W ciemność - Anna Bolavá - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

W ciemność ebook i audiobook

Anna Bolava

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Nowe, zmienione wydanie powieści nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia za przekład.


Rytm życia Anny Bartákovej wyznaczają cowtorkowe wizyty w skupie. Zioła, które z pasją zbiera już od dzieciństwa, kontynuując rodzinne tradycje (babcia, za której duchową spadkobierczynię się uważa, słynęła ze swych zielarskich talentów na całą okolicę), stopniowo stają się przedmiotem obsesji, pieczołowicie planowane wyprawy po nie – jedynym sensem i celem życia.

W ciemność to opowieść o życiu w dusznym postkomunistycznym miasteczku i o kontakcie z przyrodą, która staje się ucieczką, ale to również studium rozpadu osobowości. Wszystko, o czym opowiada narratorka, jest jednocześnie przefiltrowane przez zakorzenioną w ludowej, magicznej wizji świata wrażliwość – rośliny, zwierzęta, rzeki, a nawet strychy bywają tu reprezentantami tajemniczych, nadprzyrodzonych sił.

Powieść uhonorowana nagrodą Magnesia Litera. 


Moc roślin nie polega jedynie na chemicznym oddziaływaniu na ludzi, jest w niej znacznie więcej. To świat innego rytmu, odmiennej świadomości, organicznej koegzystencji i trwałości wykraczającej poza dostępne nam wyobrażenia. Taki świat udało się ubrać w słowa Annie Bolavej w powieści, gdzie granice między tym, co ludzkie a tym, co roślinne ulegają ostatecznemu zatarciu. | Anna Nacher, Marek Styczyński / Biotop Lechnica

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 343

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Kerth

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Anna Bolavá

W ciemność

Z języka czeskiego przełożyła

Agata Wróbel

Ewie. Obie wiemy

Wszystkie opisane w książce rośliny są autentyczne.

Hurtowy zbiór ziół nie jest zajęciem dla osób o słabych nerwach.

Anna Bartáková

Rozdział pierwszy

Lipa drobnolistna – kwiat

Nie mogę się powstrzymać i znów wychodzę na podwórko. Panuje tu już cień, ale spękany beton wciąż jest rozgrzany po upalnym dniu. Spoglądam w górę. Na zachodzie niebo, spowite pomarańczową łuną, chyli się ku ziemi. Od wschodu nadciągają ciemne chmury. Wyglądają groźnie, ale suną powoli, więc wciąż nie wiem jeszcze, co zrobię. Będzie lało, to pewne. Marcela już godzinę temu ostrzegała mnie przez płot, a sama pochowała do piwnicy wszystkie doniczki i skrzynki. Właśnie zamyka się w domu na klucz. Nie ma jeszcze szóstej, ale dziś na dworze nikt jej już nie zobaczy. Bo to przyjdzie dzisiaj. Pytanie tylko kiedy. Z czym mogę jeszcze zdążyć. Ile wziąć toreb i czy będę potrzebować nożyczek. Jest mi gorąco, nogi mam jak z waty. Słońce wciąż grzeje, niemiłosiernie razi w oczy. Lepiej wezmę ciemne okulary i obwiążę głowę chustką. Albo nie, rozpuszczę włosy, wyschną w trakcie jazdy. Tylko szybko, nie ma czasu do stracenia. Wyciągam z szopy rower i pakuję do koszyka trzy wielkie papierowe torby. Przyciskam je kamieniem, żeby nie odleciały po drodze. Zobaczymy, czy dam radę je zapełnić. Pojadę na rynek, a potem wrócę dołem, koło Bubna. Marcela zabarykadowała się w domu, ale jedno okno zostawiła uchylone, jeszcze wietrzy. Za firanką migocze ekran telewizora, właśnie leci prognoza pogody. Chyba nie jest tak źle, skoro nie poodłączała wszystkiego od prądu. Może coś dziś jeszcze zdziałam – jeśli tylko wyjadę od razu. Od tego pośpiechu trochę kręci mi się w głowie, zalewa mnie fala mdłości. Za dużo szczęścia jak na jeden dzień, przerosło mnie to. Ekscytacja miesza się z niepokojem.

Ruszam. Skwar jest nie do zniesienia, promienie palą bez litości, nawet kiedy gnam z całych sił. Włosy rozwiewa mi wiatr, równie gorący – i dobrze. Przynajmniej wyschną i nie będę się potem męczyć w nocy. Do rynku prowadzi prosta, mało ruchliwa droga, więc kiedy akurat nie pedałuję jak szalona, puszczam kierownicę i rozpościeram ręce. Pędzę przez miasto, które smaży się w czerwcowym słońcu i które za parę godzin ostudzi rzęsisty deszcz. Ściągam wstążkę, włosy rozwiewają się na wszystkie strony, tańczą na wietrze niczym płomienie. Chciałabym zamknąć oczy i wzbić się w górę, ale muszę się powstrzymywać – jeszcze kogoś spotkam i znowu ludzie będą gadać, że nie potrafię się zachować. Ci przyziemni drobnomieszczanie nigdy nie zrozumieją, czego potrzebuje do życia nimfa. Łapię za kierownicę, naciskam na pedały. Nie ma co tracić czasu. Wiatr wieje coraz mocniej – nie tylko dlatego, że pędzę na złamanie karku. Jadę główną drogą, koło młynówki, na rynek, na pierwszą w tym roku lipę. Coś faktycznie wisi w powietrzu. Będzie padać, i to fest. Taki dziwny, rozpalony do czerwoności dzień nie może skończyć się inaczej. Marcela nie zwleka. Właśnie usłyszała w telewizji straszną przepowiednię. Zlana potem klęczy przy gniazdku i ciągnie za wtyczkę od przedłużacza. Ani drgnie, więc Marcela z całej siły szarpie nią na boki. Choćby miało odpaść jeszcze więcej tynku, wyciągnie ją i już. Potem to samo zrobi w kuchni i w sypialni. Gdyby mogła, odłączyłaby od prądu pobliską latarnię. Krew tętni jej w skroniach, jest cała czerwona i lepka od potu, ale progu łazienki już dziś nie przekroczy. Kładzie się na kanapie i nakrywa grubym kocem. To nie pierwszy raz, kiedy ze strachu nie wzięła prysznica – teraz pozostaje jej leżeć po ciemku i śmierdzieć. Zamyka oczy i modli się, żeby jak najszybciej mieć to już za sobą. Jak Bóg da, jutro przyjdzie nowy dzień i będzie można otworzyć okno. Do tego czasu musi się kisić pod kocem. Cóż, nie ma wyboru – właśnie przyszło lato, a wraz z nim burze i ulewy.

Jestem na rynku, słońce chowa się już za horyzont. Dwie z lip jeszcze nie kwitną, dwie już zaczynają, ale na razie dopiero w połowie. Ostatnia, najstarsza, to prawdziwy cud, cała jest obsypana kwiatami, ciężkie gałęzie sięgają niemal ziemi. Ciskam rower w zarośla pod murem i chwilę później stoję już pod drzewami. Witam się z czarnymi robaczkami i maleńkimi muszkami. W promieniach słońca wirują roje komarów. Proszę, jestem tu, cała dla was. Otwieram torbę zawieszoną na lewym ramieniu, a prawą ręką chwytam pokrytą kwiatami gałąź. Przyciągam ją do siebie i zabieram się do pracy. Pszczoły były tu przede mną, muszę na nie uważać. Większość lata wysoko nad moją głową; rój faluje w koronie poruszanego wiatrem drzewa. Brzęczenie jest wszędzie. Brzęczenie i zapach lipy. Coś wspaniałego. Chwilę trwa, zanim na dobre oswoję się z miejscem i z rozmiarem kwiatów. Kilka razy poprawiam torbę, wciąż mi niewygodnie. W końcu zostawiam ją przewieszoną przez nadgarstek; z ramienia bez przerwy się zsuwała i spowalniała pracę. Teraz wszystko musi iść piorunem, każdy ruch powinien płynnie przechodzić w następny. Zrywanie kwiatu lipy to piękne przeżycie, prawdziwe święto, ale żeby robić to z wdziękiem, potrzeba lat praktyki. Kiedy dłoń harmonijnie współgra z drzewem, wystarczy moment i torba już jest pełna do połowy. Dziesięć minut i gotowe. Ruchy rąk muszą być skoordynowane, inaczej człowiek zdoła zebrać najwyżej tyle, co dla siebie. Hurtowy zbiór to zupełnie inna bajka. U nas w okolicy nie opanował tej sztuki nikt poza mną – i cieszy mnie ta myśl. Miejscowe lipy należą do mnie. Drzewa przy drodze niech stoją sobie odłogiem, wydane na pastwę pszczół, mszyc i kurzu, ale te są moje i kropka! Znamy się od zawsze, jesteśmy sobie pisani. Wiem, z których gałęzi mogę zrywać, a które lepiej zostawić w spokoju. Bez trudu rozróżniam rodzaje kwiatów i już z daleka jestem w stanie odgadnąć, jak wyjdą wagowo. Mniejsze lepiej nadają się na nalewki, większe trafią do skupu.

Coś ugryzło mnie w ramię, opędzam się ręką. Wciąż jest potwornie gorąco i chce mi się pić. Te głupie włosy coraz bardziej działają mi na nerwy. Nie cierpię, kiedy przy pracy wchodzą mi do ust i wpadają do oczu. Muszę wrócić po wstążkę, zostawiłam ją owiniętą wokół kierownicy. Dlaczego, u licha, nie wzięłam chustki? Przy twarzy lata mi chmara owadów i masa długich kosmyków, niewiele już widzę. Rozpraszam się i zaczynam wpadać w panikę. Ocieram czoło, torba spada w trawę. Próbuję doprowadzić się do porządku, przeczesuję włosy spoconymi rękami. Dłonie mam całe w pyłku. Uff, w końcu udaje mi się zwinąć je w kok. Znów widzę normalnie. Rozpuszczę je, jak będę wracać, niech wyschną do końca; te na spodzie są jeszcze wilgotne. Nigdy nie chodzę spać z mokrą głową. Nie cierpię tego uczucia – i tego bólu. Na początku niby tylko się tli, ale z każdą chwilą przybiera na sile, aż w końcu staje się nie do zniesienia. Jak to podstępne słońce. Mogłoby wreszcie zajść i dać mi spokój. Ale nie – grzeje i grzeje. Źle wybrałam miejsce, chwilami promienie przeświecają między gałęziami i rażą mnie prosto w oczy, a czoło rozcina mi ostrze noża, które penetruje mózg i wbija się głęboko w prawą półkulę. Na chwilę pogrążam się w kompletnej ciemności. Potem światło stopniowo wraca; z początku jest ciemnoniebieskie. Czekam, aż wyblaknie i będzie po wszystkim. Cholerne promienie. Dlaczego nie mam okularów? Przecież je brałam, zawsze biorę. Może wypadły mi gdzieś po drodze. Zrywam dalej. Wszędzie pełno kwiatów, ale daleko mi do zadowolenia. Nie potrafię się skoncentrować. Nerwowo omiatam wzrokiem pozostałe gałęzie, może tam znajdę coś lepszego, tutaj wiele już chyba nie zwojuję. Idzie mi wolniej, niż bym chciała, coś raz po raz burzy upragnioną harmonię ruchów. A to kwiatostan rozdarty na pół, a to karłowaty egzemplarz albo posklejane, usiane ciemnymi plamkami pączki. Kiepsko wybrałam miejsce, nie ma co tracić tutaj czasu. Przesuwam się dalej, obchodzę pień naokoło. Wszędzie biorę po próbce, ale w torbie specjalnie od tego nie przybywa.

Idę dalej, pod drzewo obok. Gałęzie ma wyżej, kwiaty są zamknięte – niektóre kuleczki nawet jeszcze nie pękły, za wcześnie na to. Ale chwilę tu postoję, pozbieram – chcę się nacieszyć tym obłędnym zapachem. Na trzech metrach, gdzie dociera najwięcej słońca, wszystko kwitnie na potęgę, tyle że tam bez drabiny ani rusz. Gdybym tak miała drabinę… I gdyby ta lipa stała u nas w sadzie, a nie tu, na widoku… Ile czasu zajęłoby mi oberwanie wszystkich kwiatów? Tak, żeby nie został ani jeden? I co bym z nimi zrobiła? Miałabym zasypany cały strych, jedna warstwa na drugiej. Suszyłyby się pewnie całą wieczność, chyba że byłoby bardzo ciepło i wietrznie. Mogłabym zakopać się w stosach kwiatów i tak po prostu sobie umrzeć. Czy istnieje piękniejsza śmierć? Nikt nigdy by mnie tam nie znalazł. Rozpuściłabym się w tym obezwładniającym zapachu, ususzyła się na gazetach – przedziwny ludzki kwiat. Jak długo schłaby lipa, a jak długo ja? Jaki jest właściwie wskaźnik usychalności człowieka? Gdybym rzeczywiście ogołociła całe drzewo, musiałabym prosić Marcelę, żeby zawiozła mnie do skupu, i połowę zarobionych pieniędzy oddałabym jej na benzynę. Przełykam gęstą, gorzką ślinę, odpędzam nieprzyjemne myśli.

Wsiadam na rower i ruszam dalej, pod kolejną lipę. Tutaj wyższe gałęzie, te najgęściej obsypane kwiatami, są poza moim zasięgiem. Okropne uczucie. Pedałuję, przeklinając w duchu. Burza, która nadciąga od jakiegoś czasu, jest coraz bliżej, słońce całkiem się schowało. Już wiem, że dziś byłam tu tylko na zwiadach, wrócę znów za parę dni. Nie będę się umartwiać i zbierać takiej drobnicy, to strata czasu. Jak już zrywać, to na całego – a ja jestem w tym naprawdę niezła. Robię to od czterech lat. Co roku. Od wiosny do jesieni, od wschodu do zachodu słońca, albo i dłużej. Tylko zioła jeszcze coś dla mnie znaczą. To one zesłały mi różnych ludzi i doświadczenia – a potem sprawiły, że wszystko się poplątało. One zaczarowały moje zwyczajne, niepozorne życie. Nadawały mu sens, by wkrótce znów go odebrać; przewracały wszystko do góry nogami i przynosiły ukojenie w najgorszych chwilach. One. Moje ukochane zioła.

Zjeżdżam w kierunku Bubna. Wody jest mało. Patrzę na koryto rzeki – jakby zmartwiałe, zastygłe w pełnym napięcia oczekiwaniu. Jeszcze chwila i znów popłynie nim strumień mętnej wody. Zaraz się zacznie. Może Marcela zbierze się na odwagę i pójdzie zapalić świeczkę w oknie. Jest przesądna, a to trochę pomaga. A może wszystko prześpi, bo co właściwie miałaby robić sama w ciemnym domu? Wariatka. W sumie dobrze, że siedzi tam sobie zamknięta, czasem niewiedza naprawdę bywa błogosławieństwem. Marcela już od kilku dni zgrywa ważną. Przechwala się, że dostała od Miluški nowe tabletki nasenne. Ciekawe, czy odważy się połknąć choćby jedną. Szczerze wątpię. Jeszcze, nie daj Boże, by zasnęła i coś by ją ominęło. Ciskam rower w trawę pod leciwym dębem i ruszam pod jedną z najstarszych lip w okolicy. Widać już po niej wiek, w dolnych partiach jest zmurszała, może nawet martwa, ale wciąż gdzieniegdzie coś się jeszcze pojawi. Dwie z gałęzi zwisają nisko nad wodą, jeśli zdołam utrzymać równowagę – i torbę – powinnam dosięgnąć kwiatów. Nie ma ich wiele, ale są dorodne, zdrowe i świeże. Kwiaty królowej. Wyjątkowe na pierwszy rzut oka. Pochylam się nad wodą, przyciągam do siebie całą gałąź. Muszę uważać, żeby jej nie złamać – nie śmiałabym skrzywdzić Jej Wysokości.

Z okna pobliskiej chałupy wychyla się stara Tomanová. Jak zwykle gapi się na mnie z niechęcią. Jakbym przychodziła tu kraść. A co to, jej drzewo? Może liczy, że znowu zlecę – na dole prawie nie ma wody, tylko grząskie błoto, pijawki i larwy komarów. Nie dam jej tej satysfakcji, nie zamierzam nigdzie spadać. Już jutro błota nie będzie widać spod wody, która właśnie gromadzi się w chmurach nad lipą i moją głową, nad chałupą i starą Tomanovą, a jutro wystąpi z brzegów, zaleje trawę i wszystkie kwiaty, których nie zdążę dziś zebrać. To już niedługo. Szybko zrywam ostatnie sztuki. Potem zdejmuję torbę z ramienia i oglądam zawartość, wyciągam parę zielonych liści, które zabłąkały się wśród kwiatów. Po plecach cieknie mi pot, mokre włosy kleją się do czoła. Biorę rower i wyprowadzam go na drogę. Kiedy oglądam się na chałupę, w oknie nie stoi już nikt.

Z chwilą, gdy wsiadam na rower, zaczyna grzmieć. Nie widziałam błyskawicy, więc burza musi być jeszcze daleko. Pojadę koło psiego wybiegu, bywa tam piękny mniszek. Mam jeszcze jedną torbę, jeśli napełnię ją liśćmi, kierownica będzie obwieszona z obu stron. Pedałuję z całych sił – im szybciej dojadę, tym więcej nazrywam. Wiatr jest już chłodniejszy. Puszczam kierownicę i uwalniam włosy, dotąd spętane wstążką. Muszą wyschnąć na noc, inaczej będzie mnie boleć głowa. Może trzeba było sobie odpuścić tamtą kąpiel. Wcześniej spojrzeć w chmury. Jeszcze nie dam rady tego wszystkiego rozczesać i Marcela znów obsmaruje mnie na targu. Wszystkie plotkary z ulicy będą się gapić, co mam w torbach, a co na głowie – i co z dwojga wygląda gorzej. Muszą wyschnąć i tyle. Jestem już niemal u celu. Zwalniam, palący ból w udach wreszcie puszcza. Co za okropny dźwięk, przydałoby się nasmarować przedni hamulec, bo tylko niepotrzebnie ściągam na siebie uwagę. Jeszcze zanim udaje mi się wyrównać oddech, widzę, że zbyt wiele sobie obiecywałam. Ani kawałka zieleni, nie został nawet listek. Widać w tym roku młody Staněk wziął się za koszenie parę tygodni wcześniej niż zwykle. Patrzę na ogołoconą ziemię – jeszcze długo nic tu nie wyrośnie. Ze Staňka taki sam ogrodnik, jak i z jego nieszczęsnego ojca.

Gdy byłam mała i nie miałam jeszcze pojęcia, że na liściach mniszka można zarobić czasem więcej niż na korzeniu, przychodziłam tu na jasnotę. W którąś niedzielę odbywały się akurat zawody psów. Za płotem biegało chyba z dziesięć wilczaków, wszystkie świetnie wytresowane. W ogrodzie u Staňka powarkiwał tylko jeden, wściekły i równie durny jak jego pan. Kiedy miałam już pełną torbę, nadeszli jacyś ludzie. Gruby facet i chłopak, ten drugi mniej więcej w moim wieku. Już wtedy nie lubiłam nikogo spotykać, kiedy zbierałam zioła. Inni ludzie tylko mnie stresowali, sprawiali, że praca szła mi wolniej. Spuściłam głowę i próbowałam nie zwracać na nich uwagi. Wstydziłam się. Marzyłam, żeby zniknąć. Facet ewidentnie chciał sobie pogadać. Podszedł zdecydowanie za blisko, a mnie zupełnie sparaliżowało. Czułam się winna, choć przecież nie zrobiłam nic złego. Okropny moment. Nie odzywałam się, czekałam, aż sobie pójdą. Aż wreszcie będę mieć to za sobą. Ale jemu wcale się nie spieszyło. Natrętny, odpychający typ. Gapił się na zioła w torbie, a ja stałam tam cała czerwona. Nigdy nie potrafiłam sobie radzić z nachalnymi pytaniami. „A po co to zbierasz?”. „A ile masz z tego pieniążków?”. To chyba moja sprawa? Może zająłby się lepiej sobą? Na przykład tym, że sapie przy każdym oddechu i poci się jak świnia, że śmierdzi mu z gęby? A ten chłopak? Czemu jest taki chudziutki? Nie dostaje jeść czy co? Nie ma matki? Przypominał raczej cień niż żywego człowieka. Musiał być pewnie równie zażenowany jak ja, stał z wzrokiem wbitym w ziemię. A może lekko się do mnie uśmiechnął? Był drobny i blady, niemal przezroczysty, choć wszyscy wiedzieli, że jego rodzinie świetnie się powodzi; niczego sobie nie żałowali. Minęło tyle lat, a ja wciąż widzę te chudziutkie rączki obciągnięte nienaturalnie jasną skórą, spod której prześwitują niebieskie żyły. Na pewno się uśmiechnął. Przecież pamiętam. Może na dowód tego, że wszystko, co wydarzyło się chwilę później, było prawdą, a nie tylko złym snem.

Staněk otworzył bramę i na ulicę wypadł ogromny, rozwścieczony wilczur. Od razu pobiegł za chłopakiem, nie wahał się ani chwili. Jakby już dawno wybrał cel. Nic nie było w stanie go powstrzymać, nawet jego srogi pan, który nieraz sięgał już po kij. Teraz nie zdążyłby o tym nawet pomyśleć. Stał przy otwartym aucie oparty o drzwi i cały zadowolony patrzył na pędzącego psa. Ech, piękny jest, bestia, a jaki dobrze wykarmiony! Stróż pierwsza klasa, niepotrzebny mu rodowód ani żadna głupia tresura. Tymczasem pies najwyraźniej umyślił sobie rozerwać chłopca na strzępy. Staněk w końcu podniósł głos, potem zaczął drzeć się na całego, ale za późno, już lała się krew. Wilczur wbił zęby w białą, wątłą rękę, a mnie serce podskoczyło do gardła. I jeszcze raz. I znowu. Kąsał go jak wściekły, bez opamiętania. Gdyby chłopak się nie zasłonił, pewnie przegryzłby mu tętnicę, a ja stałabym się świadkiem morderstwa. Ale szarpał tylko zębami tę chudą rączkę, aż wkoło bryzgała ślina zmieszana z krwią. Tresowane wilczaki za ogrodzeniem też potrafiły pokazać swoją ciemną stronę, w kontrolowanych warunkach. Tu, na drodze, trwała prawdziwa walka na śmierć i życie – i nikt nie miał na sobie ochraniaczy. Pies był nie do zatrzymania. Staněk chyba wreszcie dopuścił do siebie myśl, że ten cholerny kundel kompletnie go nie słucha. Ewidentnie nie zamierzał puszczać swojej ofiary. Dopiero kiedy grubas otrząsnął się z pierwszego szoku, dopadł psa, złapał go za zad i szarpnął, szczęki w końcu puściły i wilczur skupił się na nowym przeciwniku. Do końca życia nie zapomnę tego popołudnia. Tej eksplozji zła. Upiornego kołowrotu gniewu i cierpienia. Nie zapomnę tego psiego jazgotu, krzyku chłopca, wrzasku ludzi zza ogrodzenia.

Byłam tak blisko… Stałam i ściskałam w dłoni pierwszą torbę jasnoty, zagryzając wargi, żeby się nie rozpłakać. Czemu musiałam patrzeć na to wszystko? Za jakie grzechy? Jeszcze długo potem nocami śniła mi się ta scena. Rozerwana na strzępy ręka i stary Staněk, jak gdyby nigdy nic bawiący się kluczykami do samochodu. Miesiąc później otworzył w mieście knajpę. Zbierała niezłe opinie; piwo było tanie i interes kwitł w najlepsze. Sąd nakazał uśpienie wilczura, ale pies jeszcze parę lat później radośnie biegał sobie po ogrodzie. Dziany właściciel nie miał serca się go pozbyć, więc zarzekał się, że to inny pies. Dziś domu pilnuje ospały, ślepy kundel, a sam Staněk dawno już nie żyje. Rozwalił się na drzewie. Ludzie mówili, że ktoś grzebał mu w nocy przy hamulcach. Czyżby ojciec nieszczęsnego chłopaka? Kto wie. W każdym razie trawnika, gdzie zwykle aż roi się od mlecza, babki i krwawnika, dogląda dziś syn Staňka. Niezbyt gorliwie – i dobrze, bo zawsze jest co zrywać. Tym razem jednak się pospieszył, skosił wszystko do gołej ziemi, nie ostały się nawet korzenie. Nie będę miała tu nic do roboty. Ruszam do domu, burza jest już blisko. Zresztą i tak nie zmieściłabym już nic więcej na strychu. Zeszły tydzień był absolutnie rekordowy, jeśli chodzi o liście.

Skręcam w naszą ulicę. Niebo raz po raz rozcinają pioruny. Marcela pogasiła światła i zasłoniła wszystkie okna. Na dwóch ma nawet drewniane okiennice, jedyna z całej ulicy. Ciągle tak się barykaduje, nawet gdy nic nie zapowiada burzy. Aż mi słabo, jak sobie pomyślę, że już nigdy nie będzie miała okazji się nacieszyć zwykłym letnim wieczorem. Zachodem słońca, ciepłym zmierzchem na łące, rześkim powiewem chłodu nad rzeką. Cóż, może wynagradzają jej to poranki, w sumie nie mam pojęcia, o której wychodzi z domu. Otwieram drewnianą furtkę i już jestem na podwórku. Chwilę się waham, może powinnam pochować skrzynki z kwiatami? Nie, nie ma co panikować. Latem są upały, a upały oznaczają burze. Burze, ulewy i grad. Z tym ostatnim bywa różnie, duży niestety niszczy co popadnie. Żyjemy w chorych, bezlitosnych czasach, planeta ociepla się na potęgę, a koniec świata czyha tuż za rogiem, ale grad wciąż jest przecież tylko gradem. Nie wybiera, gdzie spadnie. „Nie będę bronić się przed naturą”, stwierdzam, chowam rower do szopy i idę zanieść pierwszą tegoroczną lipę na strych. No, prawie pierwszą.

Na górze leży próbka lipy brudnej, tej z Pragi. W skupie pewnie zrobiliby wielkie oczy, gdyby wiedzieli, skąd zwożę zioła. W dużych miastach lipa kwitnie nawet miesiąc wcześniej niż u nas. Praga to piekło, zatrute i jałowe, ale nawet w piekle bywa czasem znośnie, bo czy inaczej mieszkałoby w nim tyle dusz? Tam też ludzie mają swoje – zwykle utworzone ich ludzkimi rękami – tereny zielone, gdzie wyprowadzają psy i zaprzątnięte problemami głowy. Nawet jeśli z drzewami wygrywają czasem słupy wysokiego napięcia, to przynajmniej mają z czym wygrywać. W niektórych miejscach walka dawno się już zakończyła, wkoło jak okiem sięgnąć tylko beton. Tam wiele nie nazrywam. O dziwo, w zasnutej smogiem Pradze kwiaty lipy są tak czyste i dorodne, że człowiek byłby niemal skłonny uwierzyć w ich lecznicze właściwości. Raz na jakiś czas wpadam do stolicy. Zawodowo. Oddać parę tłumaczeń i rzucić okiem na parki. Jeżdżę pociągiem, zawsze tą samą trasą, już od studenckich lat. Lubię patrzeć na krajobrazy za oknem. Wcale się nie zmieniają, nawet kiedy zbliżamy się już do metropolii. Tylko w powietrzu czuć jakieś napięcie. I Wełtawa to też właściwie wypełniony wodą rów, jak nasza rzeka, choć jest o wiele głębsza i bardziej podstępna. Tu nie zdołałabym przejść po wodzie z jednego brzegu na drugi – za dużo wirów i zdradliwych prądów.

Chyba tylko dzięki tym wyjazdom do stolicy wiejskie plotkary nie spisały mnie jeszcze całkiem na straty. „Tłumaczy dla nich jakieś grube książki”, usłyszałam w którąś sobotę pod spożywczakiem. Przytaknęłam w duchu, właśnie tak. Praga daje mi pracę i pozwala stwarzać pozory, że wiodę w miarę normalne życie. W końcu muszę mieć jakieś źródło zarobku poza ziołami. „Tłumaczka” – tym enigmatycznym hasłem zamknęłam usta wścibskim sąsiadom, na czele z Marcelą. W końcu dali mi spokój. Zasłużyłam sobie na aprobatę społeczeństwa. Przedstawiłam dowód, że zaliczam się do porządnych, odpowiedzialnych, dorosłych jednostek. Płynnie wtopiłam się w nurt obowiązkowej przeciętności, wpasowałam w szablon. Nie zwracać na siebie uwagi, nie wychylać się, żyć po cichu. Łatwo mówić… Bo co ja poradzę, że coś wygania mnie z domu, że to silniejsze ode mnie, że po prostu muszę złapać za nożyczki i iść zbierać? Wymykam się wszelkim wyobrażeniom o tym, jak powinnam się zachowywać; tacy jak ja nie mają tutaj lekko. Ale kocham wieś, a za niektóre miejsca dałabym się pokroić. To mój dom i choćby już dlatego moje serce bije inaczej. Wyzwaniem bywa tylko dzielenie go z innymi. Na szczęście mam zioła. Zioła, które otaczają mnie ze wszystkich stron, które rosną specjalnie dla mnie. Dzięki nim wiem, że nie robię nic złego. Ja też żyję tylko dla nich, to tak oczywiste, że nie ma sensu mówić o tym na głos. O ziołach się nie mówi, zioła się zrywa. Nie trzeba mi wiele do szczęścia: wystarczy święty spokój i udane zbiory. Niczego więcej już w życiu nie pragnę. Tylko żeby udał się kolejny dzień i żeby wtorek przyszedł jak najszybciej. Żeby tak bardzo nie bolało, a do skupu trafiła jeszcze jedna zawiązana sznurkiem torba.

Patrzę w lustro, opaliłam się dzisiaj. Włosy w końcu są suche i nie muszę z nimi nic robić. Rozczeszę je rano. Wiatr tłucze o szyby, po rozgrzanym dachu spływają strugi deszczu. Z ogrodu dobiega jakiś huk, a chwilę potem rozlega się grzmot, tuż nad nami. Nareszcie. Rano w końcu będzie się dało oddychać. O zrywaniu raczej nie ma mowy. Za dużo wilgoci – w powietrzu, na drzewach, w trawie. Niewykluczone, że i na strychu coś zmoknie, chociaż dbam, żeby dach nie przeciekał. Wpisuję do zeszytu pod dzisiejszą datą: „Lipa – kwiat, pierwszy raz na rynku, nad rozlewiskiem”. Znów grzmi, jakby ktoś wystrzelił z armaty, i całe miasto rozświetla ognista łuna. Miejmy nadzieję, że żaden piorun nie uderzy w dom Marceli, bo znajdę ją jutro nieżywą ze strachu, a mam już dość własnych kłopotów. Zamykam zeszyt, odkładam go na stół. Sekundę później wyłączają prąd. Idealny timing. Idę przez miłą, dobrze znaną ciemność. Czas spać. Kiedy otwieram potem w nocy okno, na dworze siąpi deszcz, a do pokoju wpada chłodne, wilgotne powietrze.

Marcela nie umarła. Żyje i radośnie biega po podwórku. Co rusz coś gdzieś przestawia i znosi ocalone doniczki z kwiatami. Każdą skrzętnie odstawia na swoje miejsce. Jest zachwycona, że tak pięknie podlało jej ogródek. Za to kwiaty, które właśnie wyciągnęła z piwnicy, są wyschnięte aż strach. Ale nic nie szkodzi. Marcela bierze konewkę, o proszę, już je podlewa. Ma ogród jak z obrazka, a sama przypomina egzotycznego motyla, który chwilę temu wykluł się z włochatego kokonu i sfrunął z kanapy, a teraz lata sobie po okolicy, ciesząc się pierwszym dniem nowego życia. Niepotrzebnie otwierałam okno, okropna pobudka. Czy ona naprawdę musi robić tyle hałasu? W pokoju wciąż jest gorąco, upał sączy się ze ścian i z sufitu. Na dworze też już coraz cieplej. Na razie wszystko jest jeszcze mokre, świat dopiero otrząsa się po nocnym oberwaniu chmury, ale nie minie południe, a znów zrobi się duszno. Rano nic dziś nie zdziałam.

Jest niedziela. Nie chce mi się jeść. Nalewam sobie wody i piję ją łyczek po łyczku, żeby zmóc chociaż pół szklanki. Jakoś idzie, dopóki czytam – czy raczej udaję. Niesamowite, jak potrafię oszukiwać sama siebie. I że, o dziwo, to całkiem nieźle działa.

Postanawiam zawieźć potłuczone szkło do kontenera za rogiem. Chcę się go pozbyć, a przecież go nie spalę. Przy okazji można by zajrzeć na Sokolską Łąkę, ostatnio przytaszczyłam stamtąd całe mnóstwo mniszka. Niezapomniane przeżycie! Rwałam garść za garścią, jakby świat wkoło przestał istnieć. Nie spojrzałam nawet, jak się mają lipy. Miały się nijak, nic jeszcze nie pachniało. Nie pachnie, czyli nie kwitnie. Ale to było tydzień temu, czas tam wrócić i trochę się rozejrzeć.

Nad rzeką znów będzie pewnie wysiadywać to samo towarzystwo, co zwykle. Wędkarze. Same dziadki, tylko ten bez ręki jeszcze nie osiwiał. Założę się, że wystają tam już od świtu, a wciąż nic nie złowili. Kiedyś ich wkurzyłam, przyszłam zrywać nad rzeką wiązówkę. Nie mogłam czekać, był akurat idealny moment. Tamtego dnia zeszło się ich tam od groma, żałowałam, że nie włożyłam długich spodni. Że też nie gapili się raczej na swoje spławiki, orły jedne. Nasłuchałam się obleśnych komentarzy. Ale zanim zdążyli zapytać, co zrywam i ile mam z tego pieniążków, nadjechał samochód, a po chwili wysiadł z niego strażnik. Jakiś nowy. Młody, energiczny i nieskory do kompromisów. Od razu zmiękła im rura. Największy oblech w popłochu schował wędkę w krzakach bzu, ale na niewiele się to zdało. Już nigdy więcej go tu nie spotkałam. Na szczęście zbieraczy ziół nikt nie kontroluje, nie trzeba nawet płacić podatku, chyba że ktoś zarobi ponad limit. Jedyne, co trzeba wiedzieć, to jak zrywać. Za co chwycić. Za gałązkę, za łodyżkę, za kwiat czy za liść, a może za darń, z którą splątał się korzeń.

Sokolska Łąka wygląda dziś jak po kąpieli. Na betonie zostały mokre smugi. Deszcz zmył cały kurz, trawa jest świeża i czysta. Wszędzie skrzą się krople wody. Nawet jutro może być jeszcze za wcześnie na zrywanie mniszka. Zresztą jakiego znowu mniszka? Mam ochotę wybuchnąć złowieszczym śmiechem, jak pradziadek Barták, obłąkany ojciec dziadka, który mieszkał po sąsiedzku. Kiedy byłyśmy małe, straszył nas zza ogrodzenia. Miał donośny, chrapliwy śmiech, naprawdę przerażający. Raz pijany wdrapał się na mur i przerzucił nogi na naszą stronę. Patrzył z góry na trzy małe przestraszone dziewczynki i śmiał się złowieszczo. Potem nagle się zakrztusił i złapał go taki atak kaszlu, że fiknął do tyłu. Poleciał prosto na plecy. Zapadła cisza, a my stałyśmy blade i przestraszone, aż wreszcie znów zza muru rozległ się słynny bartákowski śmiech. Z piskiem rzuciłyśmy się do szopy. Dzisiaj ja też umiem roześmiać się w głos jak pomylony staruch – w końcu w moich żyłach płynie jego krew. Pewnego dnia pradziadek Barták – szaleniec, który przeklął pół okolicy i któremu własny syn kazał się wynosić do zrujnowanej szopy za murem – po prostu zniknął. Od tamtej pory potrafię roześmiać się równie złowieszczo. Bartákowskim śmiechem wybucham, kiedy udaje mi się dokonać czegoś naprawdę spektakularnego. Jak teraz. To ja doszczętnie ogołociłam Sokolską Łąkę z mniszka. Nie próżnowałam w zeszłym tygodniu, oj nie. Pot lał się ze mnie strumieniami, ale było warto. Wyjątkowo nie martwi mnie, że nie kwitnie jeszcze żadna z lip. I tak kwiaty byłyby mokre, poza tym nie miałabym gdzie ich upchnąć. Strych jest zasypany mniszkiem, wszystkie inne zioła muszą poczekać w kolejce. Kawał dobrej roboty, nie ma co. Nie wiem, czy to samo powiedzą mi we wtorek w skupie, ale jeśli chodzi o mniszek, naprawdę odwaliłam kawał dobrej roboty. Szkoda tylko, że jest tak wilgotno, jeśli liście nie zdążą wyschnąć, nie będę miała nic do oddania, a to byłby już problem. Zioła nie mogą czekać w kolejce. Nie ma mowy, jadę we wtorek do skupu, koniec kropka. Ale dziś jest niedziela, spróbuję coś ugotować. A potem to zjeść. Po południu będę tłumaczyć. Może wieczorem uda mi się jeszcze wyjść z domu. Ciekawe, czy nad rzeką jest dziś bardzo mokro – i czy woda, w której stara królowa moczy gałęzie, płynie wartko czy leniwie. Beczka za szopą jest wypełniona deszczówką po same brzegi.

Zdążyłam. Wsiadam na rower i jadę nad rozlewisko. Znów mam mokre włosy. Rozpuszczam długie, splątane kosmyki – niech powiewają na wietrze. Marcela zamyka bramę i zatrzaskuje okiennice. Ale kwiatów nie schowała, widać prognoza na dzisiejszą noc nie jest taka najgorsza. Ma nie padać. Choć kiedy spoglądam w niebo, ciężko mi w to uwierzyć. Biorę tylko jedną torbę na lipę, na wypadek gdyby drzewa już wyschły. Na chwilę przystaję przy rynku, żeby zapełnić chociaż dno; parę ruchów i gotowe. Z lipą to się sprawdza. Przy Bubnie poziom wody jest wyraźnie wyższy, ale na górze, nad zaporą, rzeka płynie niespiesznym tempem. Ciskam rower w trawę pod starym dębem i idę. Po prostu muszę zdjąć buty. Woda jest zimna jak lód, ale wytrzymam, idę. Zamykam oczy. Jak dobrze. Jestem sama, ta chwila należy tylko do mnie. Chcę zapisać ją sobie w pamięci, zachować na zawsze.

Pamiętam, jak pewnego razu rzeka wciągnęła burmistrza i nie chciała go wypuścić. Facet kazał ściąć stuletnie dęby, żeby bogacze mieli z czego budować domki letniskowe, więc dostał za swoje. Fale przerzucały go między sobą i podtapiały w spienionej wodzie. W końcu udało mu się chwycić wielkiej, osmalonej kłody, która przypłynęła gdzieś z Szumawy. Uratowała mu życie. Jeszcze dwa lata później rozpisywał się o swojej przygodzie w lokalnej gazecie. Zero poczucia obciachu – bez żenady przyznał, że nie potrafi pływać. W tym wieku! A przecież chciał mieszkać nad wodą. O drugą kadencję już się nie ubiegał, wybory wygrał wtedy mój przyszły teść. Legendarne dęby stoją do dzisiaj. Tej samej jesieni, parę dni później, w skupie ogłosili promocję. Brali kasztany i żołędzie po wyjątkowo korzystnych cenach. Wahałam się tylko przez chwilę. O tej porze nic już prawie nie kwitło, więc mogłam dać z siebie wszystko. I dałam, a te cwaniaki bezczelnie mnie orżnęły. Są dwa rodzaje żołędzi: klasyczne, długie i smukłe, i okrągłe, ozdobne. Tych długich miałam jedną czwartą, i tylko takie wzięli. Resztę poradzili mi zawieźć do lasu. Że niby nadają się tylko na paszę dla dzików. Czego mogłam się zresztą spodziewać po Pudivítrze! Staruszce, która stała przede mną w kolejce, jeszcze uznał te okrągłe, bo miała ich tylko jedną torbę i ledwo stała już na nogach, ale mnie spuścił na drzewo. Za dużo tego było, nie mógł tak po prostu wmieszać ich między resztę surowca, ktoś na pewno by się skapnął.

Na szczęście w tym roku Pudivítr nie pracuje już w skupie, a ja nie muszę go więcej oglądać. Boże, jaki on był beznadziejny! Kompletnie nie nadawał się do pracy z ludźmi. Nie dość, że wszystko psuł, to jeszcze oszukiwał. Potrafił podrzeć na strzępy nowiusieńką torbę. Darł wszystko, co wpadło mu w ręce: torby, paragony; kiedyś zaczął nawet podskubywać banknoty w kasie. Ciągle musiał coś robić z dłońmi, więc darł. Dobrze, że już go nie ma. Lubię same drzewa, ale na zbieranie żołędzi i kasztanów nikt mnie więcej nie namówi. Nawet kory dębu nie tykam i tykać nie będę. Nie i już!

Dwie gałęzie królowej – najstarszej lipy w okolicy – rzeczywiście są zanurzone w wodzie. Łagodnie kołyszą się wśród fal. Kwiaty są piękne i okazałe, pachną naprawdę obłędnie. Muszą być moje. Okrążam pień i wspinam się na palce. Skaczę, łapię za jedną z gałęzi, gęsto oblepioną kwiatami, ściągam ją w dół i zaczynam zrywać. Nie wolno mi jej złamać ani puścić. Wkrótce czuję, jak drętwieją mi ręce, cała krew odpłynęła niżej. Chwilę odpoczywam, a potem jeszcze kilka razy powtarzam całą operację. Ostatecznie udaje mi się zebrać całkiem sporo kwiatów. Są duże i zdrowe, szybko zapełniają torbę. Na strychu rozłożę je osobno, cieniutką warstwą, żeby odparować wilgoć. U Tomanów mają pozamykane okiennice, więc tym razem nikt nie patrzy na mnie wilkiem. Czuję, że coś się stało, dom spowija dziwna, ponura aura. Zrywam dalej, choć idzie mi coraz gorzej. Jest duszno, cała się spociłam. W pewnym momencie spostrzegam czarną furgonetkę; oby tylko nie rozjechała mi roweru. Sunie powoli, ledwo mieści się na wąskiej drodze. Ostrożnie wjeżdża w kałuże, spod kół tryskają strugi mętnej wody. Obchodzę lipę, sprawdzając, czy zostało mi jeszcze coś do zerwania. Po chwili drzwi chałupy się otwierają i dwóch mężczyzn wynosi ze środka trumnę. A więc to karawan. Ukradkiem przyglądam się całej scenie. Nie potrafię inaczej, znam tę rodzinę już tyle lat. Nie rozmawiamy ze sobą, ale sporo o nich wiem – a oni o mnie. Nagle czuję ukłucie na skórze pod prawym kciukiem. Mrówka. Koniec zrywania na dziś. Przeglądam zawartość torby, wyrzucam zabłąkane liście. Co za wspaniała lipa. Udaję, że nie widzę odjeżdżającego samochodu. Teraz już się tak nie wlecze. Wreszcie zostaję z moją lipą sam na sam. Opieram się plecami o pień, zmęczona i słaba. Nie jestem w stanie się ruszyć. W zagłębieniach kory wędrują z góry na dół wielkie czerwone mrówki. Cała masa mrówek. Boleśnie gryzą, ale to dobrze, inaczej całkiem bym odpłynęła. Dlaczego nie słychać pszczół? Gdzie znajome bzyczenie nad głową? Przez chwilę mam wrażenie, że zatrzymał się czas. Zapada martwa cisza, powietrze stoi nieruchomo. A potem zrywa się wiatr, chmury momentalnie zakrywają niebo. Z okna chałupy wychyla się stara wiedźma. Tomanová. Znów zaczyna mi bić serce. A więc to nie była ona. Jej spojrzenie parzy mocniej niż słońce, trafia prosto w najczulszy punkt mojej głowy. Wsiadam na rower i odjeżdżam. Nie oglądam się już na drzewa. I bez tego wiem, że nic więcej tu nie zbiorę. Trzeba będzie to zanotować w zeszycie.

Rozdział drugi

W skupie I

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Tytuł oryginału: Do tmy

Wydanie II, zmienione

Redakcja: Edyta Zielińska-Dao Quy

Korekta i współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa

Redaktor inicjujący: Tomasz Zaród

Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek

Projekt makiety: Karolina Korbut

Projekt okładki: Justyna Tarkowska | Mile Widziane

© Copyright by Anna Bolavá, 2015. All rights reserved.

© Copyright for the Polish translation by Agata Wróbel, 2026

© Copyright for the edition by Książkowe Klimaty, 2026

ISBN 978-83-68640-07-6

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek