Genialni. Lwowska szkoła matematyczna - Mariusz Urbanek - ebook
Opis

Stefan Banach, Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam, Stanisław Mazur, Antoni Łomnicki i wielu innych uczonych tworzyło w latach międzywojennych tzw. lwowską szkołę matematyczną. Współpracując ze sobą, bądź rywalizując, przeciwstawiając matematykom z Warszawy i Krakowa, dokonali wielu odkryć, zdobyli sławę, zaszczyty i zrobili międzynarodowe kariery wykładowców, a Ulam został  współtwórcą pierwszej bomby atomowej. Ich burzliwe losy, osiągnięcia, kariery naukowe i pozanaukowe, dramatyczne dzieje kończące się w wielu przypadkach śmiercią od kul hitlerowskich okupantów, opisuje Urbanek na tle zmieniającego się życia politycznego i kulturalnego Polski w czasie dwudziestolecia międzywojennego, w trakcie i po II wojnie światowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Ilustracja na obwolucie © Marek Szyszko

Zdjęcia w książce pochodzą z PAP Foto, Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz archiwum Iskier

Copyright © by Mariusz Urbanek

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014

ISBN 978-83-244-0381-3

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18, 00-580 Warszawa

tel./faks 22 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

STEFAN BANACH był nieślubnym dzieckiem niepiśmiennej służącej i rekruta c.k. armii, wychowankiem praczki. Został profesorem, choć zaliczył tylko dwa lata studiów. Nie przejmował się konwenansami, pasjonował plebejską piłką nożną, wydawał więcej, niż zarabiał. Za kołnierz nie wylewał, od uniwersyteckiej katedry wolał dworcowy bar, a niektórzy uważali go wręcz za alkoholika.

HUGO STEINHAUS, jedyny syn zamożnego dyrektora towarzystwa Kredytowego, kształcony w Getyndze, w PRL w rubryce pochodzenie pisał „arystokracja plus burżuazja”. Nie pił i nie lubił, kiedy inni pili. Z krawatem się nie rozstawał, w rachunkach był więcej niż skrupulatny. Językowy purysta, uważał, że słowo „problem” nie istnieje, są wyłącznie „problematy”. A doktorantowi, który, przedstawiając się, podał nazwisko przed imieniem, gotów był złamać karierę.

STANISŁAW ULAM miał zostać adwokatem jak ojciec albo architektem jak dziadek. Ale wolał patrzeć w gwiazdy i czytać fantastyczno-naukowe powieści Juliusza Verne’a. Był chodzącym w chmurach marzycielem, któremu przyszło budować w Los Alamos bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. A potem rozpoczął prace nad skonstruowaniem jeszcze straszniejszej bomby wodorowej, którą chciał zapewnić światu pokój.

STANISŁAW MAZUR, potomek statecznego właściciela cukierni, był komunistą, który wierzył, że komunizm to najlepszy na świecie ustrój, ale nie chciał korzystać z przywilejów, jakie mu oferował. Słynął z poczucia humoru, błyskawicznego refleksu i niechęci do publikowania nawet najbardziej odkrywczych prac. Poza tym szybko się nudził i nie radził sobie nawet z prostymi rachunkami podczas zakupów w kiosku Ruchu.

W świecie zwykłych ludzi raczej by się nie spotkali, a jeśli nawet, to minęliby się obojętnie. W świecie matematyki stworzyli legendę, choć zetknął ich przypadek. Steinhaus usłyszał, jak ktoś na krakowskich Plantach dyskutuje o całce Lebesgue’a. Tym kimś był Banach.

Przez wiele lat spotykali się przy marmurowym stoliku kawiarni Szkockiej we Lwowie, by rozmawiać o matematyce. Nazwano to Lwowską Szkołą Matematyczną. Pozostał po tych spotkaniach zwykły zeszyt w kratkę z zadaniami, których nie rozwiązano do dziś, i prace, będące fundamentem kilku dziedzin matematyki.

Przeszli do historii nauki i do anegdoty. Tam, gdzie trafiają tylko genialni.

Lwów, 17 lipca 1935 roku, środa, kawiarnia Szkocka

Przy marmurowych blatach niewielkich kawiarnianych stolików siedzi grupa elegancko ubranych mężczyzn. Garnitury, dobrze dobrane krawaty, nierzadko kamizelki, tylko jeden ma koszulę z krótkim rękawem i jest bez krawata. Środek lata, więc nie mają płaszczy, kapelusze odłożyli na półki albo wolne krzesła obok. Mężczyźni przyzwyczaili się już, że na blatach stolików nie ma miejsca na zbędne przedmioty, bo w każdej chwili mogą posłużyć jako tablica. Ktoś nagle zacznie chemicznym ołówkiem pisać na blacie ciągi liczb i symboli, które nikomu więcej w kawiarni nic nie powiedzą. Wtedy nic nie może mu przeszkadzać.

Kawiarnia Szkocka, mająca siedzibę przy placu Akademickim 9, nie była wcale najbardziej eleganckim lokalem w mieście. Ale miała klimat. Do Szkockiej przychodziło się wypić kawę, przejrzeć gazety i posłuchać najświeższych plotek. Bywali w niej dziennikarze i radiowcy, to tu powstawały teksty do słynnego w całej II Rzeczypospolitej kabaretu Wesoła Lwowska Fala. Tu ubijali interesy handlarze bydła, którzy raz w tygodniu ściągali do Lwowa z całej Galicji na wielki targ. Plac ze zwierzętami już dawno przeniesiono w inne miejsce, ale tradycja pozostała. Przychodzili zakochani, studenci i uniwersytecka profesura. Najczęściej ze wszystkich matematycy.

Nie wiadomo dokładnie, kto akurat 17 lipca 1935 roku był w Szkockiej. Na pewno Stefan Banach, Stanisław Mazur, Stanisław Ulam i Władysław Orlicz. Z dużym prawdopodobieństwem – spotkania w kawiarni odbywały się prawie codziennie – Herman Auerbach, Włodzimierz Stożek, Stefan Kaczmarz i Stanisław Ruziewicz. Z nieco tylko mniejszym Józef Schreier, Władysław Nikliborc, Stanisław Saks, Juliusz Schauder, Władysław Hetper, Jan Herzberg, Marceli Stark i Marek Kac. Mogli być Hugo Steinhaus i Antoni Łomnicki. Kwiat lwowskiej matematyki, profesorowie, docenci i doktorzy Uniwersytetu Jana Kazimierza. Wśród nich logik Leon Chwistek, powszechnie znany raczej jako malarz, filozof i przyjaciel Witkacego. Czasem wpadał ktoś z warszawskiej konkurencji: Kazimierz Kuratowski, który wcześniej spędził we Lwowie siedem lat, więc właściwie był u siebie, Karol Borsuk, Bronisław Knaster, Alfred Tarski czy Wacław Sierpiński. Wizyta w Szkockiej była obowiązkowym punktem programu podczas pobytu we Lwowie matematyków o największych nazwiskach z Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. A potem także ze Związku Sowieckiego.

Spotykali się w kawiarni, bo Stefan Banach uważał, że kawiarnia jest równie dobrym miejscem do matematycznych debat co zacisze gabinetu czy biblioteka, a może nawet lepszym. Przed Szkocką była kawiarnia Roma po przeciwnej stronie ulicy, oblegana zwykle przez literatów i wojskowych, więc po roku czy dwóch Banach zdecydował o przeniesieniu matematycznych sesji. Ponoć nie bez znaczenia był fakt, że właściciel Romy niechętnie kredytował zamówienia nawet ważnych klientów. „Wydaje mi się obecnie, że jedzenie było średnie, lecz napojów było pod dostatkiem” – wspominał Szkocką po trzydziestu latach Stanisław Ulam.

Młodsi od Banacha asystenci i doktorzy też uważali, że Szkocka to świetne miejsce, a Hugo Steinhaus miał dość rozsądku, żeby się nie przeciwstawiać. Choć akurat on i Łomnicki, a więc matematyczna starszyzna, woleli spędzać czas w wytwornej cukierni Ludwika Zalewskiego przy Akademickiej 22, gdzie podawano najlepsze we Lwowie – a nawet jak twierdzili właściciele w Polsce – ciastka. Ponoć codziennie były wysyłane samolotem do Warszawy.

Rozmawiało się w Szkockiej o wszystkim. Uczeni wymieniali się uniwersyteckimi plotkami, powtarzali najnowsze dowcipy, roztrząsali kwestie wielkiej polityki, a zwłaszcza coraz bardziej niepokojące informacje napływające z hitlerowskich Niemiec. Ale nigdy „reszta wszechświata” nie była tak zajmująca jak problemy matematyczne.

W oczach kogoś przyglądającego się z boku mogli wyglądać na ludzi niespełna rozumu. Milczeli przez długie minuty, pijąc kawę i patrząc na siebie nieprzytomnym wzrokiem. Nagle ktoś wybuchał śmiechem i coś szybko bazgrał ołówkiem na blacie stolika. Potem znów zapadała cisza, po chwili ktoś inny rzucał kilka słów, toczyła się emocjonalna dyskusja i znów następowało długie milczenie. „Częstokroć słowo lub gest bez żadnego dodatkowego wyjaśnienia wystarczały do zrozumienia znaczenia” – wspominał Stanisław Ulam. Po latach napisał, że intensywność myślenia i zdolność koncentracji podczas posiedzeń w Szkockiej może porównać tylko z tym, co działo się w Los Alamos w latach 1943 i 1944, kiedy pracujący nad Projektem Manhattan uczeni ścigali się z naukowcami niemieckimi, kto pierwszy skonstruuje bombę atomową i wygra wojnę.

Jedna z takich sesji trwała siedemnaście godzin, „nie licząc przerw na posiłki” – napisał Ulam. Hugo Steinhaus zapamiętał tylko, że powstał podczas niej dowód ważnego twierdzenia. Ale następnego dnia nikt nie był w stanie go odtworzyć, zaś „blat stolika, pokryty śladami chemicznego ołówka, został po owej sesji, jak zwykle, zmyty przez sprzątaczkę kawiarni” – pisał.

Próbowali z tym walczyć, ale długo się nie udawało. Stanisław Makowiecki, świeżo upieczony student Politechniki Lwowskiej, wspominał wizytę w Szkockiej z ojcem, który postanowił wprowadzić go w tajniki naukowego życia Lwowa. W kawiarni nie było jeszcze żadnego z matematyków, ale gospodarz lokalu, pan Brettschneider, pokazał gościom odstawiony do kąta, starannie przykryty stolik. Po zdjęciu obrusa na marmurowym blacie ukazały się tajemnicze symbole, zygzaki, klamry, pierwiastki i różniczki.

– ONI jeszcze nie przyszli odpisać – rzucił przechodzący kelner.

– Kazałbym zaraz stolik wyszorować, ale cóż, muszę trzymać to do następnego dnia – poskarżył się gospodarz.

I opowiedział o profesorach z uniwersytetu, którzy wieczorami przychodzą do kawiarni i bazgrzą po blacie. Zwłaszcza jeden, wysoki i szczupły – być może tak właśnie zapamiętał Banacha! Czasem siedzi bez ruchu, popija małą czarną i patrzy w dal. Aż coś nim wstrząśnie i wtedy rzuca się pisać. Na szczęście ołówkiem, więc daje się zmyć. Bo kiedyś przychodził do Szkockiej poeta, który pisał na marmurze atramentem i potem nie udawało się plam wyczyścić. A ten wysoki, chociaż zaczernia cały stół i jeszcze patrzy, czy nie zostało gdzie wolne miejsce, to przynajmniej pisze ołówkiem. Ale co maże, nikt nie wie. Jakieś łamigłówki! No, ale zmywać tego nie wolno. Przyszedł któregoś dnia profesor Łomnicki, w końcu poważny człowiek, i powiedział, żeby zawsze, jeśli coś takiego się zdarzy, odstawić stolik i trzymać do następnego dnia. Więc trzymają. Sprzątaczki, które przychodzą rano, mają przykazane, że stolika przykrytego obrusem myć nie wolno.

– Około jedenastej przychodzą studenci i odpisują cyfry z marmuru – dokończył opowieść pan Brettschneider.

Właśnie dlatego środa 17 lipca 1935 roku była dla lwowskich matematyków dniem szczególnym. Tego dnia żona Stefana Banacha, Łucja, przyniosła do Szkockiej gruby zeszyt w marmurkowych okładkach, kupiony za dwa i pół złotego, i wręczyła płatniczemu. Miał go wydawać każdemu matematykowi, który chciałby w nim zapisać problem (częściej używali słowa: problemat) do rozwiązania, zagadnienie do przemyślenia przez innych, albo samemu pochwalić się uzyskanym wynikiem. Interes był podwójny. Matematycy przestali bazgrać po marmurowych blatach stolików w kawiarni Szkockiej, a skomplikowane dowody przestały w końcu ginąć pod ścierkami sprzątaczek.

Pierwszy wpis w zeszycie nosi datę 17 lipca 1935 roku. Autorem był mąż fundatorki: „Kiedy przestrzeń metryczna (ewentualnie typu B) da się zmetryzować tak, by stała się kompaktyczną zupełną, przy czym ciągi zbieżne wedle starej odległości mają być zbieżne wedle nowej?”.

Tego samego dnia zadania dla kolegów wpisało do zeszytu jeszcze trzech matematyków: Ulam, Mazur i Orlicz. Umieszczano je po jednej stronie kolejnych kart zeszytu, na drugiej zostawiając miejsce na rozwiązanie. Opatrzone były numerem, datą, nazwiskiem autora problemu i informacją o nagrodzie, którą ustanawiał. Nagroda pojawiła się pierwszy raz już przy szóstym zagadnieniu. Stanisław Mazur obiecał, że postawi autorowi dobrego rozwiązania flaszkę wina.

Wysokość nagrody zależała od trudności problemu i pomysłowości jego autora. Były różne, „wahały się od małej czarnej do żywej gęsi” – wspominał Steinhaus. Albo od jednego małego piwa do pięciu, też małych, fundowanych przez Mazura i Knastera, przez 10 deko kawioru obiecanego przez Steinhausa, kilogram bekonu od Stanisława Saksa, po obiad w restauracji najlepszego we Lwowie hotelu George (Steinhaus). Były też nagrody do odbioru za granicą: lunch w restauracji Dorothy w Cambridge (fundowany przez Anglika A.J. Warda), a nawet fondue à la crème, którym obiecał nakarmić (w Genewie!) autora rozwiązania szwajcarski matematyk Rolin Wavre. Najczęściej deklarowaną nagrodą był alkohol. Butelka wina (premia za rozwiązanie zadań Banacha, Mazura, Ulama i Sobolewa), szampana (fundator Lazar Lusternik) lub whisky („miary większej niż zero” – którą obiecał John von Neumann).

Ale najdziwniejszą nagrodą była żywa gęś. Problem postawiony przez Stanisława Mazura latem 1936 roku czekał na rozwiązanie aż do roku 1972.

Sesje w Szkockiej, zadania wpisywane do Księgi i ustanawiane nagrody, obrosły wieloma anegdotami, po części prawdziwymi, po części pewnie tylko ubarwiającymi legendę. Jak ta o matematyku, który był już bliski rozwiązania problemu, gdy usłyszał, że za prawidłową odpowiedź dostanie butelkę wina.

– A, w takim razie ja rezygnuję. Mnie wino szkodzi – miał zareagować.

Ale być może to tylko jedna z tych złośliwości, które ponoć wymyślają o matematykach fizycy, twierdzący, że jeśli ktoś udziela na pytanie odpowiedzi bardzo precyzyjnej, ale kompletnie nieużytecznej, musi być matematykiem.

Najwięcej zadań wpisali do Księgi Szkockiej Stanisław Ulam (62, jako autor i współautor) oraz Stanisław Mazur (49). Banach umieścił w niej 25 problemów, Władysław Orlicz 14, a Hugo Steinhaus i Józef Schreier po 10. Pojedyncze zagadnienia pozostawili goście „lwowskich Szkotów”, matematycy o głośnych na świecie nazwiskach. Oprócz von Neumanna, Warda czy Lusternika także Rosjanie: Paweł Aleksandrow i Siergiej Sobolew, Brytyjczyk Cyril Offord, Francuzi Maurice Fréchet i Joseph Kampé de Fériet, czy słynny polski fizyk Leopold Infeld.

Były problemy śmiertelnie poważne, zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych, i zadania żartobliwe, jak to, które wpisał Steinhaus, co dnia obserwujący zmagania Banacha, szukającego po kieszeniach zapałek, by zapalić papierosa. „Pewien mężczyzna używał dwóch pudełek zapałek, wyciągając zapałki na chybił trafił. Po jakimś czasie okazało się, że jedno pudełko jest puste. Jakie jest prawdopodobieństwo, że w drugim pudełku jest wtedy k zapałek, skoro początkowo w każdym pudełku było n zapałek?”

W sumie wpisano do Księgi Szkockiej 193 problemy. Ostatni, autorstwa Steinhausa, pochodzi z 31 maja 1941 roku. Matematyk wpisał je na niespełna miesiąc przed wkroczeniem do Lwowa wojsk niemieckich. Niektórych zadań nie udało się rozwiązać do dziś.

Hugo Steinhaus

Hugo Steinhaus, od którego zaczęła się historia lwowskiej szkoły matematycznej, urodził się w styczniu 1887 roku w Jaśle. Pochodził z zasymilowanej rodziny żydowskiej. Przodkowie ojca przybyli do Polski na początku XIX wieku z Węgier (ale ich korzenie sięgały Hiszpanii), przodkowie matki zamieszkali w Polsce przed rozbiorami.

Dziadek Józef Steinhaus miał cegielnię, handlował tytoniem, winami, wódkami, likierami i innymi towarami kolonialnymi. Trafika na jasielskim rynku, pełna butelek z najlepszymi alkoholami i pudełkami delikatesów, była najważniejszą częścią na parterze rodzinnego domu Steinhausów. Ojciec matematyka, Bogusław, był przez kilkanaście lat dyrektorem Towarzystwa Kredytowego, które założył wspólnie z bratem Ignacym, adwokatem, posłem do parlamentu austro-węgierskiego, a później także do Sejmu Ustawodawczego II Rzeczypospolitej. Oferowano mu posadę dyrektora jednego z większych banków we Lwowie, ale odmówił. Stwierdził, że „woli być pierwszym w Jaśle, niż dziesiątym we Lwowie” – wspominał Steinhaus.

Hugo przez pierwsze lata uczył się w domu, więc miał sporo czasu na przyjemności, kąpiele w Wisłoce i wyjazdy do Tarnowa, gdzie dziadek rozpieszczał go słodyczami: „ziemniaczkami” (marcepanem w czekoladzie) i „murzynkami” (cukierkami składającymi się w połowie z czekolady, a w połowie z białej śmietanki).

Do szkoły ludowej w Jaśle (od razu do czwartej klasy) poszedł, gdy skończył dziewięć lat. Podstawowym środkiem wychowawczym, stosowanym przez nauczycieli, było bicie. Trzciną albo linijką. Mali Żydzi mieli gorzej niż inni, bo katecheta, hrabia Wiśniowski, uczniów żydowskiego pochodzenia karał za spóźnienie na lekcję szczególnie brutalnie. „Później okazało się, że był nie tylko sadystą, ale także pederastą – za karę dostał się do kamedułów” – napisał Steinhaus.

Po czwartej klasie było jasielskie męskie gimnazjum. Obowiązkowy mundurek, którego wygląd ustaliła c.k. Rada Szkolna Krajowa (granatowa bluza, popielate spodnie, czapka ze sztywnym denkiem, „dusza czysta i nieskalana”) i klasa, w której dzieci inteligencji stanowiły niewielki procent. Większość to byli synowie kolejarzy, listonoszy, rzemieślników i żydowskich kupców, a prawie jedną trzecią stanowiły dzieci z domów chłopskich: „dowód na zamożność powiatu”. Jasło pod koniec XIX wieku urosło za sprawą budowy wiodącej przez miasto linii Galicyjskiej Kolei Transwersalnej, łączącej Słowację z Ukrainą. A przede wszystkim dzięki ropie naftowej, odkrytej i przerabianej w okolicy.

Napięcia polityczne przełomu XIX i XX wieku dotykały Jasła w stopniu umiarkowanym. Owszem, docierały do miasteczka socjalistyczne i endeckie pisemka, pełne patriotycznych wezwań i wierszy, ale starsze pokolenia dość pobłażliwie patrzyły na młodzieńcze tęsknoty do niepodległości, przekonane, że nigdzie lepiej niż w Austrii pod rządami cesarza Franciszka Józefa być im nie może i nie będzie.

W gimnazjum Hugo nauczył się języka niemieckiego, czytając pisane szwabachą książki: „O niektóre wyrazy pytałem rodziców, potem coraz rzadziej było to potrzebne”. Po latach uznał, że to najlepsza metoda nauki języków obcych. Francuskiego nauczył się od bony, którą matka zatrudniła do opieki nad Hugonem i jego siostrami. Fascynował się, jak wszyscy gimnazjaliści, rozprawami Przybyszewskiego, dramatami Wyspiańskiego, powieściami Reymonta i Żeromskiego. „Podobał się nam Sienkiewicz – pisał – ale uważaliśmy go za wstecznika i wstydziliśmy się, że go czytamy – przecież chwaliła go starsza generacja”. Miał specjalny zeszyt, w którym notował daty, tytuły i krótkie opisy przeczytanych książek, obok wystawiając im ocenę. Potem zaczął czytać Nietzschego, najpierw w tłumaczeniu na polski, później także w oryginale: „Tam znalazłem zupełnie inną skalę wartości”.

Dostęp do literatury matematycznej był w Jaśle trudny. Popularne opowiastki Stanisława Kramsztyka dla dzieci o fizyce (Wieczory czwartkowe), Wykłady matematyki profesora Politechniki Lwowskiej Placyda Dziwińskiego, Analiza austriackiego dziewiętnastowiecznego matematyka Adama Burga. „Kierownictwa nie miałem żadnego, dobrych książek nie miał mi kto wskazać” – wspominał Steinhaus.

Ale i tak największą frajdą dla kilkunastoletniego chłopca był bicykl, sprowadzony przez ojca z fabryki w Stryju. Miał wielkie koło przednie i maleńkie z tyłu, co powodowało, że jadący z góry rowerzysta przelatywał często przez kierownicę i lądował na ziemi: „prosto «na pysk», tak jak spada jeździec bez siodła, gdy koń opuści głowę ku ziemi i wierzgnie w górę tylnymi nogami”. Szybko nauczył się gry w szachy, co w przyszłości miało się okazać umiejętnością bardzo pożyteczną.

Gdy przyszedł czas wyboru studiów, stryj (jasielski „adwokat pierwszej gildy”) doradzał prestiżową i finansowo korzystną adwokaturę, praktyczny ojciec, widząc fascynację jedynego syna wynalazkami i powieściami Juliusza Verne’a, proponował, żeby Hugo został inżynierem. On sam, kiedy dowiedział się od znajomego ojca, że o matematyce najwięcej i najszybciej dowie się na uniwersytecie, zdecydował, że pójdzie na uniwersytet.

Skończył gimnazjum z celującymi ocenami z historii, fizyki i matematyki, więc podczas matury w 1905 roku był zwolniony z ich zdawania. Pozostał już tylko zakup garnituru (na studiach wreszcie nie trzeba było nosić znienawidzonego gimnazjalnego mundurka) i maturzysta gotów był do wyjazdu na studia do stolicy Galicji.

Zapisał się na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Lwowskiego (imię swojego założyciela, króla Jana Kazimierza Wazy, uczelnia otrzymała w roku 1919) dla dwóch przede wszystkim przedmiotów: filozofii i matematyki. Pierwszą wykładał sam Kazimierz Twardowski, twórca lwowskiej szkoły filozoficznej, który wprowadził na swoich zajęciach dryl wojskowy, wykłady zaczynał o siódmej rano, a spóźnialskich publicznie łajał, „słowem robił wszystko, za co by innego profesora znienawidzono” – wspominał Steinhaus. Mimo to sale podczas jego zajęć pełne były kłębiących się tłumów studentów: „potomek czarnoksiężnika, był sam czarnoksiężnikiem”. Matematyki uczył Józef Puzyna, dziekan, a później rektor uczelni.

Przez pierwszy rok studiów Steinhaus kuł strasznie, nie miał zresztą nic lepszego do roboty, pisał. Nie pił, nie grał w karty, nie lubił balów ani zabaw, a więc nie odrywała go od nauki żadna z przyjemności, jakimi zajmowali się w wolnym czasie studenci.

Lwów, miasto stołeczne i prawie dwukrotnie większe od Krakowa, było też dużo bardziej otwarte na napływające ze świata nowinki. W teatrach grano sztuki Ibsena i Maeterlincka (z Polaków Jerzego Żuławskiego Eros i Psyche), sukcesy święciła opera (której w Krakowie nie było w ogóle), a Mickiewicza uważano za przestarzałego szlacheckiego pisarza, „w sam raz do wieczorków gimnazjalnych”. Miasto rozbudowywało się i piękniało, jedna po drugiej rosły siedziby wiedeńskich banków (ich budowy nie przerywano nawet w nocy), wystawy otwartych do późnego wieczora sklepów były jaskrawo oświetlone, a chodniki pełne spacerujących. „Co najmniej połowę stanowiły zawodowe ulicznice” – wspominał Steinhaus. Były wśród nich panny biedne i niezbyt elegancko ubrane oraz panie, które miały w teatrach własne loże, a na spektakle przyjeżdżały karetami, więc raczej trudno było nazywać je „kobietami upadłymi”.

Stolica Galicji przyciągała najbogatszych, którzy zrobili majątki na pszenicy z Podola, karpackim drewnie i ropie naftowej z Zagłębia Borysławsko-Drohobyckiego. Pili francuskiego szampana, jedli zimą poziomki sprowadzane z Włoch i przepuszczali majątki w kasynach. Steinhaus, dziewiętnastolatek z prowincjonalnego Jasła, mógł tylko z oddali przyglądać się światowym zabawom. „Ani nie widziałem kankana, który był wtedy koroną i finałem zabaw złotej młodzieży” – pisał nie bez żalu.

Nie bardzo ciągnęło go do politykowania, choć Lwów aż tętnił gorącymi debatami zwalczających się odłamów socjalistów i lojalistów. Nie uczestniczył nawet w awanturach między studentami polskimi a ukraińskimi (Rusinami, jak pisał), którzy uważali Lwów za swoje miasto, okupowane tylko przez Polaków. Ukraińcy domagali się własnego uniwersytetu i wprowadzenia języka ukraińskiego do urzędów, polscy studenci reagowali kontrmanifestacjami, jakby nie pamiętając, że w pozostałych zaborach to Polacy byli w sytuacji Ukraińców. Podczas którejś z burd Ukraińcy zajęli jedną część gmachu uniwersytetu przy ulicy św. Mikołaja, Polacy drugą i zaczęła się regularna bitwa: „trwała trzy dni; walczono na laski i bombardowano się nawzajem polanami drzewa opałowego”. Co jakiś czas ogłaszano zawieszenie broni, godzinne lub dłuższe, żeby zebrać i opatrzyć rannych, a potem przy papierosie podzielić się wrażeniami ze stoczonej bitwy. „Młodzież socjalistyczna, ani polska, ani ruska, nie uczestniczyła w tej wojnie” – pisał Steinhaus.

Na wakacje 1906 roku wrócił do Jasła, a potem wyjechał do Getyngi. Zdecydował przypadek. Na stancji przy ulicy Gołąba 10, gdzie rodzice wynajęli mu na czas lwowskich studiów pokój „z wiktem i obsługą”, pojawił się znajomy właścicielki, profesor geometrii z uniwersytetu w Charlottenburgu, Stanisław Jolles, który przyjechał załatwić jakieś majątkowe sprawy żony. Kiedy usłyszał, że młody sublokator chce zostać matematykiem, wykrzyknął:

– Junger Mann, packen Sie ihren Koffer und fahren Sie nach Göttingen (Młodzeńcze, pakuj kufer i jedź do Getyngi).

Ojciec nie był pomysłem zachwycony, ale matka, widząc entuzjazm syna, poparła myśl o wyjeździe. Jesienią przez Wrocław i Berlin Steinhaus ruszył do Getyngi, najważniejszego wówczas ośrodka matematycznego w Europie, którego sławę zapoczątkował w pierwszej połowie XIX wieku jeden z matematyków wszech czasów Carl Friedrich Gauss. Pod koniec XIX wieku świetność uczelni utrwalił Feliks Klein, „mógł przeprowadzić swój ambitny plan zrobienia z Getyngi pierwszego centrum matematycznego na świecie”, wspominał Steinhaus. To właśnie za jego czasów Hugo przybył do Getyngi.

Wynajął „pokój z utrzymaniem” niedaleko audytorium uniwersyteckiego i zaczął chodzić na wykłady Davida Hilberta, obok Henri Poincarégo największego matematyka przełomu wieków, i Hermanna Minkowskiego, Niemca polskiego pochodzenia, twórcy koncepcji czasoprzestrzeni. Ten ostatni, omawiając podczas wykładu ogłoszone właśnie przez Einsteina założenia teorii względności, podkreślał wielkość idei uczonego, a zarazem jego niezbyt wysokie matematyczne wykształcenie.

– Co mogę tym śmielej osądzić – mówił – bo swego czasu w Zurychu ode mnie je otrzymał.

W Getyndze Steinhaus poznał Antoniego Łomnickiego, doktora Uniwersytetu Lwowskiego, i Leona Chwistka, filozofa, matematyka i malarza, który kilka lat później został mężem młodszej siostry Steinhausa, Olgi, powszechnie uważanej za piękność. W liście do przyszłej żony (w Paryżu nawet się o nią pojedynkował) Chwistek wspominał niezapomniane chwile, które spędził „z Hugusiem” w Getyndze, gdy którejś nocy ochrypłymi głosami śpiewali na ulicy ludową francuską piosenkę: „Auprès de ma blonde, / Qu’il fait bon, fait bon, fait bon / Auprès de ma blonde, / Qu’il fait bon dormir” (U boku mojej jasnowłosej dziewczyny tak dobrze, tak dobrze, tak dobrze… spać).

Getynga przyciągała nie tylko Polaków. Wśród studentów było wielu Anglików, Węgrów, Rosjan, a nawet Japończyków i Amerykanów. Przeważali oczywiście Niemcy, zorganizowani w studenckich korporacjach i organizacjach burszowskich; pierwsze skupiały młodzież z domów szlacheckich i arystokratycznych, drugie młodych mieszczan. Jedni i drudzy zajmowali się piciem piwa, pojedynkami, po których nosili malownicze blizny, i uwodzeniem córek gospodarzy, u których wynajmowali stancje.

Polscy studenci chcieli założyć własne stowarzyszenie, ale rektor nie zgodził się. Spotykali się więc nieformalnie, grywali w tenisa, dwa razy w tygodniu chodzili w polskim gronie na basen, co najmniej raz na tydzień do kawiarni National. Zorganizowali nawet bibliotekę z polskimi książkami, która zmieniała co kilka tygodni miejsce pobytu.

Dla studenta II roku (zaliczono Steinhausowi dwa semestry odbyte we Lwowie) wszystko w Getyndze było nowe i atrakcyjne. Szybko zamienił filozofię, nauczaną w sposób przestarzały i nudny, na mechanikę, geometrię wykreślną, rachunek numeryczny i geodezję. Ale najwięcej czasu („wiele godzin dziennie”) spędzał w czytelni matematycznej w głównym gmachu uniwersytetu. W czytelni było wszystko, co tylko mógł sobie wymarzyć. Książki matematyczne z całego świata, nowe numery i archiwalne roczniki najważniejszych pism wydawanych w Europie i Ameryce, kilkanaście tysięcy odbitek rozpraw naukowych, komplety dzieł Gaussa i innych matematycznych wielkości. Czytało się je przy świetle gazowym. Gdy zapadał zmierzch, każdy czytelnik sam zapalał światło nad swoim stanowiskiem. „Mogę powiedzieć, że nigdzie, ani przedtem, ani później, nie widziałem czytelni tak doskonale urządzonej” – wspominał po latach.

Wakacje letnie i ferie zimowe spędzał w Jaśle (z wyjątkiem pierwszego lata, podczas którego pojechał do Belgii, gdzie przebywały matka i siostry), w ciągu roku rodzice wysyłali mu pieniądze i paczki z jedzeniem. Raz w paczce zdarzył się pasztet, a wwożenie mięsa do Niemiec było zakazane. Studenta z Polski wezwano do urzędu celnego po odbiór reszty rzeczy, pozostał jednak problem, co zrobić z pasztetem.

Steinhaus oświadczył, że skoro nie może pasztetu zabrać, zostawia go celnikom w prezencie. Odparli, że nie wolno im przyjmować prezentów, więc pasztet trzeba będzie spalić. Ale jeden wziął kawałek na koniec noża i orzekł, że to… czekolada.

– Pasztet – upierał się Steinhaus.

Jednak celnicy przegłosowali, że jego pasztet to w rzeczywistości czekolada. „Wydali mi paczkę bez cła… Dopiero w domu zrozumiałem swoją głupotę” – wspominał.

Pobyt w Getyndze i wyprawy podejmowane do Hamburga, Hanoweru czy Kolonii z innymi młodymi Polakami (byli wśród nich m.in. Wacław Sierpiński, przygotowujący się właśnie do habilitacji i docentury we Lwowie, oraz Tadeusz Banachiewicz, student astronomii i matematyki, późniejszy profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego), stały się lekcją pogłębiających się w społeczeństwach przemysłowych podziałów klasowych, słabo zauważalnych w Jaśle, a nawet Lwowie. „Ludność robotnicza coraz głębiej zaczynała odczuwać antagonizm do sfer posiadających” – wspominał Steinhaus. Student we flanelowych spodniach i z rakietą tenisową pod pachą narażał się w dzielnicach robotniczych na uwagi o darmozjadach i obibokach. Panie w futrach mogły zostać w dzielnicy fabrycznej oplute i obrzucone błotem.

Ale Getynga to był przede wszystkim czas intensywnych studiów i kontaktów z uczonymi, dla których matematyka była wszystkim. „Entuzjazmu naukowego tych ludzi nawet śmierć nie zdołała zgasić” – wspominał Steinhaus. Minkowski, umierając, najbardziej żałował, że nie zapozna się z najnowszą pracą Hilberta, który właśnie rozwiązał problem, nad jakim matematycy biedzili się od dwustu lat. A Hilbert twierdził, że gdyby dane mu było zmartwychwstać za dwieście lat, to nie zapytałby o osiągnięcia ludzi w dziedzinie techniki czy organizacji społeczeństw, ale o to, „co wiadomo o miejscach zerowych funkcji dzeta”.

– Jest to nie tylko najciekawsze zagadnienie matematyczne. Ale najciekawsze zagadnienie w ogóle… – mówił.

W ostatnim roku pobytu w Getyndze Steinhaus poznał amerykańskiego noblistę, Alberta A. Michelsona z Chicago, który przyjechał na gościnne wykłady. Zamieszkał w tym samym pensjonacie co Steinhaus, mieli więc dużo okazji do rozmów, zwłaszcza że Michelson urodził się w Strzelnie na Kujawach, skąd w połowie XIX wieku jego ojciec, żydowski karczmarz, wyemigrował za ocean. Nagrodę Nobla dostał w 1907 roku za skonstruowanie interferometru, urządzenia pozwalającego stwierdzić przesunięcia dwóch przedmiotów względem siebie o milionowe części milimetra.

Michelson był przede wszystkim fizykiem i przyrodnikiem, „osiągnięcie wykształcenia matematycznego wydawało mu się tak trudne, jak mnie sklecenie jakiegokolwiek przyrządu”, wspominał Steinhaus. Kiedy więc w maju 1911 roku uzyskał doktorat z najwyższą możliwą oceną summa cum laude (promotorem był David Hilbert), Michelson zaproponował mu wyjazd do Chicago „w charakterze jego matematycznego asystenta”. Odmówił. Po pięciu latach spędzonych w Getyndze (w tym semestr w Monachium) miał dość zagranicy. Postanowił wracać do Lwowa i Jasła, mimo że po powrocie do c.k. monarchii czekał go rok obowiązkowej służby wojskowej.

Trafił do pułku artylerii fortecznej w Krakowie przy ulicy Montelupich. Dobrze zniósł musztrę i obowiązkowe ćwiczenia, dużo gorzej konieczność wstawania rano, czyszczenie butów i guzików oraz obowiązek wysłuchiwania idiotycznych pouczeń feldfebla. Ale dopiero kiedy kapral uczący przyszłych oficerów strzelać z działa orzekł, że doktor matematyki nigdy nie zrozumie, do czego służy noniusz, postanowił jakoś się z wojska wydostać. Co prawda stwierdzenie nieistniejącej choroby serca kosztowało dużo więcej niż wyleczenie się z niej, ale można było znaleźć lekarzy gotowych poświadczyć ciężką przypadłość. Steinhaus trafił najpierw do szpitala, gdzie medycy potwierdzili z absolutną powagą, że w jednej ręce ma puls inny niż w drugiej, a potem „do cywila”. Czyli na wolność.

Czas na swobodzie spędzał na grze w tenisa, wiosłowaniu w sekcji wioślarskiej krakowskiego AZS, towarzyszeniu siostrom na balach i studiowaniu prac matematycznego geniusza z Francji, Henri Lebesgue’a, co miało wkrótce okazać się bardzo przydatne. Kilka tygodni razem z rodzicami i siostrami spędził we Włoszech i Paryżu. Pisane w tym czasie rozprawy publikował w „Sprawozdaniach Towarzystwa Matematycznego Warszawskiego”, redagowanych przez Wacława Sierpińskiego, i w krakowskim „Biuletynie Akademii Umiejętności”.

Spotkany w Jaśle poeta i tłumacz Sokratesa Ludwik Eminowicz zapytał go, co widział w Niemczech. Był rok 1911, Steinhaus odparł:

– Niemcy przyjdą tu.

Nikt jednak nie potraktował jego przepowiedni poważnie, większe poruszenie wywoływało kandydowanie stryja Ignacego Steinhausa do parlamentu Austro-Węgier. Trzy lata później Niemcy przyszli naprawdę. „Życie prywatnego uczonego, przeplatane tenisem i wiosłowaniem po Wiśle, byłoby nudne, gdyby nie historia powszechna” – napisał Steinhaus we wspomnieniach. Najpierw w Sarajewie zamachowiec zabił następcę tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, czego skutkiem w Jaśle było przerwanie turnieju tenisowego, potem Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii, wreszcie 1 sierpnia wybuchła wojna między Niemcami i Rosją. Rosjan poparli Francuzi i Anglicy, po stronie Niemców stanęli Austriacy. Lokalny konflikt przekształcił się w wojnę, którą historycy najpierw nazwali wielką, a potem pierwszą światową.

Stryj Ignacy uważał, że wojna jest konieczna, ale po niej zapanuje raj. Ojciec Hugona zgadzał się, że będzie raj, bo po wojnie wszyscy będą chodzili nago. A na razie postanowił wywieźć rodzinę, w tym także syna, w bardziej bezpieczne miejsce, najpierw do Budapesztu, a potem do Wiednia. Zwłaszcza że front niebezpiecznie się zbliżał, ze Lwowa wycofano polski Legion Wschodni, zaś c.k. armia mimo buńczucznych zapowiedzi budziła coraz mniejsze zaufanie.

Steinhaus, choć nie bardzo mu się to uśmiechało, zgłosił się jesienią 1914 roku do biura meldunkowego powołanego w Krakowie Naczelnego Komitetu Narodowego. Celem NKN było poszerzenie monarchii austro-węgierskiej o trzeci element – Polskę, a jego spełnienie miały zapewnić organizowane u boku armii austriackiej Legiony Polskie. Hugo Steinhaus trafił jednak najpierw do Departamentu Wojskowego NKN, na czele którego stał Władysław Sikorski, później do Biura Prezydialnego jako tłumacz, wreszcie do pierwszego pułku artylerii Legionów, stacjonującego w Jeżowie pod Piotrkowem. Po przeszkoleniu (armaty przyjechały dopiero po kilku miesiącach) we wrześniu 1915 roku pułk wyruszył na front. Eszelonami do Kowla i dalej, w stronę Maniewicz.

Steinhaus uczestniczył w kilku bitwach, z nie największymi, jak sam oceniał, sukcesami. Podczas walk o Bolszoje Miedwieżdie włożył do armaty szrapnel odwrotną stroną. Pocisk zamiast polecieć w stronę nieprzyjaciela, wypadł z lufy i zaczął razić kulami pułkowych sztabowców. Innym razem bateria Steinhausa ostrzelała austriackich dragonów, ale wtedy winne były złe mapy. Po kilku miesiącach wrócił do cywila, choć nie wiadomo, co na urzędniku w austriackim ministerstwie obrony zrobiło większe wrażenie: błaganie matki, która przyszła reklamować syna z wojska, czy śmierć jego stryjecznego brata, Władka Steinhausa. Ale zwolnienie podpisał. Po kilku tygodniach spędzonych na tyłach, jesienią 1915 roku Hugo Steinhaus wrócił do domu.

Przez kilka miesięcy miał spokój, ale latem front zbliżył się do Jasła i trzeba było poszukać lepszej ochrony przed powrotem na front. Pomógł stryj Ignacy, załatwiając posadę w c.k. Centrali Odbudowy Kraju w Krakowie. Rządowa posada gwarantowała spokój, a poza tym pozostawiała dość czasu na ukochaną matematykę.

I może gdyby nie protekcja stryja, nie doszłoby do spotkania, od którego wszystko się zaczęło.

Lipiec 1916 roku, Kraków, Planty

Był letni wieczór 1916 roku. Steinhaus, idąc Plantami, usłyszał dobiegające z ławki słowa „całka Lebesgue’a”. Twierdzenie Lebesgue’a było wtedy znane tylko nielicznym matematykom, więc zaintrygowany podszedł i przedstawił się. Jednym z dwóch dyskutujących o matematyce młodych mężczyzn był Stefan Banach.

Byli czasem traktowani jak mistrz i uczeń, który preceptora przerósł, choć Steinhaus był od Banacha starszy tylko o 5 lat. Wiele lat później powie, że jego największym naukowym sukcesem było odkrycie Stefana Banacha. A Henri Lebesgue 22 lata później otrzyma doktorat honoris causa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Promotorami będą Steinhaus i Banach.

Stefan Banach

Urodził się 30 marca 1892 roku jako nieślubne dziecko Katarzyny Banach z Borównej, małej wioski pod Lipnicą Murowaną, i Stefana Greczka z dużo większego Ostrowska pod Nowym Targiem. W rodzinie Greczków mówiło się, że ich przodkami byli greccy rycerze, którzy w XVII wieku podczas wojny wołoskiej trafili do niewoli i osiedlono ich na Podhalu.

Rodzice matematyka spotkali się w Krakowie, gdzie Stefan Greczek służył w c.k. armii, a Katarzyna wynajmowała się jako służąca w bogatych domach. „Tradycja rodzinna głosiła, że była ona służącą czy pokojówką u oficera, u którego młody Stefan był ordynansem” – napisała wnuczka Stefana Greczka, Monika Waksmundzka-Hajnos. W ciążę zaszła, gdy zaczęła pracować jako praczka w pralni Franciszki Płowej. Kiedy urodziła, Greczek wynajął kobietę na wsi (według innej wersji dzieckiem zajęła się babka), do której trafiło niemowlę. Kilka miesięcy później Katarzyna zabrała jednak syna i oddała na wychowanie Franciszce Płowej. To był prawdopodobnie ostatni moment, gdy mały Stefan miał kontakt z matką. Kim była, dowiedział się po latach.

Wiele lat później Stefan Greczek usprawiedliwiał się przed synem, że nie mógł ożenić się z Katarzyną, bo oboje byli zbyt biedni, a on dodatkowo podlegał rygorom wojskowym i bez zezwolenia dowódcy nie mógł wziąć ślubu. Oddanie dziecka na wychowanie Płowej było wyborem najlepszym. Bezdzietna czterdziestosiedmioletnia kobieta przyjęła chłopca (oprócz Stefana wychowywała także swoją siostrzenicę), a w dodatku nie chciała za to pieniędzy. Zdaniem Greczka liczyła, że znajdzie u jednego z adoptowanych dzieci przytułek na stare lata.

Katarzyna Banach wyszła kilka lat później za mąż, urodziła kolejne dzieci, ale Stefanem się nie interesowała. Greczek też założył rodzinę, kontakt z synem miał rzadki, ale cały czas był w pobliżu. „Utrzymanie miałeś świetne, bo matka [przybrana] dbała o Ciebie, ubranie, obuwie, bieliznę miałeś zawsze w najlepszym gatunku” – pisał kilkadziesiąt lat później do syna. Franciszka Płowa zadbała o wykształcenie chłopca. Posłała go najpierw do szkoły ludowej, a potem do humanistycznego Gimnazjum nr IV w Krakowie. Szkoły porządnej, choć nie tak renomowanej, jak gimnazja im. Nowodworskiego czy Sobieskiego.

Młodym Banachem opiekował się także zaprzyjaźniony z Płową fotograf Juliusz Mien, Francuz, tłumacz i współwłaściciel zakładu fotograficznego. To dzięki niemu Stefan nauczył się świetnie francuskiego, zachowały się też zdjęcia, na których widać kilkuletniego chłopca grającego w szachy ze słynnym wówczas malarzem Henrykiem Siemiradzkim. Greczek uważał, że fotografie posłużyły jako reklama zakładu Miena, bo wszystkie krakowskie damy chciały odtąd fotografować swoje dzieci tylko w jego zakładzie. „Nie można więc narzekać, że młode lata przebyłeś u obcych ludzi, a nie u swoich rodziców. Bo Ci dobrze było” – pouczył syna. „Od rodziców dostałeś zdrową krew, a od Boga zdrowie, urodę i dar naukowy” – dodał.

Przekonywał Banacha, że gdyby działo się z nim coś złego, natychmiast zabrałby go do swojego domu. Nie musiał, więc tego nie zrobił, a Płowej Pan Bóg policzy to za dobry uczynek. Ale, przypomniał synowi, to on kupił mu garnitur na egzaminy maturalne. Poszli obaj do krawca, wybrali materiał i tydzień później elegancki garnitur był gotowy. „Zapłaciłem za ubranie kwotę 100 koron” – pisał Greczek, który po wyjściu z wojska został urzędnikiem skarbowym, a następnie księgowym w krakowskim Grand Hotelu. „To był wtedy pieniądz. Mogłem pójść z Tobą do Żyda i kupić gotowe ubranie za 20 koron, bo tyle gotowe ubrania kosztowały. Lecz nie uczyniłem tego, bo honor nie pozwalał”.

W liście z października 1943 roku Stefan Greczek wyraźnie odpowiadał na wyrzuty syna, że wychowywali go obcy ludzie. Wypomniał mu, że w czwartym przykazaniu Dekalogu: „Czcij ojca swego i matkę swoją” nie ma nic o tym, żeby czcić tylko niektórych rodziców. „Jakżeś ty mnie uczcił w tym liście? Nie napisałeś ani kochany ojcze, ani ojcze, ani nic” – pisał. Dał Banachowi przykład męża swojej córki, Antoniny, też pochodzącego z wioski pod Nowym Targiem, który bez żadnej pomocy rodziny, głodując i sypiając na gołych deskach, nie tylko ukończył studia, ale zdobył nawet doktorat. „Sądzisz może, że Waksmundzki ma żal do swoich rodziców za to, że mu nie pomagali w czasie nauk uniwersyteckich. Wcale nie” – nie rozumiał, o co syn ma pretensje. Przecież miał wszystko, spędził młode lata bez żadnej troski, gdy jego zięć przeżył młode lata o głodzie i wodzie. „Jak wielka jest więc różnica między Tobą a nim” – zakończył gorzko.

W szkolnej dokumentacji Stefan Greczek pojawia się tylko jako opiekun ucznia Banacha (najpierw, do śmierci w 1905 roku, był nim Juliusz Mien). Jedyną rodziną Banacha była przez wiele lat Franciszka Płowa, jej siostrzenica i później jej dzieci. Po śmierci Franciszki (zmarła w 1926 roku), Stefan, przyjeżdżając do Krakowa, bywał też w domu Stefana Greczka. Bawił się z jego dziećmi, ale Antonina i Wilhelm raczej nie wiedzieli, że jest ich przyrodnim bratem. „Ojciec często opowiadał nam anegdoty o tamtych czasach, o tym, jak Banach opiekował się nim, pomagał w matematyce, jak obydwaj lubili grać w piłkę nożną i że obaj wyglądali tak podobnie, iż przyjaciele i znajomi mieli trudności z ich rozpoznaniem” – wspominał John J. Greczek, syn Wilhelma.

Kiedy Banach poznał prawdę o swoim pochodzeniu, nie wiadomo. Córka Antoniny Greczek, Monika Waksmundzka-Hajnos, pisała, że matka dopiero w 1939 roku, właśnie od Banacha usłyszała, że mieli wspólnego ojca: „Wiedziała o istnieniu Stefana Banacha, ale sądziła, że jest to znajomy rodziny”. Był od Antoniny o 25 lat starszy, nie podejrzewała nawet, że może być jej przyrodnim bratem. Przeżyła szok, nie znała tej części przeszłości Stefana Greczka. Banach uspokajał siostrę, „tłumaczył, jak trudno było w czasach Austro-Węgier uznać nieślubne dziecko za swoje, że ojciec niewiele mógł zrobić”.

Pół wieku później w książce Vitalija Milmana, pochodzącego z Charkowa matematyka Uniwersytetu w Tel Awiwie, pojawiła się zupełnie inna wersja pochodzenia Banacha. Jakaś stara kobieta, której panieńskie nazwisko brzmiało Banach, miała opowiedzieć Milmanowi o swojej babce Netl Banach, której brat był rzekomo sławnym matematykiem we Lwowie. Ale niestety w wieku 15 lat przeszedł na katolicyzm, rodzina się go wyrzekła i kontakt urwał się ostatecznie. Pochodzenie Banacha długo było przedmiotem domysłów, ale dokumenty (w tym akt chrztu) odnalezione i opublikowane przez historyków nie pozostawiają wątpliwości, że opowieść przywołana w książce Milmana jest nieprawdziwa.

W humanistycznym gimnazjum, do którego Franciszka Płowa posłała wychowanka, wykładano łacinę i grekę, języki nowożytne i historię; dużo gorzej było z poziomem przedmiotów ścisłych. Banach uczył się dobrze, na zachowanych świadectwach nauczyciele podkreślali jego wytrwałość i pilność. Z matematyki i fizyki zwykle otrzymywał oceny bardzo dobre i celujące, z języków było nieco słabiej, a znajomość dziejów ojczystych nauczyciele oceniali najczęściej jako najwyżej dostateczną. „Nie przypominam sobie, żeby otrzymał jakąś ocenę dostateczną” – wspominał jeden ze szkolnych kolegów, ale dotyczyło to młodszych klas. Kończył je z najwyższą oceną ogólną („stopień pierwszy z odznaczeniem”), później obywało się raczej bez odznaczenia, a w ostatnich klasach gimnazjum bywało już całkiem kiepsko. Szesnasto-, siedemnastoletni Banach przechodził najwyraźniej okres buntu, bo na świadectwach dominowały oceny dostateczne, a pilność ucznia, wcześniej „wytrwała” i „dobra”, stała się zaledwie „dość dobrą”.

Celująco i bardzo dobrze oceniano jego znajomość łaciny. Po latach Banach uznał, że przekładanie zdań polskich na łacinę to dla małych dzieci doskonały trening logicznego i precyzyjnego myślenia. „Nie ma nic lepszego niż accusativus cum infinitivo i ablativus absolutus” – przekonywał Andrzeja Turowicza, adiunkta w Katedrze Matematyki Politechniki Lwowskiej, a po wojnie benedyktyna w Tyńcu. Czas na matematykę przyjdzie później, „to zbyt ostre narzędzie, by dawać je do ręki dzieciom”. On w humanistycznym gimnazjum był skazany tylko na siebie. I na raczej przypadkowe niż systematyczne lektury. Na wsparcie mógł liczyć jedynie ze strony dr. Kamila Krafta, pracownika katedry fizyki doświadczalnej UJ, który uczył w starszych klasach gimnazjum matematyki i fizyki. Trzydzieści lat później, odbierając nagrodę naukową miasta Lwowa, Banach powiedział, że najwięcej w gimnazjum zawdzięczał właśnie jemu.

W gimnazjum Banach zaprzyjaźnił się z Witoldem Wilkoszem (siedzieli nawet w jednej ławce), też przyszłym matematykiem, więc wspólnie mogli narzekać na nudne lekcje, i Marianem Albińskim, w przyszłości m.in. biografem Stanisława Wyspiańskiego. „Koledzy wiedzieli, że właściwie rodziny nie miał i wychowywał go ktoś z krewnych” – wspominał Banacha Albiński. Stefan był skryty, dość spokojny i szczupły (ale nie wyglądał na wymizerowanego czy głodnego), i prawie przez cały czas nauki zwolniony był z płacenia czesnego. Uczył się dobrze, z matematyki i nauk przyrodniczych otrzymywał zwykle oceny celujące, z pozostałych przedmiotów dobre i bardzo dobre. Żeby pomóc w utrzymaniu, dawał płatne korepetycje „na mieście”, ale „współkolegom z klasy pomagał bezinteresownie”.

Z Wilkoszem debatowali o matematyce na przerwach i wracając po lekcjach do domu, podczas wizyt w domu Wilkoszów i spacerując po Plantach. „Dla mnie jako humanisty były po prostu chińszczyzną” – wspominał ich rozmowy Albiński. Wilkosz był lepszy w zadaniach z fizyki, które rozwiązywał z fenomenalną szybkością, Banach, którego fizyka interesowała mniej, w matematyce. „Miał niebywałą zdolność tak szybkiego myślenia i liczenia, że na słuchaczach robiło to wrażenie jasnowidzenia” – napisał w liście do Albińskiego inny gimnazjalny kolega obu, Adolf Rożek. I dodał „poza matematyką nic go nie interesowało”.

Przyjaźń przetrwała nawet zmianę przez Wilkosza gimnazjum i wyjazd na studia do Turynu. Kiedy wrócił do Krakowa, znów zaczęły się matematyczne debaty. „Bodaj pół nocy trwało odprowadzanie się zacietrzewionych studentów – Banacha i Wilkosza – po ulicach Krakowa, gdy jakaś kwestia zajęła ich umysły” – zapamiętał Albiński.

Maturę Banach zdał w 1910 roku, z jednomyślną oceną egzaminujących „dojrzały”. Choć według jednego z rozmówców Romana Kałuży, biografa matematyka, miał poważne problemy, by w ogóle zostać do matury dopuszczony. Groziło mu aż osiem dwój. Uratowała go dopiero wspólna akcja nauczyciela matematyki, przekonującego pozostałych pedagogów, że Banach to geniusz, więc nie można rzucać mu kłód pod nogi, i szkolnego katechety, księdza Pawła Pyłki. Interwencja pierwszego była dość oczywista, drugi wykazał się dużą tolerancją, bo Banach na lekcjach religii nie raz zalazł mu za skórę. Zadawał nieśmiertelne pytanie wszystkich zbuntowanych nastolatków nie tylko w tamtych czasach: Czy Pan Bóg wszechmogący mógłby stworzyć taki kamień, którego nawet on nie mógłby unieść?

Być może ksiądz Pyłko uznał, że akurat Banachem nie kieruje wyłącznie sztubacka złośliwość, tylko autentyczna chęć przedyskutowania tzw. paradoksu omnipotencji, nad którym filozofowie biedzą się od tysiąca lat.

Czy rzeczywiście matura Banacha wymagała jakichś szczególnych interwencji, trudno już dziś powiedzieć. Jego świadectwo maturalne nie wygląda wcale źle. Znajomość matematyki, fizyki i propedeutyki filozofii tradycyjnie oceniona została bardzo dobrze, greka, łacina i niemiecki dobrze, a tylko język polski oraz geografia i historia (oceniane wspólnie) dostatecznie. Pozostało wybrać studia. Doszli z Wilkoszem do wniosku, że matematyka osiągnęła już taki poziom rozwoju, że właściwie nie będą mieli w niej nic do roboty. Wilkosz zapisał się na wydział filologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego (był uważany za lingwistyczny fenomen), Banach na mechanikę na Politechnice Lwowskiej. Po paru latach obaj doszli do wniosku, że się pomylili. I to bardzo.

Tramwaj linii 6 na jednej z ulic Lwowa

Dlaczego Banach wyjechał z Krakowa? Tego nie wiadomo na pewno. Matematyka lwowska nie stała jeszcze na tyle wyżej od krakowskiej, by robiło to różnicę. Być może chciał się usamodzielnić, być może Lwów, w końcu stolica Galicji, bardziej kusił i oferował więcej szans niż zamknięty przed ludźmi o niepewnym statusie społecznym Kraków. Co robił? Tego też nie wiadomo. Na pewno pracował, zapewne także we Lwowie dawał korepetycje „na mieście”, ale chyba nie zawsze starczało mu pieniędzy na studia (studenci musieli wnosić co pół roku opłatę semestralną). Dorabiał m.in. jako statysta w operze. W Halce Stanisława Moniuszki był wśród tańczących mazura, dostawał za spektakl 20 halerzy. „W innej natomiast operze niósł byka jako jeden z sześciu tragarzy” – wspominał opowieści ojca Stefan Banach junior.

Przez cztery lata studiów we Lwowie zaliczył tylko połowę przewidzianych egzaminów i uzyskał tzw. półdyplom. Być może wysyłała mu jakieś pieniądze Franciszka Płowa, ale raczej nie pomagał Greczek. Banach musiał mu to wypomnieć, ale ojciec nie czuł się winny. Uważał, że po maturze syn musi poradzić sobie sam. Od rodziców może liczyć najwyżej na dobrą radę i błogosławieństwo. Wyraźnie świadczy o tym jego cytowany już list z października 1943 roku. „To już jest tak przyjęte na wsi, że student musi się sam utrzymywać w czasie nauk na Uniwersytecie, z wyjątkiem medycyny” – pisał do syna.

Latem 1914 roku, gdy wybuchła wojna, Banach wrócił do Krakowa. Do wojska austriackiego nie trafił, bo miał wadę wzroku i był leworęczny, do Legionów, które w sierpniu 1914 roku wyruszyły z Oleandrów, żeby bić się o Polskę, też nie. Zatrudnił się w przedsiębiorstwie budującym drogi. Dzięki złożonemu jeszcze we Lwowie na Wydziale Inżynierii politechniki egzaminowi mógł nadzorować pracę niewielkich grup robotników budujących drogi.

W Krakowie słuchał na uniwersytecie wykładów matematycznych Stanisława Zaremby. Tam spotkał Wilkosza, który też wrócił do Krakowa, i poznał starszego o kilka lat Ottona Nikodyma, również przyszłego matematyka o światowej sławie. To z Nikodymem dyskutował o całce Lebesgue’a, gdy podszedł do nich Steinhaus.

Steinhaus

Zaprosił obu do siebie. A kiedy powiedzieli mu, że należy do ich kompanii jeszcze Wilkosz, „którego bardzo chwalili” (w końcu to Wilkosz doktoryzował się z całek Lebesgue’a), zaprosił także Wilkosza. Był zafascynowany ludźmi, którzy w samym środku wojny, „w twierdzy, jaką był wówczas Kraków”, w sytuacji beznadziejnej, pozbawieni pracy i niepewni jutra, nie mówiąc o przyszłości bardziej odległej, dyskutują na ławce o czymś tak dalekim od dostępnej rzeczywistości, jak teoria Lebesgue’a.

Przy gorszej pogodzie kryli się w jakieś kawiarni i jak przekonał się wkrótce Steinhaus, w dyskusjach i rozwiązywaniu skomplikowanych zadań nie przeszkadzał im nawet największy tłok i zgiełk. Wręcz przeciwnie, „Banach hałasu nie unikał, a nawet (nie wiadomo dlaczego) wybierał chętnie stoliki bliskie orkiestry” – zapamiętał.

Steinhaus wynajmował pokój w pensjonacie przy ul. Karmelickiej 9 i tam często odwiedzali go Banach, Wilkosz i Nikodym; spotykali się także w kawiarni Esplanada na rogu Karmelickiej i Podwala. Któregoś razu Steinhaus podzielił się z nimi problemem, nad którym bezskutecznie biedził się od dłuższego czasu. „Niemałe było moje zdziwienie, gdy Banach znalazł odpowiedź”, i to już po kilku dniach, wspominał. Nota obu z rozwiązaniem problemu ukazała się w „Biuletynie Akademii Krakowskiej” w 1918 roku. To była pierwsza publikacja naukowa Stefana Banacha, za nią poszły kolejne, m.in. ogłaszane po francusku w powstałym w Warszawie piśmie „Fundamenta Mathematicae”. Ale co najmniej równie ważne było poparcie Steinhausa, który wszędzie, gdzie tylko mógł, opowiadał o genialnym samouku spotkanym na Plantach.

Zaglądali do pokoju Steinhausa i inni matematycy, przyszli profesorowie Władysław Ślebodziński i Włodzimierz Stożek oraz Leon Chwistek. Na ścianie pokoju, mimo protestów właścicielki pensjonatu, zawisła tablica z ceraty, służąca odtąd do zapisywania twierdzeń i dowodów. „Postanowiliśmy założyć towarzystwo matematyczne” – wspominał Steinhaus. Towarzystwo Matematyczne w Krakowie powstało w kwietniu 1919 roku. Rok później, po dołączeniu matematyków ze Lwowa, przekształciło się w Polskie Towarzystwo Matematyczne. Steinhaus był już wtedy właściwie bardziej ze Lwowa niż z Krakowa.

W 1917 roku objął posadę docenta na lwowskim uniwersytecie (w jego wykładzie habilitacyjnym uczestniczył oczywiście Banach), z prawem do wykładania, ale bez prawa do pensji, i ożenił się ze Stefanią Stosz. „Bardzo był dumny z urody żony i jej talentu. Ciocia wspaniale grała na fortepianie” – wspominała siostrzenica matematyka, Alina z Chwistków Dawidowiczowa. Potem nudną pracę w krakowskiej Centrali Odbudowy Kraju zamienił na równie nieinteresujące zajęcie w lwowskiej ekspozyturze COK, szybko jednak usłyszał, że nic nie robi, co zresztą, nie ukrywał, było prawdą. Dlatego gdy tylko stało się to możliwe i nie groził mu już powrót do wojska, zrezygnował z nielubianej pracy. Zaczął wykładać teorię całkowania Lebesgue’a. Słuchaczy miał tylko kilku, ale liczył, że gdy wojna się skończy, młodzi ludzie wrócą na studia. Nie przewidział, że będzie musiał poczekać dłużej, bo w listopadzie 1918 roku skończy się jedna wojna, a chwilę później zacznie następna, z bolszewikami, z której postanowią skorzystać Ukraińcy, próbując wybić się na niepodległość.

Lwów został podzielony na część polską i ukraińską (granica biegła ulicami Ossolińską i Słowackiego), ulice opustoszały, słychać było nieprzerwany terkot karabinów maszynowych, przestała pracować elektrownia i jak zwykle w takich przypadkach, nasilały się nastroje antysemickie. Steinhaus postanowił wyjechać do Jasła, gdzie wcześniej wysłał żonę i córkę, która urodziła się w kwietniu. Pracę znalazł w wiedeńskiej firmie Gartenbarg, Waterkeyn i Karpaty, zaopatrującej okoliczne miasteczka i wsie w gaz z Męcinki koło Krosna.

Przepracował tam ponad rok, gdy okazało się, że we Lwowie jest jednak potrzebny bardziej niż w Jaśle. Wacław Sierpiński i jego dwaj asystenci: Stefan Mazurkiewicz i Zygmunt Janiszewski (zmarł w 1920 roku na szalejącą w powojennej Europie hiszpankę), na których miała się oprzeć lwowska matematyka, wyjechali do Warszawy organizować tam polski uniwersytet. W stolicy założyli pismo „Fundamenta Mathematicae” i stworzyli podwaliny warszawskiej szkoły matematycznej, która będzie próbowała ścigać się z ośrodkiem lwowskim o sławę.

We Lwowie zaczęło brakować wykładowców. Ściągnięty z Kijowa Eustachy Żyliński nie był w stanie sam prowadzić wykładów. W tej sytuacji „absencja docenta niedawno habilitowanego we Lwowie byłaby niezrozumiałym skandalem” – napisał Steinhaus. Na jego wykłady przychodzili m.in. Władysław Orlicz i Herman Auerbach, w 1920 studenci pierwszego roku, a wkrótce współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej.

Przy sposobności Steinhaus załatwił posadę Banachowi. Jeszcze w tym samym roku Stefan został asystentem profesora Antoniego Łomnickiego na Politechnice Lwowskiej.

Banach

We Lwowie zamieszkał w domu swego profesora przy ulicy Nabielaka. Nocował w jego gabinecie i mógł liczyć na wikt przy profesorskim stole. „Ubrany był nader skromnie: w pocerowanym garniturze, w połatanych butach” – opowiadała Romanowi Kałuży Irena Wachlowska, starsza córka profesora Łomnickiego. Dużo czytał, pożyczał książki z domowej biblioteki (po latach okazało się, że potrafi cytować z pamięci długie fragmenty czytanych powieści) i starał się nikomu nie przeszkadzać. Do obowiązków asystenta należały też m.in. dyżury przy kołysce świeżo urodzonej drugiej córki profesora.

Przyjazd Banacha do Lwowa zmienił wszystko. Miał wreszcie pracę, o której marzył, rodzącą się sławę matematycznego geniusza i środowisko, w którym mógł się rozwijać. Ale nie ukończył studiów, co komplikowało jego sytuację na uczelni, bo zgodę na asystenturę niemagistra musiał wydać minister. Ale udało się.

Nie