Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Na Morganville spłynęła cisza...
…przed krwawą burzą, której zapobiec może tylko śmiertelna siedemnastolatka…
W Morganville zapanował spokój. Claire może wrócić na uniwersytet i spędzać czas ze swoim chłopakiem, a Eve dostaje rolę w sztuce teatralnej. Lecz porządek zaprowadzony przez nieśmiertelną władczynię miasta nie trwa długo. Mnożą się tajemnicze ataki na jej poddanych. Wkrótce pojawia się nowa groza – bunt i szaleństwo. Czy żeby przeżyć kolejną noc, Claire i jej przyjaciele będą musieli porzucić miasto wampirów?
Cykl: Wampiry z Morganville, t. 7 i 8
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Lublinie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 628
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wampiry z Morganville
Księga 4
ROZWIANE
CIENIE
POCAŁUNEK
ŚMIERCI
Wampiry z Morganville
Księga 4
ROZWIANE
CIENIE
POCAŁUNEK
ŚMIERCI
RACHEL CAINE
Przekład
Maja Kittel
Joanna Lipińska
Redakcja stylistyczna
Elżbieta Steglińska
Korekta
Longina Kryszkowska
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Cebo-Foniok
Zdjęcie na okładce
© Ilona Wellman/arcangel-images.com
Druk
Drukarnia Naukowo-Techniczna
Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA, Warszawa, ul. Mińska 65
Tytuły oryginalne
Morganville Vampires #7: Fade Out
Morganville Vampires #8: Kiss of Death
Fade Outcopyright © Roxanne Longstreet Conrad, 2009
Kiss of Death copyright © Roxanne Longstreet Conrad, 2010
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-4048-0
Warszawa 2011. Wydanie II
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Alan Hanna namówił mnie do działania.
Dzięki Ninie Romberg dotarłam na górę.
PN. Elrod i Carole Nelson Douglas
pokazali mi, jak używać lin.
Moi drodzy przyjaciele - Jackie i Bill Leafowie,
Heidi Berthiaume, Glenn Rogers, Sharon Sams,
Christina Radish, ORAC i wielu, wielu innych –
towarzyszyli mi w licznych wspinaczkach.
Mój drogi mąż Cat zawsze czekał na mnie,
gdy wracałam.
Im wszystkim bardzo dziękuję.
I serdecznie dziękuję Avivie i Azizie
za pomoc w sprawach szczególnych.
Witamy w Morganville — stąd nie chce się wyjeżdżać
A więc jesteście nowi w Morganville. Witajcie! Są trzy ważne zasady, których musicie przestrzegać, by dobrze się czuć w naszym spokojnym mieście:
Tak, dobrze przeczytaliście, wampirów. Pogódźcie się z tym.
Jako nowi śmiertelni mieszkańcy, musicie znaleźć sobie Opiekuna - wampira, który zechce podpisać z wami umowę i chronić waszą rodzinę (zwłaszcza przed innymi wampirami). W zamian będziecie płacić podatki tak jak w każdym innym mieście. Naturalnie w większości innych miast podatków nie płaci się w stacji krwiodawstwa.
Aha, oczywiście możecie zrezygnować z Opiekuna... ale wtedy lepiej od razu zacznijcie trenować biegi, trzymajcie się z daleka od słabo oświetlonych uliczek i znajdźcie sobie przyjaciół, którzy wam pomogą. Możecie zacząć od mieszkańców Domu Glassów - Michael, Eve, Shane i Claire nieźle sobie radzą, chociaż i tak stale pakują się w kłopoty.
Witajcie w Morganville. Stąd nie chce się wyjeżdżać.
A poza tym i tak nie można.
Przykro nam.
Przenikliwy, cienki pisk Eve Rosser rozbrzmiał w całym domu, odbijając się od każdej ściany, i dosięgnął Claire akurat wtedy, gdy z wielką przyjemnością przysypiała w objęciach chłopaka.
Pisk wzmógł się i dołączył do niego łomot, jak gdyby Eve trenowała kick boxing z podłogą.
Claire odruchowo szturchnęła go w ramię, po czym wypadła na korytarz, i pobiegła w stronę źródła hałasu. Popędziłaby szybciej, ale w krzyku nie było paniki.
Brzmiał raczej... radośnie?
Eve miała jakiś atak. Darła się wniebogłosy i podskakiwała, zataczając małe kręgi jak oszalały królik, który właśnie wstąpił do gotyckiej sekty. Dziwne wrażenie potęgował jej strój: zwiewna, czarna prześwitująca spódnica, czarne rajstopy we fluorescencyjnoróżowe czaszki, jakaś niezwykle skomplikowana konstrukcja przypominająca gorset z klamrami i martensy. Włosy miała związane w dwa ogonki, które podskakiwały we własnym tańcu zwycięstwa.
Claire i Shane przez chwilę wpatrywali się w nią w milczeniu, po czym wymienili wymowne spojrzenia. Shane palcem zakreślił kółko przy skroni.
Claire pokiwała głową, wpatrując się w Eve szeroko otwartymi oczami.
Krzyk przerodził się w serię podnieconych pisków, a Eve na chwilę przestała podskakiwać. Zamiast tego skierowała się wyraźnie w ich stronę, wymachując jakąś kartką z takim entuzjazmem, że Claire z trudem tę kartkę zauważyła.
Claire prychnęła i chwyciła Eve za nadgarstek.
Eve niechcący zgniotła kartkę. Widać było, że z trudem może ustać w miejscu, tak była podekscytowana. Usiłowała też coś powiedzieć, ale nie mogła wyartykułować słowa. Z jej ust wydobywały się wyłącznie piski, które mógłby zrozumieć tylko delfin.
Claire wyrwała jej kartkę. Rozprostowała ją i głośno odczytała: „Droga Eve. Dziękujemy za wzięcie udziału w przesłuchaniu do naszego przedstawienia pod tytułem »Samochód zwany pożądaniem«. Proponujemy ci rolę Blanche DuBois”...
Przerwała jej kolejna seria wrzasków i podskoków. Claire poddała się, przeczytała resztę po cichu i podała kartkę Shane’owi.
Eve zrobiła obrażoną minę.
Eve wycelowała w Shane’a umalowany na czarno paznokieć.
Shane wzruszył ramionami.
Claire uśmiechnęła się i oblała ją fala ciepła.
Shane błyskawicznie przycisnął ją do ściany, zamykając w ramionach jak w klatce. A potem pochylił się i zaczął całować. Gdy dotknął ciepłymi wargami jej ust, Claire poczuła się tak, jakby ktoś w jej wnętrzu rozpalił ognisko.
Shane całował i... To był bardzo długi pocałunek. W końcu położyła mu dłoń na piersiach, bez słów prosząc o litość.
Shane przestał natychmiast.
Shane bawił się nożami, ale to ona miała naprawdę niebezpieczną robotę.
Pracowała z wampirami.
Claire była asystentką szalonego naukowca wampira. Ilekroć tak stawiała sprawę, sama z trudem rozumiała, co to znaczy, ale inaczej nie dało się tego opisać. Nie chciała zostawać pomocnikiem doktora Frankensteina, czytaj: Myrnina, ale przynajmniej miała stałą pracę. Poza tym bardzo dużo uczyła się od Myrnina, co znaczyło dla niej więcej niż pieniądze.
Za jego zgodą przez kilka miesięcy miała wolne. W tym czasie wampiry wzięły się w garść i naprawiały szkody - zniszczenia spowodowane przez tornado, które przetoczyło się przez miasto, oraz wampirzą wojnę, podczas której spłonęła większa część Morganville. Trzeba przyznać, że jak na skalę zniszczeń tempo odbudowy było imponujące. Claire nie bywała zatem przez jakiś czas w laboratorium, a tego dnia miało nastąpić „wielkie otwarcie”, jak ujął to w liście Myrnin. Claire była ciekawa, jak wygląda uroczyste otwarcie tajnego laboratorium ukrytego pod rozpadającą się ruderą. Podają tort?
Ulica, przy której stał Dom Dayów - różniący się od Domu Glassów, w którym Claire mieszkała, wyłącznie kolorem zasłon i gankiem (ganek Domu Dayów był ładniejszy) - wyglądała tak samo jak przed tornadem i zamieszkami. Biały wiktoriański Dom Dayów odróżniał się od tła, jakie stanowiła zacieniona aleja, która przypominała tunel.
Albo gardło. Błe. Claire natychmiast pożałowała, że o tym pomyślała.
Waląca się szopa na końcu alejki - rudera, w której dawno już nikt nie mieszkał - także się nie zmieniła. Tyle że w drzwiach zamontowano lśniący nowy zamek. Claire westchnęła. Myrnin oczywiście zapomniał dać jej klucz. Nie stanowiło to problemu. Claire sprawdziła kilka desek, znalazła jedną, która z łatwością dała się odsunąć, i wczołgała się do środka.
Były tam tylko schody, które wiodły stromo w dół jak na stacji metra. W dole widać było światło.
- Mam nadzieję, że będzie tort - powiedziała Claire, raczej do siebie niż do ewentualnego słuchacza, poprawiła plecak i zeszła do laboratorium.
Kiedy była tu ostatni raz, laboratorium było całkowicie zniszczone. Nie ostał się nawet jeden mebel czy szklane naczynie. Ktoś, prawdopodobnie Myrnin, uprzątnął potłuczone szkło i rozbite meble i załatwił samochód do ich wywiezienia, zeskrobał z podłóg i ścian chemikalia. Wyrzucił także - czego Claire nie mogła przeżyć - zniszczone książki. To miejsce zawsze wyglądało trochę jak z powieści Jules’a Verne’a, teraz jednak wyglądało tak zupełnie. Tornado „przysłużyło” się laboratorium; stoły i lady były nowe, niektóre marmurowe, inne drewniane, jeszcze inne metalowe. Elektryczne oświetlenie zastąpiło stare lampy oliwne, świeczki i żarówki jak za czasów Thomasa Edisona. Teraz pomieszczenie rozświetlały świetlówki dyskretnie ukryte za osłonami w kształcie wachlarzy. Połączenie nowoczesności z wystrojem w stylu retro.
Posadzka była ta sama, z płyt chodnikowych, ale zniknęła dziura, którą wybił w niej Myrnin. W każdym razie była przykryta dywanem. Claire miała nadzieję, że dziura została załatana, jednak Myrninowi nie należało ufać. Postanowiła najpierw ostrożnie sprawdzić, co jest pod dywanem, zanim stanie w tym miejscu całym ciężarem ciała.
Gdy Caire weszła, Myrnin układał właśnie różne rzeczy na półkach, które musiały mieć co najmniej trzy i pół metra wysokości. Stał na wąskiej drabinie na kółkach... Zaraz, zaraz... Claire rozejrzała się i odkryła, że drabina dzięki metalowej ramie mogła jeździć od regału do regału, po całym laboratorium. Niezłe.
Powiało chłodem. Zimno emanowało z kręconych, gęstych czarnych włosów, które sięgały aż do ramion. Jego twarz o wyrazistych rysach była bardzo blada. Gdyby zechciał, mógłby zrobić karierę w filmie lub jako model. Wielkie ciemne oczy i pełne wargi przykuwały uwagę.
Myrnin prezentował się znacznie porządniej niż wówczas, gdy Claire widziała go ostatnio, chociaż ubrany był jak zwykle staroświecko - w czarny aksamitny płaszcz do kolan, białą koszulę i błękitną kamizelkę. Kieszonkowy zegarek na łańcuszku kontrastował z czarnymi spodniami, a buty...
Claire gapiła się szeroko otwartymi oczami na stopy Myrnina. Kapcie w kształcie króliczków?
Właściwie nie była zaskoczona.
rozglądając się po laboratorium. - Rany, ale to świetnie wygląda.
Myrnin przez ostatnie sto lat z hakiem niespecjalnie śledził, jak zmieniał się otaczający go świat. Claire nie była jednak zdziwiona, że odkrył istnienie Internetu. Ciekawe, co będzie, kiedy natknie się na pierwszą stronę porno, pomyślała. To mogłoby oznaczać niesłychanie krępującą rozmowę.
Myrnin sprawiał wrażenie, że jest mu wszystko jedno, co Claire zrobi z jego rzeczami. Był w tym dziwnym nastroju. Claire nieomal wolała starego Myrnina, który miewał ataki szaleństwa powodowane przez chorobę, na którą cierpiało wiele wampirów, ale desperacko walczył o pozostanie przy zdrowych zmysłach. Teraz Myrnin był bardziej opanowany i mniej przewidywalny. Nie wybuchał gniewem ani nie uciekał się do przemocy, ale nigdy nie robił tego, czego się po nim spodziewała. Claire zawsze myślała, że Myrnin niechętnie pozbywa się rzeczy, nawet jeśli nie są mu już potrzebne, przechowuje je z sentymentu. Był bardziej uczuciowy niż większość wampirów i widać, że posiadanie tych właśnie rzeczy sprawia mu radość.
Skąd zatem nagła potrzeba zrobienia wiosennych porządków?
Claire cisnęła zniszczony plecak na krzesło i wyciągnęła nóż, by przeciąć sznury, którymi przewiązane było pierwsze pudło. Kichnęła, bo pudło było zakurzone. Dobrze, że sięgnęła po chusteczkę, by wydmuchać nos, bo spod papieru pakowego wylazł wielki czarny pająk.
Claire krzyknęła i odskoczyła. Myrnin znalazł się przy niej w ułamku sekundy i nachylił się nisko nad pająkiem.
Myrnin spojrzał na Claire i uśmiechnął się, pokazując dołeczki w policzkach. Powinno to wyglądać uroczo, ale jeśli chodziło o Myrnina, nic nie było takie proste. W tym uśmiechu kryły się mrok i arogancja.
Chociaż nie zdziwiłaby się, gdyby tak zrobił.
Bardzo, naprawdę bardzo ostrożnie uchyliła wieko pudła. Na szczęście nie objawili się żadni krewni Boba. W pudełku był bałagan i sporo czasu zajęło jej uporządkowanie przedmiotów wrzuconych bez ładu i składu. Między innymi w pudełku były stare kordonki, coś, co wyglądało jak bardzo stara koronka oblamowana złotą nicią i dwa słonie, prawdopodobnie z kości słoniowej.
Pod tymi skarbami leżały pojedyncze kartki, sztywne i pożółkłe, zapisane pięknym charakterem pisma, z pewnością nie Myrnina; Claire wielokrotnie widziała, jak wampir pisze, i zdecydowanie nie był to list napisany przez niego. Zaczęła czytać pierwszą stronę.
Drogi Przyjacielu.
Już od kilku lat mieszkam w Nowym Jorku i bardzo za Tobą tęsknię. Wiem, że w Pradze mocno się na mnie rozgniewałeś, i nie winię Cię za to. Postąpiłam z ojcem pochopnie i niemądrze, ale jestem przekonana, że nie pozostawił mi wyboru. Proszę Cię zatem, mój drogi Myrninie, żebyś zdobył się na wysiłek i przyjechał do mnie. Pamiętam, że nie przepadasz już za podróżami, jednak czuję, że jeśli spędzę tu kolejny rok w samotności, poddam się. Byłabym Ci ogromnie wdzięczna, gdybyś zechciał mnie odwiedzić.
U dołu listu widniał zdobny podpis: „Amelie”. Amelie jak Amelie, Założycielka Morganville i prawdziwa szefowa, a właściwie właścicielka Claire, jakkolwiek przykro było o tym myśleć.
Zanim Claire zdążyła zadać pytanie, białe, zimne palce Myrnina sięgnęły jej przez ramię i zgrabnie wyjęły jej list z dłoni.
Myrnin zerknął na kartkę, po czym zwinął ją w kulkę i cisnął do dużego plastikowego kosza stojącego pod ścianą.
Po prostu sięgnęła po kolejną kartkę.
Myrnin powiódł ręką wokół.
Claire posłuchała.
Claire, wsłuchana w głos Myrnina, zdążyła zapomnieć o pudle, a nawet o pająku Bobie, ale ledwo wampir przestał mówić, przypomniała sobie o tym, co ma do zrobienia. Z pudła wyciągnęła lusterko ze złotą rączką. Niewątpliwie należało do jakiejś dziewczyny. Szkło było rozbite, zostało tylko kilka posrebrzanych fragmentów.
Myrnin wyjął Claire lusterko z ręki i odłożył.
To... wydawało się równie niepojęte, jak wszystko, co Myrnin mówił, więc Claire nie drążyła tematu. Zaczęła przeglądać resztę rzeczy w pudle - głównie papiery, ale trafiło się też kilka interesujących przedmiotów
Palce Claire zacisnęły się na delikatnym złotym łańcuszku. Wyciągnęła łańcuszek spod papieru i podniosła do światła. Był to medalion z portretem młodej dziewczyny w wiktoriańskim stroju i fryzurze z tamtej epoki. Wokół zdjęcia, pod szybką, leżał kosmyk włosów zapleciony w cieniutki warkoczyk.
Claire potarła kciukiem stare szkiełko, unosząc brwi. Nagle rozpoznała twarz dziewczyny.
Myrnin wyrwał jej naszyjnik, przez chwilę wpatrywał się w portret, po czym przymknął oczy.
I w tej samej chwili po drugiej stronie pokoju objawiła się sama Ada. Już od dawna nie żyła, ale funkcjonowała jako dwuwymiarowa projekcja z dziwacznego komputera, który mieścił się pod laboratorium Myrnina. Tamten komputer w rzeczywistości był Adą, miał wbudowane nawet części jej ciała. Hologram Ady wciąż nosił wiktoriańskie spódnice i bluzki pod szyję, a włosy dziewczyny zaplecione były w misterny kok, z którego wysunęły się dwa długie pukle okalające twarz. Coś tu nie wyglądało naturalnie - Ada przypominała bardziej komputerową animację niż żywą osobę.
Ada posłała jej ponure spojrzenie. Jej duch przenikał przez wszystkie meble i przedmioty w laboratorium - stoły, krzesła, lampy, menzurki.
Ada zatrzymała się, a jej hologram zawisł w powietrzu w otwartych drzwiach, nie rzucając cienia.
Delikatna twarz Ady, zawieszona między życiem a śmiercią, wykrzywiła się pogardliwie.
Ada wbiła w niego wściekły wzrok pełny zarazem iskier elektrycznych i lodu, po czym odwróciła się, błyskawicznie przeszła przez ścianę i wyparowała.
Myrnin wypuścił powietrze.
Ada czuła do Myrnina coś w rodzaju miłości.
Myrnin popatrzył na medalion z portretem Ady w dłoni. Przez chwilę nic nie mówił. Claire była przekonana, że nie odpowie.
Zanim pewnego dnia Myrnin nie dostał ataku szału. Gdy się uspokoił, Ada już od dawna nie żyła. Myrnin ostrzegł Claire już pierwszego dnia, że jest niebezpieczny i że miał już niejedną asystentkę.
Ada była pierwszą, którą sam zabił.
Myrnin nieznacznie wzruszył ramionami.
To wrażenie błyskawicznie zniknęło. Myrnin wyprostował się, wrzucił medalion do kieszeni kamizelki i wskazał na stół.
Auć. Claire nie przepadała za Adą, ale tak brutalna uwaga zabolała. Miała nadzieję, że komputer - komputer, w którym w jakiś sposób jeszcze funkcjonował umysł Ady - nie słyszał tych słów.
Marna szansa.
Popołudnie mijało powoli, Claire segregowała kartki, rzucając na nie pobieżnie okiem, nie tracąc czasu na czytanie. Były to głównie listy - historia przyjaźni Myrnina z różnymi ludźmi, którzy już nie żyli, i z wampirami. Sporo korespondencji nagromadziło się przez lata znajomości z Amelie. Było to oczywiście interesujące z historycznego punktu widzenia, ale niestety historyczny punkt widzenia nieodmiennie oznacza śmiertelną nudę.
Dopiero na dnie drugiego pudła Claire znalazła przedmiot, którego nie potrafiła zidentyfikować. Podniosła go - miał dziwny kształt i wyglądał trochę jak... rzeźba? - i położyła na dłoni. Był lekko zardzewiały, ale z pewnością nie żelazny. Pokrywały go liczne symbole, w których Claire rozpoznała znaki alchemików.
Zanim zdążyła sformułować pytanie, przedmiot już zniknął z jej ręki. Myrnin, który prawie przyfrunął z drugiego końca pomieszczenia, obracał go w palcach, badając każde załamanie i obmacując wyrzeźbione wzory.
Myrnin otworzył usta. Przez krótką chwilę myślała, że odpowie, ale w oczach wampira zamigotał dziwny błysk i zacisnął dłoń na ostrych krawędziach przedmiotu.
Ostrożnie odwrócił fotel, by usiąść tyłem do Claire, oparł stopy w króliczych kapciach na podnóżku i zaczął oglądać znalezisko.
A pudło wybuchło jej w rękach.
Gdy Claire otworzyła oczy, pochylały się nad nią trzy osoby - Myrnin, który wydawał się zmartwiony, i jej współlokator, Michael Glass, który trzymał ją za rękę, co było bardzo miłe, bo Michael miał przepiękne dłonie; trzecią osobę Claire rozpoznała dopiero po chwili.
Mężczyźni wymienili spojrzenia.
Claire zamrugała niepewna, czy dobrze zrozumiała.
Kiedy to powiedział, Claire uświadomiła sobie, że rzeczywiście trochę paliły ją policzki. Dotknęła ich. Były bardzo gorące.
Theo i Michael zaczęli mówić jednocześnie. Michael zagłuszył doktora.
Michael nie bardzo potrafił kłamać.
Claire usiłowała skupić się na ważniejszym aspekcie tego, co się stało, o ile jej nie okłamywali.
Myrnin błyskawicznie spoważniał.
Wzruszył ramionami.
Claire popatrzyła na niego bez słów, po czym chwyciła Michaela za rękę i znów próbowała wstać. Gdy przyjęła postawę wyprostowaną, zakręciło się jej w głowie. Czuła się, jak gdyby rzeczywiście spaliła się na słońcu i przy okazji bardzo pobrudziła.
Stał bez ruchu, wpatrzony w pudło.
Nie odpowiedział, tylko przewrócił pudło na bok i popchnął je w kierunku Claire. Uniosła się chmura kurzu, a gdy opadła, Claire zobaczyła, że w pudle niczego nie było.
Zupełnie nic.
Michael podwiózł ją do Domu Glassów - bo właśnie to miejsce nazywała domem, chociaż teoretycznie tam nie mieszkała. W domu rodziców wciąż miała swój pokój i swoje rzeczy. No, część rzeczy. Niewielką. Zgodnie z umową spała tam prawie każdej nocy. Przynajmniej przez kilka godzin.
Stanowiło to część wielkiego planu rodziców Claire, żeby nie tyle trzymać córkę z daleka od Shane’a - to byłoby zbyt wiele powiedziane - ale żeby Shane nie trzymał się zbyt blisko niej. Nie chcieli, żeby ich córeczka wpadła w sidła wielkiego złego mężczyzny, chociaż Shane wcale nie był wielkim złym mężczyzną, a w dodatku kochał Claire.
Kochał ją. Ilekroć Claire o tym pomyślała, czuła rozkoszne dreszcze.
Na twarzy Michaela pojawiła się dziwna mieszanina dumy, zdenerwowania i strachu. Pokręcił głową.
Niestety, gdy weszła na górę i przejrzała się w lustrze, musiała przyznać, że nie tylko Michael zacznie ją nazywać Wisienką, albo i gorzej. Jej twarz naprawdę była różowa i świecąca, jakby ktoś podtopił ją w różu, po czym owinął folią. Błe. Kiedy dotknęła twarzy, zostawiła na skórze efektowne białe ślady, które stopniowo znów poróżowiały.
Kiedy się rozebrała, było jeszcze gorzej, bo różowa twarz drastycznie kontrastowała z jej bladym ciałem. Claire wcześniej tego nie zauważyła, ale oparzyła sobie także wierzch dłoni i ramiona - miejsca, które były narażone na działanie światła.
Promieniowanie UV. Jeszcze nic jej nie bolało, ale wiedziała, że zacznie, i to wkrótce. Wzięła szybki prysznic, bo woda drażniła jej oparzone ciało, po czym bezskutecznie przeszukała szafę, usiłując znaleźć coś, co pasowałoby do jej nowej różowej karnacji.
Och, nic nie mogłoby sprawić Monice większej radości...
Wreszcie włożyła stanik i majtki, po czym padła na łóżko i wbiła wzrok w sufit. Wiedziała, że powinna wysuszyć włosy, ale miała zbyt kiepski humor, by się tym przejmować. Schludna fryzura nie mogła jej pomóc, a rozczochrane włosy przynajmniej oddawały jej nastrój.
Po niemal kwadransie ponurych rozmyślań - górna granica możliwości Claire - sięgnęła po słuchawki i włączyła ostatni wykład Myrnina o teorii strun. Przynajmniej zakładała, że będzie o teorii strun, chociaż Myrnin zwykł mieszać naukę z mitologią, alchemią, magią i nie wiadomo czym jeszcze. Niektóre fragmenty miały więcej sensu niż cokolwiek, co Claire słyszała od etatowych profesorów, inne z kolei były stekiem bzdur.
Sztuka polegała na tym, żeby rozpoznać, które są które.
Claire nawet nie zauważyła, że ktoś jest w pokoju, dopóki łóżko się nie ugięło z jednej strony. Otworzyła oczy. W sypialni panowały niemal całkowite ciemności - kiedy to się stało? Instynktownie sięgnęła po kołdrę, po czym przypomniała sobie, że leżała na niej i to w dodatku prawie naga. Jej panika osiągnęła rozmiary kosmiczne. Zerwała z głowy słuchawki, po czym ześlizgnęła się z łóżka, by uciec od tego kogoś po drugiej stronie.
Nagle błysnęło światło lampki nocnej i ukazała się Eve w całej gotyckiej okazałości. Wciąż wystrojona była w fiolety, ale tym razem w wersji codziennej - rajstopy, czarne workowate szorty, fioletowa koszulka z napisami z gotyckich liter.
Eve przekrzywiła głowę, wbijając wzrok w Claire.
Claire wciąż usiłowała opanować szalone bicie serca. Wstrzymała oddech i sięgnęła po szlafrok wiszący na krześle. Gdy narzucała go w pośpiechu, materiał musnął jej dłonie i ramiona. Krzyknęła znów, tym razem z bólu. Miała wrażenie, że jej twarz płonie.
Claire rozważała, czy powiedzieć Eve, że słuchała wykładów, ale uznała, że to mogłoby być za trudne do przyswojenia dla jej przyjaciółki.
O rany, Shane. Shane miał ją zobaczyć w tym stanie, wyglądającą jak uchodźca z planety Magenta.
Claire wciąż nie mogła się zdecydować, czy w różowej bluzce wyglądała minimalnie lepiej, czy minimalnie gorzej. Nagle poczuła lodowaty powiew, który przeniknął ją jak fala. To nie był przeciąg ani nic w tym rodzaju. Płynął od wewnątrz. Jak ostrzeżenie od pogrążonego w półśnie domu.
Coś było nie tak. W Domu Glassów.
Claire chwyciła niezbędny zestaw obronny - zawierający wszelkie możliwe rodzaje broni, od gazu pieprzowego po posrebrzane kołki - i wybiegła na korytarz. Błyskawicznie zbiegła na dół po schodach i zobaczyła, że w salonie wszyscy, łącznie z Michaelem, spokojnie siadają do kolacji.
W normalnych okolicznościach poczułaby się bardzo źle po takim pytaniu, ale w tej chwili nie zamierzała się przejmować podobnymi sprawami.
Shane przestał zwracać uwagę na jej wygląd, podszedł i wziął ją za ręce. Skrzywiła się, gdy dotknął wrażliwej skóry, ale z wdzięcznością przyjęła ciepły uścisk.
Claire pokręciła głową, otulając się ciaśniej kocem. Jej twarz płonęła, a ona trzęsła się z zimna.
Claire kiwnęła potakująco głową. Drżała jak w febrze, miała wrażenie, że zimno przenika do kości. Nie wiedziała, co się stanie, gdy jej szpik zamarznie, ale nie spodziewała się niczego dobrego. Zupełnie.
Podtrzymując koc prawą ręką, lewą sięgnęła po tacos, w nadziei, że z powodu dreszczy nie zrzuci jedzenia z talerza.
Nie wzięła tacos, bo Shane nagle chwycił ją za ramię.
Miał na myśli bransoletkę od Amelie, którą Claire nosiła na lewym nadgarstku, i której nie mogła zdjąć. Ta bransoletka miała informować wszystkich, dla kogo Claire pracuje (Claire nie mogła o tym zapomnieć ani na sekundę).
Niegdyś była złota, ale teraz świeciła na biało, a w środku wydawała się przezroczysta.
Jakby była z lodu.
Bransoletka dymiła - była tak zimna, że unosiła się wokół niej para.
Wszyscy podeszli do Claire. Michael dotknął bransoletki, zrobił krok do tyłu, po czym skrzyżował spojrzenia z Shane’em.
Shane wbił wzrok w Michaela.
Wysłuchał odpowiedzi i, nic nie mówiąc, z trzaskiem zamknął klapkę telefonu. Znów zmierzył Shane’a wzrokiem.
Jazda samochodem Michaela była koszmarem. Eve przyniosła kilka koców, pod którymi Claire omal się nie udusiła, ale wciąż trzęsła się z zimna, miała coraz silniejsze dreszcze, jakby zepsuł jej się wewnętrzny termostat.
Zaczynała wyglądać... jak trup.
Nawet gdyby starała się zorientować, dokąd jadą, nie udałoby się jej. Samochód Michaela, jak wszystkie auta wampirów, miał całkowicie przyciemnione szyby. Człowiek mógł przez nie dostrzec tylko niewyraźne przebłyski, więc Claire nawet nie próbowała wyglądać na ulicę, skupiła się na walce o kolejny oddech.
Michael przyspieszył, siła odśrodkowa wcisnęła Claire w fotel. Shane trzymał ją w ramionach, ale niczego nie czuła. Przestała się już trząść, co było dobre, ale ogarnęło ją potworne zmęczenie. Z trudem zachowywała przytomność. Dreszcze przynajmniej powodowały, że nie traciła kontaktu z rzeczywistością. Teraz odpływała. Wszystko wydawało się coraz bardziej odległe.
Zdołała przytaknąć i myślała, że się uśmiecha.
Michael zahamował łagodnie, po czym wysiadł, zanim Claire zdążyła zauważyć, że dojechali na miejsce.
Shane otworzył tylne drzwi i wziął Claire na ręce. Zawinięta w koce przypominała stertę prania.
Światło księżyca oblało niebieskobiałym blaskiem trawy, drzewa i nagrobki.
Znaleźli się na miejskim cmentarzu - Restland.
Przed sobą widziała Michaela i Eve przedzierających się przez labirynt płyt nagrobnych, krzyży i marmurowych posągów. Wielki biały grobowiec na wzgórzu górował nad cmentarzem, ale oni kierowali się w prawą stronę.
Claire pomyślała, że wie, dokąd zmierzają.
Minęło już kilka miesięcy od śmierci Sama Glassa, dziadka Michaela... Sam oddał za nich życie. A naprawdę poświęcił się dla Amelie. O ile Claire wiedziała, był pierwszym wampirem, którego pochowano na tym cmentarzu - odbyła się uroczystość żałobna, w której wzięli udział i wampiry, i ludzie. Chyba żadnego innego wampira w historii Morganville ludzie nie darzyli szczerą sympatią.
Sam zaznał miłości - kochała go Amelie. Amelie i Sam mieli przelotny - jak na standardy wampirów - romans. On urodził się w Morganville i umarł, nie skończywszy jeszcze stu lat. Claire wiedziała, że Amelie i Sama łączyła prawdziwa i piękna miłość. Oboje niejednokrotnie usiłowali stłumić to uczucie, ale nie zdołali.
Amelie klęczała przy grobie Sama.
Z daleka wyglądała jak marmurowy anioł - blada, ubrana na biało, nieruchoma. Długie popielate włosy miała rozpuszczone. Lodowaty wiatr targał nimi jak flagą.
Claire przenikało dotkliwe zimno, ale z Amelie działo się coś znacznie gorszego. W jej spojrzeniu nie było rozpaczy. Tylko pustka... zupełna pustka. Nawet nie zauważyła, że przystanęli przy niej. Nie drgnęła, nie odezwała się.
Nie poruszyła się ani nie dodała nic więcej. Shane i Michael wymienili spojrzenia. Michael zrozumiał, że jeśli nic nie zrobi, Shane wkroczy do akcji i to się naprawdę źle skończy.
Pomógł Amelie wstać. Założycielka nagle ożyła i z furią odepchnęła Michaela, wbijając w niego wściekłe spojrzenie przekrwionych oczu i szczerząc kły, które błyskawicznie się wydłużyły.
Michael cofnął się o krok. Amelie patrzyła na niego przez kilka sekund i ponownie wbiła wzrok w grób. Czerwień zniknęła z jej oczu, znów wydawała się nieobecna.
Atak wściekłości Amelie przepłynął przez ciało Claire jak fala upału, przez chwilę ją ogrzał. Zaczęła się wiercić w ramionach Shane’a, by postawił ją na ziemię. Pochyliła się nad grobem i spojrzała Amelie w twarz.
Wampirzyca patrzyła gdzieś ponad Claire, nawet gdy podsunęła jej przed oczy bransoletkę. Złoto znów zamieniało się w lód, a Claire znów zamarzała.
W oczach Amelie natychmiast pojawił się niebezpieczny błysk. Chociaż wampirzyca nie wykonała żadnego gestu, patrzyła tak, że Claire chciała odwołać to, co powiedziała.
Jednak nie zrobiła tego. Odetchnęła głęboko i mówiła dalej:
Amelie leciutko uniosła brwi.
Ach, oparzenia.
Mówiąc te słowa, zauważyła, że z rękami Amelie coś jest nie tak. Była w rękawiczkach... czarnych rękawiczkach. Nie, to nie rękawiczki. Claire widziała fragmenty białej skóry, prześwitujące spod...
Spod krwi. Amelie miała dłonie we krwi, głębokie rany w nadgarstkach. Przecież rany powinny się błyskawicznie goić, pomyślała Claire i dostała gęsiej skórki na całym ciele. Wpadła w panikę. Nie miała pojęcia, dlaczego rany Amelie nie chciały się zasklepić i wciąż krwawiły. Wampiry się nie samookaleczały, nie robiły takich rzeczy.
Amelie jednak to zrobiła. A to oznaczało, że naprawdę chce się zabić, że nie jest to tylko melodramatyczny gest będący wołaniem o pomoc. Nie chciała pomocy.
Claire była totalnie przerażona. Co mam zrobić? - myślała gorączkowo. Zerknęła na Michaela, ale on stał za Amelie, nie widział jej rąk.
Eve jednak widziała. W przeciwieństwie do Claire nie zastanawiała się, co robić. Uklękła, chwyciła lewą rękę Amelie i odwróciła nadgarstek. Z rany coś wystawało. Claire zrobiło się słabo, gdy zobaczyła, że Amelie włożyła srebrną monetę w ranę, by się nie goiła.
Gdy Eve wyciągnęła monetę, Amelie zadrżała, a rana błyskawicznie zaczęła się goić. Krew zakrzepła.
W oczach Amelie pojawił się czerwony błysk, ale po chwili odzyskały nieludzką szarą barwę.
Krew przestała ściekać na ziemię.
W miarę jak rany Amelie się goiły, Claire czuła się lepiej. Krew znów tętniła w jej żyłach, słyszała bicie serca, było jej ciepło.
Wiatr targał gałęziami i rozwiewał popielate włosy wampirzycy, ukrywając wyraz jej twarzy. Claire patrzyła, jak rany na rękach Amelie bledną; czerwone pręgi zmieniły się w blade linie, po czym zupełnie zniknęły.
Amelie wzruszyła ramionami.
Michael, którym, sądząc po wyrazie jego twarzy, zachowanie Amelie wstrząsnęło, wreszcie znalazł właściwe słowa:
Te słowa przywołały cień uśmiechu na jej usta.
Amelie już się nie uśmiechała, a w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Dumnie uniosła podbródek.
Nawet Shane gapił się na Eve tak zdumiony, jakby widział ją po raz pierwszy. Claire otworzyła usta, ale nic nie powiedziała, miała pustkę w głowie. Milczenie się przedłużało, wreszcie Amelie skinęła na Claire.
Claire wciąż było zimno, ale uznała, że głównie z powodu lodowatego wiatru. Przytaknęła, starając się ukryć fakt, że wciąż się trzęsła.
Amelie niemal wzruszyła ramionami, jakby to nie miało żadnego znaczenia.
Wyciągnęła rękę, a Amelie znów pozwoliła się dotknąć. Dziwne, pomyślała Claire. To Michael był wampirem, ale Amelie bardziej ufała Eve. Michael też to wyczuwał i na jego twarzy malowała się mieszanka różnych uczuć, z przewagą zmartwienia.
Amelie uniosła jedną brew.
Gdy odchodzili od grobu Sama, zza marmurowego grobowca na szczycie wzgórza wyszedł cień. Był to wampir, ale inny niż wampiry, które Claire widywała w Morganville. Wyglądał, jakby miał bardzo ciężkie życie, w którym nie było miejsca na prysznic i zabiegi toaletowe, na przykład czesanie.
Nie był także okazem zdrowia.
Bo oni ich otoczyli.
Michael odwrócił się, wpatrując w ciemność. Chyba coś zobaczył. Claire widziała tylko cienie i nagrobki. I słyszała ten śmiech. Shane ją objął.
Amelie strząsnęła z ramienia rękę Eve i zrobią krok do przodu.
Z ciemności dobiegł upiorny chichot. Michael odwrócił się, śledząc wzrokiem coś, czego Claire nie mogła dostrzec. Jego oczy przybrały czerwoną barwę. Widziała, że z Michaela, którego znała, przemienia się w kogoś innego, przerażającego... w tego drugiego Michaela. Eve również to wyczuła i przysunęła się do Shane’a. Zacisnęła pięści.
Shane spojrzał na Claire, która wzruszyła ramionami.
Morley stojący na szczycie wzgórza obok wielkiego
białego grobowca, który lśnił jak kość, przekrzywił głowę i skrzyżował ramiona.
Tym razem śmiech dobiegał ze wszystkich stron, przypominał niskie, złowieszcze pomruki, które podejmowały kolejne wampiry.
Amelie milczała. Stała bez ruchu, lodowato spokojna.
Claire omal nie zwymiotowała, gdy odgadła, że „łupy” oznaczały ją, Eve i Shane’a. Shane’owi także się to nie spodobało. Był spięty.
Morley także coś poczuł. Zbliżył się o krok i znów odsłonił kły, ale tym razem już nie w uśmiechu.
Michael skoczył do przodu. Dwa wampiry przetoczyły się przez nagrobek. Claire odwróciła się, gdy cienie wokół zaczęły się poruszać tak błyskawicznie, że nie dało się wypatrzeć, gdzie są. Puls jej przyspieszył i przygotowała się do walki.
I wtedy odezwała się Amelie.
Księżyc oświetlił jeden z cieni, który wyglądał bardzo znajomo.
To był Oliver, prawa ręka Amelie w Morganville. W przebraniu sympatycznego właściciela kawiarni, na które składała się koszula z logo Common Grounds, dżinsy i długie
siwe włosy związane w kucyk wyglądał jak typowy lewicowy radykał.
Ten wizerunek psuła jego mina - nie był zachwycony, że musiał się stawić na wezwanie Amelie, a jeszcze mniej podobał mu się Morley. Cienie, które zaczęły wyłaniać się z ciemności, okazały się ludźmi Olivera, a nie Morleya. Wampiry były schludnie ubrane i uczesane, ich zimna elegancja i dystans powodowały u Claire dreszcze. Były też wyszukanie uprzejme i miały wysokie kwalifikacje do zabijania.
Morley istotnie zrozumiał. Po chwili wahania rzucił się przed siebie i zniknął gdzieś na granicy cieni rzucanych przez nagrobki.
Byli uratowani.
Oliver odwrócił się powoli i rzucił jedno, pełne zrozumienia spojrzenie na ręce Amelie.
Auć, pomyślała znów Claire. Widziała, że Eve myśli dokładnie to samo, ale żadna z nich nie odważyła się tego powiedzieć.
Amelie i Oliver skrzyżowali spojrzenia, a Claire zadrżała. Morley tylko blefował. Oliver nie. Był facetem, który realizował swoje groźby, o ile tylko miał szanse powodzenia. Chciał też przejąć władzę w Morganville. Może wolałby nie zabijać Amelie, ale na pewno długo by się nie wahał. Amelie wiele ryzykowała.
Michael stanął obok Amelie i całą piątką ruszyli w dół ścieżką do miejsca, gdzie zostawili samochód. Claire odwróciła się, ale nie dostrzegła nawet śladu po Oliverze, jego ludziach czy Morleyu. Był tylko cichy cmentarz i lśniący grobowiec na szczycie wzgórza.
Cała trójka siedziała, oczywiście, z tyłu - z przodu, obok Michaela, posadzono Amelie.
Zapadła cisza.
Gdy Michael podjechał pod stację krwiodawstwa, limuzyna Amelie, z jej obstawą w środku, już była zaparkowana przy krawężniku. Claire podświadomie spodziewała się, że goryle Amelie będą mieć na bladych uszach słuchawki jak obstawa ważnych osobistości na filmach sensacyjnych, ale wampiry przecież nie potrzebowały elektroniki, żeby dobrze się słyszeć. Ale ubrani byli jednak w doskonale skrojone czarne garnitury, a oczy ukrywali za okularami słonecznymi. Bodyguard otworzył przed Amelie drzwi limuzyny i pomógł jej wsiąść. Wampirzyca skorzystała z pomocy i z gracją nimfy wodnej zajęła miejsce w aucie.
I tyle. Jednak w ustach Amelie znaczyło to całkiem sporo.
Czyli z Claire. Eve nie marnowała czasu, tylko z piskiem wgramoliła się na przednie siedzenie i usadowiła wygodnie. Michael uśmiechnął się do niej, gdy wzięła go za rękę.
Shane objął Claire. Położyła mu głowę na piersiach. Czuła ciepło, nareszcie. Ciepło, bezpieczeństwo i miłość.
Claire wydała z siebie nieartykułowany dźwięk na znak zgody, po czym zamknęła oczy i nawet nie czuła, kiedy zasnęła w jego ramionach. Ocknęła się tylko na chwilę i usłyszała, jak Shane mówi, że lepiej zabrać ją do domu. Miała też bardzo niewyraźne wspomnienie dotyku jego ust na swoich wargach...
A potem już nic więcej...
Nastał ranek. Obudziła się w podwójnym łóżku w swoim pokoju w domu rodziców. Przez pierwszych kilka sekund była rozczarowana, że zmarnowała okazję, by zostać z Shane’em, ale potem wszystkie myśli wymazało doznanie gorąca na twarzy. Czuła się tak, jakby zasnęła w solarium - ale w pokoju wcale nie świeciło mocno słońce.
Claire wyślizgnęła się spod kołdry i potknęła o stertę ubrań. Nie przypominała sobie, żeby je zdejmowała, ale miała na sobie aprobowaną przez mamę bawełnianą koszulkę, co oznaczało, że Shane ich również nie zdejmował. Poszła do łazienki.
Tam uderzyła w nią fala oślepiającego - i sprawiającego jej ból - światła. Claire jęknęła na widok swojej czerwonej twarzy pokrytej białymi plamami. Na skórze robiły się już pęcherze. Ostrożnie dotknęła twarzy. Bolało. Bardzo.
Prysznic sprawiał jej ból. Gorące krople raniły poparzone miejsca jak pociski. Claire przetrwała te tortury, zaciskając zęby i obmyślając rozmaite upiorne i oryginalne sposoby na zamordowanie szefa. Potem poczuła się odrobinę lepiej, ale uznała, że wygląda jeszcze gorzej. Kiepsko.
Na korytarzu natknęła się na matkę, która właśnie pokonywała ostatnie stopnie schodów ze stertą prześcieradeł i ręczników.
Mama omal nie upuściła prania, ale Claire je przytrzymała.
Claire wróciła do pokoju, skończyła się ubierać i otworzyła plecak. Czasy świetności miał już za sobą - nylonowy materiał był miejscami przetarty i porozdzierany, z tyłu widniały plamy, które dziwnie przypominały krew, a szelki powoli zaczynały żyć własnym życiem. Prawdopodobnie nie wytrzymywały wagi ładunków, które Claire upychała w tym plecaku. Zaczęła wyjmować książki, aż dogrzebała się do Fizyki cząstek dla zaawansowanych i wyjątkowo beznadziejnego Podręcznika do obliczeń matrycowych, który był chyba najgorszą publikacją na ten temat. Pod podręcznikami leżało grube tomiszcze o literaturze angielskiej, od którego dźwigania Claire bolał kręgosłup, i kilka zeszytów o kolorowych grzbietach. Kolory oznaczały przedmioty. I dopiero pod tym kryła się cała reszta skarbów. Alchemia i sztuki hermetyczne - nie tyle podręcznik, co długi wywód na temat tego, że wszystkie wymienione nauki są stekiem bredni. Myrnin bynajmniej go nie polecał; Claire zamówiła tę książkę sama, przez Internet, od jakiegoś faceta, który cierpiał na rodzaj paranoi. Oczywiście gdyby wiedział to, co ona, uciekłby z krzykiem, więc może paranoja wcale nie była taka nieuzasadniona.
