Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Dobry wampir to martwy wampir. To motto nieustraszonej pogromczyni wampirów – do czasu gdy spotka najbardziej seksownego nieumarłego w swojej zabójczej karierze.
Serce Angusa MacKaya z pewnością zabiłoby szybciej na widok Emmy Wallace, gdyby nie to, że zatrzymało się na zawsze pięćset lat temu. A teraz Angus może spodziewać się tylko, że wybranka potraktuje je dość brutalnie – Emma to pogromczyni wampirów, najlepsza w swoim fachu. Angus by ujść z życiem, musi ją przekonać, że mają wspólnego śmiertelnie niebezpiecznego wroga. W tym celu zamierza wykorzystać swój niesamowity nieodparty urok…
[Opis]
Cykl: Miłość na kołku, t. 3
/Wampiry wolą szatynki, Kerrelyn Sparks, 2010 rok, ISBN 9788324137145, wydanie I, Amber/
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna im. Aleksandra Skulteta w Tczewie
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego (2)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (3)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Morągu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy (5)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (2)
Biblioteka Publiczna Gminy i Miasta Zduny (Wielkopolskie)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wampirywoląszatynki
KERRELYN
SPARKS
Wampirywoląszatynki
PrzekładEWA SPIRYDOW1CZ
Redakcja stylistyczna
Lucyna Łuczyńska
Korekta
Jolanta Gomółka
Elżbieta Steglińska
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Foniok
Zdjęcia na okładce
© Zbigniew Foniok
Skład
Wydawnictwo AMBER
Monika E. Zjawińska
Druk
Opolgraf S.A., Opole
Tytuł oryginału
Be Still My Vampire Heart
Copyright © 2007 by Kerrelyn Sparks
Published by arrangement with HarperCollins Publishers.
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-3714-5
Warszawa 2010. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Pamięci wspaniałych kobiet,
które nauczyły mnie, jak być silną - Faye Oldham,
Twili Sparks, Sally Rundle i Margaret Smith
Angus MacKay teleportował się niejeden raz w ciągu czterystu dziewięćdziesięciu trzech lat swojego życia, ale zawsze gdy tego dokonał, niespokojnie zaglądał pod kilt, by upewnić się, że wszystko ma na swoim miejscu. Są pewne obszary, w których żaden mężczyzna, śmiertelny czy nie, nie chciałby okazać się niesprawny. Dziś jednak powstrzymał się, bo nie był sam. Znalazł się w gabinecie szefa Romatech Industries. Roman Draganesti siedział za biurkiem i przyglądał mu się spokojnie.
Roman się uśmiechnął.
Angus był zaskoczony. Przecież żartował.
Angus usiadł i położył sobie na kolanach pochwę z ulubionym mieczem.
Ledwie padło jej nazwisko, twarz Angusa stężała, zacisnął dłoń na rękojeści miecza.
Connor usiadł koło Angusa.
- Cholera. Więc kto morduje Malkontentów w Central Parku? Co prawda namieszał nam ten zabójca, ale też zasłużył na medal. - Angus popatrzył na podwładnego.
Connor się żachnął.
Angus skinął głową. Jego firma Agencja MacKay - Usługi Detektywistyczne ochraniała wielu przywódców klanów, w tym także Romana. Ostatnio uszczuplił oddział Connora o pięciu Szkotów.
Wołał nie mówić tego na głos. Ba, nie chciał o tym nawet myśleć. Przez trzysta lat sądzili, że najokrutniejszy wampir na świecie nie żyje, tymczasem okazało się, że tylko się przyczaił, wciąż jest owładnięty żądzą mordowania.
Angus zamrugał.
Zapadła kłopotliwa cisza. Wszyscy wiedzieli, że na czele tej komórki CIA stoi śmiertelny, teść Romana.
Angus odchrząknął.
Draganesti westchnął.
Angus też tak uważał, ale użyłby mocniejszego określenia.
MacKay zmrużył oczy.
Szkot uniósł brew i spojrzał najpierw na niego, potem na Romana.
Gregori zamrugał.
Draganesti zachichotał i otworzył szufladę.
Angus oderwał spojrzenie od butelki. Dlaczego żona Romana, śmiertelniczka, chodzi do lekarza w środku nocy?
Cholera, jednak coś jest nie tak. Klecha nigdy nie umiał kłamać.
Roman odchrząknął.
Draganesti uśmiechnął się pod nosem.
MacKay zmarszczył brwi i otworzył butelkę blissky. Jeszcze zdąży wyciągnąć z niego prawdę. Teraz napawał się aromatem dobrej szkockiej whisky.
Gregori wziął pierwszy folder.
Angus rozkoszował się kolejnym haustem blissky.
Gregori się roześmiał.
Connor podał mu akta kolejnej osoby.
Angus odstawił butelkę i wziął fotografię. Dech mu zaparło. Nic dziwnego, że Gregori węszył jak pies gończy. Dziewczyna miała delikatne rysy, jasną cerę i burzę ciemnych gęstych włosów. W piwnych oczach połyskiwały bursztynowe iskierki. Widział w nich inteligencję, zdecydowanie i pasję, która zdradzała duszę wojownika.
Connor pokręcił głową.
Angus odłożył zdjęcie. Miał wrażenie, że czuje na sobie jej badawczy wzrok.
Angus wyjął ze sporrana piersiówkę i napełnił ją blissky. - Zanosi się na długą noc, a to mnie rozgrzeje.
Angus przypomniał sobie oczy Emmy Wallace, koloru whisky, i jej kuszące usta. Miałby ochotę na coś więcej niż rozmowę. Zakręcił piersiówkę, wziął miecz i ruszył do drzwi. Czas na łowy.
Emma Wallace przestępowała z nogi na nogę. Nocny chłód nie doskwierał, póki szła, ale kiedy zbyt długo chowała się za drzewem, drętwiały jej nogi.
Ta część Central Parku była martwa, wymarła nawet dla nieumarłych. Zarzuciła na ramię płócienną torbę i z przyjemnością słuchała kojącego grzechotu drewnianych kołków. Wysunęła się z kryjówki i wróciła na chodnik. Wypłoszyła ptaki spomiędzy drzew i ciszę przerwał głośny trzepot skrzydeł.
W czarnym ubraniu, kurtce i spodniach, wtapiała się w mrok. Nie do wiary, że idąc dalej na południe, dojdzie do ulic tętniących życiem po dzisiejszych paradach.
Chyba dlatego park zalegała głęboka cisza. Może wampiry dziś polują na ulicach. Po całym dniu raczenia się zielonym piwem i whisky mało kto skojarzy, co się dzieje.
Nagle chodnik stał się szerszy, lepiej oświetlony. Emma spojrzała na księżyc. Prawie pełnia. Chmury rozpłynęły się, był widoczny w całej okazałości.
Niewyraźny ruch zwrócił jej uwagę. Spuściła wzrok. Nieco dalej, od południa, na granitowym głazie dostrzegła jakąś postać. Mężczyzna, stał tyłem do niej. Język mgły muskał jego kilt. Światło księżyca odbijało się w ciemnorudych włosach. Wydawał się nierzeczywisty jak duch szkockiego wojownika.
Westchnęła. Właśnie tego dziś potrzeba światu - wojowników, rycerzy chcących zwalczać zło. Czasami przytłaczała ją świadomość, że siły zła wciąż się odradzają i tak trudno je pokonać. Z tego, co wiedziała, na całym świecie jest tylko jeden pogromca wampirów - ona. Ale nie dlatego było trudno je pokonać. Większość ludzi nie wie nawet o istnieniu wampirów. Miała żal do szefa, słabego i nieskutecznego. Sean Whelan nie chciał doprowadzić do starcia z wampirami, kazał swoim ludziom tylko obserwować i śledzić przeciwnika.
A zdaniem Emmy to za mało, przynajmniej od tamtej koszmarnej nocy przed sześciu laty. Nie chciała teraz o tym myśleć, przekonała się, że istnieją lepsze sposoby, by uporać się ze smutkiem, niż roztrząsanie przeszłości. Wiedziała, jak pokonać wroga. Rzecz w tym, by złapać wampira, kiedy się posila, i wtedy go zabić, jednym szybkim ciosem kołka w serce. Każdy unicestwiony przez nią krwiopijca, wampir zamieniony w proch, sprawiał, że czuła się bezpieczniej.
Poklepała torbę z kołkami. Oznaczyła je niezmywalnym flamastrem - na jednej napisała „Mama”, na drugiej - „Tata”. Sprawdzały się bez zarzutu. Miała już cztery wampiry na koncie. A to dopiero początek.
Wróciła wzrokiem do mężczyzny w kilcie na granitowym głazie. Gdzie się podziali prawdziwy mężczyźni? Wojownicy gotowi samotnie zmierzyć się z niebezpieczeństwem?
Mgła rozpłynęła się i Emma widziała jego sylwetkę w srebrzystym świetle księżyca. Zaparło jej dech w piersiach. Robił wrażenie. Wysoki, barczysty, miał na sobie ciemny sweter i kilt, który trzepotał na wietrze, odsłaniając muskularne uda. Dobry Boże. Byłby z niego wspaniały wojownik. Silny i bezlitosny w walce.
Nagle pochylił się, uniósł skraj kiltu i zajrzał pod spód, by zaraz puścić kilt i pomajstrować poniżej pasa.
Emma się skrzywiła. Zabawia się ze sobą? Uniósł coś do ust i zaczął pić. Światło księżyca odbijało się od metalu. Piersiówka. Nieźle. Nie dość, że zboczeniec, to jeszcze alkoholik. Westchnęła, odwróciła się i ruszyła na północ.
Co za głupota marnować czas na fantazje o dzielnym szkockim wojowniku. Mogła się domyślić, że to jeden z tysięcy przebierańców, którzy rozochoceni paradą włóczą się pijani po mieście. Zresztą w jej zawodzie nie może sobie pozwolić na emocje. Wróg jest przecież bezwzględny.
Trzasnęła jakaś gałązka, Emma stanęła i nasłuchiwała. Ścieżka zakręcała w lewo, nie widziała, co się tam kryje, ale słyszała szelest liści pod stopami. Kroki się zbliżały; wstrzymała oddech.
W jej stronę szedł mężczyzna. Miał na sobie długi czarny płaszcz, taki sam, jak wampir, którego zabiła poprzedniej nocy. Może wszystkie zaopatrują się w tym samym sklepie dla krwiopijców? Postawiła torbę na ziemi i wyjęła kołek.
Zbliżał się. Łatwiej jest zabić wampira, gdy się pożywia, ale nie widziała w pobliżu żadnej ofiary. To nic, zwabi go, sama będzie przynętą.
Spojrzała na niego niewinnie.
Akurat. Źródło pożywienia. Pieprzony krwiopijca. Emma szerzej rozstawiła nogi, by nie stracić równowagi, gdy zaatakuje. Za plecami zacisnęła dłoń na kołku.
Dopiero wtedy zobaczyła owłosione łydki. Dobry Boże, on nie ma na sobie spodni!
Cholera! Nie ma na sobie absolutnie nic!
To się nazywa pech - chciała zapolować na wampira, a spotkała ekshibicjonistę.
Natychmiast sięgnęła za siebie.
Fałszywy alarm. Wypuściła kołek z dłoni. To nie wampir. Ale jej serce i tak biło jak szalone, bo przed nią stał mężczyzna w kilcie.
Z bliska zrobił na niej jeszcze większe wrażenie. Emma skarciła się w myślach, gdy zdała sobie sprawę, że się na niego gapi. Jak mogła zapomnieć, że kilka minut temu zaglądał sobie pod kilt? Dlaczego faceci mają obsesję na punkcie swojego sprzętu?
Zerknęła za siebie. Ekshibicjonista wciąż prezentował światu swoje przyrodzenie, jednak pojawienie się męskiej konkurencji sprawiło, że trochę... oklapł.
Zmarszczyła brwi. Nie może sobie pozwolić na luksus wspomnień, przynajmniej dopóki nie pomści pamięci najbliższych.
Ekshibicjonista zarechotał.
Skrzywiła się. Fatalny dobór słów. Ekran jej komórki zgasł, więc włączyła go i wcisnęła dziewiątkę.
Mężczyzna w kilcie podszedł do ekshibicjonisty.
Emma stłumiła jęk. Jeszcze tego brakowało. Pijany Szkot i ekshibicjonista zaraz się o nią pokłócą. Wcisnęła jedynkę.
Mężczyzna w kilcie się roześmiał.
Szkot splótł ręce na piersi i stanął w rozkroku.
Spojrzała na Szkota. Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, w oczach czaiły się figlarne iskierki. O nie! Podejrzewał, że ona chce zobaczyć jego męskość! Poczerwieniała.
Cofnęła się i pokręciła głową.
Szkot uniósł brew.
Została świetnie wyszkolona i wiedziała, kiedy nastąpi atak, odgadywała to po ruchu powietrza za plecami. Odskoczyła i przybrała ulubioną pozę. Zareagowała błyskawicznie, jak zawsze, ale Szkot był szybszy. W ułamku sekundy sięgnął za siebie, wyjął miecz i oparł ostrze na szyi ekshibicjonisty.
Emma znieruchomiała, ekshibicjonista wybałuszył oczy ze strachu.
Ekshibicjonista zniknął za zakrętem. Szkot uniósł miecz, z cichym zgrzytem wsunął go do pochwy na plecach.
Emma wpatrywała się w niego zafascynowana grą mięśni na jego potężnych ramionach, ale zaraz przywołała się do porządku.
Uśmiechnął się powoli.
Typowo męska arogancja.
Spojrzał na nią urażony.
Zrobił wielkie oczy.
No, tego już za wiele!
Zarzuciła torbę na ramię. Starała się go ignorować, ale coś ją w nim pociągało.
Stłumiła uśmiech. Może to szkocki strój albo akcent obudził nostalgiczne wspomnienia i zatęskniła za ojczyzną? Przebywała w Stanach od dziewięciu miesięcy. Zerknęła na niego, a kiedy uśmiechnął się, serce jej mocniej zabiło. Cholera. Powinna już iść.
Wyjęła kołek zza paska i wrzuciła do torby. Była spięta, czuła na sobie baczne spojrzenie Szkota. Głos rozsądku nakazywał odejść, ale zwyciężyła ciekawość. Kim jest? Dlaczego spaceruje po parku z mieczem?
Unika odpowiedzi.
Wzruszyła ramionami.
Uśmiechnął się szerzej.
Dumnie uniosła głowę.
Nie będzie mu tłumaczyć, dlaczego nosi ze sobą drewniane kołki. Skrzyżowała ręce na piersi i zmieniła temat.
Naśladując jej gest, zaplótł ręce na piersi.
Uśmiechnął się.
Zagryzła usta, żeby nie odwzajemnić uśmiechu. Denerwował ją, ale i pociągał.
Wyobraziła go sobie w łóżku. Nagiego. Z wielkim... mieczem.
Zauważyła? Oby tylko. W wyobraźni już go rozbierała, a jeśli wierzyć błyskom w jego oczach, drań wyczuł, że zrobił na niej wrażenie. Prześlizgnęła się wzrokiem po niebiesko-zielonym kilcie i dostrzegła rękojeść noża w skarpecie. Serce zabiło jej szybciej. Facet jest uzbrojony po zęby. Może powinna go obszukać. I wezwać pogotowie.
Wciąż się uśmiechał. Denerwujący typ.
Roześmiał się.
Cofnęła się, w obawie, że szuka broni.
Zaplotła ręce na piersi i czekała.
Łypnął na nią gniewnie.
Zazgrzytał zębami. Trafiła w czuły punkt.
Zacisnęła usta, żeby się nie roześmiać. Nic dziwnego, że facet przypadł jej do gustu. Przy nim uśmiechała się, a minęło sporo czasu, odkąd czuła się beztrosko i swobodnie. Misja przesłaniała wszystko inne, liczyła się tylko walka z wrogiem.
Uśmiechnął się.
Serce Emmy biło coraz szybciej. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że prawie przestała oddychać. Czuła narastające napięcie. Podkuliła palce u stóp.
W jego zielonych oczach dostrzegła coś więcej niż pożądanie; widziała w nich inteligencję. Wcale nie jest pijany, uświadomiła sobie. I widzi więcej niż mężczyźni, których znała do tej pory. Miała wrażenie, że stoi przed nim całkiem naga.
Podszedł bliżej.
Boże drogi, kiedy na nią patrzył, jej puls przyspieszał, a mózg zwalniał. Weź się w garść, dziewczyno.
Przełknęła ślinę.
Znów ta męska arogancja.
Przechylił głowę i przyglądał się jej uważnie.
Zawahała się.
Zmarszczył brwi, obracając kołek w dłoniach.
Emma się skrzywiła. Naprawdę dobrze widział po ciemku. Przyglądał się jej badawczo. Chciała wyrwać mu z ręki kołek. Szarpnęła, ale zacisnął dłoń.
Nikomu nie wolno kruszyć jej zbroi.
Powinna była mu pokazać, co potrafi; rozbroić Angusa i skrępować jego własna pieprzoną taśmą. Zwolniła. Kusiło ją, by zawrócić i dać mu nauczkę.
Zerknęła za siebie. Alejka była pusta. Dokąd poszedł? Chyba nie wystraszył się i nie uciekł z podkulonym ogonem. Rozejrzała się dokoła. Żadnego ruchu wśród drzew. Chłodny powiew wiatru rozwiał jej włosy. Odgarnęła je z twarzy i nasłuchiwała - przede wszystkim umysłem, wyczulona na myśli innych.
Nagle przeszył ją dreszcz. Zapięła kurtkę na suwak, postawiła kołnierz. Czuła się dziwnie. Nie słyszała żadnych myśli, ale wiedziała, że ktoś ją obserwuje.
Sięgnęła do torby po kołek. Dobrze chociaż, że to tylko jedna osoba. Czyżby Angus? Kim właściwie jest? Sprawdzi go, gdy wróci do domu.
Brama parku znajdowała się niedaleko. Emma przebiegła kamienny mostek i szła wzdłuż stawu. Intrygował ją przystojny, seksowny Szkot. Przyjemnie się z nim rozmawiało, póki nie zaczął jej karcić jak małej dziewczynki. Co go napadło? Stał się nieznośny, gdy wziął kołek w dłonie. Dlaczego facet z wielkim mieczem denerwuje się na widok małego kołka?
Zatrzymała się gwałtownie. Boże, nie.
Serce waliło jej jak młotem. Nie on, tylko nie on. Na pewno nie jest wampirem. A może? Odwróciła się gwałtownie. Spojrzała nawet na wodę, jakby oczekiwała, że on wynurzy się z toni.
Spokojnie. To nie wampir. Przecież wiedziałaby to. Poczułaby. Nie zaatakował, tylko prawił kazania o bezpieczeństwie. Czuła whisky w jego oddechu. A który wampir pija coś innego niż krew?
Co więcej, pił ze srebrnej piersiówki. Srebro parzy wampiry.
Parę miesięcy temu, tuż po przyjeździe, czytała raporty z wydarzeń zeszłego lata, gdy chłopcy z „Trumny” wypatrzyli grupę wampirów. Tu, w Central Parku, z córką szefa. Niektórzy towarzyszący Shannie nosili kilty. Szkoci, uzbrojeni w miecze. Wyglądało, że piersiówka Angusa jest srebrna, co nie znaczy, że wykonano ją z tego kruszcu. Może z aluminium. Albo z cyny.
O Boże. Niewykluczone, że jest wampirem.
Trzeba było go załatwić, gdy miała po temu okazję. Podeszła do bramy, wbiegła schodami na Piątą Aleję. Cholera, Angus widział kołki. Wie, że ona tropi wampiry. I pewnie je uprzedzi, że czyha na nie pogromczyni.
Zamarła, machając na taksówkę. Mijały ją samochody, z oddali dobiegał stukot końskich kopyt, przejechała dorożka. Odgłosy miasta Emma słyszała jak przez mgłę, była przerażona, gdy uświadomiła sobie prawdę.
Angus wiedział, kim ona jest. Noce bezkarnych polowań to już przeszłość. Teraz wampiry wezmą odwet. Zażądają jej głowy. Ale pragnienie, by pomścić rodziców, dodawało Emmie sił. Nie odpuści, będzie walczyć.
Niech to szlag trafi. Wszystko zepsuł.
Angus obserwował, jak Emma przechodzi przez kamienny mostek szybkim, zdecydowanym krokiem. Zamiast ją przekonać, by dała sobie spokój, podsycił w niej tylko chęć do wykorzystania tych przeklętych kołków.
Roman i Jean-Luc mieli rację. Jest w gorącej wodzie kąpany. Ale, do cholery, wkurzało go, że taka ładna młoda dziewczyna naraża się na niebezpieczeństwo. Podejrzewał, że chce pomścić kogoś więcej niż ofiary Malkontentów z Central Parku - swoją matkę. Stąd to jej zaangażowanie i pasja, co nie zmienia faktu, że sama prosi się o kłopoty. Prowadziła niebezpieczną grę, mogącą świadczyć o braku rozwagi, ale przecież Emma Wallace nie było głupia czy nierozważna.
Od razu zauważył, że jest bystra i szybka. Miała zdolności paranormalne, wyczuła jego obecność, choć udało mu się zamaskować swoje myśli i położenie. Może będzie musiał przygwoździć ją do ziemi, zmusić w ten sposób, by go wysłuchała.
Kiedy sobie wyobraził, jak pod nim leży, poczuł, że nabrzmiewa. Cholera. Zerknął na sporran - przekrzywił się nieco. Nie wróci przecież do Romana w takim stanie. Byłby pośmiewiskiem wszystkich przez najbliższe sto lat.
Patrzył, jak Emma biegnie na Piątą Aleję. Poruszał się bezgłośnie, utrzymując bezpieczną odległość, jednak dobrze ją widział dzięki wyostrzonemu wzrokowi. Gdy zatrzymała taksówkę, miała w oczach strach. I dobrze. Najwyższy czas, by do niej dotarło, że igra z ogniem.
Musi coś zrobić. Jeśli Malkontenci przyłapią dziewczynę na gorącym uczynku, zabiją bez chwili wahania. Dla nich śmiertelni to tylko źródło pożywienia. Wampiry są szybsze i silniejsze niż ludzie. Emma nie ma szans. Chyba że on ją powstrzyma.
Patrzył, jak zwinnie wślizguje się do taksówki. Taka śliczna. I niesamowita. Wyczuwał w niej siłę. Trzy zabójstwa w lecie, jedno tej wiosny. Niezła z niej wojowniczka. Ciekawe, gdyby wykorzystała energię w inny sposób...
Nabrzmiał jeszcze bardziej. Cholera. Ma ponad pięćset lat, a stanął mu jak młodzikowi. Sam nie wiedział, śmiać się czy płakać. Minęło tyle czasu, odkąd ostatnio miał erekcję, mógł więc uważać, że jest bardziej żywy niż martwy, co w jego położeniu miało sens.
Z westchnieniem skierował się w stronę kamienicy Romana na Upper East Side. Wołał się nie teleportować, chciał mieć czas do namysłu. I odczekać, aż uspokoi się burza pod kiltem.
Dlaczego w taki sposób nie reaguje na nieśmiertelne kobiety? Jest mnóstwo chętnych wampirzyc, choćby w jego haremie. Owszem, są ładne, ale ich próżność i wymagania bywają irytujące. Emma to co innego. Bystra, niezależna, odważna. Ma wszystkie cechy, które cenił u mężczyzn. Ba, nawet umie walczyć.
Ze zdumieniem uświadomił sobie, że Emma jest taka jak on. Chociaż nie. Jest dużo młodsza i bardziej żywa. No i ma kobiecy wdzięk.
Jednak pociągało go w niej coś więcej niż uroda. Była wojownikiem jak on, mierzyła się ze złem. Oboje chcieli chronić słabszych, niewinnych. Wyczuwał w niej pokrewną duszę. Uświadomi jej to, a wtedy Emma stanie się sprzymierzeńcem, nie wrogiem.
W oknach domu Romana było ciemno, odkąd harem wyprowadził się, a on sam zamieszkał w White Plains z żoną, śmiertelniczką. Zostali jedynie Connor i dwaj inni strażnicy. Ian strzegł budynku, Dougal pilnował Romatechu.
Angus zawsze zatrzymywał się tu podczas pobytu w Nowym Jorku. Za dnia bezpieczeństwa lokatorów strzegły aluminiowe żaluzje w oknach, a ochroniarzami byli pracownicy Agencji MacKay.
Emma Wallace na pewno sprawdzi jego firmę, kiedy tylko przeczyta wizytówkę. Pewnie domyśli się, że nie jest zwykłym śmiertelnikiem.
I dobrze. Nie chciał, żeby dzieliły ich tajemnice.
On też zamierzał ją sprawdzić, zebrać jak najwięcej informacji o Emmie Wallace. Dzięki temu będzie wiedział, co zrobić, by ją przekonać do ich sprawy. Wojna psychologiczna. Nie tak bezpośrednia jak zwykłe metody, ale też ta sprawa jest nietypowa. Nie może przecież ot, tak, walnąć jej claymore’em. Musi być bardziej subtelny. Bardziej... uwodzicielski.
Uśmiechnął się. Czas na walkę.
Rozejrzał się i wbiegł po schodach do drzwi. Uliczka była ciemna i cicha. Idealna okazja, by wypróbować system alarmowy, który zainstalował kilka miesięcy temu. Odkąd Roman teleportował się bezpośrednio do siedziby klanu rosyjskiego, Angus obawiał się, że Rosjanie spróbują tej samej sztuczki.
Upewnił się, że na ulicy nikogo nie ma, i teleportował się do ciemnego holu. Ledwie się zmaterializował, rozległ się alarm - dźwięk o wysokiej częstotliwości, słyszalny jedynie dla psów i wampirów.
Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie i ktoś już przy nim stał. To Ian zareagował błyskawicznie. Kilt falował mu wokół kolan. Trzymał nóż przy gardle Angusa.
Angus poklepał młodziutkiego wampira po plecach.
patrzył na monitor, zobaczyłbyś mnie przy drzwiach i nie zdziwiłoby cię, że nagle znalazłem się w środku.
Ian zwiesił głowę, speszony, że opuścił stanowisko.
MacKay, skarcił go wzrokiem.
Gregori się skrzywił.
Angus podniósł butelkę pod światło. Sporo z niej ubyło. Gregori się uśmiechnął.
Gdy do kuchni wszedł Ian, Gregori powiedział:
Angus zgromił go spojrzeniem.
MacKay się uśmiechnął. Zaczynał rozumieć, czemu Roman tak bardzo polubił Gregoriego.
Angus położył miecz na środku stołu i usiadł.
Angus oparł się na łokciach.
- Tak, ale usunął z niego DNA dawcy i wprowadził swoje.
Zapadła cisza. Trzej Szkoci wpatrywali się w niego, aż Gregori poczerwieniał. Niespokojnie poruszył się na krześle.
Zadźwięczała mikrofalówka i Connor wyjął butelkę. - Zanim zaczniemy opłakiwać stracone miłości, chcę dowiedzieć się o pogromcy. Znalazłeś ją, Angus?
Gregori zerknął na Connora.
Connor skrzywił się i pociągnął łyk z butelki.
Connor z westchnieniem oparł się o blat.
Connor znów pociągnął spory łyk.
Angus poczuł na plecach zimny dreszcz. Jakie będzie to maleństwo? Nie całkiem człowiekiem. Cholera. Gregori nerwowo bębnił palcami w stół, a ten dźwięk doprowadzał Angusa do szału. Pomyślał o Emmie. Niby jak ma ją przekonać, że jest dobry, skoro nie jest nawet człowiekiem? Zacisnął pięść. Nagle miał ochotę komuś przyłożyć. Gregori nadawał się do tego doskonale.
Zadziałało. Przestał i pochylił się nad stołem.
Angus zamrugał.
Gregori parsknął śmiechem, a Ian tylko pokręcił głową.
Gregori klepnął się w kolano, rozbawiony.
MacKay zmrużył oczy.
Ian zakrył usta, tłumiąc śmiech. Connor skrzyżował ręce na piersi i spojrzał ze znudzeniem na Gregoriego.
Ten wytarł łzy z oczu.
Angus uniósł brew.
MacKay wyjął sgian dubh z pochwy pod sporranem i wbił wzrok w zabójcze ostrze.
Gregori spoważniał.
Usta Connora drgnęły w uśmiechu.
Gregori zmarszczył czoło i poluzował krawat.
Gregori wybałuszył oczy.
Connor zachichotał.
MacKay wsunął sgian dubh do pochwy i uśmiechał się do Iana i Connora. Promienieli.
Angus skinął głową.
Connor ściszył głos.
Connor pochylił głowę.
Angus stał przy schodach, skąd bez problemu mógł się teleportować na każde piętro. Szybciej znajdzie się na piątym piętrze.
Angus zmierzył go gniewnym wzrokiem, ale Connor łypnął znacząco. Drań.
Connor westchnął.
Connor się wycofał.
Emma rzuciła torbę kołków na stolik w kuchni i podeszła do lodówki, by poszukać czegoś na śniadanie. A może na kolację, czy jak tam określić posiłek po całej nocy pracy. Zaburczało jej w brzuchu. Otworzyła lodówkę.
Z westchnieniem sięgnęła po jogurt truskawkowy. Może Angus to normalny facet. Zdarła wieczko z jogurtu, odkleiła łyżeczkę. W tym mężczyźnie nie było nic zwyczajnego. Mądry, przystojny, czarujący, idealny pod każdym względem, ale czy żywy? Rzuciła okiem na drzwi wejściowe. Były zamknięte na trzy zasuwki, mrugające światełko wskazywało, że system alarmowy działa.
Ale przecież wampir może się teleportować.
Jej maleńkie mieszkanko w SoHo dałoby się obejść w kilku krokach. Zostawiła jogurt na niskim stoliku i podeszła do okna. Wyrównała żaluzje. Wkrótce wstanie słońce, a za dnia będzie bezpieczna. Na ulicy było pusto, nie licząc sznura zaparkowanych samochodów i kilku rannych ptaszków, którzy wyszli z psami na spacer. Zwierzaki załatwiały swoje sprawy, a zaspani właściciele czekali z kubkiem kawy w jednej ręce i torebką na psie kupy w drugiej.
Emma opuściła żaluzje i podeszła do jaskrawoczerwonej kanapy. Może powinna sprawić sobie psa - wówczas już nigdy nie byłaby sama. Trudno decydować się na związek, skoro z nikim nie można porozmawiać o pracy czy swoich tajemnicach. Niestety, niewykluczone, że polowanie na wampiry wkrótce przestanie być tajemnicą. Jeśli Angus jest wampirem, doskonale wie, po co jej kołki. Pytanie tylko, czy zdradzi ją przed pozostałymi wampirami?
Wyciągnęła jego wizytówkę z kieszeni. Biały arkusik z godłem jego klanu w lewym górnym rogu, ozdobiony paskiem zielono-niebieskiego tartanu; taki sam wzór był na kilcie Angusa. Poniżej widniało jego nazwisko i napis: „Usługi Detektywistyczne”, oraz adresy w Londynie i Edynburgu.
