Vinnēlieg - K.A. Piersa - ebook

Vinnēlieg ebook

K.A. Piersa

0,0

Opis

To, co miało ocalić królestwo, może stać się początkiem jego końca

Po rozpadzie Sía Ravalazza świat trwa w kruchym pokoju, podzielony między pięć odmiennych krain. Gdy nad leśnym Laateilis zawisa widmo wojny, król staje przed wyborem – albo odda córkę w ręce wroga, albo narazi królestwo na zagładę. Szansą, by temu zapobiec, staje się zakazany czar. I może go przeprowadzić tylko jedna osoba.

Solvay, czarodziejka władająca suprą czasu, wie, że każda próba jej użycia ma swoją cenę. Choć przez lata unikała mocy, teraz zostaje zmuszona, by wykorzystać ją w grze, od której zależy przyszłość Laateilis. Wysłana na niebezpieczną misję, musi zdobyć pradawny artefakt i stawić czoła siłom działającym według własnych reguł.

Wszystko zaczyna się komplikować, gdy na drodze Solvay pojawia się osoba, która wzbudza w niej nieoczekiwane uczucia. Między obowiązkiem a pożądaniem narasta napięcie, które może zaważyć na losie całego świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 537

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Valluku

Runo spo­rej le­śnej po­lan­ki lśni­ło jak klej­not. Rosa po­kry­wa­ła tra­wę, po­lne kwia­ty i śli­skie w do­ty­ku ka­pe­lu­sze grzy­bów, a na nie­bie świe­cił te­raz Prism, je­den z dwóch księ­ży­ców La­ate­ilis, kra­iny nie­mal cał­ko­wi­cie po­kry­tej la­sa­mi. Kie­dy świa­tło Pri­sma pa­da­ło na po­wierzch­nie po­kry­te kro­pel­ka­mi wody, uwal­nia­ła się z nich tę­cza i w ten spo­sób po­la­na – oto­czo­na ze wszyst­kich stron su­chy­mi, bez­list­ny­mi drze­wa­mi o po­wy­gi­na­nych i ra­chi­tycz­nych ga­łę­ziach – wy­glą­da­ła jak krysz­tał osa­dzo­ny w wia­drze smo­ły. Ta­kie wi­do­ki nie były rzad­ko spo­ty­ka­ne w tej czę­ści roku; z tego wła­śnie sły­nął La­ate­ilis. Kon­trast mię­dzy ka­lej­do­sko­po­wą po­la­ną a upior­ną ciem­no­ścią lasu był po­wo­dem, dla któ­re­go war­to było od­wie­dzić le­śną kra­inę wła­śnie w uła­mie Pri­sma.

Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że las świe­ci pust­ką. Jed­nak w pew­nym mo­men­cie na po­la­nę z le­wej stro­ny we­szła za­kap­tu­rzo­na po­stać w przy­le­ga­ją­cym do cia­ła kom­bi­ne­zo­nie, wy­po­sa­żo­nym w pas z przy­pię­ty­mi dwo­ma szty­le­ta­mi, twarz zaś gi­nę­ła w ob­szer­nym kap­tu­rze wszy­tym w dłu­gą ciem­no­czer­wo­ną pe­le­ry­nę. Na ra­mie­niu ko­ły­sa­ła się wy­pcha­na do gra­nic moż­li­wo­ści skó­rza­na tor­ba – mu­sia­ła być dość cięż­ka, a mimo to krok po­sta­ci był ci­chy, wart­ki, sprę­ży­sty. U jej boku ma­sze­ro­wa­ła czwo­ro­noż­na pan­te­ra o bia­łych śle­piach, czar­nym, ak­sa­mit­nym fu­trze i nie­to­pe­rzych skrzy­dłach, zło­żo­nych lek­ko na tu­ło­wiu. Wy­glą­da­ły na so­lid­ne i wy­trzy­ma­łe.

Ich ruch był­by nie­mal nie­moż­li­wy do za­re­je­stro­wa­nia dla nie­uważ­ne­go ucha, gdy­by nie od­głos je­dzo­ne­go jabł­ka. Mi­ja­ło chrup­nię­cie za chrup­nię­ciem, aż w koń­cu ode­zwał się głos – moc­ny, dźwięcz­ny i zde­cy­do­wa­nie ko­bie­cy:

– Ogry­zek?

To było py­ta­nie do pan­te­ry, któ­ra te­raz bie­gła przez po­la­nę, uda­jąc, że po­lu­je na ma­lut­kie tę­cze z kro­pel rosy. Mo­men­tal­nie się za­trzy­ma­ła, sko­czy­ła w górę, roz­kła­da­jąc in­stynk­tow­nie ma­je­sta­tycz­ne skrzy­dła, a tam już nad­la­ty­wa­ła do niej reszt­ka owo­cu. Zwie­rzę po­chwy­ci­ło ją w lo­cie, da­jąc po­pis swo­jej zręcz­no­ści.

– Do­bra Ra­ile­igh – po­chwa­li­ła ją dziew­czy­na.

Za­cho­wy­wa­ły się swo­bod­nie, jak gdy­by prze­mie­rza­nie ciem­nych za­ka­mar­ków kra­iny nie bu­dzi­ło w nich zu­peł­nie żad­nych obaw. Prze­szły już pra­wie całą po­la­nę i za chwi­lę mia­ły znik­nąć w le­sie.

Za od­da­lo­nym o dzie­sięć me­trów drze­wem cza­ił się tre­frykt. Jego bia­łe śle­pia wy­zie­ra­ły spod ga­łę­zi, ba­dy­li i dre­wie­nek, uszy­tych w tkan­kę stwo­ra. Był wyż­szy niż prze­cięt­ny czło­wiek, miał nogi, ręce i tu­łów, a każ­da część skła­da­ła się z wy­su­szo­nych, splą­ta­nych pa­ty­ków. Pa­trzył nie­śmia­ło na zbli­ża­ją­ce się po­sta­ci. Wy­glą­dał jak kosz­mar sen­ny, a Ra­ile­igh, któ­ra wy­czu­ła go z da­le­ka, ob­na­ży­ła zęby i za­war­cza­ła; spię­ła cia­ło w go­to­wo­ści do sko­ku.

– Spo­koj­nie, Ra­ile­igh. Zo­staw go. Nic nam nie zro­bi.

W kra­inie Lasu, w któ­rej przez pra­wie cały rok trwa­ła noc, ła­two było bać się wła­sne­go cie­nia. Jed­ną ze sztuk prze­trwa­nia było od­róż­nia­nie nie­bez­piecz­nych be­stii od tych, któ­re po pro­stu za­miesz­ki­wa­ły swój te­ren. I przy­glą­da­ły się przy­by­szom z cie­ka­wo­ścią – jak tre­frykt.

Dziew­czy­na się­gnę­ła do tor­by, wy­ję­ła z niej dru­gie jabł­ko i rzu­ci­ła tre­fryk­to­wi. Wie­dzia­ła, że ten go nie zje, tyl­ko uży­je go do za­ba­wy; i rze­czy­wi­ście, pa­ty­czak za­czął pod­rzu­cać owoc jak pił­kę. Ła­pał ją nie­zdar­nie w swo­je pal­ce-ró­zgi i wy­da­wał dźwięk, jak­by śmiał się i cie­szył. Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się do nie­go, kie­dy ra­zem z Ra­ile­igh go mi­ja­ły.

Szły już dość dłu­go przez względ­nie spo­koj­ny Su­chy Las. Tej nocy w La­ate­ilis ob­cho­dzo­no świę­to Vin­ter­næt­ter – po­le­ga­ło ono na od­da­wa­niu czci zmar­łym. Z tej oka­zji wy­pra­wia­no ce­le­bra­cje o róż­no­ra­kim cha­rak­te­rze: od tych naj­bar­dziej gor­li­wych i mo­dli­tew­nych, przez neu­tral­ne, czy­sto dzięk­czyn­ne, aż po ob­rzę­dy zu­peł­nie hip­no­ty­zu­ją­ce, trans­owe, nie tyl­ko od­da­ją­ce sza­cu­nek śmier­ci, ale też zmy­sło­wo i z pa­sją wiel­bią­ce ży­cie. Vin­ter­næt­ter od­by­wa­ło się zwy­kle pod go­łym nie­bem, w więk­szych i mniej­szych grup­kach lu­dzi pa­lą­cych ogni­ska, do któ­rych wrzu­ca­no ele­men­ty gar­de­ro­by w roz­ma­itych in­ten­cjach – im bar­dziej skom­pli­ko­wa­na in­ten­cja, tym bo­gat­szy ubiór gi­nął w pło­mie­niach, oczy­wi­ście za­le­że­nie od moż­li­wo­ści świę­tu­ją­cych. Pra­gną­ce mi­ło­ści ko­bie­ty po­tra­fi­ły po­świę­cić nie­jed­ną bo­ga­to ha­fto­wa­ną suk­nię, aby bar­dziej przy­po­do­bać się Anio­łom, za to męż­czyź­ni szu­ka­ją­cy rze­mio­sła naj­czę­ściej pa­li­li rę­ka­wi­ce lub na­kry­cia gło­wy.

Stwo­ry i be­stie, ta­kie jak skrzy­dla­ta pan­te­ra, nie prze­pa­da­ły jed­nak za tą szcze­gól­ną nocą, gdyż oprócz skła­da­nia hoł­du zmar­łym przod­kom w wie­lu miej­scach pró­bo­wa­no ich też przy­wo­łać, od cze­go ma­gicz­ne isto­ty wo­la­ły się trzy­mać z da­le­ka. Zmar­li, któ­rzy prze­kra­cza­li tej nocy ba­rie­rę ży­cia, wy­wo­ły­wa­li w nich nie­po­kój; naj­lep­szą bro­nią be­stii jest bo­wiem za­da­wa­nie śmier­ci, a zda­je się to broń wy­so­ce nie­sku­tecz­na wo­bec nie­ży­wych.

Dziew­czy­na ro­zej­rza­ła się po le­sie, któ­ry wy­da­wał się w każ­dym miej­scu wy­glą­dać tak samo, jed­nak ona po­tra­fi­ła roz­róż­nić jego cha­rak­te­ry­stycz­ne ele­men­ty, jak na przy­kład uno­szą­cy się przed nimi rój świe­tli­ków czy sym­bol wy­ry­ty w ko­rze drze­wa.

– Już nie­da­le­ko – orze­kła, ko­mu­ni­ku­jąc się z pan­te­rą dość oszczęd­nie.

Ma­sze­ro­wa­ły jesz­cze oko­ło pół go­dzi­ny, za­nim doj­rza­ły w głę­bi lasu le­d­wie wi­docz­ną, cał­ko­wi­cie po­ro­śnię­tą mchem bra­mę. Dziew­czy­na spoj­rza­ła na swo­ją czwo­ro­noż­ną to­wa­rzysz­kę i za­wy­ro­ko­wa­ła krót­ko:

– Je­ste­śmy.

Pan­te­ra wzdry­gnę­ła się, jak­by to wca­le nie była do­bra wia­do­mość. Bra­ma ani drgnę­ła, kie­dy spró­bo­wa­ły ją otwo­rzyć.

– To nic – za­pew­ni­ła za­kap­tu­rzo­na po­dróż­nicz­ka (chy­ba bar­dziej sie­bie niż Ra­ile­igh, któ­rej naj­wy­raź­niej było wszyst­ko jed­no).

Sta­nę­ła w nie­wiel­kim roz­kro­ku na­prze­ciw­ko po­kaź­nej furt­ki i dwa razy stuk­nę­ła złą­czo­ny­mi pal­ca­mi ser­decz­nym i środ­ko­wym o otwar­tą dłoń le­wej ręki. Na­stęp­nie pra­wy kciuk ufor­mo­wał z pal­cem ser­decz­nym koło, ob­ra­ca­jąc nad­gar­stek tak, aby kciuk znaj­do­wał się u góry. Te­raz pra­wa dłoń ode­rwa­ła się od le­wej, tym ra­zem z pal­ca­mi wy­pro­sto­wa­ny­mi w dół – obie dło­nie były skie­ro­wa­ne we­wnętrz­ny­mi stro­na­mi do sie­bie. Kciu­ki po­łą­czy­ły się z pal­ca­mi środ­ko­wy­mi, a na­stęp­nie oba punk­ty sty­ku do­tknę­ły się, two­rząc coś na kształt zna­ku nie­skoń­czo­no­ści, po czym dziew­czy­na ob­ró­ci­ła dło­nie w prze­ciw­nych kie­run­kach i bra­ma lek­ko syk­nę­ła zna­jo­mym dźwię­kiem, któ­ry wy­da­wa­ła z sie­bie ma­gia.

Ze zmur­sza­łe­go zam­ka po­le­cia­ła iskra, za chwi­lę brzęk­nął i po chwi­li przej­ście sta­ło otwo­rem.

– Val­lu­ku.

„Dzię­ku­ję ci”. Ma­gii za­wsze wy­pa­da­ło po­dzię­ko­wać.

Prze­śli­zgnę­ły się do środ­ka i ich oczom uka­zał się nie­wiel­ki cmen­tarz, na któ­rym pa­no­wa­ła bez­względ­na ci­sza. Ja­sne ka­mie­nie wy­bi­ja­ły się na tle ciem­nej, nie­mal czar­nej ściół­ki, a nad zie­mią uno­si­ła się de­li­kat­na mgła. Jed­ne na­grob­ki były nie­wiel­kie, skrom­ne, inne bar­dziej oka­za­łe, pra­wie wszyst­kie jed­nak za­nie­dba­ne, po­ro­śnię­te mchem tak samo jak bra­ma. Tyl­ko nie­licz­ne błysz­cza­ły w księ­ży­co­wej, roz­pro­szo­nej przez mgłę po­świa­cie.

Dziew­czy­na przez chwi­lę wy­glą­da­ła, jak­by nie do koń­ca wie­dzia­ła, cze­go szu­ka, ale za chwi­lę jej wzrok padł na pły­tę na­grob­ną w głę­bi, na prze­ciw­le­głym krań­cu cmen­ta­rza, w środ­ku alej­ki. U jej szczy­tu wid­niał na­gro­bek, któ­re­go z da­le­ka nie mo­gła prze­czy­tać, jed­nak z boku zbu­do­wa­no wie­życz­kę z wy­ku­tym ze­ga­rem i sło­wa­mi w sta­ro­daw­nym ję­zy­ku.

Cza­ro­dziej­ka prze­tłu­ma­czy­ła na głos:

Księ­życ ten sam, któ­ry do­brze znam,

Blask z mo­rza łez, gdym u śmier­ci bram.

– To ten, Ra­ile­igh. – Przy­spie­szy­ła kro­ku. – To ten!

Oczy za­świe­ci­ły jej się jak dziec­ku, któ­re zna­la­zło skarb. Była już tak bli­sko, że bez pro­ble­mu mo­gła od­czy­tać na­pis na na­grob­ku:

NIS­SA­RA I TIN­COM­MIUS

Skrzy­dla­ta pan­te­ra mruk­nę­ła, jak­by z apro­ba­tą.

– Do­brze, do ro­bo­ty – za­rzą­dzi­ła. – Ra­ile­igh, zbierz tro­chę chru­stu i pa­ty­ków na ogni­sko.

Pan­te­ra po­słusz­nie wy­bra­ła się na po­szu­ki­wa­nia ma­te­ria­łu opa­ło­we­go, o co na szczę­ście w Su­chym Le­sie było szcze­gól­nie ła­two, dziew­czy­na zaś z pew­ną ulgą zdję­ła wresz­cie tor­bę i za­czę­ła roz­ma­so­wy­wać so­bie ra­mię, któ­re mu­sia­ło już być lek­ko nad­wy­rę­żo­ne. Za­war­tość to­bo­łu oka­za­ła się za­ska­ku­ją­ca, po­nie­waż skła­da­ła się nie­mal wy­łącz­nie z po­ży­wie­nia: w pa­pie­ro­wych tor­bach za­wi­nię­ty był ka­wał świe­że­go chle­ba, por­cja wo­ło­wi­ny w zio­łach, je­den ape­tycz­ny ziem­niak w mun­dur­ku z roz­ma­ry­no­wym ma­słem, aro­ma­tycz­ne cia­sto cy­na­mo­no­we, a na­wet szkla­ne sło­icz­ki z odro­bi­ną zupy ce­bu­lo­wej i sosu pie­cze­nio­we­go.

Wszyst­ko to zo­sta­ło roz­ło­żo­ne na por­ce­la­no­wych ta­ler­zach z in­kru­sto­wa­ny­mi brze­ga­mi w kształ­cie ga­łę­zi z list­ka­mi; w gór­nej czę­ści na­czyń wid­nia­ło ja­de­ito­we „L” jak La­ate­ilis – znak roz­po­znaw­czy za­sta­wy po­cho­dzą­cej z pa­ła­cu. Uczta wy­glą­da­ła co naj­mniej gro­te­sko­wo: naj­lep­sze ką­ski z kró­lew­skie­go sto­łu po­da­ne na śnież­no­bia­łym ob­ru­sie wśród cmen­tar­ne­go oto­cze­nia.

Kil­ko­ma spraw­ny­mi ru­cha­mi dło­ni dziew­czy­na wznie­ci­ła ogień na przy­go­to­wa­nym przez pan­te­rę sto­sie drew­na i wrzu­ci­ła do nie­go nie­chęt­nie je­dwab­ną chu­s­tę, wzdy­cha­jąc cięż­ko. Było jej żal pięk­ne­go ka­le­doń­skie­go ma­te­ria­łu, ale li­czy­ła na to, że Anio­ło­wie wy­na­gro­dzą jej po­świę­ce­nie ła­ską suk­ce­su w ca­łym tym przed­się­wzię­ciu. Przy­wo­ła­nie zja­wy z kra­iny wiecz­ne­go snu to była pest­ka w po­rów­na­niu z tym, o co trze­ba było ją po­pro­sić.

– Pra­wie go­to­we. – Dziew­czy­na spoj­rza­ła na Ra­ile­igh. – Ale mu­szę jesz­cze zdjąć ka­mień z gro­bu. Przez ka­mień się nie uda.

Pan­te­ra spoj­rza­ła na nią, jak­by chcia­ła swo­imi bia­ły­mi, błysz­czą­cy­mi ocza­mi za­py­tać: „Nie masz na to ja­kiejś ma­gii?”.

– Wolę nie uży­wać za dużo cza­rów, żeby nie osła­bić we­zwa­nia. – Wy­cią­gnę­ła z tor­by dwie liny; ob­wią­za­ła nimi ka­mień po obu stro­nach. Po­da­ła jed­ną koń­ców­kę liny pan­te­rze, a ta po­chwy­ci­ła ją py­skiem. – Na trzy. Raz, dwa…

Pły­ta po­ru­szy­ła się o kil­ka cen­ty­me­trów po stro­nie dziew­czy­ny i do­bre pół me­tra po stro­nie pan­te­ry; zwie­rzę mu­sia­ło być nie­zwy­kle sil­ne. Chwi­lę jesz­cze si­ło­wa­ły się z cię­ża­rem, choć więk­szość pra­cy wy­ko­na­ła Ra­ile­igh i póź­niej cią­gnę­ła już obie liny jed­no­cze­śnie. W koń­cu się uda­ło i pły­ta opa­dła z głu­chym ło­sko­tem na zie­mię.

Dziew­czy­na odro­bi­nę się spo­ci­ła, ale by­naj­mniej nie z wy­sił­ku. Po­tar­ła de­li­kat­nie czo­ło i wzię­ła głę­bo­ki od­dech; te­raz po raz pierw­szy wi­dać było po niej lek­kie zde­ner­wo­wa­nie.

– W po­rząd­ku – po­wta­rza­ła szep­tem jak­by sama do sie­bie. – W po­rząd­ku.

Uklę­kła na jed­no ko­la­no, wy­cią­gnę­ła rękę i po­ło­ży­ła ją pew­nie na na­grob­ku.

– Mi gal­ne­ku, Nis­sa­ra-kall.

„Przy­zy­wam cię, Nis­sa­ro”.

Jej głos był mięk­ki, sen­ny.

– Mi vram­pe dat­ku gve­rin­spø. Vyl­lan, gal­ne­ku pomi ä Vin­ter­næt­ter, Nis­sa­ra-kall.

„Mam dla cie­bie dary. Pro­szę, przy­bądź do mnie w świę­to Vin­ter­næt­ter, Nis­sa­ro”.

Ję­zyk sta­ro­daw­ny brzmiał prze­pięk­nie, był szcze­gól­nie me­lo­dyj­ny ze wzglę­du na swo­je ak­cen­to­wa­nie – każ­da sy­la­ba wy­ma­ga­ła in­nej mo­du­la­cji gło­su, a spół­gło­ski ta­kie jak „l” czy „k” były uro­czo wy­róż­nia­ne, odro­bi­nę prze­cią­ga­ne, jak­by mów­czy­ni chcia­ła je za­trzy­mać tro­chę dłu­żej na ję­zy­ku.

Nad gro­bem, któ­ry te­raz był od­sło­nię­ty, tak że wi­dać było wi­ją­ce się w zie­mi ro­ba­ki, za­czę­ły zbie­rać się cie­nie. Dziew­czy­na pod­nio­sła gło­wę, żeby się im przyj­rzeć; jej usta roz­chy­li­ły się w lek­kim, wy­ra­ża­ją­cym za­fa­scy­no­wa­nie uśmie­chu. Pan­te­ra zaś ode­szła da­lej, niby mi­mo­cho­dem, ale jed­nak nie­co sku­lo­na, jak­by od­czu­wa­ła spo­ry dys­kom­fort. Cie­nie za­czy­na­ły po­wol­nie wi­ro­wać wo­kół sie­bie, gęst­nieć, przy­bie­rać sre­brzy­stą bar­wę, za­pew­ne od­bi­tą od świa­tła księ­ży­ca, któ­ry wi­siał wy­so­ko po­nad wierz­choł­ka­mi wy­su­szo­nych drzew, aż w koń­cu ufor­mo­wa­ły syl­wet­kę ko­bie­ty odzia­nej w dłu­gie sza­ty, jed­nak z pust­ką zie­ją­cą w miej­scu, w któ­rym po­win­na znaj­do­wać się twarz.

– Ar­kee or­de­bie­mi ä Vin­ter­næt­ter?

„Kto mnie bu­dzi w świę­to Vin­ter­næt­ter?”.

Dziew­czy­na wsta­ła z ko­la­na i spoj­rza­ła na szep­czą­cą zja­wę, któ­ra nie brzmia­ła na roz­gnie­wa­ną.

Od­chrząk­nę­ła.

– Sige So­lvay-kall, Krüne Haxa, kman ot­tu­le fe­eri­gor­ku.

„Je­stem So­lvay, Krüne Haxa, i przy­szłam za­dać ci py­ta­nie”.

*

Sía Ra­va­laz­za, Rocz­ni­ki

Związ­ki lu­dzi po­spo­li­cie uro­dzo­nych z tymi, któ­rzy wy­ka­zu­ją moc ma­gii, nie są za­bro­nio­ne ani pięt­no­wa­ne. Hi­sto­ria no­tu­je wie­le ta­kich przy­pad­ków, w tym na przy­kład mał­żeń­stwo Gu­sta­va i Käthe czy – o wie­le mniej po­cie­sza­ją­ca, acz owia­na le­gen­dą – więź Nis­sa­ry i Tin­com­miu­sa.

Opo­wieść ta za­czy­na się, gdy cza­ro­dziej­ka o drze­mią­cej w niej ma­gii roz­po­rzą­dza­nia cza­sem, Nis­sa­ra, na­po­tka­ła na swej dro­dze mia­stecz­ko, w któ­rym wiódł ży­wot mło­dzie­niec imie­niem Tin­com­mius. Stru­dzo­na wę­drów­ką ko­bie­ta otrzy­ma­ła schro­nie­nie w domu mat­ki Tin­com­miu­sa, gdzie za­pu­ka­ła z proś­bą o noc­leg. Otrzy­ma­ła to, o co pro­si­ła, a tak­że zo­sta­ła po­bło­go­sła­wio­na da­rem mi­ło­ści. Nis­sa­ra bo­wiem za­ko­cha­ła się w swym wy­bran­ku od pierw­sze­go wej­rze­nia, za­miesz­ka­ła w wio­sce i czy­ni­ła w niej do­bro dzię­ki swej ma­gicz­nej mocy.

Czas upły­wał, a dwo­je za­ko­cha­nych upew­nia­ło się, że ich mi­łość jest praw­dzi­wa i dłu­go­wiecz­na. Oglą­da­li we­spół gwiaz­dy na noc­nym nie­bo­skło­nie, zbie­ra­li zio­ła do uzdra­wia­ją­cych na­pa­rów, spa­ce­ro­wa­li wśród le­śnych za­gaj­ni­ków i cie­szy­li się sobą na­wza­jem. Wkrót­ce Tin­com­mius po­pro­sił o rękę Nis­sa­ry, a ona przy­ję­ła oświad­czy­ny z naj­więk­szą ra­do­ścią. W ocze­ki­wa­niu na wiel­ki dzień zaj­mo­wa­li się swo­imi spra­wa­mi, jed­nak któ­re­goś razu nad wio­skę nad­cią­gnę­ła bu­rza od stro­ny mórz. Zwy­kle spo­koj­ne nie­bo roz­bły­sło pio­ru­na­mi, a ule­wa pod­to­pi­ła nie­któ­re domy. Tin­com­mius po­sta­no­wił spraw­dzić, czy jego uko­cha­na jest bez­piecz­na; wy­biegł z domu i choć nie miał do po­ko­na­nia dłu­giej dro­gi, tuż przed do­mem Nis­sa­ry ra­ził go je­den z pio­ru­nów.

Cza­ro­dziej­ka wy­bie­gła przed cha­tę, za­nie­po­ko­jo­na gło­śnym wy­strza­łem. Kie­dy zo­ba­czy­ła dy­mią­ce się cia­ło Tin­com­miu­sa i po­ję­ła, co się wy­da­rzy­ło, jej la­ment usły­sza­no w ca­łej oko­li­cy. Tin­com­mius zo­stał po­cho­wa­ny na­stęp­ne­go dnia, ale Nis­sa­ra zde­cy­do­wa­na była przy­wró­cić ży­cie lu­be­mu. Jako wła­da­ją­ca rzad­ką mocą cza­su prze­czy­ta­ła wszyst­kie księ­gi i roz­py­ta­ła wszyst­kich cza­row­ni­ków, któ­rzy mo­gli jej po­móc w opra­co­wa­niu cza­ru, któ­re­go nikt wcze­śniej nie od­wa­żył się użyć – cza­ru co­fa­ją­ce­go czas.

Mi­nę­ło sie­dem lat od śmier­ci Tin­com­miu­sa, kie­dy Nis­sa­ra była go­to­wa prze­pro­wa­dzić ma­gicz­ną pró­bę. W swo­im po­ko­le­niu nie mia­ła so­bie rów­nych, a jej po­tę­ga za­dzi­wi­ła na­wet ją samą, kie­dy czar się po­wiódł i na­gle ock­nę­ła się sie­dem lat wcze­śniej, w noc bu­rzy, któ­ra zgu­bi­ła Tin­com­miu­sa. Czas jed­nak ostrzegł ją, że wró­ci ode­brać swo­je sie­dem lat, al­bo­wiem ma­te­ria cza­su jest de­li­kat­na i musi być w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku w rów­no­wa­dze. Co zo­sta­ło prze­dłu­żo­ne, skra­ca się gdzieś w in­nym swym ka­wał­ku lub wy­mia­rze, nie da­jąc ma­gii szans na oszu­ka­nie fun­da­men­tów wszech­rze­czy. Nis­sa­ra po­bie­gła do domu Tin­com­miu­sa, za­nim nie­bo na po­wrót usła­ło się pio­ru­na­mi, a męż­czy­zna tej nocy zo­stał bez­piecz­ny.

Nis­sa­ra i Tin­com­mius po­bra­li się i do­cze­ka­li po­tom­ka. Ko­bie­ta po­wi­ła chłop­ca imie­niem Ka­lum. Nis­sa­ra już wię­cej nie ko­rzy­sta­ła ze swo­ich naj­po­tęż­niej­szych mocy, je­dy­nie le­czy­ła cho­rych w wio­sce i po­ma­ga­ła są­sia­dom, uży­wa­jąc po­spo­li­tej ma­gii. Któ­re­goś dnia wie­sza­ła w nie­wiel­kim ogro­dzie świe­żo wy­pra­ną pie­rzy­nę, gdy w bla­sku księ­ży­ca uj­rza­ła Tin­com­miu­sa, pro­wa­dzą­ce­go Ka­lu­ma do domu z miej­sco­wej szko­ły. Po­ma­cha­ła im, a oni uśmiech­nę­li się do niej – i był to ostat­ni raz, kie­dy ich wi­dzia­ła.

Ma­te­ria cza­su za­fa­lo­wa­ła przed nią, prze­no­sząc ją sie­dem lat do przo­du. Nis­sa­ra obu­dzi­ła się w swej cha­cie, lecz nie mo­gła ni­g­dzie zna­leźć mał­żon­ka ani syna. W wio­sce nie było wie­lu zna­jo­mych jej twa­rzy, ale w koń­cu roz­po­zna­ła w jed­nej z ko­biet mat­kę Tin­com­miu­sa. Za­py­ta­ła ją, gdzie może go zna­leźć, na co ko­bie­ta z pust­ką w oczach od­par­ła, że na cmen­ta­rzu – tam, gdzie trzy lata wcze­śniej za­bra­ła jej syna i wnu­ka za­ra­za.

Nis­sa­ra spę­dzi­ła resz­tę ży­cia w izo­la­cji. Stu­dio­wa­ła za­gad­nie­nie cza­su do koń­ca swych dni, ży­jąc w od­osob­nie­niu. Ni­g­dy już nie od­wa­ży­ła się ma­ni­pu­lo­wać ni­cią kon­ti­nu­um.

Hi­sto­ria ta, choć tra­gicz­na, do­wo­dzi, że cza­row­ni­cy i lu­dzie mogą więc za­wie­rać mał­żeń­stwa, a tak­że wy­cho­wy­wać wspól­ne po­tom­stwo bez na­pięt­no­wań. Jest to zu­peł­nie po­wszech­ne zja­wi­sko, się­ga­ją­ce cza­sów.

*

– A więc ro­zu­miesz sta­ro­mo­wę Sía Ra­va­laz­zy – za­uwa­ży­ła Nis­sa­ra.

Jej syl­wet­ka wy­glą­da­ła upior­nie, ale zja­wa nie spra­wia­ła wra­że­nia wście­kłej. To jed­nak mo­gło się w mgnie­niu oka zmie­nić; to­wa­rzy­stwo du­chów by­wa­ło ka­pry­śne i nie­prze­wi­dy­wal­ne, zwłasz­cza kie­dy nie przy­by­wa­ło się do nich bez­in­te­re­sow­nie.

– Tak, moja mat­ka uczy­ła mnie tego ję­zy­ka od dziec­ka – od­par­ła So­lvay, wy­cią­ga­jąc jabł­ko z tor­by. Już mia­ła je ugryźć, ale za­py­ta­ła naj­pierw: – Nie masz nic prze­ciw­ko?

Zja­wa tyl­ko prze­su­nę­ła za­chę­ca­ją­co dło­nią.

– Nie je­steś zła, że cię przy­zwa­łam?

– Nie… jesz­cze nie – do­da­ła po na­my­śle Nis­sa­ra. – Zo­ba­czy­my, jak mi się spodo­ba two­je py­ta­nie. I two­je dary. Co mi przy­nio­słaś z oka­zji Vin­ter­næt­ter?

– Ofia­ru­ję ci naj­lep­sze spe­cja­ły z dwo­ru kró­lew­skie­go: pie­czeń, zupa ce­bu­lo­wa, cia­sto cy­na­mo­no­we… Och­mi­strzy­ni chcia­ła upiec dy­nio­we, ale uwa­żam, że cy­na­mo­no­we jest znacz­nie lep­sze, ma taki pysz­ny krem na wierz­chu. – So­lvay opo­wia­da­ła o przy­sma­kach, po­ka­zu­jąc, co gdzie jest. Brzmia­ła tro­chę jak prze­kup­ka na tar­gu, ale chcia­ła od­wlec mo­ment, w któ­rym bę­dzie mu­sia­ła przejść do sed­na. – Wszyst­ko po­da­ne na kró­lew­skich ta­ler­zach, in­kru­sto­wa­nych masą per­ło­wą i przy­ozdo­bio­nych ja­de­item, o tu, w kształ­cie tych ma­łych list­ków.

– Hmm – za­mru­cza­ła zja­wa. – Je­stem za­do­wo­lo­na, ale roz­bu­dzi­łaś też moją cie­ka­wość. Kró­lew­skie ta­le­rze… – Gdy­by Nis­sa­ra mia­ła oczy, z pew­no­ścią wo­dzi­ła­by te­raz nimi po uczcie, a po­tem prze­nio­sła­by spoj­rze­nie na So­lvay. – Nie je­steś przy­pad­ko­wą cza­ro­dziej­ką. Przy­by­wasz z dwo­ru, wy­bu­dzasz mnie w Vin­ter­næt­ter i masz py­ta­nie. Cze­go więc chce ode mnie król?

So­lvay prze­łknę­ła kęs jabł­ka. Ro­zu­mo­wa­nie Nis­sa­ry było bez za­rzu­tu, przy­by­ła bo­wiem z kró­lew­skie­go po­le­ce­nia, jed­nak mimo to So­lvay wie­dzia­ła, że trud­no bę­dzie na­kło­nić zja­wę do wy­ja­wie­nia po­trzeb­nych jej in­for­ma­cji.

– Wie­my, że nikt w hi­sto­rii cza­row­ni­ków nie wła­dał cza­sem tak, jak ty. – So­lvay ści­szy­ła głos, na co Nis­sa­ra w od­po­wie­dzi wy­da­ła z sie­bie ni­skie, ostrze­gaw­cze wark­nię­cie. Jej srebr­ne sza­ty za­fa­lo­wa­ły gniew­nie, mimo bra­ku wia­tru. To był znak, że część ban­kie­to­wa spo­tka­nia do­bie­gła koń­ca. – Ja też je­stem… ja też po­tra­fię ro­bić rze­czy z cza­sem, tyl­ko nad nimi nie pa­nu­ję.

– Za­tem ich nie rób. – Nis­sa­ra pod­nio­sła głos. – Po co w ogó­le in­te­re­su­jesz się tą mocą?

Re­ak­cja zja­wy utwier­dzi­ła So­lvay w prze­ko­na­niu, że mi­sja płyn­nie we­szła w fazę kom­pli­ka­cji.

– In­te­re­su­ję się nią, po­nie­waż ją po­sia­dam. A to, z ja­kim skut­kiem się nią po­słu­gu­ję, za­le­ży tyl­ko od tego, na ile po­tra­fię ją kon­tro­lo­wać. Dar ujaw­nia się mi­mo­wol­nie, czy tego chcę, czy nie.

– Dar… – prych­nę­ła Nis­sa­ra. – Ra­czej prze­kleń­stwo.

– Wiem, że nie spodo­ba ci się moja proś­ba, ale przy­naj­mniej mnie wy­słu­chaj. – Dziew­czy­na wy­rzu­ci­ła ogry­zek za sie­bie, wy­cie­ra­jąc ręce o spodnie kom­bi­ne­zo­nu. Ogryz­kiem przez chwi­lę za­in­te­re­so­wa­ła się pan­te­ra, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wi­ła tkwić da­lej w swo­im pół­u­kry­ciu. – Chcę… mu­szę na­uczyć się za­trzy­my­wa­nia czy­jejś in­dy­wi­du­al­nej li­nii cza­su.

Po­wie­trze wo­kół Nis­sa­ry huk­nę­ło głu­chym dźwię­kiem tak gło­śno, że So­lvay bez­wied­nie cof­nę­ła się o pół kro­ku, a Ra­ile­igh za­skom­la­ła krót­ko, za­nim zdą­ży­ła się opa­no­wać.

– Jak śmiesz wzy­wać mnie w świę­to zmar­łych i wy­py­ty­wać o czar cza­su! – Zja­wa po raz pierw­szy zmie­ni­ła po­zy­cję: schy­li­ła się, przy­su­nę­ła pu­stą twarz do So­lvay i są­czy­ła swo­je sło­wa, wy­raź­nie roz­złosz­czo­na.

Dziew­czy­na stłu­mi­ła w so­bie cały lęk, któ­ry w niej wez­brał, i przy­bli­ży­ła się w stro­nę zja­wy. Wie­dzia­ła, że to pró­ba sił, star­cie cha­rak­te­rów.

– Kra­ina jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Ci­sza. Brak od­po­wie­dzi.

– Gro­zi nam woj­na, je­śli nie po­mo­gę kró­lo­wi.

Da­lej nic.

– Mogę po­móc tyl­ko w ten spo­sób. Tyl­ko ma­newr cza­sem nas oca­li.

Nis­sa­ra za­śmia­ła się gorz­ko.

– Tyl­ko ma­newr cza­sem was oca­li, tak? Kto tak twier­dzi?

– Król.

– W ta­kim ra­zie król jest głup­cem – za­szy­dzi­ła Nis­sa­ra.

So­lvay ze­sztyw­nia­ła. Pierw­szy raz sły­sza­ła, żeby ktoś w ten spo­sób wy­po­wia­dał się o mo­nar­sze La­ate­ilis. Zja­wa wręcz ją zi­ry­to­wa­ła.

– Król jest…

– Głup­cem! – za­grzmia­ła po­now­nie Nis­sa­ra, jesz­cze do­bit­niej pod­kre­śla­jąc wy­bra­ny epi­tet. – Każ­dy, kto pró­bu­je ma­czać pal­ce w bie­gu cza­su, jest głup­cem. Ty rów­nież.

W po­rząd­ku, po­my­śla­ła So­lvay. Prze­łknę to.

– Wiesz w ogó­le, jaki jest plan kró­la? Ja­kie jest nie­bez­pie­czeń­stwo? Komu bę­dziesz mu­sia­ła za­trzy­mać li­nię cza­su?

So­lvay mil­cza­ła. Nie zna­ła od­po­wie­dzi na żad­ne z tych py­tań, po­nie­waż tak się zło­ży­ło, że do­pie­ro co za­koń­czy­ła mi­sję han­dlo­wą w in­nej kra­inie, któ­rej wy­ni­kiem było za­opa­trze­nie la­bo­ra­to­ryj­ne­go apo­te­ka­rium w spo­ry za­pas sre­brzy­ste­go lo­to­su. Nowy roz­kaz otrzy­ma­ła za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcze­śniej, na­tych­miast po po­wro­cie do pa­ła­cu, a że wy­bu­dze­nia Nis­sa­ry moż­na było do­ko­nać je­dy­nie w świę­to Vin­ter­næt­ter, mu­sia­ła ru­szać pra­wie od razu, bez mar­no­wa­nia cen­ne­go cza­su na py­ta­nia – była pod­wład­ną i przede wszyst­kim wy­peł­nia­ła po­le­ce­nia. Po pierw­sze, udać się na grób Nis­sa­ry, po dru­gie, otrzy­mać in­struk­cję prze­pro­wa­dze­nia cza­ru, po trze­cie, w od­po­wied­nim cza­sie, do­ko­nać ma­gii. To wszyst­ko, cze­go zdą­ży­ła się do­wie­dzieć.

Cza­ro­dziej­ka nie mia­ła po­my­słu na to, jak sen­sow­nie prze­rwać ci­szę, nie zdra­dza­jąc się bez­myśl­nie z fak­tem, że bra­ko­wa­ło jej zna­jo­mo­ści kon­tek­stu mi­sji, z któ­rą przy­by­ła. Mia­ła na­dzie­ję, że ar­gu­ment o po­ten­cjal­nej zgu­bie kra­iny bę­dzie dla zja­wy bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy, tym­cza­sem nie wy­glą­da­ło na to, żeby zro­bił na niej ja­kieś pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie.

Za­nim zdą­ży­ła się ode­zwać, Nis­sa­ra prze­mó­wi­ła pierw­sza, tym ra­zem mięk­ko, tak jak na po­cząt­ku:

– Ach, jak daw­no nie wi­dzia­łam świa­tła księ­ży­ca. Mój uko­cha­ny Prism. – Przez chwi­lę tkwi­ła za­wie­szo­na w po­wie­trzu ze swym srebr­nym kap­tu­rem unie­sio­nym ku nie­bu. – Dzię­ku­ję, że mnie od­wie­dzi­łaś; na­wet je­śli tyl­ko dla­te­go, że cze­goś ode mnie po­trze­bo­wa­łaś. Ta­le­rze są pięk­ne.

So­lvay za­czę­ły gryźć wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Prze­pra­szam, je­śli cię ura­zi­łam, Nis­sa­ro. Znam two­ją hi­sto­rię, stu­dio­wa­łam twój ży­cio­rys na pod­sta­wie Rocz­ni­ków. Roz­mo­wa z tobą to dla mnie wiel­ki za­szczyt. Czu­ję, że za spra­wą na­szej… nie­spo­ty­ka­nej mocy je­ste­śmy w pew­nym sen­sie so­bie po­krew­ne.

– Chro­nos to bar­dzo rzad­ka moc – przy­zna­ła nie­chęt­nie Nis­sa­ra, te­raz brzmia­ła ła­god­niej.

– Wiem, jak ry­zy­kow­ne jest ma­ni­pu­lo­wa­nie cza­sem, i ro­zu­miem, jak fa­tal­nie może się skoń­czyć. Ale do­pusz­czam też moż­li­wość, że moż­na obejść się z ma­gią cza­su mą­drze, wy­ko­rzy­stać ją wła­ści­wie. W koń­cu zo­sta­ła nam ona prze­ka­za­na… w ja­kimś celu. – Dziew­czy­na nie była pew­na, czy bar­dziej prze­ko­nu­je Nis­sa­rę, czy samą sie­bie.

– Mó­wi­łaś, że twój czar już się ujaw­nił. Co po­tra­fisz z nim zro­bić?

So­lvay wbi­ła wzrok w zie­mię i za­czer­wie­ni­ła się ze wsty­du.

– Wła­ści­wie to nic. Nic waż­ne­go. Parę razy moc po pro­stu ujaw­ni­ła się przy­pad­ko­wo; po raz pierw­szy, kie­dy by­łam dziec­kiem, i stąd wie­dzie­li­śmy, że nią wła­dam. Dłu­go uczy­łam się kon­tro­lo­wać ją tak, aby po pro­stu po­zo­sta­wa­ła w uśpie­niu, ale w szko­le prze­sta­ło to być moż­li­we. Moc za bar­dzo wy­cho­dzi­ła na wierzch ma­gii, któ­rą ope­ro­wa­łam na co dzień na za­ję­ciach.

– I co wte­dy zro­bi­łaś? – drą­ży­ła Nis­sa­ra.

So­lvay wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Pod­ję­łam na­ukę wcho­dze­nia w czar cza­su, ale głów­nie po to, by po­tra­fić z nie­go w porę wyjść. – Dziew­czy­na za­ci­snę­ła moc­niej poły swo­jej pe­le­ry­ny. Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy zro­bi­ło się tak zim­no. – Wi­dzisz, po­mi­mo dzi­siej­szej wi­zy­ty, któ­rą ci skła­dam, sama je­stem ra­czej prze­ko­na­na o tym, że cza­sem po­win­no się ma­ni­pu­lo­wać ostroż­nie. Spa­ła­bym spo­koj­niej, gdy­bym była po pro­stu zwy­czaj­nym ma­giem.

– Ale zga­du­ję, że wte­dy nie pra­co­wa­ła­byś w kró­lew­skim pa­ła­cu?

So­lvay wzru­szy­ła ra­mio­na­mi; wła­ści­wie ni­g­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­ła. Do tej pory nie było po­trze­by sko­rzy­sta­nia z peł­ne­go po­ten­cja­łu jej ma­gii, więc za­kła­da­ła, że ceni się ją z in­nych wzglę­dów: do­sko­na­le zna­ła to­po­gra­fię nie­mal ca­łe­go La­ate­ilis, świet­nie wal­czy­ła, była kla­sycz­nie wy­kształ­co­na. W pa­ła­cu peł­ni­ła rów­nież funk­cję ge­stor­ki kró­lew­skie­go la­bo­ra­to­rium al­che­micz­ne­go; była od­po­wie­dzial­na za ca­ło­kształt jego funk­cjo­no­wa­nia, w tym uzu­peł­nia­nie za­pa­sów ma­gicz­nych na­pa­rów, zbio­ry ziół, prze­cho­wy­wa­nie ka­mie­ni o ma­gicz­nych wła­ści­wo­ściach. Przy­da­wa­ła się wszę­dzie po tro­chu.

Ma­gia cza­su wy­da­wa­ła się barw­nym do­dat­kiem, ale nie klu­czo­wym atry­bu­tem de­cy­du­ją­cym o tym, czy war­to utrzy­my­wać ją w pa­ła­cu.

Za­nim zdo­ła­ła prze­ka­zać te wszyst­kie roz­wa­ża­nia Nis­sa­rze, ta ode­zwa­ła się po­now­nie:

– Po­wiem ci, jak wy­ko­nać czar, któ­ry cię in­te­re­su­je, bo zbyt do­brze znam ludz­ką na­tu­rę. Wiem, że inni nie spo­czną, do­pó­ki nie wy­mu­szą na to­bie sko­rzy­sta­nia z two­jej mocy. Ta­kim czy in­nym spo­so­bem, me­to­dą prób i błę­dów… A to może oka­zać się da­le­ce bar­dziej nie­bez­piecz­ne. Ale ty, So­lvay, Krüne Haxa, jak się mia­nu­jesz, na­ucz się za­da­wać od­po­wied­nie py­ta­nia. Je­śli pla­nu­jesz wy­ko­nać czar z czy­je­goś po­le­ce­nia, wiedz do­kład­nie, co bie­rzesz na swo­je bar­ki. Kon­se­kwen­cje cza­su po­no­si ten, kto zle­ca urok, a więc w tym wy­pad­ku la­atej­ski mo­nar­cha, ale mo­ral­nie od­po­wie­dzial­ność za czyn za­wsze cią­żyć bę­dzie głów­nie na tym, czy­je usta wy­szep­ta­ją in­kan­ta­cję.

So­lvay ode­tchnę­ła z ulgą i jed­no­cze­śnie do­sta­ła gę­siej skór­ki. Sło­wa Nis­sa­ry za­brzmia­ły zło­wro­go; mia­ły ją prze­stra­szyć, aby wzbu­dzić w niej szcze­gól­ną ostroż­ność. Za­bieg zde­cy­do­wa­nie się udał.

– Czar jest skom­pli­ko­wa­ny, a po­nie­waż zo­sta­nie uży­ty na dru­gim czło­wie­ku, jak mnie­mam bez jego wie­dzy i zgo­dy, być może na­wet wbrew jego woli, kwa­li­fi­ko­wać się bę­dzie jako czar­na ma­gia. To wy­ma­ga wzmoc­nie­nia ar­te­fak­ta­mi.

Dziew­czy­na zdu­si­ła w so­bie od­ruch prze­wró­ce­nia ocza­mi, po­nie­waż wspo­mnie­nie ar­te­fak­tów, na do­da­tek w licz­bie mno­giej, nie wró­ży­ło ab­so­lut­nie nic do­bre­go.

– Mu­sisz przede wszyst­kim zdo­być ze­gar sło­necz­ny z pia­skow­ca. – Zja­wa za­wie­si­ła na chwi­lę głos. – Dru­gi ar­te­fakt nie­zbęd­ny do cza­ru cza­su po­zo­sta­wię w ta­jem­ni­cy, bę­dziesz mu­sia­ła się o tę in­for­ma­cję po­sta­rać.

So­lvay po­my­śla­ła, że przy­wo­ła­nie zja­wy z gro­bu samo w so­bie wy­da­wa­ło jej się „sta­ra­niem”, ale wi­docz­nie Nis­sa­ra była in­ne­go zda­nia.

– Znajdź chi­me­rę. Tam, gdzie pla­zma tań­czy we mgle na pia­nie.

– Gdzie? – Dziew­czy­na unio­sła brwi.

– Tam, gdzie pla­zma tań­czy we mgle na pia­nie. – Nis­sa­ra pod­kre­śli­ła ową oso­bli­wą lo­ka­li­za­cję to­nem, któ­ry su­ge­ro­wał, że trze­ci raz się nie po­wtó­rzy. – Ona po­wie ci, jaki jest dru­gi ar­te­fakt. Może… może zro­bi­cie dla sie­bie coś jesz­cze – do­da­ła po na­my­śle.

So­lvay nie mia­ła bla­de­go po­ję­cia, co to może zna­czyć; prze­czu­wa­ła, że Nis­sa­ra nie mówi jej wszyst­kie­go i że wi­zy­ta u chi­me­ry, co­kol­wiek ozna­cza­ła, bę­dzie for­mą do­dat­ko­we­go te­stu, za­bez­pie­cze­nia przed nie­po­wo­ła­nym uży­ciem ma­gii. Wes­tchnę­ła w my­ślach, bo całe to przed­się­wzię­cie na­gle przy­bra­ło nie­ocze­ki­wa­ne roz­mia­ry.

– Na tar­czy sło­necz­nej umieść dwie ga­łąz­ki szał­wii na­są­czo­nej olej­kiem z pę­dów so­sny, naj­le­piej z Fik­ka-Lasu, gdyż są naj­bar­dziej esen­cjo­nal­ne i da­dzą pew­ność cza­ru. Jed­ną ga­łąz­kę umieść na go­dzi­nie, o któ­rej czas ma się za­trzy­mać, a dru­gą na tej, o któ­rej ma po­wró­cić do swe­go ryt­mu. Czar za­cznie się, kie­dy pia­sko­wy gno­mon rzu­ci cień na pierw­szą ga­łąz­kę i, ana­lo­gicz­nie, skoń­czy się, kie­dy przej­dzie przez dru­gą z nich – wy­ja­śni­ła Nis­sa­ra. – Ostat­ni ar­te­fakt… ten, o któ­rym opo­wie ci chi­me­ra… Je­śli go zdo­bę­dziesz, bę­dziesz wie­dzieć, co z nim zro­bić. Kie­dy cień na ze­ga­rze do­go­ni pierw­szą ga­łąz­kę szał­wii, pro­mie­nie słoń­ca mu­szą od­bić się od lu­stra w kie­run­ku oso­by, któ­rą ma ob­jąć czar. Przy­go­tuj więc rów­nież lu­stro.

So­lvay no­to­wa­ła każ­de sło­wo w swo­jej gło­wie. Nis­sa­ra unio­sła dło­nie, się­ga­jąc tam, gdzie po­win­na się znaj­do­wać jej gło­wa, i spod sre­brzy­ste­go kap­tu­ra wy­cią­gnę­ła cien­ką, błysz­czą­cą nić. Wy­su­nę­ła ją w stro­nę dziew­czy­ny.

– Pro­szę. Je­śli do­brze ci pój­dzie u chi­me­ry, przy­da ci się.

So­lvay prze­ję­ła nić i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­ła, że to mu­siał być włos zja­wy. Chłod­na ma­gia prze­pły­nę­ła mię­dzy nimi w krót­kim mo­men­cie, w któ­rym obie trzy­ma­ły mi­go­czą­cą nit­kę. Nie prze­sta­wa­ła błysz­czeć sre­brzy­stym świa­tłem, kie­dy So­lvay cho­wa­ła ją do wo­recz­ka, a wo­re­czek do tor­by.

– Val­lu­ku diku følel­sen.

„Dzię­ku­ję ci za two­ją po­moc”.

– Vyl­lan.

„Pro­szę”.

– Pój­dę już – po­wie­dzia­ła Nis­sa­ra. – Nie mogę zbyt dłu­go prze­by­wać w świe­cie ży­wych. Roz­mo­wa z tobą, wi­dok noc­ne­go nie­ba, za­pach cy­na­mo­nu… to wszyst­ko bu­dzi moją tę­sk­no­tę za świa­tem, do któ­re­go już nie na­le­żę.

So­lvay zro­bi­ło się żal zja­wy; dziew­czy­na była dla niej sym­bo­lem tego, co kie­dyś ją roz­cza­ro­wa­ło, cze­go mia­ła już nie za­znać i cze­go nie mo­gła już na­pra­wić. Sre­brzy­ste sza­ty znów za­czę­ły ciem­nieć od dołu i przy­po­mi­nać plą­sa­ją­ce cie­nie, jed­nak Nis­sa­ra od­wró­ci­ła się jesz­cze ostat­ni raz do So­lvay i po­wie­dzia­ła:

– Czas wró­ci ode­brać swo­je mi­nu­ty. Prze­każ to kró­lo­wi La­ate­ilis.

Cie­nie po­chło­nę­ły ją ni­czym ję­zy­ki czar­ne­go ognia. Nis­sa­ra znik­nę­ła rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła. So­lvay pa­trzy­ła jesz­cze przez chwi­lę na jej grób, a wła­ści­wie ich grób: Nis­sa­ry i jej uko­cha­ne­go, Tin­com­miu­sa. Do­pie­ro te­raz zwró­ci­ła uwa­gę, że obok du­że­go na­grob­ka stał dru­gi, mniej­szy, na­le­żą­cy do ich syna Ka­lu­ma.

Oby tym ra­zem Anio­ło­wie dali im, lu­dziom, wię­cej szczę­ścia i ro­zu­mu w uży­ciu za­mie­rzo­ne­go cza­ru.

Z za­du­my wy­rwa­ło ją miauk­nię­cie Ra­ile­igh, któ­ra wresz­cie po­de­szła bli­żej. Chcia­ła już wra­cać do domu, więc So­lvay po­da­ła jej linę przy­cze­pio­ną do ka­mien­nej pły­ty.

– Mu­si­my ich przy­kryć. Żeby mie­li spo­kój. – Po chwi­li rzu­ci­ła jesz­cze w po­wie­trze, dzię­ku­jąc ma­gii: – Val­lu­ku.

PIASKOWIEC

So­lvay i Ra­ile­igh wy­ru­szy­ły w po­dróż po­wrot­ną, pod­czas któ­rej nikt już ich nie nie­po­ko­ił – nie li­cząc trzech ja­do­wi­tych nie­to­pe­rzy, któ­re upo­lo­wa­ła Ra­ile­igh i któ­re dum­nie nio­sła w py­sku do pa­ła­cu. Jad nie­to­pe­rza cien­ko­skó­re­go był skład­ni­kiem nie­któ­rych mik­stur oraz mógł słu­żyć w wal­ce, je­śli za­nu­rzy­ło się w nim gro­ty strzał lub ostrze mie­cza.

W od­da­li za­czął wresz­cie ma­ja­czyć pa­łac w ca­łym swo­im strze­li­stym ma­je­sta­cie. Bło­nia wo­kół nie­go usła­ne były te­raz do­ga­sa­ją­cy­mi ogni­ska­mi oraz sto­ła­mi z je­dze­niem lub jego reszt­ka­mi. Prism wi­docz­ny był już z pra­wej stro­ny pa­ła­cu, co zwia­sto­wa­ło świt, któ­ry w La­ate­ilis był umow­ny, po­nie­waż w kra­inie pa­no­wa­ła ciem­ność przez pra­wie cały czas. Wy­ją­tek sta­no­wi­ły dwa dni w roku, kie­dy słoń­ce wscho­dzi­ło na nie­bo­skłon, wy­mie­nia­jąc się z Pri­smem lub Nan­ną – ten dru­gi księ­życ, w od­róż­nie­niu od Pri­sma, sym­bo­li­zo­wał ener­gię żeń­ską i da­wał świa­tło i cie­pło, któ­re sprzy­ja­ły roz­kwi­to­wi. Ko­rzy­sta­li z nie­go agro­no­mo­wie, spe­cja­li­zu­ją­cy się w za­go­spo­da­ro­wy­wa­niu le­śnych te­re­nów tak, aby moż­li­wa była upra­wa ro­ślin i wa­rzyw, gdyż przez brak świa­tła sło­necz­ne­go La­ate­ilis po­le­gał nie­mal cał­ko­wi­cie na wła­ści­wo­ściach księ­ży­ca oraz in­nych ma­gicz­nych spo­so­bach upra­wy roli i ho­dow­li.

So­lvay mi­ja­ła grup­ki świę­tu­ją­cych Vin­ter­næt­ter. Wie­lu z nich po­grą­żo­nych było w mo­dli­twach, trans­ach, łzach; inni od­da­wa­li się śpie­wom, pół­e­ro­tycz­nym tań­com i eu­fo­rycz­nym unie­sie­niom, któ­re nie­wąt­pli­wie mia­ły wkrót­ce skoń­czyć się in­ne­go ro­dza­ju ce­le­bra­cją ży­cia. Za­kap­tu­rzo­na, wy­pro­sto­wa­na jak stru­na cza­ro­dziej­ka ze skrzy­dla­tym ogrom­nym ko­tem u boku zwra­ca­ła uwa­gę nie­mal wszyst­kich, ale nikt jej nie za­cze­piał. Pra­wie nikt.

Gwar­dzi­ści otwo­rzy­li jej wro­ta, ode­bra­ła ośli­nio­ne nie­to­pe­rze z py­ska Ra­ile­igh („Obrzy­dli­we…” – mruk­nę­ła) i ode­sła­ła ją na spo­czy­nek. Wcho­dzi­ła już po tra­wer­ty­no­wych scho­dach, gdy usły­sza­ła prze­cią­głe gwizd­nię­cie. Sta­nę­ła, za­klę­ta na uła­mek se­kun­dy w miej­scu i cza­sie z ręką na mar­mu­ro­wej po­rę­czy i pra­wą sto­pą na wyż­szym schod­ku, aż przez jej twarz prze­biegł uśmiech. Od­wró­ci­ła się, choć nie po­trze­bo­wa­ła żad­nych do­dat­ko­wych wska­zó­wek – wie­dzia­ła, że na dole scho­dów stoi Thöm­my.

Pierw­sze, co za­re­je­stro­wał jej wzrok, to ja­sno­nie­bie­skie oczy męż­czy­zny; tak ja­sne, że gdy­by jesz­cze tro­chę je roz­ja­śnić, sta­ły­by się prze­zro­czy­ste. Lek­ko nie­po­ko­ją­ce, hip­no­ty­zu­ją­ce. Ja­sną, moc­no za­ru­mie­nio­ną twarz oka­la­ły blond wło­sy, uło­żo­ne w nie­na­gan­ną falę tuż nad pra­wym uchem. Ta twarz była tak pięk­na i do­sko­na­ła, że wy­da­wa­ła się nie­ludz­ka, cho­ciaż Thöm­my jak naj­bar­dziej był czło­wie­kiem – po pro­stu oka­zał się bar­dzo uda­nym eg­zem­pla­rzem.

– Wy­wo­ła­łaś dzi­siaj ja­kie­goś du­cha? – za­py­tał za­czep­nie.

Jego głos brzmiał ak­sa­mit­nie, ale co ja­kiś czas po­wie­trze jak­by po­draż­nia­ło któ­rąś stru­nę gło­so­wą i wte­dy chło­pak lek­ko chry­piał. So­lvay w swo­im su­biek­tyw­nym ran­kin­gu wszyst­kich atu­tów Thöm­my’ego uwa­ża­ła jego głos za ten naj­więk­szy.

– Idź spać, Thöm­my. – Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się i kon­ty­nu­owa­ła wspi­nacz­kę po scho­dach.

Męż­czy­zna do­go­nił ją w kil­ku su­sach.

– No nie bądź taka, opo­wiedz mi coś cie­ka­we­go… czy ja­kiś duch sta­nął dzi­siaj z mar­twych na twój wi­dok? – Za­chi­cho­tał szcze­niac­ko.

– Przy­się­gam, po­tra­fisz cza­sem być taki pry­mi­tyw­ny… – wy­pa­li­ła z uda­wa­ną iry­ta­cją, ale ką­ci­ki ust ją zdra­dzi­ły.

Mia­ła sła­bość do tego, w jaki spo­sób Thöm­my po­tra­fił z każ­dej sy­tu­acji wy­cią­gnąć sek­su­al­ną alu­zję, na­wet je­śli ową sy­tu­acją było przy­wo­ły­wa­nie mar­twych z gro­bu. Abs­tra­hu­jąc od oczy­wi­stej gry słow­nej, So­lvay za­sta­na­wia­ła się, na ile Thöm­my wie coś o jej mi­sji; jako kró­lew­ski gwar­dzi­sta, a od nie­daw­na do­wód­ca jed­ne­go z le­gio­nów Gwar­dii, miał do­stęp do pew­nych po­uf­nych in­for­ma­cji, ale na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wi­ła o ni­czym mu nie wspo­mi­nać.

– Wy­bie­ram się do spa­nia – rze­kła zna­czą­co, ale Thöm­my na­dal szedł ra­zem z nią.

– Nic mi nie po­wiesz o swo­jej noc­nej mi­sji? Co ta­kie­go ro­bi­łaś z da­le­ka od pa­ła­cu w noc Vin­ter­næt­ter? – cią­gnął te­mat, gdy zbli­ża­li się już do kom­na­ty So­lvay. – Szu­ka­łem cię – syk­nął uwo­dzi­ciel­sko, ob­ró­cił ją i przy­parł do drzwi jej sy­pial­ni.

– Masz ja­kiś… masz ja­kiś pro­blem, któ­ry nie może cze­kać? – za­py­ta­ła z uda­wa­ną nie­win­no­ścią, wo­dząc wzro­kiem w dół, w oko­li­ce jego pasa od spodni.

Wy­po­czy­nek po­wo­li spa­dał na sam dół jej li­sty prio­ry­te­tów, kie­dy Thöm­my na­pie­rał na nią ca­łym swo­im cia­łem, nie po­zwa­la­jąc na żad­ne wąt­pli­wo­ści co do swo­ich in­ten­cji.

– Mam dla cie­bie jesz­cze jed­ną mi­sję tej nocy. – Za­śmiał się z bły­skiem w oku.

Pró­bo­wał ją po­ca­ło­wać, cho­ciaż prze­kor­nie od­wra­ca­ła gło­wę od jego ust. Go­nił ją swo­imi peł­ny­mi war­ga­mi, aż na­gle otwo­rzy­ła kom­na­tę, wśli­zgnę­ła się do środ­ka i roz­legł się huk za­trza­ski­wa­nych drzwi, na któ­re Thöm­my prak­tycz­nie wpadł, szcze­rze zdzi­wio­ny.

Przez chwi­lę nie wie­dział, co ma ze sobą zro­bić.

– So­lvay?

Upły­nął mo­ment bez od­po­wie­dzi, ale po chwi­li dziew­czy­na otwo­rzy­ła drzwi i była już w sa­mej bie­liź­nie. Kasz­ta­no­we wło­sy, oko­lo­ne zło­tą opa­ską, swo­bod­nie opa­da­ły na jej ze­bra­ne gor­se­tem pier­si, a usta tym ra­zem wa­bi­ły go za­lot­nym pół­u­śmie­chem. Thöm­my przy­su­nął ją do sie­bie i ob­jął sil­ny­mi ra­mio­na­mi, aż ich usta się spo­tka­ły. Za­czął ca­ło­wać So­lvay moc­no, zmy­sło­wo. Jego ręce wę­dro­wa­ły wzdłuż jej ple­ców w kie­run­ku po­ślad­ków, któ­re mu­skał dłoń­mi z nie­ukry­wa­ną przy­jem­no­ścią. Uniósł ją sil­nym chwy­tem, na co So­lvay od­po­wie­dzia­ła bły­ska­wicz­nie, opla­ta­jąc jego bio­dra no­ga­mi, jak­by to była ich prze­ćwi­czo­na cho­re­ogra­fia. Thöm­my jed­ną nogą wpra­wił drzwi w ruch i te już po chwi­li za­mknę­ły się, zo­sta­wia­jąc ich sa­mych.

*

Po­bud­ka nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych, cho­ciaż nie­ode­spa­ne zmę­cze­nie osło­dzi­ło jej wspo­mnie­nie tego, jak do­sko­na­le Thöm­my po­tra­fił ob­cho­dzić się z jej cia­łem, zwłasz­cza naj­bar­dziej stra­te­gicz­ny­mi jego miej­sca­mi. Za­wsze zo­sta­wiał na niej ja­kiś znak; tym ra­zem za­uwa­ży­ła na że­brach, pod pier­sią, de­li­kat­ne­go, ma­li­no­we­go krwia­ka. Na jego wi­dok – i re­tro­spek­cję tego, w ja­kich oko­licz­no­ściach po­wstał – lek­ko się za­ru­mie­ni­ła, choć nie był to do­bry mo­ment na od­da­wa­nie się zmy­sło­wym fan­ta­zjom. Cze­ka­ła ją kró­lew­ska rada, na któ­rej mia­ła zdać ra­port z noc­nej wy­pra­wy.

Gdy­by to był zwy­kły dzień, za­czę­ła­by go od fi­li­żan­ki ja­kie­goś zio­ło­we­go na­pa­ru i po­wol­nej, po­ran­nej to­a­le­ty. Za­miast kom­bi­ne­zo­nu, któ­ry był jej kró­lew­skim mun­du­rem za­kła­da­nym na ofi­cjal­ne wy­pra­wy, za­ło­ży­ła­by coś luź­niej­sze­go – być może ko­szu­lę i płó­cien­ne spodnie. Chwi­lę za­sta­no­wi­ła­by się, co zro­bić z wło­sa­mi, choć i tak naj­czę­ściej pa­da­ło na luź­ny war­kocz albo w ogó­le nic z nimi nie ro­bi­ła, po­zwa­la­jąc im opaść swo­bod­nie. Na śnia­da­nie zja­dła­by dwie mag­da­len­ki, któ­rych za­pas ja­kimś cu­dem za­wsze sam się uzu­peł­niał, oraz jabł­ko, po czym uda­ła­by się do la­bo­ra­to­rium al­che­micz­ne­go, miesz­czą­ce­go się w bu­dyn­ku nie­opo­dal pa­ła­cu, we wschod­niej czę­ści bło­ni. Spraw­dza­ła tam mię­dzy in­ny­mi, cze­go bra­ku­je w kre­den­sie z go­to­wy­mi do uży­cia skład­ni­ka­mi, któ­re mik­stu­ry są obec­nie wa­żo­ne, czy od­po­wied­nio za­pla­no­wa­no zbio­ry i tym po­dob­ne. Tym wła­śnie zaj­mo­wa­ła się po­mię­dzy wy­pra­wa­mi; jej cza­ro­dziej­ski po­ten­cjał był wy­ko­rzy­sty­wa­ny na co dzień w dużo bar­dziej przy­ziem­nych oko­licz­no­ściach. Spe­cjal­ne mi­sje, któ­re zle­cał jej Er­ling, ra­czej nie zda­rza­ły się jed­na po dru­giej – czę­sto by­wa­ły mię­dzy nimi dość spo­re prze­rwy.

W pa­ła­cu było jed­nak co ro­bić: kró­lew­skie la­bo­ra­to­rium dba­ło o re­zer­wy wsze­la­kiej ma­ści elik­si­rów uzdra­wia­ją­cych, środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych, past i ma­ści o róż­no­ra­kim za­sto­so­wa­niu, któ­re za­si­la­ły lecz­ni­ce i ap­te­ki w ca­łej kra­inie. Kie­dy tyl­ko mia­ła wol­niej­szą chwi­lę, So­lvay zo­sta­wa­ła z la­bo­ran­ta­mi – in­ny­mi cza­ro­dzie­ja­mi wy­kształ­co­ny­mi w Ha­xäl­la – i sama wa­rzy­ła mik­stu­ry; pra­ca nad ko­tłem była dla niej jak me­dy­ta­cja. Tę­pi­ła ha­łas i wy­ostrza­ła zmy­sły. Nie znie­chę­ca­ły jej draż­nią­ce za­pa­chy ani skru­pu­lat­ność, ja­kiej wy­ma­ga­ła al­che­micz­na sztu­ka łą­cze­nia skład­ni­ków; jej pal­ce czę­sto pach­nia­ły mie­szan­ką ziół, eks­trak­tów czy su­szo­nych zwie­rzę­cych or­ga­nów, a po­stę­po­wa­nie zgod­nie z re­cep­ta­mi po­zwa­la­ło wy­łą­czyć róż­ne mę­czą­ce pro­ce­sy my­ślo­we, od któ­rych nie mo­gła uwol­nić się w więk­szo­ści sy­tu­acji. Wła­ści­wie, w pew­nym sen­sie, pra­ca w la­bo­ra­to­rium po­zwa­la­ła jej mó­zgo­wi od­po­cząć: dziew­czy­na wy­peł­nia­ła in­struk­cje me­cha­nicz­nie, nie­mal o nich nie my­śląc, nie mar­twiąc się o żad­ne po­ten­cjal­ne ze­wnętrz­ne za­gro­że­nia. Mo­gła uspo­ko­ić swój prze­czu­lo­ny szó­sty zmysł, któ­ry prze­cho­dził w stan naj­wyż­szej czuj­no­ści, gdy So­lvay ru­sza­ła w lasy, by wy­peł­niać bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce kró­lew­skie po­le­ce­nia.

To wszyst­ko nie było jed­nak jej sce­na­riu­szem „na dziś”. Po ką­pie­li ubra­ła się i usia­dła przy biur­ku, przy któ­rym ro­bi­ła no­tat­ki z ksiąg, wy­praw i ob­ser­wa­cji – ze wszyst­kie­go, czym zaj­mo­wa­ła się w pa­ła­cu. Na bla­cie świe­ci­ła bla­do lam­pa pla­zmo­wa; la­atej­ski wy­na­la­zek, któ­ry po­zwa­lał za­my­kać świa­tło sło­necz­ne dwa razy w roku za po­mo­cą spe­cjal­nych ul­tra­czar­nych pa­ne­li, wy­sy­ła­ją­cych wiąz­ki zło­te­go bla­sku do kor­pu­su z na­ła­do­wa­nej ma­gią, wy­so­ko­ci­śnie­nio­wej pla­zmy. Pla­zma, za­leż­nie od swo­jej ja­ko­ści, po­tra­fi­ła prze­cho­wać i emi­to­wać schwy­ta­ne świa­tło przez mniej wię­cej czte­ry mie­sią­ce, po czym jego in­ten­syw­ność ma­la­ła, a więc po sa­mym na­tę­że­niu bla­sku moż­na było roz­po­znać, czy zbli­ża się Dzień Słoń­ca (So­lvay z ra­do­ścią po­my­śla­ła, że wy­cze­ki­wa­ny przez miesz­kań­ców kra­iny dzień miał na­dejść już nie­dłu­go). Lam­py pla­zmo­we zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­ły mrocz­ny La­ate­ilis i, choć były dro­gie w pro­duk­cji ze wzglę­du na ni­ską do­stęp­ność ma­te­ria­łów – i wy­spe­cja­li­zo­wa­nych ma­gów, któ­rzy po­tra­fi­li je skon­stru­ować – umoż­li­wia­ły mię­dzy in­ny­mi na­świe­tla­nie pól upraw­nych. Po­sia­da­ła je rów­nież garst­ka uprzy­wi­le­jo­wa­nych szczę­śliw­ców, w tym kró­lew­scy rad­cy, a wśród nich So­lvay.

No­tat­ki pi­sa­ła za­cza­ro­wa­nym pió­rem, któ­re otrzy­ma­ła od kró­la w pierw­szym dniu swo­jej ofi­cjal­nej pra­cy w pa­ła­cu; jego ma­gia po­le­ga­ła na tym, że tusz od­bi­jał się do­kład­nie na tylu kart­kach, ile znaj­do­wa­ło się pod sta­lów­ką. Dzię­ki temu moż­na było zro­bić na­wet kil­ka­set ko­pii jed­no­cze­śnie, choć oczy­wi­ście rzad­ko było to ko­niecz­ne. Ale So­lvay za­wsze pi­sa­ła na dwóch kart­kach – jed­na dla kró­la, jed­na dla sie­bie. Skrzęt­nie se­gre­go­wa­ła swo­je do­ku­men­ty i dba­ła o ich po­rzą­dek. Skoń­czy­ła pi­sać ra­port i wy­ję­ła jed­ną kart­kę spod pió­ra – po­zo­sta­ła wer­sja była tyl­ko dla niej – i za­pi­sa­ła tam dwa do­dat­ko­we py­ta­nia.

Ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwo gro­zi kra­inie?

Jaki inny spo­sób na obro­nę La­ate­ilis?

I po chwi­li do­da­ła trze­cie py­ta­nie:

Oś cza­su – czy­ja?

Zwi­nę­ła obie ko­pie w ru­lo­ny, zga­si­ła lam­pę se­kwen­cją dwóch uło­żeń pal­ców pra­wej dło­ni i wy­szła z kom­na­ty.

*

– Ach, So­lvay. – Na jej wi­dok twarz kró­la Er­lin­ga po­ja­śnia­ła z na­dzie­ją. Za­pew­ne miał na­dzie­ję na do­bre wie­ści, a ona rzad­ko kie­dy go za­wo­dzi­ła, zwłasz­cza w tak waż­nych spra­wach jak bez­pie­czeń­stwo kra­iny.

W sali Ko­le­gium stał dłu­gi stół z orze­cha o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie, z wi­docz­ny­mi na bla­cie sło­ja­mi, po któ­re­go jed­nej stro­nie znaj­do­wa­ły się tyl­ko dwa fo­te­le, prze­zna­czo­ne dla kró­la Er­lin­ga i kró­lo­wej Yady. Po dru­giej zaś stro­nie za­sia­da­ła cała resz­ta Ko­le­gium, któ­re zbie­ra­ło się raz w ty­go­dniu na omó­wie­nie naj­waż­niej­szych spraw kra­iny.

So­lvay spóź­ni­ła się nie­znacz­nie, wszy­scy inni rad­cy już tam byli. Omio­tła wzro­kiem salę i szyb­ko zro­bi­ła men­tal­ną li­stę obec­no­ści rad­ców: kanc­lerz kra­iny, rach­mistrz Iza­ak – jej bli­ski przy­ja­ciel z cza­sów szkol­nych, ge­ne­rał Gwar­dii Kró­lew­skiej oraz Karl Ove, czy­li lek­ko eks­tra­wa­ganc­ki mę­drzec i oso­bi­sty do­rad­ca kró­la. Za­sko­czy­ła ją jed­nak obec­ność dwóch szpie­gów kró­lew­skich, a tak­że dwóch do­wód­ców le­gio­nów u boku ge­ne­ra­ła. Jed­nym z nich był Thöm­my, któ­ry mru­gnął do niej nie­po­strze­że­nie, a dru­gie­go ko­ja­rzy­ła tyl­ko z wi­dze­nia.

No i ona, Krüne Haxa, czy­li Kró­lew­ska Cza­ro­dziej­ka w sta­ro­mo­wie Sía Ra­va­laz­zy. W sali był kom­plet.

– Wa­sza Wy­so­kość. – So­lvay skło­ni­ła się, raz przed kró­lem i raz przed kró­lo­wą.

– Do­brze, za­tem mo­że­my za­czy­nać. – Król był już star­szy i jego wło­sy przy­bra­ły siwy ko­lor, gdzie­nie­gdzie uka­zu­jąc jesz­cze nie­co ciem­niej­sze ko­smy­ki, po­zo­sta­łość po jego mło­do­ści. – Chy­ba naj­bar­dziej cze­ka­my na twój ra­port, miss So­lvay – zwró­cił się do niej.

Dziew­czy­na wsta­ła z krze­sła, któ­re do­pie­ro co za­ję­ła, i roz­po­czę­ła spra­woz­da­nie:

– Mam do­bre wie­ści. Mimo du­że­go po­śpie­chu wszyst­ko po­szło względ­nie gład­ko i uda­ło mi się po­roz­ma­wiać ze zja­wą. – Ką­tem oka spoj­rza­ła na sto­ją­ce­go w od­da­li Thöm­my’ego, żeby za­re­je­stro­wać zdzi­wie­nie lub jego brak. Trud­no było jed­nak coś wy­czy­tać z twa­rzy wy­szko­lo­ne­go woj­sko­we­go. – Wiem, jak rzu­cić czar za­trzy­ma­nia osi cza­su… to zna­czy w pew­nym sen­sie wiem.

– W pew­nym sen­sie? – Król Er­ling uniósł brwi, nie­usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, choć wciąż ła­god­ny.

So­lvay stre­ści­ła swo­ją roz­mo­wę ze zja­wą, ogra­ni­cza­jąc się do naj­waż­niej­szych in­for­ma­cji, czy­li w za­sa­dzie do tego, cze­go do­wie­dzia­ła się o ar­te­fak­tach i o tym, jak ich użyć.

Karl Ove, kró­lew­ski mę­drzec, prych­nął, kie­dy skoń­czy­ła. Okry­ty był gra­na­to­wą ak­sa­mit­ną pe­le­ry­ną, któ­ra opa­da­ła do sa­mej pod­ło­gi, a tak­że przy­dłu­gim kap­tu­rem za­kry­wa­ją­cym gór­ną część jego twa­rzy tak, aby nie było wi­dać oczu, któ­re wy­ha­fto­wa­no w tym miej­scu na tka­ni­nie. Er­ling spoj­rzał na nie­go py­ta­ją­co.

– Czy Wa­sza Wy­so­kość zda­je so­bie spra­wę z tego, jak trud­ne bę­dzie zdo­by­cie ze­ga­ra sło­necz­ne­go? Jak nie­wie­le osób ucho­dzi z ży­ciem w star­ciu z chi­me­ra­mi? Ile rze­czy może pójść po dro­dze nie tak? – pe­ro­ro­wał wąt­pią­co. – To nie…

– Wy­da­je… – So­lvay za­czę­ła mó­wić w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym kon­ty­nu­ował Karl Ove, po­nie­waż my­śla­ła, że skoń­czył już swo­ją wy­po­wiedź.

– Kon­ty­nu­uj – po­wie­dział król do dziew­czy­ny, uci­sza­jąc chwi­lo­wo swo­je­go oso­bi­ste­go do­rad­cę.

So­lvay od­chrząk­nę­ła.

– Wy­da­je mi się, że po­szcze­gól­ne kro­ki nie są aż tak du­żym wy­zwa­niem, jak to, że… – Za­wa­ha­ła się. – Pla­nu­je­my użyć czar­nej ma­gii. – Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. – Czy to na pew­no do­bry po­mysł?

– Prze­cież mamy cie­bie. Ty nam po­wiesz, jak prze­pro­wa­dzić czar w bez­piecz­ny spo­sób, praw­da? – wark­nął na nią Karl Ove.

Nie cier­pia­ła tego sta­re­go capa.

– Oczy­wi­ście, ale ta ma­gia ma swo­je kon­se­kwen­cje, na któ­re nie mam wpły­wu ani o któ­rych nie de­cy­du­ję – wy­pa­ro­wa­ła i zwró­ci­ła się znów do kró­la. – Kon­se­kwen­cje do­tkną tego, kto zle­ca urok, czy­li w tym przy­pad­ku cie­bie, Wa­sza Wy­so­kość. Nis­sa­ra po­wie­dzia­ła wy­raź­nie, że czas przyj­dzie ode­brać swo­je mi­nu­ty to­bie, kró­lu Er­lin­gu, i jak się do­my­ślam, nie wy­bie­rze chwi­li od­bio­ru spła­ty na two­ją ko­rzyść. – Po­chy­li­ła gło­wę, jak­by w prze­pro­si­nach za po­ufa­łość.

Król chwi­lę się za­sta­na­wiał.

– Po­trze­bu­je­my za­le­d­wie sied­miu mi­nut. Je­stem skłon­ny za­ry­zy­ko­wać. Sie­dem mi­nut nie brzmi, jak­by mia­ło zmie­nić moje ży­cie.

– Zmie­ni ży­cie tego, komu ty je od­bie­rzesz – za­uwa­ży­ła cel­nie.

Król spoj­rzał na nią ostro, ale nie skar­cił jej. Po­czu­ła, że to jest ten mo­ment. Te­raz musi za­py­tać o to, cze­go nie wie­dzia­ła w roz­mo­wie z Nis­sa­rą.

– Wa­sza Wy­so­kość, z od­da­niem wy­ko­nu­ję two­je po­le­ce­nia i od razu ofia­ru­ję sie­bie i swo­je kom­pe­ten­cje do zdo­by­cia ar­te­fak­tów. Wy­bacz mi śmia­łość, jed­nak uwa­żam, że by­ło­by do­brze, gdy­bym na tym eta­pie po­zna­ła szcze­gó­ły. Co się dzie­je w La­ate­ilis? Ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwo nam gro­zi?

W sali za­le­gła ci­sza. Wszy­scy wpa­try­wa­li się w swo­je ręce albo krze­sła i So­lvay na­tych­miast po­ję­ła to, co do tej pory jej umy­ka­ło – że każ­dy był wta­jem­ni­czo­ny w tę in­try­gę. Każ­dy oprócz niej. Na­wet Thöm­my znał oko­licz­no­ści jej mi­sji; wi­dzia­ła to po tym, jak na­gle za­czął uni­kać jej wzro­ku.

W jed­nej chwi­li stra­ci­ła całą pew­ność sie­bie. Dla­cze­go zo­sta­ła wy­klu­czo­na? Te­mat mu­siał być już oma­wia­ny przez Ko­le­gium, sko­ro ewi­dent­nie jako je­dy­na nie mia­ła po­ję­cia, co jest gra­ne. Po­czu­ła, jak za­le­wa ją fala trud­nej do opa­no­wa­nia fru­stra­cji. To ona mia­ła ode­grać klu­czo­wą rolę w tym za­da­niu, a jed­no­cze­śnie już na wstę­pie mu­sia­ła dzia­łać po omac­ku.

Król kiw­nął lek­ko gło­wą, uzna­jąc za­sad­ność jej py­tań, i wes­tchnął.

– Do­brze. Wy­da­je mi się, że masz ra­cję. Ge­ne­ra­le… – za­chę­cił do­wód­cę swo­ich wojsk, sir Lo­ga­na, do prze­mó­wie­nia w jego imie­niu.

– Dwa mie­sią­ce temu zło­żył nam wi­zy­tę król rów­nin – za­czął męż­czy­zna, mó­wiąc w żoł­nier­skich sło­wach.

Fer­gu­son – no­to­wa­ła w gło­wie So­lvay. Dwa mie­sią­ce temu to­wa­rzy­szy­ła rach­mi­strzo­wi, któ­ry sie­dział te­raz dwa krze­sła da­lej, w jego mi­sji dy­plo­ma­tycz­nej na Wy­spie. Dla­te­go omi­nę­ło ją przy­by­cie Fer­gu­so­na do La­ate­ilis.

– Król Fer­gu­son… nie pała do nas sym­pa­tią – kon­ty­nu­ował oszczęd­nie ge­ne­rał, wy­gła­dza­jąc ma­łym pal­cem brew. – Po­in­for­mo­wał nas, że przez ostat­nie lata mo­bi­li­zo­wał swo­je woj­ska, aby na­ru­szyć gra­ni­ce La­ate­ilis.

– Wy­zna­czo­ne pod­czas roz­pa­du Sía Ra­va­laz­zy? – spy­ta­ła zdzi­wio­na So­lvay.

– Tak – po­twier­dził rze­czo­wo.

– Prze­cież te­ry­to­ria zo­sta­ły po­dzie­lo­ne we­dług ma­gii, a póź­niej przy­pie­czę­to­wa­ne po­ko­jo­wym trak­ta­tem, uzna­nym przez rzą­dy tym­cza­so­we wszyst­kich nowo utwo­rzo­nych kra­in.

Tak rze­czy­wi­ście było. Wszyst­kie kra­iny w ich świe­cie były kie­dyś po­łą­czo­ne w jed­ną kra­inę zwa­ną Sía Ra­va­laz­zą. Pa­no­wa­nie prze­jął jed­nak po swo­im ojcu zwierzch­nik imie­niem Ma­gne, któ­re­go rzą­dy były okrut­ne i nie­roz­sąd­ne. Ze szczę­śli­wej kra­iny Sía Ra­va­laz­za prze­isto­czy­ła się w te­ry­to­rium ter­ro­ru, a gdy Ma­gne prze­ka­zał ko­ro­nę swe­mu sy­no­wi, rów­nie nie­kom­pe­tent­ne­mu jak on, wy­bu­chła woj­na do­mo­wa. Po sze­ściu la­tach krwa­wych walk eska­la­cja wro­gie­go uży­cia ma­gii po obu stro­nach do­pro­wa­dzi­ła do sym­bo­licz­ne­go pęk­nię­cia sko­ru­py świa­ta, któ­ry od tam­tej pory dzie­lił się na pięć kra­in: czte­ry kon­ty­nen­tal­ne oraz od­dzie­lo­ną wo­da­mi Wy­spę.

Gra­ni­ce za­ak­cep­to­wa­no i po­twier­dzo­no w spe­cjal­nym trak­ta­cie, a każ­dy z re­gio­nów od tam­tej pory roz­wi­jał swój wła­sny sys­tem po­li­tycz­ny, pró­bu­jąc – z róż­nym skut­kiem – eg­zy­sto­wać w no­wej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra nie za­wsze oka­zy­wa­ła się spra­wie­dli­wa. O ile Wy­spa prze­trwa­ła roz­pad Sía Ra­va­laz­zy w re­la­tyw­nie nie­na­ru­szo­nym sta­nie i ogrom­nym bo­gac­twie, o tyle na przy­kład La­ate­ilis przez stu­le­cia pró­bo­wał po­ra­dzić so­bie z funk­cjo­no­wa­niem w nie­mal cał­ko­wi­tym bra­ku słoń­ca. Kon­se­kwen­cje roz­pa­du Sía Ra­va­laz­zy cią­gnę­ły się dla po­szcze­gól­nych kra­in nie­skoń­cze­nie dłu­gą li­stą.

Czy­li to była ta zła wia­do­mość. Kra­ina rów­nin­na, Bal­fo­ur, szy­ko­wa­ła się na woj­nę z La­sem. Dziew­czy­na za­da­ła ko­lej­ne py­ta­nie:

– W jaki jed­nak spo­sób po­mo­że nam w woj­nie za­trzy­ma­nie osi cza­su jed­nost­ki?

Król spoj­rzał na kró­lo­wą Yadę i zmie­nił po­zy­cję w swo­im fo­te­lu. So­lvay do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła, że twarz Yady była bla­da jak pa­pier, jej oczy wia­ły pust­ką, a gor­set suk­ni od­sta­wał od de­kol­tu, jak­by stra­ci­ła na wa­dze.

– Król Fer­gu­son za­pro­po­no­wał nam roz­wią­za­nie, a ra­czej ul­ti­ma­tum, któ­re uchro­ni nas od woj­ny – rzekł król, lecz nie brzmiał, jak­by miał po­wie­dzieć za chwi­lę coś opty­mi­stycz­ne­go. – Za­żą­dał ręki mo­jej pier­wo­rod­nej cór­ki dla swo­je­go syna, księ­cia Ken­dri­ka.

To nie była trud­na za­gad­ka. So­lvay w mgnie­niu oka po­ję­ła, w czym był pro­blem.

Król i kró­lo­wa mie­li dwie cór­ki bliź­niacz­ki: Al­le­grę i Al­lo­rę. Moc dzie­dzi­cze­nia tro­nu da­wa­ła star­szej z nich, Al­le­grze, pra­wo do prze­ję­cia ko­ro­ny po śmier­ci ojca. Sta­ro­daw­na, pier­wot­na ma­gia wy­bie­ra­ła tego z kró­lew­skie­go po­tom­stwa, kto naj­dłu­żej żył na świe­cie. To ozna­cza­ło, że po śmier­ci kró­la Er­lin­ga ksią­żę Ken­drik, jako mał­żo­nek pra­wo­wi­tej la­atej­skiej dzie­dzicz­ki, rzą­dził­by nie tyl­ko kra­iną rów­nin­ną, lecz tak­że le­śną. Wszy­scy wie­dzie­li, że zwia­sto­wa­ło­by to fa­tal­ny los dla La­ate­ilis, na­wet mimo Al­le­gry u jego boku.

Dwór kró­la Fer­gu­so­na i Ken­dri­ka, któ­ry był jego je­dy­nym sy­nem, choć po­zo­sta­wał w ja­kich ta­kich so­ju­szach po­ko­jo­wych z za­gra­nicz­ny­mi są­sia­da­mi, re­al­nie miał z nimi fa­tal­ne sto­sun­ki. Sto­so­wa­li prze­sta­rza­łe me­to­dy upraw zie­mi, ich po­li­ty­ka wo­bec pod­da­nych była agre­syw­na i opre­syj­na, Bal­fo­ur­ski Ko­deks Praw był nie­śmiesz­nym żar­tem, a le­gi­sla­to­rzy nad­uży­wa­li prze­pi­sów do sto­so­wa­nia środ­ków przy­mu­su wo­bec tych, któ­rzy pró­bo­wa­li się zbun­to­wać. Pod­da­ni kra­iny rów­nin­nej byli za­stra­sze­ni, kar­mie­ni kłam­stwa­mi i wła­ści­wie utrzy­my­wa­ni w sta­nie we­ge­ta­tyw­nym – nie bra­ko­wa­ło im na naj­bar­dziej pod­sta­wo­we po­trze­by, ale nie było mowy o roz­wo­ju czy po­pra­wie wa­run­ków ży­cia. Ma­gicz­na moc cza­row­ni­ków z tam­tych re­jo­nów była albo zdu­szo­na pod groź­bą śmier­ci, albo trzy­ma­na pod ści­słą kon­tro­lą Za­ko­nu Tol­he­im.

Roz­wój Bal­fo­uru za­sad­ni­czo nie róż­nił się od „po­stę­pu” Sía Ra­va­laz­zy pod rzą­da­mi Ma­gne­go.

– Oś cza­su… – wy­szep­ta­ła So­lvay, pa­trząc przed sie­bie. – Król Fer­gu­son za­żą­dał ręki pier­wo­rod­nej cór­ki? – za­py­ta­ła kró­la. – Nie star­szej? – uści­śli­ła.

Król po­ki­wał twier­dzą­co gło­wą.

Jed­na chwi­la wy­star­czy­ła, aby po­łą­czyć wszyst­kie krop­ki. Za­trzy­ma­nie osi cza­su nie było wy­mie­rzo­ne we wro­ga; cza­rem mia­ła zo­stać ob­ję­ta…

– Al­le­gra – wy­szep­ta­ła So­lvay.

Król i kró­lo­wa pa­trzy­li tępo w pod­ło­gę. Wła­ści­wie nikt z ze­bra­nych nie wie­dział, gdzie po­dziać wzrok. So­lvay ukła­da­ła w my­ślach ko­lej­ne fak­ty. Je­śli zgo­dzić się na ul­ti­ma­tum Fer­gu­so­na, zie­mie Lasu będą bez­piecz­ne od wro­gie­go na­jaz­du. Jed­no­cze­śnie jego syn nie za­wład­nie La­ate­ilis, je­śli Al­le­gra bę­dzie młod­sza niż Al­lo­ra. Umo­wa wciąż bę­dzie waż­na, po­nie­waż po­pro­sił on o pier­wo­rod­ną cór­kę, a nie starszą, któ­rą ma­gia na­zna­cza na­stęp­czy­nią. To był tech­nicz­ny szcze­gół, praw­ny kru­czek, ale gdy­by ma­gia za­dzia­ła­ła, gdy­by oś cza­su Al­le­gry na­praw­dę się za­trzy­ma­ła… Bliź­niacz­ki uro­dzi­ły się w od­stę­pie sze­ściu mi­nut. Po sied­miu mi­nu­tach Al­lo­ra sta­ła­by się star­szą z nich. Wie­dzia­ła bez py­ta­nia, kto w tej sali mógł wpaść na taki po­mysł.

– Sir Si­gur? – Za­ci­snę­ła pię­ści i spoj­rza­ła wście­kle w stro­nę kanc­le­rza. Ten zmru­żył tyl­ko cy­nicz­nie oczy. – Wa­sza Wy­so­kość… Al­le­gra… ona bę­dzie mu­sia­ła z nim zo­stać. Je­śli go po­ślu­bi, oca­lisz La­ate­ilis od na­jaz­du, ale two­ja cór­ka zo­sta­nie wy­da­na wro­go­wi. Roz­wście­czo­ne­mu wro­go­wi.

Za­pa­dła ci­sza. Yada pa­trzy­ła w prze­ciw­ną stro­nę, a po jej po­licz­ku spły­wa­ła łza. Przez je­den krót­ki mo­ment kro­pla uchwy­ci­ła wpa­da­ją­cy przez okno blask Pri­sma i za­lśni­ła ko­lo­ro­wo, jed­nak szyb­ko po­pły­nę­ła da­lej w dół i opa­dła na gor­set suk­ni. So­lvay nie mo­gła uwie­rzyć w to, cze­go wła­śnie się do­wie­dzia­ła.

Ro­zej­rza­ła się po sali, jak­by wi­dzia­ła tych lu­dzi po raz pierw­szy.

– Czy ktoś tu­taj w ogó­le uwa­ża ten po­mysł za sen­sow­ny? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem. – Czy…

– Wy­star­czy – wy­sy­czał król. – Nie mamy zmo­bi­li­zo­wa­nych wojsk, nasz ar­se­nał jest pra­wie pu­sty.

– Jak to? – za­py­ta­ła zdzi­wio­na So­lvay. Spoj­rza­ła na sir Lo­ga­na, a po­tem na Thöm­my’ego. – Czym za­tem zaj­mo­wa­ła się Gwar­dia przez ostat­nie lata? Gdzie są te le­gio­ny, któ­rych do­wód­cy sto­ją tu przed nami?

Twarz Thöm­my’ego po­ciem­nia­ła. Mu­siał po­czuć się do­tknię­ty tą per­so­nal­ną uwa­gą, ale nie przej­mo­wa­ła się tym. Zwłasz­cza że wzrok resz­ty Ko­le­gium po­wę­dro­wał ukrad­ko­wo w stro­nę Kar­la Ove­go. Sta­rzec je­dy­nie ner­wo­wo od­chrząk­nął.

– Nie przy­go­to­wy­wa­li­śmy się na woj­nę w naj­bliż­szym cza­sie – tłu­ma­czył spo­koj­nie sir Lo­gan, nie da­jąc się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. – Mamy kil­ka le­gio­nów, mamy roz­sąd­ny za­pas bro­ni, ale nie mo­że­my sta­wać do wal­ki z woj­skiem, któ­re przy­go­to­wy­wa­ło się do ata­ku od lat.

– Mamy ma­gię.

– Tak samo jak i oni. To nie daje nam pra­wie żad­nej prze­wa­gi.

– A wy? – zwró­ci­ła się do kró­lew­skich szpie­gów. – Nie za­uwa­ży­li­ście, że rów­ni­na się zbroi, że dzie­je się u nich coś nie­do­bre­go?

– U nich za­wsze dzie­je się coś nie­do­bre­go… – wy­mam­ro­tał je­den z nich.

Do kur­wy nę­dzy, po­my­śla­ła So­lvay. Za­lał ją gniew na myśl o tym, jak wiel­kie­go za­nie­dba­nia do­pusz­czo­no się w kra­inie, jak wszy­scy roz­luź­ni­li się, my­śląc głu­pio, że po­kój bę­dzie trwać wiecz­nie.

– Wa­sza Wy­so­kość, do­praw­dy nie od­po­wia­da­my przed wiedź­mą. Nie na­le­ży nam się tego typu prze­słu­cha­nie – po­wie­dział po­iry­to­wa­ny kanc­lerz.

Ta in­try­ga, ta luka w umo­wie… to było jego dzie­ło i So­lvay wie­dzia­ła, że ani przez chwi­lę nie ża­ło­wał losu księż­nicz­ki; dbał tyl­ko o wła­sny ty­łek i cie­szył się na myśl o tym, że unik­nie woj­ny i zwią­za­nych z nią strat.

– Za­da­je te same py­ta­nia co ja – ode­zwa­ła się lo­do­wa­tym to­nem Yada. – Dzi­wisz się, że uzna­je ten plan za sza­leń­stwo?

– Wa­sza Mi­łość…

– Milcz. – Yada zmro­zi­ła go wzro­kiem. – Nie chcę tego słu­chać po raz ko­lej­ny.

Opar­ła się z po­wro­tem na swo­im fo­te­lu i od­wró­ci­ła gło­wę. Ge­ne­rał pierw­szy prze­rwał gro­bo­wą ci­szę, jed­ną z wie­lu, któ­re wy­zna­cza­ły rytm tych ob­rad.

– Wa­sza Wy­so­kość, le­gion Thöm­my’ego jest do dys­po­zy­cji i przy­szy­ku­je­my wy­pra­wę po ze­gar sło­necz­ny.

So­lvay prych­nę­ła po swo­jej stro­nie sto­łu. Nie­co gło­śniej, niż pla­no­wa­ła.

– Miss So­lvay, chcia­ła­byś się czymś po­dzie­lić? – Ge­ne­rał miał aniel­ską cier­pli­wość i po­tra­fił roz­bra­jać tem­pe­ra­ment mło­dej cza­ro­dziej­ki jak nikt inny.

– Prze­pra­szam. Chcia­łam za­py­tać… czy wie­cie w ogó­le, gdzie się znaj­du­je ze­gar sło­necz­ny?

Ge­ne­rał po­dra­pał się po gło­wie i od­rzekł nie­pew­nie:

– Zdo­bę­dzie­my in­for­ma­cję, w któ­rym jest le­sie…

Edu­ka­cja, po­my­śla­ła So­lvay zło­śli­wie, nie była moc­ną stro­ną gwar­dzi­stów.

– Ze­gar sło­necz­ny to słyn­ny pra­daw­ny ar­te­fakt, stwo­rzo­ny przez po­tęż­ne­go czar­no­księż­ni­ka – prze­rwa­ła mu So­lvay. – Wie­cie, z cze­go jest zro­bio­ny?

Od­po­wie­dzia­ła jej ci­sza.

– Z pia­skow­ca.

Sir Lo­gan ze­sztyw­niał.

– Znaj­du­je się w sie­dzi­bie kra­iny pu­styn­nej. W Malo.

POSADA

W nie­wiel­kim je­zio­rze Nami Radd, w Wierz­bo­wym Gaju, ką­pa­ły się dwie dziew­czy­ny, na oko wcho­dzą­ce nie­dłu­go w do­ro­słość. Po­stron­ny ob­ser­wa­tor mógł­by jed­nak rów­nie do­brze po­my­śleć, że stra­cił zmy­sły – wy­glą­da­ły bo­wiem jed­na­ko­wo: jed­na­ko­we pro­ste ja­sne wło­sy, jed­na­ko­we nie­biań­skie oczy, jed­na­ko­wa ru­mia­na cera, jed­na­ko­we peł­ne usta. Nie róż­ni­ły się wzro­stem ani po­stu­rą; na­wet ini­cjał na le­żą­cych nie­opo­dal, w tra­wie, dia­de­mach był ten sam: A.

Dia­de­my były mi­ster­ną sie­cią cie­niut­kich per­ło­wych ga­łą­zek, utka­nych ja­de­ito­wy­mi list­ka­mi; li­te­ra zaś, umiesz­czo­na na środ­ku, wy­ko­na­na była z czar­ne­go zło­ta naj­wyż­szej pró­by. W tej chwi­li bi­żu­te­ryj­ne pięk­no nie zwra­ca­ło jed­nak ni­czy­jej uwa­gi, po­nie­waż Al­le­gra i Al­lo­ra opry­ski­wa­ły się wodą z je­zio­ra, cie­sząc się pro­mie­nia­mi sło­necz­ny­mi jed­ne­go z dwóch ta­kich dni w roku.

Była to ich tra­dy­cja. W dni, w któ­re na nie­bo wscho­dzi­ło słoń­ce, oj­ciec bliź­nia­czek, król Er­ling, po­zwa­lał cór­kom zwie­dzać La­ate­ilis i ko­rzy­stać z jego uro­ków – oczy­wi­ście w to­wa­rzy­stwie dwóch wy­szko­lo­nych gwar­dzi­stów. Sam Er­ling nie mógł do nich tym ra­zem do­łą­czyć ze wzglę­du na nie­cier­pią­ce zwło­ki spra­wy dy­plo­ma­tycz­ne kra­iny.

Choć dziew­czę­ta mo­gły wy­brać do­wol­ny re­jon w za­się­gu moż­li­wo­ści po­dróż­ni­czych – tak, aby zdą­żyć po­wró­cić przed za­cho­dem – za­wsze pro­si­ły o wy­ciecz­kę do Wierz­bo­we­go Gaju. Mimo że więk­szość la­atej­skich la­sów była nie­zwy­kle uro­kli­wa (może z wy­jąt­kiem Su­che­go Lasu), ten za­ką­tek był nie­zwy­kły, praw­dzi­wie ma­gicz­ny – do tego stop­nia, że ob­ję­ty był spe­cjal­ną ochro­ną i nie moż­na było go od­wie­dzać bez spe­cjal­nej prze­pust­ki.

– Ani się waż! – ostrze­ga­ła sio­strę Al­le­gra, sła­nia­jąc się ze śmie­chu. – Ani się waż rzu­cać we mnie tą lus­są!

W tym mo­men­cie roz­le­gło się pac­nię­cie i ró­żo­wy kwiat, wy­peł­nio­ny wodą jak ba­lo­nik, wy­lą­do­wał na gło­wie księż­nicz­ki. Lus­sa pę­kła i woda spły­nę­ła po wło­sach i twa­rzy dziew­czy­ny, któ­ra na mo­ment za­mil­kła. Przez myśl Al­lo­ry prze­mknę­ło, że może tro­chę prze­sa­dzi­ła, ale chwi­lę póź­niej obie śmia­ły się do roz­pu­ku.

– Po­ża­łu­jesz tego! – od­gra­ża­ła się Al­le­gra. – Niech tyl­ko cię do­pad­nę…

Al­lo­ra za­czę­ła z pi­skiem ucie­kać w stro­nę brze­gu, co nie było wca­le ta­kie pro­ste ze wzglę­du na sta­wia­ją­cą opór wodę. Al­le­gra bez tru­du ją do­go­ni­ła i za­nur­ko­wa­ła ra­zem z nią w je­zio­rze. Sio­stry otwo­rzy­ły oczy i spoj­rza­ły na sie­bie pod wodą, wi­dząc nie­mal­że swo­je lu­strza­ne od­bi­cia, wło­sy mięk­ko opły­wa­ją­ce ich twa­rze w nie­bie­sko­zie­lo­nej po­świa­cie i wśród bą­bel­ków upusz­czo­ne­go w sze­ro­kich uśmie­chach po­wie­trza. Wy­pły­nę­ły na po­wierzch­nię i przez uła­mek se­kun­dy prze­stra­szy­ły się na wi­dok gó­ru­ją­cej nad nimi syl­wet­ki. Na po­mo­ście stał sir Lo­gan, do­wód­ca jed­ne­go z le­gio­nów Gwar­dii.

Sir Lo­gan uda­wał cza­sem groź­ne­go, żeby się go słu­cha­ły, ale w rze­czy­wi­sto­ści był dla nich ła­god­ny i lu­bi­ły go. Te­raz chi­cho­ta­ły z sie­bie na­wza­jem, że tak ła­two się wy­stra­szy­ły.

– Tak, sir Lo­ga­nie? – za­py­ta­ła nie­win­nie Al­le­gra.

– Na jaki ko­lor świe­ci słoń­ce? – za­py­tał, jak­by ko­men­de­ro­wał gwar­dzi­sta­mi ze swo­je­go le­gio­nu.

Dziew­czę­ta ro­zej­rza­ły się.

– Na po­ma­rań­czo­wy – po­wie­dzia­ła smęt­nie Al­le­gra. Była bar­dziej śmia­ła od Al­lo­ry i czę­ściej się od­zy­wa­ła.

– I co to ozna­cza?

– Że mu­si­my już wra­cać.

– Tak jest – przy­znał sir Lo­gan. – Za­pra­szam Ich Kró­lew­skie Wy­so­ko­ści do osu­sze­nia się i prze­bra­nia. – Nie mu­siał ich tak ofi­cjal­nie ty­tu­ło­wać, król na to nie na­ci­skał, ale cza­sem spe­cjal­nie dro­czył się z nimi w ten spo­sób. – Wra­cam za dzie­sięć mi­nut.

Bliź­niacz­ki wy­szły na brzeg, ocie­ka­ły wodą. Ich błę­kit­ne stro­je ką­pie­lo­we były jed­no­czę­ścio­we, za­bu­do­wa­ne pod szy­ję przy de­kol­cie i z no­gaw­ka­mi się­ga­ją­cy­mi tuż nad ko­la­no. Al­le­gra przy­trzy­ma­ła sio­strze ob­szer­ny ręcz­nik, aby ta mo­gła zmie­nić strój na luź­ną mo­re­lo­wą suk­nię z fal­ba­ną na dole.

– Nie mogę uwie­rzyć, że zno­wu bę­dzie­my cze­kać pół roku na tę wy­ciecz­kę – na­rze­ka­ła Al­le­gra.

Mo­kry ma­te­riał opadł na po­ro­śnię­ty ró­żo­wym krysz­ta­łem pień drze­wa. Krysz­ta­ły w Wierz­bo­wym Gaju mie­ni­ły się w słoń­cu tak pięk­nie! Star­sza sio­stra za­ci­ska­ła oczy, aby do­kład­nie uchwy­cić i za­trzy­mać ten ob­raz w pa­mię­ci aż do na­stęp­ne­go razu, do na­stęp­ne­go słoń­ca.

– Nie bę­dzie tak źle. Zo­ba­czysz, że czas mi­nie w mgnie­niu oka – po­cie­sza­ła ją Al­lo­ra.

– Nie wiem, czy po­do­ba mi się kon­cep­cja cza­su mi­ja­ją­ce­go w mgnie­niu oka – od­burk­nę­ła i od­da­ła sio­strze ręcz­nik, aby te­raz ta go po­trzy­ma­ła.

Było bar­dzo cie­pło, ale po wyj­ściu z chłod­nej wody za­czę­ła szczę­kać zę­ba­mi. Al­lo­ra sama wy­glą­da­ła jak krysz­tał w swo­jej zwiew­nej pa­ste­lo­wej suk­ni.

– Oj, wiesz, co mam na my­śli. – Młod­sza bliź­niacz­ka nie chcia­ła się pod­dać no­stal­gicz­ne­mu na­stro­jo­wi. – Jesz­cze cze­ka nas dro­ga po­wrot­na, więc sko­rzy­sta­my z wi­do­ków.

Strój Al­le­gry upadł na zie­mię z mo­krym pla­śnię­ciem.

– Szko­da, że nie ma z nami taty… Jest o wie­le spo­koj­niej­szy, od­kąd La­ate­ilis za­warł so­jusz z Wy­spą, nie są­dzisz? – za­gad­nę­ła Al­lo­ra.

– To fakt… Cie­ka­we, co było ich wa­run­kiem. My do­sta­li­śmy moż­li­wość po­ło­wu pe­reł, co uzu­peł­ni­ło znacz­nie nasz skar­biec, ale bar­dziej cie­ka­wi mnie… – Al­le­gra znik­nę­ła w war­stwach ma­te­ria­łu swo­jej suk­ni, a kie­dy po­now­nie się wy­ło­ni­ła, przy­su­nę­ła nad ręcz­ni­kiem twarz do twa­rzy sio­stry – …co ta­kie­go oni do­sta­li od nas.

– Może woj­ska? – za­py­ta­ła przy­tom­nie Al­lo­ra.

Sio­stra po­pa­trzy­ła na nią zna­czą­co i unio­sła brwi.

– Co? Nie my­ślisz chy­ba, że…

Al­le­gra uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo.

– My­ślisz, że w ra­mach so­ju­szu oj­ciec od­dał two­ją rękę sy­no­wi kró­lo­wej? – wy­krzy­cza­ła Al­lo­ra z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi, a sio­stra za­tka­ła jej bu­zię dło­nią, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

– Ciii­cho! – upo­mnia­ła ją, ale była wi­docz­nie pod­eks­cy­to­wa­na. – Wy­obra­żasz to so­bie? – wy­szep­ta­ła.

Al­lo­ra aż usia­dła z wra­że­nia. Wy­spa, ina­czej zwa­na Ka­le­do­nią, była bez­sprzecz­nie naj­bo­gat­szą kra­iną daw­nej Sía Ra­va­laz­zy. Bo­gac­two re­gio­nów po­cho­dzi­ło bo­wiem z pe­reł; masa per­ło­wa była cen­nym krusz­cem i wa­lu­tą za­ra­zem. Na­tu­ral­nie oto­czo­ny wo­da­mi te­ren sprzy­jał ło­wie­niu pe­reł. Mało tego. Po­nie­waż wody wo­kół Ka­le­do­nii na­le­ża­ły, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, do ich te­ry­to­rium, nie moż­na było ot tak wy­pły­nąć w mo­rze i za­rzu­cić sie­ci. Po­trzeb­na była zgo­da kró­lo­wej Wy­spy, któ­rej ona chęt­nie udzie­la­ła, ale tyl­ko tym, któ­rzy po­sia­da­li coś, na czym jej za­le­ża­ło.

Z pię­ciu kra­in tyl­ko trzy mia­ły do­stęp do wy­brze­ża: Wy­spa, na­tu­ral­nie, oraz La­ate­ilis i kra­ina rów­nin­na, Bal­fo­ur. Pu­sty­nia i Góry nie uzy­ska­ły zgo­dy kró­lo­wej na po­ło­wy. Te re­gio­ny od lat po­pa­da­ły w co­raz bar­dziej skraj­ną bie­dę i pra­wie nie pro­wa­dzi­ły han­dlu z po­zo­sta­ły­mi kra­ina­mi, po­nie­waż nie mia­ły im czym pła­cić – cał­ko­wi­te od­cię­cie Malo i Ke­vle­nu od moż­li­wo­ści zdo­by­cia masy per­ło­wej było po­wo­dem ro­sną­cej nie­chę­ci mię­dzy tymi dwie­ma kra­ina­mi a resz­tą te­ry­to­riów.

– Gdy­by Ka­le­do­nia i La­ate­ilis po­łą­czy­ły się pod jed­nym do­wódz­twem… – za­czę­ła Al­lo­ra.

– …to w przy­szło­ści zo­sta­ła­bym kró­lo­wą naj­bo­gat­sze­go i naj­więk­sze­go te­ry­to­rium od cza­sów po­dzia­łu Sía Ra­va­laz­zy – do­koń­czy­ła za nią Al­le­gra, kła­nia­jąc się ni­sko.

Bliź­niacz­ki pa­trzy­ły na sie­bie przez chwi­lę i na­gle za­czę­ły ska­kać, pisz­czeć i śmiać się z pod­eks­cy­to­wa­nia.

– Wiel­cy Anio­ło­wie! Wy­stra­szy­cie wszyst­kie gla­san­dry. – Sir Lo­gan, któ­ry wła­śnie po nie przy­szedł, prze­wró­cił ocza­mi, sły­sząc te ul­tra­wy­so­kie dźwię­ki.

Rze­czy­wi­ście, prze­zro­czy­ste mo­ty­le, któ­re mie­ni­ły się bar­wą tła, na ja­kim się aku­rat znaj­do­wa­ły, od­le­cia­ły na dru­gą stro­nę Nami Radd. Dziew­czę­ta przy­wo­ła­ły się do po­rząd­ku i wy­gła­dzi­ły suk­nie.

– Go­to­we! – rze­kła śpiew­nie Al­le­gra, z sze­ro­kim uśmie­chem:.

– A to? – Sir Lo­gan bro­dą wska­zał dia­de­my.

Po­wie­trze znów wy­peł­ni­ło się grom­kim śmie­chem bliź­nia­czek. Jak mo­gły o nich za­po­mnieć! Ale trud­no było im te­raz my­śleć o czym­kol­wiek in­nym niż o Ka­le­do­nii i o tym, że Al­le­gra praw­do­po­dob­nie za­sią­dzie kie­dyś na per­ło­wym tro­nie jako kró­lo­wa obu kra­in.

W dia­de­mach nie wy­glą­da­ły już jak zwy­kłe na­sto­lat­ki. Błysz­czą­ce na­kry­cia gło­wy spra­wia­ły, że ich oczy bar­dziej lśni­ły, ich skó­ra wy­da­wa­ła się gład­sza, ich syl­wet­ka ele­gant­sza. Te­raz przy­pad­ko­wy ob­ser­wa­tor wie­dział­by bez wąt­pie­nia, że te dwa Anio­ły mają kró­lew­skie po­cho­dze­nie.

Szli po­wo­li, na­pa­wa­jąc się pro­mie­nia­mi sło­necz­ny­mi – sir Lo­gan z dru­gim gwar­dzi­stą imie­niem Ca­sper na przo­dzie, a za nimi księż­nicz­ki. Oko­li­ca była na­praw­dę nie­zwy­kła. Już same wierz­by pła­czą­ce ro­bi­ły ogrom­ne wra­że­nie. Roz­ło­ży­ste, z dłu­gi­mi, wiot­ki­mi ga­łę­zia­mi opa­da­ją­cy­mi w list­nych wo­do­spa­dach ku zie­mi wy­glą­da­ły pięk­nie, ete­rycz­nie i przede wszyst­kim no­stal­gicz­nie. Tyl­ko w tej czę­ści Lasu ro­sły też ma­gno­lie, a przy wy­dep­ta­nych ścież­kach kwi­tły po­je­dyn­czo wiel­kie maki o opa­lo­wych płat­kach, któ­re mie­ni­ły się bie­lą, ró­żem, fio­le­tem i nie­bie­sko­ścią. Bliź­niacz­ki pod­bie­ga­ły do nich i spraw­dza­ły, czy są wyż­sze od kwia­tu, zwy­kle jed­nak bra­ko­wa­ło im z dzie­się­ciu cen­ty­me­trów.

W od­da­li szu­miał nie­wiel­ki wo­do­spad wpa­da­ją­cy w stru­myk, a z ostat­nich pro­mie­ni słoń­ca ko­rzy­sta­ły też la­ta­ją­ce po­mię­dzy całą czwór­ką gla­san­dry.

– W my­ślach wi­dzę…

– Wierz­bę?

– Nie!

– Stru­mień?

– Nie!

– Lus­sę?

– Nie!

– Sir Ca­spe­ra?

– TAK!

Dziew­czę­ta ba­wi­ły się w zga­dy­wan­kę, któ­ra wpra­wi­ła gwar­dzi­stę w za­kło­po­ta­nie. Sir Lo­ga­no­wi drgnął ką­cik ust na wi­dok ru­mień­ca, któ­rym spło­nął mło­dzie­niec. Już miał wy­gło­sić na ten te­mat ja­kąś za­czep­kę, ale w tym mo­men­cie usły­szał zza ple­ców głos, któ­ry nie na­le­żał do żad­ne­go z uczest­ni­ków ich ma­łej wy­pra­wy.

– Wi­taj­cie, wę­drow­cy.

Sir Lo­gan od­wró­cił się i uj­rzał sied­miu męż­czyzn, któ­rzy wła­śnie wy­ło­ni­li się spo­mię­dzy drzew i oto­czy­li ich pół­ko­lem. Nie usły­szał, jak się do nich zbli­ża­ją, pod­kra­dli się w bez­względ­nej ci­szy. Dwóch z nich trzy­ma­ło w rę­kach szty­le­ty, je­den miał prze­wią­za­ną w pa­sie linę, po­zo­sta­li też nie­wąt­pli­wie byli uzbro­je­ni. Ubra­ni w weł­nia­ne ka­mi­ze­le i czap­ki, wska­zu­ją­ce na ich bal­fo­ur­skie po­cho­dze­nie, mu­sie­li ukraść prze­pust­kę – kry­sto­ba­li­to­wą kost­kę – pa­tro­lu­ją­cym po­bli­ski te­ren straż­ni­kom.

Gwar­dzi­sta bły­ska­wicz­nie ana­li­zo­wał sy­tu­ację, się­ga­jąc od­ru­cho­wo do rę­ko­je­ści swo­je­go ostrza.

– Cze­go chce­cie?

– My­śle­li­śmy o ja­kiejś sa­kiew­ce pe­reł – po­wie­dział przy­wód­ca, po czym wy­szcze­rzył zęby w lu­bież­nym uśmie­chu. – Ale wi­dzę, że mamy tu­taj o wie­le cen­niej­sze klej­no­ty.

Dia­de­my. Trze­ba je było zo­sta­wić w cho­le­rę nad Nami Radd. Cho­ciaż czy to by w czymś po­mo­gło? Wszy­scy wie­dzie­li, że cór­ki kró­la to bliź­niacz­ki; na­wet bez kró­lew­skich ozdób moż­na było do­my­ślić się, kim są.

– Mamy sa­kiew­kę pe­reł i do­rzu­ci­my coś jesz­cze – prze­mó­wił spo­koj­nie Lo­gan. Naj­więk­szą szan­są na zdo­by­cie prze­wa­gi było te­raz zdo­mi­no­wa­nie in­tru­zów, choć­by wer­bal­nie. – Nie chce­my roz­le­wu wa­szej krwi.

Ich przy­wód­ca za­śmiał się i od­parł:

– Wy nie chce­cie roz­le­wu na­szej krwi? Jest nas wię­cej i je­ste­śmy wszy­scy uzbro­je­ni, w prze­ci­wień­stwie do was. – Wska­zał swo­ją pi­jac­ką mor­dą księż­nicz­ki.

Lo­gan aż za­trząsł się z gnie­wu, że w ogó­le śmie na nie pa­trzeć.

– Więc to chy­ba my po­dyk­tu­je­my wa­run­ki, praw­da? – kon­ty­nu­ował tam­ten.

Cała gru­pa za­śmia­ła się dur­no­wa­to, pre­zen­tu­jąc swój rynsz­tu­nek w ca­łej oka­za­ło­ści.

– Zro­bi­my tak… Księż­nicz­ki są iden­tycz­ne, więc na chuj wam dwie? – ryk­nął chra­pli­wym, głup­ko­wa­tym re­cho­tem i ro­zej­rzał się po kom­pa­nach, któ­rzy w ślad za nim rów­nież za­nie­śli się śmie­chem. – Do­bra, do­bra – uci­szył ich. – Bie­rze­my jed­ną z nich. I wszyst­kie dro­go­cen­ne przed­mio­ty, któ­re ze sobą ma­cie.

Na te sło­wa Al­lo­ra po­czu­ła zim­ny przed­miot za swo­imi ple­ca­mi. Zer­k­nę­ła za sie­bie i za­nie­mó­wi­ła; Al­le­gra trzy­ma­ła w ręku szty­let i pa­trzy­ła na nią po­ro­zu­mie­waw­czo, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć, że obie wyj­dą z tego cało.

W tym cza­sie sir Lo­gan ob­li­czał swo­je szan­se na zwy­cię­stwo i nie­ste­ty mimo wszel­kich wy­sił­ków nie po­tra­fił ob­my­ślić pla­nu, któ­ry po­zwo­lił­by im wy­grać po­je­dy­nek dwóch na sied­miu, jed­no­cze­śnie przez cały czas ochra­nia­jąc księż­nicz­ki. Już miał rzu­cić się na prze­ciw­ni­ków w wiel­kiej im­pro­wi­za­cji, kie­dy z le­wej stro­ny, z któ­rej ota­cza­ło ich trzech ban­dy­tów, wy­do­był się zna­jo­my syk ma­gii i owia­ła ich czar­na mgła.

Przy­wód­ca spoj­rzał na nich i za­nim zdą­żył się zo­rien­to­wać, co się dzie­je, jego pierś prze­bił pre­cy­zyj­nie rzu­co­ny szty­let Lo­ga­na. Kró­lew­ski do­wód­ca nie wie­dział, co lub kto im po­ma­ga, ale był na tyle przy­tom­ny, by sko­rzy­stać z za­mie­sza­nia.

Mgła opa­dła, od­sła­nia­jąc trzy mar­twe cia­ła z hås­sel­ge­ra­mi – rzad­ko spo­ty­ka­ny­mi pła­ski­mi dys­ka­mi o ośmiu ostrzach – wbi­ty­mi w ich szy­je. Ośmie­lo­ny Ca­sper sko­czył ku po­zo­sta­łym ban­dy­tom i zde­cy­do­wa­nym ru­chem po­de­rżnął gar­dło jed­ne­mu z nich. Broń jed­nak wy­trą­cił mu z ręki dru­gi i Ca­sper roz­po­czął wal­kę wręcz.

Ką­tem oka Lo­gan do­strzegł, że ostat­ni, siód­my, idzie ku bliź­niacz­kom. Bal­fo­ur­czyk wie­dział już, że nie uj­dzie żywo z tego star­cia, i po­sta­no­wił zo­sta­wić po so­bie krzyw­dę.

– Dziew­czę­ta! – ryk­nął Lo­gan i rzu­cił się w ich kie­run­ku.

Nie miał szans, by zdą­żyć. Wro­go­wi zo­stał je­den duży sus, aby zna­leźć się przy Al­le­grze i Al­lo­rze. Męż­czy­zna usły­szał trzy dźwię­ki jed­no­cze­śnie: świst po­wie­trza, wrzask jed­nej z księż­ni­czek oraz ostrze wpi­ja­ją­ce się w wil­got­ne ludz­kie tkan­ki. Po­trze­bo­wał chwi­li, żeby po­praw­nie zin­ter­pre­to­wać te od­gło­sy.

Szy­ję ban­dy­ty prze­szył ko­lej­ny hås­sel­ger, jed­nak ostrze noża… trzy­ma­ła Al­le­gra. I to wła­śnie na jej szty­let na­dział się bal­fo­ur­ski łotr. Krew try­ska­ła ob­fi­cie z jego szyi i trze­wi, pla­miąc nie­ska­zi­tel­ne księż­nicz­ki i ob­cią­ża­jąc szkar­ła­tem ich zwiew­ne stro­je.

Sir Lo­gan ro­zej­rzał się – wszy­scy ban­dy­ci z pew­no­ścią byli mar­twi. Trój­ka, któ­rą spo­wi­ła ta­jem­ni­cza mgła, je­den za­bi­ty przez Lo­ga­na, dwóch przez Ca­spe­ra i je­den przez Al­le­grę oraz ich nie­zna­jo­me­go po­moc­ni­ka. Ca­sper prze­szu­ki­wał te­raz kur­ty mar­twych Bal­fo­ur­czy­ków w po­szu­ki­wa­niu ma­gicz­nej prze­pust­ki, któ­rą mu­sie­li przy so­bie mieć, aby wtar­gnąć do Wierz­bo­we­go Gaju, a w mię­dzy­cza­sie Lo­gan, upew­niw­szy się, że są bez­piecz­ni, rzu­cił gło­śno w eter:

– Kto tu jest?

Nikt nie od­po­wia­dał.

– Je­śli mia­łeś do­bre in­ten­cje, ujaw­nij się, ina­czej będę cię tro­pić i nie za­wa­ham się użyć bro­ni.

Prak­tycz­nie od razu zza jed­nej z wierzb wy­ło­ni­ła się po­stać w pe­le­ry­nie z od­su­nię­tym kap­tu­rem. Była to ko­bie­ta uzbro­jo­na w co naj­mniej dwa szty­le­ty oraz pas z po­chwa­mi na hås­sel­ge­ry, te­raz już pu­sty. Lo­gan za­uwa­żył rów­nież tor­bę, z któ­rej z pew­no­ścią po­cho­dzi­ło to, co wy­wo­ła­ło ma­gicz­ną mgłę. On i Ca­sper wy­cią­gnę­li miecz w po­zy­cji go­to­wej do ata­ku, ale im bli­żej pod­cho­dzi­ła ko­bie­ta, tym bar­dziej sta­wa­ło się oczy­wi­ste, że jest nie­wie­le star­sza od bliź­nia­czek. Mia­ła ciem­ne wło­sy, ra­czej roz­pusz­czo­ne, ale gi­ną­ce pod pe­le­ry­ną, jej gło­wę zaś oka­la­ła zło­ta opa­ska, lek­ko za­śnie­dzia­ła. Na no­sie mia­ła le­d­wo wi­docz­ne pie­gi.

– Przed­staw się – po­pro­sił ła­god­niej sir Lo­gan.

So­lvay dy­gnę­ła przed nim z sza­cun­kiem, ale nie słu­żal­czo.

– Je­stem cza­ro­dziej­ką, uczen­ni­cą Ha­xäl­la.

*

Pa­łac La­ate­ilis na­praw­dę ro­bił wra­że­nie, zwłasz­cza je­śli ktoś wy­cho­wy­wał się na przed­mie­ściach, z dala od dwo­ru. Nie przy­po­mi­nał też zu­peł­nie szko­ły Ha­xäl­la, któ­ra bu­dzi­ła ra­czej gro­zę niż szcze­ry po­dziw. W każ­dym ra­zie pa­łac wy­glą­dał z ze­wnątrz na duży; do­wo­dzi­ła tego licz­ba im­po­nu­ją­cych wie­ży­czek, za­koń­czo­nych ostro jak od­wró­co­ne so­ple lodu, a tak­że bło­nia i wy­so­kie scho­dy pro­wa­dzą­ce do jego wrót – nie mó­wiąc o pięk­nym, usła­nym traw­ni­ka­mi ogro­dzie przed wej­ściem. Na jego środ­ku tkwi­ła fon­tan­na, któ­ra w uła­mie Pri­sma za­pew­ne da­wa­ła pięk­ne, tę­czo­we świa­tło, co by­ło­by wi­docz­ne od razu po za­cho­dzie słoń­ca. Jego reszt­ki wciąż jesz­cze roz­świe­tla­ły kra­inę, roz­pacz­li­wie nie chcąc do­pu­ścić księ­ży­ca do za­ję­cia swe­go sta­łe­go miej­sca na nie­bie.

So­lvay sie­dzia­ła przed ja­kąś salą i otrzy­ma­ła in­struk­cje, aby cze­kać, aż zo­sta­nie we­zwa­na. Tro­chę się już nie­cier­pli­wi­ła; mia­ła na­stęp­ne­go dnia za­ję­cia z her­bo­lo­gii – zresz­tą wła­śnie w tym celu otrzy­ma­ła swo­ją prze­pust­kę do Wierz­bo­we­go Gaju; krysz­tał ży­wi­cy wierz­bo­wej był jej po­trzeb­ny do opra­co­wa­nia sku­tecz­niej­sze­go prze­pi­su na elik­sir od­tru­wa­ją­cy. Mógł on – w od­po­wied­nich kon­fi­gu­ra­cjach z in­ny­mi in­gre­dien­cja­mi – ni­we­lo­wać dzia­ła­nie wil­czych ja­gód, ole­an­dry­ny, jadu nie­któ­rych zwie­rząt, na przy­kład nie­to­pe­rza lub skor­pio­na…

– Miss? – Ktoś wy­rwał ją z za­my­śle­nia. – Król pro­si.

„Król pro­si” – dwa sło­wa, któ­rych nie spo­dzie­wa­ła się usły­szeć, kie­dy dziś rano opusz­cza­ła szko­łę.