Waldorff. Ostatni baron Peerelu - Mariusz Urbanek - ebook
Opis

Opowieść o życiu Jerzego Waldorffa, ostatniego barona PRL-u i strażnika narodowej pamięci, legendy polskiej krytyki muzycznej, człowieka, który uratował przez zagładą Stare Powązki w Warszawie i przeprowadził największą w Polsce Ludowej prywatną, a więc nielegalną zbiórkę pieniędzy na wykup willi „Atma” w Zakopanem, w której powstało Muzeum Karola Szymanowskiego.
Opowieść o przedwojennym flircie Waldorffa z faszyzmem, powojennym współtworzeniu tygodnika „Przekrój”, fascynacji muzyką Szymanowskiego i „najmądrzejszym psie na świecie” – jamniku Puzonie, który był jego nieodłącznym towarzyszem podczas występów w telewizji. O przyjaźniach z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim i Stefanem Kisielewskim, młodzieńczym romansie z tajemniczym Isiem oraz o 60-letnim związku Jerzego Waldorffa z tancerzem Mieczysławem Jankowskim.

Tytuł nie zawiera zdjęć obecnych w wydaniu drukowanym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 427

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej ‌Ba­rec­ki

Re­dak­cja: Ewa ‌Paw­łow­ska ‌

Ko­rek­ta: Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik ‌

Na ob­wo­lu­cie wy­ko­rzy­sta­no ‌

ka­ry­ka­tu­rę ‌Je­rze­go Wal­dorf­fa ‌au­tor­stwa Szy­mo­na Ko­by­liń­skie­go ‌

i zdję­cie Mar­ty­ny Urba­nek

Na okład­ce wy­ko­rzy­sta­no zdję­cie Anny Pie­tusz­ko/FO­RUM

Au­to­rzy i źró­dła zdjęć:

Ar­chi­wum Bar­ba­ry Ku­kla­siń­skiej str.: 7, 14, 15, 19, 23, 25, 29, 33, 37, 41, 45, 46, 56, 63, 69 (rys. J. Sro­kow­skie­go), 79, 93, 101, 109, 117, 127, 143, 157, 171, 223, 251, 289, 316; ar­chi­wum ISKIER str.: 270; Da­nu­ta Ło­ma­czew­ska/EAST NEWS str.: 167; EAST NEWS/Lech Cha­re­wicz str.: 229, 277; Agen­cja SE/EAST NEWS str.: 295, 322; EAST NEWS/LA­SKI DIF­FU­SION str.: 309; PAP/COR­BIS str.: 187, 259, 265, 281, 285, 299, 304, 313; Anna Pie­tusz­ko/FO­RUM str.: 2-3, 303; Lemm & Świe­tlik/FO­RUM str.: 53 (re­pro­duk­cja); An­drzej Wier­nic­ki/FO­RUM str.: 179; Ja­nusz So­bo­lew­ski/FO­RUM str.: 199, 253; Alek­san­der Ja­ło­siń­ski/FO­RUM str.: 239; Wła­dy­sław Lemm, An­drzej Świe­tlik/FO­RUM str.: 245; Krzysz­tof Wój­cik/FO­RUM str.: 275

Wy­daw­nic­two do­ło­ży­ło wszel­kich sta­rań, by za­wrzeć sto­sow­ne umo­wy do­ty­czą­ce ma­te­ria­łu za­war­te­go w książ­ce, nie­ste­ty w kil­ku przy­pad­kach oka­za­ło się to nie­moż­li­we, dla­te­go wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych pro­si­my o pil­ny kon­takt z se­kre­ta­ria­tem wy­daw­nic­twa.

Co­py­ri­ght © by Ma­riusz Urba­nek, War­sza­wa 2008

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2008

ISBN 978-83-244-0281-6

Wy­daw­nic­two Iskry

ul. Smol­na 11

00-375 War­sza­wa

tel./faks: (0-22) 827-94-15

e-mail: [email protected]

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Kto chce, mówi do mnie „panie baronie”, ja mam to głęboko w nosie…

Nie wia­do­mo już, kto pierw­szy na­zwał go ba­ro­nem. On sam prze­ko­ny­wał, że nie ma do ta­kiej na­zwy pra­wa. Owszem, w po­ło­wie XIX wie­ku ary­sto­kra­tycz­ny ty­tuł ku­pił so­bie w Wied­niu i uży­wał jego cio­tecz­ny dzia­dek, Fran­ci­szek Ka­rol Szu­ster, ale bez pra­wa dzie­dzi­cze­nia.

– Kto chce, mówi do mnie „pa­nie ba­ro­nie”, ale ja mam to głę­bo­ko w no­sie – oświad­czył kie­dyś. Wo­lał przy­wo­ły­wać pra­sz­czu­ra her­bu Na­bram, któ­ry pod ro­do­wym za­wo­ła­niem miał wal­czyć w bi­twie pod Grun­wal­dem. I to by­najm­niej nie po stro­nie wojsk Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły, do­da­wał pro­wo­ka­cyj­nie.

– To wła­dze ko­mu­ni­stycz­ne su­ge­ro­wa­ły, że je­stem ba­ro­nem – tłu­ma­czył.

Wi­docz­nie, je­śli ktoś w PRL miał przy­po­mi­nać ba­ro­na: po­sta­wą, ję­zy­kiem, ma­nie­ra­mi i wy­nio­słą nie­za­leż­no­ścią, to wła­śnie Je­rzy Wal­dorff.

– Dla mnie jest ary­sto­kra­tą, choć­by nie miał na to do­ku­men­tów – po­wie­dzia­ła o nim kie­dyś hra­bi­na Anna Bra­nic­ka-Wol­ska. – Ary­sto­kra­cja du­cha nie po­trze­bu­je ta­kie­go po­twier­dze­nia.

Niechaj też wraz ze mną spocznie Mieczysław Jankowski…

Aneg­do­ta mówi, że je­sie­nią 1939 roku z War­sza­wy do za­ję­te­go przez Ro­sjan i prze­ka­za­ne­go na­stęp­nie Li­twi­nom Wil­na wy­ru­szy­ło trzech męż­czyzn. Jan Ekier, Mi­chał Tysz­kie­wicz i Je­rzy Wal­dorff. Szli po naj­więk­sze mi­ło­ści swe­go ży­cia. Ekier po ak­tor­kę Da­nu­tę Sza­flar­ską, Tysz­kie­wicz po Han­kę Or­do­nów­nę, Wal­dorff… po Mie­czy­sła­wa Jan­kow­skie­go.

Opo­wieść nie jest w stu pro­cen­tach praw­dzi­wa. Hra­bia Tysz­kie­wicz nie mógł wte­dy iść do Wil­na, ale Wal­dorff na­praw­dę prze­dzie­rał się przez dwie gra­ni­ce, żeby od­na­leźć czło­wie­ka, któ­re­go ko­chał. Two­rzy­li parę przez pra­wie sześć­dzie­siąt je­den lat.

Je­rzy Wal­dorff zmarł, gdy koń­czył się wiek XX. Czter­dzie­ści lat wcze­śniej spo­rzą­dził te­sta­ment. 30 kwiet­nia 1959 roku w obec­no­ści dwóch no­ta­riu­szy usta­no­wił swo­im spad­ko­bier­cą Mie­czy­sła­wa Jan­kow­skie­go, syna Jana i Ma­rii.

5 li­sto­pa­da 1989 roku uzu­peł­nił te­sta­ment o od­ręcz­ny ko­dy­cyl, roz­wi­ja­jąc wcze­śniej­szy za­pis. „Mie­czy­sław Jan­kow­ski, nasz da­le­ki po­wi­no­wa­ty, na prze­ło­mie lat 1939 i 1940 uciekł z Wil­na przed ła­pan­ka­mi so­wiec­ki­mi i zo­stał przy­ję­ty w War­sza­wie przez moją mat­kę za dru­gie­go syna, a prze­ze mnie jako brat z wy­bo­ru. Od­tąd idzie­my ra­zem przez ży­cie, miesz­ka­jąc, go­spo­da­ru­jąc wspól­nie po­nad pół wie­ku” – pi­sał.

W ostat­nim w ży­ciu wy­wia­dzie, któ­re­go udzie­lił Boh­da­no­wi Ga­dom­skie­mu, na py­ta­nie, kim jest męż­czy­zna, z któ­rym miesz­ka, od­po­wie­dział, że to cio­tecz­ny brat. Przy­je­chał do Pol­ski w 1939 roku, ucie­ka­jąc przed wy­wie­zie­niem na Sy­bir. „Tak jak stał, przy­szedł do na­sze­go domu i zo­stał uzna­ny przez moją mat­kę za dru­gie­go syna. Mat­ka umar­ła, a my obaj da­lej to­czy­my ten bar­dzo głę­bo­ko ka­wa­ler­ski ży­wot” – mó­wił.

Taka była wer­sja dla opi­nii pu­blicz­nej. „Miesz­ka z młod­szym bra­tem (cio­tecz­nym), eme­ry­tem Te­atru Wiel­kie­go w War­sza­wie” – in­for­mo­wał w 1990 roku dzien­ni­karz „Wprost”. Te­le­fo­ny od­bie­ra „pan Mie­czy­sław, da­le­ki ku­zyn Je­rze­go Wal­dorf­fa z Wil­na” – na­pi­sa­ła dwa lata póź­niej dzien­ni­kar­ka „Two­je­go Sty­lu”.

Praw­da była inna. Mie­czy­sław Jan­kow­ski nie był ani cio­tecz­nym bra­tem Wal­dorf­fa, ani da­le­kim ku­zy­nem. Był męż­czy­zną, z któ­rym Je­rzy Wal­dorff spę­dził ży­cie. Part­ne­rem, ko­chan­kiem i opie­ku­nem, bez któ­re­go pod ko­niec ży­cia, kie­dy po­ru­szał się już wy­łącz­nie o ku­lach, nie po­ra­dził­by so­bie.

„Mie­li­śmy przy­chod­ne słu­żą­ce, ale okra­da­ły nas” – pi­sał Wal­dorff w ko­dy­cy­lu do te­sta­men­tu. Wte­dy Mie­czy­sław Jan­kow­ski wziął na sie­bie trud pro­wa­dze­nia domu. Go­to­wał, sprzą­tał i prał. Nie zmu­sza­ły go do tego trud­ne wa­run­ki. Jako tan­cerz Te­atru Wiel­kie­go, a póź­niej in­spek­tor ba­le­tu i pe­da­gog w War­szaw­skiej Szko­le Ba­le­to­wej za­ra­biał wy­star­cza­ją­co dużo, żeby się utrzy­mać. Kie­dy prze­szedł na wcze­sną eme­ry­tu­rę przy­słu­gu­ją­cą tan­ce­rzom, była ona rów­nie wy­so­ka jak eme­ry­tu­ra Wal­dorf­fa. „…za sa­mo­dziel­ne pro­wa­dze­nie domu (…) nig­dy nie po­bie­rał żad­nej pen­sji, czym zy­skał we mnie dłuż­ni­ka, na jaką sumę?…” – na­pi­sał Wal­dorff w te­sta­men­cie.

Uzu­peł­niał swą ostat­nią wolę, do­brze wie­dząc, że pol­ski sys­tem praw­ny nie zna po­ję­cia „związ­ków part­ner­skich”. Oso­by ho­mo­sek­su­al­ne, mimo lat prze­ży­tych ra­zem, nie mają żad­nych wy­ni­ka­ją­cych z tego upraw­nień. Tak­że pra­wa do dzie­dzi­cze­nia po so­bie do­rob­ku wspól­ne­go ży­cia. Bał się, że kie­dy go za­brak­nie, czło­wiek, z któ­rym żył od pół wie­ku, może zo­stać po­zba­wio­ny wszyst­kie­go. Dla­te­go chciał, naj­le­piej jak umiał, za­bez­pie­czyć los Jan­kow­skie­go.

„W związ­ku z pa­nu­ją­cą w Pol­sce in­fla­cją nie moż­na usta­lić war­to­ści pra­cy Mie­czy­sła­wa Jan­kow­skie­go przez lata na­sze­go wspól­ne­go ży­cia” – pi­sał. Dla­te­go („Wo­bec fak­tu, że rów­nież w Pol­sce wa­lu­tą po­rów­naw­czą stał się do­lar USA” – na­pi­sał w ko­dy­cy­lu) zwró­cił się w tej spra­wie do Am­ba­sa­dy Sta­nów Zjed­no­czo­nych w War­sza­wie. Po­in­for­mo­wa­no go, że wy­kwa­li­fi­ko­wa­na po­moc do­mo­wa w USA otrzy­mu­je za go­dzi­nę pra­cy do 20 do­la­rów. „W tej sy­tu­acji za­pi­su mo­je­go w ak­cie no­ta­rial­nym nie moż­na trak­to­wać jako spad­ku na rzecz Mie­czy­sła­wa Jan­kow­skie­go, lecz jako czę­ścio­wą tyl­ko spła­tę dłu­gu, z ty­tu­łu jego na­leż­no­ści za pra­cę w moim domu przez tak dłu­gi czas. Na co zwra­cam uwa­gę władz po­dat­ko­wych!” – pod­su­mo­wał wy­li­cze­nia.

Było jesz­cze post­scrip­tum. Je­rzy Wal­dorff pro­sił wy­ko­naw­ców te­sta­men­tu, by wy­jed­na­li u władz ku­rii war­szaw­skiej zgo­dę na po­cho­wa­nie go na Po­wąz­kach po pół­noc­nej stro­nie ka­ta­kumb. Bo tam leży sta­ra War­sza­wa, je­dy­na, któ­rą na­praw­dę ko­chał i ak­cep­to­wał. „Nie­chaj też wraz ze mną spo­cznie Mie­czy­sław Jan­kow­ski” – na­pi­sał.

Nig­dy, do koń­ca ży­cia, nie ujaw­nił swo­jej orien­ta­cji sek­su­al­nej. Pod­czas te­le­wi­zyj­ne­go wy­wia­du na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych To­masz Ra­czek za­py­tał go, czy w ży­ciu, tak jak w mu­zy­ce, miał tyl­ko je­dy­ną mi­łość? Od­po­wie­dział krót­ko: – Jed­ną, ale pan wy­ba­czy, nie będę się z tego zwie­rzał. „…w kuch­ni do­strze­głem sto­ją­cą w far­tusz­ku od­po­wiedź na za­da­ne mu wcze­śniej py­ta­nie” – wspo­mi­nał wy­wiad Ra­czek. „…pan Mie­cio sie­dział w kuch­ni i nie wol­no mu było stam­tąd wy­cho­dzić” – do­dał już po la­tach.

W twór­czo­ści Wal­dorf­fa wą­tek uczu­cia do in­ne­go męż­czy­zny po­ja­wia się rzad­ko. W po­wie­ści Fi­drek i kil­ku opo­wia­da­niach. Ci, któ­rzy i tak wie­dzie­li, mu­sie­li do­strze­gać te ła­twe do od­czy­ta­nia sy­gna­ły, ci, któ­rzy się tyl­ko do­my­śla­li, da­lej po­zo­sta­wa­li z do­my­sła­mi.

W Tań­cu ży­cia ze śmier­cią opi­sał spo­tka­nie z przy­ja­cie­lem sprzed lat, z któ­rym wi­dy­wał się we Wło­szech, gdy zbie­rał ma­te­ria­ły do książ­ki o fa­szy­zmie. Krót­ka chwi­la na lot­ni­sku w Ko­pen­ha­dze nie sprzy­ja­ła roz­pa­mię­ty­wa­niu prze­szło­ści. „Nie­mo trzy­ma­li­śmy się za ręce, wpa­trze­ni so­bie w oczy.” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Po chwi­li gło­śni­ki za­czę­ły wzy­wać pa­sa­że­rów do od­pra­wy.

Mło­de­go Nor­we­ga, ty­tu­ło­we­go bo­ha­te­ra opo­wia­da­nia Olaf, po­znał pod­czas po­by­tu w Ber­gen. Więź ro­dzą­ca się mię­dzy chłop­cem, szu­ka­ją­cym ko­goś, kto po­mo­że mu wy­rwać się w świat, a męż­czy­zną, któ­ry pró­bu­je nie uro­nić nic z krót­kich chwil fa­scy­na­cji mło­do­ścią Ola­fa, prze­siąk­nię­ta jest ero­tycz­nym na­pię­ciem.

Moż­na ta­kich ak­cen­tów do­szu­ki­wać się tak­że w przed­wo­jen­nej ko­re­spon­den­cji Wal­dorf­fa z mat­ką. W 1937 roku, re­la­cjo­nu­jąc po­byt we Wło­szech, po­chwa­lił się, że w ho­te­lu ob­słu­gu­je go chło­piec pięk­ny jak anio­ło­wie na ob­ra­zach Pe­ru­gi­na. „Ma szes­na­ście lat, czar­ne oczy więk­sze chy­ba od ust i imię: Bo­na­wen­tu­ra” – za­chwy­cał się.

Ale wy­raź­nie była w Wal­dorf­fie po­trze­ba, żeby opo­wie­dzieć lu­dziom tak­że o czło­wie­ku, z któ­rym żył przez wszyst­kie te lata. Żeby wy­mie­nić przy­najm­niej jego imię. Tak jak w roz­mo­wie wy­po­wia­da się cza­sem imię uko­cha­nej oso­by tyl­ko po to, by je usły­szeć, bo prze­cież nikt inny go nie wy­po­wie. Ta­kich miejsc jest w jego książ­kach wie­le.

„Miesz­ka­li­śmy w trój­ką­cie przy­ja­ciół: u sie­bie Gał­czyń­scy, na pierw­szym pię­trze wil­li nie­opo­dal ma­larz Je­rzy Za­ru­ba ze swo­ją an­giel­ską żoną Flo­rą (…), w trze­cim rogu, w wy­na­ję­tym po­ko­ju – ja z Miet­kiem” – opo­wia­dał o ostat­nim przed­wo­jen­nym le­cie spę­dzo­nym w Ani­nie.

„Po­wsta­nie za­sko­czy­ło nas z Miet­kiem w sta­rej drew­nia­nej wil­li pod Pusz­czą Kam­pi­no­ską” – wspo­mi­nał rok 1944.

„Ze­rwa­łem się, szturch­ną­łem w bok Miet­ka: – Wsta­waj” – opi­sy­wał pierw­szą noc po wy­sie­dle­niu z War­sza­wy po klę­sce po­wsta­nia.

„Miesz­ka­li­śmy tyl­ko o jed­ną uli­cę od­le­gło­ści: oni na Szu­cha, ja z moim bra­tem Mie­czy­sła­wem na Ko­szy­ko­wej” – pi­sał o są­siedz­twie z Li­dią i Ste­fa­nem Ki­sie­lew­ski­mi.

Przed Jan­kow­skim był Isio, ko­le­ga z gim­na­zjum im. Mar­cin­kow­skie­go, i… były dziew­czy­ny. Wśród nich ta­kie, z któ­ry­mi zna­jo­mość trak­to­wał bar­dzo po­waż­nie. Z po­dró­ży do Włoch, la­tem 1935 roku, pi­sał do mat­ki, że jest chy­ba naj­szczę­śliw­szym z lu­dzi. Bo… za­ko­chał się. „…w ra­zie cze­go bę­dziesz mia­ła sy­no­wą «ef, ef»” – za­pew­nił mat­kę. Ale ślub bę­dzie moż­li­wy naj­wcze­śniej za dwa lata – pi­sał – bo uko­cha­na ma do­pie­ro… pięt­na­ście lat”.

My­lił tro­py. W fe­lie­to­nach i wy­wia­dach sys­te­ma­tycz­nie po­ja­wia­ły się zda­nia, któ­re mia­ły od­wra­cać uwa­gę.

„Sto­su­nek mam do mu­zy­ki jak do żony, z któ­rą leży się we wspól­nym łóż­ku od z górą pół wie­ku: wy­rwać się i na dziw­ki! – ale już za póź­no” – pi­sał w jed­nym z fe­lie­to­nów w „Po­li­ty­ce”. „Ni­ko­go nie zdra­dzi­łem. Naj­wy­żej ja­kąś źle upu­dro­wa­ną blon­dyn­kę na rzecz dłu­go­no­giej bru­net­ki z war­szaw­skie­go ka­ba­re­tu” – od­po­wie­dział dzien­ni­ka­rzo­wi na py­ta­nie, dla­cze­go zdra­dził ka­rie­rę praw­ni­czą dla mu­zy­ki.

Kie­dy w la­tach osiem­dzie­sią­tych zna­lazł się w Wil­nie, dzien­ni­kar­ka pol­sko­ję­zycz­ne­go „Czer­wo­ne­go Sztan­da­ru” za­py­ta­ła, co go spro­wa­dza.

– Mi­łość do mia­sta, w któ­rym po raz pierw­szy się za­ko­cha­łem, od­po­wie­dział. „…w Li­twin­ce” – do­dał.

Z Wil­na po­cho­dził Mie­czy­sław Jan­kow­ski.

Szczeniak bajecznie elegancki, młody i głupi…

Gdy­by wy­brał in­a­czej, mógł­by na­zwać się Je­rzy Na­bram albo Je­rzy Kło­buk. Wo­lał – Wal­dorff… choć nig­dy nie wy­tłu­ma­czył dla­cze­go. Być może po pro­stu wła­śnie tak brzmia­ło naj­le­piej.

Na­bram, Kło­buk, Wal­dorff to na­zwy tego sa­me­go szla­chec­kie­go her­bu, zna­ne­go już w XIV wie­ku. „…któ­re­go zna­kiem w polu bia­łym trzy bel­ki czar­ne, od gło­wy tar­czy w dłu­gość wy­pro­wa­dzo­ne” – pi­sał Jan Dłu­gosz. Au­to­rzy póź­niej­szych her­ba­rzy, Ka­sper Nie­siec­ki i Jó­zef Szy­mań­ski, tłu­ma­czy­li już ja­śniej, że herb Na­bram to sześć pio­no­wych pa­sów, trzy czar­ne i trzy bia­łe lub srebr­ne, umiesz­czo­nych na tar­czy na prze­mian, po­czy­na­jąc z pra­wej stro­ny od pola czar­ne­go. Ko­ro­nę her­bu wień­czy­ły trzy stru­sie pió­ra.

W spo­rzą­dzo­nej w la­tach osiem­dzie­sią­tych XX wie­ku od­ręcz­nej not­ce Je­rzy Wal­dorff na­pi­sał, że jego ro­dzi­na od roku 1240, czy­li szó­stej wy­pra­wy krzy­żo­wej, po­słu­gi­wa­ła się her­bem Na­bram, a jej za­wo­ła­nie bi­tew­ne lub przy­do­mek brzmia­ło Wal­dorff. Ale jako do­wód uży­wa­nia her­bu za­łą­czył wi­zy­tów­kę swej bab­ki, Ka­mil­li z Wa­skie­wi­czów Preys­so­wej, z roku… 1888.

„…ja nie po­cho­dzę z ro­dzi­ny ary­sto­kra­tycz­nej, tyl­ko z bar­dzo sta­rej szlach­ty. Je­stem her­bu Na­bram, nada­ne­go przez Lu­dwi­ka Świę­te­go pod­czas ostat­niej kru­cja­ty – mó­wił To­ma­szo­wi Racz­ko­wi. – Nie mam ty­tu­łu hra­bie­go ani ba­ro­na, ku­pio­ne­go za cięż­kie pie­nią­dze – jak zro­bił to mój dzia­dek Schu­s­ter. Był dru­ka­rzem, do­ro­bił się na tym, ku­pił so­bie w Wied­niu ty­tuł i zo­stał ba­ro­nem von Fer­nen vel Schu­s­ter. Mój oj­ciec bar­dzo z tego kpił. Mó­wił, że dzia­dek jest von Fre­cher vel Schu­s­ter”.

Czy­li tłu­ma­cząc na pol­ski – Zu­chwa­ły Fu­szer.

Po mie­czu Je­rzy Wal­dorff wy­wo­dził się z Ku­jaw, po ką­dzie­li z War­sza­wy. O jego przod­kach naj­wię­cej, choć nie za­wsze pre­cy­zyj­nie, wia­do­mo od nie­go sa­me­go. Ro­dzi­na ojca to były za­sie­dzia­łe przez wie­ki mię­dzy Wło­cław­kiem a Gnie­znem rody Mlic­kich z Obud­na, Ja­czyń­skich z Mar­cin­ko­wa, Szum­lań­skich z Kąt­na. Ci ostat­ni szcze­gól­nie dum­ni byli z pra­dzia­da, któ­ry był oso­bi­stym ad­iu­tan­tem księ­cia Jó­ze­fa Po­nia­tow­skie­go. A po pra­pra­bab­ce Agniesz­ce Pa­ru­szew­skiej, któ­ra żyła jesz­cze w cza­sach Au­gu­sta III, w do­ku­men­tach ro­dzin­nych za­cho­wał się akt dzier­ża­wy, spi­sa­ny z wiel­kim łow­czym li­tew­skim. Naj­bli­żej jed­nak było Wal­dorf­fo­wi do Wa­skie­wi­czów z Ło­wi­cza, z któ­rych to wy­wo­dzi­ła się tak­że pierw­sza żona jego ojca. Wśród nie­licz­nych oca­la­łych po po­wsta­niu 1944 roku ro­dzin­nych ob­ra­zów za­cho­wał się por­tret Win­cen­te­go Wa­skie­wi­cza, któ­ry w mło­do­ści był jed­nym z licz­nych ad­iu­tan­tów Na­po­le­ona, a na sta­rość zo­stał mar­szał­kiem szlach­ty ku­jaw­skiej. „…spo­glą­da na mnie pew­no z za­do­wo­le­niem, że no­si­my po­dob­ne grzyw­ki na czo­łach” – pi­sał Wal­dorff.

Oj­ciec wy­wo­dził się z bar­dzo roz­ga­łę­zio­ne­go i rów­nie jur­ne­go rodu Preys­sów. We wspo­mnie­nio­wych Mo­ich lamp­kach oliw­nych Wal­dorff umie­ścił zdję­cie pra­bab­ki po mie­czu Al­fon­so­wej hra­bi­ny Dąmb­skiej. De­li­kat­ne­go zdro­wia dziew­czy­na zgod­nie z wy­mo­ga­mi epo­ki po­szła do oł­ta­rza jako dzie­wi­ca – pi­sał – ale po ślu­bie „zo­sta­ła przez męża bycz­ka «za­ko­cha­na na śmierć»”. Krót­ko po­tem zmar­ła na su­cho­ty.

Sie­dzi­bą rodu Preys­sów była wieś Pie­ra­nie pod Ino­wro­cła­wiem. Ro­do­wy pa­ła­cyk, nie­zbyt wiel­ki, ale wy­god­ny i oto­czo­ny du­żym ogro­dem, stał na wprost drew­nia­nej pie­rań­skiej ba­zy­li­ki pod we­zwa­niem św. Mi­ko­ła­ja, w któ­rej do dziś znaj­du­je się sły­ną­cy cu­da­mi ob­raz Mat­ki Bo­skiej. Jeż­dżąc na ku­ra­cje do Cie­cho­cin­ka, Wal­dorff wpa­dał do Pie­ra­nia, by choć spoj­rzeć na ma­ją­tek przod­ków. Nie miał jed­nak oka­zji, by użyć pa­ła­co­we­go ży­cia, bo ro­do­we gniaz­do wy­dzier­ża­wił, owdo­wiaw­szy, jesz­cze jego dziad Apo­li­na­ry.

Dzia­dek Preyss chciał dla swe­go uro­dzo­ne­go w 1856 roku syna, Wi­tol­da, ojca Je­rze­go, in­ne­go, lep­sze­go ży­cia. Nie na roli, a w wiel­kim świe­cie. Dla­te­go za­ro­bio­ne na dzier­ża­wie pie­nią­dze prze­zna­czył na kształ­ce­nie Wi­tol­da. Naj­pierw w Ino­wro­cła­wiu, a po­tem na po­li­tech­ni­ce w Zu­ry­chu. „…uwa­żał, iż po­wi­nien syna kształ­cić nie na jed­ne­go wię­cej hrecz­ko­sie­ja, ale na cał­kiem no­wo­cze­sną oso­bę” – pi­sał po la­tach Je­rzy Wal­dorff.

W ino­wro­cław­skim gim­na­zjum, do któ­re­go cho­dził ra­zem z przy­szłym wy­bit­nym po­etą Ja­nem Ka­spro­wi­czem, Wi­told ujaw­nił skłon­no­ści bun­tow­ni­cze. Był pre­ze­sem taj­nej pa­trio­tycz­nej or­ga­ni­za­cji szkol­nej im. To­ma­sza Zana, a póź­niej sam za­ło­żył taj­ne kół­ko li­te­rac­kie „Win­cen­ty Pol”, do któ­re­go na­le­żał tak­że Ka­spro­wicz. Gdy wy­jeż­dżał na stu­dia, Ka­spro­wicz i ko­le­dzy ofia­ro­wa­li mu pa­miąt­ko­wy pier­ścień z wy­ry­ty­mi ini­cja­ła­mi słów: Wol­ność, Rów­ność, Nie­pod­le­głość.

Po stu­diach w Szwaj­ca­rii (lata 1880-1884) Wi­told wró­cił do for­mal­nie nie­ist­nie­ją­cej Pol­ski. Wra­cał ra­zem ze swo­im pro­fe­so­rem z Zu­ry­chu, Wil­lia­mem Lin­dley­em, któ­re­mu ma­gi­strat War­sza­wy po­wie­rzył bu­do­wę w sto­li­cy no­wo­cze­snej sie­ci wod­no-ka­na­li­za­cyj­nej. W fir­mie Lin­dleya i jego syna, też Wil­lia­ma, któ­rzy zaj­mo­wa­li się war­szaw­ski­mi wo­do­cią­ga­mi łącz­nie trzy­dzie­ści czte­ry lata, Wi­told ob­jął sta­no­wi­sko jed­ne­go z głów­nych in­ży­nie­rów. „Pa­mię­tam ta­ble­au z ga­bi­ne­tu na Wil­czej: U góry Lin­dley, tuż pod nim trzech za­stęp­ców, w tym oj­ciec, i do­pie­ro ni­żej duża gru­pa współ­pra­cow­ni­ków” – wspo­mi­nał Wal­dorff.

Po kil­ku­na­stu la­tach, dzię­ki re­ko­men­da­cji Lin­dleya, zna­lazł nową, jesz­cze bar­dziej in­trat­ną pra­cę w za­rzą­dzie przed­się­bior­stwa bu­du­ją­ce­go Ko­lej Wi­la­now­ską. W koń­cu jed­nak – pew­nie ku roz­pa­czy Apo­li­na­re­go – ode­zwa­ły się w Wi­tol­dzie zie­miań­skie ko­rze­nie. Po­rzu­cił świet­nie płat­ną kie­row­ni­czą po­sa­dę i wró­cił na Ku­ja­wy. Za za­ro­bio­ne („…wte­dy ro­bi­ło się na tego typu bu­do­wach duże pie­nią­dze!” – pi­sał Wal­dorff do sio­stry) i czę­ścio­wo po­ży­czo­ne pie­nią­dze oko­ło roku 1900 ku­pił duży ma­ją­tek ziem­ski Ko­ściel­na Wieś pod Wło­cław­kiem i „…oże­nił się z jed­ną wię­cej pan­ną z płod­ne­go gniaz­da Wa­skie­wi­czów” – do­dał w in­nym miej­scu Wal­dorff. Za­czął go­spo­da­ro­wać. Jak oj­ciec, dziad i pra­dzia­do­wie. Tyle że z mniej­szym ta­len­tem.

„…oj­ciec go­spo­da­rzem rol­nym był żad­nym, a za to szcze­gól­nie ła­twym do ule­ga­nia róż­nym oszu­stom” – wspo­mi­nał syn. Za­czę­ły się kło­po­ty. Hi­po­te­kę ma­jąt­ku ob­cią­ża­ły co­raz więk­sze dłu­gi, w do­dat­ku czę­sto cu­dze, a dzie­ci przy­by­wa­ło. Wan­da Wa­skie­wi­czów­na, nim zmar­ła, uro­dzi­ła Wi­tol­do­wi czwo­ro dzie­ci, przy­rod­nie ro­dzeń­stwo Wal­dorf­fa. Owdo­wia­ły go­spo­darz na Ko­ściel­nej Wsi mu­siał ro­zej­rzeć się za pie­niędz­mi, któ­re po­mo­gły­by mu moc­no sta­nąć na no­gach. A naj­lep­szym spo­so­bem zdo­by­cia ka­pi­ta­łu był wów­czas od­po­wied­ni oże­nek. I Wi­told zna­lazł od­po­wied­nio bo­ga­tą kan­dy­dat­kę, Jo­an­nę z Wró­blew­skich, wnucz­kę słyn­ne­go li­to­gra­fa Szu­stra, wła­ści­cie­la po­ło­wy Mo­ko­to­wa.

On miał lat z okła­dem pięć­dzie­siąt, ogrom­ne dłu­gi i czwo­ro dzie­ci, nie był więc pew­nie par­tią wy­ma­rzo­ną. Ale i ona nie mo­gła wy­brzy­dzać, bo zbli­ża­jąc się do trzy­dziest­ki (pan­na uro­dzi­ła się w roku 1875 lub 1878, re­la­cje są sprzecz­ne), była we­dle ów­cze­snych miar pan­ną w wie­ku do­syć już za­awan­so­wa­nym. A w do­dat­ku – jak na­pi­sał Wal­dorff – „o… za­ba­bra­nej prze­szło­ści”.

Wy­wo­dzi­ła się z war­szaw­skiej bur­żu­azji o nie­miec­kich ko­rze­niach. „Mój pra­sz­czur, jak mówi le­gen­da, wal­czył pod Grun­wal­dem, choć wca­le nie po stro­nie Ja­gieł­ły” – opo­wia­dał Wal­dorff o swych przod­kach ze stro­ny mat­ki. Za­sta­na­wiał się, dla­cze­go krew­nia­cy, o nie­miec­kich w więk­szo­ści na­zwi­skach: Tem­ler, Szuch, Kur­man, Szulc, wy­bra­li kie­dyś wła­śnie Pol­skę. Prze­cież nie dla kiep­skiej zie­mi i le­ni­wych chło­pów, wy­zy­ski­wa­nych przez dzie­dzi­ców. Może więc zde­cy­do­wał po­ciąg do pol­skich ko­biet, pi­sał. „…le­ni­we były i za nie ha­ro­wać na­le­ża­ło, ali­ści w łóż­kach trud­no było o lep­sze!” – pi­sał.

Pra­bab­cia Wal­dorf­fa, Ża­nia, była sio­strą Fran­cisz­ka Szu­stra, czy też ra­czej pi­sa­ne­go z nie­miec­ka Schu­s­tra, dru­ka­rza, któ­ry wy­dał („po­noć”, jak za­strze­gał Wal­dorff) pierw­sze dzie­cię­ce jesz­cze dzieł­ka Cho­pi­na, a po­tem oże­nił się z bo­ga­tą wdo­wą, Jo­an­ną z Piesz­czyń­skich pri­mo voto Vi­vier. Ma­jąt­ku żony nie zmar­no­wał, a zręcz­nie nim ob­ra­ca­jąc, po­mno­żył wie­lo­krot­nie. „…na­był pół Mo­ko­to­wa z pa­ła­cy­kiem po księż­nej mar­szał­ko­wej Lu­bo­mir­skiej” – pi­sał Wal­dorff. W zbu­do­wa­niu for­tu­ny po­mo­gło mu nie­skry­wa­ne skąp­stwo. Pod zdję­ciem cio­tecz­nej pra­bab­ki Jo­an­ny, se­cun­do voto ba­ro­no­wej Szu­ster, Wal­dorff na­pi­sał: „…ubie­ra­na była na pa­rad­ne przy­ję­cia w bi­żu­te­rię wyj­mo­wa­ną przez męża z pan­cer­nej kasy, po czym oso­bi­ście przez nie­go zdej­mo­wa­ną i za­my­ka­ną”.

Cio­tecz­na wnucz­ka Fran­cisz­ka Szu­stra, czy­li mat­ka Wal­dorf­fa, Jo­an­na Wró­blew­ska, nie wda­ła się chy­ba jed­nak w ską­pe­go dziad­ka, bo kie­dy tyl­ko osią­gnę­ła od­po­wied­ni wiek, wy­je­cha­ła na stu­dia do Pa­ry­ża. „Na­le­ża­ła do pierw­szych pa­nien pol­skich, co jesz­cze przed po­cząt­kiem stu­le­cia za­ry­zy­ko­wa­ła dro­gę śla­da­mi Ma­rii Skło­dow­skiej” – pi­sał Wal­dorff. Stu­dio­wa­ła ma­lar­stwo w aka­de­mii sztuk pięk­nych, przy­słu­chi­wa­ła się wy­kła­dom na Sor­bo­nie, z każ­dym ro­kiem – choć miesz­ka­ła w Pa­ry­żu pod opie­ką mat­ki – po­gar­sza­jąc swą re­pu­ta­cję i szan­se na ko­rzyst­ne za­mąż­pój­ście. Ta­kie fa­na­be­rie mło­dej dziew­czy­ny nie były pod ko­niec XIX wie­ku czymś po­wszech­nie ak­cep­to­wa­nym. „…kie­dy wró­ci­ła do War­sza­wy, przy­ję­ta zo­sta­ła przez miej­sco­we to­wa­rzy­stwo jako coś w ro­dza­ju ko­ko­ty z wyż­szych sfer” – na­pi­sał Wal­dorff. Ozna­cza­ło to, że jej szan­se nie tyl­ko na ko­rzyst­ne, ale w ogó­le na za­mąż­pój­ście, zma­la­ły dra­stycz­nie. Je­dy­ne, na co mo­gła li­czyć, to ka­rie­ra na­uczy­ciel­ki na pen­sji Zo­fii Kur­ma­no­wej, a i to głów­nie dla­te­go, że za­ło­ży­ciel­ka i prze­ło­żo­na jed­ne­go z naj­star­szych w mie­ście żeń­skich gim­na­zjów była jej star­szą sio­strą. Zbli­ża­ła się więc do trzy­dziest­ki, uczy­ła pa­nien­ki z do­brych do­mów hi­sto­rii ma­lar­stwa i ry­sun­ków, a w do­dat­ku za­czę­ła pa­lić pa­pie­ro­sy, utwier­dza­jąc pew­nie sto­łecz­ne to­wa­rzy­stwo w prze­ko­na­niu o po­stę­pu­ją­cym dzi­wa­cze­niu sta­rej pan­ny.

Wte­dy zja­wił się on – Wi­told Preyss. Śred­niej po­stu­ry, z hisz­pań­ską bród­ką i wą­si­ka­mi, we­dle wie­lu osób łu­dzą­co po­dob­ny do ce­sa­rza Na­po­le­ona III. Przy­wiózł na pen­sję Zo­fii Kur­ma­no­wej cór­kę, ale wszyst­ko po­to­czy­ło się ja­koś tak, że co­raz czę­ściej za­czął od­wie­dzać ty­leż cór­kę, co na­uczy­ciel­kę. Świet­nie wy­kształ­co­ny, z pięk­nym ro­do­wo­dem i jesz­cze lep­szy­mi ma­nie­ra­mi, ale rów­nie jak Jo­an­na ob­cią­żo­ny prze­szło­ścią. „Nic mnie do nie­go spe­cjal­nie nie po­cią­ga­ło, ale wi­dzia­łam, jak w cza­sie jego wi­zyt mat­ka nie­spo­koj­nie pa­trzy­ła na mnie i mia­ła na twa­rzy wy­pie­ki” – wspo­mi­na­ła po la­tach mat­ka Wal­dorf­fa.

„W ta­kiej sy­tu­acji, po na­my­śle, za­war­to – mó­wiąc ów­cze­snym ję­zy­kiem ma­ria­ge de ra­ison, czy­li łą­czą­ce in­te­re­sy, a nie ser­ca” – pi­sał Wal­dorff. Oka­za­ło się wszak­że, że w owym mał­żeń­stwie z roz­sąd­ku naj­mniej było wła­śnie roz­sąd­ku. Obie stro­ny mia­ły bo­wiem spo­ro do ukry­cia, ale w za­mian li­czy­ły na peł­ną uczci­wość i lo­jal­ność part­ne­ra. Ma­ją­tek Wi­tol­da, choć im­po­nu­ją­cy ob­sza­rem (trzy fol­war­ki, w tym tyl­ko naj­więk­szy li­czył 52 włó­ki, czy­li po­nad 900 hek­ta­rów), był bar­dzo moc­no za­dłu­żo­ny u ży­dow­skich od­bior­ców zbo­ża. Wy­pła­ta po­sa­gu Jo­an­ny, teo­re­tycz­nie spo­re­go (mat­ka mia­ła po­dzie­lić mię­dzy trzy cór­ki pie­nią­dze ze sprze­da­ży ka­mie­ni­cy w War­sza­wie), zo­sta­ła odło­żo­na na bli­żej nie­okre­ślo­ną przy­szłość, bo mat­ka ka­mie­ni­cy na ra­zie nie za­mie­rza­ła sprze­da­wać, po­wo­łu­jąc się na złą ko­niunk­tu­rę na ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści.

Po ślu­bie prze­nie­śli się do ma­jąt­ku w Ko­ściel­nej Wsi. Wi­told do­pie­ro wte­dy zdra­dził Jo­an­nie, że oprócz zna­nej już żo­nie cór­ki z pierw­sze­go mał­żeń­stwa ma jesz­cze trzech sy­nów, a Jo­an­nę i na wsi do­gna­ła pa­ry­ska prze­szłość. W szla­chec­kich dwo­rach Ku­jaw sto­łecz­ną eman­cy­pant­kę przy­ję­to z da­le­ko po­su­nię­tą re­zer­wą. „…nie od­róż­nia­ła in­dycz­ki od per­licz­ki, na pro­się­ta wo­ła­ła «taś, taś», na­to­miast żywo in­te­re­so­wa­ła się li­te­ra­tu­rą i po­li­ty­ką, a tak­że lu­bi­ła wy­pić kie­li­szek do­bre­go ko­nia­ku, pa­ląc pa­pie­ro­sa” – wspo­mi­nał mat­kę Wal­dorff. Do­szło na­wet do po­je­dyn­ku mię­dzy Wi­tol­dem Preys­sem a jed­nym z są­sia­dów, któ­ry nie po­tra­fił oka­zać ko­bie­cie sza­cun­ku. Być może była to ta sy­tu­acja, któ­rą Wal­dorff opi­sał we wstę­pie do książ­ki Mag­da­le­ny Sa­mo­zwa­niec – Na ustach grze­chu. Mat­ka, na­wy­kła do oby­cza­jów pa­ry­skich, z pa­pie­ro­sem w jed­nej i kie­lisz­kiem ko­nia­ku w dru­giej dło­ni, wda­ła się w za­strze­żo­ną w Po­znań­skiem wy­łącz­nie dla męż­czyzn dys­ku­sję po­li­tycz­ną. Za­pach­nia­ło skan­da­lem, bo nie dość, że ko­bie­ty, jako „głup­sze” i „nie­zdol­ne do ogar­nię­cia płyt­kim umy­słem spraw pań­stwo­wych” w ogó­le nie były do ta­kich de­bat do­pusz­cza­ne, to jesz­cze Jo­an­na po­zwo­li­ła so­bie spro­sto­wać re­la­cję z ostat­niej se­sji sej­mi­ku wy­gło­szo­ną przez ko­goś z miej­sco­wych po­li­tycz­nych au­to­ry­te­tów. Ten ob­lał się pur­pu­rą i rzekł:

– Moja dro­ga! Nie opo­wia­da­ła­byś pier­dół­ków, tyl­ko szła le­piej do ko­biet.

Po­wód był wy­star­cza­ją­cy, by mąż po­czuł się w obo­wiąz­ku sta­nąć w obro­nie ho­no­ru żony. Po­je­dy­nek był po­waż­ny, na pi­sto­le­ty. Kulę wy­ję­tą z nogi ojca naj­pierw mat­ka, a po­tem Wal­dorff prze­cho­wy­wa­li nie­mal do koń­ca dru­giej woj­ny świa­to­wej. Prze­pa­dła w po­wsta­niu war­szaw­skim.

Z Ko­ściel­nej Wsi po­cho­dzi pierw­sze zdję­cie uro­dzo­ne­go 4 maja 1910 roku Je­rze­go Wal­dorf­fa. „Był to praw­dzi­wy po­two­rek, miał głów­kę spłasz­czo­ną i żół­ty był jak Chiń­czyk, ale mnie się wy­da­wał naj­pięk­niej­szym dziec­kiem na świe­cie” – opi­sy­wa­ła na­ro­dzi­ny syna Jo­an­na Preyss. Miał czte­ry mie­sią­ce, kie­dy sfo­to­gra­fo­wa­no go w be­ci­ku na trzci­no­wym fo­te­lu. Z tego sa­me­go 1910 roku po­cho­dzi zdję­cie mat­ki Je­rze­go, na ko­niu przed fron­tem roz­ło­ży­ste­go, ale par­te­ro­we­go dwor­ku, któ­ry Wal­dorff uparł się na­zy­wać pa­ła­cem. A je­den z pierw­szych za­pa­mię­ta­nych przez nie­go z dzie­ciń­stwa ob­ra­zów to nia­nia stra­szą­ca trzy­let­nie­go brzdą­ca, któ­ry nie chce za­snąć: „Śpij mi za­raz albo przyj­dzie po cie­bie Pa­skie­wicz!”. Ksią­żę Iwan Pa­skie­wicz osiem­dzie­siąt lat wcze­śniej okrut­nie stłu­mił po­wsta­nie li­sto­pa­do­we i w po­tocz­nej świa­do­mo­ści, zwłasz­cza niań, do­sko­na­le nada­wał się do stra­sze­nia nie­po­słusz­nych dzie­ci.

Nę­ka­ny przez wie­rzy­cie­li Wi­told po­zby­wał się ko­lej­nych fol­war­ków. Wresz­cie, krót­ko przed wy­bu­chem woj­ny w 1914 roku, sprze­dał Ko­ściel­ną Wieś i ku­pił parę ka­mie­nic przy ul. Wil­czej w War­sza­wie, by chy­ba na­tych­miast znów za­tę­sk­nić do zie­mi. Wiel­ka woj­na, któ­rą do­pie­ro póź­niej za­czę­to na­zy­wać pierw­szą woj­ną świa­to­wą, za­sta­ła czte­ro­let­nie­go Je­rzy­ka Wal­dorf­fa wraz z mat­ką, bab­ką i młod­szą o dwa lata sio­strą na wa­ka­cjach w mod­nym nad­mor­skim ką­pie­li­sku Kol­berg (dziś Ko­ło­brzeg). Sio­stra z opo­wie­ści ro­dzin­nych za­pa­mię­ta­ła, że byli na wa­ka­cjach gdzieś w Ba­wa­rii, ale praw­do­po­dob­nie były to tyl­ko ko­lej­ne eta­py tej sa­mej po­dró­ży.

Kol­berg był ku­ror­tem nie­miec­kim, Preys­so­wie – oby­wa­te­la­mi Ro­sji, z któ­rą Niem­cy we­szły w stan woj­ny, a więc po­ten­cjal­ny­mi szpie­ga­mi. Na wszel­ki wy­pa­dek naj­pierw zo­sta­li in­ter­no­wa­ni, a po­tem – uzna­ni za nie­groź­nych – otrzy­ma­li zgo­dę na po­wrót do War­sza­wy, z ja­kie­goś po­wo­du jed­nak okręż­ną dro­gą: przez Ru­gię, Szwe­cję, Fin­lan­dię i Ro­sję. Na Bał­ty­ku mały sta­te­czek, na któ­ry ich za­pa­ko­wa­no, wpadł w sztorm i mat­ka z bab­ką do­szły do wnio­sku, że to już ko­niec. Gdy dwu­let­nia Ma­ry­sia ze­mdla­ła, bab­ka po­ra­dzi­ła: „Nie cuć jej! Le­piej niech nie wie, że bę­dzie umie­ra­ła”. Ale szczę­śli­wie do­pły­nę­li do Szwe­cji, a stam­tąd już lą­dem, przez Hel­sin­ki i Sankt Pe­ters­burg do­tar­li do War­sza­wy.

Z po­dró­ży przez pół­noc Eu­ro­py za­cho­wa­ły się dwa te­le­gra­my wy­sła­ne przez ko­bie­ty do Wi­tol­da Preys­sa. Nada­ny 30 sierp­nia na Ru­gii z proś­bą o prze­sła­nie pie­nię­dzy do Ud­de­val­li w Szwe­cji. I dru­gi, nada­ny 31 sierp­nia z Pe­ters­bur­ga, o szczę­śli­wym przy­by­ciu do Ro­sji, gdzie po żonę i dzie­ci przy­je­chał Wi­told. Opi­su­jąc po la­tach te­le­gra­my, sio­stra Wal­dorf­fa zdzi­wi­ła się, że po­dróż trwa­ła tyl­ko dwie doby. Tyle lat słu­cha­ła opo­wie­ści o „strasz­li­wej prze­pra­wie przez Bał­tyk pod­czas sztor­mu na ma­łym sta­tecz­ku bez ka­bin”, że była prze­ko­na­na, iż mu­sia­ło to trwać znacz­nie dłu­żej.

Pod­czas woj­ny Wi­told Preyss pra­co­wał w Ra­dzie Głów­nej Opie­kuń­czej, kie­ru­jąc Wy­dzia­łem Re­pa­tria­cji. „To był ogrom­nie waż­ny i roz­bu­do­wa­ny wy­dział, tuż po oku­pa­cji – nim po­wsta­ły mi­ni­ster­stwa – ma­ją­cy na gło­wie np. re­pa­tria­cję ty­się­cy «kre­so­wia­ków», któ­rzy ucie­ka­li do Pol­ski przed bol­sze­wic­ką re­wo­lu­cją” – pi­sał do sio­stry Wal­dorff. Wi­told pra­co­wał też w To­wa­rzy­stwie Ma­cie­rzy Szkol­nej i To­wa­rzy­stwie Schro­nisk dla Dzie­ci RGO.

Po od­zy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści oj­ciec zde­cy­do­wał, że wra­ca­ją na wieś. Prze­pro­wa­dzi­li się więc – „mimo sprze­ci­wów za­ko­cha­nej w War­sza­wie mat­ki”, z ul. Wil­czej w sto­li­cy pod Trze­mesz­no w Po­znań­skiem, do sto­sun­ko­wo nie­wiel­kie­go (li­czył 600 mor­gów, czy­li ok. 330 hek­ta­rów) fol­war­ku o brzyd­kiej na­zwie – jak uwa­żał sam Wal­dorff – Rę­kaw­czyn, za to ze ślicz­nym ma­łym dwor­kiem. „…tam się wy­cho­wa­łem z pa­cho­lę­cia przez pod­rost­ka w męż­czy­znę” – do­dał. Tam mat­ka po­ka­za­ła mu pierw­sze gamy na pia­ni­nie, za­an­ga­żo­wa­na ma­de­mo­isel­le za­czę­ła uczyć go pod­staw fran­cu­skie­go, a Fräu­le­in nie­miec­kie­go. Tam uczył się ko­lej­nych ję­zy­ków: an­giel­skie­go i wło­skie­go, stam­tąd wy­jeż­dżał z ro­dzi­ca­mi do Bel­gii, Ho­lan­dii i Pa­ry­ża. „Wszyst­ko to – po­wta­rza­ła mu wie­lo­krot­nie mat­ka – cze­go na­uczysz się i wbi­jesz so­bie do gło­wy przed trzy­dziest­ką, bę­dzie two­im kon­tem ban­ko­wym, z któ­re­go w mia­rę po­trze­by od­ci­nać bę­dziesz jeno ku­po­ny”.

– Rę­kaw­czyn to jest miej­sce na zie­mi do dziś dla mnie świę­te, jak dla chrze­ści­jan Je­ro­zo­li­ma i Na­za­ret – wspo­mi­nał po la­tach Wal­dorff.

Dwór w Rę­kaw­czy­nie wy­glą­dał tak, jak po­wi­nien wy­glą­dać dwór z prze­ło­mu wie­ków. Pro­sto­kąt­ne po­dwó­rze po­zwa­la­ło dzie­dzi­co­wi kon­tro­lo­wać na­wet z okna sy­pial­ni, czy wszyst­ko w obej­ściu jest w po­rząd­ku, czy któ­ry z koni nie ze­rwał się od żło­bu i nie kłu­su­je sa­mo­pas, skąd bie­rze się na­gły kwik w chle­wi­ku i czy noc­ny stróż nie za­nie­dbu­je aby swo­ich obo­wiąz­ków. W wo­zow­ni, wci­śnię­tej mię­dzy spi­chlerz i staj­nię, sta­ło kil­ka po­wo­zów: otwar­ty wo­lant na lato, jed­no­kon­ka z dwo­ma dy­sz­la­mi i słu­żą­ca do dłuż­szych wy­praw całą ro­dzi­ną ob­szer­na „plan­ka” (ochrzczo­na tak od nie­miec­kiej na­zwy plan­wa­gen), z miej­scem na ba­gaż i pod­no­szo­ną budą.

Było kil­ko­ro służ­by. Nie­zbyt by­strej, ale uczci­wej. I, co istot­ne, ko­nie pod wierzch. Nie było tyl­ko świa­tła elek­trycz­ne­go, co zwłasz­cza je­sie­nią i zimą ska­zy­wa­ło miesz­kań­ców na dłu­gie go­dzi­ny spę­dza­ne je­dy­nie przy fi­lu­ją­cym świe­tle lamp naf­to­wych. Cier­pia­ła przez to zwłasz­cza mat­ka Wal­dorf­fa. „…co ro­bić?! Oczy tra­cić, czy­ta­jąc przy lam­pie naf­to­wej, lub – na zmia­nę – kle­pać pa­sjan­se, kie­dy się przy­wy­kło do ru­chli­wej War­sza­wy, a jesz­cze wcze­śniej był Pa­ryż” – wspo­mi­nał.

Po śnia­da­niu, a jesz­cze przed wyj­ściem do szko­ły, dzie­ci mu­sia­ły uca­ło­wać rękę ojca. Zwra­ca­ły się do nie­go: „pro­szę ojca” i nie prze­szło­by im na­wet przez gło­wę, by po­wie­dzieć „ty”. W wi­gi­lij­ną noc oj­ciec w oto­cze­niu ro­dzi­ny i do­mow­ni­ków ob­cho­dził ko­lej­no staj­nię, obo­rę i owczar­nię, a na­wet chlew­nię, by po­dzie­lić się opłat­kiem ze zwie­rzę­ta­mi. Te jed­nak, choć dzie­ci co Wi­gi­lię za­sa­dza­ły się, by pod­słu­chać mó­wią­ce ludz­kim gło­sem ko­nie i kro­wy, upar­cie mil­cza­ły.

Na ho­no­ro­wym miej­scu wi­gi­lij­ne­go sto­łu za­sia­da­ła bab­ka, któ­ra była w ro­dzi­nie naj­waż­niej­sza, i to ona de­cy­do­wa­ła, kie­dy pora za­cząć uro­czy­stą wie­cze­rzę. Wła­da­ła w Rę­kaw­czy­nie nie­po­dziel­nie, nie pod­no­sząc nig­dy gło­su, a i tak wszy­scy bez pro­te­stu się jej wła­dzy pod­da­wa­li. „Na­wet wy­bu­chy pa­sji ojca ga­sły pod jej wzro­kiem chłod­nym i zdu­mio­nym” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Od bab­ki też oj­ciec za­czy­nał świą­tecz­ny ry­tu­ał dzie­le­nia się opłat­kiem.

Po obu stro­nach bab­ki, we­dle star­szeń­stwa, za­sia­da­li ko­lej­ni do­mow­ni­cy, w tym wuj Achil­les, któ­ry z ja­kie­goś po­wo­du „się zmar­no­wał” i miesz­kał w Rę­kaw­czy­nie na ła­ska­wym chle­bie, a w dru­gim koń­cu sto­łu mło­dzież. Na cze­le z ku­zy­nem Ali­kiem, pod­po­rucz­ni­kiem 15. Puł­ku Uła­nów, w któ­rym ko­cha­ły się wszyst­kie oko­licz­ne pan­ny, a na Wi­gi­lię wpra­sza­ły się na­wet da­le­kie ku­zyn­ki z Li­sic.

Dwór, utrzy­my­wał, jak na­le­ży, kon­tak­ty z księ­dzem do­bro­dzie­jem i obu­rzał się – jak wszy­scy – na pan­nę Ka­zię z są­sied­nich Bar­cic, któ­ra za­miast cze­kać na oświad­czy­ny prze­zna­czo­ne­go jej przez ro­dzi­nę ma­jęt­ne­go wdow­ca – wda­ła się w awan­tu­rę jak z ro­man­su dla ku­cha­rek. Ucie­kła z domu z po­rucz­ni­kiem uła­nów, któ­ry w koń­cu i tak, jak to uła­ni mie­li w zwy­cza­ju, rzu­cił ją dla in­nej.

Gdy Je­rzyk za­czął do­ra­stać, wy­ru­szał, naj­pierw w asy­ście ojca, a po­tem już sa­mo­dziel­nie, na po­lo­wa­nia w oko­licz­nych la­sach. Z ulu­bio­ną wy­żli­cą Hal­mą i go­to­wą do strza­łu du­bel­tów­ką, pre­zen­tem od ojca, naj­chęt­niej cho­dził na sa­mot­ne po­lo­wa­nia „na po­my­ka”. Za­cho­wa­ło się zdję­cie Wal­dorf­fa z 1929 roku, z przy­tro­czo­ną do pasa za­bi­tą ku­ro­pa­twą i Hal­mą przy no­dze.

Z Rę­kaw­czy­na do War­sza­wy jeź­dzi­ło się tyl­ko na spe­cjal­ne oka­zje. Po raz pierw­szy w ży­ciu do ope­ry (na Ja­sia i Mał­go­się En­gel­ber­ta Hum­per­dinc­ka) i na ta­kie wy­da­rze­nia, jak uro­czy­sty prze­jazd przez War­sza­wę wra­ca­ją­ce­go w stycz­niu 1919 roku z Ame­ry­ki Igna­ce­go Jana Pa­de­rew­skie­go. Oj­ciec Wal­dorf­fa, chcąc za­pew­nić ro­dzi­nie moż­li­wość przyj­rze­nia się wiel­kie­mu Po­la­ko­wi, wy­na­jął sto­lik w wi­try­nie Ka­wiar­ni Ga­liń­skie­go na rogu pl. Trzech Krzy­ży i Alej Ujaz­dow­skich. Co praw­da ośmio­let­ni chło­piec mało co wi­dział przez unie­sio­ne w górę ręce i ka­pe­lu­sze wi­wa­tu­ją­cych tłu­mów, ale „…wy­da­rze­nia tego przed­po­łu­dnia wbi­ły mi się w pa­mięć z mocą nie do za­tar­cia!” – za­pew­niał po la­tach. Wio­sną tego sa­me­go 1919 roku uczest­ni­czył jesz­cze w kon­cer­cie w Fil­har­mo­nii War­szaw­skiej, po­łą­czo­nym z kwe­stą na two­rzo­ny Skarb od­ro­dzo­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, na cze­le któ­rej stał wów­czas pre­mier Pa­de­rew­ski. Przy­by­li na kon­cert go­ście wcho­dząc na wi­dow­nię, skła­da­li na ta­cach przy­nie­sio­ne kosz­tow­no­ści: sznu­ry pe­reł, ko­lie, pier­ście­nie z bry­lan­ta­mi, zło­te łań­cu­chy i pa­pie­ro­śni­ce, na­wet ślub­ne ob­rącz­ki.

Pod­czas jed­ne­go z ko­lej­nych po­by­tów w War­sza­wie, gdy Preys­so­wie zje­cha­li do krew­nych mat­ki na Wiel­ka­noc 1925 roku, Je­rzy pierw­szy raz zo­ba­czył i usły­szał Jana Kie­pu­rę. Wy­bra­li się we tro­je do Te­atru Wiel­kie­go na Fau­sta. Par­tię ty­tu­ło­wą śpie­wać miał An­drzej Do­bosz – jed­na z ów­cze­snych gwiazd Wiel­kie­go, więc spek­takl za­po­wia­dał się atrak­cyj­nie. Ale tuż przed uwer­tu­rą na tle kur­ty­ny po­ja­wił się in­spi­cjent, by po­wia­do­mić słu­cha­czy, iż w za­stęp­stwie nie­dy­spo­no­wa­ne­go te­no­ra wy­stą­pi mało jesz­cze wte­dy zna­ny Jan Kie­pu­ra. „Pa­mię­tam ów szmer roz­cza­ro­wa­nia, jaki prze­szedł wi­dow­nię – wspo­mi­nał Wal­dorff – i ro­sną­cy za­chwyt nie­mal od pierw­szych to­nów po­da­nych przez mło­de­go śpie­wa­ka; za­chwyt, któ­ry z aktu na akt po­tęż­niał, żeby się prze­mie­nić na ko­niec we fre­ne­tycz­ną owa­cję”. Sły­szał Kie­pu­rę na żywo jesz­cze kil­ka­krot­nie, m.in. tuż przed wy­bu­chem dru­giej woj­ny świa­to­wej, na ryn­ku Sta­re­go Mia­sta w War­sza­wie, gdzie te­nor dał je­den ze swo­ich słyn­nych ple­ne­ro­wych kon­cer­tów. A pół wie­ku po obej­rze­niu Fau­sta na­pi­sał o nim książ­kę, któ­ra jak zwy­kle była książ­ką ty­leż o Kie­pu­rze, co o sa­mym Wal­dorf­fie.

Mu­zy­ka w szla­chec­kim domu od­gry­wa­ła rolę bar­dzo waż­ną. Pod­czas pierw­sze­go Kon­kur­su Cho­pi­now­skie­go, gdy zbli­ża­ła się pora trans­mi­sji ra­dio­wej z sali fil­har­mo­nii w War­sza­wie, miesz­kań­cy dwo­ru gro­ma­dzi­li się przy ra­dio­od­bior­ni­ku, wy­ry­wa­jąc so­bie słu­chaw­ki, by wsłu­chi­wać się w grę kan­dy­da­tów. „…a po­tem dłu­go dys­ku­to­wać, któ­ry grał naj­le­piej” – wspo­mi­nał Wal­dorff.

Gdy ukoń­czył lat dzie­sięć, wy­ru­szył z Rę­kaw­czy­na do gim­na­zjum w Trze­mesz­nie, gdzie za­miesz­kał na stan­cji u pro­bosz­cza Ko­wal­skie­go. „Dni nudy i tę­sk­no­ty.” – za­pa­mię­tał po­byt w mia­stecz­ku od­da­lo­nym od ro­dzin­ne­go domu za­le­d­wie o 14 ki­lo­me­trów, któ­re wte­dy jed­nak wy­da­wa­ły się od­le­gło­ścią nie­mal ko­smicz­ną. W nie­dziel­ne po­ran­ki słu­żył księ­dzu Ko­wal­skie­mu do mszy, a wie­czo­ra­mi, w za­mknię­tej po nie­szpo­rach ka­te­drze wy­gry­wał z pulch­ną i mu­zy­kal­ną sio­strą pro­bosz­cza na or­ga­nach arie ope­ret­ko­we i naj­mod­niej­sze foks­tro­ty.

Miał po­kój w czę­ści ple­ba­nii od­dzie­lo­nej od głów­nej nawy trze­me­skiej ka­te­dry tyl­ko drzwia­mi. Pro­boszcz Ko­wal­ski wy­ma­gał od lo­ka­to­ra asy­sto­wa­nia so­bie pod­czas na­bo­żeń­stwa, co było szcze­gól­nie uciąż­li­we, zwłasz­cza zimą, gdyż pierw­sza msza za­czy­na­ła się już o 6.00 rano. Ksiądz miał jed­nak do chłop­ca za­ufa­nie szcze­gól­ne. Każ­de­go ran­ka wrę­czał mu klucz do ko­ściel­ne­go skarb­ca w piw­ni­cy pod or­ga­na­mi. Tam Je­rzy Wal­dorff do­stę­po­wał za­szczy­tu nie­wy­obra­żal­ne­go. Obo­wiąz­kiem mi­ni­stran­ta było wy­cie­ra­nie mięk­ką ście­recz­ką ka­te­dral­nych skar­bów. Przede wszyst­kim re­li­kwia­rza, w któ­rym za­mknię­te były naj­więk­sze skar­by księ­dza Ko­wal­skie­go: ręka świę­te­go Woj­cie­cha oraz kie­lich kró­lo­wej Dą­brów­ki.

Z cza­sów trze­me­skich za­pa­dły w pa­mięć chłop­ca dwa wy­da­rze­nia. Piwo wy­pi­te w go­spo­dzie „Pod Or­łem” ze star­szy­mi ko­le­ga­mi z gim­na­zjum, z cze­go mu­siał po­tem gę­sto tłu­ma­czyć się mat­ce; szu­ka­ją­cą syna ro­dzi­ciel­kę ry­bak znad po­bli­skie­go je­zior­ka „uspo­ko­ił” naj­le­piej, jak po­tra­fił: „Je­rzyk: Oho, ten fre­chow­ny szczun mu­siał się zaś ale uto­pić. Jak pani chce, sią­dę w czół­no i prze­szu­kam dno bo­sa­kiem”. I eg­zor­cy­zmy w ka­te­drze, pod­czas któ­rych ksiądz Ko­wal­ski oso­bi­ście wy­pę­dził całą gro­ma­dę dia­błów z cia­ła rze­ko­mo opę­ta­nej przez sza­ta­ny dziew­czy­ny.

Pod­czas ce­re­mo­nii mały Je­rzy wraz z in­ny­mi mi­ni­stran­ta­mi miał za za­da­nie ma­chać ka­dziel­ni­ca­mi, tak by won­ny dym spo­wi­jał lu­dzi i wy­peł­nił ka­te­drę po sam su­fit. Sku­tecz­nie prze­pę­dziw­szy Bel­ze­bu­ba, Lu­cy­fe­ra, Ba­fo­me­ta, Le­wia­ta­na, Be­lia­la i po­zo­sta­łe sza­ta­ny pro­boszcz prze­mó­wił do wier­nych, wzy­wa­jąc do mo­dłów, więk­szej po­boż­no­ści oraz po­ku­ty za grze­chy tra­wią­ce mia­sto. „…a tak­że przy­po­mniał, że na pu­ste roz­ryw­ki lu­dzie pie­nię­dzy nie ską­pią, zaś na świę­te dzie­ło Ko­ścio­ła da­wać ich się wzbra­nia­ją” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Po la­tach do­szedł do wnio­sku, że opę­ta­na cier­pia­ła za­pew­ne na epi­lep­sję i po od­pra­wie­niu eg­zor­cy­zmów ktoś, być może na­wet sam ksiądz Ko­wal­ski, od­wiózł ją do ja­kie­goś od­da­lo­ne­go szpi­ta­la.

Z po­by­tem w Trze­mesz­nie wią­zał Wal­dorff swe póź­niej­sze za­mi­ło­wa­nie do cmen­ta­rzy, któ­re na ko­niec za­mie­ni­ło się w wal­kę o ra­to­wa­nie Po­wą­zek. Czas wol­ny od na­uki i służ­by w ko­ście­le spę­dzał z ko­le­ga­mi na grze w ber­ka po­śród gro­bów na trze­me­skim cmen­ta­rzu. Przy­sia­dy­wał wte­dy, by od­po­cząć, na ka­mien­nych pły­tach na­grob­ków. „…od­no­sząc się po­ufa­le do nie­bosz­czy­ków. Po­lu­bi­łem ich życz­li­wie nie­mą obec­ność” – opo­wia­dał An­drze­jo­wi Li­sow­skie­mu.

W to­mie Har­fy le­cia­ły na pół­noc po­chwa­lił się, że pierw­szy rok w gim­na­zjum w Trze­mesz­nie za­koń­czył z chlub­nym świa­dec­twem, na któ­rym wid­nia­ły same piąt­ki, z wy­jąt­kiem czwór­ki… ze śpie­wu. Nie sta­nął na prze­szko­dzie pro­mo­cji na­wet kon­flikt z na­uczy­cie­lem, któ­re­go z ja­kie­goś po­wo­du – po la­tach nie po­tra­fił już so­bie przy­po­mnieć, co to był za po­wód – na­zwał „pi­sta­cjo­wą mał­pą” i mat­ka zo­sta­ła we­zwa­na przed ob­li­cze cia­ła pe­da­go­gicz­ne­go. Roz­sier­dzo­ny bel­fer gro­ził wy­rzu­ce­niem bez­czel­ne­go ucznia ze szko­ły i dużo trze­ba było za­cho­du, by od za­mia­ru od­stą­pił. „…ja­kieś na­wet zda­je się ko­sze z pro­wian­ta­mi wo­żo­no z Rę­kaw­czy­na” – wspo­mi­nał Wal­dorff.

Co na­praw­dę było przy­czy­ną kon­flik­tu z na­uczy­cie­lem, nie spo­sób już usta­lić. Ale świa­dec­two z Trze­mesz­na po trze­cim okre­sie (rok szkol­ny po­dzie­lo­ny był wów­czas na czte­ry okre­sy) wca­le nie wy­glą­da­ło tak świet­nie, jak pi­sał Wal­dorff. Oce­na bar­dzo do­bra była tyl­ko jed­na, z nauk przy­rod­ni­czych. Poza tym same do­bre i jed­na do­sta­tecz­na, z gim­na­sty­ki.

Miał już lat czter­na­ście, gdy mat­ka prze­nio­sła jego i sio­strę do gim­na­zjum w Po­zna­niu. Po tro­sze, by dać lep­szą, bo wiel­ko­miej­ską edu­ka­cję dzie­ciom w gim­na­zjum św. Ma­rii Mag­da­le­ny, a po czę­ści dla­te­go, że sama mia­ła ser­decz­nie dość Rę­kaw­czy­na i pod po­zo­rem ko­niecz­no­ści czu­wa­nia nad na­uką syna i cór­ki mo­gła czę­ściej wy­rwać się z wiej­skiej nudy do świa­ta. W koń­cu – dzie­ci do­ra­sta­ją! – prze­pro­wa­dzi­ła się do Po­zna­nia sama. Mie­li prze­cież w mie­ście ku­pio­ną w tym sa­mym cza­sie, co ma­ją­tek w Rę­kaw­czy­nie, czyn­szo­wą ka­mie­ni­cę przy Grot­t­ge­ra 5, więc miesz­ka­nie cze­ka­ło. „Od­tąd jeź­dzi­li­śmy do Rę­kaw­czy­na tyl­ko na wszyst­kie świę­ta i wa­ka­cje” – wspo­mi­nał Wal­dorff.

Naj­pierw jed­nak tra­fił na stan­cję przy ul. Ogro­do­wej, pro­wa­dzo­ną przez za­przy­jaź­nio­ną z mat­ką sta­rą dok­to­ro­wą Drob­ni­ko­wą. Za­miesz­kał z dwo­ma brać­mi Ko­ry­tow­ski­mi, z po­dob­nej jak jego zie­miań­skiej ro­dzi­ny, więc i o po­dob­nych przy­zwy­cza­je­niach. Któ­rejś nocy chłop­cy urzą­dzi­li po­lo­wa­nie na plu­skwy, w któ­re miesz­ka­nie dok­to­ro­wej ob­fi­to­wa­ło. Strze­la­li z przy­wie­zio­nych pi­sto­le­tów śru­tem na kacz­ki. Zbu­dzo­na i roz­złosz­czo­na opie­kun­ka ze­bra­ła o pół­no­cy wi­no­waj­ców w noc­nych ko­szu­lach i za karę ka­za­ła każ­de­mu na­pi­sać sto razy: „Nie wol­no strze­lać z pi­sto­le­tu do plu­skiew”.

Dok­to­ro­wa nie speł­ni­ła jed­nak ocze­ki­wań mat­ki. Mia­ła pro­wa­dzać ma­łe­go pod­opiecz­ne­go do ope­ry i te­atru, a spraw­dza­ła je­dy­nie czy­stość uszu i ze­zwa­la­ła na wy­pra­wy na śli­zgaw­kę na Przy­pad­ku, gdzie Je­rzyk po­pi­sy­wał się po­da­ro­wa­ny­mi przez ojca bu­ta­mi z przy­twier­dzo­ny­mi na sta­łe łyż­wa­mi. Po roku mat­ka zde­cy­do­wa­ła o zmia­nie stan­cji. Ale ani ta, ani na­stęp­na nie oka­za­ła się wy­star­cza­ją­co do­bra, więc w koń­cu ro­dzi­ciel­ka pod­ję­ła de­cy­zję, że musi za­jąć się dzieć­mi sama.

Wte­dy też Wal­dorff zmie­nił nie bar­dzo lu­bia­ne gim­na­zjum św. Ma­rii Mag­da­le­ny na gim­na­zjum im. Mar­cin­kow­skie­go. Pierw­szą szko­łę znie­na­wi­dził przede wszyst­kim za spra­wą nie­ja­kie­go Mi­cha­ła, szkol­ne­go osił­ka i awan­tur­ni­ka, któ­ry bę­dzie prze­kleń­stwem ma­łe­go Je­rze­go jesz­cze przez kil­ka na­stęp­nych lat. Mi­chał z ja­kie­goś nie­wia­do­me­go mu po­wo­du nie prze­pu­ścił żad­nej oka­zji, by go prze­wró­cić, kop­nąć albo przy­najm­niej zdzie­lić pię­ścią. „…a Fi­drek – trze­ba to wy­znać, cho­ciaż przy­kro – do od­waż­nych nie na­le­żał. Bądź­my szcze­rzy: był tchó­rzem” – wspo­mi­nał Wal­dorff.

Fi­drek to było do­mo­we imię Je­rze­go Wal­dorf­fa. Imię nada­ne przez mat­kę, któ­rym zwra­ca­li się do nie­go do­mow­ni­cy. Nie wzię­ło się z prze­kształ­ce­nia imie­nia Je­rzy ani nie mia­ło z nim spe­cjal­ne­go związ­ku, ale przy­lgnę­ło do Wal­dorf­fa na lata, po­dob­nie zresz­tą jak do jego mat­ki, Jo­an­ny – imię Pu­nia. Kie­dy pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych pi­sał no­stal­gicz­ną, opar­tą na wła­snej bio­gra­fii po­wieść, za­ty­tu­ło­wał ją wła­śnie Fi­drek. Nie chciał, by trak­to­wać Fi­dr­ka jako au­to­bio­gra­fię. Pod­kre­ślał wie­le razy, że to tyl­ko hi­sto­ria osnu­ta na pew­nych fak­tach z jego ży­cia, jed­nak bar­dzo wie­le z wy­da­rzeń opi­sa­nych w tej książ­ce w in­nych po­da­wał jako fak­ty z wła­snej prze­szło­ści. Dzie­ciń­stwo w Rę­kaw­czy­nie, lata na­uki, a po­tem stu­dia w Po­zna­niu. Zga­dza­ją się na­wet szcze­gó­ły, ta­kie jak po­dróż sa­mo­lo­tem w na­gro­dę za zda­ną szczę­śli­wie ma­tu­rę. Dla­te­go kry­ty­ka zgod­nie uzna­ła Fi­dr­ka za zbe­le­try­zo­wa­ną, nie­co za­ka­mu­flo­wa­ną, ale jed­nak bio­gra­fię pi­sa­rza. I roz­li­cza­no Wal­dorf­fa z ży­cia Fi­dr­ka.

A i on sam pi­sał: „Tam­ten Fi­drek, czy­li ja w głę­bi cza­su. (…). Ob­ser­wu­jąc go z mo­je­go nie­mal już pod­zie­mia skal­ne­go, wiem, że to by­łem ja i niby nadal je­stem, ale prze­cież nic mnie z chło­pa­kiem nie łą­czy, oprócz za­wi­ści, że on tam zo­stał aż do tyla mło­dy, gdy ja tu, na tej kra­wę­dzi bytu?”. Prze­ty­kał opo­wieść ob­ra­za­mi wła­snej sta­ro­ści („Kie­dy za­cznie się dla nie­go dru­ga woj­na świa­to­wa, bę­dzie się bał, czy ją prze­trwa. Ja wiem, że tak, ale co z tego?”), a cza­sem wprost zwra­ca­jąc się do sie­bie z prze­szło­ści: „…słu­chaj, Fi­drek! Idąc swo­ją naj­trud­niej­szą pol­ską dro­gą, bę­dziesz oto­czo­ny przez dia­bły w kom­żach, dzwo­nią­ce na róż­ne msze, ale wszyst­kie będą mó­wi­ły, że pra­gną stwo­rzyć raj na zie­mi, i w imię prze­pięk­nych ha­seł będą chcia­ły zmu­sić cie­bie, że­byś od­ma­wiał ich pa­cie­rze. Ty się nie daj przy­mu­sić!”.

Ob­szer­ne miesz­ka­nie w ka­mie­ni­cy przy Grot­t­ge­ra 5 zaj­mo­wa­li we trój­kę (mat­ka, Fi­drek i Ma­ry­sia). Po­ło­żo­na w po­bli­żu ogro­du bo­ta­nicz­ne­go ele­ganc­ka ka­mie­ni­ca wy­bu­do­wa­na zo­sta­ła w są­siedz­twie in­nych rów­nie ele­ganc­kich do­mów przy pięk­nej uli­cy, skąd dzie­ci mia­ły do no­wej szko­ły tyl­ko dwie prze­czni­ce. Przed do­mem stał na pod­wyż­sze­niu ka­mien­ny niedź­wiedź z tar­czą w ła­pach, jak­by cze­ka­jąc na umiesz­cze­nie w niej her­bu wła­ści­cie­li.

Wal­dorff miał na Grot­t­ge­ra po­kój z od­dziel­nym, oto­czo­nym ka­mien­ną ba­lu­stra­dą bal­ko­nem, z któ­re­go mógł ob­ser­wo­wać są­sia­dów. Zwłasz­cza prof. Iko­no­wi­cza, miesz­ka­ją­ce­go z dwie­ma do­ra­sta­ją­cy­mi cór­ka­mi i mło­dą ko­bie­tą, wzbu­dza­ją­cą wśród in­nych lo­ka­to­rów wie­le emo­cji i na­zy­wa­ną przez co bar­dziej wścib­skie są­siad­ki z obu­rze­niem „kon­ku­bi­ną”. A mat­ka mia­ła swo­ją uko­cha­ną ope­rę, te­atr i wie­czo­ry bry­dżo­we, na któ­re za­pra­sza­ła zwy­kle oko­ło dwu­na­stu osób (gra­no na trzech sto­li­kach). Sama była szczę­śli­wa, uniesz­czę­śli­wi­ła jed­nak syna, wy­naj­mu­jąc miesz­ka­nie w ka­mie­ni­cy ro­dzi­com owe­go Mi­cha­ła, od któ­re­go szy­kan Fi­drek miał na­dzie­ję po zmia­nie szko­ły wresz­cie się uwol­nić. Na próż­no, zde­cy­do­wa­ły pie­nią­dze, któ­re oj­ciec Mi­cha­ła go­tów był za­pła­cić. Wró­cił strach i rzad­ko uda­ne pró­by unik­nię­cia Mi­cha­ło­wych pię­ści.

Na­uka w „Mar­cin­ku” szła mu, oględ­nie mó­wiąc, śred­nio. Na któ­rejś z wy­sta­wia­nych na ko­niec kwar­ta­łu cen­zu­rek przy­niósł aż pięć ocen nie­do­sta­tecz­nych. Oj­ciec spo­koj­nie ka­zał mu wte­dy ro­ze­słać wschod­ni ko­bier­czyk, opu­ścić spodnie i po­ło­żyć się. „…po czym wła­sno­ręcz­nie wle­pił mi pięć dys­cy­plin, po jed­nej za każ­dy zły sto­pień” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Na ko­niec roku na miej­sce każ­dej z dwój przy­niósł oce­nę „do­brze”. W „Mar­cin­ku” za­sma­ko­wał też ta­kich szkol­nych przy­jem­no­ści, jak pierw­szy pa­pie­ros wy­pa­lo­ny w gim­na­zjal­nej ubi­ka­cji i pierw­sza kara wy­mie­rzo­na przez dy­rek­to­ra, któ­ry przy­ła­pał ucznia na wy­stęp­ku. Za pro­mo­cję z pią­tej do szó­stej kla­sy do­stał pierw­szą na­praw­dę cen­ną na­gro­dę: wy­ma­rzo­ny od daw­na ro­wer.

Miał szes­na­ście, a może sie­dem­na­ście lat, gdy ro­dzi­ce zde­cy­do­wa­li się za­brać syna i cór­kę w po­dróż do­oko­ła Eu­ro­py. Pie­nię­dzy w domu nig­dy nie było w nad­mia­rze, „oj­ciec bar­dzo źle go­spo­da­ro­wał tym, cze­go sam się do­ro­bił i co wziął był za mat­kę” – pi­sał Wal­dorff, ale tego ro­dza­ju in­we­sty­cję w kształ­ce­nie dzie­ci ro­dzi­ce uwa­ża­li za ko­niecz­ność. Być może zresz­tą aku­rat tego roku w Rę­kaw­czy­nie był wy­jąt­ko­wy uro­dzaj i po­ja­wi­ły się do­dat­ko­we pie­nią­dze, dość, że w grud­niu wy­ru­szy­li. Przez Wie­deń, We­ne­cję, Me­dio­lan, Ge­nuę, Ni­ceę i Pa­ryż. Były obo­wiąz­ko­we mu­zea, ga­le­rie, te­atry, ope­ry, ba­le­ty. „…udrę­ka zwie­dza­nia, we­dług pla­nu sta­ran­nie uło­żo­ne­go jed­na go­dzi­na po dru­giej, od rana do wie­czo­ra” – Wal­dorff wspo­mi­nał, jak bar­dzo wte­dy nie­na­wi­dził ojca za mękę za­li­cza­nia ko­lej­nych punk­tów pro­gra­mu. A w do­dat­ku tak­że on sam cią­gnął ro­dzi­ców i sio­strę na cmen­ta­rze w ko­lej­nych mia­stach, na któ­rych dłu­ta­mi naj­więk­szych rzeź­bia­rzy za­pi­sa­na była pa­mięć o prze­szło­ści. Na me­dio­lań­skim Cam­po San­to nie­mal jak atrak­cję tu­ry­stycz­ną oglą­da­li naj­no­wo­cze­śniej­szy piec do kre­ma­cji zwłok, a na Pere-La­cha­ise w Pa­ry­żu zgod­nie z wie­lo­let­nią tra­dy­cją oj­ciec zo­sta­wił wi­zy­tów­kę na tac­ce przy gro­bie Fry­de­ry­ka Cho­pi­na.

– Gdzie­kol­wiek póź­niej po­dró­żo­wa­łem, za­wsze szcze­gól­nie in­te­re­so­wa­ły mnie cmen­ta­rze – opo­wia­dał Wal­dorff po la­tach An­drze­jo­wi Li­sow­skie­mu.

Pa­ryż za­pa­mię­tał jako miej­sce pierw­sze­go praw­dzi­we­go bun­tu prze­ciw­ko ojcu, któ­ry miał cią­gnąć się aż do śmier­ci Wi­tol­da. Jed­na­ko­wo wy­bu­cho­we tem­pe­ra­men­ty i nie­umie­jęt­ność wy­cią­gnię­cia dło­ni do zgo­dy po­wo­do­wa­ły, że nie po­tra­fi­li dojść do po­ro­zu­mie­nia. „Oj­ciec, znie­chę­co­ny do cna bo­ja­mi, wy­dzie­dzi­czył mnie wresz­cie, o czym do­wie­dzia­łem się z te­sta­men­tu po jego śmier­ci” – wspo­mi­nał Wal­dorff w Tań­cu ży­cia ze śmier­cią.

W Fi­dr­ku na­pi­sał, że ście­ra­li się jak dwa ko­gu­ty: sta­ry, szy­ku­ją­cy się do ata­ku dzio­bem od góry, i mło­dy, zje­żo­ny, z łbem nie­ustę­pli­wie opusz­czo­nym. Ża­den nie chciał zro­zu­mieć, że do starć mię­dzy nimi do­cho­dzi nie z po­wo­du róż­nic, ale ze wzglę­du na po­do­bień­stwo cha­rak­te­rów.

Ten pierw­szy raz miał miej­sce, gdy Je­rzy ka­te­go­rycz­nie od­mó­wił wy­pra­wy do Wer­sa­lu, gdzie zda­niem ojca ro­dzi­na po­win­na wspól­nie za­chwy­cić się por­tre­tem Ma­rii Lesz­czyń­skiej, Po­lki, któ­ra za­sia­dła na tro­nie fran­cu­skim. Wal­dorff na­zwał kró­lo­wą sta­rą babą, po­wie­dział, że nie ma za­mia­ru jej oglą­dać i po dłuż­szej chwi­li wrza­sków po­sta­wił na swo­im. To zna­czy oj­ciec oświad­czył, że syn za karę zo­sta­nie w ho­te­lu, o co Je­rze­mu wła­śnie cho­dzi­ło. Zresz­tą za­ka­zu i tak nie re­spek­to­wał, spę­dza­jąc czas na ta­ra­sie ka­wiar­ni na Po­lach Eli­zej­skich.

Jed­no ze zdjęć utrwa­li­ło wy­gląd nie­opie­rzo­ne­go aman­ta, ja­kim wte­dy był. Spię­te pod ko­la­na­mi bu­fia­ste spodnie­pum­py w szkoc­ką kra­tę, prąż­ko­wa­ne pod­ko­la­nów­ki i pół­bu­ty, krót­ka ma­ry­nar­ka i spor­to­wa czap­ka z wiel­błą­dziej weł­ny. Wło­sy ze sta­ran­nie za­cze­sa­nym i wy­po­ma­do­wa­nym prze­dział­kiem à la Adol­phe Men­jou, bar­dzo mod­ny wów­czas ame­ry­kań­ski ak­tor. „Ja­kiż by­łem za­baw­ny” – sko­men­to­wał fo­to­gra­fię Wal­dorff.

Na Po­lach Eli­zej­skich nie do­cze­kał się wy­ma­rzo­nej pod­czas bez­sen­nych chło­pię­cych nocy mi­ło­snej przy­go­dy; na­miast­ką była wi­zy­ta w słyn­nym ka­ba­re­cie Fo­lies-Ber­gère, bo od­wie­dzi­ny w świą­ty­ni ero­ty­zmu oj­ciec prze­wi­dział w pa­ry­skim pla­nie tak­że. Wy­brał co praw­da nie pro­gram wie­czor­ny, ale po­po­łu­dnio­wy, li­cząc, że w cią­gu dnia mniej w nim bę­dzie go­li­zny, ale na­dzie­je oka­za­ły się płon­ne. Już od pierw­szej mi­nu­ty pro­gra­mu na sce­nie tań­czy­ły, ma­sze­ro­wa­ły, ta­rza­ły się i pie­ści­ły na­gie, pięk­ne i mło­de dziew­czy­ny. Dla ro­ze­ro­ty­zo­wa­nej wy­obraź­ni chłop­ca tego było za wie­le. Spu­ścił gło­wę z za­wsty­dze­nia. „Na ja­kim­że mon­stru­al­nym po­sła­niu miał­bym je pie­ścić na­raz wszyst­kie?! – a gdy­bym jed­ną obej­mo­wał, po­zo­sta­łe śmia­ły­by się tym­cza­sem” – za­pa­mię­tał Wal­dorff my­śli na­sto­lat­ka.

Pa­ry­skie atrak­cje były waż­ne, ale jesz­cze waż­niej­sza była moż­li­wość za­da­wa­nia szy­ku wśród przy­ja­ciół, zwłasz­cza po­śród za­przy­jaź­nio­nych pa­nien, szcze­gól­nie przed rudą cór­ką zna­jo­mych, w któ­rej się pod­ko­chi­wał. „…ja – po­dob­ny cie­la­ko­wi mło­de­mu wśród ja­łó­wek – mu­czę i ry­czę ogrom­nie za­do­wo­lo­ny: – Gdy by­łem w Pa­ry­żu! Dzia­ło się to w Pa­ry­żu! Jak znam Pa­ryż!…”. Po­tem jeź­dził do Pa­ry­ża jesz­cze wie­lo­krot­nie, zwłasz­cza po śmier­ci ojca, gdy za­rzą­dza­nie ro­dzin­nym ma­jąt­kiem prze­ję­ła mat­ka i skoń­czy­ły się kło­po­ty fi­nan­so­we, po­wo­do­wa­ne ko­lej­ny­mi „świet­ny­mi” po­my­sła­mi Wi­tol­da, ale ten pierw­szy raz po­zo­stał na dłu­go nie­za­po­mnia­ny.

W maju 1928 roku ukoń­czył na­ukę w „Mar­cin­ku” i przy­stą­pił do ma­tu­ry. Eg­za­mi­ny z ję­zy­ka pol­skie­go, ma­te­ma­ty­ki i re­li­gii zdał na oce­nę do­brą, z hi­sto­rii i fran­cu­skie­go na do­sta­tecz­ną. „Ma­tu­ry za mo­ich cza­sów prze­bie­ga­ły na po­zio­mie dzi­siej­szych eg­za­mi­nów ma­gi­ster­skich (…) ma­gi­ste­ria zda­wa­li­śmy na po­zio­mie dzi­siej­szych dok­to­ra­tów.” – wspo­mi­nał po la­tach z dumą.

Po otrzy­ma­niu świa­dec­twa doj­rza­ło­ści przy­szedł czas na prze­kro­cze­nie praw­dzi­we­go pro­gu do­ro­sło­ści – pierw­sze sa­mo­dziel­ne łowy w po­znań­skich noc­nych lo­ka­lach i bur­de­lach. Wy­pra­wa na pierw­szy w ży­ciu dan­sing nie po­wio­dła się kom­plet­nie. Gwiaz­dą mia­ła być sze­ro­ko re­kla­mo­wa­na w po­znań­skiej pra­sie eg­zo­tycz­na tan­cer­ka brzu­cha; mat­ka bała się na­wet, by syn, roz­pa­lo­ny uj­rza­nym po raz pierw­szy w ży­ciu skraw­kiem na­gie­go dam­skie­go cia­ła, nie ze­chciał tan­cer­ce się oświad­czyć. Nie miał jed­nak oka­zji. Wiel­ki kry­zys eko­no­micz­ny w Ame­ry­ce ude­rzył ry­ko­sze­tem tak­że w Pol­skę i roz­po­czy­na­ją­cą się wła­śnie w Po­zna­niu Po­wszech­ną Wy­sta­wę Kra­jo­wą, pla­no­wa­ną ze szcze­gól­nym roz­ma­chem, bo od­by­wa­ła się w dzie­się­cio­le­cie od­zy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści. Ze stu ty­się­cy za­po­wia­da­nych go­ści przy­je­cha­ło nie­wie­lu, co sku­tecz­nie zmro­zi­ło at­mos­fe­rę w pu­sta­wych sa­lach re­stau­ra­cji i dan­sin­gów. Nie było ani go­ści, ani za­po­wia­da­nych eg­zo­tycz­nych ar­ty­stek.

Jesz­cze go­rzej po­szło pod­czas, po­wta­rza­nej przez ko­lej­ne „wy­pu­sty” ma­tu­rzy­stów, ry­tu­al­nej wy­pra­wy do pod­łe­go baru przy ul. Wro­cław­skiej. Pro­wa­dze­ni przez na­uczy­cie­la ję­zy­ka pol­skie­go, na co dzień ra­czej de­spo­tycz­ne­go – co moż­na było jed­nak zło­żyć na karb mę­czą­ce­go i per­ma­nent­ne­go kaca, na któ­rym pro­wa­dził lek­cje – ucznio­wie mie­li tam otrzy­mać ostat­nią na­ukę, w jaką na nową dro­gę ży­cia chcia­ła wy­po­sa­żyć ich szko­ła. Ge­ne­ral­nie kiep­skiej opi­nii lo­kal miał bo­wiem tę za­le­tę, że na „mło­dych pa­nów” cze­ka­ły w nim pro­sty­tut­ki!

Wal­dorf­fo­wi tra­fi­ła się szczu­pła bru­net­ka, dość jesz­cze mło­da i nie­znisz­czo­na, ale wy­raź­nie do­świad­czo­na w fa­chu. Szyb­ko prze­ję­ła ini­cja­ty­wę w nie­wiel­kiej ka­bi­nie, do któ­rej za­cią­gnę­ła Wal­dorf­fa. Nie zwa­ża­jąc na ha­ła­sy do­bie­ga­ją­ce zza cien­kich prze­pie­rzeń, za któ­ry­mi inne dziew­czy­ny wpro­wa­dza­ły w „praw­dzi­we” ży­cie in­nych nie­daw­nych gim­na­zja­li­stów, chcia­ła uczy­nić to samo. Ale Wal­dorff do­strzegł na jej bia­łym udzie dziw­ną kro­stę, żół­tą w czer­wo­nej otocz­ce, wi­do­my znak cho­ro­by to­wa­rzy­szą­cej upra­wia­ne­mu przez dziew­czy­nę za­wo­do­wi. Wy­biegł ze spe­lun­ki i za­trzy­mał się do­pie­ro przy po­znań­skiej Kor­de­gar­dzie.

Na­gro­dą od ro­dzi­ców za zda­ną ma­tu­rę była wy­pra­wa sa­mo­lo­tem z War­sza­wy do Po­zna­nia. To było prze­ży­cie, do któ­re­go Wal­dorff wra­cał wie­lo­krot­nie przy naj­roz­ma­it­szych oka­zjach. Pierw­szy w ży­ciu lot. I je­den z pierw­szych rej­sów LOT-u w ogó­le. „…jed­nym z pierw­szych przed laty pol­skich Ika­rów, może je­dy­nym do dziś jesz­cze ży­wym, a nie wy­pcha­nym, je­stem JA” – pi­sał Wal­dorff w 1998 roku, w sie­dem­dzie­się­cio­le­cie po­wo­ła­nia Pol­skich Li­nii Lot­ni­czych LOT. W Fi­dr­ku przy­znał się, że lot był czę­ścią prze­myśl­ne­go pla­nu ro­dzi­ców, chcą­cych prze­kup­stwem i szan­ta­żem skło­nić go do na­uki przed zbli­ża­ją­cą się ma­tu­rą. A pod­nieb­na wy­pra­wa war­ta była paru ty­go­dni spę­dzo­nych nad pod­ręcz­ni­ka­mi. Dru­gą czę­ścią za­chę­ty do na­uki była wi­zy­ta w Ope­rze Po­znań­skiej na przed­sta­wie­niu Ma­da­me But­ter­fly Gia­co­mo Puc­ci­nie­go z praw­dzi­wą Ja­pon­ką w roli ty­tu­ło­wej. Spek­takl był wy­da­rze­niem, któ­re zgro­ma­dzi­ło cały Po­znań.

Lot ae­ro­pla­nem był uko­ro­no­wa­niem pa­ro­ty­go­dnio­we­go po­by­tu w War­sza­wie, gdzie osiem­na­sto­let­ni Je­rzy już za zgo­dą ro­dzi­ców miał za­znać praw­dzi­we­go do­ro­słe­go ży­cia. „…mło­dość po ma­tu­rze win­na się wy­szu­mieć” – uznał bo­wiem ro­dzin­ny are­opag. A to za spra­wą „naj­spro­śniej­sze­go z wu­jów”, któ­re­go star­szy­zna ro­dzin­na uczy­ni­ła od­po­wie­dzial­nym za stwo­rze­nie sprzy­ja­ją­cych „szu­mie­niu” oko­licz­no­ści. W tym celu wy­po­sa­żo­no mło­dzień­ca w od­po­wied­nie stro­je wie­czo­ro­we i kom­plet po­dróż­ny. Bu­fia­ste pum­py, ma­ry­nar­kę z wiel­błą­dziej weł­ny, buty i rę­ka­wicz­ki ze świń­skiej skó­ry, a do ręki la­secz­kę z ja­sne­go bam­bu­sa. Był go­tów, by zdo­by­wać świat.

W pierw­szej ko­lej­no­ści „naj­spro­śniej­szy” z wu­jów za­pro­wa­dził mło­de­go krew­nia­ka do za­ka­za­nej wcze­śniej ope­ret­ki, gdzie Wal­dorff po raz pierw­szy i ostat­ni w ży­ciu uj­rzał na sce­nie Wik­to­rię Ka­wec­ką, le­gen­dar­ną diwę tej sce­ny, w któ­rej ko­cha­ła się cała War­sza­wa. Już samo to było sym­bo­licz­nym prze­kro­cze­niem pro­gu mę­sko­ści, ale wuj na tym nie po­prze­stał. Po spek­ta­klu za­pro­wa­dził krew­nia­ka na­prze­ciw­ko, do noc­ne­go lo­ka­lu „Pod Ko­gu­tem”, peł­ne­go cza­row­nych pań, w do­dat­ku bar­dziej niż Ka­wec­ka do­stęp­nych. „…go­to­we były nie tyl­ko upaść, ale tak­że na­uczyć ma­tu­rzy­stę tech­ni­ki upad­ku naj­pi­kant­niej­sze­go” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Zaś po upad­ku miał unieść się naj­wy­żej, jak było to wte­dy wy­obra­żal­ne, bo sa­mo­lo­tem pod same nie­bio­sa.

Sa­mo­lot od­la­ty­wał o trze­ciej po po­łu­dniu z lot­ni­ska na Polu Mo­ko­tow­skim, a o pierw­szej Je­rzy za­pro­szo­ny zo­stał na obiad do ciot­ki Zo­fii Kur­ma­no­wej. Był vol-au-vent z móżdż­kiem, con­som­mé z pie­czar­ka­mi, kur­czę­ta z mi­ze­rią, a na de­ser – tort hisz­pań­ski. „Jedz, moje dziec­ko, bo jak się raz znaj­dziesz w po­wie­trzu, Bóg je­den ra­czy wie­dzieć, do­kąd was ze­chcą wia­try za­gnać i co tam bę­dziesz mógł do­stać do zje­dze­nia” – sło­wa ciot­ki i tak nie mo­gły uspo­ko­ić prze­ra­żo­ne­go mło­dzień­ca.

Na lot­ni­sko od­pro­wa­dza­ło Wal­dorf­fa kil­ka­na­ścio­ro ku­zy­nek i ku­zy­nów, chcą­cych choć po­śred­nio za­znać lot­ni­czych emo­cji. Z jesz­cze licz­niej­szą świ­tą przy­był dru­gi pa­sa­żer „sta­lo­we­go pta­ka”, jak wów­czas pi­sa­no, po­nad­sie­dem­dzie­się­cio­let­ni gru­ba­wy sta­ru­szek, któ­ry też po­sta­no­wił za­znać roz­ko­szy lotu w prze­stwo­rzach. Byli je­dy­ny­mi pa­sa­że­ra­mi ośmio­oso­bo­wej awio­net­ki mar­ki Far­man. Wresz­cie wy­star­to­wa­li. „Pod­czas gdy far­man prze­ska­ki­wał z jed­nej fali po­wietrz­nej na dru­gą, za­pa­dał się w «dziu­ry» i pod­ry­wał wzwyż, twarz moja po­czę­ła sza­rzeć, żółk­nąć, aby wresz­cie zzie­le­nieć” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Sta­ru­szek z drwi­ną przy­glą­dał się, jak współ­to­wa­rzysz po­dró­ży roz­sta­wał się ze zje­dzo­nym obia­dem, zaś po wy­lą­do­wa­niu mat­ka za­ka­za­ła sy­no­wi opo­wia­dać so­bie, jak było na gó­rze, bo bała się, że nie za­śnie przez całą noc.

Stu­dia Je­rzy Wal­dorff roz­po­czął jed­no­cze­śnie w Kon­ser­wa­to­rium Po­znań­skim (dy­rek­to­rem był wów­czas Zdzi­sław Jahn­ke) i na Wy­dzia­le Praw­no-Eko­no­micz­nym Uni­wer­sy­te­tu Po­znań­skie­go. „Graj, tańcz, śpie­waj, ale naj­pierw mu­sisz zdo­być wie­dzę do­sta­tecz­ną na za­ro­bie­nie pie­nię­dzy dla ro­dzi­ny: ja­kiś prak­tycz­ny za­wód na ży­cie” – prze­ko­ny­wa­ła mat­ka.

W kon­ser­wa­to­rium śpie­wał w uczel­nia­nym chó­rze, któ­ry to­wa­rzy­szył 7 mar­ca 1929 r. pra­wy­ko­na­niu Sta­bat Ma­ter Ka­ro­la Szy­ma­now­skie­go w obec­no­ści kom­po­zy­to­ra, uczest­ni­czył wraz z ko­le­ga­mi z kla­sy for­te­pia­nu w kon­cer­cie Ar­tu­ra Ru­bin­ste­ina w Te­atrze Wiel­kim w Po­zna­niu i peł­nił funk­cję wi­ce­pre­ze­sa stu­denc­kiej or­ga­ni­za­cji sa­mo­po­mo­co­wej „Brat­nia Po­moc”. Był współ­or­ga­ni­za­to­rem jed­ne­go z kar­na­wa­ło­wych ba­lów Brat­nia­ka w na­je­le­gant­szym w Po­zna­niu (w in­nym nie wy­pa­da­ło!) ho­te­lu „Ba­zar”, pod pa­tro­na­tem sa­me­go pre­zy­den­ta mia­sta. Wspo­mnie­niem po balu jest fo­to­gra­fia, któ­ra prze­trwa­ła wo­jen­ną za­wie­ru­chę. Wal­dorff we fra­ku, la­kier­kach i bia­łych skór­ko­wych rę­ka­wicz­kach, ze sta­ran­nie przy­strzy­żo­nym wą­si­kiem i fry­zu­rą à la naj­słyn­niej­szy wów­czas fil­mo­wy amant, Ru­dolf Va­len­ti­no. „…szcze­niak ba­jecz­nie ele­ganc­ki, mło­dy i głu­pi (…) na co dzień za­cho­wy­wa­łem się jak pre­ten­sjo­nal­ny idio­ta” – na­pi­sał, choć za­raz za­strzegł, że jed­no­cze­śnie czy­tał W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su Mar­ce­la Pro­usta, i to w ory­gi­na­le. To było ko­niecz­ne, tłu­ma­czył, bo z ów­cze­sny­mi pan­na­mi na­le­ża­ło w tań­cu roz­ma­wiać o wra­że­niach z lek­tur – Cza­ro­dziej­skiej góry, Lo­chów Wa­ty­ka­nu lub Czer­wo­nych tarcz. Zdra­dza­jąc, że nie jest się na bie­żą­co z li­te­rac­ki­mi no­wo­ścia­mi, moż­na było na­ra­zić się wy­łącz­nie na po­gar­dę.

Nie za­pa­mię­tał, jak mia­ła na imię dziew­czy­na z tej sa­mej ba­lo­wej fo­to­gra­fii (na­zy­wał ją Ewe­li­ną, bo tak wy­da­wa­ło mu się wy­kwint­niej), któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mu na balu. Była ślicz­ną bru­net­ką, o ry­sach jak z rzeźb Prak­sy­te­le­sa, choć nie­co za drob­ną. „Gdy­by mia­ła wy­nio­ślej­szą fi­gu­rę, mó­wi­ło­by się o niej w Po­zna­niu, że to grec­ka pięk­ność.” – na­pi­sał.

Bal od­był się ze wszyst­ki­mi szy­ka­na­mi, po­lo­ne­zem, wal­cem z ko­ty­lio­na­mi, bia­łym ma­zu­rem, ale za­czął się od gafy. Mło­dzi or­ga­ni­za­to­rzy nie za­uwa­ży­li, że na za­pro­sze­niach wszę­dzie tam, gdzie po­wi­nien zna­leźć się skrót mgr, od licz­nych w Po­zna­niu ma­gi­strów, zna­lazł się inny – msgr., od mon­si­gno­re, ozna­cza­ją­cy po ła­ci­nie „pra­łat”, co nie każ­de­mu mu­sia­ło się po­do­bać.

Wal­dorff prze­tań­czył z Ewe­li­ną całą noc w ko­lej­nych slow-fok­sach, tan­gach ar­gen­tyń­skich i shim­my, a kie­dy nad ra­nem dziew­czy­na po­pro­si­ła go do ma­zu­ra, przy­rze­kli so­bie, że będą się ko­chać przez całe ży­cie. „…co trwa­ło rok, ale moc­no!” – wspo­mi­nał. Po­tem zwią­zek roz­padł się, a po ukoń­cze­niu stu­diów w kon­ser­wa­to­rium stra­cił pan­nę z oczu na kil­ka­dzie­siąt lat. Do dnia, gdy za­pro­szo­no go, sław­ne­go już na całą Pol­skę re­dak­to­ra, nie­ustra­szo­ne­go bo­jow­ni­ka o mu­zeum dla Ka­ro­la Szy­ma­now­skie­go i o Po­wąz­ki, na od­czyt do Byd­gosz­czy.

Od­czyt się skoń­czył, gdy po­de­szła do nie­go nie­mło­da, siwa i bar­dzo tęga ko­bie­ta. Ni­skim, chra­pli­wym gło­sem za­py­ta­ła:

– Czy pa­mię­tasz?

Nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, skąd ją zna. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li w przy­ga­słych oczach, wśród fałd i roz­le­wisk tłusz­czu na twa­rzy i szyi zo­ba­czył ją, Ewe­li­nę. „…jak szcząt­ki świet­nej on­giś ar­chi­tek­tu­ry do­strze­gal­ne wśród ruin” – na­pi­sał. Ko­bie­ta mu­sia­ła za­uwa­żyć w twa­rzy Wal­dorf­fa nie­chęć do wskrze­sza­nia prze­szło­ści i może na­wet coś w ro­dza­ju obrzy­dze­nia, bo szyb­ko się wy­co­fa­ła z po­ufa­łe­go tonu.

– Chcia­łam panu tyl­ko przed­sta­wić moją cór­kę – po­wie­dzia­ła.

Zo­ba­czył mło­dą dziew­czy­nę. Nie­zbyt wy­so­ką, czar­no­wło­są i czar­no­oką, o bia­łej ce­rze, od­ci­na­ją­cych się od niej czer­wo­nych ustach i ry­sach, jak­by wprost z grec­kiej rzeź­by. Przez chwi­lę wy­da­ło mu się, że to wła­śnie jest praw­dzi­wa Ewe­li­na. I że za chwi­lę po­dej­dzie do nie­go, przy­tu­li się bar­dzo moc­no i wró­ci czas balu w kon­ser­wa­to­rium.

– To jest pan Wal­dorff, o któ­rym ci mó­wi­łam – przed­sta­wi­ła go ko­bie­ta.

Wy­cią­gnął do dziew­czy­ny obie ręce, ale ona tyl­ko zmarsz­czy­ła się i za­py­ta­ła z całą mło­dzień­czą bez­względ­no­ścią:

– Pan na­praw­dę jesz­cze żyje?

Uczest­ni­czył tak­że w ba­lach or­ga­ni­zo­wa­nych przez stu­den­tów Kon­ser­wa­to­rium War­szaw­skie­go, któ­re od­wie­dzał pod­czas po­by­tów w sto­li­cy. Tam, być może ośmie­lo­ny więk­szą niż w Po­zna­niu ano­ni­mo­wo­ścią, a przede wszyst­kim bar­dziej li­be­ral­ną niż w Wiel­ko­pol­sce at­mos­fe­rą, prze­ży­wał ini­cja­cje al­ko­ho­lo­we i ero­tycz­ne. „…ły­ka­li­śmy wcze­sne kie­lisz­ki wód­ki, a tak­że wpra­wia­li­śmy się nie­zdar­nie w pierw­sze pod­ma­cy­wa­nie ko­le­ża­nek, wy­wi­ja­jąc mod­ne wów­czas foks­tro­ty, tan­ga i wal­ce” – wspo­mi­nał. By­wał też w zna­nym po­znań­skim ka­ba­re­cie ar­ty­stycz­nym „Ró­żo­wa Ku­kuł­ka”, za­ło­żo­nym przez przy­by­łe­go z Pa­ry­ża rzeź­bia­rza Lu­dwi­ka Pu­ge­ta. Kon­fe­ran­sje­rem „Ku­kuł­ki” był zna­ny sa­ty­ryk, pa­ro­dy­sta i po­eta, Ar­tur Ma­rya Swi­nar­ski, tek­sty pi­sa­li m.in. Ma­rian He­mar i An­to­ni Sło­nim­ski, sce­no­gra­fię pro­jek­to­wa­ła Maja Be­re­zow­ska, a gwiaz­da­mi były He­le­na Gros­sów­na, póź­niej wiel­ka gwiaz­da przed­wo­jen­ne­go kina, i Tola Ko­rian, na poły re­cy­tu­ją­ca, a na poły śpie­wa­ją­ca son­gi Ber­tol­ta Brech­ta.

Ko­niec dru­gie­go roku stu­diów za­pi­sał się w ży­ciu Wal­dorf­fa pierw­szym praw­dzi­wym po­je­dyn­kiem. Po­szło o ho­nor. Wal­dorff, za­pro­szo­ny przez jed­ną z kor­po­ra­cji stu­denc­kich na ko­mers – bal, ma­ją­cy za­chę­cić go do przy­stą­pie­nia do sto­wa­rzy­sze­nia, oświad­czył, że z taką gro­ma­dą osłów i dur­niów, któ­rzy zaj­mu­ją się głów­nie pi­ciem piwa, nie chce mieć nic wspól­ne­go. Po­wie­dział to w nie­wiel­kim gro­nie, ale wieść o obe­ldze do­tar­ła do kor­po­ran­tów. Za­żą­da­li sa­tys­fak­cji. Po­je­dy­nek miał od­być się na sza­ble, do pierw­szej krwi. Ter­min wy­zna­czo­no za sześć ty­go­dni, żeby stro­ny mia­ły czas pod­szko­lić się w fech­tun­ku. Wal­dorff brał lek­cje u opła­co­ne­go przez ojca wach­mi­strza rę­baj­ły z 15. Puł­ku Uła­nów Po­znań­skich. Prze­ciw­ni­kiem oka­zał się znie­na­wi­dzo­ny od lat Mi­chał, wi­no­waj­ca – jak wy­szło na jaw – pro­wo­ka­cyj­ne­go za­pro­sze­nia kor­po­ran­tów. Je­rzy na swe­go se­kun­dan­ta wy­brał za­przy­jaź­nio­ne­go od cza­sów gim­na­zjal­nych Isia.

Do po­je­dyn­ku osta­tecz­nie jed­nak nie do­szło, choć w Fi­dr­ku Wal­dorff opi­sał go bar­dzo pla­stycz­nie. Chwa­lił się, że ma­chał sza­blą tak gwał­tow­nie i cha­otycz­nie, iż po­ra­nił Mi­cha­ła do krwi. Na­praw­dę wszyst­ko skoń­czy­ło się po­lu­bow­nie. Sąd ho­no­ro­wy stwier­dził, że spór był wy­ni­kiem nie­po­ro­zu­mie­nia. Wy­zwa­ny na po­je­dy­nek, czy­li Wal­dorff, mó­wiąc o kor­po­ra­cji, wca­le nie miał na my­śli gro­ma­dy  o s ł ó w, ale  o r ł ó w. Po­zy­wa­ją­cy kor­po­ran­ci po­czu­li się usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni.

Kie­dy jed­nak o nie­do­szłym po­je­dyn­ku do­wie­dzia­ła się mat­ka, zde­cy­do­wa­ła, że syn musi wy­je­chać. Co naj­mniej na kil­ka mie­się­cy, żeby lu­dzie prze­sta­li ga­dać. Naj­le­piej za gra­ni­cę, żeby zejść lu­dziom z oczu. Na przy­kład przez Au­strię do Włoch, żeby po dro­dze za­li­czyć parę mu­ze­ów i na­brać ogła­dy. W na­ra­dach, jako ten, któ­ry męż­nie sta­wał przy Fi­dr­ku w chwi­lach gro­zy, uczest­ni­czył Isio, naj­bliż­szy przy­ja­ciel Wal­dorf­fa, a jak mia­ło się we Wło­szech oka­zać, nie tyl­ko przy­ja­ciel. To Isio za­pro­po­no­wał, żeby wspól­nie wy­je­cha­li do jego ciot­ki, ak­tor­ki, któ­ra wy­szła za bo­ga­te­go Wło­cha, ma wil­lę w Amal­fi nad Mo­rzem Śród­ziem­nym i jest spra­gnio­na pol­skie­go to­wa­rzy­stwa, bo za­zdro­sny mąż za­bro­nił jej wy­stę­pów w te­atrze.

W maju, gdy tyl­ko zdał eg­za­mi­ny koń­czą­ce dru­gi rok stu­diów, Wal­dorff wy­je­chał. Przez Wie­deń, Flo­ren­cję, Rzym, Ne­apol, do Amal­fi, gdzie cze­kał już Isio. To mia­ły oka­zać się naj­bar­dziej pa­mięt­ne wa­ka­cje – O czym osob­no – w ży­ciu Je­rze­go Wal­dorf­fa.

Ale naj­pierw było kil­ka ty­go­dni w Rzy­mie. W pen­sjo­na­cie na Mon­te Pin­cio, w po­ło­wie dro­gi mię­dzy ko­ścio­łem św. Trój­cy i wil­lą Me­dy­ce­uszy. Śnia­da­nia ja­da­no na ta­ra­sie z wi­do­kiem na Ko­lo­seum. „…klien­te­lą były prze­waż­nie sta­re wło­skie hra­bi­ny i mar­ki­zy, zbyt bied­ne na wła­sne pa­ła­ce, a tu­taj oto­czo­ne po­zo­ra­mi wy­kwin­tu” – wspo­mi­nał Wal­dorff.

W 1932 roku zdał ostat­nie eg­za­mi­ny praw­ni­cze (więk­szość na oce­ny do­sta­tecz­ne) i zo­stał ma­gi­strem pra­wa. W kon­ser­wa­to­rium po­szło go­rzej. Prze­rwał stu­dia na ostat­nim roku, po­tem wy­je­chał do Gru­dzią­dza, żeby od­być obo­wiąz­ko­we prze­szko­le­nie woj­sko­we i nig­dy ko­niecz­nych do ukoń­cze­nia stu­diów mu­zycz­nych eg­za­mi­nów nie zło­żył.

Do ka­wa­le­ryj­skiej pod­cho­rą­żów­ki w Gru­dzią­dzu tra­fił la­tem 1933 roku. „Po­łą­cze­nie za­dzior­nej fan­ta­zji z kosz­ma­rem” – wspo­mi­nał. Za­pa­mię­tał dra­stycz­ny kon­trast mię­dzy wyj­ścio­wym efek­tow­nym mun­du­rem, po­brzę­ku­ją­cy­mi ostro­ga­mi i błysz­czą­cą sre­brzy­ście sza­blą, kie­dy pod­cho­rą­żo­wie wy­jeż­dża­li na urlop, a sza­rą i łach­ma­niar­ską co­dzien­no­ścią pod nad­zo­rem gru­dziądz­kich wach­mi­strzów sa­dy­stów. Woj­sko pod każ­dą dłu­go­ścią i sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną wy­glą­da tak samo. Tak­że w Gru­dzią­dzu ab­sol­wen­ci wyż­szych uczel­ni, z dy­plo­ma­mi ma­gi­ster­ski­mi w kie­sze­niach, mu­sie­li ode­brać swo­ją por­cję wy­zwisk od ka­pra­li i sier­żan­tów ro­bią­cych błę­dy w naj­prost­szych zda­niach, ale chwi­lo­wo usta­no­wio­nych pa­na­mi ich ży­cia i śmier­ci. Mu­sie­li też wy­lać li­try potu, zdo­by­wa­jąc w bło­cie i śnie­gu wzgó­rza, za któ­ry­mi „skrył się wróg”. Bez koni oczy­wi­ście, żeby ka­wa­le­rzy­ści po­czu­li praw­dzi­wy znój wal­ki. „…co słab­si z nas my­śle­li o sa­mo­bój­stwie” – wspo­mi­nał Wal­dorff. Dla­te­go, gdy tyl­ko była oka­zja, pod­cho­rą­żo­wie sy­mu­lo­wa­li kon­tu­zje i cho­ro­by, by w woj­sko­wym la­za­re­cie zła­pać choć chwi­lę wy­tchnie­nia. Z tego okre­su za­cho­wa­ło się kil­ka fo­to­gra­fii Wal­dorf­fa w szpi­tal­nym szla­fro­ku.

Za­pa­mię­tał dwóch pod­cho­rą­żych, któ­rzy ra­zem z nimi od­by­wa­li służ­bę w Gru­dzią­dzu. Jana Do­bra­czyń­skie­go, przy­szłe­go ka­to­lic­kie­go pi­sa­rza i ko­le­gę z re­dak­cji „Pro­sto z mo­stu”, oraz Bol­ka Ja­ru­zel­skie­go z Lu­belsz­czy­zny, któ­re­go da­le­ki ku­zyn miał w przy­szło­ści de­cy­do­wać o lo­sie Pol­ski. Z tego okre­su za­cho­wa­ła się fo­to­gra­fia zro­bio­na w domu na Grot­t­ge­ra 5. Pię­ciu za­wa­diac­kich uła­nów z sza­bla­mi i w bu­tach do kon­nej jaz­dy, ob­sta­lo­wa­nych na mia­rę u słyn­ne­go na całą War­sza­wę szew­ca Hisz­pań­skie­go, sie­dzą­cych na ba­lu­stra­dzie bal­ko­nu daw­ne­go po­ko­ju Wal­dorf­fa. Wy­rwa­li się – wspo­mi­nał – na prze­pust­kę z po­li­go­nu w Bie­dru­sku, gdzie jed­nost­ka z Gru­dzią­dza od­by­wa­ła aku­rat let­nie ćwi­cze­nia.

Je­den z urlo­pów spę­dził w War­sza­wie, gdzie ro­dzi­na – współ­czu­jąc nie­do­li bied­ne­go chłop­ca – znów od­da­ła go pod opie­kę wuja lam­par­ta. Wuj za­brał krew­nia­ka i paru jesz­cze jego ko­le­gów do słyn­nej wów­czas re­stau­ra­cji „Oaza” przy pl. Te­atral­nym. Szam­pań­ska za­ba­wa prze­cią­gnę­ła się do rana. Wra­ca­li do domu dwie­ma do­roż­ka­mi. W pierw­szej wuj lam­part, Wal­dorff i ko­le­dzy, w dru­giej or­kie­stra z „Oazy”, gra­ją­ca im przez całą dro­gę Ca­łu­ję two­ją dłoń, ma­da­me.

Po ukoń­cze­niu pod­cho­rą­żów­ki otrzy­mał awans na pod­po­rucz­ni­ka 11. Puł­ku Uła­nów Le­gio­no­wych im. Mar­szał­ka Ry­dza-Śmi­głe­go w Cie­cha­no­wie, o któ­rym jed­na z żu­ra­wie­jek opie­wa­ją­cych prze­wa­gi puł­ków ka­wa­le­ryj­skich gło­si­ła: „Lam­pas z gaci, pas z gał­ga­nów /Je­de­na­sty Pułk Uła­nów”. Inna była bar­dziej życz­li­wa: „Je­de­na­sty w pole ru­sza / Drży ze stra­chu wra­ża du­sza”. Po­zo­sta­łe, już znacz­nie mniej cen­zu­ral­ne, opie­wa­ły mę­skie przy­mio­ty uła­nów i suk­ce­sy wśród pa­nien w ko­lej­nych mia­stach. A Wal­dorff nig­dy nie prze­stał być dum­ny ze swej przy­na­leż­no­ści do ka­wa­le­rii.

Wkrót­ce po po­wro­cie z woj­ska prze­pro­wa­dzi­li się z mat­ką i sio­strą do War­sza­wy. Oj­ciec, któ­ry zmarł w stycz­niu 1932 roku, nie mógł już się sprze­ci­wić.