Widok na Tamizę - Sara Craven - ebook
Opis

Tallie Paget przenosi się z prowincji do Londynu i próbuje zostać pisarką. Nie jest jej łatwo, więc gdy dostaje propozycję zaopiekowania się luksusowym mieszkaniem na czas wyjazdu właściciela, nie może uwierzyć w swoje szczęście. I słusznie… Po kilku dniach do mieszkania wkracza nieznajomy i pyta, co Tallie robi w jego domu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 169

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sara Craven

Widok na Tamizę

Tłumaczenie:

PROLOG

Naprawdę miał już dosyć. Najpierw koszmar wojny, kiedy wydawało się, że każda chwila będzie ostatnią, potem lot herkulesem, w końcu przeklęta konferencja prasowa z niekończącymi się pytaniami.

Teraz marzył już tylko o samotności, chciał zrzucić nieświeże ubranie, zanurzyć się w gorącej kąpieli, zmyć z siebie pot i strach i stać się na powrót człowiekiem.

Tymczasem ta idiotka, reporterka, tylko uwodzicielsko trzepotała rzęsami, a on czekał z narastającym znużeniem.

– Może – odezwała się w końcu – zechciałby pan opisać naszym czytelnikom, jak się pan wtedy czuł?

– Walczyłem o życie – odparł zwięźle. – Jak pani sądzi? Jak się można czuć?

– Ale to pan objął dowodzenie – naciskała. – Uratował pan życie innym. Jak to jest, zostać bohaterem?

– Proszę pani – skwitował – nie jestem żadnym cholernym bohaterem. Wykonywałem tylko swoją pracę. Skoro nie ma pani żadnych sensownych pytań, wychodzę.

Samochód już czekał, by zawieźć go do domu, i był za to wdzięczny, bo nie czuł się na siłach prowadzić. I był wdzięczny losowi, że wciąż ma w kieszeni portfel i klucze, że już wkrótce odzyska spokój, którego tak bardzo potrzebował.

Jednak kiedy wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi, zmysły, wyostrzone niebezpieczeństwami kilku ostatnich dni, ostrzegły go, że coś jest nie w porządku. Że nie jest tu sam.

W ciszy wyróżnił szum prysznica, więc ruszył cicho w stronę sypialni.

Przy drzwiach łazienki stanął jak wryty, wpatrując się z niedowierzaniem w smukły kształt, widoczny przez szklaną ściankę.

Jeszcze krok, szarpnął zasuwane drzwi kabiny i ujrzał nagą, piękną, śmiertelnie przerażoną dziewczynę.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tydzień wcześniej

– To niemal zbyt piękne, by mogło być prawdziwe – zanuciła Tallie Paget.

– Czyli prawdopodobnie nie jest – stwierdziła posępnie jej przyjaciółka, Lorna. – Zaledwie znasz tego gościa, więc bądź ostrożna.

Tallie uśmiechnęła się krzepiąco.

– Jestem. Opiekować się mieszkaniem podczas pobytu jego właściciela w Australii, nie płacić czynszu, poza prądem i ogrzewaniem, których postaram się nie nadużywać, to lepsze niż głodować na poddaszu, dopóki nie skończę książki, choć wątpię, żebym znalazła poddasze, na które byłoby mnie stać. To się nazywa...

– Obłęd – podpowiedziała Lorna.

– Fart. Pomyśl, gdybym nie pracowała w barze, który zaopatruje firma Kita, i gdyby mnie nie zobaczył szukającej w ogłoszeniach taniego noclegu, nigdy bym się o tym nie dowiedziała.

– A wyprowadzka z twojego obecnego mieszkania? – spytała Lorna sucho. – To też fart?

– No, nie. Ale w tych okolicznościach nie mogę tam zostać. Josie wyraziła się jasno: nie zamierza się wyprowadzić, żeby z nim zamieszkać.

– Twoja kuzynka każdego omota – mruknęła Lorna.

– Wiem – westchnęła Tallie. – Cóż, kiedyś mi przejdzie. – Głos drgnął jej lekko. – Ale jeszcze nie teraz.

– A ten Kit Benedict? Przyrzeknij mi, że się w nim nie zakochasz.

– Mowy nie ma – zapewniła Tallie stanowczo. – Przecież właśnie wyjeżdża na drugi koniec świata i nie jest w moim typie.

Mój typ, pomyślała z ukłuciem bólu, to wysoki, niebieskooki blondyn o leniwym uśmiechu, z kosmykiem włosów opadającym na czoło. Kit był średniego wzrostu, ciemnowłosy i stanowczo zbyt zarozumiały.

– Szukał kogoś do opieki nad mieszkaniem, więc zawarliśmy umowę.

– Jak tam jest? Kawalerska garsoniera pełna pustych butelek i kartonów po daniach na wynos?

– Wprost przeciwnie – odparła Tallie radośnie. – Ostatnie piętro tego edwardiańskiego budynku, przytulny salon, skórzane sofy, piękne antyki i absolutnie fantastyczny widok na Londyn. Świetnie wyposażona kuchnia i dwie duże sypialnie, główna z własną łazienką. Kit powiedział, że mogę korzystać ze wszystkiego, więc śpię właśnie tam.

Jej pokój u Josie był wielkości pudełka po butach. Mieścił wąskie, pojedyncze łóżko i plastikowy pojemnik na zamek błyskawiczny, udający szafę. Rzeczy, które tam nie wchodziły, zajmowały wieszak na drzwiach. Plus mały stolik, na którym akurat mieścił się laptop, i stołek.

Kuzynka przyjęła ją do siebie niechętnie, właściwie tylko pod naciskiem rodziny, ale ani jej, ani jej przyjaciółce Amandzie, zajmującej drugą dużą sypialnię, nigdy nie zależało, by Tallie poczuła się u nich miło.

Jednak opłata za wynajem była niska, więc nie zwracała na to uwagi i mieszkałaby dalej, gdyby nie poszło o Garetha.

– Mieszkanie jest nieskazitelne, bo dwa razy w tygodniu przychodzi gospodyni, pani Medland, opłacana przez jakąś firmę prawniczą. Od jutra wszystko to będzie moje.

– Hm – powiedziała Lorna. – Nie bardzo mogę sobie wyobrazić, jakim cudem to wszystko należy do niego, chyba że jest właścicielem tej firmy winiarskiej, w której pracuje.

– Nic z tych rzeczy. Mieszkanie stanowi część rodzinnego dziedzictwa. Będę miała nawet gabinet do pracy, a Kit pozwolił mi używać wszystkich urządzeń.

Lorna westchnęła.

– Cóż, chyba w końcu stajesz na nogi, chociaż szkoda, że nie możesz zamieszkać z nami na Hallmount Road. Niestety, odkąd przyjechał chłopak Niny, zrobiło się strasznie ciasno.

– Dam sobie radę – zapewniła ją Tallie.

Gdybym tylko czuła się równie optymistycznie, jak brzmiały moje słowa, myślała, wracając do agencji reklamowej, gdzie pracowała tymczasowo od trzech tygodni, zastępując chorą sekretarkę. Szybko wciągnęła się do pracy, okazała się skrupulatna, kompetentna i biegła w obsłudze komputera, a twórcza atmosfera w agencji napawała ją energią.

Było to miejsce ze wszech miar sympatyczne i Tallie żałowała, że wkrótce odejdzie, tym bardziej że jej bezpośredni przełożony zaczął napomykać o możliwości stałego zatrudnienia na stanowisku autorki tekstów reklamowych.

Czy Lorna czasem nie miała racji? Może nie warto odrzucać pewności jutra dla jakiejś mrzonki? Z drugiej strony, szansa na karierę pisarską była ogromnie kusząca i jeżeli z niej nie skorzysta, będzie żałowała do końca życia. Od dzieciństwa marzyła o pisaniu i od dawna oszczędzała z myślą o tym, że ten czas nadejdzie. Wiedziała, że pisząc, będzie musiała żyć bardzo skromnie, ale była na to przygotowana.

A wszystko zaczęło się od udziału w konkursie ogłoszonym przez czasopismo, który miał wyłonić młodych, zdolnych autorów przed dwudziestym piątym rokiem życia. Warunkiem uczestnictwa było napisanie noweli do dziesięciu tysięcy słów i Tallie, wtedy osiemnastoletnia, wysłała opowiadanie o dziewczynie, która w przebraniu mężczyzny podjęła pełną przygód i niebezpieczeństw podróż po Europie w poszukiwaniu swojego ukochanego, walczącego u boku Wellingtona.

Nie wygrała ani nawet nie zajęła płatnego miejsca, ale ktoś ze składu jury skontaktował się z nią i zaprosił na lunch do Londynu.

Choć pełna rozterek, przyjęła zaproszenie, a Alice Morgan okazała się energiczną kobietą w średnim wieku.

– Mój brat zawsze chciał być weterynarzem jak tata – wyznała jej Tallie, kiedy już nasyciły się pysznościami w bardzo wytwornej restauracji. – W szkole radzą mi studiować angielski albo historię, a potem uczyć. Ale jakoś nie mam do tego przekonania, tym bardziej że musiałabym spłacać studencką pożyczkę. Na razie chcę sobie zrobić rok przerwy.

– Myślałaś kiedyś na serio o karierze pisarskiej?

Tallie zarumieniła się lekko.

– Właściwie od zawsze, ale raczej w bliżej niesprecyzowanej przyszłości. Zawsze sądziłam, że najpierw pójdę do zwykłej pracy.

– A jak zamierzasz spędzić ten wolny rok?

– Będę pomagać tacie w lecznicy. Skończyłam też kurs komputerowy i może poszukam jakiejś pracy biurowej.

Pani Morgan odchyliła się na oparcie.

– A co się stanie z Marianą? Zostawiłaś ją w rękach przemytników. Czy to już koniec jej historii?

– Nie zastanawiałam się tym. Napisałam to dla zabawy.

– To widać. – Alice Morgan uśmiechnęła się do niej. – Może nie doskonały, ale tekst jest pomysłowy i świeży. Gdybyś zdołała utrzymać ten poziom, bez trudu udałoby się znaleźć wydawcę.

Tallie była prawdziwie zaskoczona.

– W takim razie może powinnam spróbować.

– To właśnie chciałam usłyszeć. – Rozmówczyni ucieszyła się wyraźnie. – Postaraj się rozwinąć wątek swojego bohatera, Williama. Jego pierwowzorem jest ktoś znajomy, prawda? Twój chłopak?

Tallie zarumieniła się i zaprzeczyła gwałtownie.

– Nie, po prostu widywałam kogoś takiego w miasteczku, ale nawet go nie znam.

Wiem tylko, jak się nazywa – Gareth Hampton, dodała w myślach.

Pani Morgan pokiwała głową.

– Skoro Mariana ryzykuje dla niego tak wiele, powinien być tego godny. Poza tym jest jeszcze kilka drobiazgów...

Dwie godziny później oszołomiona Tallie wracała pociągiem do domu z notesem wypełnionym notatkami dotyczącymi „kilku drobiazgów”. Jeszcze przed końcem podróży decyzja została podjęta, a plan A gotowy.

Jej rodzice okazali zdumienie i lekkie powątpiewanie, kiedy im go wyłuszczyła.

– Dlaczego nie możesz pisać w domu? – chciała wiedzieć matka.

– Bo to się nie uda. Zawsze się znajdzie coś innego, ważniejszego: pomoc tacie, spacer z psami, wydarzenia w miasteczku; mnóstwo rzeczy będzie mnie odrywać od pracy. Pani Morgan specjalnie podkreślała, że potrzebne mi odpowiednie miejsce do pisania. Zamierzam znaleźć mieszkanie z dwoma albo trzema współlokatorkami i zapisać się do Biblioteki Londyńskiej. Będę żyła tak skromnie, jak się da.

Pani Paget nie podjęła tematu, ale kilka dni później oznajmiła, że mieszkanie z obcymi jest niewyobrażalne i nalegała, by Tallie wprowadziła się do swojej kuzynki, Josie.

– Podobno ma wolny pokój i pomoże ci we wszystkim.

Tallie spodziewała się czegoś wręcz przeciwnego. Josie była od niej starsza o trzy lata i nigdy za sobą nie przepadały.

– Ciotka Val zawsze traktowała nas jak ubogich krewnych – przypomniała matce.

– Cóż, zapewne nimi jesteśmy – zgodziła się matka bez oporów. – Myślę, że konieczność pracy zarobkowej złagodziła trochę Josie.

Złudna nadzieja, pomyślała teraz, jadąc windą do agencji. Przynajmniej w kwestii stosunków między nimi nic się nie zmieniło, dlatego ceniła sobie wieczorną pracę, która pozwalała jej nie widywać kuzynki. Ostatnio pracowała do zamknięcia baru, a rano wstawała wcześnie, by wstąpić na kawę i rogalika po drodze do pracy. W ten sposób mogła nie zauważać Garetha, który spędzał całe noce w sypialni Josie.

Jej wielkie nadzieje, związane z kilkoma wspólnymi lunchami i weekendowymi spacerami, okazały się złudą, ale Gareth podobał jej się, odkąd pamiętała, i już samo przebywanie w jego towarzystwie było jak obietnica raju.

Przynajmniej do chwili, kiedy prawda dotarła do niej boleśnie. Wizja raju znikła, a ona sama pogrążyła się w otchłani bólu.

To był jej ostatni dzień w agencji i nie zamierzała łamać danej sobie samej obietnicy, by nigdy nie opowiadać w pracy o prywatnych problemach. Wyprostowała się więc dzielnie, przywołała pogodny uśmiech i wmaszerowała do biura przez podwójne szklane drzwi.

W sumie popołudnie okazało się dużo krótsze, niż oczekiwała. Minęła zaledwie połowa, kiedy szef zwołał personel i otworzył szampana, a główny dyrektor wygłosił pean na jej cześć i zapewnił, że będzie im jej brakowało.

– Gdyby następna praca nie spełniła twoich oczekiwań – dodał – zawsze możesz do nas wrócić. Wystarczy jeden telefon.

Tallie podziękowała mu drżącym głosem.

Kiedy później wpadła jeszcze po zaległe pieniądze, usłyszała ciepłe słowa także od innych pracowników. Menedżerka pochwaliła jej solidność i dyspozycyjność, a w końcu zaproponowała, by wymieniły się telefonami.

Tallie odmówiła. Teraz chciała całkowicie poświęcić się pisaniu. W biurze poradzą sobie bez niej. Dzięki wcześniejszemu zakończeniu miała czas, by się spakować przed powrotem Josie i Amandy i przed swoim ostatnim wieczorem w barze. Zamykała za sobą wiele drzwi, ale jednocześnie rysowało się przed nią coś nowego. Kto wie, co jeszcze z tego wyniknie.

Perspektywa zupełnie samotnego życia była trochę onieśmielająca, ale przynajmniej dawała możliwość uniknięcia różnych, znanych już nieprzyjemności. Nie miała dużo rzeczy: czarne spódniczki, które nosiła do pracy, bluzki, żakiet w szarą kratę, trzy pary dżinsów, kilka koszulek, swetrów i bieliznę. Na samym dnie pseudoszafy spoczywała niemal zapomniana bluzka, którą wyciągnęła teraz i zapatrzyła się w połyskujące guziczki z masy perłowej. Ten widok niósł w sobie wciąż bolesne wspomnienie.

Pracowała wtedy dla firmy księgowej i zeszła do recepcji po kawę dla klientów, a kiedy wracała z zastawioną tacą, ktoś potrącił ją, przewracając kubki i rozlewając kawę.

– Och – usłyszała zaniepokojony męski głos. – Wszystko w porządku? Nie poparzyła się pani?

– To nie było bardzo gorące – odparła, ale jej śnieżnobiała dotąd bluzka była poplamiona z przodu i na rękawach, a i spódnica także.

Uklękła, by pozbierać rozrzucone papierowe kubki, a winowajca przykląkł obok, by jej pomóc, ale właściwie tylko się jej przyglądał.

Podniosła wzrok i rozpoznała go od razu.

– Gareth – szepnęła. – To znaczy, pan Hampton.

– Gareth jest w porządku. – Uśmiechnął się oszałamiająco. – A ty jesteś młodszą siostrą Guya Pageta. Co robisz tutaj, tak daleko od Cranscombe?

– Mieszkam teraz w Londynie – odpowiedziała szybko. – Asystentka pana Groversa jest na urlopie i zastępuję ją. Chyba że mnie wyrzucą za ten bałagan – dodała na widok szefa, którego twarz przyoblekła się w maskę dezaprobaty.

– To wszystko moja wina. – Gareth wstał, żeby wyjaśnić sytuację. – Nie uważałem i potrąciłem biedną Natalie.

– Nie przejmuj się, drogi chłopcze. – Spojrzenie, jakim starszy pan obdarzył Tallie, było daleko mniej życzliwe. – Proszę jednak zanieść kawę do sali konferencyjnej, panno Paget, i wezwać personel sprzątający. Ten dywan wymaga profesjonalnego czyszczenia. I proszę też doprowadzić się do porządku.

To ostatnie polecenie okazało się najtrudniejsze do spełnienia. Tallie zrobiła, co mogła, zużywając dużą ilość wilgotnych chusteczek, ale było oczywiste, że tylko pogarsza sprawę. Najbardziej przykra była myśl, że Susie Johnson zajęła na spotkaniu jej miejsce i robiła notatki, nie odrywając wzroku od Garetha.

Nie miała pojęcia, że to on jest klientem, i żałowała teraz, że nie nałożyła makijażu i nie miała na sobie czegoś ładniejszego od zaplamionej kawą bluzki. Czegoś, co sprawiłoby, że dostrzegłby w niej nie tylko młodszą siostrę Guya Pageta.

To jednak było mało prawdopodobne, pomyślała z rezygnacją, wspominając dziewczęta, które przywoził do willi w poprzednich latach – smukłe stworzenia z długimi nogami, efektowną opalenizną i artystycznie potarganymi włosami.

Jasnobrązowe, proste włosy Tallie sięgały jej do ramion. I chociaż matka lojalnie twierdziła, że ma ładną figurę, Tallie wiedziała, że jest po prostu chuda. Kremowa skóra i orzechowe oczy za zasłoną długich rzęs były chyba jej największymi atutami, ale o nosie i ustach wolała za dużo nie rozmyślać.

Dziwne, że Gareth w ogóle ją zapamiętał, bo wrodzona nieśmiałość kazała jej na jego widok znikać z horyzontu. Zresztą nie pamiętała, by kiedykolwiek zaszczycił ją spojrzeniem.

Kiedy skończyła kserować stos dokumentów, Gareth dawno wyszedł, a Susie Johnson uśmiechała się z zadowoleniem, opowiadając jak to w ciągu całego spotkania nie był w stanie oderwać wzroku od jej nóg.

Miała właśnie wyjść na lunch i włożyła żakiet, żeby zakryć najgorsze plamy, kiedy recepcjonistka wręczyła jej płaską paczkę we fioletowo-złotym papierze. Zawinięta w bibułkę, spoczywała w niej jedwabna bluzka, miękka i delikatna, zapewne najdroższa, jaką kiedykolwiek posiadała.

Na dołączonym do przesyłki bileciku napisano:

Rekompensata za tamtą, którą zniszczyłem. Będę czekał o pierwszej w Cafe Rosso, żeby zobaczyć, czy pasuje. G.

Zapięła małe guziczki, a jedwab wydawał się drżeć i przywierać do zaokrągleń smukłego ciała. Bluzka leżała doskonale i Tallie uznała to za omen.

Przy barwie kości słoniowej jej skóra sprawiała wrażenie półprzejrzystej i nawet włosy nabrały blasku. Oczy natomiast wydawały się ogromne i lśniące.

Lunch z Garethem Hamptonem, pomyślała z niedowierzaniem. To prawie jak randka. Czyż nie?

Fakt, że nie była to randka, dotarł do Tallie dopiero dużo później. Teraz składała bluzkę nerwowo, aż zredukowała ją do objętości kulki, owinęła ciasno kawałkiem gazety, zagrzebała głęboko w samym rogu kuchennego kosza na śmieci i wyszła do baru.

Gdyby tylko mogła zrobić to samo z uczuciami – zwinąć w kulkę i wyrzucić, nie pozostawiając śladu. Ale to nie było możliwe i mogła tylko poddać się łagodzącemu działaniu czasu, jakkolwiek długo miało to trwać, i wierzyć, że wszystko się jakoś ułoży.

Kiedy następnego wieczoru objęła w posiadanie swoje nowe lokum, rozpakowała rzeczy i postawiła laptop w gabinecie, uznała, że przypływ optymizmu jest całkowicie uzasadniony.

Nie wszystko poszło zupełnie gładko, bo konfrontacji z kuzynką stanowczo wolałaby uniknąć.

– Teraz będę musiała szukać kogoś na twoje miejsce i ciekawa jestem, jak zareaguje twój ojciec na to, że znikłaś nie wiadomo gdzie – powiedziała Josie ostro.

– Nie musisz się mną opiekować. – Tallie wzruszyła ramionami. – A moja wyprowadzka powinna cię ucieszyć.

– Och – burknęła zniecierpliwiona Josie. – Skończ już z tą obsesją na punkcie Garetha! Czy nie czas dorosnąć?

– Racja – odgryzła się Tallie. – Przemyśl to.

Po tej słownej przepychance pojawiła się w Albion House dużo wcześniej, niż było umówione, i zastała Kita Benedicta wyraźnie znudzonego czekaniem.

– Pamiętasz wszystko? Bezpieczniki, system alarmowy, telewizor? I koniecznie przesyłaj pocztę do Grayston & Windsor. To ważne.

– Jasne – odpowiedziała, starając się sprawiać wrażenie osoby godnej zaufania. – Zadbam o wszystko.

– Cóż, Andy z baru powiedział, że jesteś w porządku, a zna się na ludziach. – Zamilkł na chwilę. – Moi przyjaciele wiedzą, że wyjeżdżam, więc nie powinni cię niepokoić telefonami. Ale gdyby ktoś się odezwał, powiedz, że pan Benedict wyjechał na czas nieokreślony. A najlepiej udawaj sprzątaczkę.

Trochę ją to zdziwiło, ale uznała, że nie warto z nim dyskutować.

– Zajrzyj do lodówki – dodał przez ramię, ruszając do holu, gdzie zostawił walizkę. – I zmień pościel w sypialniach. Pralnia odbiera rzeczy w każdą środę. Zrób sobie miejsce w szafkach i szufladach na swoje rzeczy, a w razie czego kontaktuj się z prawnikami. Oni ci we wszystkim pomogą.

Wyszedł, zostawiając za sobą ciężką chmurę zapachu płynu po goleniu i zaniepokojoną Tallie. Co takiego mógł mieć na myśli, co wymagałoby kontaktu z prawnikami?

Zawartość lodówki w postaci kilku zgniłych pomidorów, jajek dobrze po terminie ważności, kawałka spleśniałego sera i zwiędłej sałaty nadawała się jedynie do wyrzucenia. Tallie starannie wymyła lodówkę i wybrała się po zakupy.

Mieszkanie dziwnie nie pasowało do Kita Benedicta. Zawartość lodówki była dużo bardziej w jego stylu niż eleganckie meble, perskie dywany i ekran telewizyjny, który pojawiał się na ścianie za naciśnięciem odpowiedniego guzika na panelu sterowania i umożliwiał wybór każdego kanału, jaki tylko przyszedł jej do głowy.

Było to coś zupełnie innego od telewizora w poprzednim mieszkaniu, permanentnie nastawionego na BBC1. Choć oczywiście nie wszystko zmieniło się na lepsze. Wiadomości wciąż były tak samo przygnębiające, żadnej nadziei na pokój na Bliskim Wschodzie, kolejna podwyżka cen ropy, szczególnie przykra dla jej ojca, który codziennie odwiedzał chore zwierzęta, i koszmarna próba zamachu wojskowego w jakimś dalekim afrykańskim państewku.

Tallie westchnęła, wcisnęła guzik zwijający ekran i położyła się do łóżka.

Coś wspaniałego, pomyślała, przeciągając się z lubością. To z pewnością największe łóżko, w jakim kiedykolwiek leżała, z niebiańsko wygodnym materacem i czystą lnianą pościelą. Wcześniej w łazience znalazła duże puchate ręczniki i frotowy śnieżnobiały szlafrok.

Była na krawędzi snu, kiedy zadzwonił telefon. Nieprzytomnie przetoczyła się na drugą stronę, żeby go odebrać. W słuchawce odezwał się uwodzicielski kobiecy głos, padło męskie imię i szybko wypowiedziane słowa:

– Kochanie, jesteś, co za ulga. Tak bardzo się martwiłam.

Tallie natychmiast przypomniała sobie wyjaśnienie, które zasugerował jej Kit.

– Bardzo mi przykro – powiedziała. – Pan Benedict wyjechał na czas nieokreślony.

Po drugiej stronie ktoś gwałtownie wciągnął powietrze, a głos zmienił się w naglący i władczy.

– A kim właściwie pani jest, jeżeli mogę zapytać?

Nie miało sensu podawać się za sprzątaczkę, nie o tej idiotycznej godzinie w środku nocy, zresztą głos w telefonie denerwująco przypominał głos Josie.

– Przyjaciółką – odparła krótko i odłożyła słuchawkę.

Spodziewała się, że telefon znów zadzwoni, ale tak się nie stało.

Zaczęła odpływać w sen i nagle przyszło jej do głowy, że imię, które nieznajoma wymieniła na początku rozmowy, wcale nie brzmiało jak Kit, tylko zupełnie inaczej.

Chyba mi się zdawało, pomyślała sennie. A skoro było już za późno, by się tym przejmować, odwróciła się z westchnieniem i zamknęła oczy.

Tytuł oryginału: One Night with His Virgin Mistress

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2008

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2008 by Sara Craven

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

ISBN: 978-83-276-3240-1

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.