Wertepy - Leopold Buczkowski - ebook + książka

Wertepy ebook

Leopold Buczkowski

0,0
50,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wznowienie doskonałej, mało znanej powieści Leopolda Buczkowskiego, wydanej po raz pierwszy w 1947 roku. Obserwujemy jej bohaterów, zanim przeistoczą się w „tropione zwierzęta”, w ścigających i ściganych. Już tu widoczna jest jednak ich postępująca dehumanizacja, zbrodnicze predyspozycje, które w czasie okupacji znajdą podatny grunt. „Wertepy” to cykl impresyjnych epizodów, które w szczególny sposób tworzą zwartą całość. Makabryczne, lecz niepozbawione liryzmu, stanowią w dorobku Buczkowskiego, bezkompromisowego eksperymentatora, dzieło osobne. To bezlitosny portret podolskiej wsi doby międzywojnia – dotkliwej nędzy, która popycha ludzi do zbrodni. Znajdziemy tu nie tylko charakterystyczne dla autora „Czarnego potoku” mroczne wyimki z wojennej apokalipsy czy opis degradacji człowieka, którego niszczą nienawiść i zło. Kłębią się tu i mieszają ludzie, ich gesty, obrazy przyrody. Łachy, smród, błoto, gnój, wszy. A równocześnie… ileż tu przebłysków autentycznej poezji!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



POLSKIE PROZY 2

Leopold Buczkowski, Wertepy

Redaktor prowadząca

Paulina Subocz-Białek

Projekt okładki i stron tytułowych, opracowanie typograficzne

Joanna Skrzypiec-Żuchowska

Redakcja i objaśnienia

Maciej Libich

Korekta

Michał Kunik

Maciej Korbasiński

Copyright © by The Estate of Leopold Buczkowski

Copyright © by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026

Wydanie pierwsze wtej edycji, Warszawa 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

www.instagram.com/panstwowy.instytut.wydawniczy

ISBN 978-83-8442-099-7

I

Po kilku dniach podobnych do wiosny przyszła zawieja i nawaliła tyle śniegu, że Dolinoszczęsna jakby się zapadła w rozdół biały i nieogarnięty. Ze śniegu wystawały wysokie jesiony z wronimi miotłami, na tle śnieżnej osypki ostro, wyraźnie rysowały się długie stodoły, chaty z rudymi zakisami na dymnikach i zalane pomyjami podwórza. Żwawy mroźny wiatr, zerwawszy czerwone liście buczyny, zabarwił nimi zbocza i ciche zastodolne boki. Nad przysiadłym dymem stygło tępe, sine niebo.

W mroźne poranki sypały się na śmietniska głodne wróble, sikory i czyżyki, a zwinna kraska, przeszukująca grzebienice, zwisała martwa na zastawionym włosieniu. Do czerwonego wieczoru wrony siadały na czubach najwyższych drzew, dziobami pod wiatr.

Płynęły, przeplatane śniegiem i słomą, twarde zimowe dni. W Dolinoszczęsnej wybuchła epidemia tyfusu i grypy. Chore dzieci, dusząc się na piecach, grzały gorączką młode jagnięta i psiaki. Kobiety biegały za pożyczaniem trzasek malinowych na poty.

Grzybniak leczył, dniami i nocami biegał po Zasereciu i Dolinoszczęsnej; przedrzemawszy w domu kilka chwil koło ciepłego pieca, pił śniadanie, zmieniał przemokłe onucki i znowu szedł do chorych.

Carkówna, wdziawszy trykotowe spodnie i buty z cholewami, stanęła we wrotach przed szkołą; przeżegnawszy się, dusząc w sobie strach, powiedziała do dzieci:

– Zabierajcie się, dzieci, szkoły na jakiś czas nie będzie.

I kilkoro mużyckich dzieci pobiegło drogą zatrzęsioną głodnym ptactwem i pośnym końskim pomiotem. Psy szczekały, szarpały w głodnej zajadłości łańcuchami; strzygąc obmarzłym wąsem, zwąchiwały daleki, lotny zapach kiełbasy wędzonej w plebańskich kominach.

Cerkiewni komitetowcy, brnąc w zaspach śnieżnych, opędzając kropidłem kudłate psy, wałęsali się po Zasereciu i Dolinoszczęsnej: zbierali datki od bab na oszklenie cerkwi hryniańskiej. Baby dawały kłacze i jaja, przygadując:

– Kii nędzy przeglądacie, oni pełniejsze od waszych.

Staruszek, zwinąwszy rękę w trąbkę, pociągając sinym nosem, patrzył pod światło w krase jajko, coś mruczał i chował śmierdziuchy do koszyka pełnego jęczmiennej plewy. Diak-staruszek, trzymając w garści obmarznięte lodem kropidło, potrząsał blaszanką, w której dzwoniły rzucone na przynętę guziki i fenigi.

W mużyckich chatach przygotowywano się do „miaśnic”; piłowali chłopi kosami baranie gardła, a parobcy rozjechali się na koniach po samogonkę do „rosyjskiego” kraju.

Na trzy dni przed „szczodrym wieczorem” Tomasz Huk wstał bardzo rano, wziął dobnię i poszedł do chlewa; uderzył tuczoną świnię po głowie, raz, drugi. Świnia przeskoczyła próg, przebiegła podwórze, uderzyła ryjem w płot; przysiadając na zadzie, pobiegła zakosami z powrotem do chlewa. Huk czekał za drzwiami – znowu uderzył obuchem, raz, drugi. Świnia, rozsadziwszy ryj, zaskrzeczała jak sroka i siadła na mokrym gnoju. Huk podniósł dobnię, znowu uderzył, aż krew trysła mu na spodnie, a biała miazga zbryzgała pasowane cholewy. Świńskie ucho, szarpnięte obuchem, rozdarło się na strzępy.

Zsunąwszy czapkę na oczy, Huk chwycił ryj, przydusił łeb kolanami, po czym zatopił nóż pod przednią łopatką i kułakiem po rękojeści dobił ostrze w głąb. Czarna krew strzyknęła, zbrudziła dyle i drobnymi kropelkami osiadła na szarej twarzy Huka. Matka Huka podbiegła z miską, krew lała się jak z odkorkowanej beczki; stara, bełtając ręką w misce, szeptała do świni: – Moja zazulo miła. – Pies, przedostawszy się z łańcuchem do chlewa, wylizywał z polan grudy stygnącej krwi.

Kiedyś Hukowie słynęli jako najwięksi bogacze w Dolinoszczęsnej. Cała Ługaszewska Mogiła była ich, jakie ze sto morgów. Jeszcze ojciec Tomasza trzymał po kilka par koni, rasowe bydło pasło się na zboczach odłogu, kilkuset owiec na garbach zarośniętych kocanką pilnował parobek. Budynki gospodarskie były kryte blachą, studnia z daszkiem, w sadzie kipiała latem wielka pasieka. Ale na kilka lat przed wojną Josafat Huk zadał się z paczkarzami i koniokradami, upijał się w Supiłkach. Trzy pożary z zemsty zniszczyły gospodarstwo doszczętnie, a pole pokrajali dłużnicy. Wojna światowa pogrzebała sławę Huków.

Tomasz Huk, wróciwszy z włoskiego frontu, zabrał się do odbudowy domu i stodoły. Ojciec już nie żył, matka postarzała się, zdziwaczała i z niedowierzaniem patrzyła na krzątaninę syna. Zmordował się, zadłużył, ale postawił chałupę, stodołę i chlew. Sława Huków jakby odżyła słabym pędem chorowitej szczepy. Toteż Huk zapraszał zawsze młodzież na „szczodry wieczór”, gościł samogonką i świeżą wieprzowiną. Żył z matką oszczędnie, dorabiając sobie na tytoń, na ubranie i buty koniokradztwem, specjalnie chwytaniem łosząt, handlował papuszką, czasami pędził samogonkę. Nie żenił się, ale dziewczęta lubił, bardzo lubił. Żył w przyjaźni z parobkami lubiącymi kraść i hulać. A ponieważ mieszkał na uboczu, kradzione rzeczy miały bezpieczny schowek do chwili, aż ktoś przychodził z Wołynia, zabierał i sprzedawał na targu w Wiśniowcu.

Tomasz Huk lubił muzykę; w skrzyni leżały dwie harmonie, w komorze stał inkrustowany gramofon. Nigdy jednak nie mógł pojąć tajemnicy wyciągania melodii z instrumentu, trochę brzdąkał na basach. Najczęstszym gościem Huka był Olejnik, diak z Dolinoszczęsnej. Siadali obydwaj na pryczy i grali godzinami wiązanki walczyków. Olejnik, odrywając policzek od czosu harmonii, dyktował: „tu na ce-dur”, albo krzyczał: „a-moll!… a-moll! byku krasy!”. Namiętnym słuchaczem koncertów u Huka był Czaplij, tęgi koniokrad i włóczykij. Siedział bez ruchu, zasłuchany, patrzył gdzieś przed siebie, paliły mu się policzki. Papierosa pociągał w tym momencie, kiedy Olejnik, oderwawszy palce od klawiszy, zamachnął ręką, jakby ptaka w powietrzu złapał i nadymając miech, przechodził do innej melodii.

– Ha-moll! Piąty i szósty dolny! Fa!

Po koncercie Olejnik, rozprostowując krzyże, drwiąco, czując swoją w tym momencie wyższość, pluł w stronę Czaplija.

– Ciekawyż to, że każdy złodziej lubi muzykę – mówił, mrużąc oczy.

– Tak to jest. Ty mógłbyś być najmocniejszym złodziejem według twojej kombinacji – odcinał się Czaplij.

– Te że grają, to to jak bogacze: w sobie mają – Olejnik podszedł do Czaplija, złapał palcami jego nos i pociągnął do dołu. – A złodzieje tylko by kradli, znaczy sia, słuchali…

Nieraz koncertowali do późnej nocy zimowej, potem wychodzili z latarniami do stajni, podrzucali bydłu siano. A wiatr huczał, gwizdał w drewutni, rwał śnieg z poszycia. Huk z papierosem w zębach, rzucając długi cień, przeszukał z latarką podwórze, obszedł chałupę, ocierając na progu twarz ze śniegu, znowu zapraszał Olejnika do chaty.

– Chodź, jeszcze zagramy gdzie co.

Stara Hukowa, wyspawszy się, złaziła z pieca, rozpalała i siedząc w kucki przed paleniskiem, ziewała i czochrała zakołtuniony łeb. Żółte światło goniło po ścianie, ogień trzeszczał, robiło się w chacie przytulnie. Huk krajał stare sadło, wsuwał w ręce Olejnika zimną flaszeczkę samogonki, milczkiem wypijali długie łyki i znowu siadali do grania; Huk prosił:

– Gadaj, człowieku, gdzie zmiana.

– Dobra, dobra – mruczał Olejnik, zaciągając się dymem machorki-samorobki.

W chacie było ciemno, cicho i ciepło. Z nadworu dochodził zduszony jednostajny szum wiatru. Czuli się dobrze. Huk jakby przegrywał swoją młodość, zatruwał się gorzkim przeżywaniem starzenia się. Olejnik czuł się szczęśliwy, że jest przez kilka godzin daleko od harmidru domowego, łajań teścia za nieróbstwo i od smrodu pieluch rozwieszonych w chacie. Poza tym nieustannie wierzył, że Huk jednak kiedyś podaruje mu harmonię; z dnia na dzień czekał na tę szczęśliwą godzinę; starał się Hukowi przypodobać, niejedno upokorzenie znieść, niejednemu świństwu przytaknąć, byle wyłudzić harmonię. Huk wyczuwał obliczenia Olejnika i nadużywał go dla spraw swoich brudnych, pachnących kryminałem. Musiał mu Olejnik donosić codziennie: gdzie nocuje patrol policyjny, kto i po co był u księdza Samosaczyńskiego, co mówili na radzie gromadzkiej i w ogóle o wszystkim.

Otóż Huk na trzy dni przed „szczodrym wieczorem” zabił tuczoną świnię, po południu tego samego dnia pojechał na oklep do Pasanówki i przywiózł bańkę samogonki zaprawionej pestkami. Rokrocznie urządzał u siebie zabawę; schodziły się dziewczęta-kurczęta, dziwki-kozodójki i parobcy przedpoborowi. Siarczysta zabawa rwała się do białego dnia, zakraszona zazwyczaj mordobiciem i zbieraniem zębów we wrotach. Ksiądz Żupan i ksiądz Samosaczyński byli wyraźnie niezadowoleni z tych „świętych wieczorów” u Huka, mieli okazję z ambony przejechać się po moralności organizatora tego zbiegowiska, a rysując skutki rozpusty we wsi, odwoływali się do sumienia matek. Mimo to najskrytszym marzeniem podrośniętej dziewczyny i chłopaka-cycaka było być na hulance u Huka. Z roku na rok powodzenie „wieczorów” wzrastało; doszło do tego, że parobcy musieli wynosić graty z chałupy, bo ścisk był nie do wytrzymania.

Huk miał kilka dziewcząt, które wieczorami krzyżowały spacerki we wsi, łaskotały chłopaków i mrucząc ciepłą melodię, prowadziły za sobą na wieczornicę.

– Przyniosłeś jaki garniec? – pytał Huk.

– Nie.

– Nu, ta toż ty, smarku, bawić się chcesz w gołobrzuszka, a tego…

I chłopcy biegli do domu, kradli owies, pszono, mak i co tam który mógł wyrwać z komory.

Huk był już więcej niż „starym kawalerem”; postarzał się brzydko, został jeszcze tylko przy nim wzrost wysoki, jeszcze czasami oczy tlały sinymi blaskami. Bakenbardy cygańskie i wąsik tatarski poszarzały, stały się paździerzyste jak mech na prosiaku wołyńskim. Nosił się po petlurowsku, rajtki miał podszyte ceratowymi flekami, bluzę obcisłą, pasowaną z szerokim dragonem, i pas po wierzchu. Do dziewczyn ciągle się jeszcze zapalał, ciągle mu smakowała ta „kurczęcizna” dziewczęca. Był jeszcze ciągle zamaszysty, niespokojny, ruchliwy, skory do bitki i przygód – ale czuć było od niego to smutne popołudnie. Sława zachodziła, uczucie obojętności i rezygnacji wgryzało się. Jeszcze przed kilku laty rozprawiał się z przeciwnikiem gładko i krótko:

– Chcesz, żeby ci łajna do gęby napchać? Ty bucu!

Chwytał najmocniejszego parobka za wargę, zwalał na ziemię i dźgał obcasem w zęby. Bez pardonu, bez serca, bił ile wlazło. Ale minęło, jeszcze się czasem postawił, potniał na czole, pod pachami i odchodził.

II

Do stołu zasiadał wieniec młodych uśmiechniętych dziewcząt. Zaraz nisko, tęsknie, jakby spod siwego jawora wyruszała na chałupę pieśń. Dziewczęta, wetknąwszy końce chustek przed nosy, śpiewały; w ich pieśniach rozlewała się zmierzona i niezmierzona przestrzeń wiosen, skwaru żniw i smutku zimy.

Przyćmione światło tuliło rozpalone policzki najmłodszych, tych, które były pierwszy raz w uroczystej chacie Huka, tych, które pierwszy raz mogły siedzieć spokojnie w gościnnym bukiecie, w świetle kołyszącej się lampy, przy zaścielonym barwinkami obrusie.

Melodia lgnęła w melodię, ściekała pieśń po pieśni, jak ściekają letnie kukułczane dni. Do tych pieśni nie trzeba ani łez, ani wspomnień. Oczy dziewczęce błyszczały szczęściem, ich kędziory z powkręcanymi gałązkami mirtu trzęsły się, kiedy szedł wyższy, ostry jak jastrzębie skrzydło zawijas melodii:

A za lisom, za trylisom,

Zołotaja diża schodyt’!

Zawsze, kiedy smolista noc zimowa, kiedy dni przelewają się deszczem i smagławieją – duch melodii gęstnieje, zmienia się z wąskiej chłopięcej supiłki w bystre potoki babskiego rozhoworu.

A w Zbaraźi, sławnym miści, kapela hraje.

Mołodaja Bondariwna w korczomci hulaje!…

Zapach mirtu, niby świeży zapach łąki, leciał pod pułap, mieszał się z fajczanym dymem. Śpiewały o puszczy kudłatej, która echa nie daje, o wielkiej tajemnicy, co rankiem wychodzi z jezior.

U Huka była też pierwszy raz Julka Bezdańska, wychowanka Grzybniaka; przyszła najwcześniej i pomogła starej Hukowej koło kuchni: kruszyła czosnek, przelewała rosół do glinianych miseczek. Była w nowej sukience koloru krwistego buraka i butach z cholewami, jej krótki warkocz, nasteporczony ku górze, przepleciony był szmaragdowym troczkiem.

Nad ranem w chacie już nie było czym oddychać, lampa kopciła, dym z machorki gęstniał, od roztartej polepy, zmieszanej z naniesionym na butach śniegiem, ciągnął się kwaśnoogórczany zapach. Dziewczęta popotniały, zagrzały się w gęstych tarciach tańca, od tych najmłodszych pachniało pieluchami. Grały dwie harmonie, Olejnik i Sopotuch z Horynki, skrzypce prowadził syn Olejnika, w bęben bił garbaty Wróblewski.

Dziewczęta powoli traciły głowy, zatrute samogonką, rozgrzane tańcem, dawały się wyprowadzać do komory, w ciemny kąt sieni. Bardziej wstydliwe pary wybiegały pod szopę, szybko, bez jakichś tam wstępów załatwiały gorączkową potrzebę i wracały do ciepłej chaty.

Na lnianym obrusie walały się resztki jadła, cucyki, studzinina, rozdeptywano grudy niedojedzonego chleba. Huk wciąż spozierał spod oka na Julkę Bezdańską, badając, czy już jest dostatecznie pijana; chwyciwszy spojrzenie Olejnika, postanowił podejść do niej. Zahuczała rwista kołomyjka.

– Chodźmy, gołąbeczku, tańczyć – chwycił spotniałą Julkę, położył swą ciężką rękę na jej ciepłych, miękkich plecach. Julka nawet pochyliła głowę, wspierając ją na ramieniu koniokrada.

Lekko zdusiwszy Julczyny łokieć, zrobił jeszcze kilka okrążeń, pociągnął ją do komory, szybko zasunął drzwi. Stęknął, naciskając Julkę ze straszną siłą, rozszarpał rękoma rozrzucone w kluczkę nogi.

Zwinne, toczone i prężne jak szczupaka ciało Julki nie poddawało się; wykręcała się spod koniokrada, kładła na brzuchu i śmiała cichutko jak przy łaskotkach. Starzejący się Huk, wysilając się, sapał, doskakiwał, stosował przemyślne, chłopskie i wojskowe chwyty – ale jakoś mu nic nie wyszło. Wstał i odsunąwszy drzwi, powiedział, sapiąc wściekle:

– Oj, sztuka z ciebie kwarda.

Julka weszła w kłąb tańczących, jakiś młody chłopczyna, z rudym czubem na czole, podbiegł, starł z jej pleców glinę i roztrącając łokciami, poprowadził delikatnie w kółeczko hopaka.

– Nu, jak? – zapytał Olejnik.

– Czorta tam… nie zawsze babę można brać – powiedział Huk, siny na twarzy, łapiąc powietrze szeroko rozwartymi ustami.

– To koza… jaka tam baba – zaśmiał się Olejnik; przebierając drobniutko dolne klawisze, jeszcze dodał za odchodzącym do sieni Hukiem: – Starzejesz sia, boisz sia, by ci pępek nie pękł.

I szła, i rwała, i dudniła ciepła tołoka taneczna, w świt, przez świt do smagłego ranka.

*

Parobcy z grupy staroruskiej i kawalerowie po wojsku bawili się u Bondarczuka, przylepiając się do jego trzech dorodnych córek. Czepczun dał znać o złodzieju. Rozsypali się po chlewach, dosiedli koni i puścili się galopem za Czepczunem, który jechał na swojej starej klaczy, trzymał latarnię i podrzucał łokciami.

Nie udała się sztuka Czaplijowi, działał wprawdzie w porozumieniu z Hukiem, ale się przeliczył. Zakradł się do chlewów Czepczuna, wyprowadził konia na zatyłki, już miał skoczyć na grzbiet. Kobyłka była młoda, wierciła się i dwa razy zarżała. Serce Czaplija zastygło, skakał na konia i zsunął się w kopny śnieg.

Noc była ciemna, gęsta, a szum górnego wiatru dusił stukania. Czaplij, męcząc się z koniem, podprowadził go do sadku, chciał skoczyć z pniaczka rozwalonego płotu. Nie słyszał gwałtownego rozsunięcia drzwi i urywanych szeptów gospodarzy.

Czaplij, tnąc klaczkę drucianym harapem, galopem przejechał sad Zarudzkiego, kopne pola koło stawu i zakręcił na Zaserecie, chcąc się dostać na przełaj do „licalnego” lasu. Koń chwilami zapierał się, wykręcał do wsi. Prażąc ciągle w oba boki, Czaplij zmuszał zwierzę do galopu.

Tymczasem koło plebanii zasereteńskiej ktoś zawołał:

– Kto, krucymfiksum? Halt!!!

Czaplij skręcił gwałtownie w lewo, prując po pochyłości w dół, posłyszał za sobą głuche buchnięcia galopu po zamarzniętej roli. Leciało za nim z dziesięciu jeźdźców, rozsypali się szeroko po polu. Brali go fachowo, chcąc go zapędzić w „kociołek”.

Czaplij, oglądając się na moment, widział, jak po sinobiałej płaszczyźnie, zapylonej poświatą księżyca, zbliżały się ku niemu czarne roztrzęsione kukły; słyszał już ciężkie chrapania koni. Podniósł drucianą zaplotkę i jeszcze z całej siły uderzył konia w podbrzusze, przytulił się do grzywy. Droga ciągle rwała do dołu. Koń wypuścił długi galop, uniósłszy łeb wysoko, zaperkotał nogami i, jakby podcięty, upadł. Czaplij głową uderzył w ostry koński grzbiet, krew chlusnęła z obydwu dziurek nosa. Z trudem obmacał czoło i zastygł w oczekiwaniu na śmierć.

Zwalili się kupą. Tylko na sekundę otworzył oczy, jakby chciał się upewnić.

Zatłukli Czaplija jak zdechłego kota, zatłukli batogami, kluczami od sieczkarń i obcasami. Uderzenia chrzęściły i padały nieprzerwanie, aż Czaplij wyciągnął się na płask i ucichł. Potem jeszcze raz się podniósł, popełzł trochę na kolanach, pogrzebał śnieg szeroko rozstawionymi palcami i upadł twarzą do przekrwionych własną krwią pecyn.

Wiatr nad ranem wzmógł się, syciła się odwilż. Zanim parobcy pochwytali swoje konie, zanim uradzili, co gadać policji – poczęło wyraźnie świtać.

Na Ługaszewskiej Mogile zakwitł blask, chromowe ciepło rozlało się szeroko po niebie. Dolinoszczęsna poczerniała w odwilży, jakby wklęsła między plecione płoty.

III

Nad ranem ksiądz Żupan wykończył tłumaczenie Niespodzianki, narysował czerwonym ołówkiem tytuł NESPODIWANKA, podzielił role:

 O j c i e c:  Antoni Barszczewski

 M a t k a:  Jewka Andruszko

 F r a n e k:  Olejnik Jan

 Z o ś k a:  Julka Pokrowszyn

 A b r a m k o:  Hryć Hudz

 R y f k a:  Makryna Zariślańska

 P a r o b c z a k i:  nie wiadomo

 P o d r ó ż n y:  Szeremeta Antoni.

Robił się szary ranek, światło lampy mieszało się z sinym, zakopconym brzaskiem. W pokoju księdza Żupana stały stare, ceratą obite krzesła, stół rozkładany, na którym leżały papiery i książki w nieładzie. Na ścianie wisiał jakiś bardzo staroświecki zegar, chodził wolno, tykał głośno. Na podłodze koło pieca leżało dużo książek powiązanych sznurkami i rzemieniami.

Ksiądz zrobił kilka przysiadów i głębokich wdechów, wdział kożuch i wyszedł na cmentarz. Pochodziwszy wśród oszronionych drzew i krzyżów, przystanął koło starej, drewnianej cerkwi. Górą leciał wiatr, osędzielina dzwoniła, krzyż na wieży ponuro warczał. Ksiądz lubił postać w samotności, podumać, powspominać.

Na progu cerkwi stała oszroniona, zmarznięta Anielka Bezdańska; zobaczyła księdza, podeszła jak pastuszka z pręcikiem w zmarzniętej garści.

– Ułanów szukam. Pojechali tak wo – i zamachnęła w świat.

– Poszłabyś spać, kobieto – zamruczał ksiądz do wariatki, kuląc plecy, wrócił szybko do plebanii.

Był wysoki, dobiegał pięćdziesiątki, dziarski i żywy; szczupłość postaci odmładzała go, ogorzałość cygańska chudej twarzy upiększała. Ciemnoniebieskie oczy, zawsze jakby uśmiechnięte, patrzyły na świat spokojnie i mądrze. Zagartując ręką gęstą czuprynę, ksiądz Żupan uśmiechał się mocnymi ustami, a uśmiech ten, na długo zastygający, wyrażał łagodność i dobroduszność bez zastrzeżeń. Głębokie zmarszczki tłoczyły się na czole, twarz czerwieniała, żyły na szyi pęczniały, kiedy ksiądz krzyczał z ambony do narodu dolinoszczęśniańskiego.

Od całonocnego siedzenia i wytężonej pracy ciążyła mu głowa, kości bolały. Żeby nie zbudzić żony i dziecka, śpiących w drugim pokoju, chodził na palcach, cichuteńko przesunął krzesło, zaścielił kocem kanapę i nierozebrany położył się na wznak, twarz nakrył ręcznikiem. Nie zasnął, nie dawała spokoju myśl, że za godzinę trzeba wstać, przygotować się do „służby Bożej”, zganić Olejnika i wykrzesać z siebie kazanie. Myśli się plątały, rosły, malały, mieszały się z koszmarną akcją sztuki. Ksiądz jeszcze raz podumał nad sensem moralnym Niespodzianki i zasnął mocno. I zaraz za sennym zawijasem obrazu w domu Szywałów – scena tłoczącej się ciżby ludzkiej na przedstawieniu. Potem zadzwonił pulchny, szeroki w mroźnym powietrzu – śpiew dzwonów cerkiewnych.

Zerwał się, usiadł i zobaczywszy Olejnika, przestraszył się nie wiadomo dlaczego, poczuł nagle, że serce jakby obróciło się w nim i zastygło w bezruchu, ale wstał i podszedł ostro do diaka.

– Stary chłop – powiedział – a głupstwa się imają ciebie. Wstyd! Ja kogoś przyjmę na twoje miejsce… albo co. Wstyd!

– Jak jegomość zrobi, tak będzie – mruczał Olejnik, ledwo stojąc na nogach.

Zarzucił ręce na tył, przebierając zbolałymi od harmonii palcami, przechylił na bok głowę. Gryząc wargi, podnosił oczy do góry i rozstawił szeroko nogi, jakby się przygotowując do długiego słuchania.

Ksiądz zabrał się do golenia, namydlił policzki, chodził z brzytwą po pokoju. Żądał natychmiastowego zerwania z Hukiem, mającym opinię nieuleczalnego samogoniarza i koniokrada, i w ogóle złodzieja parszywego.

Tłumaczył ksiądz Olejnikowi przymioty Huka, jakby ten go nie znał.

– Nie życzę sobie, kombinujesz? Nie życzę! – krzyczał ksiądz.

Olejnik, zachowując na twarzy skupioną powagę, patrzył, jak proboszcz otwiera usta, jak wymachuje brzytwą i udaje złego; nie starał się nawet wniknąć w sens powiedzeń. Znał te powiedzonka od kilku lat. Odkąd zapalił się do harmonii Huka.

Ksiądz siadał; pociągnąwszy kilka razy brzytwą po czerwonym policzku, znowu się zrywał i krzyczał:

– Wypędzę! Draniu sobaczy!

Olejnik, przerzucając swe ciało z nogi na nogę, uważał za stosowne coś powiedzieć, mruknął pod nosem:

– Tak jest. Wola księdza jegomościa.

Ksiądz zdjął watowany surdut, stojąc nad miednicą, zapytał:

– Co tam słychać?

– Koniokrada zatłukli – powiedział żywo diak.

– Nie!

– Chrystu świętyj! – zaklął się diak.

– Ot, nieszczęście. A gdzie to same zabili jego?

– Na hryniańskich polach. Chciał do „rosyjskiego” lasu uciekać.

– Nu, wszystko jedno. Wieczorkiem pójdziesz do Hetmana i spytasz, czy wynajmie chałupę na przedstawienie.

– Tak jest, proszę jegomościa – rzekł Olejnik i wyszedł tak żwawo, jakby się stał innym człowiekiem. W sieni natknął się na Jewkę niosącą skopiec dymiącego mleka.

– Tobie cycki wypędziło tej zimy, nie daj Boże!

Klepnął dziewczynę po plecach. Szum z mleka zleciał na podłogę. Jewka skręciła się i skoczyła szybko do kuchni.

O dziewiątej już byli ludzie na cmentarzu, przeważnie starcy. Wielkie baranie czapki podniosły się nad łyse głowy, kiedy ksiądz Żupan wszedł na próg cerkwi. Po „służbie Bożej” ksiądz zaprosił do siebie Barszczewskiego, Andruszkowa, Olejnika, Pokrowszynównę, Hudza i Zariślańską. Rozdał role i wyznaczył pierwszą próbę za tydzień.

Po południu przyszedł stary Czepczun, pokłonił się nisko, chwycił rękę księdza.

– Złapać my chcieli. A to, jegomościu, parobczaki jak dopadli, i zabili. Co robić, co robić? – ocierał łzy z oblicza i jęczał.

– Aj, Boże! co ja na to – powiedział ksiądz – co ja na to poradzę.

– Może jako zataić. On był z „Rosji”, taki czubaryk, proszę jegomościa. Może by jak zataić? – zapytał Czepczun, rozumiejąc to w ten sposób, że ksiądz poda radę, jak zataić.

– Ja bym rad… moi ludzie.

– Zlitujcie się, jegomościu – nastawał Czepczun.

– Nic, człowieku.

– Oj Mateńko Chrystusowa! – jęczał Czepczun, gotów paść do nóg księdzu.

– Nic nie poradzimy. Prawo będzie szukać swego… czubaryk nie czubaryk – rzekł srogo ksiądz i otworzył drzwi.

Czepczun wyszedł bez słowa, smarkając, ślizgał się na lodowatej ścieżce.

IV

I u Ćpindla w noc „szczodrego wieczoru” było tłoczno. W napalonej chacie panował zaduch, a od stłoczonej koło kart starszyzny śmierdziało kożuchem i łojem baranim. Ćpindel skończył jeść barszcz, pościerał ławkę przyokienną, podał drugą talię kart Bantowi, a sam siadł bliżej uchylonych do sieni drzwi i zaczął opowiadać. Szeremety nie było, poszedł do Żarnowieckiego.

Ćpindel, chudy, wysoki, miał zielone, ciągle rozbiegane oczy, był tkaczem; żona jego, jakby trochę pomylona, bo pierwszej nocy poślubnej nabrała wstrętu do rzemiosła małżeńskiego. Ile razy Ćpindel zbliżył się ciepło do żony – spazmowała końskim głosem i mdlała, darło ją na wymioty żółcią. Dlatego dzieci nie mieli. Ćpindel zwalał całą winę na kobietę. Chwalił się, że kiedyś w młodości był najostrzejszym parobczakiem w Dolinoszczęsnej i prześcignął ekonoma w tej robocie. Większą część swego życia spędzał Ćpindel przy warsztacie tkackim, nie pił, lubił dobry tytoń i karty na „ostro”.

Chałupa Ćpindla była pakowna i dość czysta, ale w tej nibyczystości widać było, że ręce Ćpindlowej nie bardzo puchły od roboty. Kruszynki chleba leżały nieraz całymi tygodniami na skrzyni, aż kury wyzbierały; na ławkach walały się łachy brudne i czyste, stare i nowe. W kącie kisła dzieżka z brudną wodą, zatrzęsioną łupinami i sieczką. Buty nieoskrobane leżały pod progiem i często Ćpindel potykał się o nie i padał. Ćpindel, stercząc nad warsztatem, nie widział kur, które rozpanoszywszy się w chałupie, łaziły po posłaniu i pstrzyły ćwiluchy. Cała izba nasycona była zapachem czosnku, starych pomyj i lnu dla cieląt.

Był znanym w całej okolicy ptasznikiem, jego para tańczących wróbli oceniana była bardzo wysoko przez rozmaitych sztukmistrzów odpustowych. Parę wróbelków Ćpindel wytrenował przy gramofonie, przyniesionym aż z Albanii. Płyty do tego gramofonu wytłukły się; kiedy przyszedł Szeremeta, to jeszcze była jedna, połatana, poklejona i szanowana niczym karabin na bezludnym chutorze. Ćpindel nakręcał ostrożnie gramofon, bardzo delikatnie kładł płytę i ułamawszy obcęgami igłę do szycia, wtykał „szpica” do zardzewiałej membrany i umacniał trzaseczką. Z tuby wypływał ponury, zataczający się pod jeden bok gulgot i szum, a po chwili, jak spod ulewnego deszczu i wiatru, wykluwała się melodia.

– Na gruzach Mandżurii – objaśniał drżącym głosem Ćpindel.

Para wróbli, rozczapierzywszy skrzydełka, z wyciągniętymi dzióbkami jak przy łykaniu wody, skakała w kółeczko.

W zimowe wieczory, do późnej nocy, często też do czerwonego, mroźnego świtu grali w karty, słuchając po sto razy skrzypienia gramofonu i cmokania Ćpindla: „cok, cok, cok, worobięta”. Przychodził Grzybniak z Zaserecia, stary Bant, Żarnowiecki, grali w „szubę” i doili wiśniak. Ćpindlowa spała na piecu, wystawiwszy na chałupę chude, porysowane fioletowymi żyłami nogi. Schodzili się niekiedy chłopi, siadali na ławach, gapiąc się w grę, doradzali, palili, pluli. Przychodzili pogrzać się wartownicy, posiedzieli przez północ, płoszyli pchły z cholew i suszyli papuszkę na blacie. Derkacz, ile razy zimą miał wartę, zawsze ją przesiedział u Ćpindla, ściągał buty, wydobywał onucki i słomiane wkłady; nie spiesząc się, wyciągał wszy z nogawic albo dłubał patyczkiem w zębach.

Bywały wieczory, że Ćpindel nie grał, odstępował swoje miejsce wędrownemu bezrobotnemu z „wielgipolszczy”, siadał koło pieca i opowiadał bajki.

U Ćpindla zagnieździł się na stałe Szeremeta. Przyszedł był przed trzema laty, niby tak przenocować, i został w Dolinoszczęsnej. Przezwano Szeremetę „Beznoskim”. Nie gniewał się, na jego zawsze opuchłych wargach zjawiał się dobry uśmiech. Był zasadniczo milczkiem, pracował od świtu do nocy, pomagał Ćpindlowi koło gospodarki, bo Ćpindlowa, nieraz zabrawszy się z chałupy, czępiała na plotkach przez cały dzień. Głodne świnie i niedojona krowa mało ją obchodziły. Szeremeta doił, karmił, zamiatał, piekł chleb i skubał pióra.

Przez czas jesieni i zimy Szeremeta zajmował się charaszaniem prosiąt, pomagał przy ciężkich krowich porodach. Pierwszy zaczął stosować znakomity środek na jałowe krowy i na takie, co to lubią częściej do „kawalera” chodzić. Jeżeli to było zimą – to kazał krowie po skoku srom gorczycą wymaścić, a latem dobrze pokrzywą wyparzyć. Brali go ludzie „na poradzenie” przy kupnie bydła, koni i świń. Zawsze dobrze wybrał, zawsze dobrze poradził.

Ćpindel był dumny z lokatora, po prostu rozsadzała go radość, kiedy ludzie walili za poradami, wiązali prosiaki do belki na podwórzu, czekali w kolejce.

Latem Szeremeta wychodził w daleki świat, szedł z odpustu na odpust, żebrał, wróżył. Potem, kiedy mu Ćpindel podarował tańczące wróbelki, chodził z ptaszkami i gramofonem w plecaku. Ludzie tłoczyli się do Szeremetowego stolika, podziwiając utalentowane ptaszki.

W jesieni Szeremeta wracał do Dolinoszczęsnej z pokaźną gotówką; papierowe pieniądze oddawał do przechowania Grzybniakowi, a monety wsypywał do małego gliniaczka i na druciku spuszczał do dziupli na cmentarzu. Przynosił Ćpindlowi kilka paczek machorki, zasuszone, obcmokane przez muchy miodowniki i kupę plotek o wojnie gdzieś w jakimś kraju; z tych to plotek Ćpindel w zimie zręczne bajki wyginał. Przyniósł był sobie też Szeremeta rasowego królika, za odbyrkanie samicy tym rasowcem brał od chłopaków kłacze. I znowu mogła przewalać się sroga zima; kartofle stały w komorze, było siemię do „zapaszki”, od karciarzy pobierali opłatę za naftę: pięć groszy od chłopa, „możesz, człowiecze, siedzieć, jak długo pęchirz wytrzyma, a to, że nie słyszysz terkotania baby, tyż coś warte”.

– Nu, a jak u ciebie z katarem? – pytał Ćpindel Szeremetę.

– Jakoś tak.

– Tak widać, że tak. Pomyśleć, co to za sztuka ten człowiek. Powiadali w naukach, że wszystko ważne u człowieka. A to nieprawda, bo nawet i bez torebeczki żyją.

– Kto taki?

– A wo, Kurczybiński… na wojnie oberwało.

– Ali żona jego po połogu umarła.

– No, tak coś zaszło. Tobie na italiańskim oberwało nos?

– Na Idzondzo – odburknął Szeremeta.

Przyjaźń między starymi rosła, zaplatała się w zawiły supeł dozgonnej miłości.

Tkacz sypał tej nocy bajkami jak z worka pełnego dziadowskich szpargałów. Pochylał się od czasu do czasu nad tlejącym ogniem, wydostawszy drutem węgielek, kładł go na fajkę i jakby nie widział rozbudzonego w słuchaczach zaciekawienia, ciągle pykał i pykał zaślinionymi wargami. Wreszcie zaciągnął się dymem; zamachując rękoma na boki, niby szerokie pole zwiewnych obrazów, otwierał, kończył opowieść:

– Każda profesja, wreszcie, ma swoich znachorów. A te znachory znają się z nieczystą siłą i tą nieczystą siłą pomagają sobie w robocie.

V

Wieczorem do Żarnowieckiego przyszedł Szeremeta, wydobył z kieszeni paczkę czerwonej machorki, zdjął ze siebie kożuch, chuchając w palce, siadł za stołem.

Żarnowiecka jeszcze nie znała Szeremety; chorując od dwóch lat, nie wychodziła ani za próg.

W blasku światła, pod szklącymi się obrazami, widziała twarz mocną, czarną, blizna po nosie zawiązana była czystą szmatką. Gęsta, czarna czupryna Szeremety świeciła się; był wysokiego wzrostu i nietęgi. Ręce miał jakby nabrzmiałe, zsiadane liszajami i mozolaste. Wyglądał na pięćdziesiąt lat, ale był jeszcze zwarty, twardy i prężny; siedział za stołem swobodnie, prosto, opuściwszy głowę nieco na bok, patrzył jasnymi oczyma; spostrzegłszy Żarnowiecką, wstał, podszedł do niej, chwycił rękę i ścisnął mocno.

– Jak się macie – powiedział spoistym, czystym głosem.

Wnętrze izby Żarnowieckich nie było tak obszerne jak Ćpindla, ale bardzo czyste. Szkło na obrazach błyszczało, polepa żółciutka jak wosk, przypiecek podbielony, na czystym obrusie rozsypany był mirt.

Podczas gdy Żarnowiecki tłukł się po komorze, szukając wiśniaku, Szeremeta siadł znowu za stołem i zaczął rozmowę:

– Ile ma?

– Miesięczne – przecedziła przez zęby Żarnowiecka.

Huśtała wiklinną kołyskę; wyglądała, jakby była staruszką, jakby życie z niej uciekało, jakby doszedłszy do ostatniego więdnięcia, wysmykiwało się z człowieka-ruiny albo badyla jesiennego. Jej ręce, cienkie, zielonego koloru, z trudnością przewijały pieluchy. Twarz schorowana, pod oczyma trzęsły się worki opuchlin. Widać było, że mówienie męczyło ją.

Szeremeta doznał jakby uczucia wstydu i smutku, zaraz zrodziła się w nim chęć przyjścia Żarnowieckiej z pomocą, pocieszeniem.

– Syn mój uczy się – powiedział. – Jak przyjedzie tu… coś zaczniemy robić. Będzie lepiej nam i wam.

Żarnowiecka pochyliła głowę nad dzieckiem, jakby ukłoniła się, potem popatrzyła spode łba na Szeremetę bezbarwnymi oczyma.

– Kiedy twój syn zjawi się? – zapytał Żarnowiecki.

– Lada dzień… lada dzień.

Do północy wypili wszystek wiśniak, nakurzyli, aż ciemno było w płaskiej chacie. Żarnowiecki posłał najmytkę po sadło do komory, a sam poszedł do lochu, odwalił śnieg i wygrzebał spod buraków bańkę samogonki. I po północy sprawa dzierżawy stawu zasereteńskiego była jakby załatwiona. Szeremeta wyłożył na stół sto złotych, ręce drgały mu jak w gorączce, kiedy zaczął przeliczać. Żarnowiecki sobie przeliczył, potem znowu obydwaj przeliczyli.

Pijany, ledwo stojąc na nogach, Żarnowiecki poślinił ołówek i „zakontował” w książce; Szeremeta był analfabetą, a wstydził się tego, więc na pytanie sołtysa: – Czy tak? – odpowiedział, popatrzywszy na sine karaluchy: – Tak, tak.

– Jak syn twój przyjedzie do wsi, to cegielnia idzie w ruch. Prawda?

– Nu, jakże. On koło cegielni tyż robotę zna – rzekł Szeremeta i ledwo nie zwalił się na bok, aż go ciągnęło do nurka pod stół.

– Musi puścić gromadzką cegielnię. Nu, człowieku, żebyś nie gadał, że stawu nie masz… Z wiosną puszczaj kroczki i nic nie pytaj, i nic nie gadaj. Nie chwal się! Na moją rękę! Na!!

Szeremeta wahał się, z kwaśnym uśmiechem na czerwonej twarzy patrzył załojonymi pijacką otoczką oczyma na sufit, nie wyciągnął ręki do sołtysa, położywszy kułak na stole, powiedział:

– Spokojnie, spokojnie. Dożyjemy, cieszyć się będziemy.

Żarnowiecki usiadł, objął Szeremetę rękoma, przytuliwszy się, całował Beznoskiego po czole, po policzku niżej zawiązki, dyszał gorącym, kwaśnym smrodem samogonki.

W izbie, po pijackim wyżyciu się sołtysa, zapanowało milczenie, przerywane lekkim skrzypem kołyskowych powrozów po drewnianym kołku i szelestem słomy w kącie, na której najmytka mościła sobie legowisko.

Żarnowiecki wyrwał się z głuchej, kwaśnej chłopskiej zadumy, wstał bardzo ostro, przewrócił ławkę, wdziawszy spiesznie kożuch, zaryczał:

– Chodź! Staw pokażę!!

Kolędując po drodze, przeszli zakuty lodem staw, zapalili na mostku. Od strony Ługaszewskiej Mogiły leciał zduszony hurkot bębna, mieszał się ze szklanym dzwonieniem osędzieliny.

Świeciło się jeszcze u Ćpindla, podeszli; Żarnowiecki zastukał.

Wyszedł naprzód tkacz, poznawszy sołtysa, zawrócił do chaty, dał znak wartownikom i ci, niosąc w rękach buty i onuce, skryli się w ciemnej sieni.

– Ty wybacz, a ja kacabajki musiał ubrać – rzekł Ćpindel i zaprosił do chaty.

W izbie, dusznej i przegrzanej, na ławach i na warsztacie siedzieli chłopi, sama starszyzna. Żarnowiecki krzyknął: – Sława Bohu! – i czując, że go na nowo rozbiera uparta samogonka, legł na pryczy Szeremety i zasnął, prychając dolną wargą pod skudłaczony wąs.

A Ćpindel rozgadał się:

– A ot, tu, ludzie kochani, na tej ziemi rozmaitość ludzka chodziła. Ot, choćby Kaniowski, siaki, taki. Czasy byli, wiecie, stare i bez kontroli nijakiej, taka historia.

Przyjechał był raz Kaniowski do Majdanu, tak ksiądz Pawliński nieraz opowiadał.

Przyjechał był raz Kaniowski do Majdanu z rajtarami setką. Zlecieli się zaraz ludzie biedni i głodni i dzieci bezszkolne. Zlecieli się i dawaj prosić Kaniowskiego o wspomożenie jakie; ten, wiecie, chleba, ten pogorzał, ten kwitka na kupę drzewa. A Kaniowski, jak najjaśniejszy pan, mrużył oczy z rozkoszy, dumny, wiecie, z próśb ludzkich.

Kazał sprowadzić przysiężnego.

„Baniaka! – powiada – baniaka wielgiego!” Zamachnął pręcikiem malowanym, tęgim językiem polizał wąs szlachecki. „A wy – powiada do bab mużyckich – wy jajów naznoście tutkaj!”

„Kurzęce?” – pytają śmiałe mołoduszki.

„Kurzęce nie kurzęce! Kacze, hindyczkowe… wszystko”.

Kazał Kaniowski wielgi baniak ugotować, a gdy woda sia ugotowała, sześć kóp jaj kazał wrzucić do kipiączki. Jaja sia ugotowali, rajtary zeszli z koń i zjedli jaja ciepłe. A te wody kazał Kaniowski rozdać ubogim, zachwalając, jaka to, wiecie, zupa dobra!

Taki to już był czas, taka doba czasu. To już był taki czas i taki człowiek, bo to, wiecie, od dziecka trzeba uczyć dobroci, jak tera uczą zamykania drzwi bez hałasu i wycierania nóg wchodzący do alkierza z gnojnego przedchacia.

A serce tyż miał ten pan Kaniowski. A wo był raz przyjechał do seła jednego z rajtarami setką. Zawsze, wiecie, z rajtarami jeździł, bo parobczaki na niego guli maścili za Bednarzównę. Przyjechał do tego seła i patrzy, a baba na błocie klęczy i modli się.

„Co, babo! – krzyknie Kaniowski – co, babo, klęczysz na błocie, twoja była taka siaka”.

„Ha?” – pyta sia baba, bo głucha była.

„Co, babo, klęczysz?”

Rajtary za pleciączki chwycili, strasząc babę, tak jak to byli nauczeni.

„Co, babo, klęczysz i spódnicy walasz?”

„Cerkwia się spaliła – rzecze baba – cerkwia i prystoł”.

„Cerkwia się spaliła?”

Rajtary pleciączki schowali i gdzie który tabaki zaniuchał.

„Dawno się spaliła?”

„Z roków kilka, kozaczeńku miły” – rzecze baba.

„Ja tobie nie kozaczeńku, łubie stary”.

I wziął Kaniowski napisał kwitka do szwagra swego Badeniego: „Co – pisał – co ty sobie dumasz, ty siaki, taki; ty po wiedeńskich kramach grosza marnujesz, a naród podolski bez cerkwi ginie”. I nie minęło lato i cerkwia nasza gontem pobita została. Rozmaite ludzie bywają… – przyciśnij drzwi, siadaj tu wo.

A ot, tu był za czasów księdza Pawlińskiego przyjechał do swego szwagra kominiarz taki, Łotocki nijaki. Popili wiśniaku i dawaj zakładać się Łotocki, że na parasolu z wieży kościelnej nad chałupami poleci. Założyli sia. Wyszedł Łotocki na wieży, pomyślał i parasola rozpuścił. Nie wypowiedziawszy ament – Łotocki upadł kryżbantem do posusznej ziemi i nawet słowa nie powiedział o przegraniu, i umarł.

To wolno, wiecie, bo żadnej szkody nie naparzył. Ot, twoja rzecz, Łotocki; chciałeś, to poleciałeś.

Gorzej bywa, wiecie, jak taki sia znajdzie, że mu z rozumu odejmie i na atamana nadyma sia. Ty giń, człowieku, taki powiada i serca w duszy nie czuje.

A tu za zbruczańskim majdanem ten batiaryna, ten ciubaryk, ataman Zacharko, sia obezwał. Przyjechał był z kremienickiej debry na koniu niewałaszonym. Tęgi chłop, wiecie, z głową wielgą, a pokiereszowaną jak świński zadek w dzień jarmarcznej ciżby. Naradziwszy czapkę papaszkę, a do niej ni to orła, ni to wróbla z sierpem zawiesił, udając, że to niby jakiemuś tam carowi służy. Rajtki z materiałowej celty, buty z niemiecka szyte na boki i kubrak; kitajka z patronami na piersiach. Siadał, a koń stękał, bo tak siła w nim ważyła. Koń smykał po polach, bo ataman Zacharko drucikami bił w pośladki końskie. Dwa naganki po bokach i jeden ucięty w sakiewce siodłowej, a bomba jajkowa w kieszeni. I wojował do jesieni, ludzi zmęczonych po wojnie strachając, spać po chutorach wdowicom nie dawał, zagadując do grzechów jakich. Pożal sia było z nim! Dawaj wódki! Dawaj siana! Dawaj groszy!

„Co? – powiada – gadasz: ni ma?” Bach! Bach! z nagana wywalił i już krew, i już nieszczęście. Zasiadali na niego z gwerkami, pluli tam kiedy chłopaki na niego z otriezów, ali gdzie tam. Jeszcze sia gorzej rozpanoszył i spokojnej drogi nie było. Ataman Zacharko tu zabił, tam postradał i dokoło, i dokoło powieść szła, szła i przepadła na zimę. Zdawało sia, że atamana na bęben i na szmalec czortom przerobili.

Figa tam! Tylko sia ptaki zlecieli, tylko śnieg sczezł i kwiatki wykłuli, a baby jeszcze nawet kwok nie sadzili – sława atamana Zacharki narodziła sia i sam z kilkoma kozakami, by sia śmierdzącej wątroby najedli, po polach, po drogach i zadrożkach leśnych buszował. Naród cierpiał, spokojnej drogi nie miał z sierpem czy jakim groszem po sprzedanym wieprzyku.

Tych kozaków ataman Zacharko nazbierał pięciu jak jeden chłop, wszystko bacałygi cholerskie od gnoju. Poubierane w mantle kazionne, patrontasze i pistoleta w kaburkach, wszystko na kulbakach. Nagajki długie po końskie ogony trzymali w przygarściach. Konie dobrze karmione, na ścieżkach twarde kampy z owsem zostawiali, tak i że wróbel sia podkarmił. Bywało, przyjechali po żniwach do chutoru na Wiliniu, kupą do obejścia sia tłocząc. Ataman Zacharko we wrotach krzyczał:

„Mamuniu! Owsa dawajcie!”

Babom samotnym w kolanach krew zastygała. Jezusie Święty! Mama biegła do stodoły, w strachu zawdawała sobie pół korca owsa i buch! sypała do koryta dla koni bandyckich.

„Zapraszamy” – mówiła staruszka.

„Zapraszaj nie zapraszaj” – krzyczał ataman Zacharko, pobrzękując ostrogami.

„Ty – powiada – widzę, kaczki masz. Zamekycaj, babo, sześć sztuk i rosołu na talirkach z zakryszką podawaj w try miga”.

Nu, kłopot serdeczny!… Matka staruszka, a tu trzeba za kaczkami pobiegać. Córka była już podrosła, ale sia schowała, bo ataman do szelmostwa był skory. Pobiegła staruszka za kaczkami, biega, biega. Kaczki w sad i uciekli. Serce sia tłucze staruszeczce i rady nie dała.