Winda do miłości - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński - ebook
NOWOŚĆ

Winda do miłości ebook

Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński

0,0

137 osób interesuje się tą książką

Opis

Nawet klątwa nie pokona miłości! Choć może ją trochę opóźnić.

W tej kamienicy wszystko się sypie. Ściany, rury… i związki. Od lat mówi się, że nad budynkiem przy ulicy Miłosnej ciąży cygańska klątwa. Nikt, kto tu zamieszkał, nie zaznał szczęścia w miłości. Ktoś zdradzał albo został zdradzony, ktoś uciekł spod ołtarza, ktoś zniknął, zanim zdążył się oświadczyć... Kiedy jednak do kamienicy wprowadza się ona - idealistka z planem na lepsze życie, i on - młody dziennikarz z tajnym planem, w kamienicy powoli zaczyna się dziać coś dziwnego. Czyżby klątwa traciła na sile? A może wszystko, nawet przekleństwo, da się naprawić, tak jak cieknący kran i serce po przejściach?

„Winda do miłości” to pełna ciepła, humoru i tajemnic opowieść o miejscu, w którym nic nie działa jak trzeba, a mimo to każdy marzy, by właśnie tu znaleźć szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Ulica Miłosna, sierpień 1973 roku

Warszawa leniwie budziła się do życia. Upał, który przyszedł do Polski wraz z pochodem majowym, dawał się już wszystkim mocno we znaki i nawet najwięksi wielbiciele słonecznego żaru przyznawali, że zaduch w mieście staje się powoli nie do wytrzymania. Z niewiadomych przyczyn północ Europy zamieniła się w południe Afryki, z definicji nieznośne dla większości urodzonych u nas ludzi, przywykłych do tego, że w kraju nad Wisłą należy cieszyć się każdą słoneczną minutą, a nie nią męczyć. W tym roku minut tych było aż zanadto, a jak wiadomo, przesada nie jest dobra w niczym.

Nad ulicą Miłosną unosiły się opary gorącego asfaltu, a gdzieś w oddali stukał rytmicznie młot pneumatyczny. Według włodarzy miasta był to znak postępu. Z cegieł, które tutaj zwożono, miał powstać nowy budynek, subtelnie wzorowany na przedwojennych kamienicach, ale przede wszystkim nowoczesny, z dużymi balkonami i przestronnymi mieszkaniami.

Starsi mieszkańcy okolicy wiedzieli jednak swoje i powtarzali, że to błąd. Nie bez powodu…

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej, na parceli, którą teraz ogrodzono prowizorycznym płotem, stał mały, drewniany, mocno podniszczony domek. W jego środku pachniało dymem, ziołami i czymś, co przypominało spaloną lawendę. Znaleźli w nim schronienie przybysze: wędrowna, liczna cygańska rodzina, która pojawiła się tu pewnego jesiennego popołudnia, tak cichutko, że nawet nikt nie zauważył, kiedy dokładnie rozstawili swój tabor. Nikomu nie przeszkadzali i szybko zdążyli wrosnąć w to miejsce. Mocniej, niż ktokolwiek przypuszczał.

Nakaz rozbiórki domu pojawił się w drugim roku ich pobytu. Był bezwzględny. Dom określono jako „niebezpieczny, niefunkcjonalny, nieestetyczny”. Romów wygnano, nie zapewniając im nawet lokalu zastępczego, bo przecież mieszkali tu bez żadnych praw. Wszystko, co zostało z domeczku, to kilka gwoździ, stary garnek i garść ziół rozsypanych wcześniej w popiele ogniska. Na parcelę weszła zaś ekipa, która zbudować miała kamienicę.

Tego dnia od rana żar lał się z nieba, robotnicy przeklinali pod nosem, a ich kierownik, jowialny waszmość w słomkowym kapeluszu, oprowadzający po budowie przewodniczącego lokalnej rady narodowej, wachlował się planami budowy, sprawiając takie wrażenie, jakby zaraz miał zejść na udar.

– To będzie ozdoba całej ulicy Miłosnej! – poinformował z lekką zadyszką, nie widząc, że działacz partyjny w ogóle go nie słucha, tylko zastanawia się, jakim cudem pot naleciał mu nawet do majtek i czy aby nie wygląda przez to tak jak jego dziadek, który, od kiedy w czasie sianokosów usiadł na grabiach, miał do końca życia problemy z trzymaniem moczu.

Żaden z nich nie zauważył kobiety znajdującej się po drugiej stronie ogrodzenia.

Była drobna, ciemnowłosa, z chustą przewiązaną wokół ramion. Jej spojrzenie wwiercało się w plac budowy niczym nóż w serce. Miała góra czterdzieści lat, choć zmarszczki na czole sprawiały, że wyglądała na starszą i mocno zmęczoną.

Wędrowała powoli wzdłuż płotu, jakby odliczała każdy centymetr zburzonego domu. Potem weszła na plac budowy przez zostawioną nieopatrznie dziurę w sfatygowanej drucianej siatce i podeszła do miejsca, gdzie niegdyś stał komin, czyli ta część budynku, która trzymała się do samego końca rozbiórki.

– To nie jest wasze miejsce – rzekła zbyt cicho, by ktokolwiek ją usłyszał, a jednak jej słowa zawisły w powietrzu jak ciężka, lepka mgła.

Niosła w dłoniach zawiniątko z lnianej tkaniny. Kiedy je odwinęła, okazało się, że to stary, nadpalony talizman, wykonany po części z drewna, a po części z kości słoniowej. Tylko ona wiedziała, co symbolizuje i jaką ma moc.

Uklękła na ziemi. Dotknęła dłonią osypującej się gleby, w której jeszcze tkwiły resztki osmalonych szczap z ich niedawnego ogniska.

– Ten dom był naszym schronieniem – szepnęła. – Wasze cegły staną na naszych łzach.

Z pobliskiego rusztowania dobiegł śmiech. Jeden z robotników, młody chłopak o zbyt donośnym głosie, machnął ręką w jej stronę.

– Hej! Tu nie wolno wchodzić! – krzyknął, wskazując palcem, aby wyszła za ogrodzenie.

Romka nawet nie drgnęła. Pochyliła głowę, zamknęła oczy.

Wtedy powiew wiatru – pierwszy tego dnia – poderwał drobinki kurzu. Zakręcił nimi w powietrzu jak złotymi iskrami. Talizman w jej dłoni zadrżał.

W głosie kobiety nie było gniewu, a jedynie chłodna, niewzruszona decyzja:

– Niech nikt, kto tu zamieszka, nie zazna szczęścia z inną osobą. Niech serca tu twardnieją jak kamienie. Niech wszystkich, którzy tu zamieszkają, ominie miłość, aż historia zostanie nakarmiona sprawiedliwością.

Kiedy otworzyła oczy, wiatr ucichł. Plac budowy znów był zwyczajny. Tylko pies błąkający się pod rusztowaniem zawył nagle, jakby coś go wystraszyło.

Kobieta powoli wstała, otrzepała dłonie z sadzy i odeszła, nie oglądając się za siebie.

Robotnicy wrócili do pracy. Beton lał się ciurkiem, cegły układano jedna po drugiej. Kamienica rosła.

Tylko jedna rzecz od tamtej chwili się zmieniła: nad ulicą Miłosną, w pełnym letniego słońca powietrzu, przez sekundę robotnicy, ich kierownik i przewodniczący rady narodowej poczuli zimno. Takie, które nie miało prawa się tam tego dnia pojawić.

Klątwa została rzucona.

I czekała cierpliwie na swoje pierwsze ofiary.

Rozdział I

Luty 2026 roku

Pogrzeby zwykle mają w sobie coś wzniosłego, coś poważnego, coś, co nakazuje człowiekowi w milczeniu zadumać się nad kruchością życia.

Ten do takich, niestety, nie należał.

Choć początkowo wszystko szło zgodnie z odwiecznym rytuałem, to pod koniec zamieniło się w kiepski kabaret. A to za sprawą świeżo upieczonego, a właściwie wyświęconego, księdza, dla którego pogrzeb leciwej mieszkanki kamienicy przy ulicy Miłosnej był pierwszą tego typu celebrowaną uroczystością. Miał go co prawda prowadzić proboszcz, ale zaległ w szpitalu po tym, jak kilka dni wcześniej wpadło mu do głowy samodzielnie odśnieżyć podjazd kościoła z obfitego śniegu. Oczywiście, że natychmiast wywinął kozła, przy okazji trzonkiem łopaty wybijając ostatniego mleczaka Karolince, właśnie zmierzającej do świątyni, by przeprosić Matkę Boską za to, że popełniła straszny grzech. A mianowicie nazwała swojego braciszka dzbanem po tym, jak zjadł jej ostatni kawałek ptasiego mleczka. Ksiądz został tam otoczony opieką pielęgniarek oraz wiązankami kwiatów przysyłanymi mu przez matkę Karolinki. Ta bowiem wcześniej nijak nie mogła pozbawić córki owego mleczaka, który blokował wyrośnięcie nowego zęba, i już sama dumała, czy nie przygrzmocić w niego młoteczkiem, gdy córka zaśnie. Proboszcz ją w tym skutecznie wyręczył.

W zamian jednak tymczasowo zostawił bez opieki kościół pod wezwaniem Świętej Troski, leciwy obiekt, który powinien przejść remont już dobre pół wieku temu. Ławki w nim skrzypiały niczym kolana staruszka, organy brzmiały tak, jakby grał na nich ktoś, kogo chwilę wcześniej ogłuszyła mina przeciwpancerna, a obrazy pokrywał taki kurz, że nie sposób się było domyślić, czy przedstawiają jakichś świętych, czy też rozkład metra.

I ten właśnie kościół dostał pod opiekę ksiądz Teofil, młody człowiek o złotym sercu i wrodzonym braku taktu. Twarz miał pulchną, nos czerwony od wiecznej alergii i głos, który mógłby obudzić nieboszczyka, co akurat przy tej okazji byłoby wyjątkowo niewskazane. Spoczywająca bowiem w trumnie Marianna Szypulka już od roku powtarzała, że bardzo chętnie uda się na spotkanie ze Stwórcą, gdyż wszystko wokół dawno jej się znudziło, a teraz tylko ją wkurza (w oryginale Marianna używała innego wyrazu, ale przecież nie wypada kląć w kościele). Z pewnością nie byłaby więc wniebowzięta z powodu swojego wskrzeszenia.

Teofil trzymał się dzielnie przez całą mszę. Potem jednak nastąpiło wyprowadzenie trumny i tu zaczął się jego odstrzał mniejszych i większych byków. Świadkami tego byli sąsiedzi Marianny. Staruszka nie utrzymywała bowiem kontaktów z nikim z rodziny i kompani z kamienicy byli jej najbliższym towarzystwem.

Radosław Mikulec znał ją najkrócej. Wprowadził się bowiem na Miłosną miesiąc wcześniej i spotkał starszą panią ledwie kilka razy, w czasie których Szypulka zdążyła z właściwą sobie uprzejmością skrytykować jego:

a. meble („Co to? Dykta?! Kupiłby sobie porządną szafę z dębu, a nie jakieś barachło z kartonu!”),

b. ubiór („Mój stary też nosił takie obcisłe spodnie i później musieli mu wyciąć jajko!”),

c. jedzenie („Przynoszą mu pod drzwi wszystko w plastiku, a to wiadomo, że się od tego dostaje raka!”)

oraz

d. życiowe wybory („Jak to: nie ma żony?! To trzeba się rozejrzeć. Nawet tutaj. Tyle bezmężnych łazi po podwórku. Niech podejdzie, zagada o pogodzie. Co, mam go uczyć? Chyba sam umie!”).

Mimo że ich stosunki trudno było określić jako przykładne, to kiedy szefowa wspólnoty mieszkaniowej, Adela Wszołek, zapukała do niego któregoś wieczoru, by poinformować, że sąsiadka odeszła do wieczności, i zapytała, czy nie poszedłby ze wszystkimi na pogrzeb, poczuł, że nietaktem byłoby odmówić.

Chronił się teraz przed znowu sypiącym śniegiem pod wielkim czarnym parasolem i próbował wyglądać na poważnego. Było to o tyle trudne, że zaraz obok niego stał jego najlepszy przyjaciel, Marek Krecik, walczący ze swoim parasolem, ozdobionym kwiatowym wzorem kompletnie niepasującym do okazji. A na domiar złego dziurawym, co okazało się dopiero po jego rozłożeniu.

– Mówiłem ci, żebyś wziął klasyczny – syknął Radosław, strzepując mu z głowy śnieg. – Wyglądasz jak bałwanek. Co w sumie konweniuje z twoją umysłowością.

– Naprawdę uważasz, że mam w domu cokolwiek klasycznego? – prychnął szeptem Marek. – Poza tym uznałem, że wniosę trochę optymizmu w ten zbiorowy smutek.

– A widzisz tu jakieś jego przejawy? – zdziwił się Mikulec.

– No właśnie nie – przyznał Krecik. – Dziwne…

Reszta sąsiadów zerkała na nich co chwilę z nieukrywaną ciekawością. Na Radosława, bo był wśród nich nowy, i każdy z nich uważał, że to idealny moment, aby się z nim „zaznajomić”. A na Marka, bo w swoim kożuszku z futrzanym kołnierzem oraz srebrnych, cekinowych butach wyglądał bardziej jak klon Michała Szpaka niż żałobnik.

Najbliżej nich stała Adela Wszołek. Mimo że stuknęła jej niedawno siedemdziesiątka, miała postawę zawodowego żołnierza oraz groźną minę, która sprawiała, że jej rozmówcy z miejsca tracili pewność siebie. Dotyczyło to nawet włodarzy miasta. Jeden z nich na sam widok idącej do urzędu Adeli wydawał polecenie swojej sekretarce, aby oznajmiła starszej pani, że nie ma go, nie będzie i w ogóle nie wiadomo, czy nie umarł, a następnie barykadował się w gabinecie, na wypadek gdyby Wszołek próbowała się tam mimo wszystko wedrzeć. Adela, ubrana teraz w czerń od stóp do głów, wyglądała, jakby własnoręcznie wybrała trumnę, kwiaty i nieboszczkę.

– Moi drodzy! – rzekła z teatralną powagą, zanim Teofil otworzył usta. – Dzisiaj żegnamy panią Mariannę. Wspaniałą sąsiadkę. Oddaną wspólnocie. Zawsze płacącą czynsz na czas…

– To aku… aku… rat prawda – mruknął stojący obok niej, wysoki, chudy i gołębio siwy Stanisław Pawlak, jej zastępca, który jąkał się, tylko wypowiadając słowa na głos, w myślach nigdy. – Ani razu się nie… nie… nie… spóźniła.

– Sto procent punktualności – dodał trzeci członek zarządu, Lucjan Kot, choć nie miał pojęcia, skąd to wie i czy w ogóle pamięta, kim była zmarła. Ostatnio wszystko mu się jakoś mieszało w głowie.

– …co inni, żyjący mieszkańcy naszej wspólnoty powinni sobie wziąć do serca – dokończyła Adela, rzucając złe spojrzenie na dwie stojące z lewej strony osoby, które zgodnie wzruszyły ramionami.

Radosław wiedział już, kim one są. Zbigniew i Jagna Ćwikowie od początku pogrzebu patrzyli na siebie, jakby chwilę wcześniej wyrządzili sobie krzywdę. Tak naprawdę jednak nastąpiło to siedem lat temu, kiedy powiedzieli sobie „tak” na ślubnym kobiercu. Już wtedy wiedzieli, że robią źle, wesele jednak było opłacone, goście wystrojeni, babcia Jagny sprowadzona z Australii, a dziadek Zbigniewa zaopatrzony w pieluchę. Przykro byłoby ich wszystkich rozczarować. Nie zmieniało to jednak faktu, że od momentu wprowadzenia się na Miłosną z każdym dniem Ćwikowie stawali się sobie coraz bardziej obcy.

– Gdybyśmy tylko mogli sprzedać to cholerne mieszkanie… – westchnęła Jagna.

– Nie możemy – odpowiedział jej szeptem mąż z miną pozbawioną nadziei. – Sama wiesz. Kredyt.

– Kredyt – powtórzyła cicho Jagna takim tonem, jakby mówiła o raku płuc.

Po drugiej stronie wciąż jeszcze pustego grobu stała Kornelia Mazurek, pisarka, której włosy zaczynały żyć własnym życiem, a oczy miały dziwny błysk, jak u człowieka przebywającego jednocześnie w co najmniej pięciu alternatywnych rzeczywistościach. Od kilku chwil zapisywała coś w komórce.

– Ciało zimne… Tłum ponury… Piękne tło do nowej powieści – mruknęła, po czym dopisała kilka słów, rozglądając się tak, jakby szukała inspiracji do morderstwa.

Za nią dostrzec można było Wiktora Majewskiego, byłego żeglarza, sprawiającego takie wrażenie, jakby nie wiedział, co ma zrobić z rękami. Tuż obok niego Pelagia Nowik, pracownica urzędu, właśnie zorientowała się, że coś zawieruszyła. Zdarzało jej się to notorycznie.

– Klucze? – zapytał Radosław, patrząc na jej desperackie klepanie po kieszeniach.

– Jak zawsze – potwierdziła Pelagia. – Kiedyś zgubię własną głowę. A tak przy okazji… Czy ja zabrałam na pogrzeb Danusię?

Mikulec wiedział, że sąsiadka ma na myśli swoją córkę.

– Nie – uspokoił ją. – Kiedy wychodziliśmy, Danusia bawiła się na dworze.

– Oby tylko się nie przeziębiła – westchnęła Nowik. – Odziedziczyła moje słabe zdrowie.

„Dobrze, że nie roztrzepanie”, pomyślał Radosław.

– Żegnamy dzisiaj naszą kochaną panią Marię… – Ksiądz Teofil złapał się na tym, że przez kilka minut zdążył zapomnieć imienia nieboszczki. Zerknął na klepsydrę, ale niestety imię zasłonił jeden z wieńców. – To znaczy Marylę… Mariannę… – Spojrzał na grabarzy, którzy pokiwali głowami. – Tak, Mariannę! Która to przez lata wiernie wspierała parafię. Zawsze uśmiechnięta, wesolutka…

Z tyłu rozległo się prychnięcie Tadeusza Morcinka, który mieszkał vis-à-vis nieboszczki.

– Ostatni raz uśmiechnęła się w dziewięćdziesiątym drugim – sprostował ironicznie. – Wtedy, gdy listonosz upuścił sobie na nogę paczkę z żelazkiem, a potem tak kuśtykał, że zleciał ze schodów.

Ksiądz Teofil próbował ratować sytuację.

– O, i proszę! – rzekł pogodnie. – Radosne wspomnienia już do nas wracają! Bardzo dobrze! Pani Marianna była wszystkim pomocna, prawda?

Nikt nic nie odpowiedział.

Lucjan spojrzał w niebo, jakby szukał tam potwierdzenia.

Pelagia nerwowo zaczęła przeglądać torebkę.

Kornelia notowała coś intensywnie, mrucząc pod nosem: „Doskonała scena, koniecznie trzeba dodać do niej głupawego księdza”.

Duchowny poprawił stułę.

– A więc… – chrząknął. – Choć żegnamy ją ze smutkiem i będzie nam jej brakowało…

– Serio? – Lucjan wreszcie przedarł się przez mroki swojej niepamięci i przypomniał sobie, kto leży w trumnie. – Tej wiedźmy? Wreszcie nikt nie będzie mi robił awantur o to, że kot mu tupie. Dywany musiałem se kupić, żeby mi wiecznie nie zrzędziła! A Rafik ich nie lubi. Ciągle na któryś sra!

– …to przecież życie toczy się dalej! – dokończył siłą rozpędu Teofil. – A nasza kochana Marianna jest teraz z Panem…

– No, to już Jego problem – mruknął Wiktor.

– Nasza kochana Marianna… – kontynuował z uporem duchowny.

– Co ksiądz taki kochliwy? – Adela się skrzywiła.

– Że co? – zaciekawił się wielebny, kierując na nią zdziwione spojrzenie.

– Kochana i kochana. – Wszołek przewróciła oczami. – Jeśli ją ksiądz tak kochał, to trzeba było ją wziąć na plebanię. Ręczę, że odkochałby się ksiądz w pół dnia.

– Cyrk – mruknął cicho Marek, kręcąc kwiecistym parasolem, po czym zmierzył duchownego taksującym spojrzeniem – ale księżulo całkiem znośny. Na raz by obleciał. Ciekawe, czy jest na Grindrze…

– Zamknij się! – rozkazał mu półgębkiem Radosław. – Skończysz w piekle!

– Jeśli razem z Lady Gagą i Troye’em Sivanem, to bardzo chętnie – odrzekł szeptem Krecik, ale posłusznie zamilkł.

– No może i nasza koch… – zaczął celebrans, ale szybko się poprawił. – Może była człowiekiem prostym, ale porządnym. Może i czasem na coś narzekała, ale w głębi duszy… była skarbem.

Adela kaszlnęła z dezaprobatą.

Ksiądz, jakby zapominając, gdzie jest, rozłożył ręce w geście pełnym entuzjazmu.

– A teraz, moi wierni! Zaśpiewamy pieśń, którą pani Marianna zapewne bardzo lubiła… – Odkaszlnął, po czym zaintonował „Najświętsza Matko, Opiekunko…”. Dołączył do niego tylko jeden potwornie fałszujący kobiecy głos.

– Ale… – rzekł Stanisław, zanim zdążył się opanować. – Ona lu-lu-lubiła tylko Ze-ze-ze-nka…

Teofil przerwał w pół słowa i przez chwilę sprawiał takie wrażenie, jakby miał zamiar zaintonować „Przez twe oczy zielone”.

– Proszę nie śpiewać! – zawołała Adela, próbując zachować resztki powagi i jednocześnie powstrzymać wycie jednej ze swoich sąsiadek, która oczywiście natychmiast się obraziła, po czym przepchnęła się przed księdza. – Wielebny się ogarnie, a ja w tym czasie mam komunikat. W związku z odejściem Marianny będziemy musieli poszukać jej rodziny. Jeśli ktoś z was miałby pomysł, jak to zrobić, to będę wdzięczna za wskazówki. Liczyłam na to, że ktoś z jej bliskich pojawi się dziś na pogrzebie, ale jak widać, tak się nie stało.

– Nie sądzę, aby ta wiedźma była spokrewniona z jakimkolwiek człowiekiem – mruknął Stanisław.

– Przecież była jakaś córka, z którą się pokłóciła – wtrąciła cicho Janina Miszak, pofarbowana na ognisty rudy kolor sąsiadka, znająca Mariannę od lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia i przez cały ten czas bojąca się jej niczym diabeł święconej wody.

– Była, ale nie ma – skwitowała krótko Adela. – Do czasu znalezienia spadkobiercy mieszkanie Marianny pozostanie zamknięte. Zresztą z pewnością istnieje jakiś testament i nie trzeba będzie szukać krewnych.

– A u kogo będą klucze? – zapytał znienacka Wiktor. – Bo słyszałem, że w środku jest coś bardzo cennego. Może warto zrobić inwentaryzację?

– To nie jest najlepsze miejsce do omawiania takich szczegółów. – Wszołek zgromiła go gniewnym wzrokiem. – Oczywiście, jako przewodnicząca wspólnoty, poczuwam się do obowiązku dopilnowania, by sprawy zostały rozwiązane uczciwie i zgodnie z regulaminem.

– Który sama napisała… – warknęła Jagna.

Lucjan pokiwał głową, jakby właśnie usłyszał coś ważnego, choć nie do końca wiedział, co się dzieje. Pelagia podniosła rękę.

– Przepraszam! A można wiedzieć, kto się wprowadził do mieszkania na drugim piętrze, co? Tam, gdzie mieszkała stara Świstakowa. Bo słyszałam, że jakiś młody… – Zerknęła na Radosława. – A, prawda. To pan! Co ze mnie za gapa! Będzie pan mieszkał sam czy z tym kolegą?

– Sam – zapewnił Mikulec. – Marek ma swoje mieszkanie. To tylko mój przyjaciel.

– Ale dlaczego pan się tłumaczy? – zapytała Kornelia beznamiętnie. – Przecież nikt nie pytał.

– Właśnie! – dodał Wiktor. – My nie jesteśmy tacy, co to się o wszystko pytają!

Radosława lekko zatkało. W tym momencie Adela klasnęła.

– Dobrze, dobrze! Kończmy te uroczystości. – Popatrzyła dobitnie na Teofila. – Niech się wielebny pospieszy, bo o siedemnastej mamy zebranie wspólnoty. Kto nie przyjdzie, niech nie liczy na czyste klatki schodowe!

– Grozi pani brudem? – zdziwił się Zbigniew.

– Grożę konsekwencjami.

Kiedy ceremonia dobiegła końca i ludzie zaczęli się rozchodzić, Radosława ogarnęło dziwne wrażenie. Jakby ktoś go obserwował. Odwrócił się. Nikogo za nim nie było. Jedynie mały dziecięcy wiatraczek wbity w sąsiedni grób zawirował lekko, choć powietrze stało nieruchomo, a płatki śniegu ciężko opadały na jego skrzydełka. Po chwili w oddali rozległo się jakieś przeciągłe wycie. Trwało tylko przez parę sekund.

– Jak w horrorze… – mruknął Marek.

– To tylko wiatr – uspokoił go Radosław.

– Taaak, a płatki śniegu lecą w pionie, bo im ten wiatr nie przeszkadza? Jesteśmy na cmentarzu, Raduś… – Pochylił się do ucha przyjaciela. – W tej kamienicy będzie się działo. Mam przeczucie, a sam wiesz, że odziedziczyłem po mojej rodzicielce dar jasnowidzenia.

– Chyba krótkowzroczność. – Mikulec popatrzył na niego z politowaniem. – Idziemy na grzańca?

I choć żaden z nich nie mógł tego przewidzieć, to tym razem Krecik miał rację. Klątwa, którą rzucono pięćdziesiąt lat temu, właśnie o sobie przypomniała.

Rozdział II

Parę tygodni wcześniej

Życie nauczyło Klarę Wysocką, że wszystko ma swoje etapy: nadziei, rozczarowań i późniejszy. Od dobrych dwóch lat tkwiła po uszy w tym ostatnim. Ale po kolei…

Najpierw był etap nadziei. Robert, jej ówczesny partner, obiecywał wspólne życie, dom z ogródkiem, a nawet psa, którego Klara zdążyła już nawet nazwać Naleśnikiem. Jej ukochany mówił dużo, pięknie i tak przekonująco, że naprawdę uwierzyła we wszystko, co obiecywał. A jeszcze więcej sobie dopowiedziała.

Potem nadszedł etap rozczarowań. Odkryła, że teoretyczny ideał, który miał być dla niej wsparciem, potrafi zachować się jak ktoś, komu bliżej do pasożyta niż do opoki. Pewnego dnia, po całkiem udanej nocy, wstał, zjadł przygotowane przez nią śniadanie, wyjął ze swojej aktówki trzy reklamówki poskładane w równą kostkę i zaczął do nich pakować jej osobiste zapasy z kuchennej szafki. Makaron, ryż, oliwę, przyprawy, słoiki z przetworami od mamy, a nawet paczkę rodzynek niewiadomego pochodzenia, których Klara nie cierpiała i po cichu marzyła, że jakieś stworzenie, nawet niekoniecznie ludzkie, je pożre.

– Co robisz? – zapytała niepewnie.

– Nie pasujemy do siebie, Klaro. – Robert spojrzał na nią smutnym wzrokiem.

– Nie pasujemy? – zdziwiła się, bo jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że jest im razem idealnie i że są niczym puzzle, kawałki układanki, jin i jang oraz jeszcze kilka innych równie kompatybilnych rzeczy.

– Mamy inne priorytety – rzekł, wyciągając z szafki słoik z suszonymi grzybami.

Skrzywił się i odłożył go z powrotem. Zaraz potem włożył buty, kurtkę, zapiął się pod samą szyję, owinął szalikiem, który dostał od Klary w prezencie na Gwiazdkę, po czym wyszedł z mieszkania.

Wysocka przez chwilę stała przed prawie pustą szafką. Pierwszy raz w życiu miała szczerą nadzieję, że w zakupionych w osiedlowym sklepiku płatkach, obecnie spoczywających w aktówce jej niedoszłego narzeczonego, zalęgły się mole spożywcze. To byłaby jakaś sprawiedliwość. Mole i Robert – duet idealny.

Ostatecznie nastał etap, którego nawet nie umiała nazwać. Etap przypominający komedię romantyczną, której scenarzysta zapomniał o tej najważniejszej części, czyli happy endzie.

Na początku pocieszała się, że to zakończenie zostanie jednak dopisane, ale kilka dni później przestała mieć co do tego złudzenia. Pewnego wieczoru w ich ulubionej knajpce, przy stoliku z widokiem na park, przyłapała byłego ukochanego na pocałunku z kelnerką, która w policzkach miała urocze (niestety) dołeczki.

Wtedy uwierzyła, że naprawdę między nimi wszystko skończone. Dotarło do niej, że bycie z kimś, kto zabiera człowiekowi przetwory od mamy, ryż, a nawet przyprawy, nie ma sensu.

Ani przyszłości.

A smaku to już zupełnie nie.

Zostawia po sobie jedynie niesmak.

Fuj.

* * *

Po burzliwymzdaniu: „Teraz to naprawdę koniec!”, które wykrzyczała mu nad tym kawiarnianym stolikiem, po kilku nocach na sofie u przyjaciółki i trzech tygodniach intensywnego szukania czegokolwiek, co nie wywoływałoby przykrych wspomnień, Klara trafiła na ogłoszenie wyglądające jak spełnienie marzeń.

„Kamienica z lat 60., przestronne mieszkanie w pięknej okolicy, DUŻY BALKON, TRZY POKOJE, trzecie piętro, WINDA, cicha ulica, atrakcyjna okolica, dobrze zarządzana wspólnota, okazyjna cena!”

Brzmiało tak pięknie, że przez chwilę zastanawiała się, czy to nie sen. Ale była marzycielką i mimo wszystko miała w sobie naiwną nadzieję, że tym razem jej się uda. Rozpocznie życie od początku i znajdzie swój happy end! Na złość Robertowi. I molom!

Babcia, która tajemnicę swojego bogactwa zabrała do grobu, zostawiła jej w spadku całkiem pokaźną sumkę. Wysocka planowała przeznaczyć ją na budowę domu, gdzie chciała zamieszkać wraz z Robertem. Na swoje szczęście nie zdążyła mu powiedzieć ani o tych planach, ani tym bardziej o tych pieniądzach. Teraz Klara postanowiła nie czekać ani chwili. Zdecydowała, że zwolni wynajmowane lokum, w którym każdy kąt przypominał jej o miłosnej porażce. I o tych cholernych dołeczkach w policzkach kelnerki.

Zadzwoniła pod numer z ogłoszenia i jeszcze tego samego dnia pojechała zobaczyć mieszkanie.

* * *

Kamienica przy ulicy Miłosnej na pierwszy, drugi i nawet kolejne rzuty oka wydawała się urocza. Klatka schodowa pachniała lawendą. Na ścianach korytarzy wisiały ramki z akwarelowymi pejzażami, które wyglądały jak wieszane ręką kogoś zakochanego w tym miejscu, a nie przez bezduszną administrację.

– Pięknie tu, prawda? – zachwalała agentka nieruchomości, uśmiechając się niczym sprzedawca marzeń. – I winda jest!

– Winda się przyda – zgodziła się Klara, przypominając sobie, że wnoszenie zakupów na trzecie piętro bywa czasem mocno problematyczne. Tym bardziej że miała teraz mieszkać sama. Oczywiście przeszło jej przez głowę, że gdy mieszkała z Robertem, zakupy również wnosiła sama, ale szybko tę myśl przegoniła. Zero wspomnień o tym draniu!

Agentka nacisnęła przycisk, by przywołać windę. Ta pozostała jednak cicha i nieruchoma.

– Bywa czasem kapryśna. – Kobieta roześmiała się z widocznym zażenowaniem. – Jak tu byłam poprzednio, też nie działała.

Klarze przemknęło przez głowę, że może jednak nie jest tu tak różowo, jak myślała. Przez chwilę się zawahała, kiedy jednak weszły do mieszkania, wszystkie jej obiekcje zniknęły. I to w mgnieniu oka! Pokoje były duże i ładnie doświetlone promieniami słońca, balkon bajeczny, kuchnia ogromna, a z okna widać było przechadzającego się po zasypanym śniegiem podwórzu psa, ubranego w pasiasty sweterek.

Pies przesądził o wszystkim.

Kupiła to mieszkanie.

I nie żałowała. Nawet wtedy, gdy wychodząc od notariusza, poślizgnęła się, wykonała w powietrzu piruet godny mistrzyni łyżwiarstwa figurowego, po czym upadła idealnie na kant schodka. Na szczęście nie złamała nogi, a jedynie ją skręciła. Wprawdzie kostka spuchła jak balon, ale znajoma lekarka zaciągnęła ją na prześwietlenie.

– No cóż… – orzekła, oglądając zdjęcia rentgenowskie. – Posiedzisz sobie w domu. Minimum dwa tygodnie. Najlepiej zaszyj się w łóżku z książką.

– Żartujesz, prawda?

Niestety nie był to żart.

Klara, mimo ogromnej fantazji, nie potrafiła sobie wyobrazić, jak przetrwa kolejne dni. Do końca tygodnia miała zwolnić zajmowane dotychczas mieszkanie i przeprowadzić się do kamienicy na ulicy Miłosnej.

Na trzecie piętro. Na szczęście z windą.

* * *

Dwa dni później znalazła się na chodniku pod kamienicą na Miłosnej, ciesząc się, że tego dnia akurat nie padał ani śnieg, ani deszcz, co jeszcze bardziej utrudniłoby jej całą akcję z przeprowadzką. Obok stała Żaneta Jankowska, jej przyjaciółka, psycholożka, specjalistka od naprawiania ludzkiego życia. Czekały na furgonetkę, która miała przewieźć cały dorobek Klary do jej nowego miejsca na ziemi. Mili panowie z firmy transportowej obiecali nawet pomóc wnieść wszystkie bambetle do windy.

– Ja ci mówię jedno – zaczęła Żaneta, stając w bojowej pozie – twój eks był tak nudny, że nawet gdy mówił: „kocham cię”, to brzmiało to jak: „proszę czekać na połączenie”. Więc przyjmij do wiadomości, że jest historią.

– No jest… Ale czasem za nim tęsknię…

– To normalne. Po toksycznym facecie robi się detoks. A detoksem jest ta kamienica. Nowe życie. Nie mogłaś trafić w lepszy moment. Dziewczyno, czuję, że tu rozkwitniesz. Będziesz robić konkurencję pelargoniom!

Klara popatrzyła na swoją stopę zakutą w opaskę uciskową.

– Na razie konkurencja ze mnie marna.

– W końcu będziesz miała czas, by poleżeć i nacieszyć się nowym mieszkaniem.

W tym momencie pod domem zatrzymała się furgonetka, z której wyskoczyło trzech rosłych mężczyzn i zabrało się do wypakowywania jej rzeczy. Wszystko zgodnie z obietnicą ustawiali przed drzwiami windy. Klara nacisnęła guzik. Nie było odzewu.

– Halo? – zapytała niepewnie w kierunku urządzenia.

– Nie wygląda, jakby chciała przybyć na twoje wezwanie – oceniła sceptycznie Żaneta.

Wysocka jęknęła.

– Pomożecie? – zapytała najwyższego z tragarzy, który spocony mimo chłodu na dworze, niósł właśnie największy karton z książkami.

Spojrzał na nią, jakby przez chwilę rozważał morderstwo, po czym sapnął i gestem zarządził, by jego towarzysze wnieśli wszystkie rzeczy na górę.

– A na końcu wniesiemy i panią – zapewnił po kolejnej rundzie, ocierając skapujący mu już całymi strugami pot z czoła.

Klara nie czekała na to, tylko gdy mężczyźni zabrali sprzed windy ostatnie pudła, sama pokuśtykała po schodach. Kiedy w końcu dotarła do mieszkania, w salonie stały już regały, stół i krzesła, pod ścianą królowała szafa, a w sypialni dwóch panów składało jej rozłożone uprzednio na części łóżko. Reszta mebli miała przyjechać później.

Kiedy wszystko zostało już mniej więcej jakoś poustawiane, tak by można się było po mieszkaniu w miarę sprawnie poruszać, łóżko zostało skręcone, a panowie z ekipy odjechali, Klara, która próbowała im wcześniej mimo kontuzji choć trochę pomagać, padła na podłogę, dysząc jak maratończyk po biegu w upale, tylko nieco mniej zwycięsko.

I wtedy na klatce schodowej rozległ się hałas.

– O, sąsiedzi… – wyszeptała Żaneta, jakby zapowiadała przyjazd komisji egzaminacyjnej.

Usłyszały pukanie, a następnie skrzypnięcie drzwi, po czym ujrzały w nich siwą starszą panią z kotem. Po chwili przyszła jeszcze jedna, dla odmiany ruda, a po niej pojawił się jeszcze jeden kot, i jeszcze jeden… Potem kolejny jeszcze jeden. I tak ostatecznie wyszło, że odwiedziły je dwie panie i pięć kotów, z czego dwa sprawiały wrażenie, że zarządzają całą wspólnotą.

– Dzień dobry – rzekła ostrożnie siwa, rozglądając się po mieszkaniu. – Pani to nasza nowa sąsiadka?

– Zgadza się – przyznała Klara, podnosząc się nieporadnie z podłogi.

– To miło. Nazywam się Ludmiła Kuczyńska. Mieszkam tu już… No będzie z pięćdziesiąt lat… Jeśli nie dłużej…

– Klara Wysocka…

Kobieta uścisnęła jej dłoń, po czym wskazała na stojącą za nią, wyraźnie onieśmieloną rudą.

– A to Janka… Mieszka pod panią…

Klara wymieniła kolejny uścisk dłoni. Miała wrażenie, że ręka starszej pani nie składa się ze skóry, mięśni i kości, ale z czegoś znacznie delikatniejszego. Jedwabiu albo atłasu.

– Przyszłyśmy zawiadomić, że jutro jest pogrzeb Marianny Szypulki. Mieszkała tu od początku. Na drugim piętrze. Samotnie. Jak większość z nas. Niech pani przyjdzie, to pozna od razu wszystkich. Będzie fajnie… – Ludmiła uśmiechnęła się promiennie.

Wysocka zastanowiła się, czy słowo „fajnie” dobrze komponuje się z taką smutną bądź co bądź uroczystością.

– Pogrzeb…

– Ano pogrzeb – przytaknęła beznamiętnie Janina. – Ludzie rodzą się i umierają. No, w zasadzie tutaj się nie rodzą…

– Najłatwiej będzie się pani zintegrować przy takiej okazji – kontynuowała Kuczyńska. – Jak by to powiedzieć… U nas od niedawna jest to tradycją, że jak ktoś się wprowadza, to idzie na pogrzeb. Jak tylko to mieszkanie zostało sprzedane, wiedzieliśmy, co nas czeka. Zrobiłyśmy nawet seans, żeby zapytać duchy, kto z nas pójdzie się witać ze Świętym Piotrem. I co? Wskazały na Mariannę. No i umarła, biedaczka, trzy tygodnie później. A wcale nie była z nas najstarsza! Dziwne, prawda? Niby nie należy wierzyć w takie szataństwa, ale jak widać, czasem się sprawdzają…

– Proszę ubrać się na czarno, ale nie całkiem – dodała Janina. – My będziemy w kolorowych apaszkach. To też nasza tradycja. A jakby pani czegoś chciała, to…

Żaneta otworzyła usta ze zdziwienia. Nie zdążyła nic powiedzieć, bo obie panie wyszły i nie patrząc nawet w stronę windy, zeszły po schodach, a wszystkie pięć kotów dostojnie podążyło za nimi.

– Wiem, że starsi ludzie bywają dziwni – rzekła ostrożnie Jankowska – ale te pobiły rekord. Myślisz, że były normalne?

– Mam taką nadzieję – westchnęła Klara.

– Oryginalne przywitanie: zapraszamy na pogrzeb, będzie fajnie – mruknęła Żaneta. – Ciekawe, co dalej… Rytualne morderstwo?

– Nie strasz… Na razie wystarczy mi kontuzji. – Wysocka spojrzała na swoją opuchniętą po całym dniu chodzenia kostkę, a w myślach doszła do wniosku, że dziwnie się zaczyna to jej nowe życie. Od skręconej nogi, kilku kotów, dwóch nieco chyba pomylonych staruszek i pogrzebu, który podobno jest najlepszą formą integracji.

Kiedy Żaneta zajęła się otwieraniem kartonów z książkami, Klara klapnęła w fotelu, ułożyła nogę na stosie pudeł i przez moment oddała się wspomnieniom.

Miała już kilka razy „idealne życie”. Konkretnie – trzy razy. A w nim trzech „idealnych” mężczyzn.

Pierwszy był poeta, który pisał utwory na paragonach, rachunkach za prąd i markerem na jej rękach. Miało to być romantyczne. Przez pierwsze dwa tygodnie nawet i było. Do chwili gdy Klara odkryła, że jego największe dzieła nie były o niej, tylko o jego ekspartnerce, którą nazywał w sonetach „natchnieniem”. Natchnienie mieszkało w Portugalii. Poeta wyjechał tam po dwóch miesiącach ich związku, żeby być natchnionym jeszcze bardziej.

Drugi był programista – introwertyk w wersji zdecydowanie rozszerzonej. Tak że potrafił siedzieć z Klarą trzy godziny na kanapie i nie powiedzieć ani jednego słowa. Dziewczyna początkowo myślała, że to głęboka duchowa więź. Albo jakieś porozumienie dusz. Po trzech miesiącach uświadomiła sobie, że jeśli tak wygląda porozumienie, to jednak nie do końca jej o to w życiu chodzi.

Trzeci był – wiadomo – Robert. Jego historia była jeszcze zbyt świeża i bolesna, aby w ogóle o niej myśleć.

– Nie wiem, co ze mną jest nie tak – westchnęła, kiedy Żaneta postawiła przed nią kubek z parującą herbatą.

– Z tobą? – Jankowska uniosła brwi. – Wszystko jest okej. Po prostu za szybko się zakochujesz.

Klara spojrzała na przyjaciółkę.

– To teraz będę ostrożna! I wybredna!

Żaneta parsknęła.

– Ty? Wybredna? Błagam cię! Kupiłaś pralkę, bo było na niej napisane „ostatnia sztuka”, a potem się okazało, że to egzemplarz z ekspozycji, w dodatku obtłuczony. Wybrałaś najbrzydszą choinkę, żeby jej nie było przykro, że jej nikt nie kupił. I nie wyrzucasz od kilku lat obdrapanego kubka, bo będzie się czuł samotnie w śmietniku bez swoich kolegów.

– To błędy systemu. – Wysocka pokręciła głową.

– Sama jesteś błędem systemu. Takiej drugiej nie ma nigdzie. Ale spokojnie. W końcu trafisz na kogoś, kto jest ciebie wart i kto to wszystko w tobie doceni!

Po dwóch kolejnych godzinach rozpakowały książki i umieściły ubrania w szafie. Klara, kuśtykając, zebrała kartony i postanowiła je wynieść na klatkę, by chwilowo nie zagracały mieszkania. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyła mężczyznę. Krępy, około sześćdziesiątki, w brązowym swetrze i z miną osoby, która widziała już w życiu wszystko, łącznie z końcem świata.

– Pani to ta nowa? – zapytał, oceniając ją tak surowym wzrokiem, jakby właśnie oblewała przed nim jakiś egzamin.

– Tak, właśnie się wprowadziłam – odpowiedziała Klara uprzejmie, chcąc zrobić dobre wrażenie.

– Dobrze, że to mieszkanie na trzecim. – Pokiwał głową. – Bardzo dobrze. Tu akurat się spokojnie mieszka. I tragedie się rzadko dzieją. To znaczy rzadziej niż na innych piętrach.

– Przepraszam… Co się rzadziej dzieje? – Klarę lekko zatkało. W głębi duszy poczuła niepokój, czy aby kamienica, do której się wprowadziła, nie jest oddziałem szpitala psychiatrycznego.

– No, tragedie – odpowiedział starszy pan takim tonem, jakby mówił o czymś oczywistym. – Tu… bywa różnie.

Wysocka otworzyła usta.

– Ale… jakie tragedie? – wydusiła z trudem, myśląc przy tym, że jeśli jej rozmówca jest nieobliczalnym wariatem i się na przykład zaraz na nią rzuci, to nawet nie ma go czym zaprawić w cymbał.

– Z czasem się pani dowie. – Machnął ręką i nachylił się ku niej konspiracyjnie. – Proszę tylko nie wierzyć w to, co mówią o piwnicy. I o piątym piętrze. I o windzie.

– Winda nie działa.

– Yhm – rzekł z nieodgadnioną miną. – A to ci niespodzianka.

Klara chciała zapytać, co ma na myśli, ale starszy pan odwrócił się na pięcie, jakby właśnie przypomniał sobie, że ma coś pilnego do zrobienia, i szybko zszedł po schodach, zostawiając ją z kartonami i podejrzeniem, że nikt w tej kamienicy nie ma po kolei pod czapeczką.

Wieczorem, kiedy Żaneta już poszła, Wysocka wsunęła się do łóżka. Miała wrażenie, że wszystko dokoła niej pachnie nowym początkiem: nawet te kartony, których nie zdążyła jeszcze rozpakować.

Ale noc w obcym miejscu zawsze ma swój klimat.

Leżała spokojnie, kiedy usłyszała dźwięk.

Dźwięk, który absolutnie nie powinien się wydarzyć.

„Dzyń…”

Jakby ktoś nacisnął guzik windy.

Klara otworzyła oczy.

„Dzyń…”

– Przecież ta winda nie jeździ – wyszeptała do siebie. – A może już zaczęła?

Wstała, wciągnęła szlafrok, pokuśtykała do przedpokoju i zaczęła nasłuchiwać.

Przez chwilę było cicho. A potem usłyszała dźwięk, jakby winda ruszyła. Bardzo powoli. Z wysiłkiem.

– Działa. – Uśmiechnęła się. – Lepiej późno niż wcale.

Wróciła do łóżka, przytuliła się do pluszowego misia, którego miała od dzieciństwa, i spróbowała zasnąć. Winda jeździła wte i wewte. Przez chwilę Klara zastanawiała się, kto taki odbywa nocne eskapady w górę i w dół, jednak była zbyt zmęczona i wkrótce zasnęła.

Redakcja

Małgorzata Tourgi

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Paweł Panczakiewicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Magdalena Witkiewicz, Gdańsk 2026

© Copyright by Alek Rogoziński, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301777

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Rozdział II

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści