Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Claire wróciła do Morganville, lecz złamała obowiązujące tu prawo. Musi ponieść karę i na rozkaz nieśmiertelnej królowej miasta przeprowadzić ryzykowny eksperyment. Jego skutek okaże się fatalny: śmiertelni i nieśmiertelni mieszkańcy zaczynają tracić pamięć i zmieniają się w istoty, których lepiej nie spotkać po zmroku. Claire musi działać szybko - zanim zapomni, że musi uratować Morganville i siebie samą…
Książka dostępna w zasobach:
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Lublinie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 418
Rok wydania: 2011
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wampiry z Morganville
Księga 5
MIASTO
WIDMO
RACHEL CAINE
SERIA WAMPIRY Z MORGANVILLE
Księga 1
PRZEKLĘTY DOM
BAL UMARŁYCH DZIEWCZYN
Księga 2
NOCNA ALEJA
MASKARADA SZALEŃCÓW
Księga 3
PAN CIEMNOŚCI
GODZINA ŁOWÓW
Księga 4
ROZWIANE CIENIE
POCAŁUNEK ŚMIERCI
Księga 5
MIASTO WIDMO
Księga 6
POJEDYNEK
Księga 7
OSTATNI POCAŁUNEK
Księga 8
CZARNY ŚWIT
Księga 9
GORYCZ KRWI
Księga 10
WYJAZD Z MORGANYILLE
Księga 11
ŚWIATŁO DNIA
Wampiry z Morganville
Księga 5
MIASTO
WIDMO
RACHEL CAINE
Przekład
Anna Cichowicz
Redakcja stylistyczna
Monika Kiersnowska
Korekta
Jolanta Kucharska
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Cebo-Foniok
Zdjęcie na okładce
Copyright © Ilona Wellmann/Arcangel Images
Tytuł oryginalny
The Morganville Vampires: Ghost Town
Copyright © Roxanne Longstreet Conrad, 2010
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2011 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
Druk i oprawa:
OSDW Azymut Sp. z o.o., Łódź, ul. Senatorska 31
ISBN 978-83-241-5248-3
Warszawa 2014. Wydanie II
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Wszystkim cudownym ludziom
obecnym w moim życiu,
którzy w tym czasie byli blisko,
pomagali mi i wspierali mnie...
Zwłaszcza Heidi, J.T., Wendy, A.J., Pat,
Jackie, Bill, Jo, Jean i Sondrze.
Mam nadzieję, że kiedyś zasłużę
na Waszą wiarę i dobroć.
I tobie, Cat. Wielkie dzięki
Witamy w Morganville — stąd nie chce się wyjeżdżać
A więc jesteście nowi w Morganville. Witajcie! Są trzy ważne zasady, których musicie przestrzegać, by dobrze się czuć w naszym spokojnym mieście:
Tak, dobrze przeczytaliście, wampirów. Pogódźcie się z tym.
Jako nowi śmiertelni mieszkańcy, musicie znaleźć sobie Opiekuna - wampira, który zechce podpisać z wami umowę i chronić waszą rodzinę (zwłaszcza przed innymi wampirami). W zamian będziecie płacić podatki tak jak w każdym innym mieście. Naturalnie w większości innych miast podatków nie płaci się w stacji krwiodawstwa.
Aha, oczywiście możecie zrezygnować z Opiekuna... ale wtedy lepiej od razu zacznijcie trenować biegi, trzymajcie się z daleka od słabo oświetlonych uliczek i znajdźcie sobie przyjaciół, którzy wam pomogą. Możecie zacząć od mieszkańców Domu Glassów - Michael, Eve, Shane i Claire nieźle sobie radzą, chociaż i tak stale pakują się w kłopoty.
Witajcie w Morganville. Stąd nie chce się wyjeżdżać.
A poza tym i tak nie można.
Przykro nam.
Och, to nie wygląda na dobry pomysł - powiedziała Claire, spoglądając na kartkę wciśniętą w dłoń przez przechodzącego studenta. Przystanęła w cieniu portyku gmachu nauk ścisłych, żeby przeczytać ulotkę. Tylko idioci sterczeli pod Texas Prairie University w pełnym słońcu w samym środku popołudnia - no dobrze, idioci i piłkarze - więc Claire ustawiła się w rogu, żeby nie potrącili jej ludzie wylewający się strumieniem na zewnątrz po zajęciach. Kilka zawziętych łososi usiłowało płynąć pod prąd, ale nie sądziła, żeby im się to udało.
Wszyscy mieli złocistożółte arkusiki, takie same jak jej. Wystawały z kieszeni wetknięte między książki. Domyśliła się, że była jedną z ostatnich, którzy otrzymali ulotkę. Trochę ją zaskoczyło, że w ogóle ktoś zawracał sobie nią głowę, zważywszy na to, że ona, Claire Denvers, była niska jak na swój wiek i nie wyglądała na swoje siedemnaście i pół roku, a właściwie prawie osiemnaście lat. Właściwie nie wyróżniała się z tłumu. I to mimo najlepszych chęci jej współlokatorki Eve, megazorientowanej w modzie, która kazała jej siedzieć w łazience i nałożyła pasemka na jej brązowe włosy, które teraz jarzyły się czerwono w słońcu. Wciąż jednak nie była... zauważalna. Przekonała się na własnej skórze, jak jest beznadziejnie, kiedy człowieka za wcześnie przyjmą do college’u.
Ktoś przystanął koło niej w cieniu, gdzie panował względny spokój. Wysoki, przystojny chłopak rzucił plecak na posadzkę i przebiegł wzrokiem ulotkę, jaką i ona trzymała w ręce.
Kiedy już otrząsnęła się z pierwszego wrażenia, jakie na niej zrobił (prawdę mówiąc, nie trwało to długo - jej chłopak był równie słodki) spojrzała na jego nadgarstek. Pochodził z Morganville, bo nosił bransoletkę z miedzi i skóry, z ozdobnym symbolem wygrawerowanym na środkowej płytce. Oznaczało to, że należał do wampira - jego właścicielem był Ming Cho, jeden z tych wampirów, z którymi Claire nigdy się nie zetknęła, i była z tego zadowolona. Naprawdę, krąg znajomych wśród wampirów był aż nazbyt szeroki.
Claire ponownie spojrzała na ulotkę. Było tam mnóstwo obrazków i symboli, żadnych słów. Nuta znaczyła, że chodzi o imprezę z muzyką. Piktogramy przedstawiające akcesoria imprezowe informowały, że można się spodziewać głównie nielegalnego zaopatrzenia. Adres zakodowano w formie rebusu, który rozwiązała bez większego trudu: jeden z tych opuszczonych magazynów przy South Rackam, które kiedyś były świetnie prosperującymi interesami. Pora była oczywista: północ, czyli godzina czarownic, na co wskazywał rysunek wiedźmy. Impreza miała się odbyć za kilka dni.
Roześmiał się.
Podniósł plecak i oddalił się, zanim wyjaśniłaby mu teorię wielu ciał i układów nieliniowych. No, to na pewno by mu zaimponowało. Zwiewałby aż miło.
Było jej odrobinę przykro, ale tylko odrobinę. Przynajmniej rozmawiał z nią. Wynik o dziewięćdziesiąt dziewięć procent lepszy od tego, jaki zazwyczaj osiągała z kolegami, z wyjątkiem tych, którzy mieli wobec niej złe zamiary. Ci faceci dla odmiany byli bardzo rozmowni.
Claire zmrużyła oczy przed ostrym światłem i rozejrzała się po dziedzińcu. Duża otwarta przestrzeń pomiędzy ceglanymi murami opustoszała. Jak zwykle stało tylko kilka osób wokół centralnej kolumny, gdzie przyczepiano ogłoszenia o współpasażerach, pokojach, imprezach, rozmaitych usługach i innych sprawach. Claire miała godzinę do następnych zajęć, ale piesza wędrówka do baru kawowego w Centrum Uniwersyteckim, w nietypowym jak na późną jesień upale, wcale jej się nie uśmiechała. Dojście tam zajęłoby jej pół godziny i zaraz musiałaby wracać, żeby zdążyć na zajęcia. Naprawdę powinni pomyśleć o jakiejś komunikacji.
Gmach nauk ścisłych położony był bliżej granicy kampusu, nie tak jak pozostałe budynki, więc o wiele łatwiej było wyjść przez jedną z czterech bram i przejść na drugą stronę ulicy, do kawiarni Common Grounds znajdującej się poza terenem uniwersyteckim. Knajpa oczywiście należała do wampirów i nie była najprzyjemniejszem miejscem, ale w Morganville nie można być w tych sprawach zbyt wybrednym, jeśli komuś zależy na kofeinie. Albo na własnej krwi.
Poza tym Oliverowi na ogół można było zaufać. Na ogół.
Podjąwszy decyzję, Claire złapała torbę wyładowaną książkami i ruszyła w palącym słońcu w kierunku Vampire Central.
Zawsze ją to bawiło - idąc przez miasto, potrafiła rozróżnić, którzy ludzie „znają prawdę” o Morganville, a którzy nie. Ci nieświadomi przeważnie wyglądali na znudzonych i nieszczęśliwych, bo mieli wrażenie, że utknęli w miasteczku, w którym nic się nie dzieje, a o zmierzchu zamiera życie.
Znający prawdę też byli nieszczęśliwi, ale inaczej. Jakby ktoś ich ścigał i zaszczuł. Nie miała im tego za złe. Wcale nie. Sama przeszła cały proces przystosowania, przez szok, niedowierzanie, pogodzenie się i przygnębienie. Teraz była po prostu... spokojna. Zdumiewające, ale prawdziwe. To było niebezpieczne miejsce, jednak ona znała zasady.
Nawet jeśli nie zawsze podporządkowywała się tym zasadom.
Kiedy przechodziła przez ulicę, zadzwoniła komórka. Melodia ze Strefy mroku znaczyła, że dzwoni jej szef. Zerknęła ukradkiem na ekran i rozłączyła ją. Nie zamierzała odbierać. Była wściekła na Myrnina i nie miała ochoty słuchać dalszych wywodów, dlaczego to ona nie ma racji w sprawie urządzenia, które razem konstruują.
Chciał wbudować w maszynę ludzki mózg. Ni mniej, ni więcej. Myrnin był szalony, ale nigdy aż tak bardzo. Ostatnio jednak wskazówka na skali jego szaleństwa niepokojąco przesuwała się w stronę przerażającego końca. Claire zastanawiała się, czy nie powinien zbadać go jakiś psycholog od wampirów. Na pewno istniał ktoś taki, kto kończył studia z na przykład z Freudem.
W Common Grounds było na szczęście mroczno i chłodno, za to niemiłosiernie tłoczno. Brak wolnego stolika był przygnębiający. Claire bolały stopy, ramię omal nie wyskoczyło jej ze stawu od taszczenia torby z książkami. Znalazła sobie kącik i z westchnieniem ulgi zrzuciła bagaż wiedzy (potencjalnej, w każdym razie). Dołączyła do kolejki, żeby złożyć zamówienie. Za kontuarem pracował nowy chłopak, co niespecjalnie ją zdziwiło. Wygląda na to, że Oliver wymienia personel dość często. Nie była tylko pewna, czy jest tak wymagający, czy raczej ich zjada. Jedno i drugie było możliwe, chociaż to ostatnie mało prawdopodobne. Oliver się pilnował, nawet jeśli nie miał na to ochoty.
Claire dotarła do lady dopiero po pięciu minutach, ale zamówienie na café mocha złożyła bez większych problemów. Tylko nowy pracownik napisał z błędem jej imię na kubku. Przesunęła się wzdłuż kontuaru, a kiedy podniosła wzrok, Oliver przyglądał się jej zza ekspresu, pociągając za dźwignię. Wyglądał jak zwykle - podstarzały hippis o siwiejących włosach ściągniętych w stylowy koński ogon, ze złotym kolczykiem w prawym uchu, w pochlapanym kawą fartuchu (farbowanym metodą, w której wzór powstaje przez związanie materiału) i o oczach jak lód. Przy całej tej hippisowskiej stylizacji nie od razu zauważało się, jaki był blady. Dopiero po bliższym poznaniu można było dostrzec takie szczegóły.
W następnej chwili uśmiechnął się, a jego oczy się zmieniły, jakby w jego ciało wstąpiła inna osoba - przyjazny facet z kawiarni, jakiego lubił udawać.
Miał rację. Claire dostrzegła, że się zbierają do wyjścia, więc podziękowała skinieniem głowy, złapała torbę i zaczęła przeciskać się między krzesłami. Dobrnęła do stolika w chwili, gdy ostatni z chłopaków zgarnął swoje rzeczy i skierował się do drzwi. Była jedną z pięciu osób chętnych na zwolniony stolik i przegrała o długość ręki ze starannie wymanikiurowaną dłonią.
Siostra burmistrza Morganville opadła na jedno z czterech krzeseł i przerzuciła przez ramię lśniące ciemne włosy. Znów zrobiła sobie blond pasemka, w których nie było jej do twarzy. Towarzyszył jej facet wyglądający na wymagającego zawodnika - dość zwalisty, ale przystojny. Był blondynem, a więc raczej nie był w typie Moniki, a poza tym (Claire wiedziała, bo chodziła razem z nim na zajęcia) uchodził za bałwana, co było w jej typie. Przyniósł kawę i postawił przed dziewczyną, po czym usiadł na tyle blisko, żeby objąć ją potężnym ramieniem i zagapić się w jej dekolt.
Bezpiecznie byłoby wycofać się i pozwolić Monice cieszyć się tym drobnym zwycięstwem, ale Claire naprawdę nie była w nastroju. Już się jej nie bała - no dobrze, dla ścisłości nie bała się jej w ciągu dnia - i ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, to pozwolić dziewczynie na popsucie tej chwili i wypicie pysznej kawy.
Tak więc Claire postawiła swoją café mocha na stoliku i usiadła na trzecim miejscu, o włos wyprzedzając Jennifer, która już się do tego szykowała. Gina, druga z przyjaciółek czy też służek zawsze obecnych przy Monice, zajęła ostatnie miejsce.
O dziwo, królowa nic nie powiedziała. Gapiła się tylko na Claire, jakby nie mogła pojąć, co, do diabła, takie coś robi przy jej stoliku, a następnie, gdy już szok minął, uśmiechnęła się. Pewnie przyszło jej do głowy, że to będzie zabawne w paskudny sposób. Jej nowy chwilowy chłopak zdawał się niczego nie zauważać. Przybił nawet wirtualną piątkę z jakimiś przyjaciółmi na drugim końcu sali.
Jennifer stała i piorunowała wzrokiem intruza, najwyraźniej niepewna, co ma zrobić. Claire nie czuła się komfortowo, że ma dziewczynę za plecami. Niekorzystne położenie. Nie ufała żadnej z nich, a zwłaszcza Jennifer. W Ginie można się było doszukać pewnego człowieczeństwa, w bardzo ogólnym pojęciu, Monica... no cóż, było wiadomo, że zrobi to, co jest dla niej dobre.
Jennifer natomiast była nieprzewidywalna, a jej szaleństwo zaliczało się do najgorszego gatunku. Gina uchodziła za podłą, Monica potrafiła być okrutna, ale Jennifer zdawała się nie mieć żadnych hamulców. W dodatku to ona jako pierwsza uwzięła się na Claire. Claire nie zapomniała o tym.
Wyczuła ruch i omal nie zanurkowała pod stolik, zmusiła się jednak, żeby nie drgnąć. Nic się nie stanie. Nie tutaj. Nie przy Oliverze. Nie w tym rzecz, że właściciel ją lubił. Rzecz w tym, że nie znosił konfliktów, których sam nie wszczął.
Monica spojrzała na Jennifer. Jej oczy były szeroko otwarte i trochę dziwne, jakby Jennifer ją przerażała.
Ton głosu Jennifer wskazywał niezbicie, że wciąż wpatruje się groźnie w tył głowy intruza:
To było ostre nawet jak na Monicę. Claire poczuła się nieswojo. Może powinna... się usunąć. Nie chciała być na linii ognia, bo gdyby między dziewczynami doszło do czegoś, skończyłoby się to dla niej śmiercią.
Zanim jednak zdążyła podjąć decyzję, co zrobi, usłyszała, że Jennifer oddala się w kierunku grupy uczącej się w rogu, z książkami, kalkulatorami i notatkami zajmującymi każdy centymetr stolika. Wzięła na cel największego chłopaka, klepnęła go w ramię i szepnęła mu coś do ucha. Podniósł się. Wtedy ona złapała jego krzesło i zabrała je ze sobą, a facet został kompletnie zbaraniały.
Claire doszła do wniosku, że była to bardzo dobra strategia. Chłopak nie wyglądał na takiego, który będzie się bił o drobnostkę, zwłaszcza z dziewczyną postury Jennifer (i o jej reputacji). Skończyło się na tym, że tylko wzruszył ramionami.
Jennifer wepchnęła krzesło między Monicę a Claire i usiadła. Dziewczyny zaklaskały, więc Jennifer się rozchmurzyła zadowolona, że zasłużyła na aprobatę.
To było zwyczajnie... smutne.
Claire pokręciła głową. Nadal miała chęć posiedzieć i odpocząć, ale drobne zwycięstwo nie było warte uczestnictwa w czymś takim. Wstała, złapała swoje krzesło i zaciągnęła je przez zatłoczoną salę do chłopaka, któremu Jennifer zabrała krzesło, a który nadal stał.
Teraz naprawdę wyglądał na zdezorientowanego.
Tak jak Monica i jej klub, jakby taki gest był im zupełnie obcy. Claire westchnęła, przerzuciła plecak i chciała wyjść z kubkiem kawy.
Teraz dziewczyna zdawała się jeszcze bardziej zdezorientowana. Chyba się jeszcze nie zdarzyło, żeby ktoś odmówił królowej pszczół. Dopiero po chwili rysy jej twarzy stężały.
Wyszła, słysząc za sobą śmiech i klaskanie. Szybko zostały uciszone, ale i tak zrobiło jej się miło. Nieczęsto zdarzało jej się takie bezpośrednie starcie z Monicą, ale niedobrze jej się robiło od tych gierek. Królowa musi znaleźć sobie inny obiekt do wbijania szpilek.
Kawa wciąż była pyszna. Może nawet, jak się nad tym zastanowić, trochę lepsza, bo piła ją na zewnątrz, na świeżym powietrzu. Na ulicy Claire skinęła kilku znajomym osobom, stałym mieszkańcom, i ruszyła wzdłuż ściany budynków. Nie była w nastroju na kupowanie ciuchów, ale znęciła ją wyblakła księgarnia położona kawałek dalej.
Książkowy Świr był zakurzoną dziuplą zapchaną od podłogi do sufitu stertami tomów ułożonych - jak Claire zdołała się zorientować - z bardzo dziwnym wyczuciem porządku. Ogólnie rzecz biorąc, książki, które nie były beletrystyką, umieszczano na froncie, a powieści w głębi, ale to nie było nic pewnego. Sterty zdawały się nigdy nie maleć, nigdy też ich nie odkurzano, a mimo to Claire za każdym razem znajdowała coś nowego, czego nie widziała wcześniej.
To było niesamowicie zajmujące.
Claire skinęła.
Wzruszył ramionami, opuścił wzrok na zabytkową kasę stojącą na ladzie i starł trochę kurzu z klawiszy.
Piąte piętro szkolnej biblioteki stanowił zamknięty labirynt pudeł ze starymi woluminami zebranymi przez wampiry. Wtedy, gdy Claire złożyła tam wizytę - no dobrze, włamała się - przeczesywały ten gąszcz (bez wątpienia zobowiązane składać raporty Amelie, założycielce miasta). Szukały pewnej szczególnej książki. Ciekawa była, co mają zamiar zrobić z resztą, kiedy już zakończą poszukiwania.
Naturalnie, jak się okazało, Amelie potrafiła nawet zarabiać na książkach. Nie można powiedzieć, że wampiry są niepraktyczne.
Szperała w zakurzonych stertach, przechylając głowę, żeby odczytać wyblakłe tytuły i od czasu do czasu kichając od zapachu starego papieru. W końcu natrafiła na cienki, oprawny w skórę tomik w całkiem dobrym stanie. Na grzbiecie nie było tytułu, wyciągnęła więc książkę, żeby spojrzeć na okładkę. Tam też nic nie było.
Wewnątrz, na pierwszej stronie, pod arkusikiem kruchej ze starości bibułki umieszczona była czarno-biała fotografia Amelie. Claire zamrugała zdziwiona i przyjrzała się uważnie. Tak, to rzeczywiście była ona. Założycielka Morganville wyglądała młodo i delikatnie z biało-złotymi włosami ułożonymi na czubku głowy w skomplikowaną fryzurę, która odsłaniała jej bardzo długą szyję o wytwornej linii. Miała na sobie czarną suknię, coś XIX-wiecznego, jak domyśliła się Claire, sądząc po ogromnych rękawach oraz tonach spódnic i halek. Coś było w jej oczach - na zdjęciu wydawały się jeszcze jaśniejsze niż lodowata szarość, którą zapamiętała.
To było niesamowite.
Claire odwróciła kartkę i przeczytała tytuł:
Historia Morganville
Znamienici obywatele miasta i ważne wydarzenia
Kronika naszych czasów
Znów zamrugała zdziwiona. Oni na pewno nie chcieli, żeby „to” skończyło w antykwariacie, gdzie każdy może się na to natknąć. Nigdy jeszcze niczego podobnego nie widziała.
I, oczywiście, musiała to mieć. Interesowała się Amelie, odkąd ją spotkała. Założycielka zdawała się mieć tyle tajemnic, że trudno było się rozeznać, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą. Amelie czasami pomagała jej i otoczyła ją opieką, a nawet kiedyś ocaliła Claire życie. Tak naprawdę jednak dziewczyna niewiele o niej wiedziała poza tym, że jest stara, władcza i przerażająca.
Cena wpisana ołówkiem na wewnętrznej stronie okładki wynosiła zaledwie pięć dolarów. Szybko wyszukała jeszcze kilka książek o niezrozumiałych naukowych tytułach, wsadziła tomik między nie i wróciła na front sklepu. Dan prychnął:
Zaczął grzebać za ladą, wzniecając tumany duszącego kurzu, które nawet jego zmusiły do kaszlu, aż w końcu podał jej starą, mocno zużytą płócienną torbę. Odliczała pieniądze, podczas gdy on szybko otwierał książki i sumował ceny. Na szczęście nie zwracał uwagi na treść. Na koniec oznajmił:
To było okropnie dużo, prawie wszystko, co miała przy sobie, ale uśmiech nie schodził jej z ust, gdy płaciła. Kiedy tylko pieniądze przeszły z ręki do ręki, złapała torbę i zaczęła wpychać do niej książki.
- Zajęcia - wyjaśniła. - Dzięki.
Skinął, otworzył kasę i włożył pieniądze. W drodze do drzwi czuła na sobie jego wzrok. Zdała sobie sprawę, że nie wie, który z wampirów jest właścicielem tego interesu, ani czy będzie miał coś przeciwko, że weszła w posiadanie tej szczególnej książki, ale nie mogła teraz zaprzątać sobie tym głowy.
Spieszyła się na zajęcia.
Przeczytanie książki nie zajęło Claire dużo czasu. Po drodze do domu zatrzymała się w parku, przysiadła na gumowej huśtawce wyblakłej od słońca i, kołysząc się w przód i w tył, przerzucała strony.
Książka mówiła o ludziach, o których nigdy nie słyszała... i o tych, których znała. Przynajmniej Amelie. Jej dysputy z rozmaitymi wampirami. Decyzje o skazaniu kogoś za popełnione zbrodnie, ułaskawieniu kogoś innego. Przedstawione tam były również sylwetki innych wampirów. O części z nich nigdy nie słyszała, ale przypuszczała, że umarli, wyjechali albo po prostu stronili od ludzi. Książka nie wspominała o Oliverze, zjawił się on bowiem w mieście stosunkowo niedawno. O dziwo, nie było tam też mowy o Myrninie. Zdaje się, że Myrnin od początku był pilnie strzeżoną tajemnicą miasta.
To było to ciekawe, ale w sumie nie miała pojęcia, jaki pożytek mogłaby zrobić z wiedzy, że Amelie kiedyś wniosła skargę przeciwko właścicielowi sklepu z „towarami suchymi” (co to jest sklep z towarami suchymi?) o oszukiwanie klientów niebędących wampirami.
I że odebrano mu sklep, a on później otworzył pierwsze w mieście kino.
Nuda.
Claire wrzuciła książkę do plecaka, myśląc, czy nie odesłać jej anonimowo do biblioteki. Być może tam było jej miejsce. Zastanawiała się nad tym, idąc do domu, ale w końcu przestraszyła się, że wampiry wyczują w sobie tylko znany sposób, iż to jej sprawka. Kryminalne zagadki wampirów. Niezbyt pocieszająca myśl.
A niech to, ależ było wspaniale wyruszyć z przyjaciółmi w drogę, bez wiszącego nad nimi cienia Morganville.
Michael nagle przestał się śmiać i spojrzał na nią tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczami. Poczuła chwilowy zawrót głowy i rumieniec na policzkach. Nie w tym rzecz, że z nią flirtował - nie bardziej niż zazwyczaj - tylko że przyglądał się jej dużo wnikliwej niż zazwyczaj, w dodatku bez mrugnięcia.
W końcu skupił się na zlewie i dopiero po umyciu kolejnego talerza się odezwał:
To już było megaprzerażające.
Uśmiechnął się ponuro do brudnej wody w zlewie.
Claire westchnęła i wytarła ręce, a Michael w tym czasie wyciągnął korek ze zlewu i woda, wirując, spłynęła w ciemność. Teraz pomieszczenie wyglądało czysto i porządnie. Chyba naprawdę była mu winna to pranie. Rzuciła w niego ścierką.
Kiedy on wycierał ręce z piany, ona otworzyła torbę na stole, pogrzebała w niej i znalazła cienki tomik, który mu podała. Opadł na krzesło. Unosił brwi, w miarę jak przeglądał książkę.
Oparł się na łokciach i pochylił się z uśmiechem.
Zanim dopowiedziała ostatnie słowo, drzwi frontowe otworzyły się z hukiem i hol wypełnił radosny głos Eve:
Michael milcząco wskazał w tamtą stronę.
Eve musiała stanąć na palcach do pocałunku, który trwał jakieś pięć sekund za długo, jak na zwykłe „cześć kochanie, witaj w domu”. Kiedy się rozdzielili, jej policzki były zarumienione, widziałam to mimo białego gockiego makijażu. Po ciężkim dniu pociągania za dźwignie ekspresu w uniwersyteckiej kawiarni - pracowała na zmianę tam i w Common Grounds - wciąż wyglądała na radosną i pełną energii. Może to z powodu kofeiny? Wnikała w jej ciało, tak że nawet nie musiała pić kawy. Miała na sobie czarne rajstopy w pomarańczowe dynie - pozostałość po Halloween, jak przypuszczała Claire, chociaż dla Eve Halloween trwało przez okrągły rok - czarną obcisłą spódniczkę i trzy warstwy cienkich bluzek, każda w innym kolorze. Zewnętrzna była przezroczysta, czarna, z nadrukowaną czaszką pirata o smętnym spojrzeniu.
Bezpieczne było pojęciem względnym, jeśli chodzi o jedzenie w CU.
Eve zakłapała zębami. Michael uśmiechnął się tylko. Jego uśmiech zgasł, gdy zapytał:
Eve wzięła z lodówki colę, pstryknęła zawleczką, ściągnęła torbę Claire z krzesła i rzuciła ją w kąt.
Portale były biegnącymi przez miasto przejściami między wymiarami. Myrnin odkrył jakiś dziwaczny sposób akceleracji cząsteczek i konstrukcji stabilnych tuneli czasoprzestrzennych - coś, czego Claire wciąż nie mogła pojąć, nie mówiąc o opanowaniu. Nie było to właściwie magiczne, chociaż czasami zdawało się, że granica między magią a nauką Myrnina jest płynna.
Eve nie odpowiedziała. Wiedziała, że Claire ma rację. Istnienie Morganville opierało się na chwiejnej równowadze między paranoją i przemocą wampirów a paranoją i przemocą ludzi, którzy przewyższali ich liczebnie. Tylko tu, dokładnie w punkcie równowagi możliwa była koegzystencja. Jednak niewiele było trzeba, aby nastąpił przechył w jedną lub drugą stronę, a gdyby tak się stało, Morganville stanęłoby w ogniu.
Claire przygryzła wargę, po czym kontynuowała:
Claire zamknęła oczy.
Martwa cisza. Claire otworzyła oczy. Michael gapił się na nią. Zamarł podczas otwierania lodówki. Eve odstawiła colę, jej oczy były tak wielkie i okrągłe, jak w żadnej japońskiej animie. Michael w końcu przypomniał sobie, co robił, więc wyjął zielony bidon i usiadł z nim przy stole.
Claire nie była pewna co do tego ostatniego, Michael nie rzucał słów na wiatr, i poczuła się dużo lepiej.
Nie chciała śmierci Myrnina, ale deklaracja przyjaciela poprawiła jej samopoczucie. Michael był na ogół serdeczny, ale prawdę mówiąc, było w nim coś zimnego... i nie w tym rzecz, że jego serce nie biło. To było coś innego. Coś bardziej mrocznego. Zazwyczaj nie ujawniało się.
Czasami była wdzięczna, że tak się działo.
Omawiały to jeszcze przez chwilę, podczas gdy Michael milczał i tylko popił z bidonu, prawdopodobnie krew, dopóki Eve nie wyjęła kanapek. Zjedli zimny i zalatujący pleśnią obiad. Potem Claire kręciła się bez celu zbyt niespokojna, żeby się uczyć, aż Eve przygadała jej, że chodzi w kółko i przestawia rzeczy, więc ruszyła w stronę pokoju.
W końcu jednak nie poszła tam, tylko zatrzymała się w holu i wymacała ukrytą zapadkę otwierającą wejście do sekretnego pomieszczenia. Rozległo się szczęknięcie i płyta boazerii się odsunęła. Weszła, zamykając za sobą drzwi. Po tej stronie nie było gałki, ale to nic, wiedziała, gdzie jest zapadka. Wbiegła po wąskich schodach i znalazła się w pełnym kurzu pokoju bez okien. Zawsze wyobrażali sobie, że była to kryjówka Amelie w czasach, gdy mieszkała w tym domu. Pokój w jakiś sposób kojarzył się z nią - stare wiktoriańskie meble, wiszące tapiserie, wielobarwne lampy Tiffany’ego warte zapewne majątek. Z jakiegoś powodu zawsze panował tu chłód. Claire wyciągnęła się na starej pluszowej sofie i, gapiąc się w sufit, myślała o tym, ile razy przychodziła tu z Shane’em. To było ich miejsce, gdzie mogli odciąć się od wszystkiego. Koc przewieszony przez oparcie pachniał jak Shane. Otuliła się pledem z uśmiechem, mając poczucie, jakby duch przyjaciela był tu z nią i tulił się do niej.
Z początku nie zdawała sobie sprawy, że zasnęła, potem pomyślała, że śni, bo ktoś jej dotykał. Nie nachalnie ani nic takiego. Przesuwał opuszkami palców po jej policzku, po wargach... powoli, łagodnie, pieszczotliwie.
Otworzyła oczy i zobaczyła Shane’a. Kucał obok. Jego długie włosy, jak zwykle potargane, okalały twarz, pachniał grillem i dymem drzewnym, a jego uśmiech był najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek widziała.
Rozchyliła wargi, palec zatrzymał się przy nich i obwiódł je powoli. Nie odezwała się. Shane uśmiechnął się szerzej.
Chwycił się za pierś, jakby ktoś do niego strzelał, i padł na podłogę. Claire stoczyła się na niego z kanapy. Nie otwierał oczu, dopóki go nie pocałowała, długo i namiętnie. Oblizała wargi.
Shane zrobił minę.
Roześmiał się, a ona poczuła jego oddech na skórze.
Shane nieczęsto się śmiał, z wyjątkiem chwil, kiedy byli razem. Uwielbiała blask w jego brązowych oczach i łobuzerski uśmiech.
Położyła głowę na jego piersi, słuchając, jak oddycha.
Shane nie przestawał gładzić jej włosów
Roześmiał się.
To ją zaskoczyło.
Shane uważał - a Claire nie miała powodu w to wątpić - że to Monica podłożyła ogień pod jego dom, czego skutkiem była śmierć jego siostry i zniszczenie życia rodziny. Ta rana nigdy nie miała się zagoić, zawsze już będzie nienawidził dziewczyny z żarliwością, którą niewiele dzieli od przemocy. Monica nie pozostawała dłużna i podjudzała go. Wyglądało na to, że bawi ją wściekłość Shane’a.
Claire nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, więc znów go pocałowała. Było to słodkie i ciepłe, ale Shane sprawiał wrażenie rozkojarzonego. Nie powinna była poruszać tego tematu, pomyślała. On nie lubił wracać do tamtych czasów.
Podobało mu się, umiała to poznać, zwłaszcza kiedy leżeli wtuleni w siebie pod kocem na kanapie, a kryjówka Amelie była ich własnym, prywatnym, słodkim i ciepłym niebem, gdzie nikt nie mógł im przeszkodzić.
Nikt, z wyjątkiem budzika w telefonie Claire nastawionego na siódmą.
Beznadziejne.
Ranek był trudny, po części dlatego że żadne z nich się nie wyspało, a po części z powodu niechęci Claire do opuszczania tego pokoju. W końcu jednak zdołała jakoś między pocałunkami pozbierać się i zejść do drzwi. Nie otwarły się.
Z góry dobiegł jego śmiech, jak z kiczowatego filmu, ale nacisnął guzik i wypuścił ją. Zdążyła do łazienki przed Eve, rzecz jasna, jako że koleżanka nie była amatorką wczesnego wstawania, a w dodatku miała wolne. Claire mogła więc do woli korzystać z gorącej wody, nie spiesząc się. Kiedy wyszła z łazienki, natknęła się na Shane’a siedzącego na podłodze i tarasującego nogami korytarz. Miał na sobie przetarte dżinsy i był bez koszuli.
To nie było w porządku. Uwielbiała patrzeć na jego tors i on o tym wiedział.
Walnęła w drzwi, ale zaraz skrzywiła się i, mając nadzieję, że hałas nie obudził Eve i Michaela, poszła do swojego pokoju w głębi korytarza. Shane miał rację, nie zaścieliła wczoraj łóżka, więc zrobiła to teraz, ułożyła równo poduszki i całość wygładziła. Następnie wyciągnęła stare, znoszone ubrania i swoje najgorsze trampki.
Nie było sensu wkładać dobrych ubrań, idąc do laboratorium Myrnina. Zaraz byłyby pochlapane jakąś obrzydliwą substancją, która wypala dziury, czy też taką, która nigdy się nie spierze, choćby używać nie wiadomo jak dobrych środków.
Claire pochłonęła miseczkę płatków śniadaniowych, stojąc nad zlewem w kuchni, i zamierzała umyć naczynie, ale przypomniała sobie, że to dzień kuchenny Shane’a. Z uśmiechem wstawiła niedomytą miseczkę do zlewu.
Dobrze mu tak za to, że robił wszystko, żeby się spóźniła.
Wyrzuciła z plecaka rzeczy, z wyjątkiem przedmiotów potrzebnych do pracy nad projektem swoim i Myrnina, włożyła cienką książkę historyczną i wyszła.
Ranek był piękny. Przegapiła wschód słońca, ale wciąż było chłodnawo, niebo miało śliczny kolor przejrzystego błękitu i tylko na horyzoncie widocznych było kilka drobnych chmurek. Słońce o tej porze wydawało się jeszcze przyjazne. Dopiero w południe miało się zamienić w ziejącego ogniem potwora.
Claire zeskoczyła ze schodków, wyszła za bramę i pierwsze kroki skierowała do Common Grounds. Olivera nie było. Tym razem obaj barmani byli nowymi pracownikami. Jej imię znów zostało napisane z błędem. Z kubkami kawy ruszyła w stronę laboratorium Myrnina.
W Morganville o tej godzinie panował duży ruch. Praktycznie każdy, kto nie był wampirem, korzystał ze słońca i bezpieczeństwa, jakie gwarantowało. Mimo to dzieciaki chodziły grupkami, większość dorosłych też nie przemieszczała się samotnie. Claire spotkała kilka znajomych osób.
Było jak zwykle, choć to właściwie trochę smutne.
Samochód policyjny zrównał się z nią i jechał powoli przy krawężniku. Claire spostrzegła, że macha do niej Hannah Moses. Szefowa policji Morganville opuściła szybę w oknie.
Hannah otaczała aura absolutnego profesjonalizmu, a przez jej twarz biegła blizna, która powinna wyglądać na zniekształcenie, jej natomiast przydawała groźnego wyglądu, dopóki kobieta się nie uśmiechnęła - wtedy wyglądała przepięknie. Dziś jej włosy zaplecione w mnóstwo cienkich warkoczyków zebrane były z tyłu w luźny węzeł, elegancko i dość oficjalnie. W każdym razie jak na Hannah.
Uśmiech zniknął z twarzy Hannah.
Słysząc to, Hannah się zdenerwowała.
Claire też przyspieszyła kroku, szybko minęła kilka osiedli i znalazła się na ulicy, przy której stał Dom Dayów - taki sam jak Dom Glassów, ponieważ oba były Domami Założycieli, oryginalnymi budowlami zbudowanymi przez Amelie i Myrnina. Nie tylko wyglądały identycznie, ale też krążyła w nich podobna energia. Sprawiały niepokojące wrażenie... jakby były inteligentne. Szczególnie w Domu Glassów dało się to wyczuć, miało się wręcz wrażenie, że stanowił odrębny organizm.
Dom Dayów stał na końcu ślepej uliczki. Mieszkali tu krewni Hannah, a przynajmniej babcia Day. Claire nie wiedziała, co się stało z Lisą Day, poza tym że opowiedziała się po niewłaściwej stronie podczas zamieszek w Morganville przed kilkoma miesiącami, została aresztowana, a po paru tygodniach zwolniona. Nigdy nie wróciła, to pewne. Claire wiedziała, że Hannah wciąż szuka kuzynki. Możliwości nie było wiele: Lisa albo zdołała uciec z Morganville, albo się ukrywa, albo nie wyszła z aresztu żywa. Ze względu na babcię Day Claire miała nadzieję, że dziewczyna uciekła. Nie była najprzyjemniejszą osobą, ale staruszka ją kochała.
Claire nie zamierzała się tu zatrzymywać, chociaż stara jak świat, drobna staruszka siedziała na zewnątrz w wielkim bujanym fotelu i nawet ją zawołała. Chciała poczęstować ją bułeczkami. Claire odpowiedziała uśmiechem i pokręciła głową, bo babcia nie najlepiej słyszała, po czym przyjaźnie pomachała ręką i skręciła w prawo, w wąską uliczkę z płotami po obu stronach, prowadzącą od Domu Dayów do bezimiennego, niczym niewyróżniającego się domu na drugim końcu. Uliczka była za wąska na samochód, a do tego zwężała się jak lejek. Albo gardło. Była też podejrzanie czysta - niewiele leżało tu śmieci naniesionych przez wiatr, toczące się kuliste krzaki też ją omijały.
Była na miejscu. Zmierzała prosto do kryjówki pająka.
Drzwi chwiejącej się szopy na końcu uliczki otwarły się z rozmachem, zanim do nich dotarła, i wypadł z nich pająk we własnej osobie. Wyrwał jej z ręki kubek z kawą i z typową dla wampira szybkością śmignął z powrotem do środka, tak że nawet nie zdążyła się odezwać. Z tego co zauważyła, miał na sobie czarne bojówki, za duże na niego, klapki ze stokrotkami i coś w rodzaju atlasowej kamizelki włożonej na gołe ciało, prawdopodobnie zapomniał o koszuli. Myrnin nie ubierał się dla zaspokojenia próżności. Jego stroje były całkowicie przypadkowe, jakby sięgał do szafy na oślep i wyciągał to, co mu wpadło w rękę.
Claire z szybkością właściwą ludziom weszła do szopy i zeszła po schodach do dużego pomieszczenia będącego laboratorium Myrnina, a czasem jego domem. (Przypuszczała, że Myrnin mieszka gdzie indziej, ale bardzo rzadko zdarzało się jej nie zastać go tutaj, a poza tym za laboratorium znajdował się pokój pełen porozrzucanych ubrań, w których grzebał, kiedy był w nastroju). Wampir pochylony nad mikroskopem coś badał. Wszystkie światła były zapalone, co stanowiło przyjemne urozmaicenie, a laboratorium wyglądało dziś czysto i porządnie. Wszystkie steampunkowe elementy lśniły. Ciekawa była, czy wynajął jakiś serwis sprzątający dla szalonych naukowców.
Podniósł wzrok znad mikroskopu, przesunął staroświeckie kwadratowe okulary na czubek głowy, odgarniając długie, wijące się, czarne włosy i spojrzał na nią z porażającym uśmiechem. Jak na wampira, który wyglądał na dwa razy starszego od niej, a w rzeczywistości miał tysiące lat więcej, Myrnin był piekielnie przystojny. Potrafił być słodki i czuły w jednej chwili, a za moment zimny i drapieżny, dlatego jeszcze się w nim nie zadurzyła. Pewnie i tak by się nie nadawał na chłopaka.
Nie miała też pojęcia, co do niej czuje. Na ogół traktował ją jak bystre ulubione stworzenie.
To samo mogłaby powiedzieć o nim, tylko mniej łagodnie. Zamiast próbować ubrać to w słowa, podeszła z kubkiem kawy do granitowego blatu stołu laboratoryjnego. Myrnin korzystał z nowoczesnego mikroskopu cyfrowego, który zamówiła specjalnie dla niego. Na razie jej szef wydawał się z niego zadowolony, choć można się było spodziewać, że wkrótce wróci do starego okropieństwa z mosiądzu i szkła. Myrninowi po prostu bardziej odpowiadała technika z epoki wiktoriańskiej.
To była okropna choroba, która zaatakowała wampiry na długo przed przybyciem Claire do miasta. Sztucznie wyhodowany wirus, którego wypuścił ojciec Amelie, Bishop. Tylko on miał na niego lekarstwo. Na jego nieszczęście, kiedy wypróbował lek na sobie, jego krew stała się antidotum dla wszystkich innych. Teraz zły i stary wampir był trzymany pod kluczem, pilnie strzeżony, gdzieś w Morganville. Gdzie - tego nie wiedział nikt poza Amelie i strażnikami.
Claire podobało się, że tak jest. Nie chciała nawet myśleć, co by było, gdyby Bishop uciekł i mścił się na nich. Spotkała już podłe wampiry, ale jej zdaniem Bishop był najgorszy
Przeskoczył do innego stołu okrytego białym prześcieradłem. Przez straszną chwilę Claire myślała, że pod prześcieradłem ktoś leży, ale kiedy je zrzucił, ukazał się metal, szkło i plastik. Nie przypominało to instalacji elektrycznej. Większość tego, co budował Myrnin, nie wyglądała tak jak powinna. To po prostu działało.
Claire podeszła i spróbowała domyślić się, gdzie jest początek - prawdopodobnie tu, przy wylocie tej rury, która zakręca i prowadzi do jakiegoś urządzenia próżniowego. Do tego coś, co wygląda na układ scalony wykradziony z czegoś bardziej racjonalnego. Dalej zwoje kabli, wszystkie w tym samym kolorze, wijące się jak spaghetti i znikające w jakichś innych częściach, zagrzebanych pod kolejnymi spiralami przewodów Poddała się.
Posłał jej przeciągłe spojrzenie z gatunku tych „nie zadawaj mi pytań, na które już znasz odpowiedź”, a ona poczuła, jak ściska ją w żołądku.
Claire przewróciła oczami.
Uśmiechnął się i był to smutny słodki uśmiech z rodzaju tych łamiących serca.
Popatrzyła na niego bezradnie i w końcu wzięła jednego. Były świeże, więc wychodził, żeby je przynieść. Mogła sobie wyobrazić, jak się pojawił w miejscowej cukierni, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego dzisiejszy ubiór.
Uniósł brwi i wgryzł się w nadziewanego pączka. Claire głośno przełknęła ślinę na widok wyciekającego dżemu malinowego.
Kiedy już oblizał wargi do czysta, powiedział:
Poszła za nim na koniec laboratorium, gdzie na innym stole, pod innym prześcieradłem znajdowała się jej własna, dużo normalniej wyglądająca instalacja. Spostrzegła, że wprowadził... ulepszenia. Nie umiała sobie wyobrazić, jak miedziane rury, staroświeckie sprężyny i dźwignie miały poprawić pracę maszyny, i przez chwilę czuła słuszny gniew. Ciężko nad tym pracowała, a Myrnin, niczym nieznośny bachor, wszystko popsuł.
W odpowiedzi wziął kabel zasilający - nowoczesny, dzięki Bogu - i wetknął go w gniazdko z boku stołu.
Monitor komputera - ciekłokrystaliczny, doskonały - też został wystylizowany pod Jules’a Verne’a. Prawie nie było go widać wśród rur, sprężyn i dźwigni, ale włączył się i Claire rozpoznała graficzny interfejs, który dla niego zaprojektowała. Zrobiła to w stylu steampunkowym, bo wiedziała, że go to uszczęśliwi, ale z ornamentami na obudowie wyglądał na wariactwo. Idealnie dla Myrnina.
Szybko przebiegła przez dotykowe menu. Ochrona miasta, kontrola pamięci miasta, komunikacja miejska... Komunikacja i kontrola pamięci były aplikacjami, które dotychczas nie funkcjonowały, ale teraz, przynajmniej według interfejsu, zadziałały. Wcisnęła ekranowy klawisz komunikacji miejskiej i wyskoczyła mapa ze świecącymi zielonymi punktami dla każdego ze stabilnych przejść, które - jak dziury drążone przez robaki - przechodziły między Domami Założycieli w mieście i przez większość budynków publicznych. Dwa były na kompleksie uniwersyteckim, dwa w gmachu sądu, jedno w szpitalu, kilka w miejscach, których nie rozpoznawała. Jednak to, że były zielone na ekranie, wcale nie znaczyło, że faktycznie działają.
Myrnin właśnie kończył pączka. Otarł czerwień z warg i powiedział:
Wbrew sobie Claire odczuła dreszczyk emocji. Możliwe że to działa. Komunikacja i kontrola pamięci były dwoma wielkimi problemami, a możliwe że właśnie jeden z nich rozwiązali. To znaczyło, że z drugim też sobie w końcu poradzą.
Starając się nie dać nic po sobie poznać, skinęła głową i podeszła do drewnianej szafy, w której ukryte były drzwi prowadzące do laboratorium. Spróbowała je przesunąć. Ani drgnęły.
Nie była pewna, czy to był komplement, więc nic nie powiedziała i skoncentrowała się na portalu, który miała przed sobą. Przesłonił go nowymi drzwiami, zaczęła więc szukać klucza do kłódki, ponieważ nie wisiał on na haku. Po dwudziestu minutach zlokalizowała go w kieszeni wystrzępionego szlafroka Myrnina, który wisiał na ludzkim szkielecie połączonym drucikami i stojącym w kącie laboratorium. Była to jedna z tych staroświeckich pomocy naukowych, a nie, jak miała nadzieję, osoba poprzednio pracująca na jej stanowisku.
Kiedy już uporała się z drzwiami, ujrzała za nimi pustą ciemną przestrzeń, przez którą prowadziła droga... no cóż, może nawet do strasznej śmierci.
Claire sięgnęła po książkę ze stojącego obok regału i po sprawdzeniu tytułu uznała, że mogą się bez niej obejść. Następnie skoncentrowała się, wyobrażając sobie salon w Domu Glassów. Rzutowanie wyobrażenia na portal było trudniejsze niż przedtem, jakby jakaś siła przeciwdziałała otwarciu połączenia, ale w końcu obraz przebił się z niemal słyszalnym trzaskiem i zaczął nabierać barw Z początku był rozmazany, ale powoli robił się coraz ostrzejszy.
Przed sobą miała tył oparcia podniszczonej kanapy w domu. Zobaczyła gitarę akustyczną Michaela wciąż opartą o krzesło. Telewizor był wyłączony - znak, że Shane jeszcze nie wrócił.
Wzdrygnęła się na widok cienia, który przesunął się w jej polu widzenia, ale to była tylko Eve przechodząca między kanapą a telewizorem. W drodze do kuchni wiązała sobie kucyki.
Zdziwiona Eve przystanęła i zaczęła się rozglądać.
Spojrzała w górę, potem popatrzyła na telewizor.
Eve odwróciła się, wytrzeszczając oczy.
Rzuciła książkę w otwarte połączenie i zobaczyła, jak Eve po drugiej stronie unosi ręce.
Książka uderzyła w dłonie Eve i rozpadła się w pył. Eve zaskoczona pisnęła i odskoczyła do tyłu, strząsając pył z dłoni.
Posłała całusa, Claire pomachała jej i się cofnęła. Kolory zblakły, przez chwilę Eve i pokój stali się czarno-biali, ale zaraz obraz pokrył mrok.
