Wisząca dziewczyna - Jussi Adler-Olsen - ebook
Opis

W samym środku zasłużonej porannej drzemki w piwnicy komisariatu policji Carl Mørck, szef Departamentu Q, dostaje telefon od kolegi pracującego na wyspie Bornholm. Mørck nie jest zachwycony tym, że próbuje mu się wcisnąć nową sprawę, a kilka godzin później dowiaduje się czegoś, co sprawia, że także jego krnąbrna asystentka Rose wścieka się bardziej niż zazwyczaj. Carl nie ma wyboru – pod jego wodzą Departament Q będzie musiał się zmierzyć z tragiczną, niemal nierozwiązywalną sprawą pewnej siedemnastolatki, którą znaleziono wiszącą na drzewie. Śledztwo zaprowadzi ich na daleki Bornholm, w sam środek kultu słońca. Carl, Assad, Rose i Gordon, nowy członek ekipy, będą próbowali udaremnić serię kolejnych morderstw oraz powstrzymać utalentowanego manipulatora, który nie pozwoli, by coś – lub ktoś – stanęło mu na drodze. „Jussi Adler-Olsen jest w najwyższej formie”. Jyllands-Posten „Lektura obowiązkowa dla miłośników gatunku i fanów skandynawskich zagadek”. Booklist „To nie książka dla ludzi o słabych sercach, a dla czytelników, którzy lubią czarny humor i błyskotliwych bohaterów; pokochacie Departament Q”. Suspense Magazine

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 687

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Den grænseløse

Copyright © Jussi Adler-Olsen and JP/Politikens Hus A/S, København 2014

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Joanna Cymbrykiewicz

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-910-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Książkę dedykuję Vibsen i Elisabeth, dwóm silnym kobietom

prolog

20 listopada 1997

Wszędzie tylko szarość. Migoczące cienie i tkliwa ciemność otulały ją jak koc i ogrzewały.

We śnie opuściła ciało i unosiła się w powietrzu jak ptak, nie, raczej jak motyl. Niczym wielobarwne, roztrzepotane dzieło sztuki, istniejące tylko po to, by nieść radość i wzbudzać podziw. Niczym istota zawieszona między niebem i ziemią, której czarodziejski pył mógł przynieść światu nieskończoną miłość i zadowolenie.

Uśmiechnęła się do tej myśli, takiej pięknej i czystej.

Bezkresna czerń walczyła teraz nad nią ze stłumionym migotaniem, jakby bladych gwiazd. Było to miłe, prawie jak puls, dyrygujący dźwiękami wiatru i szelestem liści.

Nie mogła się poruszyć, ale też wcale nie chciała. Wówczas obudziłaby się po prostu ze snu, nagle otoczyłaby ją rzeczywistość, pojawiłby się ból, a kto by chciał bólu?

Przed oczami przemykały jej miriady obrazów z radosnych czasów. Migawki z nią samą i z bratem, gdy skakali z piaszczystych klifów, z rodzicami krzyczącymi, że mają przestać. Przestańcie! – wołali.

Dlaczego zawsze mieli przestać? Czy to właśnie nie tam, na klifach, po raz pierwszy poczuła się wolna?

Uśmiechnęła się, gdy piękne snopy światła przepływały pod nią jak ławice fluorescencyjnych ryb. Wprawdzie nigdy nie widziała zjawiska fluorescencji, ale tak to musiało wyglądać. Fluorescencja albo płynne złoto w głębokich dolinach.

O czym to myślała?

Czy nie o wolności? Tak, musiało chodzić właśnie o nią, bo jeszcze nigdy przedtem nie czuła się tak wolna. Motyl będący panem samego siebie. Lekki, otoczony pięknymi ludźmi, którzy jej nie dokuczają. Wyciągające się ze wszystkich stron ręce, które pchają ją do przodu, życząc jej tylko dobra. Porywające pieśni, których nigdy wcześniej nie śpiewano.

Westchnęła i uśmiechnęła się przelotnie, a strumień myśli prowadził ją wszędzie i nigdzie zarazem.

Wtedy przypomniała sobie szkołę i rower, lodowaty poranek, przede wszystkim zaś szczękanie zębami.

I w tym momencie dopadła ją rzeczywistość, serce wreszcie się poddało i przypomniała sobie też huk, kiedy uderzył w nią samochód, trzask pękających kości, chwytające ją gałęzie drzewa, spotkanie, które…

1

Wtorek 29 kwietnia 2014

– Hej, Carl, obudź się! Znów dzwoni telefon.

Carl spojrzał zaspanym wzrokiem na Assada w żółtym kostiumie przywodzącym na myśl przebranie karnawałowe. Gdy dziś rano zaczynał robotę, kombinezon miał kolor biały, a kędzierzawa głowa czarny, więc jeśli na ścianach znalazła się choćby odrobina farby, należało to poczytywać za cud.

– Zakłóciłeś mi wyjątkowo skomplikowany proces myślowy – powiedział Carl, niechętnie zdejmując nogi z biurka.

– Okej! Przepraszam! – W gąszczu dwudniowego zarostu Assada pojawiły się dołeczki. Co, u diabła, wyrażają te jego zadowolone, okrągłe oczy? Czyżby nutkę ironii?

– Wiem, że wczoraj byłeś zajęty do późna – ciągnął Assad. – Ale Rose dostaje szkwału, gdy telefon dzwoni bez przerwy, więc możesz go następnym razem odebrać?

Carl skierował wzrok na wpadające przez piwniczne okno jasne, ostre światło. „Uch, może je przyćmić tylko dym z papierosa” – pomyślał, sięgając po paczkę i kładąc nogi na biurko. Wtedy telefon znów się odezwał.

Assad ponaglił go gestem i zniknął w drzwiach. Ta dwójka głupoli z sąsiedztwa zaczęła się ostatnio zanadto rządzić.

– Mørck – ziewnął do leżącej na biurku słuchawki.

– Halo! – odezwał się głos.

Carl niedbałym gestem podniósł słuchawkę do ust.

– Z kim rozmawiam?

– Czy to Carl Mørck? – spytał głos z bornholmskim zaśpiewem.

Zdecydowanie nie był to dialekt, od którego Carlowi miękłyby kolana. Coś w rodzaju kiepskiego szwedzkiego z wieloma gramatycznymi nieporozumieniami, do tego użyteczny tylko na tej małej wysepce.

– Tak, mówi Carl Mørck. Chyba właśnie się przedstawiłem?

Po drugiej stronie rozległo się westchnienie, najwyraźniej pełne ulgi.

– Tutaj Christian Habersaat. Poznaliśmy się ponad dwadzieścia lat temu, ale pewnie mnie nie pamiętasz.

„Habersaat?” – pomyślał Carl. „Z Bornholmu?”

Próbował grać na zwłokę.

– Ależ tak, to znaczy…

– Pełniłem służbę na komendzie w Nexø, kiedy ty z jakimś przełożonym przyjechaliście tu przed laty, by zabrać aresztanta do Kopenhagi.

Carl wytężył pamięć. Pamiętał dobrze transport więźnia, ale Habersaata?

– Tak, faktycznie … – odparł, sięgając po papierosy.

– Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale może miałbyś chwilę, by mnie wysłuchać? Czytałem, że właśnie zamknęliście trudną sprawę cyrku w Bellahøj. Powinszowania, choć to musi być frustrujące, kiedy sprawca odbiera sobie życie przed zapadnięciem wyroku.

Carl wzruszył ramionami. Rose się faktycznie tym wkurzyła, ale Carl miał to gdzieś. Przynajmniej o jednego dupka na świecie mniej.

– Okej, ale nie dzwonisz z powodu tej sprawy? – Zapalił papierosa i odchylił głowę do tyłu. Była dopiero druga, trochę za wcześnie, by wystukać się z codziennego limitu ćmików, więc może lepiej go zwiększyć.

– I tak, i nie. Dzwonię zarówno z powodu tej właśnie sprawy, jak i z powodu wszystkich innych, które w imponującym stylu wyjaśniliście w ciągu ostatnich paru lat. Jak mówiłem, pełnię służbę w policji na Bornholmie, aktualnie w Rønne, ale na szczęście jutro przechodzę na emeryturę. – Próbował się zaśmiać, ale był to śmiech wymuszony. – Czasy się zmieniły i praca przestała sprawiać mi frajdę. Pewnie większość z nas się tak czuje, ale jeszcze dziesięć lat temu wiedziałem o wszystkim, co dzieje się w prawie całej centralnej części wyspy i na wschodnim wybrzeżu. Właściwie dlatego dzwonię.

Carl zwiesił głowę. Jeśli koleś chce wcisnąć im jakąś sprawę, to lepiej niech sobie odpuści już teraz. W każdym razie Mørck nie miał ochoty prowadzić dochodzenia na wyspie, której specjalnością są wędzone śledzie i która leży znacznie bliżej Polski, Szwecji i Niemiec niż Danii.

– Dzwonisz, żebyśmy spojrzeli na jakąś twoją sprawę? Bo jeśli tak, to obawiam się, że muszę odesłać cię do kolegów z wyższych pięter. W Departamencie Q mamy po prostu za dużo roboty.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem połączenie przerwano.

Zdezorientowany Carl wlepił wzrok w słuchawkę, po czym cisnął ją na miejsce. Skoro tak łatwo tego idiotę przepłoszyć, to na nic innego nie zasługuje.

Pokręcił głową i ledwie zdążył zamknąć powieki, kiedy to dziadostwo znów się rozdzwoniło.

Wziął głęboki wdech. Niektórym ludziom trzeba tłumaczyć wszystko dużymi literami.

– TAK?! – wrzasnął. Może kretyn się wystraszy i znów rzuci słuchawką.

– Yyy, Carl?! To ty? – Nie był to głos, którego się spodziewał.

Zmarszczył brwi.

– Mama? – spytał ostrożnie.

– Bardzo się przestraszyłam, kiedy tak ryknąłeś! Gardło cię boli, skarbeńku?

Carl westchnął. Wyprowadził się z domu ponad trzydzieści lat temu. Od tej pory miał do czynienia z agresywnymi przestępcami, alfonsami, podpalaczami, mordercami oraz wieloma zwłokami w różnych stadiach rozkładu. Został postrzelony. Ucierpiała jego żuchwa, grzbiet dłoni, życie prywatne i aspiracje społeczne prowincjusza z północnej Jutlandii. Trzydzieści lat temu strząsnął ziemię z gumiaków, przyobiecując sobie raz na zawsze, że sam będzie decydował o swoim życiu, a z rodzicami może mieć kontakt lub go nie mieć według własnego widzimisię. Jakim więc cudem, do cholery, matka wciąż jednym zdaniem umiała sprawić, że czuł się jak niemowlak?

Carl potarł oczy i wyprostował się na krześle. Zapowiada się bardzo długi dzień.

– Nie, mamo, wszystko w porządku. Po prostu są tu robotnicy, słabo słychać.

– Aha, dzwonię do ciebie z bardzo przykrego powodu.

Carl zacisnął usta, próbując wywnioskować coś z jej tonu. Czy jest smutna? Czy za sekundę powie mu, że ojciec nie żyje? Podczas gdy Carl nie był u nich od ponad roku?

– Tata nie żyje? – rzucił.

– Broń cię Panie Boże, skąd, ha, ha. Siedzi tu koło mnie i pije kawę. Dopiero co wrócił z chlewu, kastrował prosiaki. To twój kuzyn Ronny nie żyje.

Carl zdjął nogi z biurka.

– Ronny? Nie żyje? Jak to?

– Zasłabł nagle podczas masażu w Tajlandii. Czy to nie potworna wieść w taki piękny, wiosenny dzień?

„W Tajlandii podczas masażu” – powiedziała. No tak, czego się można było spodziewać?

Carl próbował znaleźć sensowną odpowiedź. Jakoś żadna mu się nie nasuwała.

– Owszem, potworna – stwierdził z przymusem, próbując odsunąć od siebie szpetne wyobrażenie nalanego cielska kuzyna w ostatniej, niewątpliwie przyjemnej, godzinie.

– Sammy tam leci, by przytransportować tu ciało i rzeczy Ronny’ego. Lepiej wszystko przywieźć do domu, nim rozwloką to po każdym kącie – stwierdziła. – Sammy jest zawsze taki praktyczny.

Carl skinął głową. Skoro sprawą zajął się brat Ronny’ego, to szykuje się sortowanie rodem z jutlandzkiej wsi: łajno na stertę, to, co wartościowe, do walizki.

Pomyślał o wiernej żonie Ronny’ego, dzielnej, drobnej Tajce, która zasługiwała na lepszy los. Ale po wizycie szwagra w udziale przypadną jej zapewne tylko bokserki w chińskie smoki. Tak to już jest.

– Ronny był żonaty, mamo. Sammy nie może ot, tak sobie zagarnąć wszystkiego dla siebie.

Zaśmiała się.

– Ach, znasz Sammy’ego, poradzi sobie. Poza tym zostaje tam na jakieś dziesięć, dwanaście dni. Mówi, że nic nie stoi na przeszkodzie, by wygrzać schabiki, skoro i tak jedzie tak daleko, no i jak zawsze ma rację. Zmyślny chłopak z tego kuzyna Sammy’ego.

Carl skinął głową. Na jedyną istotną różnicę między Ronnym i jego młodszym bratem Sammym składała się jedna samogłoska i trzy spółgłoski. Żaden mieszkaniec północnych fiordów nie miał wątpliwości co do ich pokrewieństwa, bo byli do siebie podobni jak dwie krople smarków. Gdyby jakiś producent filmowy nagle zapragnął zatrudnić chełpliwego, egocentrycznego i zupełnie nieobliczalnego fircyka w pstrokatej koszuli, to Sammy nadawał się do tej roli idealnie.

– Pogrzeb zaplanowali na dziesiątego maja tutaj w Brønderslev – ciągnęła matka. – Cudownie, że cię znów zobaczymy, synku.

Matka przeszła do mało zaskakującej wyliczanki codziennych aktywności rodziny rolniczej z północnej Jutlandii ze szczególnym uwzględnieniem hodowli trzody chlewnej i szwankującego biodra Mørcka seniora. Potem jak zwykle zmieszała z błotem polityków z Christiansborga i pomarudziła na jakieś inne, deprymujące tematy, ale Carl myślał tylko o nieładnych słowach z ostatniego maila Ronny’ego.

Mail miał zapewne stanowić groźbę pod jego adresem, co wyjątkowo zaniepokoiło i sfrustrowało Carla. W którymś momencie doszedł nawet do wniosku, że kuzyn zamierzał go szantażować za pomocą tych bredni. Czy aby nie należał do ludzi, którym mogłoby to przyjść do głowy? Poza tym przecież zawsze brakowało mu pieniędzy.

Mørckowi się to nie podobało. Znów ma się zajmować tym żałosnym oskarżeniem? Była to oczywiście wierutna bzdura, ale jak się mieszka w kraju Andersena, to człowiek wie, jak szybko piórko może stać się pięcioma kurami. A takie pięć kur na jego szanowanym stanowisku i do tego z szefem w osobie Larsa Bjørna raczej mu się nie marzyło.

Co ten Ronny kombinował, do cholery? Przy wielu okazjach bredził coś o tym, że zabił własnego ojca, co już samo w sobie było fatalne. Ale jeszcze gorsze było to, że idiota wciągnął w to bagno też Carla, twierdząc publicznie, że mordu dokonali we dwóch podczas wyprawy na ryby, a w swoim ostatnim niechlubnym mailu informował Mørcka, że spisał tę historię w formie książkowej i spróbuje ją opublikować.

Od tamtej pory Carl nic na ten temat nie słyszał, ale zasadniczo była to gówniana historia, której rychły koniec chętnie by zobaczył, szczególnie że facet nie żyje.

Znów sięgnął po papierosy. Nie ulega wątpliwości, że musi pojechać na ten pogrzeb. Wtedy okaże się pewnie, czy Sammy’emu udało się wydrzeć część spadku żonie Ronny’ego. Na Wschodzie sprawy spadkowe potrafiły kończyć się brutalnie i można oczywiście mieć nadzieję, że w tym przypadku też tak będzie. Ale wydawało się, że mała Tuputup, czy jak tam było żonie Ronny’ego, jest ulepiona z innej, lepszej gliny. Zapewne zechce zachować to, co jej przypadło w udziale, i to, co uciułała, a resztę odpuści, łącznie z rzekomymi ambicjami literackimi Ronny’ego.

Nie, wcale by się nie zdziwił, gdyby Sammy’emu udało się przytaszczyć te notatki ze sobą. W takim razie lepiej je przechwycić, zanim zaczną krążyć po rodzinie.

– Ronny był pod koniec życia dość bogaty, wiedziałeś o tym? – pisnęła matka gdzieś w tle.

Carl uniósł brwi.

– Coś takiego, serio? W takim razie można przyjąć, że handlował narkotykami. Jesteś pewna, że nie skończył z pętlą na szyi za grubymi murami tajlandzkiego więzienia?

– Och, synu. Zawsze byłeś takim zabawnym dzieckiem – zaśmiała się.

Dwadzieścia minut po rozmowie z bornholmskim policjantem w drzwiach stanęła Rose, ze źle skrywanym obrzydzeniem opędzając się od kłębów tytoniowego dymu.

– Carl, rozmawiałeś niedawno z inspektorem Habersaatem?

Wzruszył ramionami. Akurat o tej rozmowie specjalnie teraz nie myślał. Kto wie, co Ronny o nim ponawypisywał?

– Spójrz na to. – Rzuciła mu przed nos kartkę papieru. – Dostałam ten mail przed dwiema minutami. Może powinieneś do faceta zadzwonić?

Na wydruku widniały dwa zdania, które jeszcze bardziej popsuły nastrój w gabinecie na resztę dnia.

Departament Q był moją ostatnią nadzieją. Nie mam już siły.

C. Habersaat

Carl spojrzał na Rose. Kręciła głową jak jędza, która położyła krzyżyk na swoim małżeństwie. Nie podobało mu się takie podejście, ale z Rose lepiej nie zaczynać. Lepsze dwa uderzenia w policzek w ciszy niż dwie minuty marudzenia i problemów. Tak to między nimi funkcjonowało, a Rose była w głębi serca w porządku, choć czasami owa głębia okazywała się dość przepastna.

– Coś takiego! Ale skoro to ty dostałaś maila, weź to na siebie. Potem możesz mi powiedzieć, co z tego wynikło.

Zmarszczyła nos, aż popękała na nim warstwa bielidła.

– Wiedziałam, że to powiesz. Dlatego oczywiście natychmiast do niego zadzwoniłam, ale odezwała się poczta głosowa.

– Hm. W takim razie zakładam, że nagrałaś wiadomość, że zadzwonisz jeszcze raz, prawda?

Gdy potwierdziła, nad jej głową zawisła ciemna chmura i tak już zostało.

Dzwoniła pięć razy, ale gość po prostu nie odbierał.

2

Środa 30 kwietnia 2014

Zazwyczaj przyjęcia pożegnalne na cześć odchodzących pracowników odbywały się na komendzie policji w Rønne, ale właśnie tego Habersaat nie chciał. Od czasu gdy przeprowadzono reformę policji, dobre i zażyłe kontakty z miejscowymi obywatelami i wiedza o tym, co dzieje się na wschodnim wybrzeżu wyspy, ustąpiły miejsca nieustannemu jeżdżeniu tam i z powrotem ze wschodu na zachód. Nagle pomiędzy zdarzeniem a realną interwencją wyrosło ileś tam decyzji, które trzeba było podjąć. Traciło się czas, ślady się zacierały, sprawcy umykali.

– Nastały złote czasy dla szumowin – mawiał zawsze, jakby ktokolwiek chciał go słuchać.

Tak więc Habersaatowi w ogóle nie podobał się kierunek, w którym podąża społeczeństwo w skali globalnej i lokalnej. Nie chciał, by popierający ten system koledzy, którzy nawet go nie znają i nie mają pojęcia o czterdziestu latach jego wiernej służby, pojawili się na przyjęciu pożegnalnym jak stado baranów, udając, że składają mu wyrazy uznania.

W związku z tym podjął decyzję, że pożegnanie przebiegnie w scenerii miejscowej świetlicy w Listed, zaledwie sześćset metrów od jego domu. Zważywszy na to, co zaplanował na tę okazję, powinno to być pod wieloma względami właściwsze.

Stał przez chwilę przed lustrem, przyglądając się swojemu mundurowi galowemu i widząc fałdy, które utworzyły się w materiale w wyniku wieloletniego braku użytkowania. I kiedy starannie i niezdarnie prasował spodnie na desce, której nigdy przedtem nawet nie próbował rozłożyć, przesunął wzrokiem po pokoju, będącym niegdyś ciepłym i tętniącym życiem salonem jego rodziny.

Od tej pory upłynęło już prawie dwadzieścia lat i przeszłość miotała się teraz jak niespokojne, zagubione zwierzę między zwałami szpargałów i rupieci, o których nikt nie pamiętał.

Habersaat pokręcił głową. Patrząc wstecz, sam siebie nie rozumiał. Dlaczego dopuścił, by miejsce normalnych książek na regałach zajęły wszystkie te kolorowe segregatory? Dlaczego wszędzie walały się kserokopie i wycinki z gazet? Dlaczego skupił całe swoje życie na pracy, a nie na ludziach, którym kiedyś na nim zależało?

Choć jednak chyba rozumiał.

Schylił głowę, próbując dać wyraz uczuciom, które go nawiedziły, ale łzy nie popłynęły, może już dawno je wylał. Owszem, oczywiście, że wiedział, dlaczego wszystko się tak potoczyło. Przecież musiało.

Odetchnął głęboko, wygładził mundur na stole, wziął wysłużoną ramkę na zdjęcia i czule pogłaskał tkwiącą w niej fotografię, jak to czynił setki razy wcześniej. Gdyby tak mógł odzyskać stracone dni. Gdyby mógł zmienić swoją naturę, cofnąć decyzje i po raz ostatni poczuć bliskość swojej małżonki i dorosłego syna.

Westchnął. W tym pokoju, na kanapie kochał się ze swoją piękną żoną. Na tym dywanie kładł się ze swoim synkiem, gdy ten był całkiem malutki. To tutaj rozpoczęły się kłótnie i tutaj naszła go i pogłębiła się jego depresja.

W tym salonie jego żona w końcu napluła mu w twarz i raz na zawsze zostawiła go w życiu samego ze świadomością, że na drodze jego szczęścia stanęła banalna sprawa.

Owszem, kiedy to wszystko się zaczęło, stracił grunt pod nogami i wpadł w permanentne przygnębienie. A jednak nie potrafił odpuścić tej sprawy. Niestety, nie potrafił i były ku temu powody.

Wstał. Poklepał stertę notatek i wycinków, opróżnił popielniczkę i wyniósł śmieci z tygodniową porcją pustych, grzechoczących konserw. Na koniec sprawdził jeszcze raz kieszenie, czy aby o czymś nie zapomniał i czy mundur galowy leży, jak powinien.

Potem otworzył drzwi.

Mimo wszystko Habersaat spodziewał się, że na przyjęciu pojawi się więcej osób. Choćby ci, którym na przestrzeni lat pomógł w trudnych chwilach, ale może też ci, którym osłodził niesprawiedliwości i pomógł wyplątać się z trudnych sytuacji. W każdym razie oczekiwał, że zobaczy kilku dawnych kolegów, którzy odeszli ze służby w Nexø przed nim, i może też paru obywateli, którzy przez lata współtworzyli wraz z nim, tę małą społeczność. Ale gdy przekonał się, że karnie stawili się tylko przewodnicząca i księgowa stowarzyszenia mieszkańców, komendant policji i jego najbliżsi podwładni oraz reprezentant związku policjantów, nie licząc tych pięciu czy sześciu osób, które osobiście zaprosił, odpuścił długą przemowę i postanowił zdać się na los.

– Dziękuję, że przyszliście w ten piękny, słoneczny poranek – powiedział i skinął do swojego dawnego prawie sąsiada Sama, by zaczął filmować. Następnie nalał białego wina do plastikowych kubeczków i przesypał orzeszki i chipsy do foremek z folii aluminiowej. Jakoś nikt nie zaproponował, że mu pomoże.

Przysunął się o krok i zaprosił zebranych, by wzięli kubeczki. I kiedy zbierali się przed nim, dyskretnie wsunął rękę do kieszeni i odbezpieczył pistolet.

– Na zdrowie, drodzy państwo. – Skinął głową każdemu z osobna. – Tyle miłych twarzy w tym ostatnim dniu – mówił z uśmiechem. – Dziękuję, że mimo wszystko przyszliście. Przecież wiecie, przez co przeszedłem i że kiedyś byłem taki jak większość ludzi, a już na pewno policjantów. Jestem pewien, że ci z was, którzy jeszcze są w miarę na chodzie, wciąż pamiętają mnie jako cichego i spokojnego faceta, który potrafił przekonać rozsierdzonego rybaka, by wypuścił z pięści stłuczoną szyjkę butelki.

Sam podniósł przed kamerą wyprostowany kciuk, ale tylko jedna osoba z pozostałych kiwnęła głową. A jednak tu i tam spuszczone oczy potwierdzały jego słowa.

– Oczywiście jest mi przykro, że potem dałem się już poznać wyłącznie jako ktoś, kto zaharowywał się dla beznadziejnej sprawy i kto na koniec postawił krzyżyk na własnej rodzinie, przyjaźniach i radości życia. Chciałbym za to przeprosić, tak jak chciałbym przeprosić za swoje wieloletnie zgorzknienie. Powinienem był dać sobie spokój zawczasu. Jeszcze raz za to przepraszam.

Zwrócił się do przełożonych i uśmiech zniknął, a dłoń w kieszeni zacisnęła się na rękojeści pistoletu.

– Wam, koledzy, chciałbym powiedzieć, że piastujecie swoje stanowiska zbyt krótko, by ponosić osobistą odpowiedzialność za moje zgryzoty. Wykonujecie powierzoną wam pracę bez zarzutu, kierując się tym, co dyktują wam nierozumni politycy. Ale wielu waszych dawnych kolegów i poprzedników z innych czasów zawiodło swoim brakiem wsparcia nie tylko mnie. Zawiedli też młodą kobietę swoją obojętnością i bezmyślnością. Właśnie za ten zawód chcę teraz odpłacić pogardą temu systemowi, na którego straży stoicie, systemowi, przez który policja nie może rozwiązywać spraw, a przecież do tego nas powołano. Dziś liczą się statystyki, a nie dogłębne śledztwo. I mówię wam: niech mnie piekło pochłonie, ale nie przejdę nad tym do porządku dziennego.

Przedstawiciel związku policjantów zaprotestował cicho, jakżeby inaczej. Ktoś inny robił Habersaatowi wyrzuty, że taki ton nie przystaje do okazji.

On skinął głową. Mieli rację. To było nieodpowiednie, podobnie jak większość rzeczy, o których przez tyle lat im truł. Ale teraz już koniec. Trzeba postawić kropkę nad i, dopilnować, żeby koledzy nigdy nie zapomnieli tego dnia. I czy tego chciał, czy nie, wybiła godzina.

Wyszarpnął pistolet z kieszeni, w wyniku czego rozpierzchły się najbliżej znajdujące się osoby.

Przez krótką chwilę zobaczył lęk i przerażenie kumulujące się w ciałach jego przełożonych, kiedy skierował ku nim pistolet.

I stało się.

3

Noc minęła zwyczajnie, więc Carl rozpoczął pracę od walnięcia nóg na biurko, chcąc nadrobić zaległości w spaniu. Po zakończeniu spraw z minionych miesięcy, kolejny okres obfitował w wiele skrajnych uczuć. W sferze osobistej miesiące zimowe prezentowały się nieciekawie, a służbowa, wobec rosnącej od prawie trzech lat niechęci do podporządkowania się niepewnemu autorytetowi Larsa Bjørna, też nie przysparzała mu radości. Do tego jeszcze sprawa z Ronnym i niepewność, którą budziły te jego przeklęte bazgroły. W takich okolicznościach trudno się wyspać, co odbija się na kolejnym dniu. Jeśli to wszystko się radykalnie nie zmieni, Carl wykituje.

Wyjął ze sterty pierwszą lepszą teczkę, położył sobie na kolanach i chwycił długopis. Po wielu treningach wiedział już, jak podczas drzemki trzymać przedmiot pod takim kątem, by nie upuścić go na ziemię. A jednak upuścił długopis, gdy obudził go ostry jak brzytwa głos Rose.

Spojrzał nieprzytomnie na zegarek i stwierdził, że mimo wszystko udało mu się przespać prawie godzinę.

Przeciągnął się z zadowoleniem, ignorując jadowite spojrzenie współpracownicy.

– Właśnie rozmawiałam z policją w Rønne – powiedziała. – I na pewno nie będziesz zachwycony, jak się dowiesz, dlaczego.

– Aha. – Carl odłożył teczkę na biurko i schylił się po długopis.

– Godzinę temu inspektor Christian Habersaat pojawił się na przyjęciu pożegnalnym na swoją cześć w świetlicy w Listed, zaś przed pięćdziesięcioma minutami odbezpieczył pistolet i strzelił sobie w głowę na oczach dziesięciu zszokowanych osób. – Skinęła znacząco głową, gdy brwi Carla poszybowały do góry. – O jejku, co za fatalne zdarzenie, prawda? – podjęła kwaśno. – Kiedy komendant policji w Rønne wróci na komendę, to dowiem się czegoś więcej, bo był świadkiem tego zdarzenia. A na razie zamawiam bilety na najbliższy samolot.

– Okej, to naprawdę okropne, ale o czym mówisz? Samolot? Wybierasz się gdzieś, Rose? – Udawał, że nie rozumie, ale wiedział, do czego Rose zmierza. To chyba jakiś, kurde, żart. – Przykro mi słyszeć o tym Haber coś tam, ale jeśli sądzisz, że z tego powodu wpakuję się do puszki sardynek i polecę na Bornholm, to się grubo mylisz. Poza tym…

– Jeśli boisz się latać – przerwała Rose – to możesz zabukować bilety na prom z Ystad do Rønne na dwunastą trzydzieści. Ja tymczasem porozmawiam z komendantem. To mimo wszystko twoja wina, że musimy tam jechać, więc sam to zrób. Przecież zawsze mi każesz być samodzielną. Pójdę powiedzieć Assadowi, żeby przestał już mazać farbą w gabinecie dla asystenta i się przygotował.

Carl zacisnął powieki.

Czyżby się jeszcze nie obudził?

Ani jazda z Komendy Głównej do Ystad przez wiosenne południe Skanii, ani prawie półtoragodzinny rejs na Bornholm nie rozładowały urazy Rose.

Carl spojrzał na swoją twarz w lusterku wstecznym. Jeśli wkrótce nie zacznie uważać, to dzięki pozbawionym blasku oczom i ziemistej cerze upodobni się do swego dziadka.

Obrócił lusterko, przez co uzyskał nieskrępowany widok na skwaszoną minę Rose.

– Dlaczego z nim nie porozmawiałeś, Carl? – wyrzucała mu bezustannie z tylnego siedzenia. Gdyby miał szybę oddzielającą tył tak jak w limuzynie, na pewno by ją podniósł.

A teraz, gdy siedzieli w restauracji gigantycznego katamaranu, chłód syberyjskich wiatrów przetaczających się nad spienionymi grzbietami fal, na które Assad spoglądał z wielkim niepokojem, nie mógł się równać z chłodem Rose. Naprawdę zapamiętała się w tym nastroju.

– Nie wiem, Carl, jak się to nazywa, ale w mniej tolerancyjnych społeczeństwach to, co zrobiłeś Habersaatowi, można by uznać za zaniedbanie obowiązków służbowych…

Carl próbował ją zignorować. Rose to w końcu Rose. Ale gdy podsumowała swój wywód słowami „…albo nawet jako nieumyślne spowodowanie śmierci”, bomba wybuchła.

– Wystarczy już, kurwa! – krzyknął, uderzając pięścią w stół tak, że zadźwięczały szklanki i butelki.

Jednak to nie ciskające gromy spojrzenie Rose go uciszyło, lecz Assad, który kiwał na gości kafeterii, gapiących się na nich z ciastem domowej roboty drżącym na widelczykach.

– To aktorzy! – przeprosił Assad, uśmiechając się znacząco. – Robią próbę przed sztuką teatralną, ale obiecuję, że nie wyjawią, jak się kończy.

Widać było, że część widzów zaczęła się zastanawiać, gdzie, u diabła, widzieli tych aktorów.

Carl nachylił się nad stołem do Rose, starając się panować nad głosem. Na upartego była przecież do rzeczy. Ile razy pomogła jemu i Assadowi przez te wszystkie lata! On w każdym razie nigdy nie zapomni jej troski, kiedy trzy lata temu był bliski całkowitego wypalenia, pracując nad sprawą Marca. Nie, trzeba przejść do porządku dziennego nad jej dziwactwami, bo taka po prostu jest. Kiedy przyszło co do czego, potrafiła być czasem lekko niezrównoważona, ale jeśli chciało się jej pomóc w utrzymaniu równowagi, to lepiej było przyjąć od niej parę ciosów, inaczej konflikt się zaostrzał.

Wziął głęboki wdech.

– Posłuchaj, Rose. Nie myśl, że nie jest mi przykro z powodu tego, co się stało. Ale chciałbym ci przypomnieć, że to była decyzja Habersaata. Przecież mógł po prostu oddzwonić albo odebrać telefon, kiedy ty do niego dzwoniłaś. Gdyby uprzedził nas w mailu lub liście, czego od nas oczekuje, sprawy potoczyłyby się inaczej. Rozumiesz to, panno świętsza od samego papieża?

Uśmiechnął się ugodowo, ale coś w spojrzeniu Rose mówiło mu, że mógł sobie darować ostatnie zdanie.

Na szczęście w sukurs przyszedł mu Assad.

– Rose, rozumiem cię. Ale Habersaat popełnił samobójstwo i nic nie możemy już na to poradzić – zamilkł nagle, walcząc z mdłościami i spoglądając z nagłym smutkiem na grzbiety fal. – Więc może spróbujmy się dowiedzieć, dlaczego to zrobił? – kontynuował nieco matowym głosem. – Czy nie po to płyniemy na Bornholm tym dziwnym statkiem?

Rose skinęła głową, a dołeczki w jej policzkach pogłębiły się o milimetr. Mistrzowska gra aktorska.

Carl opadł na siedzenie, z wdzięcznością kiwając głową do Assada, którego twarz w ułamku sekundy potrafiła zmienić kolor z bliskowschodniego żaru na odcienie zieleni. Biedak, ale czego można się było spodziewać po kimś, kto dostaje choroby morskiej podczas pływania w basenie na dmuchanym materacu?

– Nie przepadam za pływaniem – wyznał ciszej, niż należało.

– W toaletach są torebki do rzygania – zakomunikowała oschle Rose, wyciągając przewodnik wydawnictwa Politiken W drodze na Bornholm.

Assad pokręcił głową.

– Nie, nie, czuję się dobrze, jakoś dam radę. Po prostu doszedłem do takiego wniosku.

Z tą parą nie szło się nudzić.

Bornholmska policja tworzyła zdecydowanie najmniejszy okręg policyjny z własnym komendantem i mniej więcej sześćdziesięcioma pracownikami. Na całej wyspie został tylko jeden posterunek, który, pracując dwadzieścia cztery godziny na dobę, musiał pełnić służbę na rzecz nie tylko czterdziestu pięciu tysięcy stałych mieszkańców, ale też sześciuset tysięcy turystów odwiedzających rocznie wyspę. Mikrokosmos liczący sobie niecałe sześćset tysięcy kilometrów kwadratowych ciemnej ziemi uprawnej, skał, kamieni i nieskończonej ilości dużych, a zwłaszcza małych atrakcji, które miejscowe stowarzyszenia turystyczne próbowały reklamować jako zupełnie wyjątkowe. Największy kościół rotundowy, najmniejszy, najlepiej zachowany, najstarszy, najbardziej okrągły, najwyższy. Wszystkie szanujące się społeczności posiadały właśnie to, co czyniło wyspę wyjątkowo godną obejrzenia.

Rośli policjanci w recepcji poprosili ich o chwilę cierpliwości. Na promie, którym przypłynęli, znajdował się drastycznie przeładowany pojazd, więc trzeba było się tym zająć.

„To jasne, że przy tak potwornej zbrodni wszystko inne schodzi na dalszy plan” – pomyślał Carl z krzywym uśmieszkiem, gdy jeden z nich wstał i wskazał im drzwi, którymi mieli wyjść.

Odpicowany na galowo komendant podjął ich w sali konferencyjnej ciastkami i mnóstwem filiżanek kawy. Tutaj człowiek nie miał wątpliwości, kto piastuje funkcję i cieszy się autorytetem; wątpliwości nie budził też fakt, że ich obecność, mimo powagi sytuacji, dziwiła miejscowego szefa.

– Przebyliście daleką drogę – oświadczył, mając zapewne na myśli to, że zbyt daleką. – Owszem, nasz kolega Christian Habersaat niestety popełnił samobójstwo. To naprawdę okropny sposób odejścia – ciąg­nął mocno poruszony. Carl znał takie obrazki. Policjanci mający za sobą ścieżkę akademicką, z pozostałymi duńskimi komendantami na czele, nigdy nie mieli okazji ubrudzić sobie rączek, przez co nie należeli do tych osób w służbach, które dobrze znoszą widok mózgu kolegi rozbryzgującego się na ścianie.

Carl skinął głową.

– Wczoraj po popołudniu rozmawiałem chwilę z Christianem Habersaatem. Wiem tylko, że chciał, bym zainteresował się jakąś sprawą i włączył się w nią. Chyba nie wysłuchałem go wystarczająco uważnie. Dlatego tu jesteśmy. Odnoszę wrażenie, że nie będziemy wam zbytnio przeszkadzać, jeśli przyjrzymy się temu dokładniej. Mam nadzieję, że przyzna mi pan rację.

Jeśli zmrużone oczy i skierowane w dół kąciki ust oznaczały „tak” po bornholmsku, to jeden aspekt sprawy był już załatwiony.

– Może potrafiłby mi pan powiedzieć, do czego Habersaat odnosił się w swoim mailu do nas? Pisze, że Departament Q to jego ostatnia nadzieja.

Komendant pokręcił głową. Zapewne by potrafił, tylko po prostu nie chciał. Miał od tego ludzi.

Gestem przywołał do siebie policjanta w mundurze galowym.

– Oto komisarz John Birkedal. Urodził się na wyspie i znał Habersaata na długo, zanim objąłem swoją funkcję. Z naszej komendy tylko John, ja i przedstawiciel związku policjantów uczestniczyliśmy w przyjęciu Habersaata.

Jako pierwszy wysunął rękę Assad.

– Proszę przyjąć kondolencje – rzekł.

Skonsternowany Birkedal odwzajemnił uścisk dłoni, po czym zwrócił na Mørcka spojrzenie, które wydało mu się znajome.

– Cześć, kopę lat – powiedział, podczas gdy Carl usiłował zapanować nad odruchem ściągania brwi.

Mężczyzna miał niewiele ponad pięćdziesiąt lat, więc był właściwie rówieśnikiem Mørcka i mimo zarostu i ciężkich jak ołów powiek wyglądał na kogoś, kogo Carl powinien znać. Gdzie, do diabła, już go widział?

Birkedal się roześmiał.

– Oczywiście, że mnie nie pamiętasz. Chodziłem do Szkoły Policyjnej na Amager rok niżej od ciebie. Przypomnę ci tylko, że graliśmy razem w tenisa i wygrałem trzy razy z rzędu. Potem nagle ci się odechciało.

Czy to Rose zarechotała za jego plecami? Ze względu na nią samą miał nadzieję, że nie.

– Ta-ak. – Carl uśmiechnął się z przymusem. – Wcale mi się nie odechciało, ale zdaje się, że kostka odmówiła mi posłuszeństwa – ciąg­nął, w najmniejszym stopniu nie przypominając sobie tego epizodu. Jeśli faktycznie zdarzyło mu się grać w tenisa, to na szczęście ten błąd spowiła mgła zapomnienia.

– Sprawa z Christianem to był szok – podjął na szczęście sam z siebie komisarz. – Ale od wielu lat był przygnębiony, choć na co dzień nie odczuwaliśmy tego zanadto na komendzie. Nie sądzę, by można było mu coś zarzucić jako policjantowi, prawda, Peter?

Komendant posłusznie się zgodził.

– Ale w domu w Listed sprawy Habersaata przedstawiały się inaczej. Był rozwiedziony i mieszkał sam, ciągle głowił się nad pewną starą sprawą. Jej wyjaśnienie postawił sobie za swój życiowy cel, choć nie pracował w policji kryminalnej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to była banalna sprawa ucieczki z miejsca wypadku, ale jako że wypadek kosztował życie młodą dziewczynę, to aż taki banalny znowu nie był.

– Okej, ucieczka z miejsca wypadku. – Carl wyjrzał za okno. Znał takie sprawy. Albo rozwiązuje się je od razu, albo się je archiwizuje. Ich pobyt na wyspie będzie krótki.

– I nigdy nie odnaleziono sprawcy, zgadza się? – spytała Rose, podając mu rękę.

– Tak, zgadza się. Gdyby go zidentyfikowano, pewnie Christian by dziś żył. No, ale czas na mnie. Pewnie sobie wyobrażacie, że w związku z dzisiejszym wydarzeniem mamy do załatwienia masę formalności, nie wspominając o rozmowie z prasą, którą musimy odfajkować na dzień dobry. Ale może zajrzę później do waszego hotelu, żeby odpowiedzieć na pytania?

– Wy pewnie z policji w Kopenhadze – stwierdziła bez sentymentu recepcjonistka Sverres Hotel, pewną ręką podając im klucze do pokojów, zapewne najmniej efektownych spośród tych, którymi dysponowała. Rose niewątpliwie jak zwykle będzie się targować o cenę.

Nieco później znaleźli komisarza Johna Birkedala w salonie za jadalnią, na fotelu ze sztucznej skóry. Z piętra rozciągał się widok na przemysłową część portu i zaplecze supermarketu Brugsen; nie był to piękny widok. Całości dopełniłoby tylko kilka autostrad. Zdecydowanie nie było to najlepsze miejsce na tworzenie przewodnika o tej skądinąd bajecznej wyspie.

– Będę z wami szczery. Właściwie to nie znosiłem Habersaata – wyznał Birkedal. – Ale widok kolegi strzelającego sobie w głowę, bo czuł, że nie sprostał swoim zadaniom, był naprawdę bolesny. W karierze policjanta doświadczyłem wielu rzeczy, a obawiam się, że ta właśnie zapadnie mi głęboko w pamięć. To było naprawdę straszne.

– Jasne – odparł Assad. – Ale proszę wybaczyć, nie wiem, czy dobrze rozumiem. Mówi pan, że on strzelił sobie z pistoletu w głowę. To chyba nie był jego pistolet służbowy?

Birkedal pokręcił głową.

– Nie, zgodnie z zasadami zostawił go w sejfie tuż przed zdaniem odznaki i kluczy do komendy. Nie wiemy dokładnie, skąd miał ten pistolet, ale w każdym razie była to beretta 92, kaliber dziewięć milimetrów. Noszenie jej przy sobie to nieciekawa sprawa. Ale pewnie znacie serię Zabójcza broń z Melem Gibsonem?

Żadne z nich nie odpowiedziało.

– Aha, tak czy siak to stosunkowo duże i ciężkie bydlę. Kiedy wyciągnął go i wycelował we mnie i w komendanta, w pierwszej chwili myślałem, że to atrapa. Nie miał pozwolenia na tego typu broń, ale wiemy, że podobna beretta zginęła pięć, sześć lat temu z mieszkania po zmarłej osobie w okolicach Aakirkeby. Nie mamy jak sprawdzić, czy to ta sama broń, bo jej właściciel nie miał na nią papierów.

– Z domu po zmarłej osobie? W dwa tysiące dziewiątym? – spytała Rose z uśmiechem, po czym zrobiła dzióbek. Czyżby John Birkedal był w jej typie?

– Tak, jeden z nauczycieli z uniwersytetu ludowego1 zmarł w trakcie kursu. Zdaniem lekarza, który wykonał sekcję zwłok, była to śmierć z przyczyn naturalnych, spowodowana dolegliwościami sercowymi, ale mimo to Habersaat wyjątkowo zainteresował się tym zgonem, kiedy trzeba było przeszukać mieszkanie. Według kilku wcześ­niejszych uczniów i nauczycieli, zmarły, Jakub Swiatek, pasjonował się bronią ręczną i przy kilku okazjach pokazywał uczniom pistolet, którego opis pasował do pistoletu użytego przez Habersaata dziś rano.

– Hm, takiej półautomatycznej broni nie widuje się na co dzień, więc mam pytanie – wypalił Assad. – Czy to był podstawowy model beretty, czy może 92S, 92SB czy 92F, FG lub FS? Bo nie mogła to być beretta 92A1, jako że ta seria ukazała się dopiero w 2010.

Carl powoli obrócił głowę do Assada. O czym, do diabła, ten koleś mówi? Czyżby był też ekspertem od berett?

Birkedal pokręcił głową w podobnym tempie; czyli on też nie miał zielonego pojęcia na ten temat. Ale zapewne się dowie, nim słońce zajdzie nad portem w Rønne.

– Hm, może powinien zreasumować, o co Habersaatowi chodziło i przez co w ogóle przeszedł – ciągnął Birkedal. – Potem możecie dostać klucze do jego domu i kontynuować na własną rękę. Dziś wieczorem zostawimy je w recepcji. Konsultowałem się z komendantem, zostawia właściwie wszystko w waszej gestii. Myślę, że nasi koledzy kończą już pracę w jego domu, więc możecie zaczynać. Musieliśmy najpierw sprawdzić jego miejsce zamieszkania; mógł zostawić listy czy coś w tym stylu, co wyjaśniałoby powody tego drastycznego kroku. No ale przecież wiecie to wszystko. W końcu to wy macie więcej doświadczenia w takich sprawach.

Assad siedział już z uniesionym palcem, ale Carl powstrzymał go spojrzeniem. Co za różnica, czy ten dureń strzelił sobie w łeb takim czy innym pistoletem. Z jego punktu widzenia przyjechali na to wygwizdowo wcale nie po to, by wyjaśnić, dlaczego Habersaat popełnił samobójstwo, ale przede wszystkim po to, by Rose zrozumiała, że sprawa, którą według niej Carl powinien był zdjąć z barków Habersaata, powinna obchodzić ich tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Birkedal opowiedział, że dla około pięćdziesięciu kursantów w wieku od osiemnastu lat wzwyż, zapisanych na semestr zimowy uniwersytetu ludowego na Bornholmie, gdzie realizowali kursy w czterech dziedzinach: muzyka, szkło, akryl lub glina, dwudziesty listopada 1997 był zupełnie zwyczajnym dniem szkolnym. Nastroje panowały pogodne, żadnych zagrożeń. Normalne grono, składające się w przeważającej części z młodych, radosnych ludzi, czerpiących przyjemność z bycia razem.

Jeszcze nie wiedzieli, że Alberte, najmilsza, najładniejsza i zapewne też najbardziej podziwiana dziewczyna w szkole, zginęła tego poranka pod kołami samochodu.

Minęło nieco więcej niż doba, nim znaleziono ją na drzewie przydrożnym – utknęła tak wysoko, że ledwie było ją widać. Człowiekiem, który na własne nieszczęście uniósł wzrok dokładnie w momencie, gdy mijał to drzewo samochodem, był inspektor oddziału prewencji w Nexø Christian Habersaat.

Widok szczupłego, bezwładnego ciała wiszącego na gałęzi wrył się od razu w jego świadomość, podobnie jak nieodgadnione spojrzenie, które na zawsze zastygło na twarzy dziewczyny.

Pomimo znikomej liczby śladów uznano, że ofiara znalazła się na drzewie wskutek drastycznego wypadku samochodowego. Była to paskudna historia, pod żadnym względem nieporównywalna z innymi przypadkami ucieczki z miejsca wypadku w najnowszych dziejach Bornholmu.

Szukano śladów hamowania, ale żadnych nie znaleziono. Śledczy mieli nadzieję, że znajdą resztki lakieru na ubraniu dziewczyny, ale na próżno. Rozpytywano ludzi mieszkających nieopodal szosy, ale nikt nie potrafił nic konkretnego powiedzieć. Ktoś tylko słyszał, jak jakiś samochód, pędząc z zawrotną prędkością, wjechał na drogę główną.

Ponieważ zgon uznano za podejrzany, a może z braku innych spraw, rozpoczęto metodyczne polowanie na pojazdy z wgnieceniami na przodzie, o niewyjaśnionym pochodzeniu. Było to o dobę za późno, ale przez cały tydzień wszystkie samochody wjeżdżające na prom do Szwecji i Kopenhagi poddawano skrupulatnej kontroli, a dwadzieścia tysięcy bornholmskich aut wezwano na oględziny na stacje kontroli pojazdów w Rønne i Nexø.

Pomimo tych utrudnień społeczność lokalna wykazała zadziwiające zrozumienie i aktywnie współdziałała, tak że żaden turysta nie był w stanie przemknąć na czterech kołach, nie ryzykując, że maska jego samochodu zostanie poddana czujnym oględzinom.

– I te wszystkie wysiłki nie przyniosły żadnych rezultatów. – Birkedal wzruszył ramionami.

Personel Departamentu Q spojrzał na komisarza ze zmęczeniem. Komu chce się zabierać za rachunek, którego wynik, bez względu na to, co się zrobi, wychodzi zawsze na zero?

– Czyli macie pewność, że śmierć nastąpiła w wyniku wypadku komunikacyjnego? – spytał Carl. – Może to było coś innego? Na co podczas sekcji zwłok wskazywały obrażenia? I co znaleźliście w miejscu wypadku?

– Dowiedzieliśmy się tylko, że Alberte prawdopodobnie żyła jeszcze chwilę po tym, jak ją podrzuciło do góry. Poza tym złamania, krwotoki zewnętrzne i wewnętrzne, to co zwykle. No i znaleźliśmy rower, którym jechała. Znajdował się spory kawałek dalej w krzakach, powyginany tak, że trudno było go poznać.

– Czyli pojechała tam rowerem – powiedziała Rose. – Macie go jeszcze?

Komisarz Birkedal wzruszył ramionami.

– To było siedemnaście lat temu, zanim tu nastałem, więc nie wiem. Prawdopodobnie nie.

– Byłoby mi bardzo miło, gdyby zechciał pan wyświadczyć mi przysługę i się upewnić – poprosiła Rose z najsłodszym uśmiechem na ustach i spuszczonym wzrokiem.

Birkedal odchylił głowę do tyłu. Przystojny żonaty mężczyzna wie, kiedy zaczyna stąpać po kruchym lodzie.

– Skąd pewność, że odrzuciło ją na drzewo? – spytał cicho Assad. – Nie mogła zostać tam wciągnięta? Czy na gałęziach nad ciałem szukano śladów olinowania? Może zawieszono tam takielunek?

Czy Assad powiedział „olinowanie” i „takielunek”? Dość szczególne słowa w jego ustach.

Birkedal kiwnął głową, bo przecież pytania były sensowne.

– Nie, technicy nie znaleźli niczego, co by na to wskazywało.

– Możecie nalewać sobie napoje z termosów w jadalni – rozległ się w drzwiach głos właścicielki hotelu.

Nie minęła sekunda, a czarna jak smoła kawa popłynęła do Assadowej filiżanki, podczas gdy on sam sypał do niej cukier prosto z cukierniczki. Jakim cudem jego sfatygowane kubki smakowe były w stanie sprostać wszystkim cudacznym wyzwaniom, na które je narażał?

Reszta pokręciła głowami, gdy zaproponował, że im też naleje.

– Jak to możliwe, że po wypadku nie zostały żadne ślady? – spytał, mieszając w filiżance. – Przecież powinniście znaleźć choćby ślady hamowania? Może w tych dniach padało?

– Nie, z tego, co mi wiadomo, to niespecjalnie – odparł Birkedal. – Raport podaje, że nawierzchnia była dość sucha.

– A co z kierunkiem, w którym ją odrzuciło? – podjął Carl. – Zbadano tę kwestię gruntownie? Czy na trasie, którą przebyło ciało, znaleziono połamane gałęzie? Może dało się coś wywnioskować z ułożenia zwłok na drzewie czy pozycji stojącego w krzakach roweru?

– Na podstawie zeznań świadków, starszego małżeństwa mieszkającego nieco dalej, w gospodarstwie na zakręcie, wywnioskowano, że pojazd nadjechał rano z kierunku zachodniego i minął ich dom. Starsi państwo nie widzieli samochodu, ale słyszeli, jak przed ich domem auto zupełnie bez powodu przyspiesza i rusza pełnym gazem w kierunku ostatniego zakrętu przed punktem, w którym znajdowało się drzewo. Jesteśmy przekonani, że ci ludzie słyszeli sprawcę wypadku i że samochód uderzył przodem w stojącą przy drzewach dziewczynę, a potem pojechał dalej w stronę przebiegającej prostopadłej drogi głównej, nawet nie zmniejszając prędkości.

– Na czym opiera się to przekonanie?

– Na zeznaniach świadków i doświadczeniu techników z innych wypadków komunikacyjnych.

– Aha. – Carl pokręcił głową. Ciągle tylko kolejni znajomi i nieznajomi. Miał już dość myślenia na ten temat. Nagle zatęsknił za biurkiem w piwnicy Komendy Głównej.

– Kim była ta dziewczyna? – padło nieuniknione pytanie. Znając odpowiedź, nie można było tak po prostu obrócić się na pięcie.

– Alberte Goldschmid. Mimo pretensjonalnego nazwiska była zupełnie zwyczajną dziewczyną. Jedną z tych, co to nagle poczują wolność, gdy mama i tata są daleko, i odreagowują. Może nie była rozwiązła, ale lubiła poeksperymentować, kiedy nadarzyła się okazja. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że wykorzystała intensywnie tych kilka tygodni, które tu spędziła.

– Intensywnie? To znaczy? – spytała Rose.

– Kilku chłopaków tu i tam.

– Okej, była w ciąży?

– Raport z sekcji mówi, że nie.

– I zapewne nie mam po co pytać o obce DNA na jej zwłokach? – indagowała.

– To było w dziewięćdziesiątym siódmym roku, mam mówić dalej? Trzy lata przed stworzeniem centralnej bazy śladów DNA. Nie sądzę, by szukano jakoś intensywnie. Ale nie, nie znaleziono na jej ciele śladów nasienia ani fragmentów naskórka pod paznokciami. Była czysta jak ktoś, kto dopiero się wykąpał i najprawdopodobniej właśnie tak było, skoro wzięła rower, jeszcze zanim uczniowie zebrali się przy śniadaniu.

– Nie wiem, czy dobrze rozumiem – odezwał się Carl. – Nic nie wiecie, zgadza się? To historia zabójstwa w zamkniętym pokoju, a Habersaat był waszym miejscowym Sherlockiem Holmesem, któremu tym razem się nie udało?

Birkedal znów wzruszył ramionami. Na to też nie miał odpowiedzi.

– No dobrze. – Assad jednym ruchem wlał w siebie gorącą kawę. – Czas zakończyć biesiadę.

Naprawdę to powiedział?

Rose niezrażona zwróciła się do Birkedala, znów z tym swoim słodkim jak miód uśmiechem.

– Teraz nasza trójka przeczyta sobie w spokoju wszystkie materiały, które pan dla nas przywiózł; zajmie nam to prawdopodobnie godzinkę czy dwie. Kiedy skończymy, będziemy chcieli podpytać o śledztwo Habersaata, jego życie i śmierć.

Na stoicko spokojnej twarzy Birkedala pojawił się cień uśmiechu. Było widać wyraźnie, że jeśli o niego chodzi, mogą sobie robić, co im się żywnie podoba, pod warunkiem, że nie będą go w to mieszać.

– Sądzi pan, że natkniemy się na coś, co powinno było zostać już dawno odkryte? Coś, co zbliży nas do rozwiązania zagadki dziewczyny na drzewie? – drążyła Rose.

– Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że tak. W końcu Habersaat zakładał, że sprawca nie zabił Alberte nieumyślnie i że nie była to też ucieczka z miejsca wypadku. To było zabójstwo – powiedział. – Habersaat nie tylko starał się ze wszystkich sił znaleźć dowody na poparcie swojej teorii, ale chciał też wytropić samego sprawcę. Nie wiem właściwie, na czym się opierał, ale o tym powiedzą wam więcej inni policjanci, nie mówiąc już o jego byłej żonie.

Przesunął po stole plastikowe pudełko.

– Muszę już wracać na komendę, ale obejrzyjcie to DVD. Będziecie wiedzieli więcej na temat jego śmierci – oznajmił. – Nagrał je jeden z przyjaciół Habersaata zaproszony na przyjęcie. Ma na imię Villy, ale nazywamy go tutaj Wujem Samem. Zapewne macie ze sobą laptopy, więc możecie na nich odtworzyć tę płytę. Miłego oglądania, jeśli można tak powiedzieć – uniósł się raptownie.

Carl dostrzegł, że gdy Birkedal się oddalał, spojrzenie Rose przywarło do jego dobrze wytrenowanych pośladków.

Nie był to wzrok, który spodobałby się żonie Birkedala.

Żona Habersaata tak radykalnie zerwała z przeszłością, że nie tylko pozbyła się nazwiska męża, ale też wszystkiego, co mogło jej się z nim kojarzyć. Nie kryła tego, gdy Carl próbował porozmawiać z nią przez telefon.

– I jeśli pan myśli, że mam ochotę spowiadać się przed kimś z naszych problemów tylko dlatego, że on nie żyje, to się pan myli. Chris­tian zostawił rodzinę w bardzo trudnym czasie, kiedy ja, a szczególnie jego syn, wyjątkowo potrzebowaliśmy jego uwagi, a teraz poniósł konsekwencje wszystkich swoich niewłaściwych wyborów i stchórzył, popełniając samobójstwo. Jeśli chcecie posłuchać o największej namiętności jego życia, to idźcie gdzie indziej, bo ode mnie niczego się nie dowiecie.

Carl spojrzał na Rose i Assada, którzy gestami dawali mu znak, że ma się nie poddawać. A co innego mu pozostało?

– Chodzi pani o to, że jego jedyną namiętnością była sprawa Alberte, a może wręcz kochał się w ofierze?

– Ech, wy gliniarze nigdy nie odpuszczacie, co? Przecież powiedziałam, że macie mnie zostawić w spokoju. Żegnam. – Kliknięcie obwieściło, że rozmowa dobiegła końca.

– Ona wiedziała, że jest na głośnomówiącym – stwierdził Assad. – Trzeba było do niej pojechać, mówiłem.

Mørck wzruszył ramionami. Może i Assad miał rację, ale było już późno, a zdaniem Carla istniały dwa typy świadków, od których należy trzymać się z daleka, chyba że nie ma wyboru: ci, którzy mówią za mało, i ci, którzy trzymają język za zębami.

Rose postukała w swój notes.

– Tu jest adres syna Habersaata, Bjarkego. Wynajmuje pokój w północnej części Rønne, więc dotrzemy tam w dziesięć minut. To jak, jedziemy?

Decyzja zapadła; Rose już stała gotowa do wyjścia.

4

Dom na Sandflugtsvej położony był w pewnej odległości od ulicy. Portfenetr nadawał mu wytworności. Tutaj zwracano uwagę zarówno na kołatki do drzwi, jak i mosiężne tabliczki i wystrzyżone trawniki. Jeździło się tu świeżo wypucowanymi volkswagenami polo, autami francuskimi, a na potrzeby domowe również terenówkami. Wszystko to stanowiło symbole statusu do potęgi entej w prowincjonalnej części Danii.

Na drzwiach było tylko jedno nazwisko, Nelly Rasmussen.

– Owszem, Bjarke Habersaat tu mieszka – powiedziała gospodyni z gorącym naciskiem na Bjarke, stojąc w półotwartych drzwiach jak kocica, ze szmatką do kurzu wetkniętą w rowek między piersiami i dymiącym papierosem w dwóch sterczących palcach. – Ale nie myślcie sobie, że jest w nastroju, by z wami rozmawiać – rzuciła z miną profesjonalnej gospodyni, na której odznaka policyjna Carla nie robiła żadnego wrażenia. Ocenił, że kobieta ma mniej więcej pięćdziesiąt pięć lat. Niebieski fartuch, pofarbowane metodą domową włosy z trwałą ondulacją, jaśniejsze na końcach. Niemiłosiernie krzywy tatuaż na nadgarstku miał zapewne na celu przydać jej egzotyki. Bezskutecznie.

– Moim zdaniem powinniście okazać zrozumienie i pozwolić mu uporać się z szokiem. W końcu przed zaledwie paroma godzinami jego ojciec, świeć Panie, odebrał sobie życie.

Assad postąpił krok do przodu.

– To bardzo miłe, że jest pani taka uprzejma wobec swojego lokatora i tak się nim pani opiekuje. Ale co by było, gdybyśmy mieli ze sobą list pożegnalny od jego ojca? Nie byłoby pani szkoda, gdyby go nie dostał? Albo gdyby jego matka też popełniła samobójstwo? Naprawdę pani sądzi, że gdyby tak było, to moglibyśmy to pani powiedzieć? A jeśli przyszliśmy, by zaaresztować Bjarkego za podpalenie? Czy to w porządku, że stoi pani na tych swoich szpilkach i śmieje się w nos funkcjonariuszom na służbie wykonującym swoją pracę?

Gdy trawiła wszystkie te informacje i przestudiowała wszystkie zmarszczki widoczne na uśmiechniętym obliczu Assada, na jej twarzy pojawił się grymas. Może dodatkowo zbił kobietę z tropu fakt, że Assad ujął ją za rękę i poklepał, zapewniając, że dobrze rozumie, jak na nią wpływa obecność lokatora pogrążonego w tak głębokim smutku. W każdym razie poluzowała uścisk na klamce i pozwoliła Carlowi czubkiem buta otworzyć drzwi na oścież.

– Bjaaaaarke! – zawołała niechętnie na piętro. – Masz gości! – I zwróciła się do nich. – Postójcie przez minutkę na korytarzu, zanim wejdziecie na górę, i poczekajcie, aż sam otworzy, dobrze? Bjarke czasami bywa niedysponowany, ale mam nadzieję, że w tej sytuacji spojrzycie na to przez palce. Ja tak w każdym razie robię, możecie mnie nazwać hipokrytką, ale tak właśnie robię.

Niedyspozycję dało się wyczuć już w połowie schodów. Właściwie śmierdziało tu jak w haszbarze gdzieś na Nørrebro w czwartkowy wieczór po wypłacie zasiłków socjalnych.

– Marihuana – zawyrokował Assad. – Ładny, mocny zapach, nie taki duszący i kwaśny jak hasz.

Carl ściągnął brwi. Też mi znawca. Nieważne – marihuana czy hasz. Przecież zapach upadku moralnego zawsze jest smutny.

– Pamiętajcie, by zapukać – dobiegło ich z dołu.

Najwyraźniej nie dotarło to do narządu słuchu Assada, bo bez ceregieli chwycił za klamkę i otworzył drzwi.

Stanął w progu jak wryty, a Carl zrozumiał, dlaczego, gdy wsunął się za nim do środka.

– Rose, poczekaj chwilę – polecił, próbując ją powstrzymać.

Bjarke siedział z podciągniętymi pod siebie nogami, oparty na wielkim, sfatygowanym fotelu. Był zupełnie goły, a w ręce trzymał butelkę rozpuszczalnika.

Był nie tylko nagi; był też zupełnie martwy, co nietrudno było stwierdzić nawet z tej odległości, choć silne promienie słońca ledwie przedzierały się przez gęste kłęby dymu. Przeciąwszy tętnice, Bjarke zakończył swe życie z półprzymkniętymi oczami i marzycielskim spojrzeniem. Nie była to trudna śmierć.

– Assad, wcale nie wyczułeś marihuany, tylko połączenie haszyszu i rozpuszczalnika.

– Przestańcie mi zasłaniać! – warknęła z tyłu Rose, próbując wepchnąć się między nimi do środka.

– Rose, nie wchodź tu, to nie jest ładny widok. Bjarke nie żyje, cała podłoga jest we krwi, bo przeciął sobie tętnice. Właściwie w całej swojej karierze jeszcze nie widziałem takiej ilości ludzkiej krwi.

Assad kiwnął głową w ciszy.

– Czyli ja jednak widziałem sporo więcej niż ty.

Minęła dobra chwila, nim przybyli technicy i lekarz, który miał dokonać oględzin. Do tego czasu gospodyni Bjarkego nie odstępowała personelu Departamentu Q na krok, lamentując, że też musiało jej się przydarzyć coś tak potwornego. Jak, do licha, ma wymienić dywan i fotel, skoro nie zachowała paragonów?

Kiedy wreszcie do niej dotarło, że młody mężczyzna na górze nie żył, kiedy ona odkurzała na parterze, musiała usiąść, by nie wpaść w panikę.

– A może ktoś go zabił – powtarzała szeptem.

– Myślę, że może to pani wykluczyć, chyba że słyszała pani coś podejrzanego. Ktoś chodził po schodach w ciągu ostatnich paru godzin? Może da się wejść do pokoju od podwórza?

Pokręciła głową.

– I jak rozumiem, sama pani tego nie zrobiła? – ciągnął Mørck.

W jej oczach pojawił się wyraz szaleństwa, oddech znów przyspieszył.

– Dobrze – powiedział Carl. – Czyli rozumie pani, że to jednak on sam przeciął sobie tętnice. W każdym razie znajdował się w stanie, w którym człowiek jest zdolny do wszystkiego.

Zacisnęła usta i wzięła się w garść, mrucząc coś bez ładu i składu. Dotarło do niej, że być może dopuściła się czynu karalnego, wynajmując pokój człowiekowi uprawiającemu grzybki halucynogenne na parapecie i oddychającemu głównie przez lufkę.

Carl zostawił ją w towarzystwie pozostałej dwójki i wyszedł na ostre słońce, by zapalić papierosa.

Samo przeszukanie pokoju Bjarkego, konfiskata jego komputera i noża, którym przeciął sobie tętnice, zebranie danych technicznych, oględziny zwłok i przeniesienie ich do karetki przebiegło zaskakująco szybko, więc ledwie Carl doszedł do piątego papierosa, zjawił się przed nim Birkedal w towarzystwie detektywa i technika, machając skrawkiem papieru zamkniętym w plastikowym woreczku.

Carl przeczytał karteczkę. Było tam napisane po prostu: „Przepraszam, tato”.

– Dziwne – stwierdził Assad.

Carl skinął głową. Krótka i bezpośrednia forma pożegnania oraz jej treść były na swój sposób poruszające. Ale dlaczego nie napisał „Przepraszam, mamo”? Ona miała szansę to przeczytać.

Mørck spojrzał na Rose.

– Ile Bjarke miał lat?

– Trzydzieści pięć.

– Czyli w dziewięćdziesiątym siódmym roku, kiedy jego ojciec zajął się sprawą Alberte, miał osiemnaście, hm.

– Rozmawialiście z June Habersaat? – wtrącił się Birkedal.

– Ech, niespecjalnie nam to wyszło. Powiedziałbym, że nie była zbyt serdeczna – odparł Carl.

– No to macie szansę spróbować jeszcze raz.

– Aha? Jak to?

– Możecie pojechać do niej do Aakirkeby i powiadomić o śmierci syna, prawda? Będziecie mieli okazję zadać jej resztę pytań, a my zyskamy czas na zaplombowanie pokoju i zorganizowanie transportu zwłok do Instytutu Medycyny Sądowej w Kopenhadze.

Carl pokręcił głową. Ile dokładnie potrwa plombowanie mieszkania i wysyłanie zwłok do chłodni?

Dziesięć minut?

5

Sierpień 2013

Wanda Phinn wyszła za angielskiego krykiecistę, który przybył na Jamajkę, by nauczyć czarnych ludzi tego, w czym był najlepszy: tajników gry w krykieta. Ów Chris McCullum stąpał po ziemi pewniej niż większość kolegów, dzięki czemu dostał angaż na sześć miesięcy, by poprawić wyniki jamajskiej drużyny narodowej o dziesięć procent.

Z tego powodu McCullum wystawał na wysuszonej trawie w palącym słońcu od marca do września, pocąc się jak nigdy.

Podczas rozgrywki treningowej kątem oka ujrzał Wandę na wysypanym żużlem torze. Widząc umięśnione, długie nogi i połyskującą skórę, uznał, że ma zwidy.

Wanda miała pełną świadomość, jakie wrażenie robi na ludziach; trąbiono jej o tym, odkąd nabrała kształtów i nauczyła poruszać się po torze jak pędząca gazela.

– Ty jesteś Merlene Ottey? – spytał ją McCullum tuż po meczu.

Wanda obnażyła w uśmiechu białe zęby i ciemniejsze dziąsła. Już ją o to pytano i schlebiało jej to, choć Merlene Ottey miała o co najmniej dwadzieścia lat więcej niż ona. Bo Merlene Ottey, wieloletnia jamajska mistrzyni w sprincie, była piękna jak bogini.

Poflirtowała chwilę i w odpowiedzi na komplement kokieteryjnie trąciła McCulluma w ramię. I tak zabrał ją ze sobą do Anglii.

Wanda uwielbiała białych mężczyzn. Nie dlatego, że byli szczególnie zmysłowi. Mężczyzna z Jamajki miał w sobie żar wielu ras, z którym biali nie mogli się mierzyć, ale za to ci pozbawieni koloru wiedzieli, kim są, a co ważniejsze, mieli w życiu jakiś cel. Można było u nich szukać bezpieczeństwa i marzyć o jakiej takiej przyszłości, która wcale nie była pewnikiem w Tivoli Gardens, dzielnicy slumsów zachodniego Kingston, gdzie wychowała się Wanda. Dla osoby, dla której strzelaniny i kokaina na podwórkach należały do codzienności, oświadczyny Chrisa McCulluma były wydarzeniem z bajki, więc decyzję podjęła w ułamku sekundy.

Ulokował ich w Romford na przedmieściach Londynu w maleńkim szeregowcu, gdzie umierała z nudów aż do dnia, w którym McCullum złamał nogę w kostce i uznał za konieczne nie tylko sprzedać dom, ale też rozstać się z Wandą. Jeśli miał prowadzić życie na dotychczasowym poziomie, do którego, jak sądził, miał prawo, to musiał poszukać sobie kobiety, która będzie w stanie go utrzymać.

Po dwóch latach bezpieczeństwa Wanda wróciła do punktu wyjścia i tylko dzięki skromnym własnym środkom nie poszła na dno.

Nie miała ani wykształcenia, ani perspektyw na jakąkolwiek formę wsparcia. Nie miała też szczególnych talentów, jeśli nie liczyć biegania, ale, jak żartował jej ojciec, na tym daleko się nie zajedzie. Dlatego praca strażniczki przy wejściu służbowym na teren dużego przedsiębiorstwa na Strandzie w Londynie była nie tylko jej ratunkiem, ale też jedyną sensowną alternatywą dla lichej chałupy i fizycznego wycieńczenia przed czterdziestką, które czekałyby ją na Jamajce.

Siedząc niczym lew w klatce, pilnowała, by przez szklane drzwi wchodzili do budynku i wychodzili zeń ludzie ważniejsi niż ona, kłaniała im się, gdy przemieszczali się dalej do lepiej ubranej kobiety, do której przywilejów należało sprawdzanie ich tożsamości i wciskanie guzików wpuszczających ich na teren firmy.

Stała samotnie w próżni między wolnością a bogactwem i pilnowała niczym strażniczka tajemnic budynku, nie wiedząc, na czym polegają.

Z biegiem czasu myślała już tylko o tym, że życie toczy się tam, na zewnątrz. Że wszystko dzieje się tam, podczas gdy ona tkwi tutaj.

Dzień w dzień gapiła się przez szklane drzwi na drugą stronę Savoy Place Street, gdzie znajdowało się ogrodzenie otaczające park Victoria Embankment.

„Za tym ogrodzeniem rozgrywa się bajka” – myślała. A śmiech ludzi zażywających słońca na pasiastych leżakach i jedzących lody za pieniądze, których nigdy im nie zabraknie, torturował ją w jej ciszy. Nikogo to nie obchodziło.

W ten sposób zrodziła się jej nowa tożsamość.

Stała się po prostu kobietą patrzącą na ogrodzenia.

W godzinach marnotrawionych na codzienne obowiązki wracały do niej cienie przeszłości i dręczyły ją. Bo Wanda wiedziała, że koleje losu i spotkania, które wydarzyły się na długo przed jej przyjściem na świat, miały na celu coś więcej niż stworzenie istoty pracującej na podrzędnym stanowisku wartowniczki na Strandzie. Jak mawiał z dumą jej tata rastafarianin – w żyłach Wandy płynęła w równym stopniu krew przybyłych do Dominikany Arawaków, co Nigeryjczyków, a jej chrześcijańskie wychowanie doprawione było domieszką rastafariańskiego ognia. Mama Wandy śmiała się wówczas i mówiła, że ma się tym wszystkim nie przejmować i zachować spokój, a wtedy wszystko jakoś się ułoży.

Zachować spokój! Właśnie to wydawało się najtrudniejsze w jej szarej i nieistotnej egzystencji. Czy naprawdę chlubna przeszłość i duma z przodków zasługiwały na nietwarzowy szary mundurek i włosy schowane pod czapką z daszkiem?

Jednak pomimo beznadziejnej sytuacji i kiepskich perspektyw Wanda prostowała się, kiedy mijali ją lepiej sytuowani ludzie wchodzący do parku i budynku, i próbowała dotrzeć do tej części swojej natury, która pomogłaby jej zapomnieć o rzeczywistości.

Los chciał, że Shirley, jej jedyna przyjaciółka, mieszkająca na tym samym korytarzu dwoje drzwi dalej, zaprosiła ją na imprezę o nazwie „Absorpcja Natury – Intro”.

Shirley interesowała się okultyzmem i była bardzo otwarta w oczekiwaniach wobec siebie i życia. Słuchała muzyki stworzonej z boskiego natchnienia, chodziła na polinezyjską sztukę wróżenia huny, a przed podjęciem decyzji układała pasjansa lub tarota. Dzięki tym wszystkim zmiennym życiowym kierunkowskazom zyskała, jak mówiła, wiedzę. Wanda nie miała pojęcia, na jaki temat, ale Shirley jak nikt inny potrafiła wywołać uśmiech na jej twarzy.

Teraz zaś chciała przedstawić Wandę Atu Abanshamashowi. Jak można było wyczytać ze strony internetowej, ten piękny, złoty jak słońce byt przybył do Londynu ze skandynawskiej krainy snów, skąd przywiózł naukę, dzięki której wszystko inne traciło na ważności i która umożliwiała całkowite zrozumienie wszystkich zależności i energii w ludzkim życiu.

Shirley szalała z ekscytacji, a cena była rozsądna, więc jeśli Wanda chciałaby z nią pójść, to Shirley za nią zapłaci.

To byłoby nawet zabawne – przeżyć coś razem.

Atu Abanshamash Dumuzi nie przypominał guru, których Wanda widziała w telewizji i w licznych broszurach Shirley. Nie siedział w pozycji lotosu czy na rzeźbionym stołku, tchnąc nieziemskim spokojem, nie wymądrzał się, nie był ani gruby, ani ascetyczny. Atu Abanshamash był normalnym mężczyzną z krwi i kości, który uśmiechem i błyskiem w oku wskazywał im drogę i opowiadał, jak to nauka o absorpcji natury potrafi tak cudownie odmienić jednostkę, że człowiek czuje, że każda komórka w jego organizmie może odeprzeć wszelkiego rodzaju atak i że ciało stapia się w jedno z otaczającym je wszechświatem.

Wszechświat i potęga słońca stanowiły mantrę Atu Abanshamasha. I tu, w jasnym, prosto urządzonym mieszkaniu w Baywater, gdzie mieściła się londyńska filia Akademii Absorpcji Natury, chodził między ludźmi siedzącymi na podłodze i wpatrywał się w nich swoimi urzekającymi oczami, aż ich szyje pokrywały się rumieńcem, a ramiona opadały, gdy w takt jego słów sycili się dobrym samopoczuciem.

– Abanshamash, Abanshamash, Abanshamash – zaintonował monotonnie i powoli swoim niskim głosem, po czym poprosił ich, by się do niego przyłączyli.

Gdy przesiedzieli już dobrą chwilę z zamkniętymi oczami, powtarzając mantrę, Wanda poczuła, że traci poczucie miejsca i chęć powrotu do rzeczywistości.

– Otwórzcie oczy i spójrzcie na mnie – powiedział nagle Atu do swoich słuchaczy. – Abanshamash, Abanshamash – wyszeptał, wyciągając przed siebie ręce, tak że żółte, lekkie rękawy jego tuniki załopotały jak anielskie skrzydła. – Widzę was – szeptał. – Widzę was po raz pierwszy, jesteście piękni. Wasze dusze się ze mną witają. Jesteście gotowi.

– Jesteś piękny jak słońce – mówił następnie do każdego uczestnika z osobna, chodząc między nimi.

Podszedłszy do Wandy, przez chwilę stał w bezruchu, zatapiając wzrok w jej przepastnych oczach.

– Jesteś piękna jak słońce. Jesteś piękna jak słońce – powiedział, tym razem dwukrotnie. – Ale nie słuchaj nikogo! Nie słuchaj nawet mnie! Słuchaj tylko własnego atmana, własnej duszy i poddaj się jej.

Niczym pod wpływem środków halucynogennych, słowa te zapadły w świadomość Wandy, jakby były długo oczekiwanym objawieniem i światłością. Bezwiednie otworzyła szeroko oczy, skóra ją paliła, a ręce drżały w spazmach przypominających te, które przeżywała podczas orgazmu.

Schyliwszy głowę, Atu pogłaskał ją po policzku, a dziesięć minut później wrócił i uniósł rozwarte dłonie w odległości paru centymetrów od jej czoła.

– Niech cię ogarnie spokój, mój kwiecie, przeżyłaś swoją pierwszą podróż ku ekstazie pustych chwil i odrodzenia. Teraz jesteś gotowa – zakończył.

Wtedy Wanda zemdlała.

6

Środa 30 kwietnia 2014