Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zły Tyrmand - Mariusz Urbanek

Zły Tyrmand Mariusza Urbanka to swoisty rewers słynnego Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda, legendy polskiego jazzu, socjalistycznego playboya, enfant terrible swingujących lat pięćdziesiątych PRL. Człowieka, który dla części swego środowiska był moralnym drogowskazem, jednym z niewielu, którzy mieli odwagę odmówić kolaboracji z reżimem, dla reszty tylko niepoważnym bikiniarzem.
O Tyrmandzie opowiadali autorowi ludzie, którzy wcześniej sami zostali sportretowani na łamach Dziennika i innych książek Leopolda Tyrmanda, wśród nich wielu takich, których nie ma już wśród nas: Agnieszka Osiecka, Irena Szymańska, Stefan Kisielewski, Zygmunt Kałużyński, Szymon Kobyliński, Eryk Lipiński i Jan Józef Szczepański. W książce opisują swe spotkania z Tyrmandem ludzie, którzy byli pierwowzorami bohaterów najgłośniejszej powieści łotrzykowskiej PRL – Zły, oraz Bogna, legendarna polska Lolita z Dziennika 1954.

Tytuł nie zawiera zdjęć obecnych w wydaniu drukowanym.

Opinie o ebooku Zły Tyrmand - Mariusz Urbanek

Fragment ebooka Zły Tyrmand - Mariusz Urbanek

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne An­drzej Ba­rec­ki

Ko­rek­ta Zu­zan­na He­nel

Opra­co­wa­nie in­dek­su na­zwisk Zu­zan­na He­nel

Na ob­wo­lu­cie i oklej­ce wy­ko­rzy­sta­no zdję­cie z książ­ki Mar­ka Ga­szyń­skie­go, Fru­wa two­ja ma­ry­na­ra, Pró­szyń­ski i S-ka 2006

Zdję­cie au­to­ra na skrzy­deł­ku Mar­ty­na Urba­nek

Au­to­rzy oraz źró­dła zdjęć i ilu­stra­cji:

Lu­cjan Fo­giel/East News: str. 11 (gór­ne), 19 (dol­ne); Ma­rek A. Ka­re­wicz: str. 17 (gór­ne); An­drzej Wier­nic­ki: str. 13 (gór­ne); Je­rzy Za­ru­ba: str. 7; ar­chi­wum Jo­an­ny Ki­sie­lew­skiej-Til­szer: str. 17 (dol­ne); ar­chi­wum Ma­riu­sza Urban­ka: str. 15 (gór­ne); prze­druk z: Le­opold Tyr­mand, Dzien­nik 1954, Wy­daw­nic­two Ten­ten 1995: str. 8, 9 (gór­ne i środ­ko­we), str. 12 (środ­ko­we), str. 13 (dol­ne), str. 14, str. 15 (środ­ko­we, dol­ne), str. 16 (gór­ne – fot. K. Ja­ro­chow­ski, dol­ne), str. 18, str. 19 (środ­ko­we); prze­druk z: Ma­rek Ga­szyń­ski, Fru­wa two­ja ma­ry­na­ra, Pró­szyń­ski i S-ka 2006: str. 10 (gór­ne), str. 12 (gór­ne), str. 13 (dol­ne), str. 19 (gór­ne); prze­druk z: Jo­an­na Sie­dlec­ka, Wy­po­min­ki, Iskry 2001: str. 9 (dol­ne), 13 (środ­ko­we), str. 16 (środ­ko­we); Ar­chi­wum Do­ku­men­ta­cji Me­cha­nicz­nej: str. 8-9 (apla), str. 10 (dol­ne), str. 12-13 (apla), str. 14-15 (apla), 16-17 (apla), str. 18-19 (apla); ar­chi­wum Pol­skie­go Wy­daw­nic­twa Mu­zycz­ne­go: str. 11 (dol­ne)

Co­py­ri­ght © by Ma­riusz Urba­nek

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2007

ISBN 978-83-244-0286-1

Wy­daw­nic­two do­ło­ży­ło wszel­kich sta­rań, aby usta­lić au­tor­stwo i skon­tak­to­wać się ze wszyst­ki­mi au­to­ra­mi ma­te­ria­łu ilu­stra­cyj­ne­go bądź ich spad­ko­bier­ca­mi i pod­pi­sać sto­sow­ne umo­wy. W nie­któ­rych przy­pad­kach oka­za­ło się to nie­moż­li­we.

Dla­te­go se­kre­ta­riat wy­daw­nic­twa pro­si o pil­ny kon­takt wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych.

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11

00-375 War­sza­wa

tel./faks (0-22) 827-94-15

e-mail:iskry@iskry.com.pl

Sprze­daż wy­sył­ko­wa i dys­try­bu­cja:

Do­bra 28 sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21

01-942 War­sza­wa

tel. (0-22) 864-95-17

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Leopold Tyrmand

Jed­na z le­gend pol­skiej li­te­ra­tu­ry. So­cja­li­stycz­ny play­boy, en­fant ter­ri­ble lat pięć­dzie­sią­tych, czło­wiek, któ­ry wy­dał ko­mu­ni­zmo­wi wal­kę na polu, na któ­rym sier­mięż­ny i nud­ny ustrój czuł się cał­ko­wi­cie bez­rad­ny. Pro­pa­go­wał mu­zy­kę ame­ry­kań­skich Mu­rzy­nów znie­na­wi­dzo­ną przez par­tyj­nych apa­rat­czy­ków, ubie­rał się w spo­sób, któ­ry ofi­cjal­na pra­sa uwa­ża­ła za ab­so­lut­nie nie­do­pusz­czal­ny, pi­sał tak, jak­by nie do­strze­gał po­nu­rej rze­czy­wi­sto­ści za oknem.

Jego styl by­cia po­trak­to­wa­no jak wy­zwa­nie rzu­co­ne ustro­jo­wi. Za­ka­za­ny ofi­cjal­nie jazz stał się mu­zy­ką naj­bar­dziej po­żą­da­ną przez mło­dzież. Ko­lej­ki po Złe­go, pierw­szy w so­cja­li­stycz­nej Pol­sce kry­mi­nał, były dłuż­sze niż ko­lej­ki po szyn­kę i po­ma­rań­cze. A Dzien­nik 1954, któ­ry na­pi­sał, gdy po­zba­wio­no go pra­cy, oka­zał się tak prze­ni­kli­wą ana­li­zą ustro­ju, że dłu­go nie chcia­no uwie­rzyć, iż na­praw­dę po­wstał w 1954 roku.

Dla czę­ści swe­go śro­do­wi­ska był wy­rzu­tem su­mie­nia, jed­nym z nie­wie­lu lu­dzi, któ­rzy w okre­sie sta­li­ni­zmu mie­li od­wa­gę od­mó­wić ko­la­bo­ra­cji z re­żi­mem, dla resz­ty tyl­ko li­chym ka­bo­ty­nem, któ­ry przez całe ży­cie grał wy­my­ślo­ną przez sie­bie po­stać. Dla pierw­szych był szla­chet­nym Don Ki­cho­tem, sze­ry­fem z we­ster­nu, któ­ry w po­je­dyn­kę wal­czy prze­ciw złu, dla dru­gich cwa­nia­kiem, de­pra­wu­ją­cym ma­ło­la­ty na tap­cza­nie w po­ko­iku Chrze­ści­jań­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Mło­dzie­ży Mę­skiej. Jed­ni uwa­ża­li go za ar­bi­tra ele­gan­cji, inni za nie­po­waż­ne­go bi­ki­nia­rza. Za­ra­zem tra­gicz­ny i za­baw­ny, bo­ha­ter­ski i ma­łost­ko­wy, do bólu szcze­ry i fał­szy­wie upo­zo­wa­ny.

Wi­told Gom­bro­wicz na­pi­sał o nim: „Tyr­mand! Ta­lent! (…) jest naj­do­sko­nal­szą kon­ty­nu­acją na­szej ro­man­tycz­nej po­ezji, on prze­jął jej pió­ro­pusz, on pi­sze jej ciąg dal­szy, ale już na mia­rę no­wej hi­sto­rii: pro­le­ta­riac­kiej”. Ja­ro­sław Iwasz­kie­wicz miał Złe­go za Trę­do­wa­tą na­szych cza­sów, a An­drzej Ki­jow­ski pi­sał, że Tyr­mand to Bal­zac dla gów­nia­rzy. Krzysz­tof Teo­dor To­eplitz mó­wił o nim: pra­wo­daw­ca wszech oby­cza­jów, a Zyg­munt Ka­łu­żyń­ski – ym­kow­ski je­bus.

Jaki wła­ści­wie na­praw­dę był Le­opold Tyr­mand? Ko­muś, kto prze­czy­tał Dzien­nik 1954, Fi­li­pa, może jesz­cze Gorz­ki smak cze­ko­la­dy Lu­cul­lus, mo­gło­by się wy­da­wać, że wie to bar­dzo do­brze. Ktoś inny, kto wczy­tał się w por­tret męż­czy­zny w ko­lo­ro­wych skar­pet­kach w Zo­rzach wie­czor­nych Ta­de­usza Kon­wic­kie­go, bę­dzie już o Tyr­man­dzie wie­dział „na pew­no” o wie­le mniej. Praw­da o czło­wie­ku jest zwy­kle znacz­nie bar­dziej po­gma­twa­na niż on sam chciał­by ją przed­sta­wić, i mniej jed­no­znacz­na niż ob­raz, jaki może prze­cho­wać pa­mięć jed­ne­go czło­wie­ka.

Zły Tyr­mand jest pró­bą przyj­rze­nia się jed­nej z naj­gło­śniej­szych po­sta­ci pol­skiej kul­tu­ry oczy­ma tych, któ­rzy Tyr­man­do­wi to­wa­rzy­szy­li, kie­dy ro­dzi­ła się jego le­gen­da. Jed­no­cze­śnie jest swo­istym re­wer­sem Dzien­ni­ka 1954.

O Tyr­man­dzie zgo­dzi­li się opo­wie­dzieć mi lu­dzie, o któ­rych on wcze­śniej pi­sał w Dzien­ni­ku i wspo­mnie­niach pu­bli­ko­wa­nych w pa­ry­skiej „Kul­tu­rze”. Wśród nich wie­lu ta­kich, któ­rych nie ma już mię­dzy ży­ją­cy­mi: Agniesz­ka Osiec­ka i Ire­na Szy­mań­ska, An­drzej Ja­rec­ki, Zyg­munt Ka­łu­żyń­ski, Ste­fan Ki­sie­lew­ski, Szy­mon Ko­by­liń­ski, Eryk Li­piń­ski i Jan Jó­zef Szcze­pań­ski.

Wspo­mi­na­li pod­czas spo­tkań ze mną swe związ­ki z Tyr­man­dem Ali­na Ja­now­ska i Wan­da War­ska, Lu­dwik Je­rzy Kern, Ta­de­usz Kon­wic­ki, Ka­zi­mierz Koź­niew­ski, An­drzej Ku­ry­le­wicz, Je­rzy „Du­duś” Ma­tusz­kie­wicz, Zdzi­sław Naj­der i Krzysz­tof Teo­dor To­eplitz.

Wra­ca­li pa­mię­cią do spo­tkań z Le­opol­dem Tyr­man­dem lu­dzie, któ­rzy byli pier­wo­wzo­ra­mi bo­ha­te­rów Złe­go oraz jego żony i ko­chan­ki, w tym Bo­gna, le­gen­dar­na pol­ska Lo­li­ta z ła­mów Dzien­ni­ka 1954.

Książ­ka opo­wia­da o Tyr­man­dzie na tle sta­li­now­skiej i go­muł­kow­skiej Pol­ski. W 1965 roku wy­je­chał. O Tyr­man­dzie w Ame­ry­ce mó­wią tyl­ko ci, któ­rzy zna­li go, gdy żył jesz­cze w PRL.

Bo w Ame­ry­ce na­ro­dził się zu­peł­nie inny Tyr­mand. Kon­ser­wa­ty­sta, an­ty­li­be­rał, sta­tecz­ny pa­ter fa­mi­lias. Jego ob­raz stał się jesz­cze mniej jed­no­znacz­ny.

•••

Zły Tyr­mand to nowa, znacz­nie roz­bu­do­wa­na wer­sja książ­ki, któ­ra po raz pierw­szy uka­za­ła się w 1992 roku w se­rii „Wy­brań­cy Bo­gów” nie­ist­nie­ją­ce­go wy­daw­nic­twa „Sło­wo”. Zo­sta­ła po­sze­rzo­na o dzie­sięć no­wych roz­mów, mię­dzy in­ny­mi z Bar­ba­rą Hoff i Jó­ze­fą Hen­ne­lo­wą, Jó­ze­fem He­nem, Jo­an­ną, Kry­sty­ną i Je­rzym Ki­sie­lew­ski­mi, Ja­nu­szem Mor­gen­ster­nem oraz Boh­da­nem To­ma­szew­skim. Tak­że część po­zo­sta­łych roz­dzia­łów zo­sta­ło wzbo­ga­co­nych o wąt­ki, któ­re nie zna­la­zły się w pierw­szym wy­da­niu.

Szlachcic kurlandzki

Miesz­ka­li nie­opo­dal sie­bie. Ma­rian Ko­złow­ski na Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, róg Bed­nar­skiej, tam gdzie dziś mie­ści się dom aka­de­mic­ki Dzie­kan­ka, Le­opold Tyr­mand na Trem­bac­kiej, róg Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia. Dzie­lił ich tyl­ko skwer Ho­ove­ra, po­mnik Mic­kie­wi­cza, no i szko­ły, do któ­rych cho­dzi­li. Ko­złow­ski do Czac­kie­go, Tyr­mand do Krecz­ma­ra.

Cza­sem spo­ty­ka­li się na pry­wat­kach or­ga­ni­zo­wa­nych przez wspól­nych zna­jo­mych. Lo­lek był bar­dzo lu­bia­ny i cie­szył się po­wo­dze­niem u dziew­czyn. Ale czę­ściej na­ty­ka­li się na sie­bie na uli­cy. Pew­ne­go dnia obaj wpa­dli na ma­sze­ru­ją­cy No­wym Świa­tem po­chód bo­jów­ka­rzy ONR-Fa­lan­ga. Ko­złow­ski do­brze za­pa­mię­tał lęk Tyr­man­da przed nie­na­wist­nym tłu­mem, któ­ry szedł i ka­mie­nia­mi wy­bi­jał szy­by w ży­dow­skich skle­pi­kach.

Lo­lek był po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go, ale to aku­rat ni­ko­mu w ich mie­sza­nym to­wa­rzy­stwie nie prze­szka­dza­ło. Jego dom nie był zresz­tą do­mem or­to­dok­syj­nie ży­dow­skim. Ma­rian Ko­złow­ski był w nim tyl­ko raz. Jak przez mgłę za­pa­mię­tał mat­kę Tyr­man­da, pięk­ną tle­nio­ną blon­dyn­kę, i ojca, przy­sa­dzi­ste­go, krę­pe­go męż­czy­znę, któ­ry pro­wa­dził ja­kiś za­kład szew­ski. Nie był na pew­no zwy­kłym szew­cem; to była ra­czej fir­ma pro­duk­cyj­na, za­moż­na, choc nie naj­bo­gat­sza. Ko­złow­ski za­pa­mię­tał zwa­ły cho­le­wek w któ­rymś z po­ko­jów, a może to był przed­po­kój miesz­ka­nia Tyr­man­dów na pierw­szym pię­trze. Gdy­by byli na­praw­dę bo­ga­ci, nie mie­li­by w domu ma­ga­zy­nu.

Lo­lek był je­dy­na­kiem. Po ma­tu­rze, któ­rą obaj skła­da­li w 1938 roku, wy­je­chał do Pa­ry­ża stu­dio­wać ar­chi­tek­tu­rę wnętrz na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Pod­czas woj­ny stra­ci­li się z oczu. Ko­złow­ski wró­cił do War­sza­wy do­pie­ro w 1953 roku i na­tych­miast, gdy tyl­ko o Tyr­man­dzie usły­szał, za­czął szu­kać go po re­dak­cjach. Wresz­cie do­dzwo­nił się. Spe­szy­ło go jed­nak, że Tyr­mand nie prze­ja­wił na­wet cie­nia ra­do­ści, choć prze­cież tak nie­wie­lu spo­śród ich wspól­nych przed­wo­jen­nych przy­ja­ciół prze­ży­ło. Na py­ta­nie, gdzie się spo­tka­ją, od­parł, że bywa u Li­te­ra­tów, więc je­śli Ko­złow­ski bę­dzie miał ocho­tę, może wstą­pić.

To nie było za­pro­sze­nie, ja­kie­go ocze­ki­wał. Po­dał Tyr­man­do­wi swój nu­mer te­le­fo­nu i po­wie­dział, że je­śli bę­dzie miał spo­sob­ność, niech za­dzwo­ni.

To był ich ostat­ni kon­takt.

– Po­noć opo­wia­dał pu­blicz­nie, iż jego ro­dzi­na po­cho­dzi ze szlach­ty kur­landz­kiej – mówi Ma­rian Ko­złow­ski. – To tłu­ma­czy­ło­by, dla­cze­go nie chciał się ze mną spo­tkać. Wo­lał nie od­na­wiać zna­jo­mo­ści z ludź­mi, któ­rzy wie­dzie­li o nim wię­cej, niż chciał, by wie­dzia­no. Ra­zi­ło mnie to, bo za­pa­mię­ta­łem go z 1938 roku jako faj­ne­go kum­pla.

Najlepszy felietonista w Wilnie

Póź­ną je­sie­nią 1939 roku Wil­no za­ro­iło się od uchodź­ców z War­sza­wy i in­nych za­ję­tych przez Niem­ców pol­skich miast. Byli Jan Kur­na­ko­wicz, Han­ka Or­do­nów­na, Han­ka Bie­lic­ka, Da­nu­ta Sza­flar­ska, Igor Smia­łow­ski, Lu­dwik Sem­po­liń­ski, Ja­nusz Min­kie­wicz, Swia­to­pełk Kar­piń­ski, Zyg­munt Kę­sto­wicz. Był tak­że Tyr­mand, któ­ry w War­sza­wie peł­nej roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych an­ty­ży­dow­sko Niem­ców nie miał ze swo­im wy­glą­dem cze­go szu­kać. Wil­no było wol­ne od Niem­ców i po­zor­nie wol­ne od Ro­sjan, któ­rzy po „wy­zwo­le­niu” mia­sta od­da­li je na osiem mie­się­cy rzą­dzo­nej przez An­ta­na­sa Sme­to­nę Li­twie.

Gdy w czerw­cu 1940 roku po­now­nie za­gar­nę­li Wil­no, jako od­set­ki wzię­li resz­tę Li­twy.

– Cza­sy Li­twy Sme­to­now­skiej to były dla mnie naj­czar­niej­sze chwi­le oku­pa­cji – wspo­mi­na Fran­ci­szek Wa­lic­ki. – Cho­dzi­łem wte­dy do szko­ły. Do­brze pa­mię­tam, jak wy­glą­da­ła na­uka hi­sto­rii Li­twy i ję­zy­ka li­tew­skie­go. Na­cjo­na­lizm, wręcz fa­szyzm li­tew­ski, osten­ta­cyj­nie i z sa­tys­fak­cją tłam­sił wszel­kie ob­ja­wy pol­sko­ści, msz­cząc się za lata, gdy Wil­no na­le­ża­ło do Pol­ski. Do­pie­ro kie­dy wró­ci­li Ro­sja­nie, ten na­cjo­na­lizm mu­siał skryć się gdzieś głę­bo­ko w no­rach.

Po­znał Tyr­man­da w ka­wiar­ni u Do­rma­na, na rogu Mic­kie­wi­cza i Prze­skok, gdzie spo­ty­ka­li się pol­scy ucie­ki­nie­rzy. Tyr­man­da cią­gnę­ło do Do­rma­na szcze­gól­nie, bo gry­wał tam je­dy­ny wte­dy w Wil­nie ze­spół jaz­zo­wy Low­ki Ili­gow­skie­go, umie­jęt­nie im­pro­wi­zu­ją­ce­go na klar­ne­cie i sak­so­fo­nie te­no­ro­wym. Moż­na było po­słu­chać jaz­zo­wych stan­dar­dów Duke’a El­ling­to­na, Ben­ny’ego Go­od­ma­na czy Glen­na Mil­le­ra. Dla Wa­lic­kie­go jazz był po­cią­ga­ją­cą i ta­jem­ni­czą no­wo­ścią, dla otrza­ska­ne­go w wiel­kim świe­cie (Kra­wa­ty tyl­ko z fir­my By­ron na Champs Ély­sées – wspo­mi­na Wa­lic­ki) Tyr­man­da chy­ba kon­ty­nu­acją pa­ry­skich fa­scy­na­cji.

Po la­tach Fran­ci­szek Wa­lic­ki na­pi­sał o Tyr­man­dzie: „Był moim guru, nie­zrów­na­nym prze­wod­ni­kiem i nie­kwe­stio­no­wa­nym au­to­ry­te­tem”.

Pierw­sza wo­jen­na zima była bar­dzo su­ro­wa, mro­zy do­cho­dzi­ły do trzy­dzie­stu pię­ciu stop­ni Cel­sju­sza. To wte­dy Tyr­mand, mar­z­ną­cy w przy­wie­zio­nej z War­sza­wy lek­kiej je­sion­ce, do­stał w pre­zen­cie od Wa­lic­kie­go gra­na­to­wy szal; je­den z dwóch, któ­ry Wa­lic­ki – jako stu­dent wy­dzia­łu na­wi­ga­cji Pań­stwo­wej Szko­ły Mor­skiej – wy­fa­so­wał w cza­sie ostat­nie­go przed­wo­jen­ne­go rej­su szkol­nej fre­ga­ty „Dar Po­mo­rza”.

„Od owe­go cza­su szal ten był ze mną wszę­dzie – pi­sał Tyr­mand w Dzien­ni­ku 1954 – w po­dró­żach i wię­zie­niach, w mo­rzach i w gó­rach. Przy­wią­za­łem się do nie­go, jest mój jak pa­znok­cie i wło­sy. Tro­chę się prze­cie­ra, ce­ru­ję go nie­ustan­nie. Wie­rzę w jego moc przy­na­leż­no­ści, któ­ra jest czymś do­brym, czę­ścią mnie i mo­jej eg­zy­sten­cji”.

– Był nie­prze­cięt­nie in­te­li­gent­ny, do­strze­ga­li to wszy­scy, któ­rzy z nim roz­ma­wia­li – wspo­mi­na Fran­ci­szek Wa­lic­ki. – Wy­da­wał się lek­ko nie­obec­ny, a jed­nak cały czas był bacz­nie sku­pio­ny.

By­wał czę­stym go­ściem w domu ro­dzi­ców Wa­lic­kie­go pod Wil­nem, pra­wie do­mow­ni­kiem. Któ­re­goś dnia Wa­lic­ki za­py­tał go wprost, czy jest Ży­dem? Nie od­po­wie­dział. Uśmiech­nął się tyl­ko ta­jem­ni­czo i po­ka­zał krzy­żyk na pier­siach.

Utrzy­my­wał się z pi­sa­nia do ga­zet. W lip­cu 1940 roku za­czę­ła wy­cho­dzić w Wil­nie „Praw­da Kom­so­mol­ska”, dzien­nik Ko­mu­ni­stycz­ne­go Związ­ku Mło­dzie­ży Li­twy. Nie­mal od po­cząt­ku pra­co­wał w niej Tyr­mand, naj­pierw jako re­dak­tor dzia­łu spor­to­we­go, po­tem sta­ły fe­lie­to­ni­sta (ru­bry­ka no­si­ła ty­tuł „Na kan­wie dnia”) i je­den z czte­rech eta­to­wych dzien­ni­ka­rzy ga­ze­ty. Fran­ci­szek Wa­lic­ki, tak­że współ­pra­cow­nik „Praw­dy”, ob­li­czył, że Tyr­mand wy­dru­ko­wał w niej sto czter­dzie­ści dwa fe­lie­to­ny, pierw­szy 28 lip­ca 1940 roku, ostat­ni 2 kwiet­nia roku na­stęp­ne­go.

Wa­lic­ki czter­dzie­ści lat po woj­nie przedarł się przez zszyw­ki „Praw­dy Kom­so­mol­skiej” w wi­leń­skiej Bi­blio­te­ce Aka­de­mii Nauk Li­twy, daw­nej Bi­blio­te­ce Wró­blew­skich. Zna­lazł fe­lie­to­ny, ale na­zwi­ska Le­opold Tyr­mand w pi­śmie nie było. Jego ar­ty­ku­ły, jak wszyst­kie wte­dy w pra­sie so­wiec­kiej, uka­zy­wa­ły się nie­pod­pi­sa­ne.

W 1987 roku pod­czas po­świę­co­nej Tyr­man­do­wi se­sji w klu­bie Hy­bry­dy w War­sza­wie Wa­lic­ki i Re­mi­giusz Szczę­sno­wicz za­czę­li czy­tać fe­lie­to­ny z „Praw­dy”. Usły­sze­li, że to pro­wo­ka­cja. Wte­dy Fran­ci­szek Wa­lic­ki od­szu­kał ży­ją­ce­go w Miń­sku Al­gir­da­sa Pro­ka­pa­vi­cziu­sa (Ol­gier­da Pro­ko­po­wi­cza), wo­jen­ne­go re­dak­to­ra na­czel­ne­go „Praw­dy Kom­so­mol­skiej”, i po­pro­sił o po­twier­dze­nie, jak było na­praw­dę. Otrzy­mał pi­sem­ne oświad­cze­nie, że wszyst­kie fe­lie­to­ny w ru­bry­ce „Na kan­wie dnia” wy­szły spod pió­ra Le­opol­da Tyr­man­da.

„Tyr­mand sia­dał do ma­szy­ny i pi­sał jed­nym tchem bez po­pra­wek” – wspo­mi­nał Ol­gierd Pro­ko­po­wicz w li­ście do Wa­lic­kie­go. Wa­lic­ki za­cho­wał to oświad­cze­nie jako do­wód dla nie­do­wiar­ków.

Tyr­mand pu­bli­ko­wał tak­że re­cen­zje z fil­mów i im­prez mu­zycz­nych oraz re­da­go­wał „Praw­dę Pio­nier­ską”, co­ty­go­dnio­wy do­da­tek dla dzie­ci. Uka­zy­wa­ły się w nim opo­wia­da­nia, wier­sze, pro­po­zy­cje gier i za­baw, szki­ce o Cho­pi­nie i Mic­kie­wi­czu, a tak­że ką­cik po­rad­ni­czy, a w nim: Hi­sto­ria ka­ra­bi­nu, Hi­sto­ria spa­do­chro­nu, ar­ty­kuł O ma­sce prze­ciw­ga­zo­wej.

– My­ślę, że fakt, iż Tyr­mand zna­lazł się wte­dy w „Praw­dzie”, moż­na tłu­ma­czyć pew­nym przy­cza­dze­niem ko­mu­ni­zmem – uwa­ża Fran­ci­szek Wa­lic­ki. – Pi­sał z peł­nym prze­ko­na­niem, to się po pro­stu czu­ło. Zresz­tą nie miał wte­dy bliż­sze­go niż ja przy­ja­cie­la i my­ślę, że wo­bec mnie nie uda­wał­by. Był za­fa­scy­no­wa­ny tą epo­ką.

„Rzecz rzad­ko spo­ty­ka­na, ale na po­cząt­ku sierp­nia mie­li­śmy w Wil­nie kar­na­wał – pi­sał Tyr­mand w fe­lie­to­nie z 6 sierp­nia 1940 roku. – Kar­na­wał, a ra­czej na­strój kar­na­wa­ło­wy za­czął się wraz z ogło­sze­niem przez ra­dio ostat­nich wia­do­mo­ści z Mo­skwy. Było to dnia 3 sierp­nia.

Nie zdo­łał jesz­cze za­paść zmierzch, gdy uli­ce wy­peł­ni­ły się roz­ra­do­wa­ny­mi tłu­ma­mi. Twa­rze tak jak­by roz­świe­tlo­ne czymś uro­czy­stym, czymś ta­kim, co się prze­ja­wia nie co­dzien­nie, a tyl­ko przy nad­zwy­czaj­nych oka­zjach, przy świę­cie. Moż­na po­wie­dzieć, iż uli­ca wy­szła na uli­cę i zro­bi­ła zeń wła­sne po­dwór­ko. (…) Co chwi­la z więk­szych gru­pek bu­cha ra­dość falą bar­dziej skon­den­so­wa­ną, sły­chać dźwię­ki Ka­tiu­szy czy in­nej po­pu­lar­nej pio­sen­ki so­wiec­kiej, któ­re tak szyb­ko pod­chwy­tu­je mu­zy­kal­ny tłum wi­leń­ski.

Z pla­cu Orzesz­ko­wej ru­sza na mia­sto po­chód mło­dzie­ży kom­so­mol­skiej. W cie­płej at­mos­fe­rze sierp­nio­we­go wie­czo­ru ja­sno ja­rzą się po­chod­nie, nie­sio­ne przez ma­ni­fe­stu­ją­cych. Po­chod­nie wy­zwo­le­nia i ja­sne­go no­we­go bytu. Sym­bol taki pro­sty, a taki głę­bo­ki. Tłum przy­jaź­nie, cie­pło wita kom­so­mol­ców. De­mon­stra­cja ro­śnie, po­tęż­nie­je, z garst­ki en­tu­zja­stycz­nej mło­dzie­ży prze­ra­dza się w ogrom­ny po­chód. Na­strój pa­nu­je ra­do­sny, z do­miesz­ką upo­je­nia…

W tłu­mie wy­peł­nia­ją­cym chod­ni­ki prze­wi­ja­ją się z rzad­ka mun­du­ry Ar­mii Czer­wo­nej. Mun­du­ry od­święt­ne, ele­ganc­kie, twa­rze peł­ne zro­zu­mie­nia dla tego, co wi­dzą. Tłum szu­ka wza­jem­ne­go kon­tak­tu, co­raz gę­ściej spo­ty­ka się cy­wi­lów w swo­bod­nej po­ga­węd­ce z woj­sko­wy­mi, wi­dać od razu, że ta ar­mia i ten lud to nie­ro­ze­rwal­na ca­łość.

A w tak zwa­nych lo­ka­lach roz­ryw­ko­wych, daw­nych świą­ty­niach szla­chec­ko-pol­skie­go czy li­tew­skie­go ka­pi­ta­li­zmu, gdzie po­ku­tu­je do­tąd duch za­ka­mie­nia­łe­go pi­jań­stwa, gdzie wy­mu­ska­ni ofi­ce­ro­wie i roz­ma­ici «ka­cy­ko­wie» bur­żu­azyj­nej ad­mi­ni­stra­cji od­pra­wia­li swe mi­ste­ria, tak i tej nocy nie­do­bit­ki sta­re­go ustro­ju piją na umór, szu­ka­jąc po­cie­sze­nia za «krzyw­dę» któ­ra je spo­tka­ła… Brrr, wy­da­je to się już tak da­le­kie jak ob­ra­zy z ze­szłe­go stu­le­cia”.

Pi­sał nie tyl­ko o po­li­ty­ce. Tak­że o ru­chu sta­cha­now­skim, o wyż­szo­ści for­my „to­wa­rzysz” nad for­mą „pan”, o biu­ro­kra­cji, śmie­ciach i ba­ła­ga­nie w mie­ście, o bra­ku nart w skle­pach, choć prze­cież nad­cho­dzi zima, wresz­cie o po­trze­bie obro­ny Wil­na przed li­tu­ani­za­cją. Pi­sał bez po­pra­wek, a jego fe­lie­to­ny cen­zu­ro­wa­ne były wy­łącz­nie przez na­czel­ne­go, Ol­gier­da Pro­ko­po­wi­cza. To były naj­lep­sze fe­lie­to­ny, ja­kie uka­zy­wa­ły się wów­czas w wi­leń­skich ga­ze­tach – na­pi­sał Pro­ko­po­wicz do Fran­cisz­ka Wa­lic­kie­go – i za­wsze wy­mie­rzo­ne swym ostrzem w Hi­tle­ra.

To nie było ani po­li­tycz­nie słusz­ne, ani roz­sąd­ne, bo Hi­tler był wte­dy so­jusz­ni­kiem Sta­li­na i Związ­ku So­wiec­kie­go, więc i tak ża­den atak na nie­go nie mógł się w pi­śmie uka­zać. Pro­ko­po­wicz pra­co­wi­cie tę­pił ostrze Tyr­man­dow­skiej „Kan­wy dnia”, ten ze zro­zu­mie­niem go­dził się na in­ge­ren­cje, a na­stęp­ne­go dnia znów przy­no­sił ko­lej­ny tekst ata­ku­ją­cy Hi­tle­ra.

– Wszyst­ko się po­wta­rza­ło, ja go ro­zu­mia­łem i cier­pli­wie cią­łem fe­lie­to­ny w od­po­wied­nią stro­nę – opo­wia­dał Pro­ko­po­wicz Wa­lic­kie­mu pod­czas spo­tka­nia.

Po la­tach Fran­ci­szek Wa­lic­ki mówi, że na­wet wte­dy były w Wil­nie ty­sią­ce lep­szych spo­so­bów za­ra­bia­nia na ży­cie niż pra­ca w ta­kiej re­dak­cji, i to za psie gro­sze.

– Tyr­mand wie­le razy cy­to­wał zda­nie Bi­smarc­ka, że kto, ma­jąc lat dwa­dzie­ścia, nie jest so­cja­li­stą, jest po pro­stu nie­in­te­li­gent­ny, ale kto, ma­jąc lat czter­dzie­ści, so­cja­li­stą po­zo­sta­je, ten jest zwy­czaj­nie głu­pi – do­da­je Wa­lic­ki. – W jed­nej ze swych ksią­żek na­pi­sał, że wi­dać nie był in­te­li­gent­ny, bo ma­jąc osiem­na­ście lat nie pod­dał się wpły­wo­wi so­cja­li­zmu. Te sto czter­dzie­ści dwa fe­lie­to­ny w „Praw­dzie” świad­czą jed­nak, że to nie­praw­da.

„Li­twa zmie­ni­ła osta­tecz­nie czas środ­ko­wo­eu­ro­pej­ski na czas wschod­nio­eu­ro­pej­ski, czy­li mo­skiew­ski – pi­sał Tyr­mand 8 sierp­nia 1940 roku (…). W chwi­li, gdy do­stra­ja­my na­sze ze­gar­ki do cza­su ze­ga­rów mo­skiew­skich, mu­szą się każ­de­mu na­su­nąć pew­ne głęb­sze re­flek­sje. Nie wy­star­czy prze­cież zrów­nać je­dy­nie po­zy­cje na­szych wska­zó­wek z mo­skiew­ski­mi, ujed­no­staj­nić rytm na­szych me­cha­ni­zmów z tam­ty­mi, trze­ba pójść da­lej. To jest jed­na z licz­nych form tych prze­mian, któ­re cze­ka­ją całe na­sze ży­cie, przy­jem­na, lecz mało istot­na drob­nost­ka. Me­ta­mor­fo­za za­sad­ni­cza nie koń­czy się ani nie za­czy­na od prze­sta­wia­nia ze­gar­ków. Mu­si­my «prze­sta­wić» całe ży­cie, mu­si­my «pod­pę­dzić wska­zów­ki» pro­duk­cji, oświa­ty, kul­tu­ry, wa­run­ków bytu do wska­zó­wek Ze­ga­ra Krem­low­skie­go.

Bie­rze­my to wszy­scy po­god­nie, lecz sta­now­czo. Dziś w nocy zmie­ni­li­śmy usta­wie­nie wska­zó­wek ze­ga­rów, na­wią­za­li­śmy jesz­cze jed­ną nit­kę, nit­kę drob­ną i cie­niut­ką, ze spo­łe­czeń­stwem ZSRS. Ale w mo­men­cie, gdy­śmy tego do­ko­ny­wa­li, przy­rze­kli­śmy so­bie, że nit­kę tę bę­dzie­my po­gru­biać, aż utwo­rzy się z niej gru­by, po­tęż­ny sznur, wią­żą­cy nas ze Związ­kiem So­wiec­kim, sznur, któ­re­go nic nie po­tra­fi ze­rwać”.

– Uwa­ża pan, że to mo­gła być sa­ty­ra? Pro­szę pana, gdy­by wte­dy, w tam­tym cza­sie, ktoś za­czął choć­by tyl­ko po­dej­rze­wać, że Tyr­mand nie my­śli tak na­praw­dę, cała re­dak­cja bar­dzo szyb­ko zna­la­zła­by się na Da­le­kiej Pół­no­cy – mówi Fran­ci­szek Wa­lic­ki.

Wio­sną 1941 roku Tyr­mand na­gle znik­nął. Zo­stał aresz­to­wa­ny. Zna­le­zio­no u nie­go ja­kieś pod­ziem­ne ulot­ki czy wy­nie­sio­ne z dru­kar­ni czcion­ki. Ol­gierd Pro­ko­po­wicz pró­bo­wał do­wie­dzieć się cze­goś o jego lo­sie przez swe­go bra­ta pra­cu­ją­ce­go w pro­ku­ra­tu­rze.

– Ty się le­piej w to nie mie­szaj – usły­szał. – To bar­dzo zła spra­wa.

Po­now­nie Tyr­mand i Wa­lic­ki zo­ba­czy­li się do­pie­ro po woj­nie.

Nig­dy w roz­mo­wach nie wra­ca­li do okre­su wspól­nej pra­cy w „Praw­dzie Kom­so­mol­skiej”. Zresz­tą, jak zo­rien­to­wał się Wa­lic­ki, Tyr­mand ni­ko­mu o tym nie opo­wie­dział. Mó­wił je­dy­nie, jak po­to­czy­ły się jego dal­sze wo­jen­ne losy: ro­bo­ty w Niem­czech, na któ­re zgło­sił się, uda­jąc Fran­cu­za (miał le­gi­ty­ma­cję stu­denc­ką fran­cu­skiej uczel­ni), służ­ba w cha­rak­te­rze ka­mer­dy­ne­ra u ja­kie­goś nie­miec­kie­go ge­ne­ra­ła we Frank­fur­cie. Ktoś na­wet po­ka­zy­wał Wa­lic­kie­mu ge­ne­ral­ską wil­lę. Po­tem nie­uda­na pró­ba prze­bi­cia się do Szwe­cji i osta­tecz­nie obóz w Nor­we­gii.

Spo­ty­ka­li się w Ymce na Ko­nop­nic­kiej i pod­czas wa­ka­cji, kie­dy Tyr­mand przy­jeż­dżał na Hel, do Cha­łup albo do Ja­star­ni. Naj­pierw z ko­lej­ny­mi dziew­czy­na­mi, być może na­wet jed­na z nich była Bo­gną, póź­niej z obu pol­ski­mi żo­na­mi. Da­lej za­ko­cha­ny był w jaz­zie, któ­ry uwa­żał za mu­zy­kę lu­dzi uci­śnio­nych. Sły­szał w nim tę­sk­no­tę do wol­no­ści. Dla­te­go tak bar­dzo lgnął do tej mu­zy­ki w la­tach czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych i dla­te­go po­rzu­cił ją, gdy jazz stra­cił już smak owo­cu za­ka­za­ne­go.

„To było coś, o co wal­czył i czym mnie za­ra­ził – mó­wił Wa­lic­ki w wy­wia­dzie dla «Odry» – (…) naj­lep­szym dzie­łem, ja­kie w swo­im ży­ciu na­pi­sał, była książ­ka U brze­gów jaz­zu”.

Ra­zem – Wa­lic­ki był wte­dy dzien­ni­ka­rzem „Gło­su Wy­brze­ża” w Gdań­sku – zor­ga­ni­zo­wa­li pierw­szy so­poc­ki fe­sti­wal jaz­zo­wy w 1956 roku, po­tem dru­gi. Ale rów­nież obaj szyb­ko za­czę­li od jaz­zu od­cho­dzić. Tyr­mand zro­bił to w mo­men­cie, gdy jazz z mu­zy­ki wo­ju­ją­cej i nie­po­kor­nej za­czął sta­wać się mu­zy­ką dwor­ską. Kie­dy wszedł do fil­har­mo­nii, a jazz­ma­ni za­mie­ni­li swe ła­chy na gar­ni­tu­ry i przy­ję­li rzą­do­we sub­wen­cje.

– Baw­cie się da­lej beze mnie – po­wie­dział im wte­dy gło­śno.

Wa­lic­ki za­jął się mu­zy­ką mło­dej ge­ne­ra­cji – tak na­zy­wa­no wte­dy rock and roll – pra­cu­jąc na ty­tuł „ojca chrzest­ne­go pol­skie­go roc­ka”.

– To rock stał się wte­dy mu­zy­ką wal­czą­cą – mówi. – Mu­zy­ką, któ­ra biła się o nową kul­tu­rę, na­rzu­ca­jąc star­sze­mu po­ko­le­niu modę i spo­sób by­cia. Rock and roll był bun­tem prze­ciw­ko za­sta­nym war­to­ściom.

Mło­dzież z kon­cer­tów jaz­zo­wych, pod­czas któ­rych jesz­cze nie­daw­no sza­la­ła i ma­cha­ła ma­ry­nar­ka­mi, prze­nio­sła się na roc­ko­wi­ska. To zi­ry­to­wa­ło jazz­ma­nów. Wy­po­wie­dzie­li roc­ko­wi woj­nę. Uzna­li go za mu­zy­kę pry­mi­tyw­ną, któ­ra w do­dat­ku za­gro­zi­ła ich sta­tu­so­wi fi­nan­so­we­mu. Gdań­ski Jazz Club, któ­re­go twór­cą i pre­ze­sem był Wa­lic­ki, zo­stał przez Pol­ską Fe­de­ra­cję Jaz­zo­wą wy­klu­czo­ny z jej sze­re­gów. Po­wo­dem było lan­so­wa­nie nie­jaz­zo­wej gru­py Ry­thm and Blu­es. Gdy Mi­ni­ster­stwo Kul­tu­ry za­ka­za­ło ze­spo­ło­wi wy­stę­pów, fe­de­ra­cja po­par­ła re­pre­sje.

– Tyr­mand pró­bo­wał przy­wieść śro­do­wi­sko jazz­ma­nów do ja­kie­goś opa­mię­ta­nia, ale bez skut­ku – wspo­mi­na Wa­lic­ki. – Chciał po­go­dzić jazz z roc­kiem, or­ga­ni­zo­wał na­wet ja­kieś spo­tka­nia obu śro­do­wisk, ale bez po­wo­dze­nia.

Sam Tyr­mand za­re­ago­wał na rock and rol­la bar­dzo do­brze. Kie­dyś na­wet przy­niósł Wa­lic­kie­mu pły­tę Rol­ling Sto­ne­sów, chy­ba ich pierw­szą, i po­wie­dział:

– Po­słu­chaj tej mu­zy­ki, ża­den jazz nie się­ga pięt temu, co robi Mick Jag­ger.

Po­tem dłu­gi czas się nie wi­dy­wa­li. Po raz ostat­ni spo­tka­li się kil­ka mie­się­cy przed wy­jaz­dem Tyr­man­da z Pol­ski.

– To był już ktoś zu­peł­nie inny – mówi Wa­lic­ki. – Za­mknię­ty w so­bie, na­je­żo­ny, nie­kon­tak­to­wy.

Spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry sta­le spo­dzie­wa się ata­ku i bez­u­stan­nie musi być go­to­wy, by się bro­nić.

Zemsta na elfie

Ja­ni­na Ba­lu­kie­wicz, w któ­rej ko­cha­ło się całe Wil­no, była tan­cer­ką w ope­ret­ce Lut­nia. Tam­te­go wie­czo­ru, gdy się po­zna­li, gra­ła Ja­pon­kę w Kra­inie uśmie­chu, a on sie­dział na wi­dow­ni w pierw­szym rzę­dzie. W pew­nym mo­men­cie za­czął się śmiać tak bar­dzo, że ona na sce­nie też nie wy­trzy­ma­ła. Wy­buch­nę­ła śmie­chem.

Po spek­ta­klu przy­szedł za ku­li­sy.

– Był bar­dzo szczu­pły, miał pięk­ne i wy­ra­zi­ste oczy – wspo­mi­na Ja­ni­na Ba­lu­kie­wicz. – Był we­so­ły, kpiar­ski, zło­śli­wy, ale czu­ło się pod tym wszyst­kim brak kin­dersz­tu­by.

W Dzien­ni­ku 1954 na­pi­sał, że wy­glą­da­ła na sce­nie jak ja­sno­wło­sy elf i była jego pierw­szą wiel­ką mi­ło­ścią. Ale ona nie za­pa­mię­ta­ła, by kie­dy­kol­wiek była mię­dzy nimi mowa o uczu­ciach. Spo­ty­ka­li się, raz na­wet spę­dzi­li wspól­nie syl­we­stra, bo Le­opold do­sko­na­le tań­czył, ale nie­wie­le po­nad­to.

A jed­nak, gdy spo­tka­li się po woj­nie – Ja­ni­na Ba­lu­kie­wicz była już wte­dy żoną Lu­dwi­ka Sem­po­liń­skie­go – Tyr­mand wró­cił do wspo­mnień.

Zo­ba­czy­ła go na uli­cy z pięk­ną, efek­tow­ną pa­nią.

– To moja mama – przed­sta­wił swo­ją, wy­glą­da­ją­cą na nie­wie­le od nie­go star­szą, to­wa­rzysz­kę.

Ja­ni­na Ba­lu­kie­wicz-Sem­po­liń­ska była bar­dzo za­sko­czo­na.

– A to mia­ła być moja żona – przed­sta­wił ją samą.

Tym była za­sko­czo­na jesz­cze bar­dziej.

Po­tem, przy oka­zji ja­kichś wy­stę­pów Sem­po­liń­skich w Ymce, za­pro­sił ją do po­ko­ju i po­ka­zał al­bum ze zdję­cia­mi swo­ich dziew­czyn. Było ich wie­le, ale na pierw­szym miej­scu wła­śnie ona. Wspól­nej zna­jo­mej wie­le razy ża­lił się póź­niej, jak źle się sta­ło, że Jan­ka wy­bra­ła in­ne­go.

„…ten wła­śnie typ ko­bie­ty, to po­łą­cze­nie war­szaw­skiej dziw­ki z wiel­ko­miej­skim szli­fem, to skrzy­żo­wa­nie dziec­ka Po­wi­śla z hol­ly­wo­odz­ką opra­wą, te drwią­ce, peł­ne ko­bie­ce­go ego­izmu, ja­sne oczy, za­dar­ty nos i peł­ne duże usta – to było to, co za­wsze po­do­ba­ło mi się sza­leń­czo” – na­pi­sał w Dzien­ni­ku.

W Wil­nie szła wła­śnie na spo­tka­nie z Tyr­man­dem, gdy do­wie­dzia­ła się o jego aresz­to­wa­niu. Byli umó­wie­ni, wspi­na­ła się ścież­ką pro­wa­dzą­cą do wil­li, w któ­rej wy­naj­mo­wał po­kój (miesz­kał tam też oj­ciec Edwar­da Dzie­woń­skie­go), gdy mi­nął ją pa­trol NKWD. Tyr­man­da w wil­li już nie za­sta­ła.

Wró­cił, gdy w Wil­nie byli Niem­cy. Przy­szedł do jej domu i po­wie­dział ro­dzi­com, że chciał­by zo­ba­czyć się z Jan­ką. W mie­ście wi­sia­ły już pla­ka­ty za­ka­zu­ją­ce miesz­kań­com pod groź­bą śmier­ci kon­tak­tów z Ży­da­mi. Oj­ciec za­re­ago­wał gwał­tow­nie. Tyr­mand od­wró­cił się i od­szedł bez sło­wa. Dłu­go mu­sia­ła go prze­pra­szać. A nie­dłu­go po­tem miał dość od­wa­gi, by pójść do Ar­be­it­sam­tu i zgło­sić się na ro­bo­ty do Nie­miec.

Po woj­nie wi­dy­wa­li się ra­czej przy­pad­ko­wo. W SPA­TiF-ie, kie­dyś w Pa­ry­żu, a raz spo­tka­li się w sa­mo­lo­cie. Prze­ga­da­li całą po­dróż.

– Miał twar­dy kark – wspo­mi­na Sem­po­liń­ska – to za­wsze mi się w nim po­do­ba­ło.

„…wte­dy, w Wil­nie, wy­glą­da­ła jak ja­sno­wło­sy elf, a dziś tyje i cią­gle nie­do­ma­ga z płu­ca­mi…” – na­pi­sał o niej w Dzien­ni­ku.

– Ze­mścił się za to, co po­wie­dzia­łam mu kie­dyś w Ja­star­ni – mówi Sem­po­liń­ska, i to jest pierw­sza rzecz, któ­rą mówi, za­py­ta­na o Tyr­man­da.

Byli na pla­ży w więk­szym to­wa­rzy­stwie. Tyr­man­do­wi na mo­ment roz­chy­lił się szla­frok.

– Ale wy­ho­do­wa­łeś so­bie brzu­szek, po­wie­dzia­łam – wspo­mi­na – a on mnie za to ob­sma­ro­wał.

Sołdat z kufrem

An­drzej Kor­no­wicz, któ­ry w pu­bli­ko­wa­nych przez pa­ry­ską „Kul­tu­rę” wspo­mnie­niach Tyr­man­da wy­stę­pu­je jako Kre­to­wicz, po­znał go przy obie­dzie. W 1940 roku obaj sto­ło­wa­li się w wi­leń­skim Ko­mi­te­cie Po­mo­cy Uchodź­com. Kor­no­wicz, wte­dy stu­dent Uni­wer­sy­te­tu Ste­fa­na Ba­to­re­go, miesz­kał w bur­sie na uli­cy Sub­ocz, Tyr­mand wy­naj­mo­wał po­kój sub­lo­ka­tor­ski w ad­wo­kac­kiej wil­li nie­opo­dal gma­chu sądu wo­je­wódz­kie­go. W tym sa­mym domu miesz­ka­li tak­że Lu­dwik Sem­po­liń­ski i wspo­mi­na­ny przez Tyr­man­da Le­szek Za­wi­sza. Drzwi do po­koi nie mia­ły zam­ków, więc lo­ka­to­rzy umó­wio­ny­mi sy­gna­ła­mi mu­zycz­ny­mi da­wa­li so­bie znać, kie­dy bez­względ­nie nie na­le­ży ich nie­po­ko­ić, bo mają go­ści płci żeń­skiej. Wi­zy­tę ko­bie­ty u Tyr­man­da ozna­czał pusz­czo­ny na pa­te­fo­nie utwór Ra­ve­la.

Spo­ty­ka­li się sys­te­ma­tycz­nie na wie­czor­nych bry­dżach. Na­wet wte­dy, gdy Tyr­mand prze­stał już przy­cho­dzić do pol­skie­go ko­mi­te­tu po­mo­cy, bo od­krył, że ist­nie­je w Wil­nie tak­że ży­dow­ski, i to znacz­nie le­piej za­opa­trzo­ny.

– Od­bi­ło to mu się póź­niej czkaw­ką – wspo­mi­na Kor­no­wicz. – Po za­ję­ciu Wil­na przez Niem­ców oka­za­ło się, że dys­po­nu­je tyl­ko pa­pie­ra­mi ży­dow­ski­mi, a to jesz­cze bar­dziej po­gor­szy­ło jego sy­tu­ację.

Gdy sta­ło się ja­sne, że oku­pa­cja po­trwa jesz­cze dłu­go, Kor­no­wicz, Za­wi­sza i Tyr­mand po­sta­no­wi­li za­cząć coś ro­bić. Zna­le­zie­nie kon­tak­tu nie było trud­ne; or­ga­ni­za­cji nie­pod­le­gło­ścio­wych było wte­dy w Wil­nie mnó­stwo.

– Każ­dy ży­ją­cy pe­owiac­ką le­gen­dą eme­ry­to­wa­ny puł­kow­nik, każ­dy pa­trio­tycz­nie na­sta­wio­ny pro­fe­sor uni­wer­sy­te­tu two­rzył ja­kąś kon­spi­ra­cyj­ną or­ga­ni­za­cję – wspo­mi­na Kor­no­wicz. – Wy­obra­ża­li so­bie, że woj­na po­trwa góra pół roku, a po­tem przyj­dzie czas dzie­le­nia or­de­rów za od­wa­gę.

Głu­pia mło­dzież la­zła w to jak w dym, do­da­je, a puł­kow­ni­cy i pro­fe­so­ro­wie gro­ma­dzi­li do­ku­men­ta­cję, któ­rą z wdzięcz­no­ścią prze­ję­ło póź­niej NKWD. Tyr­man­da i Kor­no­wi­cza za­przy­siągł w pod­zie­miach ko­ścio­ła Świę­tych Pio­tra i Paw­ła na An­to­ko­lu puł­kow­nik Ku­li­kow­ski.

Ku­li­kow­ski, mówi Kor­no­wicz, był „pic i po­ma­chi­waj”, choć skut­ki wca­le nie były za­baw­ne. Jed­ne­go z ko­le­gów NKWD przy­nio­sło do celi z po­ła­ma­ny­mi koń­czy­na­mi, on sam stra­cił w wię­zie­niu dwa zęby. Tyl­ko do­wód­cy trza­ska­li pod­czas prze­słu­chań ob­ca­sa­mi i wszyst­ko śpie­wa­li.

Tyr­mand pra­co­wał w „Praw­dzie Kom­so­mol­skiej”. Ale Kor­no­wicz są­dzi, że to nie mo­gło być żad­ne za­uro­cze­nie czy na­wet sym­pa­tia do ko­mu­ni­zmu. Z prze­ko­na­nia pi­sy­wa­li wte­dy w Wil­nie Je­rzy Pu­tra­ment albo Ste­fan Ję­dry­chow­ski, ale nie Tyr­mand.

– To była siat­ka ma­sku­ją­ca jego dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyj­ną – uwa­ża.

Bo w koń­cu Tyr­mand, Kor­no­wicz i Za­wi­sza zna­leź­li praw­dzi­wy kon­takt. An­drzej Kor­no­wicz mówi, że do­pie­ro dwa­dzie­ścia lat po woj­nie, czy­ta­jąc wy­da­ną w Lon­dy­nie książ­kę o wi­leń­skiej kon­spi­ra­cji, do­wie­dział się, że tra­fi­li do jed­nej z ko­mó­rek „Wa­chla­rza”, or­ga­ni­za­cji dy­wer­syj­nej wy­dzie­lo­nej ze Związ­ku Wal­ki Zbroj­nej. Wcze­śniej na­wet się tego nie do­my­ślał. W 1940 roku zna­ło się jed­ne­go czło­wie­ka w przód i dwóch w tył: to mu­sia­ło wy­star­czyć.

Kon­takt z puł­kow­ni­kiem Ba­bi­ni­czem zna­lazł Tyr­mand. Obaj pra­co­wa­li w re­dak­cji „Praw­dy”. Przy ja­kimś bry­dżu po­wie­dzie­li Ba­bi­ni­czo­wi, że nie chcą sie­dzieć bez­czyn­nie. Pra­co­wa­li dla nie­go pół roku, od je­sie­ni 1940 do aresz­to­wa­nia wio­sną 1941 roku. Do­sta­wa­li do wy­ko­na­nia ja­kieś nie­wiel­kie zle­ce­nia: prze­cie­ra­nie tras prze­rzu­to­wych, ja­kieś pa­czusz­ki do prze­wie­zie­nia, skok do Ki­szy­nio­wa, skąd trze­ba było przy­wieźć do Wil­na ro­dzi­nę in­ży­nie­ra z Pol­skich Za­kła­dów Lot­ni­czych. Tyr­mand kradł z dru­kar­ni ma­te­ria­ły do po­wie­la­cza, far­by i czcion­ki do ma­szy­ny ze­cer­skiej.

Po la­tach na­pi­sał w pa­ry­skiej „Kul­tu­rze”, że wpa­dli wła­śnie przez Ba­bi­ni­cza. Gdy we trzech po­sta­no­wi­li ucie­kać do Szwe­cji, po­pro­si­li go o po­moc.

„Przy­jął nas u sie­bie, po­czę­sto­wał kawą i cia­stem, a w dwa dni po­tem przy­szli en­ka­wu­dzi­ści i wy­gru­zi­li Lesz­ka, mnie i kol. Kre­to­wi­cza (sic!) pro­sto na Łu­kisz­ki. (…) Pana Ba­bi­ni­cza spo­ty­ka­łem pod tym sa­mym na­zwi­skiem gru­bo póź­niej w Pol­sce, w Związ­ku Li­te­ra­tów – wspo­mi­nał. – Spoj­rzał na mnie prze­cią­gle, ale mnie nie po­znał. (…) Ja też go już nig­dy nie po­zna­łem”.

An­drzej Kor­no­wicz jest jed­nak prze­ko­na­ny, że Wal­de­mar Ba­bi­nicz był tym, któ­ry wcią­gnął ich w praw­dzi­wą kon­spi­ra­cję i kie­ro­wał dzia­łal­no­ścią, a do wię­zie­nia na Łu­kisz­kach tra­fi­li za coś zu­peł­nie in­ne­go.

Wpa­dli wcze­sną wio­sną. Ostat­ni fe­lie­ton Tyr­man­da w „Praw­dzie Kom­so­mol­skiej” uka­zał się 2 kwiet­nia 1941 roku.

– Przy­szli po nas w nocy – wspo­mi­na Kor­no­wicz – ośle­pi­li la­tar­ka­mi i pod­sta­wi­li pod nos pi­sto­le­ty.

Miał przy so­bie tyl­ko zła­pa­ne w bie­gu dwie ko­szu­le i szczo­tecz­kę do zę­bów, gdy na Łu­kisz­kach, peł­nych już aresz­to­wa­nych Po­la­ków, uj­rzał wcho­dzą­ce­go przez wiel­kie drzwi soł­da­ta dźwi­ga­ją­ce­go ogrom­ną wa­li­zę i cięż­ki ku­fer. Za nim wkro­czył Tyr­mand z prze­rzu­co­nym przez ra­mię ple­dem i w zie­lo­nym ka­pe­lu­si­ku, ja­kie no­si­li wszy­scy trzej.

Tyr­mand, Kor­no­wicz i Za­wi­sza zo­sta­li roz­dzie­le­ni. Na­stęp­ny raz zo­ba­czy­li się do­pie­ro pod ko­niec maja na roz­pra­wie. Nie trwa­ła na­wet go­dzi­ny. Ob­wi­nie­ni­je, za­szczi­ta i pri­suż­die­ni­je po­szły bły­ska­wicz­nie. Nikt na­wet nie za­py­tał, czy przy­zna­ją się do winy. Sąd wszyst­ko miał w pa­pie­rach. NKWD oskar­ży­ło ich o przy­na­leż­ność do owej pierw­szej, nic nie­zna­czą­cej or­ga­ni­za­cji. O „Wa­chla­rzu” nie wie­dzie­li. Cała trój­ka do­sta­ła po osiem lat wię­zie­nia. Le­opold Tyr­mand na­pi­sał po­tem w pa­ry­skiej „Kul­tu­rze”, że ska­za­no go na dwa­dzie­ścia pięć.

– Być może miał jesz­cze ja­kiś do­dat­ko­wy za­rzut i dru­gą spra­wę – mówi Kor­no­wicz.

Po wy­ro­ku sie­dzie­li jesz­cze na Łu­kisz­kach kil­ka ty­go­dni, aż w nocy 22 czerw­ca Niem­cy roz­po­czę­li bom­bar­do­wa­nie mia­sta. Straż­ni­cy wy­cią­ga­li więź­niów z cel i ka­za­li scho­dzić na ko­la­nach z trze­cie­go pię­tra do cze­ka­ją­cych już cię­ża­ró­wek. Prze­wie­zio­no ich na dwo­rzec. Mie­li szczę­ście, bo bar­dzo wie­lu lu­dzi zo­sta­ło przez NKWD roz­strze­la­nych od razu w wię­zie­niu. Uje­cha­li po­cią­giem może dzie­sięć ki­lo­me­trów, gdy roz­po­czął się ko­lej­ny na­lot. Straż­ni­cy ze stra­chu roz­pierz­chli się, a więź­nio­wie wy­ła­ma­li drzwi wa­go­nu.

– Lo­lek chciał za­brać swo­ją wa­liz­kę – opo­wia­da Kor­no­wicz – ale zła­pa­łem go za rękę i w nogi.

Przez parę dni ukry­wa­li się na stry­chach do­mów osie­dla ko­le­jar­skie­go, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie za­ła­twić Tyr­man­do­wi ka­to­lic­ką me­try­kę. Gdy się nie uda­ło, roz­sta­li się. Kor­no­wicz prze­bił się na Bia­ło­ruś, Tyr­mand krę­cił się jesz­cze ja­kiś czas po pod­wi­leń­skich wio­skach. Nie zo­ba­czy­li się już nig­dy.

Polski dziennik „Prawda Komsomolska”

– „Praw­da Kom­so­mol­ska” była w Wil­nie roku 1940 miej­scem dziw­nym – mówi Re­mi­giusz Szczę­sno­wicz. – Była ra­dziec­ką ga­ze­tą, w któ­rej pi­sa­no po pol­sku.

Tyr­mand schro­nił się w „Praw­dzie” po uciecz­ce z War­sza­wy. Szczę­sno­wicz zo­stał skie­ro­wa­ny do pra­cy w ga­ze­cie jako były re­dak­tor szkol­nej ga­zet­ki w daw­nym gim­na­zjum Mic­kie­wi­cza.

Tyr­mand re­da­go­wał w „Praw­dzie” dział spor­to­wy, ale pi­sy­wał tak­że rze­czy po­waż­ne i za­an­ga­żo­wa­ne; póź­niej zo­stał re­dak­to­rem do­dat­ku mło­dzie­żo­we­go „Praw­da Pio­nier­ska”. Jego miej­sce w dzia­le spor­to­wym za­jął Szczę­sno­wicz.

– Trud­no w ogó­le mó­wić o ja­kim­kol­wiek ów­cze­snym an­ty­ko­mu­ni­zmie Tyr­man­da – uwa­ża. – Jego an­ty­ko­mu­nizm zro­dził się o wie­le póź­niej, w ze­tknię­ciu z rze­czy­wi­sto­ścią sta­li­now­ską.

Wte­dy był szczę­śli­wy, że uda­ło mu się uciec przed hi­tle­row­ca­mi, że może pra­co­wać w pol­skiej ga­ze­cie, na­wet je­śli na­zy­wa się ona „Praw­da Kom­so­mol­ska”.

– Z jego wstęp­nia­ków wy­ni­ka­ło, że jest zwo­len­ni­kiem ko­mu­ni­zmu i Związ­ku Ra­dziec­kie­go, ale na­praw­dę nie moż­na się temu dzi­wić – mówi Szczę­sno­wicz.

Li­twa Sme­to­now­ska była kra­jem bo­ga­tym, ale na­sta­wio­nym bar­dzo na­cjo­na­li­stycz­nie. Po­la­cy mie­li od­po­ku­to­wać przed Li­twi­na­mi za całą hi­sto­rię. Za Ja­gieł­łę, Że­li­gow­skie­go, za Pił­sud­skie­go. Li­tew­skie wła­dze po­za­my­ka­ły pol­skie gim­na­zja i pol­skie ga­ze­ty. Ję­zyk li­tew­ski stał się w Wil­nie ję­zy­kiem urzę­do­wym, za pu­blicz­ne uży­wa­nie pol­skie­go gro­zi­ło aresz­to­wa­nie. An­ty­pol­skie szy­ka­ny były tak do­tkli­we, że po­now­ną ro­syj­ską oku­pa­cję wie­lu Po­la­ków w Wil­nie przy­ję­ło z ulgą. Zwią­zek So­wiec­ki wkro­czył z ha­sła­mi rów­no­ści i bra­ter­stwa wszyst­kich lu­dzi. Znów otwar­to pol­skie szko­ły, za­trud­nio­no pol­skich urzęd­ni­ków, uka­za­ły się pol­skie ga­ze­ty.

– Od­czu­li­śmy to jako wy­zwo­le­nie – mówi Re­mi­giusz Szczę­sno­wicz. – Dla­te­go chy­ba trud­no na­wet mó­wić o ko­la­bo­ra­cji.

Kie­dy w 1987 roku ra­zem z Fran­cisz­kiem Wa­lic­kim opo­wia­da­li o tym pod­czas tyr­man­dow­skiej se­sji w Hy­bry­dach, usły­sze­li, że są pro­wo­ka­to­ra­mi. Nie po­mo­gło na­wet ich pu­blicz­ne po­twier­dze­nie współ­pra­cy Tyr­man­da z ja­kąś taj­ną or­ga­ni­za­cją, dla któ­rej kradł z dru­kar­ni „Praw­dy” far­bę i pa­pier na taj­ne ga­zet­ki. Za to zo­stał póź­niej aresz­to­wa­ny przez NKWD. Wte­dy też znik­nął Szczę­sno­wi­czo­wi z oczu.

Gdy po oku­pa­cji ro­syj­skiej roz­po­czę­ła się nie­miec­ka, Szczę­sno­wicz uciekł z Wil­na. Wró­cił w lu­tym 1942 roku. Zdzi­wił się, gdy na uli­cy Śnia­dec­kich nie­spo­dzie­wa­nie uj­rzał okry­te­go ja­kimś cie­niut­kim pa­let­kiem Tyr­man­da. W mie­ście ist­nia­ło już ży­dow­skie get­to, a pa­trząc na Tyr­man­da, nikt nie mógł mieć wąt­pli­wo­ści, ja­kie­go jest po­cho­dze­nia.

– Przy­je­cha­łem z pro­win­cji – po­wie­dział Le­opold – szu­ka­łem zna­jo­mych, ale ni­ko­go nie uda­ło mi się od­na­leźć.

Szczę­sno­wicz bał się, ale za­pro­sił go do sie­bie. W mie­ście wi­sia­ły już ob­wiesz­cze­nia za­bra­nia­ją­ce pod groź­bą śmier­ci wszel­kich kon­tak­tów z Ży­da­mi. Tyr­mand opo­wie­dział mu o swo­im po­by­cie na Łu­kisz­kach, po­tem o uciecz­ce, gdy zmie­niał się oku­pant Wil­na. Po­zor­nie od­zy­skał wol­ność, w rze­czy­wi­sto­ści wpadł jak z desz­czu pod ryn­nę. To byli prze­cież Niem­cy, a on no­sił swo­ją se­mic­ką twarz jak do­ku­ment toż­sa­mo­ści. Wte­dy od­szu­kał w jed­nej z pod­wi­leń­skich wsi sta­re­go zna­jo­me­go, sze­fa po­ste­run­ku bia­ło­ru­skiej po­li­cji, a jed­no­cze­śnie współ­pra­cow­ni­ka pol­skie­go pod­zie­mia. Ów zna­jo­my, Kli­mo­wicz, wy­ro­bił mu nowe do­ku­men­ty. Miał od­tąd na­zy­wać się Le­opold de Tyr­mand, na­ro­do­wość fran­cu­ska.

Miesz­ka­li przez pe­wien czas wspól­nie, za­sta­na­wia­jąc się, z cze­go żyć. Po­sta­no­wi­li dru­ko­wać biu­le­tyn in­for­ma­cyj­ny i sprze­da­wać go w get­cie. Szczę­sno­wicz miał ma­szy­nę do pi­sa­nia, jego sio­stra ukry­te ra­dio, Tyr­mand znał an­giel­ski i fran­cu­ski. Z usły­sza­nych in­for­ma­cji re­da­go­wa­li ga­zet­kę. Mia­ła dwa­dzie­ścia eg­zem­pla­rzy na­kła­du, więc szyb­ko zre­zy­gno­wa­li. Wię­cej pie­nię­dzy przy­no­sił do­raź­ny han­del.

Wkrót­ce Niem­cy ogło­si­li za­ciąg na ro­bo­ty do Rze­szy. Tyr­mand świet­nie znał fran­cu­ski, więc po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać. Po­da­jąc się za Fran­cu­za, po­szedł wprost pod la­tar­nię, do Ar­be­it­sam­tu.

– Mó­wił, że stam­tąd bę­dzie już miał bar­dzo bli­sko do Fran­cji – wspo­mi­na Szczę­sno­wicz.

Pod ko­niec lu­te­go 1942 roku wy­je­chał do Nie­miec.

Wkrót­ce po­tem ge­sta­po aresz­to­wa­ło Szczę­sno­wi­cza. Wy­wie­zio­no go na ro­bo­ty do Frank­fur­tu nad Me­nem. Pra­co­wał pod Darm­stad­tem, tam gdzie wy­sła­ny zo­stał tak­że Tyr­mand. Na­pi­sał do Ar­be­it­sam­tu, że gdzieś w oko­li­cy pra­cu­je jego ku­zyn, więc pro­si o ad­res. Wkrót­ce, z nie­miec­ką skru­pu­lat­no­ścią, otrzy­mał od­po­wiedź, że owszem, jest i pra­cu­je w Wies­ba­den.

Tyr­mand był tłu­ma­czem w za­kła­dzie, w któ­rym jego pod­opiecz­ny­mi byli kry­mi­na­li­ści i zło­dzie­jasz­ko­wie z Łu­ki­szek. Ży­cie miał wy­god­ne, do­pó­ki za­kład nie zo­stał zbom­bar­do­wa­ny. Ro­bot­ni­ków roz­dzie­lo­no i wy­wie­zio­no, więc tłu­macz prze­stał być po­trzeb­ny. Skie­ro­wa­no go do pra­cy fi­zycz­nej, uda­ło mu się jed­nak wy­łgać zła­ma­ną rze­ko­mo w mło­do­ści ręką, któ­ra wy­klu­cza­ła wy­si­łek. Dłu­gi czas Niem­cy nie mo­gli zna­leźć dla nie­go żad­nej ro­bo­ty. Po woj­nie chwa­lił się, że w hi­tle­row­skiej Rze­szy był je­dy­nym bez­ro­bot­nym na ro­bo­tach przy­mu­so­wych.

Szczę­sno­wicz na­pi­sał do nie­go, pro­po­nu­jąc spo­tka­nie.

– Ty masz trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów do Darm­stad­tu i ja. Za­cho­waj­my się jak dy­plo­ma­ci i spo­tkaj­my w po­ło­wie dro­gi – od­pi­sał Tyr­mand.

Spo­tka­li się na dwor­cu w Darm­stad­cie.

Osta­tecz­nie Tyr­mand zo­stał kel­ne­rem w ele­ganc­kim ho­te­lu Ko­enig­shof we Frank­fur­cie, gdzie Szczę­sno­wicz cza­sem go od­wie­dzał. Mógł tam przy­cho­dzić, bo wy­wie­zie­ni z Li­twy trak­to­wa­ni byli in­a­czej niż resz­ta Po­la­ków i nie mu­sie­li no­sić łat z li­te­rą „P”.

– Pra­cu­jąc w Ko­enig­sho­fie, oszu­ki­wał Niem­ców na kart­kach żyw­no­ścio­wych – wspo­mi­na Szczę­sno­wicz. – Nie­raz też wi­dy­wa­łem, jak nie­wi­docz­ny w ku­chen­nym ko­ry­ta­rzy­ku pluł do po­da­wa­nej Niem­com zupy.

Na prze­ło­mie lat 1943 i 1944, gdy roz­po­czę­ły się bom­bar­do­wa­nia Frank­fur­tu, Tyr­mand wy­je­chał do Wied­nia. Tam naj­pierw pra­co­wał jako pa­lacz w ho­te­lu, po­tem jako pu­cy­but. Miesz­kał ką­tem na stry­chu. A kie­dy – opo­wia­dał po la­tach Szczę­sno­wi­czo­wi – do­ja­dło mu już pu­co­wa­nie bu­tów es­es­ma­nom, wy­je­chał do Szcze­ci­na. Chciał prze­drzeć się do neu­tral­nej Szwe­cji. Za­mu­stro­wał się już na­wet na ja­kimś stat­ku, któ­ry wo­ził to­wa­ry do Nor­we­gii, ale zo­stał zła­pa­ny. Resz­tę woj­ny spę­dził w obo­zie. Opi­sał to po­tem w Nie­dzie­li w Sta­van­ger.

Na­stęp­nym ra­zem spo­tka­li się do­pie­ro rok po woj­nie. Szczę­sno­wicz pra­co­wał w wy­dzia­le kul­tu­ry sto­łecz­nej Rady Na­ro­do­wej, a Tyr­mand wła­śnie wró­cił do Pol­ski za­chę­co­ny wej­ściem Mi­ko­łaj­czy­ka do rzą­du jed­no­ści na­ro­do­wej.

– Zo­ba­czy­li­śmy się na przy­stan­ku tram­wa­jo­wym – wspo­mi­na Szczę­sno­wicz. – On na­tych­miast wró­cił do pla­nów, ja­kie snuł jesz­cze w Niem­czech. Chciał za­kła­dać ga­ze­tę, już dzie­lił po­sa­dy.

Ale to było nie­moż­li­we. Zbyt wie­lu lu­dzi miał prze­ciw so­bie. Jego przy­wią­za­nie do Za­cho­du nie po­do­ba­ło się ko­mu­ni­stom, a de­mon­stra­cyj­ny ka­to­li­cyzm dzia­ła­czom po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go, któ­rzy sie­dzie­li w wy­daw­nic­twach. Do­pie­ro Zły spo­wo­do­wał za­sad­ni­czą zmia­nę w jego ży­ciu. Szczę­sno­wicz spy­tał go kie­dyś, dla­cze­go ta książ­ka jest taka strasz­nie gru­ba.

– Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek będę mógł jesz­cze coś wy­dru­ko­wać – od­po­wie­dział.

W War­sza­wie Tyr­mand czę­sto wpa­dał do Szczę­sno­wi­czów na obia­dy. Dużo opo­wia­dał o jaz­zie, któ­ry uwa­żał za for­mę wal­ki z re­żi­mem. Ale jazz in­te­re­so­wał go tyl­ko tak dłu­go, do­pó­ki był za­ka­za­ny, do­pó­ki mu­siał kryć się w pod­zie­miu.

W 1957 roku Szczę­sno­wicz, któ­ry pra­co­wał już wte­dy w „Sztan­da­rze Mło­dych”, zor­ga­ni­zo­wał kon­kurs or­kiestr jaz­zo­wych. Przy­je­chał Wa­lic­ki z Ry­thm and Blu­esem i Mi­chaj Bu­ra­no, po­ma­ga­li mu Ro­man Wa­sch­ko i Krzysz­tof Sa­dow­ski. Pro­sił o współ­pra­cę tak­że Tyr­man­da, prze­cież nikt nie znał się na jaz­zie le­piej niż on. Od­mó­wił.

– Baw­cie się sami – po­wie­dział.

Dzien­nik 1954 Szczę­sno­wicz uwa­ża za mi­sty­fi­ka­cję.

– Czy­ta­no go naj­pierw w Ra­diu Wol­na Eu­ro­pa. Były w nim duże frag­men­ty, w któ­rych Tyr­mand pi­sał o mnie bar­dzo do­brze – wspo­mi­na. – W książ­ce nie po­zo­sta­ło z nich ani sło­wa.

Tyr­mand chciał go uka­rać, uwa­ża.

Po tak zwa­nym pro­ce­sie ta­ter­ni­ków, w któ­rym na kary wię­zie­nia ska­za­no kil­ko­ro mło­dych lu­dzi prze­my­ca­ją­cych do Pol­ski przez zie­lo­ną gra­ni­cę wy­daw­nic­twa pa­ry­skiej „Kul­tu­ry”, Szczę­sno­wicz na­pi­sał ar­ty­kuł, któ­re­go – jak mówi – dziś się wsty­dzi: Pa­choł­ko­wie księ­cia Gie­droy­cia. Wte­dy Tyr­mand po­sta­no­wił wy­kre­ślić go ze swe­go ży­cia.

Ale w opu­bli­ko­wa­nej w 1999 roku z rę­ko­pi­sów ory­gi­nal­nej wer­sji Dzien­ni­ka 1954 też nie ma frag­men­tów, któ­re Szczę­sno­wicz miał sły­szeć w ra­diu.

Ojciec chrzestny

An­drzej Mi­łosz, brat Cze­sła­wa i bra­ta­nek Oska­ra, po­znał Tyr­man­da przed woj­ną w War­sza­wie, pod­czas ja­kiejś dys­ku­sji w re­dak­cji dwu­ty­go­dni­ka „Orka na Ugo­rze”, pi­sma zbun­to­wa­nej, de­mo­kra­tycz­nie uspo­so­bio­nej mło­dzie­ży. Gdy póź­ną je­sie­nią 1939 roku uj­rzał go na uli­cach Wil­na, od razu na­wią­za­li kon­takt.

Wil­no, od­da­ne przez Ar­mię Czer­wo­ną Li­twi­nom, było mia­stem do­stat­nim. Nie było gło­du, ale do­ku­czał li­tew­ski na­cjo­na­lizm.

– Prze­le­wa­no wte­dy w Wil­nie mo­rze wód­ki – wspo­mi­na An­drzej Mi­łosz. – Z roz­pa­czy, z bez­na­dziei, lęku. Więk­szość uchodź­ców, a było ich wte­dy w Wil­nie bar­dzo wie­lu, od rana do wie­czo­ra była na nie­ustan­nej fali. Swia­to­pełk Kar­piń­ski wła­ści­wie za­pił się na śmierć.

Tyr­mand chciał jak naj­szyb­ciej ucie­kać na Za­chód, ale nie mógł wy­do­stać się z mia­sta. Był tyl­ko je­den ka­nał prze­rzu­to­wy, ko­le­ją trans­sy­be­ryj­ską do Ja­po­nii, jed­nak bar­dzo szyb­ko się za­pchał. Po­trzeb­na była ja­poń­ska wiza, za któ­rą fał­sze­rze li­czy­li so­bie bar­dzo sło­no. W do­dat­ku oka­za­ło się, że za każ­dym ra­zem ko­pio­wa­li tę samą wizę, wy­sta­wio­ną na na­zwi­sko Ro­sen­krantz. Do­ku­men­ty wy­pi­sy­wa­ne były po ja­poń­sku, więc nikt poza Ja­poń­czy­ka­mi nie mógł się w tym zo­rien­to­wać. Kie­dy wresz­cie po­ła­pa­no się w oszu­stwie, Tyr­mand, choć miał już pie­nią­dze na wizę, zo­stał na lo­dzie. Do War­sza­wy za­ję­tej przez Niem­ców prze­bi­jać się też nie było sen­su. Po­sta­no­wił prze­cze­kać.

Gdy w 1940 roku Li­twę po­now­nie za­ję­li Ro­sja­nie, Mi­łosz przy­je­chał do Wil­na zor­ga­ni­zo­wać punkt le­ga­li­za­cji do­ku­men­tów oso­bom, któ­rym gro­zi­ło aresz­to­wa­nie. Za­szedł też do sub­lo­ka­tor­skie­go po­ko­iku Tyr­man­da i do­wie­dział się, że ko­le­ga pra­cu­je w „Praw­dzie Kom­so­mol­skiej”. Obu­rzo­ny, w pierw­szej chwi­li chciał wyjść.

– Słu­chaj, ga­ze­ta wy­cho­dzi po pol­sku, ro­bią ją Po­la­cy, to je­dy­ny spo­sób, by spró­bo­wać prze­my­cić coś przez cen­zu­rę – tłu­ma­czył mu Tyr­mand.

Po­ka­zy­wał swo­je fe­lie­to­ny, mó­wił, że trze­ba prze­ra­żo­nych lu­dzi pod­trzy­my­wać na du­chu, upo­mi­nać się o pra­wo Po­la­ków do trak­to­wa­nia rów­ne­go z in­ny­mi. Po­kłó­ci­li się. Mi­łosz był wte­dy nie­prze­jed­na­ny. Uwa­żał, że nie moż­na do­ga­dy­wać się z kimś, kto 17 wrze­śnia wbił Pol­sce nóż w ple­cy. Wście­kły wy­szedł, ale kie­dy był na­stęp­nym ra­zem w Wil­nie, zno­wu za­stu­kał do po­ko­ju Tyr­man­da.

– Wpa­da­łem do nie­go, żeby po­ga­dać z kimś in­te­li­gent­nym – wspo­mi­na Mi­łosz. – Im­po­no­wał mi swo­ją by­stro­ścią. Pro­wa­dzi­li­śmy dłu­gie, noc­ne roz­mo­wy, jed­na­ko­wo pe­sy­mi­stycz­nie wi­dząc przy­szłość.

Po wej­ściu Ro­sjan z żyw­no­ścią było w Wil­nie co­raz go­rzej. Mi­łosz przy­wo­ził Tyr­man­do­wi z ro­dzin­ne­go ma­jąt­ku a to parę kilo kieł­ba­sy, a to wód­kę pę­dzo­ną po wsiach, cza­sem miód. A po par­ce­la­cji ma­jąt­ku sam też prze­niósł się do Wil­na. Za­czę­li spo­ty­kać się jesz­cze czę­ściej, prze­ga­du­jąc całe wie­czo­ry. Tyr­mand cią­gle szu­kał oka­zji do uciecz­ki. Po­wta­rzał, że tu może być tyl­ko go­rzej i że trze­ba ucie­kać w ogó­le z Eu­ro­py.

Ale da­lej pu­bli­ko­wał fe­lie­to­ny w „Praw­dzie Kom­so­mol­skiej”. Pi­sał, że Po­la­cy mu­szą dbać o swo­je szko­ły i wy­ko­rzy­sty­wać wszel­kie pra­wa, któ­re daje im Zwią­zek So­wiec­ki.

W oku­po­wa­nym Wil­nie nie trze­ba było wie­le, by zo­stać aresz­to­wa­nym. Do re­wi­zji wy­star­czył do­nos za­zdro­sne­go o dziew­czy­nę chło­pa­ka, któ­ry chciał po­zbyć się ry­wa­la, a zna­le­zio­na na pół­ce pol­ska książ­ka, choć­by Pi­sma, mowy i roz­ka­zy Pił­sud­skie­go, to było dość, by tra­fić do wię­zie­nia za spi­sko­wa­nie prze­ciw wła­dzy ra­dziec­kiej.

Re­stau­ra­cje peł­ne były ka­pu­siów, któ­rzy cze­ka­li tyl­ko, by ktoś coś po pi­ja­ne­mu chlap­nął. Dla­te­go Tyr­mand pił znacz­nie mniej niż inni, a wła­ści­wie nie pił pra­wie wca­le. Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z ry­zy­ka.

– Ale już wte­dy był ba­bia­rzem, jak mó­wi­ło się wów­czas po sta­ro­świec­ku – po­wia­da An­drzej Mi­łosz.

Po­ka­zy­wał się wciąż z no­wy­mi dziew­czy­na­mi. Były wśród nich ja­kieś kom­so­moł­ki, Bia­ło­ru­sin­ki, Ży­dów­ki, Po­lki. Ale była woj­na, a oni byli mło­dzi.

Mi­łosz, któ­ry uwa­żał, że na­le­ży do­ga­dy­wać się ra­czej z Li­twi­na­mi niż z Ro­sją, za­czął w pew­nym mo­men­cie ro­bić ja­kieś Mic­kie­wi­czow­skie in­sce­ni­za­cje w pol­skiej szko­le śred­niej. Wte­dy Tyr­mand ode­grał się.

– Wi­dzisz – try­um­fo­wał – te­raz sam współ­pra­cu­jesz z So­wie­ta­mi.