Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 361 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wieniawa. Szwoleżer na pegazie - Mariusz Urbanek

Wieniawa połączył w swoim życiu rzeczy skrajnie różne. Był lekarzem i żołnierzem podczas wielkiej wojny 1914–1918, a potem podczas wojny polsko-bolszewickiej. Był adiutantem i przyjacielem marszałka Józefa Piłsudskiego, towarzyszem zabaw i bohaterem wierszy największych ówczesnych poetów – Tuwima, Słonimskiego, Wierzyńskiego (esej poświęcił mu sam Gilbert Keith Chesterton). Był ambasadorem w Rzymie i przez cztery dni, we wrześniu 1939 roku, prezydentem Rzeczypospolitej. Ale najbardziej przylgnął doń tytuł, który i on sam chyba najwięcej ukochał: Pierwszy Ułan II Rzeczypospolitej.

Opinie o ebooku Wieniawa. Szwoleżer na pegazie - Mariusz Urbanek

Fragment ebooka Wieniawa. Szwoleżer na pegazie - Mariusz Urbanek

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki Opracowanie indeksu: Tadeusz Nowakowski Korekta: Dobrosława Pańkowska

Ilustracja na obwolucie © Marek Szyszko Źródła zdjęć i ilustracji:

Narodowe Archiwum Cyfrowe oraz archiwa Autora i Wydawnictwa Iskry

ISBN 978-83-244-0425-4

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2015 Copyright © by Mariusz Urbanek

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, aby ustalić autorstwo i skontaktować się z autorami wszystkich zdjęć zamieszczonych w książce. W odosobnionych przypadkach okazało się to niemożliwe. Dlatego właścicieli praw do zdjęć, z którymi nie zostały podpisane umowy, prosimy o pilny kontakt z sekretariatem wydawnictwa.

Wydawnictwo Iskry al. Wyzwolenia 18 00-570 Warszawa tel./fax 22 827 94 15 iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

konwersja.virtualo.pl

Beacie

„Długo błądził i włóczył się po życiu, nie mogąc ani przystać do solidnego lekarskiego fachu, ani dość na serio wziąć swego malowania, ująwszy po raz pierwszy w swe ręce muzealną, ale prawdziwą, nową polską beliniacką szablę – poczuł nagle, że on właśnie, on przede wszystkim jest urodzonym ułanem polskim, że całe dotąd jego życie było błądzeniem do tego przedtem nieosiągalnego, a tak nagle odkrytego przeznaczenia, że wszystkie jego zalety i – co równie ważne – wady są to te właśnie, których trzeba, by być ułanem polskim, by z pieśnią czy żartem na ustach, manierką i dziewczyną w myśli, szablą przy boku wieść owo życie zbratane ze śmiercią, życie, w którym od czasu księcia Józefa i szwoleżerów spod Somo-Sierry zakochała się dusza polska” – pisał o Bolesławie Wieniawie-Długoszowskim Jan Lechoń.

Wieniawa połączył w swoim życiu rzeczy skrajnie różne. Był lekarzem i żołnierzem podczas wielkiej wojny 1914–1918, a potem podczas wojny polsko-bolszewickiej. Był adiutantem i przyjacielem marszałka Józefa Piłsudskiego, towarzyszem zabaw i bohaterem wierszy największych ówczesnych poetów – Tuwima, Słonimskiego, Wierzyńskiego (esej poświęcił mu sam Gilbert Keith Chesterton). Był ambasadorem w Rzymie i przez cztery dni, we wrześniu 1939 roku, prezydentem Rzeczypospolitej. Ale najbardziej przylgnął doń tytuł, który i on sam chyba najwięcej ukochał: Pierwszy Ułan II Rzeczypospolitej.

Pozostała po nim legenda beniaminka Warszawy, malowniczego bywalca knajpek i kabaretów, arbitra elegancji i wdzięku, niestrudzonego uwodziciela i pojedynkowicza. Pozostał słynny bon mot: „Skończyły się żarty, zaczynają się schody”, zachowała nieprawdziwa historia o wjechaniu konno wprost na parkiety „Adrii”, przetrwało wiele anegdot, które nigdy nie powiedzą o człowieku całej prawdy, ale bez których prawda też nie będzie mogła być pełna.

Przetrwała też czarna legenda dostarczyciela pikantnych dykteryjek Piłsudskiemu i niepoważnego dowódcy operetkowego pułku szwoleżerów, przydatnego najwyżej podczas parad i do oprawy świąt państwowych. Iz trudem przebijająca się prawda o człowieku najwyższego honoru i największego zaufania. O oficerze, którego marszałek Piłsudski mógł wysłać do rządu Francji z propozycją prewencyjnego uderzenia na Niemcy, by zawczasu zlikwidować zagrożenie, jakie przeczuwał w osobie Hitlera. Misja, która nie miała prawa wyjść na jaw, mogła zostać powierzona tylko komuś absolutnie zaufanemu. Na pewno nie mógł być tym kimś pijak i awanturnik, którego chcieli widzieć w Wieniawie przeciwnicy Marszałka.

Kiedy we wrześniu 1939 roku został prezydentem Rzeczypospolitej, niewielu potrafiło zrozumieć dlaczego. Wolna Polska właśnie przestała istnieć, Naczelny Wódz uciekł z kraju, rząd i prezydent Ignacy Mościcki zostali internowani w Rumunii, a z planowanym pierwotnie kandydatem na prezydenta Władysławem Raczkiewiczem nie było kontaktu. Ale państwo, nawet pokonane i podzielone już między Niemców i Rosjan, nie mogło zostać bez swoich reprezentantów wobec świata. Ktoś musiał zostać prezydentem… a po odnalezieniu Raczkiewicza natychmiast ustąpić, rezygnując z otrzymanej władzy. To musiał być ktoś, kto nie ulegnie pokusie, by ją zachować… Kto? Wieniawa.

„Warto by odełgać legendę o Wieniawie – bawidamku i fanfaronie w stylu gaskońskim – pisał Antoni Słonimski – legendę, która utrwaliła się, fałszywie przekazując nam tę malowniczą i tragiczną postać dwudziestolecia międzywojennego”. Był nie tylko przyjacielem największych polskich twórców pierwszej połowy XX wieku, sam też pisał. Niewiele, ale próbki, które przetrwały, dowodzą, że talent literacki wcale nie był najmniejszym wśród wszystkich, które posiadał. Tłumaczenia wierszy Baudelaire’a pióra Wieniawy ukazują się do dziś między przekładami Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza.

Obejmując stanowisko ambasadora w Rzymie, Bolesław Długoszowski powiedział dziennikarzom:

– Ludzie szanowani są dla swoich zalet i cnót, a lubiani tylko dzięki wadom. Ja podobno w Warszawie bardzo byłem lubiany. Obawiam się jednak, że wy tutaj będziecie mnie szanowali.

Dzięki swoim wadom Wieniawa stał się pupilem i enfant terrible stolicy. Te najbardziej kolorowe i fotogeniczne utrwaliły peerelowskie filmy: Lata dwudzieste, lata trzydzieste, Miłość ci wszystko wybaczy, Nikodem Dyzma… O tę część legendy można być spokojnym. Ale dramatyczna prawda zawsze przebija się trudniej…

Dziś trzeba napisać, że warto odełgać także tę czarną legendę towarzyszącą Wieniawie. Zalety, za które ludzie są szanowani, jego doprowadziły w 1942 roku do samobójczej śmierci. Znów nie było Polski, dla której poszedł do Legionów w 1914 roku, a on sam został w Ameryce skazany przez nieludzki kaprys historii na bezczynność. Nie chciał tak żyć.

I nie doczekał momentu, kiedy można było zacząć go szanować.

Szlachetny dyletant

„Z nosem, jakiego by się nie powstydził Cyrano de Bergerac, z gęstą szopą włosów na głowie, wesoły, dowcipny, wiecznie uśmiechnięty, zabijaka i kompan, kawalarz jakich mało (…) poszukiwany jako niezastąpiony towarzysz zabaw. Butnie i godnie reprezentował wobec obcych tę swoją polskość, Polacy cenili go za złote serce”.

Xawery Glinka

Gdyby w 1900 roku, kiedy dziewiętnastoletni Bolek Długoszowski składał w Nowym Sączu maturę, armia nie była wyłącznie austro-węgierska i  cesarsko-królewska, pewnie nie pomyślałby nawet o medycznych seminariach i karierze lekarskiej.

Ojciec, też Bolesław, inżynier, którego staraniem powstało w Galicji sporo szlaków kolejowych, powtarzał synom, że jest dopiero drugim w rodzinie, po sławnym Janie Długoszu, inteligentem. Ale w zimowe wieczory nie o pracy opowiadał dzieciom. Wspominał miesiące spędzone w 1863 roku w powstańczych oddziałach. Mówił, jak będąc wówczas dziewiętnastoletnim młodzieńcem, przymuszony szantażem przyszłej żony, mającej wtedy zaledwie czternaście lat, ruszył w  słynnym oddziale Dionizego Czachowskiego na bój. Nie mógł uczynić inaczej, gdy patriotycznie usposobiona panna oświadczyła, że nigdy nie odda ręki człowiekowi, który by uchylił się od walki o ojczyznę. Ojcowskie opowieści przywoływały dni partyzantki w Kieleckiem, pierwszą bitwę pod Osiekiem opodal Sandomierza, rozpaczliwą obronę w stodole podpalonej przez rozwścieczonych Rosjan, gdy dopiero straceńczy atak na bagnety uratował powstańców od pewnej śmierci. Matka i siostry, Teosia i Zosia, dawno już spały, gdy chłopcy, Kazik i młodszy o rok Bolek, słuchali z rozdziawionymi buziami o tym, jak ojciec wraz z kolegami ze zwiadu maszerowali kilka kilometrów po śniegu tyłem, znacząc fałszywy trop, by oszukać Moskali.

Gdy mało było gawęd ojcowskich, przymuszany przez dzieci rozpoczynał swe opowieści pan Daszkiewicz, krzepki, z górą osiemdziesięcioletni starzec, wywodzący ponoć swój ród od białoruskich kniaziów Korybutów-Daszkiewiczów, przyjaciel i rządca w ojcowskim majątku. A miał co opowiadać. O udziale w powstaniu listopadowym, potem walkach pod generałem Bemem w 1848 roku i znów w powstaniu w styczniu 1863, za co już ostatecznie został przez Rosjan wyzuty z majątku. W dobrach Długoszowskich doglądał żniw i orki, gdy ojciec wybierał się regulować kolejną rzekę, a w wolnych chwilach szkolił paroletnich chłopców w kawaleryjskiej jeździe konnej.

W snutych wieczorami opowieściach trwała legenda świetności odebranej ojczyzny, pamięć o bohaterskiej przeszłości przodków, którzy ginęli za Polskę, gdy przyszedł ich czas, choć już nawet nie mogli pamiętać jej wolnej. O wolność walczył pod rozkazami Napoleona dziad Aleksander. Dziad Wincenty Długoszowski bił się w 3. Pułku Ułanów w powstaniu listopadowym, awansując po bitwie grochowskiej na rotmistrza. W ułańskim uniformie z żółtym rabatem spoglądał na wnuka z portretu, który wisiał na poczesnym miejscu w gabinecie ojca, poruszając chłopięcą wyobraźnię. Tym, jak po szarży pod Ostrołęką uniósł cało głowę mimo jedenastu ran poniesionych od cięć szabli i pchnięć kozackich spis. I tym, że skazany na dziesięć lat karnych rot gdzieś na Kaukazie, uciekł po paru latach i przez Turcję i Rumunię wrócił na rodzinne Podkarpacie, by tam w folwarku „na Muroniu” dokonać żywota.

„Sam folwark «na Muroniu» stał już wtedy pustką” – wspominał po latach Bolesław Wieniawa-Długoszowski. „My jednak odwiedzaliśmy go często i chętnie dla spotkań z widmem, dla bezsłownych rozmów z duchem, znanym nam z opowiadań, z papierów rodzinnych i z portretu w mundurze ułańskim”.

Także stryj Ignacy, choć ksiądz, a nawet infułat pilzneński, patriarcha rodu jeszcze za pamięci Bolka, gdy wybuchło powstanie krakowskie 1846 roku, nie namyślając się długo ruszył do walki. Sąd we Lwowie skazał go za to na śmierć, ale ostatecznie ułaskawiony stryj wykpił się rocznym pobytem w spielbergskiej twierdzy.

Ojciec Wieniawy – Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Matka Wieniawy – Józefa ze Struszkiewiczów Długoszowska

Awanturniczą żyłkę odziedziczył Bolek także po kądzieli. Prababka, hrabianka Lany, z pochodzenia Węgierka, wbrew zakazom opiekunów i odpaliwszy rajonego jej madziarskiego kandydata, pozwoliła, by ukochany wykradł ją i potajemnie poślubił w Czerwonym Klasztorze nad Dunajcem, niedaleko Czorsztyna. Jej mąż nie żył już, gdy urodził się Bolek, za to prababkę chłopiec zapamiętał doskonale. Krótko przystrzyżone siwe włosy, fajka, a czasem i cygaro w ustach, twardą ręką dyrygowała służbą, parobkami i kilkusetmorgowymi włościami. Czterokonnym zaprzęgiem powoziła jak najlepszy woźnica, a i w siodle niczym było dla niej przekłusować jednego dnia szesnaście kilometrów tam i szesnaście z powrotem, by załatwić coś w powiatowym Brzesku.

Raz na tydzień, zwykle w niedzielę, Długoszowscy jeździli całą rodziną do odległej o kilkanaście kilometrów Lipnicy Wielkiej, gdzie mieszkał ojciec chrzestny Bolka, stryjeczny dziad Florentyn, wielki dziwak i kpiarz.

„Nam, dzieciom – wspominał po latach Bolek – imponował początkowo tubalnym głosem, kałduniastym brzuchem, a najbardziej fajką, z którą się nigdy nie rozstawał, lecz z czasem spoufaliliśmy się z nim bardzo, gdyż wybryki nasze tolerował zawsze, często nawet sam, ku utrapieniu naszej matki, psikusy rozmaite nam podszeptywał”.

Mając już siedemdziesiąt lat, dziad Florentyn postanowił ożenić się z dziewczyną o pół wieku młodszą. Na perswazje rodziny i samego księdza infułata, cóż za dziesięć lat on, osiemdziesięcioletni starzec, pocznie z trzydziestoletnią kobietą, odparł:

– Znajdę z tej sytuacji wyjście. Rozwiodę się i ożenię znowu z dwudziestolatką.

Dziadek Florentyn zawsze specjalnie hołubił chrześniaka. Brał z sobą na polowania, by czternastoletniemu wyrostkowi, który zdążył ubić już niejedną kuropatwę i niejednego zająca, dać sposobność postrzelania także do grubszej zwierzyny. Kiedyś zostawił Bolka na polanie i kazał czekać na rogacza.

„Prześliczna była ta polana i prześliczny dokoła niej wysokopienny bór, przewalający się stokami wzgórz, porozrywany stromymi i głębokimi wąwozami, purpurową o jesiennej porze buczyną z rzadka poprzerastały – wspominał Długoszowski – i rogacz, co istotnie wyszedł na mnie, poprzedzony jękliwą szczekaniną ogarów, był tak piękny i tak płynnymi skokami przelatywał ponad gęstwą krzewów na polanie, że ogarnięty jakimś niewytłumaczalnym roztkliwieniem, nie mogłem zdobyć się na strzał. Po prostu odjąłem od oka złożoną już do strzału flintę i przepuściłem go obok siebie”.

Dziad Florentyn z wściekłości omal zabiłby wtedy chrześniaka. Długo kazał się przebłagiwać, ale kiedy nazajutrz Bolek naprawił mazgajstwo i celnym strzałem położył jelenia, dziadek poczęstował wnuka pierwszym w życiu kieliszkiem jarzębiaku. Wypili pod doskonałą, uwędzoną w dymie jałowcowym kiełbasę.

– Tę kiełbasę musisz, kochanie, zakropić wódką – tłumaczył dziadek chrześniakowi – bo inaczej ona pomyśli, że ją pies zjadł.

Takie bywały wakacyjne przyjemności lat spędzonych w rodzinnej Bobowej, w drewnianym parterowym dworku krytym gontami, tak samo banalnym jak dwory w sąsiedniej Szalowej, w Stróżach, w Berdychowie. Ten bobowski dom, różniący się od innych tylko podjazdem wspartym na czterech kamiennych kolumnach, zwany był jednak przez okolicznych wieśniaków zamkiem. Pewnie dla legendy, wedle której właśnie z tego miejsca, z prawdziwego zamku, dawno leżącego już w gruzach, rycerz Gryf powiódł na bitwę grunwaldzką własną chorągiew, by oddać ją pod komendę Jagiełły.

„Z okien górnego piętra tego domostwa – pisał generał już wtedy Wieniawa-Długoszowski pół wieku później w Nowym Jorku, we wspomnieniu O kraju dzieciństwa i młodości – widać było garbatymi pagórkami obwarowaną dolinę, gdzie srebrnobłękitna wstęga rzeki splata się mostami z białą wstęgą pylnego gościńca niby dwie kolorowe wstążki w warkoczu wiejskiej dziewczyny. Gościniec wiódł z Nowego Sącza do Tarnowa i dalej na północ do Wisły, rzeka zaś Biała nie głębokie, lecz bystre i szumne swe wody toczyła do Dunajca. Spoza grzbietów pobliskich wzgórz wyzierały wyższe góry, ciągnące się koło Nowego i Starego Sącza, za nimi kulisowo konturowały się Pieniny (Piękninami przezwał je pewien poeta), a za pasem Pienin zamykały horyzont, w dni pogodne doskonale widoczne, zawadiackie szczyty Tatr”.

W bobowskim dworze w wakacyjne miesiące Bolek aranżował dla sąsiadów z okolicy wieczory, w czasie których młodzi Długoszowscy deklamowali polskie wiersze i występowali w reżyserowanych przez siebie przedstawieniach. „Miał wspaniałą pamięć, raz przeczytany tekst momentalnie sobie przyswajał” – wspominał Bolka starszy brat. I to, że urządzał zbiorowe czytanie Trylogii Henryka Sienkiewicza.

„To on – to jest ten człowiek, który mej młodości dał wrażenia najgłębsze, najżywsze, niezapomniane” – tak Wieniawa pisał o Sienkiewiczu już w wolnej Polsce. „On, z którego książkami nie rozstawałem się przez całe lata – kochałem wskrzeszonych przez niego w moje życie żołnierzyków i junaków osławionych – zazdrościłem im na jawie, a towarzyszyłem w snach, w nieskończenie długim cyklu przygód, wyjawiałem Kmicicowi w porę zdradę Janusza Radziwiłła, odbijałem dlań Bogusławowi Oleńkę, jeździłem z panem Zagłobą za Jarholik po Helenę Kurcewiczównę, ratowałem od męczeńskiej śmierci Longina Podbipiętę. Przez niego brałem w gimnazjum dwóje z niemieckiego i z greki, przez niego przesiedziałem tyle razy w niedzielę w karcerze za czytanie tych rycerskich opowieści podczas nauki, ale dzięki niemu – przede wszystkim dzięki niemu – nie utonąłem w szarzyźnie i miałkości uczuciowej, nie uwierzyłem, że najpiękniejszym czynem patriotycznym jest podwojenie dochodów, a jedynie mądrymi radami są wskazania w tak popularnych u nas przysłowiach jak te, które uczą, że «pokorne cielę dwie krowy ssie» (a ćpały nas wtedy trzy świnie), że «czasem i diabłu trzeba zapalić świeczkę»… I w to rozgrzeszające wszystkie podłości i wszystkie słabości «trudno mój kochany, cóż robić – życie to jest życie»”.

Miesiące wakacji mijały co roku niesprawiedliwie szybko i każdej jesieni trzeba było wracać do szkół do Lwowa, gdzie rodzice przezornie zatrzymali mieszkanie. Rok mijał wolniej na pracowitym wkuwaniu łaciny, greki i algebry w lwowskich gimnazjach. „Z tym wszystkim wyznać muszę – pisał później Wieniawa – że z czasów gimnazjalnych raczej przykre wyniosłem wspomnienia, bo z c.k. (cesarsko-królewskimi) belframi nie bardzo byłem w zgodzie wskutek ich bezwzględnej nietolerancji dla moich zamiłowań sportowych, a mojej awersji do misteriów gramatyki greckiej, co przy moim nieokiełznanym od kołyski temperamencie doprowadzało między nami do licznych starć i nieporozumień, w których rezultacie wylewano mnie sromotnie ze wszystkich po kolei lwowskich gimnazjów”.

Dwór Długoszowskich w majątku Bobowa

– Wiecie chłopcze – mówił wiele lat potem już do pułkownika Wieniawy-Długoszowskiego Józef Piłsudski – wypytywałem o was generała Krzemińskiego, który z nas wszystkich zna was najdawniej.

Bolek przyjaźnił się z Jankiem Krzemińskim od pierwszej klasy gimnazjum.

– Nalegałem nań – ciągnął Marszałek – by mi szczerze powiedział, czyście kiedykolwiek nie zrobili jakiegoś świństwa. I wie pan, co odpowiedział generał? „Panie Marszałku, głupstw na pewno bez liku, ale świństwa nigdy żadnego”.

Oblany na maturze we Lwowie („spalony” jak wtedy mówiono), musiał Bolek po dokument dojrzałości wyprawić się bliżej domu, bo do Nowego Sącza. Ale po drodze między Lwowem a wieńczącym szkolne boje Nowym Sączem był jeszcze Chyrów ze swym gimnazjum jezuitów, surowym, ale na wysokim poziomie. Dla Bolka poziom za wysoki nie był na pewno, za to posępne miny nieznających się na żartach zakonników musiały być nieznośne, bo z Chyrowa uciekł. Wreszcie w 1900 roku złożył chwalebnie egzamin dojrzałości. Wyedukowany wbrew wszystkiemu jednak starannie w gimnazjalnych rygorach, dzięki którym wtłoczono w oporną głowę więcej wiedzy, niż chciała przyjąć, choć zapewne mniej, niż przyjąć mogła, z rozbudzonym opowieściami ojca i dziadków, a także lekturą Sienkiewicza poczuciem polskości, musiał zdecydować, co dalej. Mógł zostać, jak wielu młodych Polaków, cesarsko-królewskim urzędnikiem, ale nie chciał. Mógł stać się, co było popularne wśród okolicznej młodzieży, ułanem w kwaterującym w Tarnowie 2. Pułku Ułanów im. Hrabiego Starhemberga. Ani myślał.

„Trzeba było Piłsudskiego, żeby Wieniawa został żołnierzem – pisał Józef Beck, współtowarzysz w Legionach, przyjaciel, a na koniec minister spraw zagranicznych i zwierzchnik w dyplomacji –i Beliny, żeby mógł być ułanem (…). W nauce swej wybrał też Wieniawa drogę najmniej zbliżającą go do maszyny państwowej monarchii habsburskiej”.

Wybrał studia medyczne w najmilej zawsze wspominanym Lwowie. Pięć lat spędzonych w murach Uniwersytetu Lwowskiego (imię Jana Kazimierza uczelnia otrzymała dopiero w wolnej Polsce) przeszło nie wiadomo kiedy na ciągłych pośpiesznych wędrówkach między zakładami medycznymi i klinikami przy ulicach Łyczakowskiej i Piekarskiej za dnia a słynną lwowską kawiarnią pana Sznajdra wieczorami i nocami. Nauka przychodziła Długoszowskiemu łatwo, toteż w wyznaczonych terminach celująco zdawał kolejne egzaminacyjne rygory, by wiosną 1906 roku otrzymać z rąk rektora, a omalże i teścia, profesora Augusta Balastisa dyplom doktora wszechnauk medycznych.

„Ukończył medycynę we Lwowie, a jakże, doktorskim tytułem podpisywał się na urzędowych aktach, i ukończył ją tak, że przepowiadano mu na tej drodze jak najlepszą przyszłość” – wspominał Beck. „Pierwsza zasadnicza cecha Wieniawy: «przebierny» był bardzo w tym, co miał robić, ale wszystko, co robił, robił bardzo porządnie”.

Ale przecież zły to student, pisał Wieniawa, który uniwersyteckie lata marnuje wyłącznie na studiowanie. Bolesław Długoszowski złym studentem nie był. Równie wiele czasu, co w klinikach, spędzał w kawiarni Sznajdra, przepełnionej nastrojami przybyszewszczyzny i bohemą Lwowa, miasta większego i więcej wówczas znaczącego niż Kraków.

„W gronie literatów młody student medycyny, krawat mickiewiczowski, włosy blond ułożone w liryczne pukle – wspominał sam siebie z tamtego czasu – dyskusja na nieśmiertelny temat miłości i śmierci prowadzona z entuzjazmem tak smętnym i wnioskami tak beznadziejnymi, że Tadeusz Miciński, poeta równie wielki jak niezrozumiały, filozof i mistyk, wychodząc ze mną, gdyż tym młodzieńcem byłem ja, nad ranem z kawiarni, bierze odeń słowo honoru, iż w ciągu roku nie odbierze sobie życia”.

Bolesław Wieniawa-Długoszowski w czasie studiów we Lwowie

Stolica Galicji przyciągała największych. Sznajderowskiej cyganerii przewodził Jan Kasprowicz, już niemłody, ale wciąż z rozognionymi oczyma i nieokiełznaną fantazją, odrobinę tylko tonowaną powagą profesorskiej togi.

„Tam to wieczorami gromadziła się lwowska brać artystyczna, tam przez szereg lat zachodził codziennie Jan Kasprowicz na partię domina i dyskusje «de omnibus rebus et quibusdam aliis» – zapamiętał Długoszowski spotkania u Sznajdra – tam pewnego wieczoru Leopold Staff, grając w bilard, improwizował wiersz wykpiwający modernistyczną poezję. Widzę go i słyszę dziś jeszcze, jak z kijem bilardowym w ręku dyktuje Heniowi Zbierzchowskiemu:

Na fioletowy dach mej duszy Fortepianowe kapią wonie… A po sinej wód głębinie

Smutny kaczor w nicość płynie…

Tam zaprzyjaźniłem się z kosmicznie mistycznym Tadeuszem Micińskim (…). Tam poznałem Stanisława Przybyszewskiego i Stanisława Wyspiańskiego, gdy na premierę Weselaprzyjechał do Lwowa, tam z Karolem Irzykowskim i Stanisławem Womelą wykłócaliśmy się o naturalizm w sztuce i empiriokrytycyzm niemiecki Macha i Avenariusa. Tam Felek Przysiecki, wielki talent liryczny, deklamował swe poezje, Kornel Makuszyński zabawiał wszystkich wymyślnymi złośliwostkami, a Jerzy Żuławski zachwycał się zdolnościami aktorskimi rudej Ireny Solskiej, dla której napisał swego Erosa i Psyche”.

Od Sznajdra całą grupą ruszali w noc na wycieczkę po nieoświetlonych uliczkach niebezpiecznego królestwa lwowskich batiarów, między Gródecką a Żółkiewską, by tam podsłuchiwać batiarskie piosenki. Tam poznawali najświeższe polityczne komentarze lwowskiego „Durnego Jasia”, na poły oszusta, a na poły wariata. Korzystając ze swej gwarantowanej głupotą swobody, drwił bez respektu z najmożniejszych we Lwowie, nawet z samego namiestnika Galicji hrabiego Kazimierza Badeniego. We Lwowie szeptano, że Jasio kazał sobie płacić cygarami za ośmieszanie wrogów ofiarodawcy.

Wspólnie chodzili też do teatrów, na koncerty. Również na ten niezapomniany występ Ignacego Paderewskiego, „kiedy to – pisał Wieniawa – po raz pierwszy dane mi było słyszeć Chopina wyczarowanego natchnionymi palcami”.

We Lwowie pisał pierwsze wiersze, dedykowane pewnej miłej i pełnej uroku szwaczce. Dziewczyna, by nie pozostać dłużną, ofiarowała kiedyś adoratorowi „własny” wiersz… wprost z tomu Słowackiego. Pewna była, że dokładnie tak samo postępował umiłowany. Ale Bolek jeszcze po latach twierdził, że podarowany mu wiersz świadczył o dobrym smaku poetyckim krawczyni.

We Lwowie też Bolesław Długoszowski zaprzyjaźnił się z artystycznym małżeństwem Ostrowskich. Bronisława, poetka, i Stanisław, rzeźbiarz, nie mieli wyjścia, nawet gdyby nie chcieli, musieli polubić „wujcia Bolcia”, którego pokochała ich mała córeczka.

„Gdzie ty, kumo? – woła wujcio Bolo i goni panią żabę, która czołga się zwinnie między nogami ludzi, krzeseł i fortepianu. Wujcio chce zapędzić panią żabę do swojego stawu i daje wielkie susy przez salon, przy czym długie włosy spadają mu na twarz jak u tego Stasia Brzyduły, «co mial gzywa śtlach polywa, a paznokcie na dwa łokcie!»”. Tak przyszły szwoleżer Piłsudskiego trafił na stronice literatury. Pisklęta Zofii Rogoszówny, zbiór nowelek o dzieciach, a głównie o dzieciństwie Halinki Ostrowskiej, wielokrotnie wznawiany, był nawet lekturą obowiązkową w szkołach pedagogicznych II Rzeczypospolitej.

Wujcio Bolcio, wraz z innymi przyszywanymi wujkami, zdobył serce dziecka, całymi godzinami „łowiąc” z nim ryby za wielką komodą w pokoju albo ucząc czytać na stworzonym przez siebie purnonsensownym Abecadle. Mama szybko zabrała surrealistyczną książkę niepoważnym „wujciom”, by dziecko nie zgłupiało do reszty, ale parę liter dziewczynka zapamiętała.

Popiersie Bolesława Długoszowskiego autorstwa Stanisława Ostrowskiego, Lwów, 1904 rok

Pod „I” na przykład czytała:

I – Indyk – tak się nazywa małżonek indyczki. Ichneumon biedny nie może dostać zaliczki.

Na rysunku ichneumon ze spiczastym pyszczkiem i długim ogonem wyglądającym ze spodni w kratkę odchodził zasmucony od zamkniętego okienka kasowego.

Pod „L” zaś było napisane:

L – Lin – choć nie ptaszek, lubi, by go jeść z kapustą. Lampart nie ma kieszeni, a jak ma – to pustą.

Na obrazku elegancki młodzieniec w czarnym ubraniu wywracał pustą, białą kieszeń.

W 1904 roku Stanisław Ostrowski wykonał gipsowe popiersie Bolesława Długoszowskiego. Później po wielekroć będzie się porównywać urodę szwoleżera, generała i ambasadora Wieniawy a to do rzeźb Fidiasza, a to do głów szlachetnych rzymskich konsulów i najpiękniejszego z nich, Marka Antoniusza, a to znów do profilu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Popiersie dłuta Ostrowskiego najbardziej przypomina Juliusza Słowackiego, tylko „rodowy” nos Długoszowskich, oddany przez rzeźbiarza w całej krasie, jak wizytówka poświadcza tożsamość modela. Nos i butelka koniaku były atrybutami, które w przyszłości pojawiać się będą we wszystkich niemal karykaturach Wieniawy, ale wtedy, we Lwowie, Bolek nie pił jeszcze wcale.

„Gdy ktoś z nas czasem postawił kolejkę «mocnej w cienkim szkle» – wspominał lwowskie czasy Alfred Wysocki, dziennikarz, aw II RP senator i dyplomata – Wieniawa trącał się z nami wodą sodową z sokiem (…). Ujmująco miły, dobrze wychowany chłopak! Wszystko to zmienił kaprys miłosny pewnej przedsiębiorczej damy, która rozbiła narzeczeństwo Wieniawy, wywiozła go do Paryża, gdzie z okulisty i abstynenta wyrósł niedoszły malarz i niby-pisarz, a w gruncie rzeczy cygan i popijała”.

Ślub pięknego płowowłosego Bolka i „pozłocistej” Stefanii Calvas, dla której to porzucił córkę rektora Balastisa, odbył się wczesną jesienią 1906 roku. Niedługo potem młoda para, jak wielu wcześniej i później, przez Wiedeń i Berlin, gdzie stanęli na prawie rok dla malarskich studiów Bolka, ruszyła do Paryża.

Wieniawa we Lwowie, 1905 rok

„Prawie pod ręką był Wiedeń, poważny ośrodek nauki, miasto niebiedne w tradycje artystyczne wszelkich kierunków i łatwe do życia” – pisał Józef Beck. „Mimo to zapada decyzja wyjazdu do Paryża. Stanowczo Wieniawa odmawiał swej ratyfikacji traktatowi rozbiorowemu ofiarowującemu Galicję Habsburgom”.

Paryż był miejscem, gdzie młody człowiek z artystycznymi ambicjami być musiał. A więc i Bolesław Długoszowski, mimo chlubnego lekarskiego dyplomu i pomyślnie odbytej praktyki okulistycznej u profesora Burzyńskiego ruszył, by biedować i głodować tylko dlatego, że należało to do elementarnego szlifu każdego przyszłego artysty.

„W czasach cielęcej mojej młodości – pisał Kornel Makuszyński, z którym Wieniawa spotykał się przy ubogim paryskim stole – nie można było wyzwolić się z terminu na czeladnika w cechu malarskim czy pisarskim, jeśli się nie odbyło wędrówki do stolicy światła i świata. Młodzieniec z artystycznej branży, który nie był w Paryżu, był marnym Turkiem, który nie zwiedził Mekki i nie pił wody ze studni Cem-Cem. Brak mu było tego świetlanego pocałunku, który na czole adepta składał Paryż. Zdawało się, że taki będzie zawsze miał bielmo na oczach”.

W Paryżu więcej czasu zajmowało Długoszowskiemu studiowanie życia niż nudnych zasad sztuki medycznej. Pojechał do Francji, by nigdy już nie odzyskać serca dla lekarskich zajęć. Tak samo jak kilka lat przed nim inny lekarz, wróciwszy z Paryża, nie odnalazł już w sobie zapału do leczenia bólów wątroby i nagłych zaparć. Nazywał się Tadeusz Żeleński, Boy. Toteż niedługo trwało praktykowanie doktora Długoszowskiego u paryskiej sławy, profesora Callota, choć zdążył dopomóc w operacji córeczki Ostrowskich, przyjaciół ze Lwowa, którzy też znaleźli się w Paryżu. To w ich domu grono Polaków zbierało się w wieczory wigilijne, gdy zadaniem odzyskanego przez Halinkę Ostrowską „wujcia Bolcia” było znaleźć najpiękniejszą w całym Paryżu choinkę.

Spotykali się polsko-paryską bohemą przy stole w małej dorożkarskiej knajpce pana Delmasa przy Campagne Première. Bywali tam Ostrowscy, zachodzili malarze Tadeusz Makowski, Leopold Gottlieb i Tadeusz Pruszkowski, stale siadywali przy chudych obiadach serwowanych przez grubego Delmasa poeci Bolesław Leśmian i Antoni Lange. „Niewątpliwie duszą stołu polskiego u Delmasa był Bolesław Wieniawa-Długoszowski – wspominał Xawery Glinka, poeta, a potem także dyplomata – który przychodził tam w towarzystwie swej uroczej małżonki, pani Stefy Calvas-Długoszowskiej, śpiewaczki, uczennicy sławnego Jana Reszke”.

Popołudnia spędzali w  kawiarniach. W „Café de la Rotonde” u zbiegu bulwarów Montparnasse i Raspail, gdzie pośród licznych Polaków rzadko tylko trafiał się Francuz, za to stolik w kącie zajmował stale Ilia Erenburg. Bywał tam też rosyjski rewolucjonista Lew Bronstein, bardziej znany pod nazwiskiem Trocki. Z „Café de la Rotonde” szło się do „Le Dôme”, oazy malarzy, gdzie przesiadywali Makowski, Roman Kramsztyk, Moise Kisling i rzeźbiarz August Zamoyski, a potem jeszcze do „Café de Versailles” naprzeciw Dworca Montparnasse - bistra ze stołem bilardowym pośrodku sali.

W kawiarniach Bolek pojawiał się czasem w towarzystwie ciemnoskórej modelki Haiszy. To tam, siedząc z modelem przy stoliku w kącie, młody malarz Ludwik Gardowski malował temperą duży portret Długoszowskiego. Namalował chyba wszystkich Polaków, którzy coś w Paryżu znaczyli. Portret Wieniawy miał być jednym z bardziej udanych, ale nie ma pewności, czy przetrwał dwie wojny światowe.

Stefania Długoszowska szkoliła operowy sopran u mistrza Reszkego, jednocześnie koncertując z pieśniami zaprzyjaźnionego Maurycego Ravela, a Bolesław coś tam próbował malować, coś pisać, choć tak naprawdę nie miał na to w Paryżu czasu.

„Chodziło się do teatrów, do Komedii Francuskiej na klasyków, na Racine’a czy Moliera, chodziło się podziwiać w jej własnym teatrze Sarę Bernhardt” – wspominał Xawery Glinka, towarzysz conocnych niemal włóczęg pary Długoszowskich. „Uczęszczało się na koncerty do Pleyela, rozkoszować się Strawińskim czy Ravelem, Debussym czy Landowską, uczęszczało się na bieżące wystawy do Bernheima i Durand-Ruela, nie mówiąc już o częstych wielogodzinnych sjestach w muzeach. A wyprawy na Montmartre, na rue Pigalle, do kabaretów, do żyjącego już tylko wielkimi tradycjami «Le Chat Noir» czy «La Pie qui chante», do wychodzącego z mody «Moulin Rouge»i wchodzącego w modę «Folies-Bergère»”.

Nosił się wtedy ten stracony dla okulistyki – to było już pewne – „brave Polonais”, jak ochrzcił go międzynarodowy światek Montparnasse’u, z artystowska. Czarny kapelusz z bardzo szerokim rondem mocno wywiniętym ku górze, spod którego spadały na ramiona włosy o prawie kasztanowym odcieniu. Niedbale przerzucona przez ramię aksamitna czarna peleryna, taki sam jedwabny fontaź związany w wielką kokardę.

„Z nosem, jakiego by się nie powstydził Cyrano de Bergerac, z gęstą szopą włosów na głowie, wesoły, dowcipny, wiecznie uśmiechnięty, zabijaka i kompan, kawalarz jakich mało (…) poszukiwany jako niezastąpiony towarzysz zabaw. Butnie i godnie reprezentował wobec obcych tę swoją polskość, Polacy cenili go za złote serce” – tak zapamiętał go z Paryża Glinka.

Bywał Wieniawa pośród późniejszych poetyckich sław na czarodziejskich wtorkach pasowanego podówczas na księcia poetów Paula Forta w „Closerie de Lilas”, gdzie wśród Francuzów, Rosjan, Włochów, Szwedów zjawiali się Leśmian, Lange, Wincenty Korab-Brzozowski. Żyli wtedy na Montparnassie artyści, którzy często jeszcze wtedy głodowali, by starczyło im na butelkę wina, ale wkrótce mieli rzucić na kolana cały świat. Na razie malowali, oddając obrazy w zamian za obiad, Pablo Picasso, Henri Matisse i Amadeo Modigliani. Do świtu potrafili recytować własne i cudze wiersze Guillaume Apollinaire, Paul Claudel, Louis Aragon. Nową muzykę tworzyli Claude Debussy, Igor Strawiński, Ravel. Trzymali z bohemą Paul Valéry i André Gide.

Wmieszana w ten świat wielkich nazwisk egzystowała w Paryżu kilkusetosobowa kolonia polska. Znająca się, żyjąca w wymuszonej ubóstwem wspólnocie, ale pozbawiona jednoczącej wszystkich organizacji. Spotykali się w domu Władysławostwa Mickiewiczów, u syna Adama. Dziedzic wielkiego nazwiska jednoczył starych z popowstaniowej Wielkiej Emigracji i najmłodszych. Bywali u niego Maria Skłodowska-Curie i Ignacy Paderewski, bywał Marceli Handelsman, przychodzili i Długoszowscy.

Ale próba zorganizowania w 1910 roku Towarzystwa Polskiego Literacko-Artystycznego nie powiodła się. Udała się dopiero druga, kilka miesięcy później. Powstało Towarzystwo Artystów Polskich. Lista założycieli może przyprawić o zawrót głowy. Olga Boznańska, Tadeusz Makowski, Oskar Miłosz, Władysław Reymont, Tadeusz Pruszkowski, Leon Schiller, Xawery Dunikowski, Wacław Sieroszewski, Władysław Skoczylas, Stefan Żeromski, oboje Ostrowscy. Jakby nagle pół Polski zjechało do Paryża zakładać towarzystwo artystów. A pośród tych nazwisk Stefania i Bolesław Długoszowscy. Bolesław jako jeden z inicjatorów i organizatorów.

Towarzystwo nie tętniło jednak życiem, mimo wszystko więcej magnetyzmu miał ten prawdziwy paryski świat, ale kilka imprez udało się zorganizować. Jedną z pierwszych była szopka, na wzór „Zielonego Balonika”, napisana przez poetkę Bronisławę Ostrowską, inżyniera Stefana Dessauera i Długoszowskiego, odpowiedzialnego za dowcipy. Pełny tekst nie przetrwał, fragmenty zachowały się w pamięci Halinki Ostrowskiej. Szopka wyśmiewała wszystkich, którzy przewinęli się przez Paryż tamtego 1912 roku. Bajmąta (był to pseudonim Reymonta), Stefana Zychomskiego (Żeromskiego), Sirkoszewskiego (Sieroszewskiego), Antoine’a de Pot-aufeckiego (Antoniego Potockiego), Stanisława Przeszłoszewskiego (Przybyszewskiego) czy Ignacego Pas de Reves (Paderewskiego). Dla każdego coś przykrego, a od każdego wedle poczucia humoru, wspominano przedstawienie. Reymont obraził się do żywego i  uciekł z kwaśną miną, gdy jego kukiełka odśpiewała hymn na cześć klusek z makiem, zupek rybnych, uszek grzybnych i kieliszków nieochybnych, drwiąc ze stałych wędrówek pisarza w poszukiwaniu polskich frykasów w paryskiej kuchni. Żeromski zaś – choć zdawałoby się bardziej poważny od autora Chłopów – prawie płakał ze śmiechu, gdy figurka na scenie wypominała mu romansową naturę i tylko co minioną miłostkę.

Zajęć Bolesław Długoszowski miał wiele. Rola Czepca „zagrana ze swadą sobie wrodzoną” – jak napisał Glinka – w wystawionym przez Towarzystwo Weselu, jakiś napisany dramat, za który dostał nawet w Warszawie nagrodę, choć nigdy inscenizowany nie był, korespondencje do lwowskiej „Gazety Wieczornej” i do warszawskiego „Świata”.

„W Paryżu pisałem z zapałem posępne wiersze, zawiłe dramaty” - mówił po latach. „Największą jednak dumą moją był wiersz napisany po francusku, jako «souvenir» dla damy mego serca – Francuzki. Wiersz ten kosztował mnie nieprzespaną noc w «męce tworzenia», ale sprawił wrażenie, jakiego pragnąłem”.

Wspólnie z Bronisławą Ostrowską próbowali dorobić sensacyjną powieścią, pisaną odcinkami dla jakiegoś pisma, co załatwiła im niedawno poznana panna Jadwiga Sienkiewiczówna. Powieść była zatytułowana Zbrodniai miała przynieść autorom majątek. Pieniędzy nie przysporzyła, nie został po niej nawet ślad. Zachowała się tylko anegdota z czasu pisania, zapamiętana przez Halinkę Ostrowską.

– Pani Bronisławo – dobiegał głos Długoszowskiego z jednego pokoju – czy już go pani zabiła?

– Już – odpowiadał głos z sąsiedniego pomieszczenia – ale za to pan będzie musiał go schować.

Roczniki „Świata” przechowały tylko dwa artykuły podpisane nazwiskiem Długoszowskiego. Oba poświęcone malarstwu, oba pisane bardziej przez wrażliwego pięknoducha niźli krytyka, bardziej przez poetę niż dziennikarza.

Pierwszy to korespondencja z Salonu Towarzystwa Narodowego Sztuk Pięknych w Paryżu.

„Ludziom mającym pretensję do nieśmiertelności dozwolone jest umierać, natomiast starzeć się im nie wolno. Ponieważ nadto wielu z wystawców nigdy nie było młodymi, przeto większość zebranych w  salonie prac nie upaja widza zapachem świeżych wiosennych kwiatów, ale odurza go wonią wyrafinowanych perfum. Wysoko posunięta umiejętność opanowania zawodowych trudności i wirtuozostwo we władaniu pędzlem zastępują wysiłek twórczy, elegancja zaś i dobry, prawdziwie «salonowy» smak – dziewiczość dusz i serc gorącość”.

Bolesław Wieniawa-Długoszowski

Wiele w tej relacji opowieści o obrazach, więcej w każdym razie niż zwykłych informacji. Opisów pełnych przesłodzonych kobiet wabiących uśmiechami pomadkowych twarzyczek, igraszek ogni sztucznych i wodotrysków, złotowłosych dziewcząt pluskających się w marmurowych sadzawkach czy też w psotliwej zabawie opryskujących wodą przejeżdżających obok podróżnych, pełno korowodów roztańczonych par w nagrzanym cieniu parków. Po prostu tak się wtedy pisało.

Drugi artykuł to recenzja z wystawy Salonu Towarzystwa Artystów Francuskich. „Całe malarstwo francuskie w XIX wieku wykwitło i rozwinęło się nie tylko poza tą instytucją, lecz wprost wbrew niej” - napisał Długoszowski i właściwie nic więcej już pisać nie musiał. „Brak między członkami Salonu reformatorów, wiecznych poszukiwaczy nowych zagadnień i nowych problemów, w zamian sporo tu artystów zrównoważonych, pracujących spokojnie i konsekwentnie z zadziwiającą nieraz sumiennością świadczącą niezbicie o szczerym umiłowaniu zawodu”.

Nobliwy „Świat” nie miał w zwyczaju pisać wprost, że coś jest nudne i pozbawione duszy.

„Mnóstwo młodych Polaków od pędzla i dłuta, i pióra grało w bilard w knajpie na Montparnasse i zbijało złote, polskie bąki” – pisał o Paryżu z początku XX wieku Kornel Makuszyński. „Szalał tam już wtedy Wieniawa, szlachetny w każdej dziedzinie dyletant, jednego miesiąca malarz, drugiego rzeźbiarz, trzeciego próbujący pisania scenariusza do komicznego w owym czasie filmu”.

Ale obok malarsko-poetyckich wzruszeń było w tamtych paryskich latach także coś więcej. Również do Paryża zaczęły docierać wieści o rodzącym się w Galicji ruchu strzeleckim. Powstał oddział „Strzelca” i nad Sekwaną, coraz więcej i częściej, poczynało się mówić o Józefie Piłsudskim. Na początku do współorganizowanego przez Długoszowskiego „Strzelca” wstąpili wszyscy. Malarze, poeci, studenci. Ale kiedy na pierwszych „wojskowych” zajęciach w pracowni malarza Stanisława Smoguleckiego, w szopie opodal cmentarza Montparnasse, zamiast wyśnionych karabinów dano im długie kije, prysnęły romantyczne marzenia o bohaterskich wyczynach. Na następne szkolenie przyszła ledwo połowa. Ale ci, co przyszli, pozostali już do końca.

„Najzagorzalszym zwolennikiem «ćwiczeń» był… Wieniawa- -Długoszowski” – napisał Xawery Glinka.

Żołnierskie szkolenie było tak nudne, jak tylko nudne potrafią być ćwiczenia wojskowe. Marsze i tyraliery w podparyskich lasach, wściekle monotonne składanie i rozkładanie parabellum na wykładach o uzbrojeniu, nieco taktyki na poziomie plutonu i kompanii oraz musztra, którą wykładał ściągnięty do Paryża starszy brat Bolesława, Kazimierz Długoszowski. Był oficerem rezerwy armii austriackiej.

Dla tej paryskiej kilkunastoosobowej ledwie armii napisał Bolesław za namową Sieroszewskiego swój pierwszy wojskowy marsz:

Siwym wczesnym rankiem Sunie w pole brać – Patrzcie, co za pyski!

To legion paryski, Co chce Mocha prać!

Nie da się ta armia Wrogom w kaszy zjeść, Bo za naczelnikiem Idzie zwartym szykiem Żołnierzy… Aż sześć!

W walce na bagnety Długoszowski zuch, Ten, idąc na przodzie,

Nosem swym przebodzie Wrogów naraz dwóch!

Paryski oddział „Strzelca” nie należał na pewno do najgorszych, skoro wyszło z jego szeregów paru przyszłych generałów i bohaterów wielkiej wojny, którą później nazwano pierwszą światową. Ćwiczyli wspólnie z Długoszowskim Andrzej Strug, Wacław Sieroszewski, Konrad Libicki, Stanisław Markus, Jerzy Błeszyński, January Grzędziński, przyszły legionowy grafik Leopold Gottlieb, Włodzimierz Konieczny i kilku innych.

Pewnie to właśnie wtedy zdarzyła się sprzeczka, którą Wieniawa wspominał z rozrzewnieniem jeszcze po trzydziestu latach. Piękna dama, której nazwisko zostanie już chyba na zawsze nieznane, zwymyślała Długoszowskiego, że oto on, paryski cygan i włóczęga, który zwiedził już pół Europy, nigdy dotąd nie był w stolicy Polski, w Warszawie. A on, przyszły pupil Warszawy, butnie założył się, że z paszportem otrzymanym od rosyjskiego zaborcy nie pojedzie tam nigdy. Jeśli kiedyś do stolicy zawita – to tylko jako żołnierz, na koniu i z polską szablą u boku.

Wtedy, na parę lat przed wojną, było w tych słowach jeszcze wiele towarzyskiego przekomarzania się, choć pewnie też i wiary, że dni spędzane na ćwiczeniach w Clamost czy Charville nie pójdą jednak na marne.

Na rozkaz strzeleckiego dowództwa, a więc na rozkaz Piłsudskiego, Polacy utworzyli w Paryżu Koło Polsko-Tureckie. Oficjalnie po to, by nawiązać z Turcją kontakty artystyczno-literackie, a naprawdę, by zbliżyć się do zawsze, nawet pod rozbiorami, życzliwego Polsce tureckiego narodu. Prezesował Kołu Sieroszewski, był w nim Strug i Bronisław Piłsudski, brat Józefa, znawca obyczajów i narzecza zamieszkujących Sachalin Ajnosów. Długoszowski sekretarzował.

Któregoś dnia Sieroszewski polecił mu pójść na odczyt „La Turquie d’Asie et d’Europe” i zabrać w razie potrzeby głos w dyskusji. Poszedł. Odczyt był Turcji wyjątkowo nieprzychylny, więc Długoszowski postanowił zaprotestować. Gdy jednak odmówiono mu głosu, do mównicy zaś było za daleko i pewnie nie przebiłby się tam wobec oporu organizatorów, wskoczył na krzesło i przemówił:

– Jako obecny na sali Polak protestuję przeciwko niesprawiedliwym i tendencyjnym słowom mówcy. Skierował on pod adresem Turcji cały szereg zarzutów podkreślonych jaskrawymi przymiotnikami, odmawiając jej prawa do miejsca w rzędzie narodów kulturalnych i szlachetnych. A tymczasem jedynie Turcja odmówiła podpisu pod najnikczemniejszym aktem w historii – decydującym rozbiór Polski traktatem wiedeńskim.

„Dziesiątki rąk porwały mnie nagle – wspominał po wielu latach - podniosły w górę, dziesiątki dłoni ściskało gorąco moje dłonie, dziesiątki biletów wizytowych wtykano mi do rąk. Wówczas dopiero spostrzegłem, że na sali wśród słuchaczy przeważali muzułmanie i studenci Turcy, którzy w ten sposób wyrażali mi wdzięczność za stanięcie w obronie ich ojczyzny”.

W parę dni potem otrzymał list od Pierre’a Lotiego, słynnego podówczas pisarza i podróżnika po najegzotyczniejszych ziemiach. List ze słowami uznania za odważne wystąpienie.

Piłsudskiego zobaczył pierwszy raz krótko przed wybuchem wojny, już po paru latach żołnierskich wprawek. To był luty 1914 roku, przyszły Marszałek, objeżdżając europejskie stolice, zawitał także do Paryża i w sali Towarzystwa Geograficznego, a potem w szopie-pracowni Smoguleckiego przemawiał do zgromadzonej tam polskiej młodzieży.

„Zjechaliście tutaj, do stolicy świata, by studiować nauki przeróżne, ciekawe zaiste i godne poznania” – mówił Piłsudski jakby wprost do Długoszowskiego. „Czego ja od was właściwie chcę, moi panowie. Domagam się tego jedynie, abyście kilka godzin w tygodniu, kilka godzin odebranych kawiarni lub pustej rozrywce, poświęcili wiedzy wojennej. Jest to nauka niezmiernie ciekawa. W wojnie rozgrywają się losy narodów, więc też najgenialniejsze umysły ludzi tej miary co Aleksander Wielki, Hannibal, Cezar czy też bóg wojny Napoleon biedziły się nad jej problemami. Zaręczam panom, że wy nic nie stracicie, studiując historię wojen, strategię i taktykę, a Polska wiele na tym wygrać może”.

Po tym spotkaniu Bolesław Długoszowski napisał w liście do brata: „Od dziś uważam się naprawdę za żołnierza, bo nareszcie mam Wodza”.

„Stałem się piłsudczykiem i tak samo rozumie się, że zostanę nim do śmierci” – dodał, nosząc już generalski mundur. „W tym okresie Komendant szukający żołnierza, szukający rąk, które by chciały uchwycić za karabin do walki o Polskę, przypominał mi jednego z największych samotników, Kolumba, który błagał o okręty potrzebne mu do odkrycia nieznanego a wyczuwanego lądu”.

W lipcu 1914 roku strzelec Bolesław Długoszowski opuścił Paryż. Razem z Wacławem Sieroszewskim, Strugiem, Gottliebem ruszyli do Krakowa. Zastrzelony w Sarajewie arcyksiążę Ferdynand nie żył już od miesiąca, z kraju szły wici wzywające wszystkich do broni, wojna wisiała w powietrzu.

„Nie namyślając się długo, zostawiłem mieszkanie w  Paryżu - wspominał w wolnej już Polsce – «dramaty» związałem w dużą paczkę sznurkiem, spakowałem manatki i wyjechałem do Krakowa”.

Ale jako że Polska nie istniała i Polacy byli dla francuskich władz tylko Rosjanami, Austriakami czy Niemcami, więc i „Austriak” Długoszowski stał się dla francuskiej policji politycznie podejrzanym, a później i wrogiem. Wyjechał przecież, by razem z Piłsudskim walczyć u boku Niemiec i Austrii, nieprzyjaciół Francji. Mieszkanie, meble, obrazy „wroga” wystawiono na licytację. Przepadły także rodzinne papiery i dokumenty. A miał i tak szczęście, że zdążył opuścić Francję. Natychmiast po rozpoczęciu wojny wszyscy Polacy będący poddanymi austriackimi i niemieckimi zostali przez Francuzów internowani i długo trwało, nim dowiedli, że są polskiej narodowości.

A Bolesław Długoszowski już wtedy na dobre zamieniał czarny kapelusz z szerokim rondem na szwoleżerskie czako, aksamitną pelerynę na siwy kabat, a pędzel i pióro na karabin i szablę. Nigdy tylko nie dane mu było zamienić Pegaza na zwykłego siwka.

Tak rodził się Wieniawa.

Kompania godna wielce

„Podziwiałem jego talenty towarzyskie i propagandowe oraz niepospolity dowcip i inteligencję. Podbijał on piorunująco serca wszystkich, z którymi się zetknął, i przy swej w dodatku wspaniałej postawie żołnierskiej i urodzie był sam jeden ogromną pozycją w naszej propagandzie. Kobiety szalały za nim i zaciągały się z całą pasją w szeregi zwolenników Piłsudskiego”.

Bogusław Miedziński

Wstąp bracie między strzelce! Gdy sławnym pragniesz być, Kompania godna wielce, Umierać z nią i żyć.

Kiedy cię serce boli Lub duszę kryje mrok,

Zbędziesz się melancholii Ćwiczebny robiąc krok.

Człek mądry był jak rabin, Na szczyt się wiedzy piął, Do ręki wziął karabin

I mądrość diabeł wziął.

Dandysem był w Krakowie, Podbijał serca w mig, Poleżał w mokrym rowie

I przepadł cały szyk.

Więc naprzód z pieśnią zuchu, A smutek jechał sęk,

Ma człek gnić z dziurą w brzuchu, Lepiej by z śmiechu pękł.

Na pierwsze wezwanie Józefa Piłsudskiego strzelec Bolesław Długoszowski wyruszył z Paryża do Krakowa, by meldować się w Oleandrach na kolejny, tym razem już oficerski kurs. Choć tak naprawdę, to żadne z ukończonych szkoleń nie przydawało mu wojskowych honorów. Komendant bowiem uważał, że oficerem, tak jak i bohaterem, zostaje się tylko na polu bitwy, pod kulami, a nie w czasie ćwiczeń z drewnianym karabinem.

Początek sierpnia 1914 roku to był już czas coraz bardziej nerwowego wyczekiwania na chwilę, gdy rozpocznie się wojna powszechna, o którą od tylu lat modlili się Polacy. Bo nikt nie miał już wątpliwości, że zacząć się musi. Z końcem lipca Austria wypowiedziała wojnę Serbii, a 1 sierpnia Niemcy Rosji. Drugiego sierpnia Józef Piłsudski otrzymał oficjalną zgodę na mobilizację strzelców. Pozostało już tylko czekać na sygnał do wymarszu. „Odziany w strzelecki mundur, z łbem wygolonym jak kolano (acz porównanie to nie jest najtrafniejsze) wybijałem zapamiętale straszliwymi buciorami marsz ćwiczebny” – wspominał Długoszowski.

To wtedy napisał cytowaną na początku rozdziału piosenkę. Zamiana paryskich kabaretów, poetyckich biesiad i popijaw na twardy, nierówny siennik ułożony na gołych deskach sceny dawnego teatru, pomiędzy siennikiem Wacława Sieroszewskiego, który ciągle jeszcze z niedowierzaniem popatrywał na zapamiętanego z Paryża bawidamka, i materacem bezpośredniego dowódcy – Tadeusza Caspaeri-Chraszczewskiego – nie była zamianą korzystną. Zamiast nocnych eskapad na Montmartre – spanie w wielkiej chrapiącej albo rozgadanej gromadzie, zamiast zabaw – czyszczenie kością cielęcą butów „na szklankę” i trzepanie sienników, zamiast snu do południa – pobudka o świcie.

„Każdy, kto zdaje sobie sprawę, że przeciętny człowiek znacznie chętniej poświęca ideały swe dla nałogów niż na odwrót, nałogi dla ideałów, oceni łatwo wysiłek potrzebny do nałamania się do nowego stylu życia u osobnika będącego – przynajmniej pod względem ilości wad, nałogów i narowów – nieprzeciętnym człowiekiem” – pisał.

To wtedy Bolesław Długoszowski, niedoszły medyk z dyplomem lekarskim, po trosze malarz i poeta, przedzierzgnął się w Bolesława Długoszowskiego – Wieniawę. Zawołanie przyjął od rodzinnego herbu, w którym widniała głowa czarnego żubra z przeciągniętą przez nozdrza złotą obręczą.

W rodzinnym majątku w Bobowej

Do Oleandrów wciąż ściągały z różnych stron nowe drużyny strzeleckie. Przeformowywano szeregi, dwie kompanie słuchaczy kursu oficerskiego połączyły się ze strzelcami i z tej rzeszy wybrano pod dowództwem Tadeusza Kasprzyckiego oddział, który miał stać się słynną Pierwszą Kadrową. Gdy odczytywano listę zaliczonych do kadrówki, padło i nazwisko Wieniawy. „Omal nie krzyknąłem z radości – wspominał – i wyskoczywszy z szeregu, jak porwany trąbą powietrzną, w trzech susach doskoczyłem do nowego zastępu”. Znalazł się w 4. plutonie dowodzonym przez Jana Kruszewskiego.

„Od pierwszej chwili był sercem i duszą kompanii. Dorodny i postawny, pełen życia, humoru i temperamentu, podbił serca wszystkich – wspominał Wieniawę towarzysz z legionów, Tadeusz Królikowski – od rzeźnika z Głowna i robociarza warszawskiego aż do różnych sensatów inteligenckich i studentów z Petersburga, Leodium i Wiednia”.

Nie był już młodzieniaszkiem. Minął mu trzydziesty trzeci rok życia, kompanijnym osiemnastoi dwudziestolatkom mógł zdawać się niemal ich ojcem. Mimo to niejednego potrafił prześcignąć w odporności na wojenne niewygody.

Piątego sierpnia zaalarmowani przed świtem strzelcy wyruszali z nadzieją, że to już, że oto spełnią się ich marzenia, że idą bić się za Polskę. Ale okazało się, iż to tylko jeszcze jedno ćwiczenie. Dopiero nazajutrz nadszedł ten wyczekiwany dzień – 6 sierpnia. Poderwani alarmem, wyruszyli z Oleandrów o wpół do czwartej rano. W sześć godzin i piętnaście minut później, o dziewiątej czterdzieści pięć po forsownym marszu przekroczyli w  Michałowicach granicę dzielącą Austro-Węgry i Rosję. Między nimi, w drugiej czwórce od czoła – Wieniawa.

Szóstego sierpnia 1914 roku, piętnaście minut przed dziesiątą rano, nieistniejąca Polska wypowiedziała wojnę Rosji.

„Czyż trzeba słów licznych, aby przedstawić, jak drogi dla nas stał się ten kraj, ta nasza Polska, umiłowana od dzieciństwa, jak my żołnierze w czwórnasób zwiększoną zapałaliśmy miłością do tego kraju, za którego wolność śladem dziadów i ojców walczyć nam przyszło, jak wszystkimi uczuciami związaliśmy się z tą ziemią, co swymi zagonami i bruzdami broniła nas przed wrażymi kulami” – pisał Długoszowski po latach. „A jakże żywa jest ciągle w tkliwym wspomnieniu ta osoba nieznana i nigdy niewidziana, niewiasta zapewne, co nam, pierwszej kadrowej, wkraczającym dn. 8 sierpnia 1914 roku do zamarłego z przerażenia Miechowa, rzuciła pod nogi pęk czerwonych róż w chwili, kiedy wszystkie drzwi, okna i okiennice zamykały się pośpiesznie na odgłos naszych kroków po nierównym bruku”.

To dlatego strzelcy Piłsudskiego, śpiewając Pierwszą Brygadę, gorzko kończyli:

Nie chcemy już od was uznania, Ni waszych słów, ni waszych łez, Skończyły się dni kołatania

Do waszych serc – jebał was pies.

Kilka lat później, już w Niepodległej, państwowotwórcza propaganda zmieniła najbardziej przyprawione goryczą wersy. Drażliwą strofę zastąpiła nowa, zatwierdzona do druku w śpiewnikach szkolnych:

Nie chcemy dziś od was uznania, Ni waszych łez, ni waszych słów, Skończyły się dni kołatania

Do pustych serc, do ciemnych głów.