Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Tuwim. Wylękniony bluźnierca ebook

Mariusz Urbanek

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tuwim. Wylękniony bluźnierca - Mariusz Urbanek

Nazywano go księciem poetów, debiut porównywano do debiutu Adama Mickiewicza, a dzieło jego życia Kwiaty polskie zestawiano z Panem Tadeuszem. Napisał wiele wierszy i piosenek, które przeszły do legendy: Miłość ci wszystko wybaczy śpiewaną przez Hankę Ordonównę, Grande Valse Brillante w wykonaniu Ewy Demarczyk, Wspomnienie z muzyką Czesława Niemena. Jego Ptasie radio i Lokomotywa do dziś nie mają sobie równych w polskiej literaturze dziecięcej, Bal w Operze wciąż na nowo i z tą samą precyzją opisuje rzeczywistość Polski. A muzycy punkowi odkryli Tuwima anarchistę i alterglobalistę.

Książka Mariusza Urbanka opisuje meandry losu i kulisy twórczości Juliana Tuwima – poety, tekściarza kabaretowego, tłumacza, bibliofila, kolekcjonera, badacza i popularyzatora dziejów kultury.

Opinie o ebooku Tuwim. Wylękniony bluźnierca - Mariusz Urbanek

Fragment ebooka Tuwim. Wylękniony bluźnierca - Mariusz Urbanek

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

Opie­ka edy­tor­ska: Agniesz­ka Dzie­wul­ska

Ko­rek­ta: Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik

Co­py­ri­ght © by Ma­riusz Urba­nek, 2013

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2013

ISBN 978-83-244-0327-1

Wy­daw­nic­two Iskry ul. Smol­na 11

00-375 War­sza­wa tel./faks: (22) 827-94-15

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Polecam zgasić światłość wiekuistą

Śmier­ci Tu­wi­ma to­wa­rzy­szy­ła aneg­do­ta. W kie­sze­ni gar­ni­tu­ru po­ety zna­le­zio­no ser­wet­kę z któ­rejś z za­ko­piań­skich knajp z na­gry­zmo­lo­nym zda­niem: „ze wzglę­dów oszczęd­no­ścio­wych po­le­cam zga­sić świa­tłość wie­ku­istą, któ­ra mi może bę­dzie świe­cić”. To był kla­sycz­ny tu­wi­mow­ski rod­nik, po­mysł na nowy wiersz. Tak po­że­gnał się ze świa­tem po­eta li­czo­ny mię­dzy naj­więk­szych. Dow­ci­pem, pa­ra­dok­sem, iro­nią. Ale była w tym zda­niu tak­że pew­ność, że jest kimś nie­zwy­kłym, war­tym przej­ścia do hi­sto­rii… skrom­ność po­ety, któ­ry do­sko­na­le wie­dział, że ist­nie­je wy­star­cza­ją­co wie­le po­wo­dów, by nie mu­siał być skrom­nym.

Na­zy­wa­no go księ­ciem po­etów, de­biut po­rów­ny­wa­no do de­biu­tu Ada­ma Mic­kie­wi­cza, a dzie­ło jego ży­cia Kwia­ty pol­skie ze­sta­wia­no z Pa­nem Ta­de­uszem. na­pi­sał wie­le wier­szy i pio­se­nek, któ­re prze­szły do le­gen­dy. Mi­łość ci wszyst­ko wy­ba­czy śpie­wa­ną przez Han­kę Or­do­nów­nę, Gran­de Val­se Bril­lan­te w wy­ko­na­niu Ewy De­mar­czyk, Wspo­mnie­nie z mu­zy­ką cze­sła­wa Nie­me­na. JegoPta­sie ra­dio i Lo­ko­mo­ty­wa do dziś nie mają so­bie rów­nych w pol­skiej li­te­ra­tu­rze dzie­cię­cej, Bal w Ope­rze wciąż na nowo i z tą samą pre­cy­zją opi­su­je rze­czy­wi­stość Pol­ski… a mu­zy­cy pun­ko­wi od­kry­li Tu­wi­ma anar­chi­stę i al­ter­glo­ba­li­stę.

Całe ży­cie bluź­nił: bo­gom, lu­dziom, świa­tu. Me zga­dzał się na zło, nie­na­wiść, krzyw­dę ro­bio­ną słab­szym… sta­wał w ich obro­nie. Ale nie był bo­ha­te­rem, za­pła­cił za swo­ją od­wa­gę cięż­ką cho­ro­bą, żył w cie­niu, bał się otwar­tej prze­strze­ni. W Gran­de Val­se Bril­lan­te na­pi­sał o so­bie: wy­lęk­nio­ny bluź­nier­ca…

Wro­go­wie dłu­go od­py­cha­li go mor­der­czym w ich in­ten­cji epi­te­tem „żyd”, ale on do koń­ca ży­cia pol­sz­czy­znę na­zy­wał swo­ją oj­czy­zną. Jest w niej cią­gle obec­ny, choć może in­a­czej, niż są­dził. W jed­nym z afo­ry­zmów na­pi­sał: „Żyj tak, aby Two­im zna­jo­mym zro­bi­ło się nud­no, gdy umrzesz”. W jego przy­pad­ku te sło­wa się nie spraw­dza­ją. Nie żyje, ale dzię­ki temu, co na­pi­sał, cią­gle nie jest nud­no.

Rozsadzał jak dynamitem szarość i ubóstwo naszego życia.

Przy­szedł na świat w ro­dzi­nie za­sy­mi­lo­wa­nych łódz­kich Ży­dów. „Mat­ka moja Kru­kow­ska, bab­ka Ła­pow­ska, pra­bab­ka Dil­lon, a do­pie­ro pra­pra­bab­ka Gold­berg” – ma­wiał. Brat ojca, Al­bert, no­sił jesz­cze na­zwi­sko w ro­do­wej for­mie: To­wim, co po he­braj­sku zna­czy „do­bry”, oj­ciec pod­pi­sy­wał się już Tu­wim. Ro­dzi­ce roz­ma­wia­li mię­dzy sobą czy­stą pol­sz­czy­zną, mat­ka czy­ta­ła dzie­ciom do snu pol­skie wier­sze. „W ję­zy­ku ży­dow­skim pi­sać nie mogę, gdyż ani go nie znam, ani nie zna­łem, ani w domu nig­dy nie sły­sza­łem” – na­pi­sał.

Ro­dzi­ce: Izy­dor (Za­roch) Tu­wim, lat trzy­dzie­ści sie­dem i Ade­la Kru­kow­ska, lat dwa­dzie­ścia je­den, wzię­li ślub 22 grud­nia 1893 roku. W nie­speł­na dzie­więć mie­się­cy póź­niej, 13 wrze­śnia 1894 roku o go­dzi­nie trzy­na­stej, uro­dził im się syn. „Dziec­ku temu przy ob­rze­za­niu dano imię Ju­lian” – za­pi­sał w me­try­ce urzęd­nik ma­gi­stra­tu łódz­kie­go.

Ju­lek miał trzy lata, gdy Tu­wi­mo­wie prze­pro­wa­dzi­li się do trzy­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia w Pa­sa­żu Szul­ca nr 5 w Ło­dzi, dziś ale­ja 1 Maja, a w 1902 (lub 1903) roku do pię­ciu po­koi, du­żych, ale zim­nych, na trze­cim pię­trze ka­mie­ni­cy przy uli­cy Świę­te­go An­drze­ja 42, dziś An­drze­ja stru­ga… z pierw­sze­go miej­sca chło­piec za­pa­mię­tał głów­nie ogród i ochot­ni­czą straż ognio­wą, zło­żo­ną z oko­licz­nych ło­bu­zia­ków; peł­nił w niej od­po­wie­dzial­ną funk­cję pom­pia­rza. Wspo­mnień z An­drze­ja było o wie­le wię­cej. W ofi­cy­nie miesz­kał maj­ster fa­brycz­ny Pet­zold, pi­jak i ty­ran, któ­ry bił swo­ją cór­kę, bla­dą i ślicz­ną Ernę. „Ko­cha­łem się taj­nie w tej nie­szczę­śli­wej kró­lew­nie” – wspo­mi­nał Tu­wim. Obok Pet­zol­dów był warsz­tat sto­lar­ski pana Lau­ke­go, gdzie Ju­lek lu­bił prze­sia­dy­wać i przy­glą­dać się pra­cy rze­mieśl­ni­ka. Przy­cho­dził też na po­dwór­ko ży­dow­ski że­brak, iro­nicz­nie na­zy­wa­ny Po­znań­skim, jak je­den z naj­bo­gat­szych łódz­kich fa­bry­kan­tów.

Izy­dor Tu­wim był urzęd­ni­kiem w łódz­kiej fi­lii Azow­sko-Doń­skie­go Ban­ku Han­dlo­we­go, ale wiel­kiej gło­wy do in­te­re­sów nie miał.

W tak ge­szef­ciar­skim, jak twier­dził Tu­wim, mie­ście jak Łódź, nie do­ro­bił się ma­jąt­ku, choć oka­zji nie bra­ko­wa­ło. Wra­ca­jąc z ban­ku do domu, ku­po­wał nowy nu­mer fran­cu­skie­go dzien­ni­ka „Le Fi­ga­ro” i czy­tał przez całe po­po­łu­dnie. Ję­zy­ka na­uczył się pod­czas stu­diów i kil­ku lat pra­cy w Pa­ry­żu; do koń­ca ży­cia za­cho­wał na­wet lek­ki fran­cu­ski ak­cent. Mat­ka, Ade­la, po­cho­dzi­ła z ro­dzi­ny zna­ne­go łódz­kie­go dru­ka­rza, Le­ona kra­kow­skie­go. To z dru­kar­ni jej ojca wy­szło pierw­sze w Ło­dzi pol­skie pi­smo, „Dzien­nik Łódz­ki”, ku­zy­na­mi Tu­wi­ma ze stro­ny mat­ki byli Ka­zi­mierz Kru­kow­ski – Lo­pek, ak­tor i au­tor tek­stów ka­ba­re­to­wych, oraz ak­tor i pi­sarz Wło­dzi­mierz Bo­ruń­ski.

Sześć lat po Jul­ku uro­dzi­ła się Ire­na, przy­szła tłu­macz­ka Ku­bu­sia Pu­chat­ka. „Ju­lek w ma­gicz­ny spo­sób był (i miał już zo­stać do koń­ca ży­cia) pa­na­ceum na wszyst­kie nie­szczę­ścia” – pi­sa­ła po la­tach. Star­szy brat po­tra­fił kil­ko­ma sło­wa­mi wy­cza­ro­wać w smut­nym miesz­ka­niu przy uli­cy Świę­te­go An­drze­ja świat z ba­śni – pe­łen du­chów, do­brych wró­żek, mo­ty­li, wę­żów i gier, któ­rych re­gu­ły ro­zu­mie­li tyl­ko Ire­na i Ju­lek.

„Oj­ciec i mat­ka, do­brzy, cisi, skrom­ni lu­dzie” – pi­sał Tu­wim, choć Ire­na bar­dziej za­pa­mię­ta­ła na­pię­tą, cięż­ką at­mos­fe­rę w domu i cią­głe kon­flik­ty, wy­wo­ła­ne nie­do­bra­nym mał­żeń­stwem ro­dzi­ców. „Mat­ka prze­bą­ki­wa­ła cza­sa­mi o ja­kiejś ci­chej tra­ge­dii swe­go ży­cia”, a oj­ciec co­raz bar­dziej za­my­kał się w swo­im świe­cie, do któ­re­go młod­sza o szes­na­ście lat żona nie mia­ła wstę­pu… ona mia­ła do nie­go pre­ten­sje, że zbyt mało an­ga­żu­je się w wy­cho­wa­nie i kształ­ce­nie dzie­ci, on do niej, że na­wet w domu nie może mieć spo­ko­ju. Ona, wiel­bi­ciel­ka po­ezji, sama też pró­bo­wa­ła coś pi­sać, on po­gar­dli­wie na­zy­wał to „me­mu­ara­mi”. Tu­wim na­pi­sze po la­tach, że w dniu ślu­bu dla ojca skoń­czy­ło się wszyst­ko, co było w jego ży­ciu istot­ne. A nie za­czę­ło się nic, co uznał­by za dość waż­ne, by mo­gło mu to za­stą­pić. „Na­ra­sta­ły wza­jem­ne żale i pre­ten­sje, ro­sła ob­cość, któ­ra z cza­sem w mat­ce wy­wo­ła­ła cięż­ką ner­wi­cę i ja­kąś wy­raź­ną nie­chęć do ojca” – wspo­mi­na­ła Ire­na Tu­wim. Na sze­ścio­ty­go­dnio­we urlo­py, któ­re przy­słu­gi­wa­ły Izy­do­ro­wi w ban­ku raz na dwa lata, wy­jeż­dżał zwy­kle sam. Ade­la w tym cza­sie je­cha­ła z sy­nem i cór­ką do Ino­wło­dza. Nie do­skwie­ra­ła im bie­da, ale nie­do­sta­tek pie­nię­dzy był sta­łym te­ma­tem pod­czas do­mo­wych roz­mów. Dzie­ciom to­wa­rzy­szył do­dat­ko­wo ir­ra­cjo­nal­ny lęk przed śmier­cią ojca. Izy­dor miał do­pie­ro pięć­dzie­siąt lat, gdy dwu­na­sto­let­ni Ju­lek ogło­sił sio­strze, iż oj­ciec jest już tak sta­ry, że nie­dłu­go umrze. „Lada mie­siąc osie­ro­ce­ni, bę­dzie­my mu­sie­li za­opie­ko­wać się Mat­ką” – za­pa­mię­ta­ła Ire­na uro­czy­stą prze­mo­wę star­sze­go bra­ta.

Ja­ro­sław Iwasz­kie­wicz po­znał ro­dzi­ców Tu­wi­ma w la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku, kie­dy przy­ja­cie­le po­ety przy­jeż­dża­li do Ło­dzi na wie­czo­ry czy­ta­nia po­ezji. Za­pa­mię­tał pięk­ną mat­kę i ojca, po­staw­ne­go męż­czy­znę, w mło­do­ści być może na­wet przy­stoj­niej­sze­go od syna. „Kie­dy go zna­łem, był już tro­chę po­my­lo­nym ma­łym urzęd­ni­kiem z ja­kie­goś biu­ra, tro­chę z Kaf­ki czy z ja­kichś ro­syj­skich no­we­lek, może na­wet z E.T.A Hof­f­man­na” – wspo­mi­nał Izy­do­ra Tu­wi­ma Iwasz­kie­wicz. – „Przy­pusz­czam, że dla nie­go po­ezja Jul­ka była eks­hi­bi­cją i cie­sząc się z niej bar­dzo, wsty­dził się jej w głę­bi swe­go go­łę­bie­go ser­ca”.

Po ojcu, któ­ry gro­ma­dził słow­ni­ki, a na sta­rość za­czął uczyć się wło­skie­go, Ju­lek odzie­dzi­czył za­mi­ło­wa­nia lin­gwi­stycz­ne; po mat­ce mi­łość do pol­skiej po­ezji. Wspo­mi­nał, jak w la­tach, gdy sam jesz­cze nie umiał czy­tać, słu­chał re­cy­to­wa­nych przez Ade­lę naj­pięk­niej­szych pol­skich wier­szy. Po bab­ce, Ewe­li­nie Ła­pow­skiej, i mat­ce odzie­dzi­czył al­bu­my, w któ­rych obie za­pi­sy­wa­ły uko­cha­ne utwo­ry; bab­ka – o te­ma­ty­ce hi­sto­rycz­nej (pierw­szym wier­szem w al­bu­mie był Le­szek Bia­ły Niem­ce­wi­cza), mat­ka – wier­sze ro­man­tycz­ne i mi­ło­sne: Mic­kie­wi­cza, Sło­wac­kie­go, Sy­ro­kom­li, Asny­ka, Ko­nop­nic­kiej. „To, że sta­łem się po­etą, Jej przede wszyst­kim za­wdzię­czam” – wspo­mi­nał Tu­wim mat­kę.

Ro­dzin­na Łódź była w tym cza­sie mia­stem nie­miec­ko-ży­dow­sko-ro­syj­skim. Po­la­ków na­le­żą­cych do in­te­li­gen­cji było nie­wie­lu, do­mi­no­wa­li za to wśród ro­bot­ni­ków pra­cu­ją­cych w czer­wo­no­bru­nat­nych fa­bry­kach włó­kien­ni­czych. „Taka Wi­dzew­ska Ma­nu­fak­tu­ra lub za­kła­dy Sche­ible­ra i Groh­man­na to były do­praw­dy po­tę­gi” – wspo­mi­nał Tu­wim po la­tach prze­my­sło­we pej­za­że Ło­dzi. – „Hale jak pla­ce. Trzask, ru­mor, pęd, bły­ska­nie kół, pa­sów trans­mi­syj­nych, wal­ców, wrze­cion: me­cha­nicz­na bu­rza na trzy zmia­ny sza­le­ją­ca, ogłu­sza­ją­ce pan­de­mo­nium pro­duk­cji, któ­rą daw­niej po­że­rał ry­nek ro­syj­ski”.

Obok fa­bryk wy­ra­sta­ły pa­ła­ce „lo­dzer­men­schów”, bez­względ­nych wła­ści­cie­li for­tun li­czo­nych w mi­lio­nach ru­bli. Były jesz­cze jed­ną ozna­ką fi­nan­so­we­go suk­ce­su, ale na wszel­ki wy­pa­dek wzno­szo­no je tuż obok fa­brycz­nych hal, żeby ich miesz­kań­cy na­wet na mo­ment nie tra­ci­li z oka „in­te­re­su”. „Pie­try­na wre. Gryn­ber­gi, Gryn­fel­dy, Gryn-ste­iny i Gold­ber­gi uwi­ja­ją się w mie­ście jak opę­ta­ni, wy­ska­ku­ją z do­ro­żek, wska­ku­ją do ka­wiar­ni, te­le­fo­nu­ją, za­pi­su­ją, te­le­gra­fu­ją, jadą, wra­ca­ją, zno­wu jadą, no­tu­ją, ob­li­cza­ją (…). Sto ty­się­cy ska­czą­cych, nie­przy­tom­nych Gryn­ma­che­rów wpra­wia Łódź w drgaw­ki ge­sze­ftu. Ten fe­brycz­ny stan łódz­kiej uli­cy ma fa­cho­wą na­zwę «Ru­szy­ło się»” – pi­sał Tu­wim.

Lo­dzer­men­sche sta­li się über­men­scha­mi, wspo­mi­nał. Za­pa­mię­tał włó­kien­ni­cze dy­na­stie, któ­rych oby­cza­je i ka­pry­sy prze­szły do le­gen­dy. Spro­wa­dza­ną przez łódz­kie­go fa­bry­kan­ta zupę pro­sto z Pa­ry­ża, tory ko­le­jo­we uło­żo­ne pod sam pa­łac fa­bry­kan­to­wej wy­jeż­dża­ją­cej za gra­ni­cę, a jed­no­cze­śnie ka­ry­ka­tu­ral­ną brzy­do­tę ro­dzin­ne­go mia­sta. Łódź w cią­gu stu kil­ku­na­stu lat roz­ro­sła się mon­stru­al­nie (z za­le­d­wie ośmiu­set miesz­kań­ców do sze­ściu­set trzy­dzie­stu ty­się­cy), ale nikt o nią nie dbał.

Miał sie­dem­na­ście lat, kie­dy na­pi­sał:

Jak by tu mia­sto przy­stro­ić w rym?

Mia­sto je­sie­nią po­sęp­ne, nud­ne.

Sza­ry i siny, i bury dym,

I kra­ty ulic, sku­pio­ne, brud­ne.

Z okien swych wi­dzę mdły nie­ba łach,

Po­dwó­rze peł­ne wap­na i gli­ny,

Mury fa­brycz­ne, spę­ka­ny dach

I roz­rzu­co­ne wszę­dzie ko­mi­ny.

Ale za­pa­mię­tał też nę­dzę łódz­kie­go pro­le­ta­ria­tu, po­żół­kłych oj­ców, wy­chu­dłe mat­ki i gruź­li­cze dzie­ci. Za­szczu­rzo­ne po­dwór­ka, cuch­ną­ce rynsz­to­ki i ciem­ne nory uda­ją­ce miesz­ka­nia, któ­re do­pie­ro po la tach na­zwa­no „gro­ba­mi” Lu­dzie, któ­rzy w nich miesz­ka­li, od­dy­cha­li ku­rzem, sa­dzą, odo­rem far­biar­ni i wy­chod­ków. „Łódź, któ­rej ko­mi­ny nie dy­mią, to cmen­tarz” – pi­sał. A taką wła­śnie Łódź po la­tach zo­ba­czył. Roz­kła­da­ją­ce­go się, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne­go prze­my­sło­we­go ko­lo­sa, któ­ry bły­ska­wicz­nie zmie­nia się w kulę u nogi rol­ni­czej Rze­czy­po­spo­li­tej. „Łódź bez­ro­bot­na to ab­surd” – zro­zu­miał wte­dy.

Na za­wsze też po­zo­stał mu w pa­mię­ci ob­raz łódz­kich Ży­dów, na­ro­du, z któ­rym nie czuł w tam­tym cza­sie żad­nej wspól­no­ty.

Czar­ni, chy­trzy, bro­da­ci,

Z obłą­ka­ny­mi oczy­ma,

W któ­rych jest wiecz­ny lęk,

W któ­rych jest wie­ków spu­ści­zna,

Lu­dzie,

Któ­rzy nie wie­dzą, co zna­czy oj­czy­zna,

Bo żyją wszę­dy,

Tra­gicz­ni, ner­wo­wi lu­dzie,

Przy­błę­dy.

Szwar­go­cą, wiecz­nie szwar­go­cą,

Wy­ma­chu­ją dłu­gi­mi rę­ko­ma,

Opo­wia­da­ją so­bie ja­kieś trwoż­ne rze­czy

I uśmie­cha­ją się chy­trze…

„Strasz­ne mnó­stwo czar­nych «uni­for­mów» ży­dow­skich. Ich no­si­cie­le uży­wa­ją po­czwar­nej, char­czą­cej mowy, zno­wu na pół nie­miec­kiej” – za­pa­mię­tał. Czar­na ha­ła­stra cha­sydz­ka zo­sta­ła we wspo­mnie­niach jak kosz­mar, do­dał. Zbó­je, ło­try, szal­bie­rze, „chy­tre ar­jo­żer­ce”, zwa­rio­wa­ni fa­na­ty­cy, opę­ta­ni mści­cie­le, ciem­no­ta z wil­got­nych piw­nic, „O pra­oj­ce wy moje! O dzia­dy strasz­li­we, / Co cią­ży­cie nade mną ca­łych wie­ków grze­chem” – zwra­cał się do przod­ków, z któ­ry­mi nie chciał mieć nic wspól­ne­go. Po la­tach mia­ło oka­zać się, że dla wie­lu lu­dzi jest ta­kim sa­mym „ob­cym” jak Ży­dzi za­pa­mię­ta­ni z Ło­dzi. Wier­sze, w któ­rych zma­gał się ze swo­im po­cho­dze­niem, od­czu­wa­nym jak nie­usu­wal­ne pięt­no, zo­sta­ną wy­ko­rzy­sta­ne prze­ciw­ko nie­mu. Bo tym sa­mym ję­zy­kiem, któ­rym Tu­wim pró­bo­wał na­zy­wać to, co uwa­żał w ży­dow­sko­ści za złe i szko­dli­we, an­ty­se­mi­ci wal­czy­li ze wszyst­ki­mi Ży­da­mi… a ży­dow­scy na­cjo­na­li­ści uzna­li go po pro­stu za zdraj­cę.

Jed­nak wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa zo­sta­ły zdo­mi­no­wa­ne przez trau­ma­tycz­ne do­świad­cze­nia zwią­za­ne ze zna­mie­niem na po­licz­ku. Przy­sło­ni­ły one na­wet wy­da­rze­nia, któ­re, wy­da­wa­ło­by się, po­win­ny być dla kil­ku­let­nie­go chłop­ca naj­waż­niej­sze na świe­cie; po­ja­wie­nie się na po­dwór­ku Pa­sa­żu szul­ca ka­ta­ry­nia­rza z pa­pu­gą albo świn­ką mor­ską, wi­zy­ta w cyr­ku, któ­ry roz­sta­wił na­mio­ty za mia­stem czy świa­tła pierw­sze­go tram­wa­ju na Piotr­kow­skiej.

Oj­ciec prze­ko­ny­wał Jul­ka, że zna­mię to nic strasz­ne­go i moż­na z nim żyć, ale Ade­la Tu­wi­mo­wa wi­dzia­ła w mysz­ce na po­licz­ku syna prze­kleń­stwo losu. Wo­zi­ła chłop­ca do pro­fe­so­ra Ko­siń­skie­go w War­sza­wie i sław­ne­go pod­ów­czas pro­fe­so­ra izra­ela w Ber­li­nie, ale ża­den nie chciał pod­jąć się ope­ra­cji. Prze­ko­ny­wa­li, że pró­ba usu­nię­cia mysz­ki może za­szko­dzić dużo bar­dziej… ire­na Tu­wim za­pa­mię­ta­ła mat­kę wda­ją­cą się w ja­kieś kon­szach­ty z wróż­ką, któ­ra mia­ła „uzdro­wić” Jul­ka od dia­bel­skie­go pięt­na… sta­ra cy­gan­ka z in­diań­ski­mi war­ko­cza­mi ka­za­ła mat­ce na­rwać le­czą­cych ziół, gdy księ­życ bę­dzie w no­wiu, i przy­kła­dać je w lnia­nym wo­recz­ku do zna­mie­nia na po­licz­ku syna. „A zo­ba­czysz, zgu­bi się…” – prze­ko­ny­wa­ła. Nie zgu­bi­ło się.

Pla­ma „z ma­łe­go Jul­ka, chłop­ca niby to ta­kie­go jak wszy­scy inni, uczy­ni­ła upo­śle­dzo­ne­go od­mień­ca, na­pięt­no­wa­ne­go przez na­tu­rę, wy­ty­ka­ne­go na uli­cach pal­ca­mi, przed­miot drwin i do­ku­czań w szko­le” – wspo­mi­na­ła sio­stra. Ska­za na twa­rzy była przy­czy­ną, dla któ­rej po­eta zre­zy­gno­wał na­wet ze wspól­nych z mat­ką spa­ce­rów. Po la­tach tłu­ma­czył, że nie chciał, by cier­pia­ła, słu­cha­jąc drwin i prze­zwisk ko­le­gów.

Być może to tak­że było po­wo­dem jego pro­ble­mów szkol­nych. Uczył się źle, „z pią­tej kla­sy do szó­stej mia­łem tak zwa­ną dryn­dę (po­praw­kę) z geo­gra­fii. Fakt nie­no­to­wa­ny w dzie­jach żad­ne­go gim­na­zjum”. „A to on nie­nor­mal­nyj: smie­jot­sia biez wniesz­nich pri­czin” – po­in­for­mo­wał dy­rek­tor gim­na­zjum mat­kę Tu­wi­ma. Choć on sam pew­nie uwa­żał, że po­wo­dów do śmie­chu nie bra­ku­je. Na na­le­żą­cym do Ade­li ze­szy­cie z wier­sza­mi na­pi­sał: „Do­zwo­lie­no cen­zu­ro­ju, 25 mar­ta 1905 goda – Ju­lian Tu­wim, ucze­nik pri­go­to­wi­tiel­no­wo Has­sa”. „Bu­dził się już we mnie, jak wi­dać, przy­szły sa­ty­ryk” – sko­men­to­wał po la­tach.

Pań­stwo­we Gim­na­zjum Re­al­ne imie­nia Ro­ma­no­wych przy uli­cy Mi­ko­ła­jew­skiej 44 (dziś Sien­kie­wi­cza 46) mie­ści­ło się w bu­dyn­ku ufun­do­wa­nym przez naj­bo­gat­sze­go w Ło­dzi fa­bry­kan­ta Sche­ible­ra i było szko­łą ro­syj­ską. Do­stać się do niej było nie­ła­two, chęt­nych na kil­ka­dzie­siąt miejsc były set­ki. „Zda­wać trze­ba było eg­za­mi­ny wstęp­ne (…) na same piąt­ki albo być sy­nem usto­sun­ko­wa­ne­go fa­bry­kan­ta czy za­słu­żo­ne­go urzęd­ni­ka. Albo też suto po­sma­ro­wać go­tów­ką któ­re­goś z pe­da­go­gów” – wspo­mi­nał Je­rzy Sza­pi­ro, ko­le­ga Tu­wi­ma z gim­na­zjum. Ucznio­wie byli zbie­ra­ni­ną na­ro­do­wo­ści i wy­znań. Skła­da­li się na nią: Niem­cy, Ży­dzi, Ro­sja­nie, Po­la­cy; ka­to­li­cy, pro­te­stan­ci i pra­wo­sław­ni.

Lek­cje od­by­wa­ły się po ro­syj­sku, a na­uczy­cie­le, na cze­le z mon­sieur Bro­qu­etem od ję­zy­ka fran­cu­skie­go, byli gru­pą dość przy­pad­ko­wą i ra­czej gro­te­sko­wą. Na lek­cjach fran­cu­skie­go ucznio­wie ga­da­li, je­dli, gra­li w kar­ty, prze­pi­sy­wa­li za­da­nia na na­stęp­ne lek­cje, a je­den, „łotr i ło­buz” z ostat­niej ław­ki, co lek­cję wsta­wał i gło­śno de­kla­mo­wał baj­kę Kry­ło­wa Kot i ku­charz. Na­zy­wał się Ju­lian Tu­wim.

Dwie go­dzi­ny ję­zy­ka pol­skie­go raz w ty­go­dniu pod ko­niec dnia na­uki nie były na­wet lek­cja­mi obo­wiąz­ko­wy­mi. W do­dat­ku część chłop­ców sła­bo mó­wi­ła po pol­sku i na­uczy­ciel mu­siał do­sto­so­wy­wać się do ich po­zio­mu. A na­chal­na ru­sy­fi­ka­cja po­tra­fi­ła znie­chę­cić uczniów na­wet do po­ezji Pusz­ki­na; Tu­wim po­ko­chał ją do­pie­ro wie­le lat póź­niej. Na­uczy­cie­la ro­syj­skie­go Alek­san­dra Wa­si­lie­wi­cza Pro­zo­row­skie­go za­pa­mię­tał przez to na całe ży­cie. Pre­ten­sjo­nal­ny idio­ta czy­nił wszyst­ko, by obrzy­dzić mu po­etę. Jed­nak ukoń­cze­nie „rzą­do­wej szko­ły” da­wa­ło lep­sze per­spek­ty­wy na zro­bie­nie ka­rie­ry niż któ­ra­kol­wiek z pry­wat­nych szkół pol­skich. A Ade­la Tu­wi­mo­wa chcia­ła wy­kształ­cić syna tak, żeby, broń Boże, nie po­wtó­rzył dro­gi ojca i nie zo­stał bu­chal­te­rem w ja­kimś ban­ku. Jemu sa­me­mu pro­fe­sja urzęd­ni­ka ban­ko­we­go też mu­sia­ła wy­da­wać się ba­nal­na i nud­na. W jed­nym z mło­dzień­czych wier­szy pi­sał:

Gdy jest się sy­nem bu­chal­te­ra

I ma na twa­rzy my­sie zna­mię

Gdy się w dzien­ni­ku pał­ki zbie­ra

A wy­skro­bu­je je, wy­cie­ra

I po­ka­zu­je czwór­ki ma­mie.

„Tę­po­ta moja ma­te­ma­tycz­na była nie­mal upior­na” – wspo­mi­nał, ale jesz­cze bar­dziej nie zno­sił od­ra­bia­nia nud­nych za­dań do­mo­wych z ga­tun­ku: Po­dróż­ny A wy­szedł z mia­sta B o go­dzi­nie siód­mej rano, ro­biąc tyle ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, ile kosz­tu­je funt her­ba­ty zmie­sza­nej z trzech ga­tun­ków. Po ko­lej­nej dwói na pół­ro­cze, kie­dy nie uda­ło się już dłu­żej zwo­dzić ro­dzi­ców kłam­stwa­mi, że wszyst­ko w po­rząd­ku i na pew­no po­ka­że im szkol­ny dzien­ni­czek, ale ju­tro albo po­ju­trze, prze­stra­szo­ny Ju­lek po­sta­no­wił uciec z domu i nig­dy nie wra­cać. „Że­gnaj­cie na za­wsze, nie je­stem god­ny być wa­szym sy­nem” – na­pi­sał w li­ście do ro­dzi­ców. Miał przy so­bie osiem ko­pie­jek, więc pla­no­wał po­dróż do Ame­ry­ki, ale na ra­zie po­sta­no­wił po­je­chać do ciot­ki Ro­za­lii w Sie­ra­dzu. To ona czy­ty­wa­ła albo mó­wi­ła ma­łe­mu Jul­ko­wi z pa­mię­ci wier­sze Go­ethe­go i He­ine­go, a on „za­chły­sty­wał się każ­dym zro­zu­mia­nym i nie­zro­zu­mia­nym sło­wem”, pi­sa­ła ku­zyn­ka Tu­wi­mów Ewa Droz­dow­ska. Prze­ko­ny­wał ciot­kę, że przy­je­chał, bo… tro­chę wcze­śniej za­czę­ły się wa­ka­cje, jed­nak szyb­ko wszyst­ko się wy­da­ło.

Szó­stą kla­sę gim­na­zjum mu­siał po­wta­rzać. „Dla­cze­go – nikt nie umiał po­wie­dzieć” – wspo­mi­nał Sza­pi­ro – „był już wte­dy oto­czo­ny nim­bem sła­wy po­ety, a w ca­łej szko­le zna­ny z dow­ci­pu, po­my­sło­wo­ści, zdol­no­ści w wie­lu kie­run­kach – prócz umie­jęt­no­ści zdo­by­wa­nia do­sta­tecz­nych stop­ni”. Tu­wim w jed­nym ze wspo­mnień wy­tłu­ma­czył dla­cze­go. Miał sie­dem­na­ście lat, wio­sna wy­bu­chła osza­ła­mia­ją­cym pięk­nem, wszyst­ko, zwłasz­cza mi­łość, było waż­niej­sze niż na­uka: „oświad­czy­łem dy­rek­to­ro­wi sza­le­nie krót­ko i nie­zmier­nie wę­zło­wa­to, że eg­za­mi­nów nie będę zda­wał i że go­tów je­stem zo­stać w szó­stej kla­sie na dru­gi rok”. A dy­rek­tor naj­wi­docz­niej ową go­to­wość przy­jął do wia­do­mo­ści. Ale już dwa­na­ście mie­się­cy póź­niej dru­go­rocz­niak Tu­wim otrzy­mał list po­chwal­ny za do­bre wy­ni­ki w na­uce. Po­ra­dził so­bie na­wet z try­go­no­me­trią, któ­rą trzy­dzie­ści lat póź­niej z pod­szy­tą lę­kiem fa­scy­na­cją wspo­mi­nał w Kwia­tach pol­skich:

Mi­stycz­ną, apo­ka­lip­tycz­ną,

Z abra­ka­da­brą li­ter grec­kich,

Sza­tań­skich szy­frów, cięć zdra­dziec­kich:

Z ka­ba­łą try­go­no­me­trycz­ną.

W siód­mej kla­sie za­czął na­wet da­wać ko­re­pe­ty­cje w bo­ga­tych fa­bry­kanc­kich do­mach. Za pierw­sze za­ro­bio­ne w ten spo­sób pie­nią­dze ku­pił cho­in­kę. „Była ob­wie­szo­na od góry do dołu naj­wy­myśl­niej­szy­mi ozdo­ba­mi, ja­kie tyl­ko moż­na było w Ło­dzi do­stać” – wspo­mi­na­ła sio­stra. Przy­nie­sio­ne przez Jul­ka bo­żo­na­ro­dze­nio­we drzew­ko było dla wszyst­kich wiel­kim za­sko­cze­niem. W domu Tu­wi­mów nie ob­cho­dzi­ło się żad­nych świąt, na­wet ży­dow­skich, a tym bar­dziej chrze­ści­jań­skich.

W gim­na­zjum ucznio­wie upra­wia­li sznep­sa, czy­li wy­my­śla­li ab­sur­dal­ne dow­ci­py, któ­rych ofia­ra­mi byli naj­czę­ściej ko­le­dzy, choć by­wa­ło, że i na­uczy­cie­le. „Szli­śmy w za­wo­dy o to, kto naj­śmie­lej i naj­da­lej po­su­nie się w po­my­słach” – wspo­mi­nał Sza­pi­ro. Sznep­sem był na przy­kład pod­da­ny przez Jul­ka Tu­wi­ma i Mak­sa Ba­ra­ca po­mysł, by w dzien­ni­ku lek­cyj­nym na­zwy wszyst­kich przed­mio­tów na­pi­sać w ję­zy­ku pol­skim. Pew­ne­go dnia w po­ło­wie dzien­ni­ków zna­lazł się „ro­syj­ski” za­miast „ru­skij ja­zyk” albo po pro­stu „przy­ro­da” za­miast „je­ste­stwo-wie­die­nie”. W ro­syj­skiej szko­le mu­sia­ło to zo­stać ode­bra­ne jako pro­wo­ka­cja po­li­tycz­na.

– Ro­zu­miem was, ale je­ste­ście w szko­le ro­syj­skiej, pań­stwo­wej – prze­ko­ny­wał nie­sfor­nych uczniów Edward L., je­dy­ny w ca­łym gim­na­zjum na­uczy­ciel pol­skie­go, któ­ry szyb­ko się do­my­ślił, kto był au­to­rem po­my­słu. – Nie na­ra­żaj­cie sie­bie i mnie. Są inne, lep­sze spo­so­by pod­kre­śle­nia, że jest się do­brym Po­la­kiem.

Je­rzy Sza­pi­ro za­pa­mię­tał tak­że stud­niów­ko­wą po­pi­ja­wę, któ­rą urzą­dzi­li so­bie ma­tu­rzy­ści w pa­ła­co­wym miesz­ka­niu krew­ne­go jed­ne­go z uczniów. „Nie miał Ju­lek moc­nej gło­wy” – wspo­mi­nał. Jak zwy­kle wo­dził rej, ale w pew­nym mo­men­cie znik­nął. Po dłuż­szych po­szu­ki­wa­niach ko­le­dzy zna­leź­li go śpią­ce­go pod zwi­nię­tym za­po­bie­gli­wie przez go­spo­da­rzy dy­wa­nem.

Po śmier­ci po­ety na daw­nym gim­na­zjum Ro­ma­no­wych w Ło­dzi umiesz­czo­no ta­bli­cę upa­mięt­nia­ją­cą na­ukę Tu­wi­ma w szko­le. Zna­la­zły się na niej daty 1905-1914. Nie uwzględ­nio­no po­wta­rza­nej przez po­etę szó­stej kla­sy, na­praw­dę roz­po­czął na­ukę w roku 1904.

Miał je­de­na­ście lat, był w dru­giej kla­sie gim­na­zjum, gdy na uli­cach mia­sta roz­po­czę­ły się wal­ki, któ­re hi­sto­ry­cy na­zwą póź­niej re­wo­lu­cją 1905 roku. Pierw­sze ozna­ki za­uwa­żył już wcze­śniej. „Za­czął się w Pol­sce ruch. Roz­da­wa­no pa­pier­ki, za­dru­ko­wa­ną bi­bu­łę: «Precz z ca­ra­tem», bro­szur­ki, ten i ów miał na­wet re­wol­wer” – wspo­mi­nał. Po­tem na uli­cach po­ja­wi­li się ma­ni­fe­stan­ci z czer­wo­ny­mi sztan­da­ra­mi i ro­syj­scy żan­dar­mi, tra­tu­ją­cy ro­bot­ni­ków. Sły­chać było strza­ły ka­ra­bi­no­we i wy­bu­chy bomb.

Tu­wim ob­ser­wo­wał z bal­ko­nu miesz­ka­nia wuja roz­ru­chy na uli­cy Piotr­kow­skiej. Wi­dział (albo wy­obra­ził so­bie, wspo­mi­na­jąc po la­tach tam­te wy­da­rze­nia) mło­de­go chłop­ca, któ­re­go do­pa­dli żan­dar­mi. „Kula w czo­ło. Chło­piec roz­krzy­żo­wał się na pło­cie, zdzi­wio­ny, że go za­bi­li – i ru­nął w ka­łu­żę wła­snej krwi. Kał­mu­cy pę­dzą da­lej” – pi­sał. Za­pa­mię­tał ba­ry­ka­dę „na Pie­try­nie”, zbu­do­wa­ną z wy­wró­co­ne­go tram­wa­ju, ja­kichś be­czek, de­sek i dra­bin. Mia­ła chro­nić lu­dzi przed zbli­ża­ją­cy­mi się uzbro­jo­ny­mi po­li­cjan­ta­mi. Nie ochro­ni­ła. Na dźwięk strza­łów mat­ka po­rwa­ła syna z bal­ko­nu, ale gdy wyj­rzał zno­wu, zo­ba­czył le­żą­cych nie­ru­cho­mo za­bi­tych lu­dzi. „I mio­ta się, le­żąc, zdy­cha­ją­cy koń z przy­tro­czo­nym ko­za­kiem” – wspo­mi­nał. Za­pa­mię­tał ru­de­go ko­za­ka cwa­łu­ją­ce­go po tro­tu­arze Piotr­kow­skiej. „Do­go­nił mło­de­go ślu­sa­rza w gra­na­to­wej blu­zie. Ten le­d­wo zdą­żył ręce pod­nieść do góry, jak zwa­lił się od kuli re­wol­we­ro­wej roz­wście­czo­ne­go ko­za­ka ze srebr­nym kol­czy­kiem w uchu”. Rok 1905 to je­dy­na le­gen­da Ło­dzi, mia­sta bez tra­dy­cji, bez mi­tów, bez ogniw łącz­no­ści z hi­sto­rią i kul­tu­rą na­ro­du, na­pi­sał po la­tach. „Któż z nas wie­dział wte­dy, że wła­śnie te­raz, na na­szych oczach, od­by­wa się hi­sto­ria Pol­ski?” – wtó­ro­wa­ła mu sio­stra. Kie­dy już w la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych po­eta mó­wił o so­bie: „syn pro­le­ta­riac­kiej Ło­dzi”, pew­nie te wła­śnie wspo­mnie­nia przy­cho­dzi­ły mu na myśl.

Strajk wy­buchł tak­że w łódz­kich gim­na­zjach. Ucznio­wie upo­mnie­li się o moż­li­wość na­uki po pol­sku. Tu­wim nie przy­stą­pił do bun­tu, uczest­ni­czył w lek­cjach wraz z Ro­sja­na­mi i czę­ścią Po­la­ków. Za­żą­da­ła tego mat­ka, oba­wia­ją­ca się, by syn nie zła­mał so­bie ka­rie­ry. Ale dla straj­ku­ją­cych ko­le­gów ozna­cza­ło to zdra­dę, opo­wie­dze­nie się po stro­nie za­bor­cy. Or­ga­ni­za­cja Wzlot ska­za­ła ła­mi­straj­ków na boj­kot, a je­den z uczniów pu­blicz­nie Tu­wi­ma spo­licz­ko­wał. „Kie­dy­śmy tro­chę doj­rze­li, w kla­sach wyż­szych, sta­ra­li­śmy się po­kryć tę hań­bę, współ­za­wod­ni­cząc z ko­le­ga­mi ze szkół pol­skich w zna­jo­mo­ści ro­dzi­mej hi­sto­rii i li­te­ra­tu­ry” – wspo­mi­nał Je­rzy Sza­pi­ro. Po 1905 roku tak jak Tu­wim po­zo­stał w ro­syj­skim gim­na­zjum, choć po­wsta­wa­ły w Ło­dzi tak­że szko­ły, w któ­rych uczo­no już po pol­sku.

Po spa­cy­fi­ko­wa­niu re­wo­lu­cji w mie­ście zro­bi­ło się nie­bez­piecz­nie.

– Przy­je­cha­ła z Ro­sji czar­na sot­nia. Bedo dziś w nocy rżnąć – taką wia­do­mość przy­nio­sła ze skle­pu Ma­nia, słu­żą­ca Tu­wi­mów. Na uli­cach po­ja­wi­ły się tłu­my „czar­no­se­cin­nych chu­li­ga­nów”, co­raz gło­śniej mó­wio­no o rze­ziach cze­ka­ją­cych Ży­dów, w ży­dow­skich ka­mie­ni­cach or­ga­ni­zo­wa­no gru­py sa­mo­obro­ny lo­ka­to­rów. Wspo­mnie­niem nocy, pod­czas któ­rych trze­ba było ucie­kać z miesz­ka­nia w oba­wie przed po­gro­mem, była na­pi­sa­na przez Tu­wi­ma w 1914 roku Pieśń o bi­ciu.

Ży­dów biją! We­so­ło! Haha-ha!

Ży­dów biją! Będą i mnie bili:

Ba­to­giem w pysk.

Na­haj­ką w ple­cy,

Że­la­stwem w gło­wę, We­so­ło!!!

Biją Po­la­cy, Ro­sja­nie,

Tak, tak: sło­necz­ni Sło­wia­nie!

MNIE tak­że będą bić!

A co pan my­śli, mój pa­nie?

Jak bić – to bić!

Haha-ha! Za moje obłą­ka­nie,

Żem chciał naj­droż­sze uko­cha­nie

Przez Pol­skę śnić,

Będą mnie bić – a moc­no bić!!!

Po jed­nej z ta­kich nocy Tu­wi­mo­wie po­sta­no­wi­li wy­je­chać na ja­kiś czas do nie­miec­kie­go Wro­cła­wia – „tam, o iro­nio dzie­jów! szu­ka­jąc ra­tun­ku przed po­gro­mem”. Po­eta wspo­mi­nał wy­jazd do Bre­slau po wie­lu la­tach, gdy w Niem­czech rzą­dzi­li na­zi­ści; w 1905 roku Ży­dzi sta­no­wi­li waż­ną część spo­łecz­no­ści mia­sta. Nie­wie­le z po­by­tu w Niem­czech za­pa­mię­tał. Pło­ną­cą cho­in­kę, od któ­rej za­ję­ły się fi­ran­ki, wiel­kie rol­mop­sy i wy­ma­rzo­ną ma­szyn­kę pa­ro­wą, któ­rą ku­pi­li mu ro­dzi­ce. „I była tam Ohlau­er­stras­se (Oław­ska). To wszyst­ko” – wspo­mi­nał Bre­slau. Ro­dzi­ce my­śle­li na­wet o emi­gra­cji na sta­łe do Ro­sji. Zre­zy­gno­wa­li, gdy zro­zu­mie­li, że dla Ży­dów wy­jazd do Ro­sji ozna­czał­by tra­fie­nie z desz­czu pod ryn­nę.

Kon­se­kwen­cje po­sta­wy wy­mu­szo­nej przez mat­kę pod­czas straj­ku w 1905 roku cią­gnę­ły się za Tu­wi­mem dłu­go. Le­gen­dar­na dzia­łacz­ka PPS Li­dia Cioł­ko­szo­wa jesz­cze w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wie­ku wspo­mi­na­ła wa­ka­cje 1907 roku, spę­dza­ne z ubra­nym w mun­du­rek i czap­kę ro­syj­skie­go gim­na­zjum Jul­kiem. Na­mó­wio­na przez star­szych ku­zy­nów zor­ga­ni­zo­wa­ła „szaj­kę dzie­ci”. Mia­ła wte­dy pięć lat. „Bie­ga­li­śmy za Tu­wi­mem, wo­ła­jąc z wiel­ką ra­do­ścią: «Ła­mi­strajk, ła­mi­strajk», nie bar­dzo ro­zu­mie­jąc, co to sło­wo zna­czy” – wspo­mi­na­ła. Ju­lek okrop­nie się zło­ścił, co wszyst­kich bar­dzo ba­wi­ło, a Li­dia cioł­ko­szo­wa za­pa­mię­ta­ła tę wy­mie­rzo­ną w „ła­mi­straj­ka” Tu­wi­ma ak­cję jako pierw­szą lek­cję pa­trio­ty­zmu. Ju­lek pró­bo­wał od­pra­co­wać re­wo­lu­cyj­ną nie­obec­ność pod­czas wa­ka­cji spę­dzo­nych po pierw­szej kla­sie gim­na­zjum pod Ło­dzią, w Krzy­żów­ce koło An­drze­jo­wa. Zbie­rał chłop­skie dzie­ci w ja­kimś pa­ro­wie i uczył abe­ca­dła. „Pro­wa­dzi­łem te wy­kła­dy kon­spi­ra­cyj­nie, roz­glą­da­jąc się, czy ja­kiś szpi­cel nie śle­dzi. Nikt nie­ste­ty nie śle­dził. A tak tego pra­gną­łem!” – wspo­mi­nał.

Pod­czas tych sa­mych wa­ka­cji ro­dzi­ce Tu­wi­ma po­sła­li syna do krew­nych w War­sza­wie. W śro­do­wi­sku, gdzie nikt go nie znał, miał ode­tchnąć od łódz­kich prze­żyć. Ale oka­za­ło się, że wy­je­chać to za mało, styg­ma­ty­zu­ją­ce zna­mię na po­licz­ku w no­wym miej­scu bu­dzi­ło nową cie­ka­wość. Ewa Droz­dow­ska, ku­zyn­ka po­ety, wspo­mi­na­ła „pa­niu­sie” w Ogro­dzie Sa­skim, któ­re na wi­dok Tu­wi­ma za­krzyk­nę­ły:

– Je­zus, Ma­ria, jaką ten chło­pak ma pla­mę na twa­rzy! „Ju­lek sta­nął jak wry­ty, spoj­rzał na mnie strasz­nie smut­ny­mi, zroz­pa­czo­ny­mi oczy­ma, szu­ka­jąc po­cie­sze­nia” – pi­sa­ła. Po­tem za­uwa­ży­ła, że od­tąd już za­wsze sta­rał się ukry­wać ska­zę, za­sła­nia­jąc po­li­czek. Gło­wę pod­pie­rał tyl­ko z le­wej stro­ny. Na­wet jeż­dżąc sa­mo­cho­dem, sta­rał się sia­dać tak, by nie było wi­dać mysz­ki na po­licz­ku.

Psy­cho­lo­go­wie będą pew­nie dłu­go jesz­cze roz­wa­żać, jak da­le­ce szpe­cą­ce zna­mię na po­licz­ku mo­gło wpły­nąć na losy po­ety. Może gdy­by nie ko­niecz­ność kry­cia się w mu­rach miesz­ka­nia w mło­do­ści, nie roz­wi­nął­by się lęk przed otwar­tą prze­strze­nią, unie­moż­li­wia­ją­cy mu nor­mal­ne ży­cie w la­tach do­ro­słych. Wte­dy nie był już „tym chłop­cem z mysz­ką”, był Tu­wi­mem, Księ­ciem Po­etów, ale cho­ro­ba zdą­ży­ła na­si­lić się na tyle, że przy­po­mi­na­ła o so­bie za każ­dym ra­zem, gdy wy­cho­dził z domu. Kie­dy po la­tach do­szły jesz­cze sta­ny lę­ko­we wy­wo­ła­ne na­pa­ścia­mi w ga­ze­tach i po­czu­ciem fi­zycz­ne­go za­gro­że­nia, co­raz trud­niej było się przed nią bro­nić.

O pięt­nie po­zwa­la­ły mu za­po­mi­nać tyl­ko ko­lej­ne „bzi­ki”, któ­re opa­no­wy­wa­ły chło­pię­cą wy­obraź­nię. Wie­le pa­sji ro­dzi­ło się, roz­kwi­ta­ło i wię­dło rów­no­le­gle. „Było ich w moim dzie­ciń­stwie dużo” – na­pi­sał. Zbie­ra­nie znacz­ków i mo­ty­li to był ba­nał, szyb­ko prze­szedł do ho­dow­li chrząsz­czów, jasz­czu­rek i za­skroń­ców. Spra­wy się skom­pli­ko­wa­ły, gdy po­sta­no­wił prze­nieść ho­dow­lę do domu, a wąż oka­zał się sa­mi­cą i po miesz­ka­niu na Świę­te­go An­drze­ja za­czę­ły uwi­jać się nie tyl­ko zie­lo­ne jasz­czur­ki, ale spod łó­żek wy­peł­zły węże. „W domu po­wsta­ła pa­ni­ka. Ju­lek mu­siał ustą­pić” – wspo­mi­na­ła sio­stra. Węże zo­sta­ły wy­ła­pa­ne i za­wie­zio­ne do par­ku Po­nia­tow­skie­go, gdzie od­zy­ska­ły wol­ność. Po ga­dach przy­szedł czas na ko­lek­cjo­no­wa­nie ga­zet i ty­go­dni­ków, po jed­nym nu­me­rze każ­de­go ty­tu­łu. Szcze­gól­nie dum­ny był z dzien­ni­ka ja­poń­skie­go – któ­ry kosz­to­wał go za­wrot­ną sumę, bo aż pół ru­bla – i li­tew­skie­go. A na­stęp­nie wpadł w szał che­micz­ny, prze­rwa­ny do­pie­ro przez ro­dzi­ców po nie­uda­nej pró­bie wy­sa­dze­nia w po­wie­trze (oczy­wi­ście nie­chcą­cy!) ro­dzin­ne­go domu. „Po­zba­wio­ny swe­go za­cza­ro­wa­ne­go świa­ta czu­je się po­krzyw­dzo­ny, boć prze­cież nie on jest wi­nien temu, że eks­pe­ry­ment tak się fa­tal­nie skoń­czył” – pi­sa­ła ku­zyn­ka Ewa. Przez kil­ka ty­go­dni mu­siał no­sić rękę na tem­bla­ku, co było o tyle przy­jem­ne, że uwal­nia­ło od ko­niecz­no­ści no­to­wa­nia w szko­le i od­ra­bia­nia za­dań w domu. Po che­mii przy­szła me­cha­ni­ka, bu­do­wa­ne z naj­dziw­niej­szych czę­ści, dru­ci­ków, kor­bek, pu­de­łek po cy­ga­rach, ma­szy­ny, któ­re dzia­ła­ły, żeby dzia­łać. „Ale po co? Nie wia­do­mo do dziś” – wspo­mi­nał.

Naj­trwal­szym „bzi­kiem” oka­za­ła się jed­nak fa­scy­na­cja ję­zy­kiem. Po­zo­sta­nie pew­nie bez od­po­wie­dzi py­ta­nie, dla­cze­go to wła­śnie za­szcze­pio­ne przez ojca za­in­te­re­so­wa­nia lin­gwi­stycz­ne wchło­nę­ły kil­ku­na­sto­let­nie­go chłop­ca tak bez resz­ty. Wo­lał przez wie­le go­dzin ślę­czeć wśród ksią­żek, bo bał się nie­przy­ja­zne­go świa­ta? Czy może zo­sta­wał w domu, bo przy­ku­wa­ły go tam ta­jem­ni­ce, któ­re od­kry­wał w spro­wa­dza­nych z księ­garń i an­ty­kwa­ria­tów en­cy­klo­pe­diach, słow­ni­kach i sa­mo­ucz­kach w naj­dziw­niej­szych ję­zy­kach? Owo­cem spę­dza­ne­go nad nimi cza­su były ka­je­ty za­peł­nio­ne rów­nym pi­smem. No­to­wał w nich sło­wa za­chwy­ca­ją­ce go eg­zo­tycz­ną uro­dą, ono­ma­to­pe­icz­nym dźwię­kiem, ra­czej brzmie­niem niż sen­sem. Za­pi­sy­wał, że ży­wi­ca po ma­laj­sku zwie się „da­mar”, gło­wa po da­ho­mej­sku „afo”, ry­bak po ja­kuc­ku „ba­łyk­syt”, pie­kło na Tha­iti „tia­ho­bu”, kwiat po sta­ro­mek­sy­kań­sku „szo­czitl”, a świ­nia po ma­oryj­sku „pu­aka”. Uło­żył li­stę li­czeb­ni­ków od jed­ne­go do dzie­się­ciu w bli­sko dwu­stu ję­zy­kach… oj­ciec na­pi­sał mu po nie­miec­ku list do zna­nych an­ty­kwa­riu­szy w Lip­sku z proś­bą o ka­ta­lo­gi dzieł lin­gwi­stycz­nych. Pod­pi­sał je „Prof. Dr Ju­lian Tu­wim”, słusz­nie po­dej­rze­wa­jąc, że ucznia gim­na­zjum nikt po­waż­nie nie po­trak­tu­je. A tak już po kil­ku dniach do­stał pacz­kę ka­ta­lo­gów, z któ­rych wy­no­to­wał – sześć stron drob­nym macz­kiem! – li­stę ksią­żek, któ­re chciał­by mieć. Nie było go oczy­wi­ście na nie stać, ale już sama przy­jem­ność pa­trze­nia na ty­tu­ły, ta­kie jak Zur Ken­nt­niss der me­la­ne­si­schen, mi­kro­ne­si­schen und pa­pu­ani­schen Spra­chen alboCu­adro de­scrip­ti­voy com­pa­ra­ti­vo de las len­gu­as in­di­ge­nas de Me­xi­co by­ła­bez­cen-na. Jed­no­cze­śnie z tym przy­szło za­in­te­re­so­wa­nie espe­ran­to, a Ju­lek je­śli już czymś się zaj­mo­wał, to na ca­łe­go.

Kil­ka­na­ście lat póź­niej po­ka­zał je­den z za­cho­wa­nych z dzie­ciń­stwa ze­szy­tów ze zdo­by­cza­mi lin­gwi­stycz­ny­mi Ro­ma­no­wi Zrę­bo­wi­czo­wi, wy­daw­cy i po­ecie. „Ka­jet ten jest kla­sycz­nym do­ku­men­tem ilu­stru­ją­cym, czym jest bio­lo­gia sło­wa dla Tu­wi­ma, w jak bo­ga­tych, pier­wot­nych ka­te­go­riach dzie­ciń­stwa żyje cała wy­obraź­nia po­ety (…). Dla­te­go cała po­ezja Tu­wi­ma pach­nie roz­kosz­nie jak las. Każ­dy wiersz po­sia­da swój spe­cy­ficz­ny aro­mat” – na­pi­sał Zrę­bo­wicz. Lin­gwi­stycz­ne fa­scy­na­cje to­wa­rzy­szy­ły Tu­wi­mo­wi do koń­ca ży­cia. Jesz­cze po II woj­nie no­to­wał brzmie­nie róż­nych słów, na przy­kład „ko­cham cię” czy „mo­tyl”, w naj­bar­dziej eg­zo­tycz­nych ję­zy­kach świa­ta.

Ka­je­ty do no­to­wa­nia ję­zy­ko­wych od­kryć i za­chwy­tów oraz słó­wek w espe­ran­to za­bie­rał ze sobą na­wet do Ino­wło­dza, gdzie od 1907 roku wy­jeż­dżał z sio­strą i mat­ką na każ­de wa­ka­cje. W let­ni­sku (wła­ści­wie „sta­cji kli­ma­tycz­nej le­śnej”) nad Pi­li­cą spę­dził lata naj­szczę­śliw­sze, wol­ne od szkol­nych i ro­dzin­nych traum oraz ogra­ni­czeń.

W Ino­wło­dzu miesz­ka­li w wil­li Re­gi­na, ofe­ru­ją­cej dość umiar­ko­wa­ne luk­su­sy, ale też Ino­włódz był „ku­ror­tem” dla ra­czej śred­nio­za­moż­nych ło­dzian (dla Tu­wi­mów i tak wa­ka­cyj­ny wy­jazd był po­waż­nym wy­dat­kiem), bo­gat­si wy­jeż­dża­li do „ba­dów” w Szwaj­ca­rii. Ale nie luk­sus był pod­czas po­by­tu w Ino­wło­dzu naj­waż­niej­szy. Atrak­cją były wy­ciecz­ki ło­dzią po Pi­li­cy i kon­ne eska­pa­dy po oko­licz­nych wsiach. „Ino­włódz usu­wał wsze­la­kie ha­mul­ce – i od pierw­sze­go dnia sta­wa­łem się ka­ra­bi­nem ma­szy­no­wym ło­bu­zer­ki i roz­pę­ta­ne­go tem­pe­ra­men­tu” – wspo­mi­nał Tu­wim. Włó­czył się ca­ły­mi dnia­mi z ban­dą rów­nie spra­gnio­nych wol­no­ści na­sto­lat­ków, wy­ry­ki­wał pod­szy­te ero­ty­ką lu­do­we pio­sen­ki, któ­rych uczy­li się od oko­licz­nych chło­pów, po­sma­ko­wał pierw­szy raz w ży­ciu al­ko­ho­lu („urzy­na­łem się po karcz­mach”). A wie­czo­ra­mi w drew­nia­nej sali let­ni­ska „wal­co­wał” z pan­na­mi, któ­re też przy­jeż­dża­ły do Ino­wło­dza spra­gnio­ne wra­żeń. O jed­nym z ta­kich wła­śnie wie­czo­rów, gdy „wód­ka za wód­ką w bu­fe­cie”, a po­tem gran­de val­se bril­lant z „pan­ną ma­don­ną, le­gen­dą tych lat” pi­sał w Kwia­tach pol­skich. „Wal­co­wał na­mięt­nie, pra­wą nogą za­ta­cza­jąc sze­ro­kie, za­ma­szy­ste pół­ko­la” – wspo­mi­na­ła sio­stra. A gdy emo­cji nadal było za mało, szło się jesz­cze z pan­ną na „ru­in­ki”, czy­li sta­ry cmen­tarz z po­zo­sta­ło­ścia­mi po „sta­ro­żyt­nym” ko­ście­le. „Prze­lęk­nio­na dziew­czy­na moc­niej przy­tu­la­ła się do dy­go­cą­ce­go ka­wa­le­ra. Ta­kie to były cmen­tar­ne bal­la­dy i ro­man­se” – pi­sał. Ale w li­ście, któ­ry wy­słał nie­speł­na mie­siąc przed śmier­cią do uczniów szko­ły w Ino­wło­dzu, wspo­mnie­nia były o wie­le bar­dziej grzecz­ne: „Przy­po­mi­nam so­bie ślicz­ne dni dzie­ciń­stwa i mło­do­ści, kie­dy ha­sa­łem po ino­włodz­kich la­sach i łą­kach albo prze­cha­dza­łem się po ryn­ku i ulicz­kach wa­sze­go mia­stecz­ka, tak dro­gie­go mo­je­mu ser­cu i pa­mię­ci”.

To w Ino­wło­dzu po raz pierw­szy po­waż­nie się za­ko­chał. Miał lat pięt­na­ście, ona, Ha­lin­ka Kon – cór­ka ad­wo­ka­ta z To­ma­szo­wa – czter­na­ście. Była bo­ha­ter­ką (jako H.K.) wie­lu wier­szy z tam­te­go okre­su. „Ko­cha­łem się dwa lata, bar­dzo moc­no i na całe ży­cie, ale dziw­nie się ta mi­łość uło­ży­ła: pan­na Hala nic o niej nie wie­dzia­ła” – wspo­mi­nał po la­tach. Tak­że w Ino­wło­dzu pod­ko­chi­wał się w pan­nie Kwiat­ków­nie, ale naj­wię­cej, szyb­ko zresz­tą zmie­nia­nych, gim­na­zjal­nych uczuć prze­ży­wał w Ło­dzi. „By­łem bar­dzo ko­chli­wy! Pen­sjo­nar­czarz i pan­niarz, że coś strasz­ne­go” – wspo­mi­nał nie­mal co­dzien­ne po­lo­wa­nie na to, któ­ra pa­nien­ka, z któ­rej pen­sji, o któ­rej go­dzi­nie i któ­rą uli­cą bę­dzie aku­rat prze­cho­dzi­ła, by moż­na było ją zo­ba­czyć i na­sło­dzić się na kil­ka go­dzin wi­do­kiem. A na­wet na kró­cej, je­śli z roz­pi­ski wy­ni­ka­ło, że trze­ba się po­spie­szyć, bo za chwi­lę Dziel­ną albo Wi­dzew­ską przej­dzie ko­lej­na Zo­sia, Ola, Niu­sia, Ma­ry­sia, Ta­nia albo Fra­nia.

Przy­szłą żoną Ste­fa­nię Mar­chwiów­nę zo­ba­czył pierw­szy raz na Piotr­kow­skiej w 1912 roku. Za­ko­chał się od pierw­sze­go wej­rze­nia. „Była wte­dy tak pięk­na, że wszyst­kie Afro­dy­ty, We­nu­sy i inne wzo­ry pięk­no­ści nie war­te jej były sznu­ro­wa­deł za­wią­zy­wać” – na­pi­sa­ła Iza­be­la Czaj­ka-Sta­cho­wicz. A ci, któ­rzy na po­cząt­ku wąt­pi­li w sta­łość tego uczu­cia, szyb­ko się prze­ko­na­li, że nie mie­li ra­cji. Mi­łość po­ety oka­za­ła się rów­nie trwa­ła jak ofia­ro­wy­wa­ne i de­dy­ko­wa­ne uko­cha­nej po­ezje.

Ste­fa­nia miesz­ka­ła w To­ma­szo­wie Ma­zo­wiec­kim, za­le­d­wie kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów od Ino­wło­dza. To uła­twia­ło kon­tak­ty tak­że w cza­sie wa­ka­cji. „W dwu ostat­nich przed­wo­jen­nych la­tach wy­cho­dzi­łem czę­sto na dro­gę, wy­pa­tru­jąc po­wo­zu z To­ma­szo­wa. Nie chciał przy­je­chać. Aż kie­dyś zja­wił się, przy­wiózł Naj­błę­kit­niej­szą i tak dłu­go wy­cze­ki­wa­ną” – wspo­mi­nał po­czą­tek mi­ło­ści. A po la­tach na­pi­sał w Kwia­tach pol­skich.

A może by­śmy tak, je­dy­na,

Wpa­dli na dzień do To­ma­szo­wa?

Może tam jesz­cze zmierz­chem zło­tym

Ta sama ci­sza trwa wrze­śnio­wa.

To­ma­szów ma jesz­cze jed­ną za­słu­gę dla pol­skiej po­ezji. „W bu­fe­cie na sta­cji, gdy wra­ca­łem z Ino­wło­dza do Ło­dzi, strze­lił mi do gło­wy Piotr Płak­sin, po paru la­tach do­pie­ro na­pi­sa­ny” – wspo­mi­nał Tu­wim. Wiersz o te­le­gra­fi­ście, któ­ry nie umiał grać na klar­ne­cie „Na sta­cji Chan­dra Unyń­ska / Gdzieś w mor­do­bij­skim po­wie­cie…”.

Wier­sze Ju­lek za­czął ukła­dać jesz­cze w gim­na­zjum. Za­de­biu­to­wał jako au­tor zja­dli­wej sa­ty­ry, dru­zgo­cą­cej wia­ro­łom­ne­go ko­le­gę z kla­sy o na­zwi­sku Kon. „W strasz­nym ści­sku na wrot­ni­sku / z pan­ną Ja­dzią pę­dzi Kon. / «O mój słod­ki, po­praw wrot­ki!» / pro­si Ja­dzia, speł­nia on. / Wtem Ma­ry­sia, słod­ka My­sia, / na wrot­ni­sku zja­wia się…”. Co było da­lej, po­eta nie pa­mię­tał, a na­stęp­ny wiersz był już śmier­tel­nie, w do­słow­nym sen­sie, po­waż­ny: „Bu­du­ję dom, bu­du­ję dwór, / a czar­na moja ce­gła, / a młot i łom w mój walą mur, / w fun­da­ment trum­na le­gła. / Ro­bot­nik trup tam ko­pie grób…”.

Po­tem pod wzglę­dem li­te­rac­kim było co­raz le­piej, choć rów­nie gorz­ko z po­wo­du pierw­sze­go mi­ło­sne­go za­wo­du, któ­ry prze­ży­wał gim­na­zja­li­sta. „Pierw­sze moje wier­sze były peł­ne tra­dy­cyj­ne­go «We­lt­sch­me­rzu» i naj­czar­niej­sze­go pe­sy­mi­zmu, wo­bec któ­re­go pe­sy­mizm By­ro­na był ni­czym” – opo­wia­dał po la­tach Ro­ma­no­wi Brand­sta­et­te­ro­wi. Pi­sał w ta­jem­ni­cy, z sio­strą i mat­ką dzie­lił się tyl­ko ko­lej­ny­mi po­etyc­ki­mi fa­scy­na­cja­mi. W swo­im po­ko­ju za­wie­sił na ścia­nie por­tre­ty po­etów, któ­rych uwa­żał za du­cho­wych przod­ków: Fran­cu­za Je­ana Ar­thu­ra Rim­bau­da i Ame­ry­ka­ni­na Wal­ta Whit­ma­na. „Cho­ro­wał na Staf­fa, z ak­tor­ską em­fa­zą de­kla­mo­wał Sta­tek pi­ja­ny, upa­jał się Ver-la­ine­em i Bau­de­la­ire­em, od­kry­wał mło­dą Ro­sję w oso­bach Bal­mon­ta, Briu­so­wa i Bło­ka, ale ni­ko­mu z nas nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, co się świę­ci” – wspo­mi­na­ła sio­stra. Sta­tek pi­ja­ny znał na pa­mięć w ory­gi­na­le. „Roz­sa­dzał jak dy­na­mi­tem sza­rość i ubó­stwo na­sze­go ży­cia” – do­da­ła.

Ale naj­waż­niej­szy był i tak Staff. „Czy­ta­łem Staf­fa przed snem i na­tych­miast po obu­dze­niu, w szko­le i na wi­zy­tach, bo bra­łem ze sobą jego to­mi­ki i re­cy­to­wa­łem pan­nom oraz ko­le­gom” – wspo­mi­nał Tu­wim. Pod wpły­wem fa­scy­na­cji po­ezją Staf­fa za­czął pi­sać już na po­waż­nie: „Mia­ło się ku wio­śnie roku 1911 [w in­nym miej­scu na­pi­sał, że było to w roku 1910 – M.U.], gdy w miesz­ka­niu przy uli­cy An­drze­ja roz­bi­ła się ba­nia z po­ezją”. Ko­lej­ne czar­ne ka­je­ty gro­ma­dzi­ły wier­sze „be­zec­nie ze Staf­fa zrzy­na­ne”. Bar­dzo dłu­go nikt o nich nie wie­dział. Do­pie­ro za­gu­bio­ny klu­czyk do szu­fla­dy biur­ka i ko­niecz­ność we­zwa­nia ślu­sa­rza ujaw­ni­ły ta­jem­ni­cę ukry­tą w czar­nym bru­lio­nie z wy­tło­czo­nym na okład­ce zło­tym pió­rem. Ju­lek w se­kre­cie przed ro­dzi­ca­mi, a na­wet przed sio­strą, pi­sał wier­sze. Ro­dzi­ce po­trak­to­wa­li to jako jed­no z ko­lej­nych opę­tań syna, za­pa­mię­ta­ła sio­stra, ale jak mia­ło się oka­zać, nie­słusz­nie. W je­de­na­stu ze­szy­tach ju­we­ni­liów z lat 1911-1918 zna­la­zło się po­nad sześć­set wier­szy, kil­ka­dzie­siąt utwo­rów pi­sa­nych pro­zą po­etyc­ką i kil­ka­na­ście tłu­ma­czeń, głów­nie z ro­syj­skie­go. Były wśród nich wier­sze „grzecz­ne”, mi­ło­sne wes­tchnie­nia do Ste­fy, Li­sty do pięk­nej Pani, po­etyc­ki Ma­ni­fest, na­iw­ny w mło­dzień­czej bu­cie, ale i wier­sze, któ­re mo­gły za­nie­po­ko­ić ro­dzi­ców, zwłasz­cza gdy­by tra­fi­ły w ręce Ire­ny. Bo w Fal­licz­nej pie­śni Ju­lek wprost opi­sy­wał akt sek­su­al­ny, roz­war­te ko­bie­ce uda, wznie­sio­ne­go ku gó­rze fal­lu­sa, „mę­sko­ści świę­tą do­sko­na­łość” i mo­ment, gdy „…łą­czy się cia­ło męż­czy­zny / Z cia­łem ko­bie­ty…”.

Aż wresz­cie chwi­la okrop­na przy­cho­dzi,

Kie­dy ich roz­kosz prze­szy­wa jak strza­ła,

Jak bły­ska­wi­ca, ja­sne szczę­ście bije

I wy­try­sku­je na­sie­nie męż­czy­zny

W ko­bie­ce łono.

Nie­wiel­ka część tych wier­szy tra­fi­ła póź­niej do trzech pierw­szych to­mi­ków po­etyc­kich Tu­wi­ma. Z tego okre­su sio­stra za­pa­mię­ta­ła tak­że le­żą­cy na obi­tym zie­lo­ną ce­ra­tą sto­le w po­ko­ju bra­ta por­ce­la­no­wy krzyż z gło­wą chry­stu­sa w cier­nio­wej ko­ro­nie. „Na od­wrot­nej stro­nie krzy­ża wy­pi­sał Ju­lek nie­bie­skim atra­men­tem: «Kto raz się zgo­dził nieść swój krzyż, tego nań wiecz­nie wbi­jać będą»”. Póź­niej wie­lo­krot­nie przy róż­nych oka­zjach wra­cał do tych słów, któ­re co­raz moc­niej zra­sta­ły się z jego wła­snym lo­sem, wspo­mi­na­ła Ire­na Tu­wim.

Dru­kiem za­de­biu­to­wał w 1911 roku jako… tłu­macz. Prze­ło­żył wiersz W je­sien­nym słoń­cu uko­cha­ne­go Le­opol­da Staf­fa na espe­ran­to, któ­rym to ję­zy­kiem fa­scy­no­wał się od roku. Li­stow­nie po­pro­sił trzy­dzie­sto­trzy­let­nie­go wów­czas po­etę o zgo­dę na druk prze­tłu­ma­czo­ne­go utwo­ru, a pi­sarz, pew­nie nie bar­dzo po­waż­nie trak­tu­jąc proś­bę eg­zal­to­wa­ne­go gim­na­zja­li­sty, zgo­dził się; chciał tyl­ko do­stać eg­zem­pla­rze pi­sma z tłu­ma­cze­nia­mi. Póź­niej Tu­wim prze­ło­żył na espe­ran­to jesz­cze sześć ko­lej­nych wier­szy mi­strza.

Wspo­mi­nał, że po­czuł się am­ba­sa­do­rem Staf­fa na mia­sto Łódź i oko­li­ce, a dzię­ki espe­ran­to tak­że na cały świat. „Przy­szło ocza­ro­wa­nie, opę­ta­nie. Do póź­nej nocy i od wcze­sne­go ran­ka, po dro­dze do gim­na­zjum i na lek­cjach, w cza­sie przerw mię­dzy lek­cja­mi, na ze­bra­niach ko­le­żeń­skich – Staff, Staff i Staff” – pi­sał. Po kil­ku mie­sią­cach cała siód­ma gim­na­zjal­na z pa­mię­ci re­cy­to­wa­ła za Tu­wi­mem Deszcz je­sien­ny i roz­czy­ty­wa­ła się w Snach o po­tę­dze, choć wcze­śniej Staf­fa nikt nie znał, wspo­mi­nał Je­rzy Sza­pi­ro. Na­wet ich na­uczy­ciel pol­skie­go po eg­za­mi­nie ma­tu­ral­nym przy­znał się uczniom, że po­ezję Staf­fa po­znał dzię­ki Tu­wi­mo­wi. Deszcz mó­wio­ny przez Jul­ka sta­wał się praw­dzi­wym desz­czem, a deszcz bi­ją­cy o szy­by przy­po­mi­nał staf­fow­ską stro­fę, na­pi­sa­ła sio­stra.

Wresz­cie ze­brał się na od­wa­gę i po­słał Staf­fo­wi wła­sne wier­sze, pro­sząc o wy­rok: czy war­to pi­sać. „Co prze­ży­łem, wy­cze­ku­jąc od­po­wie­dzi, tego nie opi­szę” – wspo­mi­nał. Po­tra­fił w cza­sie du­żej pau­zy biec z Mi­ko­ła­jew­skiej, gdzie mie­ści­ło się gim­na­zjum, do domu na Świę­te­go An­drze­ja, spraw­dzić, czy jest list ze Lwo­wa. Dłu­go nie było. Gdy po wie­lu ty­go­dniach wresz­cie nad­szedł, „Jesz­cze go nie prze­czy­ta­łem, a już wie­dzia­łem, że «jest do­brze», sko­ro po­eta tak się roz­pi­sał”, wspo­mi­nał. Czte­ry stro­ni­ce za­pi­sa­ne drob­nym macz­kiem nie mo­gły za­wie­rać zdaw­ko­we­go znie­chę­ce­nia do dal­sze­go pi­sa­nia. Staff pi­sał, że do­strze­ga ta­lent, że mło­dy au­tor po­wi­nien pi­sać i na­wet „rzeź bez­li­to­sna” wo­bec nie­któ­rych wier­szy nie po­win­na go od tego od­strę­czyć. „Wła­śnie to, że sta­ną­łem wo­bec ta­len­tu, ka­za­ło mi być dla jego do­bra su­ro­wym” – oce­nił Staff utwo­ry gim­na­zja­li­sty. Bo są wśród nich wier­sze „ład­ne”, ale ich ład­ność po­le­ga je­dy­nie na bra­ku wad. Są przez to po­praw­ne, jest w nich rym i rytm, ale w praw­dzi­wej po­ezji cho­dzi o coś wię­cej. Nie­któ­re wier­sze spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by prze­rwa­no im od­dech, dla­te­go Staff ra­dził „pi­sać mniej, a dać rze­czy zjędr­nieć, na­brać soku”. Utwo­rów na­praw­dę skoń­czo­nych jest jesz­cze wśród wier­szy Tu­wi­ma nie­wie­le, ale na­wet wśród tych nie­go­to­wych są zwrot­ki i ustę­py „du­żej pięk­no­ści”. Jed­nak naj­bar­dziej z li­stów Staf­fa za­pa­mię­tał dwa zda­nia: „Kto się w sie­dem­na­stym roku ży­cia nie bu­rzył, ten nie był nig­dy mo­rzem, chy­ba mi­ską wody”. I dru­gie, że ta­kie mio­ta­nie się, roz­ter­ki i cią­gła go­to­wość, by się wspi­nać, gdy tyl­ko po­ja­wi się na ho­ry­zon­cie szczyt, to jest jak „czy­ha­nie na swe­go Boga”. Te sło­wa kil­ka lat póź­niej sta­ły się ty­tu­łem pierw­sze­go tomu wier­szy Ju­lia­na Tu­wi­ma, a list Staf­fa do koń­ca ży­cia prze­cho­wy­wał on jak naj­więk­szą re­li­kwię. Tym­cza­sem za­chę­co­ny pi­sał co­raz wię­cej. A roz­po­czę­ta w 1911 roku ko­re­spon­den­cja trwa­ła czter­dzie­ści dwa lata, aż do śmier­ci – pa­ra­dok­sal­nie – młod­sze­go z po­etów. Naj­pierw łą­czył ich sto­su­nek mi­strza i adep­ta, po­tem dwu rów­no­praw­nych gwiazd na po­etyc­kim nie­bie, wresz­cie przy­jaźń.

Oso­bi­ście Tu­wim po­znał swe­go mi­strza la­tem 1913 roku. Pod­czas wa­ka­cji spę­dza­nych tra­dy­cyj­nie w Ino­wło­dzu do­wie­dział się, że Staff przy­je­chał ze Lwo­wa (włą­czo­ne­go jak cała Ga­li­cja do Au­stro-Wę­gier) do za­bo­ru ro­syj­skie­go, i miesz­ka u bra­ta w Ru­dzie Ma­le­niec­kiej pod Koń­ski­mi. „Dzi­siaj sa­mo­cho­dem po do­brej szo­sie trwa­ła­by ta po­dróż nie­speł­na go­dzi­nę” – pi­sał Tu­wim po II woj­nie świa­to­wej; wte­dy jaz­da z prze­siad­ka­mi roz­kle­ko­ta­ną ciuch­cią, a przede wszyst­kim wy­naj­mo­wa­ny­mi brycz­ka­mi trwa­ła dobę. Jed­nak war­to było! Na po­cząt­ku roz­mo­wa się nie kle­iła, wy­da­wa­ło się, że dłu­ga dro­ga nie mia­ła jed­nak sen­su, ale po obie­dzie było już le­piej. Dłu­go roz­ma­wia­li, spa­ce­ru­jąc po nie­wiel­kim ogro­dzie. Staff dzie­lił się z gim­na­zja­li­stą swo­imi po­etyc­ki­mi roz­ter­ka­mi, jak z rów­nym so­bie. „Wra­ca­łem do Ino­wło­dza wy­so­ki, skrzy­dla­ty, śpie­wa­ją­cy”.

Le­opold Staff prze­żył swe­go ucznia. Pod­czas spo­tka­nia gru­py pi­sa­rzy w przed­dzień po­grze­bu Tu­wi­ma wspo­mi­nał wi­zy­tę roz­e­mo­cjo­no­wa­ne­go sztu­ba­ka sprzed czter­dzie­stu lat.

– Ten mło­dy chło­pak mó­wił o Whit­ma­nie, o Rim­bau­dzie. Oczy mu pło­nę­ły. Nikt inny nie mógł być tym przy­szłym wiel­kim po­etą, tyl­ko on, ten chu­dy chło­pa­czek w gim­na­zjal­nej blu­zie z pa­skiem rze­mien­nym o mo­sięż­nej klam­rze… – za­pa­mię­tał opo­wieść Staf­fa Jó­zef Brodz­ki.

„Mia­ło się wra­że­nie, że ani przez chwi­lę nie przy­jął do wia­do­mo­ści fak­tu śmier­ci Tu­wi­ma” – za­no­to­wał po tym spo­tka­niu Ana­tol Stern.

Wte­dy, w 1913 roku wia­ry mło­de­go po­ety w wer­dykt Staf­fa nie były w sta­nie zmie­nić na­wet pierw­sze po­etyc­kie nie­po­wo­dze­nia, kie­dy ko­lej­ne re­dak­cje, któ­rym pro­po­no­wał swe wier­sze, mil­cza­ły „A po­sy­ła­łem je do wie­lu pism, po­le­co­ny­mi li­sta­mi, «z uprzej­mą proś­bą o za­miesz­cze­nie na ła­mach po­czyt­ne­go itd.». Nikt się słów­kiem nie ode­zwał…” – wspo­mi­nał. Nie od­po­wie­dzie­li na­wet ci, któ­rzy po kil­ku la­tach roz­pły­wa­li się nad tymi sa­my­mi wier­sza­mi, gdy uka­za­ły się już w książ­kach.

Do­pie­ro w grud­niu 1912 roku, i to nie z Ło­dzi, na­de­szła pro­po­zy­cja dru­ku. Szó­ste­go stycz­nia na­stęp­ne­go roku w „Ku­rie­rze War­szaw­skim” zo­stał opu­bli­ko­wa­ny wiersz Proś­ba, za­czy­na­ją­cy się sło­wa­mi „Jed­ni niech będą ry­ce­rze…”. Pod­pi­sał go, mimo na­le­gań re­dak­cji, nie na­zwi­skiem, ale ini­cja­ła­mi St.M., jak Ste­fa­nia Mar­chwiów­na, skła­da­jąc hołd dziew­czy­nie, któ­ra za kil­ka lat mia­ła zo­stać jego żoną. „Do mego chro­nicz­ne­go «roz­staf­fie­nia» przy­łą­czy­ło się nie­ba­wem «roz­ste­fie­nie»” – wspo­mi­nał. Choć dru­gim, rów­nie waż­nym ar­gu­men­tem, by ukryć się za kryp­to­ni­mem, była szko­ła. „Uczeń gim­na­zjum łódz­kie­go, na do­miar złe­go dru­go­rocz­niak, nie mógł pod wła­snym na­zwi­skiem dru­ko­wać wier­szy” – na­pi­sał po la­tach.

Już w tym pierw­szym opu­bli­ko­wa­nym utwo­rze wi­dać wy­raź­nie, ja­kie miej­sce w świe­cie wi­dział dla sie­bie.

Jed­ni niech będą ry­ce­rze,

Wo­jen­ne niech no­szą sza­ty,

Niech mają mie­cze, pu­kle­rze.

…Inni niech będą jak kwia­ty.

Jed­ni niech będą za czy­nem,

Niech skroń lau­ra­mi okrę­cą…

…inni – kwit­ną­cym ja­śmi­nem,

Inni niech ci­cho się smę­cą.

Dzie­sięć lat póź­niej, już pew­ny sie­bie i swo­ich ra­cji na­pi­sze to samo znacz­nie ostrzej w wier­szu Do ge­ne­ra­łów.

Po de­biu­cie znów na wie­le mie­się­cy za­pa­dła ci­sza. Do­pie­ro w 1914 roku na­wią­zał dzię­ki mat­ce kon­takt ze Sta­ni­sła­wem Chrusz­czew­skim z re­dak­cji „No­we­go Ku­rie­ra Łódz­kie­go”. Przy­niósł rę­ko­pis. „Targ w targ, wiersz zo­stał na­by­ty. Nie­znacz­ne ho­no­ra­rium zna­la­zło się w kie­sze­ni au­to­ra” – wspo­mi­nał Chrusz­czew­ski (i szyb­ko zo­sta­ło „upłyn­nio­ne” w jed­nej z cu­kier­ni przy Piotr­kow­skiej). Pierw­szy utwór uka­zał się pod­pi­sa­ny tyl­ko li­te­rą „j”, na­stęp­ne pseu­do­ni­mem Roch Pe­kiń­ski. Po­tem były ko­lej­ne, sa­ty­ry i li­ry­ki, ale z in­nych re­dak­cji da­lej przy­cho­dzi­ły od­po­wie­dzi nie­zo­sta­wia­ją­ce złu­dzeń: „Nie sko­rzy­sta­my”.

Jed­nak na­masz­cze­nia staf­fow­skie­go nie były w sta­nie prze­kre­ślić ani pro­ble­my z re­dak­cja­mi, ani na­wet dru­zgo­cą­ca opi­nia dru­gie­go z bo­gów na po­etyc­kim nie­bie Tu­wi­ma – Bo­le­sła­wa Le­śmia­na. Po­pro­szo­ny o od­po­wiedź na od­wiecz­ne py­ta­nie wszyst­kich po­cząt­ku­ją­cych po­etów: – Czy war­to da­lej pi­sać?, od­rzekł: – Nie war­to. Bo to, co mło­dy po­eta dał mu do oce­ny, to wca­le nie wier­sze. Bo po­ezja to zu­peł­nie coś in­ne­go. Bo sło­wa od­po­wied­nio do­bra­ne mu­szą chwy­tać ta­jem­ni­cę, a sło­wa Tu­wi­ma nie chwy­ta­ją. „Mó­wił z tru­dem, sam szu­ka­jąc naj­traf­niej­szych ze­sta­wień słów dla zo­bra­zo­wa­nia roz­mia­rów mo­jej klę­ski” – wspo­mi­nał Tu­wim roz­mo­wę z Le­śmia­nem.

Ale na­wet Le­śmian nie był już w sta­nie za­wró­cić go z raz ob­ra­nej dro­gi. W ko­lej­nym ze­szy­cie, któ­ry wy­peł­niał wier­sza­mi od grud­nia 1913 do stycz­nia 1914, roku zna­lazł się utwór Moje sło­wa, po­ka­zu­ją­cy,zja­ki­mi mi­strza­mi sło­wa mie­rzył się dzie­więt­na­sto­la­tek. Ja­kim po­etyc­kim gi­gan­tom czuł się rów­ny, może na­wet lep­szy, a co naj­mniej od­waż­niej­szy! Bo im wy­star­cza­ło słów, ja­kie ofia­ro­wa­ła pol­sz­czy­zna, on chciał zna­leźć nowe, inne, wła­sne…

Pi­sał Ko­cha­now­ski, Mic­kie­wicz i Skar­ga,

Pi­sał Nor­wid, pi­sał Sło­wac­ki i Rej:

A żad­ne­go nig­dy nie tra­pi­ła skar­ga,

Że jest bied­na mowa, że zbyt mało Jej…

I nig­dy od razu nie za­bra­kło słów im,

Każ­dy rad był z tego, że i tyle ma…

Aż tu się po la­tach zja­wia… Ju­lian Tu­wim.

– Resz­tę Ty mi wy­bacz, Pol­ska Mowo ma!

Gdy­by w 1916 roku Tu­wim uwie­rzył Le­śmia­no­wi, może nie na­pi­sał­by już ani tego, ani żad­ne­go in­ne­go wier­sza: „Bo Le­śmian był TO, nie TEN. Stwór o struk­tu­rze Ab­so­lut­ne­go Po­ety (…). Wiel­bię dużo jego wier­szy. Je­że­li się po­ezje do pe­reł i kosz­tow­no­ści przy­rów­na – do­ro­bek Le­śmia­na jest nie­prze­bra­nym skar­bem”. Ale na szczę­ście naj­wy­raź­niej mu nie uwie­rzył. Dwa lata póź­niej w więk­szo­ści te same, zdys­kre­dy­to­wa­ne przez Le­śmia­na wier­sze zło­ży­ły się na pierw­szy po­etyc­ki to­mik Tu­wi­ma Czy­ha­nie na Boga. Sie­dział w ka­wiar­ni, ro­biąc ko­rek­tę, gdy do­siadł się doń Le­śmian. Za­czął czy­tać ar­ku­sze z wier­sza­mi. Pierw­szy, dru­gi… szó­sty. Co­raz bar­dziej za­chwy­co­ny wy­krzy­ki­wał, że są cu­dow­ne. Tu­wim nie chciał uwie­rzyć, prze­cież to były te same wier­sze, któ­re dwa lata wcze­śniej dał mu do re­cen­zji.

– Niech mi pan wy­ba­czy – uspra­wie­dli­wił się Le­śmian. – Prze­cież ja wte­dy na­wet nie zaj­rza­łem do pań­skie­go ka­je­tu.

Był rok 1918, War­sza­wa, Tu­wim miał już na kon­cie suk­ce­sy po­świad­cza­ją­ce po­etyc­ki ta­lent, ła­two więc przy­szło mu wy­ba­czyć nie­spra­wie­dli­wą kry­ty­kę. Ale co by­ło­by, gdy­by pierw­szą re­cen­zję usły­szał nie z ust Staf­fa, ale wła­śnie Le­śmia­na? Czy wraż­li­wy chło­piec zniósł­by cios? Zwłasz­cza że przed nim były jesz­cze ma­tu­ra i woj­na.

Woj­na, któ­ra wy­bu­chła w sierp­niu 1914 roku, to­czy­ła się w Ło­dzi jak­by obok nor­mal­ne­go ży­cia. Po pro­stu wła­dze ro­syj­skie i po­li­cja zo­sta­ły za­stą­pio­ne przez wła­dze i po­li­cję nie­miec­ką. Na­ma­cal­nym i bo­le­snym świa­dec­twem, że wszyst­ko to dzie­je się na­praw­dę, była ko­niecz­ność po­wro­tu z ostat­nich przed woj­ną wa­ka­cji (spę­dza­nych oczy­wi­ście w Ino­wło­dzu) wy­na­ję­tą chłop­ską fur­man­ką. Po­cią­gi za­re­zer­wo­wa­ne były już dla woj­ska. Ale w mie­ście (Tu­wi­mo­wie nie miesz­ka­li już wte­dy na Świę­te­go An­drze­ja, tyl­ko w dużo mniej­szym miesz­ka­niu w ofi­cy­nie ka­mie­ni­cy przy uli­cy Dziel­nej) nor­mal­nie dzia­ła­ły ka­ba­re­ty i te­atrzy­ki re­wio­we, uka­zy­wa­ły się ga­ze­ty, to­czy­ło się ży­cie li­te­rac­kie, w któ­rym świe­żo upie­czo­ny ma­tu­rzy­sta brał co­raz bar­dziej ak­tyw­ny udział. „No­sił się z fan­ta­zją, cho­dził w roz­pię­tym szy­ne­lu, w czap­ce po­dziu­ra­wio­nej jak sito pa­pie­ro­sa­mi, co na­le­ża­ło do ele­gan­cji, roz­bi­jał się do­roż­ka­mi i skra­piał so­bie wło­sy wodą brzo­zo­wą Dral­le­go” – wspo­mi­na­ła sio­stra.

Wiecz­nie zi­ry­to­wa­na, szu­ka­ją­ca co­raz to no­wych po­wo­dów do zmar­twień i mio­ta­ją­ca się po domu mat­ka pró­bo­wa­ła ja­koś wpły­wać na po­stę­po­wa­nie syna, ale oj­ciec za­cho­wy­wał po­god­ny dy­stans wo­bec pro­ble­mów, któ­re Ju­lek spra­wiał. W efek­cie wol­no mu było wszyst­ko. Zręcz­nie la­wi­ru­jąc mię­dzy nie­ustan­nie sfru­stro­wa­ną mat­ką a obec­nym w domu tyl­ko cia­łem oj­cem, uni­kał gro­żą­cych mu nie­mal co­dzien­nie awan­tur; o zbyt póź­ny po­wrót do domu, nie­od­po­wied­nie to­wa­rzy­stwo, brak po­stę­pów w na­uce, pa­pie­ro­sy.

Wra­ca­jąc po wie­lo­go­dzin­nej nie­obec­no­ści, zdy­sza­ny, w roz­pię­tym sza­rym płasz­czu i z błysz­czą­cy­mi ocza­mi, za­da­wał cze­ka­ją­cej przy drzwiach sio­strze sa­kra­men­tal­ne py­ta­nie:

– Awan­tu by? – w ję­zy­ku ro­dzeń­stwa ozna­cza­ło to py­ta­nie, czy była awan­tu­ra, czy może tym ra­zem obe­szło się bez wy­ła­do­wań. Z cza­sem wy­wal­czył so­bie pra­wo, by wszę­dzie cho­dzić wła­sny­mi ścież­ka­mi… chciał się uczyć – do­brze, nie chciał – też do­brze, ro­dzi­ce, a wła­ści­wie mat­ka, prze­sta­li pro­te­sto­wać.

Za­czę­ło się jesz­cze przed ma­tu­rą od po­ta­jem­nych, bo nie­do­zwo­lo­nych przez szkol­ne wła­dze, wi­zyt w ka­ba­re­tach, po któ­rych wy­śpie­wy­wał zbul­wer­so­wa­nym ro­dzi­com za­pa­mię­ta­ne re­fre­ny. Szyb­ko jed­nak oka­za­ło się, że to mło­de­mu po­ecie nie wy­star­czy. Na­wią­zał współ­pra­cę z ka­ba­re­tem Bi-Ba-Bo, któ­ry wła­śnie roz­po­czął dzia­łal­ność w ho­te­lu Sa­voy (am­bi­cją wła­ści­cie­li naj­więk­szych łódz­kich ho­te­li było po­sia­da­nie wła­snej sce­ny ka­ba­re­to­wej), za­czął pu­bli­ko­wać sa­ty­rycz­ne wier­szy­ki po dwie ko­piej­ki za wers w re­da­go­wa­nych przez Kon­ra­da Toma pi­sem­kach: „Śmiech” i „Ży­cie Łódz­kie”. Pod­pi­sy­wał się jak daw­niej pseu­do­ni­mem Roch Pe­kiń­ski, żeby nie draż­nić na­uczy­cie­li.

Tym bar­dziej że nie­któ­re z wier­szy za­po­wia­da­ły już te same uczu­cia i na­mięt­no­ści, któ­re za kil­ka lat, po uka­za­niu się Wio­sny, mia­ły wy­wo­łać jed­ną z naj­więk­szych burz w hi­sto­rii pol­skiej po­ezji. Zwra­ca­jąc się do pa­nien nie­do­stęp­nie po­nęt­nych, ta­jem­nych, prze­ślicz­nych jak mo­ty­le w mi­mo­zach, Tu­wim pi­sał:

Excu­sez… mam wra­że­nie, że się… hm!… wam po no­cach

Pa­rob­ko­wie rzeź­nic­cy śnią, jak lwy mu­sku­lar­ni,

Że się czę­sto atle­ci ma­rzą w słod­kich prze­mo­cach,

Sil­ni, tę­dzy, ogrom­ni… O, nar­cy­zy z cie­plar­ni!

Ta­kich ma­rzeń i fan­ta­zji po­ezja, przy­najm­niej ta ofi­cjal­na, pu­bli­ko­wa­na w ogól­nie do­stęp­nych pi­smach, jesz­cze wte­dy nie ujaw­nia­ła.

W 1915 roku łódz­ki te­atrzyk ogród­ko­wy Ura­nia wy­sta­wił na swo­jej sce­nie spek­takl Ro­cha Pe­kiń­skie­go. Re­wia, w któ­rej wy­stę­po­wa­li naj­lep­si wów­czas w Ło­dzi ak­to­rzy ka­ba­re­to­wi (mię­dzy in­ny­mi słyn­ny Jó­zef „Pi­kuś” Ur­ste­in), była dość re­wo­lu­cyj­na. Tu­wim „szy­dził w niej z fa­bry­kan­tów, ka­mie­nicz­ni­ków i in­nych do­rob­kie­wi­czów”, a oni mimo to ku­po­wa­li bi­le­ty, prze­ko­na­ni, że sa­ty­ra go­dzi wy­łącz­nie w ich kon­ku­ren­tów. „Sły­szysz, Ku­per­man, to do cie­bie pite, a nie do mnie, bo kto pod­wyż­szył ko­mor­ne, ty czy ja?” – wspo­mi­nał ów­cze­sne ko­men­ta­rze lo­dzer­men­schów Sta­ni­sław Chrusz­czew­ski. Lo­dzer­mensch, ten szcze­gól­ny typ czło­wie­ka, bę­dą­cy skrzy­żo­wa­niem praw­dzi­we­go prze­my­słow­ca z ta­nim ge­szef­cia­rzem, wy­stę­pu­ją­cy tyl­ko w tym jed­nym miej­scu i cza­sie na świe­cie, był wdzięcz­nym te­ma­tem kpin.

Mło­dy au­tor, za­le­d­wie prze­cież ma­tu­rzy­sta, sta­wał się co­raz bar­dziej po­pu­lar­ny. Pi­sał, jako Roch Pe­kiń­ski, opo­wia­da­nia pu­bli­ko­wa­ne w do­dat­ku li­te­rac­kim „No­we­go Ku­rie­ra Łódz­kie­go” i wy­gło­sił, pod wła­snym na­zwi­skiem, w Sali Kon­cer­to­wej (obec­nie Fil­har­mo­nia Łódz­ka) od­czyt na te­mat ro­syj­skie­go i wło­skie­go fu­tu­ry­zmu Apo­sto­ło­wie bru­tal­ne­go ju­tra. Re­cen­zen­ci pi­sa­li, że z całą mło­dzień­czą zu­chwa­ło­ścią nie zo­sta­wił na fu­tu­ry­stach su­chej nit­ki, ale słu­cha­czom się po­do­ba­ło. „Mło­de­go an­ty­fu­tu­ry­stę na­gro­dzo­no okla­skiem” – na­pi­sał S.B. w „No­wym Ku­rie­rze Łódz­kim”. Dla ka­ba­re­tu No­wo­ści Roch Pe­kiń­ski na­pi­sał re­wię Mr. Pip­kins z Chi­ca­go w re­dak­cji łódz­kie­go „He­rol­da”, z ła­twy­mi do od­czy­ta­nia przez łódz­kich wi­dzów alu­zja­mi do kon­kret­nych lu­dzi: po­etów i dzien­ni­ka­rzy. Dla łódz­kie­go Te­atru Wiel­kie­go prze­ło­żył dra­mat Dy­mi­tra Me­reż­kow­skie­go Car Pa­weł I, a dla war­szaw­skie­go te­atrzy­ku re­wio­we­go Czar­ny Kot, z któ­rym po prze­pro­wadz­ce do War­sza­wy po­łą­czy­ło się Bi-Ba-Bo (prze­pro­wadz­ka do­ty­czy­ła ra­czej tyl­ko na­zwy, a nie ze­spo­łu), ad­ap­to­wał na sce­nę fe­lie­to­ny ro­syj­skie­go sa­ty­ry­ka, Ar­ka­di­ja Awer­czen­ki. Tu­wim zgło­sił się do kie­row­ni­ka li­te­rac­kie­go czar­ne­go Kota, Ka­zi­mie­rza Wro­czyń­skie­go, pod­czas go­ścin­nych wy­stę­pów scen­ki w Ło­dzi i… „wkrót­ce stał się fi­la­rem te­atrzy­ku”. Na­pi­sał dla nie­go mię­dzy in­ny­mi skecz Ło­dzia­nie, szmon­ces kpią­cy z łódz­kich ge­szef­cia­rzy Kan­to­ro­wi­cza i Hen­del­ma­na (je­den sprze­da­je dru­gie­mu ze­ga­rek), któ­rzy za­plą­tu­ją się na­wza­jem w ko­lej­nych oszu­stwach.

Prze­rób­ki tek­stów Awer­czen­ki to był po­czą­tek ka­ba­re­to­wej ka­rie­ry po­ety w sto­li­cy. Ad­ap­ta­cje były bar­dzo uda­ne, „jęły się cie­szyć co­raz więk­szym po­wo­dze­niem, a co­raz więk­sza fre­kwen­cja pu­blicz­no­ści gwa­ran­to­wa­ła zwięk­sza­nie się tan­tiem au­tor­skich” – wspo­mi­nał Wro­czyń­ski. Kie­dy w 1916 roku Tu­wim za­pi­sał się w War­sza­wie na stu­dia praw­ni­cze, któ­re go zresz­tą kom­plet­nie nie in­te­re­so­wa­ły, szyb­ko jako naj­bar­dziej zdol­ny au­tor zo­stał sta­łym współ­pra­cow­ni­kiem ka­ba­re­to­wej scen­ki. Pi­sał ske­cze, mo­no­lo­gi, pa­ro­die, me­lo­re­cy­ta­cje, po­tem tak­że pio­sen­ki (Baj­ka­mi we wła­snym wy­ko­na­niu na­tych­miast uwiódł wi­dow­nię te­atrzy­ku), mnó­stwo drob­nych utwo­rów róż­nej tre­ści na ak­tu­al­ne te­ma­ty, któ­re sy­pa­ły się jak z rogu ob­fi­to­ści, wspo­mi­nał Wro­czyń­ski. „Jego ma­no­metr psy­chicz­ny dy­go­tał sta­le w za­kre­sie naj­wyż­szych po­dzia­łek; po­eta ro­bił wra­że­nie cze­goś, co za­raz ule­gnie wy­bu­cho­wi”. Kie­dy ro­syj­scy re­wo­lu­cjo­ni­ści za­bi­li cara Mi­ko­ła­ja II Ro­ma­no­wa, przy­niósł Rap­sod ża­łob­ny na śmierć puł­kow­ni­ka Ro­ma­no­wa. To była tak zwa­na duma, czy­li wiersz, któ­ry Ma­ria Stroń­ska re­cy­to­wa­ła przy akom­pa­nia­men­cie mu­zy­ki:

Nie biły dzia­ła na twój zgon,

Nie dzwo­nił to­bie w Krem­lu dzwon,

Ni cer­kwie boże.

Ani cię z wiel­ką pom­pą wiózł

Ża­łob­ny sze­ścio­kon­ny wóz,

Im­pe­ra­to­rze!

Ale dumy nie przy­ję­ły się w pol­skich ka­ba­re­tach, ga­tu­nek „nie roz­krze­wił się buj­nie, lecz wy­strze­liw­szy jak aga­wa kwia­tem – uwiądł”, wspo­mi­nał Wro­czyń­ski.

Spra­gnio­ny suk­ce­sów i bar­dzo płod­ny au­tor do­star­czał tek­sty – pod pseu­do­ni­mem J. Wim – tak­że dla kon­ku­ru­ją­ce­go z Czar­nym Ko­tem ka­ba­re­tu Mi­raż (Czar­ny Kot był scen­ką o am­bi­cjach bar­dziej te­atral­nych, Mi­raż ra­czej ka­ba­re­tem sa­ty­rycz­nym). Wy­ko­ny­wa­na przez Wła­dy­sła­wa Lina i cie­szą­ca się du­żym po­wo­dze­niem pio­sen­ka O, kup pan to! prze­szła do hi­sto­rii pol­skiej sa­ty­ry. Nie­win­na zda­wa­ło się pio­sen­ka o skle­po­wej za­chę­ca­ją­cej ojca do ku­pie­nia syn­ko­wi oło­wia­ne­go żoł­nie­rzy­ka w błysz­czą­cym heł­mie pod wpły­wem in­ter­pre­ta­cji zmie­nia­ła się w an­ty­za­bor­czy ma­ni­fest. Była opar­ta „na po­my­sło­wym fo­ne­tycz­nym chwy­cie, po­zwa­la­ją­cym wy­ko­naw­cy na nada­wa­nie po­wta­rza­ją­cym się w każ­dym re­fre­nie sło­wom: «O, kup pan to!» brzmie­nia: «Oku­pant to»” – wspo­mi­nał Ta­de­usz Że­rom­ski. Wła­dze oku­pa­cyj­ne szyb­ko jed­nak zo­rien­to­wa­ły się w dow­ci­pie i wio­sną 1918 roku te­atrzyk zo­stał za­mknię­ty.

W roku 1917 Tu­wim na­pi­sał Re­wo­lu­cję w Niem­czech, zja­dli­wą sa­ty­rę an­ty­nie­miec­ką. Uka­za­ła się w na­kła­dzie pięć­dzie­się­ciu eg­zem­pla­rzy, oso­bi­ście pod­pi­sa­nych przez Tu­wi­ma i au­to­ra ilu­stra­cji Ar­tu­ra Szy­ka, ale znacz­nie wię­cej osób mo­gło wy­słu­chać jej w ka­ba­re­cie. „Nikt wów­czas nie stwo­rzył bar­dziej szy­der­czej wi­zji na­ro­dzin przy­szłej re­wo­lu­cji na­ro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej” – wspo­mi­nał Ana­tol Stern.

Pro­fe­sor Otto Got­tlieb Schmock

Pra­cu­je już dzie­sią­ty rok

Nad dzie­łem, któ­re za ty­leż lat

Prze­czy­ta kul­tu­ral­ny świat:

„Gott, Ka­iser, Deutsch­land Und Pro­le­ta­riat”.

Pro­fe­sor Schmock jest zda­nia, iż

Niem­cy – to boża stal i spiż,

Z któ­rych sam Stwór­ca dla swej chwa­ły

Wy­kuł na za­wsze po­mnik trwa­ły;

Że to je­dy­na w świe­cie na­cja,

Że trzy­ma ją orr­r­ga­ni­za­cja,

Że Bóg jej sprzy­ja, wszech­świat sprzy­ja,

Że pań­stwo cią­gle się roz­wi­ja,

Że moc­no stoi Wacht am Rhe­in,

(- Lieb Va­ter­land magst ru­hig sein!).

Oprócz pro­duk­cji ka­ba­re­to­wych (wCzar­nej gieł­dzie szy­dził z lo­dzer­men­schów roz­pa­cza­ją­cych, że zbli­ża­ją­cy się ko­niec woj­ny ozna­cza kres świet­nych in­te­re­sów) Tu­wim da­wał od­czy­ty po­etyc­kie. Mó­wił, w Ło­dzi i War­sza­wie, o po­ezji uwiel­bia­ne­go Wal­ta Whit­ma­na io źró­dłach mu­zy­ki, czy­tał wła­sne wier­sze. Je­sie­nią 1917 roku w wie­czo­rze Tu­wi­ma na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim uczest­ni­czy­ła Iza­be­la Szwarc, póź­niej­sza pi­sar­ka Iza­be­la Czaj­ka-Sta­cho­wicz. Po po­wro­cie do domu roz­go­rącz­ko­wa­na oświad­czy­ła ro­dzi­com: „Sta­ła się wiel­ka rzecz – wcho­dzi­my w nową epo­kę. Żyje i jest wśród nas na­tchnio­ny, praw­dzi­wy po­eta!”. Pi­sa­ła to po la­tach, kie­dy ła­two było się chwa­lić, że od razu po­zna­ła się na ta­len­cie Tu­wi­ma, ale co­raz bli­żej był dzień, gdy jego na­zwi­sko na­praw­dę mie­li po­znać wszy­scy.

Tu­wim zde­cy­do­wał się na nud­ne stu­dia praw­ni­cze, bo ani po­etyc­kie pró­by, na­wet te co­raz bar­dziej uda­ne, ani pier­wo­ci­ny ka­ba­re­to­we nie wzbu­dza­ły en­tu­zja­zmu ro­dzi­ców. Po­ezja to nie było coś, co da­wa­ło­by gwa­ran­cję spo­ko­ju i do­stat­nie­go ży­cia, a mat­ka wy­ma­rzy­ła prze­cież dla Jul­ka ki­tel le­kar­ski albo togę ad­wo­ka­ta, ja­kie no­si­li jej bra­cia. „Do­bry syn, po­wol­ny ży­cze­niom ro­dzi­ców, acz nie­chęt­nie, po­je­chał do War­sza­wy i za­pi­sał się na pra­wo” – wspo­mi­na­ła Ire­na Tu­wim. Ale my­śle­nie ka­te­go­ria­mi praw­ni­czy­mi było mu cał­ko­wi­cie obce. Owszem, za­li­czył pierw­szy rok pra­wa, mógł stu­dio­wać da­lej, ale gdy się oka­za­ło, że ży­cie ma tyle znacz­nie cie­kaw­szych stron, syn bu­chal­te­ra uznał, że jed­nak nie zo­sta­nie kau­zy­per­dą. Pró­bo­wał ja­koś udo­bru­chać ro­dzi­ców, zmie­nił kie­ru­nek stu­diów na po­lo­ni­sty­kę, ale też na krót­ko.

„Swo­ich stu­diów na se­rio nie brał” – wspo­mi­na­ła sio­stra. A po­tem po pro­stu prze­sta­ły mu być po­trzeb­ne.