Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Eva ma 59 lat. Niedawno straciła męża i stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Jest redaktorką literatury zagranicznej, podczas gdy jej mąż pracował jako redaktor w konkurencyjnym wydawnictwie. Eva ma dorosłego syna Jonasa, z którym relacje są napięte i pełne niechęci.
Cornelia ma 31 lat. Samotnie wychowuje córkę Klarę i zmaga się z emocjami po rozstaniu z jej ojcem, Thomasem. Pracuje w sklepie z walizkami, a wynajmowane mieszkanie przerasta jej możliwości finansowe.
Drogi obu kobiet krzyżują się w niespodziewany sposób. Pomimo różnicy wieku i odmiennych sytuacji życiowych między Evą a Cornelią rodzi się czułe i nieoczekiwane uczucie, które zmusza je do konfrontacji z własnymi sekretami, przeszłością oraz wstydem, jaki niesie ze sobą międzypokoleniowa cisza.
To opowieść o tym, jak przeszłość kształtuje teraźniejszość, o sile ukrytych emocji oraz o nieoczekiwanych więziach, które potrafią odmienić życie.
Hilde Rød-Larsen (ur. 1974) jest tłumaczką literatury pięknej, pisarką i wydawczynią. Przekłada głównie z języka angielskiego na norweski, tłumacząc książki autorek takich jak Alice Munro, Elizabeth Strout i Sally Rooney. Ukończyła studia licencjackie i magisterskie w London School of Economics. W 2023 roku otrzymała stypendium Bookseller’s Author Stipend.
Zadebiutowała w Norwegii w 2019 roku powieścią Sommertid. W 2022 roku jej druga książka, Diamantaftener, zarazem pierwsza napisana w języku duńskim, spotkała się z uznaniem krytyków w Norwegii, Danii i Niemczech. Hilde mieszka w Oslo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 224
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: I Pantalones hus
Copyright © by Cappelen Damm As, Oslo 2024 Copyright © 2026 for the Polish edition by Echa, an imprint of Wydawnictwo Czarna Owca Published by agreement with Cappelen Damm Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland. Copyright © for the Polish translation by Milena Skoczko-Nakielska
All rights reserved
Redaktorka inicjująca: Dominika Dudarew-Osiecka Redakcja: Ida Pawłowska Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Beata Wójcik Projekt okładki i stron tytułowych: Ula Pągowska Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
This translation has been published with the financial support of NORLA. Tłumaczenie dofinansowane w ramach programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8457-064-7
Zdarzyło się w pewnym teatrze, że wybuchł pożar za kulisami.Pajac wyszedł przed kurtynę, aby powiadomić o tym publiczność. Myślano, że to żart, i klaskano w dłonie; pajac powtórzył wiadomość;bawiono się jeszcze bardziej. Tak właśnie myślę – koniec świata1.
Søren Kierkegaard, Albo-albo, Diapsalmata, 1843
Wróciła. Młoda kobieta o dziwnych ruchach. Jakby poruszała się w wodzie nawet poza basenem. Eva zamyka za sobą drzwi sauny i rozkłada żółty ręcznik na najwyższej półce, przy oknie. Zwykle położyłaby się na plecach, wyciągnęła i zamknęła oczy, ale teraz siada ze wzrokiem zwróconym w stronę szyby, sama w pomieszczeniu, w cieple. Jest coś oszałamiającego w tej kobiecie, gdy opada na jedną z ławek na krótszej krawędzi basenu. Podciąga kolana pod brodę, obejmuje nogi rękami. Nienaturalnie przekrzywia głowę. Siedzi tak nieruchomo.
Wróciła. To słowo, które zabłysło w głowie Evie, które mówi jej, że już wcześniej zauważyła tę kobietę. Teraz przypomina sobie, kiedy to było. Jeden z ostatnich, uporczywie letnich dni, gdy słońce podążało za nią wszędzie. Przez cienką szczelinę w rolecie, kiedy budziła się rano. Po zakurzonym ekranie komputera, gdy próbowała opracować kosztorys książki, niewyglądający dobrze bez względu na to, jak żonglowała liczbami. Na skrawku trawnika, gdzie szukała schronienia w przerwie na lunch, by nie musieć siedzieć w stołówce przez kolejne pół godziny i słuchać rozmów o serialach, których nie oglądała. Uderzające, jak rzadko rozmawia się o książkach w jednym z najstarszych norweskich wydawnictw.
Gdy w końcu nadeszło popołudnie i wkroczyła w mrok panujący na basenie Bislet, pomyślała, że najchętniej zostałaby tam na zawsze. W kokonie upału, w pięknie lat dwudziestych ubiegłego wieku. Oryginalne przebieralnie, z drzwiami w kolorze pudrowego różu, wciąż stoją nienaruszone wokół basenu i półpiętra powyżej. Całe to miejsce daje jej poczucie przebywania w Czasie, nie tylko jej własnym. Dostęp do kabin mają teraz członkowie VIP. Eva przebiera się we wspólnej szatni. To jej odpowiada, lubi być ciałem pośród innych ciał. I nigdy nie oddycha swobodniej niż wtedy, kiedy leży na plecach, unosi się i patrzy w górę na półkolisty szklany sufit wysoko nad nią.
Tego dnia pod koniec lata okropnie się ze wszystkim guzdrała: z przebieraniem się, prysznicem, pływaniem, nawrotami, kołysaniem się, sauną, kolejnym prysznicem, suszeniem, smarowaniem kremem. I tak nie miała do kogo się spieszyć. Rozsmarowując krem, zauważyła młodą kobietę rozbierającą się przy swojej szafce. Nieznajoma miała mały tatuaż na prawej łopatce, zbyt mały, by Eva mogła dostrzec motyw. Kobieta zdjęła luźne ubranie, niegdyś czarne, dziś zszarzałe od suszarki bębnowej. Jej stopy były skierowane na zewnątrz jak u baletnicy, ale poruszała się z wyraźnym trudem. To z kolei sprawiało, że wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości. Skórę miała gładką, a drobne pośladki jędrne. Czy mogła doznać jakiegoś urazu? „Naprawić” – to słowo pojawiło się w głowie Evy, gdy kobieta pochyliła się, z pewną ostrożnością, by zdjąć skarpetkę. Eva miała ochotę podejść do niej i pogłaskać ją po policzku.
Teraz młoda kobieta puszcza kolana, stawia jedną stopę na podłodze, potem drugą. Odpycha się obiema rękami od ławki, wstaje i na chudych, chwiejnych nogach powoli rusza w kierunku schodów basenowych. Eva pochyla się i przyciska nos do szyby. Mokre, mysiobrązowe, rzadkie włosy przyklejają się do głowy kobiety. Kiedy tamta odwraca się, by zejść tyłem do basenu, dotyka ucha w taki sposób, że Eva wydaje z siebie cichy okrzyk. Coś ciepłego rozchodzi się najpierw po jej żołądku, a potem przesącza do koniuszków palców. Eva nie wie, czy to coś przyjemnego, czy okropnego. Starszy mężczyzna, jeden ze stałych bywalców, powoli płynie na plecach środkiem basenu. Wygląda na to, że nie zwracają na siebie uwagi.
Między piersiami Evy pojawiają się krople potu. Piersiami, które kilka lat temu nabrały ciężaru, chociaż dla niej to nadal coś nowego. Kładzie dłoń na jednej z nich, dotyka jej przez fioletowy kostium kąpielowy. Spogląda na swój brzuch, który uwypukla się pod obcisłym materiałem, ale staje się niemal płaski, kiedy Eva się prostuje. W przyszłym miesiącu kończy pięćdziesiąt dziewięć lat. Czuje się nieskończenie młodziej i zarazem starzej. Niewykorzystana.
Gdy była młoda, tak młoda, tak nieśmiała, że nikt jej nie całował, zdarzało jej się stawać przed wielkim lustrem w sypialni rodziców i oglądać swoje nagie ciało. Niecierpliwa, spragniona. Potem napełniała wannę, kładła się w gorącej wodzie i tak długo się dotykała, aż dochodziła.
Od dawna nikt jej nie dotykał, nawet ona sama. Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja.
Eva rzadko zostaje w saunie na tyle długo, by zacząć się pocić, ale teraz również jej uda lśnią od potu. Wstaje, sięga po ręcznik i wchodzi do parującego pomieszczenia. Wie, że panuje w nim upał, ale teraz wydaje jej się ono chłodne. Kładzie ręcznik na ławce, na której przed chwilą siedziała nieznajoma, obok samotnej czarnej gumki do włosów, i odwraca się w stronę basenu. Gdy Eva wchodzi, mężczyzna wstaje, niepewnym krokiem zmierza w kierunku jacuzzi. Zostają tylko Eva i młoda kobieta. Eva zanurza się całkowicie pod wodą, kuli się i odpycha obiema stopami od ściany basenu.
To Thomas zawiózł Karlę na pogotowie, to był jego tydzień. To do niego zatelefonowali ze szkoły, by poinformować, że Karla się uderzyła. Cornelia stała w sklepie, chyba już dziesiątą minutę, z wykłócającym się klientem, gdy zadzwonił Thomas. Nic na to nie mogła poradzić, mężczyzna żądał odszkodowania za zniszczoną walizkę, chociaż nie zadbał o to, by linie lotnicze sporządziły protokół szkody. Zdecydowanie za mocno obciążył walizkę, chociaż nigdy się do tego nie przyzna. Wyszło słabo. Z ulgą przekazała tego klienta nowemu pracownikowi sezonowemu. Poza tym Cornelia od pierwszego dnia pracy ponosiła pełną odpowiedzialność za sklep, choć zatrudniono ją tylko na lato. Pospieszyła do małego kącika pełniącego funkcję pokoju socjalnego, żeby odebrać telefon, oczekując czegoś, o czym jeszcze nic nie wiedziała.
– Karla spadła z drabinek, kiedy była w świetlicy, jestem w drodze do szkoły – oznajmił, zanim Cornelia zdążyła powiedzieć „cześć”. – Podobno spadła na głowę. Możliwe wstrząśnienie mózgu. Do tego boli ją ręka. Na wszelki wypadek zabieram ją na pogotowie. Zadzwonię stamtąd. Chciałem ci tylko dać znać.
Mówił tak wyważonym tonem, jakby była urzędniczką, którą musiał o czymś poinformować, a nie kimś, z kim przez osiem lat dzielił łóżko – aż do czterech miesięcy temu.
Gdyby nadal byli razem, z chęcią pozwoliłaby mu samemu wszystko załatwić i została w pracy. Teraz instynkt podpowiadał jej, że Thomas zdobędzie jakiś bezsensowny punkt, jeśli również ona nie zjawi się w szpitalu.
– Zaraz zamówię taksówkę i urwę się z pracy – wyrzuciła z siebie, chociaż klient podniósł głos o kilka tonów, chociaż tak naprawdę nie wierzyła, że to z Karlą to coś poważnego, chociaż to oznaczało pozostawienie Lindy samej w sklepie, zanim skończy szkolenie. Chociaż nigdy nie jeździ taksówką i prawdopodobnie równie szybko dotarłaby tam tramwajem, poza tym ma tylko sześćset koron, które muszą jej wystarczyć do końca miesiąca. Sześćset koron, torbę foliową butelek zwrotnych i dwa wejścia na pływalnię. Bislet, karnet dostała od dziewczyn na trzydzieste pierwsze urodziny. Znacznie lepszy prezent od tych, które zwykle sobie dają. Bislet Bad jest cholernie drogi. W dniu urodzin zrobiło jej się ciepło na sercu na myśl o tym, że złożyły się na taki prezent. Wyraźnie się o nią troszczyły. Następnego ranka zastanawiała się, czy kryje się za tym litość – czy uważają, że jest żałosna.
Kiedy siedzi w taksówce, przede wszystkim irytuje ją, że ze szkoły zadzwonili do Thomasa, a nie do niej. Poza tym złości się na siebie, że tego dnia nie umyła włosów, i czuje satysfakcję, że włożyła buty na niewielkim obcasie. A potem nagła myśl: jeśli Karla naprawdę ma wstrząśnienie mózgu, będą musieli zrezygnować z jutrzejszej szkolnej imprezy jesiennej. Zanim się nakręca, zalewa ją fala ulgi.
Cornelia nie sądzi, żeby przed urodzeniem dziecka miała jakieś szczególnie nierealistyczne wyobrażenia na temat tego, jak to jest mieć potomstwo. Nie zaskakują jej ani bezsenne noce, ani wlokący się czas na placach zabaw wczesnym rankiem, z termosem kawy, na którą tak naprawdę nie ma ochoty. To, na co nie była przygotowana, to ci wszyscy inni rodzice, z którymi jako matka ciągle ma do czynienia, jakie to nudne. Ma nadzieję, że lepiej jest mieć dziecko w wieku szkolnym niż przedszkolaka. Jeszcze tego nie wie, bo udało jej się zapomnieć o pierwszym zebraniu dla rodziców pierwszoklasistów. Nie wie też, czy cieszy się, czy żałuje, że Thomasa z jakiegoś powodu również nie było na zebraniu. Tak czy inaczej ma nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała przysłuchiwać się dyskusji o tym, czy kanapki z brunostem2 na drugie śniadanie są okej, czy nie.
Zlizuje błyszczyk, który dopiero co nałożyła, czekając, aż jej Visa połączy się z terminalem. Taksówkarz oddaje jej kartę, nie odwracając się, nie napotykając jej spojrzenia w lusterku. Dwieście dwadzieścia jeden koron. Cóż. Nie musi robić zakupów, dopóki Karla nie przyjedzie do niej za trzy dni, a potem zostaną już tylko dwa dni do wypłaty.
Wtedy to do niej dociera, jak cios w przeponę: a jeśli Karli naprawdę stało się coś złego?
Szklane drzwi otwierają się przed nią i starszą panią, którą podtrzymuje, jak Cornelia się domyśla, jej własna córka. Z wyrazu twarzy młodszej kobiety można wyczytać rozdrażnienie i rezygnację, na co ktoś, kto nie byłby z tą drugą tak blisko związany, nigdy by sobie nie pozwolił. Starsza kobieta wyraźnie cierpi, ale młoda – która musi być grubo po pięćdziesiątce – ciągnie ją za ramię, żeby przyspieszyła kroku, chociaż to na niewiele się zdaje. Pielęgniarka wita je w drzwiach, a staruszka natychmiast chwyta nieznajomą za dłoń.
W poczekalni nie ma teraz wielu ludzi, jest dzień powszedni i przychodnie są wciąż otwarte. Tyle czasu spędziła tu w ciągu ostatnich kilku lat. Ospa wietrzna, mykoplazma, oparzenie od kuchenki, skręcony nadgarstek, złamana ręka. Ale od ostatniego razu minął dokładnie rok. Gdy zeszłego lata byli tu we trójkę, ona, Thomas i Karla ze złamaną ręką, roiło się od ludzi. Mężczyzna w średnim wieku, który krwawił z rany na głowie i zakrywał usta dłonią, jakby coś było nie tak z jego zębami. Cornelia musiała poprosić Karlę, żeby przestała się na niego gapić. Narkoman ze stłuczonymi kolanami. Utykający chłopak z rozdartymi dżinsami i deskorolką w ręku. I ich troje. Karla przewróciła się na nowym rowerze, który tego samego dnia dostała od nich na urodziny. Prawie cały sezon kąpielowy przeszedł jej koło nosa, nie mówiąc o wszystkim innym, co przepadło przez ten wypadek.
Może powinna włożyć zieloną sukienkę, a na nią skórzaną kurtkę. To tydzień Thomasa, więc to on załatwi jedzenie na wielokulturowy bufet, cokolwiek to znaczy. Zastanawia się, czy po prostu spotkają się w szkole, czy pójdą tam razem. Czuje pustkę na myśl o tym, że miałaby stać sama na szkolnym boisku, bez dziecka, którym trzeba się zająć, bez potrawy, którą mogłaby postawić na długim stole. Razem kupili wiosną tę sukienkę, na pchlim targu w szkole podstawowej. Karla bawiła się na przyjęciu urodzinowym i mieli do zagospodarowania dwie godziny. Potem włożyła sukienkę w toalecie w piekarni Hansen, na obcisłe dżinsy, które później rozdarły się na kolanie. Thomas kupił im kawę. Nikt, kto widział ich siedzących na ławce w promieniach słońca na St. Hanshaugen, z papierowymi kubkami w dłoniach, nie przewidziałby, że kilka tygodni później się rozstaną. Uzgodnili, że na razie ona zostanie w ich domu, dopóki nie znajdzie czegoś tańszego. On mógł wprowadzić się do położonego niedaleko mieszkania kolegi ze studiów, który dostał pracę za granicą. Być może Thomas łudził się, że nie dojdzie do rozpadu ich małżeństwa, że to tylko taki kaprys Cornelii, chwilowy gorszy nastrój. Przez wiele dni z rzędu mogli na ten temat nie rozmawiać, a nocami leżeli blisko siebie, jak od dawna im się nie zdarzało. W ciągu tych tygodni od czasu do czasu obejmował ją ramieniem, kiedy leżeli na łyżeczkę, i przyciągał bliżej swojego brzucha, tak jak zwykł to robić dawniej.
Cornelia usiłuje przejść przez hol, omijając recepcję, w kierunku trąb słoni, wskazujących wesoło oddział dziecięcy, ale zostaje zatrzymana przez pielęgniarkę, która jej nie służy ramieniem.
– W czym mogę pomóc? – Wymuszony uśmiech, jakby Cornelia nie mogła mieć nic wspólnego z trąbami słoniowymi, ona, która nie ma ze sobą dziecka.
– Moja córka jest tutaj, ze swoim ojcem. Uderzyła się w głowę. Upadła w świetlicy. Zadzwonili do niego, bo to jego tydzień.
Jakby pielęgniarkę to obchodziło.
– Przyjechałam tak szybko, jak to było możliwe.
Siedzi obok akwarium. Ma zamknięte oczy, opiera głowę o ścianę. Z komórką w dłoni. Typowe. Ale koszula, którą ma na sobie, nie jest typowa. Jezu. W niebieskie i różowe kwiaty. Poważnie? I zrobił coś z włosami, nagle ma bardzo dużo grzywki. Buty wyglądają znajomo. Snus pod wargą. Myślała, że już go nie zażywa.
– Mama? – Karla stoi w drzwiach toalety. – Co ty tu robisz?
Teraz Thomas otwiera oczy, prostuje się, wsuwa telefon do tylnej kieszeni. Karla podchodzi do niego i siada mu na kolanach. Przynajmniej z jej ręką nie dzieje się nic złego.
– Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem, że upadłaś, wiesz, i mama chciała przyjść, żeby zobaczyć, jak się czujesz – mówi, odgarniając jej włosy za ucho. Do Cornelii: – Zrobili jej prześwietlenie, czekamy na lekarza.
Poza nimi trojgiem w poczekalni są tylko matka i dziecko, chłopiec. Leży z głową na kolanach matki i patrzy na nią. Ona trzyma rękę na jego brzuchu, mamrocze coś do niego, on uśmiecha się blado i zamyka oczy.
Karla sadowi się jeszcze wygodniej w zgięciu ramienia ojca, nie wygląda na szczególnie chorą.
– Pozwolili mi zaczekać u pielęgniarki, aż tata po mnie przyjedzie – opowiada. – Dostałam sok. Ale teraz lubię napoje gazowane, mamo! Tata daje mi spróbować, kiedy pije colę.
Thomas patrzy na Cornelię, wzrusza lekko ramionami. Postanawia nie mówić tego, co on spodziewa się usłyszeć, to nie ma znaczenia, czy Karla lubi napoje gazowane, czy nie. Ale on sam powinien w końcu przestać pić colę, dorosły mężczyzna, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego rosnący brzuch. Cornelia spuszcza wzrok i zauważa, że nie ma śladu po oponce, jego brzuch pod kwiecistą koszulą jest zupełnie płaski i policzki też już nie są tak okrągłe. Wygląda dobrze, nie sposób zaprzeczyć.
Jest dużo wolnych miejsc, ale Cornelia nie wie, gdzie usiąść, i opiera się o ścianę przy drzwiach, naprzeciwko Karli i Thomasa. Żałuje, że nie zaplanowała niczego na wieczór. Przed oczami ma stertę ubrań, którą przerzuciła wczoraj przed snem z suszarki na kanapę, nie robiąc z tym nic więcej. Lodówkę z siatką ziemniaków, samotnym jajkiem, do połowy opróżnionym słoikiem dżemu jagodowego i kartonem przeterminowanego, odtłuszczonego mleka. W tygodniach, kiedy nie ma u niej Karli, brakuje jej motywacji do kupowania czegoś więcej poza mlekiem i kawą.
Wychodzą przez automatyczne drzwi, jedno za drugim, Karla w środku. Cornelia mruży oczy, patrząc na niskie, popołudniowe słońce. Żadnych złamań i żadnego wstrząśnienia mózgu, ale dobrze byłoby mieć Karlę na oku przez następne kilka godzin, na wypadek gdyby pojawiły się u niej nudności albo ból głowy. Lekarz przez cały czas zwracał się do Thomasa, jakby Cornelii tam nie było, jakby wyczuł, że to nie ona będzie obserwować dziecko.
Przed apteką Cornelia kuca, chwyta Karlę za ramię, uśmiecha się i głaszcze ją po policzku.
– Do widzenia, kochanie. Do zobaczenia jutro na imprezie!
Mówi to trochę za głośno, sama to słyszy, podnosi wzrok i napotyka spojrzenie Thomasa. On też to usłyszał. Cornelia wciąż ma wrażenie, że Thomas czyta w niej jak w otwartej księdze, rejestruje każdy wydawany przez nią dźwięk, każdy najmniejszy ruch i dokładnie wie, co on oznacza, lepiej niż ona sama. Cornelia nie może znieść jego współczucia. Dlaczego miałby jej współczuć?
– Chodź, tato – mówi Karla. – Idziemy do domu.
Cornelia odrzuca propozycję, by im towarzyszyć. Powinna wrócić do pracy, może sklep jest pełen amerykańskich turystów z wycieczkowca, którzy ściągają cały towar z półek na podłogę, gadając przy tym i gadając, ale nie ma na to siły. Do domu też nie chce jej się wracać. Nie wie, czego chce. A przecież właśnie tego chciała.
Gdy Eva otwiera drzwi wejściowe, przez ułamek sekundy wydaje jej się, że Sverre jest w domu. W korytarzu pali się lampa sufitowa. Światło odsłania kurz, który niczym cienka zasłona spowija stojące na komodzie zdjęcie Jonasa z pierwszego dnia szkoły. Widok chudych nóg w za szerokich krótkich spodenkach, kolano lekko wygięte do wewnątrz, powoduje ukłucie w sercu. Jak zwykle chce schować fotografię do szuflady i jak zwykle tego nie robi. A światło lampy pochodzi z jej pokoju, nie istnieje inne wytłumaczenie. Najwidoczniej zapomniała wyłączyć lampę przed wyjściem do pracy, chociaż „zapomniała” może nie być właściwym słowem. Odkłada torebkę i siatkę z zakupami oraz kwiaty, zatrzaskując drzwi stopą. W mieszkaniu unosi się zapach, którego nie potrafi zidentyfikować. Ani nieprzyjemny, ani przyjemny. Nowy. Nie dlatego, że coś zostało dodane. Nie potrafi znaleźć słowa na to, czego brakuje. Brakuje Sverrego. Jego potrafiłaby opisać wieloma słowami, ale nie teraz. Teraz jest tu tylko ona, w tym mieszkaniu, które najpierw należało do niego, a potem stało się ich wspólnym domem. W każdym razie tak mówili. Teraz naprawdę należy do niej, skoro nawet Jonas dostał już swoją część spadku po ojcu. Żadnego czekania z przejęciem schedy do jej śmierci. Sverre miał porządek w ubezpieczeniach, w jej też, za co jest mu wdzięczna. Zrzuca krótkie karmelowe buty, podnosi kwiaty i torebkę, mija ciemny salon i wchodzi do kuchni. Na ulicy zaczyna wyć alarm samochodowy, miesza się z ochrypłym szczekaniem. Wydaje jej się, że widziała małego, rozczochranego psa przywiązanego przed salonem fryzjerskim na rogu ulicy, ale możliwe, że to tylko obraz, który jej mózg tworzy w reakcji na dźwięki. Może to wczoraj widziała psa, może brązowe jak koniak, krótkonogie stworzenie, które sobie wyobraża, w ogóle nie istnieje. Ale szczekanie jest prawdziwe, teraz niczym echo w jej uszach. Alarm również ucichł.
Stawia sflaczałą torbę foliową z napisem „Kiwi” na podłodze przy kuchence, kładzie bukiecik tulipanów od Frøken Flood na blacie, zapala niebieską lampę PH3 nad Superellipse4. Ten zapach jest świeży, nie musi uchylać okna. Zamierza wrócić na korytarz, żeby powiesić płaszcz, ale zamiast tego spieszy się, by uwolnić kwiaty z szarego papieru, w który są zawinięte. Potem folia, a potem gumka, chociaż po raz kolejny poinstruowano ją, że tulipany powinny stać w wodzie w folii przez co najmniej pół godziny, żeby były wyniosłe. „Wyniosłe” to jej słowo, ale nie potrzebuje teraz wyniosłych kwiatów. Chce, żeby zaczęły działać natychmiast, w tym pokoju, który kiedyś kochała, ponieważ był tak otwarty, tak czysty, a który teraz jest ogromny, jałowy. Coś z niego wyciekło. A może dostało się do środka?
Zamiast wyjąć odpowiednio wysoki wazon Alvara Aalto5 z szafki nad zlewem, idzie do salonu po stojący na parapecie niski, okrągły wazon, który Jonas i Gina podarowali jej na Boże Narodzenie. Staje i patrzy na jesienny park, mieniący się na żółto w świetle latarni. W tym roku brakuje mu czerwieni – a może czerwień jeszcze nie nadeszła. W drodze do kuchni po raz kolejny rozważa zamknięcie dwuskrzydłowych drzwi do gabinetu Sverrego, albo biblioteki, jak sam go nazywał. Zdaniem Evy ta nazwa nie pasuje do pokoju, z którego nikt inny poza nim nie korzystał. Tak czy inaczej drzwi powinny zostać otwarte, bo wpuszczają światło do salonu.
Odkręca kran w kuchni, czeka, aż zacznie płynąć lodowata woda. Wbrew zasadom dotyczącym tulipanów napełnia wazon prawie po brzegi i solidnie przycina łodygi. Teraz mogą się wyciągać, rozkwitać i wyginać w sposób, w jaki tulipany nie powinny – buntowniczo. Prawdopodobnie to Jonas wybrał wazon, jej synowa nigdy nie zdecydowałaby się na coś tak małego. Eva nie rozumie, dlaczego dwoje bezdzietnych młodych ludzi postanowiło zamieszkać w gigantycznej willi na Jar, z robotem koszącym i samochodem z napędem na cztery koła. Za każdym razem, kiedy ich odwiedza, uderza ją, jak wyludnione jest to miejsce – na rzecz samochodów i trawników. Nie rozumie, jak Jonas, który dorastał tutaj, rzut beretem od St. Hanshaugen, mógł zapragnąć zadbanego trawnika zamiast bujnego parku z wierzbą płaczącą nad strumieniem, niezależnie od tego, ile pieniędzy jego żona otrzymała jako zaliczkę na poczet spadku. Oboje zbliżają się do trzydziestki i podjęli stałą pracę, zanim jeszcze ukończyli studia w Wyższej Szkole Handlowej, ale Eva wciąż ma wrażenie, że bawią się w dorosłych. Już samo to, że tak wcześnie wzięli ślub, w dodatku kościelny. Pamięta błysk w załzawionych oczach matki Giny na schodach kościoła i poczucie braku czegoś w sobie, które później ogarnęło Evę. Ona i Sverre celowo pobrali się dopiero kilka lat po narodzinach Jonasa, a w uroczystości w Blom wzięli udział wyłącznie świadkowie.
Teraz czuje, jaki ciepły jest jej płaszcz, jaki ciężki. Nie może mieć go na sobie ani chwili dłużej. Górny guzik odpada i turla się pod kuchenny stół, gdy Eva zrywa z siebie okrycie wierzchnie. Pozwala guzikowi się oddalić, upuszcza płaszcz na podłogę. Niebieski wełniany płaszcz, który kupiła, gdy świętowali z mężem srebrną rocznicę ślubu w Kopenhadze. W pewnym sensie to też był rodzaj zabawy. Siada na kuchennym krześle, które jej dziadkowie dostali w prezencie ślubnym. Na stole stoi stara szklana misa kupiona podczas jednej z weekendowych wycieczek do Blaafarveværket6, gdy Jonas był mały, z dwiema cytrynami i rumianym, pomarszczonym jabłkiem w środku. Przenosi wzrok na ławę, na białą maselniczkę z pęknięciem na pokrywce, pamiątkę z dzieciństwa Sverrego w Høvik. Na toster, w którym każdego ranka mąż opiekał jedną kromkę chleba, zanim posmarował ją masłem i marmoladą, również tego dnia, kiedy umarł. Eva przewijała w myślach ten obraz wiele razy, żeby sprawdzić, czy tamtego konkretnego poranka, tak podobnego do innych poranków, wydarzyło się coś, co sugerowałoby, że zaledwie kilka godzin później jego serce się zatrzyma, nad kanapką z krewetkami w Bristolu. Jak zawsze najpierw przeczytała „Klassekampen”7, podczas gdy on przeglądał „Aftenposten”8. Radiowa Dwójka jak jednostajne brzęczenie w tle. Eva nigdy nie opieka chleba, powinna pozbyć się tostera, stoi nieużywany od ponad pół roku. Nigdy tego nie zrobi, nigdy nie zaniesie go choćby do piwnicy. Może odrobinę drżała mu dłoń, kiedy sięgał po filiżankę kawy, może Politisk kvarter9 wywołał wyjątkowo mało sarkazmu, może jego wargi były bledsze niż zwykle, gdy przy fontannie życzyli sobie nawzajem dobrego dnia pracy, by wejść do swoich prestiżowych wydawnictw. A może nie. Wszystkie wspólnie spędzone poranki wirują w jej głowie.
Spogląda na tulipany stojące na stole, bladoróżowe z białymi brzeżkami. Myśli o ekranizacji powieści IsherwoodaSamotny mężczyzna w reżyserii Toma Forda, o kolorach w tym filmie, o tym, jak czasami wybuchają. Kiedy to się dzieje? Znów idzie do salonu i znajduje na półce norweskie tłumaczenie książki, zabiera je ze sobą do kuchni, siada przy stole i otwiera na pierwszej stronie. „Przebudzenie zaczyna się od powiedzenia »jestem« i »teraz«. Przebudzone coś leży wówczas przez jakiś czas, wpatrując się najpierw w sufit, potem patrząc na siebie, aż rozpozna swoje ja i wyciągnie wnioski: ja jestem, ja jestem teraz”10.
Eva zamyka książkę, kładzie ją na blacie i odsuwa od siebie, wzdychając przy tym tak ciężko, że aż czuje ból w klatce piersiowej. Ale jednocześnie czuje, że klatka piersiowa się rozszerza. Łatwiej się jej teraz oddycha i coś ją przenika, jakaś siła. Eva zdejmuje jasnobrązowy kaszmirowy sweter, rzuca go na podłogę, rozpina oliwkowozieloną jedwabną bluzkę i wiesza ją na jednym z niezliczonych wolnych krzeseł. Siedzi tak, w kremowobiałym koronkowym staniku, który kupiła wczoraj w małym sklepie z bielizną na Bogstadveien – w elemencie garderoby, który nie ma jeszcze żadnej historii. Pozwala, by jej wzrok, głowa, ciało, pokój skąpały się w różu.
Może wypijesz ją u mnie?
Eva naciska przycisk czarnej kawy i dopiero wtedy się odwraca, a kiedy się odwraca, robi to powoli. Myślała, że dzisiaj jest spotkanie zarządu, poza redakcją.
– Dzień dobry, Håkonie – mówi, starając się skupić wzrok na twarzy redaktora naczelnego, a nie na mięśniach klatki piersiowej i ramion, które zaczęły się uwypuklać tej wiosny, tuż przed jego pięćdziesiątymi urodzinami – mięśniach, które szef wciąż masuje powolnymi, wyraźnie sprawiającymi mu przyjemność ruchami.
– Powinniśmy się naradzić przed spotkaniem z działem sprzedaży w przyszłym tygodniu – wyjaśnia, napinając lewą pierś. – Przed głosowaniem w sprawie promocji Sygnatury.
– Naradzimy się – odpowiada Eva. – Powieszę tylko płaszcz i zlecę wypłatę honorarium za tłumaczenie, zanim zapomnę, a potem przyjdę do ciebie.
– Świetnie. Jestem do dziesiątej, później jadę do Holmen.
Håkon Kvalheim z uśmiechem unosi palec wskazujący i kieruje się w stronę schodów.
– Pamiętaj: tradycja i innowacja. Seria powinna emanować nie tylko tradycją, lecz także innowacją. Czegoś tam brakuje, na obwolucie.
Dzisiaj znowu je lunch w biurze. Sałatka z tuńczykiem i lekko zielonkawym jajkiem, plus łyżeczka kaparów. Bez cebuli. Eva odsuwa od siebie w połowie pełną miskę, wyjmuje z torebki pastylki do żucia Dent, wkłada jedną do ust i opiera stopy o parapet. Jedna skarpetka jest krótsza od drugiej, odsłania kawałek białej łydki. Eva pochyla się i podciąga ją, tak by sięgała krawędzi dżinsów. Resztę dnia musi poświęcić na przejrzenie maszynopisu, chociaż w skrzynce odbiorczej ma prawdopodobnie ze dwieście nieprzeczytanych maili. Postawiła sobie za cel przebrnięcie przez tekst, zanim wyjedzie na Targi Książki do Frankfurtu. Tłumaczka o wiele za długo czeka na uwagi redakcyjne. Eva z wypiekami na twarzy myśli o kolejnym spotkaniu z powieścią, która prawie dwa lata temu trafiła ją prosto w serce, tym razem po norwesku. To raczej nie jest książka, która uratuje wiosenny budżet, ale Eva twierdzi, że nie zna się na rynku wydawniczym, jeśli powieść nie zbierze przychylnych recenzji. I nie zostanie kupiona przez Norweską Radę Kultury, rada musi ją kupić, w przeciwnym razie budżet wydania tego tytułu będzie wyglądał nieciekawie. To szaleństwo publikować siedemsetstronicowy przekład obcej prozy, Eva wie o tym, a w dodatku powieść jest debiutem nieznanej kanadyjskiej pisarki. Nawet jeśli z rekomendacją Margaret Atwood.
Przeczytała maszynopis w dniu, gdy od rana do wieczora padał deszcz. Ona i Sverre mieli wyjechać – dokąd? – ale wyjazd został odwołany w ostatniej chwili, dzięki czemu zyskali dwa dni bez żadnych zobowiązań. Plan zakładał przejrzenie kilku stron w piątek po południu, żeby móc przesłać agentowi coś w rodzaju kwalifikowanego „nie, dziękuję” i zacząć weekend. Po przeczytaniu dwóch stron na ekranie komputera wydrukowała cały tekst. Przez kolejne parę dni stos papierów podążał za nią z pokoju do pokoju. Sverre przeżywał jedną ze swoich faulknerowskich faz i głównie siedział w Oksenie11 w swoim gabinecie z Wściekłością i wrzaskiem i dzbankami mocnej Darjeeling. Eva nie pamięta już fabuły, od tamtej pory przeczytała niezliczoną ilość maszynopisów, ale pamięta uczucie, które jej towarzyszyło, dziwna potrzeba połykania słów. Czasami, coraz częściej, zapomina, dlaczego całe dorosłe życie poświęciła literaturze pięknej. Tamte dni przypomniały jej, jaki był tego powód.
Telefon brzęczy i wibruje, Eva nie potrafi zidentyfikować źródła dźwięku. Przeszukuje torbę, sprawdza kieszeń płaszcza, w końcu znajduje komórkę wśród papierów na biurku. „Zupa u mnie wieczorem?” – pyta Hilda. Eva waha się z odpowiedzią. Właściwie po pracy zamierzała iść popływać. A co, jeśli Hilda będzie dziś natarczywa? Eva tego nie zniesie, mielenia każdego tematu, który pojawi się w rozmowie. Niebo nad placem jest idealnie błękitne, Eva otwiera okno, żeby wpuścić do środka rześkie październikowe powietrze, papiery na biurku trzepoczą. Fontanna stojąca między dwoma wydawnictwami wciąż szumi, na jej krawędzi siedzą blisko siebie dwa gołębie. Zwykle plusk wody działa na Evę kojąco, ale dziś budzi w niej mrowiący niepokój. Wyobraża sobie urządzenie, którym można samemu podrapać się po plecach, przez chwilę fantazjuje o tym, by podrapać się nim od wewnątrz. Zamyka okno. Na pewno wkrótce wyłączą wodę na zimę. Wyobraża sobie mały aneks kuchenny Hildy, a potem własną kuchnię. Nie ma w niej prawie nic do jedzenia, nic jej nie kusi. Iść popływać może w każdej chwili. „Tak, dzięki!”, pisze. „Szósta?”, pyta Hilda. „Zgoda!” Eva wyłącza powiadomienia w poczcie mailowej, gdy przychodzi kolejne przypomnienie o badaniu Norweskiego Stowarzyszenia Wydawców na temat molestowania seksualnego, wycisza telefon, zrzuca buty, podciąga jedną nogę na krzesło i otwiera maszynopis na ekranie. Przewija stronę tytułową, dedykację i motto i czyta pierwsze zdanie: „Tego ranka Margaret Soames nie była sobą, a może właśnie była”.
Przechodzi po Bajkowym Moście nad Akerselven i rusza w górę Markveien. Czuje przemożną chęć, by coś kupić. Cokolwiek, byleby to nie było coś, czego potrzebuje. Jest coś wyjątkowo kuszącego w tych małych sklepikach, gdzie w kilka minut można zorientować się w ofercie i zawsze jest się blisko wyjścia. Przynajmniej jeśli w środku są inni klienci, jeśli nie zostaje sam na sam z osobą, która tam pracuje, i nie czuje się zmuszona prowadzić z nią konwersacji. Rozmowa z Nielsem Neumannem wywołała ból głowy, a właściwie całego ciała. Eva dostrzegła go kątem oka, gdy przechodził dziś rano obok jej gabinetu, po tym jak usłyszała, że ciężkie, męskie kroki stały się niepewne, gdy zbliżyły się do jej drzwi, które były jak zwykle odrobinę uchylone. Uznała, że na tyle może sobie pozwolić w biurze, gdzie – mimo zadziwiająco mało otwartej kultury pracy w innych obszarach – drzwi stoją otwarte na oścież, chyba że akurat odbywają się zebrania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przełożył Jarosław Iwaszkiewicz (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Brunost – rodzaj norweskiego sera produkowanego z serwatki mleka krowiego i koziego lub tylko krowiego. Charakterystyczny kolor, zapach i smak nadaje mu skrystalizowana laktoza. [wróć]
Lampy PH – lampy autorstwa duńskiego architekta i krytyka sztuki Poula Henningsena (1894–1967), produkowane przez Louisa Poulsena. Mają zwykle od trzech do ośmiu kloszy, zaprojektowanych na podstawie obliczeń dotyczących odbicia światła, wykonanych z metalu lub białego, ewentualnie kolorowego szkła. Lampy PH należą do duńskiego kanonu kulturowego. [wróć]
Stół od duńskiej firmy Fritz Hansen A/S (znanej także jako Republic of Fritz Hansen) produkującej od 1872 roku ekskluzywne meble. [wróć]
Hugo Alvar Henrik Aalto (1898–1976) – fińskimodernistycznyarchitekt i projektant. Do wyrobów Aalto należy między innymi słynny na całym świecie wazon Savoy. [wróć]
Blaafarveværket – dawne norweskie przedsiębiorstwo górnicze w Åmot w Buskerud, które wydobywało rudę kobaltu i wykorzystywało ją do produkcji błękitu kobaltowego. Obecnie znajduje się tam skansen i galeria sztuki. Jest to największe i najlepiej zachowane muzeum górnictwa w Europie. [wróć]
„Klassekampen” (Walka klas) – norweski lewicowy dziennik o zasięgu ogólnokrajowym, założony w 1969 roku w Oslo. [wróć]
„Aftenposten” – liberalno-konserwatywny dziennik o zasięgu ogólnokrajowym, założony w 1860 roku w Christianii (obecnie Oslo). Najczęściej czytana norweska gazeta w wersji papierowej. [wróć]
Politisk kvarter (Kwadrans polityczny) – norweski program publicystyczny poruszający bieżące tematy polityczne, nadawany w programie drugim norweskiego radia od 1968 roku, od poniedziałku do piątku od 07.45. [wróć]
Przełożył Jan Zieliński. [wróć]
Oksen (byk) – kultowy skórzany fotel zaprezentowany w 1966 roku, po pięciu latach eksperymentowania, przez duńskiego architekta i projektanta wnętrz Arnego Jacobsena dla ekskluzywnej marki Fritz Hansen. [wróć]
