Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 424 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Profesor Weigl i karmiciele wszy - Mariusz Urbanek

Rudolf Weigl to człowiek, który pokonał tyfus plamisty.

W czasie pierwszej wojny światowej epidemie tyfusu pochłonęły kilka milionów ludzkich istnień. Szczepionka opracowana przez Weigla uratowała od śmierci kolejne miliony w Chinach, Afryce i Europie.

W czasie drugiej wojny światowej we Lwowie dał polisę na życie paru tysiącom ludzi. Poeta Zbigniew Herbert, matematyk Stefan Banach, filozof Mieczysław Kreutz, pisarz Mirosław Żuławski, geograf Eugeniusz Romer, historyk literatury Stefania Skwarczyńska, kompozytor Stanisław Skrowaczewski, aktor Andrzej Szczepkowski karmili własną krwią wszy konieczne do produkcji leku.

Ausweis Instytutu Antytyfusowego Rudolfa Weigla był w czasie okupacji gwarancją bezpieczeństwa. Pozwalał uniknąć wywiezienia na roboty przymusowe i bezpiecznie wyjść z każdej łapanki. Niemcy potrzebowali szczepionki. Chcieli, żeby Weigl podpisał reichslistę. Odmówił. Czuł się Polakiem, choć w jego żyłach nie było polskiej krwi. Kusili go poparciem w Komitecie Noblowskim dla nagrody, do której był wielokrotnie nominowany przed wojną. Nie uległ.

Po wojnie wrócił temat Nobla dla Weigla. Wtedy kilku zazdrosnych kolegów oskarżyło go o kolaborację, bo szczepionkę, którą produkował, wykorzystywał Wehrmacht.

Historia zadrwiła z Rudolfa Weigla okrutnie. Pierwszy raz stracił szansę na Nobla, bo chciał być Polakiem a nie Niemcem, drugi, bo znaleźli się Polacy, którzy uznali, że był złym Polakiem.

Opinie o ebooku Profesor Weigl i karmiciele wszy - Mariusz Urbanek

Fragment ebooka Profesor Weigl i karmiciele wszy - Mariusz Urbanek

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Opracowanie indeksu: Tadeusz Nowakowski

Ilustracja na obwolucie © Marek Szyszko

Autorzy i źródła zdjęć (numery stron dotyczą wydania papierowego):

archiwum Krystyny Weigl-Albert (s. 4, 8, 14, 16, 37, 60, 64, 84, 88, 92, 96, 100, 104, 115, 121, 130, 138, 142, 146, 151, 179, 189, 213, 219, 290, 342)

Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej w Przemyślu (s. 22, 28, 44, 54, 74, 296, 314)

Narodowe Archiwum Cyfrowe (s. 34, 42, 48, 109, 174)

archiwum Artura i Jerzego Czabanów (s. 159, 165)

archiwum Wacława Szybalskiego (s. 194, 201, 328)

kadry z filmu Trzecia część nocy, reż. Andrzej Żuławski, 1972, licencja Studio Filmowe Kadr (s. 228, 235)

archiwum Mai Weigl-Wojnarowskiej (s. 238, 252, 266, 274, 287)

Muzeum Odona Bujwida w Krakowie (s. 258)

kadr z reportażu W pracowni wielkiego uczonego, „Polska Kronika Filmowa” nr 39 z 13 listopada 1946 (s. 279)

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, aby ustalić autorstwo i skontaktować się z autorami wszystkich zdjęć zamieszczonych w książce. W odosobnionych przypadkach okazało się to niemożliwe. Dlatego właścicieli praw do zdjęć, z którymi nie zostały podpisane umowy, prosimy o kontakt z sekretariatem wydawnictwa.

Copyright © by Mariusz Urbanek

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2018

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-244-1020-0 (EPUB); 978-83-244-1020-0 (MOBI)

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18

00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

„Walka z tyfusem plamistym nie wyglądała bardzo korzystnie tak długo, aż na widownię wstąpił znakomity badacz polski, profesor Rudolf Weigl ze Lwowa” – powiedział francuski biolog Charles Nicolle, laureat Nagrody Nobla z 1928 roku

Ojczyznę wybiera się raz

Historia zadrwiła z Rudolfa Weigla okrutnie. Pierwszy raz stracił szansę na Nobla, bo chciał być Polakiem, a nie Niemcem, drugi, bo znaleźli się Polacy, którzy uznali, że był złym Polakiem.

Propozycję podpisania reichslisty otrzymał w lipcu 1941 roku od generała Fritza Katzmanna, dowódcy SS i policji w Dystrykcie Galicji Generalnego Gubernatorstwa. Kilka dni wcześniej Niemcy zajęli Lwów. Potem zamordowali na Wzgórzach Wuleckich dwudziestu kilku profesorów i członków ich rodzin. Wśród nich kolegów Weigla z Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza.

Rudolfa Weigla potrzebowali. Odkryta przez niego szczepionka przeciwko tyfusowi plamistemu miała chronić przed śmiercią niemieckich żołnierzy szykujących się do marszu na wschód. Na nieznany, zagrożony epidemiami teren. Dowódcy niemieckiej armii dobrze pamiętali, że w czasie pierwszej wojny światowej choroba zabiła miliony ludzi. A nikt nie wymyślił skuteczniejszego zabezpieczenia przed tyfusem niż Weigl. Chcieli go mieć po swojej stronie.

Status reichsdeutscha gwarantował bezpieczeństwo i przywileje przysługujące obywatelom niemieckim. Mimo to Weigl odmówił.

– Ojczyznę wybiera się jeden raz. Ja dokonałem wyboru w roku 1918 – odpowiedział niemieckiemu generałowi.

Przez dwadzieścia lat Drugiej Rzeczypospolitej nikt nie miał wątpliwości, że jest dobrym Polakiem. Kiedy w 1939 roku Lwów zajęli Rosjanie, nie próbowali tego zmieniać. Ważniejsza była dla nich jego szczepionka.

Podpisując reichslistę, Rudolf Weigl nie musiałby niczego udawać. W jego żyłach nie było polskiej krwi. Urodził się w rodzinie austriacko-niemieckiej osiadłej przed laty na Morawach w monarchii austro-węgierskiej. Miał kilka lat, gdy zginął jego ojciec, a matka wyszła za Polaka. Wtedy zaczęła się polska historia Rudolfa Weigla. Od nauki języka, którego wcześniej nie znał.

Katzmann miał dla niego marchewkę i kij. Za podpis obiecał mu własny instytut w Berlinie i... poparcie III Rzeszy w Komitecie Noblowskim.

W latach 1930–1939 Rudolf Weigl nie był nominowany do Nobla tylko w jednym roku. Ale nagrodę zawsze dostawał ktoś inny. Można sobie wyobrazić, że w roku 1941 albo 1942 nacisk hitlerowskich Niemiec na rząd Szwecji, a za jego pośrednictwem na Fundację Nobla, mógł być skuteczny.

Gdy uczony odmówił, esesman przypomniał o profesorach zamordowanych na Wzgórzach Wuleckich. Nie przestraszył go.

Współpracownicy Rudolfa Weigla uważali, że zapłacił za odmowę zaprzepaszczeniem szansy na Nobla. Niemcy tolerowali go, bo był dla nich zbyt cenny. Zgodził się produkować szczepionkę dla Wehrmachtu, ale postawił warunek. To on będzie decydował, kogo zatrudni w swoim Instytucie.

Matematyka Stefana Banacha, poetę Zbigniewa Herberta, kompozytora Stanisława Skrowaczewskiego, aktora Andrzeja Szczepkowskiego, geografa Eugeniusza Romera łączyło tylko jedno – karmili w Instytucie Weigla wszy, niezbędne w procesie produkcji szczepionki.

Karmicielami byli wybitni uczeni i najzdolniejsi studenci, którzy mieli przeżyć wojnę, żeby po jej zakończeniu pracować dla Polski. Żołnierze Armii Krajowej, działacze podziemia i zwykli ludzie. Polacy i Żydzi. Szacuje się, że w okupowanym Lwowie Rudolf Weigl dał polisę na życie pięciu tysiącom ludzi. Ausweis jego Instytutu pozwalał bezpiecznie wyjść z każdej łapanki i uniknąć wywiezienia na roboty do Niemiec.

Po zakończeniu wojny odrzucił ofertę pozostania we Lwowie i kontynuowania pracy jako uczony radziecki. Wyjechał do Krakowa, gdzie nikt go nie chciał. Tam wróciła sprawa Nobla. W 1946 roku znów zaczęto mówić o Weiglu jako jednym z najpoważniejszych kandydatów do nagrody. Wtedy jednak kilku zazdrosnych konkurentów zasugerowało, że produkując szczepionkę, kolaborował z Niemcami. Zdradził.

Nigdy nie postawiono mu zarzutu oficjalnie. Nie było żadnej rozmowy ani komisji, która zbadałaby sprawę. Tylko niszcząca plotka, przed którą nie można się bronić.

Kilkanaście miesięcy po wojnie była jak kara infamii.

Rudi (pierwszy z lewej) wraz z rodzeństwem Fryderykiem i Lilly, Przerów 1884

Junge Rudi

„Wychował się na Morawach, w rodzinie mającej małą fabryczkę powozów, a później produkującą pierwsze samochody dla firmy Austro-Daimler” – napisał po latach syn Rudolfa Weigla, Wiktor.

W rodzinnych wspomnieniach przetrwał obraz kwitnącej firmy, która wyrosła z założonego w 1842 roku w Prościejowie koło Ołomuńca niewielkiego warsztatu. W 1876 fabrykę przeniesiono do Przerowa. Pod koniec XIX wieku sprzedawała już swoje produkty w całej Galicji. Filie miała w Krakowie, na ulicy Smoleńskiej 15, i Wiedniu, na Pestalozzigasse 6, przedstawicieli handlowych zaś we Włoszech i Egipcie. Produkty Kaiser und Königliche Hof Wagenfabrik J. Weigl miał wtedy w ofercie nawet Skład samochodów i sań wyścigowych w Sankt Petersburgu, działający tam – jak głosiła ulotka reklamowa – przy ulicy Grosse Morskaja 21.

Na druku reklamowym z końca XIX wieku widać rozległe tereny fabryczne z dużymi halami i wysokimi, dymiącymi kominami. Zakład chwali się sześcioma dyplomami honorowymi zdobytymi na targach w Wiedniu i Pradze, Wielkim Złotym Medalem przywiezionym ze stolicy Austro-Węgier w 1895 roku i czterdziestoma pięcioma srebrnymi i brązowymi medalami krajowymi. W katalogu z 1880 roku fabryka oferuje dwu- i więcejosobowe, eleganckie, nowoczesne powozy oraz sanie. Powozy mają niezależne dla każdego koła amortyzatory i hamulce, a za ekstra dopłatą mogą zostać przez producenta wyposażone w rozkładane dachy i tapicerowane kanapy w różnych kolorach, nowoczesne lampy naftowe do oświetlania drogi, a nawet gumowe koła.

Po 1918 roku, już w Czechosłowacji, fabryka Weiglów była największym w republice producentem karoserii samochodowych. Szybko podniosła się po pożarze w czasie pierwszej wojny światowej, stając się dostawcą podzespołów dla fabryk aut w Anglii, Belgii, Niemczech, Finlandii i Palestynie. Miała nawet własną bocznicę kolejową o długości 500 metrów.

Rudolf Stefan Weigl urodził się 2 września 1883 roku w Przerowie.

Ojciec, Fryderyk Weigl, i matka, Elżbieta z Kröselów, byli obywatelami wielonarodowej monarchii austro-węgierskiej. Pochodzili z rodzin osiadłych na Morawach od co najmniej początku XIX wieku. Pierwsi Weiglowie przybyli tam najprawdopodobniej z Bawarii w czasach, gdy trudno jeszcze było mówić o precyzyjnym odróżnianiu Austriaków od Niemców. Ale kobiety, z którymi się żenili, nosiły nazwiska czeskie: Lenek, Koschik, Prchal. Pod koniec XIX wieku musieli być już mocno na Morawach zakorzenieni, bo w metryce chłopca, wystawionej przez proboszcza rzymskokatolickiej parafii pod wezwaniem św. Wawrzyńca, imiona rodziców Rudolfa zapisano po czesku: Bedřich i Elsa. Rudolf był ich trzecim dzieckiem. Rodziły się co dwa lata – najpierw najstarsza Lilly, potem Fryderyk, który imię dostał po ojcu, wreszcie Rudolf.

Gdy modne stały się bicykle i każdy nowoczesny młodzieniec chciał mieć pojazd z wielkim kołem z przodu i małym z tyłu, Weiglowie zaczęli je wytwarzać w fabryczce w Ołomuńcu. Rudi, bo tak pewnie wołali na chłopca rodzice, miał niespełna cztery lata, gdy w nieszczęśliwym wypadku zginął jego ojciec. Według rodzinnych przekazów spadł z bicykla podczas testowania nowego modelu. Pozornie niegroźne pojazdy potrafiły być bardzo niebezpieczne. Kierujący siedział na wysokości dwóch metrów, nie sięgając stopami ziemi. Potwierdził tę opowieść Henryk Mosing, najpierw student, a potem przez piętnaście lat jeden z najbliższych współpracowników Weigla, mogący o tym usłyszeć jedynie od samego uczonego.

Po śmierci męża Elżbieta z trójką dzieci wyjechała do rodziny w stolicy cesarstwa. „Jakie były rozliczenia majątkowe żony Fryderyka z rodziną w Przerowie, nie wiemy, jednak Matka Dziadzia Tinka i Wujka Rudka żyła w Wiedniu skromnie” – napisał po latach Fryderyk Weigl młodszy, bratanek Rudolfa. Utrzymywała się z majątku po mężu i wynajmu pokoi studentom, którzy ściągali do stolicy po naukę. Byli wśród nich Polacy, między innymi Józef Trojnar. „Podobno zakochał się w prababci od pierwszego wejrzenia” – zapamiętała rodzinne opowieści wnuczka Rudolfa, Krystyna Weigl-Albert. Jakiś czas potem Elżbieta wyszła za niego za mąż. Już razem wyjechali do Galicji. Zamieszkali w Jaśle, a potem w Stryju, gdzie Józef pracował jako nauczyciel w państwowych gimnazjach. Później był jeszcze dyrektorem ck szkoły realnej w Tarnopolu. Dochowali się z Elżbietą wspólnego dziecka, przyrodniej siostry Rudolfa nazywanej w rodzinie Mimi.

„Trojnar spolszczył całkowicie młodego Fryderyka i Rudolfa, jak również ich siostrę Lilę” – pisał bratanek Rudolfa. Wcześniej dzieci mówiły po niemiecku i czesku, za sprawą ojczyma doszedł im jeszcze język polski.

W 1896 roku Rudolf rozpoczął naukę w jasielskim gimnazjum, oficjalnie austro-węgierskim i cesarsko-królewskim, nieoficjalnie bardzo polskim i patriotycznym (wśród nauczycieli byli nawet powstańcy styczniowi z 1863 roku). Chłopiec uczył się dobrze, zdarzały mu się nawet świadectwa z wyróżnieniem, ale po polsku mówił początkowo nie najlepiej. W tym samym czasie – być może nawet chodzili do tej samej klasy – uczniem jasielskiego gimnazjum był Stefan Jaracz, uznany po latach za jednego z największych w historii polskich aktorów. Dwie i trzy klasy niżej uczyli się Hugo Steinhaus, przyszły współzałożyciel Lwowskiej Szkoły Matematycznej, i Stanisław Pigoń, za kilkadziesiąt lat rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i wybitny mickiewiczolog.

W 1938 roku państwowe Liceum i Gimnazjum w Jaśle, wtedy już imienia króla Stanisława Leszczyńskiego, obchodziło siedemdziesięciolecie istnienia. W wydanej z tej okazji Księdze pamiątkowej obok historii szkoły, okolicznościowych wspomnień, listy dyrektorów i absolwentów, znalazły się artykuły naukowe trzech uczniów, którzy rozsławili szkołę. Pigonia (Smutki młodego Orkana), Steinhausa (O lokalizacji przedmiotów niewidzialnych) i Weigla (Geneza zarazka Duru osutkowego). „Światowej sławy uczony, wynalazca szczepionki przeciwtyfusowej, jeden z kandydatów do Nagrody Nobla” – napisał z dumą o wychowanku kronikarz szkoły, profesor Józef Kasprzak.

Po trzech latach spędzonych w Jaśle Józef Trojnar z żoną i dziećmi przenieśli się do Stryja. Tu część polskiej edukacji Rudiego wzięli na siebie szkolni koledzy. Po latach Weigl opowiadał o tym swojemu asystentowi, Zbigniewowi S. Pawłowskiemu. Stryjscy gimnazjaliści zbierali się na łące pod miastem, gdzie przebiegały tory prowadzącej do Lwowa linii kolejowej. Gdy przyjeżdżający pociąg na łuku zwalniał, wypinali w jego stronę tyłki – odwracali się „niegrzecznie”, eufemistycznie napisał Weigl – i wrzeszczeli:

– Zapomnieliśmy kwiatów, żeby was przywitać.

Kolegą Weigla w gimnazjum w Stryju był późniejszy pisarz i historyk Stanisław Wasylewski (a przez moment także Kornel Makuszyński). Wasylewski wspominał, że starszy od niego o rok pasierb profesora Trojnara („ósmak”, a więc uczeń klasy maturalnej), jako „syn matki Niemki”, wciąż jeszcze słabo mówił po polsku. Mimo to na lekcjach przyrody zaciekle bronił teorii ewolucji Karola Darwina, przebijającej się dopiero do świadomości wielu ludzi. Sam Weigl opowiadał o tym po latach swojemu asystentowi Zbigniewowi Stuchlemu.

W zbiorach rodziny uczonego zachował się niewielki czarny notes z cytatami, które gimnazjalista wynotowywał z wierszy. Najpierw wyłącznie niemieckich, z czasem już tylko polskich. Nie wiadomo, kiedy zaczął, najwcześniejsza data: 26 grudnia 1902 roku, pojawia się mniej więcej w połowie notesu. Pierwszym przepisanym wierszem jest fragment poematu austriackiego poety, satyryka i dziennikarza Moritza Gottlieba Schafira Wilde Rosen (Dzikie róże). Później idą cytaty z Goethego i Schillera, ale także Byrona, Szekspira, La Rochefoucauld, a nawet myśli Cycerona, oczywiście w niemieckich przekładach. Pierwszy polski wiersz pojawia się na stronie 14. To fragment Nokturnu Marii Konopnickiej.

Do nocy tęsknię, do srebrnego cienia,

Coby mi nakrył źrenice płonące

I dał wpółsenną chwilkę upojenia...

Do nocy tęsknię i przeklinam słońce,

Które swe wszystkie blaski rzuca we mnie,

By mi pokazać więzy nas dzielące.

Wiem, że na próżno, i wiem, że daremnie

Ten sen mię cichy kołysać przylata,

Co twoje imię szepce mi tajemnie...

Niemieckie utwory pojawiają się od tego momentu coraz rzadziej. Na kolejnych stronach notesu gimnazjalista umieszcza fragmenty wierszy Michała Bałuckiego, Adama Asnyka, Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, znów Konopnickiej, Juliana Ursyna Niemcewicza, Władysława Syrokomli. Choć są i poeci o nazwiskach dziś zapomnianych: Marian Gawalewicz, popularny wtedy we Lwowie powieściopisarz i partner Gabrieli Zapolskiej, czy Konstanty Gaszyński, osiadły we Francji emigrant po powstaniu listopadowym.

Dobór cytatów świadczy o tym, że właściciel notesu był młodzieńcem dość egzaltowanym. Pełno w przepisywanych fragmentach romantycznych westchnień, czułych wyznań, drgnień dusz niewinnych i jęków cierpienia z powodu niespełnionej miłości. Takiej, o którą trzeba walczyć z całym światem, a czasem kryć się z nią gdzieś na jego kresach.

Są upajające wonią wiosenne kwiaty i tchnące nostalgią liście, opadające jesiennym deszczem z drzew. Jest palący żar ust, który ukoić może tylko słodki trunek pocałunku. I są łzy, co w duszy jako głownia palą, i grzechy, z których tylko Bóg może rozgrzeszyć. Znalazł się oczywiście w notatniku także fragment Niepewności Mickiewicza z wyznaniem: „I tęskniąc sobie zadaję pytanie: Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?”.

O studencie Wydziału Medycznego Uniwersytetu Lwowskiego mówiono: przystojny, elegancki, pełen uroku, Lwów 1906

Ale zapisywał Weigl i takie słowa, jak te z Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego: „Na tchórza najsrożej nastają tchórze, na złodzieja złodzieje, a z wariata najgłośniej śmieją się drudzy wariaci. A człowiek rozumny i odważny w mowach pobłażający jest”.

Z Anhellego Słowackiego przepisał: „Miejcie nadzieję, bo nadzieja przejdzie z was do przyszłych pokoleń i ożywi je; ale jeśli w was umrze, to przyszłe pokolenia będą z ludzi martwych”.

Wynotował też kilka fraszek zmarłego w 1901 roku Mikołaja Biernackiego, pseudonim Rodoć. „Żyj i używaj; pnij się na wyżyny/Boś jest rozumne i wolne stworzenie/Lecz pnąc się, bliźnich nie spychaj z drabiny/Bo łzy – w społecznej walce to kamienie”.

Późniejsze notatki prowadzone są już mniej systematycznie. Jakieś adresy, nazwiska uczniów z klasy, pory odjazdów pociągów, rysunki techniczne. Cytaty pojawiają się coraz rzadziej. Prawdopodobnie po ukończeniu gimnazjum Rudolf nie musiał już przykładać się do lektur tak starannie, jak wcześniej.

Maturę zdał w 1903 roku w gimnazjum w Stryju i od razu zapisał się na Wydział Medyczny Uniwersytetu Lwowskiego. Starszy brat od roku studiował już we Lwowie prawo, przez wiele lat był sędzią, później adwokatem. Lilly wyszła za mąż za Polaka, który kilka lat po ślubie zginął w wypadku samochodowym. Sama zmarła podczas operacji chirurgicznej. Zachowały się jej listy pisane do matki piękną polszczyzną.

Pracownia profesora Józefa Nusbauma-Hilarowicza (pierwszy z lewej) na Uniwersytecie Lwowskim; obok niego Rudolf Weigl, druga od prawej Zofia Kulikowska

W pracowni profesora Nusbauma-Hilarowicza

Przez siedem semestrów spędzonych na Uniwersytecie Lwowskim, wtedy jeszcze imienia Cesarza Franciszka I, Rudolf Weigl zajmował się przede wszystkim zoologią. Później rozpoczął jeszcze studia medyczne, ale nigdy ich nie ukończył.

W czasie studiów słuchał między innymi wykładów Benedykta Dybowskiego, światowej sławy zoologa i – co pewnie też działało na wyobraźnię młodego człowieka – uczestnika powstania styczniowego. W 1863 roku Dybowski był nawet komisarzem powstańczego rządu na Litwę i Białoruś. Po upadku powstania został przez Rosjan uwięziony w Cytadeli Warszawskiej i skazany na karę śmierci przez powieszenie. Wykonaniu wyroku zapobiegła interwencja biologów niemieckich. Car Aleksander II zmienił wyrok na dwanaście lat zesłania na Syberię. Tam uczony zajął się badaniem fauny jeziora Bajkał, odkrywając nieznane gatunki skorupiaków i ryb.

Następcą Dybowskiego w Zakładzie Zoologii i Anatomii Porównawczej uniwersytetu był profesor Józef Nusbaum, twórca lwowskiej szkoły zoologicznej, przyszły promotor rozprawy habilitacyjnej Weigla. Po przyjęciu w 1907 roku chrztu zmienił nazwisko na Nusbaum-Hilarowicz.

Obydwaj uczeni nie kryli, że są zwolennikami teorii ewolucji Darwina, więc pewnie Rudolf, również wyznawca darwinizmu, uczestniczył w ich wykładach z podwójną satysfakcją. Teoria doboru naturalnego sformułowana przez brytyjskiego przyrodnika wciąż jeszcze była przez wielu uważana za tyleż odkrywczą, co podejrzaną. Zaledwie kilka lat przed rozpoczęciem studiów przez Weigla Dybowski i Nusbaum zostali zaatakowani na łamach jednego z lwowskich pism za „szerzenie bezbożności i zabijanie w młodzieży uczuć religijnych”. W obronę wzięli uczonych studenci, nagradzając obu podczas wykładów długimi owacjami i śląc protesty do gazety.

Ręcznie namalowana karta pocztowa z orkiestrą owadów grających na cześć Rudolfa Weigla, świeżo upieczonego doktora biologii

Dodatkowo Rudolf zapisał się na kilka zajęć spoza listy obowiązującej biologów. Słuchał wykładów z dziejów filozofii i logiki profesora Kazimierza Twardowskiego, twórcy lwowsko-warszawskiej szkoły filozoficznej, Zbigniew Stuchly wspominał, że uczestniczył też w seminariach zatytułowanych O sceptycyzmie etycznym.

W 1906 roku ogłosił w biuletynie Akademii Umiejętności w Krakowie swoją pierwszą rozprawę naukową Über die gegenseitige Verbindung der Epithelzellen im Darme der Wirbeltiere (W sprawie wzajemnego połączenia komórek nabłonka w jelitach kręgowców), a w 1907 ukończył studia z tytułem doktorskim. Został jednym z asystentów w zakładzie Józefa Nusbauma-Hilarowicza. Opiekował się studentami starszych roczników przygotowującymi prace dyplomowe.

Z szefem zakładu rozumieli się świetnie. Obaj byli pracoholikami, dla obu najważniejsza była nauka. Na uniwersytecie krążyła anegdota, jak to Nusbaum-Hilarowicz, który wymagał od swoich asystentów pracy przez siedem dni w tygodniu, postanowił wreszcie dać im w jedną z niedziel wolne. Sam też miał przez cały dzień odpoczywać. Ale wieczorem nie wytrzymał. Postanowił tylko sprawdzić, czy w pracowni wszystko w porządku i czy od rana będzie mógł wreszcie przystąpić do zajęć. W laboratorium zastał pochylonego nad mikroskopem... Weigla. „Cenię jego nadzwyczajną miłość dla nauki i żywiołowe po prostu ukochanie badań samych w sobie, dla wykrycia prawdy naukowej, bez żadnego prawie względu osobistego” – napisał o swoim asystencie kilka lat później w autobiografii.

Prawdopodobnie wspomnieniem po obronie przez Weigla dysertacji doktorskiej jest ręcznie malowana karta pocztowa, którą przechowywał przez lata; znalazła się ostatecznie w zbiorach Muzeum Narodowego w Przemyślu. Została wysłana w 1907 roku we Lwowie, noszącym jeszcze podwójną nazwę Lwów-Lemberg, i ofrankowana pięciohalerzowym znaczkiem z wizerunkiem cesarza Franza Josefa. Adresatem był doktor Rudolf Weigl, „specjalista chorób owadzich”. Na awersie pocztówki jej autor narysował orkiestrę złożoną z ośmiu różnej wielkości owadów (dziewiąty dyryguje), grających (na kontrabasie, wiolonczeli, skrzypcach, klarnecie, dwóch fletach, tubie i perkusji) koncert „na cześć swego geniusza”.

W 1910 roku Nusbaum i Weigl wzięli udział w międzynarodowym kongresie zoologicznym w Grazu. W Kronice Uniwersytetu Lwowskiego napisano z dumą, że zarówno mistrz, jak i jego uczeń ilustrowali swe wykłady mikrofotografiami różnych preparatów (łatwo domyślić się, że przygotowanych przez Weigla), demonstrując je za pomocą scyoptykonu, czyli rodzaju rzutnika pozwalającego na duże powiększenia. „Prześliczne preparaty Dra Weigla, dotyczące komórek nerwowych, zwróciły na siebie szczególniejszą uwagę wielu uczestników kongresu” – donosił z dumą autor Kroniki.

„Jego fotografia mikroskopowa, jak i wykonywanie rysunków naukowych wzbudzały zachwyt” – potwierdził Zbigniew Stuchly.

Wtedy też młody asystent zaczął coraz mocniej interesować się mikrobiologią. Po latach opowiadał Stuchlemu, że nową dziedziną zaciekawił się także Nusbaum-Hilarowicz, ale miał kłopoty ze zrozumieniem różnicy pomiędzy pojęciami „czyste” i „jałowe”. Przyzwyczajony do pracy jak w czasach swojej młodości, próbował fartuchem doczyszczać wyjałowione wcześniej szkiełka mikroskopowe.

W pracowni Rudolf poznał Zofię Kulikowską, jak on absolwentkę Uniwersytetu Lwowskiego, a wcześniej nauczycielkę w jednej z lwowskich szkół dla dziewcząt. W zakładzie była wolontariuszką, pomagała przy doświadczeniach innych, ale prowadziła też samodzielne badania. Wyliczając w autobiografii „młodych pracowników, którzy pięknie zapisali się już w dziejach nauki”, Nusbaum-Hilarowicz wymienił także Zofię. Nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że to ona zostanie żoną Rudolfa.

W 1913 roku Rudolf Weigl przystąpił do kolokwium habilitacyjnego. Promotor, chcąc dać asystentowi szansę popisania się przed komisją, zapytał go o pracę, której autorem był właśnie on sam. Ale zdenerwowany habilitant najwyraźniej o tym zapomniał. „Hilarowicz natychmiast zorientował się i nie chcąc dopuścić do rozdźwięku – momentalnie zmienił temat” – zapamiętał opowieść Stuchly.

Skończyło się szczęśliwie. Doktor Weigl uzyskał habilitację z zoologii, anatomii porównawczej i histologii. Otrzymał status tzw. privatdozenta, z prawem do wykładania na uniwersytecie, ale bez prawa do etatu na uczelni i stałej pensji.

W laboratorium profesora Filipa Eisenberga (drugi od lewej); pierwszy z lewej Rudolf Weigl, Przemyśl 1914 lub 1915

No to się wstrzyknie w d...

W sierpniu 1914 roku wybuchła wielka wojna, którą ćwierć wieku później, gdy świat ogarnęła wojna jeszcze większa, zaczęto nazywać pierwszą światową. A wraz z nią wybuchła kolejna w dziejach ludzkości pandemia tyfusu plamistego.

„Historia tyfusu plamistego to dzieje nieszczęść, nędzy i upodlenia ludzkości” – napisał we wspomnieniu o Rudolfie Weiglu Zbigniew Stuchly. Tyfus, zamiennie nazywany durem osutkowym lub plamistym, był zawsze tam, gdzie nędza, głód i wojna. W dowolnej kolejności. Równie często zaczynało się od wojny, za którą szły głód i nędza. Przemierzające kontynenty armie roznosiły chorobę, potem odchodziły, a tyfus zostawał, zabijając już na własny rachunek. Najczęściej i najłatwiej na szlakach przemarszu wojsk, tam, gdzie gromadzili się ludzie, gdzie panowały bieda i brud, gdzie wcześniej osłabiły ludzi inne choroby, jeszcze nie śmiertelne. Tyfus przychodził „na gotowe”.

Zabijał w sposób okrutny, prawie nie dając choremu szans obrony. Zakażonych już po kilku dniach dopadały czterdziestostopniowa gorączka, dreszcze, światłowstręt, silne bóle mięśni i stawów. Na skórze, przede wszystkim brzucha, pojawiały się czerwone plamy, a potem grudki, które zaczynały krwawić. Chorzy zaczynali majaczyć i bełkotać, mieli halucynacje, tracili przytomność. Rosła liczba białych krwinek, powiększały się serce, wątroba i śledziona.

„Tyfus rzucił się na ten silny organizm, grożąc zniszczeniem go zupełnem. Około północy chory zaczął majaczyć; rozmawiał z sobą i sprzeczał się zacięcie o nieśmiertelność duszy z czarnym kotem, którego widział siedzącego na krawędzi łóżka. Zdawało się, że obawiał się śmierci, bo kilkakrotnie na jego twarzy malowało się nieopisane przerażenie. Lękał się i drgał bardzo wyraźnie za każdem poruszeniem Augustynowicza, chwilami śpiewał drżącym głosem i jakby przez sen różne wesołe i smutne piosenki, lub rozmawiał ze znajomemi” – tak opisywał objawy choroby Henryk Sienkiewicz w powieści Na marne.

Zanim pojawiła się szczepionka, a pod koniec lat czterdziestych XX wieku pierwsze antybiotyki, na terenach, na których toczyły się wojny, panowały bieda i głód, umierało czasem sześćdziesiąt procent zapadających na tyfus. Śmiertelność rosła wraz z wiekiem chorych. Przeżywali najsilniejsi, o których miał kto dbać. Ważne było stałe schładzanie ciała i dieta obfita w owoce, warzywa, mleko i mięso.

Niebudzące wątpliwości przypadki siejącego śmierć tyfusu notowano od XVI wieku, choć opisu choroby dopatrywano się już w Biblii. Zabijała tysiące ludzi w czasie wojny trzydziestoletniej, podczas wojen kozackich, w okresie potopu szwedzkiego. Potem w czasie wojen napoleońskich, podczas marszu wojsk cesarza Bonapartego na Moskwę, a zwłaszcza w trakcie panicznego odwrotu, gdy nie było czasu na nic, a najmniej na higienę. Za każdym razem liczby ofiar liczono w dziesiątkach tysięcy. „Znany mikrobiolog amerykański, [Hans] Zinsser, powiedział, że to wszy wypędziły Napoleona z Moskwy. Cofająca się armia rozniosła epidemię po Europie. Największa klęska dotknęła Litwę i Białoruś” – napisał profesor Stefan Kryński, współpracownik Weigla. Tylko w Wilnie zostało wtedy ponad trzydzieści tysięcy trupów.

Wraz z upływem czasu, rosnącą liczbą ludzi na świecie i kolejnymi wojnami ofiar przybywało. W czasie wojny krymskiej w połowie XIX wieku zmarło na tyfus sto tysięcy żołnierzy, tysiące zmarły podczas wojny rosyjsko-tureckiej w latach 1877–1878. Było oczywiste, że wybuch wielkiej wojny w 1914 roku drastycznie zwiększy liczbę ofiar. I tak się stało. Chorowały na tyfus miliony ludzi, umierały setki tysięcy. W 1915 roku tylko w Serbii w ciągu sześciu miesięcy zmarło na dur plamisty sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. „Epidemia stała się prawdziwym biczem bożym, wyludniając doszczętnie wsie i miasta” – wspominał profesor Ludwik Hirszfeld, pracujący wówczas w jednym z serbskich szpitali. Jeszcze gorzej było w Rosji, gdzie w latach 1917–1921 zachorowało na tyfus dwadzieścia pięć milionów ludzi. Co najmniej dwa i pół miliona spośród nich zmarło. Podobnie na terenie zaboru rosyjskiego. Niewiele lepiej na objętych wojną ziemiach pozostałych dwóch zaborów.

Jesienią 1914 roku Rudolf Weigl został powołany do służby medycznej w armii Austro-Węgier. Dwadzieścia parę lat później pionier polskiej bakteriologii, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Odo Bujwid, pochwali się, że uratował Weigla od losu mięsa armatniego. Nie wiadomo, o którym momencie służby lwowskiego privatdozenta Bujwid myślał, ale na pewno miał w armii austriackiej spore wpływy. Przed wojną szczepił jej żołnierzy podczas epidemii duru brzusznego.

Na początku 1915 roku Rudolf Weigl trafił do pracowni mikrobiologii szpitala wojskowego w Przemyślu, na której czele stał bakteriolog i epidemiolog profesor Filip Eisenberg, przez kilka lat asystent Bujwida na UJ, co dodatkowo może potwierdzać jego słowa o ratowaniu młodego biologa przed służbą w okopach.

W Przemyślu Weigl miał zajmować się zarazkami cholery, ale wolał kontynuować rozpoczęte we Lwowie badania nad tyfusem. O cholerze, dzięki odkryciom Roberta Kocha z 1883 roku, wiedziano coraz więcej i choć nie udało się jej jeszcze wyplenić ostatecznie, to choroba wydawała się opanowana. Ostatnia epidemia na ziemiach polskich zdarzyła się pod koniec XIX wieku. Tyfus, o wiele groźniejszy i zdecydowanie mniej rozpoznany, stanowił dla ambitnego badacza dużo większe wyzwanie.

Dzięki eksperymentom Józefa Moczutkowskiego, polskiego lekarza pracującego w Odessie, od 1880 roku było wiadomo, że źródłem tyfusu jest krew ludzi wcześniej zakażonych. W odkryciu pomógł przypadek. Moczutkowski wstrzyknął sobie krew chorego na tyfus, chcąc udowodnić, że niczym to nie grozi. Dostępnymi wówczas metodami nie znalazł bakterii tyfusu w krwi zakażonych ludzi, więc uznał, że taki zastrzyk jest absolutnie bezpieczny. Wkrótce jednak zapadł na ciężki dur plamisty. Później potwierdzili tę drogę rozwoju choroby inni badacze.

Kolejny krok na drodze do poznania przyczyn tyfusu wykonał francuski mikrobiolog Charles Nicolle. W 1909 roku udowodnił, że tyfus przenoszą najzwyklejsze wszy odzieżowe, które wcześniej ssały krew chorego człowieka. W 1928 dostał za to Nagrodę Nobla.

Odkrycie było tak banalne, że zdaniem Nicolle’a powinien na nie wpaść każdy szpitalny administrator, nie czekając na opinię lekarza. Otóż, pisał Francuz, zaobserwował w szpitalu, w którym pracował, dziwne zjawisko. Chorzy na tyfus zarażali ludzi w swoim otoczeniu, póki przebywali w szpitalnej poczekalni, a nawet jeszcze potem, w rozbieralni i pralni. Po umyciu i dezynfekcji, gdy przebrani w szpitalną odzież trafiali na sale chorych, przestawali zarażać. Lekarze przebywali wśród chorych na tyfus plamisty każdego dnia przez wiele godzin i żaden nie zachorował. A zatem, uznał Nicolle, musi istnieć przenosiciel zarazków, który nie przedostaje się na salę szpitalną po zmianie przez chorego ubrania wierzchniego i bielizny oraz kąpieli.

Wykluczył muchy, bo gdyby to one przenosiły zarazki, tyfus byłby chorobą wyłącznie sezonową. Odpadły także pluskwy jako związane z konkretnym miejscem. Tyfus roznoszony przez pluskwy pojawiałby się tylko w mieszkaniach ludzi wcześniej zarażonych. Podobnie w przypadku pcheł. A więc zostawały wszy. Występujące tym powszechniej, im większe było nagromadzenie ludzi i dotkliwsza bieda. To one, ssąc krew zarażonych, roznosiły tyfus dalej. A wojna była dla nich środowiskiem wymarzonym. Przemieszczały się błyskawicznie wraz z ruchami wojsk i uciekających przed frontem cywilów. Oznaczało to, że walcząc z tyfusem, trzeba w pierwszej kolejności walczyć z wszawicą. „Bez wszy nie ma tyfusu plamistego. Gdy przyjdzie kiedyś taki okres cywilizacji, w którym wytępimy wszy, wówczas tyfus plamisty zniknie z naszej ziemi” – mówił profesor Nicolle ćwierć wieku po swoim odkryciu, podczas wykładu w paryskim Instytucie Pasteura.

Kolejne odkrycia następowały coraz szybciej. W 1910 roku Nicolle ogłosił wyniki doświadczeń na szympansach, które dowodziły prawdziwości jego tezy. Amerykanie, Howard Taylor Ricketts i jego asystent Russell M. Wilder, potwierdzili ustalenia Francuza; Wilder wykazał dodatkowo, że wszy są zdolne do zakażania dopiero po dwóch do pięciu dniach ssania krwi chorego. A badania prowadzone równolegle przez austriackiego parazytologa czeskiego pochodzenia Stanislausa von Prowazka potwierdziły identyczność tyfusu plamistego u ludzi i u małp.

Ricketts i Prowazek niezależnie od siebie natrafili na coś jeszcze. W zakażonych durem osutkowym wszach odkryli bakterię odpowiedzialną za chorobę. Nie zdążyli jednak uświadomić sobie, jak przełomowe było ich odkrycie. Obaj w trakcie badań zarazili się tyfusem i zmarli. Ricketts w roku 1910 (miał czterdzieści jeden lat), Prowazek w 1915 (jako czterdziestolatek). Ostatecznie wyniki ich badań potwierdził w 1916 roku brazylijski patolog Henrique da Rocha Lima. Na cześć obu zmarłych nazwał roznoszoną przez wszy odzieżowe bakterię wywołującą tyfus plamisty – Rickettsia prowazekii.

Wiadomo już było, co jest przyczyną tyfusu, ustalono drogi rozprzestrzeniania się choroby, wciąż jednak nie znaleziono skutecznej metody, jak się przed nią chronić. Zwalczanie wszawicy przynosiło efekty tylko w czasie gaszenia ograniczonych do zamkniętego terenu ognisk tyfusu. Podczas wojny, gdy choroba rozprzestrzeniała się błyskawicznie, okazywało się nieskuteczne. Jedyną wyobrażalną metodą walki z zarazą było szczepienie zagrożonych chorobą, nikomu jednak nie udawało się uzyskać skutecznej szczepionki.

Pewną nadzieję przyniosło wstrzykiwanie ludziom zagrożonym durem surowicy ozdrowieńców, ale o taką surowicę było trudno, a poza tym uodparniała na krótko. Nicolle wszczepił osłabione zarazki tyfusu zmieszane z surowicą sobie i nie zachorował, natomiast szczepione w ten sam sposób dzieci, teoretycznie bardziej odporne na tę chorobę niż dorośli, zapadły na dur i to w ostrej formie. Ostatecznie wyzdrowiały, ale przerażony badacz przestał eksperymentować.

Bardzo długo podstawowym problemem był brak dostatecznej liczby zakażonych wszy potrzebnych do produkcji szczepionki. Można je było pozyskać wyłącznie od ludzi chorych na tyfus i to tylko w określonym stadium choroby.

Rudolf Weigl (siedzi pierwszy z prawej) wśród austriackich wojskowych i lekarzy w lazarecie obozu dla jeńców w Frankstadt, dziś Novy Malin w Republice Czeskiej, wiosna 1915

Wszy zarażały się, ssąc krew chorych. Po kilku dniach rozwoju duru zmieniały kolor na intensywnie czerwony i wydalały wraz z kałem i wymiocinami miliardy mikroskopijnych zarazków. Jeśli wcześniej zdążyły przenieść się na następnego człowieka, łańcuch chorobowy zyskiwał kolejne ogniwo. Wtedy wystarczyła niewielka ranka, skaleczenie, nawet zwykłe drapanie skóry, żeby riketsje przeniknęły do nowego organizmu. Mogły nawet poczekać na dobrą okazję. Bakterie zachowują zdolność zakażania przez dwa – trzy tygodnie.

Insekty nie zarażały się między sobą, dlatego potrzebny był pośrednik, najlepiej właśnie człowiek, i jego krew. Bez jego udziału w łańcuchu chorych riketsje ginęły. Ale zakażanie tyfusem ludzi groziło im śmiercią, a co najmniej ciężką chorobą. Należało więc znaleźć metodę sztucznego zakażania zdrowych wszy, tylko nie bardzo wiedziano, gdzie jej szukać.

„Walka z tyfusem plamistym nie wyglądała bardzo korzystnie tak długo, aż na widownię wstąpił znakomity badacz polski, profesor Rudolf Weigl ze Lwowa” – mówił Nicolle podczas wykładu w Paryżu w 1933 roku. To Weigl pokazał światu, jak za pomocą niewiele grubszej od włosa szklanej rurki wprowadzać do jelita zdrowych wszy riketsje. Insekty zaczynały chorować, a po kilku dniach ich przewód pokarmowy zmieniał się w hodowlę nowych zarazków.

Na pomysł, jak zakażać wszy, Rudolf Weigl wpadł właśnie w wojskowym szpitalu w Przemyślu. Tak przynajmniej wspominał w rozmowie ze swoim asystentem Henrykiem Mosingiem kilkanaście lat później. Jak twierdził, zdecydował przypadek. Ale, jak łatwo się domyślić, także podrażniona ambicja uczonego.

Nie dał się namówić do zajęcia się zarazkami cholery. Bardziej pociągał go dur plamisty i wszy, które chciał wykorzystać do produkcji szczepionki. „Nie interesował się grą w karty, tak samo do napojów alkoholowych nie miał specjalnego pociągu, tak że zaczął zajmować się tyfusem plamistym” – relacjonował wspomnienia szefa Mosing, choć chyba tylko pochłonięty swoimi badaniami uczony mógł poważnie potraktować taką alternatywę.

Nadzorujący pracę w laboratorium Filip Eisenberg nie był zadowolony, że młody badacz interesuje się nie tym, czym powinien. Nie dawał się przekonać nawet prezentacją zakażonych tyfusem insektów. Bo co z tego, mówił, że póki będzie trwać wojna, Weiglowi nie zabraknie zakażonych wszy do badań. Ale nie jest w stanie uzyskać ich więcej. Wszy żyją krótko, a wojna kiedyś się skończy. Epidemia tyfusu wygaśnie, zabraknie chorych, więc skąd młody bakteriolog weźmie nowe insekty do produkcji szczepionki?

– Proszę pana, no ma pan tu ten zarazek, dobrze, że mi pan go pokazuje. Ale co? Wszy się między sobą nie zakażają? Nie! Zarazek przechodzi na drugie pokolenie? Nie! To znaczy co? Pan będzie miał tylko wtedy zarazki, póki ma chorego? A jak chorego nie będzie, to i pracy nie będzie, bo nie ma zarazków! – Eisenberg uważał, że badania Weigla nie mają przyszłości, a więc i sensu. Owszem, wszy gotowe są ssać krew chorych ludzi, a potem zarażać zdrowych, ale nawzajem zarażać się już nie chcą.

– Jak nie zechcą ssać normalnie, to trzeba im to do d... – Weigl ponoć zawahał się, czy wypada przy profesorze i przełożonym użyć dosadnego słowa, i zakończył inaczej – ...do zadniego otworu wstrzyknąć.

Wspominając tę opowieść w innym miejscu, Mosing napisał, że Weigl uciekł się do bardziej naukowego języka.

– Jeśli trudno będzie zarazić wszy per os [doustnie], można będzie zrobić toper rectum [przez odbytnicę].

Ale Eisenberg i tak był zbulwersowany słowami Weigla. Młody docent postanowił ratować sytuację.

– A co pan myśli, że nie można?

Wziął cieniutką kapilarę i pod mikroskopem, na oczach Eisenberga wprowadził do jelita wszy kroplę płynu.

– Rzeczywiście, ma pan złote ręce – miał mruknąć Eisenberg. Kiedy w 1917 roku odchodził z przemyskiego laboratorium do Krakowa, polecił na swoje miejsce właśnie Rudolfa Weigla.

„W nocy [Weigl] zaczął rozmyślać; wszakże ten sposób można by wykorzystać w praktyce, i tak narodziła się metoda, dzięki której Weigl pierwszy w świecie otrzymał w laboratorium hodowlę zarazka tyfusowego na wszach. Komórki nabłonkowe jelita wszy zakażonych sposobem Weigla stają się swojego rodzaju pożywką, gdzie rozwija się zarazek” – napisał Mosing. To właśnie tą metodą tak bardzo zachwycił się profesor Nicolle. Wypreparowane następnie z zakażonej wszy jelito pełne riketsji, rozgniecione w szklanym moździerzu i rozpuszczone w fenolu, dawało zawiesinę, z której powstawała szczepionka skutecznie chroniąca przed tyfusem.

Po kilku miesiącach spędzonych w Przemyślu Weigl poprosił o przeniesienie do jednego z obozów jenieckich, w których ck armia umieszczała żołnierzy wziętych do niewoli. Zakładał, że gdzie jak gdzie, ale akurat tam wszy zakażonych zarazkiem tyfusu mu nie zabraknie.

Trafił do laboratorium epidemicznego szpitala rezerwowego w Tarnowie. Tam kontynuował badania. Kolejnym problemem było znalezienie sposobu podtrzymywania hodowli wszy, by stale dysponować materiałem do wytwarzania szczepionki. Pośrednikiem w łańcuchu rozwoju choroby były świnki morskie. Wstrzykiwany im preparat wywoływał u zwierzątek objawy typowego tyfusu. Kolejnym etapem było przeniesienie riketsji ze świnek z powrotem do jelit wszy. W ten sposób zarazek mógł być utrzymywany przy życiu dowolnie długo.

Ale to nie dawało jeszcze gwarancji stworzenia skutecznej szczepionki. Pomógł przypadek, który mógł się dla Weigla skończyć bardzo źle. Wstrzykując zawiesinę kolejnej wszy, skaleczył się szklaną kapilarą. Po dwóch tygodniach zapadł na klasyczny, ciężki tyfus. „Dostarczając przez to po raz pierwszy niezbitego dowodu, że zarazek hodowany przez niego, drogą pasaży we wszy, jest w istocie zalążkiem duru” – napisał Jan Starzyk, najpierw student, a następnie asystent i przez wiele lat bliski współpracownik Weigla, po wojnie profesor na Uniwersytecie Jagiellońskim i Akademii Medycznej w Krakowie.

Jednocześnie Weigl uznał, że skoro jest chory, może sam karmić i zarażać potrzebne do produkcji szczepionki wszy. Umieszczał je w szczelnych drewnianych pojemnikach, które mocował następnie na udach, łydkach lub przedramionach. Wymyślone przez niego klateczki miały z jednego boku siatkę z gazy. Dzięki temu wszy mogły wgryzać się w ciało karmiciela, ale nie były w stanie wydostać się z trumienek, jak nazwali drewniane pojemniczki asystenci Weigla.

Gorączkujący już mocno Weigl sam wyciął sobie z brzucha skrawek skóry potrzebnej do biopsji – napisał po latach Zbigniew Stuchly, wtedy już pracownik Akademii Medycznej we Wrocławiu. Chciał, żeby zrobił to któryś ze współpracowników, ale wszyscy odmówili. Pielęgnującej go Zofii Kulikowskiej-Weigl, od kilkunastu miesięcy żonie, dyktował uwagi i obserwacje na temat rozwijającej się choroby. Wiedział, że za kilka dni rosnąca gorączka pozbawi go przytomności i może jej nigdy więcej nie odzyskać.

Notatki Zofii stały się podstawą jego pierwszej pracy poświęconej durowi plamistemu, dzięki której przyjęto go do Polskiej Akademii Umiejętności. Gdy zaczynał majaczyć, Zofia musiała udawać, że nadal wykonuje jego polecenia. „W przeciwnym razie bardzo się złościł i nie dawał się inaczej uspokoić” – opowiadała kilka lat później Stuchlemu.

Przeżył, a po ustąpieniu choroby przetestował wyprodukowaną szczepionkę najpierw na świnkach morskich, a potem na sobie. Udowodnił, że wstrzyknięcie zaszczepionemu wcześniej człowiekowi zawiesiny zawierającej zarazki z jelit dwustu pięćdziesięciu wszy nie jest już śmiertelne, choć oczywiście może spowodować gorączkę i osłabienie. Zaproponował władzom wojskowym Austro-Węgier rozpoczęcie produkcji szczepionki na dużą skalę, ale zanim ck biurokracja rozpatrzyła propozycję i podjęła decyzję, wojna zdążyła się skończyć.

Rudolf Weigl uważał, że przebyta choroba uodporniła go na resztę życia. A jednak zaraził się tyfusem jeszcze raz, też przypadkiem, także we własnym laboratorium. Mimo to zdania nie zmienił. Jego szczepionka okazała się naprawdę skuteczna i w normalnych warunkach chroniła przed zakażeniem. Ale codzienny kontakt z tysiącami zakażonych wszy, ich karmienie, ryzyko wtarcia w skórę kału, który przenikał przez siatkę klateczek, a przede wszystkim nieuchronne – mimo zabezpieczeń – przypadki skaleczeń lub zakłucia kapilarą z zawiesiną tyfusu nie mogły być bezpieczne. Kończyło się zwykle infekcją o ciężkim przebiegu, z kilkudniową gorączką blisko 40 stopni Celsjusza i zaburzeniami świadomości.

Po zakończeniu wojny Rudolf Weigl został zdemobilizowany. Wrócił do Lwowa i objął asystenturę w Katedrze Histologii i Embriologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Lwowskiego. Chciał dokończyć zarzucone przed wojną studia lekarskie, ale odrodzone państwo polskie miało dla niego inną propozycję. Został członkiem Wojskowej Rady Sanitarnej Ministerstwa Spraw Wojskowych Rzeczypospolitej, a w 1919 roku stanął na czele utworzonej specjalnie dla niego w Przemyślu Pracowni Badań nad Tyfusem Plamistym.

Zatrudnił w laboratorium Zofię i świeżo upieczonego doktora Uniwersytetu Lwowskiego Ludwika Flecka, po latach autora wielu prac z zakresu filozofii i socjologii medycyny. Jego losy będą przez kolejne lata przenikać się z losami Rudolfa Weigla.

W Przemyślu Weigl spędził niewiele ponad rok. W lipcu 1920 roku wezwał go macierzysty uniwersytet. Został powołany na stanowisko profesora zwyczajnego w Katedrze Biologii Ogólnej na Wydziale Lekarskim uczelni, która właśnie otrzymała imię króla Jana Kazimierza.

W środowisku uniwersyteckim zawrzało. Pojawiły się mocno niechętne Weiglowi i zdziwione głosy, jaki cudem ten niespełna trzydziestosiedmiolatek, w dodatku z niewielką liczbą publikacji naukowych, mógł tak szybko zostać profesorem. I to od razu zwyczajnym.

Rudolf Weigl zakpił z zawistników: – Zwyczajnych uczonych robią nadzwyczajnymi. Nadzwyczajnych, takich jak ja, od razu zwyczajnymi.

Do końca życia uważał, że o wartości uczonego świadczy wyłącznie jakość jego prac naukowych, a nie ich liczba i posiadane tytuły.

Zdjęcie Rudolfa Weigla, publikowane w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” i innych gazetach wydawanych przez Koncern IKC, Lwów 1930

Teren zakaźny. Wstęp wzbroniony

Nowy kierownik Katedry Biologii Ogólnej Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza, profesor zwyczajny Rudolf Weigl w 1921 roku chyba ostatecznie porzucił myśl o dokończeniu studiów medycznych. Profesorowi po prostu nie wypadało być studentem na własnej uczelni, a tym bardziej na własnym wydziale.

Krótko po nominacji stworzył w swojej katedrze laboratorium badawcze, zalążek przyszłego Instytutu Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami. Zatrudnił w nim m.in. Zofię i Ludwika Flecka, który pracował nad metodami diagnostyki tyfusu. Kiedy jednak stało się jasne, że asystent żydowskiego pochodzenia raczej nie będzie mógł liczyć na karierę uniwersytecką, Fleck odszedł. Został, prawdopodobnie za wstawiennictwem Weigla, bakteriologiem w lwowskim szpitalu miejskim.

Kwestia niepolskiego pochodzenia Rudolfa Weigla nie była dla odradzającej się Rzeczypospolitej problemem. Nie pojawia się w żadnym ze znanych dziś dokumentów. Nie wspominają o tym także współpracownicy uczonego. W wieloetnicznej monarchii austro-węgierskiej narodowość, zwłaszcza austriacka czy niemiecka, z domieszką czeskiej, nie budziła żadnych wątpliwości, w zszywanej po stu dwudziestu trzech latach z trzech zaborów Polsce też raczej nie. Każdy, kto chciał pracować dla ojczyzny, był przyjmowany z otwartymi rękoma. Zwłaszcza we Lwowie, gdzie od dawna brzmienie nazwiska niekoniecznie odpowiadało narodowości. A Rudolf Weigl nie zmieniał przecież ani miasta, ani uczelni czy środowiska, więc pytanie o pochodzenie mogło nie pojawić się w ogóle.

– Profesor był zdania, że narodowość bierze się nie z urodzenia, ale z wyboru – mówił Stefan Kryński w filmieSprawa profesora Weigla.

I on, Weigl, był właśnie takim Polakiem z wyboru. Jak Oskar Kolberg, Samuel Linde czy Wincenty Pol, którym polska kultura tyle zawdzięcza, choć mogłyby się do nich przyznawać także inne nacje. A z drugiej strony, przekonywał, są przecież Józef Korzeniowski-Conrad, Guillaume Apollinaire de Kostrowicki czy choćby córki Marii Skłodowskiej-Curie. Wszyscy oni wybrali narodowość inną niż polska.

Zakład, którym kierował Rudolf Weigl, mieścił się w starym gmachu Uniwersytetu Lwowskiego przy ulicy Świętego Mikołaja 4, tuż przy kościele pod wezwaniem tego samego świętego. Przed laty budynek był konwiktem dla uczniów szkoły jezuickiej, po kasacie zakonu należał do wojska, a od roku 1851 do ck Uniwersytetu im. Franciszka Józefa. Do środka wchodziło się dużą bramą obok portierni, w której siedział przyglądający się podejrzliwie interesantom woźny. Mijało się wahadłowe drzwi, a następnie szło bardzo długim i bardzo ciemnym, sklepionym łukowo korytarzem po skrzypiących dębowych deskach, pachnących pastą i starością. „Było tam zawsze pusto – prawie nikogo w tej części zakładu się nie spotykało” – wspominał Wiktor Weigl.

W pewnym momencie korytarz się rozgałęział. Lewa odnoga prowadziła do Zakładu Botaniki, prawa do wysokich drewnianych drzwi z oszkloną rozetą na górze. Za nimi mieścił się już Zakład Biologii Ogólnej i pracownia Rudolfa Weigla. Na drzwiach wejściowych widniał groźny napis „Teren zakaźny – niezatrudnionym wstęp wzbroniony”. Panował „nastrój pewnego rodzaju niepewności, a może i strachu”, zapamiętał pierwszy pobyt w zakładzie Władysław Wolff. „Jakby przekraczało się próg innego świata” – tak opisywał swoją pierwszą wizytę Andrzej Nespiak, gimnazjalny kolega Wiktora Weigla.

Po kilku latach zlikwidowano przejście korytarzem i otwarto boczne drzwi do zakładu, znajdujące się w zaułku między gmachem uczelni a kościołem. Wchodzący trafiał niemal od razu na drzwi z rozetą ze szkła.

Stary gmach Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i kościół pw. Świętego Mikołaja

Za drzwiami wzdłuż prawej ściany wewnętrznego korytarza stały szafy pełne naczyń laboratoryjnych i przyrządów: termostatów, wirówek i sterylizatorów. „Panowała tu specyficzna woń nadpalonego papieru i rozgrzanego metalu z suszarek, w których sterylizowało się płytki Petriego oraz pudełka z kapilarami” – zapamiętał Nespiak. Na końcu korytarza mieścił się kantorek Michała Martynowicza, człowieka od wszystkiego. Laboranta, mechanika, złotej rączki i najbardziej zaufanego człowieka Rudolfa Weigla, któremu uczony powierzał sprawy zarówno służbowe, jak i prywatne. Zaczęli pracować razem jeszcze w okresie wielkiej wojny i od tamtej pory się nie rozstawali. I to mimo wybuchających od czasu do czasu scysji, bo obaj byli cholerykami. Martynowicz był częstym gościem w domu Weiglów, spędzał też z nimi część wakacji. Przez pozostałe tygodnie pilnował zakładu i dostarczał profesorowi informacji o wszystkim, co uważał za ważne i nieważne. „Chyba nie mogliby się bez siebie obejść” – napisał Wiktor Weigl.

Po lewej stronie korytarza znajdowały się drzwi prowadzące do kilku pracowni, pośrodku te najważniejsze, do królestwa Rudolfa Weigla. Za pierwszymi mieściła się pracownia biologiczna doktor Karoliny Reisowej, asystentki Weigla i żony wziętego lwowskiego okulisty Wiktora Reisa. Stały w niej także akwaria i terraria ze zwierzętami laboratoryjnymi: traszkami, żabami, salamandrami; były wśród nich okazy łapane osobiście przez profesora i jego asystentów. Po rozbudowie i zajęciu przez zakład piwnic budynku zostały przeniesione do zwierzętarni urządzonej na najniższym poziomie.

Pracownia profesora była największa. Wzdłuż okien, które wychodziły na uniwersytecki Ogród Botaniczny, ustawiono stoły. Na nich znajdowały się mikroskopy i binokulary, statywy z probówkami, kolbami i pipetami. Obok stały w rzędzie palniki bunsenowskie, szalki Petriego z pożywkami bakteryjnymi, naczynia z barwnikami i mnóstwo innego sprzętu. Szuflady biurek pełne były drobnych narzędzi laboratoryjnych, sprężynek, rurek i nakrętek, czyli wszystkiego, co było czy choćby tylko mogło być profesorowi przydatne. I biada temu, kto spróbowałby coś przestawić albo „uporządkować” inaczej, niż zrobił to Rudolf Weigl. Laborantki, które nie od razu pojmowały, że w tym chaosie jest logika, i chciały poukładać coś „lepiej”, obrywały za to.

Prawą stronę pracowni, bliżej drzwi wejściowych, zajmowała Zofia Weiglowa. Na jej biurku obok oprócz sprzętu laboratoryjnego stały w idealnym porządku segregatory i teczki z dokumentacją badań i rachunkami. To żona profesora zajmowała się w zakładzie sprawami administracyjnymi i finansami.

Centralną część zajmował długi i ciężki stół, pokryty blachą ołowianą, do którego doprowadzone były woda i gaz. Stały na nim kolejne urządzenia potrzebne do badań: wirówki, wagi, miski do barwienia preparatów i dodatkowe palniki. Był ponadto wyposażony w biurety do odmierzania płynów. W specjalnych wnękach w ścianach zamontowano zmywaki i krany z bieżącą wodą. W jednym z kątów pracowni znajdowało się dygestorium, przeszklona komora wentylacyjna wyposażona w wyciąg i wentylator. To tam wykonywano doświadczenia, w których wyniku wydzielały się substancje niebezpieczne dla ludzi, wymagające natychmiastowego usunięcia. „Do dziś pamiętam charakterystyczny zapach pracowni: mieszanka zapachu olejku cedrowego, ksylolu i fenolu” – wspominał Wiktor Weigl.

W głębi po lewej stronie znajdowały się drzwi do gabinetu profesora. Oprócz biurka i biblioteczki miał w nim wygodną kanapę. To tam nocował, gdy pracował do późna. Jeśli był w gabinecie, każdy mógł do niego wejść. Kiedy nie chciał, by mu przeszkadzano, wieszał na drzwiach ręcznik. „Biada temu, który by wszedł do pracowni w takim czasie” – pisał Stefan Kryński. Podobnie nie znosił, kiedy ktoś próbował go zagadnąć, gdy zamyślony przechadzał się po Ogrodzie Botanicznym.

W piwnicach zakładu, czyli dawnych podziemiach klasztornych (niektórzy pracownicy utrzymywali nawet, że straszy w nich duch Biskupa), znajdowało się królestwo Grzegorza Karlica: zwierzętarnia i tajemnicze pomieszczenie nazywane przez pracowników salą tortur. Do obu dostać się można było wyłącznie schodami z głównego korytarza.

Wiktor Weigl najbardziej lubił zaglądać właśnie do zwierzętarni. W ustawionych piętrowo klatkach żyły szczury, białe myszy, króliki i świnki morskie, wszystkie szczegółowo opisane i zakolczykowane. Od razu po wejściu słychać było popiskiwania, świsty, pomruki i tupot nóg zwierząt, ale przede wszystkim cichy, jednostajny dźwięk przeżuwania siana przez świnki i króliki. Przerywały na chwilę, żeby zerknąć, kto wszedł do pomieszczenia i czy może nadchodzi pora karmienia, a potem wracały do monotonnego gryzienia. „Jeszcze wiele lat później, w różnych okolicznościach zachodziłem tam, aby znaleźć chwilę ciszy i spokoju” – wspominał Wiktor.

W „sali tortur” stał żelazny, wtedy już mocno pordzewiały stół, w ściany wmurowane były haki, uchwyty i łańcuchy. Wszystko razem robiło wrażenie dość przerażające, ale było po prostu dawnym pomieszczeniem prosektorium uniwersyteckiego. W piwnicach obok urządzono salkę operacyjną dla zwierząt, sterylizatornię, myjnię naczyń i oddzielną kotłownię

Grzegorz Karlic był kolejnym zaufanym człowiekiem Weigla. Odpowiadał nie tylko za karmienie i pojenie zwierząt, ale pełnił też obowiązki zaopatrzeniowca zakładu. Dbał, żeby nie zabrakło niczego, co profesorowi może być akurat potrzebne.

Zwierzętarnia kryła jeszcze jedną tajemnicę. Przez okno, podstawiwszy niewielką drabinę, można było przedostać się do Ogrodu Botanicznego. Składał się z dwóch części. Większa, przylegająca do zabudowań uniwersyteckich, była parkiem z pięknymi, starymi drzewami. Okna gabinetu Rudolfa Weigla wychodziły na wielkie platany, nieopodal rosła lipa z ogromną dziuplą, w której mieściły się naraz nawet cztery osoby, dalej dąb amerykański i odmiana orzecha, którego owoce były wielkości piłki do tenisa. Wiktor Weigl zapamiętał ich dziwny zapach, przypominający trochę walerianę. Wśród drzew jego ojciec urządził sobie tor łuczniczy, na który wymykał się nawet w godzinach pracy, żeby postrzelać.

Mniejsza część ogrodu, do której wchodziło się bramą od ulicy Długosza, miała charakter hodowlano-cieplarniany. W wysokiej na kilka metrów oranżerii rosły palmy, bananowce, cytryny i pomarańcze. W szklarniach można było oglądać rzadkie gatunki orchidei o najbardziej fantastycznych kształtach i kwiaty tropikalne. Tam Wiktor zobaczył pierwszy raz w życiu kwitnące mimozy. Ale do tej części wolno było mu chodzić tylko w towarzystwie ojca.

Ogrodem zarządzał pan Bąkowski, inwalida z czasu wojny światowej. Utykał na jedną nogę, miał szklane oko i był postrachem dzieci. Gdy tylko dostrzegał nieproszonych gości, zwłaszcza gimnazjalistów, których w tajemnicy przed ojcem wpuszczał czasem do ogrodu Wiktor, zaczynał kuśtykać w ich stronę, krzycząc: „Ja wam tu...”. Wtedy uczniowie rozpierzchali się, uciekając przez piwniczne okna zwierzętarni. Ale gdy miara zdaniem ogrodnika się przebierała, szedł do profesora na skargę, co zwykle kończyło się dla Wiktora czasowym zakazem wstępu do ogrodu. Jednak po bliższym poznaniu pan Bąkowski okazał się bardzo miłym człowiekiem, wspominał syn uczonego. A w dodatku był wielbicielem Zofii Weiglowej, obsypującym profesorową rzadkimi kwiatami.

W latach dwudziestych XX wieku zakład tworzyło kilkunastu pracowników. Oprócz Zofii Weiglowej, Karoliny Reisowej, Michała Martynowicza i Grzegorza Karlica byli jeszcze Władysław Kuzia, Bronisław Chrzanowski, Jan Starzyk, Zbigniew Stuchly i Edward Zubik, którzy trafili do Rudolfa Weigla, często studiując już drugi fakultet, przyciągnięci rosnącą legendą profesora. Oprócz nich była jeszcze asystentka techniczna Tekla Załuska, która wiedziała wszystko o hodowli, sztucznym zakażaniu wszy i produkcji szczepionki, oraz Anna Herzig, przyjęta do zakładu jako rysowniczka, ale szybko wspinająca się po kolejnych szczeblach kariery.

Byli też inni, którzy przychodzili i odchodzili, bo nie wytrzymywali narzuconego przez Weigla reżimu pracy. Uczony wobec rodziny i najbardziej zaufanych pracowników nie krył, co myśli o zmieniających się asystentach. „Zdolny, ale leń”, „Zupełnie tępy, ale pracowity”, „Kombinator”, „Z tego to coś może będzie” – Wiktor Weigl zapamiętał wygłaszane przez ojca kategoryczne opinie. „Był szefem twardym, bezkompromisowym i wymagającym, ale również nie zawsze całkiem sprawiedliwym i w sprawach naukowych trochę nietolerancyjnym” – wspominał. Do konfliktów dochodziło nawet z tymi, których Rudolf Weigl wcześniej cenił, ale nagle uznawał, że asystent nie dość się stara. Zdarzało się, że urażony pracownik sam rzucał pracę, choć potem zwykle wracał.

Jedna z laborantek w pracowni Rudolfa Weigla, fot. Koncern IKC, Lwów 1930

„Miał jednak Ojciec kilku asystentów, bez których nie mógł się obejść” – napisał Wiktor. Ogromne zaufanie miał do Zbigniewa Stuchlego, którego, jak powszechnie uważano, typował na swojego następcę. Może jakiś wpływ miał na to fakt, że Stuchly, podobnie jak szef, studiował medycynę i biologię, i też w końcu zdecydował się na tę drugą dziedzinę. Dopiero wtedy trafił do zakładu. W 1933 roku, po uzyskaniu absolutorium, został młodszym, a po ukończeniu studiów starszym asystentem. Profesor liczył się z jego zdaniem, ufał mu nie tylko w sprawach naukowych, ale także życiowych i moralnych. „Mam wrażenie, że jego jedynego odrobinę się bał” – dodał Wiktor Weigl.

Ale nawet Stuchlemu zdarzyło się wejść z profesorem w konflikt. Stanął w obronie kolegi, którego szef jego zdaniem niesprawiedliwie ukarał. Kazał mu wybrać grupę zdrowych wszy, większych niż pozostałe. Miały dać początek nowej linii hodowli, a asystent polecenia nie wykonał. Gdy po jakimś czasie Weigl zapytał o wybrane wszy, zapadła cisza.

– Kolega nie wiedział, co powiedzieć, a mnie coś podkusiło – wspominał w filmieSprawa profesora Weigla Stuchly. Stwierdził, że przecież wszystkie wszy w zakładzie są czystej rasy, a w obrębie czystej rasy nie może być selekcji.

– Jeśli komuś się u mnie nie podoba, może sobie pójść – zareagował impulsywnie Weigl.

Zbigniew Stuchly wziął płaszcz i wyszedł. Przez dwa kolejne dni nie przychodził do pracy. Trzeciego dnia wieczorem pojawił się u niego Henryk Mosing, przekonując, że profesorowi jest z powodu zajścia bardzo przykro.

Asystent uznał, że jednak to on powinien pierwszy przeprosić szefa za niewłaściwe zachowanie. Założył wizytowy garnitur i poszedł do Weiglów, ale nim zdążył skończyć przeprosiny, utonął w ramionach profesora.

– Już wszystko w porządku – usłyszał.

Kolejną osobą, bez której Weigl nie wyobrażał sobie życia zakładu, był Władysław Kuzia. Kierowca, mechanik, niezastąpiony towarzysz wypraw wędkarskich i myśliwskich, w dodatku dzielący fotograficzną pasję szefa. Zawsze wesoły i dowcipny, był duszą towarzystwa podczas wakacji, które w części spędzał z rodziną Weiglów. „Znał mnóstwo kawałów i dykteryjek” – zapamiętał Wiktor.

Wszy przed zakażeniem należało umieścić w specjalnie zaprojektowanych i skonstruowanych imadełkach

Równie ważną postacią był doktor Henryk Mosing. Wysoki, nieco przygarbiony, z lekką wadą wzroku. Samotnik, bardzo niezależny, zafascynowany filozofią hinduską i prowadzący absolutnie ascetyczny tryb życia. Jednocześnie z dużym dystansem do siebie i świata. „Człowiek, którego nikt nie mógł naprawdę rozgryźć” – napisał Wiktor. Miał wielką łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi, zarówno z młodzieżą, jak i bardzo nieufnymi wobec obcych mieszkańcami huculskich wiosek w Karpatach Wschodnich. Weiglowcy jeździli do nich prowadzoną przez Kuzię sanitarką, by walczyć z wybuchającymi tam ogniskami tyfusu. Ale Hucułów trzeba było najpierw przekonać, żeby pozwolili przeprowadzić niezbędne badania.

Mosing zbierał – zwykle z drugim lekarzem – szczepy riketsji powodujących regularne nawroty epidemii tyfusu. Do badań potrzebne były wszy z miejscowości, w których epidemie wybuchały, a tych najwięcej można było znaleźć w chłopskich kożuchach. Badacze wyiskiwali żywe owady z futer, pakowali do przywiezionych pudełek... no i musieli zadbać, żeby dotarły do Lwowa żywe. A to znaczyło, że trzeba było je karmić. I tu zaczynały się schody, bo miejscowa ludność, od zawsze żyjąca z wszami w wymuszonej symbiozie, gryziona i chorująca na tyfus, brzydziła się karmieniem insektów.

Honorem uniósł się nawet „zawszawiony wiejski włóczęga”, który oświadczył, że wszy karmić nie będzie, nawet jeśli pochodzą z jego własnego kożucha. „Nie było rady, najczęściej obaj przyjezdni doktorzy sami musieli te klatki zakładać na swoje własne łydki” – relacjonował opowieści starych pracowników instytutu Andrzej Nespiak. Przywiezione do Lwowa wszy służyły do założenia hodowli riketsji o określonej zjadliwości, potrzebnej do przygotowywania odpowiedniej szczepionki.

Przy okazji Henryk Mosing leczył górali i ich rodziny, oczywiście bezpłatnie. Ale nie było to zwykłe zapisywanie chorym tabletek czy maści. Żeby Hucułowie z zapadłych wiosek Gorganów chcieli i potrafili zastosować się do przepisanej kuracji, Mosing musiał odwołać się do ich pojmowania czasu. „Powiedzenie «weźcie te białe proszki trzy razy dziennie» nie odnosiło żadnego skutku, po prostu zlekceważono by wartość leku, no i samego doktora” – zanotował wspomnienia Mosinga Nespiak.

Czas musiał być określony w sposób zrozumiały dla miejscowych, którzy nie używali przecież zegarków. Weźmiecie tabletkę, „kiedy słońce schowa się za dach sąsiada”, albo „jak wasza baba będzie szła do udoju”, tłumaczył cierpliwie Mosing. A kiedy chciał oznaczyć termin wizyty w szpitalu w miasteczku i mieć pewność, że pacjent go zrozumiał i przyjedzie we właściwym czasie, musiał odliczyć dni od daty jarmarku w Haliczu albo odpustu w Mizuniu. Henryk Mosing to wszystko wiedział i potrafił.

Kolejnymi osobami ze stałej ekipy byli Zbigniew Zubik („pełen werwy i humoru” – wspominał Wiktor) i Jan Starzyk, odpowiedzialny za jakość szczepionki produkowanej w zakładzie.

Zubik pojawił się w instytucie w roku 1928 (po drugim roku studiów) jako „pomocnik asystenta”, co oznaczało, że jego podstawowym zadaniem było mierzenie temperatury królikom, przygotowywanie pożywek dla bakterii i mycie naczyń laboratoryjnych. Do Starzyka należało kontrolowanie sterylności stanowisk pracy i nadzorowanie karmicieli wszy, strzykaczy i preparatorek. Pracownicy techniczni nie lubili go, bo rygorystycznie domagał się porządku, „ale dzięki jego żelaznej ręce nie dochodziło do poważnych awarii” – wspominał Wiktor. Wiedział, co robi, bo profesor miał pretensje o wszystko, co poszło nie po jego myśli: „a gdy coś nie szło, winien był Starzyk”. Broniła go wtedy przed mężem Zofia. Doktor Starzyk przetrzymał kolejne burze i w miarę upływu lat oraz rosnącej produkcji szczepionki stawał się postacią coraz bardziej w zakładzie niezbędną. W czasie okupacji wręcz kluczową.

Specjalne miejsce w zakładzie zajmowały kobiety. Początkowo przede wszystkim żona profesora i docent Karolina Reisowa, a później także doktor Anna Herzig.

Zofia Kulikowska oprócz pracy naukowej zajmowała się administracją, była mediatorem między cholerycznym mężem i równie emocjonalnymi pracownikami oraz pełniła funkcję kasy zapomogowo-pożyczkowej. Młodsi pracownicy przychodzili do niej nawet ze sprawami najbardziej prywatnymi, w tym sercowymi, prosząc o radę, pomoc, otuchę, a przynajmniej pocieszenie. A ona radziła, pomagała i pocieszała. Była w zakładzie nazywana aniołem.

Wspólnie z Karoliną Reisową Weigl prowadził doświadczenia nad transplantacją u zwierząt zimnokrwistych. W gabinecie doktor Reisowej obok naczyń z płazami z podlwowskich łąk stały akwaria z przywiezionymi z Ameryki Południowej drapieżnymi aksolotlami, które służyły do tych badań.

Anna Herzig, początkowo pracownica techniczna w zakładzie, szybko dołączyła do zespołu naukowego. Ukończyła biologię i zrobiła doktorat. Została jedną z najbliższych współpracowniczek Weigla, zaprzyjaźniła się z jego żoną, a po śmierci Zofii zajęła jej miejsce. Energiczna i apodyktyczna, nie była jednak przez współpracowników lubiana.

No i była jeszcze pani Prakseda Stoerowa, nazywana Klucznicą profesora Weigla. „Osoba zażywna, zawsze pogodna, uczynna i życzliwa” – wspominał Wiktor. „Pełniła rolę typowej totumfackiej, osoby najlepiej rozumiejącej zmienne nastroje szefa” – dodał Andrzej Nespiak. Bardzo oddana uczonemu. Pomagała mu nie tylko w hodowli wszy i kwestiach gospodarczych w zakładzie, ale i w sprawach domowych. Po wojnie znalazła się razem z Weiglem i Anną Herzig w instytucie w Krakowie.

To był zespół ludzi, którzy pracowali z Rudolfem Weiglem najdłużej. Także w czasie okupacji, wielu aż do chwili ewakuacji instytutu Weigla ze Lwowa. W miarę wzrostu produkcji szczepionki pracowników w zakładzie przybywało. Preparatorów, strzykaczy i najczęściej zmieniających się – karmicieli wszy. Na początku nielicznych, ale z czasem potrzeba ich było coraz więcej.