Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce - Mariusz Urbanek - ebook
Opis

Partner wydania: Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem

Autor najpoczytniejszych książek dla młodych czytelników, ojciec Koziołka Matołka, nie za bardzo lubił dzieci. Swoich nie miał. Twórca przesympatycznych bohaterek, nieprzewidywalnych i niezależnych młodych kobiet, był mizoginem. Zdeklarowany tradycjonalista i konserwatysta przyjaźnił się ze skamandrytami.

Kochał życie, nienawidził łzawych tragedii, a „Jontka z Halki powiesiłby z czystym sumieniem”. Niektórzy twierdzili, że był „bawidamkiem, kokietującym i mizdrzącym się do czytelników z minoderią salonowej lwicy”. Nałkowska nie cierpiała jego nieznośnego sentymentalizmu. W wydanej w 1953 roku Literaturze międzywojennej pisano, że Makuszyński nie gardzi „tanimi chwytami, schlebiającymi typowym gustom drobnomieszczańskim”.

II Rzeczpospolita w jego powieściach była szczęśliwym krajem dobrych ludzi. Komunistyczni decydenci zarzucali mu, że nie widział kontrastów i walki proletariatu z krwiożerczym kapitałem. Ale nie mieli racji. Zachowując humor, ironię, zachwyt światem i wiarę w ludzką dobroć, Makuszyński opisywał Polskę bez retuszu. Bieda, a wręcz skrajne ubóstwo, często boleśnie doświadczały jego powieściowych bohaterów. Autor znał je z własnego doświadczenia. Rodzinie wcześnie pozbawionej ojca wcale się nie przelewało i wczesne lata Kornela należały do zdecydowanie chudych. Jako bystry obserwator dostrzegał też, z jakimi trudnościami borykał się młody kraj.

Sam Makuszyński przeżywał wtedy swój najlepszy okres. Każda jego książka miała po trzy, cztery wydania – a niektóre nawet dziesięć. Jednak po latach prosperity los znowu się odwrócił. W czasie okupacji pisarz ledwo wiązał koniec z końcem, a po wojnie, nie godząc się na kompromisy, został reliktem minionej epoki. W 1951 roku jego powieści znalazły się na liście książek „ideologicznie szkodliwych”.

Na nic okazały się jednak starania komunistów, by skazać Makuszyńskiego na damnatio memoriae. Kolejne pokolenia zaczytywały się Szatanem z siódmej klasy i przeżywały przygody panny z mokrą głową wbrew głosom przed- i powojennych krytyków.

Próby czasu nie przetrwała tylko „dorosła” twórczość pisarza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SERIA BIOGRAFIE

Już w księgarniach:

Beata Chomątowska Lachert i Szanajca. Architekci awangardy

Aleksander Kaczorowski Havel. Zemsta bezsilnych

Małgorzata Czyńska Kobro. Skok w przestrzeń

Angelika Kuźniak Stryjeńska. Diabli nadali

Aleksander Kaczorowski Hrabal. Słodka apokalipsa

Stanisław Bereś Gajcy. W pierścieniu śmierci

Olga Szmidt Kownacka. Ta od Plastusia

MARIUSZ URBANEK

MAKUSZYŃSKI

O jednym takim,któremu ukradziono słońce

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu – o ile nie zaznaczono inaczej – pochodzą ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

Wybór fotografii Katarzyna Bułtowicz

Copyright © by Mariusz Urbanek, 2017

Redakcja Teresa Leśniak

Korekta Agata Czerwińska / d2d.pl, Monika Ples / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład pismami Secca i Charter ITC Sandra Trela / d2d.pl

Partner wydania: Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiegow Zakopanem

Wydawca dziękuje pani Dagmarze Schmidt i panu Rafałowi Jabłońskiemu-Zelkowi z Muzeum Tatrzańskiego za pomoc w odszukiwaniu fotografii.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-534-0

Nieważny wypadek w Bierucji

„Wiadomość o śmierci Kornela dwadzieścia lat temu byłby to wstrząs dla Warszawy, dzisiaj – jest to pewno nieważny wypadek w Bierucji” – napisał 2 sierpnia 1953 roku w swoim Dzienniku przebywający od kilkunastu lat na emigracji w USA poeta Jan Lechoń.

Chowano Makuszyńskiego w poniedziałek, 3 sierpnia. Zakopane tego dnia nie pracowało. Na Krupówkach pozamykano stragany i sklepy, opustoszały kawiarnie i biura, w kondukcie za trumną szło kilka tysięcy ludzi. Górale towarzyszyli swojemu pisarzowi w ostatniej drodze. Nie było tylko oficjalnych delegacji ministerstwa kultury i związku literatów. Władze rządzonej przez Bolesława Bieruta ludowej Polski nie chciały o Kornelu Makuszyńskim pamiętać. Zakopiański magistrat musiał się podporządkować.

– To nie nasz człowiek. Mamy na głowie ważniejsze sprawy, stonkę ziemniaczaną… – miała usłyszeć góralska działaczka, która dzień po śmierci Makuszyńskiego przybiegła do urzędu zapytać, kto zajmie się pogrzebem honorowego obywatela Zakopanego.

Po prostu obywatelstwo nadała pisarzowi przed wojną zupełnie inna władza.

Przez ostatnich sześć lat żył w zapomnieniu. W prasie literackiej nie pisano o nim w ogóle, w podręcznikach niechętnie i raczej źle. Po raz ostatni wznowiono jego książki w roku 1947, potem wycofywano z bibliotek nawet te, które już tam były. Nie pasował do nowych czasów. Druga Rzeczpospolita opisywana w jego powieściach była szczęśliwym krajem dobrych ludzi, a propaganda komunistycznej Polski malowała obraz rzeczywistości przed 1939 rokiem wyłącznie w czarnych kolorach. Zarzucano Makuszyńskiemu, że nie dostrzegał społecznych kontrastów i walki klas, toczonej na śmierć i życie przez pozbawiony praw proletariat i krwiożerczy kapitał. Przestał być potrzebny, choć jeszcze parę lat wcześniej jego książki były rozchwytywane: ukazywały się w wielotysięcznych nakładach, po kilka razy wznawiane i kochane przez dzieci.

W nowej Polsce nie było miejsca dla Uśmiechu Lwowa i Pieśni o Ojczyźnie, bo Lwów nie był już polski, a pieśni śpiewano innej ojczyźnie. Zabrakło miejsca także dla Awantury o Basię i Szatana z siódmej klasy, a nawet dla Koziołka Matołka i małpki Fiki-Miki. Makuszyński został zamilczany na śmierć.

O Makuszyńskim mówiono często – i przed wojną, i po niej – „pisarz ze słońcem w herbie”, odwołując się do tytułu jednej z jego powieści. Powtarzano to określenie w tytułach książek, artykułów, audycji, wystaw i konferencji popularnonaukowych jemu poświęconych. Bo tak było najprościej. I pasowało to do charakteru powieści Makuszyńskiego: radosnych, dowcipnych, niosących wiarę w tryumf dobra. Ale po II wojnie światowej przestało to już do pisarza pasować. On chciał dalej dzielić się z czytelnikami swoim przekonaniem o szlachetności ludzi, ktoś jednak postanowił, że to już niepotrzebne. Słońce z jego herbu skradziono.

Pogrzeb miał góralski. Poprosili o to żonę pisarza sami górale. Z willi Opolanka przy ulicy Tetmajera 15 w Zakopanem, gdzie spędził ostatnie lata życia, trumnę z ciałem honorowego zakopiańczyka wynieśli górale w odświętnych cuchach. Umieszczono ją na zaprzężonym w konie wozie wysłanym gałęziami świeżej jedliny i kosówki. Kondukt szedł przy dźwiękach Sabałowej nuty granej przez kapelę Obrochtów. Po mszy w kościele parafialnym na Krupówkach poniesiono Makuszyńskiego na maleńki cmentarz na Pęksowym Brzyzku, gdzie pochowani są ludzie najbardziej dla Zakopanego zasłużeni: piewca zakopiańskiej przyrody, lekarz i taternik Tytus Chałubiński, legendarny góralski przewodnik i bajarz Jan Krzeptowski-Sabała, malarz i architekt Stanisław Witkiewicz, poeta i powieściopisarz Kazimierz Przerwa-Tetmajer, dramaturg i prozaik Władysław Orkan.

Kornel Makuszyński w Zakopanem, lata czterdzieste. Znajomym żalił się, że z powojennej Polski nie ma gdzie uciec. Ani przed pogodą, ani przed biedą.

Do trumny włożono białą różę, którą dzień wcześniej przyniósł do Opolanki mały chłopiec. W imieniu pisarzy przemówił mieszkający w Zakopanem Roman Brandstaetter: „Był dobrym człowiekiem. Był jednym z tych, którzy dobroć utożsamiali z mądrością, a talent z charakterem”. Bo wiedział, że nie można być wielkim pisarzem, będąc złym człowiekiem, dodał. Jako drugi żegnał Honornego Gazdę i Mistrza wnuk Jana Sabały poeta Adam Pach: „Godnie se zasłuzył na tym świecie. Swojom gwarom i swoim piórem umiloł ludziom zycie…”.

„Są ludzie, którzy nie powinni umierać, którzy nie pasują do śmierci, o których trudno myśleć jak o zmarłych – napisał Kazimierz Wierzyński. – Do takich należał Kornel Makuszyński”.

Krótko po pogrzebie do domu przy Tetmajera 15 zapukali urzędnicy z zakopiańskiego magistratu. Przyszli poinformować wdowę, że mieszkanie, do którego rok wcześniej dokwaterowano już chorego na gruźlicę sublokatora z żoną i synem, uznając je za zbyt obszerne dla Makuszyńskich, dla jednej osoby (plus gosposia) stało się jeszcze bardziej za duże. Jakiś czas potem przymusowy sąsiad przyniósł przydział na kolejny pokój. Planowano wyburzenie jednej ze ścian i nowy podział lokalu.

Janina Gluzińska-Makuszyńska zwróciła się o pomoc do ministra kultury Włodzimierza Sokorskiego i prezesa Związku Literatów Polskich Leona Kruczkowskiego. Związek poparł „wdowę po zasłużonym pisarzu”, który nie mógł już niczego niebezpiecznego napisać i nikomu zaszkodzić. Minister interweniował w zakopiańskim magistracie, poprosił o wstrzymanie wszelkich decyzji w sprawie mieszkania Makuszyńskich. Pomogło, ale to nie był jeszcze koniec walki. Któregoś dnia sąsiad w asyście milicji zaczął rozbijać dzielącą pokoje ścianę. Dopiero demonstracyjny telefon wdowy do premiera Józefa Cyrankiewicza wstrzymał eksmisję. Dziękowała potem „głęboko wdzięczna i wzruszona” premierowi, wicepremierowi i ministrowi kultury, że „zechcieli poświęcić swój cenny czas i uwagę tak drobnej sprawie”. Sama, by uniknąć oskarżeń, że zajmuje zbyt duże mieszkanie, zgodziła się prowadzić w domu lekcje dla dzieci ze szkoły muzycznej w Zakopanem. Przyjęła też sublokatorkę − zaprzyjaźniona z nią Stefania Jefer mieszkała przez dziewięć lat w pokoju bez drzwi na końcu amfiladowego mieszkania. A Janina Makuszyńska do końca życia bała się zostawić mieszkanie bez opieki. Gdy wychodziła, gosposi nie wolno było nikogo wpuszczać. Nie zmieniło się to nawet po wyłączeniu mieszkania w Opolance spod władzy kwaterunku.

W połowie lat sześćdziesiątych Janina Gluzińska-Makuszyńska zapisała całe wyposażenie mieszkania „społeczeństwu polskiemu”, z przeznaczeniem na przyszłe muzeum Kornela Makuszyńskiego. Rękopisy, księgozbiór, bogatą korespondencję, meble, zegary, rzeźby i osiemdziesiąt sześć obrazów, w tym prace Witkacego, Stanisława Wyspiańskiego, Leona Wyczółkowskiego, Juliana Fałata, Kazimierza Sichulskiego, Władysława Skoczylasa i Jana Styki. Kolekcję wyceniono na ponad trzy miliony złotych (wartość złotówki była wtedy porównywalna z dzisiejszą). W testamencie zastrzegła jedynie, że darowizna obejmuje wszystkie pokoje mieszkania, także ten, który wcześniej pisarzowi odebrano. Mogą być najwyżej przeznaczone na miejsce pracy dla osób chcących studiować twórczość autora Panny z mokrą głową. Dopiero wtedy, po dłuższej korespondencji z ministerstwem kultury, magistrat zgodził się wyłączyć spod kwaterunku mieszkanie przy ulicy Tetmajera 15 i wydzierżawić je Muzeum Tatrzańskiemu na potrzeby „Punktu muzealnego pamiątek po Kornelu Makuszyńskim”. Janina Makuszyńska zobowiązała się do utrzymywania punktu i opieki nad zbiorami. W zamian pozwolono jej nadal mieszkać w jednym pokoju z kuchnią i zatrudniono na pół etatu jako dozorczynię i sprzątaczkę punktu muzealnego. Do końca życia Pani Janina oprowadzała zwiedzających po swoim dawnym mieszkaniu.

„Staram się pracować dobrze” − powiedziała dziennikarzowi Leszkowi Mazanowi w połowie 1972 roku, trzy miesiące przed śmiercią. Nie chciała wspominać najtrudniejszego okresu po śmierci męża. Nie chciała napisać pamiętników. To byłaby najsmutniejsza książka podpisana nazwiskiem Makuszyński, tłumaczyła Mazanowi.

W 1955 roku zaczęła się w Polsce polityczna odwilż. Dwa lata po śmierci pisarza zaczęto znów wydawać jego książki. Domagali się tego starsi czytelnicy, bo w gazetach pisano już wtedy o nieznanym młodemu pokoleniu, zapomnianym pisarzu z Zakopanego.

Kilka lat później − po sukcesach wznawianych książek i filmów na podstawie Awantury o Basię, Szatana z siódmej klasy czy O dwóch takich, co ukradli księżyc oraz idących w miliony nakładach książeczek o Koziołku Matołku − rozpoczął się powrót Makuszyńskiego do świadomości czytelników.

I

Ze Stryja do Lwowa (przez Przemyśl)

Kornel był siódmym dzieckiem Edwarda Makuszyńskiego, niegdyś pułkownika c.k. armii Austro-Węgier, a później urzędnika w kancelarii gminy w Brzozowej koło Krosna, i Julii z Ogonowskich.

Miał sześć sióstr (pięć starszych), jedyny brat zmarł kilka miesięcy po urodzeniu.

Ojciec pewnie się ucieszył, gdy wreszcie przyszedł na świat dziedzic nazwiska (drugie imię – Edward, otrzymał po ojcu), ale na jakieś szczególne związane z tym przywileje Kornel liczyć nie mógł. Radość z narodzonego 8 stycznia 1884 roku męskiego potomka była pomniejszona o kłopot wiążący się z wykarmieniem kolejnego dziecka.

Makuszyńscy nigdy nie byli zbyt bogaci, a gdy zabrakło Edwarda, ich sytuacja jeszcze się pogorszyła. Kornel miał zaledwie dwanaście lat, gdy umarł mu ojciec i Julia Makuszyńska musiała korzystać z pomocy krewnych i przyjaciół, by utrzymać liczną rodzinę. „Syn źle sytuowanej wdowy po urzędniku wojskowym” – wspominał gimnazjalnego kolegę Stanisław Wasylewski.

Siostrzenica Makuszyńskiego Jadwiga Tarnawska wspominała po latach rodzinne opowieści o niesfornym wuju, który uciekał z domu na błonia nad rzeką Stryj bawić się z kolegami w Indian. Bywały dni, kiedy matka chowała synowi buty, żeby siedział w domu i – co było równie istotne – nie niszczył drogich trzewików. On jednak „potrafił tak długo myszkować po mieszkaniu, aż te buty znalazł” – opowiadała siostrzenica.

Dlatego nie dziwią pojawiające się we wspomnieniach Kornela Makuszyńskiego, zwłaszcza w Bezgrzesznych latach, obrazy ubogiego dzieciństwa. Zapamiętał jeden jedyny prezent, jaki dostał na Gwiazdkę, a było to… „przyrzeczenie, że dostanie skarpetki”. W dodatku obietnica ta nigdy nie została dotrzymana.

W utrzymaniu gromadki dzieci pomagał wdowie Leonard Tarnawski (zbieżność nazwisk jego i siostrzenicy przypadkowa), adwokat, radny miejski w Przemyślu, a później także poseł do sejmu galicyjskiego. Był ojcem jednego ze szkolnych kolegów Kornela, w przyszłości tłumacza Szekspira i profesora na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie Władysława Tarnawskiego. Makuszyński często wspominał dobroczyńcę rodziny, opisywał też spektakle amatorskiego teatru, w których brał udział w mieszkaniu rodziców Władka. Któregoś razu wystawili Zemstę Fredry. Z ogromnym sukcesem, choć sława trwała bardzo krótko. Zespół przestał istnieć, bo młodzi aktorzy pokłócili się o dziewczynę, która w przedstawieniu grała Klarę. „Wszystkim nam zawróciła w głowie” – przyznał po latach Makuszyński.

Gdyby przejrzeć spisy urzędowe gimnazjów w Stryju, potem w Przemyślu, wreszcie IV gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie (w tym samym czasie co Makuszyński chodzili tam: Kazimierz Wierzyński, przyszły słynny poeta, Stanisław Wasylewski, później dziennikarz, eseista i autor opowiadań, oraz Juliusz Kleiner, wybitny historyk literatury, a chwilę później Wilam Horzyca, reżyser i zastępca dyrektora Teatru Narodowego), łatwo można by prześledzić, jak z dobrego ucznia, czasem nawet celującego, robi się powoli matoł, wspominał Kornel Makuszyński. Odpowiadając na ankietę: Jak się uczyli współcześni wybitni pisarze polscy?, napisał, że trzeba było go przepychać z klasy do klasy szczególnie z przedmiotów ścisłych, bo drugiego gimnazjalisty tak tępego w matematyce, chemii i fizyce jak on nikt wcześniej nie widział. Nie potrafił dostrzec żadnego pożytku z nauki trygonometrii, pożerał za to książki, przede wszystkim kolejne tomy Szekspira, dzieła Żeromskiego, Trylogię Sienkiewicza i Wesele Wyspiańskiego. Dzięki opiece, którą otoczyli go nauczyciele literatury, łaciny i greki, udało mu się dobrnąć do matury, choć inni pedagodzy nie wróżyli mu dobrej przyszłości, a matematyk wręcz odsyłał go na naukę zawodu do szewca. „Słusznie…” – kokieteryjnie stwierdził po latach Makuszyński, kiedy już nie tylko pisał, ale także publikował wiersze.

Rozpoczął szkolną edukację w 1894 roku w Stryju. Właśnie tam poznał go Wasylewski. Wspominał nawet jakieś wspólne z Kornelem wagary na stryjskich Łanach, kąpiele w rzece i czas spędzany na grze w kiczkę (czyli na odbijaniu pałkami przez dwie drużyny kawałka drewna tak długo, aż jednej spadł na ziemię), ale się nie zaprzyjaźnili. Po pierwsze Makuszyński był rok starszy, a to w ich wieku stanowiło przepaść trudną do pokonania, a po drugie należeli do różnych klas społecznych, co miało wówczas duże znaczenie. Kornel był synem zubożałej wdowy, ojciec Wasylewskiego, inżynier w warsztatach Austriackich Kolei Państwowych, należał do elity miasteczka.

Stanisław zapamiętał starszego kolegę jako szkolnego wesołka, wiecznie wymyślającego jakieś dowcipy. Na przerwach dokarmiał go nawet kęsami bułki z masłem, w którą zaopatrywała go co rano matka. Nie lubił go jednak ani wtedy, ani w dorosłym życiu, kiedy ich zawodowe drogi dość często się krzyżowały. W mało przychylnych Makuszyńskiemu wspomnieniach pisał o nim „Kornelek”, „Kornelcio”, a nawet „Makusrajko”, choć jednocześnie przyznawał, że „żal było, gdy się wesołek nie jawił na przerwie”. Starszy kolega raczej nie żywił do Staszka niechęci, bo po latach napisał: „Wasylewski, dzisiaj pisarz rozkoszny, buszował razem ze mną i razem wydostawaliśmy spod ziemi książki”.

Makuszyński zadebiutował jako składacz rymów wcześnie, mając zaledwie jedenaście lat, w pierwszej klasie gimnazjum w Stryju. Dokładna data się nie zachowała, ale musiała to być zima. I to mroźna zima, bo staw nieopodal szkoły zamarzł i zmienił się w ślizgawkę, na której uczniowie spędzali każdą wolną chwilę. Do dnia, kiedy gimnazjalny katecheta, który miłość do Boga wbijał młodzieży ciężką ręką uzbrojoną w linijkę, zakazał zabaw na lodzie. Wzburzeni gimnazjaliści szukali uzasadnienia zakazu w katechizmie, a nawet w samym Piśmie Świętym, ale nic tam o ślizgawkach nie znaleźli. Mojżesz w żadnym miejscu nie zakazywał Żydom zabaw na lodzie. Ale katecheta był nieubłagany. Wtedy Makuszyński postanowił, że ułoży wiersz. A raczej nie wiersz, lecz satyrę, taką, jakiej jeszcze świat ani miasto Stryj nie widziały. Miała to być „satyra krwawa jak trzydziestoletnia wojna, jak rzeźnia miejska, satyra pełna żółci, octu, jadu, trucizn i klątwy” – wspominał. Nie zważając na konsekwencje, napisał:

Na próżno jędza

w ubraniu księdza

z lodu nas spędza!

W pierwszej b klasie

w zimowym czasie

nikt mu nie da się!!!

Druga zwrotka była ponoć jeszcze bardziej dla katechety okrutna, ale autor jej nie zapamiętał. Został oczywiście szkolnym bohaterem, uczniowie z podziwem i rozkoszą przekazywali sobie z ust do ust strofy wymierzone w tyrana w koloratce. Wkrótce jednak okazało się, że sława ma dwie strony, bo jakiś zdrajca doniósł księdzu, kto napisał poemat, i katecheta wymierzył autorowi sprawiedliwość, najmocniej, jak potrafił. „Rozmyślałem potem, że nie powinni pozwolić, aby ksiądz był tak mocny w ręku” – wspominał Makuszyński. Miał tylko tę satysfakcję, że kiedy wreszcie wydało się, kto zdradził, do samego końca roku szkolnego nikt wiarołomcy nie podpowiedział ani nie dał odpisać zadania podczas klasówki. Za to męczennikowi pomagali wszyscy. Rosła także legenda klasowego wieszcza. Katecheta jednak nie odpuścił, uczeń szargający autorytet sutanny musiał szkołę opuścić. Po pierwszej klasie Makuszyński przeniósł się do gimnazjum w Przemyślu i zamieszkał u rodziny.

Pisał coraz więcej, zwłaszcza długie wiersze na tematy historyczne, które opatrywał dostojnymi tytułami po łacinie. Rymował nawet zadania domowe z języka polskiego. „Było to raczej zawiązywanie rymom końskich ogonów, lecz mi się zdawało, że »potężnym« jestem poetą” – wspominał tamte czasy w liście do nauczyciela przemyskiego gimnazjum. Jeden z wierszy mówił o tym, jak król Jan III Sobieski podstępem zmusił cesarza Leopolda I, żeby ukłonił mu się pierwszy. Podniósł dłoń, ale udał tylko, że zamierza zdjąć nakrycie głowy. Leopold dał się nabrać i uchylił swojego. Dopiero wtedy zrozumiał, że został oszukany.

Cesarz się bardzo po niemiecku dąsa,

Że Sobieski nie do czapki, lecz sięgnął do wąsa.

Więc na przyszłość, cesarzu, popamiętaj o tem,

Że najpierw się masz kłaniać, a król polski potem!

W trzeciej klasie zaczął tworzyć także wiersze miłosne. Układał je na zamówienie kolegów, starannym, kaligraficznym pismem i czerwonym jak krew atramentem. Pierwszy wiersz powstał na konkurs ogłoszony przez zakochanego ucznia ze starszej klasy – jego wybranka oświadczyła, że może poślubić wyłącznie poetę. Ponieważ adorator sam rymować nie umiał, postanowił kupić poemat u kogoś biegłego w składaniu słów. Nagroda dla zwycięzcy konkursu była kusząca: dwie kiełbaski i bułka fundowane przez przyszłego beneficjenta względów dziewczęcia.

Kornel Makuszyński postanowił wziąć udział w konkursie, tym bardziej że obiecana zapłata musiała budzić pożądanie wiecznie głodnego nastolatka. Obejrzał bohaterkę wiersza i naciągając nieco rzeczywistość (dziewczyna była zezowata i miała piegi, co dyskretnie pominął), stworzył, jak wspominał, poemat „tak cudownej piękności, tak rzewny i pełen miłości tak wielkiej, iż jej zezowate oczy zaszły łzami”. Dwa rymy ściągnął od Słowackiego, ale uczciwie podał w przypisie, że to z wieszcza, więc wszystko było w porządku, a nawet wzbudziło jeszcze większy podziw dla poetyckich kompetencji autora. Musiał wygrać. I wygrał.

Jednak ostatecznie z przemyskiego gimnazjum też wyleciał. Za pojedynek. I to o kobietę. No, o dziewczynę. „Złotowłosą i szarooką” córkę radcy sądowego Kazię, tak prześliczną, że „wszyscy patrzyli na nią ze zdumieniem, nie wierząc, aby kobieta mogła być tak piękna”. Ale był problem. W Kazi zakochał się także kolega Zygmunt, rozstrzygnąć miał więc pojedynek.

Zdobyte jakimś cudem zardzewiałe rewolwery zostały nabite gwoździami, tłuczonym szkłem, gazetami i prochem. Wypalili, Kornel upadł, bardziej ze strachu niż odniesionych ran, a w rewolwerze Zygmunta ładunek rozsadził lufę, niegroźnie go kalecząc. Wieść o tym zajściu szybko się po Przemyślu rozeszła i awanturnicy właściwie nie mieli po co wracać do gimnazjum. Na dobitkę wkrótce okazało się, że Kazia na uczucia smarkaczy z drugiej klasy w ogóle nie ma zamiaru zwracać uwagi, bo kocha się w czwartoklasiście.

Lekcja była bolesna, więc gdy kolejny raz próbował zdobyć względy dziewczyny, Inki Leszczyńskiej („stworzenie było śliczne i bardzo czarne”), nie sięgnął już po broń palną. By dowieść szczerego afektu, przy świadkach zjadł na cześć wybranki litr czereśni z pestkami. Ale nie doczekał się za to nawet uśmiechu, bo rywal skonsumował sztuczne kwiaty z kapelusika dziewczyny. W dodatku ze wstążką! Przegrana była bezsporna.

W IV Gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie Kornel Makuszyński pojawił się trzeciego dnia roku szkolnego 1896/1897 „w podniszczonym mundurku, wychudzony i zbiedzony” – tak zapamiętał go Henryk Cudnowski (wtedy jeszcze nosił nazwisko Cudek), w dorosłym życiu aktor i reżyser teatralny. „Korneliusz Makuszyński” – przedstawił się kolegom, potrząsając bujną jeszcze wtedy czupryną. Uważał, że imię pożyczone od rzymskiego historyka Publiusza Korneliusza Tacyta, którego dzieła gimnazjaliści musieli studiować na lekcjach łaciny, zabrzmi dużo lepiej niż banalny Kornel. A potem usiadł na wskazanym przez wychowawcę miejscu, obok Cudnowskiego. Podczas pauzy zaczęli rozmawiać. Nowy pochwalił się, że przeszedł piechotą prawie sto kilometrów z Przemyśla do Lwowa, bo pieniądze, które dostał na bilet kolejowy, wolał zachować na inne wydatki. Brzmiało to dość nieprawdopodobnie, ale nie takie rzeczy opowiadają sobie nastolatki. Polubili się. Obaj uwielbiali Trylogię i teatr, więc tematów nie brakowało. Potrafili przez wiele godzin rozmawiać językiem Zagłoby i Wołodyjowskiego, a kiedy jeszcze okazało się, że Cudnowski może za darmo wchodzić za kulisy lwowskiego teatru, a czasem nawet zabierać ze sobą nowego kolegę, przyjaźń została przypieczętowana.

Razem chodzili do szkoły, po drodze wywołując z domu młodszego o rok Julka Kleinera. O sobie Kornel opowiadał jednak mało, pytania o rodzinę zbywał milczeniem. Często za to wspominał doktora Leonarda Tarnawskiego. Cudnowski domyślił się, że majętny prawnik pomaga matce kolegi, pozbawionej po śmierci męża stałego dochodu.

Makuszyński zamieszkał w wynajętym pokoju na Kleparowie, ale długo kolegi do siebie nie zapraszał. Żegnał się w połowie Kleparowskiej i dalej szedł sam. Wstydził się, bo pokój miał „u Siegla”, a to nie był najlepszy adres w mieście. Siegel, właściciel przedsiębiorstwa asenizacyjnego, zajmował się także łapaniem i uśmiercaniem bezpańskich psów, czyli był hyclem. Jego kamienica stała niedaleko tzw. Góry Stracenia, powszechnie nazywanej Hyclową Górą. Wcześniej wieszano tam skazanych na śmierć złoczyńców, a później także buntowników przeciwko władzy. Stąd właśnie wzięła się nazwa wzgórza.

Kornel był wniebowzięty, kiedy Cudnowski pierwszy raz zabrał go za teatralne kulisy. Z nabożeństwem dotykał dekoracji, z podziwem oglądał maszynę imitującą grzmoty, gdy na scenie potrzebna była burza, ale największą fascynację chłopca wzbudziła sznurownia (tzw. sznurboden). Na końcu każdego sznura przyczepiony był fragment dekoracji, opuszczany w razie potrzeby i zgodnie z rozwojem akcji. A co jeszcze ważniejsze, ze szczytu sznurowni można było zobaczyć wszystko, co się działo na scenie. Trzeba było tylko sprytnie ukryć się przed maszynistami odpowiedzialnymi za dekoracje, więc zafascynowany teatrem gimnazjalista wspinał się coraz wyżej na kolejne poziomy sznurbodenu.

Nie przepuszczał żadnej okazji, żeby dostać się za kulisy i na jaskółkę sznurowni. Przedstawienie Cyrano de Bergerac według sztuki Edmonda Rostanda widział dwadzieścia cztery razy. „Z tego prostego powodu tylko tyle razy, bo go więcej nie grano” – napisał. W pewnym momencie nie potrzebował już nawet pośrednictwa. „Jakim cudem wymykał się cerberowi przy wejściu – zostało już jego tajemnicą” – wspominał Cudnowski. Sam na najwyższy poziom sznurbodenu zaglądał rzadko. Kiedy raz wgramolił się tam za Makuszyńskim, uznał, że efekt nie jest wart włożonego wysiłku. Słowa aktorów były ledwo słyszalne, a widok z góry mało ciekawy: „Oglądaliśmy jedynie różnego rodzaju peruki występujących artystów”.

Ale i eskapady Makuszyńskiego osiągnęły kres. Któregoś wieczora, schodząc ze swojej „loży” na najwyższym piętrze sznurowni, natknął się na grających w karty maszynistów. Ujawnienie oznaczało koniec darmowych atrakcji, więc postanowił zaczekać, aż skończą i pójdą sobie. Ale zanim oni dobrnęli do finału, on zasnął na twardej podłodze. Tak go zastał nocny stróż. Widząc jednak gimnazjalistę w mundurku, nie zawołał policji, tylko wyrzucił chłopaka z teatru. Odtąd Kornel nie mógł już liczyć na darmowy wstęp za kulisy. Mógł tylko mieć nadzieję, że główny kontroler pan Ringer raz w tygodniu zlituje się i wpuści go bez biletu na teatralny paradyz. Bo na niezauważone przemknięcie w tłumie chętnych na najtańsze miejsca szanse były coraz mniejsze. Bileterzy skrupulatnie wyłapywali gapowiczów, a młodszym dodatkowo nie szczędzili bolesnych kuksańców.

Chcąc więc dalej bywać w teatrze, chłopcy musieli poszukać jakiegoś źródła dochodu. Najlepiej korepetycji. Obaj byli już w czwartej klasie, więc bez problemu mogli pomagać w nauce uczniom zaczynającym dopiero gimnazjalną drogę. Cudnowski odpowiedział na anons w gazecie i znalazł podopiecznego, a Kornel zaczął uczyć siostrzeńca Henryka – Antka. Dostawał za to dziesięć koron miesięcznie (Henryk tylko osiem), w dodatku on i cierpiący na wstręt do nauki pupil szybko się dogadali, że lekcje nie zawsze są najważniejsze.

– Antek, lekcja! – wołał, ale na widok skrzywionej miny ucznia miękł: – No co? Nie chcesz mieć lekcji? – I znacznie już ciszej, żeby nie usłyszała matka Antka, pytał: – A koronę masz? Odpowiedź była oczywista:

– Będę miał.

Cudnowski ze zdziwieniem patrzył, jak leniwy zwykle siostrzeniec szybko biegnie do apteki ojca na sąsiedniej ulicy, by pod jakimś pretekstem wyłudzić srebrną koronę. „Zaczął się tedy dla Makuszyńskiego, jeżeli idzie o finanse, »wiek złoty«, albo raczej »posrebrzany«” – wspominał. Zwłaszcza gdy Kornel zdobył kolejne korepetycje, u państwa Goldmanów. Było go odtąd stać nie tylko na lepsze ubrania, a od czasu do czasu na jakiś tańszy bilet do teatru, ale nawet na bilard w szynku Magenheima przy Janowskiej, dokąd oczywiście zapraszał także przyjaciela. Okazało się, że jest bilardowym mistrzem i musiał dawać koledze fory, nigdy jednak nie ujawnił, gdzie się nauczył tak dobrze grać. Bilardowe wyprawy nie spodobały się matce Henryka. Zagroziła, że jeśli będą się powtarzać, przestanie zapraszać Makuszyńskiego, a to oznaczało także odcięcie go od obiadów, które co niedzielę szykowała. Teatr był zdecydowanie bardziej bezpieczny.

Postanowili razem z grupą zaprzyjaźnionych gimnazjalistów wystawić Zbójców Schillera. Na początek każdy miał obejrzeć jak najwięcej razy sztukę graną przez zawodowych aktorów w Teatrze Skarbkowskim, co było o tyle łatwe, że bilety na szkolne spektakle w sobotnie popołudnia były bardzo tanie. Podczas prób do przedstawienia powtarzali zapamiętane sceny i gesty aktorów, aż wreszcie przyszedł czas na premierę. Odbyła się późną jesienią 1897 roku w jakiejś wynajętej za grosze salce, której nikt inny wynajmować nie chciał, potem grywali także w prywatnych mieszkaniach. Cudnowski był reżyserem i odtwórcą roli Franciszka, Makuszyński grał starego hrabiego Moora.

Nie występowali za darmo, bilety na ich spektakle kosztowały pięć centów, tyle co najtańsze wejściówki na galerię podczas popołudniówek w zawodowym teatrze. Widzowie zwykle przymykali oko na nieuchronne aktorskie i inscenizacyjne niedoskonałości, ale nad niektórymi nie dało się przejść do porządku dziennego. Jak w ów feralny wieczór, kiedy wystawili Zbójców w mieszkaniu szkolnego kolegi Edka Hirszprunga. Już w pierwszym akcie Makuszyńskiemu odpadła sztuczna broda − publiczność nie była w stanie powstrzymać wybuchów śmiechu i trzeba było spuścić kurtynę. A gdy na dodatek Muszka, mops gospodarzy, zaatakowała Cudnowskiego, przedstawienie padło ostatecznie, a widzowie zażądali zwrotu pieniędzy. „Był to ostatni występ Makuszyńskiego, który do dalszych przedstawień nie dał się uprosić” – wspominał Cudnowski.

Na ich wzajemne relacje to jednak nie wpłynęło. Zwłaszcza w szkole, gdzie musieli zewrzeć siły w obronie przed nauczycielem matematyki księdzem kanonikiem Janem Kosteckim, doktorem filozofii i teologii. Był członkiem utrzymywanego za carskie ruble stronnictwa staroruskiego, rusofilem i konserwatystą, czego nie ukrywał. Niski, chudy, krótko ostrzyżony, o malutkich, świdrujących oczkach, patriotycznie nastawionych uczniów, a już zwłaszcza zaczynającego właśnie pisać Makuszyńskiego, miał za durniów (diurniów, jak mówił). Znęcał się nad Kornelem za każdym razem, kiedy wyrywał go do odpowiedzi, czyli prawie co lekcję. Jeszcze gorzej było, gdy się dowiedział, że pisze wiersze.

– Panie diurniu, a co? Znowu nie umiemy? Nie chce się panu, panie diurniu, uczyć matematyki, woli się pisać jakieś tam misztygałki…

Te misztygałki to był wiersz – pierwszy, który został wydrukowany – na cześć Henryka Sienkiewicza. W Bezgrzesznych latach można przeczytać, że powstał po wizycie autora Trylogii we Lwowie, ale to raczej pomyłka. Sienkiewicz był we Lwowie w roku 1900, tymczasem Makuszyński opowiada o utworze, który dwa lata wcześniej został wydrukowany na pierwszej stronie pisma dla młodzieży szkolnej „Polonia”. Był „głupi, ale napisany całym sercem”, egzaltowany, pełen patosu i uwielbienia, miały się w nim rymować „łany”, „kurhany” i „hetmany”, „blizna” i „Ojczyzna”, ale najważniejszy był podpis głoszący całemu światu, że autorem jest „Kornel Makuszyński, uczeń IV klasy gimnazjalnej”.

Być może Makuszyński tak zapamiętał przechowywany w muzeum w Zakopanem utwór Słysz, Polsko!, który ukazał się w „Polonii” w roku 1901 – Makuszyński miał już lat siedemnaście z okładem, wiersz wcale nie był podpisany imieniem i nazwiskiem, tylko pseudonimem Witold Oksza, nie ma też w nim rymów blizna – Ojczyzna czy hetmany – kurhany, patriotycznych uniesień, bicia w piersi i młodzieńczej egzaltacji jest za to dość:

Oto się bijem w obnażone piersi –

A pięści nasze z żalu są jak młoty!…

Bo niźli kruszec słota sąśmy szczersi,

Posępni dumą namiętnej tęsknoty,

Bo w duszach huczy nam podziemna skarga

Co – nie wybuchnie! Globem nie zatarga!

Spowiedzi naszej słuchaj, Polsko!… Oto

Ważym się wyznać, iżeśmy duchami

Bywali w gnuśne pogrążeni błoto,

Co nasyceniem płaskim w hańbę plami

Że za spokoju liczman, jak Judasze,

My sprzedawali harde myśli nasze! […]

Kiedy więc po szkole zaczął krążyć złośliwy dwuwiersz pod adresem nauczyciela matematyki i księdza kanonika w jednym, podejrzenie musiało paść na jedynego poetę w gimnazjum. Fraszka brzmiała:

Kto carskich rubli pełne ma niecki –

Zgadnijcie, proszę: to jest…

Odpowiedź była oczywista. Właścicielem kieszeni wypchanej carskimi srebrnikami był ani chybi ksiądz kanonik Kostecki. Nie miał też wątpliwości matematyk, który doniósł o szkalującym go utworze dyrektorowi, i nie miał sam dyrektor, który wezwał do siebie… Makuszyńskiego.

Ani dyrektor, ani ksiądz długo nie chcieli uwierzyć, że autorem może być ktoś inny. Dopiero śledztwo i ostateczne przyznanie się prawdziwych winowajców (jednym był Cudnowski) uratowały podejrzanego. Dyrektor, który najwyraźniej też za księdzem profesorem nie przepadał, tylko pogroził palcem „poetom”:

– Nie róbcież konkurencji Kornelowi.

Makuszyński, wspominając księdza kanonika w Bezgrzesznych latach, napisał, że udawał tylko tyrana, a naprawdę to była z niego „przezacna dusza” i patrzył na matematyczną tępotę piszącego wiersze ucznia przez palce. „Pomnik ci postawią, a ja ci dam pałę!” – straszył, a potem i tak się ulitował nad delikwentem. Najtrudniejsze pytanie, jakie zadał Makuszyńskiemu na maturze, brzmiało: „ile jest siedem razy siedem”. Nie próbował sprawdzać, co uczeń wie na temat rozbijania atomów czy skraplania powietrza, bo zapewne nie miał wątpliwości, że nie wie niczego, co by umożliwiło postawienie pozytywnej oceny.

Mimo wszystko relacja Cudnowskiego wydaje się bardziej prawdopodobna niż wspomnienie pisarza, który nie potrafił do nikogo żywić urazy. Tym bardziej że i Stanisław Wasylewski dobrze zapamiętał wojnę, którą wypowiedział Makuszyńskiemu matematyk w sutannie. Napisał nawet, że Kostecki oblał go na maturze (wtedy mówiło się „spalił”) i uczeń musiał po wakacjach zdawać egzamin poprawkowy, ale to raczej też nie była prawda. Na świadectwie maturalnym pisarza – pozytywnym! – widnieje adnotacja „zdawał po raz pierwszy”. Choć nie wyklucza to poprawki na koniec którejś z wcześniejszych klas. Żadnego roku jednak nie powtarzał.

„Przyjaźń moja z Makuszyńskim po tym zdarzeniu jeszcze bardziej się zacieśniła” – podsumował Cudnowski konflikt z kanonikiem. Przez kilka lat siedzieli w jednej ławce i doprowadzili podpowiadanie do perfekcji. Było to konieczne, bo obaj nie bardzo przykładali się do nauki. Kornel także w tym przodował: w starszych klasach miał jeden kajet do wszystkiego – matematyki, polskiego, greki i łaciny – zeszyt uniwersalny, jak mawiał.

– Jeszcześ się nie postarał o przyzwoity zeszyt? – irytował się nauczyciel greki, szukając w brulionie odpowiednich zadań.

– Ciężko z pieniędzmi, panie profesorze – odpowiadał Makuszyński, co niekoniecznie było prawdą, ale świetnie nadawało się na wymówkę.

Kornel dalej bywał u Cudnowskiego, a Henryk czasem na Kleparowskiej, co było o tyle ryzykowne, że baciary z kleparowszczyzny nie bardzo lubiły na swoim terenie obcych i dochodziło do regularnych bijatyk tamtejszych chłopaków i grup z „lepszych” ulic.

Makuszyński, siedzący na barykadzie dzielącej oba światy, nie brał w ulicznych potyczkach udziału. Mimo to cieszył się szacunkiem wśród baciarów. „Przyznał się, że dość często pisał im wierszyki okolicznościowe dla ich bogdanek” – wspominał Cudnowski. Musiały być udane, bo baciary nie zaczepiały także Henryka, nawet kiedy pojawiał się sam w rządzonym przez nich rejonie. Był przecież znajomym swojaka.

Cudnowski zapamiętał wiersz Makuszyńskiego, o którym zapomniał nawet sam autor (po latach wypili w Zakopanem dzban wina na okoliczność szczęśliwego odnalezienia tekstu).

Zabrzmij, pieśni! Pierś wezbrana

Chce wybuchnąć na świat falą;

Dusza we mnie rozśpiewana –

Słowa w ustach mi się palą.

Precz ze smutków mych całunem!

Niech świat jasny się otworzy,

Smutki strzaskam słów piorunem,

Całun zmienię w jasność zorzy.

Precz z zwątpieniem, co mnie trwogą

Dotąd napawało. Teraz wierzę,

Że i słońca dotknę nogą,

Że się z huraganem zmierzę!

O innym wierszu wspominał Jakub Rothfeld, szkolny kolega obu, przyszły profesor neurologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (zmienił nazwisko na Rostowski). Poemat zawierający zdanie: „Przeciw memu bunt podniosłem bogu” wywołał awanturę, która o mały włos skończyłaby się relegowaniem autora z kolejnego gimnazjum. Tym razem nie za obrazę księdza, a samego Boga, bo w druku słowo „bogu” zaczynało się od wielkiej litery. „Konferencja profesorska: wyrzucić Makuszyńskiego. Tylko ksiądz katecheta go bronił” – pisał Rostowski. Młodego poetę uratował dopiero odnaleziony w redakcji rękopis wiersza, z którego jasno wynikało, że to drukarz w gorliwej pobożności wydrukował słowo „bogu” z dużym B i wyszło niedopuszczalne obrazoburstwo. Siedzieli później z Makuszyńskim w jednej gimnazjalnej ławce i przechodzili z klasy do klasy tylko „w ciżbie”, wspominał Rostowski. „Kornel miał celujący postęp z polskiego, a ja »chwalebne« z zachowania – resztę mieliśmy »dostateczne«”.

Sława szkolnego wieszcza otaczająca Makuszyńskiego spowodowała, że gdy Wasylewski postanowił założyć w IV Gimnazjum kółko samokształceniowe (przeniósł się do Lwowa z ojcem, który dostał pracę w stolicy Galicji) i wydawać na hektografie konspiracyjne pismo w nakładzie… pięciu–sześciu egzemplarzy, o utwór programowy do pierwszego numeru poprosił właśnie jego.

Makuszyński napisał wiersz pod tytułem Nasza droga. Wasylewski pamiętał nawet fragment pierwszej strofy: „Pójdziesz drogą cierniem słaną po śmierć lub po sławę”, a może „po śmierć i po sławę” – tego nie był pewien. Kornel wygłosił też podczas inauguracyjnego posiedzenia tajnego kółka w mieszkaniu rodziców Wasylewskiego wykład o Syzyfowych pracach Stefana Żeromskiego. „I wiemy, że prace ich (tzn. zaborców w ogóle) pozostaną syzyfowymi zawsze…” – cytował Wasylewski ostatnie słowa prelekcji starszego kolegi, którego zapamiętał z tego okresu jeszcze w wytartym mundurku gimnazjalnym, ale także już w charakterystycznej młodopolskiej pelerynie.

„Był ten mundurek tak wyświechtany, iż mógłby służyć za zwierciadło u małomiasteczkowego golibrody” – potwierdził po latach trochę starszy od Makuszyńskiego Stanisław Stroński, wtedy działacz konspiracyjnego Związku Młodzieży Polskiej ZET. Kolega opiekujący się tajnymi kołami młodzieży działającymi w szkołach średnich przedstawił mu „zwracającego na się szczególną uwagę” szesnastoletniego Kornela.

W szkole mówiło się, że literacki talent Makuszyńskiego pierwszy dostrzegł profesor Wojciech Grzegorzewicz. Otoczył chłopca opieką, pozwolił korzystać ze swojej biblioteki i zapraszał nawet do domu na herbatę. W Bezgrzesznych latach autor wystawił mu pomnik. Życzył każdemu młodemu człowiekowi o ambicjach pisarskich takiego nauczyciela literatury: umiejącego pokazać jej piękno, nauczyć jej rozumienia i przeżywania, a jednocześnie potrafiącego chronić adepta w niesprzyjających okolicznościach. „On mnie wypraszał u profesora matematyki i u Greka, i u historyka, i u innych” – wspominał Makuszyński. A kiedy na lekcji religii katecheta przyłapał go na czytaniu pod ławką (Szekspira!), profesor poruszył niebo i ziemię, by uratować swego protegowanego przed kolejnym wyrzuceniem.

Przyjaźń z Cudnowskim trwała, nawet gdy lwowskie IV Gimnazjum podzielono i Kornel trafił do nowego, VI Gimnazjum, a Henryk przez złośliwego nauczyciela greki musiał repetować piątą klasę w starej szkole. Dalej łączyły ich teatr i wspólne wagary spędzane w czytelni Ossolineum. Owszem, bywało i tak, że bezmyślnie przełazikowali wykradzione szkole godziny, znacznie częściej jednak Makuszyński ciągnął kolegę do biblioteki, gdzie nawet niespecjalnie dziwiono się młodzieńcom w gimnazjalnych mundurkach. Skoro dobrowolnie przychodzili do czytelni i obkładali się stosami książek, to widocznie musieli mieć po temu dobry powód. Makuszyński jak zwykle najchętniej sięgał po książki Sienkiewicza, ale czytał też wiersze Kasprowicza, utwory Wyspiańskiego i Micińskiego. „Zaczynałem odczuwać coś w rodzaju szacunku dla Kornela” – wspominał Cudnowski.

Ich więź umocniły jeszcze tanie obiadki w niewielkiej mleczarni U Cioci, w kamieniczce tuż za Teatrem Skarbkowskim. Były tym większą atrakcją, że po śmierci ojca Henryka obiady w jego domu rodzinnym były dużo skromniejsze i rzadziej zapraszano na nie gości.

Ciocia, tęga niewiasta lat mniej więcej pięćdziesięciu, serwowała najpyszniejsze ruskie pierogi i białą kawę – ich sława wyszła daleko poza opłotki Lwowa. Było smacznie i tanio, dlatego przy dwóch długich, przykrytych ceratą stołach cisnął się zawsze tłum gości. Wśród nich najwięcej studentów i gimnazjalistów, którzy wchodzili właśnie w wiek, kiedy nawet największa porcja jest za mała.

„Istne cudeńka opowiadano o sukcesach Makuszyńskiego, który – mimo mundurka gimnazjalisty – chadzał do kawiarni Sznajdra, bywał u wybitnej poetki Maryli Wolskiej, cieszył się poparciem Kasprowicza” – z zazdrością pisał Stanisław Wasylewski. Lwowski gimnazjalista Kornel Makuszyński, 1903.

Makuszyński cieszył się szczególnymi względami Cioci. Duża porcja pierogów (dziesięć sztuk) kosztowała dziesięć centów, ale na jego talerzu za te same pieniądze lądowało ich zwykle dwanaście, a nawet trzynaście, w dodatku obficie polanych masłem. Innym przysługiwały jedna bułka i jedna filiżanka kawy, on mógł jeść i pić do woli, choć płacił tyle samo co wszyscy. Cudnowski podejrzewał, że wkupił się w łaski zarówno Cioci, jak i usługujących dziewcząt układanymi dla nich wierszami. W każdym razie, zapamiętał, Kornel w ostatnich latach gimnazjum wyraźnie się „poprawiał”: „Twarz jego nabierała owalnych konturów”. Był to skutek wizyt w cukierni, dokąd zwykle szli po obfitym i niedrogim obiedzie, by zaoszczędzone pieniądze wydać na słodycze.

To Cudnowski pokazał koledze niewielką cukierenkę, w której zjadł kiedyś dobre ciastka. Należała do Franciszka Staffa, ojca Leopolda, którego wiersze obaj czytali w „Słowie Polskim” i w „Kurierze Lwowskim”. Leopold był od nich starszy tylko o sześć lat, ale wtedy wydawało się to przepaścią. Stali się niemal codziennymi klientami ciastkarni, mając nadzieję, że któregoś dnia trafią na poetę, cieszącego się po wydaniu tomu Sny o potędze coraz większą sławą. Było to całkiem możliwe, bo słyszeli, że młody Staff często zastępuje rodziców za ladą. I rzeczywiście któregoś dnia tak właśnie się stało. Na odwagę zebrał się Cudnowski. Najpierw poprosił o dwa ciastka, potem powiedział, jak bardzo się z kolegą zachwycają poezją Staffa, a na koniec zapytał, czy pan Leopold nie zechciałby się zapoznać z wierszami kolegi. Bo tak się składa, że obecny tu Kornel też pisze.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52,

[email protected]

Wołowiec 2017

Wydanie I