie patrzeć, ale w tym cieple nie dożyłabym jutra.

Niechętnie sunę spojrzeniem po ciele dziewczyny. Ma krótką koszulkę i spodenki w kolorze jasnego różu. Materiał jest trochę prześwitujący, przez co widzę zdecydowanie za dużo. Do tego odnoszę wrażenie, że komplet jest za mały, bo bardzo przylega do jej bladej skóry.

Szybko się orientuję, że za długo się jej przyglądałem, więc odwracam głowę i zamykam powieki. Staram się nie zwracać uwagi na to, że Lisa co chwilę wzdycha głośno albo wierci się na materacu. Łóżko zaczyna trochę skrzypieć, ale to jej nie powstrzymuje. Przewraca się z boku na bok, co zaraz doprowadzi mnie do szału.

Sięgam na oślep do szafki nocnej, by sprawdzić telefon, ale nie mogę go wymacać. Podnoszę się i otwieram szufladę, choć dałbym sobie rękę uciąć, że go tam nie wkładałem. Dostrzegam foliowe opakowanie.

Prezerwatywa.

Nie wiem dlaczego, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to głupi żart Emmy. Zamykam głośno szufladę i zrezygnowany opadam z powrotem na materac.

Na szczęście zmęczenie zwycięża i w końcu zasypiam.

Nie budzi mnie odgłos chrapania, przewracania się czy krzyków. To promienie słoneczne sprawiają, że postanawiam otworzyć oczy, a pierwsze, co widzę, to puste miejsce obok. Podnoszę się gwałtownie i rozglądam po pokoju.

Gdzie jest Lisa? Czy może ten koszmar z wczoraj był tylko snem?

Opadam z powrotem na poduszki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałem tak długo. Przeważnie potrzebuję około siedmiu godzin snu. Spoglądam krótko na zegar zawieszony na ścianie i wzdycham głośno.

Jedenaście godzin.

Ja pierdolę. Spałem całe jedenaście godzin.

Wstaję powoli i niechętnie ruszam do otwartej łazienki. Na podłodze zauważam piżamę Lisy. Nie mogła jej odłożyć na miejsce? Przecież tuż obok stoi taboret i kosz. Opcji było kilka, a ona wybrała podłogę.

Kiedy pięć minut później wracam do sypialni, blondynka jest w pokoju i zamyka za sobą skrzypiące drzwi.

– Och, wstałeś – wzdycha cicho.

– Brzmisz, jakbyś była zawiedziona.

Widzę, jak uśmiecha się lekko, choć stara się to ukryć. Ma na sobie kolorową sukienkę, od której aż bolą oczy. Wygląda, jakby przyleciała tu na wakacje. Ja spakowałem jedynie garnitury i aż jeden dres. Mam przygotować salę do przyjęcia weselnego, więc traktuję to jako pracę. Ona raczej też nie będzie spacerowała, Emma chce, żeby przygotowała coś z menu.

W końcu Lisa jest cukierniczką.

– Em kazała ci przekazać, że zaraz będzie śniadanie – mówi cicho dziewczyna. – I następnym razem postaraj się mniej zgrzytać zębami w nocy, bo przez ciebie się nie wyspałam.

– Poproszę Caterinę o drugą kołdrę – oznajmiam twardo, po czym wymijam ją i schylam się do walizki leżącej na podłodze. – Koc jest za mały.

– Nie sądzisz, że zacznie coś podejrzewać?

Zerkam z ukosa na Lisę.

– Co niby? Chcę kołdrę, a nie numer do adwokata.

– Zakochani nie śpią pod osobnymi…

– Na szczęście my nie jesteśmy zakochani – przerywam jej podniesionym głosem. – Nie będę co noc walczył z tą szmatką.

Słyszę, jak prycha pod nosem, ale już nie zwracam na to uwagi. Wstaję z koszulą i spodniami w dłoniach, po czym idę do łazienki, by się ubrać. Kiedy wracam do pokoju, dziewczyna stoi z rękami założonymi na piersiach i zaciętą miną.

– Skoro jesteś taki stanowczy – zaczyna swobodnym tonem, powoli się do mnie zbliżając. Staje dosłownie krok przede mną z miną, która zwiastuje nadchodzącą kłótnię. – Dlaczego nie sprzeciwiłeś się Em? Czemu nie krzyknąłeś na nią, tak jak przed chwilą na mnie?

– Nie krzyknąłem na ciebie.

– Nie? Czyli krzyczysz jeszcze głośniej? Wspaniale, Blackford.

– Nie sprzeciwiłem się, bo nie chcę psuć ślubu własnej siostrze. W przeciwieństwie do ciebie jestem dorosły i potrafię zagryźć zęby, kiedy trzeba. Chociaż udawanie twojego narzeczonego jest moim największym…

– Błędem? – wtrąca wściekle. – To już kolejny błąd związany ze mną.

– O czym ty mówisz?

Nie dostaję odpowiedzi. Za to patrzę, jak Lisa się odwraca i w pośpiechu opuszcza sypialnię. Ucieka, a ja nie zamierzam jej gonić. Nie mam pojęcia, o co jej chodziło i o jakim błędzie mówi. Zależy mi jedynie na spokoju, więc jeszcze chwilę zostaję w pomieszczeniu. Na szybko sprawdzam pocztę i odpisuję na kilka wiadomości.

Kiedy schodzę do jadalni, domownicy zaczynają już zbierać brudne naczynia ze stołu. Oddycham z ulgą, że nie ma w pobliżu Cateriny, która pewnie wciskałaby mi posiłek. Nie jestem przyzwyczajony do jedzenia tak wcześnie. Przeważnie z rana piję czarną kawę, a zjadam coś dopiero na lunch.

– Och, wreszcie – jęczy z dezaprobatą Emma. – Trzeba było przyjść na kolację.

– Wiesz, że nie jem śniadań.

– Nadal się nie nauczyłeś zdrowych zasad żywieniowych? Najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia jest…

– Kawa – wtrącam z lekkim uśmiechem, co tylko bardziej ją wkurza. – Czarna, bez cukru. I najlepiej w dużym kubku.

– Nie ma dla ciebie ratunku – komentuje pod nosem moja siostra, po czym chwyta dzbanek stojący na środku stołu. – Kofeina to nie posiłek.

Zbliżam się do niej i zabieram kubek z czarnym napojem. Dopiero gdy upijam łyk, czuję, że moja głowa zaczyna pracować. Od pobudki nie mogłem się skupić i nie jestem pewny, czy przypadkiem nie pomyliłem klientów, odpisując przed chwilą na maile. To dziwne, bo ja nigdy nie miałem poczucia, że chciałbym odpocząć od pracy. Nie biorę urlopów, nie wyjeżdżam na wakacje. Cały swój czas poświęcam projektom, bo tak cholernie mocno kocham swój zawód. Gdybym zwolnił, moja rutyna poszłaby się jebać.

I właśnie tak się dzieje teraz.

Jestem w innym kraju. Mieszkam w jednym pokoju z dziewczyną, która mnie irytuje, a zamiast spędzać kilkanaście godzin dziennie przy laptopie, będę słuchał podekscytowanej siostry.