W domu Pantalone - Hilde Rød-Larsen - ebook + książka
NOWOŚĆ

W domu Pantalone ebook

Hilde Rød-Larsen

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Eva ma 59 lat. Niedawno straciła męża i stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jest redaktorką literatury zagranicznej, podczas gdy jej mąż pracował jako redaktor w konkurencyjnym wydawnictwie. Eva ma dorosłego syna Jonasa, z którym relacje są napięte i pełne niechęci.

Cornelia ma 31 lat. Samotnie wychowuje córkę Klarę i zmaga się z emocjami po rozstaniu z jej ojcem, Thomasem. Pracuje w sklepie z walizkami, a wynajmowane mieszkanie przerasta jej możliwości finansowe.

Drogi obu kobiet krzyżują się w niespodziewany sposób. Pomimo różnicy wieku i odmiennych sytuacji życiowych między Evą a Cornelią rodzi się czułe i nieoczekiwane uczucie, które zmusza je do konfrontacji z własnymi sekretami, przeszłością oraz wstydem, jaki niesie ze sobą międzypokoleniowa cisza.

To opowieść o tym, jak przeszłość kształtuje teraźniejszość, o sile ukrytych emocji oraz o nieoczekiwanych więziach, które potrafią odmienić życie.

Hilde Rød-Larsen (ur. 1974) jest tłumaczką literatury pięknej, pisarką i wydawczynią. Przekłada głównie z języka angielskiego na norweski, tłumacząc książki autorek takich jak Alice Munro, Elizabeth Strout i Sally Rooney. Ukończyła studia licencjackie i magisterskie w London School of Economics. W 2023 roku otrzymała stypendium Bookseller’s Author Stipend.

Zadebiutowała w Norwegii w 2019 roku powieścią Sommertid. W 2022 roku jej druga książka, Diamantaftener, zarazem pierwsza napisana w języku duńskim, spotkała się z uznaniem krytyków w Norwegii, Danii i Niemczech. Hilde mieszka w Oslo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 224

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: I Pan­ta­lo­nes hus

Copy­ri­ght © by Cap­pe­len Damm As, Oslo 2024 Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Echa, an imprint of Wydaw­nic­two Czarna Owca Publi­shed by agre­ement with Cap­pe­len Damm Agency, Nor­way and Book/lab Lite­rary Agency, Poland. Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Milena Skoczko-Nakiel­ska

All rights rese­rved

Redak­torka ini­cju­jąca: Domi­nika Duda­rew-Osiecka Redak­cja: Ida Paw­łow­ska Korekta: Kata­rzyna Dzie­dzicka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Ula Pągow­ska Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

This trans­la­tion has been publi­shed with the finan­cial sup­port of NORLA. Tłu­ma­cze­nie dofi­nan­so­wane w ramach pro­gramu doto­wa­nia tłu­ma­czeń lite­ra­tury nor­we­skiej NORLA.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8457-064-7

Zda­rzyło się w pew­nym teatrze, że wybuchł pożar za kuli­sami.Pajac wyszedł przed kur­tynę, aby powia­do­mić o tym publicz­ność. Myślano, że to żart, i kla­skano w dło­nie; pajac powtó­rzył wia­do­mość;bawiono się jesz­cze bar­dziej. Tak wła­śnie myślę – koniec świata1.

Søren Kier­ke­ga­ard, Albo-albo, Diap­sal­mata, 1843

Wrzesień

Wró­ciła. Młoda kobieta o dziw­nych ruchach. Jakby poru­szała się w wodzie nawet poza base­nem. Eva zamyka za sobą drzwi sauny i roz­kłada żółty ręcz­nik na naj­wyż­szej półce, przy oknie. Zwy­kle poło­ży­łaby się na ple­cach, wycią­gnęła i zamknęła oczy, ale teraz siada ze wzro­kiem zwró­co­nym w stronę szyby, sama w pomiesz­cze­niu, w cie­ple. Jest coś osza­ła­mia­ją­cego w tej kobie­cie, gdy opada na jedną z ławek na krót­szej kra­wę­dzi basenu. Pod­ciąga kolana pod brodę, obej­muje nogi rękami. Nie­na­tu­ral­nie prze­krzy­wia głowę. Sie­dzi tak nie­ru­chomo.

Wró­ciła. To słowo, które zabły­sło w gło­wie Evie, które mówi jej, że już wcze­śniej zauwa­żyła tę kobietę. Teraz przy­po­mina sobie, kiedy to było. Jeden z ostat­nich, upo­rczy­wie let­nich dni, gdy słońce podą­żało za nią wszę­dzie. Przez cienką szcze­linę w role­cie, kiedy budziła się rano. Po zaku­rzo­nym ekra­nie kom­pu­tera, gdy pró­bo­wała opra­co­wać kosz­to­rys książki, nie­wy­glą­da­jący dobrze bez względu na to, jak żon­glo­wała licz­bami. Na skrawku traw­nika, gdzie szu­kała schro­nie­nia w prze­rwie na lunch, by nie musieć sie­dzieć w sto­łówce przez kolejne pół godziny i słu­chać roz­mów o seria­lach, któ­rych nie oglą­dała. Ude­rza­jące, jak rzadko roz­ma­wia się o książ­kach w jed­nym z naj­star­szych nor­we­skich wydaw­nictw.

Gdy w końcu nade­szło popo­łu­dnie i wkro­czyła w mrok panu­jący na base­nie Bislet, pomy­ślała, że naj­chęt­niej zosta­łaby tam na zawsze. W koko­nie upału, w pięk­nie lat dwu­dzie­stych ubie­głego wieku. Ory­gi­nalne prze­bie­ral­nie, z drzwiami w kolo­rze pudro­wego różu, wciąż stoją nie­na­ru­szone wokół basenu i pół­pię­tra powy­żej. Całe to miej­sce daje jej poczu­cie prze­by­wa­nia w Cza­sie, nie tylko jej wła­snym. Dostęp do kabin mają teraz człon­ko­wie VIP. Eva prze­biera się we wspól­nej szatni. To jej odpo­wiada, lubi być cia­łem pośród innych ciał. I ni­gdy nie oddy­cha swo­bod­niej niż wtedy, kiedy leży na ple­cach, unosi się i patrzy w górę na pół­ko­li­sty szklany sufit wysoko nad nią.

Tego dnia pod koniec lata okrop­nie się ze wszyst­kim guz­drała: z prze­bie­ra­niem się, prysz­ni­cem, pły­wa­niem, nawro­tami, koły­sa­niem się, sauną, kolej­nym prysz­ni­cem, susze­niem, sma­ro­wa­niem kre­mem. I tak nie miała do kogo się spie­szyć. Roz­sma­ro­wu­jąc krem, zauwa­żyła młodą kobietę roz­bie­ra­jącą się przy swo­jej szafce. Nie­zna­joma miała mały tatuaż na pra­wej łopatce, zbyt mały, by Eva mogła dostrzec motyw. Kobieta zdjęła luźne ubra­nie, nie­gdyś czarne, dziś zsza­rzałe od suszarki bęb­no­wej. Jej stopy były skie­ro­wane na zewnątrz jak u balet­nicy, ale poru­szała się z wyraź­nym tru­dem. To z kolei spra­wiało, że wyglą­dała na star­szą, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Skórę miała gładką, a drobne pośladki jędrne. Czy mogła doznać jakie­goś urazu? „Napra­wić” – to słowo poja­wiło się w gło­wie Evy, gdy kobieta pochy­liła się, z pewną ostroż­no­ścią, by zdjąć skar­petkę. Eva miała ochotę podejść do niej i pogła­skać ją po policzku.

Teraz młoda kobieta pusz­cza kolana, sta­wia jedną stopę na pod­ło­dze, potem drugą. Odpy­cha się obiema rękami od ławki, wstaje i na chu­dych, chwiej­nych nogach powoli rusza w kie­runku scho­dów base­no­wych. Eva pochyla się i przy­ci­ska nos do szyby. Mokre, mysio­brą­zowe, rzad­kie włosy przy­kle­jają się do głowy kobiety. Kiedy tamta odwraca się, by zejść tyłem do basenu, dotyka ucha w taki spo­sób, że Eva wydaje z sie­bie cichy okrzyk. Coś cie­płego roz­cho­dzi się naj­pierw po jej żołądku, a potem prze­są­cza do koniusz­ków pal­ców. Eva nie wie, czy to coś przy­jem­nego, czy okrop­nego. Star­szy męż­czy­zna, jeden ze sta­łych bywal­ców, powoli pły­nie na ple­cach środ­kiem basenu. Wygląda na to, że nie zwra­cają na sie­bie uwagi.

Mię­dzy pier­siami Evy poja­wiają się kro­ple potu. Pier­siami, które kilka lat temu nabrały cię­żaru, cho­ciaż dla niej to na­dal coś nowego. Kła­dzie dłoń na jed­nej z nich, dotyka jej przez fio­le­towy kostium kąpie­lowy. Spo­gląda na swój brzuch, który uwy­pu­kla się pod obci­słym mate­ria­łem, ale staje się nie­mal pła­ski, kiedy Eva się pro­stuje. W przy­szłym mie­siącu koń­czy pięć­dzie­siąt dzie­więć lat. Czuje się nie­skoń­cze­nie mło­dziej i zara­zem sta­rzej. Nie­wy­ko­rzy­stana.

Gdy była młoda, tak młoda, tak nie­śmiała, że nikt jej nie cało­wał, zda­rzało jej się sta­wać przed wiel­kim lustrem w sypialni rodzi­ców i oglą­dać swoje nagie ciało. Nie­cier­pliwa, spra­gniona. Potem napeł­niała wannę, kła­dła się w gorą­cej wodzie i tak długo się doty­kała, aż docho­dziła.

Od dawna nikt jej nie doty­kał, nawet ona sama. Może jesz­cze kie­dyś nada­rzy się oka­zja.

Eva rzadko zostaje w sau­nie na tyle długo, by zacząć się pocić, ale teraz rów­nież jej uda lśnią od potu. Wstaje, sięga po ręcz­nik i wcho­dzi do paru­ją­cego pomiesz­cze­nia. Wie, że panuje w nim upał, ale teraz wydaje jej się ono chłodne. Kła­dzie ręcz­nik na ławce, na któ­rej przed chwilą sie­działa nie­zna­joma, obok samot­nej czar­nej gumki do wło­sów, i odwraca się w stronę basenu. Gdy Eva wcho­dzi, męż­czy­zna wstaje, nie­pew­nym kro­kiem zmie­rza w kie­runku jacuzzi. Zostają tylko Eva i młoda kobieta. Eva zanu­rza się cał­ko­wi­cie pod wodą, kuli się i odpy­cha obiema sto­pami od ściany basenu.

To Tho­mas zawiózł Karlę na pogo­to­wie, to był jego tydzień. To do niego zate­le­fo­no­wali ze szkoły, by poin­for­mo­wać, że Karla się ude­rzyła. Cor­ne­lia stała w skle­pie, chyba już dzie­siątą minutę, z wykłó­ca­ją­cym się klien­tem, gdy zadzwo­nił Tho­mas. Nic na to nie mogła pora­dzić, męż­czy­zna żądał odszko­do­wa­nia za znisz­czoną walizkę, cho­ciaż nie zadbał o to, by linie lot­ni­cze spo­rzą­dziły pro­to­kół szkody. Zde­cy­do­wa­nie za mocno obcią­żył walizkę, cho­ciaż ni­gdy się do tego nie przy­zna. Wyszło słabo. Z ulgą prze­ka­zała tego klienta nowemu pra­cow­ni­kowi sezo­no­wemu. Poza tym Cor­ne­lia od pierw­szego dnia pracy pono­siła pełną odpo­wie­dzial­ność za sklep, choć zatrud­niono ją tylko na lato. Pospie­szyła do małego kącika peł­nią­cego funk­cję pokoju socjal­nego, żeby ode­brać tele­fon, ocze­ku­jąc cze­goś, o czym jesz­cze nic nie wie­działa.

– Karla spa­dła z dra­bi­nek, kiedy była w świe­tlicy, jestem w dro­dze do szkoły – oznaj­mił, zanim Cor­ne­lia zdą­żyła powie­dzieć „cześć”. – Podobno spa­dła na głowę. Moż­liwe wstrzą­śnie­nie mózgu. Do tego boli ją ręka. Na wszelki wypa­dek zabie­ram ją na pogo­to­wie. Zadzwo­nię stam­tąd. Chcia­łem ci tylko dać znać.

Mówił tak wywa­żo­nym tonem, jakby była urzęd­niczką, którą musiał o czymś poin­for­mo­wać, a nie kimś, z kim przez osiem lat dzie­lił łóżko – aż do czte­rech mie­sięcy temu.

Gdyby na­dal byli razem, z chę­cią pozwo­li­łaby mu samemu wszystko zała­twić i została w pracy. Teraz instynkt pod­po­wia­dał jej, że Tho­mas zdo­bę­dzie jakiś bez­sen­sowny punkt, jeśli rów­nież ona nie zjawi się w szpi­talu.

– Zaraz zamó­wię tak­sówkę i urwę się z pracy – wyrzu­ciła z sie­bie, cho­ciaż klient pod­niósł głos o kilka tonów, cho­ciaż tak naprawdę nie wie­rzyła, że to z Karlą to coś poważ­nego, cho­ciaż to ozna­czało pozo­sta­wie­nie Lindy samej w skle­pie, zanim skoń­czy szko­le­nie. Cho­ciaż ni­gdy nie jeź­dzi tak­sówką i praw­do­po­dob­nie rów­nie szybko dotar­łaby tam tram­wa­jem, poza tym ma tylko sześć­set koron, które muszą jej wystar­czyć do końca mie­siąca. Sześć­set koron, torbę foliową bute­lek zwrot­nych i dwa wej­ścia na pły­wal­nię. Bislet, kar­net dostała od dziew­czyn na trzy­dzie­ste pierw­sze uro­dziny. Znacz­nie lep­szy pre­zent od tych, które zwy­kle sobie dają. Bislet Bad jest cho­ler­nie drogi. W dniu uro­dzin zro­biło jej się cie­pło na sercu na myśl o tym, że zło­żyły się na taki pre­zent. Wyraź­nie się o nią trosz­czyły. Następ­nego ranka zasta­na­wiała się, czy kryje się za tym litość – czy uwa­żają, że jest żało­sna.

Kiedy sie­dzi w tak­sówce, przede wszyst­kim iry­tuje ją, że ze szkoły zadzwo­nili do Tho­masa, a nie do niej. Poza tym zło­ści się na sie­bie, że tego dnia nie umyła wło­sów, i czuje satys­fak­cję, że wło­żyła buty na nie­wiel­kim obca­sie. A potem nagła myśl: jeśli Karla naprawdę ma wstrzą­śnie­nie mózgu, będą musieli zre­zy­gno­wać z jutrzej­szej szkol­nej imprezy jesien­nej. Zanim się nakręca, zalewa ją fala ulgi.

Cor­ne­lia nie sądzi, żeby przed uro­dze­niem dziecka miała jakieś szcze­gól­nie nie­re­ali­styczne wyobra­że­nia na temat tego, jak to jest mieć potom­stwo. Nie zaska­kują jej ani bez­senne noce, ani wlo­kący się czas na pla­cach zabaw wcze­snym ran­kiem, z ter­mo­sem kawy, na którą tak naprawdę nie ma ochoty. To, na co nie była przy­go­to­wana, to ci wszy­scy inni rodzice, z któ­rymi jako matka cią­gle ma do czy­nie­nia, jakie to nudne. Ma nadzieję, że lepiej jest mieć dziecko w wieku szkol­nym niż przed­szko­laka. Jesz­cze tego nie wie, bo udało jej się zapo­mnieć o pierw­szym zebra­niu dla rodzi­ców pierw­szo­kla­si­stów. Nie wie też, czy cie­szy się, czy żałuje, że Tho­masa z jakie­goś powodu rów­nież nie było na zebra­niu. Tak czy ina­czej ma nadzieję, że już ni­gdy nie będzie musiała przy­słu­chi­wać się dys­ku­sji o tym, czy kanapki z bru­no­stem2 na dru­gie śnia­da­nie są okej, czy nie.

Zli­zuje błysz­czyk, który dopiero co nało­żyła, cze­ka­jąc, aż jej Visa połą­czy się z ter­mi­na­lem. Tak­sów­karz oddaje jej kartę, nie odwra­ca­jąc się, nie napo­ty­ka­jąc jej spoj­rze­nia w lusterku. Dwie­ście dwa­dzie­ścia jeden koron. Cóż. Nie musi robić zaku­pów, dopóki Karla nie przy­je­dzie do niej za trzy dni, a potem zostaną już tylko dwa dni do wypłaty.

Wtedy to do niej dociera, jak cios w prze­ponę: a jeśli Karli naprawdę stało się coś złego?

Szklane drzwi otwie­rają się przed nią i star­szą panią, którą pod­trzy­muje, jak Cor­ne­lia się domy­śla, jej wła­sna córka. Z wyrazu twa­rzy młod­szej kobiety można wyczy­tać roz­draż­nie­nie i rezy­gna­cję, na co ktoś, kto nie byłby z tą drugą tak bli­sko zwią­zany, ni­gdy by sobie nie pozwo­lił. Star­sza kobieta wyraź­nie cierpi, ale młoda – która musi być grubo po pięć­dzie­siątce – cią­gnie ją za ramię, żeby przy­spie­szyła kroku, cho­ciaż to na nie­wiele się zdaje. Pie­lę­gniarka wita je w drzwiach, a sta­ruszka natych­miast chwyta nie­zna­jomą za dłoń.

W pocze­kalni nie ma teraz wielu ludzi, jest dzień powsze­dni i przy­chod­nie są wciąż otwarte. Tyle czasu spę­dziła tu w ciągu ostat­nich kilku lat. Ospa wietrzna, myko­pla­zma, opa­rze­nie od kuchenki, skrę­cony nad­gar­stek, zła­mana ręka. Ale od ostat­niego razu minął dokład­nie rok. Gdy zeszłego lata byli tu we trójkę, ona, Tho­mas i Karla ze zła­maną ręką, roiło się od ludzi. Męż­czy­zna w śred­nim wieku, który krwa­wił z rany na gło­wie i zakry­wał usta dło­nią, jakby coś było nie tak z jego zębami. Cor­ne­lia musiała popro­sić Karlę, żeby prze­stała się na niego gapić. Nar­ko­man ze stłu­czo­nymi kola­nami. Uty­ka­jący chło­pak z roz­dar­tymi dżin­sami i desko­rolką w ręku. I ich troje. Karla prze­wró­ciła się na nowym rowe­rze, który tego samego dnia dostała od nich na uro­dziny. Pra­wie cały sezon kąpie­lowy prze­szedł jej koło nosa, nie mówiąc o wszyst­kim innym, co prze­pa­dło przez ten wypa­dek.

Może powinna wło­żyć zie­loną sukienkę, a na nią skó­rzaną kurtkę. To tydzień Tho­masa, więc to on zała­twi jedze­nie na wie­lo­kul­tu­rowy bufet, cokol­wiek to zna­czy. Zasta­na­wia się, czy po pro­stu spo­tkają się w szkole, czy pójdą tam razem. Czuje pustkę na myśl o tym, że mia­łaby stać sama na szkol­nym boisku, bez dziecka, któ­rym trzeba się zająć, bez potrawy, którą mogłaby posta­wić na dłu­gim stole. Razem kupili wio­sną tę sukienkę, na pchlim targu w szkole pod­sta­wo­wej. Karla bawiła się na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym i mieli do zago­spo­da­ro­wa­nia dwie godziny. Potem wło­żyła sukienkę w toa­le­cie w pie­karni Han­sen, na obci­słe dżinsy, które póź­niej roz­darły się na kola­nie. Tho­mas kupił im kawę. Nikt, kto widział ich sie­dzą­cych na ławce w pro­mie­niach słońca na St. Han­shau­gen, z papie­ro­wymi kub­kami w dło­niach, nie prze­wi­działby, że kilka tygo­dni póź­niej się roz­staną. Uzgod­nili, że na razie ona zosta­nie w ich domu, dopóki nie znaj­dzie cze­goś tań­szego. On mógł wpro­wa­dzić się do poło­żo­nego nie­da­leko miesz­ka­nia kolegi ze stu­diów, który dostał pracę za gra­nicą. Być może Tho­mas łudził się, że nie doj­dzie do roz­padu ich mał­żeń­stwa, że to tylko taki kaprys Cor­ne­lii, chwi­lowy gor­szy nastrój. Przez wiele dni z rzędu mogli na ten temat nie roz­ma­wiać, a nocami leżeli bli­sko sie­bie, jak od dawna im się nie zda­rzało. W ciągu tych tygo­dni od czasu do czasu obej­mo­wał ją ramie­niem, kiedy leżeli na łyżeczkę, i przy­cią­gał bli­żej swo­jego brzu­cha, tak jak zwykł to robić daw­niej.

Cor­ne­lia usi­łuje przejść przez hol, omi­ja­jąc recep­cję, w kie­runku trąb słoni, wska­zu­ją­cych wesoło oddział dzie­cięcy, ale zostaje zatrzy­mana przez pie­lę­gniarkę, która jej nie służy ramie­niem.

– W czym mogę pomóc? – Wymu­szony uśmiech, jakby Cor­ne­lia nie mogła mieć nic wspól­nego z trą­bami sło­nio­wymi, ona, która nie ma ze sobą dziecka.

– Moja córka jest tutaj, ze swoim ojcem. Ude­rzyła się w głowę. Upa­dła w świe­tlicy. Zadzwo­nili do niego, bo to jego tydzień.

Jakby pie­lę­gniarkę to obcho­dziło.

– Przy­je­cha­łam tak szybko, jak to było moż­liwe.

Sie­dzi obok akwa­rium. Ma zamknięte oczy, opiera głowę o ścianę. Z komórką w dłoni. Typowe. Ale koszula, którą ma na sobie, nie jest typowa. Jezu. W nie­bie­skie i różowe kwiaty. Poważ­nie? I zro­bił coś z wło­sami, nagle ma bar­dzo dużo grzywki. Buty wyglą­dają zna­jomo. Snus pod wargą. Myślała, że już go nie zażywa.

– Mama? – Karla stoi w drzwiach toa­lety. – Co ty tu robisz?

Teraz Tho­mas otwiera oczy, pro­stuje się, wsuwa tele­fon do tyl­nej kie­szeni. Karla pod­cho­dzi do niego i siada mu na kola­nach. Przy­naj­mniej z jej ręką nie dzieje się nic złego.

– Zadzwo­ni­łem do mamy i powie­dzia­łem, że upa­dłaś, wiesz, i mama chciała przyjść, żeby zoba­czyć, jak się czu­jesz – mówi, odgar­nia­jąc jej włosy za ucho. Do Cor­ne­lii: – Zro­bili jej prze­świe­tle­nie, cze­kamy na leka­rza.

Poza nimi troj­giem w pocze­kalni są tylko matka i dziecko, chło­piec. Leży z głową na kola­nach matki i patrzy na nią. Ona trzyma rękę na jego brzu­chu, mam­ro­cze coś do niego, on uśmie­cha się blado i zamyka oczy.

Karla sadowi się jesz­cze wygod­niej w zgię­ciu ramie­nia ojca, nie wygląda na szcze­gól­nie chorą.

– Pozwo­lili mi zacze­kać u pie­lę­gniarki, aż tata po mnie przy­je­dzie – opo­wiada. – Dosta­łam sok. Ale teraz lubię napoje gazo­wane, mamo! Tata daje mi spró­bo­wać, kiedy pije colę.

Tho­mas patrzy na Cor­ne­lię, wzru­sza lekko ramio­nami. Posta­na­wia nie mówić tego, co on spo­dziewa się usły­szeć, to nie ma zna­cze­nia, czy Karla lubi napoje gazo­wane, czy nie. Ale on sam powi­nien w końcu prze­stać pić colę, doro­sły męż­czy­zna, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę jego rosnący brzuch. Cor­ne­lia spusz­cza wzrok i zauważa, że nie ma śladu po oponce, jego brzuch pod kwie­ci­stą koszulą jest zupeł­nie pła­ski i policzki też już nie są tak okrą­głe. Wygląda dobrze, nie spo­sób zaprze­czyć.

Jest dużo wol­nych miejsc, ale Cor­ne­lia nie wie, gdzie usiąść, i opiera się o ścianę przy drzwiach, naprze­ciwko Karli i Tho­masa. Żałuje, że nie zapla­no­wała niczego na wie­czór. Przed oczami ma stertę ubrań, którą prze­rzu­ciła wczo­raj przed snem z suszarki na kanapę, nie robiąc z tym nic wię­cej. Lodówkę z siatką ziem­nia­ków, samot­nym jaj­kiem, do połowy opróż­nio­nym sło­ikiem dżemu jago­do­wego i kar­to­nem prze­ter­mi­no­wa­nego, odtłusz­czo­nego mleka. W tygo­dniach, kiedy nie ma u niej Karli, bra­kuje jej moty­wa­cji do kupo­wa­nia cze­goś wię­cej poza mle­kiem i kawą.

Wycho­dzą przez auto­ma­tyczne drzwi, jedno za dru­gim, Karla w środku. Cor­ne­lia mruży oczy, patrząc na niskie, popo­łu­dniowe słońce. Żad­nych zła­mań i żad­nego wstrzą­śnie­nia mózgu, ale dobrze byłoby mieć Karlę na oku przez następne kilka godzin, na wypa­dek gdyby poja­wiły się u niej nud­no­ści albo ból głowy. Lekarz przez cały czas zwra­cał się do Tho­masa, jakby Cor­ne­lii tam nie było, jakby wyczuł, że to nie ona będzie obser­wo­wać dziecko.

Przed apteką Cor­ne­lia kuca, chwyta Karlę za ramię, uśmie­cha się i głasz­cze ją po policzku.

– Do widze­nia, kocha­nie. Do zoba­cze­nia jutro na impre­zie!

Mówi to tro­chę za gło­śno, sama to sły­szy, pod­nosi wzrok i napo­tyka spoj­rze­nie Tho­masa. On też to usły­szał. Cor­ne­lia wciąż ma wra­że­nie, że Tho­mas czyta w niej jak w otwar­tej księ­dze, reje­struje każdy wyda­wany przez nią dźwięk, każdy naj­mniej­szy ruch i dokład­nie wie, co on ozna­cza, lepiej niż ona sama. Cor­ne­lia nie może znieść jego współ­czu­cia. Dla­czego miałby jej współ­czuć?

– Chodź, tato – mówi Karla. – Idziemy do domu.

Cor­ne­lia odrzuca pro­po­zy­cję, by im towa­rzy­szyć. Powinna wró­cić do pracy, może sklep jest pełen ame­ry­kań­skich tury­stów z wyciecz­kowca, któ­rzy ścią­gają cały towar z pó­łek na pod­łogę, gada­jąc przy tym i gada­jąc, ale nie ma na to siły. Do domu też nie chce jej się wra­cać. Nie wie, czego chce. A prze­cież wła­śnie tego chciała.

Gdy Eva otwiera drzwi wej­ściowe, przez uła­mek sekundy wydaje jej się, że Sverre jest w domu. W kory­ta­rzu pali się lampa sufi­towa. Świa­tło odsła­nia kurz, który niczym cienka zasłona spo­wija sto­jące na komo­dzie zdję­cie Jonasa z pierw­szego dnia szkoły. Widok chu­dych nóg w za sze­ro­kich krót­kich spoden­kach, kolano lekko wygięte do wewnątrz, powo­duje ukłu­cie w sercu. Jak zwy­kle chce scho­wać foto­gra­fię do szu­flady i jak zwy­kle tego nie robi. A świa­tło lampy pocho­dzi z jej pokoju, nie ist­nieje inne wytłu­ma­cze­nie. Naj­wi­docz­niej zapo­mniała wyłą­czyć lampę przed wyj­ściem do pracy, cho­ciaż „zapo­mniała” może nie być wła­ści­wym sło­wem. Odkłada torebkę i siatkę z zaku­pami oraz kwiaty, zatrza­sku­jąc drzwi stopą. W miesz­ka­niu unosi się zapach, któ­rego nie potrafi ziden­ty­fi­ko­wać. Ani nie­przy­jemny, ani przy­jemny. Nowy. Nie dla­tego, że coś zostało dodane. Nie potrafi zna­leźć słowa na to, czego bra­kuje. Bra­kuje Sver­rego. Jego potra­fi­łaby opi­sać wie­loma sło­wami, ale nie teraz. Teraz jest tu tylko ona, w tym miesz­ka­niu, które naj­pierw nale­żało do niego, a potem stało się ich wspól­nym domem. W każ­dym razie tak mówili. Teraz naprawdę należy do niej, skoro nawet Jonas dostał już swoją część spadku po ojcu. Żad­nego cze­ka­nia z prze­ję­ciem schedy do jej śmierci. Sverre miał porzą­dek w ubez­pie­cze­niach, w jej też, za co jest mu wdzięczna. Zrzuca krót­kie kar­me­lowe buty, pod­nosi kwiaty i torebkę, mija ciemny salon i wcho­dzi do kuchni. Na ulicy zaczyna wyć alarm samo­cho­dowy, mie­sza się z ochry­płym szcze­ka­niem. Wydaje jej się, że widziała małego, roz­czo­chra­nego psa przy­wią­za­nego przed salo­nem fry­zjer­skim na rogu ulicy, ale moż­liwe, że to tylko obraz, który jej mózg two­rzy w reak­cji na dźwięki. Może to wczo­raj widziała psa, może brą­zowe jak koniak, krót­ko­no­gie stwo­rze­nie, które sobie wyobraża, w ogóle nie ist­nieje. Ale szcze­ka­nie jest praw­dziwe, teraz niczym echo w jej uszach. Alarm rów­nież ucichł.

Sta­wia sfla­czałą torbę foliową z napi­sem „Kiwi” na pod­ło­dze przy kuchence, kła­dzie bukie­cik tuli­pa­nów od Frøken Flood na bla­cie, zapala nie­bie­ską lampę PH3 nad Super­el­lipse4. Ten zapach jest świeży, nie musi uchy­lać okna. Zamie­rza wró­cić na kory­tarz, żeby powie­sić płaszcz, ale zamiast tego spie­szy się, by uwol­nić kwiaty z sza­rego papieru, w który są zawi­nięte. Potem folia, a potem gumka, cho­ciaż po raz kolejny poin­stru­owano ją, że tuli­pany powinny stać w wodzie w folii przez co naj­mniej pół godziny, żeby były wynio­słe. „Wynio­słe” to jej słowo, ale nie potrze­buje teraz wynio­słych kwia­tów. Chce, żeby zaczęły dzia­łać natych­miast, w tym pokoju, który kie­dyś kochała, ponie­waż był tak otwarty, tak czy­sty, a który teraz jest ogromny, jałowy. Coś z niego wycie­kło. A może dostało się do środka?

Zamiast wyjąć odpo­wied­nio wysoki wazon Alvara Aalto5 z szafki nad zle­wem, idzie do salonu po sto­jący na para­pe­cie niski, okrą­gły wazon, który Jonas i Gina poda­ro­wali jej na Boże Naro­dze­nie. Staje i patrzy na jesienny park, mie­niący się na żółto w świe­tle latarni. W tym roku bra­kuje mu czer­wieni – a może czer­wień jesz­cze nie nade­szła. W dro­dze do kuchni po raz kolejny roz­waża zamknię­cie dwu­skrzy­dło­wych drzwi do gabi­netu Sver­rego, albo biblio­teki, jak sam go nazy­wał. Zda­niem Evy ta nazwa nie pasuje do pokoju, z któ­rego nikt inny poza nim nie korzy­stał. Tak czy ina­czej drzwi powinny zostać otwarte, bo wpusz­czają świa­tło do salonu.

Odkręca kran w kuchni, czeka, aż zacznie pły­nąć lodo­wata woda. Wbrew zasa­dom doty­czą­cym tuli­pa­nów napeł­nia wazon pra­wie po brzegi i solid­nie przy­cina łodygi. Teraz mogą się wycią­gać, roz­kwi­tać i wygi­nać w spo­sób, w jaki tuli­pany nie powinny – bun­tow­ni­czo. Praw­do­po­dob­nie to Jonas wybrał wazon, jej synowa ni­gdy nie zde­cy­do­wa­łaby się na coś tak małego. Eva nie rozu­mie, dla­czego dwoje bez­dziet­nych mło­dych ludzi posta­no­wiło zamiesz­kać w gigan­tycz­nej willi na Jar, z robo­tem koszą­cym i samo­cho­dem z napę­dem na cztery koła. Za każ­dym razem, kiedy ich odwie­dza, ude­rza ją, jak wylud­nione jest to miej­sce – na rzecz samo­cho­dów i traw­ni­ków. Nie rozu­mie, jak Jonas, który dora­stał tutaj, rzut bere­tem od St. Han­shau­gen, mógł zapra­gnąć zadba­nego traw­nika zamiast buj­nego parku z wierzbą pła­czącą nad stru­mie­niem, nie­za­leż­nie od tego, ile pie­nię­dzy jego żona otrzy­mała jako zaliczkę na poczet spadku. Oboje zbli­żają się do trzy­dziestki i pod­jęli stałą pracę, zanim jesz­cze ukoń­czyli stu­dia w Wyż­szej Szkole Han­dlo­wej, ale Eva wciąż ma wra­że­nie, że bawią się w doro­słych. Już samo to, że tak wcze­śnie wzięli ślub, w dodatku kościelny. Pamięta błysk w załza­wio­nych oczach matki Giny na scho­dach kościoła i poczu­cie braku cze­goś w sobie, które póź­niej ogar­nęło Evę. Ona i Sverre celowo pobrali się dopiero kilka lat po naro­dzi­nach Jonasa, a w uro­czy­sto­ści w Blom wzięli udział wyłącz­nie świad­ko­wie.

Teraz czuje, jaki cie­pły jest jej płaszcz, jaki ciężki. Nie może mieć go na sobie ani chwili dłu­żej. Górny guzik odpada i turla się pod kuchenny stół, gdy Eva zrywa z sie­bie okry­cie wierzch­nie. Pozwala guzi­kowi się odda­lić, upusz­cza płaszcz na pod­łogę. Nie­bie­ski weł­niany płaszcz, który kupiła, gdy świę­to­wali z mężem srebrną rocz­nicę ślubu w Kopen­ha­dze. W pew­nym sen­sie to też był rodzaj zabawy. Siada na kuchen­nym krze­śle, które jej dziad­ko­wie dostali w pre­zen­cie ślub­nym. Na stole stoi stara szklana misa kupiona pod­czas jed­nej z week­en­do­wych wycie­czek do Blaafarveværket6, gdy Jonas był mały, z dwiema cytry­nami i rumia­nym, pomarsz­czo­nym jabł­kiem w środku. Prze­nosi wzrok na ławę, na białą masel­niczkę z pęk­nię­ciem na pokrywce, pamiątkę z dzie­ciń­stwa Sver­rego w Høvik. Na toster, w któ­rym każ­dego ranka mąż opie­kał jedną kromkę chleba, zanim posma­ro­wał ją masłem i mar­mo­ladą, rów­nież tego dnia, kiedy umarł. Eva prze­wi­jała w myślach ten obraz wiele razy, żeby spraw­dzić, czy tam­tego kon­kret­nego poranka, tak podob­nego do innych poran­ków, wyda­rzyło się coś, co suge­ro­wa­łoby, że zale­d­wie kilka godzin póź­niej jego serce się zatrzyma, nad kanapką z kre­wet­kami w Bri­stolu. Jak zawsze naj­pierw prze­czy­tała „Klas­se­kam­pen”7, pod­czas gdy on prze­glą­dał „Aften­po­sten”8. Radiowa Dwójka jak jed­no­stajne brzę­cze­nie w tle. Eva ni­gdy nie opieka chleba, powinna pozbyć się tostera, stoi nie­uży­wany od ponad pół roku. Ni­gdy tego nie zrobi, ni­gdy nie zanie­sie go choćby do piw­nicy. Może odro­binę drżała mu dłoń, kiedy się­gał po fili­żankę kawy, może Poli­tisk kvar­ter9 wywo­łał wyjąt­kowo mało sar­ka­zmu, może jego wargi były bled­sze niż zwy­kle, gdy przy fon­tan­nie życzyli sobie nawza­jem dobrego dnia pracy, by wejść do swo­ich pre­sti­żo­wych wydaw­nictw. A może nie. Wszyst­kie wspól­nie spę­dzone poranki wirują w jej gło­wie.

Spo­gląda na tuli­pany sto­jące na stole, bla­do­ró­żowe z bia­łymi brzeż­kami. Myśli o ekra­ni­za­cji powie­ści Isher­wo­odaSamotny męż­czy­zna w reży­se­rii Toma Forda, o kolo­rach w tym fil­mie, o tym, jak cza­sami wybu­chają. Kiedy to się dzieje? Znów idzie do salonu i znaj­duje na półce nor­we­skie tłu­ma­cze­nie książki, zabiera je ze sobą do kuchni, siada przy stole i otwiera na pierw­szej stro­nie. „Prze­bu­dze­nie zaczyna się od powie­dze­nia »jestem« i »teraz«. Prze­bu­dzone coś leży wów­czas przez jakiś czas, wpa­tru­jąc się naj­pierw w sufit, potem patrząc na sie­bie, aż roz­po­zna swoje ja i wycią­gnie wnio­ski: ja jestem, ja jestem teraz”10.

Eva zamyka książkę, kła­dzie ją na bla­cie i odsuwa od sie­bie, wzdy­cha­jąc przy tym tak ciężko, że aż czuje ból w klatce pier­sio­wej. Ale jed­no­cze­śnie czuje, że klatka pier­siowa się roz­sze­rza. Łatwiej się jej teraz oddy­cha i coś ją prze­nika, jakaś siła. Eva zdej­muje jasno­brą­zowy kasz­mi­rowy swe­ter, rzuca go na pod­łogę, roz­pina oliw­ko­wo­zie­loną jedwabną bluzkę i wie­sza ją na jed­nym z nie­zli­czo­nych wol­nych krze­seł. Sie­dzi tak, w kre­mo­wo­bia­łym koron­ko­wym sta­niku, który kupiła wczo­raj w małym skle­pie z bie­li­zną na Bog­sta­dve­ien – w ele­men­cie gar­de­roby, który nie ma jesz­cze żad­nej histo­rii. Pozwala, by jej wzrok, głowa, ciało, pokój ską­pały się w różu.

Październik

Może wypi­jesz ją u mnie?

Eva naci­ska przy­cisk czar­nej kawy i dopiero wtedy się odwraca, a kiedy się odwraca, robi to powoli. Myślała, że dzi­siaj jest spo­tka­nie zarządu, poza redak­cją.

– Dzień dobry, Håkonie – mówi, sta­ra­jąc się sku­pić wzrok na twa­rzy redak­tora naczel­nego, a nie na mię­śniach klatki pier­sio­wej i ramion, które zaczęły się uwy­pu­klać tej wio­sny, tuż przed jego pięć­dzie­sią­tymi uro­dzi­nami – mię­śniach, które szef wciąż masuje powol­nymi, wyraź­nie spra­wia­ją­cymi mu przy­jem­ność ruchami.

– Powin­ni­śmy się nara­dzić przed spo­tka­niem z dzia­łem sprze­daży w przy­szłym tygo­dniu – wyja­śnia, napi­na­jąc lewą pierś. – Przed gło­so­wa­niem w spra­wie pro­mo­cji Sygna­tury.

– Nara­dzimy się – odpo­wiada Eva. – Powie­szę tylko płaszcz i zlecę wypłatę hono­ra­rium za tłu­ma­cze­nie, zanim zapo­mnę, a potem przyjdę do cie­bie.

– Świet­nie. Jestem do dzie­sią­tej, póź­niej jadę do Hol­men.

Håkon Kval­heim z uśmie­chem unosi palec wska­zu­jący i kie­ruje się w stronę scho­dów.

– Pamię­taj: tra­dy­cja i inno­wa­cja. Seria powinna ema­no­wać nie tylko tra­dy­cją, lecz także inno­wa­cją. Cze­goś tam bra­kuje, na obwo­lu­cie.

Dzi­siaj znowu je lunch w biu­rze. Sałatka z tuń­czy­kiem i lekko zie­lon­ka­wym jaj­kiem, plus łyżeczka kapa­rów. Bez cebuli. Eva odsuwa od sie­bie w poło­wie pełną miskę, wyj­muje z torebki pastylki do żucia Dent, wkłada jedną do ust i opiera stopy o para­pet. Jedna skar­petka jest krót­sza od dru­giej, odsła­nia kawa­łek bia­łej łydki. Eva pochyla się i pod­ciąga ją, tak by się­gała kra­wę­dzi dżin­sów. Resztę dnia musi poświę­cić na przej­rze­nie maszy­no­pisu, cho­ciaż w skrzynce odbior­czej ma praw­do­po­dob­nie ze dwie­ście nie­prze­czy­ta­nych maili. Posta­wiła sobie za cel prze­brnię­cie przez tekst, zanim wyje­dzie na Targi Książki do Frank­furtu. Tłu­maczka o wiele za długo czeka na uwagi redak­cyjne. Eva z wypie­kami na twa­rzy myśli o kolej­nym spo­tka­niu z powie­ścią, która pra­wie dwa lata temu tra­fiła ją pro­sto w serce, tym razem po nor­we­sku. To raczej nie jest książka, która ura­tuje wio­senny budżet, ale Eva twier­dzi, że nie zna się na rynku wydaw­ni­czym, jeśli powieść nie zbie­rze przy­chyl­nych recen­zji. I nie zosta­nie kupiona przez Nor­we­ską Radę Kul­tury, rada musi ją kupić, w prze­ciw­nym razie budżet wyda­nia tego tytułu będzie wyglą­dał nie­cie­ka­wie. To sza­leń­stwo publi­ko­wać sie­dem­set­stro­ni­cowy prze­kład obcej prozy, Eva wie o tym, a w dodatku powieść jest debiu­tem nie­zna­nej kana­dyj­skiej pisarki. Nawet jeśli z reko­men­da­cją Mar­ga­ret Atwood.

Prze­czy­tała maszy­no­pis w dniu, gdy od rana do wie­czora padał deszcz. Ona i Sverre mieli wyje­chać – dokąd? – ale wyjazd został odwo­łany w ostat­niej chwili, dzięki czemu zyskali dwa dni bez żad­nych zobo­wią­zań. Plan zakła­dał przej­rze­nie kilku stron w pią­tek po połu­dniu, żeby móc prze­słać agen­towi coś w rodzaju kwa­li­fi­ko­wa­nego „nie, dzię­kuję” i zacząć week­end. Po prze­czy­ta­niu dwóch stron na ekra­nie kom­pu­tera wydru­ko­wała cały tekst. Przez kolejne parę dni stos papie­rów podą­żał za nią z pokoju do pokoju. Sverre prze­ży­wał jedną ze swo­ich faulk­ne­row­skich faz i głów­nie sie­dział w Okse­nie11 w swoim gabi­ne­cie z Wście­kło­ścią i wrza­skiem i dzban­kami moc­nej Dar­je­eling. Eva nie pamięta już fabuły, od tam­tej pory prze­czy­tała nie­zli­czoną ilość maszy­no­pi­sów, ale pamięta uczu­cie, które jej towa­rzy­szyło, dziwna potrzeba poły­ka­nia słów. Cza­sami, coraz czę­ściej, zapo­mina, dla­czego całe doro­słe życie poświę­ciła lite­ra­tu­rze pięk­nej. Tamte dni przy­po­mniały jej, jaki był tego powód.

Tele­fon brzę­czy i wibruje, Eva nie potrafi ziden­ty­fi­ko­wać źró­dła dźwięku. Prze­szu­kuje torbę, spraw­dza kie­szeń płasz­cza, w końcu znaj­duje komórkę wśród papie­rów na biurku. „Zupa u mnie wie­czo­rem?” – pyta Hilda. Eva waha się z odpo­wie­dzią. Wła­ści­wie po pracy zamie­rzała iść popły­wać. A co, jeśli Hilda będzie dziś natar­czywa? Eva tego nie znie­sie, mie­le­nia każ­dego tematu, który pojawi się w roz­mo­wie. Niebo nad pla­cem jest ide­al­nie błę­kitne, Eva otwiera okno, żeby wpu­ścić do środka rześ­kie paź­dzier­ni­kowe powie­trze, papiery na biurku trze­po­czą. Fon­tanna sto­jąca mię­dzy dwoma wydaw­nic­twami wciąż szumi, na jej kra­wę­dzi sie­dzą bli­sko sie­bie dwa gołę­bie. Zwy­kle plusk wody działa na Evę kojąco, ale dziś budzi w niej mro­wiący nie­po­kój. Wyobraża sobie urzą­dze­nie, któ­rym można samemu podra­pać się po ple­cach, przez chwilę fan­ta­zjuje o tym, by podra­pać się nim od wewnątrz. Zamyka okno. Na pewno wkrótce wyłą­czą wodę na zimę. Wyobraża sobie mały aneks kuchenny Hildy, a potem wła­sną kuch­nię. Nie ma w niej pra­wie nic do jedze­nia, nic jej nie kusi. Iść popły­wać może w każ­dej chwili. „Tak, dzięki!”, pisze. „Szó­sta?”, pyta Hilda. „Zgoda!” Eva wyłą­cza powia­do­mie­nia w poczcie mailo­wej, gdy przy­cho­dzi kolejne przy­po­mnie­nie o bada­niu Nor­we­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Wydaw­ców na temat mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego, wyci­sza tele­fon, zrzuca buty, pod­ciąga jedną nogę na krze­sło i otwiera maszy­no­pis na ekra­nie. Prze­wija stronę tytu­łową, dedy­ka­cję i motto i czyta pierw­sze zda­nie: „Tego ranka Mar­ga­ret Soames nie była sobą, a może wła­śnie była”.

Prze­cho­dzi po Baj­ko­wym Moście nad Aker­se­lven i rusza w górę Mar­kve­ien. Czuje prze­możną chęć, by coś kupić. Cokol­wiek, byleby to nie było coś, czego potrze­buje. Jest coś wyjąt­kowo kuszą­cego w tych małych skle­pi­kach, gdzie w kilka minut można zorien­to­wać się w ofer­cie i zawsze jest się bli­sko wyj­ścia. Przy­naj­mniej jeśli w środku są inni klienci, jeśli nie zostaje sam na sam z osobą, która tam pra­cuje, i nie czuje się zmu­szona pro­wa­dzić z nią kon­wer­sa­cji. Roz­mowa z Nie­lsem Neu­man­nem wywo­łała ból głowy, a wła­ści­wie całego ciała. Eva dostrze­gła go kątem oka, gdy prze­cho­dził dziś rano obok jej gabi­netu, po tym jak usły­szała, że cięż­kie, męskie kroki stały się nie­pewne, gdy zbli­żyły się do jej drzwi, które były jak zwy­kle odro­binę uchy­lone. Uznała, że na tyle może sobie pozwo­lić w biu­rze, gdzie – mimo zadzi­wia­jąco mało otwar­tej kul­tury pracy w innych obsza­rach – drzwi stoją otwarte na oścież, chyba że aku­rat odby­wają się zebra­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prze­ło­żył Jaro­sław Iwasz­kie­wicz (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

Bru­nost – rodzaj nor­we­skiego sera pro­du­ko­wa­nego z ser­watki mleka kro­wiego i koziego lub tylko kro­wiego. Cha­rak­te­ry­styczny kolor, zapach i smak nadaje mu skry­sta­li­zo­wana lak­toza. [wróć]

Lampy PH – lampy autor­stwa duń­skiego archi­tekta i kry­tyka sztuki Poula Hen­ning­sena (1894–1967), pro­du­ko­wane przez Louisa Poul­sena. Mają zwy­kle od trzech do ośmiu klo­szy, zapro­jek­to­wa­nych na pod­sta­wie obli­czeń doty­czą­cych odbi­cia świa­tła, wyko­na­nych z metalu lub bia­łego, ewen­tu­al­nie kolo­ro­wego szkła. Lampy PH należą do duń­skiego kanonu kul­tu­ro­wego. [wróć]

Stół od duń­skiej firmy Fritz Han­sen A/S (zna­nej także jako Repu­blic of Fritz Han­sen) pro­du­ku­ją­cej od 1872 roku eks­klu­zywne meble. [wróć]

Hugo Alvar Hen­rik Aalto (1898–1976) – fiń­skimoder­ni­stycznyarchi­tekt i pro­jek­tant. Do wyro­bów Aalto należy mię­dzy innymi słynny na całym świe­cie wazon Savoy. [wróć]

Blaafarveværket – dawne nor­we­skie przed­się­bior­stwo gór­ni­cze w Åmot w Buske­rud, które wydo­by­wało rudę kobaltu i wyko­rzy­sty­wało ją do pro­duk­cji błę­kitu kobal­to­wego. Obec­nie znaj­duje się tam skan­sen i gale­ria sztuki. Jest to naj­więk­sze i naj­le­piej zacho­wane muzeum gór­nic­twa w Euro­pie. [wróć]

„Klas­se­kam­pen” (Walka klas) – nor­we­ski lewi­cowy dzien­nik o zasięgu ogól­no­kra­jo­wym, zało­żony w 1969 roku w Oslo. [wróć]

„Aften­po­sten” – libe­ralno-kon­ser­wa­tywny dzien­nik o zasięgu ogól­no­kra­jo­wym, zało­żony w 1860 roku w Chri­stia­nii (obec­nie Oslo). Naj­czę­ściej czy­tana nor­we­ska gazeta w wer­sji papie­ro­wej. [wróć]

Poli­tisk kvar­ter (Kwa­drans poli­tyczny) – nor­we­ski pro­gram publi­cy­styczny poru­sza­jący bie­żące tematy poli­tyczne, nada­wany w pro­gramie dru­gim nor­we­skiego radia od 1968 roku, od ponie­działku do piątku od 07.45. [wróć]

Prze­ło­żył Jan Zie­liń­ski. [wróć]

Oksen (byk) – kul­towy skó­rzany fotel zapre­zen­to­wany w 1966 roku, po pię­ciu latach eks­pe­ry­men­to­wa­nia, przez duń­skiego archi­tekta i pro­jek­tanta wnętrz Arnego Jacob­sena dla eks­klu­zyw­nej marki Fritz Han­sen. [wróć]