Wampiry z Morganville. Księga 4: Rozwiane cienie, Pocałunek śmierci - Rachel Caine - ebook

Wampiry z Morganville. Księga 4: Rozwiane cienie, Pocałunek śmierci ebook

Caine Rachel

0,0

Opis

 

 

Na Morganville spłynęła cisza... 
…przed krwawą burzą, której zapobiec może tylko śmiertelna siedemnastolatka… 
Morganville zapanował spokój. Claire może wrócić na uniwersytet i spędzać czas ze swoim chłopakiem, a Eve dostaje rolę w sztuce teatralnej. Lecz porządek zaprowadzony przez nieśmiertelną władczynię miasta nie trwa długo. Mnożą się tajemnicze ataki na jej poddanych. Wkrótce pojawia się nowa groza – bunt i szaleństwo. Czy żeby przeżyć kolejną noc, Claire i jej przyjaciele będą musieli porzucić miasto wampirów? 

 

Cykl: Wampiry z Morganville, t. 7 i 8 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Lublinie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 628

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Wampiry z Morganville

Księga 4

 

ROZWIANE

CIENIE

 

POCAŁUNEK

ŚMIERCI

 

Wampiry z Morganville

 

Księga 4

 

ROZWIANE

CIENIE

 

POCAŁUNEK

ŚMIERCI

 

RACHEL CAINE

 

Przekład

Maja Kittel

Joanna Lipińska

 

Redakcja stylistyczna

Elżbieta Steglińska

 

Korekta

Longina Kryszkowska

 

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

 

Zdjęcie na okładce

© Ilona Wellman/arcangel-images.com

 

Druk

Drukarnia Naukowo-Techniczna

Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA, Warszawa, ul. Mińska 65

 

Tytuły oryginalne

Morganville Vampires #7: Fade Out

Morganville Vampires #8: Kiss of Death

Fade Outcopyright © Roxanne Longstreet Conrad, 2009

Kiss of Death copyright © Roxanne Longstreet Conrad, 2010

All rights reserved.

 

For the Polish edition

Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

 

ISBN 978-83-241-4048-0

 

Warszawa 2011. Wydanie II

 

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

 

www.wydawnictwoamber.pl

Rozwiane cienie

 

Alan Hanna namówił mnie do działania.

Dzięki Ninie Romberg dotarłam na górę.

PN. Elrod i Carole Nelson Douglas

pokazali mi, jak używać lin.

Moi drodzy przyjaciele - Jackie i Bill Leafowie,

Heidi Berthiaume, Glenn Rogers, Sharon Sams,

Christina Radish, ORAC i wielu, wielu innych –

towarzyszyli mi w licznych wspinaczkach.

Mój drogi mąż Cat zawsze czekał na mnie,

gdy wracałam.

Im wszystkim bardzo dziękuję.

I serdecznie dziękuję Avivie i Azizie

za pomoc w sprawach szczególnych.

Wprowadzenie

 

Witamy w Morganville — stąd nie chce się wyjeżdżać

 

A więc jesteście nowi w Morganville. Witajcie! Są trzy ważne zasady, których musicie przestrzegać, by dobrze się czuć w naszym spokojnym mieście:

• Nie przekraczajcie dozwolonej prędkości.
• Nie rzucajcie śmieci na ulicę.
• Cokolwiek robicie, starajcie się nie drażnić wampirów.

Tak, dobrze przeczytaliście, wampirów. Pogódźcie się z tym.

Jako nowi śmiertelni mieszkańcy, musicie znaleźć sobie Opiekuna - wampira, który zechce podpisać z wami umowę i chronić waszą rodzinę (zwłaszcza przed innymi wampirami). W zamian będziecie płacić podatki tak jak w każdym innym mieście. Naturalnie w większości innych miast podatków nie płaci się w stacji krwiodawstwa.

Aha, oczywiście możecie zrezygnować z Opiekuna... ale wtedy lepiej od razu zacznijcie trenować biegi, trzymajcie się z daleka od słabo oświetlonych uliczek i znajdźcie sobie przyjaciół, którzy wam pomogą. Możecie zacząć od mieszkańców Domu Glassów - Michael, Eve, Shane i Claire nieźle sobie radzą, chociaż i tak stale pakują się w kłopoty.

Witajcie w Morganville. Stąd nie chce się wyjeżdżać.

A poza tym i tak nie można.

Przykro nam.

 

Rozdział I

 

Przenikliwy, cienki pisk Eve Rosser rozbrzmiał w całym domu, odbijając się od każdej ściany, i dosięgnął Claire akurat wtedy, gdy z wielką przyjemnością przysypiała w objęciach chłopaka.

- O rany, co jest? - Poderwała się i omal nie spadła z kanapy. Śmiertelne niebezpieczeństwo nie było niczym nowym dla czworga mieszkańców Domu Glassów. Nikt nie krzyczałby tak z powodu jakiegoś drobiazgu. Raczej unosiłby pytająco brwi. - Eve? Co się stało?

Pisk wzmógł się i dołączył do niego łomot, jak gdyby Eve trenowała kick boxing z podłogą.

- Cholera - powiedział Shane Collins, niechętnie wstając z kanapy. - Co znowu? Była wyprzedaż w Upiornaliach i nikt jej nie powiedział?

Claire odruchowo szturchnęła go w ramię, po czym wypadła na korytarz, i pobiegła w stronę źródła hałasu. Popędziłaby szybciej, ale w krzyku nie było paniki.

Brzmiał raczej... radośnie?

Eve miała jakiś atak. Darła się wniebogłosy i podskakiwała, zataczając małe kręgi jak oszalały królik, który właśnie wstąpił do gotyckiej sekty. Dziwne wrażenie potęgował jej strój: zwiewna, czarna prześwitująca spódnica, czarne rajstopy we fluorescencyjnoróżowe czaszki, jakaś niezwykle skomplikowana konstrukcja przypominająca gorset z klamrami i martensy. Włosy miała związane w dwa ogonki, które podskakiwały we własnym tańcu zwycięstwa.

Claire i Shane przez chwilę wpatrywali się w nią w milczeniu, po czym wymienili wymowne spojrzenia. Shane palcem zakreślił kółko przy skroni.

Claire pokiwała głową, wpatrując się w Eve szeroko otwartymi oczami.

Krzyk przerodził się w serię podnieconych pisków, a Eve na chwilę przestała podskakiwać. Zamiast tego skierowała się wyraźnie w ich stronę, wymachując jakąś kartką z takim entuzjazmem, że Claire z trudem tę kartkę zauważyła.

- Wiesz, trochę tęsknię za starym Morganville - powiedział Shane bardzo spokojnym głosem. - Tym ze złymi wampirami i śmiercią czyhającą na każdym kroku. W starym Morganville coś podobnego nigdy by się nie wydarzyło. Po prostu byłoby za głupie.

Claire prychnęła i chwyciła Eve za nadgarstek.

- Co jest, Eve?

Eve niechcący zgniotła kartkę. Widać było, że z trudem może ustać w miejscu, tak była podekscytowana. Usiłowała też coś powiedzieć, ale nie mogła wyartykułować słowa. Z jej ust wydobywały się wyłącznie piski, które mógłby zrozumieć tylko delfin.

Claire wyrwała jej kartkę. Rozprostowała ją i głośno odczytała: „Droga Eve. Dziękujemy za wzięcie udziału w przesłuchaniu do naszego przedstawienia pod tytułem »Samochód zwany pożądaniem«. Proponujemy ci rolę Blanche DuBois”...

Przerwała jej kolejna seria wrzasków i podskoków. Claire poddała się, przeczytała resztę po cichu i podała kartkę Shane’owi.

- Nieźle - mruknął z uznaniem. - To jest ten doroczny spektakl, który wystawiają władze miasta?
- Czekałam na to całą wieczność. - Eve otworzyła szeroko oczy i wyglądała jak postać z kreskówek anime. - Wieczność! Startowałam w przesłuchaniach od dwunaste go roku życia. Raz dostałam rolę jednej z rosyjskich tancerek w bożonarodzeniowym przedstawieniu Dziadka do orzechów.
- Ty tańczysz? - spytał Shane.

Eve zrobiła obrażoną minę.

- Chyba czasem chadzasz ze mną na imprezy i widzisz, ty ślepy kretynie?
- No wiesz, jest różnica między kręceniem tyłkiem na dyskotece a baletem.

Eve wycelowała w Shane’a umalowany na czarno paznokieć.

- Już ja ci pokażę, jak się robi puenty. W każdym razie, nie w tym rzecz. Zatańczę Blanche. Blanche DuBois. Macie pojęcie, jaka to wielka rola?
- Gratulacje - powiedział Shane szczerze, przynajmniej tak to odebrała Claire. Shane i Eve nieraz ranili się do krwi, ale bardzo się lubili. Naturalnie Shane, jako facet, nie mógł na tym skończyć. - Może i ja powinienem spróbować - dodał. - Skoro wzięli ciebie, to ja jako Marlon Brando ich powalę.
- Skarbie, nikt nie lubi twojego Brando. Grasz, jakbyś parodiował Adama Sandlera. Jako Sandler też wypadasz fatalnie. - Eve się uspokajała, ale wciąż uśmiechała się jak wariatka i Claire widziała, że w każdej chwili może znów zerwać się do szaleńczych skoków. Właściwie całkiem przyjemnie było na to patrzeć. Podekscytowana Eve to fascynujący widok. - O rany, muszę dowiedzieć się, kiedy są próby...
- Masz plan na drugiej stronie. - Claire wskazała kartkę. Daty i godziny prób były wypisane starannym pismem. - Rany, nie będziecie się lenić.
- Oczywiście, że nie - mruknęła Eve, wpatrując się w kartkę. - Przecież całe miasto będzie... cholera, muszę zadzwonić do szefa i zamienić się z kimś w pracy... - Eve zostawiła ich i zbiegła na dół.
- To naprawdę taka wielka sprawa? - zdziwiła się Claire.

Shane wzruszył ramionami.

- Trudno powiedzieć. Ale wszyscy idą na przedstawienie, nawet wampiry. Chociaż musicale nieszczególnie je kręcą.
- Musicale? Jakie musicale? Upiór w operze?
- Ostatnio widziałem Annie Get Your Gun. Gdyby wystawili Rocky’ego Horrora, to na pewno bym się wybrał, ale podejrzewam, że tak daleko się nie posuną.
- Nie lubisz musicali? Chyba że o transwestytach z piłami łańcuchowymi?
- Halo, jestem facetem, przypominam, na wypadek gdybyś zapomniała.

Claire uśmiechnęła się i oblała ją fala ciepła.

- Pamiętam, pamiętam - odparła tak obojętnie, jak potrafiła, czyli nie całkiem obojętnie. - Zmieniam temat, bo muszę iść do pracy. - Jedno spojrzenie za okno powiedziało jej, że wiosenne popołudnie było lodowato zimne, a mroźny teksaski wiatr ciskał liśćmi i tworzył minitrąby powietrzne. - Ty też powinieneś się zbierać.

Shane błyskawicznie przycisnął ją do ściany, zamykając w ramionach jak w klatce. A potem pochylił się i zaczął całować. Gdy dotknął ciepłymi wargami jej ust, Claire poczuła się tak, jakby ktoś w jej wnętrzu rozpalił ognisko.

Shane całował i... To był bardzo długi pocałunek. W końcu położyła mu dłoń na piersiach, bez słów prosząc o litość.

Shane przestał natychmiast.

- Przepraszam. Potrzebowałem czegoś, co pomoże mi przetrwać kolejnych osiem godzin w ekscytującym świecie gastronomii. - Shane pracował w Bryan’s Barbecue i jak na Morganville nie była to wcale najgorsza fucha. Dostawał tyle jedzenia, ile zdołał unieść, co oznaczało, że jego współlokatorzy mogli jadać darmową pieczoną szynkę i kiełbaski, ilekroć przytaszczył do domu torbę pełną żarcia. Wynagrodzenie też było przyzwoite, a przynajmniej Shane tak twierdził. W dodatku mógł trzymać w ręku rzeźnicki nóż i strasznie mu się to ponoć podobało. Kiedy szef nie patrzył, Shane wraz z kumplami urządzał sobie zawody w rzucaniu do celu na tyłach restauracji.
- Przynieś bekon - poprosiła Claire i pocałowała go w nos. - I sos. W tym tygodniu najadłam się już tylu hot dogów z chili, że wystarczy mi do końca życia.
- No no, to są najlepsze chili dogi w mieście!
- Ale to jest bardzo małe miasto.
- Potwór - odparł z uśmiechem, ale szybko spoważniał i dodał: - Uważaj na siebie.
- Będę uważać - obiecała.

Shane bawił się nożami, ale to ona miała naprawdę niebezpieczną robotę.

Pracowała z wampirami.

 

Claire była asystentką szalonego naukowca wampira. Ilekroć tak stawiała sprawę, sama z trudem rozumiała, co to znaczy, ale inaczej nie dało się tego opisać. Nie chciała zostawać pomocnikiem doktora Frankensteina, czytaj: Myrnina, ale przynajmniej miała stałą pracę. Poza tym bardzo dużo uczyła się od Myrnina, co znaczyło dla niej więcej niż pieniądze.

Za jego zgodą przez kilka miesięcy miała wolne. W tym czasie wampiry wzięły się w garść i naprawiały szkody - zniszczenia spowodowane przez tornado, które przetoczyło się przez miasto, oraz wampirzą wojnę, podczas której spłonęła większa część Morganville. Trzeba przyznać, że jak na skalę zniszczeń tempo odbudowy było imponujące. Claire nie bywała zatem przez jakiś czas w laboratorium, a tego dnia miało nastąpić „wielkie otwarcie”, jak ujął to w liście Myrnin. Claire była ciekawa, jak wygląda uroczyste otwarcie tajnego laboratorium ukrytego pod rozpadającą się ruderą. Podają tort?

Ulica, przy której stał Dom Dayów - różniący się od Domu Glassów, w którym Claire mieszkała, wyłącznie kolorem zasłon i gankiem (ganek Domu Dayów był ładniejszy) - wyglądała tak samo jak przed tornadem i zamieszkami. Biały wiktoriański Dom Dayów odróżniał się od tła, jakie stanowiła zacieniona aleja, która przypominała tunel.

Albo gardło. Błe. Claire natychmiast pożałowała, że o tym pomyślała.

Waląca się szopa na końcu alejki - rudera, w której dawno już nikt nie mieszkał - także się nie zmieniła. Tyle że w drzwiach zamontowano lśniący nowy zamek. Claire westchnęła. Myrnin oczywiście zapomniał dać jej klucz. Nie stanowiło to problemu. Claire sprawdziła kilka desek, znalazła jedną, która z łatwością dała się odsunąć, i wczołgała się do środka.

Były tam tylko schody, które wiodły stromo w dół jak na stacji metra. W dole widać było światło.

- Mam nadzieję, że będzie tort - powiedziała Claire, raczej do siebie niż do ewentualnego słuchacza, poprawiła plecak i zeszła do laboratorium.

Kiedy była tu ostatni raz, laboratorium było całkowicie zniszczone. Nie ostał się nawet jeden mebel czy szklane naczynie. Ktoś, prawdopodobnie Myrnin, uprzątnął potłuczone szkło i rozbite meble i załatwił samochód do ich wywiezienia, zeskrobał z podłóg i ścian chemikalia. Wyrzucił także - czego Claire nie mogła przeżyć - zniszczone książki. To miejsce zawsze wyglądało trochę jak z powieści Jules’a Verne’a, teraz jednak wyglądało tak zupełnie. Tornado „przysłużyło” się laboratorium; stoły i lady były nowe, niektóre marmurowe, inne drewniane, jeszcze inne metalowe. Elektryczne oświetlenie zastąpiło stare lampy oliwne, świeczki i żarówki jak za czasów Thomasa Edisona. Teraz pomieszczenie rozświetlały świetlówki dyskretnie ukryte za osłonami w kształcie wachlarzy. Połączenie nowoczesności z wystrojem w stylu retro.

Posadzka była ta sama, z płyt chodnikowych, ale zniknęła dziura, którą wybił w niej Myrnin. W każdym razie była przykryta dywanem. Claire miała nadzieję, że dziura została załatana, jednak Myrninowi nie należało ufać. Postanowiła najpierw ostrożnie sprawdzić, co jest pod dywanem, zanim stanie w tym miejscu całym ciężarem ciała.

Gdy Caire weszła, Myrnin układał właśnie różne rzeczy na półkach, które musiały mieć co najmniej trzy i pół metra wysokości. Stał na wąskiej drabinie na kółkach... Zaraz, zaraz... Claire rozejrzała się i odkryła, że drabina dzięki metalowej ramie mogła jeździć od regału do regału, po całym laboratorium. Niezłe.

- To ty - odezwał się jej szef i spojrzał na nią z góry przez małe kwadratowe szkiełka, które trzymały się na końcu jego długiego nosa. - Spóźniłaś się - dodał. Stał ponad dwa metry nad ziemią, na ostatnim stopniu drabiny, ale zeskoczył lekko, jakby był na najniższym szczeblu, i odruchowo poprawił sobie kamizelkę.

Powiało chłodem. Zimno emanowało z kręconych, gęstych czarnych włosów, które sięgały aż do ramion. Jego twarz o wyrazistych rysach była bardzo blada. Gdyby zechciał, mógłby zrobić karierę w filmie lub jako model. Wielkie ciemne oczy i pełne wargi przykuwały uwagę.

Myrnin prezentował się znacznie porządniej niż wówczas, gdy Claire widziała go ostatnio, chociaż ubrany był jak zwykle staroświecko - w czarny aksamitny płaszcz do kolan, białą koszulę i błękitną kamizelkę. Kieszonkowy zegarek na łańcuszku kontrastował z czarnymi spodniami, a buty...

Claire gapiła się szeroko otwartymi oczami na stopy Myrnina. Kapcie w kształcie króliczków?

- O co chodzi? - spytał. - Są wygodne. - Uniósł jedną stopę i poruszył uszami królika.
- Oczywiście - zgodziła się Claire. Ilekroć myślała, że Myrninowi nie grożą już zaburzenia psychiczne, wycinał jej taki numer. A może po prostu sobie z niej żartował. Lubił w ten sposób pogrywać. Teraz wpatrywał się w nią tymi czarnymi oczami, ciekaw, jak bardzo jest zszokowana.

Właściwie nie była zaskoczona.

- Ja też lubię takie kapcie. Dziwię się, że nie kupiłeś takich z siekaczami - odparła z kamiennym wyrazem twarzy.

rozglądając się po laboratorium. - Rany, ale to świetnie wygląda.

- Są kapcie z zębami? - spytał Myrnin z błyskiem w oku. - Wyśmienicie. - Na chwilę zapatrzył się w przestrzeń, po czym błyskawicznie wrócił do rzeczywistości. - Dziękuję. Niemało czasu zajęło mi uporządkowanie przyrządów i preparatów, ale teraz wszystko da się znaleźć w komputerze. Słyszałaś o Internecie? Jest zadziwiający.

Myrnin przez ostatnie sto lat z hakiem niespecjalnie śledził, jak zmieniał się otaczający go świat. Claire nie była jednak zdziwiona, że odkrył istnienie Internetu. Ciekawe, co będzie, kiedy natknie się na pierwszą stronę porno, pomyślała. To mogłoby oznaczać niesłychanie krępującą rozmowę.

- No pewnie, wszyscy korzystamy z Internetu - odparła. - Wezwałeś mnie.
- Tak, tak, oczywiście - mruknął, podchodząc do stołu, na którym leżały pudła i drewniane skrzynie. - Chciałbym cię prosić, żebyś to przejrzała i sprawdziła, co nada się jeszcze do użycia.
- Co tam jest?
- Nie mam pojęcia - odparł, sortując stertę pożółkłych kopert. - To wszystko moje rzeczy. Chyba. Mogły kiedyś należeć do niejakiego Klausa, ale to inna historia, teraz nie musisz się tym martwić. Przejrzyj to wszystko i sprawdź, czy jest tam coś, co nam się przyda. Jeśli nie, możesz wszystko wyrzucić.

Myrnin sprawiał wrażenie, że jest mu wszystko jedno, co Claire zrobi z jego rzeczami. Był w tym dziwnym nastroju. Claire nieomal wolała starego Myrnina, który miewał ataki szaleństwa powodowane przez chorobę, na którą cierpiało wiele wampirów, ale desperacko walczył o pozostanie przy zdrowych zmysłach. Teraz Myrnin był bardziej opanowany i mniej przewidywalny. Nie wybuchał gniewem ani nie uciekał się do przemocy, ale nigdy nie robił tego, czego się po nim spodziewała. Claire zawsze myślała, że Myrnin niechętnie pozbywa się rzeczy, nawet jeśli nie są mu już potrzebne, przechowuje je z sentymentu. Był bardziej uczuciowy niż większość wampirów i widać, że posiadanie tych właśnie rzeczy sprawia mu radość.

Skąd zatem nagła potrzeba zrobienia wiosennych porządków?

Claire cisnęła zniszczony plecak na krzesło i wyciągnęła nóż, by przeciąć sznury, którymi przewiązane było pierwsze pudło. Kichnęła, bo pudło było zakurzone. Dobrze, że sięgnęła po chusteczkę, by wydmuchać nos, bo spod papieru pakowego wylazł wielki czarny pająk.

Claire krzyknęła i odskoczyła. Myrnin znalazł się przy niej w ułamku sekundy i nachylił się nisko nad pająkiem.

- To tylko głodny pająk polujący na muchę - prychnął Myrnin. - Nic ci nie zrobi.
- Nie o to chodzi!
- Oj, cicho, to tylko inna żywa istota - odparł, nadstawiając dłoń. Pająk przez chwilę niepewnie poruszał odnóżami, po czym postawił je ostrożnie na bladych palcach wampira. - Nie ma się czego bać, trzeba tylko wiedzieć, jak się z nim obchodzić. - Wampir delikatnie dotknął pająka. Claire omal nie zemdlała. - Chyba nazwę go Bob. Bob Pająk.
- Oszalałeś.

Myrnin spojrzał na Claire i uśmiechnął się, pokazując dołeczki w policzkach. Powinno to wyglądać uroczo, ale jeśli chodziło o Myrnina, nic nie było takie proste. W tym uśmiechu kryły się mrok i arogancja.

- A ja myślałem, że już taki mój urok - odparł, po czym ostrożnie podniósł Boba. Claire nie interesowało, co Myrnin zamierza zrobić z pająkiem, o ile nie postanowił nosić go w charakterze kolczyka lub kapelusza.

Chociaż nie zdziwiłaby się, gdyby tak zrobił.

Bardzo, naprawdę bardzo ostrożnie uchyliła wieko pudła. Na szczęście nie objawili się żadni krewni Boba. W pudełku był bałagan i sporo czasu zajęło jej uporządkowanie przedmiotów wrzuconych bez ładu i składu. Między innymi w pudełku były stare kordonki, coś, co wyglądało jak bardzo stara koronka oblamowana złotą nicią i dwa słonie, prawdopodobnie z kości słoniowej.

Pod tymi skarbami leżały pojedyncze kartki, sztywne i pożółkłe, zapisane pięknym charakterem pisma, z pewnością nie Myrnina; Claire wielokrotnie widziała, jak wampir pisze, i zdecydowanie nie był to list napisany przez niego. Zaczęła czytać pierwszą stronę.

 

Drogi Przyjacielu.

Już od kilku lat mieszkam w Nowym Jorku i bardzo za Tobą tęsknię. Wiem, że w Pradze mocno się na mnie rozgniewałeś, i nie winię Cię za to. Postąpiłam z ojcem pochopnie i niemądrze, ale jestem przekonana, że nie pozostawił mi wyboru. Proszę Cię zatem, mój drogi Myrninie, żebyś zdobył się na wysiłek i przyjechał do mnie. Pamiętam, że nie przepadasz już za podróżami, jednak czuję, że jeśli spędzę tu kolejny rok w samotności, poddam się. Byłabym Ci ogromnie wdzięczna, gdybyś zechciał mnie odwiedzić.

 

U dołu listu widniał zdobny podpis: „Amelie”. Amelie jak Amelie, Założycielka Morganville i prawdziwa szefowa, a właściwie właścicielka Claire, jakkolwiek przykro było o tym myśleć.

Zanim Claire zdążyła zadać pytanie, białe, zimne palce Myrnina sięgnęły jej przez ramię i zgrabnie wyjęły jej list z dłoni.

- Powiedziałem sprawdź, czy te rzeczy jeszcze się do czegoś nadają, a nie oddaj się lekturze mojej prywatnej korespondencji - powiedział.
- Dlatego pojechałeś do Ameryki? Bo Amelie cię o to poprosiła?

Myrnin zerknął na kartkę, po czym zwinął ją w kulkę i cisnął do dużego plastikowego kosza stojącego pod ścianą.

- Nie - odparł. Nie przyjechałem, kiedy mnie prosiła, tylko wtedy, kiedy musiałem.
- Czyli kiedy? - Claire nie zadała sobie trudu, by zauważyć, że nie da się stwierdzić, czy coś należy zostawić, jeśli się tego nie przeczyta. Ani że skoro Myrnin trzymał ten list tyle czasu, to może powinien się chwilę zastanowić nad wyrzuceniem go do śmieci.

Po prostu sięgnęła po kolejną kartkę.

- Przyjechałem prawie pięć lat po tym liście - wyjaśnił Myrnin. - Czyli, innymi słowy, za późno.
- Za późno na co?
- Czy ty zabierzesz się w końcu do pracy, czy zamierzasz dręczyć mnie osobistymi pytaniami?
- Właśnie robię porządek w twoich rzeczach - zauważyła Claire. Myrnin był poirytowany, ale Claire przestała się już tym przejmować. Nie brała tego do siebie. - Chyba mam prawo pytać, prawda?
- Czemu? Bo ze mną wytrzymujesz? - Machnął ręką, zanim zdążyła odpowiedzieć. - Dobrze, dobrze. Amelie była wtedy w kiepskiej formie. Straciła wszystko, co miała, a trudno przychodzi nam zaczynać wciąż od nowa. Wieczna młodość nie chroni przed zmęczeniem bezustanną walką... Kiedy napisała do mnie raz jeszcze, zdążyła już nieźle nabroić.
- Co takiego?

Myrnin powiódł ręką wokół.

- Rozejrzyj się.

Claire posłuchała.

- Zbudowała laboratorium?
- Kupiła ziemię i zaczęła budować Morganville. To miało być schronienie dla naszych, miejsce, gdzie mogliby normalnie żyć. - Westchnął. - Amelie jest bardzo uparta. Kiedy w końcu przyjechałem, żeby uświadomić jej, jakie to głupie rozwiązanie, ona zdążyła się już mocno przywiązać do tego pomysłu. Mogłem tylko powstrzymać ją przed zrealizowaniem najbardziej niebezpiecznych projektów, bo w przeciwnym razie wszyscy byśmy zginęli.

Claire, wsłuchana w głos Myrnina, zdążyła zapomnieć o pudle, a nawet o pająku Bobie, ale ledwo wampir przestał mówić, przypomniała sobie o tym, co ma do zrobienia. Z pudła wyciągnęła lusterko ze złotą rączką. Niewątpliwie należało do jakiejś dziewczyny. Szkło było rozbite, zostało tylko kilka posrebrzanych fragmentów.

- Do śmieci? - spytała.

Myrnin wyjął Claire lusterko z ręki i odłożył.

- Na pewno nie. Należało do mojej matki.
- Miałeś... - Claire zamrugała, ale wymowne spojrzenie Myrnina mówiło wyraźnie, żeby nawet nie próbowała dokończyć tego zdania. - Okej, nie pytam. Ale jaka była twoja matka?
- Zła - odparł Myrnin. - Trzymam je, żeby odpędzić jej ducha.

To... wydawało się równie niepojęte, jak wszystko, co Myrnin mówił, więc Claire nie drążyła tematu. Zaczęła przeglądać resztę rzeczy w pudle - głównie papiery, ale trafiło się też kilka interesujących przedmiotów

- Szukasz czegoś konkretnego czy tak po prostu przeglądasz?
- Tak przeglądam - odparł, ale poznała po tonie, że kłamie. Pytanie tylko, czy kłamał z jakiegoś powodu, czy dla zabawy. W wypadku Myrnina wszystko było możliwe.

Palce Claire zacisnęły się na delikatnym złotym łańcuszku. Wyciągnęła łańcuszek spod papieru i podniosła do światła. Był to medalion z portretem młodej dziewczyny w wiktoriańskim stroju i fryzurze z tamtej epoki. Wokół zdjęcia, pod szybką, leżał kosmyk włosów zapleciony w cieniutki warkoczyk.

Claire potarła kciukiem stare szkiełko, unosząc brwi. Nagle rozpoznała twarz dziewczyny.

- To Ada!

Myrnin wyrwał jej naszyjnik, przez chwilę wpatrywał się w portret, po czym przymknął oczy.

- A myślałem, że go zgubiłem. A może, że nigdy go nie miałem... W każdym razie się znalazł.

I w tej samej chwili po drugiej stronie pokoju objawiła się sama Ada. Już od dawna nie żyła, ale funkcjonowała jako dwuwymiarowa projekcja z dziwacznego komputera, który mieścił się pod laboratorium Myrnina. Tamten komputer w rzeczywistości był Adą, miał wbudowane nawet części jej ciała. Hologram Ady wciąż nosił wiktoriańskie spódnice i bluzki pod szyję, a włosy dziewczyny zaplecione były w misterny kok, z którego wysunęły się dwa długie pukle okalające twarz. Coś tu nie wyglądało naturalnie - Ada przypominała bardziej komputerową animację niż żywą osobę.

- To moje zdjęcie - powiedziała mechanicznym głosem. Brzmiał tak, ponieważ dochodził z głośników, które były najbliżej, i tym razem częścią sieci stał się też telefon Claire. Gdy uświadomiła to sobie, przeszedł ją dreszcz i wyłączyła komórkę.

Ada posłała jej ponure spojrzenie. Jej duch przenikał przez wszystkie meble i przedmioty w laboratorium - stoły, krzesła, lampy, menzurki.

- Owszem - odparł Myrnin tak spokojnie, jakby codziennie rozmawiał z elektronicznymi duchami. Zresztą tak właśnie było. - Myślałem, że je zgubiłem. Chcesz zobaczyć?

Ada zatrzymała się, a jej hologram zawisł w powietrzu w otwartych drzwiach, nie rzucając cienia.

- Nie - odparła. Jej głos niewzmocniony przez głośnik w telefonie Claire był chrapliwy i słaby. - Nie ma takiej potrzeby. Pamiętam dzień, w którym ci je dałam.
- Ja również - powiedział cicho Myrnin. Claire nie potrafiła stwierdzić, czy wspominają miłe wydarzenia, czy wręcz przeciwnie.
- Dlaczego go szukałeś?
- Nie szukałem. - Claire była pewna, że Myrnin znowu skłamał. - Prosiłem cię, żebyś przestała tu przychodzić, gdy cię nie wzywam. A gdybym miał innych gości?

Delikatna twarz Ady, zawieszona między życiem a śmiercią, wykrzywiła się pogardliwie.

- Gości? Ty?
- Słuszna uwaga. - Chłodny ton Myrnina stał się jeszcze twardszy i nieprzyjemny. - Nie chcę, żebyś się tu zjawiała niewołana. Rozumiemy się, czy mam zejść na dół i cię przeprogramować? Nie spodobałoby ci się to.

Ada wbiła w niego wściekły wzrok pełny zarazem iskier elektrycznych i lodu, po czym odwróciła się, błyskawicznie przeszła przez ścianę i wyparowała.

Myrnin wypuścił powietrze.

- Co to było, do cholery? - spytała Claire. Ada przyprawiała ją o dreszcze, a poza tym, cóż, naprawdę jej nie znosiła. Claire w pewnym sensie rywalizowała z nią o względy Myrnina. A Ada...

Ada czuła do Myrnina coś w rodzaju miłości.

Myrnin popatrzył na medalion z portretem Ady w dłoni. Przez chwilę nic nie mówił. Claire była przekonana, że nie odpowie.

- Naprawdę mi na niej zależało - odezwał się nagle, nie podnosząc wzroku. Claire pomyślała, że mówi to bardziej do siebie niż do niej. - Ada chciała, żebym ją przemienił w wampirzycę. Była ze mną prawie sto lat, zanim...

Zanim pewnego dnia Myrnin nie dostał ataku szału. Gdy się uspokoił, Ada już od dawna nie żyła. Myrnin ostrzegł Claire już pierwszego dnia, że jest niebezpieczny i że miał już niejedną asystentkę.

Ada była pierwszą, którą sam zabił.

- To nie twoja wina. - Claire usłyszała własny głos. - Jesteś chory.

Myrnin nieznacznie wzruszył ramionami.

- To tylko wyjaśnienie, nie usprawiedliwienie - odparł, patrząc na Claire, która trochę się zdziwiła, bo nagle dostrzegła w nim ludzkie cechy.

To wrażenie błyskawicznie zniknęło. Myrnin wyprostował się, wrzucił medalion do kieszeni kamizelki i wskazał na stół.

- Pracuj dalej - polecił. - Może znajdziesz coś bardziej użytecznego niż jakieś sentymentalne bzdety.

Auć. Claire nie przepadała za Adą, ale tak brutalna uwaga zabolała. Miała nadzieję, że komputer - komputer, w którym w jakiś sposób jeszcze funkcjonował umysł Ady - nie słyszał tych słów.

Marna szansa.

Popołudnie mijało powoli, Claire segregowała kartki, rzucając na nie pobieżnie okiem, nie tracąc czasu na czytanie. Były to głównie listy - historia przyjaźni Myrnina z różnymi ludźmi, którzy już nie żyli, i z wampirami. Sporo korespondencji nagromadziło się przez lata znajomości z Amelie. Było to oczywiście interesujące z historycznego punktu widzenia, ale niestety historyczny punkt widzenia nieodmiennie oznacza śmiertelną nudę.

Dopiero na dnie drugiego pudła Claire znalazła przedmiot, którego nie potrafiła zidentyfikować. Podniosła go - miał dziwny kształt i wyglądał trochę jak... rzeźba? - i położyła na dłoni. Był lekko zardzewiały, ale z pewnością nie żelazny. Pokrywały go liczne symbole, w których Claire rozpoznała znaki alchemików.

- Co to? - spytała.

Zanim zdążyła sformułować pytanie, przedmiot już zniknął z jej ręki. Myrnin, który prawie przyfrunął z drugiego końca pomieszczenia, obracał go w palcach, badając każde załamanie i obmacując wyrzeźbione wzory.

- O tak - szepnął. - Tak! - powtórzył głośniej. Przez chwilę podskakiwał w miejscu jak Eve, gdy otrzymała propozycje zagrania roli Blanche DuBois, po czym pomachał Claire przed oczami. - Widzisz to?
- No, widzę. Co to takiego?

Myrnin otworzył usta. Przez krótką chwilę myślała, że odpowie, ale w oczach wampira zamigotał dziwny błysk i zacisnął dłoń na ostrych krawędziach przedmiotu.

- Nic takiego - wymruczał. - Wracaj do pracy. Ja... pójdę tam. - Przeniósł się do kącika laboratorium, w którym zorganizował sobie czytelnię i ustawił wielki skórzany fotel i lampę o przydymionym kloszu.

Ostrożnie odwrócił fotel, by usiąść tyłem do Claire, oparł stopy w króliczych kapciach na podnóżku i zaczął oglądać znalezisko.

- Maniak - westchnęła Claire.
- Słyszałem, co powiedziałaś!
- To dobrze. - Claire przecięła sznury na przedostatnim pudle.

A pudło wybuchło jej w rękach.

 

Rozdział 2

 

Gdy Claire otworzyła oczy, pochylały się nad nią trzy osoby - Myrnin, który wydawał się zmartwiony, i jej współlokator, Michael Glass, który trzymał ją za rękę, co było bardzo miłe, bo Michael miał przepiękne dłonie; trzecią osobę Claire rozpoznała dopiero po chwili.

- Ojej - wymamrotała - dzień dobry, doktorze Theo.
- Witaj, Claire - odparł Theo Goldman, przykładając palec do warg. Starszy pan miał niezwykle życzliwy wyraz twarzy, choć widać po nim było, że pozostało mu niewiele sił. W uszach miał stary czarny stetoskop, którym osłuchiwał serce Claire. - O, znakomicie. Wciąż bije. Jestem pewny, że ucieszy cię ta informacja.
- Super. - Claire próbowała wstać, co okazało się jednak złym pomysłem. Michael podtrzymał ją, gdy straciła równowagę. Ból głowy o sile huraganu uderzył dopiero chwilę później. - Auć?
- Upadłaś i się uderzyłaś - wyjaśnił Theo. - Nie sądzę, żebyś doznała poważnych urazów, ale powinnaś skonsultować się z lekarzem i zrobić badania. Boję się, czy czegoś nie przeoczyłem.
- Może pójdę do doktora Millsa. Tak na wszelki wypadek. Ale chwileczkę, dlaczego właściwie upadłam?

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

- Nie pamiętasz? - spytał Michael.
- To źle? Mam uszkodzony mózg?
- Nie - uspokoił ją Theo. - To normalne, że po takim wydarzeniu dochodzi do zaburzeń pamięci.
- Jakim wydarzeniu? - Znów zapadła dziwna cisza, a poczucie zagrożenia mierzone prywatną skalą Claire właśnie wskoczyło z poziomu żółtego na poziom pomarańczowy. - Może ktoś mi wreszcie powie?
- To była bomba - wyjaśnił Myrnin.

Claire zamrugała niepewna, czy dobrze zrozumiała.

- Bomba, tak? Czy ty wiesz, co to takiego? - Claire wskazała na siebie, po czym powiodła palcem wokół, spoglądając na nietknięte szklane urządzenia. - Bomba to takie coś, co robi wielkie buuum.
- To była bomba świetlna - odparł Myrnin. - Dotknij twarzy.

Kiedy to powiedział, Claire uświadomiła sobie, że rzeczywiście trochę paliły ją policzki. Dotknęła ich. Były bardzo gorące.

- Co mi się stało? - Nie umiała ukryć strachu.

Theo i Michael zaczęli mówić jednocześnie. Michael zagłuszył doktora.

- To jak oparzenie słoneczne - wyjaśnił. - Masz zaróżowioną skórę i tyle.

Michael nie bardzo potrafił kłamać.

- Super. Jestem czerwona jak wiśnia.
- Nic podobnego - powiedział radośnie Myrnin. - Z całą pewnością nie jesteś czerwona jak wiśnia. Ani nawet jak jabłko. Jednak trochę czasu minie, zanim ci to zejdzie.

Claire usiłowała skupić się na ważniejszym aspekcie tego, co się stało, o ile jej nie okłamywali.

- Bomba świetlna?

Myrnin błyskawicznie spoważniał.

- Wybuch bomby świetlnej nie jest groźny, człowiek doznaje lekkich oparzeń. Dla mnie czy innego wampira otworzenie tamtego pudełka mogło skończyć się znacznie gorzej.
- Kto ci przysłał bombę?

Wzruszył ramionami.

- To było tak dawno. Może Klaus. Może sam ją sobie wysłałem. Jak wiesz, nie zawsze działam racjonalnie. Na twoim miejscu nie otwierałbym ostatniego pudła.

Claire popatrzyła na niego bez słów, po czym chwyciła Michaela za rękę i znów próbowała wstać. Gdy przyjęła postawę wyprostowaną, zakręciło się jej w głowie. Czuła się, jak gdyby rzeczywiście spaliła się na słońcu i przy okazji bardzo pobrudziła.

- Wspaniale. A zatem sam sobie podłożyłeś pułapki we własnych rzeczach. Tylko po co?
- Znakomite pytanie. - Myrnin wyjął z pechowego pudła kawałek poskręcanego metalu i kable. Wyglądało to jak wynalazek szalonego naukowca z epoki królowej Wiktorii. Odłożył wszystko ostrożnie na bok. - Pewnie chciałem ochronić resztę zawartości.

Stał bez ruchu, wpatrzony w pudło.

- I co? - spytała w końcu Claire, przewracając oczami. - Halo? Myrnin, co jest w pudle?

Nie odpowiedział, tylko przewrócił pudło na bok i popchnął je w kierunku Claire. Uniosła się chmura kurzu, a gdy opadła, Claire zobaczyła, że w pudle niczego nie było.

Zupełnie nic.

- Wracam do domu - westchnęła. - Ta praca jest beznadziejna.

 

Michael podwiózł ją do Domu Glassów - bo właśnie to miejsce nazywała domem, chociaż teoretycznie tam nie mieszkała. W domu rodziców wciąż miała swój pokój i swoje rzeczy. No, część rzeczy. Niewielką. Zgodnie z umową spała tam prawie każdej nocy. Przynajmniej przez kilka godzin.

Stanowiło to część wielkiego planu rodziców Claire, żeby nie tyle trzymać córkę z daleka od Shane’a - to byłoby zbyt wiele powiedziane - ale żeby Shane nie trzymał się zbyt blisko niej. Nie chcieli, żeby ich córeczka wpadła w sidła wielkiego złego mężczyzny, chociaż Shane wcale nie był wielkim złym mężczyzną, a w dodatku kochał Claire.

Kochał ją. Ilekroć Claire o tym pomyślała, czuła rozkoszne dreszcze.

- Rodzice - powiedziała głośno, ściągając na siebie wzrok Michaela.
- Rodzice?
- Oszaleją - wyjaśniła Claire. - Shane jest w domu?
- Jeszcze nie. Podrzuciłem Eve na pierwszą próbę. - Michael uśmiechnął się nieznacznie. - Cieszyła się, kiedy dostała list?
- Zdefiniuj „cieszyć się”. Pytasz, czy wyglądała jak bohaterka kreskówki na dragach? Owszem. Nie wiedziałam, że marzy o aktorstwie.
- Kocha to. Bez przerwy odgrywa jakieś sceny z filmów i seriali. Jeszcze w liceum organizowała przedstawienia, rozdawała nam role, które rozpisywała na małych karteczkach. Nauczyciele nie mieli pojęcia, co jest grane. To było szalone, ale i zabawne. - Michael zahamował. Claire nie widziała, co się dzieje za przyciemnionymi szybami, ale uznała, że pewnie zapaliło się czerwone światło. Całe szczęście, że Michael widział znakomicie jak każdy wampir, bo w przeciwnym razie pewnie musieliby już podawać komuś numer ubezpieczenia. - Dla niej to wielka sprawa.
- Słyszałam, że wykupiono już wszystkie bilety - powiedziała Claire z satysfakcją. - To naprawdę jest wielka sprawa. Musisz sobie z tym poradzić.

Na twarzy Michaela pojawiła się dziwna mieszanina dumy, zdenerwowania i strachu. Pokręcił głową.

- Masz czasem wrażenie, że tracisz kontrolę nad swoim życiem?
- Moim szefem jest wampir, właśnie wróciłam do pracy, wystraszyłam się jakiegoś gigantycznego pająka i padłam ofiarą bomby świetlnej. Wszystko to wydarzyło się w jeden dzień, nie na przykład tydzień.
- Jasne. Rozumiem. - Michael skręcił kierownicę i znowu zahamował. - Jesteś w domu, Wisienko.
- Nawet nie próbuj mnie tak nazywać.

Niestety, gdy weszła na górę i przejrzała się w lustrze, musiała przyznać, że nie tylko Michael zacznie ją nazywać Wisienką, albo i gorzej. Jej twarz naprawdę była różowa i świecąca, jakby ktoś podtopił ją w różu, po czym owinął folią. Błe. Kiedy dotknęła twarzy, zostawiła na skórze efektowne białe ślady, które stopniowo znów poróżowiały.

- Zabiję go - wymamrotała, po czym zamknęła z trzaskiem drzwi od łazienki, zasunęła zamek i odkręciła prysznic, wpatrując się w amarantowe odbicie. - Zamknę go w solarium. Wywiozę na pustynię kabrioletem ze złożonym dachem. Myrnin, już jesteś grzanką. Przypaloną grzanką.

Kiedy się rozebrała, było jeszcze gorzej, bo różowa twarz drastycznie kontrastowała z jej bladym ciałem. Claire wcześniej tego nie zauważyła, ale oparzyła sobie także wierzch dłoni i ramiona - miejsca, które były narażone na działanie światła.

Promieniowanie UV. Jeszcze nic jej nie bolało, ale wiedziała, że zacznie, i to wkrótce. Wzięła szybki prysznic, bo woda drażniła jej oparzone ciało, po czym bezskutecznie przeszukała szafę, usiłując znaleźć coś, co pasowałoby do jej nowej różowej karnacji.

Och, nic nie mogłoby sprawić Monice większej radości...

Wreszcie włożyła stanik i majtki, po czym padła na łóżko i wbiła wzrok w sufit. Wiedziała, że powinna wysuszyć włosy, ale miała zbyt kiepski humor, by się tym przejmować. Schludna fryzura nie mogła jej pomóc, a rozczochrane włosy przynajmniej oddawały jej nastrój.

Po niemal kwadransie ponurych rozmyślań - górna granica możliwości Claire - sięgnęła po słuchawki i włączyła ostatni wykład Myrnina o teorii strun. Przynajmniej zakładała, że będzie o teorii strun, chociaż Myrnin zwykł mieszać naukę z mitologią, alchemią, magią i nie wiadomo czym jeszcze. Niektóre fragmenty miały więcej sensu niż cokolwiek, co Claire słyszała od etatowych profesorów, inne z kolei były stekiem bzdur.

Sztuka polegała na tym, żeby rozpoznać, które są które.

Claire nawet nie zauważyła, że ktoś jest w pokoju, dopóki łóżko się nie ugięło z jednej strony. Otworzyła oczy. W sypialni panowały niemal całkowite ciemności - kiedy to się stało? Instynktownie sięgnęła po kołdrę, po czym przypomniała sobie, że leżała na niej i to w dodatku prawie naga. Jej panika osiągnęła rozmiary kosmiczne. Zerwała z głowy słuchawki, po czym ześlizgnęła się z łóżka, by uciec od tego kogoś po drugiej stronie.

Nagle błysnęło światło lampki nocnej i ukazała się Eve w całej gotyckiej okazałości. Wciąż wystrojona była w fiolety, ale tym razem w wersji codziennej - rajstopy, czarne workowate szorty, fioletowa koszulka z napisami z gotyckich liter.

Eve przekrzywiła głowę, wbijając wzrok w Claire.

- No, szacunek, mała. Nieźle się przypaliłaś. Nie widziałam takich oparzeń, odkąd moja kuzynka zasnęła na leżaku w ogrodzie czwartego lipca o dziewiątej rano i obudzili ją dopiero o czwartej po południu.

Claire wciąż usiłowała opanować szalone bicie serca. Wstrzymała oddech i sięgnęła po szlafrok wiszący na krześle. Gdy narzucała go w pośpiechu, materiał musnął jej dłonie i ramiona. Krzyknęła znów, tym razem z bólu. Miała wrażenie, że jej twarz płonie.

- To nie poparzenie słoneczne - wyjaśniła. - Tylko jakaś UV bomba. Ktoś podłożył ją Myrninowi.
- Czyli musimy ci zdobyć jakieś mazidło na poparzenia. Najlepiej kontener. Dopiszę do listy zakupów.
- Przyszłaś popatrzeć, jak wyglądam? - spytała Claire, przewiązując się paskiem.
- No, widoki faktycznie niezłe, ale nie. Przyszłam ci powiedzieć, że kolacja gotowa, ale ciebie chyba pochłonęły jakieś gorące rytmy.

Claire rozważała, czy powiedzieć Eve, że słuchała wykładów, ale uznała, że to mogłoby być za trudne do przyswojenia dla jej przyjaciółki.

- Przepraszam - powiedziała.
- Ej, nie odważyłabym się tu wejść, ale Shane jest na dole i nakrywa do stołu. A gdybym przysłała tu jego, to wszystko by pewnie wystygło, prawda? - Eve puściła oczko.

O rany, Shane. Shane miał ją zobaczyć w tym stanie, wyglądającą jak uchodźca z planety Magenta.

- Wiesz, nie czuję się zbyt dobrze - skłamała, chociaż na samą myśl o jedzeniu poczuła ssanie w żołądku. - Raczej odpuszczę sobie kolację. Może mogłabyś mi coś przynieść...
- Będzie tylko coraz gorzej - przerwała jej Eve okrutnie pogodnym tonem. - O tak. Dużo gorzej. Najpierw czerwona twarz, potem pęcherze, potem obłażąca skóra. Uwierz mi, jeżeli nie zamierzasz spędzić w ukryciu najbliższego tygodnia, to po prostu od razu zejdź na dół. Jemy tacos.
- Tacos? - westchnęła tęsknie Claire.
- Zrobiłam nawet ten wymyślny ryżyk, który tak lubisz. No, zagotowałam wodę i wrzuciłam do niej to coś w proszku. Ale to też się nazywa gotowanie, prawda?
- Prawie. - Claire westchnęła. Lustro na drugim końcu pokoju odbijało jakąś osobę ubraną w jej ciuchy, ale Claire nie chciała uwierzyć, że to ona. - W porządku, zaraz schodzę.
- Pośpiesz się. - Eve przesłała Claire całusa i w podskokach wyszła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

Claire wciąż nie mogła się zdecydować, czy w różowej bluzce wyglądała minimalnie lepiej, czy minimalnie gorzej. Nagle poczuła lodowaty powiew, który przeniknął ją jak fala. To nie był przeciąg ani nic w tym rodzaju. Płynął od wewnątrz. Jak ostrzeżenie od pogrążonego w półśnie domu.

Coś było nie tak. W Domu Glassów.

Claire chwyciła niezbędny zestaw obronny - zawierający wszelkie możliwe rodzaje broni, od gazu pieprzowego po posrebrzane kołki - i wybiegła na korytarz. Błyskawicznie zbiegła na dół po schodach i zobaczyła, że w salonie wszyscy, łącznie z Michaelem, spokojnie siadają do kolacji.

- Co się stało? - spytała Eve. Michael zerwał się na nogi, czytając w twarzy Claire. Może zresztą sam coś poczuł.
- Co ci jest, do cholery? - wrzasnął Shane.

W normalnych okolicznościach poczułaby się bardzo źle po takim pytaniu, ale w tej chwili nie zamierzała się przejmować podobnymi sprawami.

- Coś jest nie tak - wyjaśniła. - Nikt z was nie poczuł?
- Ale czego? - spytał Michael, a pozostali wymienili spojrzenia.
- Zimna. Takiej... fali zimna? - Jej słowa nie wywołały żadnej reakcji. - Czyli nie poczuliście. Ale jak to możliwe? Michael, a ty? - To był dom Michaela, a ona, teoretycznie rzecz biorąc, nawet już tu nie mieszkała. No właśnie. Dom nie powinien był zaalarmować jej, tylko Michaela.
- Nie jestem pewien - odparł. - Wciąż to czujesz?
- Tak. - Claire przeszywały lodowate dreszcze. Dziwiła się, że jej oddech nie zmienia się w parę. - Robi się coraz gorzej - zdołała powiedzieć.

Shane przestał zwracać uwagę na jej wygląd, podszedł i wziął ją za ręce. Skrzywiła się, gdy dotknął wrażliwej skóry, ale z wdzięcznością przyjęła ciepły uścisk.

- Ty naprawdę zmarzłaś - stwierdził, sięgnął po koc z kanapy i okrył nim Claire. - Może to przez to poparzenie.
- Nie, t-to nie p-pop-parzenie - wyjąkała, szczękając zębami, a Shane zaprowadził ją do stołu i posadził na krześle. - To dom! To musi być dom!
- Nie sądzę - odparł Michael. - Przecież wiedziałbym o tym. Nie ma takiej możliwości. To jest coś innego.

Claire pokręciła głową, otulając się ciaśniej kocem. Jej twarz płonęła, a ona trzęsła się z zimna.

- Postaraj się coś zjeść - zasugerowała Eve, kładąc jej na talerz tacos. - Może napijesz się czegoś ciepłego?

Claire kiwnęła potakująco głową. Drżała jak w febrze, miała wrażenie, że zimno przenika do kości. Nie wiedziała, co się stanie, gdy jej szpik zamarznie, ale nie spodziewała się niczego dobrego. Zupełnie.

Podtrzymując koc prawą ręką, lewą sięgnęła po tacos, w nadziei, że z powodu dreszczy nie zrzuci jedzenia z talerza.

Nie wzięła tacos, bo Shane nagle chwycił ją za ramię.

- Patrz! - powiedział, zanim zdążyła zaprotestować. - Spójrz na bransoletkę.

Miał na myśli bransoletkę od Amelie, którą Claire nosiła na lewym nadgarstku, i której nie mogła zdjąć. Ta bransoletka miała informować wszystkich, dla kogo Claire pracuje (Claire nie mogła o tym zapomnieć ani na sekundę).

Niegdyś była złota, ale teraz świeciła na biało, a w środku wydawała się przezroczysta.

Jakby była z lodu.

Bransoletka dymiła - była tak zimna, że unosiła się wokół niej para.

- Musimy ją zdjąć. - Shane obracał bransoletkę w poszukiwaniu zapięcia. Claire usiłowała mu wytłumaczyć, że bransoletka nie ma żadnego zapięcia, ale nie słuchał. - Michael, ona jest zimna, naprawdę zimna. Coś tu nie gra, stary.

Wszyscy podeszli do Claire. Michael dotknął bransoletki, zrobił krok do tyłu, po czym skrzyżował spojrzenia z Shane’em.

- Tej bransoletki nie można zdjąć - potwierdził słowa Claire.
- Nic mnie nie obchodzi, czy wolno, czy nie wolno! - warknął Shane. - Pomóż mi!
- Nie da się nic zrobić. To bransoletka Założycielki. - Michael odciągał Shane’a, który próbował siłą zsunąć bransoletkę z ręki Claire. - Możemy tylko znaleźć Amelie. Ona może zdjąć bransoletkę.
- Amelie - powtórzyła Claire, usiłując zapanować nad głosem na tyle, by wypowiedzieć chociaż kilka słów. Cały świat zamieniał się w lód, mroźny i toksyczny. - C-coś jest n-nie tak-k z Amelie...

Shane wbił wzrok w Michaela.

- Zostaw ją - zażądał Shane, a kiedy Michaeł usłuchał, nie złagodził spojrzenia. - Chyba powinieneś wiedzieć, co jest nie tak z Amelie, skoro jesteś jej wampirzym synkiem, czy czymś w tym rodzaju.
- To tak nie działa - Michael mówił spokojnie, chociaż w jego błękitnych oczach czaił się gniew. - Nie jestem jej potomkiem.
- Ale że demonem, to nie zaprzeczasz? Nazwij to, jak chcesz. To ona zrobiła z ciebie wampira. Nie czujesz, kiedy ma kłopoty?
- Chyba mylisz wampiry ze Spidermanem - wycedził Michael, ale wyraźnie nie zamierzał dyskutować. Wyciągnął telefon. Nacisnął przycisk szybkiego wybierania. - Oliver, czy jest z tobą Amelie? Nie? A gdzie można ją znaleźć?

Wysłuchał odpowiedzi i, nic nie mówiąc, z trzaskiem zamknął klapkę telefonu. Znów zmierzył Shane’a wzrokiem.

- Jedziemy.
- Z-z-zaczekaj - wyjąkała Claire, chwytając Shane’a za rękę. - D-dokąd?
- Też jestem ciekawa. Dokąd jedziecie? Bo ja jadę z wami. - Eve zerwała się i chwyciła swoją skórzaną torebkę z emblematem czaszki.
- Nie, nie jedziesz. Ktoś musi zostać z Claire.
- W takim razie ona też jedzie. Koniec z zostawianiem kobiet po drodze, Mikey, XIX wiek już się skończył - odparła Eve, a Claire pokiwała głową. W każdym razie usiłowała, trudno było to stwierdzić, bo za bardzo się trzęsła. - No dobra. Wstawaj, mała.

 

Rozdział 3

 

Jazda samochodem Michaela była koszmarem. Eve przyniosła kilka koców, pod którymi Claire omal się nie udusiła, ale wciąż trzęsła się z zimna, miała coraz silniejsze dreszcze, jakby zepsuł jej się wewnętrzny termostat.

Zaczynała wyglądać... jak trup.

Nawet gdyby starała się zorientować, dokąd jadą, nie udałoby się jej. Samochód Michaela, jak wszystkie auta wampirów, miał całkowicie przyciemnione szyby. Człowiek mógł przez nie dostrzec tylko niewyraźne przebłyski, więc Claire nawet nie próbowała wyglądać na ulicę, skupiła się na walce o kolejny oddech.

- Michael - odezwała się Eve. - Może byśmy się pospieszyli?
- Już i tak przekraczam dozwoloną prędkość.
- Jedź szybciej.

Michael przyspieszył, siła odśrodkowa wcisnęła Claire w fotel. Shane trzymał ją w ramionach, ale niczego nie czuła. Przestała się już trząść, co było dobre, ale ogarnęło ją potworne zmęczenie. Z trudem zachowywała przytomność. Dreszcze przynajmniej powodowały, że nie traciła kontaktu z rzeczywistością. Teraz odpływała. Wszystko wydawało się coraz bardziej odległe.

- Hej! - Nagle poczuła falę gorąca. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła twarz Shane’a przy swojej twarzy. Był bardzo wystraszony i dotykał jej policzków, desperacko usiłując je ogrzać. - Claire! Nie zamykaj oczu! Zostań ze mną, dobra?
- Dobra - szepnęła. - Jestem zmęczona.
- Widzę. Ale nie wolno ci mdleć, zrozumiano? Nawet o tym nie myśl. - Głaskał ją po policzkach i włosach. Ręce trzęsły mu się tak jak wcześniej jej. - Claire?
- Jestem.
- Kocham cię. - Powiedział to niemal szeptem, jak gdyby zdradzał sekret tylko jej, a Claire przeniknęło ciepło, które ją ogrzało. - Słyszysz mnie?

Zdołała przytaknąć i myślała, że się uśmiecha.

Michael zahamował łagodnie, po czym wysiadł, zanim Claire zdążyła zauważyć, że dojechali na miejsce.

Shane otworzył tylne drzwi i wziął Claire na ręce. Zawinięta w koce przypominała stertę prania.

Światło księżyca oblało niebieskobiałym blaskiem trawy, drzewa i nagrobki.

Znaleźli się na miejskim cmentarzu - Restland.

- Cholera - szepnął Shane. - Gdybym miał wybierać miejsce na spędzanie wieczoru, to chyba bym się na cmentarz nie zdecydował. Claire, jesteś jeszcze z nami?
- Tak - odparła. Czuła się odrobinę lepiej. Nie wiedziała dlaczego, ale o ile nie było z nią jeszcze dobrze, o tyle nigdzie się już nie wybierała.

Przed sobą widziała Michaela i Eve przedzierających się przez labirynt płyt nagrobnych, krzyży i marmurowych posągów. Wielki biały grobowiec na wzgórzu górował nad cmentarzem, ale oni kierowali się w prawą stronę.

Claire pomyślała, że wie, dokąd zmierzają.

- Sam - szepnęła. Shane odetchnął głęboko i poszedł za Michaelem i Eve.

Minęło już kilka miesięcy od śmierci Sama Glassa, dziadka Michaela... Sam oddał za nich życie. A naprawdę poświęcił się dla Amelie. O ile Claire wiedziała, był pierwszym wampirem, którego pochowano na tym cmentarzu - odbyła się uroczystość żałobna, w której wzięli udział i wampiry, i ludzie. Chyba żadnego innego wampira w historii Morganville ludzie nie darzyli szczerą sympatią.

Sam zaznał miłości - kochała go Amelie. Amelie i Sam mieli przelotny - jak na standardy wampirów - romans. On urodził się w Morganville i umarł, nie skończywszy jeszcze stu lat. Claire wiedziała, że Amelie i Sama łączyła prawdziwa i piękna miłość. Oboje niejednokrotnie usiłowali stłumić to uczucie, ale nie zdołali.

Amelie klęczała przy grobie Sama.

Z daleka wyglądała jak marmurowy anioł - blada, ubrana na biało, nieruchoma. Długie popielate włosy miała rozpuszczone. Lodowaty wiatr targał nimi jak flagą.

Claire przenikało dotkliwe zimno, ale z Amelie działo się coś znacznie gorszego. W jej spojrzeniu nie było rozpaczy. Tylko pustka... zupełna pustka. Nawet nie zauważyła, że przystanęli przy niej. Nie drgnęła, nie odezwała się.

- Nie wiem, co wyprawiasz, ale przestań - zażądał Shane. - Claire cierpi.
- Naprawdę? - Amelie mówiła bardzo powoli, jakby z dużej odległości. - Wybaczcie.

Nie poruszyła się ani nie dodała nic więcej. Shane i Michael wymienili spojrzenia. Michael zrozumiał, że jeśli nic nie zrobi, Shane wkroczy do akcji i to się naprawdę źle skończy.

Pomógł Amelie wstać. Założycielka nagle ożyła i z furią odepchnęła Michaela, wbijając w niego wściekłe spojrzenie przekrwionych oczu i szczerząc kły, które błyskawicznie się wydłużyły.

- Nie dotykaj mnie, chłopcze!

Michael cofnął się o krok. Amelie patrzyła na niego przez kilka sekund i ponownie wbiła wzrok w grób. Czerwień zniknęła z jej oczu, znów wydawała się nieobecna.

Atak wściekłości Amelie przepłynął przez ciało Claire jak fala upału, przez chwilę ją ogrzał. Zaczęła się wiercić w ramionach Shane’a, by postawił ją na ziemię. Pochyliła się nad grobem i spojrzała Amelie w twarz.

Wampirzyca patrzyła gdzieś ponad Claire, nawet gdy podsunęła jej przed oczy bransoletkę. Złoto znów zamieniało się w lód, a Claire znów zamarzała.

- Jesteś tchórzem - stwierdziła.

W oczach Amelie natychmiast pojawił się niebezpieczny błysk. Chociaż wampirzyca nie wykonała żadnego gestu, patrzyła tak, że Claire chciała odwołać to, co powiedziała.

Jednak nie zrobiła tego. Odetchnęła głęboko i mówiła dalej:

- Myślisz, że Sam chciałby, żebyś przesiadywała przy jego grobie i myślała o śmierci? Wiem, że cierpisz, ale zachowujesz się jak nastolatka.

Amelie leciutko uniosła brwi.

- Co ci się stało w twarz?

Ach, oparzenia.

- Nieważne. Co się dzieje z tobą? Sprawiasz, że zamieniam się w bryłę lodu.

Mówiąc te słowa, zauważyła, że z rękami Amelie coś jest nie tak. Była w rękawiczkach... czarnych rękawiczkach. Nie, to nie rękawiczki. Claire widziała fragmenty białej skóry, prześwitujące spod...

Spod krwi. Amelie miała dłonie we krwi, głębokie rany w nadgarstkach. Przecież rany powinny się błyskawicznie goić, pomyślała Claire i dostała gęsiej skórki na całym ciele. Wpadła w panikę. Nie miała pojęcia, dlaczego rany Amelie nie chciały się zasklepić i wciąż krwawiły. Wampiry się nie samookaleczały, nie robiły takich rzeczy.

Amelie jednak to zrobiła. A to oznaczało, że naprawdę chce się zabić, że nie jest to tylko melodramatyczny gest będący wołaniem o pomoc. Nie chciała pomocy.

Claire była totalnie przerażona. Co mam zrobić? - myślała gorączkowo. Zerknęła na Michaela, ale on stał za Amelie, nie widział jej rąk.

Eve jednak widziała. W przeciwieństwie do Claire nie zastanawiała się, co robić. Uklękła, chwyciła lewą rękę Amelie i odwróciła nadgarstek. Z rany coś wystawało. Claire zrobiło się słabo, gdy zobaczyła, że Amelie włożyła srebrną monetę w ranę, by się nie goiła.

Gdy Eve wyciągnęła monetę, Amelie zadrżała, a rana błyskawicznie zaczęła się goić. Krew zakrzepła.

- Ty idiotko! - warknęła Amelie, odpychając Eve, zanim dziewczyna zdążyła ją chwycić za prawą dłoń. - Co ty wyprawiasz?
- Ratuję ci życie? Ale okej, rozumiem, dlaczego się denerwujesz. Tylko lepiej zachowuj się, bo jak mnie ugryziesz, to cię zabiję. Kołkiem. Przysięgam.

W oczach Amelie pojawił się czerwony błysk, ale po chwili odzyskały nieludzką szarą barwę.

- Nie masz kołka.
- O, jednak rozmawiamy. Faktycznie, przy sobie nie mam, ale spróbuj mnie ugryźć, to się przekonasz, suko. Nie mam na myśli, że naprawdę jesteś suką, mówiłam metaforycznie. Znasz takie wyrażenie? - Eve mówiła, co jej ślina na język przyniesie, wyłącznie po to, by odwrócić uwagę Amelie, a kiedy jej się udało, błyskawicznie sięgnęła po jej prawą rękę i wyciągnęła z rany srebrną monetę.

Krew przestała ściekać na ziemię.

W miarę jak rany Amelie się goiły, Claire czuła się lepiej. Krew znów tętniła w jej żyłach, słyszała bicie serca, było jej ciepło.

Wiatr targał gałęziami i rozwiewał popielate włosy wampirzycy, ukrywając wyraz jej twarzy. Claire patrzyła, jak rany na rękach Amelie bledną; czerwone pręgi zmieniły się w blade linie, po czym zupełnie zniknęły.

- Co ty wyprawiasz? - spytał Michael.

Amelie wzruszyła ramionami.

- To stary zwyczaj. Ofiarowanie krwi tym, którzy odeszli. Wymaga silnej woli i pomysłowości.
- I głupoty - dodała Eve. - Większość ludzi nie przeżyłaby takiego eksperymentu. Większość wampirów również.
- Owszem - powiedziała Amelie.

Michael, którym, sądząc po wyrazie jego twarzy, zachowanie Amelie wstrząsnęło, wreszcie znalazł właściwe słowa:

- Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? Z powodu Sama?

Te słowa przywołały cień uśmiechu na jej usta.

- Twój dziadek bardzo by się na mnie gniewał, gdyby wiedział, że zrobiłam to z jego powodu. Nie przypuszczał, że jestem taką beznadziejną romantyczką.
- Można być romantyczką, można być tragiczną heroiną i można być kretynką - prychnęła Eve. - Zgadnij, do której grupy kwalifikujesz się po tym numerze.

Amelie już się nie uśmiechała, a w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk. Dumnie uniosła podbródek.

- Czy ty nie malujesz się jak klaun, chociaż w ten sposób izolujesz się od rówieśników? Jaki to slogan cytuje wasze pokolenie? Bądź sobą?
- To było hasło sprzed tysiąca czterystu lat, ale owszem, rozumiem, co chcesz mi powiedzieć. Rzeczywiście, lubię teatr, ale przynajmniej nie jestem emo i się nie tnę.
- Kim nie jesteś?
- Emo. - Eve wskazała pokaleczone nadgarstki Amelie. - Kojarzysz ten klimat? Dramatyczne wiersze, ponura muzyka, żyletki. Muszę się ciąć, żeby coś czuć, bo świat jest taki paskudny?
- Ale ja nie dlatego... - Amelie urwała i po chwili dodała: - Może masz rację. Może rzeczywiście tak właśnie się czuję.
- To fatalnie się składa - wycedziła Eve lodowatym tonem. - Jeśli masz ochotę podciąć sobie żyły nad grobem ukochanego, to do dzieła. Ja, Gotka, rozumiem takie sprawy. Ale ani mi się waż zabierać ze sobą Claire. Jeśli to zrobisz, będę cię ścigać aż do piekieł i tam wbiję ci kołek w serce.

Nawet Shane gapił się na Eve tak zdumiony, jakby widział ją po raz pierwszy. Claire otworzyła usta, ale nic nie powiedziała, miała pustkę w głowie. Milczenie się przedłużało, wreszcie Amelie skinęła na Claire.

- To bransoletka dała ci znać o... o tym, co się dzieje?
- „Dała znać”?! Omal jej nie zabiła! - krzyknął Shane. - Zabierałaś Claire za sobą. Przecież o tym wiedziałaś, prawda?
- Nie, nie wiedziałam. - Amelie pokręciła głową. Westchnęła i nagle wyglądała bardzo młodo i bardzo... ludzko. Claire pomyślała, że wampirzyca musi być zmęczona. - Zapomniałam, że coś takiego może się stać, chociaż teraz uprzytomniłam sobie, że taka rekcja była możliwa. Muszę cię przeprosić, Claire. Czujesz się lepiej?

Claire wciąż było zimno, ale uznała, że głównie z powodu lodowatego wiatru. Przytaknęła, starając się ukryć fakt, że wciąż się trzęsła.

- W porządku. Ale ty straciłaś sporo krwi.

Amelie niemal wzruszyła ramionami, jakby to nie miało żadnego znaczenia.

- Nic mi nie będzie. - W jej głosie niebyło entuzjazmu. - Zostawcie mnie. Mam coś do załatwienia z Samuelem.
- Możesz wykrwawić się nad jego grobem innym razem - oznajmiła Eve. - Teraz zabierzemy cię do domu, miła pani.

Wyciągnęła rękę, a Amelie znów pozwoliła się dotknąć. Dziwne, pomyślała Claire. To Michael był wampirem, ale Amelie bardziej ufała Eve. Michael też to wyczuwał i na jego twarzy malowała się mieszanka różnych uczuć, z przewagą zmartwienia.

- Tylko bez gryzienia - ostrzegła Eve, pomagając Amelie wstać. - Wszyscy moi nauczyciele mówili, że powtarzanie jest najlepszym sposobem zapamiętania wiadomości. Masz jakiś samochód?
- Nie.
- Hm... A twoi ludzie? Kryją się gdzieś w zaroślach, mam nadzieję, że z limuzyną?

Amelie uniosła jedną brew.

- Gdybym przyszła tu w towarzystwie ochroniarzy, mogliby być przeciwni moim planom.
- Masz na myśli dramatyczną scenę śmierci? Pewnie tak. W porządku. W takim razie cię podwieziemy. Najpierw do stacji krwiodawstwa, tak?
- Chyba że uczynisz donację na moją rzecz.
- Błe. Nie. I nawet nie patrz na Claire.
- Ani na mnie - wtrącił Shane. - Swojacy nie dają.
- Czasem zastanawiam się, czy wasze pokolenie mówi jeszcze po angielsku - powiedziała Amelie. - Ale tak, do stacji krwiodawstwa, tam moi „ludzie” - to ostatnie słowo wymówiła z lekko ironicznym akcentem, tak by dać im do zrozumienia, że zwrot ten śmieszy ją w równym stopniu co ich - jakoś mnie tam znajdą.

Gdy odchodzili od grobu Sama, zza marmurowego grobowca na szczycie wzgórza wyszedł cień. Był to wampir, ale inny niż wampiry, które Claire widywała w Morganville. Wyglądał, jakby miał bardzo ciężkie życie, w którym nie było miejsca na prysznic i zabiegi toaletowe, na przykład czesanie.

Nie był także okazem zdrowia.

- Amelie - odezwał się mężczyzna. To znaczy Claire założyła, że to mężczyzna, ale rozczochrane włosy, które od stu lat nie widziały grzebienia, utrudniały identyfikację. Nie ułatwiały jej także brudne łachmany, na które narzucił paskudny płaszcz przeciwdeszczowy. - Przyszłaś odwiedzić poddanych i rozdać im jałmużnę jak za starych dobrych czasów? - Mówił z wyrazistym akcentem, trochę przypominającym brytyjski, a czasem „twardym” angielskim Olivera. - Och, pani, ulituj się nad żebrakiem. - Roześmiał się. Pusty, głuchy dźwięk zaczął przybierać na sile, aż zaczęło się wydawać, że dochodzi z każdej strony.

Bo oni ich otoczyli.

Michael odwrócił się, wpatrując w ciemność. Chyba coś zobaczył. Claire widziała tylko cienie i nagrobki. I słyszała ten śmiech. Shane ją objął.

Amelie strząsnęła z ramienia rękę Eve i zrobią krok do przodu.

- Morley - powiedziała - widzę, że wyczołgałeś się ze swojego rynsztoka.
- A ty zstąpiłaś z wieży z kości słoniowej, pani - odparł. - Spotykamy się w pół drogi, w miejscu, gdzie ludzie wyrzucają zwłoki swoich bliskich. Przyprowadziłaś nawet obiad. Jak miło.

Z ciemności dobiegł upiorny chichot. Michael odwrócił się, śledząc wzrokiem coś, czego Claire nie mogła dostrzec. Jego oczy przybrały czerwoną barwę. Widziała, że z Michaela, którego znała, przemienia się w kogoś innego, przerażającego... w tego drugiego Michaela. Eve również to wyczuła i przysunęła się do Shane’a. Zacisnęła pięści.

- Zrób coś - zażądała, zwracając się do Amelie. - Wydostań nas stąd.
- Jak twoim zdaniem mam to zrobić?
- Wymyśl coś!
- Naprawdę jesteś męczącym dzieckiem - westchnęła Amelie, nie spuszczając wzroku z Morleya, który wyglądał jak strach na wróble pilnujący marmurowego grobowca. - Nie wiem, dlaczego właściwie się tobą przejmuję.
- Ja też nie wiem - powiedział Morley. - Tak między nami mówiąc, twój szanowny tatuś miał rację. Ich trzeba zabijać albo z żywych wypijać krew do ostatniej kropli. Traktowanie ich jak równych nie ma sensu i ty dobrze o tym wiesz. Oni nigdy nam nie dorównają, prawda?
- Jeszcze się przekonasz - wycedziła Eve, zamierzając się na niego, ale Shane chwycił jej rękę. - A ty co? Od dzisiaj jesteś mister taktu? Czy może mamy dzień pokory wobec wampirów?
- Po prostu się zamknij - szepnął Shane. - Może nie zauważyłaś, ale ich jest więcej.
- I co z tego? A kiedy nie jest?

Shane spojrzał na Claire, która wzruszyła ramionami.

- Eve ma trochę racji. Ich zawsze jest więcej.
- Nie pomagasz. Michael, a ty co powiesz?
- Że mamy kłopoty. - Głos Michaela brzmiał inaczej niż zwykle, był głęboki i ponury. - Wampirów jest co najmniej ośmioro. Zostań z dziewczynami.
- Mam nadzieję, że źle cię zrozumiałem. Poza tym potrzebujesz mnie. Amelie jest osłabiona, a ty nie dasz rady im wszystkim.
- Czyżby? - Michael uśmiechnął się nieprzyjemnie, odsłaniając kieł. - Po prostu zaopiekuj się dziewczynami.
- Powiedziałbym, że jesteś beznadziejny, tylko po co mówić o tym, co widać gołym okiem... - Słowa Shane’a były żartobliwe, ale głos zdradzał napięcie i strach. - Uważaj na siebie, Michael. Bardzo uważaj.
- Nie będziemy walczyć - oświadczyła Amelie.

Morley stojący na szczycie wzgórza obok wielkiego

białego grobowca, który lśnił jak kość, przekrzywił głowę i skrzyżował ramiona.

- Nie będziemy?
- Nie. Ty odejdziesz i zabierzesz ze sobą swoich ludzi.
- A dlaczego miałbym to zrobić, skoro ty sprowadziłaś takie pyszne towarzystwo? Moi ludzie są głodni, Amelie. Szczury i jakiś pijaczek od czasu do czasu to nie jest zbilansowana dieta dla wampira.
- Ty i twoja banda szakali możecie iść do banku krwi tak jak inne wampiry - powiedziała Amelie takim tonem, jakby to ona panowała nad sytuacją, chociaż nawet Claire widziała, że jest wyczerpana. - Po prostu się uparliście.
- Nie będę robił tego, co ty chcesz. Mam swoją dumę.
- W takim razie smacznych szczurów - odparła Amelie i rzuciła reszcie nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. - Idziemy.
- Naprawdę tak sądzisz? - zaśmiał się Morley.
- Owszem. - Amelie się uśmiechnęła i wydawało się, że temperatura spadła o kilka stopni. - Właśnie stąd odchodzimy. Pewnie lubisz te gierki, ale nawet ty musisz wiedzieć, że nie można bezkarnie narazić się Amelie.

Tym razem śmiech dobiegał ze wszystkich stron, przypominał niskie, złowieszcze pomruki, które podejmowały kolejne wampiry.

- Grozisz nam? - spytał wampir w łachmanach i oparł się o nagrobek. - Ty, która cuchniesz własną krwią i słabością? Są z tobą tylko jeden nowy wampir i trzy soczyste przekąski. Zawsze byłaś odważna, szlachetna damo, ale jest granica między śmiałością a brawurą. Jeśli się nad tym zastanowisz, zrozumiesz, że właśnie ją przekroczyłaś.

Amelie milczała. Stała bez ruchu, lodowato spokojna.

- Nie jestem twoim wasalem - powiedział Morley, prostując się. - Oddaj mi łupy, a pozwolę odejść tobie i chłopakowi.

Claire omal nie zwymiotowała, gdy odgadła, że „łupy” oznaczały ją, Eve i Shane’a. Shane’owi także się to nie spodobało. Był spięty.

- Dlaczego sądzisz, że przyjmę twoją propozycję? - spytała Amelie takim tonem, jakby cała sprawa niezbyt ją interesowała.
- Jesteś mistrzynią szachów. Rozumiesz, że czasem opłaca się poświęcić pionka - odparł Morley i uśmiechnął się, odsłaniając brązowe, krzywe kły, których prawdopodobnie nigdy nie dotykała szczoteczka do zębów, ale nie wyglądały na mniej zabójcze. - To taktyka, nie strategia.
- Jeśli będę życzyła sobie wysłuchać rad dotyczących strategii, zwrócę się do kogoś, kto przynajmniej kiedyś wygrał jakąś partię - powiedziała Amelie. - Nie do kogoś, kto zawsze uciekał.
- Auć - skomentowała Eve.
- Wiesz, o czym mówią? - spytał Shane.
- Nie muszę wiedzieć, żeby zrozumieć. Właśnie przywaliła mu tak mocno, że poczuła to nawet jego mama.

Morley także coś poczuł. Zbliżył się o krok i znów odsłonił kły, ale tym razem już nie w uśmiechu.

- Masz ostatnią szansę. Odejdź, Amelie.
- Mogę otworzyć portal - szepnęła Claire, starając się mówić cicho, by Morley stojący sześć metrów dalej jej nie usłyszał. Amelie spojrzała na nią w charakterystyczny sposób.
- Jeśli skorzystamy z portalu, on będzie mógł twierdzić, że uciekłam przed nim pokonana - powiedziała. - Nie wystarczy się stąd wydostać.
- Owszem - powiedział Morley, klaszcząc. Zaskakująco głośny dźwięk poniósł się echem po nagrobkach. Z drzew sfrunęły spłoszone ptaki ćwierkające nerwowo. - Musiałabyś pokazać mi, że błądzę. Ale to będzie dość trudne, o szlachetna pani. Blefujesz, jak mawiają w tych stronach. Masz tylko tę parkę przystawek, ale z nimi raczej nie wygrasz partii.
- Nudzi mnie to. Atakuj albo uciekaj, jak masz w zwyczaju - powiedziała Amelie. - My w każdym razie idziemy. - Odwróciła się do reszty. - Nie zwracajcie na niego uwagi - dodała tym samym spokojnym, chłodnym tonem. - Morley to pozer, tchórz, degenerat i kłamca. Włóczy się tu, bo boi się, że gdyby spróbował żyć w naszej społeczności, wydałoby się, jakim jest żałosnym...
- Zabić ich wszystkich! - wrzasnął Morley, rzucając się na Amelie.

Michael skoczył do przodu. Dwa wampiry przetoczyły się przez nagrobek. Claire odwróciła się, gdy cienie wokół zaczęły się poruszać tak błyskawicznie, że nie dało się wypatrzeć, gdzie są. Puls jej przyspieszył i przygotowała się do walki.

I wtedy odezwała się Amelie.

- Oliver, proszę, wytłumacz Morleyowi, na czym polega jego błąd.

Księżyc oświetlił jeden z cieni, który wyglądał bardzo znajomo.

To był Oliver, prawa ręka Amelie w Morganville. W przebraniu sympatycznego właściciela kawiarni, na które składała się koszula z logo Common Grounds, dżinsy i długie

siwe włosy związane w kucyk wyglądał jak typowy lewicowy radykał.

Ten wizerunek psuła jego mina - nie był zachwycony, że musiał się stawić na wezwanie Amelie, a jeszcze mniej podobał mu się Morley. Cienie, które zaczęły wyłaniać się z ciemności, okazały się ludźmi Olivera, a nie Morleya. Wampiry były schludnie ubrane i uczesane, ich zimna elegancja i dystans powodowały u Claire dreszcze. Były też wyszukanie uprzejme i miały wysokie kwalifikacje do zabijania.

- Puść tego idiotę, Michael - powiedział Oliver. Michael wydawał się równie zdziwiony, jak Morley, a przynajmniej tak zdawało się Claire, ale bez słowa sprzeciwu zrobił to, o co Oliver go prosił. Morley zerwał się na nogi, ale nie odezwał się ani słowem, gapił się na Olivera i jego ludzi.
- Twoi wspólnicy, jeśli można tak nazwać watahę wygłodzonych kundli, zostali już przekonani, by odejść. Zostałeś sam, Morley.
- Szach mat - powiedziała cicho Amelie. - Liczy się strategia, nie taktyka. Wierzę, że rozumiesz.

Morley istotnie zrozumiał. Po chwili wahania rzucił się przed siebie i zniknął gdzieś na granicy cieni rzucanych przez nagrobki.

Byli uratowani.

- No cóż, trochę się rozczarowałam - powiedziała Eve. - Na filmach zwykle jednak można pooglądać trochę scen walki.

Oliver odwrócił się powoli i rzucił jedno, pełne zrozumienia spojrzenie na ręce Amelie.

- Skończyłaś? - spytał z niesmakiem.
- Tak sądzę.
- Czy mogę odprowadzić cię do domu?
- Czyżbyś się o mnie troszczył? - spytała Amelie z cynicznym uśmiechem. - Jak miło.
- Stanąć w obronie twojego honoru to dla mnie zaszczyt.
- To Michael mnie bronił. Ty po prostu się pojawiłeś.

Auć, pomyślała znów Claire. Widziała, że Eve myśli dokładnie to samo, ale żadna z nich nie odważyła się tego powiedzieć.

- Znam różnicę między taktyką a strategią - oznajmił Oliver, wzruszając ramionami. - I, w przeciwieństwie do Morleya, wygrałem już wiele bitew.

Amelie i Oliver skrzyżowali spojrzenia, a Claire zadrżała. Morley tylko blefował. Oliver nie. Był facetem, który realizował swoje groźby, o ile tylko miał szanse powodzenia. Chciał też przejąć władzę w Morganville. Może wolałby nie zabijać Amelie, ale na pewno długo by się nie wahał. Amelie wiele ryzykowała.

- Michael i jego przyjaciele uprzejmie zaproponowali mi podwiezienie do stacji krwiodawstwa - powiedziała Amelie. - Pojadę z nimi. Czy mógłbyś wezwać moich ochroniarzy, żeby po mnie podjechali?
- Żyję po to, by ci służyć - odparł Oliver, z uśmiechem tak ostrym, że dałoby się nim kroić papier.
- Bardzo wątpię.

Michael stanął obok Amelie i całą piątką ruszyli w dół ścieżką do miejsca, gdzie zostawili samochód. Claire odwróciła się, ale nie dostrzegła nawet śladu po Oliverze, jego ludziach czy Morleyu. Był tylko cichy cmentarz i lśniący grobowiec na szczycie wzgórza.

- Czy tylko mnie się wydaje, że to wszystko było bardzo dziwne? - spytał Shane, gdy wsiadali do samochodu, na co Eve posłała mu wymowne spojrzenie.

Cała trójka siedziała, oczywiście, z tyłu - z przodu, obok Michaela, posadzono Amelie.

- Ale tak w ogóle czy coś konkretnego cię zdziwiło?
- No nie wierzę, że nam się upiekło i że nie musiałem nikogo pobić.

Zapadła cisza.

- Masz rację, Shane - przyznał Michael, uruchamiając silnik. - To naprawdę dziwne.

Gdy Michael podjechał pod stację krwiodawstwa, limuzyna Amelie, z jej obstawą w środku, już była zaparkowana przy krawężniku. Claire podświadomie spodziewała się, że goryle Amelie będą mieć na bladych uszach słuchawki jak obstawa ważnych osobistości na filmach sensacyjnych, ale wampiry przecież nie potrzebowały elektroniki, żeby dobrze się słyszeć. Ale ubrani byli jednak w doskonale skrojone czarne garnitury, a oczy ukrywali za okularami słonecznymi. Bodyguard otworzył przed Amelie drzwi limuzyny i pomógł jej wsiąść. Wampirzyca skorzystała z pomocy i z gracją nimfy wodnej zajęła miejsce w aucie.

- Dziękuję wam. Wszystkim - powiedziała, zanim zatrzasnęła drzwi.

I tyle. Jednak w ustach Amelie znaczyło to całkiem sporo.

- Trzy-dwa-jeden! - krzyknęli Eve i Shane w tym samym momencie, po czym błyskawicznie rozpoczęli grę w kamień-papier-nożyczki. Shane wygrał, ale zrobił dziwną minę.
- Ty siadaj z przodu - zaproponował Eve. Dziewczyna wciąż miała dłoń ułożoną w pozycji nożyczek, które przegrały z jego kamieniem.
- Poważnie? - spytała, otwierając szerzej oczy. - Nie chcesz usiąść z przodu? Przecież wygrałeś.
- Wiem. Ale wolę jechać z tyłu.

Czyli z Claire. Eve nie marnowała czasu, tylko z piskiem wgramoliła się na przednie siedzenie i usadowiła wygodnie. Michael uśmiechnął się do niej, gdy wzięła go za rękę.

Shane objął Claire. Położyła mu głowę na piersiach. Czuła ciepło, nareszcie. Ciepło, bezpieczeństwo i miłość.

- O rany, kolacja na pewno już wystygła - westchnął Shane. - Przykro mi. Wiem, że uwielbiasz tacos.
- Na zimno też są okej.
- Wariatka - powiedział z czułością. - A po tacos może obejrzymy film? Masz ochotę?

Claire wydała z siebie nieartykułowany dźwięk na znak zgody, po czym zamknęła oczy i nawet nie czuła, kiedy zasnęła w jego ramionach. Ocknęła się tylko na chwilę i usłyszała, jak Shane mówi, że lepiej zabrać ją do domu. Miała też bardzo niewyraźne wspomnienie dotyku jego ust na swoich wargach...

A potem już nic więcej...

 

Nastał ranek. Obudziła się w podwójnym łóżku w swoim pokoju w domu rodziców. Przez pierwszych kilka sekund była rozczarowana, że zmarnowała okazję, by zostać z Shane’em, ale potem wszystkie myśli wymazało doznanie gorąca na twarzy. Czuła się tak, jakby zasnęła w solarium - ale w pokoju wcale nie świeciło mocno słońce.

Claire wyślizgnęła się spod kołdry i potknęła o stertę ubrań. Nie przypominała sobie, żeby je zdejmowała, ale miała na sobie aprobowaną przez mamę bawełnianą koszulkę, co oznaczało, że Shane ich również nie zdejmował. Poszła do łazienki.

Tam uderzyła w nią fala oślepiającego - i sprawiającego jej ból - światła. Claire jęknęła na widok swojej czerwonej twarzy pokrytej białymi plamami. Na skórze robiły się już pęcherze. Ostrożnie dotknęła twarzy. Bolało. Bardzo.

- Ja cię naprawdę zabiję, Myrnin - powiedziała. - I będę się przy tym śmiała!

Prysznic sprawiał jej ból. Gorące krople raniły poparzone miejsca jak pociski. Claire przetrwała te tortury, zaciskając zęby i obmyślając rozmaite upiorne i oryginalne sposoby na zamordowanie szefa. Potem poczuła się odrobinę lepiej, ale uznała, że wygląda jeszcze gorzej. Kiepsko.

Na korytarzu natknęła się na matkę, która właśnie pokonywała ostatnie stopnie schodów ze stertą prześcieradeł i ręczników.

- O, wstałaś już, skarbie - powiedziała, uśmiechając się z roztargnieniem. - Zmienić ci po... Dobry Boże, co ci się stało w twarz?

Mama omal nie upuściła prania, ale Claire je przytrzymała.

- Nic mi nie jest - skłamała. - Po prostu, uhm, zasnęłam na słońcu.
- Kochanie, przecież to jest niebezpieczne! Może powodować raka skóry!
- Wiem, przepraszam. Niechcący tak wyszło. Mam to schować do komody?
- Nie, ja to zrobię. - Groźba, że Claire pomiesza starannie posegregowaną i poskładaną bieliznę odniosła skutek. Pani Danvers skoncentrowała się na bieżącym zadaniu. - Na dole czeka śniadanie. Nie mogę patrzeć na twoją biedną twarz. Może przynieść ci jakiś balsam?
- Dzięki, mam już cały zapas.

Claire wróciła do pokoju, skończyła się ubierać i otworzyła plecak. Czasy świetności miał już za sobą - nylonowy materiał był miejscami przetarty i porozdzierany, z tyłu widniały plamy, które dziwnie przypominały krew, a szelki powoli zaczynały żyć własnym życiem. Prawdopodobnie nie wytrzymywały wagi ładunków, które Claire upychała w tym plecaku. Zaczęła wyjmować książki, aż dogrzebała się do Fizyki cząstek dla zaawansowanych i wyjątkowo beznadziejnego Podręcznika do obliczeń matrycowych, który był chyba najgorszą publikacją na ten temat. Pod podręcznikami leżało grube tomiszcze o literaturze angielskiej, od którego dźwigania Claire bolał kręgosłup, i kilka zeszytów o kolorowych grzbietach. Kolory oznaczały przedmioty. I dopiero pod tym kryła się cała reszta skarbów. Alchemia i sztuki hermetyczne - nie tyle podręcznik, co długi wywód na temat tego, że wszystkie wymienione nauki są stekiem bredni. Myrnin bynajmniej go nie polecał; Claire zamówiła tę książkę sama, przez Internet, od jakiegoś faceta, który cierpiał na rodzaj paranoi. Oczywiście gdyby wiedział to, co ona, uciekłby z krzykiem, więc może paranoja wcale nie była taka nieuzasadniona.