Wampiry wolą szatynki - Kerrelyn Sparks - ebook

Wampiry wolą szatynki ebook

Kerrelyn Sparks

0,0

Opis

[PK]

 

Dobry wampir to martwy wampir. To motto nieustraszonej pogromczyni wampirów – do czasu gdy spotka najbardziej seksownego nieumarłego w swojej zabójczej karierze. 
Serce Angusa MacKaya z pewnością zabiłoby szybciej na widok Emmy Wallace, gdyby nie to, że zatrzymało się na zawsze pięćset lat temu. A teraz Angus może spodziewać się tylko, że wybranka potraktuje je dość brutalnie – Emma to pogromczyni wampirów, najlepsza w swoim fachu. Angus by ujść z życiem, musi ją przekonać, że mają wspólnego śmiertelnie niebezpiecznego wroga. W tym celu zamierza wykorzystać swój niesamowity nieodparty urok. 

 

Cykl: Miłość na kołku, t. 3 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 364

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



SPARKS

Rozdział 5

Rozdział 9

Rozdział 13

Rozdział 17

Rozdział 21

Epilog

Wampiry wolą szatynki

KERRELyN

SPARKS

Wampiry wolą szatynki

Przekład EWA SPIRYDOW1CZ

Redakcja stylistyczna Lucyna Łuczyńska

Korekta

Jolanta Gomółka Elżbieta Steglińska

Projekt graficzny okładki Małgorzata Foniok

Zdjęcia na okładce

© Zbigniew Foniok

Skład

Wydawnictwo AMBER Monika E. Zjawińska

Druk

Opolgraf S.A., Opole

Tytuł oryginału

Be Still My Vampire Heart

Copyright © 2007 by Kerrelyn Sparks

Published by arrangement with HarperCollins Publishers. Ali rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-3714-5

Warszawa 2010. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63 tel. 620 40 13, 620 81 62

Pamięci wspaniałych kobiet, które nauczyły mnie, jak być silną - Faye Oldham, Haiti Sparks, Sałly Rundle i Margaret Smith

Rozdział i

Angus MacKay teleportował się niejeden raz w ciągu czterystu dziewięćdziesięciu trzech lat swojego życia, ale zawsze gdy tego dokonał, niespokojnie zaglądał pod kilt, by upewnić się, że wszystko ma na swoim miejscu. Są pewne obszary, w których żaden mężczyzna, śmiertelny czy nie, nie chciałby okazać się niesprawny. Dziś jednak powstrzymał się, bo nie był sam. Znalazł się w gabinecie szefa Romatech Industries. Roman Draganesti siedział za biurkiem i przyglądał mu się spokojnie.

- A więc, drogi przyjacielu, kogo mam dziś dla ciebie zabić? - Angus wyjął miecz z pochwy.

Roman się uśmiechnął.

- Zawsze jesteś gotów do działania. Dzięki Bogu, że się nie zmieniasz.

Angus był zaskoczony. Przecież żartował.

- Jak to... Naprawdę chcesz, żebym kogoś zabił?

- Nie. Liczę, że wystarczy, jeśli go przestraszysz.

- Och. - MacKay dostrzegł kątem oka, że drzwi się uchyliły. - Dlaczego ja, nie Connor? Przecież strasznie wygląda.

- Słyszałem! - Connor wszedł do środka. Miał ze sobą akta.

Angus usiadł i położył sobie na kolanach pochwę z ulubionym mieczem.

- Więc o co chodzi?

- Zabójca wampirów znów zaatakował. Wczoraj w nocy w Central Parku zginął wampir - wyjaśnił Roman. -Malkontent z klanu rosyjskiego.

- Świetnie. - O jednego łotra mniej. Malkontenci nie chcieli iść z duchem czasu i pić sztucznej krwi produkowanej przez Romatech.

- Wcale nie - sprzeciwił się Roman. - Przed chwilą dzwoniła Katia Miniskaja i oskarżyła nas o tę zbrodnię.

Ledwie padło jej nazwisko, twarz Angusa stężała, zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

- Dziwi mnie, że klan godzi się na jej przywództwo.

Connor usiadł koło Angusa.

- Jest wystarczająco zła i przebiegła. Podobno niektórzy Rosjanie narzekali, że szefuje im kobieta, ale mało który dożył następnej nocy.

- Aye, słynie z okrucieństwa. - Angus poczuł na sobie współczujące spojrzenie Romana i szybko odwrócił głowę. Były mnich wiedział zbyt wiele. Na szczęście Angus miał pewność, że nigdy nie puści pary z ust.

- Katia nam grozi - ciągnął Connor. - Zapowiedziała, że jeśli zginie jeszcze jeden wampir z jej klanu, wypowie nam wojnę.

- Cholera. Więc kto morduje Malkontentów w Central Parku? Co prawda namieszał nam ten zabójca, ale też zasłużył na medal. - Angus popatrzył na podwładnego.

Connor się żachnął.

- Ani ja, ani moi ludzie nie maczaliśmy w tym palców. Ochraniamy Romana, jego żonę i firmę, a jest nas tylko trzech. Nie mamy czasu, żeby się włóczyć po Central Parku.

Angus skinął głową. Jego firma Agencja MacKay -Usługi Detektywistyczne ochraniała wielu przywódców klanów, w tym także Romana. Ostatnio uszczuplił oddział Connora o pięciu Szkotów.

- Przykro mi, że zabrałem ci ludzi, ale muszę mieć w terenie tylu, ile się da. Najważniejsze, żebyśmy zlokalizowali Casimira, zanim...

Wołał nie mówić tego na głos. Ba, nie chciał o tym nawet myśleć. Przez trzysta lat sądzili, że najokrutniejszy wampir na świecie nie żyje, tymczasem okazało się, że tylko się przyczaił, wciąż jest owładnięty żądzą mordowania.

- Znaleźliście go? - zainteresował się Roman.

- Nay. Same fałszywe tropy. - Angus bębnił palcami w skórzaną pochwę na kolanach. - Masz jakieś podejrzenie, kim jest pogromca wampirów? Może to ta sama osoba, która latem zabiła kilku Malkontentów?

- Niewykluczone. - Roman oparł się na łokciach. -Connor uważa, że to ktoś z CIA.

Angus zamrugał.

- Śmiertelny mordowałby wampiry? Mało prawdopodobne.

- Naszym zdaniem to ktoś z ekipy realizującej projekt „Trumna”. - Connor spojrzał na plik dokumentów, które przyniósł. Na okładce widniał wyraźny napis: „Trumna”.

Zapadła kłopotliwa cisza. Wszyscy wiedzieli, że na czele tej komórki CIA stoi śmiertelny, teść Romana.

Angus odchrząknął.

- Uważacie, że za atakami stoi ojciec Shanny? Roman, nie mam nic przeciwko twojej żonie, ale chętnie nastraszyłbym trochę Seana Whelana.

Draganesti westchnął.

- Jest... niewygodny.

Angus też tak uważał, ale użyłby mocniejszego określenia.

- Ilu wampirów zginęło w lecie z jego ręki?

- Trzech - odparł Connor.

MacKay zmrużył oczy.

- Na jakiś czas przyczaił się, a teraz znów atakuje?

- Przypomniał o sobie na początku marca. Do tej pory w Central Parku zginęło dwoje śmiertelnych. Poderżnięto im gardła - powiedział Roman.

- Żeby zamaskować ślady kłów - mruknął Angus. Stara wampirza sztuczka. - Zaczęli Malkontenci, a pogromca się mści.

- Tak. - Roman skinął głową. - Po zabójstwach zagroziłem Katii, że wypędzę ją i jej klan. Nic dziwnego, iż zakłada, że to my.

- Aye. Nikt nie uwierzy, że śmiertelny pokonał wampira. - Szkot zmarszczył brwi. Fatalny moment. Nie miał czasu na poszukiwania śmiertelnika, nie teraz, gdy Casimir zbiera potężną armię, przemieniając kryminalistów i morderców. Trzeba go powstrzymać, zanim Malkontenci urosną w siłę i wybuchnie kolejna wojna wampirów. Dlatego Malkontenci ciągle wywoływali zamieszanie. Chcieli odciągnąć uwagę Angusa i jego ludzi od najważniejszego celu.

- Cześć wszystkim! - Drzwi otworzyły się szeroko i wszedł Gregori. - Co tam? - Spoważniał, widząc ich grobowe miny. - Jejku, nastrój jak na pogrzebie. Co jest, MacKay? Oczko ci poszło w pończoszkach?

- To nie pończochy - odburknął Angus.

- Akurat. Cokolwiek powiesz, męskie jak cholera. Och, już wiem, co się stało. Włożyłeś kilt tył na przód, a potem usiadłeś i... Au! Agrafka wbiła ci się w tyłek.

Szkot uniósł brew i spojrzał najpierw na niego, potem na Romana.

- Jak to możliwe, że jeszcze go nie zabiłeś?

Gregori zamrugał.

- Co proszę?

Draganesti zachichotał i otworzył szufladę.

- Bądźcie grzeczni, kiedy wyjdę.

- Wychodzisz? - zdziwił się Angus.

- Idę z Shanną do lekarza. - Postawi! na biurku butelkę czerwonobursztynowego płynu. Zdobił ją napis: „Blissky”. - To dla ciebie, stary. W przyszłym tygodniu zaczynamy sprzedaż.

- Świetnie. - Angus wstał i wziął butelkę. Wreszcie doczekał się kolejnego napoju fusion. - Brakowało mi smaku szkockiej whisky.

- Na zdrowie. - Roman szedł do drzwi. - Wrócę mniej więcej za godzinę. Gregori powie mi, co zdecydujecie.

Angus oderwał spojrzenie od butelki. Dlaczego żona Romana, śmiertelniczka, chodzi do lekarza w środku nocy?

- Jakiś problem z dzieckiem? - spytał wprost.

- Nie. Wszystko w porządku. - Draganesti unikał jego wzroku.

Cholera, jednak coś jest nie tak. Klecha nigdy nie umiał kłamać.

- Bracie, musisz zobaczyć Shannę. Jest ogromna! -Gregori rozłożył ręce, jakby opisywał hipopotama.

Roman odchrząknął.

- Ale oczywiście urocza jak zawsze - dodał szybko Gregori.

Draganesti uśmiechnął się pod nosem.

- Później porozmawiamy, Gregori. Angus, dzięki za pomoc w poszukiwaniach pogromcy.

- Znasz mnie przecież, wiesz, że zawsze chętnie ruszam na łowy. - Poczekał, aż za Romanem zamknęły się drzwi i zapytał: - Dobrze, panowie. Co z dzieckiem?

- Nic. - Connor posłał Gregoriemu ostrzegawcze spojrzenie, a ten odparł pospiesznie:

- Nic, absolutnie nic. - Przewrócił oczami, obszedł biurko i usiadł na miejscu Romana.

MacKay zmarszczył brwi i otworzył butelkę blissky. Jeszcze zdąży wyciągnąć z niego prawdę. Teraz napawał się aromatem dobrej szkockiej whisky.

- Do rzeczy. - Connor położył teczkę na biurku. -Mamy tu profile i fotografie członków ekipy odpowiedzialnej za „Trumnę”, oczywiście bez Austina Ericksona, który teraz pracuje dla nas.

- Może Austin wie, kto jest pogromcą.

- Owszem. W lecie mówił mi, że przekonał pogromcę, by dał sobie spokój.

- Cholerny świat! I nie powiedział ci, kto to?

- Nay. - Connor westchnął. - Żałuję, że go wtedy nie przycisnąłem. Dzwoniłem do niego, ale są z Darcy w terenie, gdzieś na Węgrzech, szukają Casimira.

- Cholera. - Angus upił spory łyk blissky. Mieszanka sztucznej krwi i doskonałej whisky paliła w gardle, płynęła gorącym strumieniem do żołądka, zostawiając delikatny posmak na języku. Energicznie odstawił butelkę. -Wyborne.

- Pachnie smakowicie. - Gregori sięgnął po butelkę, ale MacKay zabrał ją i przysiadł na blacie.

- Nasz pogromca to ktoś z tej czwórki - powiedział Connor z uśmiechem, otwierając teczkę.

Gregori wziął pierwszy folder.

- Sean Whelan. Zgiń przepadnij, siło nieczysta. Idę o zakład, że to on.

- Whelan nas nienawidzi, tym bardziej że jego córka wyszła za Romana. - Connor zabrał mu akta. - Ale Austin chroni tożsamość pogromcy, a wątpię, czy tak troszczyłby się o byłego szefa, który dał mu wilczy bilet.

Angus rozkoszował się kolejnym haustem blissky.

- Whelan nie wchodzi w grę. To musi być ktoś z jajami.

- Garrett Manning. - Connor podał mu następny folder.

- Ejże! - Gregori zerwał się na równe nogi, wpatrzony w zdjęcie Garretta. - W lecie brał udział w naszym reality show! - Spojrzał na Connora ze zdumieniem. - Mówiłeś, że Austin udawał uczestnika, ale o tym kolesiu nie wspominałeś.

- Nie było powodu, by ci to mówić. Wzruszył ramionami.

- Aye. - Angus skinął głową. - Nie jesteś na tyle ważny, by wszystko wiedzieć.

- Spadaj - fuknął Gregori, a Connor parsknął śmiechem.

- Nie sądzę, że pogromcą jest Garrett. Ma niewielkie zdolności paranormalne, a w lecie, gdy doszło do pierwszych zabójstw, był zajęty na planie programu.

- Kogo jeszcze mamy? - Gregori odłożył akta Garretta. - O rany, ale laska.

- Zostały jeszcze dwie kobiety - powiedział Connor.

- Śmiertelna kobieta, która morduje wampiry? - Angus odstawił butelkę na biurko. - Niemożliwe.

Gregori się roześmiał.

- Tyle, jeśli chodzi o twoją teorię, że do tego trzeba jaj. -Wyciągnął rękę po butelkę, ale Angus wstał i zabrał flaszkę ze sobą.

Connor podał mu akta kolejnej osoby.

- To, że w grę wchodzi pogromczyni, tłumaczyłoby opiekuńczość Austina.

- A niech mnie, ale laska! - Gregori chwycił fotografię. Angus czytał profil Alyssy Barnett. Zdolności paranormalne; pięć w skali od jednego do dziesięciu. Była nowa w CIA. Nie miała doświadczenia w pracy w terenie.

- Nie. To nie ona.

- Cholera. - Gregori sięgnął po ostatni dokument. -A ta? Emma Wallace.

- Z tych Wallace’ów? - Angus zrobił wielkie oczy.

- Że niby krewna Bravehearta? - Gregori też nie mógł uwierzyć. - Co wy, znaliście go?

- Zamordowano biedaka na długo przed nami - powiedział Connor. - To dziś popularne nazwisko.

- Nazwisko godne wojownika. - Angus wyrwał akta z dłoni Gregoriego. Zdolności paranormalne: siedem. Czarny pas w tylu sztukach walki. Pracowała w MI6, zajmowała się zwalczaniem terroryzmu. Czuł, jak serce bije mu coraz mocniej. Czyżby to była prawda? Pogromca jest kobietą?

- Ładniutka. - Gregori pożerał wzrokiem dziewczynę na zdjęciu.

Angus odstawił butelkę i wziął fotografię. Dech mu zaparło. Nic dziwnego, że Gregori węszył jak pies gończy. Dziewczyna miała delikatne rysy, jasną cerę i burzę ciemnych gęstych włosów. W piwnych oczach połyskiwały bursztynowe iskierki. Widział w nich inteligencję, zdecydowanie i pasję, która zdradzała duszę wojownika.

- To ona - szepnął.

Connor pokręcił głową.

- Nie mamy pewności, póki nie złapiemy pogromcy na gorącym uczynku.

Angus odłożył zdjęcie. Miał wrażenie, że czuje na sobie jej badawczy wzrok.

- I właśnie to zrobimy dziś - oświadczył stanowczo. - Connor, ty zajmiesz się północną częścią parku, ja południową.

- Pójdę z wami. - Gregori sięgnął po flaszkę i pociągnął łyk. - Z daleka wypatrzę ładną kobietę.

- Ejże! - Angus odebrał mu butelkę. Zafascynowany fotografią panny Wallace, nie zauważył, że Gregori dobrał się do jego blissky. - A co zrobisz, kiedy powali cię na ziemię i wyjmie kołek?

- Litości, chłopaki! - Gregori poprawił sobie krawat. -Żadna dziewczyna nie zabije dobrze ubranego faceta.

- Angus ma rację. - Connor poskładał akta i zamknął teczkę. - Nie jesteś przygotowany na konfrontację z pogromcą wampirów. Zostaniesz tu i powiesz Romanowi, co ustaliliśmy.

- Cholera. - Gregori wygładził mankiet koszuli. - To nie fair.

Angus wyjął ze sporrana piersiówkę i napełnił ją blis-sky. - Zanosi się na długą noc, a to mnie rozgrzeje.

- Wezmę miecz i ruszamy. - Connor szedł do drzwi.

- Momencik. - Gregori się uśmiechnął. - Chłopaki, idziecie do Central Parku w środku nocy wystrojeni w kiecki? Nikt nie uwierzy, że szukacie dziewczyny.

- Nie zabrałem spodni - przyznał nieco zażenowany Angus.

- Więc zdarza ci się je nosić? - wyzłośliwiał się Gregori.

- Nie ma się czym przejmować. - Connor już był przy drzwiach. - Dziś dzień świętego Patryka. W mieście jest mnóstwo mężczyzn w kiltach. Nikt nie zwróci na nas uwagi.

- Co zrobicie, kiedy ją znajdziecie? - zagadnął Gregori.

- Pogadamy sobie - mruknął Connor, wychodząc.

Angus przypomniał sobie oczy Emmy Wallace, koloru whisky, i jej kuszące usta. Miałby ochotę na coś więcej niż rozmowę. Zakręcił piersiówkę, wziął miecz i ruszył do drzwi. Czas na łowy.

- W takim razie zostanę tu, skoro tak bardzo wam na tym zależy. - Gregori wziął butelkę Angusa z biurka. -Zaopiekuję się tym do waszego powrotu.

Emma Wallace przestępowała z nogi na nogę. Nocny chłód nie doskwierał, póki szła, ale kiedy zbyt długo chowała się za drzewem, drętwiały jej nogi.

Ta część Central Parku była martwa, wymarła nawet dla nieumarłych. Zarzuciła na ramię płócienną torbę i z przyjemnością słuchała kojącego grzechotu drewnianych kołków. Wysunęła się z kryjówki i wróciła na chodnik. Wypłoszyła ptaki spomiędzy drzew i ciszę przerwał głośny trzepot skrzydeł.

W czarnym ubraniu, kurtce i spodniach, wtapiała się w mrok. Nie do wiary, że idąc dalej na południe, dojdzie do ulic tętniących życiem po dzisiejszych paradach.

Chyba dlatego park zalegała głęboka cisza. Może wampiry dziś polują na ulicach. Po całym dniu raczenia się zielonym piwem i whisky mało kto skojarzy, co się dzieje.

Nagle chodnik stał się szerszy, lepiej oświetlony. Emma spojrzała na księżyc. Prawie pełnia. Chmury rozpłynęły się, był widoczny w całej okazałości.

Niewyraźny ruch zwrócił jej uwagę. Spuściła wzrok. Nieco dalej, od południa, na granitowym głazie dostrzegła jakąś postać. Mężczyzna, stał tyłem do niej. Język mgły muskał jego kilt. Światło księżyca odbijało się w ciemnoru-dych włosach. Wydawał się nierzeczywisty jak duch szkockiego wojownika.

Westchnęła. Właśnie tego dziś potrzeba światu - wojowników, rycerzy chcących zwalczać zło. Czasami przytłaczała ją świadomość, że siły zła wciąż się odradzają i tak trudno je pokonać. Z tego, co wiedziała, na całym świecie jest tylko jeden pogromca wampirów - ona. Ale nie dlatego było trudno je pokonać. Większość ludzi nie wie nawet o istnieniu wampirów. Miała żal do szefa, słabego i nieskutecznego. Sean Whelan nie chciał doprowadzić do starcia z wampirami, kazał swoim ludziom tylko obserwować i śledzić przeciwnika.

A zdaniem Emmy to za mało, przynajmniej od tamtej koszmarnej nocy przed sześciu laty. Nie chciała teraz o tym myśleć, przekonała się, że istnieją lepsze sposoby, by uporać się ze smutkiem, niż roztrząsanie przeszłości. Wiedziała, jak pokonać wroga. Rzecz w tym, by złapać wampira, kiedy się posila, i wtedy go zabić, jednym szybkim ciosem kołka w serce. Każdy unicestwiony przez nią krwiopijca, wampir zamieniony w proch, sprawiał, że czuła się bezpieczniej.

Poklepała torbę z kołkami. Oznaczyła je niezmywal-nym flamastrem - na jednej napisała „Mama”, na drugiej -„Tata”. Sprawdzały się bez zarzutu. Miała już cztery wampiry na koncie. A to dopiero początek.

Wróciła wzrokiem do mężczyzny w kilcie na granitowym głazie. Gdzie się podziali prawdziwy mężczyźni? Wojownicy gotowi samotnie zmierzyć się z niebezpieczeństwem?

Mgła rozpłynęła się i Emma widziała jego sylwetkę w srebrzystym świetle księżyca. Zaparło jej dech w piersiach. Robił wrażenie. Wysoki, barczysty, miał na sobie ciemny sweter i kilt, który trzepotał na wietrze, odsłaniając muskularne uda. Dobry Boże. Byłby z niego wspaniały wojownik. Silny i bezlitosny w walce.

Nagle pochylił się, uniósł skraj kiltu i zajrzał pod spód, by zaraz puścić kilt i pomajstrować poniżej pasa.

Emma się skrzywiła. Zabawia się ze sobą? Uniósł coś do ust i zaczął pić. Światło księżyca odbijało się od metalu. Piersiówka. Nieźle. Nie dość, że zboczeniec, to jeszcze alkoholik. Westchnęła, odwróciła się i ruszyła na północ.

Co za głupota marnować czas na fantazje o dzielnym szkockim wojowniku. Mogła się domyślić, że to jeden z tysięcy przebierańców, którzy rozochoceni paradą włóczą się pijani po mieście. Zresztą w jej zawodzie nie może sobie pozwolić na emocje. Wróg jest przecież bezwzględny.

Trzasnęła jakaś gałązka, Emma stanęła i nasłuchiwała. Ścieżka zakręcała w lewo, nie widziała, co się tam kry-je, ale słyszała szelest liści pod stopami. Kroki się zbliżały; wstrzymała oddech.

W jej stronę szedł mężczyzna. Miał na sobie długi czarny płaszcz, taki sam, jak wampir, którego zabiła poprzedniej nocy. Może wszystkie zaopatrują się w tym samym sklepie dla krwiopijców? Postawiła torbę na ziemi i wyjęła kołek.

Zbliżał się. Łatwiej jest zabić wampira, gdy się pożywia, ale nie widziała w pobliżu żadnej ofiary. To nic, zwabi go, sama będzie przynętą.

Spojrzała na niego niewinnie.

- Chyba zabłądziłam. Wie pan, jak stąd wyjść? Zatrzymał się i uśmiechnął.

- Miałem nadzieję, że spotkam kogoś takiego jak ty.

Akurat. Źródło pożywienia. Pieprzony krwiopijca. Emma szerzej rozstawiła nogi, by nie stracić równowagi, gdy zaatakuje. Za plecami zacisnęła dłoń na kołku.

- To dobrze.

- Wspaniale! - Rozwiązał pasek w płaszczu.

Dopiero wtedy zobaczyła owłosione łydki. Dobry Boże, on nie ma na sobie spodni!

- Ta-dam! - Zamaszystym ruchem rozchylił poły płaszcza.

Cholera! Nie ma na sobie absolutnie nic!

To się nazywa pech - chciała zapolować na wampira, a spotkała ekshibicjonistę.

- I co ty na to? - Dumnie demonstrował swoje klejnoty. - Niezły, co?

- Przepraszam na moment. - Wypuściła z dłoni kołek, za to sięgnęła po komórkę przymocowaną do paska. Zadzwoni po policję, niech go zgarną, zanim przyprawi jakąś biedną staruszkę o zawał serca.

- O rany, możesz nim robić zdjęcia? - wykrzyknął z zachwytem. - Świetny pomysł! Wrzucisz je do Internetu? Poczekaj, lepiej się ustawię. - Stanął bokiem, żeby erekcja była lepiej widoczna.

- Super. Wytrzymaj jeszcze chwilę. - Otworzyła klapkę telefonu i wtedy ciemny cień zasłonił jej widok.

Natychmiast sięgnęła za siebie.

Fałszywy alarm. Wypuściła kołek z dłoni. To nie wampir. Ale jej serce i tak biło jak szalone, bo przed nią stał mężczyzna w kilcie.

Rozdział i

bliska zrobił na niej jeszcze większe wrażenie. Emma skarciła się w myślach, gdy zdała sobie sprawę, że się na niego gapi. Jak mogła zapomnieć, że kilka minut temu zaglądał sobie pod kilt? Dlaczego faceci mają obsesję na punkcie swojego sprzętu?

Zerknęła za siebie. Ekshibicjonista wciąż prezentował światu swoje przyrodzenie, jednak pojawienie się męskiej konkurencji sprawiło, że trochę... oklapł.

- Pomóc pani? - Miękki głos mężczyzny w kilcie łaskotał jej nerwy, tak jak szkocki wiatr muska wrzosowisko. Niósł wspomnienie lepszych czasów, gdy bliscy Emmy żyli i całej rodzinie mieszkającej w Szkocji niczego nie brakowało do szczęścia.

Zmarszczyła brwi. Nie może sobie pozwolić na luksus wspomnień, przynajmniej dopóki nie pomści pamięci najbliższych.

- Ten mężczyzna panią napastuje? - Szkot nie dawał za wygraną. W spojrzeniu intensywnie zielonych oczu Emma dostrzegła inteligencję i jeszcze coś, czego nie umiała nazwać. Ciekawość? Zdawał się czegoś szukać.

- Sama dam sobie radę, dziękuję. - Uniosła podbródek.

Ekshibicjonista zarechotał.

- O tak, skarbie, zajmij się mną!

Skrzywiła się. Fatalny dobór słów. Ekran jej komórki zgasł, więc włączyła go i wcisnęła dziewiątkę.

Mężczyzna w kilcie podszedł do ekshibicjonisty.

- Radzę, żebyś zostawił panią w spokoju.

- Byłem tu pierwszy - warknął ekshibicjonista. - Spadaj, koleś.

Emma stłumiła jęk. Jeszcze tego brakowało. Pijany Szkot i ekshibicjonista zaraz się o nią pokłócą. Wcisnęła jedynkę.

- Och, bardzo mi przykro, że się wtrąciłem, zwłaszcza że ty zachowujesz dobre maniery. - Uniósł brew. -Paradujesz po parku z obwisłym ptakiem na wierzchu.

- Nie jest obwisły! Twardy jak skała! - Spuścił wzrok.

- A przynajmniej był, póki nam nie przeszkodziłeś. - Jego dłoń powędrowała w dół. - Nie martw się, skarbie, ani się obejrzysz, a będę w pełni sił.

- Nie musisz się spieszyć, jeśli o mnie chodzi. -Schowała telefon. Nie zadzwoni po policję. Gdyby musia-ła tu zostać i zeznawać, z polowania nici. - Muszę już iść. Zapomniałam nakarmić kota. - Pewnie dlatego, że nie miała go wcale.

- Poczekaj! - Zawołał za nią ekshibicjonista. - Nie zrobiłaś zdjęcia!

- Nie, ale zapewniam cię, że ten widok utrwalił się w mojej pamięci.

Mężczyzna w kilcie się roześmiał.

- Spadaj, człowieku. Nikt nie chce oglądać twojego małego paszka.

- Małego? Jak śmiesz! Idę o zakład, że jest większy niż twój.

Szkot splótł ręce na piersi i stanął w rozkroku.

- No to przegrałeś.

- Tak? Udowodnij!

- Panowie, proszę! - Emma pojednawczo uniosła ręce.

- Naprawdę nie muszę oglądać... - Zagryzła usta i opuściła dłonie. Co się niby stanie, gdy Szkot zadrze kilt? Robił to już dziś; nie ma prawa mu zabraniać, to wolny kraj.

Spojrzała na Szkota. Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, w oczach czaiły się figlarne iskierki. O nie! Podejrzewał, że ona chce zobaczyć jego męskość! Poczerwieniała.

- Na co czekasz, Szkocie? - Ekshibicjonista promieniał, pewny zwycięstwa. - Ślicznotka będzie sędzią -oznajmił.

Cofnęła się i pokręciła głową.

- Nie mam odpowiednich kwalifikacji. Ani ochoty.

- Nie martw się, skarbie, jestem przygotowany. - Wyjął z kieszeni płaszcza mały okrągły srebrzysty przedmiot. -Musisz tylko nam zmierzyć i powiedzieć, który ma dłuższego.

Szkot uniósł brew.

- Nosisz przy sobie miarkę?

- Oczywiście. - Ekshibicjonista się napuszył. - Prowadzę pamiętnik i dbam o dokładny zapis. - Oparł dłonie na biodrach. - To dla mnie bardzo ważna sprawa.

- Świetnie - mruknęła Emma. - No cóż, panowie było... ciekawie, ale na mnie już czas. Sami sobie zmierzcie. - Odwróciła się i ruszyła do drzewa, za którym zostawiła torbę z kołkami.

- Nie! - wrzasnął ekshibicjonista, rzucając się za nią.

Została świetnie wyszkolona i wiedziała, kiedy nastąpi atak, odgadywała to po ruchu powietrza za plecami. Odskoczyła i przybrała ulubioną pozę. Zareagowała błyskawicznie, jak zawsze, ale Szkot był szybszy. W ułamku sekundy sięgnął za siebie, wyjął miecz i oparł ostrze na szyi ekshibicjonisty.

Emma znieruchomiała, ekshibicjonista wybałuszył oczy ze strachu.

- Mówiłem ci, że mój jest większy - warknął Szkot. -Jeszcze krok w jej stronę, a skrócę cię o głowę.

- Nie rób mi krzywdy. - Przerażony mężczyzna cofał się, zapinając płaszcz, podczas gdy Szkot szedł za nim i wciąż trzymał ostrze przy jego grdyce.

- Radzę, żebyś od tej pory pamiętał o majtkach. A teraz wynoś się.

- Jasne. Co tylko chcesz, człowieku.

Ekshibicjonista zniknął za zakrętem. Szkot uniósł miecz, z cichym zgrzytem wsunął go do pochwy na plecach.

Emma wpatrywała się w niego zafascynowana grą mięśni na jego potężnych ramionach, ale zaraz przywołała się do porządku.

- Dlaczego nosisz miecz?

- To claymore - szkocki miecz dwuręczny. Nie obawiaj się, już nic ci nie grozi.

- Mam się czuć bezpiecznie w towarzystwie nieznajomego z wielkim mieczem?

Uśmiechnął się powoli.

- Mówiłem, że mój jest większy.

Typowo męska arogancja.

- Miałam na myśli twój miecz, a nie twojego małego ptaszka.

Spojrzał na nią urażony.

- Obrażasz mnie? Nie mam wyjścia, muszę się bronić, dokonując prezentacji. To kwestia honoru. A ja jestem honorowy.

- I pijany. Śmierdzisz whisky.

Zrobił wielkie oczy.

- Owszem, wpiłem odrobinę, ale nie jestem pijany. -Podszedł bliżej i ściszył głos.

- Przyznaj, dziewczyno. Liczyłaś, że co nieco pokażę.

No, tego już za wiele!

- Idę. Dobranoc. - Podeszła do drzewa, żeby zabrać torbę. Była na siebie zła. Co za wstyd. Takiej jak ona profesjonalistki nic nie może dekoncentrować, a już na pewno nie szeroka klatka piersiowa czy zielone oczy jakiegoś przystojniaka.

- Jestem ci winien przeprosiny.

Zarzuciła torbę na ramię. Starała się go ignorować, ale coś ją w nim pociągało.

- Zazwyczaj nie omawiam szczegółów anatomicznych, zanim się nie przedstawię - ciągnął.

Stłumiła uśmiech. Może to szkocki strój albo akcent obudził nostalgiczne wspomnienia i zatęskniła za ojczyzną? Przebywała w Stanach od dziewięciu miesięcy. Zerknęła na niego, a kiedy uśmiechnął się, serce jej mocniej zabiło. Cholera. Powinna już iść.

Wyjęła kołek zza paska i wrzuciła do torby. Była spięta, czuła na sobie baczne spojrzenie Szkota. Głos rozsądku nakazywał odejść, ale zwyciężyła ciekawość. Kim jest? Dlaczego spaceruje po parku z mieczem?

- Przyjechałeś na paradę?

- Przyjechałem dziś - odparł po chwili wahania.

Unika odpowiedzi.

- Dla przyjemności czy w interesach?

- Intryguję cię, prawda? - Kącik jego ust drgnął w uśmiechu.

Wzruszyła ramionami.

- Ciekawość zawodowa. Pracuję w służbach policyjnych; to normalne, że zainteresowałam się, dlaczego nosisz broń.

Uśmiechnął się szerzej.

- Może chcesz mnie rozbroić?

Dumnie uniosła głowę.

- Zapewniam cię, że gdybym chciała, mogłabym to zrobić.

- A niby jak? - Wskazał jej torbę. - Mój claymore kontra twoje patyczki?

Nie będzie mu tłumaczyć, dlaczego nosi ze sobą drewniane kołki. Skrzyżowała ręce na piersi i zmieniła temat.

- Jak ci się udało zabrać miecz na pokład samolotu? I przejść przez kontrolę celną?

Naśladując jej gest, zaplótł ręce na piersi.

- Dlaczego po nocy sama włóczysz się po parku?

- Lubię sobie pobiegać. Teraz ty odpowiedz.

- Nikt ci nigdy nie mówił, że niebezpiecznie jest biegać z zaostrzonym patykiem?

- Służy mi do obrony. Twoja kolej. Po co ci miecz?

- Służy mi do obrony, dzięki niemu przegoniłem tego napastnika.

- Wystarczyło mocniej tupnąć.

Uśmiechnął się.

- Chyba masz rację.

Zagryzła usta, żeby nie odwzajemnić uśmiechu. Denerwował ją, ale i pociągał.

- Miałeś mi powiedzieć, dlaczego biegasz po Central Parku z mieczem.

- Lubię mieć go pod ręką. W każdej sytuacji.

Wyobraziła go sobie w łóżku. Nagiego. Z wielkim... mieczem.

- Nie rozumiem. Z taką posturą i bez broni dasz sobie radę.

- Miło, że to zauważyłaś.

Zauważyła? Oby tylko. W wyobraźni już go rozbierała, a jeśli wierzyć błyskom w jego oczach, drań wyczuł, że zrobił na niej wrażenie. Prześlizgnęła się wzrokiem po niebiesko-zielonym kilcie i dostrzegła rękojeść noża w skarpecie. Serce zabiło jej szybciej. Facet jest uzbrojony po zęby. Może powinna go obszukać. I wezwać pogotowie.

- Nazywasz się jakoś?

- Aye.

Wciąż się uśmiechał. Denerwujący typ.

- Niech zgadnę. Conan Barbarzyńca?

Roześmiał się.

- Angus.

- A nazwisko masz?

- Aye. - Otworzył torebkę zawieszoną u pasa.

Cofnęła się, w obawie, że szuka broni.

- Co tam masz? - Sporran był zniszczony, jakby korzystał z niego na co dzień.

- Nie obawiaj się, szukam wizytówki. - Wyjął piersiówkę, którą widziała już wcześniej, i szperał w skórzanej sakiewce.

Zaplotła ręce na piersi i czekała.

- To, czego szukasz, zawsze jest na samym dnie, mam taki sam problem z torebką.

Łypnął na nią gniewnie.

- To nie torebka; rzecz wywodząca się ze starej szkockiej tradycji. Bardzo męska.

- Wygląda jak torebka. - Spojrzała na niego niewinnie.

Zazgrzytał zębami. Trafiła w czuły punkt.

- To sporran.

Zacisnęła usta, żeby się nie roześmiać. Nic dziwnego, że facet przypadł jej do gustu. Przy nim uśmiechała się, a minęło sporo czasu, odkąd czuła się beztrosko i swobodnie. Misja przesłaniała wszystko inne, liczyła się tylko walka z wrogiem.

- Co tam masz oprócz whisky? Resztki haggisu?

- Bardzo śmieszne - burknął, choć jego usta wygięły się w uśmiechu. - Skoro już musisz wiedzieć, mam telefon komórkowy, taśmę klejącą...

- Taśmę? - Była rozbawiona.

- Nie doceniasz jej zalet. Taśma klejąca świetnie się sprawdza przy krępowaniu rąk i nóg.

- Chcesz kogoś skrępować? - Spojrzała na niego ze współczuciem. - Biedaku, tak trudno ci znaleźć chętną kobietę?

Uśmiechnął się.

- Sprawdza się też doskonale w uciszaniu rozgadanej buzi. - Zatrzymał spojrzenie na jej ustach. I spoważniał.

Serce Emmy biło coraz szybciej. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że prawie przestała oddychać. Czuła narastające napięcie. Podkuliła palce u stóp.

W jego zielonych oczach dostrzegła coś więcej niż pożądanie; widziała w nich inteligencję. Wcale nie jest pijany, uświadomiła sobie. I widzi więcej niż mężczyźni, których znała do tej pory. Miała wrażenie, że stoi przed nim całkiem naga.

Podszedł bliżej.

- A jak ty się nazywasz?

Boże drogi, kiedy na nią patrzył, jej puls przyspieszał, a mózg zwalniał. Weź się w garść, dziewczyno.

- Emma. - Wołała nie ryzykować, przedstawiła się tylko z imienia, jak on.

- Bardzo mi miło. - Skłonił się lekko i podał jej pogniecioną wizytówkę.

- Masz może latarkę w sporranie? - Księżyc znów skrył się za chmurami; nie mogła odczytać drobnego pisma.

- Nie, w ciemnościach widzę jak kot. - Spojrzał na wizytówkę. - Prowadzę małą agencję detektywistyczną.

- Och. - Wsunęła kartkę do kieszeni, później ją obejrzy. - Jesteś zawodowym ochroniarzem?

- Potrzebujesz ochrony? Dziewczyna, która lubi włóczyć się nocą po parku, powinna mieć ochroniarza.

- Potrafię o siebie zadbać. - Poklepała torbę z kołkami. Zmarszczył brwi.

- Wybrałaś dziwną broń.

- iy też. Jak ochronisz klienta, gdy zaatakuje go ktoś z bronią palną? Nie obraź się, ale claymore jest odrobinę przestarzały.

- Mam też inne atuty - odparł z uśmiechem, podchodząc bliżej.

- Na pewno. - Zaschło jej w gardle.

- Mógłbym zapytać o to samo. Jak chcesz obronić się lichym kołkiem, gdy napastnik ma broń palną... Albo miecz?

Przełknęła ślinę.

- Chcesz mnie sprowokować?

- Wołałbym nie, walka nie byłaby fair.

Znów ta męska arogancja.

- Nie doceniasz mnie.

Przechylił głowę i przyglądał się jej uważnie.

- Być może. Mogę zobaczyć ten twój patyczek?

Zawahała się.

- Czemu nie. - Sięgnęła do torby i podała mu kołek. Gdyby coś głupiego przyszło Szkotowi do głowy, błyskawicznie kopnie go w nadgarstek.

- Kołki to kiepska broń - powiedział, przyjrzawszy mu się dokładnie.

- Nieprawda. Okazały się bardzo przydatne w... -Skrzywiła się. Drań ją podpuszczał, chciał żeby się wygadała. - Są bardzo użyteczne.

- Do czego? - Przesunął palcem po ostrzu.

- Są ostre, zapewniają mi ochronę.

Zmarszczył brwi, obracając kołek w dłoniach.

- Coś tu jest napisane.

- Nic ważnego. - Wyciągnęła rękę po kołek, ale Angus cofnął się.

- Mama? - Zrobił wielkie oczy.

Emma się skrzywiła. Naprawdę dobrze widział po ciemku. Przyglądał się jej badawczo. Chciała wyrwać mu z ręki kołek. Szarpnęła, ale zacisnął dłoń.

- Dlaczego napisałaś na kołku „Mama”? - szepnął.

- Nie twoja sprawa. - Wyszarpnęła kołek i wrzuciła do torby.

- Och, dziewczyno... - W jego głosi było współczucie. Rozzłościło ją to. Jak on śmie rozdrapywać stare rany?

Nikomu nie wolno kruszyć jej zbroi.

- Nie masz prawa...

- Ty nie masz prawa niepotrzebnie ryzykować - przerwał jej gniewnie. - Włóczyć się po parku nocą, mając tylko kilka kołków do ochrony? To szaleństwo. Jest przecież ktoś, kto cię kocha. I na pewne nie chce, żebyś ryzykowała życie.

- Nie! - Dźgnęła go palcem. - Nie waż się prawić mi kazań. Nic o mnie nie wiesz.

- A chciałbym.

- Nikt mnie nie powstrzyma! - Odwróciła się na pięcie i pobiegła wąską alejką. Niech go szlag trafi. Owszem, byli tacy, którzy ją kochali, ale już nie żyją.

- Emma! - zawołał za nią. - Znajdę cię, jeśli tu jutro przyjdziesz.

- Nie licz na to! - krzyknęła ze złością, nie odwracając się. Niech go szlag! Mam prawo pomścić rodziców!

Powinna była mu pokazać, co potrafi; rozbroić Angusa i skrępować jego własna pieprzoną taśmą. Zwolniła. Kusiło ją, by zawrócić i dać mu nauczkę.

Zerknęła za siebie. Alejka była pusta. Dokąd poszedł? Chyba nie wystraszył się i nie uciekł z podkulonym ogonem. Rozejrzała się dokoła. Żadnego ruchu wśród drzew. Chłodny powiew wiatru rozwiał jej włosy. Odgarnęła je z twarzy i nasłuchiwała - przede wszystkim umysłem, wyczulona na myśli innych.

Nagle przeszył ją dreszcz. Zapięła kurtkę na suwak, postawiła kołnierz. Czuła się dziwnie. Nie słyszała żadnych myśli, ale wiedziała, że ktoś ją obserwuje.

Sięgnęła do torby po kołek. Dobrze chociaż, że to tylko jedna osoba. Czyżby Angus? Kim właściwie jest? Sprawdzi go, gdy wróci do domu.

Brama parku znajdowała się niedaleko. Emma przebiegła kamienny mostek i szła wzdłuż stawu. Intrygował ją przystojny, seksowny Szkot. Przyjemnie się z nim rozmawiało, póki nie zaczął jej karcić jak małej dziewczynki. Co go napadło? Stał się nieznośny, gdy wziął kołek w dłonie. Dlaczego facet z wielkim mieczem denerwuje się na widok małego kołka?

Zatrzymała się gwałtownie. Boże, nie.

Serce waliło jej jak młotem. Nie on, tylko nie on. Na pewno nie jest wampirem. A może? Odwróciła się gwałtownie. Spojrzała nawet na wodę, jakby oczekiwała, że on wynurzy się z toni.

Spokojnie. To nie wampir. Przecież wiedziałaby to. Poczułaby. Nie zaatakował, tylko prawił kazania o bezpieczeństwie. Czuła whisky w jego oddechu. A który wampir pija coś innego niż krew?

Co więcej, pił ze srebrnej piersiówki. Srebro parzy wampiry.

Parę miesięcy temu, tuż po przyjeździe, czytała raporty z wydarzeń zeszłego lata, gdy chłopcy z „Trumny” wypatrzyli grupę wampirów. Tu, w Central Parku, z córką szefa. Niektórzy towarzyszący Shannie nosili kilty. Szkoci, uzbrojeni w miecze. Wyglądało, że piersiówka Angusa jest srebrna, co nie znaczy, że wykonano ją z tego kruszcu. Może z aluminium. Albo z cyny.

O Boże. Niewykluczone, że jest wampirem.

Trzeba było go załatwić, gdy miała po temu okazję. Podeszła do bramy, wbiegła schodami na Piątą Aleję. Cholera, Angus widział kołki. Wie, że ona tropi wampiry. I pewnie je uprzedzi, że czyha na nie pogromczyni.

Zamarła, machając na taksówkę. Mijały ją samochody, z oddali dobiegał stukot końskich kopyt, przejechała dorożka. Odgłosy miasta Emma słyszała jak przez mgłę, była przerażona, gdy uświadomiła sobie prawdę.

Angus wiedział, kim ona jest. Noce bezkarnych polowań to już przeszłość. Teraz wampiry wezmą odwet. Zażądają jej głowy. Ale pragnienie, by pomścić rodziców, dodawało Emmie sił. Nie odpuści, będzie walczyć.

Rozdział 3

/\) iech to szlag trafi. Wszystko zepsuł.

Angus obserwował, jak Emma przechodzi przez kamienny mostek szybkim, zdecydowanym krokiem. Zamiast ją przekonać, by dała sobie spokój, podsycił w niej tylko chęć do wykorzystania tych przeklętych kołków.

Roman i Jean-Luc mieli rację. Jest w gorącej wodzie kąpany. Ale, do cholery, wkurzało go, że taka ładna młoda dziewczyna naraża się na niebezpieczeństwo. Podejrzewał, że chce pomścić kogoś więcej niż ofiary Malkontentów z Central Parku - swoją matkę. Stąd to jej zaangażowanie i pasja, co nie zmienia faktu, że sama prosi się o kłopoty. Prowadziła niebezpieczną grę, mogącą świadczyć o braku rozwagi, ale przecież Emma Wallace nie było głupia czy nierozważna.

Od razu zauważył, że jest bystra i szybka. Miała zdolności paranormalne, wyczuła jego obecność, choć udało mu się zamaskować swoje myśli i położenie. Może będzie musiał przygwoździć ją do ziemi, zmusić w ten sposób, by go wysłuchała.

Kiedy sobie wyobraził, jak pod nim leży, poczuł, że nabrzmiewa. Cholera. Zerknął na sporran - przekrzywił się nieco. Nie wróci przecież do Romana w takim stanie. Byłby pośmiewiskiem wszystkich przez najbliższe sto lat.

Patrzył, jak Emma biegnie na Piątą Aleję. Poruszał się bezgłośnie, utrzymując bezpieczną odległość, jednak dobrze ją widział dzięki wyostrzonemu wzrokowi. Gdy zatrzymała taksówkę, miała w oczach strach. I dobrze. Najwyższy czas, by do niej dotarło, że igra z ogniem.

Musi coś zrobić. Jeśli Malkontenci przyłapią dziewczynę na gorącym uczynku, zabiją bez chwili wahania. Dla nich śmiertelni to tylko źródło pożywienia. Wampiry są szybsze i silniejsze niż ludzie. Emma nie ma szans. Chyba że on ją powstrzyma.

Patrzył, jak zwinnie wślizguje się do taksówki. Taka śliczna. I niesamowita. Wyczuwał w niej siłę. Trzy zabójstwa w lecie, jedno tej wiosny. Niezła z niej wojowniczka. Ciekawe, gdyby wykorzystała energię w inny sposób...

Nabrzmiał jeszcze bardziej. Cholera. Ma ponad pięćset lat, a stanął mu jak młodzikowi. Sam nie wiedział, śmiać się czy płakać. Minęło tyle czasu, odkąd ostatnio miał erekcję, mógł więc uważać, że jest bardziej żywy niż martwy, co w jego położeniu miało sens.

Z westchnieniem skierował się w stronę kamienicy Romana na Upper East Side. Wołał się nie teleportować, chciał mieć czas do namysłu. I odczekać, aż uspokoi się burza pod kiltem.

Dlaczego w taki sposób nie reaguje na nieśmiertelne kobiety? Jest mnóstwo chętnych wampirzyc, choćby w jego haremie. Owszem, są ładne, ale ich próżność i wymagania bywają irytujące. Emma to co innego. Bystra, niezależna, odważna. Ma wszystkie cechy, które cenił u mężczyzn. Ba, nawet umie walczyć.

Ze zdumieniem uświadomił sobie, że Emma jest taka jak on. Chociaż nie. Jest dużo młodsza i bardziej żywa. No i ma kobiecy wdzięk.

Jednak pociągało go w niej coś więcej niż uroda. Była wojownikiem jak on, mierzyła się ze złem. Oboje chcieli chronić słabszych, niewinnych. Wyczuwał w niej pokrewną duszę. Uświadomi jej to, a wtedy Emma stanie się sprzymierzeńcem, nie wrogiem.

W oknach domu Romana było ciemno, odkąd harem wyprowadził się, a on sam zamieszkał w White Plains z żoną, śmiertelniczką. Zostali jedynie Connor i dwaj inni strażnicy. łan strzegł budynku, Dougal pilnował Romatechu.

Angus zawsze zatrzymywał się tu podczas pobytu w Nowym Jorku. Za dnia bezpieczeństwa lokatorów strzegły aluminiowe żaluzje w oknach, a ochroniarzami byli pracownicy Agencji MacKay.

Emma Wallace na pewno sprawdzi jego firmę, kiedy tylko przeczyta wizytówkę. Pewnie domyśli się, że nie jest zwykłym śmiertelnikiem.

I dobrze. Nie chciał, żeby dzieliły ich tajemnice.

On też zamierzał ją sprawdzić, zebrać jak najwięcej informacji o Emmie Wallace. Dzięki temu będzie wiedział, co zrobić, by ją przekonać do ich sprawy. Wojna psychologiczna. Nie tak bezpośrednia jak zwykłe metody, ale też ta sprawa jest nietypowa. Nie może przecież ot, tak, walnąć jej claymore’em. Musi być bardziej subtelny. Bardziej... uwodzicielski.

Uśmiechnął się. Czas na walkę.

Rozejrzał się i wbiegł po schodach do drzwi. Uliczka była ciemna i cicha. Idealna okazja, by wypróbować system alarmowy, który zainstalował kilka miesięcy temu. Odkąd Roman teleportował się bezpośrednio do siedziby klanu rosyjskiego, Angus obawiał się, że Rosjanie spróbują tej samej sztuczki.

Upewnił się, że na ulicy nikogo nie ma, i teleportował się do ciemnego holu. Ledwie się zmaterializował, rozległ się alarm - dźwięk o wysokiej częstotliwości, słyszalny jedynie dla psów i wampirów.

Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie i ktoś już przy nim stał. To łan zareagował błyskawicznie. Kilt falował mu wokół kolan. Trzymał nóż przy gardle Angusa.

- A, to ty. - łan wsunął nóż do pochwy u pasa. - Mało brakowało, a nadziałbym cię na ostrze.

Angus poklepał młodziutkiego wampira po plecach.

- Szybki jak zawsze, co? Miło cię widzieć. - Podszedł do kontrolki przy drzwiach i dezaktywował alarm. - Gdybyś patrzył na monitor, zobaczyłbyś mnie przy drzwiach i nie zdziwiłoby cię, że nagle znalazłem się w środku.

łan zwiesił głowę, speszony, że opuścił stanowisko.

- Byłem w kuchni. Mamy towarzystwo.

- Czyje? - Angus poszedł do kuchni. Spod przymkniętych drzwi wypływała smuga srebrzystego światła. Pchnął je lekko i zobaczył Gregoriego, który sączył blissky.

MacKay, skarcił go wzrokiem.

- Co tu robisz? Czemu przeszkadzasz łanowi? Powinieneś być w Romatechu.

Gregori się skrzywił.

- Milutki jesteś, nie ma co. Roman oczekuje raportu w sprawie pogromcy, ale ty i Connor przepadliście bez śladu. Zresztą chciałem zrobić ci przyjemność i odnieść twoją flaszkę.

Angus podniósł butelkę pod światło. Sporo z niej ubyło. Gregori się uśmiechnął.

- Do połowy pełna. - Spoważniał, gdy MacKay łypnął groźnie. - No dobrze, wypiłem odrobinę, ale jest do połowy pełna.

Gdy do kuchni wszedł łan, Gregori powiedział:

- On też pił.

- Tylko mały łyczek - tłumaczył łan. - Wiem, że jestem na służbie.

- No właśnie. - Angus zagryzł usta, żeby się nie uśmiechnąć. Nowy napój fusion na pewno okaże się przebojem. - Zadzwoń do Connora i daj mu znać, że tu jestem. -Skinął na lana, dając do zrozumienia, że ten ma wyjść.

- Jasne. - Młody wampir wziął komórkę ze stolika i wyszedł do holu.

- I co mi powiesz, wielkoludzie? - Gregori rozpierał się na krześle. - Znaleźliście pogromcę? To jedna z tych laseczek? - Komicznie poruszył brwiami.

Angus zgromił go spojrzeniem.

- Może daruję ci, że wypiłeś moją blissky, jeśli powiesz mi, co jest nie tak z maleństwem.

- Z czym? Mów po ludzku, kolego.

- Z maleństwem, z dzieciątkiem. Co jest nie tak.

- Och. - Gregori spoważniał. - To sprawa osobista.

- Twoje jaja też. Jeśli chcesz wciąż je mieć, powiesz, co się dzieje.

- Co?! Odpuść sobie te sterydy, bracie.

- Nie potrzebuję drągów. Jestem wredny z natury.

- Właśnie widzę. - Gregori zmrużył oczy. - Chyba nie skrzywdziłeś tej małej, stary?

MacKay się uśmiechnął. Zaczynał rozumieć, czemu Roman tak bardzo polubił Gregoriego.

- Wiesz co? Ty mi powiesz o dziecku, a ja ci o laseczce.

- Dobra. - Wskazał mu krzesło naprzeciwko.

Angus położył miecz na środku stołu i usiadł.

- Dzieciątku coś zagraża?

- Nie wiadomo. Nasi lekarze twierdzą, że nic mu nie jest.

- To chłopiec?

- Tak. Żałuj, że nie widziałeś twarzy Romana, kiedy mi to mówił. Pękał z dumy.

- Więc w czym rzecz? Tylko mów prawdę. Angus skrzyżował ręce na piersi i zmrużył oczy. Zawsze wyczuwam kłamstwo, a chyba nie chcesz, żebym się rozgniewał.

- Jasne. Umieram ze strachu. - Gregori przewrócił oczami. - No dobrze. Kilka miesięcy temu Shanna zauważyła, że dziecko śpi za dnia, za to uaktywnia się w nocy. Roman zaczął wtedy panikować.

Angus oparł się na łokciach.

- Obawia się, że maleństwo to istota nocy? I dlatego chodzą do lekarza wampira? Ale przecież posłużył się ludzkim nasieniem?

- Tak, ale usunął z niego DNA dawcy i wprowadził swoje.

- Żeby to on był ojcem. Nie widzę problemu. - Angus zerknął w bok, do kuchni weszli Connor i łan.

- Mam nadzieję, że miałeś więcej szczęścia niż ja. -Connor wyjął z lodówki butelkę sztucznej krwi i wstawił do mikrofalówki. - Przez całą noc włóczyłem się po północnej części Central Parku i zdybałem tylko pary kochanków.

- A niech to! - Gregori uderzył pięścią w stół. -Wiedziałem, że powinienem z tobą iść.

Zapadła cisza. Trzej Szkoci wpatrywali się w niego, aż Gregori poczerwieniał. Niespokojnie poruszył się na krześle.

- Chyba przydałaby mi się dziewczyna.

- Nam wszystkim - mruknął łan.

Zadźwięczała mikrofalówka i Connor wyjął butelkę. -Zanim zaczniemy opłakiwać stracone miłości, chcę dowiedzieć się o pogromcy. Znalazłeś ją, Angus?

- Ją? - zdziwił się łan.

- Aye, znalazłem. - Spojrzał na Gregoriego. - Ale najpierw on opowie mi o maleństwie Romana.

Gregori zerknął na Connora.

- Powiedział, że nic mi nie powie o pogromcy, póki nie dowie się o dziecku.

Connor skrzywił się i pociągnął łyk z butelki.

- Roman chciał zatrzymać to w tajemnicy.

- Myślisz, że nie umiem trzymać języka za zębami? -obruszył się MacKay. - Dochowałem więcej sekretów, niż możesz sobie wyobrazić. Naprawdę muszę ci przypominać, że pracujesz dla mnie?

- Aye, ale wiem, że mam chronić Romana i właśnie to robię.

- Powiedz, w czym rzecz.

Connor z westchnieniem oparł się o blat.

- Roman przeprowadził różne testy, żeby się przekonać, czy może znów stać się śmiertelny.

- Tak jak Darcy Newhart. I co?

- Okazało się, że procedura jest możliwa, tylko jeśli ma się pierwotne DNA wampira z czasów, gdy był śmiertelny -ciągnął Connor. - Podczas badań nad naszym DNA odkrył coś... dziwnego. Ale wtedy Shanna już była w ciąży.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Connor znów pociągnął spory łyk.

- Nasze DNA mutuje. Minimalnie, ale jednak. Jest inne niż u śmiertelnika.

- Więc dziecko Romana...

- Może być takie jak my - dokończył Connor. - Już nie jesteśmy do końca ludźmi.

Angus poczuł na plecach zimny dreszcz. Jakie będzie to maleństwo? Nie całkiem człowiekiem. Cholera. Gregori nerwowo bębnił palcami w stół, a ten dźwięk doprowadzał Angusa do szału. Pomyślał o Emmie. Niby jak ma ją przekonać, że jest dobry, skoro nie jest nawet człowiekiem? Zacisnął pięść. Nagle miał ochotę komuś przyłożyć. Gregori nadawał się do tego doskonale.

- Shanna wie?

- Aye - odparł Connor. - Ale twierdzi, że jej to nie przeszkadza, że kocha Romana i dziecko też, bez względu na wszystko.

- Wyjątkowa kobieta. - Angus spiorunował wzrokiem Gregoriego, licząc, że ten przestanie bębnić w stół.

Zadziałało. Przestał i pochylił się nad stołem.

- Wyobrażacie to sobie? - mówił. - Jesteśmy mutantami! Jak wojownicze żółwie ninja!

Angus zamrugał.

- Jesteśmy... jak żółwie?

Gregori parsknął śmiechem, a łan tylko pokręcił głową.

- Nie, nie jesteśmy jak żółwie, mamy wampiryczne DNA - powiedział Connor.

Gregori klepnął się w kolano, rozbawiony.

- A niech mnie! Przeraziłem cię, co?

MacKay zmrużył oczy.

- Connor, jeśli ty go nie załatwisz, ja to zrobię. Sam się prosi.

łan zakrył usta, tłumiąc śmiech. Connor skrzyżował ręce na piersi i spojrzał ze znudzeniem na Gregoriego.

Ten wytarł łzy z oczu.

- Nie możecie mnie zabić. Odpowiadam w Romatechu za marketing.

Angus uniósł brew.

- Uważasz, że jesteś niezbędny?

- No pewnie. Zajmuję się promocją napojów fusion. Widzieliście reklamy w Digital Vampire Network? To moje dzieło.

MacKay wyjął sgian dubh z pochwy pod sporranem i wbił wzrok w zabójcze ostrze.

- Rzadko oglądam telewizję. Nie mam czasu, ciągle zabijam.

Gregori spoważniał.

- Bracie, wyluzuj. Kup sobie nową kieckę. Ciesz się życiem.

- Cieszę się pracą, a im więcej przelewam krwi, tym lepiej. - Zerknął na Connora. - Chcesz to zrobić czy zostawisz mi ten zaszczyt?

Usta Connora drgnęły w uśmiechu.

- Nie możecie mnie skrzywdzić - wykrzyknął Gregori, zrywając się z krzesła. - Roman mnie potrzebuje, sprzedaję jego produkty.

- A co, jeśli przestaniesz kręcić reklamy, wampiry przerzucą się na produkt konkurencji? - zainteresował się Angus.

Gregori zmarszczył czoło i poluzował krawat.

- Przecież nie ma żadnej konkurencji. Tylko Draganesti produkuje krew syntetyczną.

- Och. - MacKay przesuwał palcem wzdłuż ostrza sgian dubh. - Widzisz, oglądałem często telewizję, i to wystarczyło, by wiedzieć, jak nazywa się takich jak ty. Jesteś zbędnym elementem. Piątym kołem u wozu.

Gregori wybałuszył oczy.

- Nie zrobisz mi krzywdy. Roman mnie lubi.

- Jesteś tego pewny?

Connor zachichotał.

- Dosyć żartów, Angus. Powiedz o pogromcy.

MacKay wsunął sgian dubh do pochwy i uśmiechał się do lana i Connora. Promienieli.

- Zawsze możemy załatwić go później.

- Do diabła! - Gregori spiorunował wzrokiem Szkotów. - Macie idiotyczne poczucie humoru. - Odsunął clay-more’a Angusa na bok i przysiadł na blacie. - Ciekawe, jak wasze durne miecze spiszą się w starciu z pogromcą z bazooką.

Angus skinął głową.

- Zanim to wszystko się skończy, twoje życzenie może się spełnić.

- A więc miałeś rację? - zainteresował się Connor. - To Emma Wallace?

- Aye. Spotkałem ją w parku, miała torbę pełną kołków.

- Zniszczyłeś je? - wtrącił się łan.

- Nie. - MacKay wstał i wziął miecz ze stołu. - Ale dopilnowałem, żeby wyszła z parku. Dziś już nikogo nie zabije.

- A jutro? - spytał. - Rozmawiałeś z nią? Przekonałeś, żeby dała sobie spokój?

- Jutro się z nią spotkam. Powiedzcie Romanowi, że nie ma się czym martwić. Zajmę się Emmą Wallace. - Wyszedł szybkim krokiem.

- Chwila. - Connor dołączył do niego w holu. - Jaka ona jest? Da się przekonać?

- Bardzo zaangażowana, uparta. I dumna.

- To mi kogoś przypomina.

- Chcesz powiedzieć, że ona i ja jesteśmy nieco podobni? Też tak czuję.

Connor ściszył głos.

- Potrzebujesz pomocy?

- Nay. - Sądząc po minie Connora, odpowiedział zbyt ostro. Odchrząknął. - Sam to załatwię.

- Pomyślałem, że nasza wersja może okazać się łatwiejsza do zaakceptowania, gdy potwierdzi ją ktoś oprócz ciebie.

- Nay. - Angus chwycił poręcz schodów. Skąd ta nagła zaborczość, gdy chodziło o Emmę Wallace? Czy odmówił Connorowi, bo Emma stanowi wyzwanie, z którym sam chciał się zmierzyć? A może to coś więcej? - Zajmę się tym. Sam.

Connor pochylił głowę.

- Jak chcesz.

Angus stał przy schodach, skąd bez problemu mógł się teleportować na każde piętro. Szybciej znajdzie się na piątym piętrze.

- To fajna dziewczyna - szepnął za nim Connor.

Angus zmierzył go gniewnym wzrokiem, ale Connor łypnął znacząco. Drań.

- Roman będzie zły, jeśli skorzystam z jego gabinetu?

- Nay. Chcesz dowiedzieć się czegoś o pannie Wallace?

- Aye. Wiedząc, dlaczego zabija, postaramy się usunąć powód i...

- Przestanie zabijać - dokończył Connor. - Dobry plan.

- Mam nadzieję stać się jej sprzymierzeńcem.

Connor westchnął.

- Od wroga do sprzymierzeńca daleka droga.

- Austin Erickson przeszedł na naszą stronę.

- Ale nigdy nie mordował wampirów. Panna Wallace zabiła czterech naszych pobratymców, przynajmniej o tylu wiemy. Jest bardziej zawzięta, niż Austin kiedykolwiek był.

- Aye, stanowi wyzwanie, ale nie popełnimy błędu. -Angus podniósł głowę. - Mnie nie pokona.

Connor się wycofał.

- A zatem dobranoc.

- Dobranoc. - Angus teleportował się na piąte piętro, do gabinetu Romana. Włączył komputer, wyjął butelkę syntetycznej krwi z lodówki. Grupa zero, taka sama jak krew Emmy. Niektórzy uważają ją za zbyt mdłą i nijaką, ale on gustował w prostych posiłkach. Ogrzał butelkę w mikrofalówce i wciągał świeży, smakowity zapach. Taki jak Emma. Dostatecznie mocny, by dodać energii. Wrócił do gabinetu, popijając krew. Do kolejnego spotkania jutrzejszej nocy będzie wiedział wszystko, co konieczne. Już nie mógł się doczekać.

Emma rzuciła torbę kołków na stolik w kuchni i podeszła do lodówki, by poszukać czegoś na śniadanie. A może na kolację, czy jak tam określić posiłek po całej nocy pracy. Zaburczało jej w brzuchu. Otworzyła lodówkę.

- Świetnie - mruknęła, wpatrzona w maleńki pojemnik jogurtu o obniżonej zawartości tłuszczu i zwiędniętą sałatę. W drodze do domu zapomniała wpaść do sklepu. To wina tego Szkota. Wciąż o nim myślała; jest wampirem czy nie?

Z westchnieniem sięgnęła po jogurt truskawkowy. Może Angus to normalny facet. Zdarła wieczko z jogurtu, odkleiła łyżeczkę. W tym mężczyźnie nie było nic zwyczajnego. Mądry, przystojny, czarujący, idealny pod każdym względem, ale czy żywy? Rzuciła okiem na drzwi wejściowe. Były zamknięte na trzy zasuwki, mrugające światełko wskazywało, że system alarmowy działa.

Ale przecież wampir może się teleportować.

Jej maleńkie mieszkanko w SoHo dałoby się obejść w kilku krokach. Zostawiła jogurt na niskim stoliku i podeszła do okna. Wyrównała żaluzje. Wkrótce wstanie słońce, a za dnia będzie bezpieczna. Na ulicy było pusto, nie licząc sznura zaparkowanych samochodów i kilku rannych ptaszków, którzy wyszli z psami na spacer. Zwierzaki załatwiały swoje sprawy, a zaspani właściciele czekali z kubkiem kawy w jednej ręce i torebką na psie kupy w drugiej.

Emma opuściła żaluzje i podeszła do jaskrawoczerwo-nej kanapy. Może powinna sprawić sobie psa - wówczas już nigdy nie byłaby sama. Trudno decydować się na związek, skoro z nikim nie można porozmawiać o pracy czy swoich tajemnicach. Niestety, niewykluczone, że polowanie na wampiry wkrótce przestanie być tajemnicą. Jeśli Angus jest wampirem, doskonale wie, po co jej kołki. Pytanie tylko, czy zdradzi ją przed pozostałymi wampirami?

Wyciągnęła jego wizytówkę z kieszeni. Biały arkusik z godłem jego klanu w lewym górnym rogu, ozdobiony paskiem zielono-niebieskiego tartanu; taki sam wzór był na kil-cie Angusa. Poniżej widniało jego nazwisko i napis: „Usługi Detektywistyczne”, oraz adresy w Londynie i Edynburgu.

MacKay Usługi Detektywistyczne? Brzmiało znajomo. Otworzyła laptopa i zajrzała do bazy danych.

Na ekranie pojawiło się logo realizatorów projektu „Trumna”. Zajadając jogurt, szukała informacji o firmie Angusa.

Skoro agencja miała siedzibę w Londynie i Edynburgu, co on robi w Nowym Jorku?

Komputer skończył szukać. Firma Angusa MacKaya zajmowała się ochroną koncernu Romatech Industries.

Emma przełknęła ślinę. To jeszcze nie dowód, że Angus jest wampirem, ale na pewno informacja, że ma konszachty z wrogiem. Właścicielem Romatechu był najpotężniejszy, najbogatszy wampir na Wschodnim Wybrzeżu, przywódca klanu, Roman Draganesti, wynalazca i producent syntetycznej krwi i zięć Seana Whelana, szefa Emmy.

Sean i ludzie z ekipy cały wysiłek kierowali na poszukiwania córki. Emma nie zgadzała się z tym, ale nie mogła dyskutować z przełożonym. Sumiennie pracowała w biurze, a potem szła na polowanie. Zabijanie wampirów powinno być głównym zadaniem. Właśnie dlatego dołączyła do ekipy.

Seana interesowało gromadzenie informacji. Emmę interesowało jedynie, czy delikwent jest wampirem. Jeśli tak, musi umrzeć.

Wpisała adres witryny internetowej z wizytówki An-gusa. Strona agencji wypełniła ekran. Pod nazwą, mniejszą czcionką:

„Założona w 1927”. I na dole strony - adresy w Londynie i Edynburgu oraz informacja: „Konsultacja wyłącznie po wcześniejszym ustaleniu terminu”. Podano także link.

Emma kliknęła go i znalazła się w zakładce mejlowej. Napisała liścik.

„To wiadomość dla Angusa MacKaya. Zastanawiam się, czy jesteś martwy, czy żywy”.

Wahała się, czy wysłać. A jeśli odpowie? Tętno jej przyśpieszyło na tę myśl. Wysłała. Nie powinna porozumiewać się z wrogiem, ale z drugiej strony, nie wiedziała na pewno, że nim jest. Jego strona internetowa nie pomogła. Właściwie to tylko jeden ekran. Niechętnie udzielał informacji o sobie.

Odblokowała telefon komórkowy. Przy odrobinie szczęścia, jej były szef, pracoholik, z MI6 wciąż siedzi w biurze. Zawsze mawiał, że terroryści nie mają wolnych weekendów, więc dlaczego on miałby mieć? Wybrała numer. Jeden dzwonek, dwa, trzy. Sięgnęła po jogurt.

- Robertson.

Przełknęła szybko.

- Brian, tu Emma.

- Emmo, moja droga, witaj! Jak jankesi? Dobrze cię traktują?

- Tak. W porządku. Ja... Zastanawiałam się, czy nie wiesz czegoś o firmie z Londynu i Edynburga. Agencja MacKay.

- Sprawdzę. Poczekaj.

Zajadała jogurt i czekała.

Kim jest Angus? Na pewno nie stara się działać potajemnie. Facet w kilcie ze szkockim mieczem obosiecznym nie może działać w ukryciu. To cud, jeśli połowa kobiet na Manhattanie jeszcze nie straciła głowy na jego widok.

Mama zawsze nalegała, by tata wkładał bieliznę pod kilt. On droczył się z nią, mówił, że zapomniał, a mama wtedy zaciągała go do sypialni, żeby sprawdzić, czy jest odpowiednio ubrany. Kontrola trwała zazwyczaj co najmniej godzinę. Emma się uśmiechnęła. Miała trzynaście lat, gdy pojęła, czemu to zawsze tak długo trwa.

- Emma? - Głos Briana wyrwał ją z zadumy.

- Tak, jestem.

- Agencję MacKay założył w 1927 Angus MacKay Trzeci. W 1960 prezesem był Alexander MacKay. W 1995 firmę przejął Angus MacKay.

- Rozumiem. - Więc Angus jest synem Aleksandra i wnukiem założyciela, Angusa Trzeciego. Chyba że... był nimi trzema. - Są jakieś zdjęcia?

- Nie. Starają się nie zwracać na siebie uwagi. Nie reklamują się. Nie ma ich nawet w książce telefonicznej.

- Dziwne.

- Przypuszczam, że prowadzą interesy na tyle długo, by mieć wszystkich klientów, jakich potrzebują. O, to ciekawe...

- Co?