Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czasami przeszłość nie musi wychodzić z cienia.
Pierwsza połowa XIX wieku. Na wsi pańszczyźnianej los dziecka jest niepewny, a dzieciństwo wypełnia ciężka praca. Tomasz – syn chłopa – nieoczekiwanie otrzymuje od miejscowego dziedzica propozycję służby we dworze. Adam Szydłowski obiecuje mu, że gdy dorośnie i nabierze odpowiednich cech, obejmie posadę rządcy majątku. Ale czy we dworze dziedzica o złej sławie chłopca może spotkać cokolwiek dobrego?
Czasy współczesne. Ewa odpowiada na ogłoszenie w sprawie opieki nad starszą panią. Opuszcza rodzinny Szczecin i udaje się do niewielkiej miejscowości na wschodzie Polski. To stąd pochodziła jej babcia Helena i to tu w czasie II wojny światowej wydarzyła się pewna historia związana z losami jej rodziny. Nie do końca wyjaśniona, owiana tajemnicą sekretna przeszłość nie daje Ewie spokoju. Kobieta wierzy, że tylko na miejscu odkryje prawdę.
Czym jest zagadkowy Akacjowy Trójkąt? Czy rodzinny sekret tkwi w wydarzeniach z czasów wojny, czy może sięga znacznie głębiej w przeszłość?
W cieniu akacjowych kwiatówto opowieść o rodzinnych schematach, z których trudno się wyzwolić. To historia ludzkich losów, które splatają się mocniej, niż mogłoby się wydawać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 274
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Bartosz Szpojda
Projekt okładki
Maksym Leki
Ilustracja na okładce
Gemini / gemini.google.com
Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej
Maksym Leki
Korekta
Joanna Misztal
Konsultacja historyczna
dr Mariusz Sawa
Marketing
Magda Caboń
Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026
Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA
41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12
tel. 600 472 609, 664 330 229
www.videograf.pl
© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026
tekst © Ewelina Miśkiewicz
ISBN 978-83-8293-427-4
Dobra werbkowickie, pierwsza połowa XIX wieku
– Przestań, już mu wystarczy! – Maria chwyciła Józefa za rękaw lnianej koszuli, ale ten wydarł przedramię z taką siłą, że o mały włos materiał nie rozpruł się na szwach, przynosząc kobiecie kolejne zmartwienie. Jej mąż miał na sobie ostatnią koszulę, ale rozpaliła go taka furia, że nie przejmował się niczym, nawet tym, że potem nie będzie miał się w co ubrać. Ba! Przede wszystkim nie zważał na swojego syna oraz ból przeszywający młode ciało, które napięte było niczym struny skrzypiec, czekające na dotknięcie smyczka, by wydać z siebie melodyczne dźwięki. Koszula Józefa luźno zwisała, a sznur, którym zwykle przepasywał spodnie, niemal świstał w powietrzu, kiedy mężczyzna smagał nim plecy chłopca. Nie przypominało to muzyki skrzypiec, ale przecież Józef nie był muzykiem, a jedyne, co potrafił, to ciężko pracować i tego samego pragnął nauczyć syna.
– Odsuń się, kobieto! – wyrzucił z siebie, gdy żona po raz drugi chciała go powstrzymać. Krople spienionej śliny zwilżyły mu wargi, a przed kolejnym zamachnięciem sznura dodał: – To go oduczy lenistwa i podstępu. Wytępię z niego całe zło, co do ziarenka! W kogo się wdało to diabelskie nasienie?! Ojciec uczciwy, matka uczciwa, a ten patrzy spode łba tak, jakby tylko o wyrządzeniu kolejnej krzywdy myślał.
Maria wprawdzie się odsunęła, ale zacisnęła zęby, żeby nie wycedzić słów sprzeciwu, które nachalnie cisnęły jej się na usta. W końcu to było jej dziecko, kochała Tomasza, nawet jeśli Józef słusznie wymierzał mu karę. Jednak kategorycznie nie zgadzała się ze stwierdzeniem, że ukochany syn jest diabelskim nasieniem. Chłopak był trudnym dzieckiem, dał się jej we znaki już w czasie ciąży, kiedy nie mogła znieść w brzuchu jego kopania, a wcześniej codziennych potwornych mdłości, które zdawały się trwać w nieskończoność. Dobrze pamiętała też, jak w żyłach zmroziła się jej krew, gdy Tomasz ukradł miód sąsiadowi, nasmarował nim uszy ich jedynej krowy, a potem zamierzał podprowadzić ją pod pasiekę i zostawić nieszczęsne zwierzę na pastwę pszczelego roju. Józef cudem ją odratował, widząc, co się święci! Tak, Maria również dostrzegała zło w zachowaniu syna, lecz nie uważała, że urodził się zły. To po prostu dziecko, któremu trzeba pokazać właściwą drogę. Może nawetświstem sznura do przepasywania spodni, ale nie można traktować go tak, jakby rzeczywiście był wcielonym diabłem!
Ostatecznie jedyne, co mogła teraz zrobić, to odwrócić wzrok, żeby nie patrzeć na cierpienie syna, ale uszu nie mogła zasłonić dłońmi, bo jej ręce jakby bez jej woli zaczęły ugniatać ciasto na chleb. Jęk chłopca wdzierał się więc w jej trzewia, powodując wyrzuty sumienia. W końcu to ona powiedziała Józefowi, co się wydarzyło. A mogła przecież przewidzieć, że mąż Tomaszowi nie podaruje. Wtedy jednak szalała w niej jej własna złość. Gdyby miała czas na ochłonięcie, być może zataiłaby wszystko przed nim i sama wymierzyłaby karę, mniej dotkliwą, ale taką, po której syn poczułby, że postąpił źle. Mimo odwróconych oczu czuła na sobie spojrzenie Tomasza. Uczucie to przypominało marsz tysięcy mrówek po skórze, z których trudno jest się otrząsnąć. Zaczęła energiczniej wyrabiać ciasto, myśląc, że ostatecznie to tylko wrażenie. Przecież samym spojrzeniem nie można uczynić nikomu nic złego, bez względu na to, co ludzie mówią o rzucaniu uroków.
Tomasz nie tylko patrzył, jego drżące usta oprócz bolesnych postękiwań próbowały wypowiedzieć również największe przekleństwa, cichutko, ledwo słyszalnie, ale z taką mocą, na jaką było go w tym momencie stać. Drwił też z ojca, który myślał, że przemocą wytrzebi z niego zło. Samemu Tomaszowi, wbrew temu, co mogła myśleć matka, wydawało się bowiem, że skłonność do zła przyszła na świat wraz z nim. Bo jak inaczej wytłumaczyć kłębiące się w jego głowie niespokojne myśli i chęć czynienia wszystkim na złość? Poza tym gdy mimo wszystko próbował być lepszym dzieckiem, to i tak wyraźniej słyszał te złe podszepty niż nieśmiałe głosy, które mówiły o dobru. Czasami też myślał, że nawet anioł stróż go opuścił, pozwalając, by tylko zły duch nie odstępował go nawet o krok. Ponadto nikt nigdy nie zauważył jego dobrego uczynku, powodując, że czuł się wtedy niewidzialny, ale gdy tylko napsocił, od razu był w centrum zainteresowania. Może gdyby mama i tata…
Nie dokończył myśli.
– Auaaa! – wyrzucił z siebie w przypływie bólu, bo ojciec wymierzył najmocniejszy jak dotąd cios. Sznur prawie rozdarł mu skórę i niewiele brakowało, a poczułby go na gołej kości.
Jakimś cudem tak się nie stało.
– A co tam się dzieje?! – W podwórzu rozległ się głos, na dźwięk którego Maria zadrżała, a Józef zastygł w bezruchu. Zapadła cisza jak makiem zasiał.
Tomasz, korzystając z okazji, wysunął się spod ojcowskiej ręki, czując, że skóra na plecach piecze go tak, jakby była spalona słońcem. Na szczęście okazała się cała, nie wypłynęła z niej ani kropla krwi. Ale przecież to nie pierwszy raz, kiedy dostawał takie lanie, ojciec zawsze wiedział, co robi. Bił tak, aby Tomasz poczuł konsekwencję swojego czynu, ale po wszystkim był na tyle sprawny, aby nadawał się dalej do roboty. W końcu w ich obejściu nie ma za wiele rąk do pracy, jest tylko on, matka i ojciec.
Natomiast jeśli chodzi o poczucie konsekwencji własnych czynów, Tomasz nigdy nie czuł, że postąpił źle. Wręcz przeciwnie, mniemał, że kara zawsze jest nieadekwatna do tego, co zrobił, i rodził się w nim bunt, który dodatkowo mieszał się w jego sercu z nienawiścią. I za każdym razem obiecywał sobie, że kiedyś zemści się za swoje krzywdy.
Tymczasem rżenie konia przerwało chwilową ciszę. Pan dziedzic, Adam Szydłowski, wyswobodził się z siodła i zeskoczył na ziemię.
– Chodź tutaj, tak, ty! – Wskazał na przechodzącego nieopodal chłopa i polecił mu przytrzymać zwierzę za uzdę. Mężczyzna, zanim to uczynił, pokłonił się panu dziedzicowi kilka razy, a potem skupił się wyłącznie na powierzonym mu zadaniu, starając się w niczym nie uchybić, żeby nie spotkała go żadna kara. A przecież uchybieniem mogło być nawet złe spojrzenie! Schylił więc głowę i wbił wzrok w ziemię. – Co tu się dzieje?! – powtórzył dziedzic. – Kwik taki w waszej zagrodzie, jakbyście świnię zarzynali – zwrócił się do Józefa, który również pochylił głowę i pokornie odparł:
– Jaki tam kwik, jaśnie wielmożny panie, żadnej świni nie zarzynamy.
Szydłowski groźnym wzrokiem powiódł po obejściu, z niesmakiem krzywiąc się na widok krytej słomianą strzechą chaty, a jeszcze bardziej, gdy znów popatrzył na Józefa oraz jego rodzinę. Gardził takim pospólstwem, przypominali mu zwierzęta. Gorsi od nich byli chyba jedynie komornicy, tacy, co to nawet własnej chaty i ziemi nie mieli, a mieszkali kątem u innego gospodarza. Szybko jednak wygładził twarz, pamiętając, jak z takim grymasem nieładnie wyglądał dziadek Teodor, a przecież wszyscy, łącznie z matką, zawsze mu mówili, że jest jak skóra zdjęta z dziadka. Miało to też swoje dobre strony, bo Teodor Kajetan Szydłowski był przystojnym mężczyzną o szczupłym i zgrabnym nosie oraz pełnych ustach. Do tego dożył dziewięćdziesięciu ośmiu lat, więc być może i on odziedziczył po nim długowieczność.
– Żarty sobie ze mnie stroisz? – Tym razem Szydłowski podkręcił wąsa i zbliżył się do Józefa.
– Ależ nie, wielmożny panie…
– No właśnie, myślałby kto, że taki chłop jak ty zdolny jest do takiej finezji myślowej – zaśmiał się dziedzic. – Czego dzieciaka bijesz? – Wskazał na Tomasza, który próbował stać jak ojciec, ale nogi mu się chwiały, poruszał się jak źdźbło trawy na wietrze. – Do tego to już wy zdolni jesteście. Jak nie lenistwo wam w głowie, to pijaństwo, a jak tego wam mało, to i przemocą się nie brzydzicie. A przecież dobrze wiecie, kto wam kary może wymierzać. No to co ten nieborak nabroił, że tak żeście go tłukli, że nawet na wzgórzu was słychać było? – Szydłowski wskazał ręką dwór w oddali, który rzeczywiście pobudowany był na wzniesieniu, tak że gdy wychodził z niego za próg, to miał w zasięgu wzroku całą wieś i wszystkie odziedziczone po ojcu, Ignacym Teodorze Szydłowskim, dobra.
– Bo to diabelskie nasienie. – Józef splunął pod nogi Tomasza. Maria nic się nie odzywała, bo w końcu jako kobieta głosu żadnego nie miała. Z panem tylko Józef mógł rozmawiać, ona przecież jeszcze by jakichś głupot nagadała, ale aż ją język świerzbił, żeby chociaż jednym słowem stanąć w obronie syna. Nie potrafiła się jednak przemóc. Skubała tylko z dłoni zaschnięte ciasto, które zostawiła, gdy Szydłowski do nich zajechał.
– A to ciekawe… Diabelskie nasienie.
– Tak, panie. Szkodę nam tylko przyniósł. Przez niego gęś utraciliśmy. Z czterech trzy nam tylko zostały, bo ten nicpoń nie mógł usiedzieć przy ich wypasaniu.
– A jakże to się stało? Gęś sama zdezerterowała? – Szydłowskiego wyraźnie zaczynała bawić ta rozmowa.
– Gdyby się rozpierzchły poprzez jego niedopatrzenie, to może by jeszcze można ją było odnaleźć, a tak tylko pierza zostały.
– Nie rozumiem, mów, chłopie, jaśniej. Co się z tą gęsią stało? Chłopak nie dopatrzył, czy sam tej gęsi łeb ukręcił?
Józef się zatrząsł, bojąc się, że pana rozsierdzi, więc zaczął mówić najzwięźlej, jak tylko potrafił:
– Wysłaliśmy jak zawsze chłopaka na łąkę, żeby gęsi pasał. Wziął kijek, popędził to niewielkie stadko, ale z czterech tylko trzy wróciły…
– To już wiem – ponaglił Józefa Szydłowski. Józef jednak niepotrzebnie się jego gniewu obawiał, dziedzic coraz bardziej był bowiem ciekaw całej historii i co rusz kątem oka spoglądał na Tomasza. Spodobało mu się w nim coś. Podczas gdy jego rodzice prześcigali się w uniżaniu i w pokłonach, w chłopaku było coś… pańskiego. Niby też głowę pochylał, ale gdy krzyżował z nim spojrzenie, chłopak go nie spuszczał. Jeśli robiłby to Józef albo, co gorsza, jego baba, to rozzłościłaby go taka bezczelność. Powoli w głowie zaczął mu kiełkować pewien plan… Ale chciał jeszcze wysłuchać całej historii.
– Nie mógł nawet z tak lichym stadkiem usiedzieć, więc podstęp wymyślił – kontynuował Józef. – Nakarmił ptactwo mleczem. Gęsi obżarte zielskiem sen zmorzył i tak na tej łące posnęły. A ten nicpoń do rzeki popędził, kąpieli mu się zachciało. Lis chytry okazję zwietrzył i porwał jedną gęś. Baba mi się łzami zalała, powiedziała, co i jak, więc innego wyjścia nie było, trzeba było dzieciakowi karę wymierzyć. Za krzywdę, jaką wyrządził, ale też na zaś, żeby już więcej takie pomysły mu do głowy nie przychodziły.
Szydłowski schował ręce za siebie, złączył dłonie i zaczął się przechadzać, co chwilę się zatrzymując, aby podkręcić wąsa. Zastanawiał się. Próbował rozgryźć tego nicponia. Czy to zwyczajny wioskowy głupek, dzieciak, który wyrośnie na leniwego chłopa i który spłodzi kolejnych mu podobnych? Czy może jest roztropniejszy od innych? Wszak każdy podstęp wymaga pomyślunku. Mleczem nakarmił gęsi. No, no. Zamiast je wypasać, wolał sam przyjemności zażyć. Diabelskie nasienie – powtórzył w myślach. Odrobina złej krwi to akurat zaleta. Taki człowiek jest mi potrzebny, pozbawiony skrupułów, nielitujący się nad byle krzywdą. Ale czy będzie lojalny?
Dziedzic zatrzymał się, skrzyżował tym razem przedramiona na piersi i przyjrzał się chłopcu, jakby oceniał zwierzę hodowlane.
Butny, zły, inteligentny, ale gówniarz – pomyślał. Jeszcze da się wychować, urobić, jak nie słowem, to batem i karą. Wzbudzić w nim poczucie wyższości nad jemu podobnymi, ale nauczyć respektu i bojaźni w stosunku do pana. Tak, to byłoby do zrobienia. Zresztą już ma w pogardzie rodziców, widać to gołym okiem – ocenił Szydłowski.
– To mówisz, że w Huczwie wolałeś pływać, niż obowiązki wypełniać? – Szydłowski wreszcie się odezwał, czym ponownie wprawił Marię i Józefa w drżenie. Wcześniej obserwowali dziedzica w napięciu, bo czuli, że takie jego przechadzanie się i frasowanie głowy myślami do niczego dobrego nie doprowadzi. Wydawało się im, że najpewniej jaśnie pan myśli o tym, jak by tu jeszcze bardziej uprzykrzyć im życie, które i bez pańskiej pomocy nie bywało lekkie do zniesienia.
– Ja nic nie mówię – odparł buńczucznie Tomasz, za co dostał kuksańca w bok od ojca. Józef już miał dodać, że tak się z jaśnie wielmożnym panem dziedzicem nie rozmawia, ale Szydłowski nie dał mu dojść do słowa. Ponownie zwrócił się do chłopaka:
– I dobrze! Ale jak pytam, to masz odpowiadać. Zrozumiałeś?
Tomasz skinął głową na tak, wciąż był butny, nie spuścił wzroku, ale dzięki temu Szydłowski mógł zajrzeć mu głęboko w oczy i zobaczyć w nich również cień bojaźni. Czyli jego plan miał szansę się powieść, strach mimo wszystko nie był chłopakowi obcy.
– No więc mów – ponaglił go.
– Gorąco jest, jaśnie wielmożny panie, chciałem się schłodzić, nie… – Tomasz zawiesił głos, bo przypomniał sobie ból, jaki ojciec mu sprawił, ale skoro jaśnie pan pyta, trzeba mówić wszystko. – Nie pierwszy raz to było – kontynuował. – Już wcześniej gęsi mleczem karmiłem, one popadały w sen, a ja wchodziłem do rzeki. Pierwszy raz za to lis się przy nich przyczaił. Nie widziałem go wcześniej, byłem w wodzie i nic nie mogłem zrobić.
Szydłowski złapał się za brodę, jeszcze raz zrobił kilka kółek, aż wreszcie oznajmił:
– Od tej pory we dworze będziesz mieszkał. Pożegnaj matkę i ojca. Zabieram cię ze sobą!
Maria, jak to usłyszała, odezwała się po raz pierwszy, i to od razu z płaczem:
– Jaśnie wielmożny panie! Nie rób nam tego, to nasze jedyne dziecko. Kto będzie ojcu pomagał?
– Przecież pomoc z niego żadna. – Szydłowski się zaśmiał.
– On się jeszcze naprostuje. Co tam jedna gęś. Trzy jeszcze zostały, a jak syn pójdzie, to nic go nie zastąpi – szlochała Maria, gotowa nawet paść do stóp dziedzica i je całować, żeby tylko nie zabierał im Tomasza.
– Jak zdecydowałem, tak się stanie! Przestań, babo, beczeć, bo większe razy dostaniesz niż twój syn od twojego męża – zagrzmiał groźnie Szydłowski i odsunął się, żeby kobieta rzeczywiście nie padła mu do stóp. Koniec tej szopki!
Marii ciężko było zdusić w sobie płacz, ale mimo wszystko spróbowała, zatrwożyła ją perspektywa obolałych pleców, bo przecież musiała pracować, a z przeszywającym bólem byłby z niej mniejszy pożytek.
Józef powstrzymywał emocje, które kotłowały się w nim jak bulgocząca kasza w rondlu ledwo zdjętym z ognia. Na wierzch wypływała złość na dziedzica. Co za podłość! Syna zabierać? Jedynego? Tak to można tylko psią sukę potraktować, odstawiając szczeniaka od mlecznej piersi, ale nie człowieka. Cóż jednak miał robić? Jak mógł się panu postawić? Przecież go nie wzruszały nawet łzy matki płaczącej za synem.
Do Tomasza natomiast mało co docierało, niby słyszał słowa dziedzica, ale stał w osłupieniu. Jeszcze chwilę temu dałby wszystko, aby wydrzeć się spod tyraństwa ojca, ale żeby aż do dworu? A co on tam będzie robił?
– No, nie zwlekaj, bo się rozmyślę. – Szydłowski był w świetnym humorze. Z jednej strony radowało go, że Józef i Maria tak się przed nim płaszczą, a z drugiej cieszył się już na myśl o tym, jak to będzie tego chłopaka urabiał. Czuł się tak, jakby nabył źrebaka czystej krwi do swojej stajni, i nie mógł się doczekać, co z niego wyrośnie.
Tomasz też poczuł się jak zwierzę. Jak kocię albo szczenię wyrwane z miotu i przekazane innemu gospodarzowi. Uznał, że i tak nie ma nic do gadania, zadecydowano za niego. Odsunął się od rodziców i stanął przy dziedzicu.
Szydłowski odebrał pilnującemu chłopu konia, usadowił się w siodle, a Tomaszowi nakazał iść przy boku zwierzęcia.
Maria i Józef nie wymówili już do siebie ani jednego słowa. Kobieta zrobiła tylko krok do przodu, a mąż położył dłoń na jej ramieniu. Utraciłam swojego jedynego syna – pomyślała Maria. Tak wiele razy tłumiła w sobie macierzyńskie uczucia, zduszała w samym zarodku matczyną miłość, bo wydawało się jej, że tak trzeba. Dziecko należy silną ręką wychowywać, karać, kiedy źle postąpi, oraz uczyć posłuszeństwa. Żadnego przytulania, głaskania i pocałunków. Życie jest ciężkie i człowiek musi się tego uczyć od małego. Co by to było, gdyby rozpieszczała Tomasza? Nie mając nad sobą rodzicielskiej władzy i ojcowskiej rózgi, jeszcze bardziej skłaniałby się ku złym rzeczom. Poza tym tak wychowywało się dzieci od zawsze. Miałaby to zmienić?
A mimo to serce Marii ściskał ból, w głowie szamotały się wątpliwości. A może jednak choć raz czulej trzeba było mu grzywkę z przepoconego czoła odgarnąć albo ciepłym uśmiechem obdarzyć? Może zło się w nim brało od tego, że sam więcej złego niż dobrego doznawał? Ech, gdyby choć zdążyła chleba upiec, owinęłaby kawałek w lnianą ściereczkę i dała chłopakowi na drogę. Nie umiała mu uczuć okazywać, ale jak już matczyna miłość w niej wzbierała tak, że potrzebowała ujścia, piekła wówczas najlepszy chleb albo ziemniaki gotowała, omaszczała skwarkami i polewała świeżutką śmietaną, po czym dawała Tomaszowi. Cała jej miłość była w tym zawarta, a jak widziała, z jakim apetytem chłopak je, to ukradkiem, żeby jej wzruszenia nie zobaczył, wycierała fartuchem łzę płynącą po policzku.
Tomasz już prawie znikał jej z oczu, patrzyła na jego gołe stopy i brązowe łydki spalone słońcem. A gdy postać syna rozpłynęła się całkowicie, poprawiła chustkę na głowie, strąciła dłoń męża z ramienia i wróciła do chaty.
Józef jeszcze chwilę postał.
– Ot i mniej rąk do roboty – wyszeptał. – Ale może tak będzie lepiej. Ani batem, ani groźbą nie można go było naprostować.
Z kolei w głowie pojawiły mu się takie myśli, których za nic w świecie nie wypowiedziałby na głos. Bo jakże tu przyznawać się do tego, że tak naprawdę to nigdy nie lubił wymierzać synowi kary? Bił, bo i jego ojciec prał. A dziedzice też od zawsze chłopów batożyli. Przecież zwykły chłop z drugim chłopem także swoje porachunki bijatyką rozwiązywali. Nie wspominając już o tym, że byli i tacy, co swoje baby lali do nieprzytomności. Tak świat jest urządzony. I innego długo albo i wcale nie będzie.
Józef otarł pot z czoła i za Marią poszedł do chaty.
***
– Jak na ciebie wołają? – Szydłowski spojrzał z góry w bok na chłopaka próbującego dotrzymać koniowi kroku.
– Tomasz.
– Tomasz, jaśnie panie – poprawił go dziedzic. – Nie zapominaj, że jesteś zwykłym wieśniakiem, a ja panem.
– Tak, jaśnie panie.
– A jak wołają na twoją matkę i ojca?
– Na ojca Józef, a na matkę najczęściej Józefowa, choć Maria jej na imię. A jak chcą obydwoje zawołać, to krzyczą: Tkaczuki.
Szydłowskiemu spodobało się, że chłopak odpowiedział pełnym zdaniem, widać miał nosa co do niego i nieprawdą jest, że wszyscy chłopi są głupsi od trzonka wideł, którymi gnój przerzucają.
– Tomasz Tkaczuk… – zamyślił się. – A ja ci zmienię nazwisko! Od teraz jesteś Tomasz Gąsiorowski, od tych gąsek, co je wypasałeś. Podoba ci się takie pańskie nazwisko?
– Jak jaśnie panu się podoba, to mnie też.
– No. Ale nie tylko ma ci się podobać. Masz je nosić, żebyś do końca życia pamiętał, że to gęsi twój los odmieniły. Poza tym jak coś ze dworu zginie, niczym ta gęś nieszczęsna porwana przez lisa, to skórę ci spiorę gorzej niż rodzony ojciec. Rozumiesz?
– Tak, jaśnie panie – zgodził się Tomasz, bo i tym razem nie miał innego wyjścia. Gęsi mu los odmieniły? Może i odmieniły, ale instynktownie poczuł, że niekoniecznie na lepsze. W końcu dziedzic Adam Szydłowski nie miał dobrej opinii we wsi. Ludzie go wręcz nienawidzili. Za to, że nie miał umiarkowania w karaniu. Mówiono też, że i na włościach niezbyt zaradnie gospodarzył. Cóż w takim razie może go czekać we dworze?
Uniósł głowę, a dworskie zabudowania w blasku słońca chylącego się ku zachodowi wyglądały jednocześnie pięknie i złowrogo.
